Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poliglotyczni kochankowie - Lina Wolff

Trzy głosy, trzy osoby poszukujące miłości i manuskrypt, który łączy bohaterów…

Max Lamas marzy o kochance, która będzie mówić we wszystkich znanych mu językach. Poszukiwania prowadzą go ze Sztokholmu do Włoch, gdzie poznaje markizę stojącą na krawędzi bankructwa.

Ellinor pochodzi ze wsi w Skanii. Pewnego dnia zamieszcza w sieci ogłoszenie: Mam trzydzieści sześć lat i poszukuję czułego, ale niezbyt czułego mężczyzny. Ci, których spotyka, nie spełniają jej oczekiwań. Gdy tak trudno o przyjemność, miłość chyba w ogóle jest nieosiągalna?

I wreszcie Lucrezia, która jest świadkiem upadku swojej babki w opuszczonym przez wszystkich pałacu.

To właśnie tych troje bohaterów połączy pewien manuskrypt, dla jednych przedmiot troski, dla innych obiekt nienawiści. Od tej pory nic już nie będzie takie samo…

W tym zagmatwanym splocie wydarzeń w centrum znajduje się spojrzenie mężczyzny na kobietę – ale również zauroczenie i upokorzenie, udręka kochanków i marzenie o byciu zrozumianym.

 

„Wolff opisuje świat kobiet: niektóre są słabe, inne silne, ale każda z nich nosi w sobie ciężar sercowych trosk i straty (…) naprawdę orzeźwiająca powieść.” „The Independent”

Opinie o ebooku Poliglotyczni kochankowie - Lina Wolff

Fragment ebooka Poliglotyczni kochankowie - Lina Wolff

Tytuł oryginału DE POLYGLOTTA ÄLSKARNA
Przekład DOMINIKA GÓRECKA
Wydawca KATARZYNA RUDZKA
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja JOANNA KUŁAKOWSKA-LIS / ExLibro
Korekta TOMASZ POWYSZYŃSKI / ExLibro, BEATA WÓJCIK
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne ANNA POL
Zdjęcie na okładce © Delaney Allen
FragmentMożliwości wyspy Michela Houllebecqa na s. 117 w przekładzie Ewy Wieleżyńskiej.
Łamanie | manufaktu-ar.com
Książka ukazała się dzięki dofinansowaniu Swedish Arts Council
De polyglotta älskarna Copyright © Lina Wolff, 2016 First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland Copyright © for the translation by Dominika Górecka Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017
Warszawa 2017 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65780-71-3
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. 48 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.
.

The path of the eclipse occurs in any womans life

when she is consumed within a mans penumbra.

STEPHEN KING

Nigdy nie sądziłam, że będę szukać tego jednego jedynego przez internet. Było w tym dla mnie coś zbyt wyrachowanego, poza tym nigdy nie pisałam anonsu na portal randkowy, ani niczego podobnego, i nie wiedziałam, co powinnam napisać, żeby jak najlepiej się sprzedać.

Do tej pory umawiałam się z chłopakami ze wsi. Pierwszy, dajmy na to, miał na imię „Johnny” i trudno było dostrzec w nim coś wyjątkowego − przynajmniej nie na pierwszy rzut oka i nie dopóki się zrozumiało, że jest naprawdę chory. Chodziliśmy do tej samej klasy, a wszystko zaczęło się od tego, że zapytał:

– Czy jest coś takiego, o czym zawsze marzyłaś, żeby zrobił dla ciebie mężczyzna?

Podejrzewam, że usłyszał to w jakimś filmie i już wtedy, całkiem na poważnie, uważał siebie za mężczyznę. Sądzę też, że spodziewał się całkiem innej odpowiedzi niż ta, którą otrzymał. Czegoś w rodzaju: „Zawsze chciałam spotkać mężczyznę, który sprawi, że postradam zmysły w łóżku”. Lub jakiegoś konkretnego życzenia, które podpowie mu, co ma robić. Ja jednak powiedziałam:

– Zawsze chciałam, żeby ktoś pokazał mi, jak się bić.

Gdy zobaczyłam, że nie jest aż tak zdziwiony, jak się tego spodziewałam, dorzuciłam:

– Bić się jak prawdziwy drań.

Johnny pokiwał powoli głową i splunął na ziemię:

– Jeśli właśnie tego chcesz, kotku, to cię nauczę.

Jeszcze tego samego wieczoru zabrał mnie do miejsca, które nazywał fight clubem. Tworzyła je grupa ludzi, którzy oglądali Fight Club i się nim zainspirowali, ale w odróżnieniu od bohaterów filmu naprawdę znali się na sztukach walki. Spotykali się trzy razy w tygodniu, żeby się bić. Każdy stawał do walki z każdym. Schodziło się do podziemi szkoły, a potem szło się dalej w głąb piwnicy. Wnętrze było wyłożone matowymi kafelkami w odcieniach brązu i pomarańczy, które, w odróżnieniu od zwykłych kafelków, zdawały się pochłaniać wszystkie dźwięki. Potem szło się długim przejściem podziemnym, boso, w milczeniu, z torbami treningowymi przerzuconymi przez ramię. Słychać było tylko szum wentylatorów. Następnie wkraczało się do sali, gdzie czekali już ci z naszej wsi, którzy chcieli się bić. Wybieraliśmy tymczasowego prowadzącego, a potem robiliśmy wspólną rozgrzewkę. Wszyscy byli świetnie rozciągnięci, nawet chłopaki, żaden nie wstydził się pokazać, że potrafi zrobić szpagat i sznurek. Puszczali przy tym głośne bąki, ale obowiązywała niepisana zasada, że nie wolno się śmiać. Potem się biliśmy. Byłam jedyną początkującą i jedno wiedziałam na pewno – że śmiertelnie się boję. Kiedy się śmiertelnie boisz, masz przewagę – mówił Johnny. Kiedy się kurewsko boisz, od razu jesteś do przodu, ciało jest mądrzejsze, niż ci się wydaje, i jeśli pozwolisz mu działać na autopilocie, potrafi zrobić prawie wszystko. Potem jednak musisz z powrotem nad nim zapanować.

– Ludzi nie wkurza to, że ktoś ich napadł, tylko to, że nie potrafią się bronić – mówił.

Johnny umiał się nie tylko bić, lecz także strzelać, i czasem jeździliśmy na strzelnicę, która znajdowała się między naszą wsią a sąsiednią. Chodziliśmy w pomarańczowych nausznikach i patrzyliśmy, jak inni strzelają z pistoletu i ze strzelby. Johnny pokazywał mi, jak staje się w rozkroku, unosił broń i celował w rzutki. Najpierw w symulatorze, potem naprawdę. Któregoś dnia stwierdził, że może już mnie zabrać na polowanie. Przed wyjazdem dużo o tym opowiadał − że będziemy musieli wyruszyć nocą, przyzwyczaić wzrok do ciemności i przez cały czas zachowywać absolutną ciszę.

Tylko raz strzelali w mojej obecności, do dzika. Strzał rozległ się w ciszy i usłyszeliśmy, jak zwierzę biegnie, ale teraz jakby inaczej, bardziej niezdarnie, łamiąc po drodze gałęzie, a potem toczy się, oszołomione, jakby wiedziało, że za chwilę umrze, i brnie w panice przez zarośla. Podeszliśmy bliżej i w którymś momencie Johnny poświecił w górę latarką. Zobaczyłam nagie gałęzie buków, jak wyciągają się w stronę rozgwieżdżonego nieba niczym długie, ciemne kości. Johnny złapał mnie za rękę, wsunął sobie latarkę między nogi, a drugą ręką przeciągnął po krótko ostrzyżonych włosach, w przód i w tył. Chciałam zapytać, dlaczego tak robi, ale się nie odezwałam. Miałam wrażenie, że chce szepnąć mi coś do ucha i chyba było to coś ważnego, co dotyczyło nas obojga, ale w tej samej chwili jeden z myśliwych zawołał, że znalazł dzika. Poświecił na niego latarką. Pocisk utkwił w karku, krew lała się po czarnej szczecinie. To była duża locha i dopiero wspólnymi siłami udało nam się ją przenieść na pakę pikapa. Następnego dnia miała zostać rozebrana w gospodarstwie kumpla Johnny’ego. Pojechaliśmy tam po śniadaniu i kiedy dotarliśmy na miejsce, wszędzie była już krew i szczecina, bo nikt w zasadzie nie znał się na uboju. Wszyscy walili, gdzie popadnie, i tylko bez przerwy powtarzali, że trzeba się spieszyć. Nigdy więcej nie pojechałam na nielegalne polowanie.

Któregoś wieczoru powiedziałam Johnny’emu, że jeśli jest gotów, to ja też jestem. Uśmiechnął się do mnie, a ja pomyślałam, że nigdy wcześniej nie widziałam jego zębów, były duże i białe, jak kostki cukru, idealnie osadzone w dziąsłach i dziwnie kontrastowały z resztą twarzy, nieregularną i pooraną bliznami po pryszczach. Zrobiliśmy to na platformie jego pikapa, a kurtka, którą podłożył mi pod pupę, upaprała się krwią.

– Rzadko która dziewczyna krwawi po pierwszym stosunku – powiedziała nam pielęgniarka na lekcji wychowania seksualnego. – Dziewczyny jeżdżą teraz konno, na rowerze, skaczą i dokazują, i zwykle nie mają już błony dziewiczej.

Najwyraźniej miałam wyjątkowo spokojne dzieciństwo, bo moja błona dziewicza z całą pewnością była na swoim miejscu. Na widok krwi Johnny nawet się nie skrzywił i już po kilku sekundach miał wzwód. Kiedy skończył, nie wiedziałam, co powiedzieć. Już wtedy jednak przeczuwałam, że Johnny to ktoś, na kogo trzeba uważać. Podobnie jak większość chłopaków z moich okolic był, rzecz jasna, porywczy, niewykształcony i napalony, i taki miał już pozostać do końca życia. Było w nim jednak coś jeszcze.

– Nie wiedziałem, że to twój pierwszy raz – powiedział.

– A twój? – zapytałam.

– No tak. Mój też.

Spojrzał na lepką od krwi kurtkę.

– No nic. Od czegoś trzeba zacząć.

Następnym razem poszło nam dużo lepiej. Nie mówiąc już o trzecim, czwartym i piątym. Johnny powiedział wtedy, że pieprzymy się jak prawdziwe gwiazdy porno.

Gdy mieliśmy szesnaście lat, złamałam Johnny’emu nos grzbietem dłoni. Nie celowo, machnęłam odruchowo ręką i nie miało to nic wspólnego ze sztukami walki. Tak czy inaczej, zrobiła się dzika afera. Chodziliśmy wtedy jeszcze do szkoły średniej i szybko dowiedzieli się nauczyciele, pielęgniarka, rodzice Johnny’ego i moi. Matka Johnny’ego powiedziała:

– Nie chcę, żebyś zadawał się z tą dziewczyną.

Staliśmy na boisku, a krew lała się Johnny’emu z nosa. Jego matka przybiegła, gdy tylko usłyszała, co się stało, i teraz stała, rzucając mi pogardliwe spojrzenia.

– Mamo, Ellinor nie jest już małą dziewczynką – stwierdził Johnny. – Jest damą. I to jaką.

Uśmiechnął się do mnie, a grzywka zsunęła mu się na oczy.

– I to jaką – powtórzył i uśmiechnął się jeszcze szerzej swoimi kostkami cukru.

Miałam ochotę powiedzieć, żeby nie stał tak i nie szczerzył zębów. Zapomniałeś już, jak cię podniecił widok krwi, jesteś nieźle popierdolony, Johnny, czegoś takiego nie da się ukryć. Chciałam to powiedzieć, ale możliwe, że przez ten jego zakrwawiony nos poczułam coś zupełnie innego, dlatego podeszłam i go przytuliłam. Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło. Robiliśmy wszystko razem. Pomagaliśmy sobie ze sztucerem i bronią, biliśmy się i pieprzyliśmy, ale nigdy wcześniej się nie przytulaliśmy. Teraz jednak to zrobiliśmy, a ja poczułam, jak jego ciepła krew kapie mi na szyję.

– Teraz już umiesz wszystko, czego chciałem cię nauczyć – powiedział.

Dodał też, że jeśli jeszcze raz użyję tego, czego mnie nauczył, przeciwko niemu, zabije mnie bez mrugnięcia okiem.

– O ile ci się uda – rzuciłam.

– Nie wkurzaj mnie – odparł, a wzrok mu pociemniał.

Z czasem popadliśmy w łóżku w rutynę, choć może trudno było w naszym przypadku mówić wtedy o rutynie.

– Jedziemy do mnie – rzucał od niechcenia i wkładał mi rękę między nogi.

Oznaczało to mały domek myśliwski jego ojca niedaleko naszej wsi, gdzie mogliśmy mieć święty spokój. Była tam boazeria na ścianach i jaskrawożółte zasłonki w białe paski, które zawiesiła pewnie jego matka, pokój dzienny z kominkiem i dwie sypialnie. Weszliśmy do jednej z nich, a Johnny powiedział:

– Rozbierz się i połóż na łóżku.

Zaczęłam się rozbierać, a on wyszedł do kuchni, żeby zrobić kawę. Po chwili wrócił z kubkiem, przysunął krzesło do łóżka i pił, gapiąc się, jak leżę na plecach z rozchylonymi nogami. Czułam się, jakby mógł zajrzeć w głąb mnie, w górę i do środka, jakby wewnątrz mojego ciała znajdował się ciemny kanał, do którego można było wejść i wyjść z zupełnie innej strony.

– Co się gapisz? – zapytałam.

– Pamiętasz tych aktorów porno? Oni się niczego nie wstydzą.

– Pamiętasz, jak złamałam ci nos? – odparłam.

– Mów mi tak jeszcze – powiedział wtedy i uniósł kubek jak do toastu.

Potem siedział jeszcze przez chwilę, popijając kawę. Kiedy skończył, odstawił kubek na półkę i zaczął rozpinać spodnie.

– Kiedy dasz mi wejść w drugą dziurkę? – jęknął, gdy to robiliśmy.

Powiedziałam mu wtedy, że gdybym była kierowcą ciężarówki, nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby parkować w rynsztoku, skoro mam elegancki parking zaledwie piętro wyżej. Johnny roześmiał się i już nigdy więcej mnie o to nie zapytał.

Po kilku latach przytyłam. Nie byłam gruba, ale najwyraźniej kilka dodatkowych kilogramów wystarczyło, aby Johnny uznał, że nie jestem już atrakcyjna. Spotykaliśmy się coraz rzadziej, aż w końcu przestał dzwonić. Wreszcie zebrałam się na odwagę i wykręciłam jego numer.

– Może pojedziemy kiedyś postrzelać? – zapytałam. – Albo powalczyć?

Powiedział wtedy, że kogoś poznał. Potem widziałam go z nią we wsi. Była chuda i wysportowana, miała długie, ciemne włosy spięte w koński ogon, który opadał na plecy. Zastanawiałam się, jak im jest w łóżku, czy siada przed nią i gapi się, pijąc kawę, i czy jej się to podoba.

Przez kolejne lata dalej się biłam. Ludzie grają w brydża, śpiewają w chórze albo tańczą raz czy dwa w tygodniu − żeby mieć coś z życia na starość lub przynajmniej złagodzić jej skutki, a ja chodziłam do lokalu w piwnicy, żeby się bić. Dobrze mi to robiło, z wiekiem człowiek stawał się coraz lepszy. Nikt nie dostawał punktów za to, że jest młody i ładny, nic nie było za darmo, wszystko trzeba było sobie wywalczyć. Kiedy z czasem zaczęłam poznawać ludzi z innych środowisk, mówili, że nie potrafią zrozumieć, jak ktoś może chcieć spędzać w ten sposób czas, skoro zamiast tego mógłby poczytać dobrą książkę albo posiedzieć przy lampce wina.

– Mało co w życiu jest lepsze od walki – odpowiadałam wtedy.

Dobrze wiedziałam, jak to mogło zabrzmieć, ale wciąż uważam, że to prawda. Nigdy nie byłam tak blisko drugiego człowieka jak wtedy, w tamtej piwnicy. To ma związek z koncentracją i z tym, co widzisz w oczach tej drugiej osoby. Tak nie działa nawet seks. Niektórzy zamykają oczy i przepieprzają życie z ręką w spodniach lub między czyimiś nogami, a w ich głowach i tak nic się nie dzieje. A kiedy stoisz przed przeciwnikiem, masz poczucie, że możesz wejrzeć w głąb niego i zobaczyć, kim on lub ona jest. Poza tym, i to również mówiłam znajomym, nie jesteś stary, dopóki potrafisz kopnąć w głowę kogoś wyższego od ciebie.

Czasem myślałam o Johnnym, o tym, jak bardzo jest popierdolony. Potem zrozumiałam jednak, że nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, żeby nie zostać samemu.

Przez kolejne lata miałam jeszcze wielu chłopaków, nawet całkiem normalnych, przynajmniej w porównaniu z tymi, którzy byli jeszcze do wzięcia. Z żadnym z nich nie zamieszkałam. Żyłam po swojemu, brałam życie takim, jakie jest, i nie poddawałam się zbytnio niepotrzebnym emocjom. Żaden mężczyzna nie zagościł w moim życiu na dobre, zanim nie wydarzyła się historia z Calisto i maszynopisem. A zaczęło się od tego, że założyłam profil na portalu randkowym z takim oto wstępem:

Mam trzydzieści sześć lat i szukam czułego, choć nie nazbyt czułego, mężczyzny.

Pod hasłem „zainteresowania” wpisałam „brak”, tak samo pod „ulubiony pisarz”. Podobnie w rubryce „ulubione danie” i „ulubione miejsce na świecie”. W miejscu przeznaczonym na motto życiowe napisałam: Spotkać wyżej wymienionego mężczyznę. Potem pomyślałam, że motto to jednak coś innego, jakieś zdanie lub sentencja, która może posłużyć jako przydatny aforyzm w różnych sytuacjach. Nigdy jednak takiego nie miałam, dlatego niczego już nie zmieniłam, choć pewnie jakoś to o mnie świadczyło, zdradzało moje ograniczone słownictwo, co niektórych mogło zniechęcić. Choć z drugiej strony nie szukałam przecież literata. Dodałam też swoje zdjęcie. Zrobił mi je przyjaciel, kiedy leżałam na brzuchu na jego łóżku. Nie widać na nim zmarszczek, bo zrobił je przy zapalonych świecach, a − jak sam mówi − mało kto źle wygląda w takim świetle.

Dopiero po tygodniu weszłam znów na stronę. Dostałam mnóstwo odpowiedzi. Przeglądałam je zaskoczona. Nigdy nie byłam jedną z tych, którym okazuje się zainteresowanie. Pamiętam, jak kiedyś Johnny powiedział, że jestem jak cebula, bo żeby dostać się do wnętrza, trzeba mnie obierać, łupina po łupinie. Większość dziewczyn pewnie by się obraziła, słysząc coś takiego, ale ja zrozumiałam, że dla Johnny’ego to był komplement. A teraz codziennie rano, kiedy otwierałam pocztę, miałam dziesiątki nowych wiadomości. Starszy mężczyzna obiecał mi „beztroskę ekonomiczną” w zamian za to, że trzy razy w tygodniu będę go „zadowalać” seksualnie. Dwudziestolatek pytał, czy mogę go nieco poduczyć. Siedziałam przed komputerem z kubkiem kawy i głośno się śmiałam. Byłam wzruszona, ale nie dlatego, że ci mężczyźni okazywali mi zainteresowanie (w końcu zdjęcie było zwykłym oszustwem), tylko dlatego, że zrozumiałam, że pisali do mnie, bo naprawdę wierzyli w miłość, to znaczy wierzyli, że mogę im dać to, czego szukają.

Potem znów minęło trochę czasu, zanim weszłam na stronę − co chwila coś mnie odrywało. Okazało się, że kilku mężczyzn wciąż do mnie pisało. Niektórzy robili to niemal codziennie od kilku tygodni. Dwudziestolatek, który wierzył, że mogę go czegoś nauczyć, przejawiał objawy graniczące z obsesją. W jednej z wiadomości napisał: wszystkie moje dotychczasowe dziewczyny bez przerwy gadały, ciągle chciały tylko rozmawiać i rozmawiać, za to ty wydajesz się taka niewerbalna i prawdziwa. Niewerbalna i prawdziwa. Spodobało mi się to. Odpisałam:

Być może to ty zachęcasz je do rozmowy. Spróbuj zachęcić je do czegoś innego. Pozdrawiam serdecznie, E.

Niektóre wpisy brzmiały groźnie. Nie, żeby ich autorzy mi grozili − pisali o innych mężczyznach, którzy mogą zagrażać kobietom z portalu.

Ten świat niczym się nie różni od tego prawdziwego − napisał jeden z nich. Dziewczyny są tu tak samo zagrożone jak wszędzie indziej i powinny na siebie uważać.

Zaraz cię zablokuję, psycholu – odpowiedziałam i na tym się skończyło.

Czasem myślałam: Dlaczego odszedłeś, Johnny? Dlaczego nie mogłeś się mną tak po prostu zaopiekować? Skoczyłam na głęboką wodę i licho wie, czy to przeżyję.

Przeżyłam jednak, bo inaczej nie siedziałabym tutaj i tego nie pisała.

Mój kolejny chłopak nazywał się Klaus Bjerre i pochodził z Kopenhagi. Podobało mu się, kiedy nazywałam go moim chłopakiem, bo − jak sam twierdził − czuł się wtedy znacznie młodziej. Po duńsku mówi się kæreste − ukochany. Miał mieszkanie niedaleko rewiru ćpunów. W Kopenhadze istniały wtedy jeszcze takie rejony, na spowitych grudniową mgłą rogach ulic można było spotkać śpiących na stojąco ludzi. Klaus twierdził, że nie są groźni, i faktycznie nie byli. Przez większość czasu siedziałam jednak w domu, bo on uważał, że „w Kopenhadze wszystko może się zdarzyć”, i pokazywał ręką na okno, za którym widać było fasadę budynku z czerwonej cegły. Zawsze lubiłam Kopenhagę, ale nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego Bjerre szuka sobie dziewczyny ze Szwecji. Pomyślałam, że może jest w nim coś takiego, co Dunki od razu widzą, a miał nadzieję, że Szwedka tego nie zobaczy. Duńczycy mają Szwedów za idiotów. Nawet tych ze Skanii, dla nich to bez różnicy. Potrafimy tylko stać za kasą w spożywczaku, zbudować most i sprzątać lasy, po których oni będą mogli sobie pospacerować w weekend. Być może w ostateczności nadajemy się na żony lub przynajmniej kochanki, i pewnie właśnie o tym chciał się przekonać Bjerre.

– Mam tylko jedną małą wadę – powiedział w czasie pierwszego spotkania. – A mianowicie sporo piję.

Nie zaniepokoiło mnie to wtedy, bo nie wiedziałam nic o piciu i − przynajmniej na początku − nie sądziłam, że może to mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy jednak mnie dotykał, pozostawał na mnie zapach jego dłoni. Tak samo pachniało łóżko, w którym spaliśmy. Czasem, gdy wychodził, przykładałam nos do jego poduszki i miałam wtedy ochotę zwymiotować. Cuchnęła brudem i alkoholem, ale takim z ciała, jakby jego organizm nie potrafił już pozbyć się nagromadzonej trucizny i zaczął produkować własną, stęchłą odtrutkę. Z początku więc przyprawiał mnie o mdłości, z czasem jednak się przyzwyczaiłam. Podobało mi się jego mieszkanie na Fredriksberg − było ciepłe i miało kaloryfer bezpośrednio pod stołem w kuchni − można było oprzeć na nim nogi, pijąc kawę.

Nic wielkiego się między nami nie wydarzyło, nic, co by nie mogło się zdarzyć innym parom. Najwięcej działo się wtedy, gdy Bjerre mówił o przyszłości. W jego słowach jawiła się niczym jakiś pałac i zawsze wtedy w jego oczach pojawiał się błysk radości, czasem zapominał nawet o piciu. Opowiadał, że u niego zamieszkam i że kupi większe łóżko i wszystko, co tylko zechcę. Będziemy zapraszać przyjaciół, a on zadba, żeby na koncie były pieniądze na bieżące wydatki, i jeszcze roczne oszczędności, na wszelki wypadek.

– Zobaczysz, już ja się o to postaram – zapewniał. – To mój obowiązek, chcę, żebyś o nic nie musiała się martwić.

Odparłam, że jeśli chce jakoś uporządkować swoje życie, musi najpierw przestać pić. Pokiwał głową i pociągnął łyk z kieliszka.

– Masz rację – przyznał. – Nie mówisz tego, co chcę usłyszeć, tylko to, co powinienem usłyszeć. Prawdziwa z ciebie przyjaciółka, Ellinor.

Mówiąc to, patrzył na mnie przekrwionymi białkami oczu. Pokrywała je wilgotna powłoka, jakby w każdej chwili gotów był się rozpłakać. Złapał mnie za rękę; miał długie palce i poobgryzane paznokcie. Przechylił się, próbując mnie pocałować, ale cuchnęło od niego tak straszliwie, że odwróciłam głowę. Pociągnął znów z kieliszka i zamrugał powiekami, wilgoć zniknęła.

– Gdy myślę o naszej przyszłości – dodał po chwili – o tym spokojnym, pełnym ciepła życiu, jakie chciałbym spędzić z tobą, Ellinor, to czuję, że mógłbym zrobić wszystko. Naprawdę wszystko. Jutro wyjmiemy butelki, które pochowałem, i wylejemy do zlewu. Zacznę wszystko od początku.

Znów się uśmiechnął, a jego dłoń ścisnęła moją.

– A może kupimy samochód? – dodał po chwili. – Będziemy jeździć do Skanii na weekendy. Chodzić do lasu i robić zakupy w tanich supermarketach w Malmö.

Odpowiedziałam, że nie potrzebujemy samochodu, bo jedną z zalet Kopenhagi jest to, że można wszędzie wypożyczyć rower, a do Skanii jeżdżą pociągi. Bjerre wyraźnie posmutniał, jakby od tego samochodu zależała cała reszta.

– To może psa?

Pokręciłam głową.

– Dobrze jest tak, jak jest – powiedziałam. – Musisz tylko przestać pić.

Następnego dnia mieliśmy wyrzucić wszystkie butelki. Wylać alkohol, wyrzucić butelki i zacząć nowe, stabilne życie. Tego ranka Klaus wstał wcześnie, wziął prysznic, skropił się perfumami i wypił kawę, ale nie tknął żadnej z butelek stojących w kuchni. Gdy na mnie spojrzał, białka jego oczu wydały się jakby mniej przekrwione.

– Zobaczysz, wszystko się ułoży – powiedziałam. – Trzeba tylko być twardym, a wtedy wszystko się udaje.

– Tak – odparł. – Idę do roboty. – Kiedy wrócę, zjemy kolację i popijemy wodą. Potem zajmiemy się butelkami.

Gdy wychodził, stanęłam za nim w drzwiach. Doszedł do poręczy i obrócił się, po czym uniósł dłoń i uśmiechnął się.

Weszłam z powrotem do mieszkania, usiadłam przy stole w kuchni i zjadłam śniadanie. Minęło najwyżej pół godziny, kiedy ktoś zastukał do drzwi. Pukanie było głośne i stanowcze. Nie słyszałam żadnych kroków na klatce schodowej, dlatego pomyślałam, że osoba za drzwiami stała tam już od dłuższej chwili. Zbierała się na odwagę, a potem uniosła rękę i trzykrotnie zastukała. Przestałam jeść i odstawiłam filiżankę. Pewnie jakiś sprzedawca lub świadek Jehowy, pomyślałam. Choć przecież wiedziałam, że ani sprzedawca, ani świadek Jehowy tak by nie zapukał. Tacy jak oni już kiedy pukają, starają się, żeby uznać ich za przyjaciół, kogoś, kto może odmienić nasze życie. Ponieważ nie zareagowałam, pukanie rozległo się ponownie. Zabrzmiało zdecydowanie i natarczywie, jakby osoba za drzwiami nie miała wątpliwości, że ktoś jest w środku, i chciała przez to powiedzieć, że nie zamierza się poddać. Podniosłam się i stanęłam na środku kuchni. Stałam tak, ubrana w nocną koszulę, i wpatrywałam się w drzwi, nie mogąc się przemóc, żeby otworzyć. Pukanie stawało się coraz głośniejsze, i nagle usłyszałam głos:

– Niech pani otworzy, pani Bjerre, proszę, niech pani otworzy!

Uchyliłam drzwi. Stała za nimi sąsiadka Klausa. Nigdy wcześniej z nią nie rozmawiałam, ale wiedziałam, że mieszka na szóstym piętrze razem z córką. Klaus nazywał ją wariatką. Była równie niedbale ubrana jak ja, może nawet jeszcze bardziej niechlujnie, bo na wysokości piersi jej koszula była poplamiona czymś, co wyglądało jak kawa albo marmolada.

– Słucham? – zapytałam przez szparę w drzwiach.

– Musi pani przyjść. Regina zamknęła się w łazience i mówi brzydkie wyrazy.

– Regina?

– Moja córka.

– Nie wydaje mi się, żebym mogła pomóc.

– Musi pani – nie odpuszczała. – Regina może tam umrzeć.

Próbując jednocześnie zamknąć drzwi, powiedziałam, że mam co innego na głowie i nie wychodzę o tej porze z domu. Wtedy jednak kobieta wpadła w panikę.

– Nie, nie – krzyknęła – nie rozumie pani, pani Bjerre, Regina może tam umrzeć, niech pani mi pomoże, inaczej ona tam umrze!

Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale w końcu otworzyłam drzwi, wyszłam z mieszkania i zatrzymałam się na klatce schodowej. I stałyśmy tak, a wokół nas panowała kompletna cisza. Czułam się, jakbyśmy zostały odcięte od zgiełku Kopenhagi, jakby każda z nas, nie wiedząc o sobie nawzajem, w dwóch różnych mieszkaniach hodowała coś swojego, coś obrzydliwego i przerażającego. Swoją własną próżnię, swój chory wszechświat. Tak właśnie pomyślałam, a potem jeszcze przyszło mi do głowy, że przecież nie powinnam nic wiedzieć o próżni i o chorym wszechświecie.

– Co mam zrobić? – zapytałam.

– Niech jej pani pomoże wyjść z łazienki.

– Jestem chora – powiedziałam z jakiegoś powodu.

– Co pani jest?

Próbowałam coś wymyślić i rzuciłam, że zachorowałam na jakąś odmianę ospy, najbardziej zaraźliwą chorobę, jaka przyszła mi do głowy.

– Nie ma pani krostek – zauważyła. – Co to za ospa? Liszajec?

– Nie – odpowiedziałam. – Zwykła ospa.

– Zwykła ospa?

– Co mam zrobić? – powtórzyłam.

– Niech nam pani pomoże. Potrzebujemy pomocy.

– Nie może pani poprosić kogoś innego?

– Tylko pani ma czas o tej porze.

Rzeczywiście. Tylko ja miałam czas o tej porze. Inne drzwi były zamknięte na klucz i takie miały pozostać do godziny szóstej lub siódmej wieczorem, kiedy ich właściciele zaczną wracać z pracy.

– No to idę – powiedziałam.

Wróciłam do mieszkania, wzięłam klucz i weszłam z nią po schodach.

Panował tam bałagan i zaduch. Nie docierało tu niemal wcale światło dzienne, a wnętrze rozjaśniały jedynie lampy. Pośrodku mieszkania znajdował się wąski cylindryczny kanał, który dawniej mógł pełnić funkcję zsypu, a dziś światło wpadało tędy do mieszkań pozbawionych okien wychodzących na ulicę lub na podwórze. Dzięki temu z niektórych pokoi można było zajrzeć do innych, a z kuchni widać było łazienkę. Stanęłam i wyjrzałam. Rzeczywiście, po drugiej stronie siedziała jakaś kobieta i patrzyła przez otwarte okno. Siedziała nieruchomo, zaledwie kilka metrów ode mnie. Grube szkła okularów zniekształcały oczy, więc trudno było wyczytać cokolwiek z jej twarzy. Na wysokości ust rysowała się cienka kreska. Miała na sobie workowatą koszulę nocną, taką samą jak matka. Prześwitywały przez nią dwie obwisłe piersi.

– Które to drzwi? – zapytałam.

Przeszłyśmy wąskim korytarzem.

– Te tutaj – pokazała na drzwi łazienki. – Tutaj siedzi.

Chwyciłam klamkę i pociągnęłam do siebie. Rzeczywiście, były zamknięte. Zastukałam.

– Halo?

– Czy to pani Bjerre? – odezwała się Regina.

– Tak – odparłam, choć zabrzmiało to idiotycznie.

– Niech pani wyważy drzwi – odezwała się matka.

– Dobrze – powiedziałam. – Zaraz to zrobię.

Podciągnęłam koszulę, wsunęłam ją za gumkę od majtek, a potem stałam tak jeszcze przez kilka sekund. Sąsiadka powędrowała wzrokiem po moim ciele, powoli i z dezaprobatą.

– Zaraz wyważę drzwi! – zawołałam do znajdującej się po drugiej stronie Reginy. – Odsuń się jak najdalej! Słyszysz? Uważaj!

Zrobiłam krok do tyłu. Kopnęłam. Pierwszy raz w życiu wyważałam drzwi i nie markowałam ciosu, jak robi się na treningach. Przeniosłam ciężar całego ciała na lewą nogę, uniosłam prawą i wymierzyłam kopniak prosto przed siebie, tak, żeby spód stopy dosięgnął drzwi. I właśnie wtedy, gdy już miałam kopnąć, usłyszałam słaby, nerwowy głos matki, jak piśnięcie:

– Niech pani pomyśli o kimś, kogo pani nienawidzi.

Jeszcze zanim zdążyłam pomyśleć, zanim zdążyłam zrozumieć, co tak naprawdę powiedziała, zobaczyłam przed sobą Klausa Bjerrego. Jego twarz, przekrwione gałki oczu i poczułam zapach nieświeżego oddechu. Twarz wykrzywiła się w uśmiechu, gdy moja stopa z impetem uderzyła w skrzydło drzwi. Zrobiłam dziurę w samym środku gęby Klausa Bjerrego. Zawiasy wyskoczyły i skrzydło zawisło w powietrzu, kiwając się bezwładnie w przód i w tył. W końcu wysunęło się z framugi i upadło na podłogę. W środku, na muszli klozetowej, siedziała Regina. Zezowata, cycata i skamieniała ze strachu. Stojąca obok mnie kobieta zapiszczała z radości:

– Pani Bjerre otworzyła drzwi! – zawołała. – Zobacz, Regino, wcale nie potrzeba było do tego mężczyzny!

Regina podniosła się z muszli, podeszła do mnie i rzuciła mi się na szyję, a zaraz potem dołączyła do niej matka. Stałyśmy tak, otulone w miękki zapach ich potu, być może również mojego. Podejrzewam, że swojego potu tak się nie czuje. Zaciągnęły mnie do kuchni, chciały zaprosić na likier i ciasteczka.

– Niech pani usiądzie, pani Bjerre, tak bardzo byśmy chciały się pani odwdzięczyć.

Ich bose stopy poruszały się pod koszulami nocnymi po wykładzinie z linoleum, tam i z powrotem. Patrzyłam na przesuszone, popękane pięty, na długie paznokcie i ślady, jakie ich stopy zostawiały na podłodze, jakby pokrywała je cienka warstwa tłuszczu.

– Muszę już iść – odparłam. – Niedługo wraca pan Bjerre.

Pokiwały ze zrozumieniem głowami. Gdy schodziłam po schodach, stały jeszcze na klatce i machały do mnie zza balustrady. Otworzyłam drzwi, weszłam do środka i poczułam smętny zapach Klausa Bjerrego. Przez chwilę stałam, rozglądając się dokoła. Stół w kuchni. Kaloryfer. Ceglana ściana za oknem. Butelki, których zawartość mieliśmy wylać jeszcze tego wieczoru. Całe nasze życie, mała stabilizacja, którą udało nam się stworzyć.

Potem weszłam do sypialni, wyjęłam walizkę i spakowałam do niej swoje rzeczy. Wyszłam z mieszkania i ruszyłam w kierunku dworca głównego. Przez chwilę stałam i patrzyłam na zgiełk panujący pod szklanym dachem i na stojącego nieco z boku sprzedawcę kwiatów. Kilka minut później siedziałam już w pociągu do Skanii.