Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Polaris” to wciągający thriller, który łączy ekstremalną wyprawę polarną, historyczne tajemnice i refleksje nad granicami ludzkiego umysłu.
Mark Steiner, doświadczony przewodnik, wyrusza w stronę Bieguna Północnego z grupą nieznajomych na zlecenie bogatego klienta. W surowym świecie lodu i ciemności musi zmierzyć się nie tylko z niebezpieczną naturą, lecz także z własnymi demonami oraz zjawiskami, które zacierają granicę między prawdą, legendą i szaleństwem.
W fabule pojawiają się elementy ze starożytnych japońskich mitów, tajemnice Bractwa Thule oraz niewyjaśnione siły ukryte w Arktyce. Każdy kolejny etap wyprawy prowadzi bohaterów coraz głębiej w nieznane.
To książka dla miłośników thrillerów, literatury przygodowej, survivalu, historii i science fiction. Spodoba się czytelnikom, którzy szukają nie tylko poczucia napięcia i grozy, lecz także refleksji nad naturą człowieka, strachem i granicami poznania.
Zanurz się w mroźnej opowieści, w której rozum może nie wystarczyć, aby przetrwać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 356
Rok wydania: 2024
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyrights: Marek Kamiński 2024
Redakcja techniczna: Joanna Michalczuk
Opracowanie redakcyjne: Karolina Macios
Redakcja ikorekta: Jowita Kostrzewa
Mapa: Martyna Czop
Opracowanie graficzne iłamanie: Krzysztof Bukowski
Projekt okładki: Igor Morski
ISBN druk: 978-83-968087-3-8
ISBN PDF: 978-83-968087-4-5
ISBN EPUB: 978-83-968087-5-2
ISBN MOBI: 978-83-968087-6-9
Haiku autorstwa Matsuo Bashō, Kyorai iShōha cytowane wksiążce są wprzekładzie Agnieszki Żuławskiej-Umedy ipochodzą zwydania Haiku Ossolineum 1983.
Swoje uwagi iprzemyślenia na temat książki mogą Państwo przekazać autorowi na adres marekkaminski@kaminski.pl i/lub wydawnictwu Makami na adres adminkaminski@kaminski.pl.
On rozpostarł krainę północy nad pustką, ziemię zawiesił nad nicością.
Księga Hioba 26:7
Namiotem szarpnęło. Rob miał wrażenie, że naprężone do granic możliwości ścianki zaraz pękną ilodowaty wiatr wedrze się do środka. Zginą, wiedział otym, ale mimo to szedł dalej. Jak długo to już trwa? Od trzech albo czterech dni, nie potrafił sobie przypomnieć, zresztą czas raz przyspieszał, raz zwalniał, drwiąc sobie znich, icałego porządku świata. Jakiego porządku? – pomyślał Rob. Tu jest chaos, trafiliśmy wepicentrum chaosu. Potrząsnął głową. Nie podobały mu się te myśli. Coraz bardziej go męczyły od tamtego dnia, gdy zniknął Dave. Amoże to było wcześniej? Zadrżał.
– Zimno, co? – mruknął Grass, zaciągając mocniej kaptur.
Zwąskiej szpary wmateriale patrzyły teraz na Roba oczy oniepokojąco chłodnej barwie. Nie, Rob nie czuł zimna. Miał wrażenie, że już do niego przywykł. Wkońcu od dawna chodził po lodowcach, śmiał się, że żaden mróz nie robi na nim wrażenia, ale wcześniej było inaczej. Wtedy nie brał pod uwagę, że mróz może…
– Żyć… – szepnął ioblizał nerwowo wargi.
Nie powinien tego robić, były suche ipopękane, będą bolały jeszcze bardziej.
– Co mówisz? – Opatulona śpiworem Kathrine zwróciła głowę wjego kierunku.
Nie widział jej spojrzenia, może to idobrze, bo zaczynał się bać, że znowu wjej oczach zobaczy to, co wtedy. Powoli gasnącą nadzieję. Dreszcz ponownie wstrząsnął jego ciałem.
Może po prostu jestem chory? – pomyślał. Tak, na pewno jestem chory. To jakaś infekcja, która objawia się tym całym… Nie dokończył, urwaną myśl porwał kolejny lodowaty podmuch. Tym razem wszyscy podnieśli głowy, nawet Mark, na którym już od dawna nic nie robiło wrażenia. Gdzieś woddali rozległ się przeciągły jęk.
– Słyszeliście?! – zawołała Kathrine, podrywając się zmiejsca.
Rob przymknął oczy. Nie chciał widzieć tego, jak zaraz kobieta uderzy omaszt, który trzymał się jedynie na słowo honoru, bo pękł już pierwszego dnia tej piekielnej burzy isklejali go tyle razy, że nie miał prawa stać. Ajednak wciąż stał ztakim samym idiotycznym uporem, zjakim biegun bronił im dostępu do siebie. Rob wstrzymał oddech. Jęk powtórzył się, tym razem bliżej, ale odziwo, namiot się nie zawalił. To Grass powstrzymał swoją towarzyszkę. Pociągnął ją razem ze śpiworem iopadła zpowrotem na karimatę.
– To tylko lód – powiedział Rob. – To on wydaje takie dźwięki.
– Nie, niemożliwe! – Kathrine pokręciła gwałtownie głową. – Żaden, kurwa, lód! Tam… ktoś jest.
Westchnął. Tak się kończy zabieranie na wyprawę cywilów bez odpowiedniego przygotowania. Co oni sobie myśleli? Dlaczego zgodzili się na tę durną ofertę? Dla kasy, to jasne, wkońcu potrzebowali jej na kolejną wyprawę, ale gdyby tylko wtedy wiedział, jak to się skończy, za nic wświecie nie przyjąłby ich propozycji. Dlaczego nie posłuchał Marka?
Spojrzał na przyjaciela, który siedział naprężony jak struna iwsłuchiwał się wodgłosy dochodzące zzewnątrz. Serio? Uwierzył tej kretynce? Chyba nie sądzi, że ktokolwiek mógłby przeżyć dłużej niż sekundę wtakich warunkach?
– Mówię, że to lód. Właśnie takie… – zaczął Rob, ale Mark nagle mu przerwał.
– Chyba powinniśmy zobaczyć, co to takiego – odezwał się chropowatym głosem, nienawykłym do mówienia.
Nic dziwnego, nie odezwał się do nich ani razu, od kiedy zostali tu uwięzieni.
Kiedy to było? Dwa dni temu? Amoże trzy? Znów zadrżał. Sam już nie wiedział, czy męczyła go jakaś infekcja, czy najzwyklejszy wświecie strach. Bo się bał, bał się tak bardzo, że nawet potrafił się już do tego przyznać. Nie, nie bał się śmierci, znią był oswojony. To, co budziło jego przerażenie, tkwiło tam, za ściankami namiotu. Krążyło wokół nich jak drapieżnik osaczający swoją ofiarę, delektujący się zapachem jej strachu. Rob słyszał jego oddech wkrótkich przerwach między uderzeniami wiatru. Cisza zapadała dosłownie na ułamek sekundy, króciutki interwał absolutnego bezruchu, martwej pustki, tyle że ona nie była martwa. Słyszał już wszystkie rodzaje dźwięków, jakie wydaje lód na obu biegunach, znał wszystkie rejestry wiatru, nawet te, które wykraczały poza skalę, iwiedział, po prostu czuł każdą komórką swojego ciała, że to coś, co przed chwilą usłyszeli, żyło.
Mark poruszył się.
– Ja pójdę – powiedział cicho.
Nikt nie zaprotestował.
Szarpał się przez długą chwilę zzamkiem namiotu. Suwak nie chciał puścić, jakby wkońcu ostatecznie zamarzł, ale nagle drgnął. Mark przesunął go okilka milimetrów ido środka wpadł wiatr, który zaczął ich kąsać jak oszalałe, wygłodniałe zwierzę.
– Zamknij to, zamknij! – zawołał Grass łamiącym się głosem.
Kathrine przywarła do niego całym ciałem, jakby sądziła, że wten sposób ochroni się przed tym, co nieuniknione. Powinna przywyknąć – pomyślał Mark. Było mu jej żal. Zginie tu tak samo jak oni. Niepotrzebnie się zgodził na tę wyprawę. Kiedy przyszedł do nich Leandro Grass izaoferował kwotę, która znawiązką pokryje koszty kolejnej wyprawy, Mark wzruszył ramionami. Powinien być zachwycony, podekscytowany, rozentuzjazmowany – wkońcu jak na tacy dostali to, czego potrzebowali, by znów ruszyć wświat: cholerne pieniądze, bez których nie dało się zorganizować żadnej wyprawy. Tak, powinien skakać zradości, aon nic nie poczuł. Było mu wszystko jedno.
– Nie wychodź! – zawołał Rob. – Po co się narażasz?! Przecież możesz…
Nie dokończył, ale Mark itak wiedział, co tamten chciał powiedzieć. Widział to wjego przerażonym spojrzeniu, słyszał wrozedrganym głosie, który wogóle do niego nie pasował. Rob zawsze był spokojny, racjonalny, rozsądny, zanim podjął jakąkolwiek decyzję, analizował ją zkażdej strony, ito po trzy razy. Najczęściej kłócili się właśnie ztego powodu, bo choć Mark też taki był, to jednak częściej słuchał intuicji niż jego przyjaciel, nawet jeśli ta mówiła mu: „idź”, gdy rozsądek kazał stać wmiejscu. Ta intuicja nieraz im obu ratowała życie, choć bywały momenty, kiedy zawodziła. Cóż, wkażdym razie wciąż żyli, ato chyba miało jakieś znaczenie.
Zamknął oczy ipoliczył wduchu do dziewięciu. Dziewiątka była jej ulubioną cyfrą. Dlatego wyznaczyła datę ślubu na dziewiąty września. Śmiał się wtedy, że gdyby miesiąc miał dziewięćdziesiąt dziewięć dni, arok dziewięćdziesiąt dziewięć miesięcy, musieliby czekać znacznie dłużej. Za długo – mówił, przyciągając ją do siebie, aona odgarniała włosy ztwarzy irozbawiona szeptała mu do ucha: „Czasem warto trochę poczekać”.
Tylko że „trochę” zamieniło się wwieczność, aon nie mógł już dłużej czekać. Po prostu nie mógł.
– Mark, co ty ro…
Ostatnie słowa Roba zmiażdżył ogłuszający huk wiatru. Mark wyskoczył znamiotu ipospiesznie zasunął suwak. Udało się, był na zewnątrz. Nie mógł już wrócić, tym bardziej że wiedział, kto czeka na niego wtym oszalałym śnieżnym świecie. Ona. Pojawiała się iznikała, jakby bawiła się znim wchowanego. Słyszał jej szept tak wyraźnie, jak teraz wiatr, który nie pozwalał mu iść dalej. Skulił się, pochylił głowę. Nawet gdyby zmuszony był szarżować, uderzyć wten oślepiająco biały mur, zrobi to bez wahania.
Pogoda nie zmieniła się od dwóch dni. Gęsta mgła zwirujących wściekle ostrych drobinek lodu iśniegu nie pozwalała nic zobaczyć. Nie widział nawet własnej dłoni, gdy udało mu się podnieść ją na wysokość twarzy, by poprawić gogle. Wiatr zamienił się wdziką bestię, gryzł, szarpał, ujadał iMark musiał walczyć zwłasnym ciałem, zmusić je do posłuszeństwa, bo krzyczało rozpaczliwie, żeby wrócił, żeby schował się do namiotu. Nie, nie mógł tego nie zrobić. Ona na niego czekała, była gdzieś tam, przecież ją słyszał!
Pierwszy krok okazał się najtrudniejszy. Musiał włożyć wszystkie siły wto, żeby przesunąć prawą nogę do przodu. Ważyła chyba tonę, ale się udało. Być może to zagniewane pustkowie uległo przed jego uporem, wkażdym razie wpuściło go. Przebił się przez ścianę lodu ipowoli szedł przed siebie. Dyszał ciężko, był już cały mokry od potu iprawie nie czuł zimna. Wyciągał ręce, macał powietrze, żeby nie wpaść na żadną bryłę. Jeśli trafi na jakąś szczelinę, to… cóż, wtedy będzie za późno na powrót, ale ztego, co pamiętał, zanim dwa dni temu biegun postanowił ich zabić izamknęli się wnamiocie, wnajbliższej okolicy nie było szczelin. Tylko że lód mógł popękać, aoni mogli tego nie usłyszeć wogłuszającym ryku wiatru. Kolejny krok. Gdzieś zoddali przypłynęły delikatne dźwięki muzyki. Miał wrażenie, że je rozpoznaje, ale skąd miałaby się tu wziąć fugaBacha? To ze zmęczenia – pomyślał, bo naprawdę był potwornie zmęczony, jakby przeszedł właśnie czterdzieści kilometrów, anie kilka metrów. Musiał iść – jeśli tego nie zrobi, zaraz osunie się na lód, awtedy już nie wstanie. Zostanie tutaj, tak jak ci dwaj, którzy ruszyli razem znimi, ale nigdy nie wrócą.
– Aishiteru!
Drgnął gwałtownie ispojrzał wprawo. Stamtąd dobiegł go ten krzyk. Jej krzyk. Słowa, że go kocha. Mark zmrużył oczy ipróbował cokolwiek dostrzec. Aż trudno było sobie wyobrazić, że gdzieś tam nad jego głową jest prawdziwe słońce. Tutaj słońce nigdy nie grzało, czasem tylko wisiało nisko jak wielka czerwona kula lodu. Jak zamarznięta krew.
– Mark! Chodź do mnie…
Ruszył. Tuż przed nim powietrze zawirowało, zgęstniało. Padający śnieg zaczął formować się wcoś, co przypominało mu…
– Mark… – wyszeptała.
Tak, to była ona! Rzucił się ku niej resztką sił, chciał ją złapać, zanim znów zniknie, dotknąć jej, poczuć choć przez chwilę. Iwtedy właśnie stracił grunt pod nogami. Nie wiedział, co się dzieje, zanim nie poczuł wprawym biodrze przeszywającego bólu. Dopiero wtedy odruchowo wyciągnął ręce ito zapewne go uratowało. Ajednak lód pękł niedaleko nich iMark wpadł wszczelinę. Wisiał teraz nad wodą, zapierając się rękami, ale jak długo tak wytrzyma? Przecież nikt nie przyjdzie mu zpomocą. Był tu sam iumrze sam.
Zamknął oczy. Czuł bijący zrozpadliny mroźny oddech bestii. Wierzgnął, ale przez to zsunął się jeszcze bardziej. Rękawice ślizgały się na chropowatym lodzie, słyszał, jak rękawy kurtki zaczynają pękać.
Awięc to już? – pomyślał ze zdziwieniem. Zawsze wydawało mu się, że wtakich chwilach ludzie czują strach, rozpacz, aon nie czuł nic. Jedynie żal, że był już tak blisko niej, tak blisko, ajednak się nie udało. Stracił ją na zawsze.
Iznów wokół rozległy się dźwięki muzyki, tym razem głośniejsze, wyraźniejsze. Tak, to na pewno była Fuga C-dur Bacha, jego ulubiona. Zawsze powtarzał, że przy takiej muzyce mógłby spokojnie umierać.
Nagle powietrze pod jego stopami zafalowało, alód wokół zaczął drżeć.
Znowu pęknie – pomyślał Mark. Szczelina się poszerzy iwtedy…
Drgnął. Wyraźnie poczuł, jak coś musnęło jego nogi. Spojrzał wdół. Wciemności, wktórej wirowały płatki śniegu, ledwie widział swoje kolana. Resztę pochłonął już mrok śmierci. Poruszył ostrożnie stopami. Nie, jeszcze nie umarł. Jeszcze żył. Wytężył wzrok. Znów coś musnęło jego nogi. Przestraszony krzyknął. To nie była woda ani lód, tam coś się ruszało. Chwilę mu zajęło, zanim się uspokoił. Kiedy skupił się na wyrównaniu oddechu, to coś zatrzymało się dokładnie pod nim, aon nagle poczuł, że znów ma grunt pod stopami. Nie, to nie był grunt, tylko coś żywego. Mark miał wrażenie, że stoi na grzbiecie wielkiego zwierzęcia.
Ale to przecież niemożliwe, wtych warunkach nie przeżyłoby żadne zwierzę – myślał gorączkowo. Co to jest?!
Cokolwiek to było, musiało się unieść, bo nagle zorientował się, że wysuwa się ze szczeliny. Serce waliło mu tak głośno, że nie słyszał nic innego, nawet wiatru, który kąsał mu twarz. Wynurzał się powoli, ale tak, na pewno był coraz bliżej powierzchni. Jeszcze tylko kilka centymetrów ibędzie wstanie wspiąć się na lód. Przeżyje!
Nadzieja miała smak adrenaliny – zalała mu usta imusiał powstrzymać się, żeby nie krzyknąć, tym razem zradości. Bał się, że spłoszy to, co pospieszyło mu na ratunek. Albo, że gdy to coś zorientuje się, że on żyje, zwybawcy stanie się drapieżnikiem. Zacisnął wargi imodlił się wduchu, by jak najszybciej krawędź zapadliska znalazła się na wysokości jego pasa, bo wtedy mógłby się już wciągnąć na lód. Iodsunąć jak najdalej od tego stwora.
Ajednak, gdy runął na plecy ipospiesznie podciągnął nogi, to kiedy poczuł pod sobą bezpieczny grunt, wcale nie uciekł. Leżał tam jak zaczarowany, wpatrując się wszczelinę. Przestał oddychać, gdy wyłonił się zniej wierzchołek bryły lodu. Więc to nie było zwierzę? Mark przełknął palące uczucie rozczarowania, amoże ulgi – sam już nie wiedział. Nie odrywał wzroku od białej bryły, która zwolna sunęła wgórę.
To musi być jakaś anomalia, przecież wypiętrzenie lodu nigdy nie zachodzi tak szybko. Chyba że coś wypchnęło go od dołu. Ciśnienie? – myślał. Skoro tak, powinni się stąd zwijać. Równie dobrze szczelina zrobi się pod ich namiotem, awtedy już nic ich nie uratuje. Tak, musiał się ruszyć, ostrzec resztę.
Podnosił się ztrudem. Drżały mu wszystkie mięśnie, aręce paliły od nadmiernego wysiłku. Oddech parował imomentalnie zamieniał się wdrobinki lodu, które uderzały go wtwarz gnane podmuchem wiatru. Kręciło mu się wgłowie zwyczerpania, przed oczami wirowały czarne plamy. Schylił się ioparł dłonie na kolanach. Nie mógł teraz zemdleć, nie teraz, gdy wyszedł ztego cały. Nagle wiatr osłabł, przestał go popychać iMark znów usłyszał ten sam jęk, co wcześniej. To ona? Wróciła? Spojrzał przed siebie, prosto na rozpadlinę, zktórej patrzyły na niego czyjeś oczy. Oczy osadzone wbryle lodu.
Krzyknął iwtedy bryła błyskawicznie się uniosła. Była ogromna, potężna, amimo to poszybowała wgórę zwinnie niczym kot. Osłupiały patrzył na białe cielsko, które owinęło się wokół niego, odcinając mu drogę ucieczki. To nie był lód, to coś miało miękkie białe futro, apod nim kryło się życie. Pulsowało, drgało, coraz szybciej iszybciej, jakby dopasowując się do rytmu jego oddechu. Nie, to niemożliwe – powtarzał Mark wduchu jak mantrę. To niemożliwe. To nie dzieje się naprawdę.
Ajednak się działo. Bestia znieruchomiała, zniżyła łeb, który wcześniej wziął za bryłę lodu, iprzez moment ich oczy znalazły się na tej samej wysokości. Jej były ogromne, białe jak wszystko wokół. Ipuste, przeraźliwie puste.
Apotem powietrze zafalowało izniknęła. Mark potrząsnął głową iprzetarł oczy. Był mokry od potu, kolana mu się trzęsły. To pewnie zwykła halucynacja, przywidzenie, które zesłał mu wyczerpany organizm albo ten cholerny biegun.
Albo jedno idrugie – pomyślał, rozglądając się wokół niepewnie. Wiatr rzeczywiście ucichł, widoczność się poprawiła. Widział stąd nawet zarys namiotu, stopniowo ciemniejącą plamę na oślepiająco białym tle. Iżadnej bestii. Tak, to musiało być tylko przywidzenie – ztą myślą powlókł się zpowrotem.
Tym razem droga wydawała się znacznie dłuższa, ledwie żył ze zmęczenia, gdy odsunął suwak iwszedł do namiotu. Kathrine iGrass siedzieli przytuleni do siebie, Rob miał przeraźliwie bladą twarz, gdy przesuwał wzrokiem po ciele przyjaciela, sprawdzając, czy jest cały, czy nic mu się nie stało. Mark zwalił się na karimatę ibez słowa wsunął się wubraniu do śpiwora. Drżał zzimna.
– Ico… co tam widziałeś? – zapytał po chwili Grass.
Długo zastanawiał się nad tym, co odpowiedzieć. Wkońcu podniósł się na łokciach, spojrzał na nich ipowiedział chrapliwie:
– Nic. Zupełnie nic.
Bo co miał powiedzieć? Że właśnie zobaczył ninguna czy cokolwiek tam było? Zamknął oczy ipotrząsnął głową. Czy on naprawdę właśnie to pomyślał? Ningun? Boże, jęknął wduchu. Gdyby tylko wiedział, że to się tak skończy, za nic nie zgodziłby się na tę wyprawę. Mógł posłuchać swojej intuicji, przecież od początku czuł, że to fatalny pomysł. Że zabieranie na biegun tych dziwnych ludzi, zktórych zostało już jedynie dwoje, oznacza same kłopoty.
Wrócił myślami do tamtego dnia, kiedy to wszystko się zaczęło. Kiedy siedzieli zRobem isnuli odległe plany… Nie, to Robert je snuł, on, Mark, nie miał żadnych planów, żadnych marzeń, nic, co warte byłoby zrealizowania. Iwłaśnie tamtego dnia, bez zapowiedzi, pojawił się Leandro Grass.
Kono michi-o
yuku hito nashi-ni
aki-no kure
Już nikt nie idzie
tą naszą drogą pustą
wszedł zmierzch jesienny
Matsuo Bashō
Dziennik Marka Steinera
Orłowo, 2 sierpnia
Przypomniało mi się dzisiaj to haiku. Misaki bardzo lubi Bashō izawsze się śmiała, że nic ztego nie rozumiem.
Wtwojej duszy nie ma miejsca na japońską poezję – mówiła.
Wmojej duszy już wogóle na nic nie ma miejsca, odkąd odeszła.
Kiedyś wierzyłem, że samotność, pustka dają nadzwyczajną siłę. Przemierzyłem tyle dróg, przeszedłem niemal cały świat inigdy nie czułem się przy tym samotny. Nie brakowało mi towarzystwa innych ludzi, może dlatego, że prędzej czy później do nich wracałem. Przechadzka samotnego marzyciela – tak to nazywała. WKusamakurze, powieści Sōsekiego Natsume, którą mi podarowała, napisała, że jestem wiecznym wędrowcem, samotnym duchem.
Miała rację. Tylko duchy nie mają już do kogo wracać.
Kiedy ciszę panującą wdomu przeciął ostry dzwonek domofonu, Robert ze zdziwieniem podniósł głowę ispojrzał na przyjaciela. Ten wzruszył ramionami.
– Pewnie listonosz – mruknął.
To musiał być listonosz, bo nikogo innego się nie spodziewał. Potencjalni klienci zawsze najpierw pisali maile albo kontaktowali się telefonicznie, żeby umówić się na spotkanie. Znajomi tym bardziej – nikt nie wpadał niezapowiedzianie, bo Marka raczej trudno było zastać. Aprzynajmniej tak to wyglądało jeszcze do niedawna, bo ostatnio głównie siedział wdomu, chowając się przed całym światem iudawał, że go nie ma. Przynajmniej Kropka była szczęśliwa, bo Przecinek itak chadzał własnymi drogami, jak to kot. Odziwo, ta dwójka od początku świetnie się dogadywała. Przecinek pojawił się pierwszy – Mark przywiózł go zjednej zwypraw, aKropka przyszła sama. Pewnego ranka, gdy wrócił zbiegania po plaży, po prostu stała przed bramą domu imachała króciutkim ogonkiem. Mały biały psiak zróżową plamką koło oka, bez obroży ani chipa. Kiedy otworzył furtkę, wbiegła do ogródka iskierowała się do drzwi domu. Jeszcze tego samego dnia wywiesił na orłowskich uliczkach kartki zinformacją opsiej przybłędzie, ale nikt się nie odezwał.
No izostała.
Kropka na dźwięk dzwonka podniosła łeb izastrzygła uszami, apotem zeskoczyła mu zkolan iruszyła ku drzwiom, szczekając zawzięcie. Nie miał wyjścia, musiał odebrać. Podniósł się niechętnie zfotela ipodszedł do domofonu.
– Tak?
– Czy to pan Mark Steiner? – odezwał się po angielsku męski głos, którego nie kojarzył.
– Tak – westchnął. – Oco chodzi?
Miał nadzieję, że to nie żaden niewydarzony dziennikarzyna, który, zamiast umówić się wcześniej jak człowiek, będzie próbował wepchnąć mu się do domu iprzeprowadzić znim wywiad. Amoże to ktoś… od niej? – pomyślał znagłym niepokojem.
– Opana firmę, Complexity Kills – dodał mężczyzna zlekkim rozbawieniem wgłosie. Wielu klientów ta nazwa bawiła, przynajmniej dopóki nie skorzystali zusług Marka inie pojechali znim na jedną zekstremalnych wypraw. Tam bardzo szybko na własnej skórze odczuwali głęboki sens ukryty wtej nazwie. – Wiem, że powinienem najpierw się umówić, ale wpadłem do Gdyni ipomyślałem, że od razu przedstawię panu propozycję związaną zwyprawą.
Mark się zawahał. Gdyby był sam wdomu, pewnie powiedziałby, że ma wypełniony grafik na kolejne dwa lata inie jest zainteresowany, ale tego ranka przyszedł do niego Robert, jego wspólnik, by obgadać kolejną wyprawę, ateraz wyglądał zpokoju iprzysłuchiwał się zzaciekawieniem rozmowie. Tylko dlatego Mark wcisnął przycisk zwalniający blokadę furtki iposzedł otworzyć drzwi. Najchętniej wyszeptałby wprogu, że nie mają wolnych terminów iże może polecić innego przewodnika, ale przecież nie mógł tego zrobić Robertowi. Od czasu ich ostatniej wspólnej wyprawy minął już rok iwtedy właśnie podjęli decyzję, że następnym razem ruszą na Antarktydę. Taki wyjazd wiązał się, oczywiście, zwielkimi kosztami, odkładali więc kasę zkomercyjnych wypraw iszukali sponsorów. Mark zawsze marzył oAntarktydzie, ale potem poznał Misaki i… wszystko się zmieniło.
Kropka szczekała zawzięcie, ale gdy tylko gość wszedł do domu, zaczęła się do niego łasić. Nie nadawała się na psa stróżującego, miała zbyt życzliwe nastawienie do świata.
Mężczyzna uśmiechnął się zdezaprobatą na widok białego psiaka ocierającego się ojego nogi. Pewnie dlatego, że ubrany był wdoskonale skrojony czarny garnitur, na którym każdy psi włos zostawiał widoczny ślad.
No imasz za swoje. Trzeba było najpierw zadzwonić – pomyślał Mark igestem zaprosił gościa do gabinetu, który pełnił funkcję biura Complexity Kills.
Rob stał już wprogu zszerokim uśmiechem. Wyciągnął dłoń na powitanie iodezwał się po angielsku:
– Witamy wnaszej firmie! Jestem Robert Granek, wspólnik Marka Steinera. Kawy? Herbaty? Amoże czegoś zimniejszego?
Znad ramienia mężczyzny posłał Markowi znaczące spojrzenie. Zawierało kilka komunikatów jednocześnie: bądź milszy, zajmij się klientem oraz chyba masz wdomu coś do picia?
– Leandro Grass – przedstawił się gość iuścisnął dłoń Roba. – Bardzo mi miło. Idziękuję, ale właśnie byłem na kawie wGdyni. Ładne miasteczko.
Miasteczko! – zżymał się wduchu Mark. Co za bufon!
Przyglądał mu się bez słowa. Koło czterdziestki, umięśniony, drogi garnitur, buty tyle warte, co bilet na porządną linię lotniczą do Australii, bujne, opadające na czoło ciemne włosy, śniada karnacja iprzenikliwe jasnoniebieskie oczy. Ten zestaw kolorystyczny nieco go zdziwił – Grass wyglądał jak zderzenie południa ipółnocy. Nie miał nic przeciwko takim połączeniom, sam był synem Japonki iPolaka, ale wtym gościu było coś odpychającego, tylko jeszcze nie wiedział co.
– Nie chciałbym zajmować panom za wiele czasu, tym bardziej że wpadłem bez zapowiedzi. Zatem, jeśli pozwolicie, przedstawię wam pokrótce moją propozycję – dodał Leandro ijuż chciał usiąść na fotelu, gdy dojrzał na nim sierść Kropki.
Rozejrzał się po gabinecie. Masywne ciemnobrązowe biurko, obłożone książkami, na jednej ścianie tapeta do złudzenia wyglądająca jak fresk, tyle że zkrajobrazem jakiejś tropikalnej wyspy, regały zksiążkami, kominek obstawiony rzeźbami izdjęciami wramkach, ana drewnianej podłodze, niczym tor przeszkód, rośliny wwielkich donicach ikolejne… Hm, rzeźby? – pomyślał, niepewnie przyglądając się owalnej ramie zdrewna, na którą naciągnięto brązową, miejscami popękaną już skórę.
– To quilaut – wyjaśnił pospiesznie Robert, gdy tylko zorientował się, że Mark założył ręce na piersi imilczy wyczekująco. – Tradycyjny bęben Inuitów. Wczym możemy panu pomóc? – zapytał Mark, po czym wskazał dłonią krzesło przy biurku, asam przysiadł na zydlu.
Leandro zajął miejsce ipopatrzył na Roba, który ztrudem ukrywał entuzjazm na myśl obogatym kliencie, oraz na Marka, który beznamiętnie przyglądał mu się spod zmrużonych powiek.
– Chodzi owyprawę na biegun. Biegun północny. Chciałbym, żebyście mnie tam zabrali.
– Zwariował – mruknął Mark, przechodząc na polski, kiedy wspólnik posłał mu rozradowane spojrzenie, ito było jedyne, co powiedział podczas pierwszego spotkania zLeandro Grassem, bo ciężar rozmowy przejął na siebie Robert.
Zkażdym słowem wypowiadanym przez gościa czuł falę energii, która opływała całe jego ciało. Miał ochotę zerwać się zmiejsca itańczyć zradości, ale był profesjonalistą. Podobnych rozmów odbył już wiele, nie wszystkie kończyły się wyprawą. Część osób, gdy tylko zaczynała się orientować, jakie trudności wiążą się ztakim wyjazdem, po prostu rezygnowała, część zmieniała plany wtrakcie podróży iwracała do domu pierwszym lepszym samolotem, ale te osoby, które się nie poddawały, przeżywały dzięki nim najwspanialsze chwile wswoim życiu. Bo na tym to przecież polegało – Mark iRob oferowali nie tylko swoje usługi jako przewodnicy iopiekunowie wtrakcie wyprawy, nie tylko organizowali wszystko od początku do końca, ale, co najważniejsze, pokazywali klientom, jak odkryć samego siebie podczas podróży wtrudno dostępne zakątki świata. Przejście przez pustynię, marsz po lodowcu, przedzieranie się przez tropikalne puszcze ieksplorowanie wygasłych wulkanów – to nie była oferta wycieczek zagencji podróży, tylko odnajdywanie prawdy onaturze iosobie. Tak właśnie od początku myślał otym Mark, kiedy zakładał firmę iorganizował pierwsze wyjazdy, agdy Robert do niego dołączył, musiał się dostosować. Trochę go śmieszyło to całe odkrywanie prawdy osobie wprzypadku bogatych biznesmenów, którzy sądzili, że jak przejdą się po pustyni Gobi izapozują do zdjęcia na tle namiotu, staną się bogatsi duchowo. Zresztą, może itacy właśnie się stawali – to już nie była jego sprawa. On miał ich odpowiednio przygotować, zorganizować wyprawę, apotem robić wszystko, żeby dotarli do końca trasy. Nadawał się do tego, jak mało kto, iMark dobrze otym wiedział. Jego akurat męczyła ta ostatnia część: motywowanie klientów, zabawianie ich iuświadamianie im, że udali się wpodróż życia. Gdyby tylko mógł, szedłby sam albo zRobem, bo tak właśnie ładował swoje życiowe baterie. Kiedy pałętało się wokół nich kilku „cywili”, jak nazywali niewprawionych wtrudach wypraw klientów, musiał poświęcać im dużo energii, ato na dłuższą metę go męczyło. Dlatego właśnie zaproponował Robowi dołączenie do firmy – oczywiście wroli wspólnika. Znali się już trochę, ufali sobie bezgranicznie, przyjaźnili się ijako że, przynajmniej pozornie, stanowili swoje przeciwieństwa, świetnie się uzupełniali. Wprzypadku wypraw komercyjnych Mark brał na siebie ciężar przygotowań do wyprawy, Rob opiekę nad klientami wjej trakcie, zaś całą resztą dzielili się po równo.
Tym razem najwyraźniej wszystko miało spocząć na barkach Roberta, ale nie przejmował się tym. Miał swój cel: Antarktydę, agdy człowiek wie, dokąd chce dojść, poradzi sobie znajtrudniejszą drogą. Dlatego słuchał uważnie Leandra Grassa, próbując wyczytać między słowami jego prawdziwą motywację. Nieczęsto zdarzali im się klienci, którzy chcieli iść na biegun północny – właściwie to jeszcze nigdy, zupełnie jakby biegun wydawał im się zbyt nudny wporównaniu zMount Everestem, Saharą czy Andami, ajednak nie spytał go, dlaczego akurat biegun. Wiedział, co usłyszy: że to zawsze było jego marzenie, że obiecał sobie zrobić wżyciu coś ważnego, że chciałby poznać prawdę osobie… Klienci zawsze recytowali to niczym mantrę, nieważne, dokąd się wybierali, gdy tak naprawdę chodziło oodtrutkę na nudne życie. Robert coś otym wiedział – był prawnikiem, zajmował się prawem nowych technologii ispędzał długie godziny jako konsultant przeróżnych firm, doradzając, weryfikując, aczęsto ibezlitośnie niszcząc projekty tych wszystkich napalonych młodziaków wgajerkach albo hipsterskich T-shirtach, którzy nigdy nie wychodzili zpracy. Tkwili wniej od świtu do nocy, robili krótkie przerwy na siłkę, lunch iseks, apotem znów wracali do kieratu. Rob też kiedyś taki był, ale wporę się opamiętał. Lubił swoją pracę, kochał jednak co innego – podróżowanie, odkrywanie, zmaganie się zsamym sobą. Uwielbiał wyzwania, miał całą listę, awłaściwie dwie listy: jedną zmiejscami, które już zaliczył, drugą ztymi, które wciąż na niego czekały. To był właśnie jego sposób na ładowanie baterii – dzięki temu mógł wrócić na chwilę do normalnego trybu iplanować kolejny wyskok. Miał też coś jeszcze, coś, co nadawało jego życiu głębszy sens: lód. Od dwóch lat był zaangażowany wdziałalność misyjną Ice Legacy, projektu prowadzonego przez dwóch polarników: Børge Ouslanda iVincenta Colliarda, którzy podczas ekspedycji zbierali na lądolodach próbki dla instytutów naukowych imonitorowali stan pokrywy lodowej, awiadomo, co się znią ostatnio działo… Wiele rzeczy można było powiedzieć oRobercie, izwiększości znich zdawał sobie sprawę, na przykład ztego, że boi się angażować, więc nie przyjmuje żadnych propozycji pracy na etat ani nie wiąże się znikim na dłużej, że podejmując te wszystkie wyzwania, próbuje udowodnić coś samemu sobie, że stawia czoła tysiącu różnych niebezpieczeństw podczas wojaży, bo tak naprawdę ucieka przed własnymi problemami – tak, oczywiście, że otym wiedział, na coś mu się przydały te lata spędzone na terapii, ale jedno było pewne: kochał naturę, czcił ją niemal bałwochwalczo inic nie liczyło się dla niego bardziej niż lód. Chłopaki zIce Legacy szybko rozpoznały wnim swojego ipowierzyły mu prawną opiekę nad wszystkimi projektami zEuropy.
Właśnie myślał otym, jaką minę zrobią, gdy powie im owyprawie na biegun północny, októrym marzył już od dawna, bo jeszcze tam nie był, wprzeciwieństwie do Marka, gdy nagle usłyszał:
– Wwyprawie oprócz mnie wezmą jeszcze udział trzy osoby. Zapewniam, że wszyscy mamy świetną kondycję. Przygotowujemy się już od dłuższego czasu, trenujemy pod okiem profesjonalistów. – Leandro przygładził lok, który uparcie opadał mu na czoło.
Rob pomyślał, że Grass jest nawet całkiem przystojny. Szkoda, że heteryk – westchnął wduchu iuśmiechnął się szeroko.
– Świetnie. Dobrze słyszeć, że dbacie oformę, ale itak czeka was specjalistyczny trening. Do takiej wyprawy trzeba być diabelnie dobrze przygotowanym – dodał izerknął na Marka, który nawet nie drgnął.
Zaczynał go już irytować. Zpewnością miał powody, żeby zachowywać się jak dzieciak, któremu zwafelka spadła gałka loda, ale na miłość boską, tu chodziło okasę na ich wyprawę! Mógłby się chociaż trochę postarać!
– Mark – powiedział cicho Rob. – Co otym sądzisz?
Steiner przeniósł ciężkie spojrzenie zLeandra na Roberta iwzruszył ramionami. Rob ztrudem powstrzymał się przed kąśliwą uwagą. Zwrócił się znów do Grassa:
– Zdaje pan sobie sprawę, że taka wyprawa wymaga również podpisania przez państwa odpowiedniej umowy? Każda tego rodzaju eskapada wiąże się ze sporym ryzykiem, ale wprzypadku trasy na biegun północny… Cóż, tu skala niebezpieczeństwa jest, że tak powiem, nieco większa.
Mężczyzna weleganckim gajerku wygładził fałdkę na marynarce.
– Oczywiście – odparł ze spokojem. – Podpiszemy wszystko, co zechcecie. Cieszycie się renomą wśrodowisku globtroterów, więc mamy do was pełne zaufanie. Wiem również, że większa skala niebezpieczeństwa oznacza wyższe honorarium. Proponuję sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Od osoby.
Rob zamrugał.
– Czyli mówimy okwocie… – zaczął, aGrass się roześmiał.
– Twardy zpana negocjator – powiedział zuznaniem. – No dobrze, zaokrąglijmy więc. Trzysta tysięcy dolarów za to, że zabierzecie nas na wyprawę na biegun północny. Tak szybko, jak się da.
Kiedy Robert odprowadził Grassa do wyjścia, mocno uścisnął mu dłoń, apotem zamknął za nim drzwi iroześmiał się głośno. Kropka szczeknęła przez sen iporuszyła łapkami, ale dalej spała zwinięta wkłębek na kolanach Marka.
– Wyobrażasz to sobie?! – zawołał Rob, wpadając do gabinetu. – To jak spełnienie naszych marzeń! Machniemy znimi ten biegun, apotem możemy szykować się do wyprawy na Antarktydę!
– Obudzisz ją – mruknął Mark iwspólnik zatrzymał się wpół kroku.
– Stary, właśnie znieba spadła nam kasa – powiedział powoli. – Kasa, której potrzebujemy. Przecież trzysta tysięcy dolców bez problemu pokryje koszty naszej wyprawy.
Steiner podniósł głowę ipopatrzył na niego przeciągle. Proste czarne włosy ilekko skośne ciemne oczy to jedyne, co odziedziczył po matce Japonce. Była niziutką filigranową dziewczyną, itaka właściwie pozostała do samego końca. Jedno ze zdjęć stojących na kominku pokazywało ją iojca Marka wdniu rocznicy ślubu – ostatniej, jaką obchodzili, bo tego samego roku zginęli wwypadku lotniczym wRosji. Niewielki samolot, którym lecieli do Nelkan wKraju Chabrowskim, zniewyjaśnionych powodów rozbił się tuż przed lądowaniem. 15 listopada 2017 roku, oile Robert dobrze pamiętał. Nie znali się jeszcze wtedy zMarkiem, ale usłyszał od niego opowieść otamtym felernym roku podczas ich wspólnej wyprawy na lodowiec Hansa. Zerknął na rocznicowe zdjęcie – Aiko miała wtedy sześćdziesiąt lat, awciąż wyglądała jak młoda dziewczyna. Ichyba nadal była zakochana wTomaszu Steinerze, bo patrzyła na niego tak, jak Mark patrzył na swoją dziewczynę, kiedy przedstawiał ją wspólnikowi. „Stary, wpadłeś po uszy” – powiedział mu wtedy Rob ipoczuł lekkie ukłucie niepokoju. Wizja, że Mark zakocha się na amen, założy rodzinę iosiądzie wdomowych pieleszach, oznaczała koniec ich szalonych eskapad. Na początku jeszcze pocieszał się tym, że przecież tych dwoje poznało się wJaponii, którą Mark uwielbiał ze względu na swoją matkę, że Misaki mieszka wTokio, aon wOrłowie, iże żadne znich nie chce zmieniać adresu, apoza tym, kto przy zdrowych zmysłach zamieniłby stolicę Kraju Kwitnącej Wiśni na zapyziałą mieścinę wPolsce? Poza samym Robem, oczywiście, ale on najwyraźniej stanowił wyjątek, bo nie znał nikogo, kto by, tak jak on, nie znosił wielkich miast, tłumu icywilizacji. Bez wahania oddałby wszystko, żeby zamieszkać na lodowcu. No, może oprócz seksu, bo tam raczej trudno znaleźć kochanka.
Potrząsnął głową, odrywając się od tych myśli, iwestchnął ciężko.
– Nie rozumiem, oco ci chodzi. Od dłuższego czasu trudno do ciebie dotrzeć. Okej, rozstałeś się zMisaki, masz prawo czuć się źle, może nawet wpaść wcoś wrodzaju depresji. Ale to nie może trwać wiecznie! Musisz się wkońcu pozbierać – powiedział. – Przecież chcesz jechać na Antarktydę, prawda? Zawsze otym marzyłeś, tak jak ja. Adzięki kasie od tego całego Grassa możemy tam pojechać. – Urwał na chwilę iprzyjrzał mu się uważnie. – Chcesz jechać, prawda? – zapytał niepewnie.
Wprzedłużającej się ciszy słychać było jedynie posapywanie Kropki. Mark milczał, nie odwracając wzroku od przyjaciela, ato mówiło więcej niż najbardziej nawet dosadne słowa.
Rob podszedł bliżej iusiadł na krześle, na którym przed chwilą siedział Grass.
– Posłuchaj – zaczął powoli. – Nie rezygnuj ztego wszystkiego – zatoczył ręką, pokazując nie tyle gabinet, co na wszystkie obrazy, rzeźby iinstrumenty przywiezione przez Marka zwypraw – tylko dlatego, że masz teraz słabszy czas. Kryzysy to naturalna rzecz wżyciu, zdarzają się każdemu, trzeba je po prostu przetrwać. Odpuszczę ci ten biegun, znajdę kogoś innego, kto już tam był, bo sam zcywilami nie wybiorę się wtakie miejsce. Kasy dostaniemy tyle, że nawet jak się podzielimy zinnym przewodnikiem, starczy nam na Antarktydę. Ale musisz mi obiecać jedno: że zniej nie zrezygnujesz.
Steiner zmrużył oczy. Wpatrywał się wniego tak intensywnie, że Robert musiał odwrócić wzrok.
Zniej? – pomyślał Mark. Jak mógłbym zniej kiedykolwiek zrezygnować? Ona jest miłością mojego życia. Była…
Zacisnął powieki, żeby powstrzymać napływające łzy. Nie radził sobie. Wogóle sobie nie radził, odkąd jej zabrakło. Nie mógł tego zrozumieć. Jakim cudem wystarczyło, by zniknęła zjego życia, żeby wszystko się posypało? Żeby to, co dotąd miało dla niego sens, tak po prostu wyparowało? Był jeszcze młodym człowiekiem, aprzynajmniej takim się czuł, miał wkońcu dopiero trzydzieści siedem lat iwiedział dobrze, co na niego czekało. Podróżowanie po świecie nauczyło go nie oczekiwać zbyt wiele, nigdy nie nastawiał się na to, że będzie szedł najłatwiejszymi ścieżkami, że zawsze będzie zgórki, anie pod, zawsze zwiatrem, zprądem rzeki. Nie, on wolał wdrapywać się na najwyższe szczyty, brnąć pod wiatr, płynąć wgórę rzeki, bo tak było ciekawiej, mocniej, głębiej, intensywniej. Nie wiedział, jakiego słowa użyć, zresztą nie chodziło osłowa, tylko odoznania, przeżycia, oto, co czuł, osens życia. Kiedy był wdrodze, czuł się pełny siebie, pełny świata, pełny natury – sens miał na wyciągnięcie ręki. Potem pojawiła się Misaki, inagle odkrył, że przy niej czuje się tak samo, ajeszcze później okazało się, że to uczucie zniknęło. Po co więc miałby znów ruszać wtrasę, myśleć okolejnej wyprawie, skoro to itak nie miało sensu.
Kiedy Mark zamknął oczy, Robert odczytał to jako znak zgody. Uśmiechnął się zulgą.
Czyli Antarktyda nie jest stracona – pomyślał. Teraz muszę tylko znaleźć kogoś, kto pojedzie ze mną na biegun…
– Marek… – szepnął Mark, któremu zrobiło się żal przyjaciela itego, że zostawia go, nomen omen, na lodzie. – Spróbuj zMarkiem Kamińskim. Dawno tam nie był. Może go namówisz.
Rob zadzwonił do Marka Kamińskiego wieczorem. Poznał go tego samego dnia, kiedy spotkał Marka Steinera. To było dość zabawne, bo jakie jest prawdopodobieństwo, że na jednej zodludnych wysp Japonii, Aogashima, na skrzyżowaniu wpadnie się na dwóch innych Polaków? Minimalne, ajednak każdy znich szedł sam, jedynie wtowarzystwie wypchanego plecaka, inagle znaleźli się wtym samym miejscu iczasie, zupełnie jakby kierowała nimi jakaś kosmiczna siła. Mark od razu poznał Kamińskiego – wPolsce był na jednym zjego wykładów, czytał jego książki, apoza tym okazało się, że są niemal sąsiadami, ikiedy zaczęli mówić po polsku, Rob roześmiał się głośno. Tamci spojrzeli na niego badawczo, zastanawiając się, kim jest ten zaśmiewający się młody, wysoki ichudy jak szczapa koleś wmarkowych ciemnych okularach, jakich wżyciu nie założyłby żaden szanujący się podróżnik. Dopiero, gdy Robert wykrztusił zsiebie: „No nie wierzę, normalnie nie wierzę…”, również zaczęli się śmiać. Spędzili na tamtym skrzyżowaniu ścieżek cały dzień, rozbili obóz iprzegadali pół nocy, arankiem każdy znich poszedł swoją drogą. Tydzień później Rob iMark wpadli na siebie jeszcze raz, wTokio, irazem wrócili do Polski, awWarszawie na lotnisku okazało się, że razem zmierzają również do domu, bo Robert mieszkał na gdańskiej Zaspie, raptem jedenaście kilometrów od Marka. Tak dobrze im się rozmawiało imilczało wswoim towarzystwie, że postanowili wyruszyć na lodowiec Hansa. Ichyba właśnie tam, tak, na pewno tam – Rob był tego pewien – zaczęła się ich przyjaźń. Od tamtej pory kilka razy widzieli się zMarkiem Kamińskim, zazwyczaj spotykali się znim przed jakąś wyprawą, żeby obgadać różne wersje trasy albo dopytać oszczegóły, bo informacje zpierwszej ręki były bezcenne. Dlatego teraz bez wahania sięgnął po telefon, wybrał numer Kamińskiego, ipodszedł do okna. Zza chmur wyłonił się księżyc, ostre białe światło padło na korony drzew na dole. Robert mieszkał na ostatnim piętrze wieżowca, czego pożałował pierwszej jesieni, którą tu spędził. Przeprowadził się zparteru jednego zwściekle kolorowych zaspiańskich bloczków, ichoć na plażę miał zaledwie kwadrans spacerem, to jednak brakowało mu widoku morza zokien. Apóźniej jego znajomy postanowił sprzedać mieszkanie na dwunastym piętrze wnowym bloku, rzut beretem od niego, iRob nawet się nie zastanawiał. „Wiesz, trochę tam wieje” – ostrzegał go lojalnie znajomy, ale okna wychodziły na park, azbalkonu widać było morze. Co oznacza „trochę wieje”, Robert przekonał się pierwszej jesieni wraz znadejściem sztormów. Nie spał przez miesiąc – zdrzemek co chwilę wybudzała go wichura, która próbowała wyrwać okna iłomotała wściany, apóźniej po prostu się przyzwyczaił. Wkońcu człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego.
– Cześć Robercie! – usłyszał wsłuchawce. – Dokąd teraz was niesie? – zaśmiał się Marek.
– Właściwie to tylko mnie, bo Mark tym razem zostanie wdomu – Robert wyjaśnił ostrożnie, niepewny, czy Kamiński wie cokolwiek oobecnym nastroju Steinera, ale ten najwyraźniej wiedział, bo chrząknął cicho irzucił:
– Może to ilepiej. Powinien najpierw poskładać się do kupy.
Rob westchnął. Sam by tego lepiej nie ujął.
– Iwłaśnie dlatego do ciebie dzwonię, Marku. Mam dla ciebie propozycję wyjazdową. Jadę zczworgiem klientów na wyprawę. Są raczej dobrze przygotowani izmotywowani, nie zrezygnują po dziesięciu minutach, anaprawdę dobrze płacą. Zakładam, że wyruszymy dopiero za pół roku, bo jednak muszą zaliczyć porządny trening, wyprawa potrwa dziesięć dni, góra dwa tygodnie.
– Za pół roku, mówisz… Poczekaj, sprawdzę tylko swój grafik.
Rob usłyszał szybkie uderzenia palców wklawiaturę.
– Kwiecień niestety mam zajęty, ale marzec jest wciąż dość luźny. Nie, zaraz, na początku marca mam kilka spotkań ikonferencję, czyli od siódmego byłbym wolny. Ichętnie bym gdzieś wyskoczył na dwa tygodnie, naładować baterie – zaśmiał się Marek. – Oile oczywiście ci wasi klienci nie zatrują nam życia. Kim oni właściwie są? Początkujący podróżnicy czy cywile?
– Raczej to drugie. Na razie poznałem tylko jednego znich, biznesmena. Jest Niemcem albo Argentyńczykiem, albo jednym idrugim. Leandro Grass, wysportowany, pewny siebie, ale spokojnie, nie bucowaty. No iszasta kasą. Dostałbyś za to sto tysięcy dolarów.
Wsłuchawce na moment zapadło milczenie.
– Ile? Mówisz poważnie? To gdzie on chce jechać?
– A, właśnie, otym ci nie powiedziałem. Tu będę liczyć na wszystkie wskazówki, jakie możesz mi dać, bo tam akurat jeszcze nie byłem, aty już znasz to miejsce jak własną kieszeń.
– Chłopie, ja czasami gubię się we własnych kieszeniach – zachichotał Marek. – No to dokąd wkońcu ta wyprawa?
– Na biegun północny.
Gdy tylko Robert wypowiedział te słowa, poczuł, że coś się zmienia. Zupełnie jakby znad morza nadciągał wiatr ilada moment miał uderzyć wokna. Zrobiło się cicho jak przed burzą, apotem Marek Kamiński odezwał się cichym, chrapliwym głosem:
– Nie, tam już nie wrócę. Gdybym wiedział, co się tam wydarzy, wogóle bym nie pojechał. – Wgardle mu zaschło, musiał odchrząknąć. – Itobie też odradzam. Cześć, trzymaj się.
Robert zosłupieniem wsłuchiwał się wciszę. Spojrzał na ekran telefonu – Marek się rozłączył.
Przez całą noc Robertowi śniła się Antarktyda – białe połacie lodu, Góry Ellswortha, majestatyczne nunataki1 do złudzenia przypominające piramidy, ipustynie polarne. Kiedy się obudził, zewnętrzne parapety pokrywała cienka warstwa śniegu. Październikowe wiatry przyniosły gwałtowne ochłodzenie, chwilowe tylko, bo temperatura znów miała podskoczyć powyżej piętnastu stopni. Otworzył okno, wciągnął wpłuca ostre powietrze idotknął palcem cieniutkiej skorupy zamarzniętego śniegu. Wiedział, że to już ostatki, resztki sił natury, która wciąż walczyła zczłowiekiem itym, co jej zsyłał od czasów rewolucji przemysłowej, ale itak była skazana na porażkę. Śnieg, lód niebawem znikną zpowierzchni świata – jeśli pójdzie dobrze, to jeszcze nie za jego życia, choć Robert powoli przestawał wto wierzyć. Raporty zIce Legacy nie podnosiły na duchu.
Ajeśli to ostatnia szansa na to, by zobaczyć biegun północny? – pomyślał znagłym niepokojem, od którego zrobiło mu się zimno, iszybko zamknął okno.
Trząsł się, wpatrzony wpochmurne niebo iciężko kołujące wgórze mewy.
Iostatnia szansa na Antarktydę, bo przecież skąd mamy wytrzasnąć tyle kasy… – westchnął zrezygnacją, apotem zerknął na telefon.
Dochodziła siódma, powinien zaraz usiąść do roboty, ale nie potrafił się zebrać. Włączył jeden ze swoich ulubionych podcastów podróżniczych, żeby przestać wkońcu myśleć oAntarktydzie. Odcinek poświęcony był Tana Toraja, regionowi wcentralnej części wyspy Sulawesi. Rob chciał odwiedzić to miejsce izobaczyć słynne rytuały pogrzebowe, odpuścił jednak, gdy odkrył, że zjeżdża tam mnóstwo ludzi złaknionych widoku zmarłych co roku wyjmowanych zgrobowców przez rodziny. Prowadzący mówił właśnie otym, że całkiem niedawno doszło do zbezczeszczenia zwłok. Ktoś włamał się do jednego zgrobowców wykutych wskale inajwyraźniej chciał sobie zrobić zdjęcie ze zmumifikowanym nieboszczykiem. Rodzina, która podczas rytuału ma’nene znalazła jego porozrzucane resztki, była wstrząśnięta.
– Turyści – sarknął Rob, włączając ekspres, ale gdy czekał na kawę, jego myśli znów wróciły do Marka Kamińskiego. Amoże spróbować jeszcze raz? Może przez noc zmienił zdanie? Nie, to nie miało sensu. Rob na tyle go znał, by wiedzieć, co oznacza jego odmowa. Jeszcze nigdy nie słyszał wjego głosie takiej pewności, chłodnego, wyzutego zemocji zdecydowania, za którym coś jednak musiało stać… Czyżby to był strach? Nic nie wspominał na temat ostatniej wyprawy na biegun, wogóle oniej nie mówił, tak jakby nie miała miejsca.
Coś tam musiało się wydarzyć – pomyślał Robert, bo niewiele było rzeczy, które mogłyby odstraszyć Marka Kamińskiego, iod razu postanowił zapytać oto Steinera.
Steiner jednak nie odebrał telefonu. Ani tego, ani pięciu kolejnych igdy Rob już zamierzał wsiąść wSKM-kę ipojechać do Orłowa, nagle oddzwonił.
– Sorry, byłem na treningu – wysapał.
Robert, który już zdążył się na Marka najpierw porządnie zezłościć, potem zaniepokoić się oniego, aż wkońcu zaczął się naprawdę bać, odetchnął zulgą i… ucieszył się. Skoro Mark wybrał się na trening, po tak długiej przerwie nieznośnej stagnacji, coś musiało się wnim zmienić, coś musiało go do tego zmobilizować. Czyżby propozycja Grassa?
– Na treningu? Brzmisz, jakbyś ciągnął parowóz po tych twoich wzgórzach – rzucił lekko Rob.
– Blisko – wydyszał Mark. – Ciągnąłem opony po plaży.
Robert poderwał się zfotela. To były wspaniałe wieści! Ciągnięcie opon po plaży stanowiło jeden zobowiązkowych punktów wtreningu przygotowującym do poważnej wyprawy. Czyżby jednak jego wspólnik przemyślał sprawę izdecydował się wyruszyć na biegun?
– Muszę coś ze sobą zrobić – wyszeptał tak cicho, że Rob ledwie go usłyszał. – Muszę zmusić mój organizm do tego, żeby znowu…
Chciał żyć – dokończył wmyślach jego przyjaciel, ale nie odważył się wypowiedzieć tego na głos.
– To może wpadnę do ciebie jutro rano itrochę pobiegamy, co? – powiedział zamiast tego. Wcale nie chciało mu się wstawać oświcie ijechać do Orłowa po to, by zrobić dziesięć kilometrów po plaży iwzgórzach otaczających klif, ale jeśli miało to oznaczać powrót Marka do normalnego życia, Rob bez marudzenia nastawi sobie budzik na piątą.
Wprzedłużającej się ciszy wyczekiwał jego odpowiedzi. Ata nie nadchodziła. Rob zamknął oczy ibezwiednie zacisnął palce na telefonie.
– No wiesz, jutro to może nie… – odezwał się wkońcu Mark. – Pewnie nie będę miał siły wstać. Co powiesz na pojutrze?
Przez cały kolejny dzień Robert sprawdzał co chwilę wiadomości, obawiając się tego, że Mark odwoła trening. Nie odwołał jednak, irzeczywiście zrobili dziesięć kilometrów, apotem umówili się na pływanie wmorzu. Na początku bez szaleństw, bo już dawno żaden znich nie wchodził do lodowatej wody – ot, zaledwie do bojki, która znajdowała się niedaleko orłowskiego molo, ai
