Polaris. Jest zimno. Cieplej nie będzie - Marek Kamiński - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Polaris. Jest zimno. Cieplej nie będzie ebook i audiobook

Marek Kamiński

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

„Polaris. Jest zimno, cieplej nie będzie” Marka Kamińskiego – mroczny thriller przygodowy w sercu Arktyki

„Polaris” to wciągający thriller, który łączy ekstremalną wyprawę polarną, historyczne tajemnice i refleksje nad granicami ludzkiego umysłu.

Mark Steiner, doświadczony przewodnik, wyrusza w stronę Bieguna Północnego z grupą nieznajomych na zlecenie bogatego klienta. W surowym świecie lodu i ciemności musi zmierzyć się nie tylko z niebezpieczną naturą, lecz także z własnymi demonami oraz zjawiskami, które zacierają granicę między prawdą, legendą i szaleństwem.

W fabule pojawiają się elementy ze starożytnych japońskich mitów, tajemnice Bractwa Thule oraz niewyjaśnione siły ukryte w Arktyce. Każdy kolejny etap wyprawy prowadzi bohaterów coraz głębiej w nieznane.

To książka dla miłośników thrillerów, literatury przygodowej, survivalu, historii i science fiction. Spodoba się czytelnikom, którzy szukają nie tylko poczucia napięcia i grozy, lecz także refleksji nad naturą człowieka, strachem i granicami poznania.

Zanurz się w mroźnej opowieści, w której rozum może nie wystarczyć, aby przetrwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 356

Rok wydania: 2024

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 21 min

Rok wydania: 2024

Lektor: Mikołaj Krawczyk

Oceny
4,3 (3 oceny)
2
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ghts: Ma­rek Ka­miń­ski 2024

Re­dak­cja tech­niczna: Jo­anna Mi­chal­czuk

Opra­co­wa­nie re­dak­cyjne: Ka­ro­lina Ma­cios

Re­dak­cja iko­rekta: Jo­wita Ko­strzewa

Mapa: Mar­tyna Czop

Opra­co­wa­nie gra­ficzne iła­ma­nie: Krzysz­tof Bu­kow­ski

Pro­jekt okładki: Igor Mor­ski

ISBN druk: 978-83-968087-3-8

ISBN PDF: 978-83-968087-4-5

ISBN EPUB: 978-83-968087-5-2

ISBN MOBI: 978-83-968087-6-9

Ha­iku au­tor­stwa Mat­suo Ba­shō, Ky­orai iShōha cy­to­wane wksiążce są wprze­kła­dzie Agnieszki Żu­ław­skiej-Umedy ipo­cho­dzą zwy­da­nia Ha­iku Osso­li­neum 1983.

Swoje uwagi iprze­my­śle­nia na te­mat książki mogą Pań­stwo prze­ka­zać au­to­rowi na ad­res ma­rek­ka­min­ski@ka­min­ski.pl i/lub wy­daw­nic­twu Ma­kami na ad­res ad­min­ka­min­ski@ka­min­ski.pl.

On roz­po­starł kra­inę pół­nocy nad pustką, zie­mię za­wie­sił nad ni­co­ścią.

Księga Hioba 26:7

Na­mio­tem szarp­nęło. Rob miał wra­że­nie, że na­prę­żone do gra­nic moż­li­wo­ści ścianki za­raz pękną ilo­do­waty wiatr we­drze się do środka. Zginą, wie­dział otym, ale mimo to szedł da­lej. Jak długo to już trwa? Od trzech albo czte­rech dni, nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, zresztą czas raz przy­spie­szał, raz zwal­niał, drwiąc so­bie znich, ica­łego po­rządku świata. Ja­kiego po­rządku? – po­my­ślał Rob. Tu jest chaos, tra­fi­li­śmy wepi­cen­trum cha­osu. Po­trzą­snął głową. Nie po­do­bały mu się te my­śli. Co­raz bar­dziej go mę­czyły od tam­tego dnia, gdy znik­nął Dave. Amoże to było wcze­śniej? Za­drżał.

– Zimno, co? – mruk­nął Grass, za­cią­ga­jąc moc­niej kap­tur.

Zwą­skiej szpary wma­te­riale pa­trzyły te­raz na Roba oczy onie­po­ko­jąco chłod­nej bar­wie. Nie, Rob nie czuł zimna. Miał wra­że­nie, że już do niego przy­wykł. Wkońcu od dawna cho­dził po lo­dow­cach, śmiał się, że ża­den mróz nie robi na nim wra­że­nia, ale wcze­śniej było ina­czej. Wtedy nie brał pod uwagę, że mróz może…

– Żyć… – szep­nął iob­li­zał ner­wowo wargi.

Nie po­wi­nien tego ro­bić, były su­che ipo­pę­kane, będą bo­lały jesz­cze bar­dziej.

– Co mó­wisz? – Opa­tu­lona śpi­wo­rem Ka­th­rine zwró­ciła głowę wjego kie­runku.

Nie wi­dział jej spoj­rze­nia, może to ido­brze, bo za­czy­nał się bać, że znowu wjej oczach zo­ba­czy to, co wtedy. Po­woli ga­snącą na­dzieję. Dreszcz po­now­nie wstrzą­snął jego cia­łem.

Może po pro­stu je­stem chory? – po­my­ślał. Tak, na pewno je­stem chory. To ja­kaś in­fek­cja, która ob­ja­wia się tym ca­łym… Nie do­koń­czył, urwaną myśl po­rwał ko­lejny lo­do­waty po­dmuch. Tym ra­zem wszy­scy pod­nie­śli głowy, na­wet Mark, na któ­rym już od dawna nic nie ro­biło wra­że­nia. Gdzieś wod­dali roz­legł się prze­cią­gły jęk.

– Sły­sze­li­ście?! – za­wo­łała Ka­th­rine, pod­ry­wa­jąc się zmiej­sca.

Rob przy­mknął oczy. Nie chciał wi­dzieć tego, jak za­raz ko­bieta ude­rzy omaszt, który trzy­mał się je­dy­nie na słowo ho­noru, bo pękł już pierw­szego dnia tej pie­kiel­nej bu­rzy iskle­jali go tyle razy, że nie miał prawa stać. Ajed­nak wciąż stał zta­kim sa­mym idio­tycz­nym upo­rem, zja­kim bie­gun bro­nił im do­stępu do sie­bie. Rob wstrzy­mał od­dech. Jęk po­wtó­rzył się, tym ra­zem bli­żej, ale odziwo, na­miot się nie za­wa­lił. To Grass po­wstrzy­mał swoją to­wa­rzyszkę. Po­cią­gnął ją ra­zem ze śpi­wo­rem iopa­dła zpo­wro­tem na ka­ri­matę.

– To tylko lód – po­wie­dział Rob. – To on wy­daje ta­kie dźwięki.

– Nie, nie­moż­liwe! – Ka­th­rine po­krę­ciła gwał­tow­nie głową. – Ża­den, kurwa, lód! Tam… ktoś jest.

Wes­tchnął. Tak się koń­czy za­bie­ra­nie na wy­prawę cy­wi­lów bez od­po­wied­niego przy­go­to­wa­nia. Co oni so­bie my­śleli? Dla­czego zgo­dzili się na tę durną ofertę? Dla kasy, to ja­sne, wkońcu po­trze­bo­wali jej na ko­lejną wy­prawę, ale gdyby tylko wtedy wie­dział, jak to się skoń­czy, za nic wświe­cie nie przy­jąłby ich pro­po­zy­cji. Dla­czego nie po­słu­chał Marka?

Spoj­rzał na przy­ja­ciela, który sie­dział na­prę­żony jak struna iwsłu­chi­wał się wod­głosy do­cho­dzące zze­wnątrz. Se­rio? Uwie­rzył tej kre­tynce? Chyba nie są­dzi, że kto­kol­wiek mógłby prze­żyć dłu­żej niż se­kundę wta­kich wa­run­kach?

– Mó­wię, że to lód. Wła­śnie ta­kie… – za­czął Rob, ale Mark na­gle mu prze­rwał.

– Chyba po­win­ni­śmy zo­ba­czyć, co to ta­kiego – ode­zwał się chro­po­wa­tym gło­sem, nie­na­wy­kłym do mó­wie­nia.

Nic dziw­nego, nie ode­zwał się do nich ani razu, od kiedy zo­stali tu uwię­zieni.

Kiedy to było? Dwa dni temu? Amoże trzy? Znów za­drżał. Sam już nie wie­dział, czy mę­czyła go ja­kaś in­fek­cja, czy naj­zwy­klej­szy wświe­cie strach. Bo się bał, bał się tak bar­dzo, że na­wet po­tra­fił się już do tego przy­znać. Nie, nie bał się śmierci, znią był oswo­jony. To, co bu­dziło jego prze­ra­że­nie, tkwiło tam, za ścian­kami na­miotu. Krą­żyło wo­kół nich jak dra­pież­nik osa­cza­jący swoją ofiarę, de­lek­tu­jący się za­pa­chem jej stra­chu. Rob sły­szał jego od­dech wkrót­kich prze­rwach mię­dzy ude­rze­niami wia­tru. Ci­sza za­pa­dała do­słow­nie na uła­mek se­kundy, kró­ciutki in­ter­wał ab­so­lut­nego bez­ru­chu, mar­twej pustki, tyle że ona nie była mar­twa. Sły­szał już wszyst­kie ro­dzaje dźwię­ków, ja­kie wy­daje lód na obu bie­gu­nach, znał wszyst­kie re­je­stry wia­tru, na­wet te, które wy­kra­czały poza skalę, iwie­dział, po pro­stu czuł każdą ko­mórką swo­jego ciała, że to coś, co przed chwilą usły­szeli, żyło.

Mark po­ru­szył się.

– Ja pójdę – po­wie­dział ci­cho.

Nikt nie za­pro­te­sto­wał.

Szar­pał się przez długą chwilę zzam­kiem na­miotu. Su­wak nie chciał pu­ścić, jakby wkońcu osta­tecz­nie za­marzł, ale na­gle drgnął. Mark prze­su­nął go okilka mi­li­me­trów ido środka wpadł wiatr, który za­czął ich ką­sać jak osza­lałe, wy­głod­niałe zwie­rzę.

– Za­mknij to, za­mknij! – za­wo­łał Grass ła­mią­cym się gło­sem.

Ka­th­rine przy­warła do niego ca­łym cia­łem, jakby są­dziła, że wten spo­sób ochroni się przed tym, co nie­unik­nione. Po­winna przy­wyk­nąć – po­my­ślał Mark. Było mu jej żal. Zgi­nie tu tak samo jak oni. Nie­po­trzeb­nie się zgo­dził na tę wy­prawę. Kiedy przy­szedł do nich Le­an­dro Grass iza­ofe­ro­wał kwotę, która zna­wiązką po­kryje koszty ko­lej­nej wy­prawy, Mark wzru­szył ra­mio­nami. Po­wi­nien być za­chwy­cony, pod­eks­cy­to­wany, roz­en­tu­zja­zmo­wany – wkońcu jak na tacy do­stali to, czego po­trze­bo­wali, by znów ru­szyć wświat: cho­lerne pie­nią­dze, bez któ­rych nie dało się zor­ga­ni­zo­wać żad­nej wy­prawy. Tak, po­wi­nien ska­kać zra­do­ści, aon nic nie po­czuł. Było mu wszystko jedno.

– Nie wy­chodź! – za­wo­łał Rob. – Po co się na­ra­żasz?! Prze­cież mo­żesz…

Nie do­koń­czył, ale Mark itak wie­dział, co tam­ten chciał po­wie­dzieć. Wi­dział to wjego prze­ra­żo­nym spoj­rze­niu, sły­szał wro­ze­dr­ga­nym gło­sie, który wogóle do niego nie pa­so­wał. Rob za­wsze był spo­kojny, ra­cjo­nalny, roz­sądny, za­nim pod­jął ja­ką­kol­wiek de­cy­zję, ana­li­zo­wał ją zkaż­dej strony, ito po trzy razy. Naj­czę­ściej kłó­cili się wła­śnie ztego po­wodu, bo choć Mark też taki był, to jed­nak czę­ściej słu­chał in­tu­icji niż jego przy­ja­ciel, na­wet je­śli ta mó­wiła mu: „idź”, gdy roz­są­dek ka­zał stać wmiej­scu. Ta in­tu­icja nie­raz im obu ra­to­wała ży­cie, choć by­wały mo­menty, kiedy za­wo­dziła. Cóż, wkaż­dym ra­zie wciąż żyli, ato chyba miało ja­kieś zna­cze­nie.

Za­mknął oczy ipo­li­czył wdu­chu do dzie­wię­ciu. Dzie­wiątka była jej ulu­bioną cy­frą. Dla­tego wy­zna­czyła datę ślubu na dzie­wiąty wrze­śnia. Śmiał się wtedy, że gdyby mie­siąc miał dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć dni, arok dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć mie­sięcy, mu­sie­liby cze­kać znacz­nie dłu­żej. Za długo – mó­wił, przy­cią­ga­jąc ją do sie­bie, aona od­gar­niała włosy ztwa­rzy iroz­ba­wiona szep­tała mu do ucha: „Cza­sem warto tro­chę po­cze­kać”.

Tylko że „tro­chę” za­mie­niło się wwiecz­ność, aon nie mógł już dłu­żej cze­kać. Po pro­stu nie mógł.

– Mark, co ty ro…

Ostat­nie słowa Roba zmiaż­dżył ogłu­sza­jący huk wia­tru. Mark wy­sko­czył zna­miotu ipo­spiesz­nie za­su­nął su­wak. Udało się, był na ze­wnątrz. Nie mógł już wró­cić, tym bar­dziej że wie­dział, kto czeka na niego wtym osza­la­łym śnież­nym świe­cie. Ona. Po­ja­wiała się izni­kała, jakby ba­wiła się znim wcho­wa­nego. Sły­szał jej szept tak wy­raź­nie, jak te­raz wiatr, który nie po­zwa­lał mu iść da­lej. Sku­lił się, po­chy­lił głowę. Na­wet gdyby zmu­szony był szar­żo­wać, ude­rzyć wten ośle­pia­jąco biały mur, zrobi to bez wa­ha­nia.

Po­goda nie zmie­niła się od dwóch dni. Gę­sta mgła zwi­ru­ją­cych wście­kle ostrych dro­bi­nek lodu iśniegu nie po­zwa­lała nic zo­ba­czyć. Nie wi­dział na­wet wła­snej dłoni, gdy udało mu się pod­nieść ją na wy­so­kość twa­rzy, by po­pra­wić go­gle. Wiatr za­mie­nił się wdziką be­stię, gryzł, szar­pał, uja­dał iMark mu­siał wal­czyć zwła­snym cia­łem, zmu­sić je do po­słu­szeń­stwa, bo krzy­czało roz­pacz­li­wie, żeby wró­cił, żeby scho­wał się do na­miotu. Nie, nie mógł tego nie zro­bić. Ona na niego cze­kała, była gdzieś tam, prze­cież ją sły­szał!

Pierw­szy krok oka­zał się naj­trud­niej­szy. Mu­siał wło­żyć wszyst­kie siły wto, żeby prze­su­nąć prawą nogę do przodu. Wa­żyła chyba tonę, ale się udało. Być może to za­gnie­wane pust­ko­wie ule­gło przed jego upo­rem, wkaż­dym ra­zie wpu­ściło go. Prze­bił się przez ścianę lodu ipo­woli szedł przed sie­bie. Dy­szał ciężko, był już cały mo­kry od potu ipra­wie nie czuł zimna. Wy­cią­gał ręce, ma­cał po­wie­trze, żeby nie wpaść na żadną bryłę. Je­śli trafi na ja­kąś szcze­linę, to… cóż, wtedy bę­dzie za późno na po­wrót, ale ztego, co pa­mię­tał, za­nim dwa dni temu bie­gun po­sta­no­wił ich za­bić iza­mknęli się wna­mio­cie, wnaj­bliż­szej oko­licy nie było szcze­lin. Tylko że lód mógł po­pę­kać, aoni mo­gli tego nie usły­szeć wogłu­sza­ją­cym ryku wia­tru. Ko­lejny krok. Gdzieś zod­dali przy­pły­nęły de­li­katne dźwięki mu­zyki. Miał wra­że­nie, że je roz­po­znaje, ale skąd mia­łaby się tu wziąć fugaBa­cha? To ze zmę­cze­nia – po­my­ślał, bo na­prawdę był po­twor­nie zmę­czony, jakby prze­szedł wła­śnie czter­dzie­ści ki­lo­me­trów, anie kilka me­trów. Mu­siał iść – je­śli tego nie zrobi, za­raz osu­nie się na lód, awtedy już nie wsta­nie. Zo­sta­nie tu­taj, tak jak ci dwaj, któ­rzy ru­szyli ra­zem znimi, ale ni­gdy nie wrócą.

– Aishi­teru!

Drgnął gwał­tow­nie ispoj­rzał wprawo. Stam­tąd do­biegł go ten krzyk. Jej krzyk. Słowa, że go ko­cha. Mark zmru­żył oczy ipró­bo­wał co­kol­wiek do­strzec. Aż trudno było so­bie wy­obra­zić, że gdzieś tam nad jego głową jest praw­dziwe słońce. Tu­taj słońce ni­gdy nie grzało, cza­sem tylko wi­siało ni­sko jak wielka czer­wona kula lodu. Jak za­mar­z­nięta krew.

– Mark! Chodź do mnie…

Ru­szył. Tuż przed nim po­wie­trze za­wi­ro­wało, zgęst­niało. Pa­da­jący śnieg za­czął for­mo­wać się wcoś, co przy­po­mi­nało mu…

– Mark… – wy­szep­tała.

Tak, to była ona! Rzu­cił się ku niej resztką sił, chciał ją zła­pać, za­nim znów znik­nie, do­tknąć jej, po­czuć choć przez chwilę. Iwtedy wła­śnie stra­cił grunt pod no­gami. Nie wie­dział, co się dzieje, za­nim nie po­czuł wpra­wym bio­drze prze­szy­wa­ją­cego bólu. Do­piero wtedy od­ru­chowo wy­cią­gnął ręce ito za­pewne go ura­to­wało. Ajed­nak lód pękł nie­da­leko nich iMark wpadł wszcze­linę. Wi­siał te­raz nad wodą, za­pie­ra­jąc się rę­kami, ale jak długo tak wy­trzyma? Prze­cież nikt nie przyj­dzie mu zpo­mocą. Był tu sam iumrze sam.

Za­mknął oczy. Czuł bi­jący zroz­pa­dliny mroźny od­dech be­stii. Wierz­gnął, ale przez to zsu­nął się jesz­cze bar­dziej. Rę­ka­wice śli­zgały się na chro­po­wa­tym lo­dzie, sły­szał, jak rę­kawy kurtki za­czy­nają pę­kać.

Awięc to już? – po­my­ślał ze zdzi­wie­niem. Za­wsze wy­da­wało mu się, że wta­kich chwi­lach lu­dzie czują strach, roz­pacz, aon nie czuł nic. Je­dy­nie żal, że był już tak bli­sko niej, tak bli­sko, ajed­nak się nie udało. Stra­cił ją na za­wsze.

Iznów wo­kół roz­le­gły się dźwięki mu­zyki, tym ra­zem gło­śniej­sze, wy­raź­niej­sze. Tak, to na pewno była Fuga C-dur Ba­cha, jego ulu­biona. Za­wsze po­wta­rzał, że przy ta­kiej mu­zyce mógłby spo­koj­nie umie­rać.

Na­gle po­wie­trze pod jego sto­pami za­fa­lo­wało, alód wo­kół za­czął drżeć.

Znowu pęk­nie – po­my­ślał Mark. Szcze­lina się po­sze­rzy iwtedy…

Drgnął. Wy­raź­nie po­czuł, jak coś mu­snęło jego nogi. Spoj­rzał wdół. Wciem­no­ści, wktó­rej wi­ro­wały płatki śniegu, le­d­wie wi­dział swoje ko­lana. Resztę po­chło­nął już mrok śmierci. Po­ru­szył ostroż­nie sto­pami. Nie, jesz­cze nie umarł. Jesz­cze żył. Wy­tę­żył wzrok. Znów coś mu­snęło jego nogi. Prze­stra­szony krzyk­nął. To nie była woda ani lód, tam coś się ru­szało. Chwilę mu za­jęło, za­nim się uspo­koił. Kiedy sku­pił się na wy­rów­na­niu od­de­chu, to coś za­trzy­mało się do­kład­nie pod nim, aon na­gle po­czuł, że znów ma grunt pod sto­pami. Nie, to nie był grunt, tylko coś ży­wego. Mark miał wra­że­nie, że stoi na grzbie­cie wiel­kiego zwie­rzę­cia.

Ale to prze­cież nie­moż­liwe, wtych wa­run­kach nie prze­ży­łoby żadne zwie­rzę – my­ślał go­rącz­kowo. Co to jest?!

Co­kol­wiek to było, mu­siało się unieść, bo na­gle zo­rien­to­wał się, że wy­suwa się ze szcze­liny. Serce wa­liło mu tak gło­śno, że nie sły­szał nic in­nego, na­wet wia­tru, który ką­sał mu twarz. Wy­nu­rzał się po­woli, ale tak, na pewno był co­raz bli­żej po­wierzchni. Jesz­cze tylko kilka cen­ty­me­trów ibę­dzie wsta­nie wspiąć się na lód. Prze­żyje!

Na­dzieja miała smak ad­re­na­liny – za­lała mu usta imu­siał po­wstrzy­mać się, żeby nie krzyk­nąć, tym ra­zem zra­do­ści. Bał się, że spło­szy to, co po­spie­szyło mu na ra­tu­nek. Albo, że gdy to coś zo­rien­tuje się, że on żyje, zwy­bawcy sta­nie się dra­pież­ni­kiem. Za­ci­snął wargi imo­dlił się wdu­chu, by jak naj­szyb­ciej kra­wędź za­pa­dli­ska zna­la­zła się na wy­so­ko­ści jego pasa, bo wtedy mógłby się już wcią­gnąć na lód. Iod­su­nąć jak naj­da­lej od tego stwora.

Ajed­nak, gdy ru­nął na plecy ipo­spiesz­nie pod­cią­gnął nogi, to kiedy po­czuł pod sobą bez­pieczny grunt, wcale nie uciekł. Le­żał tam jak za­cza­ro­wany, wpa­tru­jąc się wszcze­linę. Prze­stał od­dy­chać, gdy wy­ło­nił się zniej wierz­cho­łek bryły lodu. Więc to nie było zwie­rzę? Mark prze­łknął pa­lące uczu­cie roz­cza­ro­wa­nia, amoże ulgi – sam już nie wie­dział. Nie od­ry­wał wzroku od bia­łej bryły, która zwolna su­nęła wgórę.

To musi być ja­kaś ano­ma­lia, prze­cież wy­pię­trze­nie lodu ni­gdy nie za­cho­dzi tak szybko. Chyba że coś wy­pchnęło go od dołu. Ci­śnie­nie? – my­ślał. Skoro tak, po­winni się stąd zwi­jać. Rów­nie do­brze szcze­lina zrobi się pod ich na­mio­tem, awtedy już nic ich nie ura­tuje. Tak, mu­siał się ru­szyć, ostrzec resztę.

Pod­no­sił się ztru­dem. Drżały mu wszyst­kie mię­śnie, aręce pa­liły od nad­mier­nego wy­siłku. Od­dech pa­ro­wał imo­men­tal­nie za­mie­niał się wdro­binki lodu, które ude­rzały go wtwarz gnane po­dmu­chem wia­tru. Krę­ciło mu się wgło­wie zwy­czer­pa­nia, przed oczami wi­ro­wały czarne plamy. Schy­lił się ioparł dło­nie na ko­la­nach. Nie mógł te­raz ze­mdleć, nie te­raz, gdy wy­szedł ztego cały. Na­gle wiatr osłabł, prze­stał go po­py­chać iMark znów usły­szał ten sam jęk, co wcze­śniej. To ona? Wró­ciła? Spoj­rzał przed sie­bie, pro­sto na roz­pa­dlinę, zktó­rej pa­trzyły na niego czy­jeś oczy. Oczy osa­dzone wbryle lodu.

Krzyk­nął iwtedy bryła bły­ska­wicz­nie się unio­sła. Była ogromna, po­tężna, amimo to po­szy­bo­wała wgórę zwin­nie ni­czym kot. Osłu­piały pa­trzył na białe ciel­sko, które owi­nęło się wo­kół niego, od­ci­na­jąc mu drogę ucieczki. To nie był lód, to coś miało mięk­kie białe fu­tro, apod nim kryło się ży­cie. Pul­so­wało, drgało, co­raz szyb­ciej iszyb­ciej, jakby do­pa­so­wu­jąc się do rytmu jego od­de­chu. Nie, to nie­moż­liwe – po­wta­rzał Mark wdu­chu jak man­trę. To nie­moż­liwe. To nie dzieje się na­prawdę.

Ajed­nak się działo. Be­stia znie­ru­cho­miała, zni­żyła łeb, który wcze­śniej wziął za bryłę lodu, iprzez mo­ment ich oczy zna­la­zły się na tej sa­mej wy­so­ko­ści. Jej były ogromne, białe jak wszystko wo­kół. Ipu­ste, prze­raź­li­wie pu­ste.

Apo­tem po­wie­trze za­fa­lo­wało iznik­nęła. Mark po­trzą­snął głową iprze­tarł oczy. Był mo­kry od potu, ko­lana mu się trzę­sły. To pew­nie zwy­kła ha­lu­cy­na­cja, przy­wi­dze­nie, które ze­słał mu wy­czer­pany or­ga­nizm albo ten cho­lerny bie­gun.

Albo jedno idru­gie – po­my­ślał, roz­glą­da­jąc się wo­kół nie­pew­nie. Wiatr rze­czy­wi­ście ucichł, wi­docz­ność się po­pra­wiła. Wi­dział stąd na­wet za­rys na­miotu, stop­niowo ciem­nie­jącą plamę na ośle­pia­jąco bia­łym tle. Iżad­nej be­stii. Tak, to mu­siało być tylko przy­wi­dze­nie – ztą my­ślą po­wlókł się zpo­wro­tem.

Tym ra­zem droga wy­da­wała się znacz­nie dłuż­sza, le­d­wie żył ze zmę­cze­nia, gdy od­su­nął su­wak iwszedł do na­miotu. Ka­th­rine iGrass sie­dzieli przy­tu­leni do sie­bie, Rob miał prze­raź­li­wie bladą twarz, gdy prze­su­wał wzro­kiem po ciele przy­ja­ciela, spraw­dza­jąc, czy jest cały, czy nic mu się nie stało. Mark zwa­lił się na ka­ri­matę ibez słowa wsu­nął się wubra­niu do śpi­wora. Drżał zzimna.

– Ico… co tam wi­dzia­łeś? – za­py­tał po chwili Grass.

Długo za­sta­na­wiał się nad tym, co od­po­wie­dzieć. Wkońcu pod­niósł się na łok­ciach, spoj­rzał na nich ipo­wie­dział chra­pli­wie:

– Nic. Zu­peł­nie nic.

Bo co miał po­wie­dzieć? Że wła­śnie zo­ba­czył nin­guna czy co­kol­wiek tam było? Za­mknął oczy ipo­trzą­snął głową. Czy on na­prawdę wła­śnie to po­my­ślał? Nin­gun? Boże, jęk­nął wdu­chu. Gdyby tylko wie­dział, że to się tak skoń­czy, za nic nie zgo­dziłby się na tę wy­prawę. Mógł po­słu­chać swo­jej in­tu­icji, prze­cież od po­czątku czuł, że to fa­talny po­mysł. Że za­bie­ra­nie na bie­gun tych dziw­nych lu­dzi, zktó­rych zo­stało już je­dy­nie dwoje, ozna­cza same kło­poty.

Wró­cił my­ślami do tam­tego dnia, kiedy to wszystko się za­częło. Kiedy sie­dzieli zRo­bem isnuli od­le­głe plany… Nie, to Ro­bert je snuł, on, Mark, nie miał żad­nych pla­nów, żad­nych ma­rzeń, nic, co warte by­łoby zre­ali­zo­wa­nia. Iwła­śnie tam­tego dnia, bez za­po­wie­dzi, po­ja­wił się Le­an­dro Grass.

Roz­dział pierw­szy Sa­motny duch

Kono mi­chi-o

yuku hito na­shi-ni

aki-no kure

Już nikt nie idzie

tą na­szą drogą pu­stą

wszedł zmierzch je­sienny

Mat­suo Ba­shō

Dzien­nik Marka Ste­inera

Or­łowo, 2 sierp­nia

Przy­po­mniało mi się dzi­siaj to ha­iku. Mi­saki bar­dzo lubi Ba­shō iza­wsze się śmiała, że nic ztego nie ro­zu­miem.

Wtwo­jej du­szy nie ma miej­sca na ja­poń­ską po­ezję – mó­wiła.

Wmo­jej du­szy już wogóle na nic nie ma miej­sca, od­kąd ode­szła.

Kie­dyś wie­rzy­łem, że sa­mot­ność, pustka dają nad­zwy­czajną siłę. Prze­mie­rzy­łem tyle dróg, prze­sze­dłem nie­mal cały świat ini­gdy nie czu­łem się przy tym sa­motny. Nie bra­ko­wało mi to­wa­rzy­stwa in­nych lu­dzi, może dla­tego, że prę­dzej czy póź­niej do nich wra­ca­łem. Prze­chadzka sa­mot­nego ma­rzy­ciela – tak to na­zy­wała. WKu­sa­ma­ku­rze, po­wie­ści Sōse­kiego Na­tsume, którą mi po­da­ro­wała, na­pi­sała, że je­stem wiecz­nym wę­drow­cem, sa­mot­nym du­chem.

Miała ra­cję. Tylko du­chy nie mają już do kogo wra­cać.

Kiedy ci­szę pa­nu­jącą wdomu prze­ciął ostry dzwo­nek do­mo­fonu, Ro­bert ze zdzi­wie­niem pod­niósł głowę ispoj­rzał na przy­ja­ciela. Ten wzru­szył ra­mio­nami.

– Pew­nie li­sto­nosz – mruk­nął.

To mu­siał być li­sto­nosz, bo ni­kogo in­nego się nie spo­dzie­wał. Po­ten­cjalni klienci za­wsze naj­pierw pi­sali ma­ile albo kon­tak­to­wali się te­le­fo­nicz­nie, żeby umó­wić się na spo­tka­nie. Zna­jomi tym bar­dziej – nikt nie wpa­dał nie­za­po­wie­dzia­nie, bo Marka ra­czej trudno było za­stać. Aprzy­naj­mniej tak to wy­glą­dało jesz­cze do nie­dawna, bo ostat­nio głów­nie sie­dział wdomu, cho­wa­jąc się przed ca­łym świa­tem iuda­wał, że go nie ma. Przy­naj­mniej Kropka była szczę­śliwa, bo Prze­ci­nek itak cha­dzał wła­snymi dro­gami, jak to kot. Odziwo, ta dwójka od po­czątku świet­nie się do­ga­dy­wała. Prze­ci­nek po­ja­wił się pierw­szy – Mark przy­wiózł go zjed­nej zwy­praw, aKropka przy­szła sama. Pew­nego ranka, gdy wró­cił zbie­ga­nia po plaży, po pro­stu stała przed bramą domu ima­chała kró­ciut­kim ogon­kiem. Mały biały psiak zró­żową plamką koło oka, bez ob­roży ani chipa. Kiedy otwo­rzył furtkę, wbie­gła do ogródka iskie­ro­wała się do drzwi domu. Jesz­cze tego sa­mego dnia wy­wie­sił na or­łow­skich ulicz­kach kartki zin­for­ma­cją opsiej przy­błę­dzie, ale nikt się nie ode­zwał.

No izo­stała.

Kropka na dźwięk dzwonka pod­nio­sła łeb iza­strzy­gła uszami, apo­tem ze­sko­czyła mu zko­lan iru­szyła ku drzwiom, szcze­ka­jąc za­wzię­cie. Nie miał wyj­ścia, mu­siał ode­brać. Pod­niósł się nie­chęt­nie zfo­tela ipod­szedł do do­mo­fonu.

– Tak?

– Czy to pan Mark Ste­iner? – ode­zwał się po an­giel­sku mę­ski głos, któ­rego nie ko­ja­rzył.

– Tak – wes­tchnął. – Oco cho­dzi?

Miał na­dzieję, że to nie ża­den nie­wy­da­rzony dzien­ni­ka­rzyna, który, za­miast umó­wić się wcze­śniej jak czło­wiek, bę­dzie pró­bo­wał we­pchnąć mu się do domu iprze­pro­wa­dzić znim wy­wiad. Amoże to ktoś… od niej? – po­my­ślał zna­głym nie­po­ko­jem.

– Opana firmę, Com­ple­xity Kills – do­dał męż­czy­zna zlek­kim roz­ba­wie­niem wgło­sie. Wielu klien­tów ta na­zwa ba­wiła, przy­naj­mniej do­póki nie sko­rzy­stali zusług Marka inie po­je­chali znim na jedną zeks­tre­mal­nych wy­praw. Tam bar­dzo szybko na wła­snej skó­rze od­czu­wali głę­boki sens ukryty wtej na­zwie. – Wiem, że po­wi­nie­nem naj­pierw się umó­wić, ale wpa­dłem do Gdyni ipo­my­śla­łem, że od razu przed­sta­wię panu pro­po­zy­cję zwią­zaną zwy­prawą.

Mark się za­wa­hał. Gdyby był sam wdomu, pew­nie po­wie­działby, że ma wy­peł­niony gra­fik na ko­lejne dwa lata inie jest za­in­te­re­so­wany, ale tego ranka przy­szedł do niego Ro­bert, jego wspól­nik, by ob­ga­dać ko­lejną wy­prawę, ate­raz wy­glą­dał zpo­koju iprzy­słu­chi­wał się zza­cie­ka­wie­niem roz­mo­wie. Tylko dla­tego Mark wci­snął przy­cisk zwal­nia­jący blo­kadę furtki ipo­szedł otwo­rzyć drzwi. Naj­chęt­niej wy­szep­tałby wprogu, że nie mają wol­nych ter­mi­nów iże może po­le­cić in­nego prze­wod­nika, ale prze­cież nie mógł tego zro­bić Ro­ber­towi. Od czasu ich ostat­niej wspól­nej wy­prawy mi­nął już rok iwtedy wła­śnie pod­jęli de­cy­zję, że na­stęp­nym ra­zem ru­szą na An­tark­tydę. Taki wy­jazd wią­zał się, oczy­wi­ście, zwiel­kimi kosz­tami, od­kła­dali więc kasę zko­mer­cyj­nych wy­praw iszu­kali spon­so­rów. Mark za­wsze ma­rzył oAn­tark­ty­dzie, ale po­tem po­znał Mi­saki i… wszystko się zmie­niło.

Kropka szcze­kała za­wzię­cie, ale gdy tylko gość wszedł do domu, za­częła się do niego ła­sić. Nie nada­wała się na psa stró­żu­ją­cego, miała zbyt życz­liwe na­sta­wie­nie do świata.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się zdez­apro­batą na wi­dok bia­łego psiaka ocie­ra­ją­cego się ojego nogi. Pew­nie dla­tego, że ubrany był wdo­sko­nale skro­jony czarny gar­ni­tur, na któ­rym każdy psi włos zo­sta­wiał wi­doczny ślad.

No imasz za swoje. Trzeba było naj­pierw za­dzwo­nić – po­my­ślał Mark ige­stem za­pro­sił go­ścia do ga­bi­netu, który peł­nił funk­cję biura Com­ple­xity Kills.

Rob stał już wprogu zsze­ro­kim uśmie­chem. Wy­cią­gnął dłoń na po­wi­ta­nie iode­zwał się po an­giel­sku:

– Wi­tamy wna­szej fir­mie! Je­stem Ro­bert Gra­nek, wspól­nik Marka Ste­inera. Kawy? Her­baty? Amoże cze­goś zim­niej­szego?

Znad ra­mie­nia męż­czy­zny po­słał Mar­kowi zna­czące spoj­rze­nie. Za­wie­rało kilka ko­mu­ni­ka­tów jed­no­cze­śnie: bądź mil­szy, zaj­mij się klien­tem oraz chyba masz wdomu coś do pi­cia?

– Le­an­dro Grass – przed­sta­wił się gość iuści­snął dłoń Roba. – Bar­dzo mi miło. Idzię­kuję, ale wła­śnie by­łem na ka­wie wGdyni. Ładne mia­steczko.

Mia­steczko! – zży­mał się wdu­chu Mark. Co za bu­fon!

Przy­glą­dał mu się bez słowa. Koło czter­dziestki, umię­śniony, drogi gar­ni­tur, buty tyle warte, co bi­let na po­rządną li­nię lot­ni­czą do Au­stra­lii, bujne, opa­da­jące na czoło ciemne włosy, śniada kar­na­cja iprze­ni­kliwe ja­sno­nie­bie­skie oczy. Ten ze­staw ko­lo­ry­styczny nieco go zdzi­wił – Grass wy­glą­dał jak zde­rze­nie po­łu­dnia ipół­nocy. Nie miał nic prze­ciwko ta­kim po­łą­cze­niom, sam był sy­nem Ja­ponki iPo­laka, ale wtym go­ściu było coś od­py­cha­ją­cego, tylko jesz­cze nie wie­dział co.

– Nie chciał­bym zaj­mo­wać pa­nom za wiele czasu, tym bar­dziej że wpa­dłem bez za­po­wie­dzi. Za­tem, je­śli po­zwo­li­cie, przed­sta­wię wam po­krótce moją pro­po­zy­cję – do­dał Le­an­dro ijuż chciał usiąść na fo­telu, gdy doj­rzał na nim sierść Kropki.

Ro­zej­rzał się po ga­bi­ne­cie. Ma­sywne ciem­no­brą­zowe biurko, ob­ło­żone książ­kami, na jed­nej ścia­nie ta­peta do złu­dze­nia wy­glą­da­jąca jak fresk, tyle że zkra­jo­bra­zem ja­kiejś tro­pi­kal­nej wy­spy, re­gały zksiąż­kami, ko­mi­nek ob­sta­wiony rzeź­bami izdję­ciami wram­kach, ana drew­nia­nej pod­ło­dze, ni­czym tor prze­szkód, ro­śliny wwiel­kich do­ni­cach iko­lejne… Hm, rzeźby? – po­my­ślał, nie­pew­nie przy­glą­da­jąc się owal­nej ra­mie zdrewna, na którą na­cią­gnięto brą­zową, miej­scami po­pę­kaną już skórę.

– To qu­ilaut – wy­ja­śnił po­spiesz­nie Ro­bert, gdy tylko zo­rien­to­wał się, że Mark za­ło­żył ręce na piersi imil­czy wy­cze­ku­jąco. – Tra­dy­cyjny bę­ben Inu­itów. Wczym mo­żemy panu po­móc? – za­py­tał Mark, po czym wska­zał dło­nią krze­sło przy biurku, asam przy­siadł na zy­dlu.

Le­an­dro za­jął miej­sce ipo­pa­trzył na Roba, który ztru­dem ukry­wał en­tu­zjazm na myśl obo­ga­tym klien­cie, oraz na Marka, który bez­na­mięt­nie przy­glą­dał mu się spod zmru­żo­nych po­wiek.

– Cho­dzi owy­prawę na bie­gun. Bie­gun pół­nocny. Chciał­bym, że­by­ście mnie tam za­brali.

– Zwa­rio­wał – mruk­nął Mark, prze­cho­dząc na pol­ski, kiedy wspól­nik po­słał mu roz­ra­do­wane spoj­rze­nie, ito było je­dyne, co po­wie­dział pod­czas pierw­szego spo­tka­nia zLe­an­dro Gras­sem, bo cię­żar roz­mowy prze­jął na sie­bie Ro­bert.

Zkaż­dym sło­wem wy­po­wia­da­nym przez go­ścia czuł falę ener­gii, która opły­wała całe jego ciało. Miał ochotę ze­rwać się zmiej­sca itań­czyć zra­do­ści, ale był pro­fe­sjo­na­li­stą. Po­dob­nych roz­mów od­był już wiele, nie wszyst­kie koń­czyły się wy­prawą. Część osób, gdy tylko za­czy­nała się orien­to­wać, ja­kie trud­no­ści wiążą się zta­kim wy­jaz­dem, po pro­stu re­zy­gno­wała, część zmie­niała plany wtrak­cie po­dróży iwra­cała do domu pierw­szym lep­szym sa­mo­lo­tem, ale te osoby, które się nie pod­da­wały, prze­ży­wały dzięki nim naj­wspa­nial­sze chwile wswoim ży­ciu. Bo na tym to prze­cież po­le­gało – Mark iRob ofe­ro­wali nie tylko swoje usługi jako prze­wod­nicy iopie­ku­no­wie wtrak­cie wy­prawy, nie tylko or­ga­ni­zo­wali wszystko od po­czątku do końca, ale, co naj­waż­niej­sze, po­ka­zy­wali klien­tom, jak od­kryć sa­mego sie­bie pod­czas po­dróży wtrudno do­stępne za­kątki świata. Przej­ście przez pu­sty­nię, marsz po lo­dowcu, prze­dzie­ra­nie się przez tro­pi­kalne pusz­cze ieks­plo­ro­wa­nie wy­ga­słych wul­ka­nów – to nie była oferta wy­cie­czek zagen­cji po­dróży, tylko od­naj­dy­wa­nie prawdy ona­tu­rze ioso­bie. Tak wła­śnie od po­czątku my­ślał otym Mark, kiedy za­kła­dał firmę ior­ga­ni­zo­wał pierw­sze wy­jazdy, agdy Ro­bert do niego do­łą­czył, mu­siał się do­sto­so­wać. Tro­chę go śmie­szyło to całe od­kry­wa­nie prawdy oso­bie wprzy­padku bo­ga­tych biz­nes­me­nów, któ­rzy są­dzili, że jak przejdą się po pu­styni Gobi iza­po­zują do zdję­cia na tle na­miotu, staną się bo­gatsi du­chowo. Zresztą, może itacy wła­śnie się sta­wali – to już nie była jego sprawa. On miał ich od­po­wied­nio przy­go­to­wać, zor­ga­ni­zo­wać wy­prawę, apo­tem ro­bić wszystko, żeby do­tarli do końca trasy. Nada­wał się do tego, jak mało kto, iMark do­brze otym wie­dział. Jego aku­rat mę­czyła ta ostat­nia część: mo­ty­wo­wa­nie klien­tów, za­ba­wia­nie ich iuświa­da­mia­nie im, że udali się wpo­dróż ży­cia. Gdyby tylko mógł, szedłby sam albo zRo­bem, bo tak wła­śnie ła­do­wał swoje ży­ciowe ba­te­rie. Kiedy pa­łę­tało się wo­kół nich kilku „cy­wili”, jak na­zy­wali nie­wpra­wio­nych wtru­dach wy­praw klien­tów, mu­siał po­świę­cać im dużo ener­gii, ato na dłuż­szą metę go mę­czyło. Dla­tego wła­śnie za­pro­po­no­wał Ro­bowi do­łą­cze­nie do firmy – oczy­wi­ście wroli wspól­nika. Znali się już tro­chę, ufali so­bie bez­gra­nicz­nie, przy­jaź­nili się ijako że, przy­naj­mniej po­zor­nie, sta­no­wili swoje prze­ci­wień­stwa, świet­nie się uzu­peł­niali. Wprzy­padku wy­praw ko­mer­cyj­nych Mark brał na sie­bie cię­żar przy­go­to­wań do wy­prawy, Rob opiekę nad klien­tami wjej trak­cie, zaś całą resztą dzie­lili się po równo.

Tym ra­zem naj­wy­raź­niej wszystko miało spo­cząć na bar­kach Ro­berta, ale nie przej­mo­wał się tym. Miał swój cel: An­tark­tydę, agdy czło­wiek wie, do­kąd chce dojść, po­ra­dzi so­bie znaj­trud­niej­szą drogą. Dla­tego słu­chał uważ­nie Le­an­dra Grassa, pró­bu­jąc wy­czy­tać mię­dzy sło­wami jego praw­dziwą mo­ty­wa­cję. Nie­czę­sto zda­rzali im się klienci, któ­rzy chcieli iść na bie­gun pół­nocny – wła­ści­wie to jesz­cze ni­gdy, zu­peł­nie jakby bie­gun wy­da­wał im się zbyt nudny wpo­rów­na­niu zMo­unt Eve­re­stem, Sa­harą czy An­dami, ajed­nak nie spy­tał go, dla­czego aku­rat bie­gun. Wie­dział, co usły­szy: że to za­wsze było jego ma­rze­nie, że obie­cał so­bie zro­bić wży­ciu coś waż­nego, że chciałby po­znać prawdę oso­bie… Klienci za­wsze re­cy­to­wali to ni­czym man­trę, nie­ważne, do­kąd się wy­bie­rali, gdy tak na­prawdę cho­dziło ood­trutkę na nudne ży­cie. Ro­bert coś otym wie­dział – był praw­ni­kiem, zaj­mo­wał się pra­wem no­wych tech­no­lo­gii ispę­dzał dłu­gie go­dziny jako kon­sul­tant prze­róż­nych firm, do­ra­dza­jąc, we­ry­fi­ku­jąc, aczę­sto ibez­li­to­śnie nisz­cząc pro­jekty tych wszyst­kich na­pa­lo­nych mło­dzia­ków wga­jer­kach albo hip­ster­skich T-shir­tach, któ­rzy ni­gdy nie wy­cho­dzili zpracy. Tkwili wniej od świtu do nocy, ro­bili krót­kie prze­rwy na siłkę, lunch iseks, apo­tem znów wra­cali do kie­ratu. Rob też kie­dyś taki był, ale wporę się opa­mię­tał. Lu­bił swoją pracę, ko­chał jed­nak co in­nego – po­dró­żo­wa­nie, od­kry­wa­nie, zma­ga­nie się zsa­mym sobą. Uwiel­biał wy­zwa­nia, miał całą li­stę, awła­ści­wie dwie li­sty: jedną zmiej­scami, które już za­li­czył, drugą ztymi, które wciąż na niego cze­kały. To był wła­śnie jego spo­sób na ła­do­wa­nie ba­te­rii – dzięki temu mógł wró­cić na chwilę do nor­mal­nego trybu ipla­no­wać ko­lejny wy­skok. Miał też coś jesz­cze, coś, co nada­wało jego ży­ciu głęb­szy sens: lód. Od dwóch lat był za­an­ga­żo­wany wdzia­łal­ność mi­syjną Ice Le­gacy, pro­jektu pro­wa­dzo­nego przez dwóch po­lar­ni­ków: Børge Ouslanda iVin­centa Col­liarda, któ­rzy pod­czas eks­pe­dy­cji zbie­rali na lą­do­lo­dach próbki dla in­sty­tu­tów na­uko­wych imo­ni­to­ro­wali stan po­krywy lo­do­wej, awia­domo, co się znią ostat­nio działo… Wiele rze­czy można było po­wie­dzieć oRo­ber­cie, izwięk­szo­ści znich zda­wał so­bie sprawę, na przy­kład ztego, że boi się an­ga­żo­wać, więc nie przyj­muje żad­nych pro­po­zy­cji pracy na etat ani nie wiąże się zni­kim na dłu­żej, że po­dej­mu­jąc te wszyst­kie wy­zwa­nia, pró­buje udo­wod­nić coś sa­memu so­bie, że sta­wia czoła ty­siącu róż­nych nie­bez­pie­czeństw pod­czas wo­jaży, bo tak na­prawdę ucieka przed wła­snymi pro­ble­mami – tak, oczy­wi­ście, że otym wie­dział, na coś mu się przy­dały te lata spę­dzone na te­ra­pii, ale jedno było pewne: ko­chał na­turę, czcił ją nie­mal bał­wo­chwal­czo inic nie li­czyło się dla niego bar­dziej niż lód. Chło­paki zIce Le­gacy szybko roz­po­znały wnim swo­jego ipo­wie­rzyły mu prawną opiekę nad wszyst­kimi pro­jek­tami zEu­ropy.

Wła­śnie my­ślał otym, jaką minę zro­bią, gdy po­wie im owy­pra­wie na bie­gun pół­nocny, októ­rym ma­rzył już od dawna, bo jesz­cze tam nie był, wprze­ci­wień­stwie do Marka, gdy na­gle usły­szał:

– Wwy­pra­wie oprócz mnie we­zmą jesz­cze udział trzy osoby. Za­pew­niam, że wszy­scy mamy świetną kon­dy­cję. Przy­go­to­wu­jemy się już od dłuż­szego czasu, tre­nu­jemy pod okiem pro­fe­sjo­na­li­stów. – Le­an­dro przy­gła­dził lok, który upar­cie opa­dał mu na czoło.

Rob po­my­ślał, że Grass jest na­wet cał­kiem przy­stojny. Szkoda, że he­te­ryk – wes­tchnął wdu­chu iuśmiech­nął się sze­roko.

– Świet­nie. Do­brze sły­szeć, że dba­cie oformę, ale itak czeka was spe­cja­li­styczny tre­ning. Do ta­kiej wy­prawy trzeba być dia­bel­nie do­brze przy­go­to­wa­nym – do­dał izer­k­nął na Marka, który na­wet nie drgnął.

Za­czy­nał go już iry­to­wać. Zpew­no­ścią miał po­wody, żeby za­cho­wy­wać się jak dzie­ciak, któ­remu zwa­felka spa­dła gałka loda, ale na mi­łość bo­ską, tu cho­dziło okasę na ich wy­prawę! Mógłby się cho­ciaż tro­chę po­sta­rać!

– Mark – po­wie­dział ci­cho Rob. – Co otym są­dzisz?

Ste­iner prze­niósł cięż­kie spoj­rze­nie zLe­an­dra na Ro­berta iwzru­szył ra­mio­nami. Rob ztru­dem po­wstrzy­mał się przed ką­śliwą uwagą. Zwró­cił się znów do Grassa:

– Zdaje pan so­bie sprawę, że taka wy­prawa wy­maga rów­nież pod­pi­sa­nia przez pań­stwa od­po­wied­niej umowy? Każda tego ro­dzaju eska­pada wiąże się ze spo­rym ry­zy­kiem, ale wprzy­padku trasy na bie­gun pół­nocny… Cóż, tu skala nie­bez­pie­czeń­stwa jest, że tak po­wiem, nieco więk­sza.

Męż­czy­zna wele­ganc­kim ga­jerku wy­gła­dził fałdkę na ma­ry­narce.

– Oczy­wi­ście – od­parł ze spo­ko­jem. – Pod­pi­szemy wszystko, co ze­chce­cie. Cie­szy­cie się re­nomą wśro­do­wi­sku glob­tro­te­rów, więc mamy do was pełne za­ufa­nie. Wiem rów­nież, że więk­sza skala nie­bez­pie­czeń­stwa ozna­cza wyż­sze ho­no­ra­rium. Pro­po­nuję sześć­dzie­siąt ty­sięcy do­la­rów. Od osoby.

Rob za­mru­gał.

– Czyli mó­wimy okwo­cie… – za­czął, aGrass się ro­ze­śmiał.

– Twardy zpana ne­go­cja­tor – po­wie­dział zuzna­niem. – No do­brze, za­okrą­glijmy więc. Trzy­sta ty­sięcy do­la­rów za to, że za­bie­rze­cie nas na wy­prawę na bie­gun pół­nocny. Tak szybko, jak się da.

Roz­dział drugiTam już nie wrócę

Kiedy Ro­bert od­pro­wa­dził Grassa do wyj­ścia, mocno uści­snął mu dłoń, apo­tem za­mknął za nim drzwi iro­ze­śmiał się gło­śno. Kropka szczek­nęła przez sen ipo­ru­szyła łap­kami, ale da­lej spała zwi­nięta wkłę­bek na ko­la­nach Marka.

– Wy­obra­żasz to so­bie?! – za­wo­łał Rob, wpa­da­jąc do ga­bi­netu. – To jak speł­nie­nie na­szych ma­rzeń! Mach­niemy znimi ten bie­gun, apo­tem mo­żemy szy­ko­wać się do wy­prawy na An­tark­tydę!

– Obu­dzisz ją – mruk­nął Mark iwspól­nik za­trzy­mał się wpół kroku.

– Stary, wła­śnie znieba spa­dła nam kasa – po­wie­dział po­woli. – Kasa, któ­rej po­trze­bu­jemy. Prze­cież trzy­sta ty­sięcy do­lców bez pro­blemu po­kryje koszty na­szej wy­prawy.

Ste­iner pod­niósł głowę ipo­pa­trzył na niego prze­cią­gle. Pro­ste czarne włosy ilekko sko­śne ciemne oczy to je­dyne, co odzie­dzi­czył po matce Ja­ponce. Była ni­ziutką fi­li­gra­nową dziew­czyną, itaka wła­ści­wie po­zo­stała do sa­mego końca. Jedno ze zdjęć sto­ją­cych na ko­minku po­ka­zy­wało ją iojca Marka wdniu rocz­nicy ślubu – ostat­niej, jaką ob­cho­dzili, bo tego sa­mego roku zgi­nęli wwy­padku lot­ni­czym wRo­sji. Nie­wielki sa­mo­lot, któ­rym le­cieli do Nel­kan wKraju Cha­brow­skim, znie­wy­ja­śnio­nych po­wo­dów roz­bił się tuż przed lą­do­wa­niem. 15 li­sto­pada 2017 roku, oile Ro­bert do­brze pa­mię­tał. Nie znali się jesz­cze wtedy zMar­kiem, ale usły­szał od niego opo­wieść otam­tym fe­ler­nym roku pod­czas ich wspól­nej wy­prawy na lo­do­wiec Hansa. Zer­k­nął na rocz­ni­cowe zdję­cie – Aiko miała wtedy sześć­dzie­siąt lat, awciąż wy­glą­dała jak młoda dziew­czyna. Ichyba na­dal była za­ko­chana wTo­ma­szu Ste­ine­rze, bo pa­trzyła na niego tak, jak Mark pa­trzył na swoją dziew­czynę, kiedy przed­sta­wiał ją wspól­ni­kowi. „Stary, wpa­dłeś po uszy” – po­wie­dział mu wtedy Rob ipo­czuł lek­kie ukłu­cie nie­po­koju. Wi­zja, że Mark za­ko­cha się na amen, za­łoży ro­dzinę iosią­dzie wdo­mo­wych pie­le­szach, ozna­czała ko­niec ich sza­lo­nych eska­pad. Na po­czątku jesz­cze po­cie­szał się tym, że prze­cież tych dwoje po­znało się wJa­po­nii, którą Mark uwiel­biał ze względu na swoją matkę, że Mi­saki mieszka wTo­kio, aon wOr­ło­wie, iże żadne znich nie chce zmie­niać ad­resu, apoza tym, kto przy zdro­wych zmy­słach za­mie­niłby sto­licę Kraju Kwit­ną­cej Wi­śni na za­py­ziałą mie­ścinę wPol­sce? Poza sa­mym Ro­bem, oczy­wi­ście, ale on naj­wy­raź­niej sta­no­wił wy­ją­tek, bo nie znał ni­kogo, kto by, tak jak on, nie zno­sił wiel­kich miast, tłumu icy­wi­li­za­cji. Bez wa­ha­nia od­dałby wszystko, żeby za­miesz­kać na lo­dowcu. No, może oprócz seksu, bo tam ra­czej trudno zna­leźć ko­chanka.

Po­trzą­snął głową, od­ry­wa­jąc się od tych my­śli, iwes­tchnął ciężko.

– Nie ro­zu­miem, oco ci cho­dzi. Od dłuż­szego czasu trudno do cie­bie do­trzeć. Okej, roz­sta­łeś się zMi­saki, masz prawo czuć się źle, może na­wet wpaść wcoś wro­dzaju de­pre­sji. Ale to nie może trwać wiecz­nie! Mu­sisz się wkońcu po­zbie­rać – po­wie­dział. – Prze­cież chcesz je­chać na An­tark­tydę, prawda? Za­wsze otym ma­rzy­łeś, tak jak ja. Adzięki ka­sie od tego ca­łego Grassa mo­żemy tam po­je­chać. – Urwał na chwilę iprzyj­rzał mu się uważ­nie. – Chcesz je­chać, prawda? – za­py­tał nie­pew­nie.

Wprze­dłu­ża­ją­cej się ci­szy sły­chać było je­dy­nie po­sa­py­wa­nie Kropki. Mark mil­czał, nie od­wra­ca­jąc wzroku od przy­ja­ciela, ato mó­wiło wię­cej niż naj­bar­dziej na­wet do­sadne słowa.

Rob pod­szedł bli­żej iusiadł na krze­śle, na któ­rym przed chwilą sie­dział Grass.

– Po­słu­chaj – za­czął po­woli. – Nie re­zy­gnuj ztego wszyst­kiego – za­to­czył ręką, po­ka­zu­jąc nie tyle ga­bi­net, co na wszyst­kie ob­razy, rzeźby iin­stru­menty przy­wie­zione przez Marka zwy­praw – tylko dla­tego, że masz te­raz słab­szy czas. Kry­zysy to na­tu­ralna rzecz wży­ciu, zda­rzają się każ­demu, trzeba je po pro­stu prze­trwać. Od­pusz­czę ci ten bie­gun, znajdę ko­goś in­nego, kto już tam był, bo sam zcy­wi­lami nie wy­biorę się wta­kie miej­sce. Kasy do­sta­niemy tyle, że na­wet jak się po­dzie­limy zin­nym prze­wod­ni­kiem, star­czy nam na An­tark­tydę. Ale mu­sisz mi obie­cać jedno: że zniej nie zre­zy­gnu­jesz.

Ste­iner zmru­żył oczy. Wpa­try­wał się wniego tak in­ten­syw­nie, że Ro­bert mu­siał od­wró­cić wzrok.

Zniej? – po­my­ślał Mark. Jak mógł­bym zniej kie­dy­kol­wiek zre­zy­gno­wać? Ona jest mi­ło­ścią mo­jego ży­cia. Była…

Za­ci­snął po­wieki, żeby po­wstrzy­mać na­pły­wa­jące łzy. Nie ra­dził so­bie. Wogóle so­bie nie ra­dził, od­kąd jej za­bra­kło. Nie mógł tego zro­zu­mieć. Ja­kim cu­dem wy­star­czyło, by znik­nęła zjego ży­cia, żeby wszystko się po­sy­pało? Żeby to, co do­tąd miało dla niego sens, tak po pro­stu wy­pa­ro­wało? Był jesz­cze mło­dym czło­wie­kiem, aprzy­naj­mniej ta­kim się czuł, miał wkońcu do­piero trzy­dzie­ści sie­dem lat iwie­dział do­brze, co na niego cze­kało. Po­dró­żo­wa­nie po świe­cie na­uczyło go nie ocze­ki­wać zbyt wiele, ni­gdy nie na­sta­wiał się na to, że bę­dzie szedł naj­ła­twiej­szymi ścież­kami, że za­wsze bę­dzie zgórki, anie pod, za­wsze zwia­trem, zprą­dem rzeki. Nie, on wo­lał wdra­py­wać się na naj­wyż­sze szczyty, brnąć pod wiatr, pły­nąć wgórę rzeki, bo tak było cie­ka­wiej, moc­niej, głę­biej, in­ten­syw­niej. Nie wie­dział, ja­kiego słowa użyć, zresztą nie cho­dziło osłowa, tylko odo­zna­nia, prze­ży­cia, oto, co czuł, osens ży­cia. Kiedy był wdro­dze, czuł się pełny sie­bie, pełny świata, pełny na­tury – sens miał na wy­cią­gnię­cie ręki. Po­tem po­ja­wiła się Mi­saki, ina­gle od­krył, że przy niej czuje się tak samo, ajesz­cze póź­niej oka­zało się, że to uczu­cie znik­nęło. Po co więc miałby znów ru­szać wtrasę, my­śleć oko­lej­nej wy­pra­wie, skoro to itak nie miało sensu.

Kiedy Mark za­mknął oczy, Ro­bert od­czy­tał to jako znak zgody. Uśmiech­nął się zulgą.

Czyli An­tark­tyda nie jest stra­cona – po­my­ślał. Te­raz mu­szę tylko zna­leźć ko­goś, kto po­je­dzie ze mną na bie­gun…

– Ma­rek… – szep­nął Mark, któ­remu zro­biło się żal przy­ja­ciela itego, że zo­sta­wia go, no­men omen, na lo­dzie. – Spró­buj zMar­kiem Ka­miń­skim. Dawno tam nie był. Może go na­mó­wisz.

Rob za­dzwo­nił do Marka Ka­miń­skiego wie­czo­rem. Po­znał go tego sa­mego dnia, kiedy spo­tkał Marka Ste­inera. To było dość za­bawne, bo ja­kie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że na jed­nej zod­lud­nych wysp Ja­po­nii, Aoga­shima, na skrzy­żo­wa­niu wpad­nie się na dwóch in­nych Po­la­ków? Mi­ni­malne, ajed­nak każdy znich szedł sam, je­dy­nie wto­wa­rzy­stwie wy­pcha­nego ple­caka, ina­gle zna­leźli się wtym sa­mym miej­scu icza­sie, zu­peł­nie jakby kie­ro­wała nimi ja­kaś ko­smiczna siła. Mark od razu po­znał Ka­miń­skiego – wPol­sce był na jed­nym zjego wy­kła­dów, czy­tał jego książki, apoza tym oka­zało się, że są nie­mal są­sia­dami, ikiedy za­częli mó­wić po pol­sku, Rob ro­ze­śmiał się gło­śno. Tamci spoj­rzeli na niego ba­daw­czo, za­sta­na­wia­jąc się, kim jest ten za­śmie­wa­jący się młody, wy­soki ichudy jak szczapa ko­leś wmar­ko­wych ciem­nych oku­la­rach, ja­kich wży­ciu nie za­ło­żyłby ża­den sza­nu­jący się po­dróż­nik. Do­piero, gdy Ro­bert wy­krztu­sił zsie­bie: „No nie wie­rzę, nor­mal­nie nie wie­rzę…”, rów­nież za­częli się śmiać. Spę­dzili na tam­tym skrzy­żo­wa­niu ście­żek cały dzień, roz­bili obóz iprze­ga­dali pół nocy, aran­kiem każdy znich po­szedł swoją drogą. Ty­dzień póź­niej Rob iMark wpa­dli na sie­bie jesz­cze raz, wTo­kio, ira­zem wró­cili do Pol­ski, awWar­sza­wie na lot­ni­sku oka­zało się, że ra­zem zmie­rzają rów­nież do domu, bo Ro­bert miesz­kał na gdań­skiej Za­spie, rap­tem je­de­na­ście ki­lo­me­trów od Marka. Tak do­brze im się roz­ma­wiało imil­czało wswoim to­wa­rzy­stwie, że po­sta­no­wili wy­ru­szyć na lo­do­wiec Hansa. Ichyba wła­śnie tam, tak, na pewno tam – Rob był tego pe­wien – za­częła się ich przy­jaźń. Od tam­tej pory kilka razy wi­dzieli się zMar­kiem Ka­miń­skim, za­zwy­czaj spo­ty­kali się znim przed ja­kąś wy­prawą, żeby ob­ga­dać różne wer­sje trasy albo do­py­tać oszcze­góły, bo in­for­ma­cje zpierw­szej ręki były bez­cenne. Dla­tego te­raz bez wa­ha­nia się­gnął po te­le­fon, wy­brał nu­mer Ka­miń­skiego, ipod­szedł do okna. Zza chmur wy­ło­nił się księ­życ, ostre białe świa­tło pa­dło na ko­rony drzew na dole. Ro­bert miesz­kał na ostat­nim pię­trze wie­żowca, czego po­ża­ło­wał pierw­szej je­sieni, którą tu spę­dził. Prze­pro­wa­dził się zpar­teru jed­nego zwście­kle ko­lo­ro­wych za­spiań­skich blocz­ków, ichoć na plażę miał za­le­d­wie kwa­drans spa­ce­rem, to jed­nak bra­ko­wało mu wi­doku mo­rza zokien. Apóź­niej jego zna­jomy po­sta­no­wił sprze­dać miesz­ka­nie na dwu­na­stym pię­trze wno­wym bloku, rzut be­re­tem od niego, iRob na­wet się nie za­sta­na­wiał. „Wiesz, tro­chę tam wieje” – ostrze­gał go lo­jal­nie zna­jomy, ale okna wy­cho­dziły na park, azbal­konu wi­dać było mo­rze. Co ozna­cza „tro­chę wieje”, Ro­bert prze­ko­nał się pierw­szej je­sieni wraz zna­dej­ściem sztor­mów. Nie spał przez mie­siąc – zdrze­mek co chwilę wy­bu­dzała go wi­chura, która pró­bo­wała wy­rwać okna iło­mo­tała wściany, apóź­niej po pro­stu się przy­zwy­czaił. Wkońcu czło­wiek może się przy­zwy­czaić do wszyst­kiego.

– Cześć Ro­ber­cie! – usły­szał wsłu­chawce. – Do­kąd te­raz was nie­sie? – za­śmiał się Ma­rek.

– Wła­ści­wie to tylko mnie, bo Mark tym ra­zem zo­sta­nie wdomu – Ro­bert wy­ja­śnił ostroż­nie, nie­pewny, czy Ka­miń­ski wie co­kol­wiek oobec­nym na­stroju Ste­inera, ale ten naj­wy­raź­niej wie­dział, bo chrząk­nął ci­cho irzu­cił:

– Może to ile­piej. Po­wi­nien naj­pierw po­skła­dać się do kupy.

Rob wes­tchnął. Sam by tego le­piej nie ujął.

– Iwła­śnie dla­tego do cie­bie dzwo­nię, Marku. Mam dla cie­bie pro­po­zy­cję wy­jaz­dową. Jadę zczwor­giem klien­tów na wy­prawę. Są ra­czej do­brze przy­go­to­wani izmo­ty­wo­wani, nie zre­zy­gnują po dzie­się­ciu mi­nu­tach, ana­prawdę do­brze płacą. Za­kła­dam, że wy­ru­szymy do­piero za pół roku, bo jed­nak mu­szą za­li­czyć po­rządny tre­ning, wy­prawa po­trwa dzie­sięć dni, góra dwa ty­go­dnie.

– Za pół roku, mó­wisz… Po­cze­kaj, spraw­dzę tylko swój gra­fik.

Rob usły­szał szyb­kie ude­rze­nia pal­ców wkla­wia­turę.

– Kwie­cień nie­stety mam za­jęty, ale ma­rzec jest wciąż dość luźny. Nie, za­raz, na po­czątku marca mam kilka spo­tkań ikon­fe­ren­cję, czyli od siód­mego był­bym wolny. Ichęt­nie bym gdzieś wy­sko­czył na dwa ty­go­dnie, na­ła­do­wać ba­te­rie – za­śmiał się Ma­rek. – Oile oczy­wi­ście ci wasi klienci nie za­trują nam ży­cia. Kim oni wła­ści­wie są? Po­cząt­ku­jący po­dróż­nicy czy cy­wile?

– Ra­czej to dru­gie. Na ra­zie po­zna­łem tylko jed­nego znich, biz­nes­mena. Jest Niem­cem albo Ar­gen­tyń­czy­kiem, albo jed­nym idru­gim. Le­an­dro Grass, wy­spor­to­wany, pewny sie­bie, ale spo­koj­nie, nie bu­co­waty. No isza­sta kasą. Do­stał­byś za to sto ty­sięcy do­la­rów.

Wsłu­chawce na mo­ment za­pa­dło mil­cze­nie.

– Ile? Mó­wisz po­waż­nie? To gdzie on chce je­chać?

– A, wła­śnie, otym ci nie po­wie­dzia­łem. Tu będę li­czyć na wszyst­kie wska­zówki, ja­kie mo­żesz mi dać, bo tam aku­rat jesz­cze nie by­łem, aty już znasz to miej­sce jak wła­sną kie­szeń.

– Chło­pie, ja cza­sami gu­bię się we wła­snych kie­sze­niach – za­chi­cho­tał Ma­rek. – No to do­kąd wkońcu ta wy­prawa?

– Na bie­gun pół­nocny.

Gdy tylko Ro­bert wy­po­wie­dział te słowa, po­czuł, że coś się zmie­nia. Zu­peł­nie jakby znad mo­rza nad­cią­gał wiatr ilada mo­ment miał ude­rzyć wokna. Zro­biło się ci­cho jak przed bu­rzą, apo­tem Ma­rek Ka­miń­ski ode­zwał się ci­chym, chra­pli­wym gło­sem:

– Nie, tam już nie wrócę. Gdy­bym wie­dział, co się tam wy­da­rzy, wogóle bym nie po­je­chał. – Wgar­dle mu za­schło, mu­siał od­chrząk­nąć. – Ito­bie też od­ra­dzam. Cześć, trzy­maj się.

Ro­bert zosłu­pie­niem wsłu­chi­wał się wci­szę. Spoj­rzał na ekran te­le­fonu – Ma­rek się roz­łą­czył.

Przez całą noc Ro­ber­towi śniła się An­tark­tyda – białe po­ła­cie lodu, Góry El­l­swor­tha, ma­je­sta­tyczne nu­na­taki1 do złu­dze­nia przy­po­mi­na­jące pi­ra­midy, ipu­sty­nie po­larne. Kiedy się obu­dził, ze­wnętrzne pa­ra­pety po­kry­wała cienka war­stwa śniegu. Paź­dzier­ni­kowe wia­try przy­nio­sły gwał­towne ochło­dze­nie, chwi­lowe tylko, bo tem­pe­ra­tura znów miała pod­sko­czyć po­wy­żej pięt­na­stu stopni. Otwo­rzył okno, wcią­gnął wpłuca ostre po­wie­trze ido­tknął pal­cem cie­niut­kiej sko­rupy za­mar­z­nię­tego śniegu. Wie­dział, że to już ostatki, resztki sił na­tury, która wciąż wal­czyła zczło­wie­kiem itym, co jej zsy­łał od cza­sów re­wo­lu­cji prze­my­sło­wej, ale itak była ska­zana na po­rażkę. Śnieg, lód nie­ba­wem znikną zpo­wierzchni świata – je­śli pój­dzie do­brze, to jesz­cze nie za jego ży­cia, choć Ro­bert po­woli prze­sta­wał wto wie­rzyć. Ra­porty zIce Le­gacy nie pod­no­siły na du­chu.

Aje­śli to ostat­nia szansa na to, by zo­ba­czyć bie­gun pół­nocny? – po­my­ślał zna­głym nie­po­ko­jem, od któ­rego zro­biło mu się zimno, iszybko za­mknął okno.

Trząsł się, wpa­trzony wpo­chmurne niebo iciężko ko­łu­jące wgó­rze mewy.

Iostat­nia szansa na An­tark­tydę, bo prze­cież skąd mamy wy­trza­snąć tyle kasy… – wes­tchnął zre­zy­gna­cją, apo­tem zer­k­nął na te­le­fon.

Do­cho­dziła siódma, po­wi­nien za­raz usiąść do ro­boty, ale nie po­tra­fił się ze­brać. Włą­czył je­den ze swo­ich ulu­bio­nych pod­ca­stów po­dróż­ni­czych, żeby prze­stać wkońcu my­śleć oAn­tark­ty­dzie. Od­ci­nek po­świę­cony był Tana To­raja, re­gio­nowi wcen­tral­nej czę­ści wy­spy Su­la­wesi. Rob chciał od­wie­dzić to miej­sce izo­ba­czyć słynne ry­tu­ały po­grze­bowe, od­pu­ścił jed­nak, gdy od­krył, że zjeż­dża tam mnó­stwo lu­dzi złak­nio­nych wi­doku zmar­łych co roku wyj­mo­wa­nych zgro­bow­ców przez ro­dziny. Pro­wa­dzący mó­wił wła­śnie otym, że cał­kiem nie­dawno do­szło do zbez­czesz­cze­nia zwłok. Ktoś wła­mał się do jed­nego zgro­bow­ców wy­ku­tych wskale inaj­wy­raź­niej chciał so­bie zro­bić zdję­cie ze zmu­mi­fi­ko­wa­nym nie­bosz­czy­kiem. Ro­dzina, która pod­czas ry­tu­ału ma’nene zna­la­zła jego po­roz­rzu­cane resztki, była wstrzą­śnięta.

– Tu­ry­ści – sark­nął Rob, włą­cza­jąc eks­pres, ale gdy cze­kał na kawę, jego my­śli znów wró­ciły do Marka Ka­miń­skiego. Amoże spró­bo­wać jesz­cze raz? Może przez noc zmie­nił zda­nie? Nie, to nie miało sensu. Rob na tyle go znał, by wie­dzieć, co ozna­cza jego od­mowa. Jesz­cze ni­gdy nie sły­szał wjego gło­sie ta­kiej pew­no­ści, chłod­nego, wy­zu­tego zemo­cji zde­cy­do­wa­nia, za któ­rym coś jed­nak mu­siało stać… Czyżby to był strach? Nic nie wspo­mi­nał na te­mat ostat­niej wy­prawy na bie­gun, wogóle oniej nie mó­wił, tak jakby nie miała miej­sca.

Coś tam mu­siało się wy­da­rzyć – po­my­ślał Ro­bert, bo nie­wiele było rze­czy, które mo­głyby od­stra­szyć Marka Ka­miń­skiego, iod razu po­sta­no­wił za­py­tać oto Ste­inera.

Ste­iner jed­nak nie ode­brał te­le­fonu. Ani tego, ani pię­ciu ko­lej­nych igdy Rob już za­mie­rzał wsiąść wSKM-kę ipo­je­chać do Or­łowa, na­gle od­dzwo­nił.

– Sorry, by­łem na tre­ningu – wy­sa­pał.

Ro­bert, który już zdą­żył się na Marka naj­pierw po­rząd­nie ze­zło­ścić, po­tem za­nie­po­koić się oniego, aż wkońcu za­czął się na­prawdę bać, ode­tchnął zulgą i… ucie­szył się. Skoro Mark wy­brał się na tre­ning, po tak dłu­giej prze­rwie nie­zno­śnej sta­gna­cji, coś mu­siało się wnim zmie­nić, coś mu­siało go do tego zmo­bi­li­zo­wać. Czyżby pro­po­zy­cja Grassa?

– Na tre­ningu? Brzmisz, jak­byś cią­gnął pa­ro­wóz po tych two­ich wzgó­rzach – rzu­cił lekko Rob.

– Bli­sko – wy­dy­szał Mark. – Cią­gną­łem opony po plaży.

Ro­bert po­de­rwał się zfo­tela. To były wspa­niałe wie­ści! Cią­gnię­cie opon po plaży sta­no­wiło je­den zobo­wiąz­ko­wych punk­tów wtre­ningu przy­go­to­wu­ją­cym do po­waż­nej wy­prawy. Czyżby jed­nak jego wspól­nik prze­my­ślał sprawę izde­cy­do­wał się wy­ru­szyć na bie­gun?

– Mu­szę coś ze sobą zro­bić – wy­szep­tał tak ci­cho, że Rob le­d­wie go usły­szał. – Mu­szę zmu­sić mój or­ga­nizm do tego, żeby znowu…

Chciał żyć – do­koń­czył wmy­ślach jego przy­ja­ciel, ale nie od­wa­żył się wy­po­wie­dzieć tego na głos.

– To może wpadnę do cie­bie ju­tro rano itro­chę po­bie­gamy, co? – po­wie­dział za­miast tego. Wcale nie chciało mu się wsta­wać oświ­cie ije­chać do Or­łowa po to, by zro­bić dzie­sięć ki­lo­me­trów po plaży iwzgó­rzach ota­cza­ją­cych klif, ale je­śli miało to ozna­czać po­wrót Marka do nor­mal­nego ży­cia, Rob bez ma­ru­dze­nia na­stawi so­bie bu­dzik na piątą.

Wprze­dłu­ża­ją­cej się ci­szy wy­cze­ki­wał jego od­po­wie­dzi. Ata nie nad­cho­dziła. Rob za­mknął oczy ibez­wied­nie za­ci­snął palce na te­le­fo­nie.

– No wiesz, ju­tro to może nie… – ode­zwał się wkońcu Mark. – Pew­nie nie będę miał siły wstać. Co po­wiesz na po­ju­trze?

Przez cały ko­lejny dzień Ro­bert spraw­dzał co chwilę wia­do­mo­ści, oba­wia­jąc się tego, że Mark od­woła tre­ning. Nie od­wo­łał jed­nak, irze­czy­wi­ście zro­bili dzie­sięć ki­lo­me­trów, apo­tem umó­wili się na pły­wa­nie wmo­rzu. Na po­czątku bez sza­leństw, bo już dawno ża­den znich nie wcho­dził do lo­do­wa­tej wody – ot, za­le­d­wie do bojki, która znaj­do­wała się nie­da­leko or­łow­skiego molo, ai