Polacy w zaraniu Stanów Zjednoczonych - Longin Pastusiak - ebook

Polacy w zaraniu Stanów Zjednoczonych ebook

Longin Pastusiak

0,0

Opis

Wszechstronne i kompetentne omówienie obecności Polaków na kontynencie północno-amerykańskim od odkrycia go przez Kolumba (a nawet wcześniej!) do ich udziału w amerykańskiej wojnie o niepodległość, prowadzącej do powstania Stanów Zjednoczonych.

Autor przedstawia m.in. tajną misję dyplomatyczną Tadeusza Kościuszki oraz relacje Kajetana Węgierskiego i Juliana Ursyna Niemcewicza z ich podróży po Stanach Zjednoczonych i spotkań z ówczesnymi osobistościami amerykańskimi.

Autor okładki: Marcin Labus

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Od Autora

Ameryka została odkryta przez Krzysztofa Kolumba 500 lat temu (1492 r.). Pierwsi Polacy przybyli do Ameryki Północnej w roku 1608. Stany Zjednoczone powstały jako niezależne państwo ponad 200 lat temu (1776 r.). I tak się złożyło, że gdy Stany Zjednoczone walczyły o uzyskanie niepodległości, Polska stopniowo ją traciła; gdy młoda republika amerykańska pojawiła się na politycznej mapie świata, Polska była z niej wymazywana. Chociaż w owych latach Stany Zjednoczone i Polska nie nawiązały oficjalnych stosunków dyplomatycznych, Polacy byli świadkami narodzin Stanów Zjednoczonych i przyczynili się do uzyskania wolności przez kolonie angielskie w Ameryce. Wielu Polaków zapłaciło za sprawę niepodległości Stanów Zjednoczonych najwyższą cenę — cenę życia.

 Praca ta jest zbiorem szkiców o polsko-amerykańskich związkach w zaraniu Stanów Zjednoczonych, o wczesnym osadnictwie polskim w Ameryce Północnej, począwszy od przyjazdu pierwszych Polaków do Jamestown w stanie Wirginia w 1608 roku, o udziale Polaków w amerykańskiej wojnie o niepodległość, wreszcie o stanowisku Polski i Stanów Zjednoczonych wobec ważniejszych wydarzeń, jakie miały miejsce w tych krajach w ostatnim ćwierćwieczu XVIII wieku.

 Wkład Polaków w rozwój cywilizacji amerykańskiej w jej wczesnym okresie nie zawsze znajduje właściwe odzwierciedlenie w historiografii amerykańskiej. Zaniedbania te próbowali i nadal próbują odrobić w Stanach Zjednoczonych historycy polskiego pochodzenia. Największe zasługi ma tu Mieczysław Haiman (urodzony w Złoczowie w 1888 r., zmarł w Chicago w 1949 r.), który zyskał sobie miano niestrudzonego poszukiwacza polskich śladów w Ameryce. W książce tej nawiązałem do licznych prac tego historyka, uwzględniłem też publikacje o związkach polsko-amerykańskich pióra innych historyków ze Stanów Zjednoczonych, których nazwiska wymieniam w kolejności alfabetycznej: Dorothy Adams, Edmund L. Kowalczyk, Wacław Kruszka, Eugeniusz Kusielewicz, Laura Pilarski, Ladislas J. Siekaniec, Sigmunt H. Umiński, Karol Wachtl, Arthur L. Waldo, Joseph A. Wytrwal. Zróżnicowana jest wartość naukowa publikacji, na które się powołuję. Granica między legendą, prawdopodobieństwem a rzeczywistym faktem historycznym w niektórych publikacjach jest bardzo cienko zarysowana, a niekiedy wręcz zanika. Wszędzie tam, gdzie baza źródłowa jest niepełna, a zdarzenia bardzo odległe w czasie, do głosu dochodzą wytwory wyobraźni ludzkiej, hipotezy, przypuszczenia. Ale i one mogą być interesującym tworzywem dla autora i przedmiotem zainteresowania Czytelnika. Dlatego w pracy tej nie stroniłem od tego typu materiałów, zwłaszcza że celem moim było napisanie książki popularnonaukowej.

 Przypisy ułatwiają dodatkowe studia tym Czytelnikom, którzy zechcą zgłębić poruszane przeze mnie problemy.

 Szkice zawarte w tej książce z pewnością nie wyczerpują problematyki związków polsko-amerykańskich do końca XVIII wieku. Tematyka ta, nie w pełni przeanalizowana przez historyków, czeka na całościowe opracowanie. Można mieć nadzieję, że pracę tę podejmą również historycy w Polsce, wśród których po długiej przerwie obserwuje się wzrastające zainteresowanie problematyką amerykańską.

PIERWSI POLACY W AMERYCE PÓŁNOCNEJ

 

1Początki osadnictwa polskiego

Związki polsko-amerykańskie są o wiele starsze aniżeli Stany Zjednoczone. Polacy byli już na kontynencie północnoamerykańskim, zanim Kościuszko i Pułaski przybyli tam, by uczestniczyć w wojnie niepodległościowej, zanim wśród kolonistów angielskich zrodziła się myśl o stworzeniu niepodległego państwa.

 Kiedy pierwsi Polacy przybyli do Ameryki — tego nikt właściwie nie jest dziś w stanie ustalić. Legenda zbyt mocno przemieszała się z prawdą, abyśmy mogli wiernie odtworzyć fakty i oddzielić je od fikcji.

 Legenda głosi, że pierwszym Polakiem, który miał przybyć do Ameryki, był Jan z Kolna, pozostający w służbie króla duńskiego Chrystiana I (panował 1448-1481). Miało to nastąpić w 1476 roku, a więc na 16 lat przed Krzysztofem Kolumbem. Jan z Kolna miał dotrzeć do wybrzeży dzisiejszego Labradoru i płynąć na południe wzdłuż brzegów kontynentu amerykańskiego. Jego odkrycie nie zyskało jednak rozgłosu, ponieważ — według legendy — zginął w drodze powrotnej.

 W kronikach skandynawskich i niemieckich rzeczywiście spotyka się wzmianki o żeglarzu nazwiskiem „Scolnus” lub „Scolvus”. Istnieje zresztą kilkanaście wersji tego nazwiska. Joachim Lelewel pierwszy wysunął hipotezę, że chodzi tu o Jana z Kolna. Kierował się przy tym raczej względami patriotycznymi, żadnymi dowodami bowiem nie rozporządzał.

 Tadeusz Estreicher tak pisze na ten temat: „Nie wygłaszam, nie proponuję żadnej formy nazwiska Jana z Kolna, nie odmawiam mu pochodzenia polskiego, ale tak samo nie wykluczam pochodzenia skandynawskiego, bo do tego brak danych; natomiast stwierdzam, że dzisiejsi uczeni nie wszyscy się zgadzają na fakt odkrycia Ameryki przez «Scolnusa» i na jego pochodzenie polskie“.1

 Wacław Słabczyński po przeanalizowaniu i porównaniu różnych hipotez dotyczących „Scolnusa” doszedł do następujących wniosków:

 „Około 1476 r. żeglarz w służbie duńskiej o imieniu Jan, lecz o nie ustalonym nazwisku i narodowości, miał dotrzeć do północnego wybrzeża Ameryki w nie określonym bliżej miejscu (Ziemia Baffina, Cieśnina Hudsona, Labrador?). Oprócz wzmianek o tym fakcie w literaturze szesnasto- i siedemnastowiecznej oraz na globusach i mapach tej epoki żadnych innych dokumentalnych danych na temat tej podróży nie ma. Z tych względów niektórzy współcześni autorzy kwestionują w ogóle fakt takiej wyprawy, jak i nawet istnienie samego żeglarza“.2

 Wacław Słabczyński uważa, że więcej światła na hipotezę o Scolnusie mogłyby rzucić archiwa portugalskie, hiszpańskie lub angielskie, w których jak dotąd nie szukano materiałów dotyczących tego podróżnika. Tak więc legenda o Janie z Kolna czeka nadal na naukową weryfikację.

 Wiadomość o odkryciu Ameryki przez Kolumba w każdym razie dotarła do Polski stosunkowo wcześnie.

 Bolesław Olszewicz doszukał się około 60 wzmianek o Ameryce w 39 pracach w polskiej literaturze XVI i XVII wieku.3 Słusznie zauważa Janusz Tazbir, że nie jest to liczba kompletna, w wielu dziełach bowiem nie wymienia się Ameryki z nazwy, lecz używa się innych określeń, jak np. Nowy Świat. „Po polsku sformułowania tego użył pierwszy — jak się wydaje — Białobrzeski, w swej Postylli pisał o «Indyjej, który [sic] zowią Nowy Świat»”4. Jednakże zainteresowanie wielkimi odkryciami, a w szczególności Ameryką, w Polsce było znacznie słabsze niż np. w Portugalii czy Hiszpanii.

 Pierwszą w literaturze polskiej wzmiankę o Ameryce znajdujemy w pracach Jana Sacrobasa, ze wstępem Jana z Głogowa. Jan z Głogowa był profesorem Akademii Krakowskiej. Książka Introductorium Compendiosum in Tractatum Sphaere Materialis została opublikowana w Krakowie w 1506 roku. Wiadomości o odkryciu Ameryki dotarły do Polski zapewne kilka lat wcześniej, przypuszczalnie około 1500 roku.

 W 1512 roku Jan ze Stobnicy opublikował prawdopodobnie pierwszą w Polsce mapę Ameryki w swoim dziele Introductio in Ptholomei Cosmographiam, opartym na książce niemieckiego geografa M. Waldseemüllera. Były to w ogóle pierwsze mapy wydane w Polsce.

 Marcin Bielski w Kronice wszystkiego świata, która ukazała się w Krakowie w 1551 roku, pisze o ogromnych rozmiarach Ameryki, przypisując jej obszar równy czwartej części Ziemi.

 Kopernik uznał odkrycie Kolumba za dowód popierający teorię kulistości Ziemi. W swym dziele O obrotach sfer niebieskich, opublikowanym w 1543 roku, odkryciu Ameryki poświęcił sporo uwagi.5 „Jakim sposobem — pytał w tytule jednego z rozdziałów — ziemia sucha wraz z wodą jedną kulę tworzy? Pokaże się to wyraźniej, jeżeli do tego przyłączymy wyspy za naszych czasów pod hiszpańskimi i portugalskimi monarchami odkryte, a nade wszystko Amerykę, imieniem odkrywcy i dowódcy okrętów tak nazwaną, a dla nie zbadanej dotychczas jej rozległości za nowy świat uważaną, prócz wielu innych wysp, przedtem nie znanych. Dlatego mniej nas dziwić będzie, że istnieją mieszkańcy przeciwnożni, czyli przeciwziemni. Że Ameryka z położenia swego znajduje się na przeciwnej stronie Indyj Gangesowych, to wynika z geometrycznych własności kuli. Z tego zatem wszystkiego wnoszę, że nikt nie będzie wątpił, jako ląd i woda wspierają się na jednym środku ciężkości Ziemi, który jest zarazem środkiem jej objętości.”6

 Wśród wzmianek i opisów nowego kontynentu stosunkowo wiele dotyczy Indian, przygód podróżników itp. O Indianach wspominają m.in. Marcin Bielski w swej Kronice, Benedykt Chmielowski w Nowych Atenach oraz Jakub Kazimierz Haur.

 „Już w XVI wieku — pisze Janusz Tazbir — wykształciły się trzy zasadnicze stereotypy patrzenia na Indian: pierwszy widział w nich istoty szczęśliwe i bardziej wartościowe od Europejczyków, mimo że obywające się bez organizacji państwowej, nauki czy znajomości chrześcijaństwa. Drugi stereotyp ukazywał pierwotnych mieszkańców Ameryki jako stworzenia tak odrażające i barbarzyńskie, iż w praktyce niewiele różnią się od zwierząt. W ujęciu tym czerwonoskórzy stanowili więc odmianę znanego jeszcze z legend średniowiecza dzikiego męża, istoty pośredniej między bestią i człowiekiem. Trzeci wreszcie stereotyp, przyznający im szereg zalet umysłu i charakteru, kładł jednak duży nacisk na panujący wśród Indian kanibalizm, składanie krwawych ofiar bogom, okrucieństwo, skłonności do nadużyć seksualnych. Tę ostatnią opinię znajdujemy przede wszystkim w relacjach misjonarzy, którzy mimo to wyrażali przekonanie, iż przyjęcie katolicyzmu przyniesie w rezultacie ucywilizowanie Indian oraz radykalną poprawę ich obyczajów”.7

 Znany poemat opisowo-dydaktyczny Sebastiana Fabiana Klanowicza Flis, to jest spuszczanie statków Wisłą z roku 1595 zawiera pewne odniesienia do Ameryki:

 

Ale człowieczy przemysł tak jest śmiały,

Iż ten stary świat widział mu się mały.

Więc przepłynąwszy nurt oceanowy

 Nalazł świat nowy.

I tak już wkoło okrążyło ziemię

Śmiertelnych ludzi tak poważne plemię;

Już Antypodów podziemna kraina

 Wam nie nowina.

Już Ameryka, już i Magellana

Śmiałym Hiszpanom morzem dojechana,

Szczęśliwe Wyspy, on bohaterski raj,

 Wie o nim nasz kraj.8

 

 Podróżnik Paweł Palczowski z Palczowic opublikował w Krakowie w 1609 roku książkę Kolęda moskiewska. Pisze w niej o podróżach i poszukiwaniach zamorskich, kusi opisem okrętów, które wracają z dalekich wypraw pełne kosztowności, klejnotów, korzeni. Radzi wszakże Polakom, aby raczej skoncentrowali się na kolonizacji Rosji niż Ameryki. „Coś w tym jest — pisał Palczowski — żeśmy najmniej takowych wielkich pożytków dostąpili. Insze narody chcąc rozszerzyć granice swoje, ryzykując wielkim niebezpieczeństwem zdrowia swego aż za morze jeżdżą [...] i w Ameryce, a Nowym Świecie wielkim zamysłom swoim przez wielkie trudności miejsca szukają [...] o rzeczy niewiadome się kusząc”.9 Dzieło swoje Palczowski dedykował „Wysoce Wielebnym Jaśnie Wielmożnym Panom, Ich Mościom Senatorom i Ich Mościom Panom Posłom, od wszego Rycerstwa na Sejm Walny Koronny zgromadzonym, Panom i Braciej moim Miłościwym”. A więc był to swego rodzaju program polityczny.

 W Polsce znane były również opowieści jezuitów o działalności misyjnej w Ameryce. Wzmiankę o Ameryce znajdujemy m.in. w sztuce wystawianej w 1638 roku w teatrze kolegium jezuickiego w Lublinie. Był to dramat o św. Stanisławie, biskupie i męczenniku. Wśród różnych części świata składających hołd jego ojczyźnie pojawia się również Ameryka, która „lubo jeszcze nie odkryta wiedząc przecie, że jej bogactwa przejdą do Polski, każe występować w swoim imieniu tryfonom, nimfom i syrenom”. Pod wpływem tego typu literatury religijnej obraz Ameryki — kontynentu i tak mało znanego — był jeszcze bardziej zniekształcany.

 Udział Polaków we wczesnym osadnictwie w Ameryce Północnej był niewielki w porównaniu z udziałem innych narodowości. Polacy indywidualnie uczestniczyli w najwcześniejszej emigracji na półkulę zachodnią, ale ruch ten nie przybrał takich rozmiarów jak w przypadku innych narodowości. Nie kryła się też za tym polityka kolonizacyjna państwa polskiego.

 Powodów tego było wiele. Polska nie była w owych czasach potęgą morską zaangażowaną w odkrycia i eskapady geograficzne na drugą półkulę. Handlowano raczej z państwami europejskimi. Ziemi było pod dostatkiem, nie istniało przeludnienie, które zmuszałoby do emigracji. Nie bez znaczenia było też uwikłanie w wojny z sąsiadami. Amerykański historyk polskiego pochodzenia, Mieczysław Haiman, zwraca uwagę na czynnik istotny w odniesieniu do innych krajów, a nie dotyczący Polski: kwestię tolerancji i wolności wyznania. Polska w okresie wczesnego osadnictwa amerykańskiego była krajem stosunkowo tolerancyjnym i różnowiercy nie byli zmuszeni do szukania schronienia na drugiej półkuli. Ci natomiast, którzy musieli opuścić Polskę, udawali się do zachodniej Europy, np. do Holandii. Jedynie znikoma część decydowała się następnie na emigrację za ocean.

 Współczesny historyk amerykański pochodzenia polskiego Joseph A. Wytrwal nie wyklucza — podobnie jak wcześniej uczynił to Mieczysław Haiman — że pierwszymi Polakami osiadłymi w Ameryce byli smolarze, którzy wylądowali w 1585 roku na wyspie Roanoke u wybrzeży Karoliny Północnej. Zostali oni wysłani przez sir Waltera Raleigha, który uważał, że Anglia powinna szukać w Ameryce produktów, które dotąd sprowadzała z Polski i z Rosji, a kolonizacja Ameryki znacznie wzmocni jej pozycję wobec Hiszpanii.10

 Jako ciekawostkę wspomnę tu tezy księdza Wacława Kruszki, który — jak sam pisze — z „pomocą Boga i ludzi dobrej woli” opublikował w 1909 roku pierwszą całościową historię emigracji polskiej w Ameryce. W 1937 roku ukazało się drugie, uzupełnione wydanie tej pracy.11

 Ksiądz Kruszka głosi, że do Ameryki na pewno pierwsi przybyli Indianie na 1500 lat przed Chrystusem, a 50 lat po Chrystusie zjawili się tam „na jego rozkaz” apostołowie. Dowód? „Mogli nie posłani Azjaci dotrzeć do ostatecznego krańca Polinezji, dlaczego by posłani, czyli apostołowie, tam dotrzeć nie mogli”. „Chrystus posłał swoich apostołów rozkazując im wyraźnie iść na wszystek świat (Marek 16.15). Czyżby apostołowie nie wypełnili tego rozkazu Chrystusa? Czyżby sprzeniewierzyli się temu posłannictwu? Czyżby, mając wyraźny rozkaz iść na cały świat, w swoich podróżach opuścili aż połowę kuli ziemskiej? Czyżby w Polinezji i przyległej Ameryce nie byli i nie głosili Ewangelii?”12

 Polacy, zdaniem księdza Kruszki, przybyli tu już w roku 985 po Chrystusie. Rycerz Eryk Rudy, „wielki gwałtownik i awanturnik wygnany z Islandii za rozmaite sprawki, był zmuszony uciekać i szukać bezpiecznego miejsca”. W 985 roku wylądował w Ameryce. Wśród jego rycerzy „historia wspomina dwóch Polaków — Tyrkera i Wyzderwolę, jako nieodstępnych towarzyszów jego doli i niedoli”. Skąd się wzięli w Islandii dwaj polscy rycerze? Zdaniem księdza Kruszki należeli oni do drużyny rycerzy polskich, która eskortowała z Polski do Danii córkę Mieszka I wydaną za króla duńskiego. Po weselu Tyrker i Wyzderwola wyprawili się z Erykiem Rudym do Islandii.13 A w ogóle to nazwa Ameryki pochodzi od Świętego Emeryka.14

 Tyle ksiądz Wacław Kruszka. Fantazji, jak widać, mu nie brakowało. W pracy jego jest mnóstwo tego rodzaju dykteryjek. Biorąc jednak pod uwagę, że powstała ona na przełomie XIX i XX stulecia, że była przedsięwzięciem pionierskim, należy docenić wkład autora w badanie dziejów emigracji polskiej w Stanach Zjednoczonych. Bardziej wartościowe oczywiście są partie książki dotyczące czasów autorowi współczesnych.

 Historyczne dowody obecności Polaków na ziemi amerykańskiej pochodzą z pierwszych lat XVII wieku. Przybyli tu w roku 1608, na kilkanaście lat przed osławionymi Pielgrzymami z „Mayflower” (1620).

 Na początku XVII wieku król angielski Jakub I powołał towarzystwa Plymouth Company i Virginia Company of London w celu kolonizacji Ameryki Północnej. Anglia potrzebowała surowców dla rozwijającego się przemysłu i liczyła na ich import z Ameryki, chcąc uniezależnić się od krajów europejskich.

 W 1607 roku towarzystwo Virginia Company założyło osadę Jamestown na terenie dzisiejszego stanu Wirginia. Pierwsi osadnicy przybyli na trzech statkach: „Susan Constant”, „Godspeed” i „Discovery”. Rok później, prawdopodobnie w połowie września 1608 roku, statek „Mary and Margaret”, którym dowodził kapitan Christopher Newport, przywiózł drugi transport osadników. Przewodniczący rady kolonistów, kapitan John Smith, odnotował w swej pracy The General Historie of Virginia, wydanej w Londynie w 1624 roku, że około 1 października 1608 roku przybyło „8 Holendrów i Polaków” (w oryginale „8 Dutch and Poles”, przy tym Dutch w ówczesnym języku angielskim określało również Niemców). Źródło to zawiera cztery wzmianki na temat Polaków w Jamestown.

 Arthur Waldo, a za nim inni historycy polonijni wymieniają często pięć nazwisk.15 Nie ma jednak dowodów na to, że takie właśnie były imiona i nazwiska pierwszych Polaków w Ameryce Północnej i że pochodzili właśnie z wymienionych miast. Oto lista:

 Michał Łowicki z Londynu, szlachcic, który był swego rodzaju rzecznikiem polskiej grupy;

 Zbigniew Stefański z Włocławka, specjalista od produkcji szkła;

 Jan Mata z Krakowa, wyspecjalizowany w produkcji mydła;

 Stanisław Sadowski z Radomia, wykwalifikowany cieśla;

 Jan Bogdan z Kołomyi, smolarz, znający się także na budowie okrętów. Bogdan ponoć znał osobiście kapitana Johna Smitha z czasów, gdy ten przebywał w 1603 roku w Polsce.

 Od pewnego czasu toczy się dyskusja na temat rzekomych zapisków jednego z pierwszych osadników polskich w Jamestown — Zbigniewa Stefańskiego, zatytułowanych Memoralium Commercatoris (Pamiętnik kupca), a wydanych w 1625 roku w Amsterdamie przez Andreasa Bickera. Pamiętnik ten ponoć trafił do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej i w 1947 roku został zaoferowany ówczesnemu kustoszowi muzeum polskiego w Chicago — Mieczysławowi Haimanowi. Haiman nie miał jednak pięciu tysięcy dolarów, jakich żądano za tę książeczkę. Arthur Waldo, od którego pochodzi ta relacja, był wówczas współpracownikiem Haimana i jednym z tych, którzy mieli ów dokument w ręku. Waldo twierdzi, że zrobił wypisy obszernych fragmentów pamiętnika Stefańskiego. Te właśnie fragmenty nadesłał do redakcji „Polityki”. Redakcja zwróciła się z prośbą o ekspertyzę do badaczy XVII wieku: historyka prof. dra Adama Kerstena i językoznawcy doc. dr Jadwigi Puzyniny. Oboje skłaniają się ku tezie, że jest to bardzo zręcznie zrobiony apokryf. Jednakże pozostawiają pewien margines dopuszczający autentyczność dokumentu. W moim przekonaniu pamiętnik ten jest falsyfikatem, ponieważ — mimo drobiazgowości rzekomego pamiętnika Stefańskiego — nie zawiera żadnych szczegółów o pierwszych Polakach w Jamestown, które nie byłyby już znane z innych dokumentów. Zainteresowanych tą sprawą odsyłam do fragmentów pamiętnika oraz do ekspertyz opublikowanych w „Polityce”.16

 Wspomniany już wcześniej kapitan John Smith, zanim trafił na półkulę zachodnią, miał wiele przygód. Po opuszczeniu rodzinnej Anglii brał udział w wojnach na kontynencie europejskim. Dostał się do niewoli tureckiej, a później tatarskiej skąd zbiegł. Uciekając do Anglii przemierzył obszary Polski. W swej książce The True Travels, Adventures and Observations of Captain John Smith, opublikowanej już po powrocie z Ameryki w 1629 roku, tak wspomina swój przejazd przez Polskę (pisze o sobie w trzeciej osobie): „Udał się on (z Moskwy) pod zbrojną strażą do Rzeczycy nad rzeką Dniepr, w granicach Litwy, a stamtąd z równą grzecznością został przewieziony przez Kołocko (?), Dobrzesko (?), Dużybył (?), Drohobus (?) i Ostróg na Wołyniu, Zasław i Olesko na Podolu, Halicz i Kołomyję w Polsce i tak aż do Sybina w Siedmiogrodzie. W całym swym życiu rzadko kiedy doświadczał większej czci, radości i zabawy, i każdy wojewoda, do którego przyszedł, nie tylko użyczył mu gościny, ale i dał mu coś w darze; albowiem sami widzą się narażeni na podobne nieszczęście (niewoli)”.17

 Pierwszymi znanymi nam naocznymi świadkami obecności Polaków w Jamestown byli trzej Anglicy: Richard Wiffin, Anas Todkill i William Phettiplace. Wszyscy trzej żyli w Jamestown w latach 1608-1612. Ich relacje zawarte są w księdze The Proceedings of the English Colonies in Virginia, która opublikowana została w Londynie jako druga część książki Johna Smitha A Map of Virginia (wydanej w 1612 r.). O Polakach znajdują się tu trzy wzmianki.

 Późniejsze zapiski również mówią o obecności Polaków w Jamestown. Są to relacje kolonistów: kapitana Williama Powella, Edwarda Gurganeya, Williama Cantrilla i Sergeanta Boothe’a. Wspomina się w nich m.in. o potyczkach z Indianami w 1616 roku, w których wyróżnił się Polak imieniem Robert. Wzmianki te znalazły się w opublikowanej w Londynie w 1624 roku pracy The General Historie of Virginia. Informacje o Polakach znajdziemy również w czterotomowym zbiorze dokumentów The Records of the Virginia Company of London (Waszyngton 1906-1935), zawierającym notatki, raporty, sprawozdania oraz inne dokumenty należące do Virginia Company of London. Towarzystwo to było — jak wiemy — inicjatorem założenia kolonii w Jamestown.

 W pierwszych trzech tomach tego zbioru są różne wzmianki o Polakach w Jamestown. I tak pod datą 21 lipca 1619 roku wspomina się o strajku Polaków, pod datą 17 maja 1620 roku o przystąpieniu Polaków do pracy po zakończonym strajku. Jest kilka wzmianek o artykułach produkowanych przez Polaków, a także o ich udziale w potyczkach z Indianami. Pod datą 19 lutego 1623 roku znajdujemy informację o Polaku Molasco. Nazwisko to nie ma polskiego brzmienia. A. Waldo uważa, że chodzi o Albertusa Małaszko, M. Haiman zaś — o Molewskiego, którego nazwisko zniekształcono. Otóż według dokumentów ów Molasco wystąpił z roszczeniami przeciw Virginia Company. Zwrócił się do hrabiego Southhampton (Earl of Southhampton), który oświadczył, że jeżeli Molasco mówi prawdę, stała mu się rzeczywiście krzywda i jego roszczenia są uzasadnione. Zaspokojenie tych roszczeń widocznie się przeciągało, ponieważ pod datą 2 lutego 1624 roku znajduje się notatka, z której wynika, że Virginia Company of London starała się uniknąć zobowiązań wobec Polaka Molasco. Dokumenty wskazują, że Molasco nie był jedynym Polakiem, który czuł się pokrzywdzony. Wspomina się tam o „rozmaitych innych”, którzy „znosili cierpienia”.

 Inne wzmianki dotyczą zapotrzebowania na wykwalifikowanych rzemieślników z Polski. „W sumie — jak pisze Ronald Kurzawa — Records of the Virginia Company of London zawiera 13 wzmianek: sześć dotyczy Polaków w Jamestown, dwie — Polaków w Londynie, pięć — odnosi się do Polski. Wynika z nich, że Polacy byli wykwalifikowanymi robotnikami wyrabiającymi smołę, dziegieć i ług w 1619 i 1620 roku, że w 1619 roku wdali się w spór o prawo głosu, zakończony sukcesem, i że jeden z nich, Matthew, zginął w indiańskiej masakrze w 1622 roku”.18

 Należy jednak stwierdzić, że żadna z pierwszych dwu książek kapitana Johna Smitha — ani A True Relations, aniA Map of Virginia — nie wspomina nic o obecności Polaków w Jamestown. Dole J. Melczak, który szukał śladów polskich w pracach Smitha, tak podsumowuje wyniki swoich poszukiwań: „W skrócie świadectwo Smitha jest następujące: siedem wzmianek o polskich mieszkańcach w Jamestown, z których sześć zapożyczonych jest od innych naocznych świadków, a jedna wydaje się pochodzić od Smitha. Co nam daje to świadectwo? Po pierwsze, że Polacy byli w Jamestown w 1608, 1609 i w 1616 r. Po drugie, że jeden z Polaków miał na imię Robert. Po trzecie, że Polacy byli robotnikami (labourers), którzy wyrabiali smołę, dziegieć, ług mydlany, budowali młyny (pitch and tarre, milles and soap-ashes). Po czwarte, że Polacy przyszli Smithowi z pomocą w czasie starcia z Indianami w 1609 roku. Po piąte, że jeden z Polaków, Robert, złapał Indianina w 1616 roku”.19

 O Polakach w Jamestown mówi sporo źródeł wtórnych. Szczególnie duże zasługi w badaniu śladów polskich w Ameryce ma Mieczysław Haiman. Najwięcej szczegółów o Polakach w Jamestown zawierają następujące prace Haimana: Pioneers of American Industry, Pioneers of Liberty and Solders (1937), Polacy wśród pionierów Ameryki (1930) i Poles in Virginia (1939). Haiman opierał się głównie na relacjach kapitana Smitha.20 Warto też wspomnieć o artykułach na ten temat publikowanych w czasopismie „Polish-American Studies“. Szczególnie interesujące są opublikowane tam wyniki sympozjum zorganizowanego 19 marca 1958 roku z okazji 350 rocznicy przybycia pierwszych Polaków do Jamestown.21

 Polacy prawdopodobnie zorganizowali pierwszy wytop szkła w Ameryce Północnej. Osadnicy w Jamestown potrzebowali szkła nie tylko dla celów gospodarczych, ale również handlowych. Szklane koraliki i inne ozdoby miały duże wzięcie u okolicznych Indian i były przedmiotem handlu wymiennego.

 Statek „Mary and Margaret“ przebywał u wybrzeży Wirginii niespełna trzy miesiące. W tym czasie osadnicy wytwarzali potrzebne produkty, które miały być przewiezione do Anglii. Osada Jamestown miała bowiem przynosić towarzystwu brytyjskiemu dochód.

 Pierwsi Polacy w Jamestown to rzemieślnicy, specjaliści od wyrobu smoły, dziegciu i innych produktów, których sposób wytwarzania był wówczas dobrze znany w Polsce. Polakom przypisuje się również zbudowanie pierwszych studni (świeża woda zastąpiła używaną dotąd wodę z rzeki), mieli też niemały udział w budowie domów i pomieszczeń gospodarskich.22 Polacy spełniali w Jamestown w gruncie rzeczy role służebne. Byli traktowani jako wykwalifikowana służba. Ale bez pracy polskich osadników kolonii trudno byłoby przetrwać.

 Życie w Jamestown nie było ani łatwe, ani bezpieczne. Wkrótce zaczęły się konflikty z okolicznymi Indianami.

 Kapitan John Smith, który w latach 1607-1609 stał na czele osady, chwalił Polaków i Holendrów za pracowitość. Polacy wyróżniali się także w walce z Indianami. Podanie głosi, że uratowali życie Smithowi, który wpadł w pułapkę zastawioną przez Indian. Czyn ten przypisuje się Zbigniewowi Stefańskiemu i Janowi Bogdanowi. John Smith był niezwykle przedsiębiorczym i energicznym organizatorem życia w Jamestown. Między innymi dzięki jego inicjatywom i przywództwu osadnicy zdołali przetrwać trudny okres początkowy. Smith był przychylnie nastawiony do Polaków, doceniał znaczenie polskich rzemieślników dla życia osady. Nic więc dziwnego, że zabiegał o sprowadzenie do Wirginii większej ich liczby. Pisał do Londynu, że 30 takich cieśli, kowali i murarzy wartych jest więcej aniżeli 1000 tutejszych gentlemanów. Rosła więc liczba Polaków. Arthur L. Waldo wymienia m.in. nazwiska: Karol Źrenica, Ignacy Machowski, Tomasz Miętus ze Lwowa, Gwidon Stójka, Jan Kulawy, którego nazwisko pisano czasem jako John Cullaway, Mateusz Gramza, Herman Kromka, Eustachy Miciński, Michał Korczewski, Włodzimierz Terlecki, Jan Pargo, Mikołaj Syryński lub Syreński.23

 We wrześniu 1609 roku doszło do przewrotu w Jamestown. Przeciw Smithowi zbuntowali się trzej kapitanowie: John Ratcliff, John Martin i Gabriel Archer. Dokonano nawet nieudanego zamachu na jego życie. Smith postanowił wrócić do Anglii, a wraz z nim prawdopodobnie kilku Polaków, którzy będąc w dobrych stosunkach ze Smithem obawiali się, że nie będą mieli łatwego życia z jego następcami.

 Bez Smitha i polskich rzemieślników osada zaczęła podupadać. Nasilały się również konflikty z Indianami. Zima 1609/1610 roku była szczególnie ciężka. Głód i choroby, a nawet zimno, choć Wirginia leży w obszarze łagodnego klimatu, starcia z Indianami zdziesiątkowały osadników. W historii Wirginii okres ten znany jest pod nazwą „czasu głodu” (starving time). Zdarzały się nawet wypadki ludożerstwa. Zimę tę przetrwało zaledwie 60 z około 400 osadników. Ich życie uległo dezorganizacji. Polacy, bardziej od Anglików przyzwyczajeni do trudnych warunków, łatwiej znieśli ten ciężki okres. Osadnicy, którym udało się przetrwać „czas głodu”, tym silniej nalegali na sprowadzenie Polaków, aby odbudować życie gospodarcze osady. W maju 1610 roku wraz z lordem Delaware opuściła Anglię grupa Polaków i w czerwcu pojawiła się u wybrzeży Wirginii. Wśród nich byli i ci, którzy opuścili Jamestown z kapitanem Smithem. Po 1610 roku przez kilka lat nie ma żadnych wzmianek o Polakach.

 Wśród nowych przybyszów był lekarz nazwiskiem Lawrence Bohun. Istnieje przypuszczenie, że był on pochodzenia polskiego. W Wirginii przebywał 10 lat. Zginął później na morzu w potyczce z Hiszpanami.

 W grupie nowo przybyłych Polaków znajdował się też porucznik Puttocke, być może pochodzący z arystokratycznej rodziny Potockich. Zginął w walce z Indianami.

 Największym bowiem zagrożeniem były wówczas konflikty z Indianami. W dokumentach osady wymieniani są Polacy, którzy wyróżnili się w walce z Indianami. Podaje się ich imiona, a nie nazwiska, np. Robert a Polonian, Matthew a Polander czy też Molasco the Polander. Arthur Waldo kojarzy te imiona z Robertem Nawrotem, Mateuszem Gramzą i Albertusem Małaszko.24

 Polacy zorganizowali pierwszy strajk i pierwszą demonstrację na rzecz praw obywatelskich w Ameryce.

 W 1618 roku Wirginia otrzymała ograniczoną autonomię nadaną w tzw. Wielkiej Karcie (Great Charter). Wielka Karta przewidywała przeprowadzenie w 1619 roku wyborów do zgromadzenia ustawodawczego, zwanego House of Burgesses. Gubernatorem Wirginii był wówczas George Yeardley. 30 lipca tegoż roku powołano zgromadzenie ustawodawcze w Jamestown. Osadę zamieszkiwało wówczas około 2000 osób. Polacy jednak nie mieli prawa głosu ani reprezentacji w zgromadzeniu. Postanowili więc zaprotestować i — jak pisał kapitan John Smith — „wstrzymali pracę do czasu usunięcia niesprawiedliwości“.25

 SyutacjaSytuacja musiała być poważna, skoro gubernator powiadomił swoich zwierzchników w Londynie o strajku. Sam zresztą nie miał pełnomocnictw, by zaspokoić żądania strajkujących. Skargę Polaków rozpatrywano na posiedzeniu Virginia Company of London 21 lipca 1619 roku. Polacy uzyskali prawo głosu, a także prawo posiadania własności. Niespełna dwa tygodnie później, 4 sierpnia, gubernator George Yeardley rozwiązał zgromadzenie, a więc Polacy nie mogli skorzystać z prawa głosu. Zanim jednak do tego doszło, jeden z Polaków imieniem Robert przemawiał na posiedzeniu zgromadzenia. Zgromadzenie w Wirginii było pierwszym organem przedstawicielskim na kontynencie amerykańskim. Polakom przyznano prawo głosu, ale równocześnie, chcąc pozbawić ich monopolu na produkcję dziegciu, smoły, mydła i innych wyrobów, przydzielono im czeladników, aby ci wyuczyli się zawodu. Księga zapisów z posiedzeń towarzystwa Virginia Company of London podaje pod datą 21 lipca 1619 roku: „W sprawie sporu Polaków zamieszkałych w Wirginii postanowiono teraz (pomimo wszelkich poprzednich rozporządzeń przeciwnych), że mają być obdarzeni prawem głosu i uczynieni tak wolnymi jak każdy inny mieszkaniec tamtejszy; ażeby ich zręczność w wyrabianiu smoły, dziegciu i ługu nie zaginęła wraz z nimi, postanowiono, że niektórzy młodzieńcy mają im być przydani do wyuczenia się ich zręczności i wiedzy w tym fachu dla dobra przyszłości kraju”.26

 Żądania Polaków zostały zaspokojone. 17 maja 1620 roku księga zapisków towarzystwa odnotowała: „Polacy (Polackers) wrócili do pracy i wyrobu smoły i dziegciu, potasu i ługu mydlanego”.

 M.I.J. Griffin w swej pracy Records of American Catholic Historical Society pisze, iż strajk „dowodzi, że poczucie wolności było silne u tych Polaków i że podnieśli bunt przeciw swemu upośledzeniu społecznemu lub rzeczywistej niewoli, w jakiej znaleźli się niewątpliwie wbrew obietnicom składanym im celem nakłonienia ich do wyjazdu do nowej kolonii”. W innej pracy Catholics in Colonial Virginia Griffin stwierdza, że bodźcem do strajku Polaków był „instynkt wolności” i protest przeciw „niemal niewolniczym warunkom społecznym, w jakich się znaleźli”. Mieczysław Haiman tak ocenia znaczenie tego strajku: „Dawny ten strajk Polaków w Wirginii to fakt doniosły i zarazem piękny w dziejach wychodźstwa polskiego w Ameryce. Polacy więc nie tylko bronią fizyczną walczyli o niepodległość i swobody Unii amerykańskiej. Na wiele, wiele lat przed rewolucją, w czasach kiedy w koloniach władała jeszcze nietolerancja i tyrania, kiedy z mglistych prądów ludzkich zaledwie wyłaniał się duch wolności na drugiej półkuli, przodkowie nasi pierwsi stoczyli walkę o wolność i równość i pierwsze odnieśli w niej zwycięstwo”.27

 Również ksiądz Wacław Kruszka przypisuje strajkowi doniosłe znaczenie: „Tak więc Polacy nie tylko urządzili, ale i wygrali pierwszy strajk w Ameryce i odnieśli pierwsze zwycięstwo w walce o równouprawnienie. Polacy nie tylko uczyli Anglików w Wirginii, jak mają robić dziegieć i smołę, ale dali im także dobrą nauczkę amerykanizmu. Była to pierwsza lekcja amerykanizmu, jaką Anglicy w Ameryce otrzymali. Oby tylko ta nauczka później nigdy nie była poszła w las”.28 Historyk Edward Channing pisząc o zwycięskim strajku Polaków stwierdza, że „byli to pierwsi bohaterowie w historii Ameryki”.

 Władze Wirginii