24,99 zł
Ta książka to vademecum duchowości współczesnego człowieka. Jak odkryć, czym jest prawdziwa miłość? Jak poradzić sobie z ranami zadanymi przez ludzi i wewnętrzną nieufnością? Jak przekroczyć siebie i uwolnić się od lęku? Jak poradzić sobie z nieustannym wewnętrznym napięciem?
Na te i inne pytania odpowiada o. Tadeusz Kotlewski i - prowadząc człowieka w wędrówce w głąb siebie - pisze: Spotkanie z sobą samym rodzi w nas pragnienie głębszego poznania siebie, odkrycia własnej niepowtarzalnej wartości, ale także uświadamia niektórym wewnętrzny i egzystencjalny niepokój oraz bezradność, które dają o sobie znać. Aby wreszcie zanurzyć się w Bożej miłości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 134
Rok wydania: 2026
Tadeusz Kotlewski SJ
Pokochać siebie w głębi serca
Wydanie II poprawione
Wydawnictwo Diecezji Siedleckiej Unitas
ul. Szkolna 22, 08-110 Siedlce
tel. 500 106 002
www.wydawnictwo-unitas.pl
© Copyright by Tadeusz Kotlewski, 2024
© Copyright by Wydawnictwo Diecezji Siedleckiej Unitas, 2024
Imprimi Potest
o. Zbigniew Leczkowski SJ
Przełożony Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej
Towarzystwa Jezusowego
Warszawa, dnia 4 marca 2024
Redakcja i korekta
Agnieszka Czapczyk
Skład
Przemysław Kida
Projekt okładki
Ewelina Małaczewska
Wydanie II poprawione
ISBN 978-83-66175-99-0
Daj mi jedynie miłość Twą i łaskę,
albowiem to mi wystarczy.
św. Ignacy Loyola
Tylko ufność i nic innego jak ufność
powinna nas prowadzić do Miłości.
św. Teresa z Lisieux
PRZEDMOWA DO DRUGIEGO WYDANIA
WPROWADZENIE*
Część pierwsza DROGA DO SERCA
ROZDZIAŁ PIERWSZY Uwierzyć miłości
Rana nieufności
Niewiara w miłość
Przezwyciężenie lęku
ROZDZIAŁ DRUGI Zejść w głąb siebie
Ucieczka od siebie
Droga do swego wnętrza
Prawdziwe oblicze miłości
Cover
„Bo przecież nie obfitość wiedzy, ale wewnętrzne odczuwanie i smakowanie rzeczy zadawala i nasyca duszę” — z tymi słowami, zaczerpniętymi z Ćwiczeń duchowych św. Ignacego Loyoli, oddaję w ręce Czytelników książkę ojca Tadeusza Kotlewskiego SJ o wymownym tytule: Pokochać siebie w głębi serca. Ma ona przeprowadzić po meandrach codzienności,wiodąc do rzeczywistości bardzo subtelnej, delikatnej i osobistej, a zarazem — tożsamej każdemu człowiekowi. W swojej publikacji ojciec Kotlewski porusza tematy najważniejsze i dotykające każdego z nas. O lęku, nieufności i miłości pisze nie tylko z perspektywy człowieka o ogromnej wiedzy psychologicznej,doświadczonego terapeuty i kierownika duchowego, ale przede wszystkim — z perspektywy Miłości Miłosiernej, która objawia się człowiekowi i przez człowieka w Jezusie Chrystusie.
Ojca Tadeusza Kotlewskiego, wykładowcę Szkoły Formatorów i kierownika Podyplomowych Studiów Duchowości, poznałem ponad cztery lata temu. Dzięki swojemu szerokiemu i wnikliwemu spojrzeniu na duchowość człowieka motywuje on i zachęca do szukania prawdy o sobie, o drugim człowieku i o Bogu. Mam nadzieję, że każdy odnajdzie na kartach tej książki inspirację dla siebie.
Z uwagi na jakże aktualne przesłanie tej książki wyrażam wdzięczność Autorowi za chęć współpracy i zgodę, aby jej drugie wydanie ukazało się właśnie w Wydawnictwie UNITAS.
ks. Przemysław Świderski
dyrektor Wydawnictwa
Diecezji Siedleckiej UNITAS
Dzisiejszy świat bardzo łatwo pyta o miłość. Jest to niejednokrotnie pytanie zadane bez przemyślenia, bez wejścia w sedno, bez zrozumienia, czym jest sama miłość. Czy to, co lansują mass media — miłość lekka, łatwa i przyjemna — rzeczywiście jest MIŁOŚCIĄ? Wydaje się, że tu nie tyle chodzi o miłość, ile o jakieś bliżej nieokreślone płytkie uczucie przyjemności, zadowolenia i pozornego szczęścia, za którym się biega, ale nigdy się go nie osiąga.
Wydaje się, że słowo „miłość” w języku współczesnego świata straciło „ową przeogromną moc”, którą MIŁOŚĆ posiada, ponieważ dziś uczucie to nie czyni wolnym, ale zniewala, krępuje, nie pozostawia wyboru. W tym sensie może raczej chodzi o poddanie się światu, o kaprys bycia „kochanym” (czytaj: podziwianym) przez wszystko i wszystkich. Odnosi się wrażenie, iż bardzo wielu pyta o miłość, ale tak naprawdę pragnie uzależniać, krępować, przywiązywać do siebie. Miłość, o którą pyta świat, jest niejednokrotnie interesowna, zaborcza i warunkowa, a prawdziwa miłość to droga ku wolności i bezintereso-wności.
Każdy nosi w sobie pragnienie miłości, które jest głęboko wpisane w ludzkie serce. Człowiek, aby kochać, potrzebuje prawdziwie pokochać siebie. I tak zbliżając się do siebie, do swego wnętrza, zbliża się też do drugiego człowieka i do Boga. Jedno pragnienie bliskości rodzi następne. Nie jest to droga łatwa, ponieważ wymaga cierpliwości, czasu i wierności. Nie należy oczekiwać szybkich i spektakularnych wyników. Miłości obca jest logika ludzkiej ekonomii — nastawienie na uzyskanie szybkiego rezultatu. Ona kieruje się inną logiką — logiką serca. Jest to droga do Źródła Miłości i Miłosierdzia, którym jest Bóg.
Pokochać siebie to odkryć, że miłość jest jedna, ale wyraża się w potrójny sposób: w szacunku i uznaniu dla siebie, w trosce i odpowiedzialności za innych oraz w czci i bojaźni Bożej. Ta potrójna dynamika obrazuje rozwój w miłości. Człowiek na miłość odpowiada miłością. Pokochać siebie to z odwagą i pokorą zejść w głąb swego serca i odnaleźć Boga, który tam przebywa. Pokochać siebie to kroczyć drogą, na której wiara, nadzieja i miłość zawsze idą razem jak trzy siostry, które trzymają się za ręce. Słowo Boże karmi ludzką wiarę, nadzieję i miłość, to ono jest źródłem prawdziwego życia i autentycznej miłości. Psalm 139**przewija się we wszystkich moich rozważaniach i jest jak refren, który powtarza podstawową prawdę — że Bóg zna i przenika wszystko, że miłuje i okazuje miłosierdzie zawsze i wszędzie.
2 lutego 2024 roku
Święto Ofiarowania Pańskiego
Jeśli człowiek koncentruje się tylko na sobie,
to zabraknie mu perspektywy nadziei.
Człowiek nosi głęboko w swoim sercu pragnienie bycia kochanym i doświadczenia miłości bezwarunkowej i pełnej. Wyraża się w tym tęsknota za doskonałą miłością. Doświadcza jednak miłości warunkowej, zaborczej i nieraz interesownej, która pozostawia w nim egzystencjalne zranienie. Z jednej strony rozwija się w człowieku wielkie pragnienie miłości, a z drugiej daje o sobie znać lęk przed miłością, lęk przed zranieniem. Jest to szczególna forma doświadczenia własnej kruchości.
Człowiek nieustannie szuka miłości i intymności, ponieważ jego serce jest niespokojne, póki nie spocznie w Bogu (św. Augustyn). Miłość odnajdujemy tam, gdzie pojawia się prawdziwa intymność, która stanowi wyraz głębokich więzi, serdecznych relacji, wierności, która — będąc wytrwała i odpowiedzialna — troszczy się. Z takiej głębokiej więzi rodzi się ufność, ponieważ „jest ona owocem relacji, w której człowiek wie, że jest kochany” (William Paul Young). Prawdziwa miłość wyraża się w komunikacji, w dialogu i w udzielaniu sobie wzajemnie tego, co się ma, tego, kim i czym się jest.
Człowiek jest głodny prawdziwej miłości, ale nierzadko wikła się w „miłostki” i iluzje intymności. Przybiera to różnorodne formy w jego zachowaniu, przeżywaniu i wyrażaniu się. Co więcej, współczesna cywilizacja rodzi w człowieku jeszcze inne głody. Jednym z nich jest neurotyczny głód uczucia i miłości. Neurotyczne potrzeby, którymi on zwykle się kieruje, rodzą nienasycenie i wewnętrzną pustkę. Chory głód miłości nie może zostać zaspokojony, ponieważ człowiekowi współczesnemu brak dobrych, głębokich i intymnych relacji.
Osoba, która w swoim postępowaniu kieruje się nienasyconym głodem ludzkiej miłości, akceptacji, zauważenia i często podziwu, wykorzystuje innych do własnych celów, lekceważąc ich potrzeby i nie tolerując ich odmienności. Ponadto panicznie boi się porzucenia, dlatego niejednokrotnie jest bardzo zazdrosna i zaborcza. Można by powiedzieć, iż ta zachłanność i zaborczość, to poszukiwanie miłości, to ciągłe domaganie się uczucia są tak naprawdę egoistycznym wołaniem, monologiem, w którym nie ma komunikacji i w którym to wołanie staje się głuchym echem, odbijającym się w dalekiej przestrzeni.
Gdzie leży źródło takich ludzkich postaw? Dlaczego człowiek tak często jest nieufny, szukając miłości, a niejednokrotnie o nią żebrząc? Odpowiedź można znaleźć w sercu człowieka, w którym zakorzenił się „pierwotny lęk”. Czym jest ten pierwotny lęk? Jest to niewiara w autentyczną i prawdziwą miłość. Jest to rana nieufności i niewiary, która ma korzenie w „pierwszym nieposłuszeństwie”. W tym kontekście warto przypomnieć słowa z Katechizmu Kościoła katolickiego: „Człowiek — kuszony przez diabła — pozwolił, by zamarło w jego sercu zaufanie do Stwórcy, i nadużywając swojej wolności, okazał nieposłuszeństwo przykazaniu Bożemu. Na tym polegał pierwszy grzech człowieka. W następstwie tego faktu każdy grzech będzie nieposłuszeństwem wobec Boga i brakiem zaufania do Jego dobroci” (KKK 397). Źródłem nieufności jest zranione serce, które niespokojnie tęskni za miłością i niejednokrotnie się jej obawia. To rana nieufności.
W głębi duszy taki człowiek już nie wierzy, że ktoś może go pokochać, i dlatego wszelkie autentyczne przejawy ludzkiej miłości odbiera zwykle jako zagrożenie i zniewolenie. Wewnętrzny i niezaspokojony głód miłości staje się dla niego drogą alienacji i autodestrukcji. Przybiera ona różne formy, przede wszystkim jednak wyraża się w zamykaniu się w sobie, oddzielaniu się od innych, krzywdzeniu siebie i innych oraz wykorzystywaniu ich do własnych egoistycznych celów.
Nieufność, która sączy się ze zranionego serca, wpływa na jakość i głębię wszelkich relacji, z samym sobą oraz z innymi i z Bogiem. Relacje nie są już głębokimi więziami wzajemnego szacunku, zrozumienia,akceptacji i miłości, stają się niejednokrotnie więzieniem, w którym najgłębsze pragnienie miłości zostaje skrępowane i zduszone. Więzienie podsyca nieufność, które rodzi wewnętrzną dysharmonię. Intymność wtedy nie jest już intymnością, ale poszukiwaniem siebie, używaniem drugiego do własnych celów, wykorzystywaniem go do własnych przyjemnych doznań. I tak rodzą się nowe zranienia, które uświadamiają poczucie krzywdy.
W każdej relacji człowiek doświadcza zranień. Są takie, które wynosi się z domu rodzinnego. Są rany zadawane w przyjaźni. Są i takie, które stanowią owoc miłości dwojga ludzi niespełnionych w swoich oczekiwaniach i tęsknotach. Wszystkie zranienia w ludzkich relacjach są skutkiem wzajemnego niezrozumienia miłości i traktowania jej jako swoistego „handlu wymiennego”. Są także zranienia duchowe, będące skutkiem błędnego poszukiwania Boga: szuka się wtedy siebie, a nie Boga na Jego drogach. Wtedy właśnie człowiek zaczyna niespokojnie szukać miłości, która ma znamiona neurotyczne, czyli z więzi międzyludzkich czyni więzienie.
Neurotyczne poszukiwanie miłości niczego nie wnosi, ale pogłębia wszelkiego rodzaju problemy. Osoba dotknięta psychicznie, duchowo czy moralnie zwykle stara się ukryć własne zranienie, zakładając maskę. Maski zniekształcają obraz siebie. Z jednej strony chronią przed doświadczeniem kolejnego zranienia, z drugiej sprawiają, że taka osoba postrzega świat jako zagrożenie dla swojego szczęścia i bezpieczeństwa. Przyjmuje wtedy postawę defensywną lub ofensywną, których celem jest samoobrona. Co więcej, dostosowuje się do bolesnej rzeczywistości, nakładając maski, by móc przetrwać. Czyni wszystko po to, by doświadczyć choćby odrobiny miłości, a także po to, by stępić ostrze bólu czy też wypełnić wewnętrzną nieznośną pustkę. Taka osoba wykorzystuje naturalne mechanizmy w celu samoobrony. Niektóre z nich „służą temu, by uniknąć dalszego cierpienia, podczas gdy inne są nastawione na przyciąganie i zdobywanie miłości” (John Powell SJ).
Zranienie rodzi ból. Dziś zaś powszechne jest myślenie, że ból trzeba odrzucić, wyprzeć, zanegować, udać, że go nie ma. Używa się wielu środków uśmierzających, ale one nie leczą. Ucieczka w tak zwaną wolność, w alkohol, seks, przesadne życie towarzyskie, narkotyki, życie pseudoduchowe, sekty to nic innego jak zanegowanie bólu i wewnętrznego niepokoju. Ból przyjęty, a nie odrzucony może pełnić konstruktywną funkcję. Przypomina on, że rany trzeba leczyć, a nie uciekać od nich. Odrzucony i zepchnięty ból rodzi nowe głody i potrzeby.
Lekarstwem na ten egzystencjalny ból jest miłość. Ale czym ona jest? Prawdziwa miłość wyraża się w komunikacji, w dialogu, we wzajemnej otwartości. Święty Ignacy Loyola w Ćwiczeniach duchowych podkreśla, że miłość polega na wzajemnym udzielaniu i bardziej wyraża się ją w czynach niż w słowach (por. ĆD 230). Miłość jest głębokim poruszeniem serca, które rodzi autentyczne więzi międzyludzkie.
Miłość jest rzeczywiście spontanicznym poruszeniem serca, ale nie każde poruszenie serca pomaga wzrastać prawdziwej miłości. Wszelkie przywiązania, szczególnie nieuporządkowane, krępują miłość, ponieważ zniewalają czy wręcz zabijają wolność, a miłość wymaga wolności. Istnieje powszechne przekonanie, że miłość polega na wewnętrznym odczuwaniu. To, czy odczuwamy, czy też nie, staje się istotnym kryterium oceny rzeczywistości. Uczucia wtedy urastają do wielkiej rangi i są odniesieniem dla wielu spraw. Trzeba powiedzieć, że iluzją jest utożsamianie uczucia z miłością.
Miłość nie jest jedynie uczuciem, jest decyzją, jest aktem ludzkiej woli, który rekompensuje ogromną niepewność uczuć. Miłość to przekraczanie siebie, wychodzenie ze swego narcystycznego świata, otwieranie się na nowość i inność. Tylko otwarcie się na autentyczną miłość może pomóc człowiekowi stawić czoła swoim lękom. Jedynie w miłości można przezwyciężać własną nieufność.
Przezwyciężenie nieufności jest długim procesem przekraczania siebie, które zakłada poznanie siebie, potem akceptację siebie, by w końcu otworzyć się na wewnętrzną przemianę. Taka przemiana człowieka to droga prowadząca do przełamywania i uwalniania się od irracjonalnego lęku o siebie poprzez poznawanie całej prawdy, do przekraczania neurotycznego poczucia winy poprzez pragnienie dobra i zaangażowanie się na jego rzecz oraz do przezwyciężenia poczucia małej wartości przez odkrywanie swojej wartości i godności i uwalnianie się od wszelkich przywiązań i uczuć nieuporządkowanych.
Poznanie siebie rozpoczyna się od odkrycia miłującego spojrzenia Boga, który w Jezusie spogląda na cały świat, na wewnętrzny świat każdego człowieka. Jezus patrzy z miłością na każdego z nas z osobna. Dostrzega lęki i niepokoje. Widzi pragnienia i oczekiwania. Nie odwraca wzroku od zranień, ale je leczy miłością. On także obserwuje ludzką historię, cały świat relacji, wszystko, co zwie się codziennością. Jezus „wie, co w człowieku się kryje, zna jego słabość, ale zna też nade wszystko jego godność” — mówi Jan Paweł II. „Człowiekowi koniecznie potrzebne jest to miłujące spojrzenie. Jest mu potrzebna świadomość, że jest miłowany, że jest miłowany odwiecznie i wybrany odwiecznie — a równocześnie ta odwieczna miłość Bożego wybrania towarzyszy mu w ciągu całego życia jako miłujące spojrzenie Chrystusa”.
Przełamanie irracjonalnego lęku dokonuje się w miłości i przez miłość, kiedy powierzymy się Bogu i odnajdziemy się w Jego rękach. „Tam, gdzie jest miłość, nie ma lęku, lecz doskonała miłość odrzuca lęk, ponieważ lęk wiąże się z karą. Kto natomiast się lęka, nie osiągnie doskonałej miłości” (1 J 4,18). Odkrycie miłości i jej dotykalnego wymiaru prowadzi stopniowo do uwolnienia się od iluzji budujących tylko na tym, co widzialne i możliwe do udowodnienia. Przyjęcie, że istnieje inna rzeczywistość, która nie podpada pod zmysły, i próba życia nią, pomaga przezwyciężyć lęk o siebie.
Fundamentem ludzkich więzi jest intymność.
A czym jest intymność?
To zdolność wejścia w głęboką,
przyjacielską i prawdziwą relację.
Spotkanie z sobą samym rodzi w nas pragnienie głębszego poznania siebie, odkrycia własnej niepowtarzalnej wartości, ale także uświadamia niektórym wewnętrzny i egzystencjalny niepokój oraz bezradność, które dają o sobie znać. Jak pierwsze ujawnia, że są w nas głębokie pokłady samoakceptacji i budowania na wewnętrznym pokoju, tak drugie doświadczenie uświadamia nam brak harmonii, trudności w przyjęciu siebie, jakiś wewnętrzny konflikt, trudne sprawy i doświadczenia, które w nas tkwią. Można powiedzieć, że każdy z nas odnajduje w sobie coś z jednego i coś z drugiego, bo chyba tak rzeczywiście jest, człowiek żyje z sobą w harmonii i równocześnie w wewnętrznym konflikcie, w braku akceptacji czy to siebie, czy tego, co dookoła. Niejednokrotnie ktoś pragnie dobra, ale go nie czyni lub go unika, a jednocześnie ulega złu i słabościom, których nie pożąda. O takim doświadczeniu mówi już św. Paweł Apostoł w Liście do Rzymian: „Wiem przecież, że we mnie — to jest w moim ciele — nie mieszka dobro, ponieważ w mojej mocy jest pragnienie dobra, ale nie jego wykonanie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię zło, którego nie chcę” (Rz 7,18–19). Stajemy się więc uczestnikami tego doświadczenia nie tylko na płaszczyźnie duchowej, ale także na tej psychicznej i czysto ludzkiej, dlatego nie pozostaje nic innego jak zejść w głąb siebie, aby z pokorą i odwagą odkrywać niepoznane jeszcze przestrzenie, które zna i przenika miłujący Bóg.
Współczesna psychologia wiele przemyśleń poświęciła temu problemowi, co więcej — wszystkie, czy prawie wszystkie, kierunki psychologiczne wskazują na ten wewnętrzny dramat człowieka. Jakie jest wyjście? Istnieje wiele różnych propozycji, ale problem ciągle pozostaje. Wszyscy zdają się mówić o potrzebie akceptacji i potrzebie „bycia sobą”. Tak, potrzeba samoakceptacji wydaje się zasadnicza w świecie, w którym żyjemy. Może bywa i tak, że spotykamy się z brakiem akceptacji w swoim środowisku rodzinnym, zawodowym czy towarzyskim. Może odnosimy wrażenie, że inni chcą z nas zrobić inną osobę, że nie pasujemy do ich sposobu myślenia i życia. Wszystko to może prowadzić do przeżycia wewnętrznego dramatu czy rozdarcia.
Ucieczka w podobnych sytuacjach wydaje się jedynym wyjściem, ale z biegiem czasu ona okazuje się nieskuteczna, ponieważ problem nie jest na zewnątrz, ale wewnątrz. Psalmista wyraża to w słowach zdumienia, że nie można uciec ani od siebie, ani od Boga, nie pozostaje zatem nic innego, jak przyjąć ten egzystencjalny niepokój. Trzeba uczyć się być z sobą samym. „Dokąd odejdę od ducha Twojego — woła psalmista — i gdzie ucieknę przed Twoim obliczem? Jeśli wzniosę się do nieba, tam jesteś; gdy zejdę do krainy umarłych, i tu jesteś obecny! Choćbym wziął skrzydła jutrzenki i zamieszkał za najdalszym morzem, nawet tam poprowadzi mnie Twoja ręka i Twoja prawa ręka mnie podtrzymuje! Gdybym powiedział: Niech ciemność mnie ogarnie, niech światło wokół mnie stanie się nocą, to nawet ciemność nie będzie mrokiem dla Ciebie noc jak dzień zajaśnieje, a ciemność będzie jak światło!” (Ps 139,7–12).
Nieakceptowanie własnej sytuacji prowadzi do ustawicznego życia w napięciu i niepokoju, nie zawsze uświadomionego. Osobie, która nie akceptuje siebie, nie jest łatwo uwierzyć w bezinteresowną miłość czy przyjaźń. Taki człowiek „sądzi, iż serdeczność drugich można wyłącznie kupić lub musi się na nią zapracować ciężkim osobistym wysiłkiem. Z takim przeświadczeniem trudno mu również uwierzyć w bezinteresowną miłość Boga do jego osoby, tak przecież nędznej i kruchej. Jego więzi z Bogiem ograniczają się do wykonywania praktyk religijnych i przestrzegania kodeksu jego praw, aby zasłużyć na Jego miłość i na nagrodę życia wiecznego: trudno przychodzi mu wierzyć” (Alfonso Vergara SJ). Brak akceptacji siebie wpływa niekorzystnie na nasze relacje z innymi i z Bogiem czy wręcz je zatruwa. Dlatego też mówi się coraz częściej o niezdrowych, neurotycznych, toksycznych relacjach. W popularnych poradnikach psychologicznych mówi się między innymi o toksycznej miłości, o toksycznych rodzicach, o toksycznych terapeutach, wychowawcach, liderach, duchownych.
Drogą, która krok po kroku prowadzi do miłości i akceptacji, do powolnego wychodzenia z wszelkich toksycznych związków i relacji, do uzdrawiania więzi, jest poznawanie samego siebie. To droga wchodzenia w głąb swego serca i uświadamiania sobie tego, co jest wewnątrz mnie i poza mną, tego, co mnie tworzy od środka i od zewnątrz. W tym kontekście możemy powiedzieć za Erichem Frommem, że „poznanie byłoby pozbawione treści, gdyby jego motywem nie było zainteresowanie. Istnieje wiele warstw poznania; poznanie, które jest aspektem miłości, nie ogranicza się do peryferii, lecz przenika do samego sedna”.
Poznajmy najpierw nasz wewnętrzny świat. Inaczej mówiąc — to, czym i kim jesteśmy. Jaki obraz siebie samych mamy wyryty w naszym wnętrzu? W pierwszej kolejności z perspektywy psychologii spojrzymy na to, jak każdy z nas kształtuje obraz samego siebie na przestrzeni historii życia i jak powoli nauczył się zakładać różne maski, aby móc przetrwać.
Wchodząc w świat ludzkiego wnętrza, trzeba wziąć pod uwagę jego bogactwo i niemożność pełnego poznania. Nikt nie ma daru całkowitego poznania ani siebie, ani drugiego człowieka. Poznajemy zawsze niejako przez mgłę. W wewnętrznym świecie dotykamy tego, co najgłębsze i najczęściej niepoznane, tego, co świadome i podświadome. Będziemy tu mówić o osobie jako o jedności, dlatego należałoby wspomnieć o trzech płaszczyznach świadomości, na których rozgrywa się wewnętrzny świat. Chodzi tutaj o różne sposoby, dzięki którym człowiek jest w kontakcie z samym sobą: od maksymalnej samoświadomości aż do braku czujności czy świadomości, którą opisuje się jako podświadomość. Ludzka podświadomość obejmuje wszystkie te doświadczenia, stany, przeżycia, które nie są aktualnie uświadamiane i które nie mogą być przywołane, kiedy się tylko tego pragnie. Co więcej, to wszystko, co było trudne, bolesne, dramatyczne, odrzucone i niezintegrowane, ciągle na nas wpływa, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ukryte są w niej również liczne zranienia — nierzadko głęboko zakopane i zakamuflowane.
Dotykając najgłębszych warstw i obszarów tego świata, dostrzega się tam potrzeby psychiczne i różnorodne sposoby ich gratyfikacji, łącznie z wykorzystaniem wszelkich możliwych mechanizmów obronnych, tak by móc dalej jakoś funkcjonować i żyć. Aby normalnie się rozwijać, każdy człowiek potrzebuje być kochany i kochać, potrzebuje być szanowny i dzięki temu odkrywać swoją godność, potrzebuje czuć się częścią jakiejś ludzkiej wspólnoty i być w niej akceptowany, potrzebuje poznawać swoje najgłębsze pragnienia, potrzebuje się uczyć siebie, potrzebuje kochać innych, aby rozwijać się w miłości. W końcu potrzebuje przekraczać siebie, aby nie zamknąć się we własnym egoizmie i narcyzmie.
Gdy subiektywnie nie czuje się kochany lub gdy musi udawać kogoś innego, niż jest, zaczyna się bronić i zakłada maski. Przez wszystkie lata swego życia każdy człowiek przeżywa swoisty dramat i rozdarcie serca, najczęściej nie w pełni sobie je uświadamia, ponieważ z jednej strony nosi w swoim sercu pragnienie miłości, i to miłości bezwarunkowej i bezinteresownej, z drugiej zaś doświadcza we wszy-stkich ludzkich relacjach miłości, która stawia warunki i w której jest choćby ślad interesowności. To pragnienie miłości, czasami zaborcze jej poszukiwanie, ma swoje źródło między innymi w naturalnej potrzebie bycia kochanym. W relacji do niej są niejako uszeregowane inne potrzeby psychiczne, takie jak potrzeba autonomii, czyli samostanowienia o własnym życiu, potrzeba dominacji, czyli kontrolowania innych osób i wywierania na nie wpływu, potrzeba sukcesu, czyli pozytywnego stosunku do siebie i rozwoju samego siebie, własnych zdolności czy też potrzeba agresywności oraz potrzeba seksualna. Im więcej warunków w doświadczeniu miłości, tym bardziej dają o sobie znać inne zakamuflowane potrzeby, które przeradzają się w postawy.
Przez kolejne etapy swojej historii życia człowiek uczy się ukrywać prawdziwe oczekiwania, pragnienia, potrzeby, problemy, dylematy, wewnętrzne konflikty i napięcia tylko po to, by odnaleźć się w świecie, w którym żyje, by „stępić ostrze bólu i/lub wypełnić nieznośną pustkę”. Odrzucony ból prowadzi do konieczności zakładania masek. Krok po kroku człowiek uczy się zakładać maski. Kreują one chory obraz siebie, ponieważ poprzez nie postrzega się świat jako zagrożenie dla szczęścia i bezpieczeństwa. Człowiek przyjmuje wtedy postawę defensywną lub ofensywną, których celem jest samoobrona. Dostosowuje się do bolesnej rzeczywistości, nakładając maski, by przetrwać. Czyni wszystko po to, aby doświadczyć choćby odrobiny miłości. Pragnie ukryć własne zranienia psychiczne, emocjonalne, duchowe, fizyczne, których zwykle jest wiele, i dlatego w bardziej czy mniej nieuświadomiony sposób zwraca na siebie uwagę. Objawia się to między innymi w postawie krytykanckiej i przechwalaniu się, w podejrzliwości i zazdrości, w nieśmiałości i bojaźliwości, w poniżaniu się i wywyższaniu, w samodoskonaleniu się i zapatrzeniu tylko w siebie. We wszystkich tych postawach wyraża się głęboka niezgoda na siebie i swoje życie.
Istnieje powszechne przekonanie, że miłość polega na wewnętrznym odczuwaniu. To, czy odczuwamy, czy też nie, staje się istotnym kryterium oceny rzeczywistości. Uczucie urasta wtedy do wielkiej rangi i jest odniesieniem dla wielu spraw. Trzeba jednak powiedzieć, że utożsamianie uczucia z miłością jest iluzją, iluzją sentymentalną (Amadeo Cencini FdCC). Da się wskazać kilka istotnych różnic między miłością, która jest aktem woli, a uczuciem, które jest poruszeniem emocjonalnym.
Uczucie ze swej natury jest zmienne. Trudno na nim budować coś trwałego. Uczucie teraz jest, a za chwilę może już go nie być. Łatwo przejść z radości do smutku, z doświadczenia przyjemności do odczuwania przykrości. Takie kryterium, przyjemne — przykre, nie może stanowić fundamentu budowania dobrych i głębokich relacji międzyosobowych, zarówno w odniesieniu do ludzi czy do siebie, jak i do Boga. Miłość jako fundament jest natomiast czymś trwałym, na czym można budować bez lęku. Miłość jest zasadniczą postawą wobec życia i nadaje temu życiu sens. Korzystając z porównania z przypowieści ewangelicznej, można powiedzieć, że uczucia są piaskiem, na którym nie warto budować domu, bo upadnie przy najbliższych trudnościach, miłość zaś jest skałą, na której wznosi się dom, i on jest trwały mimo przeciwności.
Uczucia i miłość są poruszeniem serca człowieka, ale miłość porusza człowieka do głębi („wzruszył się głęboko” — czytamy w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie), wpływając przez to na trwałe zmiany w życiu i postawach. Uczucia natomiast są też poruszeniem, ale chwilowym, i nie wpływają na człowieka trwale. Uczucie zwykle pozostaje celem samym w sobie i dochodzi wtedy do swoistego monologu sentymentalnego. Poszukuje się wtedy nie tyle spotkania osoby, ile przyjemności, które otrzymuje się poprzez to spotkanie. W relacji z Bogiem poszukuje się głównie pocieszeń duchowych, a nie spotkania samego Boga. Boga, drugiego człowieka i siebie samego traktuje się wtedy instrumentalnie, służą o tyle, o ile sprawiają przyjemność i zadowolenie. Miłość zaś jest zawsze otwarta na spotkanie drugiego, na doświadczenie innego. Doświadczeniu miłości może towarzyszyć, i nierzadko towarzyszy, uczucie przyjemności i zadowolenia, ale nie ono jest jej celem. Miłość ma zawsze wymiar dialogiczny.
Uczucia ze swej natury prowadzą nierzadko do doświadczenia wewnętrznej sprzeczności. Łatwo jest mówić o tak zwanej miłości, o zakochaniu wtedy, kiedy wszystko układa się dobrze, ale podczas niepowodzeń, trudów, cierpienia tak rozumiana „miłość” niejako przestaje istnieć. Prawdziwa miłość zaś nie jest wewnętrznie sprzeczna, ona po prostu albo jest, albo jej nie ma. Uczucia nie wytrzymują próby czasu i sytuacji trudnych. Trudności i niepowodzenia hartują miłość i nadają jej większy blask oraz głębię. Uczucia są ślepe, miłość jest zawsze widząca.
Utożsamianie uczucia z miłością to dość powszechna praktyka i dlatego przynosi z sobą tak wiele problemów i niejasności. Wielu buduje na tej iluzji, ale nierzadko tej budowy nie kończy. By móc się od takiej iluzji uwolnić, trzeba odkryć prawdziwe oblicze miłości. A prawdziwa miłość jest decyzją; to akt woli i pewnego rodzaju praca, która rekompensując ogromną niepewność uczuć, pozwala człowiekowi na poznawanie siebie w wolności i prawdzie oraz na przekraczanie własnych uwarunkowań. Tak rozumiana miłość jest motywem do osobistego rozwoju i otwarcia się na innych. Na koniec można powiedzieć, że „miłość jest sztuką. Jeżeli chcemy się nauczyć kochać, musimy postępować w taki sam sposób, jak wówczas, gdy chcemy się nauczyć innej sztuki: opanować jej teorię i praktykę” (Erich Fromm).
Koniec bezpłatnego fragmentu
* Niniejsza publikacja zbiera i rozwija moje osobiste przemyślenia i refleksje, którymi dzieliłem się z wieloma osobami i w wielu miejscach, które też w takiej czy innej formie zostały wydane drukiem. Obecne drugie wydanie Pokochać siebie w głębi serca zachowuje swoją pierwotną integralność, ale zawiera także pewne poprawki. Minęło już blisko dziesięć lat od pierwszej edycji i z pewnością gdybym miał dzisiaj od nowa napisać tę książkę, miałaby ona nieco inny kształt i podzieliłbym się innymi jeszcze aspektami zagadnienia. Zdecydowałem się jednak pozostawić ją w takim kształcie i ufam, że może dla kogoś stać źródłem inspiracji, aby iść dalej, głębiej i wyżej…
**
Fragmenty Pisma Świętego cytowane za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Najnowszy przekład z języków oryginalnych z komentarzem, oprac. Zespół Biblistów Polskich z inicjatywy Towarzystwa Świętego Pawła, Edycja Świętego Pawła, Częstochowa 2008.
