Zaufać nadziei - Tadeusz Kotlewski SJ - ebook

Zaufać nadziei ebook

Tadeusz Kotlewski SJ

0,0
24,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jak zaufać nadziei, gdy życie stawia przed nami trudności? O. Tadeusz Kotlewski SJ w książce „Zaufać nadziei” pokazuje, że nadzieja to nie tylko optymizm, lecz głębokie zakorzenienie w Bogu. Ta inspirująca lektura dodaje sił, umacnia wiarę i prowadzi do odkrycia prawdziwego źródła nadziei w zmartwychwstaniu Chrystusa.

„Zaufać nadziei” to duchowy przewodnik, który prowadzi czytelnika przez Słowo Boże, nauczanie papieży, mądrość świętych, poezję oraz osobiste doświadczenia autora. O. Kotlewski pokazuje, że nadzieja to nie złudzenie ani naiwne pocieszenie, lecz siła zakorzeniona w zmartwychwstaniu Chrystusa – źródło pokoju, odwagi i nowego życia.

Książka zawiera praktyczne wskazówki dotyczące modlitwy i życia duchowego, ucząc, jak przeżywać nadzieję w codziennych trudnościach i dzielić się nią z innymi. To inspirująca i pełna mądrości lektura dla każdego, kto pragnie odnaleźć w sercu ożywiającą moc nadziei.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 75

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tadeusz Kotlewski SJ

Zaufać nadziei

Bezpłatny fragment

Wydanie II poprawione

Wydawnictwo Diecezji Siedleckiej Unitas

ul. Szkolna 22, 08-110 Siedlce

tel. 500 106 002

www.wydawnictwo-unitas.pl

© Copyright by Tadeusz Kotlewski, 2025

© Copyright by Wydawnictwo Diecezji Siedleckiej Unitas, 2025

Imprimi Potest

o. Zbigniew Leczkowski SJ

Przełożony Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej

Towarzystwa Jezusowego

Warszawa, dnia 7 października 2024

Redakcja i korekta

Agnieszka Czapczyk

Skład

Przemysław Kida

Projekt okładki

Ewelina Małaczewska

Wydanie II poprawione

Co mnie zadziwia, to nadzieja, mówi Bóg.

Nie mogę wyjść z podziwu.

Ta drobna nadzieja taka niepozorna.

Ta wątła dziewczynka nadzieja.

Nieśmiertelna.

Bo wszystkich innych Bóg kocha miłością.

Ale tę owieczkę Jezus umiłował też w nadziei.

A wszystkich innych, nas wszystkich, Bóg miłuje

miłością.

Ale grzesznika Bóg umiłował kiedyś

nadzieją.

Mała nadzieja

Jest tym, co zawsze zaczyna.

Charles Péguy (zm. 1914)

w przekładzie Leona Zaręby

Spis treści

SŁOWO WPROWADZAJĄCE

ROZDZIAŁ PIERWSZY Nadzieja człowieka

Nadzieja w sercu

Rozczarowanie

ROZDZIAŁ DRUGI Ludzkie oblicza

Utracona i zagubiona nadzieja

Beztroska i znudzona twarz

Zalękniony i bez korzeni

Punkty orientacyjne

Cover

SŁOWO WPROWADZAJĄCE

Warto zaufać nadziei! Czyż nadzieja nie jest głęboko zapisana w sercu człowieka? Nadzieja jest darem samego Boga, który nas wybrał i umiłował. Jest ona Jego zaproszeniem, aby żyć, aby się nie poddawać, aby usłyszeć Jego głos także wtedy, kiedy wszystko wydaje się rozpadać na kawałki, wtedy, kiedy pozostaje tylko nieznośna pustka, i również wtedy, kiedy rozpacz stoi u ludzkich wrót.

Chrześcijanin swojej nadziei nie odnajduje w strukturach społecznych ani w ludziach, którzy coś obiecują, ani też w niepewnej rzeczywistości, zanurzonej w nierealnym optymizmie. Nadzieja chrześcijańska nie jest łatwym optymizmem. To kotwica zarzucona na trwały grunt, to oparcie się o Skałę, którą jest sam Bóg.

Chociaż nadzieja wydaje się nieodłączną towarzyszką życia, można ją stracić. Bywają takie sytuacje, w których zgasi się w kimś iskrę nadziei. Przywrócić człowiekowi nadzieję to dać mu szansę na kolejne życie, przynieść mu pokój, wlać strumień energii i siły, aby dalej chciał żyć.

Zaufać nadziei to uwierzyć Bogu, który nam zaufał. Charles Péguy, nazywany mistykiem nadziei, w swoim poemacie Przedsionek tajemnicy drugiej cnoty pisze:

Bóg nam zaufał. Sam to rozpoczął. Ufał

że ostatni z grzeszników,

Że najmizerniejszy z grzeszników

pracować będzie przynajmniej

Troszeczkę nad swoim zbawieniem,

Tak niewiele, najmniej, jak tylko można.

Że tym się trochę zajmie.

Miał nadzieję w nas, czy ktoś powie,

że my nie mieliśmy

nadziei w nim.

Bóg umieścił swoją nadzieję,

swą biedną nadzieję w

każdym z nas, w najmarniejszym z grzeszników. Czy

można powiedzieć, że my najmizerniejsi, że my

grzesznicy, że to my nie umieściliśmy

w nim naszej nadziei1.

Prawdziwą nadzieję przynosi człowiekowi Chrystus. „Jeśli sam Bóg — powiedział papież Franciszek do studentów w Hawanie w 2015 roku — wszedł w naszą historię i stał się człowiekiem w Jezusie, jeśli wziął na swe barki naszą słabość i grzech, nie lękajcie się nadziei, nie lękajcie się przyszłości, ponieważ Bóg stoi z wami, wierzy w was, pokłada w was nadzieję”.

Za każdym razem, gdy rodzi się na nowo ziarno nadziei w sercu człowieka, dokonuje się cud, cud zmartwychwstania serca, cud miłosierdzia. Wszystko się odmienia, nawet wtedy, kiedy nic pozornie nie ulega zmianie. Można powiedzieć, że chrześcijańska nadzieja daje nowe życie, rodzi między ludźmi jakościowo nowe relacje i staje się drogą życia. Modlitewna refleksja jest zaś okazją do pogłębienia wymiaru nadziei w naszym codziennym życiu i pomaga rozpalić nadzieję w sercu spotkanego człowieka.

Duchowymi przewodnikami na tej drodze są św. Ignacy Loyola i św. Faustyna Kowalska. Oni w swoim życiu uwierzyli Miłości i zaufali Nadziei. Ignacy został wprowadzony przez Boga w tajemnice wiary. Jak napisał papież Pius XII, „mocą doświadczeń, które przeszedł i które później zebrał w książeczce Ćwiczeń — (…) szedł za Jezusem aż na sam szczyt miłości” (List apostolski Nosti profecto, nr 32).Faustynie zaś, jak to ujął papież Franciszek, „dane było wejść w głębie Bożego miłosierdzia” (Bulla Misericordiae vultus, nr 24) i stać się apostołką miłosierdzia. Przeszła ona swoją duchową drogę, odprawiając ćwiczenia ignacjańskie, o czym niejednokrotnie wspomina w swoich mistycznych zapiskach. Tak dla Ignacego i Faustyny, jak i dla bardzo wielu świętych książeczka Ćwiczeń była i jest szczególną drogą uczenia się ufności, otwierania się z nadzieją na Boże miłosierdzie i stawania się apostołem miłosierdzia w świecie. Na tej drodze Maryja, Gwiazda Nadziei, prowadzi nas do Źródła miłosierdzia (Spes salvi, nr 49)2.

ROZDZIAŁ PIERWSZYNadzieja człowieka

Bóg dawca nadziei, niech wam udzieli pełni radości i pokoju w wierze, abyście przez moc Ducha Świętego byli bogaci w nadzieję.

Rz 15,133

Współczesny człowiek jest głodny i spragniony nadziei. Nadzieja zawsze towarzyszyła ludzkim wysiłkom, historii poszczególnych osób i całych narodów. Bez wątpienia jest obecna i dziś, choć nierzadko niezrozumiana, może zagubiona czy wręcz zapominana. Bywa tak, że nadzieję w codziennym życiu myli się z naiwnym optymizmem, że będzie lepiej. A nadzieja to przecież o wiele więcej niż tani optymizm w lepsze jutro, które i tak wydaje się niepewne. Można czasami odnieść wrażenie, że za mało się o niej mówi, a przecież nadzieja odgrywa tak wielką rolę w ludzkim życiu.

Nadzieja w sercu

Popatrzmy na różne przejawy i znaki obecności nadziei w naszym życiu. I tak — dziecko z ufnością kieruje swój wzrok na matkę i ojca, którzy dają mu poczucie bezpieczeństwa, doświadczenie miłości i bliskości. Młody człowiek z nadzieją spogląda w przyszłość, choć jest odległa i nieznana. Matka oczekująca dziecka pełna nadziei patrzy na dar życia, które w niej się rozwija, wierząc i ufając, że rozwinie się pięknie. Małżeństwo przeżywające kryzys żywi nadzieję i wierzy, że przetrwa trudne momenty. Człowiek, który doświadcza własnej słabości czy grzechu, z nadzieją myśli, że z tego wyjdzie. Mężczyzna, który stracił pracę, pokłada nadzieję w przyszłości, wierząc, że znajdzie nowe, może lepsze zatrudnienie. Więzień jest pełen nadziei, że odzyska wolność. Chory ma nadzieję na powrót do zdrowia i sił. Umierający człowiek z nadzieją oczekuje miłosierdzia Bożego i spotkania Boga bogatego w miłosierdzie. Wieczorem kładziemy się spać z nadzieją, że obudzimy się następnego dnia. Z nadzieją także przeżywamy listopadowe dni, w których wspominamy naszych bliskich i dalekich, którzy tak szybko odeszli. Wraz z przychodzącą wiosną człowiek z nadzieją patrzy, że życie ponownie się budzi, nabiera nowego blasku i rozwija się.

Można powtórzyć za Benedyktem XVI, że „kto ma nadzieję, żyje inaczej. Zostało mu dane nowe życie” (Spes salvi, nr 2). Papież Franciszek dodaje: „W jedności z wiarą i miłością, nadzieja kieruje nas ku pewnej przyszłości, która wpisuje się w perspektywę inną niż iluzoryczne propozycje bożków tego świata, a która daje nam nowy zapał i nową siłę do codziennego życia. Nie pozwólmy, by nam skradziono nadzieję, nie pozwólmy, żeby zniszczyły ją natychmiastowe rozwiązania i propozycje, które blokują nas na drodze, »rozpraszają« czas, przemieniając go w przestrzeń. Czas zawsze przewyższa przestrzeń. W przestrzeni krystalizują się projekty, czas natomiast zawsze kieruje ku przyszłości i pobudza do tego, by iść z nadzieją” (Lumen fidei, nr 57).

Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia. Jeśli umrze w człowieku nadzieja, umiera także on sam. Nadzieja jest nieodłączną towarzyszką ludzkiego życia i dzięki niej człowiek może się radować życiem i rozwijać się, dorastając do swej pełni. Nadzieja jest głęboko zapisana w sercu człowieka i bez niej prawdziwe życie jest niemożliwe. Co więcej, Erich Fromm powie, że jest ona „podstawowym warunkiem bycia człowiekiem. Jeśli człowiek porzuca nadzieję — czy jest tego świadom, czy też nie — wkracza w bramy piekieł i zostawia za sobą swoje człowieczeństwo” (Rewolucja nadziei. Ku uczłowieczonej technologii). Wśród wielu definicji człowieka jedną jest homo esperans — człowiek patrzy z nadzieją na życie i jest człowiekiem nadziei.

Nadzieja jest tak głęboko zapisana w sercu ludzi, że bez niej niemożliwe staje się autentyczne życie. Jest obecna, ale zarazem ukryta. Dzięki jej obecności człowiek rozwija się i wzrasta. „Nadzieja — przywołajmy znów Ericha Fromma — to psychiczne towarzyszenie życiu i rozwojowi. Jeśli drzewo, któremu brak światła, wygina swój pień w kierunku słońca, nie oznacza wcale, że odczuwa nadzieję w taki sam sposób jak człowiek. Ludzka nadzieja powiązana jest bowiem z uczuciami i świadomością, których drzewo nie ma. Nie zmienia to faktu, że ma ono nadzieję na światło słoneczne i wyraża ją, wyginając swój pień w kierunku słońca”. Jest ona w pewnym sensie oknem, przez które człowiek patrzy na otaczający świat.

Człowiek nosi w swoim sercu pragnienie prawdziwego życia. I to pragnienie, czasami głęboko ukryte w jego wnętrzu, jest jego nadzieją. „Albowiem nadzieja — przekonywał papież Franciszek młodzież zgromadzoną w Hawanie w 2015 roku — mówi nam o rzeczywistości zakorzenionej w głębi istoty ludzkiej, niezależnie od konkretnych okoliczności i uwarunkowań historycznych, w jakich żyje. Mówi nam o pragnieniu, o dążeniu, o pożądaniu pełni, spełnionego życia, o chęci dotknięcia czegoś wielkiego, czegoś, co wypełnia serce i wznosi ducha ku wielkim rzeczom, jak prawda, dobro i piękno, sprawiedliwość i miłość”.

Dzięki nadziei człowiek ma odwagę podjąć trudy, zmierzyć się z problemami, dać się ukrzyżować, by zmartwychwstać, by na nowo budować życie, które legło w gruzach, by przebaczyć i pojednać się, by powoli wychodzić z sytuacji, które czasami po ludzku są bez wyjścia. W nadziei jest siła i moc zdolna przekraczać wiele murów i barier. Dlatego Erich Fromm napisze, że „mieć nadzieję, oznacza oczekiwać tego, co jeszcze się nie narodziło, nie popadając jednocześnie w rozpacz, jeśli w swoim życiu nie doczekaliśmy narodzin. Nie ma sensu oczekiwać tego, co już istnieje, lub tego, co nie może zaistnieć. Ci, których nadzieja jest krucha,godzą się na pociechę lub przemoc; ci, których nadzieja jest silna, widzą i świętują wszelkie przejawy nowego, gotowego w każdym momencie pomóc w narodzinach tego, co już jest gotowe, by się narodzić”. Chociaż nadzieja wydaje się nieodłączną towarzyszką życia, można ją stracić i zagubić. Niestety, bywają takie sytuacje, w których gasi się w kimś iskrę nadziei. Utrata nadziei lub jej mocne naruszenie wiąże się z doświadczeniem głębokiego rozczarowania.

Rozczarowanie

Erich Fromm wskazuje, że rozczarowanie, będąc częścią naszego życia, niejednokrotnie staje się źródłem powolnej lub szybkiej utraty nadziei. Nie chodzi tu o jakiekolwiek rozczarowanie, ale o takie, które dotyka człowieka w pierwszych latach życia i dotyczy życia w miłości i prawdzie, w szczerości i autentyzmie, w przejrzystości i klarowności słów oraz postaw. Wspomniany autor pisze tak: „Któż z nas, będąc dzieckiem, nie miał nadziei na to, że będzie kochany — nie tyle tulony i karmiony, co rozumiany, otaczany opieką, szanowany. Któż nie pokładał nadziei w tym, iż będzie umiał zaufać. Dzieciństwo nie zna wszak ludzkiego wynalazku kłamstwa, nie zna wyszukanych form tego wyrazu. Niemal każdemu z nas przychodzi w życiu doświadczać, że to, co ludzie mówią, nie zawsze pokrywa się z tym, co myślą, a częściej nawet jest tego przeciwieństwem. I bynajmniej nie tylko jacyś ludzie, ale również ci, którym ufaliśmy najbardziej — nasi rodzice, nauczyciele, przywódcy”.

Podwaliny nadziei, ludzkiej nadziei, są kładzione w pierwszych miesiącach i latach naszego życia. Doświadczenie prawdy, życia w prawdzie, doświadczenie autentyzmu i szczerości, doświadczenie bliskości i codziennej niekłamanej miłości, doświadczenie ofiarowanego czasu staje się zasadniczym budulcem nadziei dla każdego człowieka. Dziecko, które zaznaje tego wszystkiego, z ufnością patrzy na otaczający świat. Kłamstwo, brak klarowności życia dorosłych, nadwerężone zaufanie i rozczarowanie przyczyniają się natomiast do osłabienia fundamentów ludzkiej nadziei.

Czy jest możliwe życie bez rozczarowania? Czy wszyscy ludzie zaznają w swoim życiu osłabienia fundamentów nadziei? Wydaje się, że tylko nielicznym udaje się uniknąć rozczarowania, które prowadzi do osłabienia nadziei czy wręcz zniszczenia jej. Erich Fromm stwierdza, że „być może zresztą rozczarowanie takie nie jest niczym złym. Gdyby bowiem człowiek go nie doświadczył, czyż jego nadzieja mogłaby stać się silna i nieugięta, a sam czy mógłby uniknąć niebezpieczeństwa przemiany w zaślepionego optymizmem mentora? Bywa jednak często i tak, że nadzieja jest zniszczona do tego stopnia, że człowiek może jej już nigdy nie odzyskać. Reakcje i odpowiedzi na zniweczenie nadziei są w istocie bardzo różne i zależą w tym samym stopniu od warunków historycznych, co osobistych, psychologicznych i psychicznych”.

Istnieje z pewnością wiele przyczyn — zarówno bardzo osobistych (subiektywnych), jak i płynących z zewnątrz, które przyczyniają się do osłabienia czy wręcz zniszczenia nadziei. Nie można jednak zapomnieć, że nadzieja jest jak ewangeliczne ziarno, które trzeba rozsiewać. Nie pozostaje nic innego, jak rzucać garściami ziarna nadziei na każdy grunt. Jedne padną na drogę, inne na miejsce skaliste, jeszcze inne pośród chwastów. W końcu są i takie, które padają na żyzną glebę ludzkiego serca. W świecie spragnionym nadziei warto i trzeba siać ziarna nadziei mimo doświadczanego i przeżywanego rozczarowania. Nadzieja to ziarno, które przynosi błogosławiony owoc.

Adwentowe świece

Płonęły cztery świece na adwentowym świeczniku…

Było tak cicho, że dało się słyszeć, jak świece zaczęły rozmawiać…

Pierwsza świeca westchnęła i rzekła: „Nazywam się Pokój, choć moje światło świeci, ludzie nie zachowują pokoju”. Jej płomień malał, aż do końca zgasł zupełnie…

Zamigotało światło drugiej świecy i powiedziała ona: „Nazywam się Wiara. Nikomu nie jestem potrzebna, ludzkość nie chce znać Boga, po co mam więc świecić?”. I druga świeca zgasła…

Cichutko i smutno westchnęła trzecia świeca: „Nazywam się Miłość, nie mam już siły świecić. Ludzie o mnie zapomnieli. Każdy widzi tylko siebie, nie ma w ludziach miłości do innych”. A z ostatnim westchnieniem zgasła…

Wtedy do pokoju weszło dziecko, spojrzało na adwentowe świece i powiedziało: „Musicie świecić, nie możecie zgasnąć”. I rozpłakało się…

Wtedy odezwała się czwarta świeca i rzekła: „Nie lękaj się! Kiedy ja świecę, możemy zapalić inne świece. Nazywam się Nadzieja”.

Zapałką zapaliło więc dziecko od jej płomienia pozostałe świece.

(Anonim)

ROZDZIAŁ DRUGILudzkie oblicza

Abyście się nie smucili jak ci, którzy nie mają nadziei.

1 Tes 4,13

Ewangeliczny obraz drogi, na którą pada ziarno (por. Mt 13,1–23), może stać się przyczynkiem do rozważań o ludziach, którzy zagubili lub stracili już nadzieję, o tych, którzy w biegu codziennego życia i w wielkim zatroskaniu nie żyją już nadzieją.

Utracona i zagubiona nadzieja

Jaki jest ten człowiek? Współczesna psychologia opisuje nam dzisiejszego człowieka i bez wątpienia obrazy, którymi się posługuje, można odczytać w duchowym wymiarze nadziei. Człowiek dzisiejszy postrzegany jest jako droga, na którą pada ziarno. I tak jak ziarno, które padło na drogę, nie wydaje owocu, tak nadzieja przyniesiona człowiekowi, który w dużej mierze jest drogą, nie zamieszkuje w jego sercu i nie zapuszcza tam korzeni. Człowiek, którego spotykamy na naszych ulicach, przy naszych domach, w naszych miejscach pracy, a może we własnym domu i w kościele, jest ciągle spragniony bodźców, potrzebuje wciąż nowych wrażeń, jest niespokojny i zagubiony zarazem. To ktoś, kto zatraca albo już zatracił zmysł, by pójść głębiej i wznieść się wyżej. Ciągle poszukuje nowej przyjemności i zadowolenia, nigdzie nie znajdując prawdziwej satysfakcji i szczęścia.

Zygmunt Bauman w tekście Ponowoczesne wzorce osobowe zaproponował trzy obrazy współczesnego człowieka — spacerowicza, włóczęgi i turysty — mogące w pewnym kontekście symbolizować różne ludzkie doświadczenia, w których nie ma już miejsca na nadzieję. Nadzieja, jako oczekiwanie na coś, co „ma się narodzić, ale jeszcze się nie narodziło”, jako „towarzyszenie życiu, które się rozwija”, wydaje się nieobecna w tych trzech typach ludzkich zachowań i poszukiwań.

Spacerowicz to człowiek, którego życie jest udeptaną drogą. Dąży on do wolności (rozumiejąc ją jako pełną swobodę i brak skrępowania) i unika wszelkich ograniczeń przez to, że stroni od trwałych i bliskich kontaktów z ludźmi. Jego relacje z innymi są najwyżej powierzchowne. Ulubioną przestrzeń spacerowicza stanowią arkady, deptaki, ciągi handlowe, wybiegi pokazów mody… Nigdzie nie zatrzymuje się na dłużej, niczego nie musi zapamiętywać, unika zdarzeń rozciągniętych w czasie. Patrząc na jego życie, można powiedzieć, że jest to poszukiwacz „błyskotek”, które dają zadowolenie na chwilę.

Włóczęga natomiast to także człowiek różnych szlaków i dróg. Traktuje on jednak życie jak kolekcję przystanków, które szybko się opuszcza. Powodowany ciągłym deficytem bodźców, poszukuje wciąż czegoś innego, zmienia trasy swojej włóczęgi. Unika przywiązywania się do czegokolwiek i kogokolwiek. Co więcej, unika silniejszych uczuć, które związałyby go z kimś lub czymś. Dla niego przyjemnością jest sama zmiana, dlatego włóczy się po ulicach, placach, miejscach rozrywek, barach… włóczy się bez celu.

Trzecim typem człowieka drogi jest turysta, kolekcjoner wrażeń i opowieści. Jego życie cechuje płytkość i naiwność. Turysta poszukuje przede wszystkim odmienności, nowości, inności. Urzeczywistnia to na marginesie „prawdziwego” życia. Pragnienie wrażeń i opowieści realizuje wtedy, kiedy tymczasowo opuszcza dom.

Beztroska i znudzona twarz

Rodzi się pytanie: skąd się biorą i do czego prowadzątakie postawy życia oraz co one obrazują? Można powiedzieć, że wszystkie te typy ludzkich zachowań (spacerowicz, włóczęga i turysta) uzewnętrzniają w pewnym sensie postawę beztroski. Warto od razu zaznaczyć, że nie jest to ewangeliczna postawa, by zbytnio się nie troszczyć. Jest to raczej reakcja na rozczarowanie, o którym była mowa. Człowiek, który doświadczył w swoim życiu rozczarowania, reaguje na nie życiem, w którym nie ma większych aspiracji, wchodzi w społeczeństwo, które nie oferuje nic poza zdobywaniem tego, co w zasięgu ręki. Ludzie — jak mówi Erich Fromm — są „beztroscy, dopóki beztroscy są inni, i wydaje się, że nie odczuwają braku nadziei, lecz biorą udział w jakimś radosnym festynie. Swoje oczekiwania ograniczają do tego, co mogą otrzymać czy zrobić, i nie marzą nawet o tym, co leży poza ich zasięgiem. Ponieważ są dobrze przystosowanymi członkami stada, w którym nikt nie zdaje się odczuwać braku nadziei, sami też nigdy go nie odczuwają. Prezentują swego rodzaju zrezygnowanie, tak charakterystyczne dziś dla wielu członków zachodniego społeczeństwa. Ich optymizm jest świadomy, podczas gdy rezygnacja podświadoma”.

Taka postawa beztroski odbiera człowiekowi spojrzenie w dal, nie daje perspektywy, nie staje się fundamentem oczekiwania czegoś więcej od życia. Ludzie drogi to ludzie niczym niezwiązani i niczego nieoczekujący, a jedynie poszukujący chwilowych radości, które ich i tak nie zadowalają. Tacy ludzie ciągle są w drodze, jak spacerowicz, włóczęga i turysta, ale droga ta nie ma celu, nie ma w niej horyzontu nadziei, nie widać sensu i wartości samego życia.

Patrząc na współczesne społeczeństwo, nietrudno dostrzec, że nie brak i spacerowiczów, i włóczęgów, i turystów, tych wszystkich, którzy nie zatrzymują się nigdzie na dłużej i nie budują głębszych relacji. Nie brak ich także wśród chrześcijan. Przyglądając się ludziom w wielkich centrach handlowych, pasażach i galeriach, można zauważyć dziwnie znudzone i znużone twarze. Czasami wydaje się, że jest to społeczeństwo bez nadziei. Społeczeństwo takie odzwierciedla ducha współczesnego człowieka — często zamkniętego w swoim świecie, w swoim domu, na rozważaniach o swoich osiągnięciach i sukcesach. Takie właśnie społeczeństwo wpływa na jednostkę. „Znamienne zresztą jest to — pisze Erich Fromm — że rozwój lub brak nadziei w jednostce w znacznym stopniu determinują warunki społeczne. Jeśli społeczeństwo trwa w nadziei, będzie ona również rozniecona w człowieku, któremu jej brak. Skoro jednak społeczeństwo ducha nadziei utraci, poczucie przygnębienia udzieli się również człowiekowi. Współcześnie w krajach Zachodu brak nadziei odczuwany jest coraz powszechniej, a jego oznaki widać wszędzie. Wystarczy spojrzeć na znudzoną twarz przeciętnego człowieka, brak kontaktu między ludźmi, nieefektywne plany ratowania środowiska naturalnego czy bezskuteczność wysiłków zmierzających do zlikwidowania głodu w krajach biednych, nie mówiąc już o niemożności pozbycia się broni termojądrowej — największego zagrożenia codziennego życia”.

Człowiekowi, który ciągle jest w drodze, w którego życiu zauważa się stale rosnący pośpiech, który nie ma czasu na to, co naprawdę ważne, nie pozostaje nic innego, jak się zatrzymać. W przeciwnym razie znudzone oblicze społeczeństwa stanie się jego obliczem, odbierze mu perspektywę, będzie mu ofiarowywać „przeciętny optymizm”, który nie jest nadzieją. Człowiek współczesny potrzebuje prawdziwej nadziei, którą przynosi się w miłości i przez miłość. Trzeba rozsiewać miłość, aby rozpalić na nowo nadzieję w sercu człowieka.

Zalękniony i bez korzeni

Współczesny człowiek jest spragniony nadziei i z tęsknotą wyczekuje jej na horyzoncie swojego życia. Nadzieja może jednak zostać w nim zagłuszona jak ziarno, które pada pośród cierni (por. Mt 13,1–23). Troski codzienne, zabieganie wokół spraw, które trzeba załatwić, coraz większe stawiane nam wymagania, coraz większa chęć posiadania, gromadzenia, budowania sobie „miejsc bezpiecznych”, oddzielanie się od innych, zamykanie się we własnym świecie mogą zagłuszyć ziarno nadziei. Ziarno posiane zapuszcza korzenie, ale zostaje zagłuszone przez wszelkiego rodzaju ciernie, które wybujały. Jednym z cierni, które nie pozwala ziarnu nadziei przynieść owocu, jest lęk. Nietrudno zauważyć, że dość głęboko zaznaczył on współczesne oblicze świata. Niejednokrotnie odbiera człowiekowi nadzieję lub ją osłabia.

Czym jest lęk? Do czego prowadzi? Co powoduje? Nie jest przesadą stwierdzenie, że historia człowieka jest pisana ludzkim lękiem i strachem. Nikt przed nim nie ucieknie. Lęk dotyka każdego człowieka: i zdrowego, i chorego. „U człowieka zdrowego zdolność przeżywania lęku — pisze Marcin Czerwiński we wstępie do Lęku Antoniego Kępińskiego — jest warunkiem zachowania pomyślności i zdrowia, w skrajnych przypadkach warunkiem przeżycia. Lęk jest sygnałem niebezpieczeństwa na poziomie biologicznym, a także społecznym. Jest to dobrodziejstwo dwuznaczne, stanowi bowiem dolegliwość. W lęku nawiedzającym chorego udręka jest często spotęgowana, samo zaś pojawienie się i reakcja na alarm lękowy są zależne od zakłócenia świadomości, od urojeń. Powszechność i nieodzowność lęku odpowiadają tragicznej prawdzie: nasza egzystencja opiera się na ruchomych piaskach, pozostaje zagrożona w sposób zasadniczy. Wszelkie azyle są kruche. Nie będąc osaczeni w tym stopniu co zwierzęta przez niebezpieczeństwa fizyczne, na planie społecznym jesteśmy wciąż wystawieni na niepewność”.

Człowiek, w którym lęk zamieszkał i się zakorzenił, staje się niepewny i zagubiony do tego stopnia, że z czasem może doznać załamania i rozpaczy, które zamykają na to, co nowe. Jakie są obszary ludzkiego lęku? Kto i gdzie go doświadcza? Towarzyszy on człowiekowi od początku i niejednokrotnie czai się u ludzkich drzwi. Lęku doświadcza niemowlę przychodzące na świat i z nadzieją patrzące na matkę, która je przytula do serca. Lęk rodzi się w dziecku, które podejmując się nowych obowiązków w szkole, musi im podołać. Lęk również ogarnia serce młodego człowieka, który musi określić swoją tożsamość i odnaleźć się na nowo w społeczeństwie. Nierzadko zalękniony jest człowiek dorosły na progu samodzielności, stając przed nowymi wyzwaniami. Lęk dotyka kobiet i mężczyzn: kapłanów i siostry zakonne, mężów i żony, matki i ojców, tych wszystkich, którzy chcą budować swoje życie. Lęk zagnieżdża się w sercu i duszy w okresie pełnej dojrzałości, kiedy upływające lata przybliżają do granicy życia. Nie można jeszcze nie wspomnieć o lęku i niepokoju w godzinie śmierci. U niektórych ludzi lęk prowadzi do rozpaczy, do utraty nadziei, do poczucia bezsensu.

Ktoś powiedział, że współczesne czasy można nazwać czasami neurotycznymi, ponieważ lęk, niepokój, rozdrażnienie, zagubienie są obecne wszędzie. Chorobliwy lęk paraliżuje człowieka i odbiera mu wszystko to, co najpiękniejsze. Ograbia go z nadziei, gasi w człowieku miłość, może prowadzić do niewiary. Taki lęk odbiera radość, niszczy pokój, czasami rodzi neurotyczne poczucie winy i odziera z poczucia własnej godności i wartości.

Zawsze będę Ci ufał

Panie, mój Boże,

nie wiem, dokąd ja idę,

nie widzę drogi przed sobą,

nie mogę przewidzieć z pewnością,

dokąd ona zmierza.

Nie znam też prawdziwie samego siebie,

a jeśli szczerze sądzę, że idę za Twoją wolą,

to nie znaczy, że jestem zawsze z nią zgodny.

Wierzę jednak, że moje pragnienie podobania się

Tobie

jest Ci miłe. I ufam, że mam to pragnienie w sercu

we wszystkim, co czynię, i że nigdy w przyszłości

nie będę niczego czynił bez tego pragnienia.

Tak postępując, wiem,

że Ty mnie poprowadzisz dobrą drogą,

nawet kiedy ja sam jej nie znam.

Zawsze będę Ci ufał, nawet wtedy,

kiedy będzie mi się zdawało,

żem się zagubił, że chodzę w cieniu śmierci.

Nie będę się bał, bo Ty zawsze jesteś ze mną

i nigdy w niebezpieczeństwie

nie zostawisz mnie samego.

Thomas Merton, trapista (zm. 1968)4

Koniec bezpłatnego fragmentu

1  Charles Péguy, Przedsionek tajemnicy drugiej cnoty, przeł. L. Zaręba, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 2007, s. 127–128.

2 Obecna publikacja nawiązuje do mojej wcześniejszej książki (Garść nadziei, Wydawnictwo Odnowy w Duchu Świętym, Łódź 2005) i rozwija jej główną myśl.

3 Fragmenty Pisma Świętego cytowane za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia Online (wydanie IV), Poznań 2003.

4 Modlitwy zamieszczone na końcu rozdziałów 2–6 oraz 8–9 cytowane za wydaniem: Mieczysław Bednarz SJ, Skarbnica modlitw,Wydawnictwo WAM, Kraków 1997.