Podróż życia Sióstr Shergill - Balli Kaur Jaswal - ebook

Podróż życia Sióstr Shergill ebook

Balli Kaur Jaswal

3,9

Opis

Autorka Pikantnych historii dla pendżabskich wdów – bestsellerowej książki wybranej do klubu czytelniczego Reese Witherspoon – powraca z podnoszącą na duchu, przewrotnie zabawną powieścią obyczajową, indyjskim odpowiednikiem Powiedzmy sobie wszystko.

Urodzone w Wielkiej Brytanii, ale pochodzące z Pendżabu siostry – Rajni, Jezmeen i Shirina – nigdy nie były sobie szczególnie bliskie. Już jako nastolatki darły ze sobą koty, a teraz, gdy wszystkie trzy są dorosłe, praktycznie nic ich nie łączy.

Nieuleczalnie chora na raka matka trójki sióstr kieruje do swoich córek ostatnią prośbę: kiedy umrze, mają odbyć pielgrzymkę do Złotej Świątyni w Amritsarze i rozsypać w Indiach jej prochy.

Podróż życia Sióstr Shergill to hinduska powieść drogi w kobiecym wydaniu.

- Byłam ciekawa, jak może wyglądać taka podróż w wykonaniu kobiet narażonych na rozmaite niebezpieczeństwa w społeczeństwie zdominowanym przez mężczyzn – pisze Balli Kaur Jaswal. – Chciałam również zgłębić temat zgrzytu pomiędzy tradycją a nowoczesnością w społecznościach imigranckich, szczególnie wśród kobiet takich jak siostry Shergill, czyli przedstawicielek pierwszego pokolenia wychowanego poza granicami Indii.

Barwna, wzbudzająca emocje, klimatyczna. Podróż życia Sióstr Shergill to urocza i błyskotliwa powieść o rodzinie, siostrzanych więziach i dziedzictwie, które łączy ludzi pomimo dzielących ich różnic. Zabawna i wzruszająca, przypomina nam o tym, co w życiu najważniejsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (72 oceny)
22
32
12
4
2

Popularność




Tytuł oryginału: THE UNLIKELY ADVENTURES OF THE SHERGILL SISTERS

Redakcja: Piotr Królak

Projekt okładki: Holly Macdonald © HarperCollinsPublishers Ltd 2019

Zdjęcie na okładce: © Shutterstock

Adaptacja okładki: Magda Kuc

Korekta: Beata Wójcik, Adam Osiński

Redaktor prowadzący: Katarzyna Słupska

Copyright © Balli Kaur Jaswal 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Copyright © for the Polish translation by Grażyna Woźniak, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 978-83-8143-199-6

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Książkę dedykuję Asherowi

Prolog

Najdrożsi,

jeśli czytacie te słowa, to znaczy, że mój koniec wreszcie nadszedł. Liczę na to, że nasze ostatnie wspólne chwile przebiegły spokojnie i że miałam okazję powiedzieć każdemu z was, jak bardzo was kocham. Jeśli nie, mam nadzieję, że wiecie, ile wam zawdzięczam. Jestem bardzo dumna z każdego z was i z wybranych przez was ścieżek. Miałam wielkie szczęście, mogąc patrzeć na to, jak odnosicie sukcesy i zmagacie się z losem, przeżywacie porażki i odnosicie zwycięstwa. Przeprowadzenie was od niemowlęctwa aż po dorosłość pozwoliło mi przeżyć życie wiele razy i mam wrażenie, że pomimo krótkiego pobytu na tym świecie zdołałam je bardzo dobrze poznać.

Oczywiście są jeszcze kwestie związane z moim testamentem i podziałem majątku, ale przyjdzie na nie pora. Prawnicy omówią je z wami po dopełnieniu wszystkich innych formalności. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów już teraz, zajrzyjcie do załącznika.

Dbajcie o siebie i resztę rodzeństwa. Znajdźcie czas, nie tylko przy szczególnych okazjach, żeby umacniać rodzinne więzi. Życie nauczyło mnie, że najważniejsze jest okazywanie najbliższym, jak bardzo ich kochamy i cenimy. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Tak brzmiał list, który starsza kobieta leżąca na łóżku obok podyktowała do swojego telefonu. Kilka razy załamał jej się głos i musiała zrobić przerwę, żeby ciężko westchnąć i wydmuchać nos. Sita Kaur Shergill ściszyła dźwięk w telewizorze, żeby wysłuchać części związanej z podziałem majątku – najbardziej interesowało ją to, co jej sąsiadka zostawi w spadku swoim dzieciom, ale treść „załącznika” okazała się jedną wielką niewiadomą. Widziała dzieci, które odwiedzały starszą kobietę – dwóch mężczyzn w średnim wieku, prawdopodobnie bliźniaków stosujących skrajnie odmienne diety, i ładną blondynkę, która wciąż powtarzała te same podnoszące na duchu słowa: „Jesteśmy przy tobie, mamo. Jesteśmy tutaj”. Często zjawiali się w szpitalu osobno, ale wychodzili z niego razem, ściskając się za ramiona i gawędząc o miejscach parkingowych albo pogarszającym się smaku kawy w szpitalnej stołówce.

Sita wcisnęła guzik wzywający pielęgniarkę, a gdy ta wreszcie się pojawiła, poprosiła ją o długopis i kartkę papieru. Był wczesny ranek przed rozpoczęciem godzin odwiedzin. Najlepszy czas na myślenie o śmierci. Ból ogarnął ciało Sity; przeniknął je od palców u stóp aż po skronie i wibrował w kościach. Nigdy jej nie opuszczał, pomimo morfiny – w lepsze dni dostrzegała go tylko kątem oka, jak czaił się w cieniu, w gorsze zaś wykręcał jej kruche ciało niczym mokry ręcznik. Tego dnia miała w sobie dość siły, żeby usiąść na łóżku; list podyktowany przez pacjentkę z sąsiedniego łóżka ją zmotywował, a pielęgniarki jakimś cudem spełniły jej prośbę w ciągu minuty.

„Moje najdroższe córki” – zaczęła pisać, po czym przerwała, marszcząc brwi. Czy kiedykolwiek zwracała się do nich w ten sposób? Wykreśliła pierwszą linijkę i zaczęła jeszcze raz. „Rajni, Jezmeen i Shirino”. Od razu lepiej – w ten sposób przynajmniej zwróci ich uwagę. Dawniej stawała u podnóża schodów i wykrzykiwała wszystkie trzy imiona, nawet jeśli chciała, żeby tylko jedna z córek zeszła na dół; w razie czego zawsze mogła znaleźć coś do roboty pozostałym dwóm. Działało to tylko przez pewien czas, do momentu, gdy Jezmeen zaczęła odkrzykiwać: „KTÓRĄ Z NAS KONKRETNIE WOŁASZ?”.

Rajni, Jezmeen i Shirino,

oto umarłam. I całe szczęście, bo miałam już dosyć tego okropnego życia – ciężkiej pracy, cierpienia i zajmowania się sobą bez żadnego cholernego powodu. Cieszcie się zdrowiem, póki wam ono dopisuje, bo jak przestanie, żadne przyjemności wam tego nie wynagrodzą.

Nie może ich zostawić z tymi słowami. Są zbyt szczere. Nigdy by jej tego nie wybaczyły. Złożyła kartkę na pół, odłożyła ją na stolik i przycisnęła długopisem, a później zamknęła oczy. Jak chciała zostać zapamiętana? Była żoną, matką, wdową i babcią. Sikhowie nie wygłaszali mów pogrzebowych, więc córki nie będą musiały spisywać listy jej mizernych osiągnięć. Czasami wydawało jej się, że wie, która z córek zapamięta ją najgorzej, kiedy indziej natomiast wmawiała sobie, że wszystkie zgodnie przyznają, iż starała się jak najlepiej.

Sita ponownie wezwała pielęgniarkę. Tym razem musiała dłużej czekać, lecz w końcu zjawiła się przy niej cienka jak wieszak dziewczyna z ciałem pokrytym tatuażami i do połowy wygoloną głową. Nie była co prawda tak życzliwa jak jej jamajska koleżanka, która czasami ściskała Sitę za rękę, mówiąc: „A teraz sobie odpocznij”, ale uśmiechnęła się, gdy Sita zadała jej pytanie:

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia siedem – odparła. Miała wygolone zygzakowate wzory po obu stronach czaszki. Sita zastanawiała się, któremu mężczyźnie coś takiego wydałoby się atrakcyjne.

– Byłaś kiedyś w Indiach? – zapytała.

– Nigdy – odparła pielęgniarka z żalem w głosie, który ucieszył Sitę.

– Czy gdyby twoja matka poprosiła cię o coś, zrobiłabyś to dla niej?

Pielęgniarka odsunęła stolik Sity, żeby poprawić koc, który skłębił się wokół jej stóp. Musnęła przy tym palce staruszki.

– Oczywiście, że tak – odparła. – Potrzebuje pani czegoś, bo jeśli…

– W co wierzysz? – przerwała jej Sita.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

– To bardzo osobiste pytanie.

Sita zmarszczyła czoło. Nie bez powodu wolała tamtą jamajską pielęgniarkę, która nosiła na szyi cienki złoty krzyżyk wystający jej spod dekoltu w uniformie. „Dobry Boże” – sapała cicho, rozciągając plecy na koniec długiej zmiany.

– Czy możesz mi podać papier i długopis? – zapytała Sita. Gdy dziewczyna spróbowała sięgnąć do szuflady nocnej szafki, serce podskoczyło Sicie do gardła. Tylko nie tam! – Leży na stoliku – warknęła.

Chociaż pielęgniarka raczej nie zabrałaby woreczka na biżuterię, leżącego pomiędzy modlitewnikiem i ładowarką do telefonu komórkowego, Sita żyła na tym świecie już dostatecznie długo, by wiedzieć, że ostrożności nigdy za wiele. Dziewczyna przesunęła stolik z powrotem na swoje miejsce i wyszła, pewnie po to, żeby sobie pomarudzić i powiedzieć reszcie pielęgniarek, że miały rację: stara Shergill powinna wreszcie wykorkować. W zeszłym tygodniu Rajni wparowała do pokoju pielęgniarek i zmyła im głowę za to, że nie przykryły trzęsącej się z zimna Sity podczas wyjątkowo ciężkiego epizodu. „Nie obchodzi mnie, że ma już koc, zanieście jej drugi” – prawie krzyknęła jej córka, w odpowiedzi na co Sita miała ochotę rozpłakać się z wdzięczności i jednocześnie skarcić ją za zrobienie sceny.

Ból wgryzał się w jej ciało i czuła, że to będzie kiepski dzień. Córki na pewno odwiedzą ją po południu – miała nadzieję, że wszystkie trzy; Rajni w końcu zadzwoniła do Shiriny i kazała jej jak najszybciej wsiąść w samolot i przylecieć, ponieważ wyglądało na to, że dni Sity są policzone. Musiała napisać ten list, póki wciąż miała w sobie resztki sił.

Rajni, Jezmeen i Shirino,

jak zapewne pamiętacie, po zdiagnozowaniu u mnie raka miałam zamiar wybrać się na pielgrzymkę do Indii i oddać cześć naszym wspaniałym guru. Razem z lekarzami przekonałyście mnie, że to kiepski pomysł, ponieważ już wtedy było ze mną krucho, ale myślę, że taka wyprawa podniosłaby mnie na duchu, choćby nawet nie wpłynęła korzystnie na moje zdrowie.

Załączam listę miejsc – w Delhi, Amritsarze i tak dalej – które chciałabym, żebyście odwiedziły w moim imieniu, gdy mnie już nie będzie. Cała podróż zabierze Wam tydzień. Powinnyście się tam wybrać razem i wypełnić wszystkie zadania: odbyć sewę1, aby poprzez służbę innym umocnić swoją pokorę, rytualnie wykąpać się w sarovarze2dla oczyszczenia i ochrony duszy przed chorobami i wreszcie wznieść się na najwyższe szczyty duchowości, byście doceniły ciało, które niesie was przez życie. Życzę sobie również, abyście rozsypały w Indiach moje prochy.

Chciałabym, żebyście odwiedziły miejsca, których sama nie będę miała już okazji zobaczyć. Doświadczyły prostych przyjemności, takich jak podziwianie wschodu słońca w Bramie Indii czy wspólne zjedzenie skromnej kolacji. Na następnej stronie znajdziecie szczegółowy plan. Proszę, zróbcie to dla mnie, kończąc tym samym moją ziemską podróż i kontynuując własną.

Z wyrazami miłości

wasza matka, Sita Kaur Shergill

Kiedy ponownie czytała list, litery zaczęły jej się rozmazywać przed oczami. Nagle poczuła w kościach rwący ból. Zacisnęła powieki i kurczowo chwyciła się krawędzi materaca. Pielęgniarki mogły jej podać tylko określoną ilość morfiny w ciągu doby, a żadna dawka nie wydawała się wystarczająca, żeby całkowicie uśmierzyć ból. „Jesteśmy przy tobie, mamo, jesteśmy tutaj” – wyobraziła sobie swoje córki wypowiadające słowa tamtej blondynki, kiedy pokaże im list. Łzy będą im spływały po policzkach, wezmą się za ręce i chociaż ten jeden raz będą naprawdę razem.

Kiedy ból zelżał, Sita ponownie sięgnęła po długopis i odwróciła kartkę, żeby rozpisać na niej plan wyprawy. Miejsce agonii szybko zajęła nostalgia – wspomnienia Sity dotyczące Indii zdawały się wyraźniejsze niż kiedykolwiek. Psycholog Russ, który odwiedził je w zeszłym tygodniu, twierdził, że często tak się dzieje przed śmiercią. „Myśl o niej jak o przejściu – powiedział. – Kończysz jeden etap, a zaczynasz kolejny”. Przypominając sobie te słowa, Sita jęła rozmyślać o wyprawie swoich córek do Indii. Uprze się, żeby to zrobiły – żadnych wymówek, żadnego wycofywania się. Przyjemnie było wiedzieć, że kiedy one powrócą do swoich korzeni, Sita będzie zajęta poznawaniem życia po drugiej stronie. Kto wie, ile czasu zabierze jej przyzwyczajenie się do nowego otoczenia, nawiązanie znajomości i nauka obsługi ekspresu do kawy? A jeśli spotka tam Devindera, swojego zmarłego męża? Będą mieli do nadrobienia dziesiątki lat, oczywiście gdy już zmyje mu głowę za to, że tak nagle ją zostawił.

Myśli i wspomnienia wczesnych lat małżeństwa i macierzyństwa zalały umysł Sity, redukując cierpienie do tępego bólu, który umiejscowił się w jej klatce piersiowej. Tamte czasy przepełniał chaos – Sita musiała się nauczyć, jak być żoną i matką, prowadzić gospodarstwo i przyzwyczaić się do funkcjonowania w nowym kraju. A kiedy wreszcie zaczęło jej to wychodzić, została wdową. Tylko przez krótki okres swojego życia Sita mogła się nacieszyć pełną rodziną. Dopisała kolejne punkty do planu wyprawy. Od jej ostatniej podróży do Indii minęło prawie trzydzieści lat. Tłumacząc im etapy godzenia się ze śmiercią, Russ powiedział, że niektórzy ludzie rozpaczliwie pragną cofnąć czas. Chociaż Sita uważała się za zbyt pragmatyczną, by folgować takim zachciankom, miała nadzieję, że córki zastaną Indie dokładnie takimi, jakimi je zostawiła.

Chciała im powiedzieć coś jeszcze. Przyznać się do czegoś, na co zdecydowała się po rozmowie z Russem. Będzie musiała znaleźć odpowiedni moment. O takich rzeczach nie wypadało pisać w liście; zniży głos i poprosi córki, aby podeszły bliżej. Na początku będą ją próbowały odwieść od tego pomysłu. „Nie wygłupiaj się, mamo” – powiedzą Rajni albo Shirina. „To jakiś żart, tak?” – zapyta Jezmeen, która niczego nie traktuje poważnie, nawet słów umierającej kobiety. A później wszystkie trzy zaczną protestować i wmawiać jej, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Właśnie to było najbardziej frustrujące w umieraniu; wszystkim wydawało się, że myśli Sity zasnuwa mgiełka strachu, rozpaczliwe pragnienie życia. A przecież śmierć jest jedyną pewną rzeczą na tym świecie. Aby udowodnić swoim córkom, że mówi poważnie, każe im otworzyć szufladę i wyjąć z niej woreczek na biżuterię. Zajrzyjcie do środka. Widzicie? W takim razie przestańcie się spierać z własną matką.

Rozdział 1

Wolałabym, żebyście pojechały do Indii w którymś z chłodniejszych miesięcy, ale ponieważ Rajni może wziąć urlop tylko podczas szkolnych wakacji, będziecie musiały to zrobić w lipcu lub sierpniu. Zabukujcie sobie bilety lotnicze i hotele jak najszybciej – wiem, że ostatnio byłam w Indiach ponad dwadzieścia lat temu, ale rezerwacje na ostatnią chwilę kosztują krocie.

Rajni nie miała skłonności do omdleń. Chwilę po tym, jak Anil powiedział jej o swojej dziewczynie, zastanawiała się, czy nie upozorować omdlenia, wiedziała jednak, że w ostatniej chwili wyciągnęłaby ręce, by złagodzić upadek. Nikt nie potraktowałby poważnie kobiety udającej, że mdleje. Słabe zasłabnięcie, dobre sobie.

Wpatrywała się więc w Anila, dokonując w umyśle prostych obliczeń:

Dziewczyna miała osiemnaście lat więcej niż jej syn.

Dziewczyna była dokładnie dwa razy starsza od niego.

Dziewczyna była tylko siedem lat młodsza od Rajni.

Ostatni fakt sprawił, że zrobiło jej się niedobrze. Silny zapach niedojedzonej ryby również nie pomagał. Upiekła im na kolację trzy kawałki łososia, ponieważ dzięki kwasom tłuszczowym omega-3 wszyscy mieli dożyć setki. Czy dziewczyna Anila miała pojęcie o dobroczynnym działaniu tych kwasów? Pewnie nie.

– Daj spokój, mamo – odezwał się Anil, w odpowiedzi na co Rajni tylko pokręciła głową. Nie, nie, nie. Ten wieczór miał był szczególny: ostatnia wspólna kolacja przed jej wyjazdem do Indii. Skoro Anil wybrał akurat tę okazję, żeby powiedzieć im o swojej dziewczynie, to powinna ona być… no cóż, dziewczyną. Taką, która zwracałaby się do niej „pani Chadha” i której rodzice podchodziliby do Anila nieufnie, dopóki nie zaskarbiłby sobie ich sympatii dobrymi manierami i czystymi paznokciami.

Anil zwrócił się do Kabira:

– Tato – powiedział lekko rozpaczliwym tonem, dobitnie świadczącym o tym, że już wcześniej rozmawiali na ten temat bez niej. Przez twarz Kabira przemknął cień poczucia winy. Zerknął ukradkiem na Rajni.

– Wiedziałeś o tym? – zapytała męża. – Od jak dawna?

Kabir miał cienkie wargi, które prawie znikały, kiedy coś go zasmuciło.

– Przyszedł do mnie dziś rano – wyznał. – Pakowałaś się przed podróżą i nie chciałem ci przeszkadzać.

Rajni spiorunowała Kabira wzrokiem, który zwykle rezerwowała dla niegrzecznych uczniów wysyłanych do jej gabinetu.

– I co o tym myślisz? Zechcesz się ze mną podzielić swoją opinią?

– Oczywiście jestem zaniepokojony, lecz Anil ma już tyle lat, że może podejmować własne decyzje.

– Zaniepokojony? Niepokoić to się można wtedy, gdy pani Willis nie ma siły wystawić swoich kontenerów na chodnik. Tu chodzi o naszego syna, Kabirze. Raptem kilka tygodni temu skończył szkołę średnią, a teraz informuje nas, że chce zamieszkać z kobietą dwa razy starszą od siebie! – Gdzie w ogóle zdołał poznać trzydziestolatkę? Nagle przyszło jej do głowy coś strasznego. – Chyba nie była twoją nauczycielką, co?

– Nigdy w życiu – oburzył się Anil. Rajni ciężko westchnęła. Całe szczęście. Zawsze martwiła się o Cass Finchley, nauczycielkę muzyki, która kołysała się nieco zbyt sugestywnie na skraju parkietu podczas pilnowania uczniów na szkolnych balach.

Kabir odchrząknął.

– Anilu, twoja matka i ja wróżymy ci świetlaną przyszłość. Nie chcemy, żebyś ją zaprzepaścił przez jakiś… romans.

– To nie jest żaden romans – odparł Anil. – Myślimy o sobie poważnie.

– Na pewno tak sądzisz, ale wcześniej czy później pojawią się problemy, synu. – Rajni zawsze czuła się wzruszona, kiedy Kabir zwracał się do Anila per synu. Było to staroświeckie, urocze i robiło jej się od tego cieplej na sercu. Teraz wypowiedział to słowo takim tonem, jakby zapomniał, co ono właściwie znaczy.

– Wszystkie przeszkody da się jakoś pokonać, prawda? – odparł Anil.

– Wszystkie? – powtórzyła za nim jak echo Rajni.

Chłopak wzruszył ramionami.

– Wywodzimy się z tej samej kultury. Mamy siebie. Ludzie zawsze powtarzają, że to najważniejsze.

– Pochodzicie z dwóch kompletnie różnych pokoleń. Ona jest dorosłą kobietą, a ty chłopcem! Równie dobrze moglibyście przylecieć z innych planet.

– Wszystkie przeszkody da się pokonać – powtórzył twardo Anil. Z tą swoją zaciśniętą szczęką tak bardzo przypominał Kabira, że Rajni miała ochotę zawiesić całą tę kłótnię i pobiec po aparat. Podobno ludzie zawsze robią najwięcej zdjęć swoim pierworodnym dzieciom. A że Anil był ich pierwszym i jedynym dzieckiem, Rajni pstrykała mu fotki bez strachu o to, że jego rodzeństwo poczuje się pominięte. Ich dom był kapliczką poświęconą dzieciństwu Anila, pełną portretów i obrazów malowanych palcami, a także ołówkowych kresek na ścianach dokumentujących, w jakim tempie rósł przez wszystkie te lata.

Lamenty nad przyszłością Anila powoli stawały się coroczną tradycją w ich rodzinie. W zeszłe lato kłócili się o to, że Anil postanowił nie zdawać na studia – chciał zrezygnować z nauki po skończeniu szkoły średniej. „W tych czasach i tak wszystkiego można się dowiedzieć z internetu, prawda?” – zapytał. Rajni wyszła z pokoju, a gdy wróciła, Kabir zapewnił ją, że przemówi ich synowi do rozsądku. Po wielu miesiącach osiągnęli wreszcie kompromis: Anil złoży papiery na studia, ale zrobi sobie rok przerwy od nauki. Miał w tym czasie znaleźć pracę (jego rodzice liczyli na to, że uświadomi sobie, jak ciężko pracują ludzie bez dyplomu wyższej uczelni), ale później zmarła jego babcia i zostawiła mu niewielki spadek, zamieniając rok przerwy od nauki w płatne wakacje.

– Zastanów się nad tym przez chwilę, Anilu – odezwał się Kabir. – Ta kobieta z pewnością jest już w takim wieku, że będzie się chciała ustatkować.

– Właśnie dlatego chcemy razem zamieszkać.

– Ale czy rozumiesz, co to dla niej znaczy?

Anil zacisnął palce na oparciu stojącego przed nim krzesła. Jego rewelacje poderwały całą trójkę na równe nogi, więc teraz stali nad talerzami z niedokończonym posiłkiem. Rajni po raz kolejny uderzył w nos łososiowy zapach. Pozbierała ze stołu talerze i wyniosła je do kuchni.

– Doskonale wiem, czego pragnie Davina – zapewnił ich Anil.

Kiedy Rajni wyrzucała resztki kolacji do kosza, nawiedził ją niechciany obraz syna kotłującego się w łóżku z doświadczoną kobietą. Przestań, upomniała się w myślach. Rozejrzała się za czymś – czymkolwiek – na czym mogłaby skupić uwagę. Na blacie leżała ulotka zostawiona poprzedniego wieczoru przez świadków Jehowy. Tylko zawracali ludziom głowę, ale nie potrafiła im zamknąć drzwi przed nosem – mieli takie blade policzki i imponująco wykrochmalone kołnierzyki. „W tym momencie jestem zajęta, ale może zostawicie mi coś do poczytania” – zaproponowała im na otarcie łez, choć wiedziała, że za dzień czy dwa ulotka trafi do kosza. „WASZE CIERPIENIA WKRÓTCE DOBIEGNĄ KOŃCA” – głosił nagłówek nad obrazkiem przedstawiającym zalaną słońcem zieloną łąkę. Jakie to musi być miłe, mieć taką pewność. Słowa z ulotki przyniosły Rajni chwilę ukojenia, po której znowu wróciła do rzeczywistości.

– Kobieta w tym wieku szuka sobie partnera na całe życie – odezwał się do syna Kabir.

– To nie jest tylko jakaś fraza, tato. – Miał na myśli „fazę”. Rajni była zbyt zdenerwowana, żeby go poprawiać, ale postanowiła wyjaśnić mu później różnicę.

Weszła zdecydowanym krokiem do salonu.

– Tik-tak! – krzyknęła, niemal przyprawiając bliskich o atak serca. – Kobiety po trzydziestce ciągle to słyszą, nawet jeśli nie chcą mieć dzieci. „Zafunduj sobie jedno, zanim będzie za późno”.

(Chociaż w jej przypadku brzmiało to raczej: „Zafunduj sobie kolejne dziecko, chyba nie chcesz poprzestać na jednym? Dokończ to, co zaczęłaś! Wolisz, żeby twój syn był jedynakiem?”. Tak jakby nie próbowali z Kabirem do momentu, aż seks stał się dla nich kolejnym rutynowym obowiązkiem, takim jak pranie czy płacenie rachunków za wodę).

– Właśnie – przyznał jej rację Kabir. – Presja społeczna. Silniejsza, niż mogłoby ci się wydawać, Anilu, szczególnie wśród dorosłych.

– Jedynymi ludźmi, którzy próbują na nas wywierać presję, jesteście wy. Poradzimy sobie z Daviną.

– A więc jeśli jutro zechce mieć dziecko, nie będzie ci to przeszkadzało? Zrezygnujesz z podróży i wieczornych wypadów na miasto z kolegami? – zapytał Kabir.

To go powinno ostudzić, pomyślała Rajni, widząc malujący się na twarzy syna niepokój. Anil planował wakacje w Europie: narty w Bułgarii, skakanie z wyspy na wyspę w Grecji, robienie Bóg wie czego w Amsterdamie.

– Owszem. Zrezygnuję z tego wszystkiego – odparł cicho, zaciskając palce na oparciu krzesła.

W pokoju zapadła cisza. Anil przygryzł wargę i wlepił wzrok w swoje zbielałe kłykcie.

Kabir patrzył na niego jak oniemiały.

– Co powiedziałeś?

– Że zrezygnuję dla niej z tego wszystkiego – powtórzył Anil.

– Synu?

– Mamo, tato, to nic takiego, okej? Musicie mi obiecać, że nie ześwirujecie.

Ściany pokoju zaczęły się rozmazywać, a podłoga lekko zachwiała się Rajni pod stopami. Usłyszała, jak Kabir odpowiada łagodnym głosem:

– W porządku, obiecujemy. Co się stało?

– Davina jest w ciąży – odparł ich syn.

A później rzeczywiście zemdlała.

Klientka widziała w internecie filmik o tym, że dzięki bronzerowi można wyglądać pięć kilo szczuplej.

– Ta dziewczyna przejechała sobie pędzelkiem po twarzy i nagle się okazało, że ma kości policzkowe! – nie mogła się nadziwić.

– Te filmiki są naprawdę pomocne – przyznała Jezmeen. – Zawierają mnóstwo przydatnych wskazówek.

Szczególnie dla kogoś takiego jak ona, kto nie miał doświadczenia w robieniu profesjonalnego makijażu. Po tym, jak zawieszono ją na stanowisku prowadzącej DisasterTube, jedna z zatrudnionych w studiu makijażystek zaproponowała jej tę fuchę. To tylko na jakiś czas, powtarzała sobie Jezmeen. Wkrótce jej los się odwróci i znajdzie sobie nową rolę. Gdy ostatnio sprawdzała, filmik z jej udziałem miał 788 wyświetleń, co trudno nazwać szaloną popularnością, ale jej agent Cameron nadal twierdził, że powinni uważać.

– Przyczaj się i zaczekaj, aż opadnie kurz – poradził swojej klientce. Dysponował niewyczerpanymi pokładami pocieszających banałów, takich jak: „Daj sobie trochę czasu”, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało: „Przyjmij najmniej uwłaczającą pracę, jaką ci zaproponują, i cierpliwie czekaj, aż anonimowy tłum internautów zdecyduje o twoim losie”.

– Czy w takim razie nałożysz mi bronzer? – zapytała Stella.

– Mam na ciebie inny pomysł – odparła ciepło Jezmeen. Na pewno zacznie od znalezienia podkładu, który będzie lepiej pasował do cery Stelli, bo teraz bliżej jej było do Zatrzaśniętej w Solarium niż Blasku Letniego Poranka.

Kiedy Jezmeen przecierała wacikiem policzki Stelli, dopadło ją uczucie lekkiego déjà vu. Kiedyś to Rajni nakładała jej makijaż, a Jezmeen starała się nie wiercić i nie odwracać w stronę lustra dla sprawdzenia efektu. Jezmeen pamiętała również, jak malowała mamę rankiem w dniu ślubu Shiriny. Profesjonalna makijażystka uparła się, żeby pomalować jej powieki śliwkowym cieniem i obrysować je grubą kreską. Mama była przerażona. „Nie mogę wejść w takim stanie do świątyni – jęknęła. – Ludzie powiedzieliby, że…” Nie dokończyła zdania, co rzadko jej się zdarzało. Widocznie wystarczyło, by powiedzieli cokolwiek. „Przynieś chusteczki, Jezmeen” – rozkazała. Kiedy pomagała mamie zmyć makijaż, Jezmeen zwróciła uwagę na jej obwisłą skórę na policzkach i opadające powieki i obiecała sobie, że nigdy się nie zestarzeje.

Leżący na blacie telefon zabuczał.

– Przepraszam – powiedziała do Stelli i nachyliła się, żeby spojrzeć na wyświetlacz. Wiadomość od Rajni. Jezmeen postanowiła ją zignorować. Rajni pewnie panikowała przed podróżą i pytała o to, czy siostry zaszczepiły się przeciwko tężcowi, albo o coś równie idiotycznego.

– Użyjemy teraz primera – oznajmiła Jezmeen, pokazując Stelli buteleczkę. – To świetna baza, dzięki której makijaż będzie znacznie trwalszy. – Telefon ponownie zabuczał. – Przepraszam – powtórzyła, zerkając ze złością na ekran.

– Nie szkodzi, złotko. Chłopak pewnie jest o ciebie zazdrosny.

Ha! Gdyby tylko miała chłopaka, choćby i zazdrosnego. Jej ostatni związek zakończył się jednak większą katastrofą, niż Stella byłaby sobie w stanie wyobrazić.

– To tylko moja siostra – wyjaśniła Jezmeen. – W czwartek lecimy do Indii i pewnie chce mi przypomnieć o spakowaniu kremu do opalania czy coś w tym stylu.

– Wakacje! Wybieracie się tylko we dwie?

– We trzy. Nasza najmłodsza siostra przyleci aż z Australii.

– Jak uroczo – stwierdziła Stella.

Ludzie zawsze tak mówili, kiedy Jezmeen wspominała o tym, że ma dwie siostry. Uroczo. Kameralne herbatki i długie rozmowy. Nierozerwalna więź. Stella uśmiechała się do niej tak promiennie, że Jezmeen postanowiła nie wspominać o tym, jak bardzo nie ma ochoty jechać do Indii w towarzystwie wiecznie zadzierającej nosa Rajni i irytująco perfekcyjnej Shiriny.

– Robimy to dla naszej mamy – wyjaśniła. – Zmarła w listopadzie, a my lecimy do Indii, żeby uczcić jej pamięć i rozrzucić prochy.

– Jakie to piękne. Cóż za wspaniały hołd – wydusiła z siebie Stella, po czym wzięła Jezmeen za rękę.

Teraz pewnie wyobrażała sobie trzy posłuszne córki wspinające się w zwiewnych białych szatach na spowitą mgłą górę i przekazujące sobie urnę z prochami matki. I znowu się pomyliła. Pielgrzymki nie były nawet obowiązkowe w ich religii (Jezmeen poczytała sobie trochę w internecie na temat sikhizmu i wysłała Rajni wszystkie linki w ramach nieustającej kampanii przeciwko wszystkiemu, co starsza siostra zamierzała robić w Indiach), ale kiedy leczenie przestało działać, mama zwróciła się w stronę bardziej uświęconych metod. Była jednak zbyt słaba, żeby odbyć niektóre rytuały i odwiedzić po raz ostatni święte miejsca, więc powierzyła to zadanie córkom. Jezmeen zwróciła uwagę na to, że matka przemyciła do planu podróży kilka punktów służących wyłącznie temu, by spędziły trochę czasu tylko we trzy. Pewnie wiedziała, że same nie wpadną na taki pomysł. Z punktu widzenia Jezmeen w całej tej podróży chodziło nie tyle o duchowość, ile o to, żeby wspólnie gdzieś pojechały.

Tym razem jej telefon zaczął dzwonić.

– Na litość boską – zdenerwowała się.

– Odbierz, złotko. Może to coś ważnego.

– Dziękuję, Stello. – Jezmeen sięgnęła po telefon. – Jestem w pracy, Rajni.

– Widziałaś wiadomości ode mnie? Będziesz musiała przyjechać na lotnisko sama. Wczoraj przy kolacji dowiedziałam się o czymś… i muszę sobie z tym jakoś poradzić. Kabir odwiezie mnie prosto na lotnisko.

– W porządku. To wszystko?

– Tak – odparła niepewnie Rajni. – O której planujesz wyjechać?

– Będę na Heathrow dwie godziny przed wylotem, Rajni, spokojna głowa.

– Jesteś jeszcze w pracy?

– Tak, i zamierzam do niej wrócić. Na razie!

Rajni zaczęła coś mówić, ale Jezmeen się rozłączyła. Wyciszyła telefon i wróciła do Stelli.

– Użyję dwóch różnych korektorów, ponieważ mamy do czynienia z dwoma rodzajami niedoskonałości.

– Czy mam je ze sobą zmieszać? – zapytała Stella.

– Nie, tego kosmetyku użyjemy pod oczy, a tym zamaskujemy wypryski na brodzie. – Jezmeen uniosła kolejno buteleczki. Kiedy Stella się im przyglądała, Jezmeen zerknęła na telefon. Miała dziwne przeczucie. Dlaczego Rajni pytała o to, czy jest jeszcze w pracy, skoro wylatywały dopiero w czwartek?

– Chyba będę musiała to sobie zapisać – stwierdziła Stella, przetrząsając torebkę. – Bo inaczej zapomnę, jak ich używać.

– Proszę bardzo. – Jezmeen podała klientce ołówek i karteczkę z narysowaną na niej twarzą. – Narysuj strzałkę prowadzącą w okolice oczu i zapisz: „Nude Secret 19”.

Stella miała wyjątkowo staranny charakter pisma.

– Masz świetne podejście, złotko. Czy ktoś już ci to mówił?

Jezmeen uśmiechnęła się zaskoczona.

– Dziękuję.

– Muszę koniecznie wziąć od ciebie wizytówkę. Czy malujesz także prywatnie? Moja córka szuka dobrej makijażystki na swój ślub. Co prawda to dopiero na wiosnę, ale porządnych specjalistów trzeba zaklepywać z dużym wyprzedzeniem.

Uśmiech Jezmeen w jednej sekundzie zgasł. Wiosna przyszłego roku! Na myśl o tym, że mogłaby wtedy pracować na stoisku kosmetycznym, poczuła ściskanie w żołądku. Nie ma mowy. Jezmeen po prostu się przyczaiła i dała sobie trochę czasu, czekając, aż opadnie kurz. Ludzie szybko zapominają. Chociaż Cameron uważał, że w tym przypadku niekoniecznie tak będzie. „Nie ma zbyt wielu ról dla hinduskich aktorek – tłumaczył. – A reżyserzy nie mogą sobie pozwolić na kiepski PR, angażując do filmu kogoś nowego. W tej chwili wiele czynników przemawia przeciwko tobie”. Litościwie przemilczał fakt, że na rynku jest już jedna Polly Mishra. Wiedział, że Jezmeen nie cierpi być porównywana do aktorki, która przyćmiła ją od razu, gdy tylko pojawiła się na scenie.

Kiedy Stella zapisywała sobie nazwę kosmetyku, Jezmeen dyskretnie zerknęła na telefon. Przez ostatnie dwie minuty Rajni dzwoniła do niej aż trzy razy i wysłała SMS o treści: „WIESZ O TYM, że lecimy dziś wieczorem, prawda?”.

Serce Jezmeen na moment przestało bić. Prawie wypuściła telefon z ręki. Szybko odpisała siostrze: „JASNE, że tak. Właśnie kończę pracę i jadę prosto na lotnisko”.

Jak to się u diabła stało? Miały przecież lecieć w czwartek, a nie we wtorek. Mgliście pamiętała rozmowę z Rajni o tańszym locie w czwartek. „Co prawda jest o drugiej w nocy, ale to chyba nie problem” – stwierdziła Rajni. W tonie jej głosu było coś, co nie wiedzieć czemu zirytowało Jezmeen, więc powiedziała: „Nie wszyscy mają wakacje”; wtedy Rajni zabukowała wtorkowy lot.

A może Jezmeen tylko sobie wyobraziła, że Rajni dała za wygraną? Czasami prowadziła z nią wyimaginowane rozmowy, tak jak wcześniej z mamą – wolała to niż prawdziwe kłótnie. Z tych wymyślonych to zawsze Jezmeen wychodziła obronną ręką, jej oponentka zaś przepraszała, a czasami nawet błagała o przebaczenie. A więc jednak wylatywały dziś wieczorem. Wylatywały dzisiaj! Jezmeen będzie musiała zadzwonić do szefowej i powiedzieć, że wypadła jej ważna sprawa rodzinna.

– A jak się nazywa primer? – zapytała Stella.

– Po prostu primer – odparła Jezmeen. Niech to szlag. Nie pamiętała nawet, gdzie jest jej walizka.

– Ojej – westchnęła Stella, niechcący dziurawiąc kartkę ostrym czubkiem ołówka.

W rzeczy samej.

Na lotnisku w Melbourne chmara krewnych odprowadzała parę starszych Hindusów. Shirina patrzyła, jak cała ich grupa – przypominająca rój os – zmierza w kierunku odprawy bagażowo-biletowej.

– Myślisz, że wracają do domu? Czy lecą w odwiedziny? – zapytała.

Sehaj wzruszył ramionami.

– Bez różnicy. Odprawa dla wszystkich wygląda tak samo. – Przeglądał coś na telefonie. Shirina zerknęła na wyświetlacz. Cyferki i wykresy. Takie tam służbowe sprawy, mruknąłby pod nosem, gdyby zapytała, co go tak pochłonęło.

– Moim zdaniem raczej to drugie. Jak sądzisz? – zapytała, przyglądając się krewnym starszej pary.

– Nie wiem – burknął Sehaj.

– Próbuję tylko znaleźć jakiś temat do rozmowy – wyjaśniła i dopiero wtedy się ocknął.

Odłożył telefon i zatknął jej kosmyk włosów za ucho.

– Przepraszam – szepnął, przyciskając wargi do jej skroni.

Shirina przytuliła głowę do jego piersi. I pomyśleć, że to właśnie na zatłoczonym lotnisku zdołali wreszcie znaleźć chwilę intymności tuż przed jej wylotem. Przez ostatnich kilka dni towarzyszyło im głównie pełne napięcia milczenie. Zacisnęła powieki. Koszula Sehaja pachniała mieszanką wody kolońskiej i płynu do płukania poleconego przez jego matkę. Życie małżeńskie Shiriny pachniało świeżo wyprasowaną pościelą; była to pierwsza rzecz, na jaką zwróciła uwagę, gdy wprowadziła się do ich domu trzy lata temu. Sehaj pogładził ją po włosach. Przestraszyła się, że może się rozpłakać, więc szybko wyswobodziła się z uścisku i poczuła, jak coś ciężkiego przetacza jej się po stopie.

– Auć – jęknęła, cofając nogę spod kółek walizki. Kobieta, która ją za sobą ciągnęła, niczego nie zauważyła. Odeszła w kierunku bramki w szpilkach, które wyglądały, jakby dźgała nimi ziemię przy każdym kroku.

– Moim zdaniem mieszkają tutaj i tylko wyjeżdżają na wakacje – stwierdził Sehaj, wskazując głową na starszą parę. – Ich krewni wyglądają na bardzo zadowolonych.

– Ale dlaczego miałyby ich odprowadzać wszystkie dzieci i wnuki? – zastanawiała się głośno Shirina.

– Może to długie wakacje? – odparł Sehaj. – Albo mają tam dom, w którym spędzają kilka miesięcy w roku?

Przyjemnie byłoby uciec z Melbourne na kilka miesięcy. Po niebie każdego dnia przetaczały się szare chmury, zalewając miasto lodowatym deszczem. Żaden mieszkaniec Anglii nie pomyślałby, że w Australii może być zimno. Nawet Shirina nie chciała w to wierzyć, dopóki nie poślubiła Sehaja i się tam nie przeprowadziła. A teraz za każdym razem, gdy słyszała w wiadomościach o przetaczających się przez Europę w lipcu falach upału, wyglądała przez okno na śliskie, mokre drogi i gałęzie drzew uginające się pod silnym wiatrem i zastanawiała się, jak to możliwe.

– A tamci? – zapytał Sehaj, wskazując dwóch młodych mężczyzn. – Bracia? Najlepsi przyjaciele?

– Przyjaciele – odparła Shirina, zadowolona, że znowu się w to bawią. Podczas miesiąca miodowego, gdy utknęli na lotnisku w Stambule z powodu śnieżycy (było to kolejne miasto, którego Shirina nie podejrzewała o zimę, nie mówiąc już o śnieżycach), dla zabicia czasu wymyślali różne historie na temat obcych ludzi. Dwa i pół roku to nie tak długo, ale Shirina czuła, że musi przypomnieć Sehajowi tamten beztroski okres w ich życiu.

– Pamiętasz, jak wtedy w Stambule w końcu wsiedliśmy do samolotu i dostaliśmy miejsca za plecami pary hollywoodzkich szpiegów? – zapytała.

Oczy Sehaja rozbłysły.

– Oboje wyglądali jak gwiazdy filmowe i nie mogli oderwać od siebie rąk.

Przez cały lot całowali się i obmacywali. Shirina i Sehaj doszli do wniosku, że tych dwoje musi być w podróży poślubnej, chociaż swoimi publicznymi umizgami zdeklasowali resztę nowożeńców. Jednak później, tuż przed lądowaniem, zajęli miejsca w dwóch różnych rzędach i wysiedli z samolotu oddzielnie. Shirina i Sehaj patrzyli, jak każde z nich staje w innej kolejce do odprawy celnej, a później kochankowie rozeszli się w dwie różne strony, nawet na siebie nie patrząc. Kobieta poszła w kierunku metra, mężczyzna zaś został przy karuzeli bagażowej.

– To musieli być szpiedzy – stwierdził Sehaj, wielki fan thrillerów, których akcja rozgrywa się w czasach zimnej wojny.

Shirina spojrzała na zegarek. Niedługo będzie musiała się zbierać. Na tablicy odlotów pojawiły się nowe nazwy miast i godziny lotów, między innymi do Berlina i Dżakarty, Pretorii i Chicago – jednym słowem, mogła polecieć wszędzie. Cóż za elektryzująca myśl. Poczuła się tak, jakby znowu siedziała przed ekranem laptopa i przeglądała profile mężczyzn, z których każdy mógł się dla niej okazać przepustką do nowej, nieznanej przyszłości.

Sehaj cały zesztywniał, a Shirina poczuła, że żołądek zaciska jej się w supeł. Miała wrażenie, że mąż chce jej coś powiedzieć.

– Lepiej już pójdę – oznajmiła. – Obiecałam Jezmeen, że kupię jej parę rzeczy w sklepie wolnocłowym. – Było to drobne, niedoskonałe kłamstwo. Ile czasu upłynęło od ich ostatniej rozmowy? Gdyby nawet Jezmeen czegoś stamtąd potrzebowała, pewnie i tak nie powiedziałaby o tym młodszej siostrze.

– W porządku – odparł w zamyśleniu Sehaj. Wstali z miejsc, a on wziął jej walizkę. Hinduska rodzina wciąż tkwiła przed stanowiskiem odpraw, chociaż nigdzie nie było widać starszej pary. – Przepraszam – zwrócił się do nich, ale nawet nie drgnęli. – Przepraszam – powtórzył bardziej zdecydowanym głosem. Przesunęli się tylko trochę, zajęci rozmową. – Ludzie, dajcie spokój, przecież to lotnisko. Nie stójcie w przejściu – zirytował się Sehaj i dopiero wtedy zwrócili na niego uwagę. Shirina próbowała go wziąć za rękę, ale jej mąż zaczął przepychać się przez tłum, torując sobie drogę łokciami.

– Przepraszam – wymamrotała ze spuszczoną głową, chociaż też była poirytowana. Czar chwili bezpowrotnie prysnął.

Przytuliła męża w nadziei, że przestanie się złościć, ale jego ciało wciąż było napięte.

– Przepraszam, Sej – powiedziała wreszcie.

Jak to możliwe, że niektóre małżeństwa ciągle się kłócą? – zachodziła w głowę. Sama nie mogła sobie poradzić nawet z tym jednym konfliktem. Wolała przeprosić. Nawet jeśli nie zrobiła nic złego, było jej przykro z powodu całej tej sytuacji.

Nagle Sehaj wyciągnął coś z kieszeni. Shirina od razu poznała papeterię – sztywny kremowy papier najwyższej jakości – i pismo teściowej. Spojrzała na zapisane na kartce nazwisko i adres, po czym wlepiła wzrok w męża.

– Nie wolno ci wrócić do domu, dopóki tego nie zrobisz – powiedział Sehaj, wciskając kartkę w dłoń żony. Nie dał jej ani chwili na odpowiedź. Po prostu odszedł i zniknął w tłumie.

Rozdział 2

Dzień pierwszy: przylot do Delhi

Bądźcie cierpliwe. Indie to nie Londyn. Spaliny i tłumy na ulicach na początku was przytłoczą. Zawsze sobie żartowałyście, że mówię zbyt głośno i wszystko obracam w chaos. Kiedy dotrzecie do Indii, spróbujcie sobie wyobrazić, jak byście się poczuły, przenosząc się stamtąd do miejsca idealnie uporządkowanego, z szeregami domów równymi jak od linijki i pociągami, które nigdy się nie spóźniają. Chcę, żebyście zrozumiały, jak trudno było mi się przyzwyczaić do całej tej ciszy.

Rajni czuła nawracający ból głowy; miała wrażenie, że ktoś zaciska palce na jej czaszce. Nowo wybudowany hotel butikowy w Karol Bagh z jadalnią na patio nie miał nic wspólnego z chaosem Delhi, którego doświadczyły w drodze z lotniska – przepychającymi się tragarzami, taksówkarzem zmieniającym pas ruchu bez jakiegokolwiek poszanowania zasad bezpieczeństwa drogowego, dziewczętami w podniszczonych T-shirtach wyciągniętych do kolan, które omijały ryksze i dziury w ulicach z niemowlakami przycupniętymi na ich wąskich biodrach. Cóż to była za ulga dotrzeć do King’s Paradise Hotel w jednym kawałku! Wystarczyło jednak rzucić okiem na lobby, by zauważyć, że zdjęcia zamieszczone na stronie rezerwacyjnej mijają się z rzeczywistością – buty portiera zostawiały ślady w cienkiej warstwie poremontowego pyłu na podłodze, a z góry dobiegało głośne stukanie. Obsługa wyjaśniła im, że właściciel właśnie dopieszcza swój hotel. Tak jakby ich skruszone uśmiechy mogły zamaskować silną woń lakieru, od której Rajni rozbolała głowa. Zostały jednak zapewnione, że hotelowa jadalnia jest już „gotowa w stu procentach”.

Gdy tylko usiadły przy stoliku, Jezmeen zaczęła się naigrawać z menu. Wskazała na listę wymyślnych napojów, wśród których znajdował się „mrożony koktajl z mango i wanilią w towarzystwie bitej śmietany i owoców sezonowych”.

– Czy to nie jest po prostu wyszukana nazwa mango lassi? – zapytała. – A widziałaś to? „Mrożone latte z kurkumą, posypane cynamonem i wiórkami kokosowymi”. To przecież zwykłe haldi doodh z lodem i dodatkami, nie?

– Moim zdaniem brzmi nieźle – stwierdziła Rajni. Nie mogła uwierzyć, że w zeszłym tygodniu w Londynie narzekała na upały przy skromnych dwudziestu siedmiu stopniach Celsjusza. Tutaj było ich prawie czterdzieści, z nieba lał się piekielny żar. Jeśli mama chciała, by doceniły życie w Wielkiej Brytanii, to jej się udało.

Jezmeen czytała na głos informacje zawarte w menu:

– „Kawiarnia w hotelu King’s Paradise łączy tradycje Wschodu z wygodami Zachodu”. – Przewróciła oczami. – Czyli jest to hotel dla ludzi, którzy chcą się pochwalić, że byli w Indiach, ale bez kontaktu z indyjską kuchnią czy w ogóle kulturą.

– Czy możesz przestać? – odezwała się Rajni, już i tak rozdrażniona fałszywą reklamą na stronie hotelu. – Gdybym chciała zakosztować lokalnego kolorytu i zdecydowała się na trzygwiazdkowy hotel z małpami srającymi w lobby, nie dałybyście mi z Shiriną spokoju. – Dodała tę nieszczęsną Shirinę dla złagodzenia ciosu. Obie wiedziały, że ich najmłodsza siostra nigdy się na nic nie skarżyła.

Jezmeen nic nie odpowiedziała, tylko ponownie zajrzała do menu.

– „Nasze małpy mają nienaganne maniery i nigdy nie srają w lobby. Posiadają własne toalety wyłożone kafelkami zrobionymi przez miejscowych artystów zgodnie z ideą fair trade i podcierają sobie tyłki chusteczkami z organicznej bawełny ręcznie tkanymi przez niewidome zakonnice z Himalajów” – trajkotała jak najęta.

– Zamknij się wreszcie – powiedziała Rajni, chociaż przyjemnie się było rozluźnić. Przez cały lot odtwarzała sobie w głowie szokujące wyznanie Anila i to, co nastąpiło później: panikę, która odmalowała się na jego twarzy, gdy zemdlała, i całkowity brak skruchy po tym, jak doszła do siebie. „Zachowujesz się melodramatycznie!” – krzyknął i zabrzmiało to tak znajomo, że Rajni zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie cofnęła się w czasie do kłótni z mamą. Pokrzyczeli na siebie jeszcze trochę, zanim wreszcie Anil wyleciał z domu jak burza. Przez cały kolejny dzień Rajni i Kabir zamartwiali się o przyszłość swojego syna. Anil wrócił do domu raptem dwadzieścia minut przed ich wyjazdem na lotnisko i powiedział: „Wiecie, że nic nas nie rozdzieli, prawda?”. Przez chwilę Rajni myślała, że mówi o ich rodzinie, i prawie rozpłakała się z ulgi. Dopiero gdy zaczął się pakować, zrozumiała sens jego słów.

Znowu poczuła wzbierającą w żołądku panikę. Jej syn miał wkrótce założyć rodzinę ze swoją trzydziestosześcioletnią dziewczyną. Przycisnęła rękę do piersi i gwałtownie zaczerpnęła powietrza.

– Wszystko w porządku? – zaniepokoiła się Jezmeen.

– W jak najlepszym – odparła jej siostra.

Całe szczęście, że tu przyleciały. Niech Kabir spróbuje przemówić do rozsądku ich synowi – sama zrobiła wszystko, co mogła (głównie mdlejąc i krzycząc), i nic to nie dało. Wlepiła wzrok daleko poza ogrodzone hotelowe patio, w zasnute mgłą niebo. Z oddali dolatywał kiepsko zsynchronizowany chór samochodowych klaksonów. Powietrze cuchnęło paloną gumą. Jak to w Delhi. Na to akurat Rajni nie mogła nic poradzić, ale wolałaby już sobie nie dokładać problemów. Nie miała ochoty zapuszczać się w miasto, szczególnie po tym, co zdarzyło się, gdy była tu poprzednim razem z mamą. „Wiem, że ostatnio byłam w Indiach ponad dwadzieścia lat temu, ale rezerwacje na ostatnią chwilę kosztują krocie” – Rajni słyszała znaczący ton jej głosu w tej części listu. Mama potrzebowała dużo czasu, żeby odrobić straty po ich wyjeździe, a tym bardziej przebaczyć Rajni.

Z basenu korzystała akurat para młodych Europejczyków. Rzucały się w oczy złociste zakrętasy na bladych rękach kobiety świeżo ozdobionych mehndi3, gdy przecinała nimi wodę, tworząc pocztówkowe wyobrażenie wakacyjnej sielanki.

Rajni wyjęła z torebki plan podróży. Przepisała list mamy na komputerze i wydrukowała kopie również dla Shiriny i Jezmeen. Możliwe, że przesadziła – a przynajmniej na to wskazywała mina Jezmeen – ale podzieliła aktywności na trzy kategorie: duchowe, turystyczne i sentymentalne.

– Popsuła ci się maszynka do laminowania? – zapytała sucho Jezmeen, powiewając luźną kartką w kierunku siostry.

Rzeczywiście się popsuła, ale Rajni nie dała się sprowokować.

– Może byśmy to razem przejrzały?

– A nie lepiej zaczekać, aż Shirina się obudzi? Może mieć jakieś sugestie.

– To mama ustaliła plan podróży – przypomniała siostrze Rajni. – I tak nie możemy w nim niczego zmienić.

– Pewnie da się go trochę podrasować.

Rajni spiorunowała młodszą siostrę wzrokiem. Nie było mowy o żadnym „podrasowaniu”. Kiedy ostatnio Jezmeen próbowała zinterpretować wolę mamy po swojemu, prawie wpakowały się w poważne tarapaty – czyżby już o tym zapomniała? Nie. Jezmeen ze spokojem spojrzała na starszą siostrę. Dobrze wiedziała, co robi, obstając przy swoim.

– Chyba coś ci umknęło, Jesmeen…

– Czy możesz nazywać mnie Jezmeen? – zdenerwowała się nagle. – Z dźwięcznym zet w środku? Zmieniłam to w papierach już dwa lata temu, a ty wciąż jako jedyna mówisz na mnie „Jesmeen”.

– Postaram się pamiętać – odparła Rajni, chociaż wcale nie zamierzała się zbytnio starać. Uwielbiała imię Jesmeen; mama pozwoliła, żeby to ona je wybrała. Był to jeden z przywilejów jedenastolatki, której urodziła się młodsza siostra. Dwa lata temu Jezmeen przeszła kryzys po tym, jak stuknęła jej trzydziestka. Wysłała wtedy najbliższym przyjaciołom i krewnym maila z informacją, że zamierza oficjalnie zmienić imię. Rajni nie bardzo się tym przejęła – jej siostra uwielbiała takie dramatyczne gesty – była więc zdumiona, gdy Jezmeen naprawdę to zrobiła. Czy jedna litera w imieniu w ogóle stanowiła różnicę? – zastanawiała się Rajni, ale nie miała ochoty słuchać wyjaśnień siostry, którym na pewno towarzyszyłyby przewracanie oczami, dąsy i spojrzenia z gatunku: „nie masz o tym bladego pojęcia”.

Rajni wskazała jeden z punktów na planie wycieczki: Złota Świątynia, Amritsar.

– Jeśli mamy odbyć tę pielgrzymkę dla mamy, musimy przestrzegać jej wytycznych – spróbowała przekonać siostrę jeszcze raz.

– Rozumiem, co do mnie mówisz, ale uważam, że możemy do nich podejść elastycznie, jeśli na przykład nie będziemy chciały zbyt długo siedzieć w jednym miejscu i zamiast tego pojedziemy gdzie indziej.

– To nie jest taka wycieczka – upierała się Rajni.

Jezmeen zdjęła okulary przeciwsłoneczne z czubka głowy i założyła je sobie na nos. Odwróciła się tak, że Rajni widziała tylko jej profil – wydatne kości policzkowe i mały pieprzyk nad górną wargą. Ostatnio Rajni przyglądała się tak uważnie młodszej siostrze na pogrzebie mamy, kiedy siniak na policzku Jezmeen dopiero się goił. Teraz nie było już po nim śladu.

– Spędzimy mnóstwo czasu tylko we trzy – dodała Rajni.

Słysząc fałszywą wesołość w swoim głosie, cieszyła się, że może zobaczyć reakcję Jezmeen tylko w połowie. Powinny razem usiąść i porozmawiać o tym, co się wydarzyło podczas ostatnich godzin życia ich mamy – przeprowadzić spokojną i oczyszczającą dyskusję, skoro wreszcie nabrały do całej tej sprawy nieco dystansu. Kabir ostrzegał ją, że jest naiwna, jeśli sądzi, że pojednanie będzie rzeczą łatwą, ale jej zdaniem wszystko zależało od odpowiedniej atmosfery. Brzegi łagodnie obmywane przez wody otaczające Złotą Świątynię w Amritsarze znacznie bardziej sprzyjały szczerej rozmowie niż sieciowa knajpa Pret A Manger w Londynie – poza tym jak często wszystkie trzy znajdowały się w jednym miejscu, odkąd Shirina przeprowadziła się do Australii? Rajni usilnie dążyła do tego, żeby wreszcie się ze sobą pogodziły i ruszyły do przodu ze swoim życiem.

– Wiesz, że pielgrzymki nie są nawet wymagane w sikhizmie – zauważyła Jezmeen.

– Jestem tego świadoma – odparła ze spokojem Rajni. Nie pozwoli, żeby młodsza siostra zalazła jej za skórę. Akurat ona wiedziała, jak niewiele znaczą rytuały. Była nastolatką, kiedy tata umarł, a mama zaczęła odprawiać różne obrzędy, żeby poprawić sytuację ich rodziny. Rajni uważała szczęście i los za jedno i to samo: śmierć taty była nieszczęściem, ale mama widziała w niej część większego planu, do którego należało się przystosować.

Do stolika podszedł kelner. Młody, z błyszczącymi, nastroszonymi żelem włosami i plakietką z imieniem „Tarun”. Pewnie sądził, że Rajni nie zauważyła, jak jego wzrok spoczął na linii dekoltu obcisłego topu Jezmeen.

– Poproszę smoothie z awokado, limonką i kolendrą – powiedziała starsza z sióstr. Jezmeen nawiązała kontakt wzrokowy z Tarunem i się do niego uśmiechnęła.

– Przykro mi, proszę pani, ale ten napój jest niedostępny – odparł kelner.

– W porządku. – Rajni ponownie otworzyła menu. – W takim razie… o, to wygląda ciekawie. Brzoskwiniowo-truskawkowe daiquiri.

Tarun wyglądał na skrępowanego.

– Niestety, nie mamy w tym momencie truskawek.

– Nie szkodzi – zagruchała Jezmeen. Czy ona naprawdę musiała być taką flirciarą?

Rajni przejrzała pozycje w karcie.

– Poproszę to. – Wskazała na drinka, z którego żartowała wcześniej Jezmeen. Pod opisem widniało zdjęcie przedstawiające mrożony koktajl z mango i wanilią, z dodatkiem bitej śmietany i owoców sezonowych. – Ty też chcesz, Jezmeen?

– Nie, dziękuję. Wezmę tylko herbatę.

Kelner uśmiechnął się do niej promiennie.

– Mamy herbatę. Powtarzam zamówienie: raz herbata i raz koktajl z mango i wanilią. – Odszedł, zanim Rajni zdążyła go zapytać o owoce sezonowe.

Postanowiła zrobić jeszcze jedno podejście do tematu planu wyprawy.

– Musimy jutro wcześnie wstać, jeśli mamy się wybrać na poranną sewę do Bangla Sahib – stwierdziła.

Jezmeen nic na to nie powiedziała. Nagle zaczęła się intensywnie wpatrywać w wyświetlacz telefonu, marszcząc w skupieniu brwi. Po chwili się rozluźniła, ale i tak co jakiś czas zerkała na ekran.

– Masz już roaming? – zapytała Rajni. – Ja ciągle czekam. – Sprzedawca w kiosku na lotnisku zapewnił ją, że potwierdzenie danych zajmie mniej niż dziesięć minut, a tymczasem po prawie dwóch godzinach nadal nie mogła się połączyć z internetem.

– Korzystam z hotelowego wi-fi – odparła Jezmeen. – Co będziemy jutro robić?

– Przygotujemy i podamy langar4. – Był to jeden z głównych punktów na liście mamy, ale Rajni nie spodziewała się, by jej siostra ją przeczytała.

– A więc mama wysłała nas do Indii po to, żebyśmy zmywały gary – stwierdziła Jezmeen, unosząc wzrok znad telefonu. – Wpisanie tego punktu na listę sprawiło jej pewnie dużo radości: zmuszę córki, żeby zajęły się pracami domowymi, jak na grzeczne dziewczynki przystało.

– Mężczyźni też pomagają w świątynnej kuchni – zauważyła Rajni.

– Ale po powrocie do domu leżą do góry brzuchem, prawda?

Rajni przypomniała sobie Kabira i Anila rozpartych wygodnie w jednakowych fotelach i oglądających mecz piłki nożnej, gdy sama krzątała się wokół nich, czasami wciąż ubrana w służbową marynarkę i buty.

– Mmm – mruknęła, jak zawsze wtedy, gdy zgadzała się z kimś wbrew sobie.

Leżący na stole telefon Rajni zawibrował. Właśnie dostała wiadomość:

„Pani Rajni Shergill Chadha. Witamy w Indiach. Otrzymała Pani pakiet 2 MB internetu oraz darmowych połączeń na terenie Indii. Proszę zadzwonić pod ten numer w celu potwierdzenia swoich danych”.

– Nareszcie – powiedziała.

Po wpisaniu daty urodzenia i specjalnego kodu PIN Rajni połączyła się z operatorem, który poprosił ją o podanie ostatniej informacji w celu potwierdzenia jej tożsamości: nazwiska ojca. Przed wyprawą do Indii Rajni przez wiele lat nie wspominała nazwiska taty, ale tutaj wszyscy się go domagali. Musiała je wpisać w podaniu o wizę. Celnik zapytał o nie, nim pozwolił Rajni przejść przez bramkę, a teraz musiała powiedzieć, czyją jest córką, żeby skorzystać z roamingu. Nikogo nie obchodziło, że jej ojciec zmarł, gdy była nastolatką.

– Devinder Singh Shergill – powiedziała.

Operator wprowadził dane do systemu i po serii szybkich kliknięć i stuknięć w klawiaturę oznajmił, że Rajni może korzystać z usług sieci.

– Kiedy już zacznie wam działać roaming, powinnyście sobie z Shiriną ściągnąć aplikację FindMe – oznajmiła Rajni. – Dzięki lokalizatorowi GPS będziemy mogły się wzajemnie namierzyć. Korzystałam z niej podczas szkolnych wycieczek. – Co prawda aplikacja zużywała sporo transferu, ale dzięki temu Rajni nie pogubiła cudzych dzieci, więc w ogólnym rozrachunku zdecydowanie jej się to opłaciło.

Jezmeen wlepiła wzrok we własne paznokcie i zaczęła ogryzać jedną ze skórek.

– A po co nam to? – zapytała. – Przecież i tak ciągle będziemy razem. – W jej ustach zabrzmiało to jak wyrok.

– Indie to ogromny kraj – odparła Rajni. – Wielki i nieprzewidywalny. Łatwo się w nim zgubić.

– Czy nie po to ludzie przyjeżdżają do Indii? – spytała Jezmeen, ruchem głowy wskazując na parę Europejczyków pluskających się w basenie. Oboje leżeli na plecach, unosząc się na wodzie, i delikatnie przebierali w niej palcami u stóp. – Żeby się zgubić i odnaleźć na nowo?

„Aha, czyli znowu chcesz się kłócić”. Tak właśnie mówiła mama, kiedy któraś z nich jej się sprzeciwiła. Dawała im w ten sposób do zrozumienia, żeby nie przeciągały struny, niezależnie od tego, czy chodziło o późniejszą porę powrotu do domu czy kłótnię dla samej kłótni, w czym specjalizowała się Jezmeen. Rajni musiała się ugryźć w język za każdym razem, gdy Anil kwestionował jej zdanie, żeby nie wypowiedzieć tych samych słów.

Jezmeen pomachała do kogoś w oddali.

– Cześć, śpiochu.

Shirina weszła do foyer ubrana w olśniewający turkusowy kaftan i białe espadryle z paskami krzyżującymi się na jej szczupłych kostkach. Siedzące w kawiarni kobiety odwróciły się, żeby na nią popatrzeć. Rajni pomyślała, że na tym właśnie polega różnica między jej siostrami. Mężczyźni gapili się na Jezmeen i pożerali wzrokiem jej długie nogi; kobiety zwracały uwagę na szczegóły upodabniające drobniutką Shirinę do lalki – błyszczące włosy do ramion i bransoletkę dopasowaną kolorem do torebki.

A ten jej pierścionek! Rajni nie mogła od niego oderwać wzroku, jakby widziała go po raz pierwszy. Czy to możliwe, by diament Shiriny się powiększył? Jej ślubna obrączka z białego złota również błyszczała, ale pierścionek zaręczynowy przypominał coś, co ogląda się w wiadomościach po wyjątkowo owocnym dniu na wykopaliskach. Tandetny, pomyślała za pierwszym razem, chociaż wiedziała, ile były warte te wszystkie karaty. Oczywiście Shirina nic nie powiedziała; Rajni wpisała do wyszukiwarki hasło „pierścionki z wielkimi diamentami” i przeglądała zdjęcia tak długo, aż znalazła właściwy i sprawdziła jego cenę. Jeśli mężczyźni rzeczywiście wydawali na pierścionek zaręczynowy równowartość swojej trzymiesięcznej pensji, to znaczyło, że Sehaj świetnie zarabiał – ale o tym wszyscy wiedzieli od dawna. Dziedzic jednej z największych rodzinnych firm z branży nieruchomości w Australii nie będzie oszczędzał na biżuterii dla swojej narzeczonej.

– Odespałaś różnicę czasu? – zapytała Jezmeen.

– Już prawie – odparła Shirina. Kiedy usiadła przy stole, Rajni zauważyła sińce pod jej oczami. – Ładny hotel, Raj – pochwaliła ją Shirina, rozglądając się dookoła. – Tak tu cicho.

– Miło, że ktoś docenia moje starania – odparła Rajni, spoglądając znacząco na Jezmeen.

– Śliczny strój – skomplementowała Shirinę Jezmeen, ale Rajni zauważyła, że i ona badawczo przygląda się młodszej siostrze. Nawet jaskrawy kaftan nie zdołał zatuszować faktu, że siedziała ze zwieszonymi ramionami.

– Dzięki – odparła Shirina. – Pewnie będę potrzebowała trochę więcej czasu, żeby uporać się z jet lagiem, więc nie miejcie mi za złe, jeśli wymknę się na kolejną drzemkę.

– Pod warunkiem że jutro wstaniesz o świcie, by służyć w świątyni – wtrąciła Jezmeen.

– Tak wcześnie? – zmartwiła się Shirina.

– Jak zwykle przesadza – skwitowała słowa siostry Rajni. – O której wstaniemy, o tej będzie dobrze.

– Okej – zgodziła się Shirina.

– Ale nie później niż o dziewiątej – zastrzegła Rajni. – Co u ciebie, Shirino? Mało się udzielasz na Facebooku.

– Właściwie nie korzystam już z mediów społecznościowych – odparła Shirina ze wzruszeniem ramion.

Jako dyrektorka szkoły Rajni również za nimi nie przepadała, ale dzięki nim była w kontakcie z dawnymi znajomymi i od jakiegoś czasu zauważyła, że Shirina przestała aktualizować swój profil i wrzucać zdjęcia. Ostatnią aktywnością na jej wallu był post z kondolencjami od dawnej koleżanki ze szkoły zamieszczony dzień po pogrzebie mamy.

– Jak ci się układa w pracy?

– W porządku – odparła szybko Shirina. – Miałam ostatnio pełne ręce roboty. Cieszę się, że trochę odpocznę.

– Ach tak – bąknęła Rajni. To tłumaczyło cienie pod oczami. Czekała, aż Shirina powie coś więcej, lecz ona nachyliła się w stronę Jezmeen i wlepiła wzrok w jej piersi.

– Czy to nowy tatuaż, Jez? – zapytała.

Jezmeen pokiwała głową z szerokim uśmiechem. Pociągnęła za dekolt topu, odsłaniając czarną literę Z oplecioną winoroślą i kwiatuszkami. Na litość boską, pomyślała Rajni.

– Chciałam go sobie zrobić, odkąd oficjalnie zmieniłam imię, ale nie wiedziałam gdzie.

– Masz na myśli salon tatuażu czy miejsce na ciele? – zainteresowała się Shirina.

– Miejsce na ciele – uściśliła Jezmeen. – Nie chciałam, żeby zbytnio rzucał się w oczy, na przykład na przedramieniu. Później rozważałam bardziej intymne miejsca, takie jak wewnętrzna strona uda, ale wolałam, żeby był trochę bardziej widoczny.

– Wewnętrzna strona uda, auć! – jęknęła wymownie Shirina.

– To miejsce jest w sam raz – stwierdziła Jezmeen, nie poprawiając bluzki.

Rajni nie mogła się powstrzymać, żeby czegoś nie powiedzieć.

– Musisz być bardziej ostrożna, Jezmeen. – Wiedziała, jak to zabrzmiało, ale się tym nie przejmowała.

– Wszystkie narzędzia były sterylne. Poza tym korzystałam z usług tego samego tatuażysty co przy dwóch poprzednich.

– Chodziło mi o to, że powinnaś uważać na… – Rajni zaczęła pokazywać dekolt Jezmeen, a skończyła na całym jej stroju.

Jezmeen wyglądała na rozbawioną.

– Chyba nie myślisz, że spakowałam na tę podróż wyłącznie szorty i bikini? To przecież Delhi. Podobno przyleciałyśmy do Indii ze względów religijnych. Zabrałam też inne ubrania.

– Mam nadzieję – odparła Rajni.

Shirina sięgnęła po menu.

– Hmm, te soki wyglądają na orzeźwiające. – Dała znak kelnerowi, który przybiegł do nich w podskokach.

– Witaj ponownie, Tarunie – powiedziała Jezmeen z życzliwym uśmiechem. Jej tatuaż był teraz na widoku i na dodatek pochyliła się lekko do przodu, jeszcze bardziej eksponując głęboki dekolt. Rajni wiedziała, że siostra zrobiła to celowo, aby jej zagrać na nerwach.

– Poproszę oczyszczający sok marchwiowy z zielonym jabłuszkiem i nutką mięty – złożyła zamówienie Shirina.

– Przykro mi, proszę pani, ale niestety zabrakło nam marchewek – odparł Tarun.

– W takim razie wystarczy zwykły sok z jabłek.

Kelner wyglądał na szczerze zasmuconego.

– Muszę panią przeprosić, ale nie mamy w tej chwili żadnych owoców.

To z czego planowali przygotować smoothie z mango z dodatkiem owoców sezonowych? – pomyślała Rajni.

– W takim razie co macie? – wybuchła, podając kelnerowi menu. – Proszę mi pokazać.

Tarun pochylił głowę nad menu z tak napiętą miną, jakby kazała mu wyczarować wszystkie brakujące składniki napojów. Malujący się na jego twarzy wyraz skupienia skojarzył się Rajni z Anilem. Dawno nie widziała go tak bezbronnego. W okresie dojrzewania zaszła w nim jakaś zmiana, po której stał się pozornie twardy i cwany. Po tym, jak Rajni niechętnie zgodziła się, by jej syn zrobił sobie roczną przerwę od nauki, musiała mu powiedzieć, że jego codzienny strój złożony z bluzy z kapturem i workowatych spodni nie spodoba się żadnemu pracodawcy. „Jeśli nie będą mnie potrafili przyjąć takim, jakim naprawdę jestem, to ja nie przyjmnę ich oferty!” – odparł Anil. „Nie przyjmę!” – poprawiła go odruchowo Rajni i odeszła, a jej syn tylko się skrzywił i burknął: „Właśnie to powiedziałem”.

– Naprawdę nie wiem, co powiedzieć, proszę pani… – zaczął się tłumaczyć Tarun.

– Nic się nie stało – przerwała mu Jezmeen. – To nie twoja wina.

Tarun wymamrotał kolejne przeprosiny i odszedł.

– Doprawdy, Raj, musiałaś go tak zjechać? – zapytała Jezmeen.

– Przepraszam, ale kiedy dostaję menu, spodziewam się spisu tego, co naprawdę mogę zamówić, a nie listy życzeń.

– Ten chłopak bardzo się stara. Jesteśmy w Indiach. Przyhamuj trochę z oczekiwaniami. Nie zachowuj się jak jakaś kolonialistka. Tamte czasy dawno minęły.

– Myślisz, że możesz się tak po prostu wmieszać w tłum? Chciałabym zobaczyć, jak stąd wychodzisz w tym stroju, z toną makijażu na twarzy i tatuażem na piersi.

I już. Stało się. Nie wytrzymała nawet jednego dnia bez kłótni z Jezmeen. „Nie potrzebuję kolejnej matki, która będzie się mnie czepiać!” – krzyczała Jezmeen, gdy była nastolatką. Matki. W jej ustach to słowo brzmiało jak obelga.

Shirina miała talent do niemieszania się w ich sprzeczki. Rajni widziała, jak przygląda się parze Europejczyków, którzy wesoło chlapali się wodą w basenie, a później sięga po plan podróży.

– Może porozmawiamy o tym, co będziemy robić jutro? – zaproponowała.

– No właśnie – odparła Jezmeen, biorąc od niej plan, który zaczęła uważnie studiować. Rajni czytała tę rozpiskę już tyle razy, że znała ją na pamięć. – Miałam nadzieję odwiedzić przy okazji parę miejsc, ale to pewnie nie wchodzi w grę.

Rajni westchnęła.

– Gdzie konkretnie chciałabyś się wybrać, Jezmeen?

– W Goa odbywa się ciekawy festiwal muzyczny, a później chętnie zahaczyłabym o Bombaj po obejrzeniu tych wszystkich świętych przybytków. Bilety na południe są tanie jak woda.

„Poszusuję trochę po masywie Witosza w Bułgarii, a później poszwendam się parę dni po Sofii”. To zabawne, jak podobni do siebie byli pod tym względem Anil i Jezmeen. Rozprawiali o miejscach, w których nigdy nie byli, z rozbrajającym znawstwem i pewnością siebie.

Albo jak wtedy, gdy jej syn powiedział, że „zrezygnuje dla Daviny z tego wszystkiego”. Rajni aż się wzdrygnęła na wspomnienie tych słów. Co za głupek, powtarzała Kabirowi. Na jakiego idiotę wyrósł nasz syn. Przez całe życie starali się go popychać w stronę stabilnej przyszłości i stwarzać mu wszelkie szanse na odniesienie sukcesu. „A na pewno więcej szans niż w rodzinach wielodzietnych” powtarzali sobie przez lata, łagodząc ból wywołany tym, że nie mogli mieć więcej dzieci. Anil miał wszystkie dostępne środki, całą ich uwagę. I chociaż Rajni nie zawsze rozumiała swojego syna – dlaczego na przykład udawał chłopaka z ulicy, skoro wychował się w uroczym domu z epoki wiktoriańskiej w północnym Londynie? – nie spodziewała się, że aż tak bardzo zboczy z wyznaczonej przez nią ścieżki.

– Obawiam się, że moje plany również uległy niewielkiej zmianie – odezwała się Shirina, wskazując ostatni punkt na liście, wyprawę do Hemkund Sahib, gdzie miały rozsypać prochy mamy nad jeziorem Lokpal. – Miałam o tym napisać w mailu, ale doszłam do wniosku, że lepiej będzie powiedzieć wam osobiście.

– Ale o czym? – odezwała się Rajni.

Shirina wzięła głęboki wdech.

– To nic wielkiego. Nie miałam jeszcze okazji poznać dalszej rodziny Sehaja z Pendżabu. Wieki temu zgodziłam się odwiedzić ich wioskę pod koniec lipca.

Rajni wpatrywała się w nią bez słowa. Czy Shirina właśnie zakomunikowała im, że nie weźmie udziału w najważniejszej części pielgrzymki? Górska przeprawa miała być najbardziej wyczerpującym etapem ich podróży. Rajni nie po to wysyłała siostrom masę linków do stron poświęconych chorobie wysokościowej, żeby Shirina mogła się tak po prostu ze wszystkiego wymiksować.

– Bardzo mi przykro – powiedziała najmłodsza z sióstr.

– Ale to przecież najistotniejsza część naszej wyprawy. Przechowałam prochy mamy i przywiozłam je do Indii, że byśmy mogły wypełnić jej ostatnią wolę. Czy rodzina Sehaja nie może się z tobą spotkać parę dni później? – zapytała Rajni.

– To duża rodzina i wszystko już sobie zaplanowali. Jeśli w ostatniej chwili zmienię termin, będzie to kiepsko wyglądać.

W ostatniej chwili? Przecież planowały tę podróż od śmierci mamy w listopadzie. Rajni wreszcie mogła wygłosić najmłodszej siostrze wykład na temat priorytetów – przegapiła już jedną szansę, kiedy Shirina wróciła do Australii zaraz po pogrzebie mamy. Shirina spuściła wzrok jakby w oczekiwaniu na reprymendę.

Rajni przeniosła spojrzenie na Jezmeen. W niewielu sprawach się zgadzały, ale małżeństwo Shiriny zbliżyło je do siebie, choćby tylko powierzchownie. Dzieliły się obserwacjami na temat tego, jak ich młodsza siostra zatraciła się w nowej roli. W pierwszym roku ich małżeństwa, za każdym razem gdy Rajni wysyłała Shirinie wiadomość, ta pisała o Sehaju i jego rodzinie – biznesowych przedsięwzięciach i cudzych weselach. Jezmeen doniosła Rajni, że Shirina usunęła z portali społecznościowych wszystkie swoje zdjęcia w spódnicach przed kolano i te pochodzące z przyjęć, na których było widać kieliszki albo butelki z piwem.

Było to o tyle zadziwiające, że chociaż Shirina zawsze była posłuszna, Rajni nie widziała w niej materiału na konserwatywną hinduską żonę. Na studiach Shirina była na tyle ambitna, żeby latem odbywać staże w agencjach PR-owych, w których kiedyś chciała się zatrudnić, a po otrzymaniu dyplomu znalazła sobie dobrą pracę z przyzwoitą pensją. Rajni wiedziała, że na małżeństwa aranżowane decydowały się różne kobiety, niekoniecznie tradycjonalistki, które chciały się tylko zajmować domem i dziećmi, jednak bogactwo Sehaja wyzwoliło w Shirinie pewien rodzaj uległości. „Pierścionek zaręczynowy będzie kosztował sześciocyfrowo” – napisała Rajni w krótkim mailu do Jezmeen po zaręczynach Shiriny, na co Jezmeen odpisała: „OMG, poważnie?”. Rajni miała nadzieję, że wymienią porozumiewawcze spojrzenie z gatunku: co ona wyprawia? Jednak Jezmeen znowu była zajęta gapieniem się w komórkę. Nerwowo przesuwała kciukiem po ekranie, poruszając bezgłośnie ustami. Rajni miała ochotę wyrwać jej telefon z rąk i wrzucić go do basenu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Bezinteresowna służba, forma ćwiczenia duchowego (jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Otaczający świątynię basen, w którym zanurzają się sikhowie, wierząc, że święta woda zapewni im duchowe i materialne korzyści. [wróć]

Hinduski zwyczaj dekorowania dłoni i stóp wzorem ze sproszkowanych liści henny. [wróć]

Wspólny, bezpłatny posiłek w świątyni. [wróć]