Podnosząc kamienie - Sheri S. Tepper - ebook + książka

Podnosząc kamienie ebook

Sheri S. Tepper

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy ludzcy osadnicy przybyli na Ziemię Hobbsa, rdzenna inteligentna rasa Owlbritów była już niemal wymarła. Zanim odszedł ostatni z nich, kilka lat później, ludzie zdążyli częściowo poznać język, sposób myślenia i religię Owlbritów. Osadnicy uznali za naturalne, że zachowają ich ostatnią świątynię oraz znajdujący się w niej osobliwy posąg, który był ich Bogiem. Kiedy ten Bóg umarł – rozpadł się w proch z dnia na dzień – uznali za równie naturalne, że przygotują dla niego zastępstwo.

Maire Manone przybyła na Ziemię Hobbsa, by uciec przed surową patriarchalną religią Voorstodu, lecz Voorstod o niej nie zapomniał ani jej nie przebaczył. Ale mężczyźni, którzy przybywają na Ziemię Hobbsa, by znaleźć Maire i zabrać ją z powrotem do jej ojczyzny, nie wzięli w swoich planach pod uwagę Boga Ziemi Hobbsa…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 680

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Raising the Sto­nes

Copy­ri­ght © 1990 by Sheri S. Tep­per Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Bar­tosz Szpojda Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń Pro­jekt gra­ficzny serii, pro­jekt okładki oraz ilu­stra­cja na okładce: Dark Crayon

Nazwa serii: Van­rad Redak­tor serii: Andrzej Misz­kurka ISBN 978-83-68919-62-2 Numer: wyda­nie II/D0

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Cytat

Tonie kto pod­nosi wiel­kie kamie­nie

te kamie­nie dźwi­ga­łem ile star­czyło sił

te kamie­nie uko­cha­łem ile star­czyło sił

te kamie­nie – mój los.

Zra­niony swoją zie­mią

męczony wła­sną koszulą

ska­zany przez swo­ich bogów

– kamie­nie.

Jor­gos Sefe­ris, Mykeny (prze­kład Nikos Cha­dzi­ni­ko­lau)

Ziemia hobbsa

jeden

Bóg nosił imię Bon­dru Dharm, co, według lin­gwi­stów, któ­rzy pra­co­wali z Owl­bri­tami przed śmier­cią ostat­niego z nich, ozna­czało coś zwią­za­nego z połu­dniem. Naj­czę­ściej zga­dy­wano, że cho­dziło o Połu­dnie Odkryte, cho­ciaż niektó­rzy suge­ro­wali Połu­dnie Odna­le­zione bądź Połu­dnie Ogło­szone. Kiedy Zie­mię Hob­bsa zasie­dliła Spółka Spo­żyw­cza Hobbs Tran­sys­tem, żyła tam już tylko garstka Owl­bri­tów. Wkrótce zmarli wszy­scy poza jed­nym, więc utra­cono szansę na wyja­śnie­nie zna­cze­nia dźwię­ków, jakie wyda­wali.

Osad­nicy na Ziemi Hob­bsa, lubiący korzy­stać z pozo­sta­ło­ści języka Owl­bri­tów, nazy­wali Boga jego imie­niem, Bon­dru Dharm, cho­ciaż ci naj­bar­dziej prze­mą­drzali uży­wali okre­śle­nia Stary Bondy. Domem Boga była świą­ty­nia, wznie­siona w tym celu przez Owl­bri­tów, nie­wielki okrą­gły budy­nek, który miesz­kańcy Pierw­szej Osady utrzy­my­wali w porząd­nym sta­nie zgod­nie z wymo­gami Zespołu do spraw Przed­wiecz­nych Pomni­ków w Radzie Spraw Tubyl­czych.

Nikt dokład­nie nie pamię­tał, kiedy osad­nicy zaczęli skła­dać ofiary. Nie­któ­rzy twier­dzili, że rytuał się­gał cza­sów, gdy zmarł ostatni z Owl­bri­tów, ale nie poja­wiają się o nim żadne wzmianki w reje­strach z pierw­szych dwóch lat ist­nie­nia osady. Po raz pierw­szy wspo­mina się o nim w reje­strze z trze­ciego roku. Nato­miast nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ofiary były zale­cane przez samych Owl­bri­tów.

Każde słowo, które Owl­bri­to­wie wypo­wie­dzieli od chwili, gdy spo­tkali ich pierwsi osad­nicy, zacho­wano w postaci digi­fak­sów na komu­ni­ka­to­rach, a pod­czas nie­licz­nych zro­zu­mia­łych roz­mów z ostat­nim Owl­bri­tem poja­wiła się wzmianka doty­cząca skła­da­nia ofiar.

– Konieczne? – spy­tał lin­gwi­sta, opie­ra­jąc swoje zro­zu­mie­nie tego słowa na tłu­ma­cze­niu pocho­dzą­cym z urzą­dze­nia Alsense. Pyta­nie skie­ro­wano do ostat­niego żyją­cego Owl­brita w jego malut­kim okrą­głym domku nie­da­leko świą­tyni.

– Nie­ko­nieczne – wyskro­bał chra­pli­wym szep­tem Przed­wieczny za pomocą zakoń­czo­nych rogami macek. – Co jest konieczne? Życie? Konieczne do czego? Nie, ofiary nie są konieczne, tylko zale­cane. To jedna z dróg, wygoda, ser­decz­ność.

Ta odpo­wiedź, brzmiąca jak odgłos deli­kat­nie piło­wa­nego drewna, zajęła Owl­bri­towi mniej wię­cej trzy­dzie­ści sekund, ale kse­no­lin­gwi­ści spie­rali się o nią przez co naj­mniej trzy­dzie­ści lat. Wciąż dys­pu­to­wali na temat zna­cze­nia drogi, wygody i ser­decz­no­ści, a szkoła rekon­struk­cyjna upie­rała się, że deli­katne skro­ba­nie macek Przed­wiecz­nego tak naprawdę ozna­czało układ, styl życia i pocie­chę. Nie­za­leż­nie od rze­czy­wi­stego zna­cze­nia, już w trze­cim roku ist­nie­nia osady naka­zano co mie­siąc skła­dać ofiarę z kilku przy­po­mi­na­ją­cych myszy fer­fów, a rytuał z cza­sem sta­wał się coraz bar­dziej zło­żony za sprawą ozdob­ni­ków wpro­wa­dza­nych przez Tych. Jako że Vonce Djbo­uty zmarł w minio­nym roku, dziś pozo­stał już tylko jeden spo­śród Tych, Bir­ri­bat Shum.

Bir­ri­bat, który ostat­nio stał się bar­dziej jawny i natar­czywy niż zazwy­czaj.

– Mówię wam, że Bon­dru Dharm umiera – poin­for­mo­wał Sama­sniera Girata, Prze­wod­ni­czą­cego, wykrę­ca­jąc dło­nie i usta­wia­jąc kolana oraz łok­cie pod dzi­wacz­nymi kątami, przez co wyglą­dał jak nie­zgrabny ptak. – Sam, on umiera!

Młody Bir­ri­bat (który już nie był taki młody, ale nazy­wano go tak z przy­zwy­cza­je­nia) już od pew­nego czasu utrzy­my­wał, że Bóg umiera, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej nie gło­sił tego z takim naci­skiem.

Sama­snier Girat pod­niósł wzrok znad raportu doty­czą­cego plo­nów, już o kilka dni spóź­nio­nego, i znad zamó­wie­nia doty­czą­cego czę­ści do siew­nika, które następ­nego ranka musiało tra­fić do Cen­tral­nego Kie­row­nic­twa. Zmarsz­czył czoło z dyrek­tor­ską iry­ta­cją.

– Daj­cie mu kilka fer­fów.

Bir­ri­bat wyko­nał gest, pozor­nie nie­ma­jący żad­nego zna­cze­nia. Mach­nął lewą dło­nią i zaci­snął w powie­trzu prawą, jakby chwy­tał linę powie­wa­jącą na wie­trze. Ale naj­wy­raź­niej miało to jakieś zna­cze­nie dla niego, ponie­waż na koniec zło­żył dło­nie w modli­tew­nej pozy­cji i gło­śno prze­łknął ślinę.

– Pro­szę, Sam, nie rób tego. Nie mów o nim z takim lek­ce­wa­że­niem. To bar­dzo utrud­nia mi życie.

Sam zazgrzy­tał moc­nymi bia­łymi zębami, sta­ra­jąc się zacho­wać cier­pli­wość.

– Bir­ri­bat, poszu­kaj Sal. Powiedz jej, co cię tak obu­rzyło. Poroz­ma­wiam z nią o tym dziś wie­czo­rem.

Albo za tydzień, albo za rok. Bóg sie­dział w swo­jej świą­tyni od począt­ków osady, czyli już od około trzy­dzie­stu lat, i nie wyglą­dało na to, by cokol­wiek robił. Sam Girat widział to na wła­sne oczy, ponie­waż rów­nież spę­dzał czas w świą­tyni, głów­nie nocami, z oso­bi­stych powo­dów. Ale nie wie­rzył, by Bóg naprawdę był „żywy”, zatem myśl o tym, że może umrzeć, nie­szcze­gól­nie go nie­po­ko­iła. Mimo wszystko jako Prze­wod­ni­czący musiał brać pod uwagę, że to, o czym mówił Bir­ri­bat, może wywo­łać nie­spo­dzie­wane reak­cje pośród wier­nych, któ­rych było wystar­cza­jąco wielu w osa­dzie – we wszyst­kich jede­na­stu osa­dach.

Bir­ri­bat wyszedł i Sam po chwili zoba­czył jego kości­stą syl­wetkę na ulicy. Męż­czy­zna kie­ro­wał się w stronę cen­trum rekre­acji. Kiedy Sam ponow­nie pod­niósł wzrok, Bir­ri­bat i Sal razem zmie­rzali w prze­ciw­nym kie­runku, ku świą­tyni.

Salu­niel Girat, sio­stra Sama, która pra­co­wała na stałe jako ofi­cer w cen­trum rekre­acji, była zara­zem łagod­niej­sza i bar­dziej cier­pliwa od swo­jego brata. Poza tym lubiła Bir­ri­bata, a przy­naj­mniej uwa­żała chu­dego pie­ty­stę za oso­bli­wego i cie­ka­wego, a kiedy powie­dział jej, że Bóg umiera, zatro­skała się na tyle, by pójść to spraw­dzić. Podob­nie jak Bir­ri­bat zatrzy­mała się przed bramą świą­tyni i opłu­kała dło­nie wodą, a następ­nie przy­sia­dła na kamien­nej weran­dzie, by zdjąć buty, po czym uklę­kła przy wąskich drzwiach z kratą, wzięła całun z wie­szaka i owi­nęła nim głowę i ciało. Sal nie cho­dziła regu­lar­nie do świą­tyni, ale wystar­cza­jąco czę­sto widziała skła­da­nie ofiar, by wie­dzieć, co przy­stoi oso­bie, która wcho­dzi do środ­ko­wej kom­naty. Pomiesz­cze­nie przy­po­mi­nało komin o śred­nicy około czte­rech i wyso­ko­ści dzie­się­ciu metrów. Na kamien­nej plin­cie na środku stał Bóg, kawa­łek jakiejś mate­rii o roz­mia­rach czło­wieka i kształ­cie cebuli. Miał nie­bie­skawy kolor, a na jego powierzchni co jakiś czas poja­wiały się pającz­ko­wate roz­bły­ski świa­tła.

– Co on mówi? – wyszep­tała Sal.

– Że umiera – odpo­wie­dział cicho Bir­ri­bat.

Sal usia­dła na jed­nym z kamien­nych sie­dzisk przy kra­cie i zapa­trzyła się na poja­wia­jące się i zni­ka­jące świa­tła na powierzchni Boga. Kiedy ostat­nio tutaj była, ryt­miczne migo­ta­nie przy­po­mi­nało bicie serca. Świa­tła poja­wiały się przy zaokrą­glo­nej pod­sta­wie, stop­niowo prze­miesz­czały ku górze i gasły. Teraz widziała tylko oka­zjo­nalne roz­bły­ski, jasne punkty, z któ­rych tęsk­nie wycią­gały się w ciem­ność nitki podobne do paję­czych nóg.

– Umiera? Czy są o tym jakieś wzmianki w archi­wum?

Bir­ri­bat poki­wał głową, nie spusz­cza­jąc wzroku z Boga.

– Owl­bri­to­wie powie­dzieli lin­gwi­stom, że Bon­dru jest ostat­nim z Bogów, któ­rych kie­dyś było wię­cej. Tak mi się przy­naj­mniej wydaje.

Sal posta­no­wiła spraw­dzić to w archi­wum. Patrzyła jesz­cze przez chwilę, a następ­nie zosta­wiła Bir­ri­bata w obec­no­ści bóstwa, wyszła przez drzwi z kratą, odwie­siła całun, wło­żyła na weran­dzie buty i ruszyła pustą ulicą do biura brata, które oka­zało się rów­nie opu­sto­szałe. O tej porze dnia miesz­kańcy wio­ski byli na polach, nie licząc dzieci w szkole, nie­mow­ląt w żłobku oraz kil­korga spe­cja­li­stów takich jak Sal. Sam zapewne też się tam udał, by nad­zo­ro­wać pracę, a sie­dziba biura Dostaw i Admi­ni­stra­cji pozo­stała pusta, co wcale nie prze­szka­dzało Salu­niel. Mogła zro­bić wię­cej, gdy nikt jej nie prze­szka­dzał.

Archiwa Ziem­skie Hob­bsa znaj­do­wały się głę­boko w trze­wiach dobrze chro­nio­nego Cen­tral­nego Kie­row­nic­twa, daleko od innych zabu­do­wań, ale akta były dostępne dla osad­ni­ków za pośred­nic­twem ich oso­bi­stych komu­ni­ka­to­rów, takich jak model o wyso­kiej roz­dziel­czo­ści sto­jący na biurku Sama. Sal sta­nęła pomię­dzy krze­słem a biur­kiem i naka­zała urzą­dze­niu poszu­kać w archi­wach wszyst­kiego, co doty­czyło Bogów. Wkrótce jej oczom uka­zała się nie­koń­cząca się lista wyni­ków, słów i obra­zów, poczy­na­jąc od sta­ro­żyt­nych bóstw, takich jak Baal, Thor czy Zeus, któ­rych czczono w Kolebce Ludz­ko­ści, przez innych ludz­kich i nieludz­kich bogów, jakich napo­tkano bądź wymy­ślono w kolej­nych wie­kach.

– Bogo­wie Owl­bri­tów – rzu­ciła znie­cier­pli­wiona, a urzą­dze­nie wypluło w jej stronę malutką eks­plo­zję czer­wono-fio­le­to­wych fajer­wer­ków; w powie­trzu poja­wiła się nowa lista. Więk­szość punk­tów doty­czyła nud­nych nauko­wych prac, które zar­chi­wi­zo­wano od czasu zało­że­nia osady. One jej nie inte­re­so­wały. – Pier­wotne rela­cje – szep­nęła, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego wszystko zawsze udaje jej się dopiero za trze­cią albo czwartą próbą. – Autor­stwa Owl­bri­tów – dodała i mruk­nęła z zado­wo­le­niem, gdy jej oczom uka­zał się wywiad z Przed­wiecz­nym, który sie­dział nie­ru­chomo w kącie, niczym rzepa z deli­kat­nymi nóż­kami roz­po­star­tymi jak koron­kowa freza, naprze­ciwko bla­dego lin­gwi­sty oraz maszyny Alsense o iry­tu­jąco popi­sku­ją­cym napę­dzie. Wywiad nie był godny uwagi ze względu na kla­row­ność czy dra­ma­tyzm, ale kiedy obej­rzała go do końca, zro­zu­miała, że Bir­ri­bat miał rację. Przed­wieczny powie­dział, że ten Bóg, Bon­dru Dharm, był ostatni. „Tylko Owl­bri­to­wie trwają”, rzekł Przed­wieczny, dając lin­gwi­stom kolejny powód do spo­rów.

Wywiad nie pozwa­lał stwier­dzić, czy byli Bogo­wie wciąż ist­nieją, ale w Pierw­szej Osa­dzie znaj­do­wało się wystar­cza­jąco wiele pozo­sta­ło­ści innych świą­tyń – dwie z nich stały na wznie­sie­niu za pół­nocną gra­nicą, a dwie kolejne nie­da­leko świą­tyni Bon­dru Dharma – by móc domy­ślić się odpo­wie­dzi. Jako że jedna ze świą­tyń na pół­noc od osady była nie­mal kom­pletna, nie licząc dachu, logika wska­zy­wała, że przy­naj­mniej jeden z Bogów żył w nie­daw­nych cza­sach.

Sal nie dowie­działa się o tych ruinach z archi­wum. Dys­ku­to­wano o nich już od lat. Czy powinno się je znisz­czyć? Czy można było wyko­rzy­stać je do innych celów? Nie licząc tych naj­now­szych, cała reszta ruin miała postać zbu­rzo­nych zewnętrz­nych i wewnętrz­nych koli­stych ścian, niskich pozo­sta­ło­ści roz­cho­dzą­cych się pro­mie­ni­ście łuków, kilku frag­men­tów meta­lo­wych krat i szcząt­ko­wych mozaik. Nawet naj­now­sza świą­ty­nia nie miała dachu, drzwi, okien ani sie­dzeń w sali zgro­ma­dzeń, cho­ciaż podłużne pomiesz­cze­nie i tak nie nada­wa­łoby się dla ludzi. Zwa­żyw­szy na toczące się dys­puty, zaska­ku­jące było to, że ruiny w ogóle prze­trwały. Dwie budowle w środku osady zaj­mo­wały tereny, które z pew­no­ścią można było wyko­rzy­stać lepiej. Gdyby Bon­dru Dharm rze­czy­wi­ście umarł, dys­ku­sja nie­wąt­pli­wie roz­go­rza­łaby na nowo.

Sal pod­nio­sła wzrok znad nie­ru­cho­mych obra­zów w komu­ni­ka­to­rze i zoba­czyła swo­jego brata, który stał obok niej z obo­jętną miną, co było w jego przy­padku rzad­ko­ścią. Sam w kon­tak­tach ze świa­tem zazwy­czaj uśmie­chał się albo krzy­wił i marsz­czył czoło, upo­dab­nia­jąc się do gar­gulca, dzięki czemu był w sta­nie wydo­być odpo­wie­dzi od nawet naj­bar­dziej nie­chęt­nych i mało­mów­nych roz­mów­ców. W mil­cze­niu usiadł obok niej. Spra­wiał wra­że­nie zatro­ska­nego i cho­rego. Sal sły­szała ludzi kłę­bią­cych się na ulicy. Zamiast ciszy typo­wej przed zmierz­chem roz­le­gało się szu­ra­nie licz­nych stóp.

– Sam? – ode­zwała się. – Wyda­rzył się jakiś wypa­dek?

Nie odpo­wie­dział. Pode­szła do okna i zoba­czyła cichy tłum, który zgro­ma­dził się w dal­szej czę­ści ulicy, nie dokład­nie przed świą­ty­nią, ale z boku. Kilka setek męż­czyzn i kobiet, a także dzieci – prak­tycz­nie cała popu­la­cja osady. Na jej oczach w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób padli na kolana. Wykrzyk­nęła i rów­nież uklę­kła, ogar­nięta odbie­ra­ją­cym głos poczu­ciem straty. Nie była w sta­nie nawet jęczeć, mogła tylko klę­czeć, a potem nachy­lić się, dotknąć głową pod­łogi i wypro­sto­wać nogi, przy­wie­ra­jąc policz­kiem i całym cia­łem do ziemi, jakby chciała odci­snąć głę­boko w jej powierzchni swój kształt. Jakaś jej cząstka zda­wała sobie sprawę, że Sam jest obok, a wszy­scy miesz­kańcy na ulicy rów­nież leżą z twa­rzami w pia­sku i być może ni­gdy nie powstaną, ponie­waż Bon­dru Dharm wła­śnie umarł.

Następ­nego dnia, gdy nieco doszli do sie­bie, z Boga nic nie pozo­stało. Kiedy pierw­szy z osad­ni­ków zdo­łał wstać i wejść do świą­tyni, ołtarz, jeśli to w ogóle był ołtarz, był pusty i zaku­rzony. Bir­ri­bat wciąż znaj­do­wał się tam, gdzie zosta­wiła go Sal, w środ­ko­wej kom­na­cie, tylko że teraz leżał zwi­nięty na posadzce, pokryty drob­nym czar­nym pyłem, mar­twy.

Sam i kilka innych osób owi­nęli ciało Bir­ri­bata kocem i zanie­śli je na pół­nocną stronę mia­sta, w pobliże zruj­no­wa­nych świą­tyń, mimo że nie było tam miej­sca pochówku. Cmen­ta­rzy­sko znaj­do­wało się na wzgó­rzu na wschód od osady, ale ci, któ­rzy nie­śli ciało Bir­ri­bata, uznali, że jeden z Tych powi­nien spo­cząć bli­sko świą­tyni, nawet zbu­rzo­nej. Uło­żyli go w płyt­kim gro­bie, a ludzie wkrótce zaczęli mówić, że Bóg, umie­ra­jąc, zabrał ze sobą swo­jego tłu­ma­cza.

Naj­pierw wszy­scy w osa­dzie pozo­sta­wali bez­czynni przez osiem albo dzie­więć dni, ponie­waż nie byli w sta­nie nic robić. Ludzie wyru­szali na pole i zaraz wra­cali do domów kla­no­wych, gdzie wbi­jali wzrok w ścianę. Zaczy­nali goto­wać posiłki, ale po jakimś cza­sie kła­dli się na pod­ło­dze. Matki szły doglą­dać swo­ich dzieci, lecz nie docie­rały na miej­sce, a grupki mal­ców wyle­gi­wały się w ospa­łym bez­ru­chu. Nawet nie­mow­lęta nie pła­kały, nie spra­wiały wra­że­nia głod­nych i pra­wie się nie moczyły.

Dzie­sią­tego dnia ten stan zaczął mijać i ktoś zdo­był się na powia­do­mie­nie Cen­tral­nego Kie­row­nic­twa. W ciągu kilku godzin oko­lica zaro­iła się od tech­ni­ków medycz­nych i śled­czych, głodne nie­mow­lęta się roz­wrzesz­czały, a zrzę­dliwi doro­śli war­czeli na sie­bie nawza­jem.

– Czy to się stało także w jakimś innym miej­scu? – chciał wie­dzieć Sam.

Dra­pał się po bro­dzie, ocie­rał maź z kąci­ków oczu i czuł się tak, jakby nie spał od tygo­dnia. Wcze­śniej miał w zwy­czaju spo­ty­kać się co kilka wie­czo­rów z przy­ja­cie­lem, ale teraz uświa­do­mił sobie, że nie widział go od czasu tego wyda­rze­nia. To jesz­cze bar­dziej go roz­draż­niło i zanie­po­ko­iło.

– Czy cokol­wiek takiego stało się w jakimś innym miej­scu? – powtó­rzył gniew­nie.

– To jedyna osada wznie­siona na miej­scu wio­ski Owl­bri­tów – odpo­wie­działa udrę­czona główna tech­niczka, pobie­ra­jąc próbkę krwi. – Wszyst­kie inne ruiny Owl­bri­tów znaj­dują się na skar­pie. A zatem nie, nic takiego nie stało się w innych miej­scach.

– Czy macie jakiś pomysł, co wywo­łało to… przy­gnę­bie­nie? – Pamię­tał, że czuł się przy­gnę­biony i nie­wy­mow­nie smutny, cho­ciaż obec­nie był tylko nieco ner­wowy, a jego nogi drgały, jakby chciał uciec.

– Według jed­nej z teo­rii to coś roz­ta­czało wokół sie­bie rodzaj pola, do któ­rego wszy­scy się przy­zwy­cza­ili­ście. Może to było oddzia­ły­wa­nie che­miczne. Na przy­kład fero­mony. Mniej praw­do­po­dobne wydaje się pole elek­tro­ma­gne­tyczne. Cokol­wiek to było, kiedy znik­nęło, musie­li­ście się dosto­so­wać.

– To wszystko? – Samowi takie wyja­śnie­nie wyda­wało się nie­wy­star­cza­jące. Miał ochotę się o to pokłó­cić i powstrzy­mały go tylko roz­są­dek oraz dłu­gie doświad­cze­nie na sta­no­wi­sku Prze­wod­ni­czą­cego, który wię­cej się nauczył dzięki słu­cha­niu niż mówie­niu.

– To nie wystar­czy? Nie­któ­rych z nas zaj­mie to na dłuż­szy czas.

Sam nie potra­fił odpu­ścić.

– Czy pierw­sze ekipy bez­pie­czeń­stwa zna­la­zły jakie­kol­wiek pole? Prze­cież nikt nie sprze­ci­wiał się zało­że­niu tutaj osady, prawda? – Myśl, że mogło dojść do nie­do­pa­trze­nia, jesz­cze bar­dziej go draż­niła. Wziął głę­boki wdech i zapa­no­wał nad ner­wami.

Tech­niczka rów­nież sta­wała się nieco poiry­to­wana, co dało się wyczuć w jej uszczy­pli­wym tonie.

– Nikt nie miał ku temu powodu. Spraw­dzi­li­śmy wszyst­kie dane dostępne w archi­wum i nic nie zna­leź­li­śmy. Nikt nie zna­lazł tutaj niczego dziw­nego poza samym obiek­tem.

Sam wark­nął pod nosem.

Kobieta mówiła dalej, wyma­chu­jąc pal­cem.

– Jako że był on święty dla Owl­bri­tów, nasi zwierzch­nicy posta­no­wili, że nie będziemy go ruszać, a jedy­nie prze­ba­damy pod kątem radio­ak­tyw­no­ści oraz szko­dli­wych ema­na­cji, któ­rych nie stwier­dzono. Kiedy umarł ostatni z Owl­bri­tów, wasza wio­ska uzna­wała już Boga za maskotkę, a Cen­tralne Kie­row­nic­two miało waż­niej­sze pro­blemy niż ana­li­zo­wa­nie jakie­goś zwie­rzę­cia, warzywa czy mine­rału, które nikomu nie szko­dziły, a taka ana­liza mogłaby się komuś nie spodo­bać. Z tego, co wie­dzie­li­śmy, było to uni­ka­towe zja­wi­sko, a dopiero dzie­sięć dni temu zauwa­ży­li­śmy w nim coś oso­bli­wego.

Sam wzru­szył ramio­nami, co miało być próbą prze­pro­sin.

Tech­niczka wes­tchnęła.

– A skoro o oso­bli­wych spra­wach mowa, rozu­miem, że pocho­wa­li­ście ciało poza uzna­nym tere­nem pogrze­bo­wym. To kwe­stia zdro­wia publicz­nego, dla­tego pochó­wek należy powtó­rzyć.

Sam jak przez mgłę pamię­tał, że Bir­ri­bat został pocho­wany, ale nie pamię­tał, kto to zro­bił ani gdzie. Po krót­kich i bez­ce­lo­wych poszu­ki­wa­niach grobu przed­sta­wi­ciele ochrony zdro­wia dali za wygraną.

– Myśli pani, że naj­gor­sze już za nami? – spy­tał Sam.

– Jeste­ście w żało­bie – odpo­wie­działa. – Psy­cho­lo­go­wie twier­dzą, że cała osada zdra­dza jej objawy. Mimo że nie byli­ście świa­domi, jaką stratę ponie­śli­ście, wła­śnie tak wyglą­dało wasze zacho­wa­nie. Sądzę, że to już minęło. Bio­lo­go­wie plują sobie w brodę, że wcze­śniej nie prze­pro­wa­dzili badań, ale poza tym wszystko raczej wraca do normy.

Tech­niczce można było wyba­czyć. Wysła­wiała się tak, jak mieli w zwy­czaju medyczni spe­cja­li­ści, z pozy­cji wła­dzy. Czuła się w obo­wiązku pocie­szać innych, a jed­no­cze­śnie nie dopusz­czała żad­nych wąt­pli­wo­ści, wyjąt­ków ani świa­do­mo­ści ludz­kiej sła­bo­ści. Jak wielu medy­ków w histo­rii, bar­dzo się myliła.

Osoby odwie­dza­jące Zie­mię Hob­bsa po raz pierw­szy, przy­naj­mniej te, które przy­by­wały tam w ofi­cjal­nych spra­wach, zazwy­czaj uczest­ni­czyły w zaję­ciach zapo­znaw­czych orga­ni­zo­wa­nych w Cen­tral­nym Kie­row­nic­twie. Za ich pro­wa­dze­nie czę­sto odpo­wia­dał kie­row­nik pro­duk­cji Horgy Endure, ponie­waż dosko­nale sobie z tym radził, mimo że zaty­tu­ło­wał swoje zaję­cia szo­ku­jąco mało ory­gi­nal­nie: Wszystko o Ziemi Hob­bsa. Pew­nego ranka, wkrótce po śmierci Bon­dru Dharma (wobec któ­rego Horgy nie miał żad­nych zobo­wią­zań, więc go igno­ro­wał), pro­wa­dził szko­le­nie dla grupy zło­żo­nej z pię­ciu osób: dwóch inży­nie­rów z Phan­sure (phan­sur­scy inży­nie­ro­wie byli w Ukła­dzie wszech­obecni jak pchły na kocie i rów­nie uciąż­liwi, choć nieco łagod­niejsi) oraz naj­now­sze trio nie­koń­czą­cych się asy­sten­tek, ślicz­no­tek z Aha­baru, z któ­rych więk­szość była pozba­wiona mózgu. Inży­nie­ro­wie, spe­cja­li­ści od pro­jek­to­wa­nia robo­tów, wybie­rali się do Pierw­szej Osady, by spo­tkać się z Samem Gira­tem, a ślicz­notki miały zostać w Cen­tral­nym Kie­row­nic­twie i dowie­dzieć się, czego Horgy może ich nauczyć. Dwie już miały oka­zję poznać próbkę jego moż­li­wo­ści i chciały wię­cej.

Horgy zgro­ma­dził całą piątkę w Sali Kadro­wej wokół komu­ni­ka­tora, który wyświe­tlał osza­ła­mia­jące obrazy towa­rzy­szące jego dosko­nale przy­go­to­wa­nej pre­zen­ta­cji. Horgy lubił te kursy. Lubił słu­chać swo­jego głosu – głę­bo­kiego, cie­płego i pasu­ją­cego do jego zmy­sło­wych ust.

Kiedy się zebrali, komu­ni­ka­tor już uka­zy­wał ele­gancki model Układu, trzy malut­kie wewnętrzne pla­nety wiru­jące na swo­ich orbi­tach, następ­nie Thy­ker, Aha­bar, Pas i w końcu Phan­sure. Okro­jony model zawie­rał wszyst­kie oku­po­wane światy oraz więk­szość oku­po­wa­nych księ­ży­ców, ale nie zewnętrzne pla­nety, które się nie zmie­ściły, a poza tym nie były istotne dla tre­ści pre­zen­ta­cji. Horgy odchrząk­nął i model ustą­pił miej­sca holo­gra­ficz­nemu obra­zowi Pasa, mija­ją­cego Bounce i Peda­rię oraz kilka innych z pięt­na­stu tysięcy jego świa­tów. Komu­ni­ka­tor nie­po­trzeb­nie wska­zy­wał, że cho­ciaż nie­które z pla­net były zamiesz­kane, innym tylko nadano nazwy, a inne otrzy­mały numery i jesz­cze ich nie zba­dano. Więk­szość pla­net w Pasie była malutka, na kilku zna­le­ziono życie, nie­które miały wła­sną atmos­ferę, na innych wytwo­rzono ją sztucz­nie, prze­waż­nie umiesz­cza­jąc na orbi­cie potężne żagle sło­neczne, które gro­ma­dziły cie­pło nie­zbędne do wzro­stu roślin, by prze­kształ­cić je w pla­nety uprawne.

– Ten świat obec­nie nazy­wamy Zie­mią Hob­bsa – powie­dział Horgy, a komu­ni­ka­tor jak na zawo­ła­nie wyświe­tlił ciem­no­zie­loną kulę oto­czoną uko­śnym ciem­niej­szym pasem, nie­bie­ską na bie­gu­nach i poprze­ci­naną cien­kimi chmu­rami się­ga­ją­cymi od polar­nych oce­anów do rów­nika. – Bez­za­ło­gowy okręt badaw­czy The­osphes K. Pha­spe spo­rzą­dził jego mapę i pobrał próbki mniej wię­cej sześć­dzie­siąt lat temu. Jakieś dwa­dzie­ścia lat póź­niej, kiedy wza­jemne poło­że­nie orbit Phan­sure i nowo opi­sa­nej pla­nety spra­wiło, że stało się to eko­no­micz­nie opła­calne, na Ziemi Hob­bsa powstała osada zało­żona przez Spółkę Spo­żyw­czą Hobbs Tran­sys­tem pod kie­row­nic­twem Mysore Hob­bsa Pierw­szego.

– Mysore Pierw­szy zmarł w zeszłym roku – ode­zwał się star­szy z dwóch Phan­su­ryj­czy­ków do jed­nej ze ślicz­no­tek. – Cudowny sta­ru­szek. Teraz wszyst­kim kie­ruje Mysore Drugi.

Horgy przy­tak­nął z uśmie­chem, nie dając się wybić z rytmu.

– Z głów­nej sie­dziby Tran­sys­temu na Phan­sure wysłano okręt z czę­ściami nie­zbęd­nymi do zbu­do­wa­nia Wrót oraz zespo­łem tech­ni­ków.

Komu­ni­ka­tor uka­zał tech­ni­ków uwi­ja­ją­cych się jak pchły. Nowo zbu­do­wane Wrota migo­tały błę­kit­nym ogniem, gdy mate­riały budow­lane, ludzie i maszyny poja­wiły się na pasie trans­mi­syj­nym. Pre­zen­ta­cja holo­gra­ficzna poka­zała maszyny i ludzi wzno­szą­cych budynki Cen­tral­nego Kie­row­nic­twa – wieżę admi­ni­stra­cyjną, warsz­tat, maga­zyny, kwa­tery dla pra­cow­ni­ków i gości oraz kom­pleks rekre­acyjny – które rosły jak grzyby po desz­czu. Na szczy­cie budynku Admi­ni­stra­cji migo­tał na czer­wono i żółto napis: „ZIE­MIA HOB­BSA, osada rol­ni­cza Spółki Spo­żyw­czej Tran­sys­tem”.

– Budowa kom­pleksu Cen­tral­nego Kie­row­nic­twa trwała w naj­lep­sze, gdy ekipy bada­jące powierzch­nię pla­nety odkryły, że rze­komo nie­za­miesz­kany świat tak naprawdę był domem ludu Owl­bri­tów, przed­wiecz­nej rasy, z któ­rej tylko dwa­na­ścioro przed­sta­wi­cieli dożyło kon­taktu z osad­ni­kami.

Obrazy przed­sta­wiały malut­kie wio­ski, okrą­głe domki oraz grube, przy­po­mi­na­jące rzepy istoty, które z tru­dem prze­miesz­czały się na deli­kat­nych nogach.

– Tylko dwa­na­ścioro? – spy­tał Theor Close, star­szy z dwóch phan­sur­skich inży­nie­rów. – Naprawdę tylko dwa­na­ścioro?

– Zga­dza się – odrzekł Horgy sta­now­czo. – A przy­naj­mniej tylko tylu udało się odna­leźć. No i trzech albo czte­rech z ich Bogów, z któ­rych wszy­scy poza jed­nym natych­miast umarli.

– To smutne – stwier­dziła jedna z asy­sten­tek, smu­kła blon­dynka o nie­sa­mo­wi­tych rzę­sach. – Cho­ciaż nie są zbyt ładni.

Horgy posłał jej obez­wład­nia­jąco uro­czy uśmiech. Dzięki niemu prze­ko­nał do tej pory całe legiony asy­sten­tek – Horgy zawsze zatrud­niał kobiety – że są naj­cu­dow­niej­szymi isto­tami we wszech­świe­cie.

– To rze­czy­wi­ście było smutne – przy­znał drżą­cym gło­sem. – Ale masz rację, nie byli zbyt ładni.

– A więc co się stało z tą dwu­nastką oca­la­łych? – wtrą­cił się drugi inży­nier, Betrun Jun.

– No tak… – Horgy przy­po­mniał sobie, co mówił. – Dzięki wysił­kom czo­ło­wych filo­lo­gów i kse­no­lin­gwi­stów udało się usta­lić, że Owl­bri­to­wie nie tylko nie są nie­chęt­nie nasta­wieni do obec­no­ści ludzi na ich świe­cie, ale też cie­szą się z powsta­nia osady. Powie­dzieli, że zostało to prze­po­wie­dziane. Obie­cali im to ich Bogo­wie, a w ten spo­sób miała się speł­nić ich wola.

– To miło dla nas, ludzi – stwier­dził Betrun Jun i puścił oko do swo­jego towa­rzy­sza.

Horgy przy­tak­nął i kon­ty­nu­ował:

– Ostatni z Owl­bri­tów umarł mniej wię­cej pięć lat po zało­że­niu osady, ale ostatni z ich Bogów jesz­cze do nie­dawna pozo­sta­wał w sta­nie, który nazy­wano „życiem”.

– Dla­czego nic nie wie­dzia­łam o tych Owl­bri­tach? – spy­tała ciem­no­włosa człon­kini tria Horgy’ego, osza­ła­mia­jąco obda­ro­wana przez naturę młoda dama. – Nie sły­sza­łam o nich ani słowa.

– Wygląda na to, że niczego nie zbu­do­wali – odparł z namy­słem Theor Close. – Żad­nych dróg, pomni­ków ani miast.

– Niczego nie stwo­rzyli – dodał drugi z Phan­su­ryj­czy­ków. – Żad­nej sztuki, lite­ra­tury ani wyna­laz­ków. Co po sobie zosta­wili, Endure? Kilka zruj­no­wa­nych wio­sek?

Horgy, zbity z tropu, ale wdzięczny za zain­te­re­so­wa­nie, ponow­nie zebrał się w sobie i uro­czo uśmiech­nął.

– To w zasa­dzie wszystko. Z kosmosu te sku­pi­ska nie­wiel­kich budowli przy­po­mi­nają kra­tery po upadku mete­ory­tów i zapewne dla­tego począt­kowo je prze­ga­piono. Bada­cze zna­leźli dzie­się­ciu żywych Owl­bri­tów, miesz­ka­ją­cych poje­dyn­czo lub w parach pośród ruin na skar­pie. Odkryli jedną w więk­szo­ści zbu­rzoną wio­skę na rów­ni­nie, gdzie miesz­kali dwaj Owl­bri­to­wie, któ­rzy twier­dzili, że na nas cze­kali. „Cze­kali, aż ktoś się pojawi”, jak prze­tłu­ma­czyli lin­gwi­ści. Wła­śnie tam zało­żono Pierw­szą Osadę. Zamiesz­kała w niej dwójka kse­no­lo­gów, któ­rzy pozo­stali na miej­scu aż do śmierci ostat­niego Owl­brita. Czy­ta­łem, że ostatni z nich powie­dział jed­nemu z lin­gwi­stów, że obser­wo­wa­nie ludzi tak go cie­ka­wiło, że żył nad­spo­dzie­wa­nie długo.

– Zatem naprawdę nic po nich nie zostało – rzekł Theor Close. W jego gło­sie pobrzmie­wały zara­zem zachwyt i żal.

– Ruiny oraz kilka słów i zwro­tów, które prze­ję­li­śmy – przy­znał Horgy. – Nazwy miejsc i przed­mio­tów. Kril to jedna z miej­sco­wych ryb. Bon­dru ozna­cza połu­dnie. Nie­stety możemy się tylko domy­ślać brzmie­nia tych słów. Nie potra­fimy odtwo­rzyć dźwię­ków ich mowy.

– To dla­tego ni­gdy o nich nie sły­sza­łam – ode­zwała się bru­netka. – Znik­nęli, zanim się uro­dzi­łam. – Ton jej głosu wska­zy­wał na to, jak nie­istotne było wszystko, co wyda­rzyło się przed jej przyj­ściem na świat. Asy­stentki Horgy’ego czę­sto były zapa­trzone w sie­bie.

Tyle że miała rację. Owl­bri­to­wie, lud bar­dziej enig­ma­tyczny niż legen­darny, rze­czy­wi­ście znik­nęli, z czego zda­wali sobie sprawę miesz­kańcy Ziemi Hob­bsa. Kse­no­lo­go­wie w róż­nych miej­scach czy­tali lub pisali książki na ich temat, ale żadne ana­lizy nie wykra­czały poza prze­świad­cze­nie, że Owl­bri­to­wie kie­dyś żyli, ale już prze­stali ist­nieć.

Horgy zwró­cił się do inży­nie­rów:

– Zanim pój­dzie­cie poroz­ma­wiać z Samem Gira­tem w Pierw­szej Osa­dzie, kilka słów o geo­gra­fii Ziemi Hob­bsa… – Przy­wo­łał obrazy pofa­lo­wa­nych i nie­zwy­kle nud­nych rów­nin, by wró­cić na wła­ściwy trop.

Kiedy Sama­snier Girat, jego sio­stra Salu­niel oraz ich matka Maire przy­byli na Zie­mię Hob­bsa i po raz pierw­szy posta­wili stopę poza Wro­tami, a wiatr wie­jący na tym dziw­nym świe­cie zmierz­wił im włosy, matka Sama uklę­kła i dotknęła gruntu.

„Dzięki Bogu!” – wykrzyk­nęła Maire. „Nie ma tutaj żad­nych legend”.

Wypo­wie­działa te słowa z pewną fata­li­styczną satys­fak­cją, jak kobieta, która pakuje doby­tek i posta­no­wiła porzu­cić jakiś kło­po­tliwy przed­miot, cho­ciaż wie, że póź­niej będzie za nim tęsk­niła. Jej słowa, zbie­giem oko­licz­no­ści wypo­wie­dziane w chwili ich przy­by­cia, miały wagę pro­roc­twa, a całe to wyda­rze­nie wyda­wało się tak nace­cho­wane deter­mi­na­cją, że Sam ni­gdy go nie zapo­mniał. Nawet kiedy dorósł, wciąż pamię­tał dotyk wia­tru, woń powie­trza – którą zarówno wtedy, jak i póź­niej uwa­żał za pustą – udrę­czoną, ale piękną twarz matki pod ciemną chustką, jej cięż­kie buty obok jego drob­nych stóp sto­ją­cych na ziemi, oraz torbę, którą odsta­wiła, a w któ­rej znaj­do­wały się ich ubra­nia, lalka Sal i jego figurki wojow­ni­ków o imio­nach Gniew, Żelazo i Voor­stod, choć mama nie pozwo­liła mu zabrać bicza. Torba była poprze­cie­rana i popla­miona, miała skó­rzane troczki, a mama nio­sła ją aż z mia­steczka Sca­ery w Voor­stodzie na pla­ne­cie Aha­bar.

W dzie­ciń­stwie Sam zawsze uwa­żał legendy za coś, co porzu­ciła jego mama. Nie były czymś bez­u­ży­tecz­nym, jak zno­szone buty, tylko czymś nie­wy­god­nym, z czym trudno podró­żo­wać, być może cięż­kim, z wysta­ją­cymi gał­kami albo nawet kół­kami, ale i fascy­nu­ją­cym. Cho­ciaż sam ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał i z pew­no­ścią nie pytał o to Maire, zakła­dał, że jedną z tych nie­wy­god­nych rze­czy, które mama pozo­sta­wiła, był tata Sama, Phaed Girat. Nie miał pew­no­ści, czy kie­dyś będzie zdolny jej to wyba­czyć, czy może już to nie­świa­do­mie uczy­nił.

Maire dała Samowi wybór, jesz­cze w Voor­sto­dzie na Aha­ba­rze, w kuchni w Sca­ery, gdzie blask ognia wypeł­niał kąty cie­niami, a wszystko prze­ni­kała woń dymu. Sam nie pamię­tał cza­sów bez tej woni i bez zie­mi­stego zapa­chu bla­dych naro­śli na wil­got­nych ścia­nach. „Sal i ja wyjeż­dżamy”, powie­działa mama. „Możesz zostać z tatą albo poje­chać z nami. Wiem, że jesteś za młody, by pod­jąć tę decy­zję, ale muszę cię o to spy­tać. Sal i ja nie możemy tu zostać. Voor­stod to nie jest miej­sce dla kobiet i dzieci”.

Chciał zostać z tatą. Ta odpo­wiedź cza­iła się w jego krtani, lecz tam pozo­stała. Od uro­dze­nia dys­po­no­wał cechą uzna­waną przez nie­któ­rych za zwy­kłą nie­śmia­łość, a która w isto­cie była nie­ty­pową dla dziecka roz­trop­no­ścią. Czę­sto nie mówił tego, co przy­cho­dziło mu do głowy. Pra­gnął zostać z tatą, ale zda­wał sobie sprawę, że może nie prze­trwać, jeśli to zrobi. Tata raczej nie mógł mu pomóc w nauce czy­ta­nia, ugo­to­wać kola­cji albo uprać ubrań. Nie robił takich rze­czy. Tata wyrzu­cał go wysoko w powie­trze i łapał, pra­wie zawsze. Poda­ro­wał mu bicz i nauczył z niego strze­lać oraz prze­wra­cać za jego pomocą butelki. Nazy­wał go „jego sil­nym małym Voor­sto­dyj­czy­kiem” i nauczył go wołać „Gniew, Żelazo i Voor­stod”, gdy nad­cho­dzili pro­rocy, a wszyst­kie kobiety musiały się cho­wać w swo­ich poko­jach. Nie­stety zda­rzało się, że tata pra­wie go nie zauwa­żał i war­czał na niego jak jeden z niu­cha­czy przy­ku­tych za domem. W takich chwi­lach Sam myślał, że jego sta­ru­szek jest kimś innym, kto tylko nosi maskę taty.

Poza tym zasta­na­wiał się, czy po śmierci jego brata Maechy’ego – mama powie­działa, że nie żyje i ni­gdy nie wróci – mama nie będzie potrze­bo­wała syna, który się nią zaopie­kuje. Tata twier­dził, że nikt nie jest mu potrzebny. Ludzie Sprawy potrze­bo­wali tylko sie­bie i Wszech­mo­gą­cego, nie­za­leż­nie od tego, czy pier­wot­nie byli ludźmi Gniewu, Żelaza czy Voor­stodu.

Dla­tego Sam, roz­trop­nie i posłusz­nie, zapew­nił mamę, że dołą­czy do niej i Sal. Kiedy Maire powie­działa mu, że będzie musiał zosta­wić bicz, uznał to za swoją powin­ność, cho­ciaż ni­gdy nie był pewien, czy pod­jął wła­ściwą decy­zję, nawet gdy dorósł. Cza­sami śnił mu się tata. A przy­naj­mniej miał takie wra­że­nie, gdy się budził. Śnił także o dło­niach, które zakry­wały mu oczy, i gło­sie, który szep­tał: „Nie widzisz ich, Sammy. Ich tam nie ma. Nie widzisz ich”. Budził się wście­kły, że nie pozwo­lono mu zoba­czyć cze­goś waż­nego, że wybrał podróż do Ziemi Hob­bsa albo że tata z nimi nie poje­chał.

Ale pamię­tał tatę i domy­ślał się, dla­czego Maire zosta­wiła go razem z resztą legend. Tata był za ciężki, by go zabrać. Kiedy Sam wspo­mi­nał Pha­eda Girata, wła­śnie takim go widział: nie­zgrabny i ponury kształt pozba­wiony uchwy­tów. Ta myśl w pewien spo­sób doda­wała mu otu­chy. Skoro tatę tak trudno było prze­mie­ścić, to zapewne wciąż był w Voor­sto­dzie, gdzie Sam mógł go odna­leźć, gdyby kie­dyś go potrze­bo­wał. Voor­stod na Aha­ba­rze zawsze będzie w tym samym miej­scu, na wpół ukryte pośród mgieł, cuch­nące dymem i bla­dymi grzy­bami pora­sta­ją­cymi ściany.

Na Ziemi Hob­bsa – jak w więk­szo­ści miejsc w Ukła­dzie – dzieci miały wuj­ków, a nie ojców, i Sam musiał dora­stać pozba­wiony pie­czy star­szego męż­czy­zny. Cho­ciaż Maire miała braci w Voor­sto­dzie, żaden z nich nie miał zamiaru zdra­dzać Sprawy poprzez wypro­wadzkę z mia­sta. Sam uda­wał, że jego figurki wojow­ni­ków to ojciec i wuj­ko­wie. Sta­wiał je na sto­liku przy łóżku, gdzie mógł na nie patrzeć przed zaśnię­ciem. Gładko ogo­lony Gniew w san­da­łach i kami­zelce, z tar­czą i mie­czem, bro­daty Żelazo w powłó­czy­stej sza­cie i nakry­ciu głowy, z zakrzy­wio­nym ostrzem, oraz wąsaty Voor­stod w cięż­kich butach i z biczem przy pasie. Jego imię ozna­czało „Bicz Śmierci” i był naj­bar­dziej surowy z całej trójki. Sam uwa­żał, że jego ojciec cza­sami go przy­po­mi­nał.

Sam wyrósł na obo­wiąz­ko­wego i upar­tego chłopca, który zga­dzał się na wszystko, by unik­nąć kło­po­tów, ale potem i tak robił to, na co miał ochotę.

Był posłuszny, ale nie potulny, do tego pomy­słowy i pamię­tliwy. Cza­sem można było odnieść wra­że­nie, że kwe­stio­nuje wszyst­kie swoje dozna­nia. Jakby cukier nie był słodki, a ocet kwa­śny, i oba kryły w sobie jakiś inny smak. „Dobrze, ale…”, zda­wał się mówić, co iry­to­wało wszyst­kich wokół. Zacho­wy­wał się tak, jakby pod każ­dym dozna­niem i za każ­dym wyja­śnie­niem kryło się coś waż­niej­szego i bar­dziej donio­słego.

W wieku około dwu­dzie­stu lat cza­sami kładł się na łóżku i patrzył na nie­na­zwane gwiaz­do­zbiory, roz­my­śla­jąc o sobie, o tym, czym jest Zie­mia Hob­bsa i czy tam jest jego miej­sce. Osad­nicy roz­ma­wiali o roz­ma­itych świa­tach, zarówno praw­dzi­wych, jak i wyobra­żo­nych. Zie­mia Hob­bsa musiała być praw­dziwa, bo kto zada­wałby sobie trud, by wymy­ślić taki świat? Nikt. Była to nudna i mono­tonna pla­neta, nie­warta zachodu. Nie licząc kilku punk­ci­ków (drob­nych jak prysz­cze) o powierzchni kilku tysięcy mil kwa­dra­to­wych, czyli pól, gospo­darstw, win­nic i sadów, gdzie żyli ludzie, na tym świe­cie nie było żad­nych śla­dów ludz­kiej histo­rii ani przy­gód. Wznie­sione ludzką ręką mury nie wspi­nały się na niskie wzgó­rza, men­hiry nie ster­czały posęp­nie na skar­pach, malunki przed­sta­wia­jące zwie­rzęta nie hasały w świe­tle pochodni w jaski­niach, peł­nych cudów, tajem­nic i nie­bez­pie­czeństw, przy­wo­łu­jąc wizje strasz­li­wych pry­mi­tyw­nych cza­sów.

Oczy­wi­ście ludzie na Ziemi Hob­bsa ni­gdy nie byli pry­mi­tywni. Przy­byli przez Wrota z baga­żem opo­wie­ści, wspo­mnień i tech­no­lo­gii z innych miejsc. Przy­byli z nie­spo­koj­nego Aha­baru, opa­sa­nego morzami Phan­sure, mosięż­nego Thy­kera oraz roz­ma­itych księ­ży­ców. Przy­le­cieli jako cywi­li­zo­wani ludzie, cho­ciaż nie sta­no­wili jed­nego narodu, co mogłoby im zapew­nić wspólną toż­sa­mość, na jakiej zale­żało Samowi.

Tak naprawdę nie miało więk­szego zna­cze­nia, kto poja­wił się na pla­ne­cie. Na Ziemi Hob­bsa nie było żad­nych pomni­ków, wznie­sio­nych przez cywi­li­zo­wane bądź niecywi­li­zo­wane ludy. Nie toczono tutaj żad­nych bitew, nie poko­nano żad­nych wro­gów. Kra­jo­braz był nudny jak flaki z ole­jem, nie­ska­żony ludz­kimi zma­ga­niami, wyzuty z trium­fów.

Przy­naj­mniej tak Sam sobie powta­rzał, gdy leżał na swoim posła­niu i tęsk­nił za czymś wię­cej. Za czymś nie­na­zwa­nym.

Kilka lat póź­niej w pewien roz­gwież­dżony wie­czór poca­ło­wał Chinę Wilm przy zagro­dach dla dro­biu i uznał, że być może zna­lazł to, czego pra­gnął. Przy­glą­dał się nie­zna­nym emo­cjom, by powie­dzieć jej, co czuje. Nie potra­fił zna­leźć wła­ści­wych słów i obwi­niał o to Zie­mię Hob­bsa. Chciał zna­leźć poetyc­kie porów­na­nia, by opi­sać dotyk jej ust, które były jak jedwab i miały nie­spo­dzie­waną moc; szu­kał cudow­nych słów, by opowie­dzieć o nie­po­koju, który czuł w żołądku, pod­brzu­szu i umy­śle, ale nic na Ziemi Hob­bsa nie było tak burz­liwe ani zachwy­ca­jące.

– Sam, ona jest jesz­cze dziec­kiem! – wykrzyk­nęła mama, nie tyle prze­ra­żona, ile zaże­no­wana. China Wilm była dwu­na­sto­latką, a Sam miał dwa­dzie­ścia dwa lata.

Dobrze o tym wie­dział! Ale był gotów na nią zacze­kać! Obser­wo­wał jej roz­wój, odkąd była małym dziec­kiem. Wybrał ją! Nie miał zamiaru jej się narzu­cać, ale posta­no­wił, że nale­żała do niego, nawet jeśli nie zda­wała sobie z tego sprawy. Mimo led­wie dwu­dzie­stu dwóch wio­sen był gor­li­wym i elo­kwent­nym kochan­kiem, który miło­wał nie tylko cia­łem, ale także umy­słem. Dla­tego poca­ło­wał ją w nie­winny spo­sób, powie­dział tylko tyle, by ją zain­try­go­wać, po czym dał jej spo­kój – na razie – prze­ko­nany, że to utra­cone legendy tak go fru­strują. Był pewien, że pośród nich odna­la­złby wszyst­kie nie­zbędne porów­na­nia i przy­kłady. Gdyby miał oka­zję poroz­ma­wiać z tatą, z pew­no­ścią dowie­działby się od niego, jak to wszystko poukła­dać.

Nie­opatrz­nie powie­dział to wszystko Maire Giret. Kiedy tylko te słowa opu­ściły jego usta, zdał sobie sprawę, że nie powi­nien był ich wypo­wie­dzieć. Maire odwró­ciła się do niego ple­cami, a po chwili uświa­do­mił sobie, że się roz­pła­kała. Jej łzy zbiły go z tropu i spró­bo­wał napra­wić sytu­ację.

– Ale nie wszystko było złe w Voor­sto­dzie! Byłaś tam kimś waż­nym, prawda, mamo? Ludzie pytali, czy jestem z cie­bie dumny, byłaś sławna.

– Tylko dla nie­któ­rych – odrze­kła, ocie­ra­jąc oczy. – Dla nie­licz­nych.

– Dzięki swo­jemu śpie­wowi – cią­gnął, z tru­dem pod­trzy­mu­jąc roz­mowę, zasta­na­wia­jąc się, tak naprawdę po raz pierw­szy, dla­czego prze­stała śpie­wać.

– Tak. Wła­śnie dla­tego – odpo­wie­działa lek­ce­wa­żąco i zaci­snęła usta.

– Śpie­wa­łaś o miło­ści, mamo?

Zasko­czona, roze­śmiała się chra­pli­wie.

– O miło­ści, Sammy? O tak, śpie­wa­łam o miło­ści. Z miło­ści. Dla miło­ści.

– Czy w takim razie w Voor­sto­dzie ist­niały legendy o miło­ści?

Wykrzy­wiła kącik ust.

– Pro­rocy w Voor­sto­dzie mówili, że to, co ludzie nazy­wają miło­ścią, to zwy­kła żądza i należy nad nią pano­wać za wszelką cenę. Powia­dano, że kobiety pro­wo­kują tę nie­świętą żądzę i dla­tego powinny zasła­niać twa­rze oraz ciała i prze­by­wać w ukry­ciu. Męż­czyźni byli zbyt war­to­ściowi, by wysta­wiać się na takie pokusy. To, co my czu­ły­śmy, nie miało zna­cze­nia. Oni mogli para­do­wać z odsło­nię­tymi twa­rzami, ale my musia­ły­śmy się zakry­wać. Takie nauki nie pozo­sta­wiają zbyt wiele prze­strzeni na miło­sne pie­śni.

Jego mina powie­działa jej, że miał na myśli coś innego.

– O co cho­dzi, Sammy? – spy­tała.

– Muszę się dowie­dzieć! – wykrzyk­nął, cho­ciaż wcale tego nie pla­no­wał. – Muszę się dowie­dzieć… skąd pocho­dzimy.

Omal nie powie­dział „kim jestem”, powstrzy­mu­jąc się w porę. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata i męż­czy­zna w tym wieku z pew­no­ścią powi­nien wie­dzieć, kim jest. A on tak naprawdę nie był tego pewien. Pró­bo­wał zakła­dać różne maski, lecz żadna na niego nie paso­wała. Maire nie rozu­miała go na tyle dobrze, by mu to powie­dzieć.

– Skąd pocho­dzimy – powtó­rzył, uzna­jąc, że wła­śnie to miał na myśli.

Maire opo­wie­działa mu o swoim życiu w Voor­sto­dzie, o drob­nym ciem­no­skó­rym ludzie Gharm, który trak­to­wano jak nie­wol­ni­ków, a także o swoim mał­żeń­stwie z jego ojcem oraz powo­dach odej­ścia. Nim opo­wieść się roz­wi­nęła, na twa­rzy Sama poja­wiła się typowa dla niego oso­bliwa mina. Nie to chciał usły­szeć. Jej słowa spły­wały po jego uprze­dze­niach jak kro­ple desz­czu po liściu. Opo­wia­dała o Fess i Bitty, swo­ich dzie­cię­cych przy­ja­ciół­kach z ludu Gharm, ale nie na takich wspo­mnie­niach mu zale­żało. Prze­cież ni­gdy nie spo­tkał żad­nego Ghar­mij­czyka. Ode­pchnął od sie­bie ulotne wspo­mnie­nie dłoni zakry­wa­ją­cych mu oczy i wmó­wił sobie, że jej słowa nie opi­sują takiego Voor­stodu, jaki nosił w sercu.

Mimo wszystko w jakimś sen­sie przy­swoił tę opo­wieść. Póź­niej, kiedy prze­by­wał bar­dzo daleko od domu, wspo­mi­nał Fess i Bitty, jakby pocho­dziły z prze­czy­ta­nej histo­rii albo obej­rza­nej sztuki. Ale kiedy Maire mu o nich opo­wia­dała, po pro­stu jej nie słu­chał.

Mniej wię­cej cztery lata po ich pierw­szym poca­łunku China Wilm doj­rzała do praw­dzi­wej miło­ści. Miała szes­na­ście lat, co sta­no­wiło akcep­to­walny wiek na romanse oraz macie­rzyń­stwo pośród kobiet z Ziemi Hob­bsa. Sam miał dwa­dzie­ścia sześć lat i zdą­żył już doświad­czyć miło­snych uciech za sprawą licz­nych chęt­nych miesz­ka­nek osady. Nie dał Chi­nie Wilm szansy zwią­za­nia się z nikim innym. Ubó­stwiał ją z całych sił i China wkrótce uro­dziła mu syna, któ­remu nadali imię Jeopardy Wilm. W duchu Sam nazy­wał sie­bie jego ojcem, cho­ciaż nikt inny tak go nie okre­ślał. Jeśli ludzie w ogóle wspo­mi­nali o ich wza­jem­nej rela­cji, mówili, że Sam jest pro­to­pla­stą Jepa, ale nawet tego słowa nie uży­wano na co dzień. Jeżeli kobieta nie popeł­niła jakie­goś oczy­wi­stego głup­stwa, z gene­tycz­nego punktu widze­nia, nikogo poza nią nie obcho­dziło pocho­dze­nie dziecka. Tak było na Ziemi Hob­bsa, Phan­sure, Thy­ke­rze, a nawet w więk­szo­ści miejsc na Aha­ba­rze.

Nie­za­leż­nie od tego, jak nazy­wano rolę Sama, on dalej uwiel­biał Chinę Wilm, podzi­wiał ją i jej pożą­dał. Kłó­cił się z nią i awan­tu­ro­wał, aż pew­nego dnia jego mama wzięła go na bok i powie­działa mu, że naj­wy­raź­niej odzie­dzi­czył po ojcu okru­cień­stwo wobec kobiet, skoro nie chce zosta­wić dziew­czyny w spo­koju.

– Przy­ła­pa­łam ją na pła­czu – powie­działa Maire. – Zresztą nie pierw­szy raz. Spy­ta­łam, co się stało, a ona odpowie­działa, że to przez cie­bie. Wyznała, że nie wie, czego od niej pra­gniesz! Powie­dzia­łam, że nie jest jedyna, ponie­waż ja też mam z tobą ten sam pro­blem, ale przy­naj­mniej już dawno prze­sta­łeś mnie nękać! Zaak­cep­tuj ją taką, jaka jest, albo zostaw w spo­koju, chłop­cze. Nie jeste­śmy w Voor­sto­dzie, gdzie można zamę­czyć kobietę na śmierć, a potem ją pobić za to, że pła­cze. Jesteś na Ziemi Hob­bsa i jesteś jej winien cho­ciaż odro­binę sza­cunku!

Zigno­ro­wał to, co powie­działa o Voor­sto­dzie, ale uważ­nie wysłu­chał całej reszty. Nie zda­wał sobie sprawy z tego, jak jest uciąż­liwy. Czuł się tak bli­sko zwią­zany z Chiną Wilm, jakby ona była czę­ścią niego i mogła mu pomóc lepiej zro­zu­mieć sie­bie. Chciał dzięki niej poznać to, co było dla niego zagadką, zna­leźć swoje miej­sce w świe­cie i pora­dzić sobie z tęsk­notą, którą wzbu­dzała w nim Zie­mia Hob­bsa. Cza­sami ogar­niało go surowe uczu­cie, niczym młode wino, które drażni pod­nie­bie­nie, a cza­sami dozna­wał pustki, jakby pró­bo­wał połknąć wiatr. Myślał, że jeśli spło­dzi dziecko, poczuje, że stał się czę­ścią Chiny i Ziemi Hob­bsa, ale tak się nie stało. Syn Chiny Wilm był tak sil­nie zwią­zany z kla­nem Wil­mów, że Sam Girat poczuł się jesz­cze bar­dziej zagu­biony i wyob­co­wany.

To wszystko w jakiś spo­sób łączyło się z legen­dami, które porzu­ciła jego matka, i z ojcem, który został w Voor­sto­dzie. „Maire to wszystko zosta­wiła, ale ja nie!” – krzy­czał do swo­ich myśli w domu braci, tłu­kąc pię­ściami w ścianę jak roz­gnie­wany trzy­la­tek. Wie­dział, że nawet jeśli będzie deli­kat­niej trak­to­wał Chinę, to ni­gdy nie zostawi Jepa, choćby tego wyma­gał zwy­czaj. Zna­lazł spo­sób na przy­po­do­ba­nie się chłopcu!

Udał się do archi­wum, z cał­ko­wi­cie nie­win­nymi zamia­rami, i popro­sił o bajki dla dzieci. Posta­no­wił, że zosta­nie gawę­dzia­rzem, a to bez­pieczne hobby pozwoli mu zaba­wiać naj­młod­szych, nikogo przy tym nie obra­ża­jąc. Jed­nak w archi­wum nie prze­cho­wy­wano opo­wie­ści dla dzieci. To, co jedna kul­tura uzna­wała za wła­ściwe dla nie­let­nich, dla innych mogło być zaka­zane. Archi­wum pod hasłem „bajki” prze­cho­wy­wało całe morze epo­sów i sag o wład­cach i włó­czę­gach, potwo­rach, woj­nach, kru­cja­tach i wypra­wach. Oczom Sama uka­zały się nie­zli­czone mity, histo­rie, dra­maty i kro­to­chwile, od któ­rych zakrę­ciło mu się w gło­wie. Nie przy­szłoby mu do głowy, by odwie­dzić archi­wum w poszu­ki­wa­niu legend, któ­rych pra­gnął, ale je tam odna­lazł. Wszyst­kie. Co do jed­nej.

Na jakiś czas zanu­rzył się w archi­wum, żył i śnił tym, co tam zoba­czył, nasią­kał tą wie­dzą i pły­wał w niej jak ryba. Zna­lazł liczne ojczy­zny i ojców, z któ­rych więk­szość była bogami, hero­sami i kró­lami. Uznał, że wła­śnie tym powi­nien być ojciec: bogiem, hero­sem, kró­lem!

Zwłasz­cza jedna legenda zro­biła na nim wra­że­nie, zupeł­nie jakby sam ją napi­sał. Pewien król wybrał się w podróż i spło­dził syna. Ze szlach­cianką, ponie­waż herosi nie zada­wali się z pospól­stwem. Potem ruszył w dal­szą drogę. Kobieta ani dziecko nie mogły zakłó­cić jego misji, więc zako­pał miecz i parę wła­snych butów pod cięż­kim kamie­niem i powie­dział matce chłopca, że kiedy jej syn sta­nie się wystar­cza­jąco silny, by dźwi­gnąć ten kamień, będzie mógł zabrać miecz i buty, a następ­nie wyru­szyć na poszu­ki­wa­nie ojca. Syn z cza­sem nabrał krzepy, zna­lazł buty i miecz, a potem także ojca i swoje prze­zna­cze­nie.

Prze­zna­cze­nie! Los! Cel życia waż­niej­szy od zwy­kłej egzy­sten­cji, który jest jak dale­kie świa­tło lśniące na mrocz­nej górze! Jego serce pod­po­wia­dało: „Wesp­nij się na nią”. Każdy oddech pod­po­wia­dał: „Znajdź je”. Prze­zna­cze­nie wzy­wało Sama Girata. Wie­dział o tym, zupeł­nie jakby jakaś wyrocz­nia wyszep­tała mu to do ucha. Ta opo­wieść trak­to­wała o nim. Pod wpły­wem nagłego olśnie­nia, które spa­dło nań jak grom z jasnego nieba, zro­zu­miał, że Phaed Girat wcale nie chciał wypu­ścić go z rąk. Gdzieś tam krył się kamień, pod nim spo­czy­wała tajem­nica, która mogła pozwo­lić mu wró­cić do domu, gdzie cze­kał na niego tata.

To nic, że Sam nie był skrę­po­wany i mógł w dowol­nej chwili wybrać się do Voor­stodu. Osad­nicy nie byli nie­wol­ni­kami, mogli swo­bod­nie opusz­czać pla­netę. Dla Sama „powrót do domu” ozna­czał coś wię­cej. Dla niego zna­cze­nie tej opo­wie­ści było jasne i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Jej nie­lo­gicz­ność czy­niła ją jesz­cze pew­niej­szą i bar­dziej intry­gu­jącą. Oczy­wi­ście, że ta histo­ria była nie­lo­giczna. Oczy­wi­ście, że była dzi­waczna. Legendy były oso­bliwe, a przezna­cze­nie nie musi kła­niać się logice. Sam ni­gdy nie sły­szał słów credo quia absur­dum est, które cza­sami cyto­wali Wybitni Uczeni, ale w mig pojąłby ich zna­cze­nie.

Cho­ciaż ta kon­kretna histo­ria była naj­lep­sza, Sam wkrótce doszedł do wnio­sku, że wszyst­kie histo­rie tak naprawdę są jedną opo­wie­ścią. Wszyst­kie legendy są jedną legendą. A u pod­staw każ­dej z nich znaj­duje się potrzeba bądź pyta­nie skła­nia­jące kogoś do wyru­sze­nia w drogę, na któ­rej cze­kają nie­bez­pie­czeń­stwa i radość. Wszy­scy boha­te­ro­wie szu­kają jed­nego: swo­ich ojców, nie­śmier­tel­no­ści, dobra, wie­dzy albo kom­bi­na­cji tych cudów, a ich odna­le­zie­nie jest ich prze­zna­cze­niem. Na poszu­ki­wa­nie nie­mal zawsze wyru­szają męż­czyźni, co rów­nież wiele nauczyło Sama i potwier­dziło jego wcze­śniej­sze opi­nie doty­czące Maire i Chiny. Nie ma sensu zada­wać kobie­tom pew­nych pytań, ponie­waż nie są zain­te­re­so­wane odpo­wie­dziami. One po pro­stu nie rozu­mieją tych spraw!

Póź­niej Sam wie­lo­krot­nie wybie­rał się na dłu­gie spa­cery po ska­li­stych tere­nach na pół­nocy, gdzie prze­su­wał głazy, wie­rząc, że pod jed­nym z nich jego ojciec mógł ukryć miecz, buty albo jakiś inny przed­miot. Robił to nawet wtedy, gdy uświa­do­mił sobie, że „kamień” i „miecz” mogą mieć zna­cze­nie sym­bo­liczne. Robił to, cho­ciaż wie­dział, że Phaed Girat ni­gdy nie posta­wił stopy na Ziemi Hob­bsa. W świe­cie cudów Phaed mógł prze­cież posłać kogoś, kto latał mię­dzy pla­ne­tami. Dla­czego nie mia­łaby to być prawda? Ta zdol­ność wyni­kała z mocy ojca, herosa, króla, któ­rzy mogli uczy­nić nie­moż­liwe moż­li­wym.

Jeopardy Wilm miał kuzynkę, Sobotę, córkę sio­stry jego matki, Afryki Wilm, która zaczerp­nęła to imię z czę­ści archi­wum doty­czą­cej Kolebki Ludz­ko­ści. Tego języka już nikt nie uży­wał. Osad­nicy cza­sami wybie­rali dawne imiona z uwagi na ich zna­cze­nie, a cza­sem z powodu ich brzmie­nia. Afryka Wilm wybrała Sobotę ze względu na brzmie­nie, a także dla­tego, że była to część serii słów, które mogła wyko­rzy­stać dla piątki albo szóstki dzieci, które pla­no­wała mieć. Afryka póź­niej dodała do tej listy trzech chłop­ców i kolejną dziew­czynkę. Przy­pa­dły im imiona od Wtorku do Piątku, a potem uznała, że piątka pociech wystar­czy.

Od wcze­snego dzie­ciń­stwa Sobota śpie­wała. Nawet jako nie­mowlę świer­go­tała jak pta­szek. Na Ziemi Hob­bsa było nie­wiele istot przy­po­mi­na­ją­cych ptaki i żadna z nich nie potra­fiła ład­nie śpie­wać, więc Sobota nie miała kon­ku­ren­cji w walce o funk­cję głów­nej śpie­waczki osady. Afryka oznaj­miła suro­wym tonem swo­jej córce, że ta ma dar, na który sama nie zapra­co­wała, dla­tego powinna ciężko pra­co­wać także w innych dzie­dzi­nach i wyko­rzy­sty­wać talent, by dawać szczę­ście innym.

Sobota solid­nie przy­kła­dała się do wszyst­kiego i jed­no­cze­śnie śpie­wała, a kiedy miała około dzie­się­ciu lat, poznała Maire Girat, która, choć już się tym nie zaj­mo­wała, kie­dyś była uznaną śpie­waczką. A przy­naj­mniej tak twier­dziło wielu osad­ni­ków, nawet ci z Phan­sure czy Thy­kera. Wielu z nich znało pio­senki Maire Manone, gdyż takie nazwi­sko nosiła w Voor­sto­dzie. To Maire nauczyła Sobotę oddy­chać, zmie­niać powie­trze w lśniącą kolumnę ema­nu­jącą z płuc, bez naj­mniej­szej pauzy, i budzić nuty do życia. To Maire Girat nauczyła dziew­czynkę ozda­biać pio­senki try­lami, gamami i sko­kami, dzięki czemu jej głos pły­nął jak woda.

Zostały przy­ja­ciół­kami – wysoka, wymi­ze­ro­wana, bar­czy­sta, mil­cząca kobieta i drobna, gada­tliwa, fry­wolna dziew­czynka. Spę­dzały razem mnó­stwo czasu. Sobota zada­wała pyta­nia, a Maire odpo­wia­dała powol­nym, rze­czo­wym gło­sem o szorst­kich, kudła­tych kra­wę­dziach.

– Dla­czego już nie śpie­wasz, Maire? – spy­tała Sobota pew­nego dnia. Chciała zadać to pyta­nie już od dawna, ale zawsze coś ją powstrzy­my­wało. Wraż­li­wość lub skru­pu­la­tyzm pod­po­wia­dały jej, że odpo­wiedź sprawi kobie­cie ból.

– Nie mogę – odpo­wie­działa Maire ze smut­kiem. Nie chciała roz­ma­wiać z tym rado­snym dziec­kiem o Fess i Bitty ani o nawie­dza­ją­cych ją nie­gdyś snach o wiel­kich hym­nach roz­brzmie­wa­ją­cych mię­dzy gwiaz­dami. Muzyka kie­dyś bez­u­stan­nie miesz­kała w jej umy­śle. Kiedy muzyka umarła, Maire opu­ściła Voor­stod, ale nie chciała o tym opo­wia­dać.

– Tutaj nie ist­nieje nic z tego, o czym śpie­wa­łam, dziecko – odparła. – Śpie­wa­łam o wzbu­rzo­nych morzach i strze­li­stych górach. Tutaj zie­mia przy­po­mina dzie­cięcą pia­skow­nicę, jest gładka. O czym mogła­bym śpie­wać?

Sobota uwa­żała, że nie bra­ko­wało dobrych tema­tów. Cho­ciaż wszy­scy powta­rzali, że Zie­mia Hob­bsa jest nudna, ona uwa­żała ją za piękną. Bar­dzo pro­stą i pospo­litą, ale wła­śnie dla­tego tak atrak­cyjną.

– W Voor­sto­dzie zbie­rają się mgły, które two­rzą nie­wiel­kie prze­strze­nie, gdzie­kol­wiek sta­niesz – wyja­śniła Maire. – Jeśli dziew­czyna ma kochanka, mogą spa­ce­ro­wać sami, szczel­nie otu­leni, jakby na świe­cie nie było nikogo poza nimi. Kobiety mogą zdej­mo­wać całuny i cało­wać swo­ich uko­cha­nych, ryzy­ku­jąc dla miło­ści, ponie­waż w każ­dej chwili z nieba może opaść wiatr, roz­wiać mgłę i nagle wszystko znów się ukaże – potworne kamie­nie, czarne i wyso­kie, oraz morze, w któ­rym słońce odbija się jak w potęż­nym lustrze. Wszystko staje się zie­lone, błę­kitne i złote – łąki, góry i morze – a kochan­ko­wie muszą czmych­nąć. Wła­śnie o tym tam śpie­wa­łam.

– Tylko o tym? O kochan­kach we mgle? – W gło­sie Soboty pobrzmie­wało nie­do­wie­rza­nie.

Maire się zamy­śliła. Kochan­ko­wie byli fik­cją. Kobiety nie śmiały robić takich rze­czy, a męż­czyźni nie byli gotowi nara­żać w ten spo­sób swo­jego życia, ale miło było przez chwilę uda­wać, że to prawda. Kłam­stwo zmie­niło się w gorycz w jej krtani i wypluła je w postaci prawdy.

– Okła­muję sie­bie i cie­bie, dziecko. Nie śpie­wa­łam o kochan­kach. Śpie­wa­łam o śmierci. Kiedy umarł mój synek Maechy, napi­sa­łam pio­senkę. Nosiła tytuł Ostat­nia skrzy­dlata istota i opo­wia­dała o aniele Nadziei, który przy­cho­dzi do Sca­ery, by spy­tać, czy wezwa­łam go tak, jak wezwa­łam inne anioły. Nadzieja była ostat­nią skrzy­dlatą istotą.

Sobota popa­trzyła z zachwy­tem w jej przy­mru­żone oczy.

– Co się wyda­rzyło? W tej pio­sence?

– To, co zawsze się dzieje w Voor­sto­dzie. Anioł umarł, tak jak pozo­stałe anioły. Miłość, Radość, Pokój, wszyst­kie są mar­twe. Voor­stod oddy­cha śmier­cią, tak zawsze powta­rza­ły­śmy jako kobiety. A skoro umarła nadzieja, nie mogłam już dłu­żej śpie­wać, więc wyje­cha­łam.

– Jak ona brzmiała, Maire? Tamta pio­senka?

– Nie mogę jej zaśpie­wać. Ostat­nie słowa brzmiały: „…poca­łuj mnie, mały, żegnaj, mój mały, chodź ze mną, a wyru­szymy”.

Sobota pokrę­ciła głową, wyraź­nie zasko­czona.

– Nie rozu­miem.

– Kobiety z Voor­stodu to rozu­mieją. Opusz­czamy Voor­stod od stu­leci. Kiedy jeste­śmy gotowe, gdy już powia­do­mi­ły­śmy naszych mężów, że odcho­dzimy, a oni nas wyśmiali z nie­do­wie­rza­niem, gdy spa­ko­wa­ły­śmy wszystko, co damy radę udźwi­gnąć, i wypła­ka­ły­śmy oczy, mówimy „poca­łuj mnie” do naszych synów i mężów, „żegnaj” do nich i do wszyst­kich przy­ja­ciół oraz zmar­łych dzieci, a potem „chodź za mną” do mal­ców i córek, które zabie­ramy ze sobą. Poże­gna­łam się ze swoim synem Maechym, który zgi­nął z ręki Voor­stodu. Naka­za­łam Samowi i Sal, żeby poszli ze mną. To była moja ostat­nia pieśń. Ni­gdy wię­cej nie zaśpie­wam.

Na Ziemi Hob­bsa nastaje noc, róż­niąca się, choć nikt tego nie podej­rzewa, od wszyst­kich innych nocy. Szep­cze o cią­żach bli­skich roz­wią­za­nia, o potwor­nych skrzy­dla­tych praw­dach, zwi­nię­tych w łonie cie­nia, goto­wych wybuch­nąć. Takie noce nie potrze­bują księ­życa, ponie­waż roz­świe­tla je ich wła­sny spo­kój.

Sam, który ma już dwa­dzie­ścia osiem lat, nie może zasnąć. Ciem­ność two­rzy nama­calne cie­nie tęt­niące moż­li­wo­ściami. W taką noc można wypo­wie­dzieć słowo. Można wyznać prawdę. Coś może się wyda­rzyć. Sam tej nocy nie ma ochoty prze­py­chać gła­zów ani świe­cić pod nie malutką latarką w poszu­ki­wa­niu sekre­tów. Ma już tego dosyć. Dla­tego rusza na wschód, poza teren osady, a potem z powro­tem, szu­ka­jąc nie­zna­nego, wędru­jąc wzdłuż pól, na któ­rych małe zagłę­bie­nia w ziemi lśnią sre­brzy­ście w bla­sku gwiazd, a uprawy wycią­gają się w górę, mam­ro­cząc coś, zupeł­nie jakby były rozumne. Wszystko efek­tow­nie błysz­czy, jakby z nieba zstą­pił obłok cudów. Nie­wi­dzialna ręka pro­wa­dzi jego stopy, miękko stą­pa­jące po ścież­kach, któ­rych Sam nie mógłby dostrzec w świe­tle dnia. Gwiazdy obra­cają się nad nim i two­rzą potężne koła świa­tła, a on czuje ich obroty, jakby to były ele­menty sil­nika. Sam Girat prze­mie­rza noc potęż­nymi kro­kami i wraca do Pierw­szej Osady wkrótce przed świ­tem, nie pozo­sta­wiw­szy za sobą ani odro­biny snu.

Nie­da­leko stoi świą­ty­nia Bon­dru Dharma, mała i ciemna, wydaje z sie­bie odgłos przy­po­mi­na­jący dysze­nie, prze­cią­głe wzdy­cha­nie, deli­katne jak oddech smacz­nie śpią­cego dziecka. Powie­trze unosi się w budynku, przy­no­sząc chłód. Bóg przy­siadł w kolum­nie wzno­szą­cego się powie­trza, oblany świa­tłem. Wła­śnie takim zapa­mię­tał go Sam – ta wizja nagle do niego powraca, cho­ciaż nie był w świą­tyni od lat – i ogar­nia go czuły sza­cu­nek, a może tylko zacie­ka­wie­nie włó­częgi, zmie­nia­jące się w coś przy­po­mi­na­ją­cego sym­pa­tię.

Drzwi świą­tyni otwie­rają się łatwo, nie­mal same. Wklę­sła posadzka nie sta­nowi zagro­że­nia. Sam znaj­duje drzwi z kratą i kuca przed nimi. Wbija wzrok w ciem­ność, wypa­tru­jąc świa­teł, bla­dych gwiaz­do­zbio­rów ognia, które poja­wiają się w dol­nej czę­ści ciała Boga i stop­niowo się wzno­szą, po czym zni­kają w ciem­no­ści. Świa­tła płyną w górę, jakby prze­mie­rzały nie­skoń­czony kosmos.

Samowi opa­dają powieki. W nogach czuje wie­lo­ki­lo­me­trową wędrówkę. Prze­ko­nuje sie­bie, że odpocz­nie tylko kilka minut, a potem wróci do domu braci. Po chwili zwija się w kłę­bek niczym robak w orze­chu na posadzce pokry­tej mozaiką, opiera głowę na musku­lar­nej ręce, pod­wija nogi i zasy­pia jak bez­władny kociak, pod­czas gdy świa­tła Boga pul­sują i gasną, pul­sują i gasną, pul­sują i gasną.

Powie­trze się unosi. Noc zbiera się w mroczne fałdy, jak sieć, którą za chwilę ktoś zarzuci na świat. Na jej kra­wę­dziach kryje się świa­tło świtu napie­ra­jące na hory­zont. Kiedy Sam budzi się i wstaje, drobne macki peł­za­jące mię­dzy kamie­niami łasko­czą jego ciało, a on ze zdzi­wie­niem zauważa obec­ność; wyczuwa ją, zanim jest w sta­nie ją zoba­czyć albo usły­szeć. Coś roz­to­pio­nego i zło­tego roz­grzewa powie­trze w świą­tyni jak roz­pa­lony kok­sow­nik.

– Spo­koj­nie tutaj – odzywa się ta obec­ność.

Sam widzi herosa i od razu go roz­po­znaje. Heros lśni, jakby coś roz­świe­tlało go od środka, brą­zowy pło­mień, prze­świ­tu­jący przez krótką tunikę i tań­czący wokół san­da­łów i mie­cza. Na posadzce obok niego, jakby nie­opatrz­nie porzu­cony, leży złoty hełm z her­bem, który pło­nie jak małe słońce.

– Teze­usz – wzdy­cha Sam, a jego głos zmie­nia się w modli­twę. – Tutaj!

– A dla­czego nie? – pyta heros z ser­decz­nym uśmie­chem, łagod­nie prze­krzy­wia­jąc głowę, a jego oczy świecą. – Przy­by­łem, by wycią­gnąć do cie­bie bra­ter­ską dłoń. Szu­ka­łeś mnie, prawda?

Sam chwi­lowo nie pamięta. Nie przy­szło mu do głowy, żeby pro­sić o pomoc Teze­usza, ale w tej samej chwili przy­znaje, że być może pra­gnął… czy­jejś pomocy. Zatem dla­czego nie Teze­usza?

– Naprawdę? – szep­cze i zasta­na­wia się, czy to nie sen. Uznaje, że wyszedłby na gbura, gdyby odmó­wił hero­sowi, nawet jeśli tylko go wyśnił. – Oczy­wi­ście, że tak.

– Jak już mówi­łem… – cią­gnie heros, krą­żąc po moza­ice pod łukami – …tutaj jest spo­koj­nie, ale nudno. Moż­li­wo­ści przy­gód są ogra­ni­czone. Naj­bliż­sza oko­lica nie napeł­nia zachwy­tem, nie jest maje­sta­tyczna, nie budzi żad­nych emo­cji poza apa­tią. Nie ma tutaj kanio­nów, urwisk, jaskiń. Nie macie ban­dy­tów, despo­tów, Pro­kru­stów, któ­rzy by was ukształ­to­wali…

– Wszy­scy jeste­śmy ukształ­to­wani – pro­te­stuje Sam, docho­dząc do sie­bie. Uświa­da­mia sobie, że tylko słu­cha z sze­roko otwar­tymi ustami i nie bie­rze udziału w tym, co się dzieje. – O tak, wszy­scy jeste­śmy ukształ­to­wani! Mamy miej­sce tylko na nie­które zwy­czaje i postawy. Kon­struk­tyw­ność. Nie­za­wod­ność. Uczci­wość i solid­ność. Nie mamy miej­sca na eposy, sagi ani legendy – beł­ko­cze, zasko­czony tym, że wcale nie jest zasko­czony. Widzi herosa. To nie jest wyobra­że­nie, złu­dze­nie ani holo­gram. Kiedy wyciąga rękę, dotyka ciała, skóry i metalu. Kiedy pociąga nosem, czuje pot. Oczy­wi­ście może mu się śnić, że dotyka i czuje… – Wszy­scy jeste­śmy ukształ­to­wani! Psy­cho­lo­gicz­nie! – wykrzy­kuje. – Przy­cięto nam wszyst­kie legendy. Jak gałę­zie z drzewa.

– Czyli wasze życie stało się nudne – pro­wo­kuje heros z uśmie­chem, lekko z niego kpiąc. – Nudne, Sama­snie­rze Gira­cie. Czyż nie? Masz ochotę na wyprawę, nie­praw­daż? Zapewne tak samo jak kie­dyś ja. W końcu jeste­śmy pobra­tym­cami. Towa­rzy­szami. Przy­by­łem, żeby ci pomóc.

– Pomóc?

– Pod­nieść kamień. Zna­leźć san­dały, dzier­żyć miecz. Zna­leźć ojca.

– Ale ja wiem, gdzie on jest…

– Ja też wie­dzia­łem, gdzie jest mój ojciec. Co nie zna­czy, że łatwo było tam dotrzeć. Na dro­dze stało mi wiele prze­szkód. Musia­łem się pozbyć wielu zło­czyń­ców. Doko­nać wielu boha­ter­skich czy­nów. A kiedy to wszystko robi­łem, poja­wiały się kobiety, które podą­żały za mną, lgnęły do mnie. Trzeba na nie uwa­żać…

– Jak to uwa­żać?

– Kobiety są pod­stępne.

– Tak. – Sam uświa­da­mia sobie, że heros wła­śnie zdra­dził mu wielką mądrość. – To prawda.

– Nie rozu­mieją męż­czyzn. Cza­sami udają, że jest ina­czej, ale naprawdę ich nie rozu­mieją – dodaje Teze­usz, a jego głos słab­nie. – Nie postrze­gają świata tak, jak my go widzimy…

Sam kiwa głową, wie­rząc w te słowa, cho­ciaż nie jest pewien, co boha­ter ma na myśli.

– Potrze­bu­jesz pasa, Samie Gira­cie – szep­cze heros. – Nie będziesz miał do czego przy­pa­sać mie­cza, gdy go znaj­dziemy.

– Nie odchodź! – wykrzy­kuje Sam, zauwa­ża­jąc, że syl­wetka boha­tera staje się wątła i mgli­sta. Wyciąga rękę i dotyka cze­goś gąb­cza­stego, nie­rze­czy­wi­stego.

– Wrócę – odpo­wiada heros szep­tem. – Póź­niej. Wypa­truj mnie.

Po chwili już go nie ma. Znika także noc. Przez wąskie okna wci­skają się blade macki poranka i peł­zną po posadzce świą­tyni. Sam wycho­dzi i patrzy na niebo na wscho­dzie, gdzie świt kre­śli roz­cią­ga­jącą się ku górze fio­le­towo-śliw­kową linię, która bły­ska­wicz­nie eks­plo­duje w różowe świa­tło dnia.

– Widzia­łem go! – woła z rado­snym śmie­chem. – Naprawdę go widzia­łem. Teze­usza! Widzia­łem go!

Bryka jak kozica. Tań­czy. Swa­wol­nym kro­kiem zmie­rza do domu braci, wzbu­dza­jąc zain­te­re­so­wa­nie, zachwyt, a może także lęk w ludziach, któ­rzy wcze­śnie wstali i widzą, jak pląsa po ścieżce niczym młoda mleczna vli­sha. W domu kła­dzie się do łóżka i od razu zapada w głę­boki sen, pod­czas gdy świat budzi się do życia wokół niego.

W kolej­nych latach Sam pamięta, jak obu­dził się po wyda­rze­niach w świą­tyni, z cał­ko­witą pew­no­ścią, że heros był praw­dziwy. Tego samego dnia zaczął two­rzyć pas na pod­sta­wie wzoru zna­le­zio­nego w Archi­wum. Wyko­nał go z wypra­wio­nej skóry, w któ­rej osa­dził pół­sz­la­chetne kamie­nie. Można je było zna­leźć w stru­mie­niach na całej Ziemi Hob­bsa. Sam spe­cjal­nie wybrał się na targ rze­mieśl­ni­czy w Cen­tral­nym Kie­row­nic­twie, żeby poży­czyć maszynę do pole­ro­wa­nia. Nie przy­wykł do takiej pracy i zajęło mu to sporo czasu, ponie­waż chciał, by pas był dosko­nały.

Kiedy skoń­czył, powie­sił gotowy pas w głębi szafy, za domo­wymi sza­tami. Póź­niej, także za namową herosa, wyko­nał hełm ozdo­biony zło­tymi meda­lio­nami, by mieć na sobie odpo­wiedni strój, gdy znaj­dzie przed­miot lub przed­mioty pod kamie­niem. Nie wąt­pił, że tego dokona. Teze­usz nie pozo­sta­wił co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Sam nie tylko odnaj­dzie miecz, ale także przy­gody, wyzwa­nia, które pozwolą mu zostać boha­te­rem. Znaj­dzie swoje prze­zna­cze­nie, dosto­so­wane do tego, kim naprawdę jest, ponie­waż z pew­no­ścią nie jest rol­ni­kiem na nud­nej Ziemi Hob­bsa, poświę­ca­ją­cym czas zbo­żom i rośli­nom strącz­ko­wym oraz hodowli mlecz­nych vli­shy o wło­cha­tych nogach.

– Cier­pli­wo­ści – powta­rzał heros.

Cho­ciaż mijały lata, Teze­usz był zaska­ku­jąco słabo znie­chę­cony.

– Cier­pli­wo­ści. Nad­cho­dzi ta chwila – mówił Samowi. – Zbliża się nie­uchron­nie. Kiedy nadej­dzie czas, to się wyda­rzy, po pro­stu.

Sam był cier­pliwy. Skoń­czył trzy­dzie­ści lat, potem trzy­dzie­ści jeden i trzy­dzie­ści dwa, a następ­nie został Prze­wod­ni­czą­cym. To w pew­nym sen­sie wzmoc­niło jego cier­pli­wość. Jako Prze­wod­ni­czący czuł się tro­chę jak król, boha­ter, a nawet bóg, co na jakiś czas go zado­wo­liło.

A w Voor­sto­dzie na Aha­ba­rze wciąż żył jego ojciec, jak zawsze. Pośród legend.

W Voor­sto­dzie, w mia­steczku Clo­ud­port (czę­sto nazy­wa­nym po pro­stu Cloud), przy bru­ko­wa­nej ulicy, pro­wa­dzą­cej od placu w górę wzgó­rza aż do cyta­deli pro­ro­ków, stała Tawerna Pod Powie­szo­nym Kró­lem. Na jej szyl­dzie wid­niał wize­ru­nek króla w koro­nie, któ­rego powie­szono za nogi i prze­bito szty­le­tami. Był to wyraz nie­na­wi­ści miesz­kań­ców Voor­stodu wobec rodziny kró­lew­skiej z Aha­baru, gdyż król na malo­wi­dle miał twarz pierw­szego władcy, króla Jimmy’ego. Nie było roku, by któ­ryś z klien­tów nie zapro­po­no­wał prze­ma­lo­wa­nia szyldu, aby przed­sta­wiał obli­cze i syl­wetkę aktu­al­nej monar­chini, kró­lo­wej Wil­hul­mii. Jako że ozna­cza­łoby to koniecz­ność zmiany nazwy tawerny, wła­ści­ciel sprze­ci­wiał się temu pomy­słowi. „Kró­lo­wie i kró­lowe prze­mi­jają, a Tawerna Pod Powie­szo­nym Kró­lem trwa wiecz­nie”, żar­to­wał.

Przy sto­liku w kącie, z bla­tem pokry­tym okrą­głymi pla­mami po kuflach oraz przy­pa­lo­nymi śla­dami w miej­scach, gdzie męż­czyźni wytrzą­sali fajki, sie­dział nie­wzru­szony Phaed Girat o masyw­nej szyi i roz­ma­wiał z drob­nym czło­wie­kiem, któ­rego dopiero co poznał, a który podobno został do niego posłany z Sarby. Męż­czy­zna miał do powie­dze­nia kilka zabaw­nych rze­czy o Sarby, na dale­kiej pół­nocy, gdzie mgły były gęste jak wełna. Twier­dził, że, pod­czas gdy w Cloud pra­nie schnie tydzień, w Sarby ubra­nia ni­gdy nie są suche. Ludzie cho­dzą tam mokrzy jak żaby i oglą­dają słońce raz na dzie­sięć lat. A przy­naj­mniej tak powie­dział ten drobny czło­wiek o żar­to­bli­wym gło­sie, ścią­gnię­tych noz­drzach i podejrz­li­wym spoj­rze­niu.

– Co więc pora­bia­cie tam w Sarby? – mruk­nął Phaed, pocie­ra­jąc gru­bym kciu­kiem bicz przy pasie. – Pew­nie macie mądrych pro­ro­ków i licz­nych Wier­nych. Cze­ka­cie na apo­ka­lipsę i popie­ra­cie Sprawę, nie­praw­daż? – Uniósł czapkę i otarł czoło ręka­wem. W tawer­nie było cie­pło, ponie­waż wła­ści­ciel roz­pa­lił ogień, by prze­gnać wil­goć.

– Tak samo jak inni – odrzekł męż­czy­zna. Nazy­wał się Mugal Pye i powia­dano, że rów­nie spraw­nie wła­dał sło­wem jak nożem. Sły­nął także z wpraw­nego posłu­gi­wa­nia się roz­ma­itymi śmier­cio­no­śnymi mate­ria­łami wybu­cho­wymi oraz ukrytą bro­nią. Ponoć był pod tym wzglę­dem sprytny jak Phan­su­ryj­czyk. – My w Sarby po pro­stu robimy to, co do nas należy.

– No cóż, wła­śnie tego nam potrzeba. Ludzi odda­nych Spra­wie, mądrych pro­ro­ków i odro­biny szczę­ścia.

– Bóg Wszech­mo­gący kie­ruje, Bóg Wszech­mo­gący daje pew­ność – odparł z namasz­cze­niem męż­czy­zna. Pro­rocy nauczali, że Sprawa jest koniecz­no­ścią, ponie­waż tak naka­zał Bóg, a fakt, że kró­lowa Aha­baru chwi­lowo się im sprze­ci­wiała, nie miał więk­szego zna­cze­nia. Szczę­ście nie miało tutaj nic do rze­czy.

– Posłali cię do mnie, byś cyto­wał afo­ry­zmy? – spy­tał Phaed.

Mugal zaśmiał się bez­gło­śnie, poka­zu­jąc język w kąciku ust. Miał wykrę­coną twarz o ster­czą­cych kościach policz­ko­wych i spi­cza­sty pod­bró­dek. Spod przy­mru­żo­nych i pomarsz­czo­nych powiek zer­kały oczy jak szty­lety, jasne i prze­ni­kliwe. Trzeba było dwóch albo trzech takich jak on, by dorów­nać Pha­edowi Gira­towi, ale naj­wy­raź­niej się tym nie przej­mo­wał.

– Wąt­pię, Pha­edzie Gira­cie. Może cho­dziło raczej o to, by poznać twoją opi­nię na różne tematy. Na przy­kład w kwe­stii trun­ków. Albo kobiet.

– Trun­ków? Nie mam nic prze­ciwko, chyba że w pobliżu znaj­duje się jeden z pro­ro­ków. A jeśli cho­dzi o kobiety, to jakiejś potrze­bu­jesz? Czy raczej chcesz się któ­rejś pozbyć? A może inte­re­suje cię, co należy zro­bić, gdy któ­raś z nich nie daje ci spo­koju? A jeśli po pro­stu chcesz popie­przyć, to mogę sprze­dać ci soczy­stą małą Ghar­mijkę, zale­d­wie dzie­się­cio­let­nią, a ty ją sobie przy­go­tu­jesz.

Mugal ponow­nie się roze­śmiał, tym razem przy­gry­za­jąc język wąskimi bia­łymi zębami.

– Nie inte­re­sują mnie Ghar­mijki, tylko praw­dziwe kobiety. A dokład­niej te z Voor­stodu.

– Co tym razem prze­skro­bały?

– Dla­czego uwa­żasz, że tak się stało?

– A o co innego może cho­dzić? Jeśli ktoś stara się zaszko­dzić Spra­wie, to wła­śnie kobiety. Jęczą, pła­czą, bia­dolą i doma­gają się pokoju. Pro­rocy zaiste obie­cują raj, gdy mówią, że po apo­ka­lip­sie nie będziemy potrze­bo­wali żon. – Phaed wypił duży łyk z kufla i wes­tchnął ze znu­że­niem. – Kobiety! Z ich kapła­nami, kościo­łami i innymi bzdu­rami. Stale narze­kają na swoje nie­zno­śne dzieci, wypro­wa­dzają się na rol­ni­cze pla­nety albo zamar­twiają się o los szcze­nia­ków z Gharm. Chyba nie zaprze­czysz, Mugalu Pye? Kobiety są zakałą Sprawy.

Drobny męż­czy­zna przy­glą­dał się Pha­edowi spod przy­mru­żo­nych powiek. Poki­wał głową, cho­ciaż nie wyglą­dało na to, by się zga­dzał.

– Pew­nie tak. A skoro masz o nich takie zda­nie, cie­szę się, że to nie o nich mam z tobą roz­ma­wiać.

– Dla mnie to też ulga.

Przez chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu, aż w końcu Phaed spy­tał z naci­skiem:

– A więc wysłali cię po to, żebyś poroz­ma­wiał ze mną o czymś kon­kret­nym?

Kufel, z któ­rego popi­jał drobny męż­czy­zna, zosta­wiał na bla­cie okrą­głe ślady.

– Wysłali mnie, żebym poroz­ma­wiał o pew­nej har­fi­stce na Aha­ba­rze, która zwró­ciła naszą uwagę.

Phaed wark­nął cicho przez zaci­śnięte zęby.

– Wiem, o kogo cho­dzi! Czy w Sarby sły­sze­li­ście, co zamie­rza kró­lowa Aha­baru? Sły­sze­li­ście, że chce w jakiś tajem­ni­czy spo­sób uho­no­ro­wać tę Ghar­mijkę? Co oni sobie myślą?! To poli­czek dla każ­dego męż­czy­zny z Voor­stodu.

– Dla nas wszyst­kich – zgo­dził się Mugal Pye, a jego oczy zalśniły. – Dla wszyst­kich, czło­wieku. Ta Ghar­mijka za długo pano­szy się na Aha­ba­rze, zwraca na sie­bie uwagę i z nas kpi, pod­czas gdy tam­tejsi ludzie wychwa­lają ją pod nie­biosa. Naj­wyż­szy czas poło­żyć temu kres.

– Jak ją nazy­wają? – wark­nął Phaed. – Stenta Thi­lion, prawda? Nadali jej dwa imiona, jakby była czło­wie­kiem. Ma jakieś potom­stwo?

– Miała part­nera, ale on już dawno nie żyje – odrzekł Mugal. – Jeśli cho­dzi o jej potom­stwo, nie prze­bywa w Trzech Hrab­stwach, tylko gdzieś na Aha­ba­rze.

– Gdzie osie­dli?

– Sły­sza­łem, że we wschod­nich pro­win­cjach, nie­da­leko Fenice.

– Już wcze­śniej dobrze sobie radzi­li­śmy na tam­tych tere­nach.

– To prawda, to prawda. Ale zawsze sta­ra­li­śmy się, żeby to wyglą­dało na wypa­dek, Pha­edzie. To wyda­wało nam się naj­lep­sze. Na Aha­ba­rze lepiej nie dzia­łać otwar­cie.

– Naj­wyż­sza pora to zmie­nić! Czas zacząć likwi­do­wać Ghar­mij­czy­ków, naj­le­piej całymi gru­pami.

Mugal Pye zmru­żył oczy i z namy­słem obró­cił szklankę w dło­niach.

– Nie­któ­rzy twier­dzą, że spro­wa­dzimy sobie na głowę woj­sko.

– Wiesz, że to bzdury. Wil­hul­mia nie wezwie woj­ska bez zgody Auto­ry­tetu – stwier­dził Phaed i ude­rzył pię­ścią w stół.

Na Auto­ry­te­cie, jed­nym z licz­nych księ­ży­ców Phan­sure, znaj­do­wała się sie­dziba władz Układu, pod­czas gdy armia rezy­do­wała na innym sate­li­cie, zwa­nym Egze­ku­cją. Od Auto­ry­tetu i Egze­ku­cji zale­żały rządy Układu, a przy­naj­mniej tak zakła­dano, cho­ciaż nie­któ­rzy uwa­żali, że Auto­ry­tet jest w sta­nie zarzą­dzać naj­wy­żej nie­wielką radą.

– Nad­szedł czas, Mugalu Pye – cią­gnął Phaed. – Co zrobi Aha­bar? Powiem ci, co zro­bią. Kró­lowa będzie się zło­ścić i pła­kać, a potem nakaże Auto­ry­te­towi, by nas zdy­scy­pli­no­wał. Oni z kolei po dłu­gim waha­niu nie wypo­wie­dzą się jed­no­znacz­nie i prze­każą sprawę do Dorad­ców Reli­gij­nych, z zapy­ta­niem, czy posia­da­nie nie­wol­ni­ków jest zgodne z reli­gią. Doradcy następ­nie zwrócą się do Panelu Teo­lo­gicz­nego, a my po to prze­ka­zu­jemy im cenne metale i klej­noty, by zagwa­ran­to­wać sobie z ich strony brak sta­now­czego sta­no­wi­ska, choćby przez tysiąc lat. Osta­tecz­nie nic się nie wyda­rzy. Panel nie odpo­wie Dorad­com. Doradcy nie odpo­wiedzą Auto­ry­te­towi. Auto­ry­tet pozo­sta­nie bez­czynny. Tak samo jak Aha­bar. Tym­cza­sem będziemy mogli pozbyć się zdra­dziec­kiej Ghar­mijki i zaszcze­pić trwogę przed Wszech­mo­gą­cym w tysią­cach jej pobra­tym­ców!

– Pha­edzie Gira­cie, cho­ciaż mogę tego poża­ło­wać, powiem ci prawdę. Nie­któ­rzy z pro­ro­ków się z tobą zga­dzają.

– A zatem zróbmy to.

– No cóż, zro­bi­li­by­śmy, tylko nikt nie wie, gdzie na Aha­ba­rze jest Stenta Thi­lion. Kró­lowa ukrywa ją i jej rodzinę. Wła­śnie dla­tego przy­cho­dzę do cie­bie.

– Potrze­bu­jesz mojego nosa? Mam ją wywę­szyć. Dobrze, znaj­dziemy ją! – Phaed zmarsz­czył czoło. – Każdy sza­nu­jący się muzyk musi od czasu do czasu wyjść z ukry­cia, żeby wystą­pić. Dowiem się oso­bi­ście, kiedy i gdzie to się sta­nie.

Pili w mil­cze­niu, nie zauwa­ża­jąc Ghar­mij­czy­ków, któ­rzy zamia­tali pod­łogę, wycie­rali stoły i przy­no­sili butelki z piw­nicy. Ghar­mij­czycy byli drobni, ciem­no­skó­rzy i pod wzglę­dem inte­lektu przy­po­mi­nali miesz­kań­ców Voor­stodu, ale pozo­sta­wali nie­wi­doczni. Phaed nie myślał o nich, gdy gła­skał swój bicz i marsz­czył czoło, pla­nu­jąc, w jaki spo­sób znaj­dzie har­fistkę Stentę Thi­lion, któ­rej rodzina od trzech poko­leń miesz­kała na Aha­ba­rze i która zyskała sławę we wszyst­kich pro­win­cjach. Har­fistkę, któ­rej pra­dziad­ko­wie ucie­kli z Voor­stodu ponad sto lat wcze­śniej, ale w pół­noc­nych kra­inach wciąż byli trak­to­wani jak zbie­gli nie­wol­nicy.

Mugal Pye wypił nieco wię­cej niż powi­nien, a następ­nie wyszedł z tawerny, chwiej­nym kro­kiem wspiął się na wzgó­rze, skrę­cił za róg i zna­lazł się przed drzwiami ciem­nego wąskiego domu o zasło­nię­tych oknach. Zapu­kał trzy razy, ponow­nie trzy razy, a potem jesz­cze raz, opie­ra­jąc się o drzwi, żeby nie stra­cić rów­no­wagi.

Drzwi otwo­rzyły się ze skrzy­pie­niem i na progu sta­nął sta­rzec z bia­łymi wło­sami do kolan, nie­jaki Preu Flan­dry. Ostroż­nie rozej­rzał się po ulicy, a następ­nie wpu­ścił Mugala do środka.

– A więc go pozna­łeś – ode­zwał się, kiedy Pye zdjął czapkę i roz­pu­ścił włosy, które opa­dły niczym mroczny deszcz aż do ud. Wła­śnie takie fry­zury nosili Wierni, ponie­waż we wło­sach kryła się ich potęga.

– Ow­szem – przy­tak­nął, odgar­nął do tyłu splą­tane loki i z pośpiesz­nym sza­cun­kiem skło­nił głowę przed niszą, w któ­rej znaj­do­wała się czaszka. W taki spo­sób Wierni odda­wali rytu­alny hołd śmierci.

– No i co myślisz? – spy­tał gospo­darz, pro­wa­dząc go do zaku­rzo­nego pomiesz­cze­nia po pra­wej stro­nie kory­ta­rza.

– O czym?

– O Pha­edzie, czło­wieku! Pomoże nam czy nie?

– Jest oddany Spra­wie. Pomoże zna­leźć Ghar­mijkę. – Mugal Pye czknął i pokrę­cił głową.

– Już wie­dzie­li­śmy, że to zrobi! Po pro­stu potrze­bo­wa­li­śmy jakie­goś tematu do roz­mowy. Bar­dziej inte­re­suje nas jego żona. Wiemy, że był w niej zadu­rzony.

– To było lata temu. Wtedy była młoda i ładna. Pew­nie już nie jest.

– Roz­ma­wia­łeś z nim o kobie­tach?

– Ow­szem. – Mugal raz za razem powoli przy­ta­ki­wał, jakby zapo­mniał, że jego głowa się poru­sza. – Wyda­wało się, że nie jest nimi zain­te­re­so­wany. Wręcz prze­ciw­nie.

– Tego nas nauczono – odrzekł cicho sta­ru­szek. – Wła­śnie to nam wpa­jali pro­rocy. „Porzuć­cie kobiety”, powta­rzali. „Nasza wiara jest wiarą dla męż­czyzn”. Naucza się tak w całym Voor­sto­dzie.

Mugala dalej kiwał głową, przyj­mu­jąc tę pro­stą prawdę.

– A więc Phaed miał żonę, którą był zauro­czony. A ona ode­szła, jak to kobieta. – Usiadł i z tru­dem zbie­rał myśli. – Nie rozu­miem, dla­czego chce­cie ją odna­leźć.

Sta­ru­szek pokrę­cił głową i zaci­snął usta.

– Pro­rocy tego pra­gną. Przez poko­le­nia powta­rzali nam, żeby­śmy porzu­cili kobiety, a teraz stało się coś, co prze­ko­nało ich, że może zabrak­nąć kobiet, które uro­dzą nam synów – wyja­śnił nie­mal prze­pra­sza­ją­cym tonem, ale w oczach Mugala i tak pło­nął gniew.

– Sądzi­łem, że zbliża się escha­tos, Preu Flan­dry! – wykrzyk­nął napię­tym gło­sem. – Koniec wszyst­kich rze­czy miał rychło nadejść. Obie­cano nam apo­ka­lipsę. Powie­dziano, że nadej­dzie za naszego życia!

– Może tak się zda­rzyć – wyszep­tał sta­rzec.

– Escha­tos, koniec rze­czy, kiedy ruszymy przez światy z mie­czem w dłoni. – Drobny męż­czy­zna pod­niósł głos, jak głodne dziecko narze­ka­jące na swój los.

– Może się tak zda­rzyć – powtó­rzył jego roz­mówca, wyko­nu­jąc uspo­ka­ja­jące ruchy dłońmi.

Mugal Pye ude­rzał pię­ścią w stół w ryt­mie wypo­wia­da­nych słów.

– Escha­tos, kiedy ruszymy poprzez światy z mie­czem w jed­nej i biczem w dru­giej dłoni. Kiedy rzu­cimy te światy na kolana. Kiedy nie­wierni zakrzykną „biada!”, a poga­nie będą zgrzy­tać zębami, kiedy Bóg Wszech­mo­gący przy­bę­dzie jako słup burzy. – Wytrzesz­czył oczy. Świa­tło w ciem­nym pokoju osła­bło i zami­go­tało, jakby poja­wiła się jakaś ohydna obec­ność, która je przy­ćmiła, jed­no­cze­śnie roz­nie­ca­jąc pło­mień w ich ser­cach. Głos Mugala przy­po­mi­nał śpiew. – Escha­tos: kiedy rzeki spłyną krwią, kiedy ciała odstęp­ców będą się pię­trzyły jak góry, kiedy prze­strzeń mię­dzy świa­tami wypełni smród śmierci!

– Jesz­cze może się tak zda­rzyć – zgo­dził się sta­rzec, poru­szony zapa­łem Mugala. Kiwał głową w ryt­mie jego słów, a oba głosy zabrzmiały uni­sono:

– Nie wie­dzą, że czeka na nich śmierć. Nie wie­dzą, że po nich przyj­dzie. A jed­nak tak się sta­nie.

Flan­dry łap­czy­wie chwy­tał powie­trze, wyda­jąc z sie­bie ciche odgłosy przy­po­mi­na­jące stęk­nię­cia roz­ko­szy, jakby czyjś dotyk wpra­wił go w eks­tazę. Kiedy był chłop­cem, opo­wie­ściom o apo­ka­lip­sie zawsze towa­rzy­szyły cie­le­sne piesz­czoty, wła­śnie po to, by zawsze koja­rzył te słowa z przy­jem­no­ścią. Nie­cier­pli­wie otarł wil­gotny pod­bró­dek.

Na kory­ta­rzu, tuż poza ich polem widze­nia, ghar­mij­ski nie­wol­nik, który mył schody, usły­szał jęki i przy­warł do ściany. W takich chwi­lach lepiej było nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Opu­ścił głowę i pomy­ślał o wężu.

Ghar­mij­czycy czę­sto wła­śnie tak postrze­gali Voor­stod. Tak jak wąż, mógł leżeć na widoku i uda­wać coś innego. Tak jak wąż, mógł wydzie­lić tru­ci­znę, na którą nie było odtrutki. Tak jak wąż, nie dbał o to, kogo ugry­zie, i mógł zabić ofiarę, nim ta zda sobie sprawę, że została dotknięta.

Pomiesz­cze­nie, w któ­rym sie­dzieli męż­czyźni, pul­so­wało niczym serce trzy­mane w zaci­śnię­tej dłoni. Śpiew stop­niowo ucichł. Z oczu wyznaw­ców unio­sła się mgła i ponow­nie ujrzeli świat.

– Jeśli apo­ka­lipsa nadej­dzie jutro, jak nam zapo­wie­dziano, to po co nam syno­wie? – spy­tał szorstko Mugal Pye.

– Sprawy się opóź­niły. – Sta­ru­szek wes­tchnął, łap­czy­wie chwy­ta­jąc powie­trze opuch­niętą krta­nią.

– Jak to opóź­niły?

– Coś się wyda­rzyło na Egze­ku­cji. Coś, czego nie pla­no­wa­li­śmy. Podobno nasi agenci zawie­dli. Pro­rok pobladł z wście­kło­ści, ale kiedy odzy­skał nad sobą pano­wa­nie, powie­dział, że na wszelki wypa­dek musi stwo­rzyć plany dla kolej­nego poko­le­nia. Jeśli koniec nadej­dzie wkrótce, nie zabrak­nie nam ludzi, ale jeśli będziemy musieli zacze­kać dłu­żej… – Preu Flan­dry umilkł wyraź­nie zagnie­wany.

Mugal jęk­nął.

– Ale koniec miał nadejść już za chwilę! Prak­tycz­nie jutro, tak sły­sza­łem. Sta­li­śmy na progu kresu! Roz­ko­szo­wa­łem się tym, Flan­dry. Odkąd byłem małym chłop­cem.

– Podob­nie jak ja, ale z jakie­goś powodu poja­wiło się opóź­nie­nie. A jeśli będziemy musieli zacze­kać, potrzebne będzie kolejne poko­le­nie.

– W takim razie po co nam te bzdury z żoną Sama Girata? Musimy spro­wa­dzić arma­ge­don na cały Układ, a roz­ma­wiamy o jed­nej głu­piej kobie­cie!

Sta­ru­szek wes­tchnął prze­cią­gle i ponow­nie otarł pod­bró­dek.

– Powie­dzia­łem ci tylko połowę. Jako że w Voor­sto­dzie zostało tak nie­wiele kobiet, napa­leńcy dają się pro­wa­dzić swoim żądzom na Aha­ba­rze. Udają się do abo­li­cjo­ni­stów w Jera­mish, gdzie narzu­cają się kobie­tom siłą. Jeśli to będzie trwało, Aha­bar zmo­bi­li­zuje woj­sko.

Mugal Pye wzru­szył ramio­nami i uśmiech­nął się kpiąco.

– No i co? To nic nie zna­czy. Auto­ry­tet nie pozwoli im zadzia­łać.

– Pła­cimy Pane­lowi Teo­lo­gicz­nemu wystar­cza­jąco dużo, by ni­gdy nie wypo­wie­dzieli się jed­no­znacz­nie na temat nie­wol­nic­twa, ale gwałty i porwa­nia to coś zupeł­nie innego!

– Nie uznają tego za kwe­stię reli­gijną, prawda?

Preu skrzy­wił się w odpo­wie­dzi na ten żart.

– Raczej nie. A armia Aha­baru to nie prze­lewki. Cho­ciaż kró­lowa nie zaata­ko­wała nas z powodu Ghar­mij­czy­ków, pro­rocy uwa­żają, że zrobi to w odpo­wie­dzi na kil­ka­set gwał­tów w Jera­mish, a jeśli pro­rocy cze­goś nie chcą, zwłasz­cza tak bli­sko końca, to woj­sko­wej oku­pa­cji!

Mugal pod­szedł do komody, zna­lazł butelkę i przy­niósł ją do stołu razem z dwiema szkla­necz­kami. Nalał i obaj pocią­gnęli po solid­nym łyku, roz­wa­ża­jąc te kwe­stie.

– Na­dal nie wyja­śni­łeś, dla­czego mie­li­by­śmy spro­wa­dzić Maire Manone z powro­tem! Ona jest już stara! Nie może mieć dzieci. A wąt­pię, że chcesz, by gło­siła abs­ty­nen­cję wśród napa­leń­ców.

Siwo­włosy męż­czy­zna par­sk­nął.

– Mugalu Pye, sądzi­łem, że masz wię­cej wyobraźni! Potrze­bu­jemy jej ze wzglę­dów pro­pa­gan­do­wych! Musimy coś zro­bić, by zatrzy­mać tutaj kobiety i spro­wa­dzić inne z powro­tem, potrze­bu­jemy głosu, któ­rego usłu­chają. A jaka kobieta ma więk­szy posłuch w Voor­sto­dzie niż Maire Manone?

– Pro­pa­ganda? Nic wię­cej?

– Sym­bol, tak mówią pro­rocy. Dobrze wiemy, że to, co powiemy dzie­sięć razy, staje się prawdą, ale prze­kaz musi być wia­ry­godny. Pro­rocy stwier­dzili, że potrzebny jest sym­bol. Ktoś, kogo głos zosta­nie wysłu­chany, kobieta, która sprawi, że to zosta­nie potrak­to­wane poważ­nie. Któż nada się lepiej niż dawny Głos Voor­stodu? Słodka Śpie­waczka ze Sca­ery?

– Tylko pro­pa­ganda!

– Przy­naj­mniej pozor­nie, cho­ciaż zapewne doj­dzie też do rekru­ta­cji. Jeśli ktoś nas oskarży, możemy powie­dzieć: „Porwana dziew­czyna? Bzdury. Usły­szała śpiew Maire Manone i przy­szła do nas z wła­snej woli”.

Mugal Pye pokrę­cił głową, roz­my­śla­jąc o tym, jak dale­kie od apo­ka­lip­tycz­nych wizji były te plany porwa­nia. Zaj­mo­wali się takimi głup­stwami. Nie­istot­nymi i nie­god­nymi. Zaci­snął usta, jakby chciał splu­nąć, ale się powstrzy­mał. Praw­dziwi Wierni wyko­nują bez zastrze­żeń pole­ce­nia pro­ro­ków, a skoro wydano taki roz­kaz…

– Wła­śnie dla­tego chcie­li­śmy spraw­dzić, co o tym sądzi Phaed – rzekł Preu. – W końcu jest jej mężem.

– Ale nie powiesz mu o tym.

– Jesz­cze nie. Dopiero kiedy będziemy bli­żej celu.

– A jak zamie­rzasz spro­wa­dzić ją z powro­tem?

– Damy jej dobry powód do powrotu.

– Chyba nie sądzisz, że Phaed się po nią wybie­rze?

– Jesz­cze nie pod­ję­li­śmy decy­zji, Mugalu Pye. To musi wyglą­dać tak, jakby wró­ciła z wła­snej woli, a naszym zada­niem jest wymy­śle­nie spo­sobu, by ją do tego skło­nić.

– Na twoim miej­scu był­bym ostrożny pod­czas roz­mowy o tym z Pha­edem. To jed­nak jego żona. Wciąż może coś do niej czuć.

– Z pew­no­ścią – szep­nął Preu Flan­dry. – Wła­śnie dla­tego chcie­li­śmy, żebyś wyba­dał jego sta­no­wi­sko. W końcu każdy z nas musi zło­żyć coś w ofie­rze.

– No tak, każdy – zgo­dził się Mugal Pye. – Ponie­waż czeka nas nagroda. Ponie­waż nic nie sta­nie nam na dro­dze. Nic we wszyst­kich świa­tach nam się nie prze­ciw­stawi. – Ponow­nie uśmiech­nął się gniew­nie, a czaszka w zagłę­bie­niu w ścia­nie odpo­wie­działa uśmie­chem.

Ghar­mij­ski nie­wol­nik wymknął się z kory­ta­rza, zasta­na­wia­jąc się, czy ist­nieje jakieś miej­sce, do któ­rego Ghar­mij­czycy mogliby uciec przed zbli­ża­jącą się zagładą, którą Voor­stod nie­długo miał przy­nieść wszyst­kim świa­tom, i czy kto­kol­wiek może powstrzy­mać nad­cho­dzącą grozę.

* * *

Obok zruj­no­wa­nej świą­tyni na pół­noc od Pierw­szej Osady w płyt­kim gro­bie spo­czy­wał Bir­ri­bat Shum. Leżał tuż pod powierzch­nią, z kawał­kami korzeni i okru­chami liści na oczach, z czą­stecz­kami pia­sku mię­dzy pal­cami stóp, a drobne pod­ziemne stwo­rzonka pra­co­wały nad jego dłońmi, któ­rych skóra roz­kła­dała się komórka po komórce. Bir­ri­bat Shum leżał w gle­bie, przy­kryty nagrzaną słoń­cem zie­mią, ponad zacie­nio­nymi głę­bi­nami, wil­goć wzno­siła się obok niego i w nim, bul­go­czące gazy prze­ni­kały poro­watą glebę, pod­czas gdy słońce wspi­nało się po nie­bie, zawi­sało nad nim w samo połu­dnie i znów zacho­dziło. Bir­ri­bat Shum leżał w gle­bie, gdy nad­cho­dziła noc, zie­mia sty­gła i wszystko opa­dało, jakby tuliło się do gruntu, by o świ­cie ponow­nie się wznieść. Bir­ri­bat Shum leżał w gle­bie, a ona go poże­rała.

W jego ubra­niach zado­mo­wili się mali intruzi, nie­któ­rzy z nogami, inni bez nóg, zbyt mali, by ich zoba­czyć, zbyt mali, by ich usły­szeć, nie­wi­dzialni i nie­sły­szani. Peł­zali wzdłuż szwów, kryli się w fał­dach gni­ją­cej koszuli, gdzie się mno­żyli, by sku­bać prze­mo­czoną tka­ninę i nieść jej kawałki do ziemi, oddziały roz­padu, armia zgni­li­zny, z każ­dym dniem coraz licz­niej­sza.

Grunt ponad cia­łem – któ­rego nawet nikt nie spię­trzył, by ozna­czyć poło­że­nie grobu – stop­niowo się zapa­dał, gdy zwłoki Bir­ri­bata Shuma się roz­kła­dały, pozo­sta­wia­jąc płyt­kie zagłę­bie­nie, w któ­rym gro­ma­dziła się woda powoli prze­ni­ka­jąca w głąb, gdy słońce powra­cało i nagrze­wało zie­mię. W tym zagłę­bie­niu Sama­snier Girat cza­sem kładł się późną nocą i roz­ma­wiał ze swoim przy­ja­cie­lem, nie­świa­domy tego, kto lub co spo­czywa pod nim.

Na skó­rze Bir­ri­bata Shuma, w jego porwa­nych ubra­niach, na kra­wę­dziach butów, w wil­got­nej plą­ta­ni­nie wło­sów, w zapad­nię­tych oczo­do­łach gro­ma­dził się pył ze świą­tyni Bon­dru Dharma, pył, który poja­wił się nagle, gdy tylko Bóg znik­nął – ciemny i deli­katny jak barw­nik utarty w moź­dzie­rzu, lekki jak piórko. Poje­dyn­czy oddech mógł go roz­wiać, ale w gle­bie, w któ­rej spo­czy­wał Bir­ri­bat, nie było żad­nego odde­chu.