Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Kiedy ludzcy osadnicy przybyli na Ziemię Hobbsa, rdzenna inteligentna rasa Owlbritów była już niemal wymarła. Zanim odszedł ostatni z nich, kilka lat później, ludzie zdążyli częściowo poznać język, sposób myślenia i religię Owlbritów. Osadnicy uznali za naturalne, że zachowają ich ostatnią świątynię oraz znajdujący się w niej osobliwy posąg, który był ich Bogiem. Kiedy ten Bóg umarł – rozpadł się w proch z dnia na dzień – uznali za równie naturalne, że przygotują dla niego zastępstwo.
Maire Manone przybyła na Ziemię Hobbsa, by uciec przed surową patriarchalną religią Voorstodu, lecz Voorstod o niej nie zapomniał ani jej nie przebaczył. Ale mężczyźni, którzy przybywają na Ziemię Hobbsa, by znaleźć Maire i zabrać ją z powrotem do jej ojczyzny, nie wzięli w swoich planach pod uwagę Boga Ziemi Hobbsa…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 680
Tytuł oryginału: Raising the Stones
Copyright © 1990 by Sheri S. Tepper Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Urszula Okrzeja Korekta: Elwira Wyszyńska, Bartosz Szpojda Projekt typograficzny: Tomek Laisar Fruń Projekt graficzny serii, projekt okładki oraz ilustracja na okładce: Dark Crayon
Nazwa serii: Vanrad Redaktor serii: Andrzej Miszkurka ISBN 978-83-68919-62-2 Numer: wydanie II/D0
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Tonie kto podnosi wielkie kamienie
te kamienie dźwigałem ile starczyło sił
te kamienie ukochałem ile starczyło sił
te kamienie – mój los.
Zraniony swoją ziemią
męczony własną koszulą
skazany przez swoich bogów
– kamienie.
Jorgos Seferis, Mykeny (przekład Nikos Chadzinikolau)
Bóg nosił imię Bondru Dharm, co, według lingwistów, którzy pracowali z Owlbritami przed śmiercią ostatniego z nich, oznaczało coś związanego z południem. Najczęściej zgadywano, że chodziło o Południe Odkryte, chociaż niektórzy sugerowali Południe Odnalezione bądź Południe Ogłoszone. Kiedy Ziemię Hobbsa zasiedliła Spółka Spożywcza Hobbs Transystem, żyła tam już tylko garstka Owlbritów. Wkrótce zmarli wszyscy poza jednym, więc utracono szansę na wyjaśnienie znaczenia dźwięków, jakie wydawali.
Osadnicy na Ziemi Hobbsa, lubiący korzystać z pozostałości języka Owlbritów, nazywali Boga jego imieniem, Bondru Dharm, chociaż ci najbardziej przemądrzali używali określenia Stary Bondy. Domem Boga była świątynia, wzniesiona w tym celu przez Owlbritów, niewielki okrągły budynek, który mieszkańcy Pierwszej Osady utrzymywali w porządnym stanie zgodnie z wymogami Zespołu do spraw Przedwiecznych Pomników w Radzie Spraw Tubylczych.
Nikt dokładnie nie pamiętał, kiedy osadnicy zaczęli składać ofiary. Niektórzy twierdzili, że rytuał sięgał czasów, gdy zmarł ostatni z Owlbritów, ale nie pojawiają się o nim żadne wzmianki w rejestrach z pierwszych dwóch lat istnienia osady. Po raz pierwszy wspomina się o nim w rejestrze z trzeciego roku. Natomiast nie ulegało wątpliwości, że ofiary były zalecane przez samych Owlbritów.
Każde słowo, które Owlbritowie wypowiedzieli od chwili, gdy spotkali ich pierwsi osadnicy, zachowano w postaci digifaksów na komunikatorach, a podczas nielicznych zrozumiałych rozmów z ostatnim Owlbritem pojawiła się wzmianka dotycząca składania ofiar.
– Konieczne? – spytał lingwista, opierając swoje zrozumienie tego słowa na tłumaczeniu pochodzącym z urządzenia Alsense. Pytanie skierowano do ostatniego żyjącego Owlbrita w jego malutkim okrągłym domku niedaleko świątyni.
– Niekonieczne – wyskrobał chrapliwym szeptem Przedwieczny za pomocą zakończonych rogami macek. – Co jest konieczne? Życie? Konieczne do czego? Nie, ofiary nie są konieczne, tylko zalecane. To jedna z dróg, wygoda, serdeczność.
Ta odpowiedź, brzmiąca jak odgłos delikatnie piłowanego drewna, zajęła Owlbritowi mniej więcej trzydzieści sekund, ale ksenolingwiści spierali się o nią przez co najmniej trzydzieści lat. Wciąż dysputowali na temat znaczenia drogi, wygody i serdeczności, a szkoła rekonstrukcyjna upierała się, że delikatne skrobanie macek Przedwiecznego tak naprawdę oznaczało układ, styl życia i pociechę. Niezależnie od rzeczywistego znaczenia, już w trzecim roku istnienia osady nakazano co miesiąc składać ofiarę z kilku przypominających myszy ferfów, a rytuał z czasem stawał się coraz bardziej złożony za sprawą ozdobników wprowadzanych przez Tych. Jako że Vonce Djbouty zmarł w minionym roku, dziś pozostał już tylko jeden spośród Tych, Birribat Shum.
Birribat, który ostatnio stał się bardziej jawny i natarczywy niż zazwyczaj.
– Mówię wam, że Bondru Dharm umiera – poinformował Samasniera Girata, Przewodniczącego, wykręcając dłonie i ustawiając kolana oraz łokcie pod dziwacznymi kątami, przez co wyglądał jak niezgrabny ptak. – Sam, on umiera!
Młody Birribat (który już nie był taki młody, ale nazywano go tak z przyzwyczajenia) już od pewnego czasu utrzymywał, że Bóg umiera, chociaż nigdy wcześniej nie głosił tego z takim naciskiem.
Samasnier Girat podniósł wzrok znad raportu dotyczącego plonów, już o kilka dni spóźnionego, i znad zamówienia dotyczącego części do siewnika, które następnego ranka musiało trafić do Centralnego Kierownictwa. Zmarszczył czoło z dyrektorską irytacją.
– Dajcie mu kilka ferfów.
Birribat wykonał gest, pozornie niemający żadnego znaczenia. Machnął lewą dłonią i zacisnął w powietrzu prawą, jakby chwytał linę powiewającą na wietrze. Ale najwyraźniej miało to jakieś znaczenie dla niego, ponieważ na koniec złożył dłonie w modlitewnej pozycji i głośno przełknął ślinę.
– Proszę, Sam, nie rób tego. Nie mów o nim z takim lekceważeniem. To bardzo utrudnia mi życie.
Sam zazgrzytał mocnymi białymi zębami, starając się zachować cierpliwość.
– Birribat, poszukaj Sal. Powiedz jej, co cię tak oburzyło. Porozmawiam z nią o tym dziś wieczorem.
Albo za tydzień, albo za rok. Bóg siedział w swojej świątyni od początków osady, czyli już od około trzydziestu lat, i nie wyglądało na to, by cokolwiek robił. Sam Girat widział to na własne oczy, ponieważ również spędzał czas w świątyni, głównie nocami, z osobistych powodów. Ale nie wierzył, by Bóg naprawdę był „żywy”, zatem myśl o tym, że może umrzeć, nieszczególnie go niepokoiła. Mimo wszystko jako Przewodniczący musiał brać pod uwagę, że to, o czym mówił Birribat, może wywołać niespodziewane reakcje pośród wiernych, których było wystarczająco wielu w osadzie – we wszystkich jedenastu osadach.
Birribat wyszedł i Sam po chwili zobaczył jego kościstą sylwetkę na ulicy. Mężczyzna kierował się w stronę centrum rekreacji. Kiedy Sam ponownie podniósł wzrok, Birribat i Sal razem zmierzali w przeciwnym kierunku, ku świątyni.
Saluniel Girat, siostra Sama, która pracowała na stałe jako oficer w centrum rekreacji, była zarazem łagodniejsza i bardziej cierpliwa od swojego brata. Poza tym lubiła Birribata, a przynajmniej uważała chudego pietystę za osobliwego i ciekawego, a kiedy powiedział jej, że Bóg umiera, zatroskała się na tyle, by pójść to sprawdzić. Podobnie jak Birribat zatrzymała się przed bramą świątyni i opłukała dłonie wodą, a następnie przysiadła na kamiennej werandzie, by zdjąć buty, po czym uklękła przy wąskich drzwiach z kratą, wzięła całun z wieszaka i owinęła nim głowę i ciało. Sal nie chodziła regularnie do świątyni, ale wystarczająco często widziała składanie ofiar, by wiedzieć, co przystoi osobie, która wchodzi do środkowej komnaty. Pomieszczenie przypominało komin o średnicy około czterech i wysokości dziesięciu metrów. Na kamiennej plincie na środku stał Bóg, kawałek jakiejś materii o rozmiarach człowieka i kształcie cebuli. Miał niebieskawy kolor, a na jego powierzchni co jakiś czas pojawiały się pajączkowate rozbłyski światła.
– Co on mówi? – wyszeptała Sal.
– Że umiera – odpowiedział cicho Birribat.
Sal usiadła na jednym z kamiennych siedzisk przy kracie i zapatrzyła się na pojawiające się i znikające światła na powierzchni Boga. Kiedy ostatnio tutaj była, rytmiczne migotanie przypominało bicie serca. Światła pojawiały się przy zaokrąglonej podstawie, stopniowo przemieszczały ku górze i gasły. Teraz widziała tylko okazjonalne rozbłyski, jasne punkty, z których tęsknie wyciągały się w ciemność nitki podobne do pajęczych nóg.
– Umiera? Czy są o tym jakieś wzmianki w archiwum?
Birribat pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z Boga.
– Owlbritowie powiedzieli lingwistom, że Bondru jest ostatnim z Bogów, których kiedyś było więcej. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Sal postanowiła sprawdzić to w archiwum. Patrzyła jeszcze przez chwilę, a następnie zostawiła Birribata w obecności bóstwa, wyszła przez drzwi z kratą, odwiesiła całun, włożyła na werandzie buty i ruszyła pustą ulicą do biura brata, które okazało się równie opustoszałe. O tej porze dnia mieszkańcy wioski byli na polach, nie licząc dzieci w szkole, niemowląt w żłobku oraz kilkorga specjalistów takich jak Sal. Sam zapewne też się tam udał, by nadzorować pracę, a siedziba biura Dostaw i Administracji pozostała pusta, co wcale nie przeszkadzało Saluniel. Mogła zrobić więcej, gdy nikt jej nie przeszkadzał.
Archiwa Ziemskie Hobbsa znajdowały się głęboko w trzewiach dobrze chronionego Centralnego Kierownictwa, daleko od innych zabudowań, ale akta były dostępne dla osadników za pośrednictwem ich osobistych komunikatorów, takich jak model o wysokiej rozdzielczości stojący na biurku Sama. Sal stanęła pomiędzy krzesłem a biurkiem i nakazała urządzeniu poszukać w archiwach wszystkiego, co dotyczyło Bogów. Wkrótce jej oczom ukazała się niekończąca się lista wyników, słów i obrazów, poczynając od starożytnych bóstw, takich jak Baal, Thor czy Zeus, których czczono w Kolebce Ludzkości, przez innych ludzkich i nieludzkich bogów, jakich napotkano bądź wymyślono w kolejnych wiekach.
– Bogowie Owlbritów – rzuciła zniecierpliwiona, a urządzenie wypluło w jej stronę malutką eksplozję czerwono-fioletowych fajerwerków; w powietrzu pojawiła się nowa lista. Większość punktów dotyczyła nudnych naukowych prac, które zarchiwizowano od czasu założenia osady. One jej nie interesowały. – Pierwotne relacje – szepnęła, zastanawiając się, dlaczego wszystko zawsze udaje jej się dopiero za trzecią albo czwartą próbą. – Autorstwa Owlbritów – dodała i mruknęła z zadowoleniem, gdy jej oczom ukazał się wywiad z Przedwiecznym, który siedział nieruchomo w kącie, niczym rzepa z delikatnymi nóżkami rozpostartymi jak koronkowa freza, naprzeciwko bladego lingwisty oraz maszyny Alsense o irytująco popiskującym napędzie. Wywiad nie był godny uwagi ze względu na klarowność czy dramatyzm, ale kiedy obejrzała go do końca, zrozumiała, że Birribat miał rację. Przedwieczny powiedział, że ten Bóg, Bondru Dharm, był ostatni. „Tylko Owlbritowie trwają”, rzekł Przedwieczny, dając lingwistom kolejny powód do sporów.
Wywiad nie pozwalał stwierdzić, czy byli Bogowie wciąż istnieją, ale w Pierwszej Osadzie znajdowało się wystarczająco wiele pozostałości innych świątyń – dwie z nich stały na wzniesieniu za północną granicą, a dwie kolejne niedaleko świątyni Bondru Dharma – by móc domyślić się odpowiedzi. Jako że jedna ze świątyń na północ od osady była niemal kompletna, nie licząc dachu, logika wskazywała, że przynajmniej jeden z Bogów żył w niedawnych czasach.
Sal nie dowiedziała się o tych ruinach z archiwum. Dyskutowano o nich już od lat. Czy powinno się je zniszczyć? Czy można było wykorzystać je do innych celów? Nie licząc tych najnowszych, cała reszta ruin miała postać zburzonych zewnętrznych i wewnętrznych kolistych ścian, niskich pozostałości rozchodzących się promieniście łuków, kilku fragmentów metalowych krat i szczątkowych mozaik. Nawet najnowsza świątynia nie miała dachu, drzwi, okien ani siedzeń w sali zgromadzeń, chociaż podłużne pomieszczenie i tak nie nadawałoby się dla ludzi. Zważywszy na toczące się dysputy, zaskakujące było to, że ruiny w ogóle przetrwały. Dwie budowle w środku osady zajmowały tereny, które z pewnością można było wykorzystać lepiej. Gdyby Bondru Dharm rzeczywiście umarł, dyskusja niewątpliwie rozgorzałaby na nowo.
Sal podniosła wzrok znad nieruchomych obrazów w komunikatorze i zobaczyła swojego brata, który stał obok niej z obojętną miną, co było w jego przypadku rzadkością. Sam w kontaktach ze światem zazwyczaj uśmiechał się albo krzywił i marszczył czoło, upodabniając się do gargulca, dzięki czemu był w stanie wydobyć odpowiedzi od nawet najbardziej niechętnych i małomównych rozmówców. W milczeniu usiadł obok niej. Sprawiał wrażenie zatroskanego i chorego. Sal słyszała ludzi kłębiących się na ulicy. Zamiast ciszy typowej przed zmierzchem rozlegało się szuranie licznych stóp.
– Sam? – odezwała się. – Wydarzył się jakiś wypadek?
Nie odpowiedział. Podeszła do okna i zobaczyła cichy tłum, który zgromadził się w dalszej części ulicy, nie dokładnie przed świątynią, ale z boku. Kilka setek mężczyzn i kobiet, a także dzieci – praktycznie cała populacja osady. Na jej oczach w niekontrolowany sposób padli na kolana. Wykrzyknęła i również uklękła, ogarnięta odbierającym głos poczuciem straty. Nie była w stanie nawet jęczeć, mogła tylko klęczeć, a potem nachylić się, dotknąć głową podłogi i wyprostować nogi, przywierając policzkiem i całym ciałem do ziemi, jakby chciała odcisnąć głęboko w jej powierzchni swój kształt. Jakaś jej cząstka zdawała sobie sprawę, że Sam jest obok, a wszyscy mieszkańcy na ulicy również leżą z twarzami w piasku i być może nigdy nie powstaną, ponieważ Bondru Dharm właśnie umarł.
Następnego dnia, gdy nieco doszli do siebie, z Boga nic nie pozostało. Kiedy pierwszy z osadników zdołał wstać i wejść do świątyni, ołtarz, jeśli to w ogóle był ołtarz, był pusty i zakurzony. Birribat wciąż znajdował się tam, gdzie zostawiła go Sal, w środkowej komnacie, tylko że teraz leżał zwinięty na posadzce, pokryty drobnym czarnym pyłem, martwy.
Sam i kilka innych osób owinęli ciało Birribata kocem i zanieśli je na północną stronę miasta, w pobliże zrujnowanych świątyń, mimo że nie było tam miejsca pochówku. Cmentarzysko znajdowało się na wzgórzu na wschód od osady, ale ci, którzy nieśli ciało Birribata, uznali, że jeden z Tych powinien spocząć blisko świątyni, nawet zburzonej. Ułożyli go w płytkim grobie, a ludzie wkrótce zaczęli mówić, że Bóg, umierając, zabrał ze sobą swojego tłumacza.
Najpierw wszyscy w osadzie pozostawali bezczynni przez osiem albo dziewięć dni, ponieważ nie byli w stanie nic robić. Ludzie wyruszali na pole i zaraz wracali do domów klanowych, gdzie wbijali wzrok w ścianę. Zaczynali gotować posiłki, ale po jakimś czasie kładli się na podłodze. Matki szły doglądać swoich dzieci, lecz nie docierały na miejsce, a grupki malców wylegiwały się w ospałym bezruchu. Nawet niemowlęta nie płakały, nie sprawiały wrażenia głodnych i prawie się nie moczyły.
Dziesiątego dnia ten stan zaczął mijać i ktoś zdobył się na powiadomienie Centralnego Kierownictwa. W ciągu kilku godzin okolica zaroiła się od techników medycznych i śledczych, głodne niemowlęta się rozwrzeszczały, a zrzędliwi dorośli warczeli na siebie nawzajem.
– Czy to się stało także w jakimś innym miejscu? – chciał wiedzieć Sam.
Drapał się po brodzie, ocierał maź z kącików oczu i czuł się tak, jakby nie spał od tygodnia. Wcześniej miał w zwyczaju spotykać się co kilka wieczorów z przyjacielem, ale teraz uświadomił sobie, że nie widział go od czasu tego wydarzenia. To jeszcze bardziej go rozdrażniło i zaniepokoiło.
– Czy cokolwiek takiego stało się w jakimś innym miejscu? – powtórzył gniewnie.
– To jedyna osada wzniesiona na miejscu wioski Owlbritów – odpowiedziała udręczona główna techniczka, pobierając próbkę krwi. – Wszystkie inne ruiny Owlbritów znajdują się na skarpie. A zatem nie, nic takiego nie stało się w innych miejscach.
– Czy macie jakiś pomysł, co wywołało to… przygnębienie? – Pamiętał, że czuł się przygnębiony i niewymownie smutny, chociaż obecnie był tylko nieco nerwowy, a jego nogi drgały, jakby chciał uciec.
– Według jednej z teorii to coś roztaczało wokół siebie rodzaj pola, do którego wszyscy się przyzwyczailiście. Może to było oddziaływanie chemiczne. Na przykład feromony. Mniej prawdopodobne wydaje się pole elektromagnetyczne. Cokolwiek to było, kiedy zniknęło, musieliście się dostosować.
– To wszystko? – Samowi takie wyjaśnienie wydawało się niewystarczające. Miał ochotę się o to pokłócić i powstrzymały go tylko rozsądek oraz długie doświadczenie na stanowisku Przewodniczącego, który więcej się nauczył dzięki słuchaniu niż mówieniu.
– To nie wystarczy? Niektórych z nas zajmie to na dłuższy czas.
Sam nie potrafił odpuścić.
– Czy pierwsze ekipy bezpieczeństwa znalazły jakiekolwiek pole? Przecież nikt nie sprzeciwiał się założeniu tutaj osady, prawda? – Myśl, że mogło dojść do niedopatrzenia, jeszcze bardziej go drażniła. Wziął głęboki wdech i zapanował nad nerwami.
Techniczka również stawała się nieco poirytowana, co dało się wyczuć w jej uszczypliwym tonie.
– Nikt nie miał ku temu powodu. Sprawdziliśmy wszystkie dane dostępne w archiwum i nic nie znaleźliśmy. Nikt nie znalazł tutaj niczego dziwnego poza samym obiektem.
Sam warknął pod nosem.
Kobieta mówiła dalej, wymachując palcem.
– Jako że był on święty dla Owlbritów, nasi zwierzchnicy postanowili, że nie będziemy go ruszać, a jedynie przebadamy pod kątem radioaktywności oraz szkodliwych emanacji, których nie stwierdzono. Kiedy umarł ostatni z Owlbritów, wasza wioska uznawała już Boga za maskotkę, a Centralne Kierownictwo miało ważniejsze problemy niż analizowanie jakiegoś zwierzęcia, warzywa czy minerału, które nikomu nie szkodziły, a taka analiza mogłaby się komuś nie spodobać. Z tego, co wiedzieliśmy, było to unikatowe zjawisko, a dopiero dziesięć dni temu zauważyliśmy w nim coś osobliwego.
Sam wzruszył ramionami, co miało być próbą przeprosin.
Techniczka westchnęła.
– A skoro o osobliwych sprawach mowa, rozumiem, że pochowaliście ciało poza uznanym terenem pogrzebowym. To kwestia zdrowia publicznego, dlatego pochówek należy powtórzyć.
Sam jak przez mgłę pamiętał, że Birribat został pochowany, ale nie pamiętał, kto to zrobił ani gdzie. Po krótkich i bezcelowych poszukiwaniach grobu przedstawiciele ochrony zdrowia dali za wygraną.
– Myśli pani, że najgorsze już za nami? – spytał Sam.
– Jesteście w żałobie – odpowiedziała. – Psychologowie twierdzą, że cała osada zdradza jej objawy. Mimo że nie byliście świadomi, jaką stratę ponieśliście, właśnie tak wyglądało wasze zachowanie. Sądzę, że to już minęło. Biologowie plują sobie w brodę, że wcześniej nie przeprowadzili badań, ale poza tym wszystko raczej wraca do normy.
Techniczce można było wybaczyć. Wysławiała się tak, jak mieli w zwyczaju medyczni specjaliści, z pozycji władzy. Czuła się w obowiązku pocieszać innych, a jednocześnie nie dopuszczała żadnych wątpliwości, wyjątków ani świadomości ludzkiej słabości. Jak wielu medyków w historii, bardzo się myliła.
Osoby odwiedzające Ziemię Hobbsa po raz pierwszy, przynajmniej te, które przybywały tam w oficjalnych sprawach, zazwyczaj uczestniczyły w zajęciach zapoznawczych organizowanych w Centralnym Kierownictwie. Za ich prowadzenie często odpowiadał kierownik produkcji Horgy Endure, ponieważ doskonale sobie z tym radził, mimo że zatytułował swoje zajęcia szokująco mało oryginalnie: Wszystko o Ziemi Hobbsa. Pewnego ranka, wkrótce po śmierci Bondru Dharma (wobec którego Horgy nie miał żadnych zobowiązań, więc go ignorował), prowadził szkolenie dla grupy złożonej z pięciu osób: dwóch inżynierów z Phansure (phansurscy inżynierowie byli w Układzie wszechobecni jak pchły na kocie i równie uciążliwi, choć nieco łagodniejsi) oraz najnowsze trio niekończących się asystentek, ślicznotek z Ahabaru, z których większość była pozbawiona mózgu. Inżynierowie, specjaliści od projektowania robotów, wybierali się do Pierwszej Osady, by spotkać się z Samem Giratem, a ślicznotki miały zostać w Centralnym Kierownictwie i dowiedzieć się, czego Horgy może ich nauczyć. Dwie już miały okazję poznać próbkę jego możliwości i chciały więcej.
Horgy zgromadził całą piątkę w Sali Kadrowej wokół komunikatora, który wyświetlał oszałamiające obrazy towarzyszące jego doskonale przygotowanej prezentacji. Horgy lubił te kursy. Lubił słuchać swojego głosu – głębokiego, ciepłego i pasującego do jego zmysłowych ust.
Kiedy się zebrali, komunikator już ukazywał elegancki model Układu, trzy malutkie wewnętrzne planety wirujące na swoich orbitach, następnie Thyker, Ahabar, Pas i w końcu Phansure. Okrojony model zawierał wszystkie okupowane światy oraz większość okupowanych księżyców, ale nie zewnętrzne planety, które się nie zmieściły, a poza tym nie były istotne dla treści prezentacji. Horgy odchrząknął i model ustąpił miejsca holograficznemu obrazowi Pasa, mijającego Bounce i Pedarię oraz kilka innych z piętnastu tysięcy jego światów. Komunikator niepotrzebnie wskazywał, że chociaż niektóre z planet były zamieszkane, innym tylko nadano nazwy, a inne otrzymały numery i jeszcze ich nie zbadano. Większość planet w Pasie była malutka, na kilku znaleziono życie, niektóre miały własną atmosferę, na innych wytworzono ją sztucznie, przeważnie umieszczając na orbicie potężne żagle słoneczne, które gromadziły ciepło niezbędne do wzrostu roślin, by przekształcić je w planety uprawne.
– Ten świat obecnie nazywamy Ziemią Hobbsa – powiedział Horgy, a komunikator jak na zawołanie wyświetlił ciemnozieloną kulę otoczoną ukośnym ciemniejszym pasem, niebieską na biegunach i poprzecinaną cienkimi chmurami sięgającymi od polarnych oceanów do równika. – Bezzałogowy okręt badawczy Theosphes K. Phaspe sporządził jego mapę i pobrał próbki mniej więcej sześćdziesiąt lat temu. Jakieś dwadzieścia lat później, kiedy wzajemne położenie orbit Phansure i nowo opisanej planety sprawiło, że stało się to ekonomicznie opłacalne, na Ziemi Hobbsa powstała osada założona przez Spółkę Spożywczą Hobbs Transystem pod kierownictwem Mysore Hobbsa Pierwszego.
– Mysore Pierwszy zmarł w zeszłym roku – odezwał się starszy z dwóch Phansuryjczyków do jednej ze ślicznotek. – Cudowny staruszek. Teraz wszystkim kieruje Mysore Drugi.
Horgy przytaknął z uśmiechem, nie dając się wybić z rytmu.
– Z głównej siedziby Transystemu na Phansure wysłano okręt z częściami niezbędnymi do zbudowania Wrót oraz zespołem techników.
Komunikator ukazał techników uwijających się jak pchły. Nowo zbudowane Wrota migotały błękitnym ogniem, gdy materiały budowlane, ludzie i maszyny pojawiły się na pasie transmisyjnym. Prezentacja holograficzna pokazała maszyny i ludzi wznoszących budynki Centralnego Kierownictwa – wieżę administracyjną, warsztat, magazyny, kwatery dla pracowników i gości oraz kompleks rekreacyjny – które rosły jak grzyby po deszczu. Na szczycie budynku Administracji migotał na czerwono i żółto napis: „ZIEMIA HOBBSA, osada rolnicza Spółki Spożywczej Transystem”.
– Budowa kompleksu Centralnego Kierownictwa trwała w najlepsze, gdy ekipy badające powierzchnię planety odkryły, że rzekomo niezamieszkany świat tak naprawdę był domem ludu Owlbritów, przedwiecznej rasy, z której tylko dwanaścioro przedstawicieli dożyło kontaktu z osadnikami.
Obrazy przedstawiały malutkie wioski, okrągłe domki oraz grube, przypominające rzepy istoty, które z trudem przemieszczały się na delikatnych nogach.
– Tylko dwanaścioro? – spytał Theor Close, starszy z dwóch phansurskich inżynierów. – Naprawdę tylko dwanaścioro?
– Zgadza się – odrzekł Horgy stanowczo. – A przynajmniej tylko tylu udało się odnaleźć. No i trzech albo czterech z ich Bogów, z których wszyscy poza jednym natychmiast umarli.
– To smutne – stwierdziła jedna z asystentek, smukła blondynka o niesamowitych rzęsach. – Chociaż nie są zbyt ładni.
Horgy posłał jej obezwładniająco uroczy uśmiech. Dzięki niemu przekonał do tej pory całe legiony asystentek – Horgy zawsze zatrudniał kobiety – że są najcudowniejszymi istotami we wszechświecie.
– To rzeczywiście było smutne – przyznał drżącym głosem. – Ale masz rację, nie byli zbyt ładni.
– A więc co się stało z tą dwunastką ocalałych? – wtrącił się drugi inżynier, Betrun Jun.
– No tak… – Horgy przypomniał sobie, co mówił. – Dzięki wysiłkom czołowych filologów i ksenolingwistów udało się ustalić, że Owlbritowie nie tylko nie są niechętnie nastawieni do obecności ludzi na ich świecie, ale też cieszą się z powstania osady. Powiedzieli, że zostało to przepowiedziane. Obiecali im to ich Bogowie, a w ten sposób miała się spełnić ich wola.
– To miło dla nas, ludzi – stwierdził Betrun Jun i puścił oko do swojego towarzysza.
Horgy przytaknął i kontynuował:
– Ostatni z Owlbritów umarł mniej więcej pięć lat po założeniu osady, ale ostatni z ich Bogów jeszcze do niedawna pozostawał w stanie, który nazywano „życiem”.
– Dlaczego nic nie wiedziałam o tych Owlbritach? – spytała ciemnowłosa członkini tria Horgy’ego, oszałamiająco obdarowana przez naturę młoda dama. – Nie słyszałam o nich ani słowa.
– Wygląda na to, że niczego nie zbudowali – odparł z namysłem Theor Close. – Żadnych dróg, pomników ani miast.
– Niczego nie stworzyli – dodał drugi z Phansuryjczyków. – Żadnej sztuki, literatury ani wynalazków. Co po sobie zostawili, Endure? Kilka zrujnowanych wiosek?
Horgy, zbity z tropu, ale wdzięczny za zainteresowanie, ponownie zebrał się w sobie i uroczo uśmiechnął.
– To w zasadzie wszystko. Z kosmosu te skupiska niewielkich budowli przypominają kratery po upadku meteorytów i zapewne dlatego początkowo je przegapiono. Badacze znaleźli dziesięciu żywych Owlbritów, mieszkających pojedynczo lub w parach pośród ruin na skarpie. Odkryli jedną w większości zburzoną wioskę na równinie, gdzie mieszkali dwaj Owlbritowie, którzy twierdzili, że na nas czekali. „Czekali, aż ktoś się pojawi”, jak przetłumaczyli lingwiści. Właśnie tam założono Pierwszą Osadę. Zamieszkała w niej dwójka ksenologów, którzy pozostali na miejscu aż do śmierci ostatniego Owlbrita. Czytałem, że ostatni z nich powiedział jednemu z lingwistów, że obserwowanie ludzi tak go ciekawiło, że żył nadspodziewanie długo.
– Zatem naprawdę nic po nich nie zostało – rzekł Theor Close. W jego głosie pobrzmiewały zarazem zachwyt i żal.
– Ruiny oraz kilka słów i zwrotów, które przejęliśmy – przyznał Horgy. – Nazwy miejsc i przedmiotów. Kril to jedna z miejscowych ryb. Bondru oznacza południe. Niestety możemy się tylko domyślać brzmienia tych słów. Nie potrafimy odtworzyć dźwięków ich mowy.
– To dlatego nigdy o nich nie słyszałam – odezwała się brunetka. – Zniknęli, zanim się urodziłam. – Ton jej głosu wskazywał na to, jak nieistotne było wszystko, co wydarzyło się przed jej przyjściem na świat. Asystentki Horgy’ego często były zapatrzone w siebie.
Tyle że miała rację. Owlbritowie, lud bardziej enigmatyczny niż legendarny, rzeczywiście zniknęli, z czego zdawali sobie sprawę mieszkańcy Ziemi Hobbsa. Ksenologowie w różnych miejscach czytali lub pisali książki na ich temat, ale żadne analizy nie wykraczały poza przeświadczenie, że Owlbritowie kiedyś żyli, ale już przestali istnieć.
Horgy zwrócił się do inżynierów:
– Zanim pójdziecie porozmawiać z Samem Giratem w Pierwszej Osadzie, kilka słów o geografii Ziemi Hobbsa… – Przywołał obrazy pofalowanych i niezwykle nudnych równin, by wrócić na właściwy trop.
Kiedy Samasnier Girat, jego siostra Saluniel oraz ich matka Maire przybyli na Ziemię Hobbsa i po raz pierwszy postawili stopę poza Wrotami, a wiatr wiejący na tym dziwnym świecie zmierzwił im włosy, matka Sama uklękła i dotknęła gruntu.
„Dzięki Bogu!” – wykrzyknęła Maire. „Nie ma tutaj żadnych legend”.
Wypowiedziała te słowa z pewną fatalistyczną satysfakcją, jak kobieta, która pakuje dobytek i postanowiła porzucić jakiś kłopotliwy przedmiot, chociaż wie, że później będzie za nim tęskniła. Jej słowa, zbiegiem okoliczności wypowiedziane w chwili ich przybycia, miały wagę proroctwa, a całe to wydarzenie wydawało się tak nacechowane determinacją, że Sam nigdy go nie zapomniał. Nawet kiedy dorósł, wciąż pamiętał dotyk wiatru, woń powietrza – którą zarówno wtedy, jak i później uważał za pustą – udręczoną, ale piękną twarz matki pod ciemną chustką, jej ciężkie buty obok jego drobnych stóp stojących na ziemi, oraz torbę, którą odstawiła, a w której znajdowały się ich ubrania, lalka Sal i jego figurki wojowników o imionach Gniew, Żelazo i Voorstod, choć mama nie pozwoliła mu zabrać bicza. Torba była poprzecierana i poplamiona, miała skórzane troczki, a mama niosła ją aż z miasteczka Scaery w Voorstodzie na planecie Ahabar.
W dzieciństwie Sam zawsze uważał legendy za coś, co porzuciła jego mama. Nie były czymś bezużytecznym, jak znoszone buty, tylko czymś niewygodnym, z czym trudno podróżować, być może ciężkim, z wystającymi gałkami albo nawet kółkami, ale i fascynującym. Chociaż sam nigdy o tym nie wspominał i z pewnością nie pytał o to Maire, zakładał, że jedną z tych niewygodnych rzeczy, które mama pozostawiła, był tata Sama, Phaed Girat. Nie miał pewności, czy kiedyś będzie zdolny jej to wybaczyć, czy może już to nieświadomie uczynił.
Maire dała Samowi wybór, jeszcze w Voorstodzie na Ahabarze, w kuchni w Scaery, gdzie blask ognia wypełniał kąty cieniami, a wszystko przenikała woń dymu. Sam nie pamiętał czasów bez tej woni i bez ziemistego zapachu bladych narośli na wilgotnych ścianach. „Sal i ja wyjeżdżamy”, powiedziała mama. „Możesz zostać z tatą albo pojechać z nami. Wiem, że jesteś za młody, by podjąć tę decyzję, ale muszę cię o to spytać. Sal i ja nie możemy tu zostać. Voorstod to nie jest miejsce dla kobiet i dzieci”.
Chciał zostać z tatą. Ta odpowiedź czaiła się w jego krtani, lecz tam pozostała. Od urodzenia dysponował cechą uznawaną przez niektórych za zwykłą nieśmiałość, a która w istocie była nietypową dla dziecka roztropnością. Często nie mówił tego, co przychodziło mu do głowy. Pragnął zostać z tatą, ale zdawał sobie sprawę, że może nie przetrwać, jeśli to zrobi. Tata raczej nie mógł mu pomóc w nauce czytania, ugotować kolacji albo uprać ubrań. Nie robił takich rzeczy. Tata wyrzucał go wysoko w powietrze i łapał, prawie zawsze. Podarował mu bicz i nauczył z niego strzelać oraz przewracać za jego pomocą butelki. Nazywał go „jego silnym małym Voorstodyjczykiem” i nauczył go wołać „Gniew, Żelazo i Voorstod”, gdy nadchodzili prorocy, a wszystkie kobiety musiały się chować w swoich pokojach. Niestety zdarzało się, że tata prawie go nie zauważał i warczał na niego jak jeden z niuchaczy przykutych za domem. W takich chwilach Sam myślał, że jego staruszek jest kimś innym, kto tylko nosi maskę taty.
Poza tym zastanawiał się, czy po śmierci jego brata Maechy’ego – mama powiedziała, że nie żyje i nigdy nie wróci – mama nie będzie potrzebowała syna, który się nią zaopiekuje. Tata twierdził, że nikt nie jest mu potrzebny. Ludzie Sprawy potrzebowali tylko siebie i Wszechmogącego, niezależnie od tego, czy pierwotnie byli ludźmi Gniewu, Żelaza czy Voorstodu.
Dlatego Sam, roztropnie i posłusznie, zapewnił mamę, że dołączy do niej i Sal. Kiedy Maire powiedziała mu, że będzie musiał zostawić bicz, uznał to za swoją powinność, chociaż nigdy nie był pewien, czy podjął właściwą decyzję, nawet gdy dorósł. Czasami śnił mu się tata. A przynajmniej miał takie wrażenie, gdy się budził. Śnił także o dłoniach, które zakrywały mu oczy, i głosie, który szeptał: „Nie widzisz ich, Sammy. Ich tam nie ma. Nie widzisz ich”. Budził się wściekły, że nie pozwolono mu zobaczyć czegoś ważnego, że wybrał podróż do Ziemi Hobbsa albo że tata z nimi nie pojechał.
Ale pamiętał tatę i domyślał się, dlaczego Maire zostawiła go razem z resztą legend. Tata był za ciężki, by go zabrać. Kiedy Sam wspominał Phaeda Girata, właśnie takim go widział: niezgrabny i ponury kształt pozbawiony uchwytów. Ta myśl w pewien sposób dodawała mu otuchy. Skoro tatę tak trudno było przemieścić, to zapewne wciąż był w Voorstodzie, gdzie Sam mógł go odnaleźć, gdyby kiedyś go potrzebował. Voorstod na Ahabarze zawsze będzie w tym samym miejscu, na wpół ukryte pośród mgieł, cuchnące dymem i bladymi grzybami porastającymi ściany.
Na Ziemi Hobbsa – jak w większości miejsc w Układzie – dzieci miały wujków, a nie ojców, i Sam musiał dorastać pozbawiony pieczy starszego mężczyzny. Chociaż Maire miała braci w Voorstodzie, żaden z nich nie miał zamiaru zdradzać Sprawy poprzez wyprowadzkę z miasta. Sam udawał, że jego figurki wojowników to ojciec i wujkowie. Stawiał je na stoliku przy łóżku, gdzie mógł na nie patrzeć przed zaśnięciem. Gładko ogolony Gniew w sandałach i kamizelce, z tarczą i mieczem, brodaty Żelazo w powłóczystej szacie i nakryciu głowy, z zakrzywionym ostrzem, oraz wąsaty Voorstod w ciężkich butach i z biczem przy pasie. Jego imię oznaczało „Bicz Śmierci” i był najbardziej surowy z całej trójki. Sam uważał, że jego ojciec czasami go przypominał.
Sam wyrósł na obowiązkowego i upartego chłopca, który zgadzał się na wszystko, by uniknąć kłopotów, ale potem i tak robił to, na co miał ochotę.
Był posłuszny, ale nie potulny, do tego pomysłowy i pamiętliwy. Czasem można było odnieść wrażenie, że kwestionuje wszystkie swoje doznania. Jakby cukier nie był słodki, a ocet kwaśny, i oba kryły w sobie jakiś inny smak. „Dobrze, ale…”, zdawał się mówić, co irytowało wszystkich wokół. Zachowywał się tak, jakby pod każdym doznaniem i za każdym wyjaśnieniem kryło się coś ważniejszego i bardziej doniosłego.
W wieku około dwudziestu lat czasami kładł się na łóżku i patrzył na nienazwane gwiazdozbiory, rozmyślając o sobie, o tym, czym jest Ziemia Hobbsa i czy tam jest jego miejsce. Osadnicy rozmawiali o rozmaitych światach, zarówno prawdziwych, jak i wyobrażonych. Ziemia Hobbsa musiała być prawdziwa, bo kto zadawałby sobie trud, by wymyślić taki świat? Nikt. Była to nudna i monotonna planeta, niewarta zachodu. Nie licząc kilku punkcików (drobnych jak pryszcze) o powierzchni kilku tysięcy mil kwadratowych, czyli pól, gospodarstw, winnic i sadów, gdzie żyli ludzie, na tym świecie nie było żadnych śladów ludzkiej historii ani przygód. Wzniesione ludzką ręką mury nie wspinały się na niskie wzgórza, menhiry nie sterczały posępnie na skarpach, malunki przedstawiające zwierzęta nie hasały w świetle pochodni w jaskiniach, pełnych cudów, tajemnic i niebezpieczeństw, przywołując wizje straszliwych prymitywnych czasów.
Oczywiście ludzie na Ziemi Hobbsa nigdy nie byli prymitywni. Przybyli przez Wrota z bagażem opowieści, wspomnień i technologii z innych miejsc. Przybyli z niespokojnego Ahabaru, opasanego morzami Phansure, mosiężnego Thykera oraz rozmaitych księżyców. Przylecieli jako cywilizowani ludzie, chociaż nie stanowili jednego narodu, co mogłoby im zapewnić wspólną tożsamość, na jakiej zależało Samowi.
Tak naprawdę nie miało większego znaczenia, kto pojawił się na planecie. Na Ziemi Hobbsa nie było żadnych pomników, wzniesionych przez cywilizowane bądź niecywilizowane ludy. Nie toczono tutaj żadnych bitew, nie pokonano żadnych wrogów. Krajobraz był nudny jak flaki z olejem, nieskażony ludzkimi zmaganiami, wyzuty z triumfów.
Przynajmniej tak Sam sobie powtarzał, gdy leżał na swoim posłaniu i tęsknił za czymś więcej. Za czymś nienazwanym.
Kilka lat później w pewien rozgwieżdżony wieczór pocałował Chinę Wilm przy zagrodach dla drobiu i uznał, że być może znalazł to, czego pragnął. Przyglądał się nieznanym emocjom, by powiedzieć jej, co czuje. Nie potrafił znaleźć właściwych słów i obwiniał o to Ziemię Hobbsa. Chciał znaleźć poetyckie porównania, by opisać dotyk jej ust, które były jak jedwab i miały niespodziewaną moc; szukał cudownych słów, by opowiedzieć o niepokoju, który czuł w żołądku, podbrzuszu i umyśle, ale nic na Ziemi Hobbsa nie było tak burzliwe ani zachwycające.
– Sam, ona jest jeszcze dzieckiem! – wykrzyknęła mama, nie tyle przerażona, ile zażenowana. China Wilm była dwunastolatką, a Sam miał dwadzieścia dwa lata.
Dobrze o tym wiedział! Ale był gotów na nią zaczekać! Obserwował jej rozwój, odkąd była małym dzieckiem. Wybrał ją! Nie miał zamiaru jej się narzucać, ale postanowił, że należała do niego, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy. Mimo ledwie dwudziestu dwóch wiosen był gorliwym i elokwentnym kochankiem, który miłował nie tylko ciałem, ale także umysłem. Dlatego pocałował ją w niewinny sposób, powiedział tylko tyle, by ją zaintrygować, po czym dał jej spokój – na razie – przekonany, że to utracone legendy tak go frustrują. Był pewien, że pośród nich odnalazłby wszystkie niezbędne porównania i przykłady. Gdyby miał okazję porozmawiać z tatą, z pewnością dowiedziałby się od niego, jak to wszystko poukładać.
Nieopatrznie powiedział to wszystko Maire Giret. Kiedy tylko te słowa opuściły jego usta, zdał sobie sprawę, że nie powinien był ich wypowiedzieć. Maire odwróciła się do niego plecami, a po chwili uświadomił sobie, że się rozpłakała. Jej łzy zbiły go z tropu i spróbował naprawić sytuację.
– Ale nie wszystko było złe w Voorstodzie! Byłaś tam kimś ważnym, prawda, mamo? Ludzie pytali, czy jestem z ciebie dumny, byłaś sławna.
– Tylko dla niektórych – odrzekła, ocierając oczy. – Dla nielicznych.
– Dzięki swojemu śpiewowi – ciągnął, z trudem podtrzymując rozmowę, zastanawiając się, tak naprawdę po raz pierwszy, dlaczego przestała śpiewać.
– Tak. Właśnie dlatego – odpowiedziała lekceważąco i zacisnęła usta.
– Śpiewałaś o miłości, mamo?
Zaskoczona, roześmiała się chrapliwie.
– O miłości, Sammy? O tak, śpiewałam o miłości. Z miłości. Dla miłości.
– Czy w takim razie w Voorstodzie istniały legendy o miłości?
Wykrzywiła kącik ust.
– Prorocy w Voorstodzie mówili, że to, co ludzie nazywają miłością, to zwykła żądza i należy nad nią panować za wszelką cenę. Powiadano, że kobiety prowokują tę nieświętą żądzę i dlatego powinny zasłaniać twarze oraz ciała i przebywać w ukryciu. Mężczyźni byli zbyt wartościowi, by wystawiać się na takie pokusy. To, co my czułyśmy, nie miało znaczenia. Oni mogli paradować z odsłoniętymi twarzami, ale my musiałyśmy się zakrywać. Takie nauki nie pozostawiają zbyt wiele przestrzeni na miłosne pieśni.
Jego mina powiedziała jej, że miał na myśli coś innego.
– O co chodzi, Sammy? – spytała.
– Muszę się dowiedzieć! – wykrzyknął, chociaż wcale tego nie planował. – Muszę się dowiedzieć… skąd pochodzimy.
Omal nie powiedział „kim jestem”, powstrzymując się w porę. Miał dwadzieścia dwa lata i mężczyzna w tym wieku z pewnością powinien wiedzieć, kim jest. A on tak naprawdę nie był tego pewien. Próbował zakładać różne maski, lecz żadna na niego nie pasowała. Maire nie rozumiała go na tyle dobrze, by mu to powiedzieć.
– Skąd pochodzimy – powtórzył, uznając, że właśnie to miał na myśli.
Maire opowiedziała mu o swoim życiu w Voorstodzie, o drobnym ciemnoskórym ludzie Gharm, który traktowano jak niewolników, a także o swoim małżeństwie z jego ojcem oraz powodach odejścia. Nim opowieść się rozwinęła, na twarzy Sama pojawiła się typowa dla niego osobliwa mina. Nie to chciał usłyszeć. Jej słowa spływały po jego uprzedzeniach jak krople deszczu po liściu. Opowiadała o Fess i Bitty, swoich dziecięcych przyjaciółkach z ludu Gharm, ale nie na takich wspomnieniach mu zależało. Przecież nigdy nie spotkał żadnego Gharmijczyka. Odepchnął od siebie ulotne wspomnienie dłoni zakrywających mu oczy i wmówił sobie, że jej słowa nie opisują takiego Voorstodu, jaki nosił w sercu.
Mimo wszystko w jakimś sensie przyswoił tę opowieść. Później, kiedy przebywał bardzo daleko od domu, wspominał Fess i Bitty, jakby pochodziły z przeczytanej historii albo obejrzanej sztuki. Ale kiedy Maire mu o nich opowiadała, po prostu jej nie słuchał.
Mniej więcej cztery lata po ich pierwszym pocałunku China Wilm dojrzała do prawdziwej miłości. Miała szesnaście lat, co stanowiło akceptowalny wiek na romanse oraz macierzyństwo pośród kobiet z Ziemi Hobbsa. Sam miał dwadzieścia sześć lat i zdążył już doświadczyć miłosnych uciech za sprawą licznych chętnych mieszkanek osady. Nie dał Chinie Wilm szansy związania się z nikim innym. Ubóstwiał ją z całych sił i China wkrótce urodziła mu syna, któremu nadali imię Jeopardy Wilm. W duchu Sam nazywał siebie jego ojcem, chociaż nikt inny tak go nie określał. Jeśli ludzie w ogóle wspominali o ich wzajemnej relacji, mówili, że Sam jest protoplastą Jepa, ale nawet tego słowa nie używano na co dzień. Jeżeli kobieta nie popełniła jakiegoś oczywistego głupstwa, z genetycznego punktu widzenia, nikogo poza nią nie obchodziło pochodzenie dziecka. Tak było na Ziemi Hobbsa, Phansure, Thykerze, a nawet w większości miejsc na Ahabarze.
Niezależnie od tego, jak nazywano rolę Sama, on dalej uwielbiał Chinę Wilm, podziwiał ją i jej pożądał. Kłócił się z nią i awanturował, aż pewnego dnia jego mama wzięła go na bok i powiedziała mu, że najwyraźniej odziedziczył po ojcu okrucieństwo wobec kobiet, skoro nie chce zostawić dziewczyny w spokoju.
– Przyłapałam ją na płaczu – powiedziała Maire. – Zresztą nie pierwszy raz. Spytałam, co się stało, a ona odpowiedziała, że to przez ciebie. Wyznała, że nie wie, czego od niej pragniesz! Powiedziałam, że nie jest jedyna, ponieważ ja też mam z tobą ten sam problem, ale przynajmniej już dawno przestałeś mnie nękać! Zaakceptuj ją taką, jaka jest, albo zostaw w spokoju, chłopcze. Nie jesteśmy w Voorstodzie, gdzie można zamęczyć kobietę na śmierć, a potem ją pobić za to, że płacze. Jesteś na Ziemi Hobbsa i jesteś jej winien chociaż odrobinę szacunku!
Zignorował to, co powiedziała o Voorstodzie, ale uważnie wysłuchał całej reszty. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak jest uciążliwy. Czuł się tak blisko związany z Chiną Wilm, jakby ona była częścią niego i mogła mu pomóc lepiej zrozumieć siebie. Chciał dzięki niej poznać to, co było dla niego zagadką, znaleźć swoje miejsce w świecie i poradzić sobie z tęsknotą, którą wzbudzała w nim Ziemia Hobbsa. Czasami ogarniało go surowe uczucie, niczym młode wino, które drażni podniebienie, a czasami doznawał pustki, jakby próbował połknąć wiatr. Myślał, że jeśli spłodzi dziecko, poczuje, że stał się częścią Chiny i Ziemi Hobbsa, ale tak się nie stało. Syn Chiny Wilm był tak silnie związany z klanem Wilmów, że Sam Girat poczuł się jeszcze bardziej zagubiony i wyobcowany.
To wszystko w jakiś sposób łączyło się z legendami, które porzuciła jego matka, i z ojcem, który został w Voorstodzie. „Maire to wszystko zostawiła, ale ja nie!” – krzyczał do swoich myśli w domu braci, tłukąc pięściami w ścianę jak rozgniewany trzylatek. Wiedział, że nawet jeśli będzie delikatniej traktował Chinę, to nigdy nie zostawi Jepa, choćby tego wymagał zwyczaj. Znalazł sposób na przypodobanie się chłopcu!
Udał się do archiwum, z całkowicie niewinnymi zamiarami, i poprosił o bajki dla dzieci. Postanowił, że zostanie gawędziarzem, a to bezpieczne hobby pozwoli mu zabawiać najmłodszych, nikogo przy tym nie obrażając. Jednak w archiwum nie przechowywano opowieści dla dzieci. To, co jedna kultura uznawała za właściwe dla nieletnich, dla innych mogło być zakazane. Archiwum pod hasłem „bajki” przechowywało całe morze eposów i sag o władcach i włóczęgach, potworach, wojnach, krucjatach i wyprawach. Oczom Sama ukazały się niezliczone mity, historie, dramaty i krotochwile, od których zakręciło mu się w głowie. Nie przyszłoby mu do głowy, by odwiedzić archiwum w poszukiwaniu legend, których pragnął, ale je tam odnalazł. Wszystkie. Co do jednej.
Na jakiś czas zanurzył się w archiwum, żył i śnił tym, co tam zobaczył, nasiąkał tą wiedzą i pływał w niej jak ryba. Znalazł liczne ojczyzny i ojców, z których większość była bogami, herosami i królami. Uznał, że właśnie tym powinien być ojciec: bogiem, herosem, królem!
Zwłaszcza jedna legenda zrobiła na nim wrażenie, zupełnie jakby sam ją napisał. Pewien król wybrał się w podróż i spłodził syna. Ze szlachcianką, ponieważ herosi nie zadawali się z pospólstwem. Potem ruszył w dalszą drogę. Kobieta ani dziecko nie mogły zakłócić jego misji, więc zakopał miecz i parę własnych butów pod ciężkim kamieniem i powiedział matce chłopca, że kiedy jej syn stanie się wystarczająco silny, by dźwignąć ten kamień, będzie mógł zabrać miecz i buty, a następnie wyruszyć na poszukiwanie ojca. Syn z czasem nabrał krzepy, znalazł buty i miecz, a potem także ojca i swoje przeznaczenie.
Przeznaczenie! Los! Cel życia ważniejszy od zwykłej egzystencji, który jest jak dalekie światło lśniące na mrocznej górze! Jego serce podpowiadało: „Wespnij się na nią”. Każdy oddech podpowiadał: „Znajdź je”. Przeznaczenie wzywało Sama Girata. Wiedział o tym, zupełnie jakby jakaś wyrocznia wyszeptała mu to do ucha. Ta opowieść traktowała o nim. Pod wpływem nagłego olśnienia, które spadło nań jak grom z jasnego nieba, zrozumiał, że Phaed Girat wcale nie chciał wypuścić go z rąk. Gdzieś tam krył się kamień, pod nim spoczywała tajemnica, która mogła pozwolić mu wrócić do domu, gdzie czekał na niego tata.
To nic, że Sam nie był skrępowany i mógł w dowolnej chwili wybrać się do Voorstodu. Osadnicy nie byli niewolnikami, mogli swobodnie opuszczać planetę. Dla Sama „powrót do domu” oznaczał coś więcej. Dla niego znaczenie tej opowieści było jasne i nie ulegało wątpliwości. Jej nielogiczność czyniła ją jeszcze pewniejszą i bardziej intrygującą. Oczywiście, że ta historia była nielogiczna. Oczywiście, że była dziwaczna. Legendy były osobliwe, a przeznaczenie nie musi kłaniać się logice. Sam nigdy nie słyszał słów credo quia absurdum est, które czasami cytowali Wybitni Uczeni, ale w mig pojąłby ich znaczenie.
Chociaż ta konkretna historia była najlepsza, Sam wkrótce doszedł do wniosku, że wszystkie historie tak naprawdę są jedną opowieścią. Wszystkie legendy są jedną legendą. A u podstaw każdej z nich znajduje się potrzeba bądź pytanie skłaniające kogoś do wyruszenia w drogę, na której czekają niebezpieczeństwa i radość. Wszyscy bohaterowie szukają jednego: swoich ojców, nieśmiertelności, dobra, wiedzy albo kombinacji tych cudów, a ich odnalezienie jest ich przeznaczeniem. Na poszukiwanie niemal zawsze wyruszają mężczyźni, co również wiele nauczyło Sama i potwierdziło jego wcześniejsze opinie dotyczące Maire i Chiny. Nie ma sensu zadawać kobietom pewnych pytań, ponieważ nie są zainteresowane odpowiedziami. One po prostu nie rozumieją tych spraw!
Później Sam wielokrotnie wybierał się na długie spacery po skalistych terenach na północy, gdzie przesuwał głazy, wierząc, że pod jednym z nich jego ojciec mógł ukryć miecz, buty albo jakiś inny przedmiot. Robił to nawet wtedy, gdy uświadomił sobie, że „kamień” i „miecz” mogą mieć znaczenie symboliczne. Robił to, chociaż wiedział, że Phaed Girat nigdy nie postawił stopy na Ziemi Hobbsa. W świecie cudów Phaed mógł przecież posłać kogoś, kto latał między planetami. Dlaczego nie miałaby to być prawda? Ta zdolność wynikała z mocy ojca, herosa, króla, którzy mogli uczynić niemożliwe możliwym.
Jeopardy Wilm miał kuzynkę, Sobotę, córkę siostry jego matki, Afryki Wilm, która zaczerpnęła to imię z części archiwum dotyczącej Kolebki Ludzkości. Tego języka już nikt nie używał. Osadnicy czasami wybierali dawne imiona z uwagi na ich znaczenie, a czasem z powodu ich brzmienia. Afryka Wilm wybrała Sobotę ze względu na brzmienie, a także dlatego, że była to część serii słów, które mogła wykorzystać dla piątki albo szóstki dzieci, które planowała mieć. Afryka później dodała do tej listy trzech chłopców i kolejną dziewczynkę. Przypadły im imiona od Wtorku do Piątku, a potem uznała, że piątka pociech wystarczy.
Od wczesnego dzieciństwa Sobota śpiewała. Nawet jako niemowlę świergotała jak ptaszek. Na Ziemi Hobbsa było niewiele istot przypominających ptaki i żadna z nich nie potrafiła ładnie śpiewać, więc Sobota nie miała konkurencji w walce o funkcję głównej śpiewaczki osady. Afryka oznajmiła surowym tonem swojej córce, że ta ma dar, na który sama nie zapracowała, dlatego powinna ciężko pracować także w innych dziedzinach i wykorzystywać talent, by dawać szczęście innym.
Sobota solidnie przykładała się do wszystkiego i jednocześnie śpiewała, a kiedy miała około dziesięciu lat, poznała Maire Girat, która, choć już się tym nie zajmowała, kiedyś była uznaną śpiewaczką. A przynajmniej tak twierdziło wielu osadników, nawet ci z Phansure czy Thykera. Wielu z nich znało piosenki Maire Manone, gdyż takie nazwisko nosiła w Voorstodzie. To Maire nauczyła Sobotę oddychać, zmieniać powietrze w lśniącą kolumnę emanującą z płuc, bez najmniejszej pauzy, i budzić nuty do życia. To Maire Girat nauczyła dziewczynkę ozdabiać piosenki trylami, gamami i skokami, dzięki czemu jej głos płynął jak woda.
Zostały przyjaciółkami – wysoka, wymizerowana, barczysta, milcząca kobieta i drobna, gadatliwa, frywolna dziewczynka. Spędzały razem mnóstwo czasu. Sobota zadawała pytania, a Maire odpowiadała powolnym, rzeczowym głosem o szorstkich, kudłatych krawędziach.
– Dlaczego już nie śpiewasz, Maire? – spytała Sobota pewnego dnia. Chciała zadać to pytanie już od dawna, ale zawsze coś ją powstrzymywało. Wrażliwość lub skrupulatyzm podpowiadały jej, że odpowiedź sprawi kobiecie ból.
– Nie mogę – odpowiedziała Maire ze smutkiem. Nie chciała rozmawiać z tym radosnym dzieckiem o Fess i Bitty ani o nawiedzających ją niegdyś snach o wielkich hymnach rozbrzmiewających między gwiazdami. Muzyka kiedyś bezustannie mieszkała w jej umyśle. Kiedy muzyka umarła, Maire opuściła Voorstod, ale nie chciała o tym opowiadać.
– Tutaj nie istnieje nic z tego, o czym śpiewałam, dziecko – odparła. – Śpiewałam o wzburzonych morzach i strzelistych górach. Tutaj ziemia przypomina dziecięcą piaskownicę, jest gładka. O czym mogłabym śpiewać?
Sobota uważała, że nie brakowało dobrych tematów. Chociaż wszyscy powtarzali, że Ziemia Hobbsa jest nudna, ona uważała ją za piękną. Bardzo prostą i pospolitą, ale właśnie dlatego tak atrakcyjną.
– W Voorstodzie zbierają się mgły, które tworzą niewielkie przestrzenie, gdziekolwiek staniesz – wyjaśniła Maire. – Jeśli dziewczyna ma kochanka, mogą spacerować sami, szczelnie otuleni, jakby na świecie nie było nikogo poza nimi. Kobiety mogą zdejmować całuny i całować swoich ukochanych, ryzykując dla miłości, ponieważ w każdej chwili z nieba może opaść wiatr, rozwiać mgłę i nagle wszystko znów się ukaże – potworne kamienie, czarne i wysokie, oraz morze, w którym słońce odbija się jak w potężnym lustrze. Wszystko staje się zielone, błękitne i złote – łąki, góry i morze – a kochankowie muszą czmychnąć. Właśnie o tym tam śpiewałam.
– Tylko o tym? O kochankach we mgle? – W głosie Soboty pobrzmiewało niedowierzanie.
Maire się zamyśliła. Kochankowie byli fikcją. Kobiety nie śmiały robić takich rzeczy, a mężczyźni nie byli gotowi narażać w ten sposób swojego życia, ale miło było przez chwilę udawać, że to prawda. Kłamstwo zmieniło się w gorycz w jej krtani i wypluła je w postaci prawdy.
– Okłamuję siebie i ciebie, dziecko. Nie śpiewałam o kochankach. Śpiewałam o śmierci. Kiedy umarł mój synek Maechy, napisałam piosenkę. Nosiła tytuł Ostatnia skrzydlata istota i opowiadała o aniele Nadziei, który przychodzi do Scaery, by spytać, czy wezwałam go tak, jak wezwałam inne anioły. Nadzieja była ostatnią skrzydlatą istotą.
Sobota popatrzyła z zachwytem w jej przymrużone oczy.
– Co się wydarzyło? W tej piosence?
– To, co zawsze się dzieje w Voorstodzie. Anioł umarł, tak jak pozostałe anioły. Miłość, Radość, Pokój, wszystkie są martwe. Voorstod oddycha śmiercią, tak zawsze powtarzałyśmy jako kobiety. A skoro umarła nadzieja, nie mogłam już dłużej śpiewać, więc wyjechałam.
– Jak ona brzmiała, Maire? Tamta piosenka?
– Nie mogę jej zaśpiewać. Ostatnie słowa brzmiały: „…pocałuj mnie, mały, żegnaj, mój mały, chodź ze mną, a wyruszymy”.
Sobota pokręciła głową, wyraźnie zaskoczona.
– Nie rozumiem.
– Kobiety z Voorstodu to rozumieją. Opuszczamy Voorstod od stuleci. Kiedy jesteśmy gotowe, gdy już powiadomiłyśmy naszych mężów, że odchodzimy, a oni nas wyśmiali z niedowierzaniem, gdy spakowałyśmy wszystko, co damy radę udźwignąć, i wypłakałyśmy oczy, mówimy „pocałuj mnie” do naszych synów i mężów, „żegnaj” do nich i do wszystkich przyjaciół oraz zmarłych dzieci, a potem „chodź za mną” do malców i córek, które zabieramy ze sobą. Pożegnałam się ze swoim synem Maechym, który zginął z ręki Voorstodu. Nakazałam Samowi i Sal, żeby poszli ze mną. To była moja ostatnia pieśń. Nigdy więcej nie zaśpiewam.
Na Ziemi Hobbsa nastaje noc, różniąca się, choć nikt tego nie podejrzewa, od wszystkich innych nocy. Szepcze o ciążach bliskich rozwiązania, o potwornych skrzydlatych prawdach, zwiniętych w łonie cienia, gotowych wybuchnąć. Takie noce nie potrzebują księżyca, ponieważ rozświetla je ich własny spokój.
Sam, który ma już dwadzieścia osiem lat, nie może zasnąć. Ciemność tworzy namacalne cienie tętniące możliwościami. W taką noc można wypowiedzieć słowo. Można wyznać prawdę. Coś może się wydarzyć. Sam tej nocy nie ma ochoty przepychać głazów ani świecić pod nie malutką latarką w poszukiwaniu sekretów. Ma już tego dosyć. Dlatego rusza na wschód, poza teren osady, a potem z powrotem, szukając nieznanego, wędrując wzdłuż pól, na których małe zagłębienia w ziemi lśnią srebrzyście w blasku gwiazd, a uprawy wyciągają się w górę, mamrocząc coś, zupełnie jakby były rozumne. Wszystko efektownie błyszczy, jakby z nieba zstąpił obłok cudów. Niewidzialna ręka prowadzi jego stopy, miękko stąpające po ścieżkach, których Sam nie mógłby dostrzec w świetle dnia. Gwiazdy obracają się nad nim i tworzą potężne koła światła, a on czuje ich obroty, jakby to były elementy silnika. Sam Girat przemierza noc potężnymi krokami i wraca do Pierwszej Osady wkrótce przed świtem, nie pozostawiwszy za sobą ani odrobiny snu.
Niedaleko stoi świątynia Bondru Dharma, mała i ciemna, wydaje z siebie odgłos przypominający dyszenie, przeciągłe wzdychanie, delikatne jak oddech smacznie śpiącego dziecka. Powietrze unosi się w budynku, przynosząc chłód. Bóg przysiadł w kolumnie wznoszącego się powietrza, oblany światłem. Właśnie takim zapamiętał go Sam – ta wizja nagle do niego powraca, chociaż nie był w świątyni od lat – i ogarnia go czuły szacunek, a może tylko zaciekawienie włóczęgi, zmieniające się w coś przypominającego sympatię.
Drzwi świątyni otwierają się łatwo, niemal same. Wklęsła posadzka nie stanowi zagrożenia. Sam znajduje drzwi z kratą i kuca przed nimi. Wbija wzrok w ciemność, wypatrując świateł, bladych gwiazdozbiorów ognia, które pojawiają się w dolnej części ciała Boga i stopniowo się wznoszą, po czym znikają w ciemności. Światła płyną w górę, jakby przemierzały nieskończony kosmos.
Samowi opadają powieki. W nogach czuje wielokilometrową wędrówkę. Przekonuje siebie, że odpocznie tylko kilka minut, a potem wróci do domu braci. Po chwili zwija się w kłębek niczym robak w orzechu na posadzce pokrytej mozaiką, opiera głowę na muskularnej ręce, podwija nogi i zasypia jak bezwładny kociak, podczas gdy światła Boga pulsują i gasną, pulsują i gasną, pulsują i gasną.
Powietrze się unosi. Noc zbiera się w mroczne fałdy, jak sieć, którą za chwilę ktoś zarzuci na świat. Na jej krawędziach kryje się światło świtu napierające na horyzont. Kiedy Sam budzi się i wstaje, drobne macki pełzające między kamieniami łaskoczą jego ciało, a on ze zdziwieniem zauważa obecność; wyczuwa ją, zanim jest w stanie ją zobaczyć albo usłyszeć. Coś roztopionego i złotego rozgrzewa powietrze w świątyni jak rozpalony koksownik.
– Spokojnie tutaj – odzywa się ta obecność.
Sam widzi herosa i od razu go rozpoznaje. Heros lśni, jakby coś rozświetlało go od środka, brązowy płomień, prześwitujący przez krótką tunikę i tańczący wokół sandałów i miecza. Na posadzce obok niego, jakby nieopatrznie porzucony, leży złoty hełm z herbem, który płonie jak małe słońce.
– Tezeusz – wzdycha Sam, a jego głos zmienia się w modlitwę. – Tutaj!
– A dlaczego nie? – pyta heros z serdecznym uśmiechem, łagodnie przekrzywiając głowę, a jego oczy świecą. – Przybyłem, by wyciągnąć do ciebie braterską dłoń. Szukałeś mnie, prawda?
Sam chwilowo nie pamięta. Nie przyszło mu do głowy, żeby prosić o pomoc Tezeusza, ale w tej samej chwili przyznaje, że być może pragnął… czyjejś pomocy. Zatem dlaczego nie Tezeusza?
– Naprawdę? – szepcze i zastanawia się, czy to nie sen. Uznaje, że wyszedłby na gbura, gdyby odmówił herosowi, nawet jeśli tylko go wyśnił. – Oczywiście, że tak.
– Jak już mówiłem… – ciągnie heros, krążąc po mozaice pod łukami – …tutaj jest spokojnie, ale nudno. Możliwości przygód są ograniczone. Najbliższa okolica nie napełnia zachwytem, nie jest majestatyczna, nie budzi żadnych emocji poza apatią. Nie ma tutaj kanionów, urwisk, jaskiń. Nie macie bandytów, despotów, Prokrustów, którzy by was ukształtowali…
– Wszyscy jesteśmy ukształtowani – protestuje Sam, dochodząc do siebie. Uświadamia sobie, że tylko słucha z szeroko otwartymi ustami i nie bierze udziału w tym, co się dzieje. – O tak, wszyscy jesteśmy ukształtowani! Mamy miejsce tylko na niektóre zwyczaje i postawy. Konstruktywność. Niezawodność. Uczciwość i solidność. Nie mamy miejsca na eposy, sagi ani legendy – bełkocze, zaskoczony tym, że wcale nie jest zaskoczony. Widzi herosa. To nie jest wyobrażenie, złudzenie ani hologram. Kiedy wyciąga rękę, dotyka ciała, skóry i metalu. Kiedy pociąga nosem, czuje pot. Oczywiście może mu się śnić, że dotyka i czuje… – Wszyscy jesteśmy ukształtowani! Psychologicznie! – wykrzykuje. – Przycięto nam wszystkie legendy. Jak gałęzie z drzewa.
– Czyli wasze życie stało się nudne – prowokuje heros z uśmiechem, lekko z niego kpiąc. – Nudne, Samasnierze Giracie. Czyż nie? Masz ochotę na wyprawę, nieprawdaż? Zapewne tak samo jak kiedyś ja. W końcu jesteśmy pobratymcami. Towarzyszami. Przybyłem, żeby ci pomóc.
– Pomóc?
– Podnieść kamień. Znaleźć sandały, dzierżyć miecz. Znaleźć ojca.
– Ale ja wiem, gdzie on jest…
– Ja też wiedziałem, gdzie jest mój ojciec. Co nie znaczy, że łatwo było tam dotrzeć. Na drodze stało mi wiele przeszkód. Musiałem się pozbyć wielu złoczyńców. Dokonać wielu bohaterskich czynów. A kiedy to wszystko robiłem, pojawiały się kobiety, które podążały za mną, lgnęły do mnie. Trzeba na nie uważać…
– Jak to uważać?
– Kobiety są podstępne.
– Tak. – Sam uświadamia sobie, że heros właśnie zdradził mu wielką mądrość. – To prawda.
– Nie rozumieją mężczyzn. Czasami udają, że jest inaczej, ale naprawdę ich nie rozumieją – dodaje Tezeusz, a jego głos słabnie. – Nie postrzegają świata tak, jak my go widzimy…
Sam kiwa głową, wierząc w te słowa, chociaż nie jest pewien, co bohater ma na myśli.
– Potrzebujesz pasa, Samie Giracie – szepcze heros. – Nie będziesz miał do czego przypasać miecza, gdy go znajdziemy.
– Nie odchodź! – wykrzykuje Sam, zauważając, że sylwetka bohatera staje się wątła i mglista. Wyciąga rękę i dotyka czegoś gąbczastego, nierzeczywistego.
– Wrócę – odpowiada heros szeptem. – Później. Wypatruj mnie.
Po chwili już go nie ma. Znika także noc. Przez wąskie okna wciskają się blade macki poranka i pełzną po posadzce świątyni. Sam wychodzi i patrzy na niebo na wschodzie, gdzie świt kreśli rozciągającą się ku górze fioletowo-śliwkową linię, która błyskawicznie eksploduje w różowe światło dnia.
– Widziałem go! – woła z radosnym śmiechem. – Naprawdę go widziałem. Tezeusza! Widziałem go!
Bryka jak kozica. Tańczy. Swawolnym krokiem zmierza do domu braci, wzbudzając zainteresowanie, zachwyt, a może także lęk w ludziach, którzy wcześnie wstali i widzą, jak pląsa po ścieżce niczym młoda mleczna vlisha. W domu kładzie się do łóżka i od razu zapada w głęboki sen, podczas gdy świat budzi się do życia wokół niego.
W kolejnych latach Sam pamięta, jak obudził się po wydarzeniach w świątyni, z całkowitą pewnością, że heros był prawdziwy. Tego samego dnia zaczął tworzyć pas na podstawie wzoru znalezionego w Archiwum. Wykonał go z wyprawionej skóry, w której osadził półszlachetne kamienie. Można je było znaleźć w strumieniach na całej Ziemi Hobbsa. Sam specjalnie wybrał się na targ rzemieślniczy w Centralnym Kierownictwie, żeby pożyczyć maszynę do polerowania. Nie przywykł do takiej pracy i zajęło mu to sporo czasu, ponieważ chciał, by pas był doskonały.
Kiedy skończył, powiesił gotowy pas w głębi szafy, za domowymi szatami. Później, także za namową herosa, wykonał hełm ozdobiony złotymi medalionami, by mieć na sobie odpowiedni strój, gdy znajdzie przedmiot lub przedmioty pod kamieniem. Nie wątpił, że tego dokona. Tezeusz nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości. Sam nie tylko odnajdzie miecz, ale także przygody, wyzwania, które pozwolą mu zostać bohaterem. Znajdzie swoje przeznaczenie, dostosowane do tego, kim naprawdę jest, ponieważ z pewnością nie jest rolnikiem na nudnej Ziemi Hobbsa, poświęcającym czas zbożom i roślinom strączkowym oraz hodowli mlecznych vlishy o włochatych nogach.
– Cierpliwości – powtarzał heros.
Chociaż mijały lata, Tezeusz był zaskakująco słabo zniechęcony.
– Cierpliwości. Nadchodzi ta chwila – mówił Samowi. – Zbliża się nieuchronnie. Kiedy nadejdzie czas, to się wydarzy, po prostu.
Sam był cierpliwy. Skończył trzydzieści lat, potem trzydzieści jeden i trzydzieści dwa, a następnie został Przewodniczącym. To w pewnym sensie wzmocniło jego cierpliwość. Jako Przewodniczący czuł się trochę jak król, bohater, a nawet bóg, co na jakiś czas go zadowoliło.
A w Voorstodzie na Ahabarze wciąż żył jego ojciec, jak zawsze. Pośród legend.
W Voorstodzie, w miasteczku Cloudport (często nazywanym po prostu Cloud), przy brukowanej ulicy, prowadzącej od placu w górę wzgórza aż do cytadeli proroków, stała Tawerna Pod Powieszonym Królem. Na jej szyldzie widniał wizerunek króla w koronie, którego powieszono za nogi i przebito sztyletami. Był to wyraz nienawiści mieszkańców Voorstodu wobec rodziny królewskiej z Ahabaru, gdyż król na malowidle miał twarz pierwszego władcy, króla Jimmy’ego. Nie było roku, by któryś z klientów nie zaproponował przemalowania szyldu, aby przedstawiał oblicze i sylwetkę aktualnej monarchini, królowej Wilhulmii. Jako że oznaczałoby to konieczność zmiany nazwy tawerny, właściciel sprzeciwiał się temu pomysłowi. „Królowie i królowe przemijają, a Tawerna Pod Powieszonym Królem trwa wiecznie”, żartował.
Przy stoliku w kącie, z blatem pokrytym okrągłymi plamami po kuflach oraz przypalonymi śladami w miejscach, gdzie mężczyźni wytrząsali fajki, siedział niewzruszony Phaed Girat o masywnej szyi i rozmawiał z drobnym człowiekiem, którego dopiero co poznał, a który podobno został do niego posłany z Sarby. Mężczyzna miał do powiedzenia kilka zabawnych rzeczy o Sarby, na dalekiej północy, gdzie mgły były gęste jak wełna. Twierdził, że, podczas gdy w Cloud pranie schnie tydzień, w Sarby ubrania nigdy nie są suche. Ludzie chodzą tam mokrzy jak żaby i oglądają słońce raz na dziesięć lat. A przynajmniej tak powiedział ten drobny człowiek o żartobliwym głosie, ściągniętych nozdrzach i podejrzliwym spojrzeniu.
– Co więc porabiacie tam w Sarby? – mruknął Phaed, pocierając grubym kciukiem bicz przy pasie. – Pewnie macie mądrych proroków i licznych Wiernych. Czekacie na apokalipsę i popieracie Sprawę, nieprawdaż? – Uniósł czapkę i otarł czoło rękawem. W tawernie było ciepło, ponieważ właściciel rozpalił ogień, by przegnać wilgoć.
– Tak samo jak inni – odrzekł mężczyzna. Nazywał się Mugal Pye i powiadano, że równie sprawnie władał słowem jak nożem. Słynął także z wprawnego posługiwania się rozmaitymi śmiercionośnymi materiałami wybuchowymi oraz ukrytą bronią. Ponoć był pod tym względem sprytny jak Phansuryjczyk. – My w Sarby po prostu robimy to, co do nas należy.
– No cóż, właśnie tego nam potrzeba. Ludzi oddanych Sprawie, mądrych proroków i odrobiny szczęścia.
– Bóg Wszechmogący kieruje, Bóg Wszechmogący daje pewność – odparł z namaszczeniem mężczyzna. Prorocy nauczali, że Sprawa jest koniecznością, ponieważ tak nakazał Bóg, a fakt, że królowa Ahabaru chwilowo się im sprzeciwiała, nie miał większego znaczenia. Szczęście nie miało tutaj nic do rzeczy.
– Posłali cię do mnie, byś cytował aforyzmy? – spytał Phaed.
Mugal zaśmiał się bezgłośnie, pokazując język w kąciku ust. Miał wykręconą twarz o sterczących kościach policzkowych i spiczasty podbródek. Spod przymrużonych i pomarszczonych powiek zerkały oczy jak sztylety, jasne i przenikliwe. Trzeba było dwóch albo trzech takich jak on, by dorównać Phaedowi Giratowi, ale najwyraźniej się tym nie przejmował.
– Wątpię, Phaedzie Giracie. Może chodziło raczej o to, by poznać twoją opinię na różne tematy. Na przykład w kwestii trunków. Albo kobiet.
– Trunków? Nie mam nic przeciwko, chyba że w pobliżu znajduje się jeden z proroków. A jeśli chodzi o kobiety, to jakiejś potrzebujesz? Czy raczej chcesz się którejś pozbyć? A może interesuje cię, co należy zrobić, gdy któraś z nich nie daje ci spokoju? A jeśli po prostu chcesz popieprzyć, to mogę sprzedać ci soczystą małą Gharmijkę, zaledwie dziesięcioletnią, a ty ją sobie przygotujesz.
Mugal ponownie się roześmiał, tym razem przygryzając język wąskimi białymi zębami.
– Nie interesują mnie Gharmijki, tylko prawdziwe kobiety. A dokładniej te z Voorstodu.
– Co tym razem przeskrobały?
– Dlaczego uważasz, że tak się stało?
– A o co innego może chodzić? Jeśli ktoś stara się zaszkodzić Sprawie, to właśnie kobiety. Jęczą, płaczą, biadolą i domagają się pokoju. Prorocy zaiste obiecują raj, gdy mówią, że po apokalipsie nie będziemy potrzebowali żon. – Phaed wypił duży łyk z kufla i westchnął ze znużeniem. – Kobiety! Z ich kapłanami, kościołami i innymi bzdurami. Stale narzekają na swoje nieznośne dzieci, wyprowadzają się na rolnicze planety albo zamartwiają się o los szczeniaków z Gharm. Chyba nie zaprzeczysz, Mugalu Pye? Kobiety są zakałą Sprawy.
Drobny mężczyzna przyglądał się Phaedowi spod przymrużonych powiek. Pokiwał głową, chociaż nie wyglądało na to, by się zgadzał.
– Pewnie tak. A skoro masz o nich takie zdanie, cieszę się, że to nie o nich mam z tobą rozmawiać.
– Dla mnie to też ulga.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, aż w końcu Phaed spytał z naciskiem:
– A więc wysłali cię po to, żebyś porozmawiał ze mną o czymś konkretnym?
Kufel, z którego popijał drobny mężczyzna, zostawiał na blacie okrągłe ślady.
– Wysłali mnie, żebym porozmawiał o pewnej harfistce na Ahabarze, która zwróciła naszą uwagę.
Phaed warknął cicho przez zaciśnięte zęby.
– Wiem, o kogo chodzi! Czy w Sarby słyszeliście, co zamierza królowa Ahabaru? Słyszeliście, że chce w jakiś tajemniczy sposób uhonorować tę Gharmijkę? Co oni sobie myślą?! To policzek dla każdego mężczyzny z Voorstodu.
– Dla nas wszystkich – zgodził się Mugal Pye, a jego oczy zalśniły. – Dla wszystkich, człowieku. Ta Gharmijka za długo panoszy się na Ahabarze, zwraca na siebie uwagę i z nas kpi, podczas gdy tamtejsi ludzie wychwalają ją pod niebiosa. Najwyższy czas położyć temu kres.
– Jak ją nazywają? – warknął Phaed. – Stenta Thilion, prawda? Nadali jej dwa imiona, jakby była człowiekiem. Ma jakieś potomstwo?
– Miała partnera, ale on już dawno nie żyje – odrzekł Mugal. – Jeśli chodzi o jej potomstwo, nie przebywa w Trzech Hrabstwach, tylko gdzieś na Ahabarze.
– Gdzie osiedli?
– Słyszałem, że we wschodnich prowincjach, niedaleko Fenice.
– Już wcześniej dobrze sobie radziliśmy na tamtych terenach.
– To prawda, to prawda. Ale zawsze staraliśmy się, żeby to wyglądało na wypadek, Phaedzie. To wydawało nam się najlepsze. Na Ahabarze lepiej nie działać otwarcie.
– Najwyższa pora to zmienić! Czas zacząć likwidować Gharmijczyków, najlepiej całymi grupami.
Mugal Pye zmrużył oczy i z namysłem obrócił szklankę w dłoniach.
– Niektórzy twierdzą, że sprowadzimy sobie na głowę wojsko.
– Wiesz, że to bzdury. Wilhulmia nie wezwie wojska bez zgody Autorytetu – stwierdził Phaed i uderzył pięścią w stół.
Na Autorytecie, jednym z licznych księżyców Phansure, znajdowała się siedziba władz Układu, podczas gdy armia rezydowała na innym satelicie, zwanym Egzekucją. Od Autorytetu i Egzekucji zależały rządy Układu, a przynajmniej tak zakładano, chociaż niektórzy uważali, że Autorytet jest w stanie zarządzać najwyżej niewielką radą.
– Nadszedł czas, Mugalu Pye – ciągnął Phaed. – Co zrobi Ahabar? Powiem ci, co zrobią. Królowa będzie się złościć i płakać, a potem nakaże Autorytetowi, by nas zdyscyplinował. Oni z kolei po długim wahaniu nie wypowiedzą się jednoznacznie i przekażą sprawę do Doradców Religijnych, z zapytaniem, czy posiadanie niewolników jest zgodne z religią. Doradcy następnie zwrócą się do Panelu Teologicznego, a my po to przekazujemy im cenne metale i klejnoty, by zagwarantować sobie z ich strony brak stanowczego stanowiska, choćby przez tysiąc lat. Ostatecznie nic się nie wydarzy. Panel nie odpowie Doradcom. Doradcy nie odpowiedzą Autorytetowi. Autorytet pozostanie bezczynny. Tak samo jak Ahabar. Tymczasem będziemy mogli pozbyć się zdradzieckiej Gharmijki i zaszczepić trwogę przed Wszechmogącym w tysiącach jej pobratymców!
– Phaedzie Giracie, chociaż mogę tego pożałować, powiem ci prawdę. Niektórzy z proroków się z tobą zgadzają.
– A zatem zróbmy to.
– No cóż, zrobilibyśmy, tylko nikt nie wie, gdzie na Ahabarze jest Stenta Thilion. Królowa ukrywa ją i jej rodzinę. Właśnie dlatego przychodzę do ciebie.
– Potrzebujesz mojego nosa? Mam ją wywęszyć. Dobrze, znajdziemy ją! – Phaed zmarszczył czoło. – Każdy szanujący się muzyk musi od czasu do czasu wyjść z ukrycia, żeby wystąpić. Dowiem się osobiście, kiedy i gdzie to się stanie.
Pili w milczeniu, nie zauważając Gharmijczyków, którzy zamiatali podłogę, wycierali stoły i przynosili butelki z piwnicy. Gharmijczycy byli drobni, ciemnoskórzy i pod względem intelektu przypominali mieszkańców Voorstodu, ale pozostawali niewidoczni. Phaed nie myślał o nich, gdy głaskał swój bicz i marszczył czoło, planując, w jaki sposób znajdzie harfistkę Stentę Thilion, której rodzina od trzech pokoleń mieszkała na Ahabarze i która zyskała sławę we wszystkich prowincjach. Harfistkę, której pradziadkowie uciekli z Voorstodu ponad sto lat wcześniej, ale w północnych krainach wciąż byli traktowani jak zbiegli niewolnicy.
Mugal Pye wypił nieco więcej niż powinien, a następnie wyszedł z tawerny, chwiejnym krokiem wspiął się na wzgórze, skręcił za róg i znalazł się przed drzwiami ciemnego wąskiego domu o zasłoniętych oknach. Zapukał trzy razy, ponownie trzy razy, a potem jeszcze raz, opierając się o drzwi, żeby nie stracić równowagi.
Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem i na progu stanął starzec z białymi włosami do kolan, niejaki Preu Flandry. Ostrożnie rozejrzał się po ulicy, a następnie wpuścił Mugala do środka.
– A więc go poznałeś – odezwał się, kiedy Pye zdjął czapkę i rozpuścił włosy, które opadły niczym mroczny deszcz aż do ud. Właśnie takie fryzury nosili Wierni, ponieważ we włosach kryła się ich potęga.
– Owszem – przytaknął, odgarnął do tyłu splątane loki i z pośpiesznym szacunkiem skłonił głowę przed niszą, w której znajdowała się czaszka. W taki sposób Wierni oddawali rytualny hołd śmierci.
– No i co myślisz? – spytał gospodarz, prowadząc go do zakurzonego pomieszczenia po prawej stronie korytarza.
– O czym?
– O Phaedzie, człowieku! Pomoże nam czy nie?
– Jest oddany Sprawie. Pomoże znaleźć Gharmijkę. – Mugal Pye czknął i pokręcił głową.
– Już wiedzieliśmy, że to zrobi! Po prostu potrzebowaliśmy jakiegoś tematu do rozmowy. Bardziej interesuje nas jego żona. Wiemy, że był w niej zadurzony.
– To było lata temu. Wtedy była młoda i ładna. Pewnie już nie jest.
– Rozmawiałeś z nim o kobietach?
– Owszem. – Mugal raz za razem powoli przytakiwał, jakby zapomniał, że jego głowa się porusza. – Wydawało się, że nie jest nimi zainteresowany. Wręcz przeciwnie.
– Tego nas nauczono – odrzekł cicho staruszek. – Właśnie to nam wpajali prorocy. „Porzućcie kobiety”, powtarzali. „Nasza wiara jest wiarą dla mężczyzn”. Naucza się tak w całym Voorstodzie.
Mugala dalej kiwał głową, przyjmując tę prostą prawdę.
– A więc Phaed miał żonę, którą był zauroczony. A ona odeszła, jak to kobieta. – Usiadł i z trudem zbierał myśli. – Nie rozumiem, dlaczego chcecie ją odnaleźć.
Staruszek pokręcił głową i zacisnął usta.
– Prorocy tego pragną. Przez pokolenia powtarzali nam, żebyśmy porzucili kobiety, a teraz stało się coś, co przekonało ich, że może zabraknąć kobiet, które urodzą nam synów – wyjaśnił niemal przepraszającym tonem, ale w oczach Mugala i tak płonął gniew.
– Sądziłem, że zbliża się eschatos, Preu Flandry! – wykrzyknął napiętym głosem. – Koniec wszystkich rzeczy miał rychło nadejść. Obiecano nam apokalipsę. Powiedziano, że nadejdzie za naszego życia!
– Może tak się zdarzyć – wyszeptał starzec.
– Eschatos, koniec rzeczy, kiedy ruszymy przez światy z mieczem w dłoni. – Drobny mężczyzna podniósł głos, jak głodne dziecko narzekające na swój los.
– Może się tak zdarzyć – powtórzył jego rozmówca, wykonując uspokajające ruchy dłońmi.
Mugal Pye uderzał pięścią w stół w rytmie wypowiadanych słów.
– Eschatos, kiedy ruszymy poprzez światy z mieczem w jednej i biczem w drugiej dłoni. Kiedy rzucimy te światy na kolana. Kiedy niewierni zakrzykną „biada!”, a poganie będą zgrzytać zębami, kiedy Bóg Wszechmogący przybędzie jako słup burzy. – Wytrzeszczył oczy. Światło w ciemnym pokoju osłabło i zamigotało, jakby pojawiła się jakaś ohydna obecność, która je przyćmiła, jednocześnie rozniecając płomień w ich sercach. Głos Mugala przypominał śpiew. – Eschatos: kiedy rzeki spłyną krwią, kiedy ciała odstępców będą się piętrzyły jak góry, kiedy przestrzeń między światami wypełni smród śmierci!
– Jeszcze może się tak zdarzyć – zgodził się starzec, poruszony zapałem Mugala. Kiwał głową w rytmie jego słów, a oba głosy zabrzmiały unisono:
– Nie wiedzą, że czeka na nich śmierć. Nie wiedzą, że po nich przyjdzie. A jednak tak się stanie.
Flandry łapczywie chwytał powietrze, wydając z siebie ciche odgłosy przypominające stęknięcia rozkoszy, jakby czyjś dotyk wprawił go w ekstazę. Kiedy był chłopcem, opowieściom o apokalipsie zawsze towarzyszyły cielesne pieszczoty, właśnie po to, by zawsze kojarzył te słowa z przyjemnością. Niecierpliwie otarł wilgotny podbródek.
Na korytarzu, tuż poza ich polem widzenia, gharmijski niewolnik, który mył schody, usłyszał jęki i przywarł do ściany. W takich chwilach lepiej było nie zwracać na siebie uwagi. Opuścił głowę i pomyślał o wężu.
Gharmijczycy często właśnie tak postrzegali Voorstod. Tak jak wąż, mógł leżeć na widoku i udawać coś innego. Tak jak wąż, mógł wydzielić truciznę, na którą nie było odtrutki. Tak jak wąż, nie dbał o to, kogo ugryzie, i mógł zabić ofiarę, nim ta zda sobie sprawę, że została dotknięta.
Pomieszczenie, w którym siedzieli mężczyźni, pulsowało niczym serce trzymane w zaciśniętej dłoni. Śpiew stopniowo ucichł. Z oczu wyznawców uniosła się mgła i ponownie ujrzeli świat.
– Jeśli apokalipsa nadejdzie jutro, jak nam zapowiedziano, to po co nam synowie? – spytał szorstko Mugal Pye.
– Sprawy się opóźniły. – Staruszek westchnął, łapczywie chwytając powietrze opuchniętą krtanią.
– Jak to opóźniły?
– Coś się wydarzyło na Egzekucji. Coś, czego nie planowaliśmy. Podobno nasi agenci zawiedli. Prorok pobladł z wściekłości, ale kiedy odzyskał nad sobą panowanie, powiedział, że na wszelki wypadek musi stworzyć plany dla kolejnego pokolenia. Jeśli koniec nadejdzie wkrótce, nie zabraknie nam ludzi, ale jeśli będziemy musieli zaczekać dłużej… – Preu Flandry umilkł wyraźnie zagniewany.
Mugal jęknął.
– Ale koniec miał nadejść już za chwilę! Praktycznie jutro, tak słyszałem. Staliśmy na progu kresu! Rozkoszowałem się tym, Flandry. Odkąd byłem małym chłopcem.
– Podobnie jak ja, ale z jakiegoś powodu pojawiło się opóźnienie. A jeśli będziemy musieli zaczekać, potrzebne będzie kolejne pokolenie.
– W takim razie po co nam te bzdury z żoną Sama Girata? Musimy sprowadzić armagedon na cały Układ, a rozmawiamy o jednej głupiej kobiecie!
Staruszek westchnął przeciągle i ponownie otarł podbródek.
– Powiedziałem ci tylko połowę. Jako że w Voorstodzie zostało tak niewiele kobiet, napaleńcy dają się prowadzić swoim żądzom na Ahabarze. Udają się do abolicjonistów w Jeramish, gdzie narzucają się kobietom siłą. Jeśli to będzie trwało, Ahabar zmobilizuje wojsko.
Mugal Pye wzruszył ramionami i uśmiechnął się kpiąco.
– No i co? To nic nie znaczy. Autorytet nie pozwoli im zadziałać.
– Płacimy Panelowi Teologicznemu wystarczająco dużo, by nigdy nie wypowiedzieli się jednoznacznie na temat niewolnictwa, ale gwałty i porwania to coś zupełnie innego!
– Nie uznają tego za kwestię religijną, prawda?
Preu skrzywił się w odpowiedzi na ten żart.
– Raczej nie. A armia Ahabaru to nie przelewki. Chociaż królowa nie zaatakowała nas z powodu Gharmijczyków, prorocy uważają, że zrobi to w odpowiedzi na kilkaset gwałtów w Jeramish, a jeśli prorocy czegoś nie chcą, zwłaszcza tak blisko końca, to wojskowej okupacji!
Mugal podszedł do komody, znalazł butelkę i przyniósł ją do stołu razem z dwiema szklaneczkami. Nalał i obaj pociągnęli po solidnym łyku, rozważając te kwestie.
– Nadal nie wyjaśniłeś, dlaczego mielibyśmy sprowadzić Maire Manone z powrotem! Ona jest już stara! Nie może mieć dzieci. A wątpię, że chcesz, by głosiła abstynencję wśród napaleńców.
Siwowłosy mężczyzna parsknął.
– Mugalu Pye, sądziłem, że masz więcej wyobraźni! Potrzebujemy jej ze względów propagandowych! Musimy coś zrobić, by zatrzymać tutaj kobiety i sprowadzić inne z powrotem, potrzebujemy głosu, którego usłuchają. A jaka kobieta ma większy posłuch w Voorstodzie niż Maire Manone?
– Propaganda? Nic więcej?
– Symbol, tak mówią prorocy. Dobrze wiemy, że to, co powiemy dziesięć razy, staje się prawdą, ale przekaz musi być wiarygodny. Prorocy stwierdzili, że potrzebny jest symbol. Ktoś, kogo głos zostanie wysłuchany, kobieta, która sprawi, że to zostanie potraktowane poważnie. Któż nada się lepiej niż dawny Głos Voorstodu? Słodka Śpiewaczka ze Scaery?
– Tylko propaganda!
– Przynajmniej pozornie, chociaż zapewne dojdzie też do rekrutacji. Jeśli ktoś nas oskarży, możemy powiedzieć: „Porwana dziewczyna? Bzdury. Usłyszała śpiew Maire Manone i przyszła do nas z własnej woli”.
Mugal Pye pokręcił głową, rozmyślając o tym, jak dalekie od apokaliptycznych wizji były te plany porwania. Zajmowali się takimi głupstwami. Nieistotnymi i niegodnymi. Zacisnął usta, jakby chciał splunąć, ale się powstrzymał. Prawdziwi Wierni wykonują bez zastrzeżeń polecenia proroków, a skoro wydano taki rozkaz…
– Właśnie dlatego chcieliśmy sprawdzić, co o tym sądzi Phaed – rzekł Preu. – W końcu jest jej mężem.
– Ale nie powiesz mu o tym.
– Jeszcze nie. Dopiero kiedy będziemy bliżej celu.
– A jak zamierzasz sprowadzić ją z powrotem?
– Damy jej dobry powód do powrotu.
– Chyba nie sądzisz, że Phaed się po nią wybierze?
– Jeszcze nie podjęliśmy decyzji, Mugalu Pye. To musi wyglądać tak, jakby wróciła z własnej woli, a naszym zadaniem jest wymyślenie sposobu, by ją do tego skłonić.
– Na twoim miejscu byłbym ostrożny podczas rozmowy o tym z Phaedem. To jednak jego żona. Wciąż może coś do niej czuć.
– Z pewnością – szepnął Preu Flandry. – Właśnie dlatego chcieliśmy, żebyś wybadał jego stanowisko. W końcu każdy z nas musi złożyć coś w ofierze.
– No tak, każdy – zgodził się Mugal Pye. – Ponieważ czeka nas nagroda. Ponieważ nic nie stanie nam na drodze. Nic we wszystkich światach nam się nie przeciwstawi. – Ponownie uśmiechnął się gniewnie, a czaszka w zagłębieniu w ścianie odpowiedziała uśmiechem.
Gharmijski niewolnik wymknął się z korytarza, zastanawiając się, czy istnieje jakieś miejsce, do którego Gharmijczycy mogliby uciec przed zbliżającą się zagładą, którą Voorstod niedługo miał przynieść wszystkim światom, i czy ktokolwiek może powstrzymać nadchodzącą grozę.
Obok zrujnowanej świątyni na północ od Pierwszej Osady w płytkim grobie spoczywał Birribat Shum. Leżał tuż pod powierzchnią, z kawałkami korzeni i okruchami liści na oczach, z cząsteczkami piasku między palcami stóp, a drobne podziemne stworzonka pracowały nad jego dłońmi, których skóra rozkładała się komórka po komórce. Birribat Shum leżał w glebie, przykryty nagrzaną słońcem ziemią, ponad zacienionymi głębinami, wilgoć wznosiła się obok niego i w nim, bulgoczące gazy przenikały porowatą glebę, podczas gdy słońce wspinało się po niebie, zawisało nad nim w samo południe i znów zachodziło. Birribat Shum leżał w glebie, gdy nadchodziła noc, ziemia stygła i wszystko opadało, jakby tuliło się do gruntu, by o świcie ponownie się wznieść. Birribat Shum leżał w glebie, a ona go pożerała.
W jego ubraniach zadomowili się mali intruzi, niektórzy z nogami, inni bez nóg, zbyt mali, by ich zobaczyć, zbyt mali, by ich usłyszeć, niewidzialni i niesłyszani. Pełzali wzdłuż szwów, kryli się w fałdach gnijącej koszuli, gdzie się mnożyli, by skubać przemoczoną tkaninę i nieść jej kawałki do ziemi, oddziały rozpadu, armia zgnilizny, z każdym dniem coraz liczniejsza.
Grunt ponad ciałem – którego nawet nikt nie spiętrzył, by oznaczyć położenie grobu – stopniowo się zapadał, gdy zwłoki Birribata Shuma się rozkładały, pozostawiając płytkie zagłębienie, w którym gromadziła się woda powoli przenikająca w głąb, gdy słońce powracało i nagrzewało ziemię. W tym zagłębieniu Samasnier Girat czasem kładł się późną nocą i rozmawiał ze swoim przyjacielem, nieświadomy tego, kto lub co spoczywa pod nim.
Na skórze Birribata Shuma, w jego porwanych ubraniach, na krawędziach butów, w wilgotnej plątaninie włosów, w zapadniętych oczodołach gromadził się pył ze świątyni Bondru Dharma, pył, który pojawił się nagle, gdy tylko Bóg zniknął – ciemny i delikatny jak barwnik utarty w moździerzu, lekki jak piórko. Pojedynczy oddech mógł go rozwiać, ale w glebie, w której spoczywał Birribat, nie było żadnego oddechu.
