32 osoby interesują się tą książką

Opis

 On wie, co to Podbój, zarówno na, jak i poza lodowiskiem. On wie, jak celnie strzelać,….

Allie Hayes przechodzi kryzys. Zakończenie studiów zbliża się wielkimi krokami, a ona wciąż stoi przed dylematem, którą ścieżkę kariery wybrać. Na domiar złego leczy złamane serce po rozstaniu z wieloletnim chłopakiem. Dziki seks bez zobowiązań, by zapomnieć, nie jest lekarstwem na jej problemy, ale nie sposób oprzeć się Deanowi Di Laurentisowi, przystojniakowi z drużyny hokejowej. Tylko ten jeden raz, bo mimo że przyszłość rysuje się niewyraźnie, to jasne jak słońce, że nie ma w niej miejsca dla króla jednorazowych numerków.

Lans i pewność siebie nie wystarczy, by ją do siebie przekonać…

Dean zawsze dostaje to, czego chce. Dziewczyny, oceny, dziewczyny, uznanie, dziewczyny… To kobieciarz, zgadza się, i póki co nie spotkał kobiety odpornej na jego wdzięki. Aż poznał Allie... Przebojowa blondynka zawojowała jego świat przez jedną noc – i teraz chce, żeby zostali przyjaciółmi? O nie. To on mówi, kiedy jest koniec. Dean nie ustąpi w pogoni za swoim celem, ale gdy na drodze pojawiają się nieoczekiwane przeszkody, zaczyna się zastanawiać, czy nie nadszedł czas, by przestać zaliczać… a oddać strzał prosto w serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elle Kennedy Podbój Tytuł oryginałuThe Score: An Off-Campus Novel ISBN Copyright © 2016 by Elle KennedyAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2017 Redakcja Adriana Staniszewska Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Skład i łamanie Witold Kowalczyk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Rozdział 1

Allie

Sean: Porozmawiamy?

Sean: Proszę…

Sean: Kurde, Allie. Po tym wszystkim, co razem przeżyliśmy, zasługuję na więcej nisz to.

Sean: Przecież nie mówiłaś serio, że z nami koniec, prawda?

Sean: Czy możesz mi, proszę, kurwa, łaskawie odpowiedzieć?

Sean: Wiesz co? Pieprzyć to. Chcesz mnie ignorować? Proszę bardzo. Mam to w dupie.

Sześć esemesów czeka na mnie, gdy w piątek wieczorem sprawdzam telefon, wracając do akademika z kampusowego centrum fitness. Wszystkie są od mojego chłopaka, od wczoraj wieczorem ekschłopaka. A ja? Oczywiście nie potrafię nie zauważyć emocji rosnących w kolejnych wiadomościach, od błagania po wkurzenie, ale najbardziej skupiam się na błędzie ortograficznym. „Zasługuję na więcej nisz to”.

„Nisz” zamiast „niż”. I wątpię, by w tym wypadku można winić autokorektę, Sean bowiem do orłów nie należy.

No dobra, to nie do końca tak. W niektórych kwestiach jest cholernie mądry. Na przykład bejsbol — serio, facet potrafi wyciągnąć statystyki na zawołanie, nawet te z lat sześćdziesiątych. Ale mądrość książkowa nie jest jego mocną stroną. Chłopak Stelli też wiedzą nie grzeszy, przynajmniej ostatnimi czasy.

Nigdy nie chciałam być jedną z tych dziewczyn, które najpierw zrywają ze swoim chłopakiem, a potem w kółko do niego wracają. Naprawdę sądziłam, że jestem za silna na takie jazdy, ale Sean McCall trzyma mnie w garści od pierwszego roku na uniwersytecie Briar. Omamił mnie tym swoim wymuskanym wyglądem i uśmiechem małego chłopca. Cudownie zniewalający jest ten uśmiech, taki zadziorny, a dołeczki w policzkach pełne są obietnic.

Ponownie zerkam na telefon i czuję, jak narasta we mnie ostrożność. Jest zupełnie jak bluszcz wspinający się po ścianach budynku za moimi plecami. A niech to. Niby o czym chce rozmawiać? Wczoraj wieczorem powiedzieliśmy sobie wszystko, co trzeba. Zanim wybiegłam z domu bractwa, w którym mieszka, oznajmiłam, że z nami koniec. Możecie mi wierzyć, wyraziłam dokładnie to, co miałam na myśli.

Koniec i basta. To nasze czwarte rozstanie w ciągu trzech lat. Nie mogę już dłużej serwować sobie tych klimatów, kręcącej się karuzeli radości i bólu serca, szczególnie gdy osoba, z którą mam budować przyszłość, jest zdeterminowana, by mnie powstrzymać przed marzeniami.

Mimo wszystko czuję w sercu rozdzierający ból. Trudno jest tak po prostu zostawić kogoś, kto przez szmat czasu stanowił ogromną część naszego życia. A jeszcze trudniej, gdy ta osoba nie pozwala nam odejść.

Wzdychając, podążam śpiesznie po stopniach w kierunku wybrukowanej ścieżki wijącej się przez kampus. Zazwyczaj daję sobie czas na podziwianie otoczenia — cudowne stare budynki, ławki z kutego żelaza i ogromne, dające cień drzewa — ale dziś pragnę tylko czym prędzej znaleźć się w akademiku, zaszyć jak najgłębiej i odciąć od świata. Na szczęście nic nie stoi na przeszkodzie do pełnej realizacji tego planu. Hannah, moja współlokatorka, wyjechała na weekend, co oznacza, że nie będzie się szwendać po mieszkaniu i prawić mi kazań na temat emocjonalnych niebezpieczeństw wynikających z pogrążania się w rozpaczy.

Prawdę mówiąc, wczoraj wieczorem nie prawiła mi kazań. O nie. Zamiast tego dała z siebie wszystko i odegrała rolę najlepszej przyjaciółki na świecie. Zasłużyła tym na Oscara. Jak tylko przekroczyłam próg drzwi po zerwaniu z Seanem, czekała w naszym wspólnym salonie z pudełkiem lodów, paczką chusteczek i dwoma butelkami czerwonego wina, a następnie siedziała przy mnie pół nocy, podając mi chusteczki i wysłuchując niezrozumiałego bełkotu.

Zerwania są do dupy. Czuję się jak totalny przegryw. Nie, czuję się jak tchórz. Tuż przed śmiercią mama radziła mi, bym nigdy nie poddawała się w miłości. Właściwie zdążyła mi to wpoić, zanim w ogóle zachorowała. Nie znam wszystkich szczegółów, ale w domu nikt nie robił tajemnicy z tego, że małżeństwo rodziców nieraz wisiało na włosku podczas ich wspólnych osiemnastu lat. Tyle że przeszli przez to razem. I wyszli z tego mocniejsi. Bo to przepracowali.

Każda myśl o wczorajszym zerwaniu z Seanem wywołuje u mnie mdłości. Może powinnam bardziej o nas zawalczyć? Przecież wiem, że on mnie kocha…

„Gdyby cię kochał, nie postawiłby ci ultimatum — zapewnia mnie szorstki głos. — Postąpiłaś słusznie”.

Rozpoznaję ten głos w swojej głowie i czuję ucisk w gardle. To tata, mój największy mistrz pod słońcem. W jego oczach robię to, co trzeba.

Wielka szkoda, że Sean nie patrzy na mnie w ten sam sposób.

Pięć minut drogi od Bristol House, w którym dzielę dwupokojowe mieszkanie z Hannah, mój telefon znów brzęczy.

Dupa blada. Kolejny esemes od Seana.

Podwójna dupa blada.

Sean: Przepraszam za język, kotku, nie miałem zamiaru przeklinać. Po prostu wychodzę z siebie ze zdenerwowania. Jesteś całym moim światem. Mam nadzieję, że masz tego świadomość.

Na ekranie pojawia się kolejna wiadomość.

Sean: Wpadnę po zajęciach. Porozmawiamy.

Staję jak wryta, przeszywa mnie paniczny strach. Nie boję się Seana, przynajmniej nie krzywdy fizycznej. Dobrze wiem, że nigdy nie podniósłby na mnie ręki ani nie dał się ponieść maniakalnej wściekłości. Ale boję się jego zdolności zbajerowania mnie gładkimi słówkami. Jest w tym naprawdę dobry. I nawet nie musi się wysilać. Wystarczy, że nazwie mnie kotkiem, poczęstuje tym rozkosznym uśmiechem i już po mnie.

Wściekłość, strach i irytacja walczą o moją uwagę, gdy ponownie czytam jego esemes. Blefuje. Przecież nie pojawi się bez zaproszenia, no nie?

Dupa japa pipa.

Drżącymi palcami wybieram numer telefonu Hannah. Dwa sygnały później uspokajający głos najlepszej przyjaciółki rozbrzmiewa w słuchawce.

— Hej, co tam? Wszystko dobrze?

W tle słyszę damski szczebiot. Tak świergocze Grace Ivers, dziewczyna Logana. Oznacza to, że we czwórkę są już w drodze do Bostonu na wspólny weekend. Oczywiście, proponowała, bym się z nimi zabrała, ale odrzuciłam zaproszenie, bo nie chciałam być piątym kołem u wozu. Dwie szaleńczo zakochane pary i ja? Nie, dziękuję uprzejmie.

A teraz żałuję, że się nie zgodziłam, bo zostałam na weekend sama, a Sean chce porozmawiać.

— Sean zapowiedział się na wieczór — informuję jednym tchem.

Hannah wstrzymuje oddech.

— Co? O nie! Dlaczego w ogóle się zgodziłaś?

— Na nic się nie zgodziłam! Nawet nie zapytał, czy mi to pasuje. Przysłał esemesa z informacją, że wpadnie.

— Że co, do cholery? — Jej głos świadczy o tym, że jest równie zdenerwowana, jak i ja.

— Nie musisz nic mówić. — Zalewa mnie panika. — Han, nie mogę się z nim spotkać. Nie ułożyłam sobie tego zerwania w głowie. Jeśli tu przylezie, to może się skończyć tym, że do niego wrócę.

— Allie…

— Myślisz, że jak zgaszę wszystkie światła i zamknę drzwi na klucz, pomyśli, że nie ma mnie w domu i sobie pójdzie?

— Znając Seana, będzie warował przy drzwiach całą noc. — Hannah przeklina. — Wiesz, co ci powiem? Nie powinnam była się zgodzić na ten wyjazd na mecz Bruinsów. Powinnam być teraz w domu z tobą. Poczekaj, powiem Garettowi, żeby zawrócił.

— Nie ma mowy — przerywam jej. — Nawet nie myśl o odwołaniu tego wypadu z mojego powodu. To twoja ostatnia szansa, by się zabawić.

Chłopak Hannah jest kapitanem hokejowej drużyny Briar, co oznacza, że teraz, gdy zaczął się sezon, jego czas będzie wypełniony treningami i meczami. A to z kolei powoduje, że Hannah nie będzie się z nim spotykać tak często. Odmawiam odegrania roli niszczycielki jednego z ich ostatnich weekendów wolności.

— Ja tylko potrzebuję rady. — Przełykam ślinę. — Więc proszę, powiedz, co robić. Mam zapytać Tracy, czy mogę przekimać w jej pokoju?

— Nie, nie możesz zostać w akademiku, jeśli Sean będzie się kręcił po korytarzu. Może Megan? Nie, czekaj, jej nowy facet przyjechał na weekend. Pewnie będą chcieli być sami. — Po głosie Hannah słychać, że się zastanawia. — A Stella?

— W zeszłym tygodniu zamieszkała razem z Justinem. Z pewnością zwalenie się nieoczekiwanego gościa ich nie ucieszy.

— Poczekaj chwilę. — Następuje kolejna długa cisza. Słyszę stłumiony głos Garretta, ale nie rozumiem, co mówi. A potem wraca Hannah. — Garrett mówi, że możesz się zaszyć u nich w chacie. W domu będą Dean i Tuck, więc jeśli Sean wykombinuje, gdzie jesteś, i wpadnie tam z wizytą, to kopną go w tyłek i wystawią za drzwi. — W tle znów rozbrzmiewają ściszone głosy. — Możesz się przespać w pokoju Garretta — dodaje.

Już sama nie wiem. Absurd do kwadratu. Nie wierzę, że w ogóle rozważam scenariusz, w którym to Sean wygania mnie z własnego mieszkania. Tyle że w głowie wyświetlają mi się sceny idealnie pasujące do tej historii. Wali pięścią w moje drzwi. Albo jeszcze gorzej, sterczy pod moim oknem z wielkim boomboxem jak w Nic nie mów. Ja cię, a jeśli puści tę piosenkę Petera Gabriela? Nienawidzę tej piosenki.

— Jesteś pewna, że to będzie OK? — pytam.

— Pewnie. Jak najbardziej. Logan właśnie wysyła esemesy do Deana i Tuckera, by dać im znać. Możesz się tam pojawić w każdej chwili.

Powoli się rozluźniam i czuję ulgę, ale po chwili ogarnia mnie poczucie winy.

— Przełączysz mnie na głośnomówiący? Chcę pogadać z Garrettem.

— Pewnie. Sekunda.

Chwilę później w słuchawce rozlega się głęboki głos Garretta Grahama.

— Czysta pościel jest w bieliźniarce i może lepiej przynieś swoją poduszkę. Wellsy uważa, że moje są zbyt miękkie.

— Bo są zbyt miękkie — zapewnia Hannah. — Człowiek ma wrażenie, że śpi na rozmoczonej piance cukrowej.

— Guzik prawda. Ma wrażenie, że śpi na puszystej chmurce — poprawia Garrett. — Zaufaj mi, Allie, moje poduszki są zajebiste. Ale tak na wszelki wypadek weź swoją.

Śmieję się.

— Dzięki, dobrze wiedzieć. Ale na pewno nie masz nic przeciwko? Nie chcę się narzucać.

— Wszystko gra, kochana. Tylko zamrugaj tymi swoimi wielkimi błękitnymi oczami do Tucka, to ugotuje coś dobrego na kolację. A, i jeszcze Logan rozkazuje Deanowi, by trzymał się od ciebie z daleka, więc nie musisz się martwić, że będzie się do ciebie przystawiał.

No tak. Dean Heyward-Di Laurentis, największy flirciarz na ziemi. Za każdym razem, gdy się spotykamy, próbuje mi się dobrać do majtek, co wcale nie znaczy, że jestem wyjątkowa, bo on próbuje się dobrać do majtek każdej lasce.

Ale tym się akurat nie martwię. Wiem, jak sobie radzić z Deanem, a Tucker posłuży jako dobra strefa buforowa między mną a jego napalonym współlokatorem.

— Naprawdę to doceniam — mówię Garrettowi. — Serio. Jestem ci bardzo wdzięczna.

— Nie ma tematu.

Do rozmowy włącza się Hannah:

— Napisz do mnie, jak dotrzesz na miejsce, dobra? A potem wyłącz telefon, żeby Sean nie mógł cię dręczyć.

Wspominałam już, jak bardzo kocham swoją psiapsiółkę?

Po tej rozmowie czuję się o niebo lepiej. Może to całkiem mądre zagranie z tym ulotnieniem się z akademika na weekend. Mogę to potraktować jako miłą, krótką ucieczkę, kilka dni na poukładanie sobie w głowie i pozbieranie myśli. I póki Tucker i Dean będą się kręcić obok, nie będzie mnie kusić, by dzwonić do Seana. Tym razem faktycznie ze sobą zrywamy. Żadnego kontaktowania się ani nic z tych rzeczy, przynajmniej przez kilka tygodni. Albo miesięcy. A nawet lat.

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy dam radę przetrwać to zerwanie. Całe lata byłam zakochana w tym facecie. A Sean naprawdę potrafi się słodko zachować. Na przykład wtedy, gdy pojawiał się w drzwiach z zupą za każdym razem, gdy zachorowałam. I kiedy…

Uwaga! Grząski teren!

W głowie wyje alarm, ostrzega mnie przed własną głupotą. O nie, nie pozwolę sobie na odwrót. Co z tego, że ten facet potrafił zachować się słodko? To nie ma znaczenia, bo przecież potrafił się zachowywać dokładnie odwrotnie, czego dowodem jest wczorajszy wieczór.

Prostuję ramiona i przyspieszam kroku zdeterminowana, by trzymać się obranego planu gry. Sean i ja to historia. Koniec. Nie mogę się z nim spotkać ani do niego napisać, ani w żaden inny sposób stanąć na jego drodze. Pierwszy dzień życia bez Seana właśnie się oficjalnie rozpoczął.

Dean

Jest piątek wieczór, a ja leżę rozwalony na sofie w pokoju dziennym, piję sobie piwko, podczas gdy dwie blondyny — dwie bardzo seksowne, bardzo nagie blondyny — cmokają się przed moim nosem. Moje życie jest fantastyczne.

— Najlepszy wieczór w życiu — mówię wolno. Przyklejam wzrok do trasy pokonywanej przez dłonie Kelly, które przesuwają się w kierunku sterczących cycków Michelle. Kelly je ściska, a ja jęczę. — A byłoby jeszcze lepiej, gdyby panie przeniosły się z imprezą tutaj.

Odklejają się od siebie bez tchu, śmieją się, zerkając w moją stronę.

— Daj nam argument za — kokietuje Kelly.

Wyginam brew, a potem ściskam w dłoni twardego jak kamień kutasa.

— Czy ten argument jest wystarczająco dobry?

Michelle podchodzi do mnie pierwsza, kołysząc biodrami i trzęsąc cyckami. Jej tyłek faluje, gdy wspina się na mnie i przywiera ustami do moich ust. Sekundę później Kelly usadawia się obok i wpija w moją szyję ciepłe i miękkie wargi. Jee-zuu. Jestem tak twardy, że odczuwam wręcz ból, ale te dwie boginie są zdeterminowane, by zmusić mnie do błagania. Torturują mnie pocałunkami. Długie, transowe pocałunki i mokre, bezwstydne języki, strategiczne liźnięcia i delikatne kąsanie obliczone na to, bym po prostu oszalał.

Chciałbym powiedzieć, że ten nasz nieprzyzwoity trójkącik to coś nowego w moim życiu albo że łatka kobieciarza do potęgi, przyklejona mi przez kumpli z drużyny hokejowej, to gruba przesada. Ale tak nie jest. Ta łatka to strzał w dziesiątkę. Lubię się pieprzyć. I dużo się pieprzę. Możecie mi skoczyć.

Kelly owija palcami mojego fiuta, a ja chrząkam.

— Chryste. Ale mi się poszczęściło, co?

— Poszczęści ci się za chwilę — mówi Michelle, odrzucając długie włosy na plecy. — Pamiętasz, że z orgazmem czekasz na nas, tak?

Święta racja, złożyłem obietnicę i zamierzam jej dotrzymać. W przeciwieństwie do tego, co sądzą o mnie ci wszyscy dupowaci kumple, wyznaję zasadę, że w seksie chodzi o kobietę. Albo o kobiety, jeśli rozmawiamy o tym przypadku. Dwie piękne, chętne kobitki napalone nie tylko na mnie, ale i na siebie nawzajem.

Czy to niebo? Dean Di Laurentis zjawił się z wizytą. Dzięki za zaproszenie.

— No nic. Chyba najwyższy czas zacząć zabawę — ogłaszam, a potem kładę Michelle na poduszkę i zbliżam wargi do jej piersi.

Chwytam sutek i ssę go mocno, a biodra dziewczyny wciskają się w sofę przy akompaniamencie jej jęków. Kątem oka rejestruję przesuwający się cień. Kelly pochyla się obok i liże drugi sutek Michelle. O słodki Jezusku! Jęczę wystarczająco głośno, by zbudzić zmarłych.

Kelly zerka na mnie z uśmiechem.

— Pomyślałam sobie, że przyda ci się pomoc. — Potem pocałunkami toruje sobie drogę po płaskim brzuchu Michelle w kierunku punktu, w którym zaczynają się uda przyjaciółki.

Zapomnijcie o niebie. To nirwana.

Podążam szlakiem obranym przez Kelly, moje usta podróżują po opalonej skórze i słodkich krągłościach, aż dochodzę do miejsca, na którego widok zaczynam się ślinić. Kelly już je smakuje. Jasna cholera. Nie wiem, czy dam radę kontrolować się na tyle długo, by obie odpaliły pierwsze. Już jestem blisko krawędzi.

Ignorując pulsowanie tam niżej, zwilżam dolną wargę, przysuwam usta w kierunku cipki Michelle i… rozlega się pieprzony dzwonek do drzwi.

Ja pierdolę. Wyciągam szyję w kierunku zestawu kina domowego. Cyfrowy zegarek na odtwarzaczu Blu-ray pokazuje dwudziestą trzydzieści. Próbuję sobie przypomnieć, czy któremuś z chłopaków powiedziałem, że może wpaść wieczorem, ale nie, dziś gadałem jedynie z moimi współlokatorami, a oni wszyscy poszli w długą. Godzinę temu Garrett i Logan wyjechali do Bostonu ze swoimi dziewczynami, a Tucker umówił się z jakąś laską do kina.

— Zaraz do tego wrócimy. — Przeciągam ponętnie językiem po udzie Michelle, a potem wstaję z kanapy i szukam bokserek.

Ze schowanym kutasem śpieszę na korytarz, by otworzyć drzwi. Kiedy widzę, kto stoi na podeście, mrużę oczy.

— Kiepskie wyczucie czasu, laleczko — oznajmiam najlepszej przyjaciółce Hannah. — Twoja kumpelka już wybyła. Wróć w niedzielę. — Przesuwam się, by zamknąć drzwi. No kawał ze mnie chamskiego skurczybyka.

Niestety, blondynka na podeście wsuwa między drzwi a futrynę stopę odzianą w czarnego śniegowca.

— Przestań się zgrywać na dupka, Dean. Dobrze wiesz, że zostaję tu na weekend.

Moje brwi gwałtownie szybują w górę.

— Że co proszę? — Przyglądam się jej uważniej i dostrzegam wypchany po brzegi plecak zwisający z jej ramienia. I różową podręczną walizkę u jej stóp. Allie Hayes wysyła w eter ciężkie westchnienie.

— Masz wszystko w esemesie od Logana. A teraz wpuszczaj mnie do środka. Zimno mi.

Odchylam głowę. A potem niezbyt delikatnie wykopuję jej stopę z drogi.

— Zaczekaj tu. Zaraz wracam.

— Chyba sobie jaja ro…

Zamykane drzwi tłumią wzburzony okrzyk.

Walcząc z irytacją, wpadam z powrotem do salonu. Michelle i Kelly, kompletnie pochłonięte baraszkowaniem, nawet nie zauważyły mojego powrotu. Przez niemal minutę szukam telefonu i kiedy w końcu zgarniam go z podłogi, odkrywam, że przyjaciółka Hannah wcale się ze mnie nie nabijała. Na ekranie widnieje pięć nieprzeczytanych wiadomości, bo kto ma głowę do czytania esemesów, gdy jest mięsem w kanapce z seksownych dziewczyn. Trójkąciki mają gdzieś sprawdzanie telefonów. Rozumie się samo przez się.

Logan: Hej stary, Allie, przyjaciółka Wellsy, nocuje u nas w ten weekend.

Logan: Trzymaj rozporek zapięty. Ani ja, ani G nie palimy się, by skopać ci tyłek, jeśli będziesz próbował sztuczek. Ale Wellsy wydaje się w walecznym nastroju. Więc: kutas=gacie=wara od gościa.

Hannah: Chłopaki, Allie zostanie z wami do niedzieli. Przechodzi trudny czas. Byłabym bardzo nieszczęśliwa, gdybyście próbowali to wykorzystać. Chyba nie chcecie mnie unieszczęśliwić, co chłopaki?

Parskam śmiechem. Niezła z tej Hannah dyplomatka. Szybko skanuję wzrokiem ostatnie dwie wiadomości.

Garrett: Allie śpi w moim pokoju.

Garrett: Twój fiut śpi w twoim pokoju.

Ja pierdzielę, czemu wszyscy mają obsesję na punkcie mojego fiuta?

I nie mogli mieć gorszego wyczucia czasu. Żałosnym spojrzeniem ponownie omiatam sofę. Palce Kelly są dokładnie tam, gdzie moje życzyłyby sobie znajdować się w tej chwili.

Odchrząkuję i obie dziewczyny zerkają w moją stronę. Oczy Michelle zaszły mgłą od przyjemności wywołanej ekstrauwagą ze strony przyjaciółki.

— Mówię to z bólem serca, ale panie muszą opuścić ten lokal — oznajmiam.

Dwie pary oczu się poszerzają.

— Słucham?! — wyrzuca Kelly jednym tchem.

— Za drzwiami stoi nieoczekiwany gość — burczę. — A to oznacza, że dom przechodzi właśnie pod nadzór rodzicielski.

Michelle chichocze.

— A od kiedy to przeszkadza ci widownia podczas pieprzenia się?

Fakt. Zwykle mam głęboko gdzieś, czy ktoś jest w pobliżu. A właściwie to nawet wolę towarzystwo. Ale nie będę się afiszować swoją rozwiązłością przed przyjaciółką Hannah. Ani przed samą Hannah czy Grace. Chłopkami się nie przejmuję. Dobrze znają zasady gry. Ale wiem, że Garrettowi i Loganowi nie podobałoby się bałamucenie ich dziewczyn. Od chwili przestawienia się na tryb stałych związków moi byli skrzydłowi zmienili się w świętoszków. To naprawdę smutne.

— Ten gość to delikatny kwiatuszek — dodaję oschle. — Pewnie zemdlałaby na widok naszej trójki w akcji.

— Wcale nie! — rozzłoszczony głos Allie dobiega z korytarza.

Jestem równie rozzłoszczony. Jakim prawem ładuje się do środka, jakby to był jej dom? O nie!

Rzucam jej gniewne spojrzenie.

— Powiedziałem, że masz czekać na zewnątrz.

— A ja powiedziałam, że jest mi zimno! — odkrzykuje. I chyba nie rusza jej fakt, że trzy i pół metra dalej znajdują się dwie nagie dziewczyny.

Michelle i Kelly przyglądają się Allie z taką uwagą, jakby była garstką bakterii pod mikroskopem. Potem przestają jej poświęcać uwagę, jakby była, no cóż, niczym więcej niż garstką bakterii pod mikroskopem. Tak się składa, że w moim towarzystwie laski wykazują tendencję do rywalizacji, ale to oczywiste, że w tym wypadku Allie nie jest postrzegana jako konkurencja.

Sam nie wiem, czy się temu dziwię. Allie jest zakutana w czarną puchową kurtkę, śniegowce i rękawice, a jasne włosy wystają spod czerwonej wełnianej czapki. Mamy zaledwie początek listopada — zero śniegu, ledwo wyczuwalny chłód w powietrzu, więc nic nie tłumaczy tego opatulenia się od stóp do głów. No chyba że bycie szajbuską. I właśnie zaczynam podejrzewać, że Allie Hayes jest wariatką, ponieważ ładuje się bezceremonialnie do salonu i opada na fotel naprzeciwko komody.

Rozpina kurtkę, omiatając wzrokiem dziewczyny, a potem odwraca się do mnie.

— A może przeniósłbyś się z tą imprezką na górę? Zostanę tu i obejrzę film.

— Możesz iść do pokoju Garretta i tam obejrzeć film — odparowuję. Ale, prawdę mówiąc, to już nie ma znaczenia. Nastrój prysł, a ja nie czułbym się komfortowo, zabawiając się z dwoma laskami i mając świadomość, że przebywam w domu z najlepszą przyjaciółką Hannah.

Wzdychając, odwracam się do dziewczyn.

— Przekładamy zabawę na kiedy indziej?

Żadna z nich nie chwyta za broń. Najwyraźniej Allie nie tylko zepsuła nastrój, ale wypaliła całą pieprzoną ziemię i pokryła ją solą, by raz na zawsze pozbyć się chwastów podniety.

Allie prawie nie zwraca uwagi na ubierające się dziewczyny. Jest zbyt zajęta zdejmowaniem tysięcy warstw zimowych ubrań i układaniem ich na oparciu fotela. Uporawszy się z tym zadaniem, prezentuje się znacznie drobniej w czarnych legginsach i oversizowym topie i nie marnując ani chwili, usadawia się wygodnie w dużym, pluszowym fotelu.

Odprowadzam Kelly i Michelle do drzwi. Każda z nich wygląda, jakby miała mnie ugryźć. Na pożegnanie oznajmiają mi, że będą mnie trzymać za słowo z przełożeniem figli na kiedy indziej. Zmywają się, a ja zostaję z opuchniętymi ustami i twardym kutasem.

Wracam do salonu z marsową miną.

— Zadowolona? — pytam wyzywająco.

— Z czego?

— Z zafundowania mi fiutobloka.

Allie się śmieje.

— Istnieje jakiś powód, dla którego nie mogłeś zabrać Jasnej i Jaśniejszej na górę? Nikt ci nie kazał wykopywać ich z domu z mojego powodu.

— Naprawdę myślisz, że mógłbym się tam pieprzyć ze świadomością, że siedzisz na dole?

To wywołuje kolejną salwę śmiechu.

— Przecież masz w zwyczaju uprawiać publiczne bzykanie. Cały czas. Co cię obchodzi, że jestem w domu? — Popada w zadumę. — No chyba że problem tkwi w pójściu do twojego pokoju. Hannah wspominała mi, że zawsze zabawiasz się w salonie. W czym problem? Masz pluskwy w łóżku czy coś takiego?

Zaciskam zęby.

— Nie.

— No to czemu nie zabawiasz się na górze?

— Bo… — waham się, a moje czoło znów się marszczy. — To nie twoja sprawa. A co ty tu w ogóle robisz? Bristol House się pali?

— Ukrywam się. — Allie wypowiada to tak, jakbym miał rozumieć, o co chodzi. Potem się rozgląda. — Gdzie jest Tucker? Garrett mówił, że tu będzie.

— Wyszedł.

Wydyma dolną wargę.

— O kurde, to do dupy. Na pewno obejrzałby ze mną jakiś film. No nic, twoje towarzystwo musi mi wystarczyć.

— Najpierw załatwiłaś mi fiutobloka, a teraz oczekujesz, że dotrzymam ci towarzystwa?

— Spokojnie, jesteś ostatnią osobą na ziemi, którą wybrałabym na towarzystwo, ale mam obecnie kryzysową sytuację, a tylko ty jesteś pod ręką. Musisz dotrzymać mi towarzystwa, Dean. W przeciwnym razie zrobię coś naprawdę głupiego i całe moje życie legnie w gruzach.

Hannah wspominała kiedyś, że Allie studiuje aktorstwo i ma zajęcia z dramatu. No tak. Wszystko jasne.

— Proszę…

Błagalny wyraz nie ustępuje z jej twarzy. A ja od zawsze na widok dużych niebieskich oczu zmieniam się we frajera. Szczególnie gdy należą do ślicznych blondyneczek z cudownymi zderzakami.

— Wygrałaś — ustępuję. — Dotrzymam ci towarzystwa.

Jej twarz się rozjaśnia.

— Jaki film obejrzymy?

W gardle uwięzło mi westchnienie. W piątkowy wieczór, zamiast bawić się w seksownym trójkącie, będę niańczył najlepszą przyjaciółkę dziewczyny swojego najlepszego przyjaciela.

Och, i wciąż jestem twardy jak skała dzięki pożegnalnym pocałunkom Kelly i Michelle.

Kurewsko cudownie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 2

Allie

Moja samokontrola zależy od Deana Heywarda-Di Laurentisa, mężczyzny znanego z zerowej samokontroli. Zatem jestem w tarapatach. Wielkich, pieprzonych tarapatach.

Ale nie zrobię tego. Nie zadzwonię do Seana. Nie ma znaczenia, że dwadzieścia minut temu przysłał nasze wspólne zdjęcie z wycieczki do Meksyku w zeszłym roku. Użył jednej z aplikacji i umieścił nasze twarze w dużym sercu.

Tamta wycieczka była naprawdę świetna…

Odsuwam wspomnienie na bok i chwytam pilota leżącego na stoliku kawowym.

— Macie Netflixa połączonego z telewizorem? — pytam i zerkam na Deana, który wciąż wygląda na zirytowanego moją obecnością.

I albo to sobie wyobrażam, albo on naprawdę ma erekcję. Ale jestem wystarczająco miła, by nie dokuczać mu z tego powodu. Na jego obronę przemawia fakt, że pojawiłam się w chwili, gdy był pięć sekund od uprawiania seksu z dwiema dziewczynami.

Omiatam wzrokiem jego nagą klatkę. Będę szczera — to absolutnie spektakularna klatka piersiowa. Facet jest perfekcyjnie wyrzeźbiony. Wysoki i szczupły, z idealnie uformowanymi mięśniami. A na cudownie ukształtowanej szczęce wymiata seksy blond zarost, taki niby od niechcenia. Co za szkoda. Ktoś tak durnowaty nie powinien wyglądać tak dobrze.

— No. Proszę bardzo, możesz coś wybrać — odpowiada. — A ja w tym czasie skoczę tylko na górę, zwalę sobie i potem do ciebie dołączę.

— OK, chyba obejrzałabym… Coś ty powiedział?

Ale Dean zdążył się zmyć i siedzę z rozdziawioną buzią, gapiąc się na puste drzwi wejściowe. Skoczy na górę, żeby co zrobić? Żartował, tak?

Wbrew zdrowemu rozsądkowi zaczynam to sobie wyobrażać. Dean jest na górze w swoim pokoju. Jedna dłoń owinięta wokół fiuta, druga ręka… Obejmuje jajka? Chwyta kurczowo pościel? A może Dean stoi przy biurku, trzymając się jego krawędzi, ma ściągnięte rysy twarzy, gdy przygryza dolną wargę… Dlaczego próbuję zgadnąć, w jaki sposób masturbuje się ten facet?

Otrząsam się z tych myśli i bawię się pilotem tak długo, aż trafiam na Netflixa, a potem zaczynam przeglądać najnowsze tytuły.

Niecałe pięć minut później Dean wkracza z powrotem do pokoju. Na szczęście włożył spodnie. Tyle że zgubił gatki, wiem o tym z całą pewnością, ponieważ jego dresy opuszczone są tak nisko na biodrach, że niemal widzę… miejsca, których nie mam zamiaru oglądać.

Klatka piersiowa nadal jest naga, a policzki pokrywa lekki rumieniec.

— Naprawdę przed chwilą się onanizowałeś?

Kiwa głową, jakby to nie było nic wielkiego.

— A co, myślisz, że będę tu siedział przez cały film z opuchniętymi jajami?

Gapię się na niego.

— Więc nie możesz się z nikim bzykać podczas mojej obecności w domu, ale ładujesz się na górę, by zrobić to?

Rozciąga usta w szelmowskim uśmiechu.

— Mógłbym zrobić to tutaj, ale wtedy wystawiłbym cię na pokuszenie, któremu pewnie byś uległa i chciała przejąć ster. Próbowałem być uprzejmy.

Trudno nie wywrócić oczami w takiej sytuacji, więc nawet nie próbuję się powstrzymać.

— Możesz mi wierzyć, że trzymałabym ręce przy sobie.

— Gdyby mój fiut był na wierzchu? Nie ma mowy. Nie byłabyś w stanie się powstrzymać. — Unosi brew. — Mój kutas jest ekstra.

— Yhm. Nie wątpię.

— Nie wierzysz mi? Mogę pokazać ci zdjęcie. — Sięga po telefon leżący na stoliku. A potem zatrzymuje się i zamiast tego chwyta za gumkę w dresach. — A właściwie mogę ci go pokazać na żywo, jeśli chcesz.

— Nie chcę. Ani trochę. — Wskazuję na telewizor. — Wybrałam to. Widziałeś już?

Dean krzywi się na widok plakatu filmowego widocznego na ekranie.

— Ja cię, wybrałaś coś takiego? Mamy ze trzy nowe horrory, które moglibyśmy obejrzeć. Albo całą filmografię Jasona Stathama.

— Żadnych horrorów — stwierdzam stanowczo. — Nie lubię, jak mnie ktoś straszy.

— W porządku. To obejrzyjmy jakiś film akcji.

— Nie lubię przemocy.

Widać po minie, że jest sfrustrowany.

— Laleczko, nie mam zamiaru oglądać filmu o… — zezuje na ekran — podróży zmieniającej życie pewnej kobiety, u której zdiagnozowano śmiertelną chorobę. Nie ma, kurwa, mowy.

— To ponoć bardzo dobry film — protestuję. — Dostał Oscara!

— A wiesz, co jeszcze dostało Oscara? Milczenie owiec. Szczęki. Egzorcysta. — Brzmi na zadowolonego z siebie. — I to są same horrory.

— Możemy się kłócić przez całą noc, ale nie zamierzam oglądać rozlewu krwi, ataku rekinów czy efektownych eksplozji. Niech to do ciebie dotrze.

Zęby Deana są wyraźnie zaciśnięte. A potem jego szczęka się rozluźnia i chłopak powoli wypuszcza powietrze.

— No dobra. Jeśli mam się męczyć przez ten cały beznadziejny film, to najpierw zapalę sobie skręta.

— Rób, co chcesz, skarbie, bylebyś wytrwał do końca.

Podchodzi do drzwi, mrucząc coś pod nosem.

— Czekaj! — wołam za nim. Szybko wyławiam telefon z kieszeni kurtki. — Możesz to zabrać ze sobą? Bo jeśli zostanę z tym sam na sam, to mogę ulec pokusie napisania esemesa.

Patrzy na mnie dziwnie.

— A do kogo próbujesz nie pisać?

— Do swojego eks. Zerwaliśmy wczoraj wieczorem i on bombarduje mnie wiadomościami.

Następuje chwila ciszy.

— Wiesz co? Idziesz ze mną.

Ledwo zdołałam mrugnąć okiem, Dean przechodzi przez pokój i spycha mnie z fotela. Moje stopy lądują na drewnianej podłodze, a ja tracę równowagę i zderzam się prosto z jego masywną klatką. Nos wpada na wyraźnie zarysowany mięsień piersiowy.

Pośpiesznie łapię równowagę i szykuję piorunujący wzrok.

— Było mi wygodnie, dupku.

Ignoruje mnie, a następnie nie wiadomo, czy mnie prowadzi, czy ciągnie do kuchni. Skoro nie dał mi nawet szansy na chwycenie kurtki, zaczynam się trząść, gdy tylko przestępujemy próg przesuwanych drzwi wychodzących na ogród.

Naga klatka piersiowa Deana błyszczy w świetle patio. Wydaje się, że zimno w ogóle mu nie przeszkadza, ale wystawione na chłodne, wieczorne powietrze sutki napinają się nieznacznie.

— Fuj. Nawet twoje sutki są idealne — biadolę.

Jego wargi drżą.

— Chcesz ich dotknąć?

— Ble. Nigdy. Po prostu stwierdzam głośno, że są zajebiście perfekcyjne. Wiesz, idealnie proporcjonalne do twojej klaty.

Spogląda w dół na swoje mięśnie i zastanawia się przez chwilę.

— No. Cały jestem idealny. Muszę to sobie częściej przypominać.

Prycham.

— Taa, pewnie. Bo przecież nie jesteś wystarczająco zarozumiały.

— Pewny siebie — poprawia mnie.

— Zarozumiały.

— Pewny siebie. — Otwiera małe metalowe pudełko, które przywlókł z kuchni, a ja krzywię się na widok porządnie zrolowanego skręta i zapalniczki.

— Dlaczego tu jestem? — gderam. — Nie chcę palić zielska.

— Pewnie, że chcesz. — Pali i zaciąga się głęboko, potem przemawia przez ulatującą chmurę dymu: — Cała jesteś spięta i jakaś dziwna. Zaufaj mi, właśnie tego ci trzeba.

— To się nazywa presja grupy, wiesz o tym.

Wyciąga skręta w moim kierunku, unosi jedną brew.

— Wyluzuj, kotku — namawia śpiewnym tonem. — Tylko jeden mach. Wszyscy fajni ludzie tak robią.

Nie mogę powstrzymać śmiechu.

— Odpieprz się.

— Jak chcesz. — Znów wypuszcza powietrze i otacza mnie woń marihuany.

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zafundowałam sobie odlot. Nie robię tego często, ale, szczerze mówiąc, jeśli jest dobry moment na zapalenie trawki i wyluzowanie, to czemu nie — a ten moment właśnie nadszedł.

— No dobra. Daj się sztachnąć. — Wyciągam dłoń, zanim zdążę się rozmyślić.

Dean rozpływa się w uśmiechu i podaje mi skręta.

— Grzeczna dziewczynka. Ale ani słowa Wellsy. Skopie mi tyłek, jeśli się dowie, że sprowadzam na złą drogę jej najlepszą przyjaciółkę.

Wciągam dym do płuc, próbując nie śmiać się ze szczerego lęku wymalowanego na twarzy Deana. Pewnie ma rację, drżąc ze strachu przed Hannah. Ta dziewczyna ma cięty język i nie boi się go używać. I za to ją kocham.

Kolejne kilka minut spędzamy na podawaniu sobie skręta w kompletnej ciszy jak para chuliganów pętających się za stacją benzynową. Po raz pierwszy spędzamy czas zupełnie sami. To dziwne uczucie przebywać w ogrodzie z półnagim Deanem Di Laurentisem. Jeśli mam być szczera, to nigdy nie wiedziałam, co sądzić o tym facecie. Tupeciarz, flirciarz…

Powierzchowny typ.

Czuję się jak totalna idiotka, że myślę o nim w ten sposób, ale nic nie poradzę, że właśnie to zawsze przychodzi mi do głowy, gdy go widzę. Hannah mówiła mi, że jest obrzydliwie bogaty, i to od razu widać. Nie powtarza co prawda na prawo i lewo: „Patrzcie, jak się pławię w swoim bogactwie”, ale tak dumnie kroczy przez życie, jakby cały świat należał do niego. Mam wrażenie, że nigdy nie doświadczył trudu ani niedostatku. Patrząc na niego, człowiek po prostu wie, że ten facet dostaje to, czego chce i kiedy chce.

No proszę. Najwyraźniej pod wpływem marihuany zaczynam filozofować i z łatwością szufladkować.

— Więc cię rzucił? — pyta w końcu, obserwując, jak ponownie się zaciągam.

Wydmuchuję dym prosto w jego twarz.

— Nie rzucił mnie. To ja zerwałam.

— To koleś, z którym kręciłaś od zawsze? Ten z bractwa? Stan?

— Sean. Tak, chodziliśmy ze sobą z przerwami od pierwszego roku.

— Jezu, rypać tę samą osobę taki szmat czasu? Seks musiał być naprawdę nudny.

— Dlaczego ty zawsze wszystko sprowadzasz do seksu? — Oddaję mu skręta. — I dla twojej wiadomości: seks był w porządku.

— W porządku? — chichocze. — Wow, co za entuzjastyczna recenzja.

Już zaczynam odczuwać działanie trawki, w głowie mi lżej, a ciało się odpręża i pewnie tylko z tego powodu ciągnę rozmowę. Normalnie nie przyszłoby mi na myśl zwierzać się temu gościowi.

— Pewnie, końcówka nie była najlepsza — przyznaję. — Ale może dlatego, że od zeszłego lata generalnie tylko się ze sobą kłóciliśmy.

— Ale to nie jest wasze pierwsze zerwanie, tak? Dlaczego w kółko do niego wracasz?

— Bo go kocham. — Poprawiam się: — Kochałam. — Boże, sama już nie wiem. — Na początku powodem zerwania nie była niczyja wina. Po prostu uznałam, że szło za szybko, za poważnie. To był pierwszy rok i wydawało mi się, że człowiek powinien wtedy garściami czerpać z przywilejów młodości, imprezować, zaliczać szybkie numerki i takie tam bzdety.

— Imprezowanie i zaliczanie numerków jest fajne — oświadcza poważnie. — Jednego razu zaliczyłem numerek z laską, która wylała mi na fiuta syrop klonowy, a potem go zlizała.

— Fuj! — Wywracam oczami. — I właśnie to zaliczanie było do bani. Umówiłam się z kilkoma facetami, same oblechy, jak się szybko okazało. Ale dzięki nim zrozumiałam, jak dobrze było mi z Seanem.

Dean wypuszcza kolejną chmurę dymu.

— OK. Ale potem znów zerwaliście.

— No właśnie. — Na samo wspomnienie czuję rozdrażnienie. — Tym razem dlatego, że odbiło mu na punkcie kontrolowania. Jeden z członków jego bractwa dostawiał się do mnie na imprezie i Sean uznał, że nikt nigdy nie ma prawa choćby na mnie spojrzeć. Zaczął mi dyktować, jak mam się ubierać, non stop przysyłał esemesy z pytaniem, gdzie jestem i z kim. Zaczęłam się dusić.

Teraz to kolej Deana, by przewrócić oczami.

— Mówi to laska, która po tym wszystkim do niego wróciła.

— Obiecał, że się zmieni. I faktycznie się zmienił. Przestał za mną łazić krok w krok i po całej tej akcji był dla mnie taki dobry.

Dean wygląda na nieprzekonanego, ale mam to gdzieś. Nie żałuję powrotu do Seana. Spędziłam z tym chłopakiem dwa i pół roku i wiem, że mieliśmy o co zawalczyć.

— Co doprowadza nas do zerwania numer cztery? — Dean z zaciekawieniem przekrzywia głowę. — Co się stało?

Poczułam ucisk w klatce piersiowej.

— Mówiłam już. Dużo się kłóciliśmy.

— O co?

Słowa wypadają mi z ust, zanim zdołam je powstrzymać. Do diabła. Czy on doprawił tego skręta serum prawdy?

— Głównie o plany po zakończeniu studiów. Od zawsze wiedziałam, że wyprowadzę się do Los Angeles i skupię na karierze aktorskiej.

Albo do Nowego Jorku… Ale o tym Deanowi nie wspominam. Wciąż jeszcze nie podjęłam decyzji, a Dean jest ostatnią osobą, z którą mam ochotę dyskutować na temat poważnych, zmieniających życie kroków związanych z karierą zawodową. Ten facet jest tak głęboki jak kałuża.

— Seanowi wszystko pasowało, gdy zaczęliśmy ze sobą chodzić, ale tego lata nagle zdecydował, że nie chce, bym zajmowała się aktorstwem. Właściwie to w ogóle nie chce, abym szła do pracy. — Marszczę czoło. — Wbił sobie do głowy, że będzie pracował w firmie ubezpieczeniowej ojca w Vermoncie, a ja zostanę szczęśliwą panią domu, która będzie czekała na niego z obiadem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki