Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Opowieść o dwójce dzieci mających magiczne zdolności. Lina i Kal mieszkają w kraju, gdzie dziewczynki obdarzone magicznym talentem zostają wiedźmami i zajmują się zielarstwem, zaś chłopcy uczą się z ksiąg, korzystają z zaklęć, tworzą eliksiry. Ale dzieci mają inne marzenia. Lina chce uprawiać prawdziwe czary, które pozwalają na przykład zmienić postać, a Kal robić to, co jego mama.
Niełatwo osiągnąć cel, gdy na drodze napotyka się mnóstwo przeszkód. Lina i Kal są jednak uparci. Kiedy wkrótce po swoich dwunastych urodzinach trafiają do akademii magii, muszą sprostać wielu wyzwaniom, które stawiają przed nimi profesorowie, i wykonać wiele niezwykłych zadań. Przy okazji orientują się, że talent nie zawsze pomaga, częściej bywa powodem kłopotów, a okiełznanie własnych czarów to nie lada sztuka.
Czy dwójce przyjaciół uda się zrealizować swoje marzenia i poznać taką magię, jakiej pragną? I czy ona pomoże im odkryć to, co w życiu ważne?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 436
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tekst: Katarzyna Rygiel
Projekt okładki: Mariusz Andryszczyk
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redakcja: Magdalena Marczewska
Korekta: Olga Smolec-Kmoch
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
© Copyright for the text by Katarzyna Rygiel, 2024
© Copyright for this edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2024
Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji bez pisemnej zgody wydawcy zabronione.
TDM opt-out
Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Przyszedł na świat w srebrzystą noc, kiedy nad Tą Wioską księżyc był w pełni i oświetlał mu drogę. Jego matka czekała, aż zapłacze, a gdy wydał pierwszy krzyk, niecierpliwie odebrała go z rąk kobiety, która czuwała nad porodem, i rozwinęła płótno.
– Chłopiec – szepnęła, otulając dziecko z powrotem, bo zacisnęło piąstki i znowu wykrzywiło buzię. – Weź go.
– Jak będzie miał na imię? – Akuszerka zakołysała noworodka w ramionach.
– Nie wiem.
– Pozwolisz, że go nazwę? Nie może być bezimienny.
– Rób, co chcesz.
Przyjrzała się malcowi z uwagą. Widocznie ciepło jej ciała i bicie serca uspokoiły go, bo zamknął oczy, które w przytłumionym świetle wyglądały jak ciemne kreski namalowane między fałdkami powiek. Był taki maleńki i bezbronny. Miał piąstkę jak pół makówki! Widziała w swoim życiu wiele dzieci, wiele zawijała w pieluszki tuż po narodzinach, ale to było wyjątkowe. Wyczuwała w drobnym ciałku wielką energię. W zaciśniętej piąstce dopatrywała się przyszłego uporu. Niełatwo będzie go wychować, myślała, gładząc wypukłe czółko, które zmarszczyło się na chwilę. Chłopczyk sapnął przez sen, ale się nie obudził. Cienkie brewki oddaliły się od siebie.
– Może Kal? – zaproponowała. – To ładne imię. Krótkie. Dobre dla chłopca i dla mężczyzny.
Kiedy to mówiła, noworodek otworzył stuloną dłoń i rozprostował paluszki, jakby chciał do niej pomachać.
– Zgadzasz się?
Przysiadła na łóżku, nachylając się nad kobietą, na wypadek gdyby ta chciała jednak przytulić synka.
Matka spojrzała na spokojną twarzyczkę dziecka.
– Pasuje do niego – orzekła, ale nie wyciągnęła rąk.
Kiedy księżyc malał na niebie, powoli tracąc swoją pucołowatość, ale wciąż użyczając siostrze ziemi sporo blasku, w Niedalekim Miasteczku przyszła na świat dziewczynka. Poród był trudny, bo dziecko nie obróciło się na czas i najpierw wystawiło na świat drobne stópki, a dopiero później całą resztę. Gdyby nie obecność tej samej kobiety, która wybrała imię dla Kala, kto wie, jak by się to skończyło. Zastukała do drzwi w samą porę, choć nikt jej nie wzywał. Czy była to sprawa czarów, czy intuicji, zawsze zjawiała się na czas, a ludzie zapraszali ją do środka, bo nie było w okolicy osoby lepiej od niej znającej się na rzeczy. Mówiono, że dzieciom, które jako pierwsza wzięła na ręce, ofiarowywała coś więcej niż pomoc w chwili narodzin, że dawała im talent, bystrość, moc nieledwie czarodziejską, która źródło miała w jej mocy. Mówiono także, że przez lata śledzi ich los, póki nie dorosną, otaczając je opieką, której nie są świadome. Ile prawdy kryło się w tych słowach? Tego nikt nie wiedział na pewno. Ale ludzie gadali, bo zawsze gadają, co im ślina na język przyniesie.
– Wybraliście imię? – odezwała się kobieta, bo zawsze o to pytała, gdy maleństwo było już bezpieczne po tej stronie matczynego ciała. Osobne. W jej ramionach.
– Lina – szepnęła matka z wysiłkiem.
– Piękne.
Małej Linie także musiało się spodobać, bo nagle chwyciła za kciuk, który pojawił się w polu widzenia. Zacisnęła na nim paluszki delikatne jak płatki rumianków, a jednak zaskakująco mocne.
– Jesteś silna. I będziesz silna – szepnęła kobieta. Próbowała oswobodzić palec, patrząc w szeroko otwarte oczy maleństwa, coraz mniej zamglone, coraz bardziej przytomne. – Widzę to w tobie.
Czy było to zaklęcie, czy przepowiednia, nie usłyszał jej nikt poza dzieckiem, które z natężeniem wpatrywało się w jej twarz. Ale zaraz matka zapragnęła przytulić córkę i kobieta ostrożnie powierzyła jej mały skarb, nie mówiąc już ani słowa. Przyjęła skromną zapłatę za pomoc, zaszeleściła suknią w kolorze owoców głogu i odeszła. A idąc, wsłuchiwała się w noc, by przekonać się, czy nie dotrze do niej z daleka krzyk innej kobiety potrzebującej pomocy.
Kal niewiele pamiętał z wczesnego dzieciństwa, ale to, co utkwiło mu w pamięci, wracało do niego przez następne lata w postaci obrazów i strzępków rozmów, których znaczenie nie zawsze było dla niego jasne. Był pogodnym dzieckiem, od najmłodszych lat zajętym swoimi sprawami. Odkąd nauczył się chodzić i przestał czepiać się matczynej spódnicy, potrafił godzinami przyglądać się światu z zaskakującą u takiego malca uwagą. Ze swojego miejsca na podłodze obserwował małe, ruchliwe stworzenia przemierzające izbę na swych licznych nóżkach albo przysiadał na podwórzu, by patrzeć i słuchać, jak rośliny pną się ku słońcu. Chociaż trwały w bezruchu, jemu wydawało się, że naprawdę słyszy delikatne trzeszczenie zielonych łodyżek, pękanie pączków, naprężanie się listków, miękki szelest, z jakim zamykały się i otwierały główki kwiatów. Mógł godzinami wsłuchiwać się w te dźwięki, świadczące o tym, że wszystko wokół żyje, rośnie. On także rósł, bo takie jest zadanie dzieci. Chodził coraz szybciej, a potem zaczął biegać i nikt nie mógł go zatrzymać. Nauczył się skakać, wchodzić na drzewa i schodzić z nich, i od tej pory często obserwował świat z wysoka.
Jednak najbardziej lubił przyglądać się matce. Fascynowało go wszystko, czym się zajmowała: każdy jej ruch, każdy gest, który miał znaczenie, gdy przestawiała naczynia i wsypywała do nich tajemnicze składniki. Podchodził bliżej i wąchał je po kolei. Czasem pachniały ziołami, czasem ziemią, a czasem czymś, czego nie umiał nazwać.
Kiedy nauczył się mówić, nieustannie pytał: A co to?, i choć za pierwszym razem od razu zapominał odpowiedź, pytał dalej, aż w końcu zapadała mu ona w pamięć i już wiedział, co kryje się w buteleczkach i słoiczkach i do czego służy.
Zresztą nie tylko dlatego lubił na nią patrzeć. Matkę otaczała aura niezwykłości. Nawet gdy wykonywała zwykłe z pozoru czynności, nabierały one cech magicznych rytuałów. Kiedy chodziła po izbie, miał wrażenie, że co drugi krok unosi się nad ziemią. Gdy piekła chleb, mógłby przysiąc, że ciasta przybywa w oczach. Niemal wylewało się z misy! A potem gotowe bochenki wytaczały się z pieca złote, pachnące i tak wyrośnięte jak u żadnej innej gospodyni. Kiedy wychodziła szukać ziół, które zbierała i suszyła pod sufitem, natrafiała na łąki, gdzie rosło ich pełno, tylko rwać i wiązać w pęki. Może była w tym odrobina magii, a może nie, jednak chłopca wciąż tak samo urzekały te zwykłe-nie-zwykłe zabiegi, śledził więc szybki taniec matczynych dłoni i nieraz udawało mu się dostrzec, jak zatrzymują się na mgnienie. Nieprzypadkowy układ palców, przymknięcie powiek, wymruczane cichutko słowo, którego nie mógł dosłyszeć, i już ręce znowu ruszały w tany, by po chwili znieruchomieć w innym geście, równie szybkim, niemal nie do uchwycenia. Czy to one: słowa i gesty wyczarowywały łąki pełne ziół, sprawiały, że chleb rósł ponad miarę, odbierały ciężar krokom? Co też one znaczyły, zastanawiał się, próbując układać skomplikowane kompozycje ze swoich palców. Ale czy robił to niezbyt dokładnie, czy też nie umiał wzmocnić gestu właściwym słowem, jego starania nie przynosiły efektów i w otoczeniu Kala nie działo się nic nadzwyczajnego.
– Jak to robisz, mamo? – pytał ze zmarszczonymi brwiami, wpatrując się w nią z natężeniem, jakby chciał jej wydrzeć tę tajemnicę wbrew jej woli.
– Jak robię co? – uśmiechała się, nie przerywając pracy.
– To – odpowiadał, nie wiedząc, jak jej to wyjaśnić.
Bo i cóż takiego robiła? Że piekła chleb jak każda kobieta w wiosce? Rozpoznawała zioła? Poruszała się lekko i zwinnie? Że rozmawiała z drzewami w sadzie, a te przyginały swoje gałązki tak, by łatwiej jej było zerwać jabłko czy gruszkę? Że rozganiała chmury, kiedy robiła pranie, i przyzywała deszcz w te dni, gdy słońce za mocno paliło ziemię? Może to wyobraźnia Kala sprawiała, że przypisywał matce działania, które nawet nie przyszłyby jej do głowy? Może chciał widzieć to, czego nie było? Czy rzeczywiście mógłby sobie to wszystko wymyślić?
– Naucz mnie – prosił, bo czuł, że tego pragnie najbardziej: splatać dłonie, zaklinać przedmioty, skłaniać do posłuszeństwa niebo i ziemię słowem albo gestem.
– Czego? – pytała matka, która nie chciała zrozumieć.
– Tego – odpowiadał jak wcześniej, mając nadzieję, że będzie wiedziała, o co mu chodzi.
Nie mówiła ani „tak”, ani „nie”. W ogóle nic nie mówiła. Ale pozwalała, by patrzył.
Tamten czas, gdy jako kilkulatek nie odstępował matki na krok, uznawał za najszczęśliwszy etap dzieciństwa. Dziwne, bo nie była zbyt czuła. Nie przytulała go i nie całowała, nie kołysała w ramionach, by szybciej usnął, nie nuciła… Ale pozwalała mu być obok, a kiedy patrzyła na niego, wiedział, że w tym szczególnym momencie jest w centrum jej uwagi. Rzadko się to zdarzało, bo zwykle była na wpół obecna i zwracała się do niego, jakby mówiła z bardzo daleka. Jakby była daleko. Nie w ich domu czy ogrodzie, w Tej Wiosce, która była jedną z wielu wiosek w kraju o nazwie Tutaj. Przez długi czas myślał, że to normalne. Że wszystkie mamy właśnie tak odnoszą się do swoich dzieci. I to mu wystarczało.
Z ojcem było inaczej. Ojciec był od huśtania w ramionach i od sięgania nieba, które wydawało się znacznie bliżej, gdy brał Kala na ręce. On nie miał przed synem żadnych tajemnic. Jego uśmiech nie krył zagadek, które nie pozwalałyby chłopcu zasnąć. Całe dnie spędzał w szopie stojącej tuż przy domu, w której miał warsztat stolarski. Robił stołki i stoły, kołyski i półki, łóżka, skrzynie i szafy. Dla dzieci – motyle na kółkach, które pchało się przed sobą na długim kiju, a one machały skrzydłami, i konie na biegunach, dla kobiet – drobne ozdoby na szyję i drewniane bransolety.
– Tylko popatrz – mówił, pokazując synowi nową zabawkę. – Ta będzie dla ciebie. Podoba ci się?
Zrobił dla chłopca wiele pięknych przedmiotów. Marzył, że kiedyś nauczy go wszystkiego, co sam umie, ale jakoś nie bardzo to Kala interesowało. Czasem towarzyszył ojcu podczas pracy, ale wystarczyło, że ten spuścił go z oka. Wówczas cichutko wymykał się z szopy i biegł do domu, do matki, jej tańca wokół izby i cicho wypowiadanych zaklęć. Do jej obojętności. Nie nazywał jej tak, dopóki nie zrozumiał, czym jest. A zrozumiał dopiero później.
Tymczasem miał już pięć lat. Mało i dużo zarazem. Mało, gdy chce się samemu iść przed siebie. Dużo, gdy podczas wędrówki bolą nogi albo chce się pić i trzeba wytrzymać, aż dotrze się do celu. Albo gdy trzeba zrozumieć poważne sprawy, które wolałoby się odsunąć od siebie. Kal nie chciał rozumieć, ale życie rzadko toczy się po naszej myśli.
W pierwszym momencie nic nie zapowiadało zmiany, chociaż matka z dnia na dzień straciła zwykłą lekkość i wiotkość, które upodabniały ją do trzciny poruszanej wiatrem. Zaokrągliła się. Rzadziej była w ruchu. Coraz bardziej bolały ją plecy i nogi. Mówiła, że puchną. Kala niepokoiła jej powolność, niespodziewanie przechodząca w bezruch, gdy przysiadała na ławie i opierała policzek na dłoni. Przyglądał jej się podejrzliwie, ale nie szeptała zaklęć i nie układała wzorów z palców, więc nie mógł jej naśladować. Zastanawiał się, czy ktoś jej nie zamienił. Poza tym jednak wydawała się tą samą osobą, więc chłopiec uspokajał się i wyczekiwał, aż mamine czary wrócą.
Czekał jednak na próżno. Mama była coraz cięższa, coraz bardziej pękata, jakby nie tylko nogi jej puchły. Kal obchodził ją dookoła i przykładał rączkę, a czasem ucho do pęczniejącego brzucha, który kopał i zmieniał kształt. Może to, co było w środku, próbowało się z niego wydostać już teraz, natychmiast, bez zwłoki? Wstrzymywał oddech i zamierał, spodziewając się… sam nie wiedział czego. Ale brzuch znów stawał się taki jak wcześniej – doskonale okrągły, bez rogów i wzgórków, i niezwykła chwila mijała.
Zagadka wyjaśniła się pewnego dnia, gdy ojciec zabrał go ze sobą do warsztatu i powiedział, że będzie miał siostrę.
– Prawdziwą?
– Wszystkie dzieci, zanim się urodzą, są najpierw takimi brzuszkami. To znaczy są w środku – poprawił się ojciec, rzeźbiąc na wieku skrzyni skomplikowany wzór z liści bluszczu.
Kal nie mógł w to uwierzyć. W ciele mamy rosła dziewczynka! A wcześniej i on tam był! Nim się urodził. Może powinien tam zostać, wtedy na pewno wiedziałby, co oznacza tajemnicze zachowanie mamy, jej mamrotania i gesty. Może nawet tam w środku usłyszałby jej myśli? Ale na to było już za późno. Postanowił, że porozmawia o tym z siostrą, jak tylko pojawi się na świecie. Może ona zapamięta coś więcej?
Tymczasem rozczarowany i nieco znudzony przedłużającym się oczekiwaniem kręcił się po domu i obejściu i wciąż przyglądał się wszystkiemu, co go otaczało.
Chociaż Kal tak mało pamiętał z wczesnego dzieciństwa, tamten dzień zapamiętał dobrze. Z jakiegoś powodu ojciec kazał mu się pobawić na zewnątrz i chłopiec z radością wybiegł w rześki, błękitny poranek. Jesienne barwy zwarzył już pierwszy przymrozek i liście, które opadły z drzew, szeleściły pod stopami brązowe i pozwijane, kiedy brodził w nich po kolana i co krok dla zabawy podrywał nogą do góry. Wyobraził sobie, że ten szelest to szept wielu, wielu głosów, że liście rozmawiają ze sobą o tym, co przeżyły od wiosny, co widziały z wierzchołka drzewa, a co z niższych gałęzi, co widzą teraz, gdy stopa Kala podrzuca je w powietrze. Może nie są z tego zadowolone? Zostaw nas! Zostaw! Chcemy spać. Czy naprawdę usłyszał te słowa? Kal zatrzymał się i popatrzył z zastanowieniem na dywan we wszystkich odcieniach brązu leżący między drzewami. Zdawało mu się?
Zaraz jednak oderwał od niego wzrok, bo przy płocie zatrzymała się kobieta, której nigdy wcześniej nie widział. Podszedł bliżej zaciekawiony. Nie młoda i nie stara, może w wieku matki? W kolorowej spódnicy i równie barwnej chuście okrywającej ramiona. Miała ciemne, kręcone włosy i oczy w kolorze miodu, w których jaśniało słońce. W każdej tęczówce migotała kropla blasku. I kropla słodyczy. Kal lubił miód. Oblizał się mimo woli. Jego oczy były niebieskie, chłodne jak niebo. Po ojcu. Matka miała szare, które w słoneczne dni, takie jak ten, wydawały się zielonkawe.
– Ty musisz być Kal – odezwała się kobieta, patrząc na niego z uśmiechem.
Poważnie pokiwał głową.
– Ale urosłeś. Mama w domu? – pytała dalej. – Przyszłam, gdy tylko poczułam, że jestem potrzebna…
– Potrzebna? Do czego? – zdziwił się, ale nieznajoma o miodowych oczach już szła przez podwórze.
– Zostań tu. To ważne – powiedziała z naciskiem, gdy chciał pójść za nią. – Zawołam cię, jak będzie po wszystkim.
To znaczy po czym?, zastanawiał się Kal. Ale posłuchał, bo nie było to polecenie, ale prośba, a kobieta wzbudziła jego sympatię i zaufanie. Sam nie wiedział dlaczego, przecież jej nie znał. Miał za to wrażenie, że ona zna jego. Skąd?
Same sekrety, zżymał się w duchu. Cały dzień taki. Od rana. Dzień sekretów. Ciekawe, co jeszcze przyniesie?
Nie musiał czekać długo, by się przekonać. Ledwo słońce zaczęło staczać się ku zachodowi, co w pierwszych dniach listopada można zauważyć bardzo wcześnie, a drzwi domu uchyliły się i stanęła w nich ciemnowłosa nieznajoma, która teraz była już chyba znajomą?
– Chodź, synku – powiedziała miękko, jak nigdy nie mówiła do niego matka.
Przestraszył się, bo ten ton, choć tak łagodny, zwiastował wielkie zmiany. A Kal nie chciał zmian. Wolałby, żeby wszystko było po staremu. Może z jednym wyjątkiem: mama mogłaby znowu być szczupła i pełna energii, rozszeptana i roztańczona jak dawniej. Zanim… A więc to tak!, olśniło go, gdy przestępował próg. W jednej chwili zrozumiał, że już nic nie będzie jak dawniej. Jego siostra! To ona była powodem sekretów! Ona… już się urodziła?
Stanął niezdecydowany, ale naraz obok zjawił się ojciec, ujął jego małą dłoń w swoją i podprowadził go do łóżka, na którym oparta o poduszki pół leżała, pół siedziała matka z białym zawiniątkiem na rękach. Spomiędzy fałd i zakładek płótna wyzierała maleńka, pomarszczona twarz. Główkę porastały rzadkie jasne włoski. Brzydkie, pomyślał Kal. Siostra cała była brzydka, z pewnością brzydsza od niego. Dlaczego w takim razie matka patrzyła na nią tak, jak nigdy nie spojrzała na Kala? To nie w porządku, bardziej poczuł, niż pomyślał, i po raz pierwszy serce ścisnęło mu się z żalu, którego źródła jeszcze nie rozumiał. I po raz pierwszy pozazdrościł pomarszczonej istocie matczynego uśmiechu. Pod wpływem impulsu usiadł na łóżku i chciał przytulić się do nich obu. Do siostry tylko dlatego, że być może tego od niego oczekiwano. Ale bardziej do matki. Która zamiast otoczyć go wolnym ramieniem, powiedziała, Uważaj!, takim tonem, że on usłyszał „Odejdź!”.
Cofnął się z przestrachem, zastanawiając się, co zrobił nie tak. Ale już ojciec uścisnął go uspokajająco, To nic, wszystko jest w porządku, i Kal odetchnął z ulgą. Jednak żal pozostał. Kolorowa kobieta, która poruszała się po izbie tak pewnie, jakby już tu kiedyś była, pochyliła się nad matką i szeptała coś wprost do jej ucha.
– …krzywdzisz chłopca… – dosłyszał niechcący.
Rozejrzał się, ale był jedynym chłopcem wśród dorosłych. To znaczy, że… mówiła o nim! Czy mama zrobiła coś złego? W pierwszej chwili nie potrafił nazwać jej winy, ale czuł ją w sercu. To ona była powodem żalu. Męczył się, szukając dla niej odpowiedniego słowa, ale był za mały, by je znaleźć, i za duży, by się z tym pogodzić. Przez łzy patrzył na matkę z zawiniątkiem w objęciach. Dlaczego dla niego nigdy nie miała uśmiechu?
Nie zapytał jej o to. Podobnie jak siostry nie zapytał o mamine czary ani o myśli, które mogła podsłuchać, kiedy była jeszcze kopnięciem i od środka wypychała mamę sobą. Ona też była za mała. Za mała, by mu odpowiedzieć. A kiedy podrośnie, był tego pewien, nie będzie już nic pamiętać.
– Lina! Lina!!! Gdzie ona się podziała. Nigdy nie usiedzi na miejscu – mówiła do siebie matka dziewczynki, przetrząsając wszystkie kąty.
Zaglądała pod łóżko, do skrzyni, w której trzymała pościel, przetrząsała spiżarnię, otwierała nawet worek z ziemniakami i drugi z ziarnem pszenicy, ale córki nie było w środku. Zawsze umiała się tak schować, że nikt nie mógł jej odnaleźć. Czasem przedłużała tę chwilę dla zabawy, a czasem zasypiała w swojej kryjówce i trzeba było wołać długo i naprawdę głośno, by przerwać jej drzemkę. Bywało i tak, że nieświadomie oddalała się od domu, podążając za ptasim śpiewem albo trzepotem motylich skrzydeł. Życie było pełne niespodzianek. Mała Lina chyba to rozumiała i chciała być wszędzie tam, gdzie coś się działo. Na początku rodzice bardzo się niepokoili, gdy znikała im z oczu. Na szczęście w Niedalekim Miasteczku nic jej nie groziło. Wszyscy się tu znali i pomagali sobie nawzajem. Obcy zjawiali się rzadko. Mimo to, widząc samodzielność dziewczynki i pragnąc zapewnić jej bezpieczeństwo, ojciec postarał się o psa, wielkiego i kudłatego owczarka, który z daleka przypominał niedźwiedzia i temu podobieństwu zawdzięczał swoje imię. Niedźwiedź nie odstępował swojej podopiecznej na krok. Był jej towarzyszem podczas spacerów, ulubionym kucykiem, jeśli chciała pojeździć na jego grzbiecie, co zdarzało się dość często, dopóki nie podrosła i nie zrobiła się za ciężka. Przy nim nie marzła, bo zawsze mogła wtulić się w jego długą sierść, i nie błądziła – czuły nos Niedźwiedzia bez trudu znajdował drogę do domu. Lina już jako pięcio- czy sześcioletnia dziewczynka nie bała się wędrować z nim przez pola, łąki i lasy, gubić się i odnajdywać wśród traw albo wśród drzew. Iść przed siebie. Za słońcem. Z wiatrem lub pod wiatr. Docierać do Tej, Tamtej czy Owej Wioski i na widok pierwszych zabudowań zawracać, gdy pies przystawał i dawał znak, że czas do domu. Doskonale wiedział, kiedy zbliżała się pora kolacji.
– Jesteś – mówiła matka Liny, patrząc z troską na jej umorusaną buzię, podrapane ręce i kolana, zmierzwione czarne włosy, w których wiecznie pełno było liści i gałązek. – Jesteście – poprawiała się, klepiąc psa po masywnej szyi. – Dobry Niedźwiedź. Dziękuję, że pilnowałeś jej przez cały dzień.
Tak płynęły dni, tygodnie, miesiące. Linie na poznawaniu świata, jej rodzicom na niepokojeniu się o nią, bo choć przy kudłatym przyjacielu nic jej się nie mogło stać, nie przestali się o nią obawiać, bo czy są na świecie rodzice, którzy nie martwią się o swoje dzieci?
Lina rosła. Coraz więcej wiedziała o bliższej i dalszej okolicy. Po Niedalekim Miasteczku mogłaby chodzić z zamkniętymi oczami. Znała zapachy wszystkich roślin rosnących na łące, rozpoznawała ślady wszystkich zwierząt. Plotła najpiękniejsze wianki z polnych kwiatów i wiedziała, gdzie można zobaczyć najbarwniejsze motyle. Przynosiła matce największe i najbardziej soczyste poziomki, koszyki pełne grzybów i zioła leczące różne dolegliwości. Wtedy nie znała jeszcze ich nazw, ale wdychając aromat zmiażdżonego w palcach listka, potrafiła powiedzieć, jaką leczą chorobę. Nie była to wiedza, którą ktoś by jej przekazał. Nie pochodziła od ludzi, ale od ziemi, po której Lina stąpała od najmłodszych lat i która z każdym krokiem, z każdym szelestem traw była Linie bliższa i bliższa.
Rodzice nie przeszkadzali jej, gdy zaczęła znosić pachnące słońcem bukiety i wieszać je na belce w spiżarni, żeby wyschły. Pozwijane listki, które straciły żywy zielony kolor, pakowała do płóciennych woreczków i wkładała do skrzyni, w której kiedyś szukała jej matka. Już od dawna się w niej nie chowała. Szeleszczące skarby natury leżały tam, dopóki nie stawały się potrzebne. Kiedy Lina pierwszy raz przyrządziła wonny napar z miodunki, który miał pomóc na męczący kaszel, ojciec wzbraniał się go wypić. W końcu jednak uległ namowom córki i gdy po dwóch dniach kaszel przeszedł, już bez protestów przyjmował z rąk dziewczynki każde lekarstwo. Na ból zębów, gorączkę i zmęczenie. A kiedy natarła melisą nowy ul w jego pasiece, przez co rój pszczół, który już kilka razy bez powodzenia próbował w nim osadzić, wreszcie zaakceptował nowy dom, jego zaufanie do jej wiedzy wyniesionej z pól i łąk jeszcze wzrosło. Matce Lina przygotowywała wywar z tataraku na wzmocnienie włosów, a ze świeżych liści żywokostu – okłady na bolące stawy, bo reumatyzm dawał się jej we znaki, gdy przez cały dzień tkała materiały na sprzedaż: na narzuty, dywaniki, derki. Nawet Niedźwiedziowi umiała pomóc i aby go chronić przed wścieklizną, mieszała tarty cis z psim jedzeniem.
– Nasza córeczka – mówili z dumą rodzice. – Nasza wiedźma.
W Tutaj wiedźm było ani dużo, ani mało, ale w sam raz tyle, by mogły nieść ludziom pomoc w potrzebie i w chorobie. Otaczano je szacunkiem i często proszono o radę lub wskazówkę, a czasem także się ich obawiano, bo skoro mogły uwolnić człowieka od kłopotów, to czy nie mogły ich na niego sprowadzić? Z tego powodu nie czyniono nic, czym można by je obrazić albo narazić się na ich gniew. Choć nie było osób, które twierdziłyby, że doświadczyły go na własnej skórze, wierzono, że jest straszny: odbiera zdrowie, siły i urodę, odmienia postać, pozbawia woli, zsyła na rodzinę nieszczęście. Kto chciałby się przekonać, czy to prawda? O nie, z wiedźmami lepiej było żyć w zgodzie. O pomoc prosić pokornie i dziękować za nią szczerze i bez zwłoki. A jeszcze mleka przynieść, miodu, jagód z lasu zebranych w południe, gdy najsłodsze, albo drew narąbać w ramach zapłaty.
Kal przypominał sobie, że mieszkańcy Tej Wioski często zachodzili do jego domu. Jedni zaglądali do warsztatu ojca, by kupić kołyskę lub dwa stołki, i targowali się o cenę tak głośno, że słychać ich było w całym obejściu. Drudzy zmierzali prosto do kuchni, do jego roztańczonej na nowo matki, tym razem poruszającej się pośród pęków suszu, flasz i flaszeczek z miksturami z córką na ręku. Odkąd Malwa przyszła na świat, były nierozłączne. Niemowlę otulone chustą, którą matka wiązała w przemyślne nosidło, spało przytulone do niej tuż pod jej sercem albo rozglądało się bacznie, wodząc oczami w kolorze chabrów po izbie i wszystkich zgromadzonych w niej przedmiotach. Jasne spojrzenie spoczywało na Kalu, który jak dawniej trzymał się blisko matki, próbując zrozumieć, co robi i w jaki sposób. I dlaczego ściąga do ich domu wciąż nowe osoby szukające pociechy, wsparcia, ukojenia, przychodzące tu z różnymi chorobami duszy i ciała.
Matka temu dawała buteleczkę z zielonym płynem, tamtemu słoiczek z gęstą maścią, dla owego miała woreczek ziół, do którego dorzucała kilka wskazówek, jak je zaparzyć, jak pić albo co nimi okładać. Chłopiec przysłuchiwał się uważnie, starając się zapamiętać jak najwięcej, drzwi wejściowe to otwierały się, to zamykały, wpuszczając wciąż nowych gości, a na stole rósł stos przyniesionych przez nich darów. Pachniały placki i owoce, i twaróg dopiero co zrobiony z ogrzanego zsiadłego mleka.
Pewnego dnia usłyszał, jak ktoś powiedział do matki „wiedźmo Agato” i serce w nim zadrżało od tajonej radości. A więc było tak, jak podejrzewał. Matka nie była zwykłą kobietą, do której się przychodzi z prośbą o sąsiedzką przysługę. Była kimś ważniejszym i o wiele bardziej niezwykłym. Gdyby tylko zechciała nauczyć go tych swoich sztuczek-nie-sztuczek, żeby i on mógł być do niej podobny! Tak bardzo chciał ją naśladować. Nieść pomoc ludziom. Za pomocą czarów: roślin i zaklęć. I może czasem móc wykorzystać tę magię po swojemu? Do czego, tego Kal jeszcze nie wiedział, ale czuł, że mógłby wiele zdziałać, gdyby umiał… gdyby ona…
Ale jego matka zbyt była pochłonięta swoją pracą i opieką nad Malwą. Dla niego już nie wystarczyło czasu. Nie miała go zbyt wiele nawet przed narodzinami córki, a co dopiero teraz. Chłopiec obserwował ją ze smutkiem, nie śmiąc przypomnieć o swojej obecności. Coraz lepiej rozumiał, że to jego siostra jest dla niej najważniejsza. Cokolwiek zrobiła, wywoływała na twarzy matki ten sam uśmiech, który tak go poruszył tamtego dnia, kiedy przyszła na świat. Ona skradła jej serce. Serce, które nie należało do niego nawet wtedy, gdy Malwy jeszcze nie było.
Obojętność. Słowo, którego nie mógł znaleźć, gdy był młodszy, teraz samo pojawiło się w jego głowie. Matka odnosiła się do niego z obojętnością, w którą Kalowi trudno byłoby uwierzyć, gdyby jej nie doświadczył. Czy jednocześnie mogła go kochać? Jeśli tak, to w jakiś niezrozumiały, niedoskonały sposób, bo jej uczucie nie ujawniało się w słowach, minach ani gestach…
Malwa rosła i on rósł także. Pod kierunkiem ojca uczył się czytać i pisać, niechętnie, bo lekcje odbywały się w warsztacie, co oznaczało, że musi opuścić kuchnię i porzucić swoje obserwacje. Ale nauka miała swoje zalety. W wieku ośmiu lat umiał już składać litery i napisać zdanie. Zapisywał więc wszystko, co miało związek z wiedźmimi czarami matki, a że w domu trudno było o papier, robił to na kawałku płótna po kryjomu zdjętym ze sznura, na którym suszyło się pranie. Notatki robione węgielkiem wygrzebanym w palenisku rozmazywały się, ale to Kala nie martwiło. Kiedy pisał, jednocześnie zapamiętywał. Mógł więc po chwili wszystko zmazać i w tym samym miejscu zapisać inną recepturę czy wskazówkę. Co jakiś czas płukał szmatkę i wieszał na słońcu. Była jego księgą, którą pisał z mozołem jedynie w swojej pamięci.
Mniej więcej w tym samym czasie odkrył, że choć zazdrości siostrze uwagi matki, nie ma rzeczy, której by dla niej nie zrobił. Kiedy była całkiem mała, patrzył na nią z niedowierzaniem, tak maleńkie wydawały mu się jej palce, stopy, usta. Na wszelki wypadek wolał jej nie dotykać, żeby jej nie „zepsuć”. Wciąż pamiętał, co powiedziała matka po narodzinach Malwy, gdy chciał się do nich przytulić. „Uważaj!” Uważał więc nieustannie, a najłatwiej było uważać, nie podchodząc zbyt blisko i nie dotykając wcale. Do czasu. Bo kiedy dziewczynka podrosła i przestała wyglądać jak niemowlę, Kal ośmielił się na tyle, że bawił się z nią w ogrodzie, rysował dla niej obrazki na piasku, wreszcie gdy była dostatecznie duża, w sadzie razem z tatą zamocował huśtawkę na jabłoni i bujał ją na niej godzinami, wysoko, tak że mogła dosięgnąć gałęzi.
Wciąż przesiadywał w kuchni, gdzie wiedźma Agata uwijała się w swoim czarodziejskim tańcu. Malwa kręciła się pod nogami, bo była już za ciężka, by matka mogła ją nosić i jednocześnie wypełniać swoje obowiązki, musiała jednak uczestniczyć we wszystkich magicznych zabiegach: w mamrotaniu zaklęć, których powinna uczyć się jak wierszyków na pamięć, ale nie chciała ich powtarzać, w przyrządzaniu naparów i mieszaniu mikstur. Kal przyglądał się temu z oddalenia, słuchając dziecięcego marudzenia siostry:
– Mogę pobawić się z Kalem?
– Nie, zostaniesz tutaj i będziesz się przyglądać – odpowiadała stanowczo matka.
– Ale to nudne! – Tupnęła nogą dziewczynka. – I nie widzę, co ty robisz tam w górze!
W pierwszej chwili Kal nie pomyślał o tym, że oto nadarza się sposobność, by znaleźć się bliżej matki wiedźmy. Słyszeć lepiej. Dostrzegać więcej. Chciał tylko, by Malwa przestała się skarżyć. Porzucił swój punkt obserwacyjny, w którym, miał czasem wrażenie, był dla matki niewidzialny. Podniósł Malwę i posadził ją sobie na barana. Pisnęła i roześmiała się zadowolona.
– Teraz lepiej? – zapytał, ale nawet gdyby zaprzeczyła, za nic by jej nie puścił.
Z siostrą na ramionach chodził za matką krok w krok, by mała widziała każdy jej ruch. By oboje go widzieli. Chłonął każde słowo, zapamiętywał proporcje i nazwy roślin i coraz mocniej przywiązywał się do Malwy, która podczas tych zajęć nie raz i nie dwa zasypiała, opierając jasną główkę na jego głowie i ciaśniej oplatając rączkami jego szyję.
– Śpi – mówił, ilekroć czuł, że drobne ciałko zaczyna mu ciążyć.
Mała posapywała przez sen, oddychała głęboko, spokojnie.
– Znowu – wzdychała matka.
Kal nie rozumiał, dlaczego ją to dziwi. Czy dzieci nie spały w dzień? Malwa była jeszcze mała. Czy matka nie za wiele od niej wymagała? Jeśli o niego chodzi, chętnie zastąpiłby siostrę. Jego nauka nigdy nie nużyła. Zafascynowany mógłby pomagać matce godzinami. Gdyby tylko chciała. Nie chciała jednak. Kal był wyłącznie pomocnikiem, którego jedynym obowiązkiem było noszenie jej małej uczennicy.
Zaszywał się gdzieś, gdzie nikt nie mógł go zobaczyć i usłyszeć, i w swojej kryjówce długo planował, że porozmawia z matką. Zdobędzie się na odwagę i powie, że najbardziej na świecie pragnie się od niej nauczyć, jak być wiedźmą. Obieca jej, że będzie się starał. I mama zobaczy, jaki potrafi być pilny. Po chwili jednak wyobrażał sobie jej spojrzenie szare jak jesienne chmury, obojętne wzruszenie ramion, i opadały go wątpliwości. Jak stojąc przed nią, nie stracić pewności siebie? Jak ją przekonać?
Wieść, że Lina, córka tkaczki i pszczelarza, potrafi leczyć różne choroby i dolegliwości, szybko obiegła Niedalekie Miasteczko. Ludzie z początku nie dawali temu wiary, bo jakże to? Dziewczynka? Ledwie dziesięcioletnia? Ale gdy ten i ów poczuł, że opuszczają go siły, zaraz zjawiał się w domu Liny. Przychodził po cudowny lek, nadzieję i obietnicę uzdrowienia. A odzyskawszy zdrowie, nie omieszkał wspomnieć znajomym, komu je zawdzięcza. Wkrótce przed jej drzwiami codziennie już od rana ustawiała się kolejka cierpiących na boleści, słabości, kaszle, gorączki i inne niedomagania. Lina aplikowała im liście babki na gojenie ran, wywar z kurdybanka na bóle głowy i zębów, z bratka polnego na wypryski, korzeń malwy zwanej ślazem radziła pić na kaszel, a liście nerecznicy – podkładać pod poduszkę na dobry sen. Oparzenia i opuchlizny leczyła okładami ze świeżych liści łopianu. Na bóle kości miała poduszeczki pełne kasztanów; kto się nimi obłożył na noc, ten zdrowszy wstawał rano. Znała sposoby na duszności, bóle gardła i katary, na choroby oczu i ukąszenia owadów. Jej zalecenia wypełniano gorliwie, bo przecież zdrowie było najważniejsze. Zdarzali się Linie i tacy pacjenci, którzy coś tam usłyszawszy od krewnych lub sąsiadów, sami sięgali po herbatki ziołowe albo robili lecznicze nalewki. Ci wcześniej czy później trafiali do niej przygnani boleściami albo rozwolnieniem. Błagali o pomoc i obiecywali już nigdy więcej nie leczyć się na własną rękę.
Cóż, nie każda osoba, która miała nieco pojęcia o roślinach, mogła być wiedźmą. Do tego potrzebne były talent i wiedza. Lina miała jedno i drugie, choć nigdy niczego nie musiała się uczyć. A jednak nie była z tego zadowolona. Była jeszcze dzieckiem i nagle spadło na nią tyle obowiązków… W dodatku codziennie brała na siebie odpowiedzialność za zdrowie innych ludzi. Czy już do końca życia miała tak spędzać każdy dzień? Nie chciała wymigiwać się od pomocy, ale kiedy o tym rozmyślała, czuła, że pragnie czegoś więcej. Że niezwykły dar, jaki otrzymała od matki natury, gdy przemierzała pola, łąki i lasy, dotykała ziemi i powietrza, zrywała kwiaty na wianki i bukiety – bezcenny dar wiedzy nie wystarczy. Że dla odmiany naprawdę chciałaby się czegoś nauczyć, używając do tego głowy, a nie tylko zmysłów i wyjątkowej intuicji. Że tylko wtedy mogłaby pomagać naprawdę.
– Wiesz, Niedźwiedziu – zwierzała się swojemu kudłatemu przyjacielowi – czuję, że mój talent śpi. A ja nie wiem, co miałabym zrobić, żeby go obudzić… Nie mam nawet kogo zapytać.
Niedźwiedź wystawiał długi jęzor i do tego ograniczał się jego udział w rozmowie. Najważniejsze jednak, że był obok i Lina mogła mu powierzyć swoje smutki. Nie miała nikogo innego. Rodzice? Na pewno by nie zrozumieli. Inne dziewczynki? Trochę się jej bały, jakby podejrzewały, że z powodu byle kłótni zamieni je w coś okropnego i nie będzie chciała odmienić z powrotem. Lina podsłuchała, jak kiedyś o tym rozmawiały. Głupie! W dziedzinie przeobrażeń nie miała żadnego doświadczenia, choć czasem kusiło ją, żeby spróbować. Jednak jak miałaby się do tego zabrać? Czy na to też były wywary, które należało wypić? A może kąpiele, po których zmieniało się postać? Maści? Okłady? Żaden lubczyk, szakłak czy strączyniec nie miał takiej mocy. Nie, tu potrzeba czegoś innego, myślała, gładząc psa po grzbiecie, bo zawsze ją to uspokajało. Przeobrażanie, przeistaczanie się, wreszcie znikanie – to była prawdziwa magia. Kto mógłby coś o tym wiedzieć?
Przytłoczona obowiązkami i z każdym dniem bardziej zmęczona patrzeniem na ludzkie cierpienie, któremu nie zawsze umiała zaradzić, często szukała ucieczki w podobnych rozważaniach. I w marzeniach o tym, że pewnego dnia coś się zmieni. Trudno było jednak marzyć i nie mylić się w odmierzaniu kropli na ból albo przeziębienie, więc Lina szybko wracała na ziemię i z dnia na dzień była coraz smutniejsza.
– Co ci to, córuś? – pytała matka. – Boli cię co? Idź, posiedź na słońcu. Albo zabierz Niedźwiedzia na spacer. Zasłużyłaś na odpoczynek.
Ale Lina tylko wyglądała przez okno i liczyła pacjentów w kolejce. Kiedy ostatni z nich znikał jej z oczu, nie było już czasu na najkrótszą przechadzkę, a ona zasypiała nad kolacją. W nocy często śniło jej się, że może wszystko. Co to niby miało znaczyć: WSZYSTKO? Nie wiedziała, ale budziła się rano w pogodnym nastroju, jakby wciąż miała moc, którą czuła we śnie.
I tak się sprawy miały, gdy Lina i Kal mieli skończyć dwanaście lat.
Malwa miała prawie siedem lat. Była wysoka jak na swój wiek i nie skarżyła się już, że stojąc obok matki, nic nie widzi, nadal jednak zasypiała podczas magicznych seansów w kuchni. Brat nie mógł się jej nadziwić. Wystarczyło, by przysiadła na chwilę obok niego przy stole i oparła głowę na rękach, a zaraz powieki zaczynały jej ciążyć i same się zamykały. Może usypiał ją monotonny szmer matczynego głosu? A może to, co robiła wiedźma Agata, w ogóle jej nie interesowało? Kal, który od dawna nie nosił jej na barana, stracił pretekst, by z bliska przyglądać się zabiegom matki, ale z niezmienną ciekawością śledził jej ruchy z oddalenia, licząc na to, że ona to dostrzeże i doceni.
Któregoś popołudnia, gdy znużona dziewczynka usnęła z jasną głową na stole, matka usiadła naprzeciw niej dziwnie nieruchoma i milcząca. Patrzyła w okno, a w jej raz burych, raz popielatych oczach zapalały się małe srebrne punkciki, gdy do pomieszczenia wpadało więcej słonecznego blasku. Kal dostrzegł w jej zapatrzeniu szansę dla siebie, dlatego odważył się zacząć rozmowę, do której tak długo się przygotowywał.
– Może Malwa jest za mała – zagadnął nieśmiało, żeby pocieszyć matkę, bo naraz wydała mu się bardzo smutna. Poza tym tak było bezpieczniej. Nie chciał mówić od razu o tym, co go gnębi.
– Ty byłeś młodszy, dużo młodszy od niej, gdy zacząłeś przesiadywać w kuchni. Pamiętam, jak wodziłeś za mną wzrokiem. Do tej pory to robisz – odparła, spoglądając na niego przelotnie.
Jej słowa podniosły chłopca na duchu. A więc widziała. Może dostrzegła coś jeszcze?
– Gdybym ja był Malwą – odezwał się znowu – nie zasnąłbym nawet na chwilę.
– Ale nie jesteś – ucięła matka. – Niestety…
Kalowi zabrakło tchu.
– To nic – zapewnił pospiesznie. – Nie jestem nią, ale jestem sobą.
– Będę musiała ją jakoś zachęcić – mówiła w zamyśleniu matka, jakby nie usłyszała.
– Zachęcić? W jaki sposób? – Co za niesprawiedliwość! Kal nie potrzebował zachęty. Dlaczego to do niej nie docierało? – Mogę się nauczyć wszystkiego, czego tylko zechcesz – oświadczył zdecydowanym głosem. – To chyba też się liczy! I kiedy dorosnę, będę taki jak ty. Będę… wiedźmą!
Dziwnie to zabrzmiało, ale nie miał nic do stracenia. Matka przyglądała mu się spod oka. Pierwszy raz od… nie pamiętał od kiedy. Wytrzymał, nie spuścił wzroku.
– Wiesz, co mówisz? – powiedziała w końcu. – Ty? WIEDŹMĄ?! To niemożliwe!
– Dlaczego?! – zawołał z rozpaczą, bo jej kategoryczny ton odebrał mu dopiero rozbudzoną nadzieję.
– Bo jesteś chłopcem, synu.
Kal nie mógł wiedzieć, jak wielkim rozczarowaniem były dla matki jego narodziny, chociaż wyczuwał je, odkąd jako mały brzdąc zaczął cokolwiek rozumieć. To, że nazwała go synem, nie osłodziło mu porażki. Stał z pochyloną głową i milczał.
– Każda wiedźma może przekazać swoją wiedzę tylko dziewczynce. Córce. To nie twoja ani moja wina. Tak nakazuje zwyczaj.
Co?! Tego było już za wiele! Jakiś zwyczaj był ważniejszy od niego?! Spojrzał na matkę wyzywająco.
– Ale kto go wymyślił? – podniósł głos. – Ludzie! I ludzie mogą go zmienić!
– Nie krzycz, bo obudzisz Malwę. Niech się już wyśpi, może potem będzie bardziej skora do nauki.
– Dlaczego to robisz?!
– Co takiego?
– Ignorujesz mnie! Traktujesz jak… mebel! – Kal aż zacisnął powieki, tak straszne wydało mu się to oskarżenie. – A Malwę… zmuszasz do nauki! Nie widzisz, że jej to nie interesuje? Chcesz z niej zrobić wiedźmę na siłę?
– Lepsza taka wiedźma niż żadna.
– Co to za wiedźma, która ma czary w nosie?! – Uderzył pięścią w stół tak mocno, że zabolała go ręka. Spod jego dłoni posypały się iskry. Na drewnianej powierzchni blatu pozostał w tym miejscu osmalony ślad.
Zdumiony chłopiec oglądał swoją dłoń z niedowierzaniem.
– Mamo, widziałaś to? Widziałaś?!
– No, no! – skomentowała Agata. – Potrafisz uzewnętrzniać emocje. I to bez zaklęcia uwalniającego. Nie wiedziałam, że tak w ogóle można – mówiła jakby do siebie. – Ciekawe, czy umiałbyś z powrotem nad nimi zapanować…
Kal usłyszał w jej głosie aprobatę, niemal podziw.
– Czy to znaczy, że mam talent? Mam, prawda? Chcę się od ciebie uczyć! Pozwól mi – błagał żarliwie. Bezwiednie położył dłoń na osmalonym miejscu i oto spomiędzy jego palców wystrzelił gorący złocisty płomień. – Au! – wrzasnął chłopiec i odruchowo włożył sparzony palec do ust.
– Ach, czyli nie umiesz ich kontrolować – odezwała się znowu matka. – Tak myślałam.
Podniosła się z krzesła. Z długiej półki wiszącej nad piecem zdjęła flaszeczkę z zielonego szkła. Wstrząsnęła nią, a potem wylała kilka kropel płynu na płonący stół. Płomień zgasł z sykiem. Dym się rozwiał. Deski wyglądały na nienaruszone. Jakby nic się nie stało.
– Pokaż palec – poleciła.
Kal wyciągnął dłoń w jej stronę. Kropla, która na nią spadła, przyniosła mu ulgę.
– Mikstura przeciwko działaniu czarów – powiedziała matka, niechętnie zdradzając jedną ze swoich tajemnic.
– Wszystkich? – Miał ochotę wziąć flaszeczkę z jej rąk, ale mu nie pozwoliła.
– Za dużo chciałbyś wiedzieć.
– Ale mamo…! Przecież widziałaś, co potrafię. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?!
– Uspokój się i idź pomóc ojcu. Na pewno przydasz mu się w warsztacie.
Ani myślał jej słuchać. Jeszcze nie mógł dojść do siebie po tym, co się wydarzyło. Uzewnętrznił emocje. Tak powiedziała. Ale co to właściwie znaczyło? I dlaczego dopiero teraz? Przecież były w nim od dawna: zazdrość, gniew, rozżalenie, rozczarowanie. A jednak dotąd nic się nie działo. I nagle… omal nie doszło do pożaru! Nie do pojęcia. Kal przypomniał sobie złość, która paliła w gardle, zmuszała do krzyku i gwałtownych gestów, i swoje gorące pragnienie, by matka wreszcie zaczęła go rozumieć i dopuściła go do swoich sekretów. Jego, nie Malwę, która, powiedzmy to sobie szczerze, była do niczego!
Uczucia wypełniały jego serce i głowę. Kal cały się trząsł od tłumionej pasji. Może to dlatego jego dłoń roznieciła ogień. Złość była iskrą. Pragnienie ogniem, który rozpalał jego myśli. I ten ogień wydostał się na wolność. Bez zaklęcia jakiegoś tam. Oczywiście, że bez! Przecież Kal nie znał żadnych zaklęć, chociaż wielokrotnie próbował podsłuchać, co matka mruczy pod nosem. Teraz, gdy poczuł w sobie magię, tym bardziej chciałby je poznać, żeby mieć nad nią kontrolę. W przeciwnym razie może nieświadomie wykorzystać swoje nowo odkryte umiejętności nie tak jak trzeba. Czy mama nie bała się, że przypadkiem sprowadzi na nich nieszczęście? Nie tylko pożar, ale, kto wie, burzę z gradobiciem, wichurę albo… plagę stonki? Kal nie miał pojęcia, do czego jest zdolny. Ze wszystkich znanych niebezpieczeństw najbardziej groźne wydały mu się nagłe zjawiska atmosferyczne i zmiany zachodzące w przyrodzie, na które zwykły człowiek nie miał wpływu. Ale być może jego to nie dotyczyło?
Ukrył się przed wzrokiem matki za ojcowskim warsztatem i spojrzał w niebo. Błękitne, bez jednej chmurki i tak wysokie, że zdawało się nie mieć końca. Kal nieraz się zastanawiał, co jest za niebem, ale nie potrafił sobie tego nawet wyobrazić. I przypuszczał, że żadna ze znanych mu osób nie umiałaby odpowiedzieć na to pytanie. Tutaj ludzie uczyli się tylko tego, co mogło im się przydać w życiu. W dzieciństwie przez kilka lat ćwiczyli umiejętność pisania, czytania i liczenia. Robili to w domu pod okiem rodziców albo w jednej ze szkół, które działały w każdym miasteczku. Później jako młode dziewczyny i dorastający chłopcy najczęściej uczyli się zawodu od rodziców albo bliskich krewnych. Zajęcie od dziesięcioleci wykonywane przez członków tej samej rodziny przechodziło na następne pokolenie.
Taki był porządek rzeczy, zgodnie z którym Kal powinien pójść w ślady ojca, nauczyć się od niego stolarstwa, a gdy przyjdzie pora, przejąć warsztat. Tylko że… nie chciał. O wiele bardziej pociągał go świat, który otwierał się przed nim, gdy przebywał z matką. Ona jedna mogła mu go pokazać. A jednak broniła do niego dostępu. Dlaczego? Bo był chłopcem. Przeszkoda nie do pokonania. Co za bzdura! Kto to w ogóle wymyślił?! Chyba ktoś, kto nigdy niczego nie pragnął i nie wiedział, że marzeń nie da się podporządkować żadnym zwyczajom czy też zasadom. W każdym razie on nie zamierzał się nimi przejmować. Przeciwnie. Powinien jeszcze częściej przebywać w kuchni. Przekonać matkę, że naprawdę mu zależy. Może z czasem da się przebłagać. Zrozumie, że to nie chwilowy kaprys, że w głębi serca Kal jest… wiedźmą.
Plan wydawał się dobry. Tata zawsze powtarzał, że wytrwałość i cierpliwość w końcu zostaną nagrodzone, i chociaż miał na myśli pracę w warsztacie, Kal wierzył, że akurat ta reguła dotyczy wszystkiego, co człowiek robi w życiu. Każdego zajęcia, którego się podejmie. Nie przewidział jednak, że po rozmowie z matką wszystko się zmieni. I kiedy jeszcze tego samego popołudnia zjawił się w kuchni, by jak zwykle bacznie się przyglądać, matka spojrzała na niego surowo.
– Nic tu po tobie.
– Jak to?
– Zajmij się czymś innym.
Chciał zaprotestować, ale był tak zaskoczony, że nie mógł wykrztusić słowa. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał.
– Przecież nie chciałeś być traktowany jak mebel, prawda? – powiedziała kpiąco. – Możesz odejść.
– Zostanę.
Wiedźma Agata wskazała mu palcem drzwi, szepnęła coś cichutko i oto nogi same poniosły chłopca w tamtą stronę. Na próżno chwytał się sprzętów, próbując powstrzymać ten marsz. Podczas gdy jego głowa i ramiona wciąż były jeszcze przy stole, biodra, kolana i stopy zbliżały się do progu. Nie mógł przeciwstawić się maminym czarom. Czuł tylko, że jego ciało rozciągnęło się do granic możliwości, puścił więc krawędź stołu i omal nie rozbił nosa o drzwi.
Te otworzyły się nagle i do domu wbiegła Malwa, uśmiechnięta i zarumieniona, rozgrzana słońcem, z jasną grzywką opadającą na oczy. Przestraszyła się, widząc brata, który nie mógł zapanować nad swoimi stopami.
– Dzisiaj uczysz się sama – odezwał się Kal ze smutkiem.
– Nie chcę! – Śmiesznie zmarszczyła nos i wysunęła podbródek. – Idę z tobą.
To nie było jednak takie proste, bo kiedy nogi Kala prowadziły go na zewnątrz, nogi Malwy posłuszne nowemu zaklęciu jakby przyrosły do podłogi i za nic nie chciały się ruszyć. Rozpłakała się, nie rozumiejąc, co się z nią dzieje.
– Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziała do córki Agata, żeby odwrócić jej uwagę od unieruchomionych stóp.
– Nie chcę! – wyszlochała dziewczynka, szamocząc się jak zwierzątko w klatce. Ale klatka powstała ze słów i była niewidzialna, dlatego nie sposób było się z niej wydostać.
– Obiecuję, że ci się spodoba – kusiła matka.
W odpowiedzi mała zapłakała jeszcze żałośniej. Kalowi ścisnęło się serce. Chciał coś zrobić, dodać jej otuchy, wyjaśnić, że to nic wielkiego, tylko odrobina magii, ale nie zdążył, bo w tym momencie drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Jednocześnie odzyskał władzę nad nogami, ale kiedy zawrócił, znowu odmówiły mu posłuszeństwa. Zrozumiał, że nic nie wskóra. Świat maminych czarów był przed nim zamknięty.
Nie znaczyło to jednak, że Kal zamierzał się poddać. Co to to nie! Bunt, który w pierwszej chwili był zaledwie iskierką, rozjarzył się pięknym, równym płomieniem. To jego życie i nikt nie będzie mu mówił, że jako chłopiec powinien… albo że mu nie wolno… Niby dlaczego? Bo słowo wiedźma kończy się na a – jak kobieta czy dziewczyna? Jemu to bez różnicy! Zresztą może być wiedźmim. Pierwszym wiedźmim w historii ludzkości! Spodobała mu się ta nazwa, więc bawił się nią, obracając językiem na wszystkie strony, jak jakiś smakołyk. Wiedźmi. Wiedźmi. W-i-e-d-ź-m-i. WIEDŹMI.
– Wiedźmi! – wykrzyknął i nagle przypomniał sobie, że wciąż stoi przed drzwiami. Obejrzał się niespokojnie. Nie dobiegał zza nich żaden dźwięk. Były solidne, z grubych dębowych desek. Miał nadzieję, że matka nie usłyszała.
Cudownie. Miał już cel. Zostanie wiedźmim. Czy jej się to podoba, czy nie. Jeśli nie chce go uczyć, Kal znajdzie kogoś innego, choćby musiał przejść Tutaj wzdłuż i wszerz, i choćby miało mu to zająć całe lata. Nie spieszyło mu się. Wkrótce skończy dwanaście lat. Podczas następnej pełni. Przed nim jeszcze wiele pełni i wiele nowiów. Mnóstwo czasu, więc zdąży. Na pewno zdąży. Ale zanim zacznie swoje poszukiwania, dowie się najpierw, jaką niespodziankę matka szykuje dla Malwy. Coś mu mówiło, że będzie żałował, jeśli tego nie zrobi.
Niepostrzeżenie popołudnie przeszło w wieczór. Trawa zmieniła odcień i cienie drzew w sadzie się wydłużyły. Kal powoli obchodził dom dookoła, przyglądając się oknom. Gdy dotarł do kuchennego, z zadowoleniem stwierdził, że jest uchylone. Matka zadbała o to, by nie wszedł drzwiami, ale o tym, co mógł zobaczyć, podglądając z zewnątrz, nie pomyślała. Dzięki temu doskonale widział, co działo się w środku.
A działo się niemało. Gdy oczy Kala przyzwyczaiły się do półmroku panującego w pomieszczeniu, dostrzegł matkę i siostrę, które pochylały się nad jakimś słoiczkiem niemal w całości niknącym w matczynych dłoniach. Rozmawiały cicho, więc Kal nie był w stanie rozróżnić słów. Naszeptawszy się do woli, Agata odstawiła słoiczek na półkę i połaskotała córkę pod pachami. Malwa zachichotała. Był to tak niezwykły widok, że chłopiec zagapił się na nie, nie bardzo rozumiejąc, co widzi. Teraz to dziewczynka łaskotała matkę i obie aż się skręcały ze śmiechu. Kal zdusił w sobie pragnienie, by do nich dołączyć. Przecież był wykluczony z ich kobieco-dziewczęcego magicznego świata. Był chłopcem. Oczy zaszkliły mu się i przestał widzieć wyraźnie. Otarł je szybko. Czekał, aż śmiech ucichnie.
Wreszcie po upływie bardzo długiej chwili matka spoważniała. Znowu zaszemrały słowa, z których wyłowił jedynie: …nieś. Ale co …nieś? Przynieś? Odnieś? Podnieś? Zastanawiał się nad znaczeniem tego słowa i nie spuszczał matki z oka. Co też ona planowała? Podeszła do stołu i odsunęła od niego dwa krzesła. Gestem przywołała Malwę. Obie usiadły na nich okrakiem, przodem do oparcia, za które chwyciły. Razem wypowiedziały jakiś dwuwiersz. Kal i tym razem nie usłyszał nic poza owym …nieś na końcu. To musiało być jakieś zaklęcie! Że też mówiły tak cicho. W dodatku były odwrócone do niego plecami, więc dźwięki rozpływały się w powietrzu gdzieś przed nimi. Co za pech!
Chłopiec mocniej uchylił okno, ale w kuchni zapanowała cisza, w której nieoczekiwanie coś zatrzeszczało, zaskrzypiało i zastukało. Krzesła jak na komendę podniosły do góry przednie nogi i wierzgnęły nimi w powietrzu jak rasowe rumaki. Malwa pisnęła i mocniej przytrzymała się oparcia. Jej krzesło podskoczyło i wzbiło się do lotu. Za jego przykładem poszło drugie, które matka mocno ściskała kolanami, więc nie odważyło się brykać.
Kal przetarł oczy, tym razem ze zdumienia, i patrzył na krzesła latające w kółko pod sufitem, a zazdrość coraz mroczniejszą falą obejmowała jego serce. To niesprawiedliwe! Malwa, której wcale nie zależało na czarach, dzięki nim zaczynała się dobrze bawić. A jeśli da się przekonać i nagle zapragnie być wiedźmą? Wtedy Kal, na którego matka i tak prawie nie zwracała uwagi, w ogóle przestanie się liczyć… Ach, jakżeby chciał dosiąść trzeciego krzesła i zawirować z nimi nad kuchnią! To musiało być nadzwyczajne uczucie, rozmarzył się chłopiec. Móc patrzeć na wszystko z wysoka. Polecieć tam, gdzie oczy poniosą, jedną z podniebnych ptasich ścieżek. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić uczucia swobody, które by mu towarzyszyło. Byłby bliżej magii niż kiedykolwiek w całym swoim niemal dwunastoletnim życiu.
Musi spróbować tego sam! Kiedy wszyscy zasną, zakradnie się i… Tak! Tak właśnie zrobi. Aż się uśmiechnął na tę myśl. Latanie na krześle nie mogło być trudne, skoro młodsza od niego Malwa tak dobrze sobie radziła. Jedyny problem stanowiło to, jak zmusić je, by wzbiło się w powietrze. No tak, zaklęcie… Kal zmarkotniał, ale zaraz powiedział sobie, że i tak spróbuje. Nie ma przecież nic do stracenia.
– Ej, nieładnie podglądać – usłyszał nad uchem głos ojca, przestraszył się i stracił równowagę. Ławka zachybotała się i upadła, a on został, uczepiony belki pod oknem, z majtającymi w powietrzu nogami.
Ojciec pomógł mu zejść. Szedł prosto z warsztatu. We włosach miał wióry, a na ubraniu trociny, które zawsze się do niego przyczepiały i bardzo trudno było się ich pozbyć.
– Nie podglądałem. Tylko… sprawdzałem, co one robią.
To w zasadzie nie było kłamstwo.
– I co robiły?
– Nic ważnego.
Ale to już tak. W dodatku wymsknęło się Kalowi samo, tak lekko i łatwo, jakby tylko czekało na okazję. Ciekawe, czy ojciec wiedział, że matka umiała skłonić przedmioty do latania? Że była wiedźmą, wiedział na pewno. Wszyscy w Tej Wiosce wiedzieli. Ale leczenie ziołami to pestka w porównaniu z unoszeniem się w powietrzu. Na wszelki wypadek chłopiec uznał, że nic mu nie powie. Może zamykała się w domu nie tylko przed wzrokiem syna? Może przed wzrokiem męża także? Jak by zareagował, gdyby zauważył ją i Malwę pod sufitem?
Odciągnął ojca od okna.
– Chciałbym wiedzieć o ziołach tyle, co mama – wyznał.
I nie tylko o ziołach, pomyślał.
– Obawiam się, synu, że ziołolecznictwo to praca dla kobiet. Mężczyzna musi mieć bardziej konkretne zajęcie.
A Kal myślał, że tata jest po jego stronie. Nie mógł się bardziej pomylić.
– Ale co to znaczy bardziej konkretne? – zżymał się, idąc z ojcem przez sad.
– Weźmy takie stolarstwo. – Ojciec podał przykład z własnego podwórka. – Ludzie zawsze będą potrzebować stołka, stołu, łóżka… I dobrze zapłacą za wygodne i ładne sprzęty. A zielarstwo? Widzisz, czym płacą mamie. Twarogiem.
– To z wdzięczności. Przecież ona pomaga im za darmo.
– Wiem – westchnął ojciec. – Ale pomyśl: gdyby mnie także płacili twarogiem, jak byśmy wyglądali?
Na taki argument trudno było znaleźć odpowiedź. A jednak w Kalu wszystko się buntowało przeciwko takiemu podejściu do życia. Dobry zawód? Czy raczej nudny zawód? Czy wszyscy mężczyźni w jego rodzinie aż do entego pokolenia mieli być stolarzami? Nie mógł się z tym pogodzić. Wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby ludzie robili po prostu to, co lubili. Gdyby pracowali z większym entuzjazmem, kto wie, do czego by doszli? Co by wymyślili? Nowe pomysły przychodziły do głowy wtedy, gdy robiło się coś z przekonaniem, z pasją, a nie tylko dlatego, że wymagała tego tradycja rodzinna i konieczność zarabiania na życie.
W każdym razie Kal nie miał zamiaru podążać utartym szlakiem. Nie bał się marzyć, bo wierzył, że jego marzenia się spełnią. To zależało tylko od niego i ani obojętność matki, ani wskazówki ojca, ani jakieś przeklęte zwyczaje nie powinny przeszkodzić mu w dążeniu do celu. Dlatego z jednej strony słuchał taty z uwagą, by go nie urazić, a z drugiej myślał sobie to, co myślał: że choćby nie wiem co, i tak dopnie swego.
Jeszcze tej samej nocy Kal odczekał, aż wszyscy zasną, a kiedy w domu ucichły ostatnie szelesty, ostrożnie wstał z łóżka i boso przemknął do kuchni. Jak one to zrobiły?, zastanawiał się w duchu. Zaczęło się od jakiegoś specyfiku, ale którego? Bezradnie popatrzył na długą półkę, na której stało mnóstwo słoiczków różnej wielkości. Światło rosnącego księżyca ślizgało się po ich gładkich ściankach, zapalając na nich srebrne błyski i wydobywając z mroku kolory sypkich, płynnych, półpłynnych albo gęstych jak scukrzony miód substancji, które kryły w sobie. Każda z nich lśniła inaczej. W pierwszej chwili Kal bał się ich dotknąć. Przecież były magiczne! Czy jeśli odkręci wieczko, zapanuje nad ich mocą? Jednak jak bez otwierania sprawdzić, której maści użyła matka? I co właściwie z nią zrobiła? Kal nie widział dokładnie. Powąchała czy nabrała odrobinę? Ruchliwa Malwa zasłoniła mu widok, a potem mama zaczęła ją łaskotać. To wciąż go zdumiewało. Było do niej takie niepodobne! A może… to nie były łaskotki…? Może chodziło o coś innego? Kalowi marzły stopy, gdy stał na drewnianej podłodze, ale postanowił na to nie zważać. W skupieniu analizował popołudniowe wydarzenia. A jeśli… Ależ tak!, olśniło go w końcu. Matka nie łaskotała Malwy, ona ją smarowała! Pod pachami! Maścią na latanie! No dobrze, ale która to?, zadał sobie pytanie, ponownie patrząc na półkę. Było ich tu o wiele za dużo, by mógł wybrać właściwą. Miał je testować po kolei? Na sobie?! Na to nie miał chyba dość odwagi. Od otwartego okna zawiało chłodem i Kal dostał dreszczy. A może to z emocji? Przestępował z nogi na nogę, nie mogąc się zdecydować, co dalej. Wracać do łóżka czy…? No ale obiecał sobie, że się nie podda! Nie mógł zrezygnować! Jeśli mama nie chciała mu zdradzić swoich tajemnic, musiał poznać je sam. A to oznaczało, że bez eksperymentów się nie obejdzie.
Już sięgał po pierwszy słoiczek połyskujący w blasku księżyca na lekko zielonkawy kolor, kiedy uprzytomnił sobie, że to na nic. Nie dosłyszał zaklęcia! A bez niego maść na latanie nie zadziała! Więc to, że tu sterczy i marznie, w ogóle nie ma sensu.
A jednak… chciał spróbować. Może zaklęcie nie jest takie ważne? Może maść sama w sobie ma dość mocy, by Kal oderwał się od ziemi? Już się nie wahał. Otworzył pierwszy słoiczek i powąchał. Coś jakby… masło zmieszane z kurzem. Lepkie. Zanurzył palec i nabrał odrobinę. Palec zaczął świecić. Chłopiec w popłochu włożył go do ust, by ukryć poświatę, która mogła zbudzić kogoś z domowników. A kiedy je otworzył, wydobył się z nich snop światła. O nie! To była pasta z blasku świetlików – najlepszy sposób na lęk przed ciemnością, odgrzebał w głowie informację z czasów, gdy jeszcze nosił Malwę na barana i mógł przysłuchiwać się matczynym naukom. Co on najlepszego zrobił?! Teraz będzie chodzącą lampą! Zaraz, zaraz, tu musi być także coś na ciemność. Znowu otworzył usta, żeby sobie poświecić, i odnalazł słoiczek z czymś czarnym i tak gęstym, że włożywszy w to inny palec, nie mógł go wydobyć. Udało mu się w końcu, ale słoik wysmyknął mu się z rąk. Kal złapał go, nim roztrzaskał się o podłogę, uff!, jednak kleista zawartość jakimś cudem wydostała się ze środka i rozproszyła w powietrzu. Blask świetlików wtopił się w nią i przepadł. Kuchnię spowił mrok.
– Nadzwyczajnie – mruknął do siebie chłopiec. – Teraz nie widzę nawet czubka swojego nosa.
Jak dotąd nie potrzebował żadnego zaklęcia. Specyfiki działały i to aż za dobrze, ale on był tak zaaferowany usuwaniem skutków ich zastosowania, że nawet tego nie zauważył.
– Co teraz? – zastanawiał się gorączkowo.
Wreszcie wpadł na pewien pomysł. Poruszał się ostrożnie, żeby w ciemności niczego nie potrącić, i po omacku ściągał z półki kolejne słoiczki, odkręcał je i stawiał na stole. Kiedy skończył, pochylił się i zaczął wąchać po kolei. Gdy oczy są nieprzydatne, węch wyostrza się jak u zwierzęcia, myślał. Latanie powinno jakoś pachnieć… Tylko czym? Powietrzem, odpowiedział sam sobie. Rozwiewającym się dymem. Wiatrem pędzącym przed sobą zdmuchnięte z drzew liście… Szukał wśród woni tej jednej, która kojarzyłaby się z pędem, szybkością i wysokością. Szukał bezskutecznie. A przecież był pewien, że maść na latanie gdzieś tu była… Nagle wydało mu się, że czuje… Zapachniało pierwszym przymrozkiem, chłodem idącym z nieba i od stygnącej ziemi. Kal usłyszał szum wiatru. Odnalazł dłońmi słoiczek, wyłuskał go spośród wielu innych i podniósł do nosa. Tak. To mogło być to. Tam w górze musiało być naprawdę zimno. Nabrał ostrożnie, wtarł pod pachami i poczuł, że zmienia się w… kwiat namalowany mrozem na szybie. A przecież była wiosna! Nie mógł w to uwierzyć. Znowu coś pomylił?! Czy to mamine maści działały na niego nie tak, jak powinny? Z tej maści robiła chyba zimne okłady na nadwyrężone kostki i kolana dzieci z Tej Wioski, przypomniał sobie poniewczasie.
Tkwił w oknie i nie mógł się poruszyć! Ciało miał przejrzyste, złożone z lodowych igiełek układających się w przedziwne wzory ni to z płatków, ni to z liści. Trzeszczało, gdy próbował skłonić je do posłuszeństwa, ale na próżno się wysilał. Co teraz? Przyjdzie mu tu tkwić, dopóki czar nie przestanie działać. Dobrze, że wtarł w skórę tylko trochę specyfiku, naprawdę malutko, pocieszał się w duchu. Dzięki temu może zdąży odzyskać zwykłą postać, nim wstaną rodzice.
Musiało być już naprawdę późno. Unieruchomiony Kal zrobił się senny. Długo walczył z tym uczuciem, nim poddał się i zasnął. Ale nawet wtedy nie mógł uwolnić się spod działania magii. Śniło mu się, że jest mrozem i maluje na szybach roślinne wzory, wciąż nowe i nowe, bez końca. A kiedy się obudził, było już widno, chociaż księżyc blady z niewyspania nadal wisiał na niebie. W domu było cicho. Wszyscy jeszcze spali. Co za szczęście! Kal zsunął się z drewnianego parapetu, rozmasował zesztywniałe ramiona i zaczął sprzątać porozstawiane słoiczki. Chwilowo nie miał ochoty do nich zaglądać. Kiedy się z tym uporał, popatrzył jeszcze na półkę, żeby ocenić, czy stoją w takim samym porządku jak wcześniej. Może… Nie pamiętał kolejności. Miał nadzieję, że mama też nie. Nagle poczuł się strasznie zmęczony, zmarznięty i śpiący. Poczłapał do pokoju, który dzielił z Malwą, i wślizgnął się pod kołdrę. Była chłodna jak majowa noc, która właśnie się skończyła.
