Płonące ziemie - Cornwell Bernard - ebook + książka

Płonące ziemie ebook

Cornwell Bernard

0,0
55,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jak „Gra o tron”, ale prawdziwa.

„The Observer”

Bernard Cornwell tworzy najlepsze sceny batalistyczne spośród wszystkich pisarzy, których czytałem.

George R.R. Martin

Piąty tom bestsellerowej serii Bernarda Cornwella o losach bohaterskiego Uhtreda z Bebbanburga. Na jej podstawie BBC realizuje serial „Upadek królestwa”.

Duńczycy wciąż zagrażają królestwu Alfreda: jarl Haesten przywiódł do wybrzeży Wessexu osiemdziesiąt okrętów, a kilka tysięcy wikingów pod wodzą Haralda Krwawowłosego pustoszy Kent. Uhtred, dowodzący teraz załogą Londynu, chce walczyć z Haestenem, ale z woli władcy układa się z nieprzyjacielem. Alfred rozkazuje mu też wyruszyć do Aescengum – tam bowiem zamierza rozgromić armię Krwawowłosego. W drodze do warowni Uhtred rozbija oddział dowodzony przez piękną i niebezpieczną Skade, kochankę i wieszczkę Haralda...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 662

Data ważności licencji: 6/29/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Alana i Jan Rustów

Nazwy geograficzne

W czasach anglosaskich sposób zapisu nazw geograficznych cechowała pewna dowolność – brakowało konsekwencji w pisowni, a nierzadko nawet zgody co do samej nazwy. I tak na przykład Londyn często określany był mianem Lundonii, Lundenbergu, Lundenne, Lundene, Lundenwicu, Lundenceasteru, a także Lundres. Bez wątpienia znajdą się czytelnicy, którzy będą zwolennikami innych wariantów nazw aniżeli te, których zdecydowałem się użyć w powieści[1] i których wykaz zamieszczam poniżej. W swoim wyborze kierowałem się zazwyczaj pisownią zaproponowaną w Oxford Dictionary of English Place-Names lub w Cambridge Dictionary of English Place-Names dla okresu przypadającego na lata panowania Alfreda, to jest 871–899, lub możliwie mu najbliższego. Mam jednak pełną świadomość, że nawet ta strategia czasami okazywała się zawodna. Na przykład nazwa Hayling w 956 roku zapisywana była zarówno jako Heilincigae, jak i Haeglingaiggae. Przyznaję, że i ja nie zawsze byłem wierny przyjętemu kluczowi: wolałem posługiwać się współczesną nazwą Anglia niż staroangielskim terminem Englaland, a zamiast Nordhymbralond wybrałem Northumbrię, by uniknąć posądzenia o to, iż sugeruję, że granice tego historycznego królestwa były zbieżne ze współczesnymi granicami hrabstwa Northumberland. Dlatego prezentowaną tu listę nazw – jak i samą ich pisownię – cechuje swoista kapryśność.

(tłum. Amanda Bełdowska)

Aescengum

Eashing, hrabstwo Surrey

Aethelingaeg

Athelney, hrabstwo Somerset

Beamfleot

Benfleet, hrabstwo Essex

Bebbanburg

zamek Bamburgh, hrabstwo Northumberland

Caninga

Canvey Island, hrabstwo Essex

Defnascir

hrabstwo Devonshire

Dumnoc

Dunwich (dziś w większej części zabrane przez morze), hrabstwo Suffolk

Dunholm

Durham, hrabstwo Durham

Eoferwic

York, hrabstwo Yorkshire

Ethandun

Edington, hrabstwo Wiltshire

Exanceaster

Exeter, hrabstwo Devon

Farnea Islands

wyspy Farne, hrabstwo Northumberland

Fearnhamme

Farnham, hrabstwo Surrey

Fughelness

wyspa Foulness, hrabstwo Essex

Grantaceaster

Cambridge, hrabstwo Cambridgeshire

Gleawecestre

Gloucester, hrabstwo Gloucestershire

Godelmingum

Godalming, hrabstwo Surrey

Haethlegh

Hadleigh, hrabstwo Essex

Haithabu

Hedeby (dawne miasto duńskie, obecnie stanowisko archeologiczne w granicach Niemiec)

Hocheleia

Hockley, hrabstwo Essex

Hothlege

rzeka Hadleigh

Hwealf

rzeka Crouch, hrabstwo Essex

Lecelad

Lechlade, hrabstwo Gloucestershire

Liccefeld

Lichfield, hrabstwo Staffordshire

Lindisfarena

Lindisfarne (Holy Island – Święta Wyspa), stanowi część hrabstwa Northumberland

Saefern

rzeka Severn

Scaepege

wyspa Sheppey, hrabstwo Kent

Silcestre

Silchester, hrabstwo Hampshire

Sumorsaete

hrabstwo Somerset

SuTHriGanaweorc

Southwark, Wielki Londyn

Thunresleam

Thundersley, hrabstwo Essex

Tine

rzeka Tyne

Torneie

nieistniejąca już wyspa Thorney (w okolicy West Drayton), zniszczona podczas rozbudowy lotniska Heathrow

Tuede

rzeka Tweed

Uisc

rzeka Exe

Wiltunscir

hrabstwo Wiltshire

Wintanceaster

Winchester, hrabstwo Hampshire

Wzgórze AesCA

Ashdown, hrabstwo Berkshire

Yppe

Epping, hrabstwo Essex

Zegge

fikcyjna wyspa fryzyjska

[1] Z uwagi na funkcjonujące spolszczenia w tłumaczeniu postanowiono posługiwać się współczesnym terminem Londyn w miejsce proponowanego przez autora Lundene. Ten sam zabieg zastosowano w przypadku Tamizy (w dosłownym tłumaczeniu: rzeka Temes). (Wszystkie przypisy pochodzą od tłum.).

Drzewo genealogiczne królów wessexu

Część pierwsza Pan mieczy

Rozdział Pierwszy

Niedawno zatrzymałem się w klasztorze, gdzieś na ziemiach należących do Mercji. Zmierzałem w rodzinne strony, wiodąc dwunastu wojowników. Czas był zimowy, lecz nie mroźny, tylko słotny, rozglądałem się więc za schronieniem dla siebie i swoich ludzi, gdzie moglibyśmy odtajać i zaspokoić głód. Mnisi przywitali nas niechętnie, sądząc zapewne, że pod ich bramy zajeżdża zgraja wikingów. Sława musiała mnie wyprzedzić, ponieważ gdy usłyszeli, że stoi przed nimi Uhtred z Bebbanburga, przelękli się, jakby nastała ich ostatnia godzina.

– Wierzę, że podzielicie się z nami chlebem – wyłożyłem zlęknionym zakonnikom. – Nadto przydałby się ser i odrobina ale, gdyby ojcowie byli tak łaskawi. – Cisnąłem garść monet na klasztorną posadzkę. – Chleb, ser i ale tudzież godziwe posłanie. Oto, czego potrzebujemy!

Następnego ranka wietrzysko przygnało nawałnicę podobną do tej, jaka ma ponoć zwiastować zmierzch świata, toteż pozostaliśmy w opactwie, czekając, aż przejmujący, smagający deszczem wicher przycichnie. Z braku lepszego zajęcia przechadzałem się po gmaszysku klasztoru, aż wilgotnymi korytarzami zawędrowałem do izby, w której trzech młodych, ale ponurych mnichów pochylało się nad manuskryptami. Pieczę nad nieszczęśnikami sprawował sędziwy kleryk otulony obszytą futrem stułą. Ściągnięte wzgardliwym grymasem oblicze starca okalał wieniec siwych włosów, w rękach zaś nadzorca trzymał skórzany batog, służący zapewne do zagrzewania skrybów do wytężonej pracy.

– Nie wolno niepokoić kopistów, panie – przestrzegł mnie usadowiony na taborecie staruch. Ogrzewał się przy mosiężnym kotle pełnym żarzących się węgli, od którego biło ciepło, nieobejmujące wszakże swym kręgiem zgarbionych nad pulpitami młodzieńców.

– Tutejszy wychodek trzeba wylizać do czysta – sarknąłem. – A ty, zdaje się, nie masz żadnego zajęcia.

Nadzorca od razu stracił rezon i nie czynił mi dalszych wstrętów, gdy powodowany ciekawością zaglądałem skrybom przez ramię. Pierwszy z nich, młodzian o pozbawionej wyrazu nalanej twarzy, przepisywał żywot Świętego Kierana[2]. Historia ta opowiada o wilku, borsuku i lisie – owe leśne zwierzęta miały jakoby dopomóc świętemu w budowie pewnego kościoła w Irlandii. Zażywny kopista, noszący powalany atramentem habit, wydymał pełne usta i kiwając miarowo głową, pod którą zwisało wydatne wole, z zapamiętaniem poskrzypywał piórem. Przemknęło mi przez myśl, iż by dawać wiarę podobnym bzdurom, sługa boży musiał być takim głupcem, na jakiego wyglądał. Drugi skryba mozolił się nad odpisem aktu własności, czyli z pozoru całkiem dorzecznym zajęciem, choć – jak mniemam – przykładał rękę do oszustwa. Za klasztornymi murami bowiem nierzadko sporządza się celowo postarzane akty, które kłamliwie poświadczają, że ten czy inny na poły zapomniany król zrzeka się swych rozległych włości. Na rzecz Kościoła, ma się rozumieć. Podrobione akty pozwalają wyrugować prawowitych właścicieli bądź też wymusić na nich wysoką grzywnę – tytułem zadośćuczynienia za wyimaginowane nieprawne użytkowanie ziem. Swego czasu i mnie próbowano okpić w podobny sposób. Jakiś klecha pojawił się w mych progach, wymachując pożółkłym pergaminem. Obryzgałem oszukańcze pismo szczynami i posłałem dwudziestu wprawnie władających mieczem mężczyzn, by strzegli spornych terenów. Nadto pchnąłem umyślnego do biskupa, zawiadamiając go, że jeśli pragnie zająć mą dziedzinę, niech próbuje swych sił. Przechera nie podjął wyzwania. Prości ludzie upominają swe pociechy, że gorliwość poparta gospodarnością to podstawa wszelkiej pomyślności. Równie dobrze mogą wpierać dziatwie, że borsuk, lis i wilk, gdyby tylko się zawzięły, zdołałyby wznieść kościół. Wiadomo przecież, że jeśli ktoś pragnie dochrapać się majątku, winien osiąść na biskupstwie bądź objąć opactwo, po czym powołując się na przyzwolenie niebios, uciekać się do matactw i łgarstw.

Ostatni młodzian przepisywał kronikę. Odwiodłem ręką jego dzierżącą pióro dłoń, by przeczytać ostatnią linię, którą skreślił.

– Czyżbyś znał pismo, panie? – nagabnął mnie stary zakonnik. Z pozoru niewinne zapytanie podszyte było kąśliwą ironią.

– „Owego roku – zacząłem czytać na głos – poganie raz jeszcze naruszyli granice Wessexu. Nieprzeliczone hordy, jakich nigdy wcześniej nie widziano, poczęły siać spustoszenie, niosąc zagładę pobożnej ludności. Wtedy wszakże, z łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa, na ratunek pospieszył ealdorman Aethelred z Mercji, by stając na czele armii pod Fearnhamme, wygubić pogańskie zastępy”. – Wskazując palcem dopiero co przeczytany ustęp, zapytałem: – A kiedyż to się zdarzyło?

– Roku Pańskiego osiemset dziewięćdziesiątego drugiego, panie – odrzekł niepewnie młody mnich.

– A co to w ogóle ma być? – zapytałem, trącając dłonią kopiowane przez mnicha pergaminy.

– Roczniki – odpowiedział z godnością siwy zakonnik. – Annały Mercji. Jedna jedyna kopia, panie. Sporządzamy jej odpis.

– Aethelred ocalił Wessex? – zdumiałem się, obrzucając wzrokiem świeżo zapisaną kartę.

– Zaiste – odparł z przekonaniem zakonnik. – Z Boskim wspomożeniem.

– Zaiste! Boskim! – wykrzyknąłem. – I moim! Albowiem Sasów wiodłem do bitwy ja, nie Aethelred!

Mnisi oniemieli, wytrzeszczając oczy. Jeden z mych wiernych towarzyszy, pojawiwszy się w drzwiach, uśmiechnął się szeroko, ukazując przy tym niepełne uzębienie.

– Walczyłem pod Fearnhamme! – rzuciłem gniewnie i chwytając jedyną kopię Annałów Mercji, począłem przerzucać sztywne karty. Co rusz natykałem się na imię ealdormana Mercji, lecz nigdzie nie dostrzegłem swojego. Kilkakroć trafiłem na wzmianki o królu Wessexu Alfredzie, wszelako kronikarz w ogóle nie wspomniał ani mnie, ani Aethelflaed. Za to wszędzie biło w oczy to samo imię: Aethelred, Aethelred, Aethelred. Odszukałem na powrót urywek traktujący o zdarzeniach pod Fearnhamme i podjąłem: – „Tegoż samego roku dzięki Bożej przychylności ealdorman Aethelred i stający z nim ramię w ramię aetheling[3] Edward poprowadzili zbrojny lud mercyjski do Beamfleot, skąd krwawo rozprawiwszy się z poganami, powrócili z obfitą zdobyczą”. – A zatem to Aethelred i Edward prowadzili Sasów pod Beamfleot? – zapytałem szorstko, mierząc siwego mnicha bacznym spojrzeniem.

– Tak mówią przekazy, panie – ozwał się staruszek, do reszty tracąc pewność siebie.

– Przecież to ja wtedy wiodłem saskie wojska, bękarcie! – warknąłem na dobre już rozwścieczony. Zgarnąłem z pulpitu zarówno annały, jak i stos skopiowanych kart, po czym obróciłem się ku kociołkowi z żarem.

– Wstrzymaj się, panie! – Nadzorca skryptorium stanął mi na drodze.

– To wierutne kłamstwa – rzekłem niewzruszony.

Mnich uniósł dłoń, pragnąc ostudzić mój gniew.

– Przez cztery dziesięciolecia ślęczeliśmy nad pulpitami, sporządzając te oto roczniki, panie – rzekł błagalnym tonem. – To dzieje naszego ludu! Jedna jedyna kopia!

– Tyle że nie ma w nich krzty prawdy! – stwierdziłem. – Walczyłem na wzgórzach Fearnhamme, a potem szturmowałem otoczony fosą Beamfleot. A ty, mnichu, gdzie wtedy bawiłeś?

– W owym czasie byłem dzieckiem, panie – odrzekł z pokorą wiekowy zakonnik.

Cisnąłem manuskrypt w żar. Z gardła mnicha wyrwał się zdławiony jęk. Staruszek rzucił się, by ratować zajmujący się ogniem pergamin. Pochwyciłem go za kościstą rękę.

– Byłem pod Fearnhamme – stwierdziłem dobitnie, przyglądając się ciemniejącym i skręcającym się w trzaskających płomieniach kartom. – Byłem tam – powtórzyłem głucho.

– Trud czterech dziesięcioleci! – wykrztusił z niedowierzaniem nadzorca.

– Jeśli pragniecie poznać prawdę – zwróciłem się do zakonników na odchodnym – przybądźcie do Bebbanburga.

Mercyjscy mnisi nigdy nie zawitali w mym domu, czemu wcale się nie dziwię.

Naprawdę walczyłem pod Fearnhamme. Posłuchajcie zatem prawdziwej historii o tamtych wydarzeniach.

[2] Święty Kieran (lub Kiaran) z Saigir – irlandzki biskup i opat, urodzony na Cape Clear, wysepce u południowo-zachodnich wybrzeży Zielonej Wyspy. Zmarł około 530 roku w klasztorze Saigir, który założył. Jest uznawany za jednego z dwunastu apostołów Irlandii.

[3]Aetheling (stang.) – pierwotnie, w czasach pierwszych państw anglosaskich w Brytanii, słowo to oznaczało każdą szlachetnie urodzoną osobę (od aethel – szlachetnie urodzony/szlachetność). Potem (najpóźniej w X wieku) określano tak pretendujących do tronu członków dynastii królewskiej. W najstarszym staroangielskim eposie Beowulf „synem aethelinga” nazwano herosa Sigemunda.

Rozdział drugi

Nastał rześki poranek. Nad oblanym pąsowym rumieńcem i połyskującym srebrzyście morzem snuły się strzępiaste mgły, przesłaniając wybrzeża: na południu Kentu, na północy Anglii Wschodniej. Londyn został za nami, a wprost przed dziobem ukazywał się moim młodym wówczas oczom rąbek słońca złocący rozsiane po jasnym niebie obłoki.

Unosiliśmy się na wodach rozlewiska Tamizy, łączącej się tutaj z morzem. Kadłub Seolferwulfa lekko przeciekał, co jest rzeczą normalną w przypadku dopiero co zwodowanych łodzi. Do jej budowy fryzyjscy szkutnicy użyli lśniącego bielą dębu, dlatego nazwałem swój okręt Srebrzysty Wilk. W ślad za nami sunęły dwa inne statki wojenne: najpierw Kenelm[4], ochrzczony tak przez króla Alfreda na cześć pewnego dawno zmarłego świętego, a potem Smoczy Wędrowiec – zdobyty przez nas na Duńczykach. Istne cudo. Wystarczyło na niego spojrzeć, by zrozumieć, że jest dziełem ludzi Północy. Zgrabna smocza łódź, łagodna i posłuszna życzeniom sternika, w wirze bitewnym stawała się śmiercionośnym orężem.

Jednak Srebrzysty Wilk – o długim kilu, szerokich pokładnikach i dumnie zadartym dziobie – w niczym nie ustępował idącemu jego śladem zdobycznemu okrętowi. Nie żałowałem złota fryzyjskim mistrzom, powierzając im ciesielską robotę nad swoim statkiem. Potem przypatrywałem się, jak jego dębowy szkielet rośnie z dnia na dzień, by wreszcie okryć się poszyciem aż po pysznie wygiętą ku niebu dziobnicę. Tę zwieńczył wyrzezany w drewnie wilczy łeb. Kazałem pociągnąć głowę zwierza białym barwidłem, jego oczy i wywieszony z rozwartej paszczy jęzor czerwonym, kły zaś żółtym. Erkenwald, biskup i faktyczny zarządca Londynu z ramienia królewskiego, czynił mi wymówki, niedwuznacznie dając do zrozumienia, iż winienem ochrzcić Srebrzystego Wilka na cześć jakiegoś świątobliwego niedołęgi, którego imienia nawet nie pamiętam. Potem, wciskając mi krucyfiks w rękę, przykazał surowo, bym opatrzył maszt tym znakiem Chrystusa. Nie uczyniłem nic podobnego, zamiast tego rzuciłem drewnianego bożka wraz z jego drewnianym krzyżem w ogień, a popioły wsypałem do koryta z tłuczonymi jabłkami, którymi nakarmiłem świnie. Albowiem czczę Thora.

Owego ranka – jakże wiele pięknych poranków pamiętam z odległej młodości – wiosła Srebrzystego Wilka zanurzały się miarowo w lśniącym, oblanym pąsem morzu. Nad wieńczącym stewę dziobową wilczym łbem sterczała gęsto porośnięta liśćmi rosochata dębowa gałąź, by nasi wrogowie wiedzieli, że przybywamy w pokoju – chociaż moi ludzie nałożyli długie kolczugi, a nawet ci z nich, którzy zasiedli przy wiosłach, mieli broń na podorędziu. Finan, dowódca mej straży, przykucnął na pomoście sterowym i z rozbawieniem przysłuchiwał się tyradom ojca Willibalda.

– Na wielu Duńczyków spłynęło Chrystusowe miłosierdzie – ględził ksiądz. Odkąd w Londynie wstąpił na pokład, bez ustanku plótł niestworzone brednie, ale znosiłem jego gadulstwo ze spokojem, jako że darzyłem tego pełnego zapału, poświęcenia i nieustającej pogody ducha człowieka serdeczną przyjaźnią. – Z Boską pomocą – ciągnął z przejęciem Willibald – sprawimy, iż zatraceńcy ujrzą światło Chrystusa!

– A gdyby tak Duńczycy poczęli posyłać krzewicieli swej wiary do Wessexu? – zapytałem.

– Powstrzymuje ich Boska ręka, panie – odparł z przekonaniem mój świątobliwy przyjaciel.

Jego współtowarzysz, ksiądz, którego imię dawno uleciało z mej pamięci, przytaknął solennie.

– A może zwyczajnie mają lepsze zajęcia? – zasugerowałem.

– Jeśli Duńczycy zechcą nadstawić uszu – przekonywał z właściwą sobie prostodusznością niezrażony Willibald – przyjmą Chrystusowe przesłanie z błogim rozradowaniem!

– Jesteś naiwnym durniem, ojcze – wytknąłem mu po przyjacielsku. – Czy zdajesz sobie sprawę, ilu misjonarzy wyprawionych przez Alfreda do Duńczyków marnie skończyło?

– Sługa Boży gotów jest umrzeć męczeńską śmiercią – odpowiedział z pozornym spokojem, lecz w jego głosie dosłyszałem drżenie.

– Przeważnie wypruwają klerykom flaki – dorzuciłem w zamyśleniu – bądź wyłupiają oczy, obrzynają język tudzież przyrodzenie… Pamiętasz zapewne zakonnika, którego znaleźliśmy w Yppe – zwróciłem się do Finana, któremu wiarę chrześcijańską wpojono w dziecięctwie, gdy mieszkał w rodzimej Irlandii, skąd swego czasu mój najwierniejszy druh został zdradziecko wyrugowany. Chociaż na dobrą sprawę tamtejsze chrześcijaństwo, na wskroś przepojone dawnymi wierzeniami Irlandczyków, niewiele miało wspólnego z religią, którą szerzył Willibald. – Jak ów nieszczęśnik dokonał żywota?

– Miejscowi oskórowali biedną duszę – odrzekł Finan.

– Od stóp do głów? – zaciekawiłem się.

– Drąc z niego pasy – potwierdził. – Biedak musiał konać przez wiele godzin.

– Jeśli nie dni – podchwyciłem. – Człowieka nie tak łatwo obedrzeć ze skóry jak, dajmy na to, jagnię.

– Racja – przyznał. – Pewno skubali nieboraka kawałek po kawałku i zdrowo się przy tym naszarpali.

– Nieborak ów krzewił chrześcijaństwo wśród pogan – wyłożyłem Willibaldowi.

– I poległ jako błogosławiony cierpiętnik – przyświadczył ochoczo Irlandczyk. A po chwili namysłu dodał: – Zdaje się, że oprawcom zbrzydła jego niekończąca się agonia, bo na ostatek rozcięli mnicha na dwie części. Piłą do drzewa.

– Łatwiej byłoby im zwyczajnie rozrąbać go toporem – rzuciłem.

– Co prawda, to prawda, panie, oni wszakże rozcięli jego ciało w pasie – ciągnął Finan z szelmowskim uśmiechem. – Zębiska piły szarpały broczący krwią zewłok. Nieludzki widok.

Słysząc tę obrazową opowieść, ojciec Willibald, który nigdy nie czuł się zbyt dobrze na rozchwianym pokładzie, zbladł i chwiejnie, ruszył ku burcie.

Obróciłem okręt dziobem na południe. Wprawdzie wody przybrzeżne ujścia Tamizy mają złą reputację, lecz znałem tamtejsze zdradliwe płycizny, gwałtowne wahania pływów i zwodnicze prądy – wszak od dobrych pięciu lat patrolowałem wybrzeża rozlewiska. Dlatego, z rzadka tylko zerkając ku punktom orientacyjnym, skierowałem statek ku brzegom Scaepege. Tam, pomiędzy burtami dwóch wyciągniętych na brzeg okrętów, ustawił się nieprzyjaciel. Duńczycy. Przynajmniej stu wojowników pod bronią i w połyskujących w porannym słońcu kolczugach oraz hełmach.

– Moglibyśmy ich wszystkich wyrżnąć – zauważyłem, zwracając się do przyjaciela z wyspy Irów. – Mamy na to dość ludzi.

– Uradziliśmy wszak, iż dochowamy pokoju! – zakrzyknął ojciec Willibald, obtarłszy usta rękawem.

Zaiste, wiązało nas dane słowo i go nie złamaliśmy.

Wydałem rozkaz, by Kenelm i Smoczy Wędrowiec rzuciły kotwice w niewielkiej odległości od grząskiego wybrzeża, a sam skierowałem Srebrzystego Wilka wprost na chylący się lekko ku wodzie mulisty brzeg. Mój statek, popychany długimi pociągnięciami wioseł, popłynął tam, gdzie stały dwie duńskie łodzie. Dziobnica z sykiem zaryła w miękkie błoto i znieruchomiała. Kil utkwił głęboko w szlamie, co gwarantowało, iż Srebrzysty Wilk pozostanie w wyciętym przez siebie zagłębieniu do czasu, aż uwolnią go przybierające pomału wody. Zeskoczyłem z pokładu dziobowego wprost na brzeg, a potem – zapadając się po kolana – począłem brnąć przez muł, by wydostać się na stały ląd, gdzie czekał nieprzyjaciel.

– Uhtredzie, mój panie – odezwał się wódz Duńczyków i rozłożył ramiona, uśmiechając się na przywitanie.

Na jego krzepkie barki luźno spadały płowe włosy, a porastająca kanciastą szczękę jasna broda zapleciona została w pięć warkoczy, każdy spięty srebrną klamrą. Przedramiona stojącego naprzeciw mnie mężczyzny były opasane lśniącymi srebrzyście i złociście bransoletami, a jego pas nabijany był złotymi ćwiekami. Okazała postać duńskiego przywódcy świadczyła o zaznanym w życiu powodzeniu, serdeczne wejrzenie zaś wzbudzało zaufanie. Jednakże wielokroć przekonałem się, iż jedyne, czemu u Haestena można było ufać, to jakości kruszców, z jakich wykonano noszone przez niego błyskotki.

– Jakże cieszy mnie widok starego i nieocenionego przyjaciela! – oznajmił, szczerząc się w uśmiechu.

– Jarl Haesten – odpowiedziałem.

Użyłem tytułu, który sam sobie nadał, chociaż w moim mniemaniu nie był nikim więcej jak morskim rozbójnikiem. Cóż, znałem łajdaka od lat. Kiedyś nieopatrznie ocaliłem go od zguby. Odtąd wciąż starałem się naprawić ów błąd, lecz mieniący się jarlem pirat wciąż wymykał mi się z rąk. Pięć lat wcześniej, gdy nasze drogi ponownie się skrzyżowały, niewiele brakowało, a udałoby mi się posłać szelmę w zaświaty. Później, jak doszły mnie słuchy, wiatry zaniosły go do kraju Franków. Powiadano, iż w zamorskich stronach łotr – prócz tego, że doczekał się kolejnego męskiego potomka – zgromadził moc srebra i zyskał wielu zwolenników. Znalazło to potwierdzenie owego pięknego poranka – nie były zmyślone pogłoski, iż przywiedziona przez niego do Wessexu flota liczyła blisko osiemdziesiąt smoczych łodzi.

– Miałem nadzieję, że Alfred wyprawi do nas właśnie ciebie – oświadczył promiennie uśmiechnięty Duńczyk.

– Gdyby nie rozkaz królewski, abym przybył tutaj w pokoju – odparłem, krzepko ściskając wyciągniętą prawicę wodza wikingów – dawno już skróciłbym cię o głowę.

– Szczekasz jak najęty – odrzekł, wyraźnie ubawiony – a wiadomo, że hałaśliwy psiak rzadko kiedy rzuca się do gardła.

Puściłem zaczepkę mimo uszu, jako że wypełniałem wolę swego pana, który nie życzył sobie wszczynania walk. Zamiast tego saski władca postanowił uszczęśliwić Haestena, posyłając mu dwóch misjonarzy. Tymczasem Willibald i jego współtowarzysz, korzystając z pomocy załogi Srebrzystego Wilka, wyszli na brzeg i stanęli u mego boku z bladym uśmiechem. Ma się rozumieć, że obaj wyprawieni przez Alfreda klerycy znali mowę Duńczyków. Król w swej mądrości słał morskim rozbójnikom – prócz księży – warunki ugody, a także trybut mający zapewnić jej dopełnienie. Przywódca piratów, kiedy usłyszał z naszych ust o królewskich darach – którą to wieść odebrał, przybierając maskę obojętności – zaczął usilnie nastawać, abyśmy pozwolili mu się ugościć, po czym poprowadził nas do naprędce wzniesionego obozu.

Haesten pozostawił główne siły w pewnym oddaleniu, na wschód od Scaepege, gdzie załogi blisko osiemdziesięciu okrętów wzniosły obwiedziony umocnieniami obóz. Duńczyk nie życzył sobie widzieć poselstwa Alfreda w owej dopiero co założonej nadmorskiej warowni, zażądał więc, aby nasze spotkanie odbyło się na Scaepege – odludnej, podmokłej wyspie, ciemnej od błota, gdzie mimo pełni lata wśród porośniętych szczawikiem mokradeł stały cuchnące bajora. Wiking przybił tam z dwudniowym wyprzedzeniem, co pozwoliło mu przygotować doraźne obozowisko. Przeto na suchym pagórku opasanym wałem kolczastej roślinności czekały dwa namioty z żaglowego płótna.

– Zasiądźcie do wieczerzy – zwrócił się do nas dwornie gospodarz, szerokim gestem wskazując otoczony tuzinem prostych siedzisk stół na kozłach. Za całą drużynę miałem Finana, dwóch wojowników ze swojej straży i tyluż księży. Wszelako Haesten nie przystał na to, by klerycy zasiedli z nami przy wspólnym stole. – Nie mam zaufania do chrześcijańskich czarowników – dodał gwoli wyjaśnienia. – Niechże usadowią się na ziemi.

Półnagie niewolnice wniosły prosty posiłek, na który składały się rybna polewka i stwardniały na kamień chleb. Żadna spośród służących nie wyglądała na więcej niż czternaście – piętnaście lat, a typ ich urody nie pozostawiał wątpliwości co do pochodzenia – wszystkie co do jednej były saskiej krwi.

Haesten z rozmysłem upokarzał dziewki i nas, by mnie sprowokować, wyraźnie ciekaw, czy będę chciał uczynić coś dla niewolnic.

– To branki z Wessexu? – zagadnąłem ostrożnie.

– Skądże znowu – obruszył się samozwańczy jarl. – Moi ludzie pojmali je w Anglii Wschodniej. Czyżby któraś wpadła ci w oko, panie? Spójrz tylko na tę młódkę o jędrnych, twardych jak jabłka piersiątkach!

Zapytałem dziewczynę o sterczących piersiach, gdzie trafiła do niewoli, lecz ta, najwyraźniej oniemiała ze strachu, pokiwała tylko głową, nalewając mi słodzone jagodami piwo.

– Skąd pochodzisz? – ponowiłem pytanie.

Haesten zmierzył służkę lubieżnym spojrzeniem, najwięcej uwagi poświęcając jej obnażonym kształtnym piersiom.

– Odpowiadaj, kiedy pan pyta – polecił, także przechodząc na angielski.

– A bo ja wiem, panie? – wymamrotała.

– Gdzie został twój dom? W Wessexie czy może w Anglii Wschodniej? – dopytywałem.

– We wsi, panie – odpowiedziała, a ja odprawiłem niemotę machnięciem ręki, albowiem wydało mi się wątpliwe, abym dowiedział się od niej czegokolwiek ponad to, co usłyszałem.

– Mam nadzieję, iż twa małżonka cieszy się dobrym zdrowiem, panie – zagadnął Haesten, odprowadzając spojrzeniem zgrabną służkę.

– Owszem.

– Miło mi to słyszeć – dorzucił z całkiem przekonującym uśmiechem. Naraz bystre oczy jarla poweselały. – Mów zatem: jakie posłanie wieziesz mi od swego pana? – zapytał bez ceremonii, przechylając łyżkę z polewką tak bardzo, że zupa polała się po jego starannie zaplecionej brodzie.

– Życzeniem króla jest, abyś opuścił Wessex – oświadczyłem.

– A czemuż to miałbym opuszczać Wessex?! – obruszył się Haesten z podszytym drwiną przerażeniem. Omiatając wzrokiem ciągnące się aż po widnokrąg niegościnne moczary, podjął: – Czyż mógłbym bez żalu porzucić tę jakże urokliwą okolicę?

– Masz zabierać się z Wessexu – orzekłem z naciskiem – i trzymać z dala od Mercji. Ponadto król żąda od ciebie dwóch zakładników i obietnicy, iż przyjmiesz do swej świty paru misjonarzy.

– Misjonarzy? – zdumiał się wiking i udając, że wpada w gniew, wymierzył w moim kierunku kościaną chochlę. – Earlu Uhtredzie, jakoś nie chce mi się wierzyć, byś pochwalał podobne natręctwo! Ty, który dotrzymujesz wiary prawdziwym bogom! – rzekł, po czym okręcił się na stołku i spojrzał z ukosa na kucających nieopodal księży. – Najwyżej ich ubiję.

– Tylko się waż – syknąłem – a wyszarpię ci ślepia, pozostawiając ziejące krwawe jamy.

W oczach Duńczyka pojawił się wymowny zimny błysk. Widać otwarta wrogość w moim głosie nieprzyjemnie go zaskoczyła.

– Czyżbyś przyjął chrześcijaństwo, panie? – zapytał, kamiennym spokojem pokrywając zmieszanie.

– Ojciec Willibald to mój serdeczny przyjaciel – oznajmiłem.

– Od razu trzeba było tak mówić – odparował z lekką przyganą jarl – a powściągnąłbym się od grubiańskich żartów. Włos nie spadnie im z głowy, możesz być tego pewien. A co tam, pozwolę im nawet prawić kazania, niechże zdzierają gardła po próżnicy. Powiadasz, że Alfred życzyłby sobie widzieć moją flotę z dala od brzegów Wessexu?

– Im dalej, tym lepiej – przyznałem.

– A dokąd mielibyśmy popłynąć? – zastanawiał się na głos, udając naiwność.

– Do frankijskich wybrzeży? – podpowiedziałem.

– Frankowie, aby się od nas uwolnić, złożyli mi wcale godziwą daninę – odparł niespiesznie. – Co więcej, pobudowali okręty i podarowali je nam, abyśmy jak najrychlej wyprawili się w drogę. Czy Alfred też gotów jest dać nam nowe statki?

– Jak rzekłem, masz opuścić Wessex, nie niepokoić Mercji, wziąć pod opiekę obu misjonarzy, a także oddać nam dwóch zakładników.

– Ach tak. – Uśmiechnął się. – Zakładnicy – rzekł i zamilkł, zatapiając we mnie wzrok. Naraz, z przyklejonym do twarzy uśmiechem, szerokim gestem wskazał wody ujścia rzeki. – Nie mam pojęcia, jaki kurs obrać.

– Alfred skłonny jest sypnąć złotem, bylebyś tylko się stąd wyniósł – zaznaczyłem – lecz ani jego, ani mnie nie zajmuje to, gdzie się podziejecie. A jeśli już pytasz mnie o radę, wiedz, że na twoim miejscu schroniłbym się w dalekich stronach, gdzie nie dosięgnie cię ostrze mego miecza.

Haesten roześmiał się w głos.

– Twój miecz, panie, zżera rdza – parsknął i wskazując kciukiem leżącą za swymi plecami krainę, dorzucił z nieskrywaną satysfakcją: – Wessex stoi w ogniu, a Alfred, zamiast walczyć, pozwala, byś drzemał.

Była to bolesna prawda. Na południowym widnokręgu w rozmyty przez letnie mgły błękit porannego nieba biły smugi dymu, dowodząc jasno, że okoliczne osady ogarnęła wojenna pożoga. A co działo się dalej, poza zasięgiem wzroku, nietrudno było odgadnąć. Trawione ogniem wschodnie rubieże saskiego królestwa przemieniały się w pustkowie. Tymczasem władca Wessexu – zamiast wezwać mnie, bym rozpędził wrogie hordy – przykazał mi pozostać w Londynie i strzec jego murów.

Na oblicze Duńczyka wypłynął chytry uśmiech. Pirat spytał:

– Czyżby Alfred niepokoił się, iż dopadła cię starcza niemoc i nie podołasz wojennym trudom, panie?

Nie przejąłem się zbytnio niewczesną złośliwością szczwanego lisa. Spoglądając dziś w przeszłość, widzę ówczesnego siebie jako mężczyznę nadal pozostającego w pełni sił, choć musiałem wtedy liczyć aż trzydzieści pięć, a może trzydzieści sześć wiosen. Niewielu dożywa podobnego wieku. Wszelako sprzyjający los długo pozwolił mi zachować siły i pełną sprawność bojową. Wprawdzie wskutek dawnej rany lekko utykałem na lewą nogę, lecz pozłocista nić mego żywota pozwoliła mi zyskać sławę niezwyciężonego wojownika. Mimo to Haesten – świadom, iż przybywam z ugodową misją – skwapliwie korzystał ze sposobności, by mnie rozjuszyć.

Zostałem wyprawiony z tym żebraczym poselstwem, gdyż u wybrzeży Kentu – stanowiącego już od lat wschodnią prowincję Wessexu – pojawiły się dwie wikińskie floty, na domiar złego niemalże równocześnie. Armia Haestena była z nich najsłabsza, a jej przywódca wydawał się zadowolony, iż udało mu się założyć twierdzę na ziemiach Kentu. Jego ludzie czynili wprawdzie wypady, by zapewnić sobie zapasy pożywienia i uprowadzać kobiety, lecz na razie nie ważyli się zakłócać handlu prowadzonego wodami Tamizy. Najwyraźniej przebiegły wódz wolał się najpierw przekonać, jak rozwinie się sytuacja na południu Kentu, gdzie uderzyła horda morskich zabijaków o wiele potężniejsza od tej, którą sam dowodził.

Jarl Harald Krwawowłosy przywiódł ponad dwieście okrętów, na których pokładach aż roiło się od żądnych zdobyczy łupieżców. Jego armia wzięła szturmem nieukończony burh, w pień wycinając obrońców, a teraz rozlała się po ziemiach Kentu, niosąc ogień i śmierć, rabując i niewoląc. Niebo czerniało nad zgliszczami wszędzie tam, gdzie przeszli ludzie Haralda. Alfred wraz z armią wyszedł naprzeciw najeźdźcom. Król był już jednak stareńki i wyniszczony przez choroby, dlatego dowództwo nad wojskiem spoczęło w rękach dwóch ludzi – jego zięcia, ealdormana Aethelreda z Mercji, i najstarszego syna aethelinga Edwarda.

Podszyci strachem sascy panowie niewiele zdziałali. Stanęli obozem na szczycie potężnego lesistego grzbietu w samym sercu Kentu. Mogli stamtąd uderzyć na Haestena – gdyby zwrócili się na północ, mogli też stanąć do walki z Haraldem – gdyby pomaszerowali w przeciwnym kierunku. Armia Sasów zachodnich pozostała jednak na miejscu, gdyż jej dowódcy nazbyt się obawiali, że jeśli przypuszczą atak na któregoś z duńskich wodzów, drugi opadnie ich tyły. Ostatecznie Alfred zaczął wątpić w to, czy wojska saskie podołają połączonym wrogim siłom, dlatego wyprawił mnie do Haestena, abym skłonił samozwańczego jarla do wycofania się z Wessexu.

Gdybym dostał taki rozkaz, wraz z mym garnizonem uderzyłbym na ludzi Haestena i bagna Kentu przesiąknęłyby duńską krwią. Ale nie dostałem. W zamian przypadło mi w udziale niewdzięczne zadanie układania się z nieprzyjacielem, stary władca utwierdził się bowiem w przeświadczeniu, iż jego ludzie dopiero wtedy mężnie stawią czoło dzikim zastępom Haralda, kiedy będą mieli pewność, że nie grozi im cios w plecy.

Duńczyk niespiesznie grzebał w ustach długim cierniem, aż wreszcie wydobył skrawek rybiego mięsa.

– Czemuż to wasz król zwleka, zamiast uderzyć na ludzi Haralda? – przerwał wreszcie milczenie.

– Wyświadczyłby ci w ten sposób przysługę – zauważyłem.

Morski rozbójnik błysnął zębami.

– Gdyby Harald zginął – potwierdził wprost – a wraz z nim ta jego parszywa suka, moja flota znacznie urosłaby w siłę.

– Jaka parszywa suka?

Duńczyk uśmiechnął się, ucieszony z chwilowej przewagi, jako że wiedział o mych wrogach więcej ode mnie.

– Zwie się Skade – wycedził.

– Kto to taki? Żona Haralda?

– Jego oblubienica, kochanica, wierna suka i wieszczka.

– Pierwsze słyszę – odparłem.

– Będziesz miał jeszcze okazję więcej o niej usłyszeć, zaręczam. A kiedy już spotkasz Skade, przyjacielu, ogarnie cię niepowstrzymana żądza, by ją zdobyć i posiąść. Wiedz jednak, że ta wiedźma przy pierwszej sposobności skróci cię o głowę i przybije ją nad wejściem do swego dworu.

– Widziałeś ją? – zainteresowałem się, a gdy przytaknął, dorzuciłem: – I chciałeś ją zdobyć?

– Harald to gwałtownik – podjął Haesten, nie zaspokoiwszy mej ciekawości. – Prędzej czy później, idąc za niejasnymi radami kochanki, popełni błąd, a wtedy jego pozbawieni pana wojownicy przystaną do mnie – stwierdził z chytrym uśmiechem. – Gdybym miał dwakroć większą flotę niż teraz, nie minąłby rok, a Wessex leżałby u mych stóp.

– Cenię szczerość – rzekłem – i powtórzę twe słowa Alfredowi. Może skłonią go, by najpierw rozprawić się z tobą.

– Tego się nie obawiam – odrzekł bez chwili wahania Duńczyk. – Gdyby wasz król ruszył na mnie, ludzie Haralda spustoszyliby Wessex – stwierdził nie bez racji.

– Wiesz też zapewne, dlaczego Alfred ociąga się z atakiem na Haralda?

– Obaj to wiemy – odparł bez ogródek.

– Doprawdy? Bądź zatem łaskaw mnie oświecić. – Haesten zamilkł, niechybnie rozważając, czy wyjawić mi, jak wiele mu wiadomo. A jednak postanowił się pochwalić. Długim cierniem wydrapał na stole okrąg i przecinającą go żmijowato wijącą się rysę. – Tamiza – objaśnił, wskazując falującą linię. Potem dźgnął cierniem w krąg. – A tutaj Londyn i twój liczący tysiąc mieczy garnizon. Dalej – dorzucił, wiodąc palcem w górę rzeki – stoi obozem niejaki Aldhelm, mający pod sobą pięciuset Mercjan. Alfred, by zmierzyć się z Haraldem, będzie musiał wezwać twoich ludzi, a także wojowników Aldhelma. Najpewniej martwi go jednak okoliczność, iż wówczas Mercja pozostałaby bez obrony od strony Tamizy.

– A kto od południa miałby zagrozić Mercji? – zdziwiłem się, udając naiwność.

– Duńczycy z Anglii Wschodniej? – zapytał wiking równie niewinnie. – Wystarczy, że ludzie morza znajdą śmiałego przywódcę.

– Nasza ugoda zabrania ci naruszać granice Mercji – odparłem.

– Zaiste – odciął się Duńczyk. – Ugoda, której jeszcze nie zawarliśmy.

W końcu doszliśmy do porozumienia. Wódz wikingów miał odpłynąć na Smoczym Wędrowcu, którego brzuch skrywał cztery wielkie okute żelazem skrzynie wypełnione srebrem. W zamian za darowany okręt i zawartość umieszczonych w nim skrzyń Haesten dał zapewnienie, iż opuści Wessex i nie targnie się na spokój Mercji. Zgodził się również przyjąć na pokład obu misjonarzy, a potem kazał przyprowadzić dwóch wyrostków, których gotów był oddać jako zakładników. Pierwszego z nich przedstawił jako drogiego mu siostrzeńca, w co jeszcze byłem w stanie uwierzyć. Drugi, nieco młodszy, ubrany był po pańsku – okrywała go wykwintna szata spięta złotą broszą. Włosy chłopca jaśniały w słońcu, a błękitne oczy słały wokół niespokojne spojrzenia. Przywódca Duńczyków, stanąwszy za wystrojonym smarkaczem, ujął drobne chłopięce dłonie.

– Oto, panie – oświadczył uroczyście – mój najstarszy syn Horic, którego oddaję ci jako zakładnika. – Haesten urwał i pociągnął głośno nosem, jakby zbierało mu się na płacz. – Powierzam ci go w opiekę, panie, na dowód mej dobrej woli. Zaklinam cię, byś uważał na chłopca, gdyż jego los wielce leży mi na sercu.

– Ile wiosen widziałeś? – zwróciłem się do Horica.

– Siedem – odrzekł jarl, poklepując malca po ramieniu.

– Niechże sam mówi – zażądałem. – Ile liczysz sobie wiosen?

Z gardła chłopca dobył się stłumiony odgłos, a mieniący się jego ojcem nikczemnik przyklęknął i przycisnął dziecko do piersi.

– Odkąd przyszedł na świat, jest głuchy i niemy, ealdormanie Uhtredzie – oznajmił ze smutkiem. – Tak zrządzili bogowie.

– Ale najpierw uczynili cię załganym bękartem – mruknąłem z cicha, by nikt z otoczenia jarla nie powziął do mnie urazy.

– Nawet jeśli, cóż z tego? – odparował z drwiną. – Skoro twierdzę, że ten młokos to mój potomek, któż śmiałby zadać kłam moim słowom?

– Wyniesiesz się z Wessexu? – zapytałem na pożegnanie.

– Wkrótce, o to możesz być spokojny – usłyszałem w odpowiedzi.

Prawdę mówiąc, nie wierzyłem jego zapewnieniom. Przestrzegałem Alfreda, by nie wdawał się w układy z tym zatraconym wiarołomcą, lecz władca, zmęczony długim panowaniem i chorobą, pragnął ujrzeć swe państwo wolne od znienawidzonych pogan, a nie będąc pewnym, jak długo dane mu będzie jeszcze pożyć, chwytał się każdego rozwiązania. Oddaliśmy zatem srebro wikińskiemu przywódcy, a potem – z dwójką duńskich chłopców na pokładzie – odbiliśmy od brzegu i po ciemniejącej powierzchni wód powiosłowaliśmy do Londynu.

Londyn rozpościera się na północnym skłonie doliny Tamizy, pnąc się po coraz wyżej położonych tarasach, gdzie Rzymianie pozostawili okazałe gmachy – tym świetniejsze, im wyżej stały. Niektóre spośród pradawnych pałaców, chociaż poważnie uszkodzone, dotrwały do naszych czasów. Ich skruszałe ściany załatano gdzieniegdzie wiklinową plecionką obrzuconą gliną, a na miejscu tych kamiennych budowli, które popadły w całkowitą ruinę, powyrastały niskie, drewniane saskie chałupy. Ich strzechy – oglądane z góry, ze szczytów rzymskich pałaców – przywodziły na myśl kapelusze wciskających się między skały grzybów.

W tamtych czasach miasto należało do Mercji, królestwa, które – podobnie jak wyniosłe rzymskie siedziby – chyliło się ku upadkowi. Na żyzne mercyjskie ziemie napadali duńscy jarlowie. Niektórzy, wyrżnąwszy miejscową ludność, osiedlali się tam z własnymi poddanymi. Ich dwory – niby strupy – znaczyły miejsca, gdzie nie zabliźniły się jeszcze świeże wojenne rany. Mój kuzyn Aethelred, tytułujący się ealdormanem Mercji, nie miał żadnej władzy nad osiedlającymi się na jego ziemiach przybyszami z Północy, podobnie zresztą jak nad samą Mercją – był bowiem popychadłem Alfreda, wodzonym przez teścia na przykrótkim postronku. Zapobiegawczy król Sasów zachodnich zadbał także o to, by władza nad Londynem skupiła się w rękach oddanych mu ludzi. Toteż mnie powierzył pieczę nad tamtejszym garnizonem, a biskupowi Erkenwaldowi nad resztą spraw.

Lata później biskupa kanonizowano i dziś mówi się o nim wyłącznie jako o Świętym Erkenwaldzie, lecz ja pamiętam go jako człowieka o wiecznie zafrasowanym obliczu przypominającym pysk cwanej łasicy. Przyznaję, zawsze sumiennie wypełniał powierzone mu obowiązki i miasto pod jego rządami prężnie się rozwijało – lecz tląca się w sercu dostojnika zapamiętała nienawiść do wszystkiego, co pogańskie, kazała mu postrzegać mnie jako wroga. Otaczałem przecież czcią Thora, a to w zupełności wystarczało, aby biskup widział we mnie wcielenie zła, na którego istnienie godził się jedynie z konieczności. Byłem bowiem wojownikiem, którego tarcza osłaniała Londyn. I choć pozostawałem bezbożnikiem, to od pięciu lat z powodzeniem odpierałem duńskie najazdy. Zapewniałem spokój nie tylko samemu miastu, lecz także ziemiom położonym wokół – dzięki czemu Erkenwald mógł rozsyłać tam swych poborców podatkowych.

Wspiąłem się na wzgórze pałacu biskupiego, a potem na najwyższy stopień wiodących do rzymskiego gmachu schodów, stanąłem i się rozejrzałem. Po mojej prawej ręce stał biskup Erkenwald. Dostojnik sięgał mi zaledwie do ramienia. Chociaż w przypadku większości chodzących po tym świecie mężczyzn rzecz do dziś ma się podobnie, gdyż jestem bardzo wysoki, zauważyłem, iż mój niepośledni wzrost nieodmiennie irytował jego wielebność. Na niższych stopniach schodów biskupiego pałacu zebrała się gromadka umorusanych atramentem kleryków o bladych i niespokojnych obliczach. Za jedynego towarzysza miałem stojącego po mej lewicy irlandzkiego druha i niedoścignionego wojownika Finana. Oczy zebranych na pałacowych schodach mężczyzn – tak jak moje – zwrócone były na południe.

U naszych stóp leżał Londyn, niby ułożona z wiechci słomy i kamiennych płytek mozaika, wysadzana guzami przysadzistych wież kościołów wzniesionych z woli Erkenwalda. W ciepłym powietrzu kołowały rude kanie, a ponad wstęgą Tamizy, wysoko w przestworzach, sunął klucz zmierzających na południe gęsi. Bieg rzeki był przecięty starym rzymskim mostem, czy też raczej tym, co z niego pozostało. Wspaniała budowla z zamierzchłych czasów została w samym środku przerwana przez rwący nurt, a stało się to dawniej, niż sięgał pamięcią ktokolwiek z żywych. Nad ziejącą w kamiennej konstrukcji wyrwą kazałem przerzucić pomost z bali, aczkolwiek nawet ja nie czułem się zbyt pewnie, ilekroć wstępowałem na jego rozchybotaną powierzchnię. Nie było innego przejścia do Suthriganaweorcu – otoczonej palisadą, podległej mi strażnicy na przeciwległym brzegu rzeki. Za strzegącymi mostu od południa umocnieniami rozciągały się niegościnne mokradła, bezludne, jeśli nie liczyć skupiska chat przylegającej do wałów osady służebnej. W oddali podmokłe pustacie przechodziły w łagodne zielone wzgórza. Owego bezwietrznego dnia u schyłku lata w błękitne niebo nad naszym królestwem biły złowróżbne słupy gęstego dymu. Zliczyłem ich aż piętnaście i może zobaczyłbym więcej, gdyby nie chmury zbierające się nad pagórkowatą linią południowego widnokręgu.

– Diable syny pustoszą nasze ziemie! – Biskup wydawał się tyleż zdumiony, co do głębi oburzony zuchwałością najeźdźców. Królestwo Sasów zachodnich, strzeżone przez niedawno utworzony z woli Alfreda pierścień burhów, to jest osad otoczonych wałami i obsadzonych silnymi garnizonami, przez kilka lat z rzędu pozostawało poza zasięgiem wikińskich najazdów. Pokój Wessexu zakłócili dopiero przybyli zza morza ludzie Haralda. Niosąc pożogę, czynili gwałty i rozboje na wschodnich rubieżach kraju. Nieprzyjaciel omijał obronne warownie z wyjątkiem owej jednej, jeszcze nieukończonej, którą zdobył na początku, po czym zaniósł zgubę wszystkim pomniejszym osadom. – Ogarnęli cały Kent! – mruknął strapiony Erkenwald.

– I niezatrzymani prą w głąb Wessexu – dopowiedziałem.

– Czy są liczni? – chciał wiedzieć biskup.

– Wedle tego, co nam wiadomo, przybyli w dwieście okrętów – odrzekłem – na których przypłynęło jakieś pięć tysięcy wojowników. Można zatem przypuszczać, iż pod wodzą Haralda panoszy się po kraju co najmniej dwa tysiące rabusiów.

– Tylko dwa z pięciu tysięcy poprowadził do walki? A to dlaczego? – dociekał jego wielebność.

– Ich liczba zależy przede wszystkim od tego, ilu z nich posiada wierzchowce – wyłuszczyłem. – Ci, którzy nie mają koni, zmuszeni są pozostać na wybrzeżu i mieć baczenie na okręty.

– Tak czy inaczej, to nieprzebrana pogańska horda – stwierdził ze złością Erkenwald, a jego dłoń mimowolnie poszukała zawieszonego na szyi krucyfiksu. – Miłościwie nam panujący król – podjął po krótkiej przerwie – postanowił rozbić ją pod Aescengum.

– Aescengum! – wykrzyknąłem, nie dowierzając własnym uszom.

– A czemuż by nie tam? – żachnął się biskup, a kiedy roześmiałem się w głos, aż zatrząsł się ze złości. – Nie widzę w tym nic śmiesznego – dorzucił zgryźliwie.

Rzeczywiście nie żartował, a jednak w mych uszach jego słowa zabrzmiały jak kpina. Wiadomo mi było, że Alfred – a może Aethelred – ledwie co poprowadził armię Sasów zachodnich do Kentu i stanąwszy na lesistym wzgórzu między siłami Haestena a armią Haralda, utkwił tam na dobre. A teraz dowiadywałem się, że król, względnie jego zięć, nie stawiając oporu najeźdźcom, cofa się aż do Aescengum – burhu leżącego w sercu Wessexu – ani chybi w nadziei, że zastępy Haralda połamią sobie zęby na tamtejszych umocnieniach. Był to nader żałosny pomysł, albowiem jarl i jego ludzie napadli Wessex niczym wilki dopadają stado owiec. Tymczasem saska armia z rozkazu Alfreda – zamiast strzec przychówku, jak czynią to psy pasterskie – zamierzała chronić się za ostrokołem. To tak, jakby owczarz trzymał swoje psy na uwięzi, jednocześnie pozostawiając stada na pastwę wilków, bo miał nadzieję, że dzikie bestie z własnej woli ściągną pod umocnioną zagrodę, gdzie zasadzili się na nie myśliwi.

– Miłościwie nam panujący król – ciągnął z wyższością duchowny – żąda, abyś przyszedł mu z pomocą, przywodząc część swych wojsk. Zastrzega wszakże, bym udzielił ci na to przyzwolenia tylko w wypadku, jeśli uznam, że w czasie twej nieobecności Haesten nie zagrozi bezpieczeństwu Londynu.

– Nie uczyni tego – stwierdziłem, nagle odzyskując zapał, gdyż władca chyba się opamiętał, skoro przyzywał mnie do siebie. A to mogło oznaczać tylko jedno: psy miały zostać spuszczone ze smyczy.

– Aż tak obawia się o życie zakładników? – podpytywał Erkenwald.

– On nie dba o nich bardziej niż o zalatujący zgniłą kapustą smród z własnego zadka – rzuciłem opryskliwie. – Chłopak, którego przedstawił nam jako syna, to przystrojony w pański przyodziewek zwykły wieśniak.

– Skoro tak, dlaczego zgodziłeś się go przyjąć? – zdumiał się rozsierdzony kleryk.

– A cóż miałem czynić? Wedrzeć się do głównego obozu Haestena i porwać jego prawdziwe szczenięta?

– Zatem nie sposób polegać na słowach Haestena?

– Wprawdzie jego słowom nie wolno ufać, lecz nie uderzy teraz na Londyn. Zrobi to jednak, jeśli Alfred poniesie klęskę w starciu z Haraldem.

– A skąd masz taką pewność? – zapytał Erkenwald.

– Haesten jest przezorny – stwierdziłem stanowczo. – Będzie śledził przebieg walk i póki nie przekona się o swej przewadze, nie wypowie nam otwartej wojny.

Biskup pokiwał głową.

– Zatem nazajutrz poprowadzisz ludzi na południe – zadecydował, po czym nie zwlekając, oddalił się, a za nim podreptali podlegli mu księża.

Przywołując dziś w pamięci dawne czasy, kiedy w porozumieniu z Erkenwaldem władaliśmy Londynem, dochodzę do przekonania, że były to dobre rządy. Wprawdzie żywiłem do duchownego nieprzepartą niechęć, on zaś miał mnie w głębokiej pogardzie – i jeśli obowiązki zmuszały nas, byśmy wspólnie spędzali czas, ten niemożliwie nam się dłużył – lecz biskup nigdy nie wtrącał się w sprawy mojego garnizonu, a ja nie przeszkadzałem mu w sprawowaniu zwierzchności nad miastem. Ktoś inny na jego miejscu wypytywałby mnie, ilu wojowników zamierzam poprowadzić na odsiecz królowi, a ilu zostawić do obrony murów, tymczasem Erkenwald, całkiem słusznie, pozostawiał podobne decyzje mojemu osądowi. Aczkolwiek ilekroć go wspomnę, przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo: gnida.

– Ilu jeźdźców powiedziesz Alfredowi? – zapytała mnie Gisela jeszcze tego samego wieczoru.

Działo się to w naszym domu, przed wiekami wzniesionym przez rzymskiego zamożnego kupca na północnym brzegu Tamizy. Co prawda od rzeki często zalatywało stęchlizną, lecz przywykliśmy do tego i przeżywaliśmy tam szczęśliwe dni. Pod naszym dachem mieszkali niewolnicy, straż, służba, kucharki i opiekunki do dzieci, a tych mieliśmy wówczas trójkę. Mój najstarszy potomek Uhtred liczył sobie już blisko dziesięć wiosen. Młodsza od niego o parę lat siostrzyczka miała na imię Stiorra, a przepełniony ciekawością świata ledwie dwuletni Osbert dopiero od niedawna chodził. Uhtred nosił moje rodowe miano, odziedziczone przeze mnie po ojcu, który także otrzymał je po swym rodzicielu. I to właśnie mój imiennik, Uhtred Młodszy, wciąż doprowadzał mnie do pasji. Niepomiernie gniewała mnie jego bladość, lękliwość i ciągłe czepianie się matczynej spódnicy.

– Trzystu mężczyzn – rzekłem.

– Tak niewielu?

– Alfred ma dość ludzi – odparłem – dlatego wolę zostawić silną załogę do obsadzenia tutejszych murów.

Po twarzy Giseli przemknął grymas bólu, a ja się zaniepokoiłem, ponieważ lada dzień spodziewała się naszego czwartego potomka. Widząc mnie stroskanego, ukochana uśmiechnęła się ciepło.

– Wypluwam dzieci jak pestki – uspokoiła mnie, a po chwili spytała: – Jak długo zajmie wam wybicie ludzi Haralda?

– Może z miesiąc… – Sam nie wiedziałem.

– Pewnie wydam na świat dziecko jeszcze przed twoim powrotem – stwierdziła, a ja mimowolnie dotknąłem wiszącego na mej szyi kościanego młota Thora. Gisela uśmiechała się pogodnie, zapewne pragnąc dodać mi otuchy. – Bez kłopotów powiłam trójkę dzieci – przypomniała. Rzeczywiście za każdym razem, gdy była w połogu, wszystko szło gładko i nasze pociechy rosły w zdrowiu. – Zobaczysz, że gdy wrócisz do domu, przywita cię płacz niemowlaka, który, jak znam życie, wnet przyprawi cię o ból głowy.

Odpowiedziałem jej lekkim uśmiechem. Rozchyliłem skórzaną kotarę i wyszedłem na taras, w mrok rozświetlony jedynie blaskiem płonących na przeciwległym brzegu ogni. Migoczące na strażnicy przymostowej płomienie rzucały blask na Tamizę, w falującej smudze ukazując lustro jej wód. Od zachodu, poprzez wyłom w chmurach, przebijała się struga purpury. Miasto pogrążało się w ciszy, w której uchwytny stawał się poszum rzeki przelewającej się pod łukami mostu. Niekiedy dobiegało mnie dalekie szczekanie psa lub rubaszne śmiechy z pomieszczeń kuchennych. Przycumowany w przylegającym bezpośrednio do domu kanale Srebrzysty Wilk poskrzypywał miarowo, kołysany lekką bryzą. Zwróciłem wzrok w dół rzeki, ku niewysokiej strażnicy z dębowych pali, wzniesionej na skraju miasta przeze mnie i moich ludzi. Z jej szczytu dzień i noc bacznie wypatrywano, czy ku londyńskim nabrzeżom nie zbliżają się okręty o zadartych ku niebu dziobach. Stosu sygnałowego nie zapalono, co oznaczało, że w Londynie panował spokój, chociaż po tamtej stronie Tamizy grasowali Duńczycy.

– Kiedy skończy się czas twej służby dla Alfreda, odpłyniemy na północ? – Głos Giseli wyrwał mnie z zadumy.

– Tak – odrzekłem.

Odwróciłem się ku stojącej w drzwiach małżonce. Zapatrzyłem się w widoczną w półmroku smukłą twarz o spokojnych ciemnych oczach. W żyłach mej ukochanej płynęła duńska krew, która burzyła się przeciwko panującemu w Wessexie chrześcijaństwu. Dla Giseli, tak samo jak dla mnie, choć ja nie byłem potomkiem wikingów, życie bez bogów Północy byłoby niepodobieństwem. Jeśli ktoś woli, niech stawia jednego z niebian nad innymi, ale po cóż oddawać się w opiekę panu, który z upodobaniem każe swym hołdownikom okładać się batem? Niech każdy wierzy w to, w co nakazuje mu serce, nam jednakże przyszło żyć wśród ludzi, którzy – obawiając się gniewu srogiego, pragnącego niepodzielnie władać światem boga – przeklinali nas za naszą odmienną wiarę. Wciąż wszakże wiązała mnie złożona Alfredowi przysięga. Musiałem pozostać wierny swemu słowu i wypełniać powinność.

– Król wkrótce odejdzie – dodałem.

– A wtedy będziesz wolny?

– Tylko jemu przysięgałem dozgonną służbę – odrzekłem z przekonaniem.

Prawda była jednak taka, że ongiś złożyłem jeszcze inne śluby – śluby, o których na śmierć zapomniałem, a które w odpowiednim czasie miały mi zostać przypomniane. Tamtej nocy jednak owe zamierzchłe zdarzenia drzemały pogrzebane w odmętach niepamięci – i to tak głęboko, iż przeświadczony byłem o swej prawdomówności.

– A zatem kiedy król umrze…

– Odejdziemy na północ – dokończyłem.

Na północ Brytanii, do mego rodzimego gniazda, którym wciąż włada mój zdradziecki wuj. Na północ, do potężnego Bebbanburga, gdzie morskie fale roztrzaskują się o northumbryjskie brzegi i gdzie ludzie potrafią cieszyć się życiem, gdyż nie zadręcza ich wola przybitego do krzyża chrześcijańskiego boga. Wrócimy między swoich – obiecywałem sobie w duchu. Służyłem Alfredowi długie lata, służyłem rzetelnie, lecz tęskno mi było do domu.

– Przysięgam ci – powiedziałem z powagą do Giseli – przysięgam, że popłyniemy na północ, w nasze rodzime strony.

Bogowie śmieją się z przysiąg śmiertelników.

O świcie wjechałem na most, wiodąc trzystu jezdnych wojów i o połowę mniej liczną gromadę konnych pachołków. Ci ostatni mieli dwojakie zadanie: doglądać wszystkich wierzchowców i odciążać zbrojnych, wożąc broń na grzbietach luzaków. Huk kopyt grzmiał mi w uszach, gdy po drewnianych, chyboczących się balach ruszaliśmy wprost ku czerniejącym słupom dymu, wskazującym jasno, gdzie znajdziemy pustoszących Wessex najeźdźców. Przedostawszy się przez szeroki pas mokradeł – w czasie przypływu zmieniających się w mętne rozlewiska – gdzie płożą się kępy długich, miękkich traw, wspięliśmy się na grzbiet graniczącego z topieliskiem wzgórza. Zdecydowaną większość drużyny zostawiłem w Londynie, by strzegła jego murów, a zabrałem tylko swą przyboczną straż – zaprzysiężonych mi wojowników, z którymi bez obaw mogłem rzucić się w najgorętszy bitewny zamęt. Jednakże sześciu spośród najbardziej oddanych mi ludzi wyznaczyłem do obrony bliskich, a komendę nad nimi powierzyłem Cerdicowi. Wierny druh, który przez wiele lat stawał ze mną ramię w ramię w każdym starciu, ze łzami w oczach prosił, abym pozwolił mu jechać.

– Chcę, byś podczas mej nieobecności chronił Giselę i dzieci – wyjaśniłem krótko.

I tak mój stary przyjaciel pozostał na straży domu nad Tamizą, podczas gdy my podążaliśmy na zachód, szlakiem wydeptanym przez stada owiec i krów, pędzonych tamtędy na ubój do Londynu.

Ludność mijanych wiosek zazwyczaj zachowywała się nad podziw spokojnie. Wszędzie bacznie obserwowano widoczne w oddali kolumny dymu. Tanowie wystawiali straże na dachach domów bądź w koronach położonych na wzniesieniach drzew. Wprawdzie zdarzało się, że kiedy zbliżaliśmy się do ludzkich osiedli, mylnie brano nas za Duńczyków, powstawało wielkie poruszenie i kto żyw gnał do lasu, wszelako gdy tylko miejscowi zdawali sobie sprawę z pomyłki, szybko powracali do swych domostw. Wielokrotnie im nakazywano, by w razie zagrożenia chronili się w najbliższym burhu, zabierając ze sobą cały żywy inwentarz, lecz jak wiadomo, gospodarze niechętnie pozostawiają domostwa na pastwę losu. Surowo przynaglałem mieszkańców każdej mijanej wioski, by zaprowadzili swe krowy, owce i kozy do Suthriganaweorc, lecz nie sądzę, by me słowa trafiły im do przekonania. Woleli czekać i dopiero czując tchnienie duńskich wierzchowców na swych chłopskich karkach, rzucić się do ucieczki. A że łupieżcy nie dotarli jeszcze tak daleko na północ, uparci wieśniacy trwali w przeświadczeniu, że wojna ich ominie, i mogli mieć słuszność.

Z wolna wspinaliśmy się na łagodne wzgórze. Zmierzaliśmy teraz wprost na południe, lada chwila spodziewając się widoku nieprzyjaciół. Jadący przodem zwiadowcy przeczesywali okolicę i zanim słońce stanęło w zenicie, dostrzegłem jednego. Powiewał czerwoną płachtą na znak, że coś wzbudziło jego niepokój. Wbiłem pięty w boki wierzchowca i pokłusowałem na szczyt wzniesienia. Ujrzałem rozciągającą się po jego drugiej stronie spokojną dolinę z jedną wsią.

– Widziałem umykających w popłochu ludzi, panie – oznajmił zwiadowca. – Kiedy mnie dojrzeli, pognali w las.

– Może zwyczajnie przelękli się ciebie? – spytałem.

Zaprzeczył powolnym ruchem głowy.

– Nie widzi mi się, panie – rzekł – bo już kiedy ich zobaczyłem, pędzili, jakby ich co goniło.

Począłem przyglądać się skąpanej w słońcu zielonej krainie. Na jej krańcu wznosiły się lesiste pagórki, za którymi kłębił się czarny tuman, a leżąca u naszych stóp zaciszna dolina zdawała się pogrążona w spokoju. Jak na dłoni widziałem strzechy i otaczające osadę poletka, biegnącą na zachód drogę oraz srebrzące się wśród bujnych łąk zakola strumienia. Wprawdzie nigdzie nie wypatrzyłem wrogów, lecz naprzeciw, w gęstym listowiu, mogłaby się ukryć cała armia Haralda.

– Mówże składniej – przykazałem. – Co widziałeś?

– Gromadkę kobiet, panie. A z nimi dzieci i parę kóz – odrzekł i wskazując ręką na zachód, dodał: – Spieszyli w tamtą stronę.

A zatem wieśniacy opuszczali wioskę. Mój człowiek wypatrzył ich, zanim zaszyli się w leśnym gąszczu. Wytężałem wzrok, lecz nie ujrzałem w dole żywego ducha. Ani uciekających, ani pogoni. Jak dolina długa i szeroka, nigdzie nie unosił się dym. Ten pozorny spokój nie oznacza jeszcze, iż gdzieś tu, w polu naszego widzenia, nie ukrywają się ludzie Haralda – pomyślałem. Ująłem wierzchowca bystrookiego zwiadowcy za uzdę i wycofaliśmy się niżej, poza grzbiet wzgórza. W pamięci stanął mi dzień, kiedy to, wiele lat wcześniej, pierwszy raz ruszałem na wojnę.

Towarzyszyłem ojcu, władcy Bebbanburga, prowadzącemu własny fyrd – naprędce zebraną armię złożoną z mężczyzn oderwanych od swych codziennych gospodarskich prac. Większości z nich za całe uzbrojenie służyły motyka, sierp lub siekiera. Mało który z nich miał na sobie choćby najprostszy pancerz, a pod sobą konia. Zdani na własne siły, poruszaliśmy się powoli, wręcz ospale, w przeciwieństwie do Duńczyków, z którymi przyszło nam się mierzyć. Ci walczyli konno. Zdobyczne wierzchowce były pierwszą rzeczą, o którą się zatroszczyli po tym, jak ich okręty przybiły do northumbryjskich brzegów. A kiedy przyszło do bitwy, wikińscy jeźdźcy wyrżnęli ludzi mego ojca jak barany, tańcząc wokół Anglów i Sasów na odebranych ich krajanom zwierzętach. By wojować z zamorskimi zbójcami, musieliśmy nauczyć się walczyć tak jak oni – i czyniliśmy to z coraz większym powodzeniem. Potem Alfred, przyjąwszy nową taktykę obronną, rozkazał wznieść sieć otoczonych umocnieniami osad, jednakże – wskutek zbytniej ufności w jej skuteczność – pozostawił bez opieki rozległe połacie Wessexu, które Harald teraz pustoszył.

Zamorscy rozbójnicy zazwyczaj poruszali się na koniach, oczywiście o ile w czasie najazdu zdołali je zdobyć. Byłem jednak przekonany, że Haraldowi nie udało się jeszcze zgromadzić wystarczająco wielu wierzchowców dla swej wielotysięcznej armii. Nieprzyjaciel rozsyłał zatem drużyny, gdzie się dało, by wyposażyć wojowników w rącze zwierzęta. By wikingowi nie urośli w siłę, należało przede wszystkim wybijać zastępy duńskich koniokradów, nim ci uprowadzą wierzchowce i oddadzą je swym kompanom. Jako że wszystko wskazywało na to, iż w dolinie położonej na wschód od nas pojawiła się właśnie zgraja tego typu rabusiów, znalazłem wśród swych ludzi wojownika, który znał te strony.

– To ziemie Edwulfa, panie – powiedział.

– A kimże jest Edwulf?

– To tutejszy tan, panie – odrzekł z szelmowskim uśmiechem, zakreślając dłonią zamaszysty łuk, obrazujący wielkość

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Rozdział trzeci

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział czwarty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział piąty

Dostępne w wersji pełnej.

Część druga Wiking

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział szósty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział siódmy

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział ósmy

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dziewiąty

Dostępne w wersji pełnej.

Część trzecia Beamfleot

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dziesiąty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział jedenasty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział dwunasty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział trzynasty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział czternasty

Dostępne w wersji pełnej.

Rozdział piętnasty

Dostępne w wersji pełnej.

Nota historyczna

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału: The Burning Land

Copyright © Bernard Cornwell 2009

Copyright for this edition: © Wydawnictwo Otwarte 2019

Tłumaczenie: Mateusz Pyziak

Opracowanie tłumaczenia: Emilia Rydzewska

Wydawca prowadzący: Olga Orzeł-Wargskog, Monika Rossiter

Redaktor prowadzący: Anna Małocha

Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak

Adiustacja i korekta: d2d.pl

Projekt okładki i wyklejek: Eliza Luty

ISBN 978-83-8135-814-9

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek