Pieśń miecza - Cornwell Bernard - ebook + książka

Pieśń miecza ebook

Cornwell Bernard

0,0
55,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jak „Gra o tron”, ale prawdziwa.

„The Observer”

Bernard Cornwell tworzy najlepsze sceny batalistyczne spośród wszystkich pisarzy, których czytałem.

George R.R. Martin

Czwarty tom bestsellerowej serii Bernarda Cornwella o losach bohaterskiego Uhtreda z Bebbanburga. Na jej podstawie BBC realizuje serial Upadek królestwa.

Rok 885. Między Sasami i Duńczykami panuje kruchy pokój. Uthred strzeże granicy Wessexu na Tamizie. Gdy król Alfred dowiaduje się, że wikingowie pod wodzą dwóch norweskich jarlów zajęli należący do Mercji Londyn, nakazuje Uhtredowi odbić miasto z rąk najeźdźców. Los jednak lubi niespodzianki: wikingowie proponują earlowi, by do nich przystał i nakłonił do tego także swego przybranego brata Ragnara Młodszego. Chcą podbić trzy anglosaskie królestwa. Za zdradę Wessexu oferują Uhtredowi tron Mercji...

Więcej o całej serii na stronie wojny wikingow.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 567

Data ważności licencji: 6/29/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Voor Aukje, mit liefde. Er was eens…

Nazwy geograficzne

W czasach anglosaskich sposób zapisu nazw geograficznych cechowała pewna dowolność – brakowało konsekwencji w pisowni, a nierzadko nawet zgody co do samej nazwy. I tak na przykład Londyn często określany był mianem Lundonii, Lundenbergu, Lundenne, Lundene, Lundenwicu, Lundenceasteru, a także Lundres. Bez wątpienia znajdą się czytelnicy będący zwolennikami innych wariantów nazw aniżeli te, których zdecydowałem się użyć w powieści* i których wykaz zamieszczam poniżej. W swoim wyborze kierowałem się zazwyczaj pisownią zaproponowaną w Oxford Dictionary of English Place-Names lub w Cambridge Dictionary of English Place-Names dla okresu przypadającego na lata panowania Alfreda, to jest 871–899, lub możliwie mu najbliższego. Mam jednak pełną świadomość, że nawet ta strategia czasami okazywała się zawodna. Na przykład nazwa Hayling w 956 roku zapisywana była zarówno jako Heilincigae, jak i Haeglingaiggae. Przyznaję, że i ja nie zawsze byłem wierny przyjętemu kluczowi: wolałem posługiwać się współczesną nazwą Anglia niż staroangielskim terminem Englaland, a zamiast Nordhymbralond wybrałem Northumbrię, by uniknąć posądzenia o to, iż sugeruję, że granice tego historycznego królestwa były zbieżne ze współczesnymi granicami hrabstwa Northumberland. Dlatego prezentowaną tu listę nazw – jak i samą ich pisownię – cechuje swoista kapryśność.

(tłum. Amanda Bełdowska)

Aescengum

Eashing, hrabstwo Surrey

Arwan

rzeka Orwell, hrabstwo Suffolk

Beamfleot

Benfleet, hrabstwo Essex

Bebbanburg

zamek Bamburgh, hrabstwo Northumberland

Berrocscire

hrabstwo Berkshire

Cair Ligualid

Carlisle, Kumbria

Caninga

Canvey Island, hrabstwo Essex

Cippanhamm

Chippenham, hrabstwo Wiltshire

Cirrenceastre

Cirencester, hrabstwo Gloucestershire

Cisseceastre

Chichester, hrabstwo Sussex

Coccham

Cookham, hrabstwo Berkshire

Colaun

rzeka Colne, hrabstwo Essex

Contwaraburg

Canterbury, hrabstwo Kent

Cracgelad

Cricklade, hrabstwo Wiltshire

Dunastopol

Dunstable (rzym. Durocobrivis), hrabstwo Bedfordshire

Dunholm

Durham, hrabstwo Durham

Eoferwic

York, hrabstwo Yorkshire

Ethandun

Edington, hrabstwo Wiltshire

Exanceaster

Exeter, hrabstwo Devon

Fleot

rzeka Fleet, Londyn

Fughelness

wyspa Foulness, hrabstwo Essex

Grantaceaster

Cambridge, hrabstwo Cambridgeshire

Gyruum

Jarrow, hrabstwo Durham

Hastengas

Hastings, hrabstwo Sussex

Horseg

wyspa Horsey, hrabstwo Essex

Hothlege

rzeka Hadleigh, hrabstwo Essex

Hrofeceastre

Rochester, hrabstwo Kent

Hwealf

rzeka Crouch, hrabstwo Essex

Maeides STANA

Maidstone, hrabstwo Kent

Medwaeg

rzeka Medway, hrabstwo Kent

Oxnaforda

Oxford, hrabstwo Oxfordshire

Padintune

Paddington, Wielki Londyn

Pant

rzeka Blackwater, hrabstwo Essex

Scaepege

wyspa Sheppey, hrabstwo Kent

Sceaftes Eye

wyspa Sashes (k. Cookham), hrabstwo Berkshire

Sceobyrig

Shoebury, hrabstwo Essex

Scerhnesse

Sheerness, hrabstwo Kent

Sture

rzeka Stour, hrabstwo Essex

Sutherge

hrabstwo Surrey

Suthriganaweorc

Southwark, Wielki Londyn

Swealwe

rzeka Swale, hrabstwo Kent

Thunresleam

Thundersley, hrabstwo Essex

WaecED

Watchet, hrabstwo Somerset

Waeclingastraet

Watling Street (ówcześnie: trakt dzielący Brytanię na część południową – saską, i północną – duńską)

Welengaford

Wallingford, hrabstwo Oxfordshire

Werham

Wareham, hrabstwo Dorset

Wiltunscir

hrabstwo Wiltshire

Wintanceaster

Winchester, hrabstwo Hampshire

Wocca’S Dun

South Ockendon, hrabstwo Essex

Wodenes Eye

wyspa Odney (k. Cookham), hrabstwo Berkshire

* Z uwagi na funkcjonujące spolszczenia w tłumaczeniu postanowiono posługiwać się współczesnym terminem Londyn w miejsce proponowanego przez autora Lundene. Ten sam zabieg zastosowano w przypadku Tamizy (w dosłownym tłumaczeniu: rzeka Temes) oraz Kornwalii (w oryginale: Cornwalum). (Wszystkie przypisy pochodzą od tłum.).

Prolog

Zimowe ciemności. Przejmujący chłód i bezksiężycowe niebo.

Ponad krawędzią burty widać było odbite od lekko falującego zwierciadła rzeki migotanie gwiazd. Tamiza przybierała. Wartkie strumienie – niosące wody z topniejących na kredowych wzgórzach Wessexu śniegów – mieszały się w jej nurcie, by dalej wspólnie wędrować ku morzu.

Nasz statek bez nazwy dotykał burtą południowego – należącego do Wessexu – brzegu. Z drugiej strony, za wodą, rozciągała się Mercja. Staliśmy dziobem pod prąd, utrzymywani w miejscu przez rzemień przymocowany do grubego konaru jednej z trzech zwieszających się nad nami wierzb.

Na kupieckim statku – krążącym zazwyczaj z towarami od portu do portu w górnym biegu Tamizy – znajdowało się trzydziestu ośmiu mężczyzn. Obok mnie stał, wsparty na wiośle sterowym, szyper imieniem Ralla. Chociaż był ledwie widoczny w gęstej pomroce, dostrzegałem zarys jego okrytej skórzanym bezrękawnikiem sylwetki. Do boku miał przypasany miecz. Pozostałych wojowników, uzbrojonych w tarcze, topory wojenne, miecze i włócznie, okrywały pełne skórzane zbroje, długie kolczugi i hełmy. Owej nocy mieliśmy unurzać się we krwi naszych wrogów.

Sihtric, mój sługa, przycupnąwszy na ławce wioślarskiej, miarowo pociągał osełką po klindze krótkiego saksa.

– Wyznała mi, że szczerze mnie miłuje – podjął wcześniej rozpoczętą rozmowę.

– I nic dziwnego – odrzekłem oględnie.

Chłopak się zamyślił, a kiedy znów się odezwał, wydał mi się bardziej wesół, jak gdyby moje słowa dodały mu otuchy.

– Ani chybi mam już dziewiętnaście lat, panie, jeśli nie dwadzieścia.

– Prędzej osiemnaście – odparłem.

– Panie, już od dobrych paru wiosen ciągnie mnie do żeniaczki!

Gawędziliśmy półgłosem, chociaż noc pełna była dobiegających z ciemności dźwięków – jednostajnego szmeru wody i kołatania nagich, poruszanych wiatrem gałęzi. Jakieś buszujące po nocy stworzenie z pluskiem wskoczyło do rzeki. W oddali zahuczała sowa. Potem lisica zaskowytała niczym żegnająca się ze światem dusza. Od czasu do czasu nasza łódź poskrzypywała z cicha. Osełka Sihtrica wciąż rytmicznie pobrzękiwała o metal. Czyjaś tarcza głucho uderzyła o wioślarską ławkę. Pomimo wszystkich tych nocnych dźwięków nie ośmieliłem się rozprawiać na cały głos, gdyż nieopodal, w górze rzeki, stał przycumowany nieprzyjacielski okręt, a morscy łupieżcy musieli przecież pozostawić straże. Wprawdzie wojownicy z wrogiego okrętu mogli nas wcześniej zobaczyć – gdy sunęliśmy z prądem wzdłuż mercyjskiego brzegu – lecz nie mieli powodów, by podejrzewać, że zaczaimy się na nich za kolejnym zakolem rzeki.

– Po cóż brać za żonę ladacznicę? – nagabnąłem Sihtrica.

– Ona jest… – zaczął, szukając odpowiednich słów.

– Przejrzała i zepsuta – podsunąłem. – Ealhswith ma chyba ze trzydzieści lat i rozwiera uda na widok każdego mężczyzny! Gdybyś ustawił jeden obok drugiego wszystkich, którzy ją grzmocili, powstałaby armia zdolna podbić całą Brytanię. – Szyper, słysząc moje przymówki, parsknął zduszonym śmiechem. – Czy i ty znalazłbyś się w tym szeregu, Ralla? – rzuciłem.

– Musiałbym chyba stawać za dwudziestu – odparł ubawiony.

– Cóż z tego, skoro to mnie pokochała? – stwierdził niezrażony Sihtric.

– Pokochała twoją szczodrobliwość – kontynuowałem nieustępliwie. – Zresztą skoro obstajesz przy tym, by wtykać nowiusieńki miecz do wysłużonej pochewki…

Osobliwe są rozmowy czekających bitwy wojowników. Rozprawiają o wszystkim, tylko nie o tym, co ich może spotkać. Swego czasu stałem w murze tarcz i wpatrywałem się w groźne oblicza przeciwników, licząc włócznie lśniące nad ich głowami, podczas gdy moi towarzysze spierali się zawzięcie o to, w której karczmie warzy się najwyborniejsze piwo. Kiedy trwoga ogarnia nas niczym podnosząca się mgła, mówimy o czymkolwiek, byle rozpędzić zbierające się w głowie chmurne myśli.

– Czemu nie znajdziesz sobie jakiegoś młodego, urodziwego dziewczęcia? – podpowiedziałem młodzikowi. – Córka garncarza jest w wieku stosownym do ożenku. Ślicznotka ma już ze trzynaście wiosen.

– Jest tępa jak obuch topora – zaprotestował Sihtric.

– Nie ustępujesz jej w tej mierze – zauważyłem z przyganą. – Nagrodziłem twe zasługi srebrem. A ty co? Oddajesz je pierwszej napotkanej dziewce. Na własne oczy widziałem bransoletę, tę samą, którą niedawno ci darowałem, zdobiącą jej ramię!

Sihtric pociągnął nosem, nie znajdując odpowiedzi. Był synem Kjartana Okrutnego, Duńczyka, który przyprawił brzuch jednej ze swych saskich niewolnic. Chłopak miał zadatki na godnego wojownika – mimo dość młodego wieku stawał już w murze tarcz. Wiedział, jak zadawać śmierć, i jeszcze tej samej nocy miał uczynić użytek z tej umiejętności.

– Znajdę ci żonę jak się patrzy – obiecałem.

Wówczas przez otulający świat mrok przebił się wrzask. Wprawdzie był ledwie słyszalny, ale nie mieliśmy wątpliwości, że gdzieś na południe od nas ma miejsce krwawa jatka. Z oddali dobiegały kobiece zawodzenia i krzyki konających.

– Oby ich Bóg pokarał – burknął z goryczą Ralla.

– Sami się tym zajmiemy – rzuciłem zwięźle.

– Trzeba nam było… – zaczął szyper, ale ugryzł się w język. Wiedziałem, co cisnęło mu się na usta. Chciał powiedzieć, że powinniśmy byli zawczasu udać się do wsi i obronić jej mieszkańców, lecz z góry znał moją odpowiedź.

Gdyby wyraził takowe zdanie, musiałbym mu odrzec, że nie sposób było przewidzieć, na którą osadę uderzą Duńczycy. Zresztą nawet gdybym wiedział, nie byłbym skłonny jej bronić. Z przyczyn nader oczywistych. Mógłbym co prawda umieścić swoją drużynę przyboczną pod chłopskimi strzechami i kazać jej wypaść z chałup, kiedy pojawią się najeźdźcy. Ani chybi moi ludzie na ostrzach mieczy, toporów i włóczni roznieśliby wielu wrogów, ale pozostali napastnicy – korzystając z osłony nocy – umknęliby. A do tego nie chciałem dopuścić. Pragnąłem, by każdego Duńczyka, każdego Norwega, każdego wikinga bez wyjątku spotkała śmierć. Zamierzałem oszczędzić jednego jedynego człowieka, którego zamyślałem posłać na wschód, by zaniósł obozującym w dolnym biegu Tamizy pobratymcom wieść, że jeśli poważą się na wypad do Wessexu, Uhtred z Bebbanburga zgotuje im gorące powitanie.

– Nieszczęsne dusze – biadolił Ralla.

Południowy horyzont rozświetliła, majacząca w gąszczu czarnych gałęzi szkarłatna poświata, widomy znak, że najeźdźcy podłożyli ogień pod strzechy. Łuna rozprzestrzeniającej się pożogi opromieniła zimowe niebo, od którego wyraźnie odcinała się linia nagich drzew, rzucając ponure miedzianoczerwone błyski na hełmy moich ludzi. Wtedy nakazałem im zdjąć nakrycia głowy, by wartownicy nie dojrzeli ich z zacumowanego powyżej, widocznego teraz jak na dłoni, wrogiego okrętu.

Sam także ściągnąłem hełm ze srebrną figurką wilka na dzwonie.

Jam jest earl Uhtred, dziś pan Bebbanburga. W owym czasie mogłem mienić się także władcą bitew. Stałem w skórzanym pancerzu, pysznej kolczudze i płaszczu, z przypasanymi dwoma mieczami, omiatając wzrokiem oddanych mi wojowników, i cieszyłem się mocą, jaką daje młodość. Połowa mojej drużyny przybocznej pozostała ze mną na pokładzie statku Ralli, podczas gdy reszta, pod wodzą Finana, czaiła się w ciemnościach gdzieś po zachodniej stronie, wyczekując sygnału do ataku.

Taką w każdym razie żywiłem nadzieję, wpatrując się w nieprzeniknioną noc. Nasze zadanie było o wiele łatwiejsze – po prostu płynęliśmy w dół rzeki odbijającej światło gwiazd, póki nie natrafiliśmy na obcy okręt – tymczasem Finan prowadził swój konny zastęp przez spowitą w mroku dolinę. Wiedziałem, iż mogę mu ufać jak sobie samemu. Wyobrażałem go sobie niecierpliwie wiercącego się w siodle, z uśmiechem przyglądającego się pirackiemu okrętowi i wypatrującego nadejścia wrogów, by dać im zakosztować swego miecza.

Nie pierwszy raz tej długiej, słotnej zimy zaczajaliśmy się na zapuszczających się w górny bieg Tamizy łupieżców, jednak wcześniejsze wypady okazały się daremne. Już dwukrotnie dochodziły mnie słuchy, że wikińskie okręty, przedostawszy się przez wyłom w Moście Londyńskim, najechały dostatnie i bezbronne osady Wessexu. Wtedy także spływałem w dół rzeki, lecz nie znalazłem najeźdźców. Tym razem zdołaliśmy osaczyć morskie wilki. Moja dłoń powędrowała najpierw do rękojeści Oddechu Węża, mego długiego saksa, a potem zacisnęła się na wiszącym u szyi amulecie w kształcie młota.

Zgładź ich wszystkich – modliłem się do Thora. – Wszystkich prócz jednego.

To była długa noc, długa i mroźna. Pamiętam, że rozlewająca się po polach woda pokryła się skorupą lodu, lecz nie czułem zimna, jedynie gorączkowe oczekiwanie. Przypominam sobie też, że kiedy ponownie dotknąłem Oddechu Węża, wydało mi się, że jego ostrze drga niespokojnie. Miałem wrażenie, że klinga śpiewa. Był to nikły, ledwie słyszalny dźwięk, przenikliwa pieśń domagającego się krwi oręża – pieśń miecza.

Wypatrywaliśmy łupieżców. Później – kiedy było już po wszystkim – Ralla powiedział mi, że owego ranka z mej twarzy ani na chwilę nie schodził uśmiech.

Obawiałem się, że nasza zasadzka zostanie wykryta. Tymczasem niebo na wschodzie gorzało płomiennym blaskiem, a najeźdźcy wciąż nie powracali na okręt. Podejrzewałem, że wikińscy strażnicy, spostrzegłszy naszą obecność, ostrzegli pozostałych, lecz się myliłem. Może zasłaniały nas chylące się do samej wody konary wierzb, a może wrogie straże oślepiło wschodzące słońce, w każdym razie nie zostaliśmy zauważeni.

Za to my widzieliśmy doskonale, jak na nadrzecznych, zalanych wodą roztopową pastwiskach pojawił się oddział zbrojnych popędzających przed sobą grupę kobiet i dzieci. Wojowników było blisko pięćdziesięciu i prowadzili podobną liczbę jeńców. Młode dziewczęta z obróconej w popiół osady miały ogrzewać łoża najeźdźców, dzieci zaś mogły przynieść im spore zyski. Najpierw trafiłyby na londyńskie targi niewolnych, skąd powieziono by je w odległe, zamorskie strony, do ziemi Franków albo jeszcze dalej. Branki – kiedy wikingowie już by się nimi nacieszyli – także zostałyby wymienione na srebro.

Jeńcy byli wciąż zbyt daleko, byśmy mogli usłyszeć ich lament. Na południu, ponad zielonymi, wyrastającymi z płaskiej doliny pagórkami, prosto w czyste zimowe niebo biły kłęby ciemnego dymu.

Ralla poruszył się niespokojnie.

– Czekaj – mruknąłem, więc szpakowaty, starszy ode mnie o dziesięć lat mężczyzna zamarł w bezruchu. Na jego ogorzałym obliczu jaśniały oczy, przymrużone od ciągłego wpatrywania się w połyskliwą wodę. Mój serdeczny przyjaciel był nie tylko szyprem, ale i wojownikiem. – Jeszcze nie teraz – dodałem cicho.

Ścisnąłem rękojeść Oddechu Węża, wyczuwając drżenie żelaza.

Woda przyniosła gromkie, uradowane głosy mężczyzn pokrzykujących na jeńców. Widziałem, jak Duńczycy zmuszają ich do klękania na zalanym lodowatą wodą dnie łodzi, by przeładowany okręt nie wywrócił się na bystrzynach – gdzie Tamiza z szumem przeskakiwała kamienne progi – których przebycie wymagało od sternika nie lada wprawy. Następnie wojownicy załadowali zagrabioną w osadzie zdobycz: rożna, sagany, radła i noże – wszystko, co nadawało się do sprzedaży lub przetopienia – i sami wsiedli na statek. Po wodzie niósł się ich rechotliwy śmiech. Najwyraźniej rzeź we wsi i widoki na szybki zysk wprawiły ich w doskonały humor.

Spoczywający w miękkiej pochwie Oddech Węża cicho nucił pieśń bojową.

Dobiegł nas łomot umieszczanych w dulkach wioseł. Potem padła gromka komenda:

– Odbijaj!

Kolorowa głowa poczwary zdobiąca wysoki, zawinięty ku górze dziób wrogiego okrętu poczęła odsuwać się od brzegu. Wojownicy odpychali się wiosłami od dna, by skierować łódź na główny bieg rzeki. Po chwili nieprzyjaciel płynął wprost na nas, niesiony wezbranym, wartkim nurtem. Ralla zwrócił ku mnie wzrok.

– Teraz! Tnij linę! – zawołałem i Cerdic jednym cięciem uwolnił nas od przywiązanej do wierzby cumy dziobowej. Mieliśmy zaledwie dwanaście wioseł. Te zanurzyły się w wodę, a ja, przeciskając się między ławkami wioślarskimi, pognałem na dziób. – Wyrżniemy ich do nogi! – wrzasnąłem. – Wyrżniemy co do ostatniego!

– Naprzód! – ryknął Ralla i tuzin wioślarzy naparło na drzewce, walcząc z przeciwnym prądem.

– Śmierć bękartom! – huknąłem, wspiąwszy się na pokład dziobowy, gdzie czekała moja tarcza. – Zabić ich wszystkich! Wytłuc ich jak psy! – Nałożyłem hełm, wsunąłem lewe przedramię w pętlice ciężkiej drewnianej tarczy i dźwignąłem ją, po czym dobyłem spoczywający dotąd w wyściełanej runem pochwie Oddech Węża. Pieśń miecza przerodziła się w groźny krzyk. – Zasiec ich! Zasiec! Zasiec! – grzmiałem.

Tuzin piór uderzał w wodę w rytm mych okrzyków. Parliśmy wprost na tańczący na wodzie nieprzyjacielski okręt pchany niemiarowymi pociągnięciami kilku wciąż pracujących wiosłami zastrachanych Duńczyków. Pozostali wojownicy pokrzykiwali, w popłochu szukając tarcz. Miotali się, potykając o siebie i stłoczonych na pokładzie lamentujących wniebogłosy brańców.

– Wiosłować, a żywo! – zakrzyknął Ralla.

Nasz bezimienny statek szedł wprost na niesiony prądem smoczy okręt. Wieńcząca dziobnicę wroga rozdziawiona paszcza miała pomalowane na biało oczodoły i ostre jak sztylety zęby, spomiędzy których wysuwał się wyrzezany w drewnie krwawoczerwony jęzor.

– Teraz! – zawołałem do Cerdica, który cisnął hak, i gdy tylko ten opadł na przedni półpokład wrogiego okrętu, wojownik począł żwawo ciągnąć za łańcuch. Żelazne zęby wbiły się w poszycie wrogiej łodzi i przyciągnęły ją ku nam. – Zabić psubratów! – zakrzyknąłem i przeskoczyłem nad wodą na nieprzyjacielski pokład.

Och, jakże błoga jest wiosna życia – wspaniale mieć dwadzieścia osiem lat i mocarną dłonią walczyć, ciesząc się sławą władcy bitew. Ale to już zamierzchłe dzieje. Wszystko to minęło, zamieniło się w powoli płowiejącą materię wspomnień, lecz radość tamtych dni odcisnęła w mej pamięci niezatarte piętno.

Ledwie poczułem pod stopami pokład dziobowy smoczej łodzi, szeroko zamachnąłem się Oddechem Węża i przeciąłem szyję człowieka, który próbował wyrwać tkwiący w burcie hak. Siła mego ciosu odrzuciła jego niemalże odciętą głowę do tyłu, a gorąca posoka z otwartej rany bluznęła mi na twarz. Owego słonecznego zimowego ranka walczyłem unurzany we krwi wrogów – niczym demon śmierci w połyskującej zbroi, czarnym płaszczu i hełmie z wilkiem o rozwartej paszczy.

Dziś jestem stary. Stareńki. Oczy zachodzą mi bielmem, opuszczają mnie siły, sikam kropla po kropli i łupie mnie w kościach. Przesiaduję na słońcu i nawet nie wiem, kiedy zapadam w drzemkę, a potem znów budzę się zmęczony. Ale w mych uszach wciąż brzmi szczęk oręża. Moja najmłodsza żona – najbardziej świątobliwa kwoka, jaką wydał ten świat – wzdraga się, ilekroć opowiadam o swych dawnych przewagach. A cóż mi pozostało prócz wspomnień i historii z dawno minionych lat? Ona pochlipuje, mówiąc, że nie chce nic wiedzieć o odcinanych czerepach i tryskających z szyi strumieniach krwi. Jakże inaczej jednak mamy przygotować naszą młódź do wojen, które przyjdzie jej prowadzić? Całe życie pracowałem mieczem. Walczyłem, gdyż takie było przeznaczenie moje i moich krajan. Alfred chciał zaprowadzić pokój, lecz to wciąż wymykało mu się z rąk. Przybywali nowi Duńczycy, a potem i Norwegowie, więc musiał wydać im walkę. A kiedy umarł, osierocone przez niego królestwo znowu dopadli wikingowie. Dołączyły do nich oddziały Brytów z Walii i hordy wyjących Szkotów z Północy. Nasi mężczyźni musieli stanąć w obronie swoich ziem – chronić bliskich i własne domy. Dziś przyglądam się swoim dzieciom i ich dzieciom, i dzieciom ich dzieci, i wiem, że czeka je niejedna walka. Dopóki po tej smaganej wiatrem wyspie chodzić będą potomkowie rodu Uhtreda, dopóty trwać będzie bój. Po cóż zżymać się na samo wspomnienie wojny? Nie wystarczy zasłanianie oczu, by nie widzieć okrucieństwa, podłości, rozlewu krwi i towarzyszącej mu obmierzłej woni, ale i samej radości walki – bo wojenna zawierucha znów nas ogarnie, chcemy tego czy nie. Naszym losem jest wojować. Wyrd bið ful ãræd. Przeznaczenie jest wszystkim.

Właśnie dlatego opowiadam tę historię – by dzieci moich dzieci wiedziały, co je czeka. Moja ślubna zapiera się, lecz nie zważam na to, każę jej siedzieć cicho i podejmuję opowieść w miejscu, w którym ją urwałem. Prawię o tym, jak uderzyliśmy w lewą burtę nieprzyjacielskiego okrętu, spychając jego dziób ku południowemu brzegowi – dokładnie tak jak to obmyśliłem. Ralla poczynał sobie nad podziw zgrabnie. Przymusiwszy smoczą łódź do zmiany kursu, przejechał dziobem po jej burcie, przy czym roztrzaskał Duńczykom przednie wiosła. Moi ludzie poczęli przeskakiwać na wikiński okręt. W powietrzu błysnęły topory i miecze. Po pierwszym ataku na moment straciłem równowagę. Szczęściem mężczyzna, którego położyłem trupem, spadł z pokładu dziobowego na dno łodzi, zagradzając drogę dwóm idącym na mnie wrogom. Ryknąłem i zeskoczyłem z pokładu, by dać im posmakować niosącego śmierć ostrza Oddechu Węża. Jego znakomita klinga została wykuta na Północy. Saski kowal, sławny ze swego niezrównanego kunsztu, uformował ją z trzech prostych stalowych prętów i czterech skręconych z miękkiego żelaza spiral, które wprzódy rozgrzewał do czerwoności, a później kuł, póki nie powstało obosieczne ostrze ze sztychem w kształcie liścia. Sploty miękkiego żelaza pozostały widoczne pod powierzchnią gładkiego metalu jako ledwie dostrzegalne ciemniejsze smugi po obu stronach ostrza. Temu – przypominającemu smocze wyziewy – finezyjnemu ornamentowi Oddech Węża zawdzięczał swą nazwę.

Stanął przede mną mąż o obliczu okolonym szczeciniastą brodą. Zamachnął się toporem. Przyjąłem cios na wystawioną ku górze tarczę i wraziłem pokryty smoczymi wyziewami sztych w brzuch wroga, po czym obróciłem nadgarstek – by ostrze nie uwięzło w wątpiach konającego – i wyszarpnąłem miecz, rozbryzgując naokoło krew wybebeszonego brodacza. Lewą ręką dźwignąłem tarczę z wbitym w nią toporem, jednocześnie parując mieczem cięcie drugiego przeciwnika. Wówczas Sihtric stanął u mego boku i wbił klingę w pachwinę wroga – aż po zbrocze. Raniony wrzasnął rozdzierająco. O ile sobie przypominam, wznosiłem bojowe okrzyki, podczas gdy moi ludzie przedostawali się na pokład wroga i dołączali do krwawych żniw. Buchnął kobiecy lament i płacz strwożonych dzieci. Błyskały ostrza mieczy i żeleźca toporów, niosąc wikingom śmierć.

Dziób smoczej łodzi zarył w mulisty brzeg, a rufa, popychana prądem rzeki, poczęła się odsuwać od lądu. Kilku Duńczyków, w obawie o własne życie, wyskoczyło za burtę, dając tym pozostałym na pokładzie towarzyszom sygnał do ucieczki. Coraz to nowi mężowie opuszczali okręt, szukając ratunku na brzegu. Wtedy z przybrzeżnych olszyn wyłonił się Finan. Po nadrzecznych łąkach przesuwał się niski, zwiewny całun mgły, zasnuwając skute lodem rozlewiska. Z białego tumanu wyjechał Finan na czele konnych. Jechali w dwóch szeregach, wznosząc nad głowami połyskujące w porannym słońcu obnażone miecze. Mój bitny irlandzki druh wiedział, co czyni. Pierwsza linia jeźdźców okrążyła uciekających wikingów, odcinając im odwrót, podczas gdy druga uderzyła na nich w pełnym pędzie. Dopiero wówczas Finan dołączył do rzezi, zamykając wokół piratów morderczy pierścień.

– Wybij wszystkich! – zawołałem. – Wytnij bękartów do ostatka!

W odpowiedzi przyjaciel pomachał mi okrwawionym mieczem. Clapa, najpotężniejszy z moich duńskich wojów, dopadłszy umykającego wroga w płytkiej wodzie, przebił go włócznią na wylot. Rypere atakował mężczyznę cofającego się przed jego zwinnymi ciosami. Prawica Sihtrica aż po łokieć zlana była krwią. Stojący tuż obok mnie Cerdic, wrzasnąwszy wściekle, zamachnął się toporem i rozłupał hełm pewnego Duńczyka, rozbryzgując posokę i mózg na kulących się pod ławkami strwożonych jeńców. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, zgładziłem jeszcze dwóch wrogów. Przypominam sobie, jak obaliłem jednego twarzą na pokład, a kiedy się obrócił, wkłułem mu wierzchołek Oddechu Węża w grdykę. Jego oblicze wykrzywiło się w przedśmiertnym grymasie. Spomiędzy poczerniałych zębów, poprzez które polała się krew, bezwładnie zwisał język. Naparłem na ostrze, czekając, aż Duńczyk skona. Jednocześnie przyglądałem się, jak jazda Finana zawraca, by przypuścić ponowny atak na okrążonych nieprzyjaciół. Jeźdźcy cięli i rąbali z zapamiętaniem. Ranni i konający wikingowie ryczeli jak zarzynane zwierzęta. Niektórzy rzucali broń. Młody wojownik, klękając przede mną na ławce wioślarskiej, cisnął tarczę i topór, po czym złożył dłonie w błagalnym geście.

– Podnieś oręż – przykazałem mu po duńsku.

– Panie… – zaskomlał.

– Podnieś topór! – przerwałem mu. – I czekaj na mnie w Walhalli.

Kiedy był już uzbrojony, posłałem go w zaświaty. Zgotowałem młodzikowi błyskawiczną śmierć, jednym zdecydowanym cięciem podrzynając gardło. Patrzyłem mu prosto w oczy, a kiedy uszło z nich życie, przeszedłem nad wstrząsanym ostatnimi drgawkami, zbroczonym krwią ciałem, które ześlizgnęło się z ławki i spadło na kolana młodej wieśniaczki. Niewiasta wpadła w histerię.

– Uspokój się – zgromiłem ją.

Potoczywszy spojrzeniem po obliczach struchlałych, ściśniętych na dnie łodzi, lamentujących kobiet i dzieci, przerzuciłem Oddech Węża do lewej ręki. Chwyciłem znieruchomiałego Duńczyka za kołnierz kolczugi, dźwignąłem go i ułożyłem na ławce.

Moją uwagę zwrócił najwyżej dziesięcioletni pędrak, który jako jedyny, zamiast użalać się nad sobą, wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczyma. Jego widok przypomniał mi chłopięce lata. Co widział ten rozdziawiający buzię brzdąc? Człowieka okutego w metal – owego ranka walczyłem z opuszczonymi osłonami policzków. Wprawdzie ograniczają one widoczność, lecz wojownik z przesłoniętą twarzą wydaje się groźniejszy. Wlepiający we mnie wzrok chłopak ujrzał rosłego mężczyznę o zakrytym obliczu, który z okrwawionym mieczem w ręce kroczył po wypełnionej trupami łodzi. Ściągnąłem hełm z wilkiem i potrząsnąłem głową, odrzucając do tyłu włosy, po czym cisnąłem go w ręce wpatrującego się we mnie uparcie dzieciaka.

– Miej na niego baczenie, chłopcze – poleciłem. Oddech Węża wręczyłem pochlipującej dziewczynce. – Umyj ostrze w rzece – nakazałem jej – a potem wytrzyj je do sucha o płaszcz jednego z poległych.

Oddałem tarczę Sihtricowi i rozpościerając szeroko ramiona, zwróciłem twarz ku podnoszącemu się nad łąkami słońcu.

Załoga wikińskiego statku liczyła pięćdziesięciu czterech ludzi. Szesnastu wciąż żyło. Byli naszymi jeńcami. Żadnemu z najeźdźców nie udało się wydostać z okrążenia. Dobyłem Żądło Osy, krótszego saksa, którego używałem, ilekroć walczyłem w murze tarcz, kiedy wojownicy cisną się do siebie niczym kochankowie.

– Jeśli którakolwiek z was – zacząłem, omiatając wzrokiem kobiety na pokładzie – chce uśmiercić mężczyznę, który ją pohańbił, teraz jest po temu czas!

Dwie niewiasty pragnęły pomścić doznane krzywdy, zatem użyczyłem im Żądła Osy. Obie długo pastwiły się nad wybranymi ofiarami. Jedna zakłuła swego dręczyciela na śmierć, druga cięła ciało innego wikinga miejsce koło miejsca. Obaj piraci umierali w mękach. Pozostało jeszcze czternastu pojmanych, z których tylko jeden nie nosił zbroi. Był to szyper smoczej łodzi. Miał przyprószone siwizną włosy i rzadką brodę. Jego brązowe oczy wpatrywały się we mnie wyzywająco.

– Skąd was przyniosło? – nagabnąłem go.

Z początku zastanawiał się, czy odpowiedzieć, ale poszedł po rozum do głowy.

– Beamfleot – odrzekł.

– A Londyn? – wywiadywałem się. – Stare miasto wciąż jest w rękach Duńczyków?

– Tak.

– Tak, panie – poprawiłem go.

– Tak, panie – rzekł zrezygnowany.

– Wobec tego udasz się do Londynu – przykazałem mu – a stamtąd do Beamfleot, a kiedy już tam dotrzesz, idź, dokąd ci się żywnie spodoba. Poniesiesz ludziom Północy wieść, że Uhtred z Bebbanburga strzeże górnego biegu Tamizy. Obwieść swym pobratymcom, że zawsze mogą liczyć na moją gościnność.

Szyper był jedynym człowiekiem, któremu darowałem życie, ale zanim puściłem go wolno, odciąłem mu prawą rękę, by już nigdy nie mógł podnieść miecza. W tym czasie moi ludzie rozpalali ogniska. Kazałem, by przyprowadzono okaleczonego męża i wetknięto jego obficie krwawiący kikut w rozżarzone węgle, by zasklepić ranę. Dowódca smoczej łodzi okazał się dzielnym człowiekiem. Kiedy krew na ramieniu się zagotowała, a przypiekane ciało zasyczało, skrzywił się, ale nie wydał nawet najcichszego jęku. Poleciłem, by owinięto mu ranę płótnem oderwanym z koszuli jednego z poległych, i odprawiłem go.

– Idź – rzekłem, wskazując ręką w dół rzeki. – Po prostu idź przed siebie.

Okaleczony szyper odwrócił się i ruszył w drogę. Odprowadziłem go wzrokiem, zastanawiając się, czy bogowie pozwolą mu przeżyć na tyle długo, by zaniósł wieść o moim okrucieństwie na opanowane przez wikingów ziemie. Wszyscy pozostali przy życiu jeńcy wkrótce je stracili.

– Dlaczego ich wygubiłeś? – zapytała moja młoda żona. Jej głos pełen był odrazy dla mego niewzruszonego braku litości.

– By zasiać trwogę w sercach Duńczyków – odparłem. – To chyba oczywiste.

– Czegóż mieli się bać, skoro ich zabiłeś?

Starałem się nie tracić cierpliwości.

– Nie oni. Okręt piracki opuścił Beamfleot – wyłuszczyłem – i nie powrócił – dodałem z naciskiem. – Wikingowie, chciwym okiem spoglądający na dostatnie ziemie Wessexu, usłyszeli o losie, jaki spotkał najeźdźców, i gdzie indziej ponieśli swoje miecze – tłumaczyłem jej prawidła wojny. – Wytracając do szczętu załogę jednej smoczej łodzi, ustrzegłem się przed koniecznością walki z setkami następnych.

– Pan Jezus by się radował, gdybyś okazał im łaskę – odrzekła w prostocie serca ma połowica. Niestety nie grzeszy rozsądkiem.

Finan odprowadził uwolnionych brańców do ich obróconej w proch osady. Jego ludzie dopomogli wieśniakom pogrzebać zabitych. Pozostali wojownicy zajęli się wieszaniem zwłok na konarach nadbrzeżnych drzew. Pętle sporządziliśmy z poszarpanych okryć poległych. Zagarnęliśmy zbroje, broń i naramienniki, a potem obcięliśmy trupom długie włosy, gdyż nie ma lepszego szczeliwa na poszycie okrętu od włosów zwyciężonych wrogów. Na koniec rozwiesiliśmy nagie zwłoki na gałęziach. Blade ciała kołysały się na wietrze, przyciągając chmary kruków, które zleciały się, by wydziobać pozbawione wyrazu oczy.

Za rufą pozostawiliśmy pięćdziesięciu trzech dyndających nad rzeką wisielców – jako przestrogę dla tych, którzy pragnęliby najechać nasze ziemie. Pięćdziesiąt trzy znaki ostrzegawcze mówiące piratom, że wypuszczając się w górę biegu Tamizy, winni sposobić się na śmierć.

Uczyniwszy, co należało, powiosłowaliśmy do domu, zabierając ze sobą zdobyczny okręt.

Oddech Węża, odśpiewawszy swą bojową pieśń, spoczywał cicho w miękkim runie pochwy.

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

– Umarły przemawia – oświadczył ni stąd, ni zowąd Aethelwold.

Wydawał się trzeźwy jak nigdy dotąd. Trzeźwy, przejęty trwogą i śmiertelnie poważny. Na zewnątrz szalała zimowa zawierucha. Porywy mroźnego wichru szarpały zaryglowanymi drzwiami i okiennicami, z gwizdem wdzierając się do domu, poruszały czerwonymi płomieniami lampek z sitowia, po czym ulatywały przez dymnik.

– Umarły, powiadasz?

– Wstaje z grobu i przemawia – rzekł bratanek króla Alfreda, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczyma, po czym pokiwał głową, jakby sam sobie przytakiwał. Jego wsparte na kolanach ręce poruszały się niespokojnie. – Mówię, co widziałem.

– Trup przemawia? – dziwiłem się.

– Wychodzi spod ziemi! – Aethelwold poruszył dłońmi, obrazując swe słowa.

– Kto taki?

– Umarły. Podnosi się z grobu i mówi. – Na obliczu uparcie wpatrującego się we mnie gościa odmalowało się wzburzenie. – To czysta prawda – dorzucił, widząc, iż nie daję mu wiary.

Przysunąłem się wraz z ławą bliżej ognia. Od czasu, gdy ujęliśmy wikingów i rozwiesiliśmy ich zwłoki nad rzeką, minęło dziesięć dni. Ciężkie krople lodowatego deszczu bębniły o zaryglowane okiennice. Jeden z dwóch wylegujących się przy palenisku ogarów, obudzony skrzypieniem drewna o kamień, podniósł łeb i rzucił mi pełne urazy spojrzenie. Dom został wzniesiony przez Rzymian, dlatego miast zarzuconej matami polepy miał wyłożoną kaflami podłogę i ściany z ciosanego kamienia. Deszcz przenikał przez otwór w strzesze, którą ułożyłem wraz ze swymi ludźmi.

– Co takiego powiedział umarły? – zaciekawiła się Gisela, moja małżonka, która powiła mi dwójkę dzieci.

Aethelwold nie od razu udzielił odpowiedzi. Może uważał za niestosowne, by kobieta zabierała głos w poważnych sprawach. Milczałem – na znak, że Gisela ma prawo wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w jej domu, a mój gość był zanadto przejęty, by dłużej czekać na pytanie wprost ode mnie.

– Wyjawił mi, że będę królem – wyznał półszeptem, spoglądając na mnie spod zmarszczonych brwi, jakby obawiał się ostrej repliki.

– A czego konkretnie? – spytałem chłodno.

– Wessexu – odrzekł. – Czegóż by innego?

– Ach tak, Wessexu – odparłem, jakbym pierwszy raz słyszał o takiej krainie.

– I zostanę królem! – uniósł się Aethelwold. – Tak jak był nim mój ojciec!

– Jak na razie koronę nosi brat twego ojca – napomniałem go – a ludzie chwalą sobie jego rządy.

– A ty? Czy zgadzasz się z ich zdaniem? – rzucił wyzywająco.

Odpowiedziałem milczeniem. Wszystkim doskonale wiadomo było, że żywiłem niechęć do Alfreda, a król nie był mi w tej mierze dłużny, mimo to nie uważałem, by królewski bratanek, Aethelwold, nadawał się na władcę. Mój gość, podobnie jak ja, dobiegał już wieku trzydziestu lat, a jak dotąd zasłynął jedynie jako zbereźny dureń i nieznający umiaru moczymorda. Niemniej jego pretensje do tronu nie były bezpodstawne. Ojciec Aethelwolda władał krainą Sasów zachodnich i gdyby Alfred miał choćby odrobinę rozsądku, dawno kazałby skrócić opoja o głowę. Król uważał jednak, że jego wiecznie przesiadujący nad kuflem ale bratanek nie może mu w niczym zaszkodzić.

– Gdzieś widział tę zmorę z zaświatów? – zainteresowałem się, ignorując jego pytanie.

Aethelwold machnął ręką w kierunku północy.

– Po drugiej stronie traktu – wyjaśnił. – Zaraz po drugiej stronie.

– Waeclingastraet*? – upewniłem się, a on pokiwał głową.

Wszystko wskazywało na to, że królewski bratanek, prócz tego, że – jak utrzymywał – podejmował rozmowy z umarłymi, zadawał się także z Duńczykami. Waeclingastraet to stara rzymska droga, która przecina całą Brytanię. Gdyby trzymając się jej, opuścić Londyn i podążyć w kierunku północno-wschodnim, dotarłoby się aż do walijskich brzegów Morza Irlandzkiego. Ziemie leżące na południe od tego starożytnego szlaku podlegały Sasom, a te leżące na północy zostały oddane w duńskie władztwo. Takie były warunki pokoju, jaki panował właśnie wtedy, w 885 roku. Niestety, ugoda ta stała się przyczyną niekończących się waśni i częstych przygranicznych utarczek.

– A zatem to duński umrzyk? – wypytywałem.

Przytaknął.

– Zwie się Bjorn – wyjaśnił. – Za życia był nadwornym skaldem Guthruma. Powiadają, że pieśniarz zginął niedługo po tym, jak odmówił wyraźnej prośbie króla i nie przyjął chrześcijaństwa. A teraz powraca z zaświatów, ilekroć zostanie przywołany. Widziałem go na własne oczy.

Zwróciłem ku Giseli pytający wzrok. Moja żona była Dunką, a opisane przez Aethelwolda wypadki nie przypominały żadnego ze znanych mi saskich rytuałów. Nadobna małżonka wzruszyła ramionami, z czego wywnioskowałem, że i ona pierwszy raz słyszy o podobnej magii.

– Kto przyzywa umarłego z zaświatów? – zapytała.

– Świeży trup – odrzekł Aethelwold.

– Trup? – Nie posiadałem się ze zdumienia.

– Ktoś musi wyprawić się do krainy umarłych – oznajmił, jakby to rozumiało się samo przez się – by odnaleźć Bjorna i ściągnąć go z powrotem.

– A zatem zabijają człowieka? – domyśliła się Gisela.

– A jak inaczej mogliby wyprawić posłańca w zaświaty? – burknął napastliwie Aethelwold.

– Ten Bjorn mówi po angielsku? – Zaciekawiło mnie to, gdyż wiedziałem, że królewski bratanek zna zaledwie parę duńskich słów.

– Owszem, mówi – odpowiedział mój gość, chmurząc się. Najwyraźniej nie czuł się dobrze w krzyżowym ogniu pytań.

– Kto cię do niego zawiódł? – naciskałem.

– Duńczycy – odrzekł oględnie.

Skrzywiłem się pogardliwie.

– Chcesz powiedzieć, że pojawili się jacyś Duńczycy, powiedzieli ci, że poeta z zaświatów chce z tobą mówić, a ty pokornie zgodziłeś się wybrać z nimi na ziemie Guthruma?

– Ofiarowali mi złoto – usprawiedliwił się. Aethelwold wiecznie był winien komuś pieniądze.

– A w jakim celu przybyłeś do mnie? – spytałem. Niespokojnie poruszył się na ławie i wpatrując się w Giselę, skręcającą nić z umocowanej na kądzieli wełny, popadł w milczenie. – Najpierw wyprawiasz się na ziemie Guthruma – nie ustępowałem – by porozumieć się z umarłymi, a zaraz potem zajeżdżasz do mego dworu. Dlaczego?

– Gdyż Bjorn przepowiedział, że także twoją głowę ozdobi korona – wyrzucił z siebie.

Chociaż nie mówił zbyt głośno, uniosłem rękę, by go uciszyć. Mimowolnie wpatrywałem się w przejście wiodące do pogrążonej w mroku sąsiedniej izby – jakbym spodziewał się tam ujrzeć nadstawiającego uszu szpiega. Miałem powody, by podejrzewać, że Alfred ma wśród mojej służby zaufanych ludzi, domyślałem się nawet, kto donosi władcy o mych poczynaniach. Nie byłem pewien, czy udało mi się rozpoznać wszystkich królewskich sługusów, więc nim przyjąłem niespodzianego gościa, rozesłałem czeladź z dala od dworu, by nikt nie mógł nas słyszeć. Mimo to wypowiadanie na głos podobnie wichrzycielskich uwag nie wydawało mi się zbyt roztropne.

Gisela zamarła z przęślicą i wrzecionem w rękach, uważnie przypatrując się Aethelwoldowi. Ja także wlepiałem w niego wzrok.

– Mógłbyś powtórzyć słowo w słowo, co ci powiedział? – zapytałem półgłosem.

– Umarły wieszczył, że ty – podjął już ciszej – że earl Uhtred zostanie wyniesiony na mercyjski tron.

– Ubzdryngoliłeś się?

– Skądże znowu – zaperzył się. – Wychyliłem tylko garniec ale. – Królewski bratanek nachylił się ku mnie. – Bjorn Umarły chce cię widzieć, by wyjawić twe przyszłe losy. Ty i ja, Uhtredzie. Będziemy królować po sąsiedzku. Taka jest wola bogów, którzy wyrażają ją ustami powstałego z martwych wysłańca. – Dygotał i pocił się obficie jak każdy pozbawiony napitku pijaczyna. Domyślałem się, że przejmujący lęk nie pozwalał mu sięgać po trunek, gdyż od lat nie widziałem go w podobnym stanie. Ta okoliczność przekonała mnie o jego prawdomówności. – Tamci chcą wiedzieć, czy jesteś gotów widzieć się z wysłannikiem z zaświatów – dodał jeszcze. – Jeśli tak, przyślą po ciebie umyślnego.

Spojrzałem na Giselę, a ona zwróciła się ku mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Objąłem ją wzrokiem – nie oczekiwałem od niej żadnej wskazówki, po prostu nie mogłem nadziwić się jej urzekającemu powabowi. Moja smagłolica Dunka, ukochana, cudna Gisela widać odgadła bieg mych myśli, gdyż na jej pociągłej, niemalże posągowej twarzy pojawił się łagodny uśmiech.

– Uhtred miałby nosić koronę? – Przerwała milczenie, kierując pytanie do gościa.

– Tak mówi umarły – odpowiedział buńczucznie Aethelwold – powołując się na wiedzę zasięgniętą od trzech sióstr. – Królewski bratanek miał na myśli Norny, władczynie losu, trzy prządki snujące nić naszego żywota.

– Uhtred miałby władać Mercją? – rzuciła z powątpiewaniem Gisela.

– A ty, pani, zostaniesz królową – dopowiedział gość.

Gisela skierowała na mnie pytające spojrzenie. Nie miałem gotowej odpowiedzi. Zadumałem się, przemyśliwując nad panującym w Mercji bezkrólewiem. Zmarły władca – prowadzany na duńskiej smyczy, niegodny miana króla saski kundel – nie pozostawił następcy. Pozbawiony władcy kraj został rozdrapany przez Sasów i Duńczyków. Prawdę mówiąc, w moich żyłach płynie także mercyjska krew, jako że jeden z tamtejszych ealdormanów – zasieczony w starciu z Walijczykami – był bratem mojej matki. A tron Mercji właśnie wtedy stał pusty.

– Wydaje mi się, że lepiej, abyś wysłuchał tego, co chce ci powiedzieć umarły – rzekła z powagą Gisela.

– Jeśli zjawi się ich wysłannik, tak właśnie uczynię – zadecydowałem, gdyż przybyły z zaświatów posłaniec przyzywał mnie, by obwieścić, że czeka na mnie mercyjski tron.

Nie minął tydzień, a ujrzałem Alfreda. Dzień był pogodny. Blada słoneczna tarcza wspinała się po jasnobłękitnym niebie, by w południe zawisnąć niewysoko nad zmarzniętą ziemią. Ospałe, opływające wyspy Sceaftes Eye i Wodenes Eye wody Tamizy zostały na skrajach ścięte lodem. Łyski, pardwy i perkozy pławiły się na skraju kry, podczas gdy na parujących w słońcu błotach Sceaftes Eye stada drozdów i kosów grzebały w poszukiwaniu robactwa.

Tu – w Coccham, na północno-wschodnich rubieżach Wessexu, nad brzegami zdążającej do Londynu Tamizy – stanął mój dom, w którym spędzałem już drugą zimę. Ja, Uhtred, northumbryjski pan – i wojownik do niedawna tułający się po całej Brytanii – zostałem budowniczym kupcem i ojcem. Służyłem Alfredowi, królowi Sasów zachodnich. Służyłem mu nie tyle z wyboru, ile przez wzgląd na wiążącą mnie z nim przysięgę.

Król wyznaczył mi ważne zadanie: miałem przeistoczyć Coccham w burh – ufortyfikowaną osadę. Z rozporządzenia Alfreda podobne twierdze wznoszono podówczas w całym Wessexie. Wszędzie na pograniczach powstawał pierścień zewnętrzny – nad brzegami mórz i rzek, jak również na rozległych pustaciach sąsiadujących z krainami dzikich kornwalijskich plemion** – wznoszono wały ziemne i palisady. Wprawdzie armia duńska z łatwością mogła ominąć przygraniczne fortece, lecz zmierzając ku sercu królestwa, natknęłaby się na kolejny pierścień nowo powstałych warowni, a każdy burh obsadzony był silnym garnizonem. Alfred – w przypływie jakże rzadkiego u niego żywiołowego entuzjazmu – przyrównał te grody obronne do gniazd, z których sascy wojownicy mogli wyroić się niczym osy, po czym dopaść i szybko pozbyć się najeźdźców. Fortyfikowano Exanceaster, Werham, Cisseceastre, Hastengas, Aescengum, Oxnaforda, Cracgelad, Waeced i tuzin innych miejsc, a każdego z nowych, opatrzonych wałami i palisadami burhów miały strzec setki włóczników. Dlatego, jak Wessex długi i szeroki, powstawały warownie, podobne do tej, w jaką – pod moim okiem – przeobrażało się niepokaźne Coccham.

Każdy liczący przynajmniej dwanaście wiosen Sas był zobowiązany wziąć udział w budowie umocnień. Wedle królewskich zarządzeń połowa trudniących się pracą na roli mężczyzn miała przyłączyć się do robót, a pozostali dbać o swe gospodarstwa. Oznaczało to, iż w Coccham powinienem mieć zawsze do dyspozycji pięciuset ludzi. W rzeczywistości zazwyczaj z ledwością udawało mi się skrzyknąć trzy setki chłopów. Ci najpierw usypali wały, później wycięli drzewa i wznieśli palisadę. Tak oto nad brzegiem Tamizy powstała strażnica. Gwoli ścisłości, składały się na nią dwie twierdze: pierwsza na południowym brzegu Tamizy i druga na Sceaftes Eye, rozległej wyspie dzielącej nurt rzeczny na dwoje. Owej zimy, w styczniu 885 roku, prace były bliskie ukończenia. Żaden duński statek nie mógł już bezkarnie łupić ziem na zachód od Coccham. Spragnieni zdobyczy łupieżcy mogli wprawdzie minąć nas i powiosłować w górę biegu Tamizy, lecz zostaliby zauważeni przez silną obsadę mego fortu, co równałoby się ich zgubie. Wikiński okręt nie miałby już odwrotu, jego załoga zostałaby dopędzona i utopiona we własnej krwi.

Tego ranka do pomostu na Sceaftes Eye przycumował duński statek kupiecki. Mój urzędnik zszedł na pokład, by przejrzeć zawartość ładowni i oszacować należne myto. Szyper imieniem Ulf wyszedł ku mnie, odsłaniając w uśmiechu bezzębne dziąsła. Na wstępie wręczył mi podarek – owiniętą w koźlęcą skórkę sporą bryłkę bursztynu.

– To dla pani Giseli – rzekł na przywitanie. – Mam nadzieję, że twoja małżonka, panie, cieszy się znakomitym zdrowiem.

– Aż kwitnie – odparłem, dotykając zawieszonego u szyi amuletu Thora.

– Powiadają, że urodziło ci się drugie dziecię, panie.

– Dziewczynka – potwierdziłem. – Gdzie doszła cię takowa wieść? – dopytywałem się.

– W Beamfleot – oznajmił stary dowódca łodzi, co wydawało się wielce prawdopodobne. Wprawdzie Ulf pochodził z Northumbrii, lecz w czasie srogiej zimy mało kto ważył się na dalekie morskie wyprawy. Najpewniej kupiec na czas chłodów pozostał u ujścia Tamizy i kursował od portu do portu wzdłuż pełnych zdradliwych płycizn, bagnistych wybrzeży Anglii Wschodniej. – Nie ma tego wiele – rzekł, wskazując ładownię statku. – Kupiłem trochę skór i żeleźca toporów w Grantaceaster i postanowiłem powieźć je w górę rzeki, by się przekonać, czy Sasom srebro nie ciąży zbytnio w sakiewkach.

– Widzi mi się, że przybyłeś tu raczej, by przyjrzeć się strażnicy i przekonać się, czy niczego jej nie brakuje – oświadczyłem. – Wyglądasz mi na szpiega, Ulfie, więc chyba powieszę cię na gałęzi.

– Nie uczynisz tego, panie – odparł niewzruszony.

– Przykrzy mi się bezczynność – podjąłem, wrzucając bursztyn do sakwy. – A widok dyndających, walczących ze śmiercią Duńczyków jest nad wyraz pocieszny.

– Skoro tak, musiałeś się tęgo uśmiać, panie – zauważył Ulf – kiedy wieszałeś załogę Jarrela.

– Czy tak właśnie się zwał? – spytałem. – Jarrel? Jakoś nie spytałem go o imię.

– Widziałem na nadbrzeżnych drzewach ze trzydziestu wisielców – oznajmił, ruchem głowy wskazując w dół rzeki – jeśli nie więcej. Kiedy tylko ujrzałem wiszące ciała, od razu pomyślałem sobie, że to sprawka pana Uhtreda.

– Tylko trzydziestu? – Zdziwiłem się. – Powinno być pięćdziesięciu trzech. Będę zmuszony zawiesić także twe nędzne truchło, by powetować sobie straty.

– A na cóż ci taki starzec jak ja? – rzucił beztrosko Ulf. – Większą pociechę miałbyś z jakiegoś gołowąsa. Młodzi zażarcie walczą o życie, nie to, co starzy. – To rzekłszy, szyper łypnął na swą łódź i splunął w kierunku wspartego o burtę rudego młokosa, który baranim wzrokiem wpatrywał się w północny horyzont. – Wyświadczyłbyś mi przysługę, gdybyś powiesił tego bękarta. To najstarszy dzieciak mojej żony. Śliska gadzina. Będzie się wił niczym piskorz.

– Lepiej byś mi powiedział, kto teraz jest najważniejszy w Londynie – zaproponowałem.

– Od czasu do czasu zawija tam jarl Haesten – odrzekł dowódca łodzi – załatwia swoje sprawy i odpływa.

Ta nowina szczerze mnie zdumiała. Znałem Haestena. Duńczyk przed laty złożył mi przysięgę, a potem, przy pierwszej nadarzającej się sposobności, ją złamał. Teraz wszakże wiódł wielu wojowników i uważał się za pana mieczy. Zaniepokoiła mnie wieść, że hultaj panoszy się w Londynie. Wiedziałem, że urządził sobie warowny obóz u wybrzeży Anglii Wschodniej, wszelako jego wypady do miasta leżącego u wrót Wessexu kazały mi przypuszczać, że mieniący się jarlem łotr będzie szukał zwady.

– Cóż go tam nosi? – zapytałem urągliwie. – Czyżby podbierał kaczki z sąsiedztwa?

Ulf zaprzeczył nieznacznym skinieniem głowy.

– Ma tam sprzymierzeńców, panie – rzekł niespiesznie.

Jego ton wzbudził moją czujność.

– Kogo?

– Braci Thurgilsonów – odpowiedział, a jego ręka powędrowała do wiszącego u szyi młota.

Pierwszy raz słyszałem o takim rodzie.

– Jakich Thurgilsonów?

– Sigefrida i Erika – wyjaśnił, wciąż ściskając amulet. – To jarlowie z Norwegii, panie.

To było coś zupełnie nowego. Dotychczas norweskie smocze łodzie nie zawijały do Wessexu. Często dochodziły nas słuchy o ich wyprawach łupieżczych na ziemie Szkotów i Irlandczyków, lecz, jak dotąd, wikingowie z dalekiej Północy nie niepokoili Sasów zachodnich.

– Przybili przed zaledwie dwoma dniami, panie – ciągnął Ulf – w dwadzieścia dwie łodzie. Haesten przyłączył się do nich ze swymi dziewięcioma okrętami.

Gwizdnąłem cicho. Trzydzieści statków to pokaźna flota. Norwescy wojownicy, pospołu z ludźmi Haestena, stanowili liczącą tysiąc mieczy armię. Najbardziej niepokojąca była wieść, że stanęła ona w Londynie, a więc tuż przy granicy Wessexu.

Londyn w owym czasie był dość niezwykłym miejscem. Na mocy umów należał do Mercji, ale jako że wtedy królestwo to pozostawało bez władcy, i samo miasto nie miało żadnego pana. Nie trzymali go w garści ani miejscowi Sasi, ani londyńscy Duńczycy, lecz jedni i drudzy żyli ze sobą w zgodzie. Równie łatwo było tam zdobyć fortunę, jak stracić życie. Port usytuowany na styku trzech krain – Mercji, Anglii Wschodniej i Wessexu – przyciągał kupców, handlarzy i ludzi morza. Teraz zaś, jeśli wierzyć słowom Ulfa, za londyńskimi murami ulokowała się silna wikińska armia.

Szyper zachichotał złośliwie.

– Mają was jak szczury w worku, panie.

Zastanawiało mnie, jakim sposobem tak liczna flota zdołała przedostać się w górę rzeki i zająć Londyn, a ja o tym nic nie wiedziałem. Burh w Coccham oddalony był od miasta zaledwie o dzień drogi i jeśli działo się tam cokolwiek wartego uwagi, z reguły wieści o tym docierały do mnie bezzwłocznie. Tymczasem wróg zawładnął Londynem, a ja nawet nie byłem tego świadom.

– Czyżby bracia Thurgilsonowie posłali cię, byś obwieścił ich przybycie? – zapytałem, domyślając się, że Norwegowie i Haesten zawładnęli Londynem, by ktoś (przypuszczalnie Alfred), kto chciał jak najrychlej ujrzeć oddalające się rufy wikińskich okrętów, wypłacił im okup.

Tylko w takim wypadku powiadomienie nas o zajęciu miasta leżałoby w ich interesie.

Ulf ponuro pokiwał głową.

– Odbiłem, kiedy tylko zobaczyłem ich smocze stewy, panie. Nie dość, że płacę myto wam, musiałbym jeszcze oddać połowę ładunku tamtym. – To rzekłszy, szyper się wzdrygnął. – Jarl Sigefrid to niebezpieczny człek, panie. Wolę nie mieć z nim do czynienia.

– Jak to się stało, że nie doszły mnie słuchy o ich przymierzu z Haestenem? – zdumiałem się na głos.

– To świeża sprawa, panie – oświadczył stary dowódca łodzi. – Bracia Thurgilsonowie byli w kraju Franków, a wracając stamtąd, wzięli kurs wprost na Londyn.

– Przywodząc tutaj dwadzieścia dwa okręty pełne norweskich zabijaków – dorzuciłem gorzko.

– To zbieranina zewsząd, panie – sprostował Ulf. – Duńczycy, Fryzowie, Sasi i Norwegowie. Sigefrid przyjmuje na swoje statki wszelkie tałatajstwo, jakie pleni się wszędzie, gdzie bogowie wytrząsają cebrzyki z niebiańskimi nieczystościami. To horda łapczywych psów, panie, najemnych łotrów ze wszech stron świata.

Bezpańscy wojownicy to najstraszliwsi najeźdźcy. Nie wiążą ich żadne przysięgi. Wygłodniali i żądni sławy, torują sobie drogę mieczami, które są całym ich dobytkiem. Wiem, co mówię, gdyż sam przez długie lata nie uznawałem żadnego pana.

– Czyli należy się spodziewać, że bracia Thurgilsonowie nastręczą nam kłopotów? – zapytałem.

– Sigefrid i jego zakapiory, gdziekolwiek się pojawią, powodują problemy – odparł stary szyper. – O jego młodszym bracie Eriku ludzie mają raczej przychylne zdanie, ale Sigefrid tylko czeka, by siać niepokój.

– Sądzisz, że zadowoli się okupem? – drążyłem dalej.

– Może – odrzekł bez przekonania Ulf. – Musi przecież opłacić ludzi, a w kraju Franków nie znalazł nic prócz mysich bobków. Zresztą któż miałby uiścić daninę? O ile mi wiadomo, Londyn należy do Mercji.

– Zgadza się – odrzekłem.

– A Mercja nie ma władcy – dorzucił. – To zadziwiające. Jak może istnieć królestwo bez króla?

Jego pytanie przypomniało mi odwiedziny Aethelwolda. Dotknąłem amuletu Thora.

– Słyszałeś może o umarłych powracających z zaświatów? – zapytałem.

– Powracających z zaświatów? – Szyper wytrzeszczył oczy i przejęty trwogą także musnął wiszący u jego szyi młot. – Miejsce umarłych jest w Niflheimie, panie.

– Czy dawni czarownicy nie byli w stanie przywrócić umarłych do życia? – dopytywałem się.

– Jeśli wierzyć prastarym opowieściom… – zaczął ostrożnie Ulf, zaciskając dłoń wokół amuletu.

– Co to za opowieści?

– Z dalekiej Północy – podjął niechętnie – z krainy lodu i brzóz, gdzie, jak powiadają, dzieją się rzeczy niepojęte. W tamtych stronach mawiają, że w ciemnościach szybują zjawy o ludzkiej postaci. Słyszałem też o wędrujących po powierzchni zamarzniętych mórz widziadłach, ale nigdy nie natknąłem się na nic podobnego. – Po tych słowach starzec uniósł młot Thora i przytknął go do bezzębnych ust. – Widzi mi się, że to bujdy, którymi raczy się dziatwę w długie wieczory, panie.

– Zapewne – odrzekłem powściągliwie.

Zwróciłem się w stronę chłopca biegnącego wzdłuż świeżo wzniesionej palisady. Pędził, przeskakując ułożone na wałach, przeznaczone na budowę nabrzeża okrąglaki. Z trudem wyhamował u stóp pomostu, wspiął się na niego i stanął przede mną, zbyt zdyszany, by powiedzieć, z czym przybywa. Odczekałem, aż złapie oddech.

– Haligast, panie – wyrzucił z siebie. – Haligast!

Ulf przyglądał mi się pytająco. Jak każdy duński kupiec trochę władał angielskim, ale słowo „haligast” nic mu nie mówiło.

– Duch Święty – przetłumaczyłem na duński.

– Zbliża się – wydyszał podekscytowany pachołek i wskazał palcem w górę rzeki. – Będzie tu lada chwila!

– Nadchodzi Duch Święty? – szyper się przeraził. Najpewniej nigdy nie słyszał o Świętej Trójcy, a strwożony moimi wcześniejszymi pytaniami o wracających do życia umarłych, ani chybi spodziewał się upiornego widziadła.

– To okręt królewski – uspokoiłem go i zapytałem chłopca: – Czy król jest na pokładzie?

– Na maszcie powiewa jego sztandar, panie – odrzekł rzeczowo.

– Zatem czeka nas królewska wizyta – skonstatowałem.

Ulf poprawił opończę.

– Alfred? Co go tu sprowadza?

– Pragnie się upewnić co do mojej prawomyślności – rzuciłem sucho.

Ulf rozpromienił się w bezzębnym uśmiechu.

– Oho, czyli nic nie jest jeszcze przesądzone. Może to ja zobaczę ciebie dyndającego na stryczku, panie.

– Potrzebne mi będą żeleźca toporów – odparłem krótko. – Zanieś do mego dworu najlepsze, jakie masz. Targu dobijemy później.

Królewski przyjazd nie był dla mnie zaskoczeniem. W owym czasie Alfred bez ustanku krążył od jednego burhu do drugiego, przeprowadzając oględziny wznoszonych w całym kraju fortec. W tym celu raz na parę miesięcy zawijał do Coccham, byłem jednak przeświadczony, że tym razem nie sprowadza go chęć ujrzenia umocnień. Alfred pragnął dowiedzieć się, co też mogło przywieść w me progi jego bratanka. Królewscy zausznicy wypełnili swój obowiązek i oto władca przybywał, ażeby wziąć mnie na spytki.

Monarszy okręt pruł wezbrane wody. Zimą o wiele sprawniej podróżuje się Tamizą niż lądem. Alfred upodobał sobie Haligasta, gdyż w czasie podróży mógł kontynuować swe studia na jego pokładzie, a to dlatego, że na rufie okrętu kazał zbudować małą pracownię, gdzie ulokowano królewski pulpit. Haligasta napędzało dwadzieścia wioseł. Prócz żeglarzy w obszernej łodzi mieściła się połowa drużyny przybocznej Alfreda i nieodłączni towarzysze władcy – słudzy Kościoła. Na szczycie masztu łopotała chorągiew z zielonym smokiem. Poprzeczne drzewce – które, gdy statek wychodził w morze, utrzymywały żagiel – także ozdobiono proporcami. Nad lewą burtą Ducha Świętego falowała postać nieznanego mi męczennika, nad prawą zaś widniał wyhaftowany na zielonym suknie biały krzyż. Tuż za pierwszym statkiem płynął drugi, a na nim pozostali wojownicy ze straży królewskiej i dorównujący im liczbą zastęp księży. Okręt ten zwał się Heofonhlaf. Nazwa ta oznaczała tyle co „manna z nieba”. Tylko Alfred mógł w ten sposób ochrzcić łódź bojową.

Pierwszy przycumował Heofonhlaf. Dwudziestu dzierżących tarcze i włócznie mężczyzn, podzwaniając zbrojami, wygramoliło się na drewniany pomost i utworzyło dwa szpalery. Wtedy przybił Haligast, z łoskotem uderzając dziobem o pale, tak iż stojący na pokładzie król zachwiał się, niemalże tracąc równowagę. Niejeden władca kazałby wypruć flaki sternikowi, który wystawił go na podobną utratę godności, lecz Alfred zdawał się niczego nie dostrzegać, nazbyt pochłonięty żywiołową rozmową z zakonnikiem o wychudłym obliczu i gładko ogolonych bladych policzkach. Mnich Asser z Walii – jak mi mówiono – ostatnimi czasy dosłużył się miana królewskiego ulubieńca. Braciszek zakonny szczerze mnie nienawidził. I słusznie, jako że i ja żywiłem do niego nieprzepartą niechęć. Mimo to uśmiechnąłem się szeroko, co miało taki skutek, że mnich zatrząsł się z oburzenia i odsunął z odrazą tak gwałtowną, jakbym przy suto zakrapianej wieczerzy zwymiotował wprost na jego sutannę, po czym, nachyliwszy się ku Alfredowi, począł coś do niego szeptać. Władca miał na sobie długi czarny płaszcz, przez co niewiele różnił się od mnicha. Wrażenie to potęgował świecący na czubku królewskiej głowy łysy placek przypominający tonsurę. W dodatku jego dłonie były wiecznie powalane atramentem, co jeszcze bardziej upodabniało go do uczonych Kościoła. Pociągłe, emanujące powagą monarsze oblicze odznaczało się chorobliwą bladością, jeszcze bardziej widoczną na tle jego ciemnych szat. Chociaż król miał w zwyczaju golić brodę, owego dnia jego policzki porastał przydający mu lat, niezbyt gęsty, w znacznej mierze posiwiały już zarost.

Skoro tylko załoga Haligasta rzuciła cumy, Alfred, ująwszy ramię swego osobistego spowiednika, zszedł na pomost. Walijczyk nosił na piersiach pokaźny krucyfiks. Król, musnąwszy dłonią krzyż, zwrócił się do mnie serdecznie:

– Niezastąpiony earl Uhtred! – Był dla mnie wyjątkowo uprzejmy, aczkolwiek nie sądzę, by rzeczywiście cieszył się na mój widok, gdyż podejrzewał mnie o zdradzieckie intrygi. W jakimże bowiem innym celu mogłem zapraszać jego bratanka do wspólnej wieczerzy?

– Mój czcigodny królu – odpowiedziałem, kłaniając się władcy.

Brata Assera potraktowałem jak powietrze. Niegdyś Walijczyk, w królewskiej obecności, oskarżył mnie o piractwo, mordy, a także tuzin innych przewinień. I chociaż większość jego zarzutów była zasadna, nie udało mu się zbytnio mi zaszkodzić. Mnich, rzuciwszy mi pełne wzgardy spojrzenie, odwrócił się ostentacyjnie i przez rozmiękłe błoto pomknął w kierunku żeńskiego klasztoru w Coccham, jak sądzę po to, by upewnić się, że żadna z miejscowych zakonnic nie jest brzemienna, pijana lub nazbyt uśmiechnięta.

Alfred – chroniony przez dowodzącego królewską drużyną Edwina i szóstkę jego ludzi – obszedł świeżo ukończony wał z palisadą. Omiótł też wzrokiem statek Ulfa, lecz nie zainteresował się nim. Wiedziałem, że mam obowiązek powiadomić go o tym, co zaszło w Londynie, ale wolałem z tym poczekać, aż król zaspokoi swoją ciekawość co do mych niedawnych poczynań. Alfred przeprowadził skrzętne oględziny umocnień, ale, jak należało się spodziewać, nie znalazł nic, co wzbudziłoby jakiekolwiek zastrzeżenia. Prace w Coccham były daleko bardziej posunięte niż w którymkolwiek z pozostałych burhów. Najbliższa ze strażnic nad Tamizą, położona na zachód od naszej, ledwie wtedy wystawała nad ziemię. Wznoszono tam wały, na których dopiero miała stanąć palisada. W Oxnaforda zaś – wskutek fali ulewnych deszczów – liche umocnienia osunęły się do fosy tuż przed świętem Yule. Tymczasem w Coccham stała już nieomal ukończona forteca.

– Dochodzą mnie słuchy, że fyrd nie garnie się do pracy. Czy zgodziłbyś się z tą opinią? – zapytał król.

Fyrd to pospolite ruszenie wolnych chłopów, w którym służą wszyscy zdolni do walki mieszkańcy danej ziemi. Mocą królewskich dekretów mężczyźni z fyrdu zostali powołani do budowy fortyfikacji, a następnie służby na nowo powstałych wałach.

– W istocie, ludzie wzbraniają się przed udziałem w budowie strażnicy, panie – oświadczyłem.

– Zatem jakim sposobem udało ci się doprowadzić prace do tak zaawansowanego stanu?

Uśmiechnąłem się lekko.

– Powiesiłem dziesięciu wichrzycieli – odrzekłem – a wtedy reszta z miejsca ochoczo zabrała się do dzieła.

Alfred zatrzymał się na wzniesieniu, skąd mógł widzieć długi odcinek rzeki oddalającej się ku wschodniemu horyzontowi. Po gładkiej tafli sunęły stadka łabędzi. Król zapatrzył się w dal, a ja obserwowałem jego blade oblicze, naznaczone dręczącą monarchę chorobą. Pokrywająca twarz siateczka zmarszczek wydała mi się gęstsza, niż kiedy widziałem władcę ostatnim razem. Nagły bolesny skurcz ściągnął jego prawie białą twarz. Niemal od zawsze nękały go dojmujące bóle brzucha.

– Doniesiono mi – oznajmił oschle – że straciłeś ich bez sądu.

– W rzeczy samej, panie.

– W Wessexie istnieją określone prawa – dorzucił z przyganą.

– Gdyby nie udało się wznieść burhu, kto wie, jak długo istniałby Wessex? – zapytałem.

– Mam wrażenie, że znajdujesz upodobanie w podważaniu mych racji – odparł, łagodniejąc.

– Nic podobnego. Złożyłem ci przysięgę i staram się sumiennie wykonać twoje rozporządzenia, panie.

– W takim razie nie wieszaj już mych poddanych, nie zapewniwszy im najpierw godziwego procesu – przykazał surowo. Potem odwrócił się i wbiwszy wzrok w północny brzeg Tamizy, podjął: – Obowiązkiem króla jest wymierzanie sprawiedliwości, earlu Uhtredzie. Taka jest rola władcy. A czymże jest królestwo pozbawione silnej ręki, jeśli nie siedliskiem bezprawia? – Mówił spokojnie, ale bacznie mi się przypatrywał. Ogarnął mnie lęk. Wcześniej trwałem w przekonaniu, że monarcha pragnie jedynie wywiedzieć się, o czym rozprawiałem z Aethelwoldem. Jednakże jego obserwacje – odnoszące się do Mercji i panującego tam bezkrólewia – wskazywały jasno, że znał już przebieg pogawędki, którą uciąłem sobie z jego bratankiem owego wieczoru wśród rozszalałej wichury i bębniącego deszczu. – Są wśród nas tacy – ciągnął – którzy wręcz palą się, by zająć wolny tron. – Urwał, pozostawiając mnie w przeświadczeniu, że doskonale są mu znane szczegóły poufnej, jak do tamtej chwili mniemałem, rozmowy z jego krewnym. Ku mej nieopisanej uldze już w następnym zdaniu władca zdradził się ze swoją niewiedzą. – Chociażby mój bratanek Aethelwold – zasugerował.

Wybuchnąłem śmiechem, tym głośniejszym, że wreszcie mogłem odetchnąć pełną piersią.

– Aethelwold – parsknąłem – ani myśli o Mercji! Jego wzrok zwrócony jest na twój tron, panie.

– I zdradził się z tym przed tobą? – zapytał z napięciem władca.

– Powiedział mi to otwarcie – odrzekłem. – Aethelwold opowiada o tym komu popadnie!

– Czy w tej właśnie sprawie złożył ci wizytę? – spytał wprost.

– Twój bratanek przybył do Coccham, gdyż chciał kupić ode mnie konia – skłamałem. – Wpadł mu w oko mój zacny ogier Smoca, który, jak mu to zresztą wyłuszczyłem, nie jest na sprzedaż.

Smoca był wierzchowcem o niesłychanie rzadkiej, na poły czarnej, na poły siwej maści. Stąd jego imię: Dym. Rączy ogier dopędzał każdego konia, za którym puszczałem się w pogoń. Co więcej, dzielny kompan nie lękał się niczego – ani ludzi, ani tarcz, ani szczęku oręża. W całej Brytanii nie było chyba wojownika, który nie chciałby go ode mnie kupić.

– I przy tej okazji opowiadał ci o swych marzeniach o tronie? – dopytywał się król z niedowierzaniem.

– Aethelwold rozprawia o swych ambicjach przy każdej sposobności – wyjaśniłem.

– Dlaczego nic mi o tym nie wspomniałeś? – powiedział z wyrzutem.

– Gdybym miał donosić ci o każdym słowie Aethelwolda, które świadczy o jego zdradzieckich knowaniach, byłbyś się ode mnie nigdy nie opędził. Jeśli chcesz znać moje zdanie, dawno już powinieneś był pozbawić go głowy.

– To mój bratanek – odparł chłodno Alfred. – W jego żyłach płynie ta sama krew co w moich.

– Co nie znaczy, że nie można urżnąć mu głowy – zauważyłem.

Król machnął dłonią, jakby myśl ta wydała mu się niegodna uwagi.

– Zastanawiałem się, czy nie uczynić go królem Mercji – zwierzył się – ale ten bęcwał nie utrzymałby się na tronie.

– Mógłby z niego spaść – zgodziłem się.

– To nieudacznik – dodał ze wzgardą – a Mercji potrzebny jest silny władca, ktoś, kogo Duńczycy będą się obawiać. – Przyznaję, że słysząc owe słowa, byłem przekonany, iż król ma na myśli mnie. Byłbym upadł przed nim na kolana, by dziękować i ująć jego prawicę, lecz on rychło wyprowadził mnie z błędu: – Twój kuzyn powinien sprawdzić się w tej roli.

– Aethelred! – Byłem zbyt wstrząśnięty, by ukryć odrazę, jaką czułem dla pyszałkowatego, cherlawego pierdoły, jakim był mój kuzyn.

Chełpliwy pokurcz miał wszelako dość sprytu, by zdobyć sobie przychylność Alfreda, a ten powziął zamiar wydania za niego swej ukochanej córki.

– Uczynię go ealdormanem Mercji – ciągnął król – którą będzie władał z moim błogosławieństwem.

Innymi słowy mój niewydarzony krewniak miał osiąść na mercyjskim tronie, ale, jak każdy inny ealdorman w Wessexie, podlegać władzy króla Sasów zachodnich. Prawdę mówiąc, takie rozwiązanie było dla Alfreda o wiele korzystniejsze, niż gdyby oddał Mercję mnie. Król mógł liczyć na lojalność Aethelreda – związanego z nim nie tylko przysięgą, ale i małżeństwem z jego córką Aethelflaed. W ten sposób Mercja, a przynajmniej jej część położona na południe od Waeclingastraet, stałaby się prowincją Wessexu.

– Skoro mój kuzyn obejmie we władanie Mercję, będzie także panem Londynu? – Chciałem się upewnić.

– Jakżeby inaczej?

– Zatem czekają go spore nieprzyjemności, panie – zauważyłem nie bez złośliwej satysfakcji, wyobrażając sobie pyszałkowatego krewnego stającego oko w oko z tysiącem wiedzionych przez norweskich jarlów siepaczy. – A to dlatego, iż przed dwoma dniami do Londynu przybiła wikińska flota – ciągnąłem. – Przywiedli ją jarlowie Sigefrid i Erik Thurgilsonowie. Wraz z okrętami sprzymierzonego z nimi Haestena liczy trzydzieści jeden okrętów. Z tego, co mi doniesiono, panie, wynika jasno, że Londyn jest w rękach Norwegów i Duńczyków.

Alfred przyjął tę wieść posępnym milczeniem. Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w unoszące się na wezbranych wodach łabędzie. Pobladł jeszcze bardziej, a mięśnie jego zaciśniętych szczęk zagrały niespokojnie.

– Czyżby cię to cieszyło? – zapytał z goryczą.

– W żadnym razie, panie – zapewniłem go.

– Jak to się, na miłość boską, mogło stać? – sarknął rozdrażniony i odwrócił się ku mnie, omiatając wzrokiem ostrokół. – Bracia Thurgilsonowie dopiero co najechali kraj Franków.

Ja sam jeszcze tego ranka nie wiedziałem o istnieniu Sigefrida i Erika, ale król musiał bacznie śledzić poczynania grasujących za wodą wikingów.

– Obecnie zaś hulają w Londynie – oświadczyłem beznamiętnie.

Król przygryzł usta i pogrążył się w myślach. Wiedziałem, co go gnębi. Do portów handlowych nad Tamizą przybijają statki z państw położonych na całym świecie. Duńczycy i Norwegowie, tamując nam przystęp do otwartego morza, mogli całkowicie sparaliżować Wessex. Wprawdzie pozostawały nam inne wybrzeża kraju i porty nad pomniejszymi rzekami, ale to właśnie Tamiza stanowiła dla Sasów zachodnich życiodajny szlak żeglowny, przyciągający kupców z najdalszych stron świata.

– Żądają daniny w srebrze? – zapytał rozgoryczony władca.

– To już zmartwienie Mercjan, panie – odpowiedziałem.

– Nie udawaj głupszego, niż jesteś! – żachnął się rozjuszony. – Doskonale wiesz, że chociaż Londyn leży w Mercji, rzeka służy krainom leżącym na obu jej brzegach. – Wyrzuciwszy z siebie te gniewne słowa, wbił wzrok we wschodni horyzont, jakby spodziewał się tam ujrzeć maszty norweskich smoczych łodzi. – Jeśli wkrótce się nie wyniosą – powiedział przez zaciśnięte zęby – będziemy musieli ich przegnać.

– Tak, panie.

– A będzie to – oznajmił stanowczo – prezent ślubny dla twego kuzyna…

– Co takiego? Londyn? – Zdumiałem się.

– …który osobiście mu ofiarujesz – przykazał surowo król. – Odbijesz Londyn, zwrócisz go ealdormanowi Mercji, earlu Uhtredzie. Nim nadejdzie dzień Świętego Dawida***, powiadomisz mnie, jakie siły będą ci potrzebne, by zwycięstwem uświetnić zaślubiny Aethelreda z Aethelflaed. – Urwał i zmarszczywszy brwi, dorzucił: – Twój kuzyn będzie przewodził armii, lecz nazbyt pochłonięty innymi sprawami, nie będzie miał głowy, by obmyślać wyprawę wojenną, dlatego ciężar przygotowań spadnie na twoje barki. Będziesz mu też służył radą podczas całej kampanii.

– Mam być jego doradcą? – zapytałem z niesmakiem.

– Nie inaczej – oznajmił szorstko Alfred.

Król nie został na wieczerzę. Zamiast tego udał się do kościoła, gdzie oddał się modłom, po czym ofiarował srebro na rzecz klasztoru żeńskiego i wrócił na pokład Haligasta, który wkrótce zniknął nam z oczu w górze rzeki.

I tak oto zostałem obarczony misją usunięcia najeźdźców z Londynu, za który to czyn cała chwała spłynąć miała na mojego kuzyna Aethelreda.

Dwa tygodnie później niespodziewanie wezwano mnie, bym stawił się na spotkanie z umarłym.

Każdego poranka, jeśli tylko śniegi nie zawiały traktów, u bram mego dworu zbierała się gromada ludzi ze sprawami do rozsądzenia. Jako pan Coccham miałem obowiązek zajmować się wszelkimi sporami i wymierzać sprawiedliwość. Sprawowałem władzę sądową na mocy upoważnienia Alfreda, którego król udzielił mi, wiedząc, iż pozbawiony takich uprawnień pan nie byłby w stanie wznieść burhu. Przyznał mi ponadto prawo do dziesiątej części zbiorów w północnym Berrocscire. Na jesieni, prócz wozów ze zbożem, przyprowadzano mi także bydło i nierogaciznę. Wszystko to miało posłużyć do zakupu drewna na palisadę i broni dla strzegącej twierdzy zbrojnej załogi. A że takie przywileje umożliwiają prywatę, Alfred zaś powątpiewał w mą uczciwość, przydzielił mi szczwanego księżynę Wulfstana, który miał patrzeć mi na ręce. Tymczasem to właśnie królewski pełnomocnik skłaniał mnie do nadużyć. Pewnego letniego popołudnia duchowny zjawił się u mnie, a po jego tępym obliczu błąkał się przebiegły uśmieszek. Napomknął, iż wysokość opłat, które wiozący towary w górę rzeki kupcy wnoszą do naszego skarbca, nie jest z góry określona. Co za tym idzie, Alfred nie jest w stanie ustalić, czy odprowadzamy je w całości. Rzekłszy to, klecha oczekiwał na mą aprobatę. Przywaliłem mu w ogoloną czaszkę, aż się zatoczył, i wyprawiłem pod strażą na dwór królewski. Wraz z nim wysłałem pismo, w którym przedstawiłem jego matactwa. Uwolniwszy się od natręta, przywłaszczyłem sobie znaczną część uzyskanego cła. Księżyna był skończonym gamoniem. Nigdy, przenigdy nie należy otwarcie przyznawać się do krętactwa, chyba że przybiera ono tak ogromne rozmiary, iż nie da się go ukryć. Wówczas należy uzasadnić je jako strategię albo poprzeć racją stanu.

Nie zabrałem dla siebie zbyt wiele, nie więcej niż kto inny zgarnąłby, będąc na moim miejscu. Poza tym szybko postępujące prace nad strażnicą świadczyły dobitnie, że należycie wykonuję powierzone mi przez Alfreda zadania. Zresztą wznoszenie konstrukcji obronnych sprawiało mi niekłamaną satysfakcję. Niewiele jest w życiu równie niewyszukanych przyjemności jak długie pogawędki z rękodzielnikami, podczas gdy ci z wprawą rozszczepiają, kształtują i łączą drewniane bale.

Ponadto dzień w dzień rozsądzałem spory swoich poddanych i zawsze starałem się czynić to z największą sumiennością, wedle zasad wpojonych mi przez ojca, ealdormana Bebbanburga. Po wielokroć powtarzał, że pierwszą powinnością pana jest dbanie o dobro zaprzysiężonych mu ludzi, którzy skłonni są wybaczyć panującemu wszelkie przewiny, jeśli tylko ten zapewni im spokój i bezpieczeństwo. Dlatego dzień w dzień pochylałem się nad ludzką niedolą. Owego dnia, dwa tygodnie po królewskiej wizycie, na rozmiękłym podwórcu klęknęło przede mną jakichś dziesięciu ludzi przybyłych do Coccham pomimo ustawicznego lodowatego deszczu. Nie przypominam sobie już dokładnie, jakiej natury skargi sprowadziły ich pośród takiej szarugi, najpewniej były to waśnie o przesunięty kamień graniczny czy zaległe opłaty ślubne. Sprawnie rozsądzałem spory, wydając wyroki wedle tego, co podpowiadały mi intuicja i zdolność obserwacji. Gdy nie miałem pewności, za kłamców uznawałem z reguły nieokrzesanych i zuchwałych, natomiast bardziej rozżalona strona znajdowała moje współczucie i poparcie. Z pewnością zdarzały mi się omyłki, jednak zyskałem sobie opinię rzetelnego sędziego. Ludzie zdawali się cenić moje zdanie w głównej mierze dlatego, że nie faworyzowałem zamożnych ani nie przyjmowałem łapówek.

Jednego z oczekujących tego ranka mężczyzn pamiętam doskonale. Człowiek ten był sam, co zdarzało się niezmiernie rzadko, gdyż zazwyczaj składający skargę przybywali w licznym towarzystwie krewnych i przyjaciół, którzy pod przysięgą poświadczali słowa dochodzącego krzywd. On jeden przybył samotnie i z uporem ustępował innym pierwszeństwa. Nie ulegało wątpliwości, że chciał, abym wysłuchał jego zgryzot na samym końcu. Podejrzewałem, że pragnie mi przedstawić jakąś zawiłą, wymagającą więcej uwagi kwestię, więc skłonny byłem zakończyć poranne sądy, nie wysłuchując go w ogóle. Ostatecznie jednak przywołałem go, a wtedy, wbrew mym obawom, okazał się oszczędny w słowach.

– Bjorn nęka moje ziemie, panie – oznajmił bez wstępów, przyklękając z pochyloną głową, tak że skołtunione, zlepione błotem włosy przesłoniły jego twarz.

Z początku nie pojąłem, o kim mowa.

– Bjorn? – Zdziwiłem się. – Jaki Bjorn?

– Ten, który nocą narusza moją ziemię, panie.

– To Duńczyk? – zapytałem.

– On wstaje z grobu, panie – odrzekł.

Naraz zrozumiałem, o co chodzi, i kazałem mu zamilknąć, by spisujący me orzeczenia kleryk nie posłyszał nazbyt wiele.

Ująłem klęczącego pod brodę i uniósłszy ją, przyjrzałem się wychudłemu obliczu przybysza. Mówił jak rodowity Sas.

– Skąd przybywasz? – zwróciłem się do niego po duńsku.

– Z niespokojnych stron, panie – odrzekł w tym samym języku, lecz sposób, w jaki cedził słowa, przekonał mnie, że nie jest to jego rodzima mowa.

– Po drugiej stronie traktu? – spytałem, ponownie przechodząc na zachodniosaski.

– Tak, panie.

– Wiadomo ci, kiedy Bjorn znów nawiedzi twego pana?

– Za dwa dni, panie. Pojawi się po wschodzie księżyca.

– Przysłano cię, byś wskazał mi drogę?

– Tak, panie.