Piranesi - Susanna Clarke - ebook

Piranesi ebook

Susanna Clarke

4,3

Opis

Długo wyczekiwany powrót autorki sprzedanego w milionach egzemplarzy bestsellera Jonathan Strange i pan Norrell

Piranesi mieszka w Domu. Być może, mieszka w nim od zawsze.

W swoich dziennikach dzień po dniu sumiennie opisuje jego cudowności: labirynt komnat, tysiące tysięcy posągów, przypływy morza przetaczające się z hukiem po schodach, chmury płynące w wolnej procesji przez górne sale.

We wtorki i piątki Piranesi spotyka się ze swoim przyjacielem, Tym Drugim. Kiedy indziej składa Umarłym ofiary z jedzenia i lilii wodnych. Najczęściej jednak jest samotny.

Pojawiają się wiadomości, wypisane kredą na posadzce. Do Domu przybył ktoś nowy. Kim jest? Czego chce? Czy jest przyjacielem? Czy też – jak twierdzi Ten Drugi – zwiastunem zniszczenia i szaleństwa?

Zaginione teksty muszą zostać odnalezione, a tajemnice odkryte. Świat, który wydawał się Piranesiemu znajomy, staje się obcy i niebezpieczny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (149 ocen)
81
42
19
6
1
Sortuj według:
Blair_B

Nie oderwiesz się od lektury

Uważam, że Piranesi to historia wyjątkowa oraz jedyna w swoim rodzaju – podobnie jak sam protagonista – i powinien przeczytać ją każdy, nawet jeśli jest się czytelnikiem nienawykłym do fantastyki. Myślę, że ten tytuł ma możliwość niejedną osobę w jakiś pozytywny sposób zaskoczyć, jeżeli tylko da mu się na to szansę.
20
aniasci

Nie oderwiesz się od lektury

Intrygująca, choć niedługa, niezwykła książka. Polecam!
00
Helenaaaa

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo wciągająca, pełna pięknych opisów i niezwykłego świata. Napisana pięknym językiem, bardzo przyjemnie się czyta i ciężko się oderwać.
00

Popularność




Część 1. Pir­nesi

Część 1

Pira­nesi

Kiedy Księ­życ wze­szedł w Trze­ciej Sali Pół­noc­nej, uda­łem się do Dzie­wią­tego Westy­bulu

Wpis z Pierw­szego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Kiedy Księ­życ wze­szedł w Trze­ciej Sali Pół­noc­nej, uda­łem się do Dzie­wią­tego Westy­bulu, aby tam być świad­kiem połą­cze­nia trzech Przy­pły­wów. Coś takiego zda­rza się zale­d­wie raz na osiem lat.

Dzie­wiąty Westy­bul jest wyjąt­kowy ze względu na troje znaj­du­ją­cych się w nim ogrom­nych Scho­dów. Wzdłuż Ścian stoją w nim mar­mu­rowe Posągi: są ich dosłow­nie setki, usta­wio­nych jedne na dru­gich i pię­trzą­cych się Rząd za Rzę­dem daleko wzwyż.

Wspią­łem się na Ścianę Zachod­nią pięt­na­ście metrów ponad Posadzkę, aż do Posągu Kobiety nio­są­cej Ul. Kobieta jest ode mnie dwu- lub nawet trzy­krot­nie wyż­sza, a jej Ul jest obsy­pany mar­mu­ro­wymi Psz­czo­łami wiel­ko­ści mojego kciuka. Jedna z Psz­czół (na jej widok zawsze lekko się wzdry­gam) wpełza na lewe Oko Kobiety.

Wci­sną­łem się do zaj­mo­wa­nej przez Kobietę Niszy i cze­ka­łem, aż usły­szę ryk Fal w Dol­nych Salach i poczuję wibra­cję Ścian wpra­wia­nych w drże­nie siłą zbli­ża­ją­cego się wyda­rze­nia.

Pierw­szy Przy­pływ nad­cią­gnął z Odle­głych Sal Wschod­nich i bez szcze­gól­nej gwał­tow­no­ści wspiął się po Wschod­nich Scho­dach. Nie­siona prze­zeń Woda nie miała wyra­zi­stego koloru, a gdy roz­po­starła się na Posadzce sza­ra­wym zwier­cia­dłem, któ­rego powierzch­nię prze­ci­nały żyłki mlecz­nej Piany, się­ga­łaby mi zale­d­wie do kostek.

Drugi był Przy­pływ z Sal Zachod­nich: z gło­śnym Łosko­tem prze­wa­lił się po Scho­dach Zachod­nich i z wiel­kim Hukiem ude­rzył o Wschod­nią Ścianę, aż wszyst­kie Posągi zady­go­tały. Jego Piana była biała jak stare rybie ości, jego skłę­bione Otchła­nie miały kolor cyny. W kilka sekund Woda się­gnęła Talii naj­ni­żej sto­ją­cych Posą­gów.

Ostatni przy­był Przy­pływ z Sal Pół­noc­nych: runął na środ­kowe Schody, wypeł­nia­jąc Westy­bul skrzącą się, lodo­wo­białą Pianą. Prze­mo­czył mnie i ośle­pił, a gdy odzy­ska­łem wzrok, Posągi ocie­kały Wodą, która spły­wała z nich całymi Kaska­dami. Uświa­do­mi­łem sobie wtedy, że błęd­nie wyli­czy­łem obję­tość Dru­giego i Trze­ciego Przy­pływu. Wysoka Wodna Wieża wypię­trzyła się aż do miej­sca, w któ­rym przy­cup­ną­łem, olbrzy­mia Wodna Dłoń wycią­gnęła się, by ścią­gnąć mnie ze Ściany. Oboma ramio­nami obją­łem nogi Kobiety nio­są­cej Ul i modli­łem się do Domu, by mnie ochro­nił. Woda mnie zakryła i przez chwilę ota­czała mnie ta oso­bliwa cisza, jaka nastaje, gdy Morze ogar­nie czło­wieka ze wszyst­kich stron i zagłu­szy wła­sne dźwięki. Myśla­łem, że umrę albo że przy­naj­mniej zostanę unie­siony do Nie­zna­nych Sal, z dala od szumu i dud­nie­nia Zna­jo­mych Fal. Trzy­ma­łem się ze wszyst­kich sił.

Potop skoń­czył się rów­nie nagle, jak wcze­śniej zaczął. Połą­czone Przy­pływy roz­lały się po oko­licz­nych Salach; sły­sza­łem dobie­ga­jący stam­tąd grzmot i huk, gdy Fale roz­trza­ski­wały się na Ścia­nach. Poziom Wody w Dzie­wią­tym Westy­bulu rap­tow­nie opa­dał, tak że wkrótce nie zasła­niała już nawet Coko­łów Posą­gów w naj­niż­szym Rzę­dzie.

Zda­łem sobie sprawę, że ści­skam coś kur­czowo w ręce. Otwo­rzyw­szy dłoń, stwier­dzi­łem, że trzy­mam w niej mar­mu­rowy Palec odła­many z jakie­goś Odle­głego Posągu, przy­nie­siony tu przez któ­ryś z Przy­pły­wów.

Piękno Domu jest nie­zmie­rzone, a jego Dobroć bez­gra­niczna.

Opi­sa­nie Świata

Wpis z Siód­mego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Posta­no­wi­łem poświę­cić życie zba­da­niu Świata. W tym celu zawę­dro­wa­łem aż do Dzie­więć­set Sześć­dzie­sią­tej Sali na Zacho­dzie, Osiem­set Dzie­więt­na­stej Sali na Pół­nocy oraz Sie­dem­set Sześć­dzie­sią­tej Ósmej Sali na Połu­dniu. Wspią­łem się do Gór­nych Sal, gdzie Chmury płyną w nie­śpiesz­nej pro­ce­sji, a Posągi znie­nacka wyła­niają się z Mgieł. Zba­da­łem Zato­pione Sale, w któ­rych mroczne Wody usłane są bia­łymi liliami wod­nymi. Na Wscho­dzie widzia­łem Zruj­no­wane Sale, któ­rych Skle­pie­nia, Pod­łogi – a cza­sem nawet Ściany! – zawa­liły się i legły w Gru­zach. Snopy sza­rego Świa­tła roz­pra­szają ich Mroki.

We wszyst­kich tych miej­scach przy­sta­wa­łem w Drzwiach i spo­glą­da­łem w przód. Ni­gdzie nie dostrze­głem zapo­wie­dzi, bym przy­bli­żył się do Krańca Świata; wszę­dzie bie­gły w Dal regu­larne ciągi Sal i Kory­ta­rzy.

Każda Sala, Westy­bul, Kory­tarz i Schody mają swoje Posągi, które w więk­szo­ści Sal zaj­mują wszelką dostępną prze­strzeń, cho­ciaż zda­rza mi się cza­sem zna­leźć pusty Cokół, Niszę lub Apsydę, a nawet pusty frag­ment Ściany gdzie indziej w cało­ści pokry­tej Posą­gami. Te Pustki są na swój spo­sób nie mniej tajem­ni­cze od samych Posą­gów.

Zauwa­ży­łem, że choć w obrę­bie jed­nej Sali Posągi mają zwy­kle zbli­żoną wiel­kość, to ich roz­miary róż­nią się zna­cząco pomię­dzy Salami. W nie­któ­rych miej­scach bywają dwu-, a nawet trzy­krot­nie wyż­sze niż Istota Ludzka, w innych mają w przy­bli­że­niu natu­ralny roz­miar, a jesz­cze w innych się­gają mi zale­d­wie do ramie­nia. Posągi znaj­du­jące się w Zato­pio­nych Salach są naprawdę gigan­tyczne – mie­rzą po pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia metrów wyso­ko­ści – ale to wyją­tek.

Utwo­rzy­łem Kata­log, w któ­rym zamie­rzam noto­wać Poło­że­nie, Wiel­kość i Temat każ­dego Posągu, a także wszel­kie inne inte­re­su­jące spo­strze­że­nia. Na razie opi­sa­łem Pierw­szą i Drugą Salę Połu­dniowo-Zachod­nią, obec­nie pra­cuję nad opi­sa­niem Trze­ciej. Ogrom tego przed­się­wzię­cia przy­pra­wia mnie cza­sem o zawrót głowy, lecz jako odkrywca i nauko­wiec mam obo­wią­zek dać świa­dec­two Cudow­no­ści Świata.

Okna Domu wycho­dzą na wiel­kie Dzie­dzińce – puste, jałowe, bru­ko­wane prze­strze­nie, naj­czę­ściej czwo­ro­boczne, acz­kol­wiek tra­fiają się także sze­ścio- i ośmio­kątne, a nawet – oso­bli­wie ponure – trój­gra­nia­ste.

Poza Domem ist­nieją tylko Ciała Nie­bie­skie: Słońce, Księ­życ i Gwiazdy.

Dom ma trzy Kon­dy­gna­cje. Dolne Sale to Kró­le­stwo Przy­pły­wów. Okna tych Sal, widziane z prze­ciw­nej strony Dzie­dzińca, są sza­ro­zie­lone od nie­spo­koj­nej Wody i białe od bry­zga­ją­cej Piany. Dolne Sale sta­no­wią źró­dło poży­wie­nia w postaci ryb, sko­ru­pia­ków i mor­skich roślin.

Górne Sale są, jak już wspo­mnia­łem, Kró­le­stwem Chmur; ich omglone Okna mają kolor sza­ro­biały. Zda­rza mi się cza­sem ujrzeć cały rząd Okien roz­świe­tlony nagle bły­skiem Pio­runa. Z Gór­nych Sal pocho­dzi Słodka Woda, spa­da­jąca w Westy­bu­lach w postaci Desz­czu i spły­wa­jąca Stru­mie­niami po Ścia­nach i Scho­dach.

Pomię­dzy tymi dwiema (prak­tycz­nie nie­za­miesz­ka­nymi) Kon­dy­gna­cjami znaj­dują się Sale Środ­kowe, Kró­le­stwo pta­ków i ludzi. To piękne Upo­rząd­ko­wa­nie Domu daje nam Życie.

Dziś rano wyj­rza­łem przez Okno Osiem­na­stej Sali Połu­dniowo-Wschod­niej i po prze­ciw­nej stro­nie Dzie­dzińca ujrza­łem Tego Dru­giego, który rów­nież wyglą­dał przez Okno. Okno było wyso­kie i ciemne, szla­chetna głowa Tego Dru­giego, z wyso­kim czo­łem i równo przy­strzy­żoną brodą, wid­niała w jed­nym z jego naroż­ni­ków. Był zato­piony w myślach, tak jak czę­sto mu się to zda­rza. Poma­cha­łem do niego. Nie zauwa­żył mnie. Zama­cha­łem z więk­szym ani­mu­szem, zaczą­łem ener­gicz­nie pod­ska­ki­wać, lecz Okien w Domu jest wiele. Nie zoba­czył mnie.

Spis wszyst­kich ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek żyli, i co o nich wia­domo

Wpis z Dzie­sią­tego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Od początku Świata pewne jest ist­nie­nie pięt­na­ściorga ludzi. Nie jest wyklu­czone, że było ich wię­cej, jestem jed­nak naukow­cem i muszę opie­rać się na dowo­dach. Z owych pięt­na­ściorga, któ­rych ist­nie­nie jest potwier­dzone, żyjemy dziś tylko Ja i Ten Drugi.

Wymie­nię teraz wszyst­kie te pięt­na­ście osób i – tam, gdzie to ma zna­cze­nie – podam ich poło­że­nie.

Pierw­sza Osoba: Ja

Przy­pusz­czam, że mam od trzy­dzie­stu do trzy­dzie­stu pię­ciu lat. Mie­rzę około 1,83 metra wzro­stu i jestem szczu­płej budowy ciała.

Druga Osoba: Ten Drugi

Wedle moich sza­cun­ków Ten Drugi może mieć od pięć­dzie­się­ciu do sześć­dzie­się­ciu lat. Ma około 1,88 metra wzro­stu i – jak Ja – szczu­płą syl­wetkę. Jest silny i sprawny jak na swój wiek. Jego skóra ma kolor jasno­oliw­kowy, a krót­kie włosy i wąsy ciem­no­brą­zowy. Nosi brodę – mocno posi­wiałą, nie­mal białą, schlud­nie przy­strzy­żoną w lekki szpic. Ma wyjąt­kowo deli­katne rysy, ary­sto­kra­tycz­nie wydatne kości policz­kowe i wyso­kie, impo­nu­jące czoło. W ogól­no­ści spra­wia wra­że­nie czło­wieka życz­li­wego, choć dostrze­gam w nim rów­nież pewną suro­wość, jaka cechuje praw­dzi­wych inte­lek­tu­ali­stów.

Podob­nie jak Ja jest naukow­cem, a także jedyną poza mną żywą istotą ludzką, nic więc dziw­nego, że wysoce cenię sobie jego przy­jaźń.

Uważa, że gdzieś na Świe­cie ukryta jest Wielka Tajemna Wie­dza, która – gdy tylko ją posią­dziemy – da nam ogromną moc i wła­dzę. Nie jest do końca pewien, co dokład­nie składa się na tę Wie­dzę, jed­nakże przy róż­nych oka­zjach suge­ro­wał, że mogłaby doty­czyć mię­dzy innymi:

1. Prze­zwy­cię­że­nia Śmierci i osią­gnię­cia Nie­śmier­tel­no­ści

2. Pozna­wa­nia myśli innych ludzi w dro­dze tele­pa­tii

3. Przy­bie­ra­nia przez nas postaci orłów, byśmy mogli szy­bo­wać w Powie­trzu

4. Przy­bie­ra­nia przez nas postaci ryb, byśmy mogli nurzać się w Wodach Przy­pły­wów

5. Poru­sza­nia przed­mio­tów siłą naszych myśli

6. Gasze­nia i ponow­nego roz­pa­la­nia Słońca i Gwiazd

7. Narzu­ca­nia naszej woli innym, pomniej­szym inte­lek­tom

Obaj pil­nie szu­kamy tej Wie­dzy. Spo­ty­kamy się dwa razy w tygo­dniu (we wtorki i piątki), aby pody­sku­to­wać o naszej pracy. Ten Drugi nad­zwy­czaj skru­pu­lat­nie orga­ni­zuje sobie czas i ni­gdy nie dopusz­cza do tego, by nasze spo­tka­nia prze­cią­gnęły się ponad godzinę.

Jeżeli z jakie­goś powodu jestem mu potrzebny w innym dniu, tak długo nawo­łuje „Pira­nesi!”, aż przyjdę.

Pira­nesi. Tak mnie nazywa.

Jest to o tyle dziwne, że nie przy­po­mi­nam sobie, by tak brzmiało moje nazwi­sko.

Trze­cia Osoba: Męż­czy­zna z Puszki po Her­bat­ni­kach

Męż­czy­zna z Puszki po Her­bat­ni­kach to szkie­let zaj­mu­jący pustą Niszę w Trze­ciej Sali Pół­nocno-Zachod­niej. Został zło­żony w nader prze­myślny spo­sób. Więk­sze kości pose­gre­go­wano wedle dłu­go­ści, zebrano razem i zwią­zano w pęki sznur­kiem skrę­co­nym z wodo­ro­stów. Na prawo od nich leży czaszka, na lewo zaś – puszka po her­bat­ni­kach zawie­ra­jąca wszyst­kie drob­niej­sze kostki: paliczki pal­ców rąk i nóg, kręgi itd. Puszka jest czer­wona. Na wieczku znaj­duje się rysu­nek her­bat­ni­ków i dwa napisy: Hun­tley Pal­mers oraz Family Circle.

Zanim go zna­la­złem, wodo­ro­stowy szpa­gat wysechł, roz­padł się i Męż­czy­zna z Puszki po Her­bat­ni­kach zna­lazł się w pew­nym nie­ła­dzie. Skrę­ci­łem nowy sznu­rek z rybiej skóry i na nowo powią­za­łem nim kości w pęki. Od tam­tej pory Męż­czy­zna z Puszki po Her­bat­ni­kach znów pre­zen­tuje się jak należy.

Czwarta Osoba: Ukryta Osoba

Pew­nego dnia przed trzema laty wsze­dłem po Scho­dach w Trzy­na­stym Westy­bulu. Stwier­dziw­szy, że Chmury w tym rejo­nie roz­pierz­chły się i Górne Sale, wypeł­nione Świa­tłem Słońca, są wyjąt­kowo jasne, posta­no­wi­łem zapu­ścić się dalej. W jed­nej z Sal (tej znaj­du­ją­cej się bez­po­śred­nio nad Osiem­na­stą Salą Pół­nocno-Wschod­nią) zna­la­złem na wpół roz­pa­dły szkie­let wkli­no­wany w wąską szcze­linę pomię­dzy jed­nym z Coko­łów i Ścianą. Sądząc po obec­nym uło­że­niu kości, czło­wiek ten musiał pier­wot­nie przy­jąć pozy­cję sie­dzącą, z kola­nami pod­cią­gnię­tymi pod brodę. Nie udało mi się stwier­dzić, jakiej był płci. Gdy­bym wyjął szkie­let, by porząd­nie go zba­dać, ni­gdy nie zdo­łał­bym go tam wło­żyć z powro­tem.

Osoby od Pią­tej do Czter­na­stej: Ludzie z Wnęki

Wszy­scy Ludzie z Wnęki są szkie­le­tami. Spo­czy­wają jeden obok dru­giego na pustym Cokole w naj­da­lej na pół­noc wysu­nię­tej Wnęce w Czter­na­stej Sali Połu­dniowo-Zachod­niej.

Po ostroż­nym zba­da­niu szcząt­ków stwier­dzi­łem, że trzy ze szkie­le­tów należą do kobiet, trzy do męż­czyzn, a płci czte­rech pozo­sta­łych nie umiem usta­lić. Jed­nego z nich nazwa­łem Męż­czy­zną od Rybiej Skóry. Jego szkie­let jest nie­kom­pletny, a wiele jego kości zostało zero­do­wa­nych przez Przy­pływy; z nie­któ­rych zostały zale­d­wie małe kościane oto­czaki. W koń­ców­kach czę­ści z nich nawier­cone są otworki, w któ­rych zna­la­złem resztki sznura sple­cio­nego z rybiej skóry. Wycią­gną­łem z tych obser­wa­cji nastę­pu­jące wnio­ski:

1. Szkie­let Męż­czy­zny od Rybiej Skóry jest star­szy od pozo­sta­łych

2. Szkie­let Męż­czy­zny od Rybiej Skóry był daw­niej eks­po­no­wany w inny spo­sób od pozo­sta­łych, z kośćmi powią­za­nymi kawał­kami rybiej skóry, która jed­nak z cza­sem ule­gła roz­kła­dowi

3. Ludzie, któ­rzy przy­byli tu póź­niej niż Męż­czy­zna od Rybiej Skóry (praw­do­po­dob­nie Ludzie z Wnęki), tak wysoko cenili życie ludz­kie, że sumien­nie zebrali wszyst­kie jego kości i zło­żyli go razem ze swo­imi zmar­łymi

Pyta­nie: czy kiedy poczuję, że zbliża się mój koniec, powi­nie­nem udać się do tej Sali i poło­żyć obok Ludzi z Wnęki? Oce­niam, że miej­sca na Cokole wystar­czy­łoby jesz­cze dla czworga doro­słych. Jestem jesz­cze wpraw­dzie młody i dzień mojej Śmierci jest (mam nadzieję) odle­gły, ale poświę­ci­łem nieco czasu na roz­wa­że­nie tego zagad­nie­nia.

Obok Ludzi z Wnęki spo­czywa jesz­cze jeden szkie­let (nie liczy się on jed­nak do łącz­nej liczby ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek żyli) – są to szczątki stwo­rze­nia o ciele dłu­gim na około 50 cen­ty­me­trów, zaopa­trzo­nego w podob­nej dłu­go­ści ogon. Kiedy porów­na­łem kościec z wize­run­kami prze­róż­nych Istot przed­sta­wio­nych na Posą­gach, dosze­dłem do wnio­sku, że jest to szkie­let małpy. Ni­gdy nie widzia­łem w Domu małpy.

Pięt­na­sta Osoba: Sku­lone Dziecko

Sku­lone Dziecko jest szkie­le­tem nale­żą­cym – według mnie – do dziew­czynki w wieku około sied­miu lat. Znaj­duje się na pustym Cokole w Szó­stej Sali Połu­dniowo-Wschod­niej. Sie­dzi z kola­nami pod­cią­gnię­tymi pod brodę, rękami obej­muje nogi, głowę ma pochy­loną. Na szyi ma naszyj­nik z kora­lo­wych pacior­ków i rybich ości.

Dużo roz­my­śla­łem o związ­kach łączą­cych to dziecko ze mną. W całym Świe­cie (jak już obja­śnia­łem) żyje tylko nas dwóch: Ja i Ten Drugi. Obaj jeste­śmy przed­sta­wi­cie­lami płci męskiej. Skąd Świat weź­mie nowego Miesz­kańca, kiedy pomrzemy? Oso­bi­ście uwa­żam, że Świat (albo, jeśli wolisz, Dom, gdyż z prak­tycz­nego punktu widze­nia są jed­nym i tym samym) pra­gnie mieć Miesz­kańca, który zaświad­czałby o jego Pięk­nie i doświad­czał jego Łask. Przy­ją­łem więc zało­że­nie, że w myśl zamie­rzeń Domu Sku­lone Dziecko miało być moją Żoną, wyda­rzyło się jed­nak coś, co pokrzy­żo­wało te plany. Odkąd ta myśl zaświ­tała mi w gło­wie, słuszne wydaje mi się dzie­le­nie ze Sku­lo­nym Dziec­kiem wszyst­kim, co mam.

Odwie­dzam wszyst­kich Umar­łych, a naj­czę­ściej Sku­lone Dziecko. Przy­no­szę im jedze­nie, wodę i lilie wodne z Zato­pio­nych Sal. Roz­ma­wiam z nimi, opo­wia­dam im o tym, co robi­łem i opi­suję wszel­kie Cudow­no­ści, jakie widzia­łem w Domu. Dzięki temu wie­dzą, że nie są sami.

Tylko Ja to robię, Ten Drugi nie. O ile mi wia­domo, Ten Drugi nie upra­wia żad­nych prak­tyk reli­gij­nych.

Szes­na­sta Osoba

Ty. Kim jesteś? Dla kogo spi­suję te słowa? Czy jesteś podróż­ni­kiem, który oszu­kał Przy­pływy, prze­mie­rzył Strza­skane Kon­dy­gna­cje i po Zruj­no­wa­nych Scho­dach dotarł do tych Sal? A może jesteś kimś, kto zamiesz­kuje moje Sale długo po mojej śmierci?

Moje dzien­niki

Wpis z Sie­dem­na­stego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Zapi­suję swoje obser­wa­cje w notat­ni­kach. Czy­nię to z dwóch powo­dów: po pierw­sze, pisa­nie utrwala nawyki pre­cy­zji i sta­ran­no­ści. Po dru­gie zaś, w ten spo­sób zacho­wuję posia­daną wie­dzę dla Cie­bie, Szes­na­stej Osoby. Notat­niki trzy­mam w tor­bie kurier­skiej z brą­zo­wej skóry, którą zazwy­czaj ukry­wam we wnęce za Posą­giem Anioła nabi­tego na Krzew Różany, sto­ją­cym w Pół­nocno-Wschod­nim Naroż­niku Dru­giej Sali Pół­noc­nej. Tam rów­nież prze­cho­wuję zega­rek, który jest mi potrzebny we wtorki i piątki, gdy o godzi­nie 10 spo­ty­kam się z Tym Dru­gim (w inne dni sta­ram się nie nosić zegarka z obawy przed Wodą Mor­ską, która mogłaby dostać się do środka i uszko­dzić mecha­nizm).

W jed­nym z note­sów pro­wa­dzę Tablicę Przy­pły­wów i Odpły­wów: zapi­suję porę poja­wie­nia się Fal i ich Obję­tość, i na tej pod­sta­wie wyli­czam przy­szłe Pływy. Drugi notat­nik prze­zna­czy­łem na Kata­log Posą­gów, w pozo­sta­łych zaś pro­wa­dzę Dzien­nik, w któ­rym zapi­suję swoje prze­my­śle­nia i wspo­mnie­nia, a także odzna­czam upły­wa­jące dni. Do tej pory Dzien­nik zapeł­nił dzie­więć notat­ników, obec­nie piszę w dzie­sią­tym. Wszyst­kie ponu­me­ro­wa­łem, a więk­szość opa­trzy­łem także datami okre­sów, któ­rych doty­czą.

Nr 1 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: gru­dzień 2011 – czer­wiec 2012

Nr 2 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: czer­wiec 2012 – listo­pad 2012

Nr 3 pier­wot­nie był pod­pi­sany listo­pad 2012, ale póź­niej skre­śli­łem tę ety­kietę i opi­sa­łem go na nowo, w nastę­pu­jący spo­sób: Trzy­dzie­sty Dzień Dwu­na­stego Mie­siąca Roku Pła­czu i Lamentu – Czwarty Dzień Siód­mego Mie­siąca Roku, w któ­rym odkry­łem Sale Kora­lowe

W Dzien­ni­kach nr 2 i 3 są luki: część stro­nic została z nich prze­mocą wyrwana. Zasta­na­wia­łem się nad przy­czyną tego stanu rze­czy, pró­bo­wa­łem sobie wyobra­zić, kto mógł tego doko­nać, na razie jed­nak nie dosze­dłem do żad­nych wnio­sków.

Nr 4 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: Dzie­siąty Dzień Siód­mego Mie­siąca Roku, w któ­rym odkry­łem Sale Kora­lowe – Dzie­wiąty Dzień Czwar­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym pona­zy­wa­łem Gwiaz­do­zbiory

Nr 5 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: Pięt­na­sty Dzień Czwar­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym pona­zy­wa­łem Gwiaz­do­zbiory – Trzy­dzie­sty Dzień Dzie­wią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym poli­czy­łem Umar­łych i nada­łem im Imiona

Nr 6 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: Pierw­szy Dzień Dzie­sią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym poli­czy­łem Umar­łych i nada­łem im Imiona – Czter­na­sty Dzień Dru­giego Mie­siąca Roku, w któ­rym zawa­liły się Skle­pie­nia Dwu­dzie­stej i Dwu­dzie­stej Pierw­szej Sali Pół­nocno-Wschod­niej

Nr 7 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: Sie­dem­na­sty Dzień Dru­giego Mie­siąca Roku, w któ­rym zawa­liły się Skle­pie­nia Dwu­dzie­stej i Dwu­dzie­stej Pierw­szej Sali Pół­nocno-Wschod­niej – ostatni Dzień tegoż Roku

Nr 8 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: Pierw­szy Dzień Roku, w któ­rym dotar­łem do Dzie­więć­set Sześć­dzie­sią­tej Sali Zachod­niej – Pięt­na­sty Dzień Dzie­sią­tego Mie­siąca tegoż Roku

Nr 9 jest pod­pi­sany nastę­pu­jąco: Szes­na­sty Dzień Dzie­sią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym dotar­łem do Dzie­więć­set Sześć­dzie­sią­tej Sali Zachod­niej – Czwarty Dzień Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Niniej­szy Dzien­nik (nr 10) zaczą­łem pisać Pią­tego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich.

Jedną z wad pro­wa­dze­nia Dzien­nika jest kło­pot z póź­niej­szym odszu­ki­wa­niem w nim waż­nych wpi­sów, dla­tego nabra­łem zwy­czaju pro­wa­dze­nia w jed­nym z note­sów Indeksu do wszyst­kich pozo­sta­łych. Każ­dej lite­rze alfa­betu przy­pi­sa­łem w nim pewną liczbę kart; na bar­dziej popu­larne litery, takie jak A lub C, prze­zna­czy­łem wię­cej stro­nic, na te rza­dziej uży­wane – na przy­kład Q albo X – odpo­wied­nio mniej. Pogru­po­wane tema­tycz­nie wpisy notuję pod wła­ści­wymi lite­rami wraz z odsy­ła­czami do sto­sow­nych miejsc w Dzien­niku.

Prze­czy­taw­szy dopiero co skre­ślone słowa, coś sobie uświa­do­mi­łem: uży­wam dwóch sys­te­mów rachuby lat. Jak mogłem tego wcze­śniej nie zauwa­żyć?

To poważne zanie­dba­nie. Jeden sys­tem w zupeł­no­ści by wystar­czył, dwa wpro­wa­dzają zamęt i nie­pew­ność, zasie­wają wąt­pli­wość i zaciem­niają obraz. (Poza tym są nie­przy­jemne ze wzglę­dów este­tycz­nych).

Do dwóch pierw­szych lat zasto­so­wa­łem sys­tem, w któ­rym opi­sa­łem je po pro­stu jako 2011 i 2012, co w tej chwili wydaje mi się ude­rza­jąco zwy­czajne i pozba­wione polotu. Nie pamię­tam rów­nież, co takiego wyda­rzyło się przed dwoma tysią­cami lat, by uznać ów rok za dobry punkt wyj­ściowy rachuby lat. Drugi sys­tem, w któ­rym zaczą­łem nada­wać kolej­nym latom nazwy takie jak „Rok, w któ­rym pona­zy­wa­łem Gwiaz­do­zbiory” albo „Rok, w któ­rym poli­czy­łem Umar­łych i nada­łem im Imiona”, o wiele bar­dziej mi się podoba. Każdy rok ma w nim swój spe­cy­ficzny cha­rak­ter. Od tej pory będę się go trzy­mał.

Posągi

Wpis z Osiem­na­stego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Nie­które Posągi lubię bar­dziej od innych. Jeden z takich ulu­bio­nych przed­sta­wia Kobietę nio­sącą Ul.

Inny – być może, jest to Posąg, który upodo­ba­łem sobie naj­bar­dziej ze wszyst­kich – stoi przy Drzwiach łączą­cych Piątą Salę Pół­nocno-Zachod­nią z Czwartą. Przed­sta­wia Fauna – pół czło­wieka, pół kozła, z głową okrytą buj­nymi lokami. Uśmie­cha się leciutko, przy­ty­ka­jąc do ust palec wska­zu­jący. Na jego widok zawsze odno­szę wra­że­nie, że chce mi coś powie­dzieć albo (co też nie jest wyklu­czone) przed czymś mnie ostrzec: „Sza!”, zdaje się mówić. „Bądź ostrożny!”.

Ni­gdy jed­nak się nie dowie­dzia­łem, jakie mia­łoby mi gro­zić nie­bez­pie­czeń­stwo.

Kie­dyś Faun mi się przy­śnił: stał w ośnie­żo­nym lesie i roz­ma­wiał z małą dziew­czynką.

Posąg Goryla w Pią­tej Sali Pół­noc­nej za każ­dym razem przy­ciąga moją uwagę. Goryl został przed­sta­wiony przy­kuc­nięty na tyl­nych Koń­czy­nach, pochy­lony w przód i pod­party na potęż­nych Ramio­nach i Pię­ściach. Fascy­nuje mnie jego Pysk, któ­rego wyraz – z Oczami osa­dzo­nymi głę­boko w cie­niu wydat­nego Czoła – u istoty ludz­kiej zna­mio­no­wałby nie­za­do­wo­le­nie, u Goryla zaś zdaje się ozna­czać coś wręcz prze­ciw­nego: wyraża wiele rze­czy jed­no­cze­śnie, wśród nich Spo­kój, Siłę i Wytrzy­ma­łość.

Jest wiele innych Posą­gów, które uwiel­biam: Chło­piec z Czy­ne­lami, Słoń nio­sący Zamek, Dwaj Kró­lo­wie gra­jący w Sza­chy. Ostat­nie z Dzieł, które tu wymie­nię, nie należy wła­ści­wie do moich ulu­bio­nych. Nale­ża­łoby raczej powie­dzieć, że ile­kroć je zoba­czę, z miej­sca przy­kuwa moją uwagę – a wła­ści­wie przy­kuwają moją uwagę, gdyż mowa jest o dwóch Posą­gach umiesz­czo­nych po obu Stro­nach Wschod­nich Drzwi Pierw­szej Sali Zachod­niej. Mają mniej wię­cej sześć metrów wyso­ko­ści i dwie nie­zwy­kłe cechy: po pierw­sze, są wyraź­nie więk­sze od wszyst­kich innych Posą­gów w Pierw­szej Sali Zachod­niej, po dru­gie zaś – są nie­do­koń­czone. Ich Kor­pusy wyra­stają wprost ze Ściany na wyso­ko­ści Talii, wycią­gnięte w tył Ręce jakby z całej siły odpy­chały od Muru, Mię­śnie nabrzmie­wają z wysiłku, Twa­rze wykrzy­wia Gry­mas. Nie­przy­jem­nie się je ogląda, wydaje się, że cier­pią, jakby za wszelką cenę usi­ło­wały się naro­dzić i nie zamie­rzały się pod­dać, choć ich walka jest bez­owocna. Na Gło­wach mają ogromne ozdobne Rogi, nazwa­łem je więc Roga­tymi Olbrzy­mami. Przed­sta­wiają Zma­ga­nia z Nędz­nym Losem.

Czy przed­kła­da­nie jed­nych Posą­gów nad inne jest wyra­zem braku sza­cunku wobec Domu? Cza­sem zadaję sobie to pyta­nie. Oso­bi­ście uwa­żam, że Dom kocha i bło­go­sławi po równo wszyst­kie swoje Twory. Może powi­nie­nem go w tym naśla­do­wać? Widzę jed­nak, że w natu­rze czło­wieka leży wyno­sze­nie jed­nych rze­czy ponad inne, przy­pi­sy­wa­nie jed­nym więk­szego zna­cze­nia niż innym.

Czy drzewa ist­nieją?

Wpis z Dzie­więt­na­stego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Wiele rze­czy jest nie­wia­do­mych. Pew­nego razu – było to sześć, może sie­dem mie­sięcy temu – dostrze­głem jaskra­wo­żółty punkt nie­siony łagod­nym Przy­pły­wem pod Czwartą Salę Zachod­nią. Nie wie­dząc, czym jest, wsze­dłem do Wody i go wyło­wi­łem. Oka­zał się liściem, nad­zwy­czaj pięk­nym, o dwóch łuko­wa­tych kra­wę­dziach zbie­ga­ją­cych się w punkt. Oczy­wi­ście mógł być skraw­kiem nie­zna­nej mi mor­skiej rośliny, jestem jed­nak pełen wąt­pli­wo­ści, czy tak było. Miał nader oso­bliwą fak­turę, a jego powierzch­nia odpy­chała Wodę, jakby jego prze­zna­cze­niem było życie w Powie­trzu.

Część 2. Ten Drugi

Część 2

Ten Drugi

Bat­ter-Sea

Wpis z Dwu­dzie­stego Dzie­wią­tego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Dziś rano o godzi­nie dzie­sią­tej uda­łem się do Dru­giej Sali Połu­dniowo-Zachod­niej na spo­tka­nie z Tym Dru­gim. Kiedy przy­sze­dłem, cze­kał już na mnie oparty o pusty Cokół i opu­ki­wał jeden ze swo­ich błysz­czą­cych przy­rzą­dów. Był ubrany w dobrze skro­jony gra­fi­towy weł­niany gar­ni­tur i lśniąco białą koszulę, przy­jem­nie kon­tra­stu­jącą z oliw­ko­wym odcie­niem jego skóry.

– Potrze­buję danych – oznaj­mił, nie pod­no­sząc wzroku znad przy­rządu.

Czę­sto się tak zacho­wuje: bez reszty czymś pochło­nięty zapo­mina powie­dzieć „cześć” albo „dzień dobry”, czy zapy­tać, jak się mie­wam. Nie mam mu tego za złe. Podzi­wiam jego zaan­ga­żo­wa­nie w pracę naukową.

– Jakich danych? – spy­ta­łem. – Mogę ci jakoś pomóc?

– Natu­ral­nie. Prawdę mówiąc, bez two­jej pomocy daleko nie zajdę. Dzi­siaj przed­mio­tem moich badań… – w tym miej­scu ode­rwał się na chwilę od swo­jego zaję­cia, spoj­rzał na mnie i się uśmiech­nął – …jesteś ty.

Potrafi mieć cza­ru­jący uśmiech, gdy tylko przy­po­mni sobie, żeby go użyć.

– Naprawdę? – zdu­mia­łem się. – Czego pró­bu­jesz się dowie­dzieć? Masz jakąś hipo­tezę na mój temat?

– Ow­szem.

– Co to za hipo­teza?

– Nie mogę ci powie­dzieć, bo mogłoby to znie­kształ­cić dane.

– No tak, oczy­wi­ście. Prze­pra­szam.

– Nie szko­dzi. Cie­ka­wość jest cał­ko­wi­cie zro­zu­miała. – Odło­żył błysz­czące urzą­dze­nie na pusty Cokół i odwró­cił się do mnie. – Usiądź.

Usia­dłem po turecku na Posadzce, cze­ka­jąc na pyta­nia.

– Sie­dzisz wygod­nie? – zapy­tał. – To dobrze. Powiesz, pro­szę, co pamię­tasz.

– Co pamię­tam? – powtó­rzy­łem zdez­o­rien­to­wany.

– Tak.

– To nad­zwy­czaj nie­kon­kretne pyta­nie.

– Mimo to posta­raj się na nie odpo­wie­dzieć.

– Wobec tego… Odpo­wiedź brzmi: wszystko. Pamię­tam wszystko.

– Naprawdę? Bar­dzo odważne twier­dze­nie. Jesteś pewien?

– Tak mi się wydaje.

– Podaj mi jakieś przy­kłady tego, co pamię­tasz.

– Dobrze. Gdy­byś, na przy­kład, chciał udać się do jakiejś daleko poło­żo­nej Sali, odle­głej stąd o wiele dni drogi, mógł­bym ci bez zasta­no­wie­nia powie­dzieć, jak tam tra­fić, o ile sam ją wcze­śniej odwie­dzi­łem. Umiał­bym wymie­nić wszyst­kie Sale, przez które musiał­byś przejść. Mógł­bym opi­sać wszyst­kie znacz­niej­sze Posągi, które zoba­czył­byś po dro­dze, a także, w roz­sąd­nych gra­ni­cach, okre­ślić ich poło­że­nie: pod którą Ścianą się znaj­dują (Pół­nocną, Połu­dniową, Wschod­nią czy Zachod­nią) i w jakiej odle­gło­ści od Wej­ścia. Mógł­bym także wyli­czyć wszyst­kie…

– A Bat­ter-Sea? Co z Bat­ter-Sea?

– Ehm… Z czym?

– Bat­ter-Sea. Pamię­tasz Bat­ter-Sea?

– Nie… To zna­czy… Bat­ter-Sea?

– Tak.

– Nie rozu­miem.

Cze­ka­łem, by wyja­śnił mi, co ma na myśli, ale on mil­czał. Widząc, że bacz­nie mi się przy­gląda, dosze­dłem do wnio­sku, że pyta­nie to musi być klu­czowe dla jego badań, nie mia­łem jed­nak zie­lo­nego poję­cia, jak mógł­bym na nie odpo­wie­dzieć.

– Bat­ter-Sea nie jest praw­dzi­wym sło­wem – odpar­łem wresz­cie. – Nie ma desy­gnatu. Na Świe­cie nie ist­nieje nic, co odpo­wia­da­łoby temu połą­cze­niu dźwię­ków.

Ten Drugi na­dal się nie odzy­wał, tylko mnie obser­wo­wał. Patrzy­łem na niego, coraz bar­dziej zanie­po­ko­jony.

– No tak! – wykrzyk­ną­łem w końcu, doznaw­szy olśnie­nia. – Już rozu­miem, co robisz!

I wybuch­ną­łem śmie­chem.

– Co zatem robię? – Uśmiech­nął się.

– Musisz spraw­dzić, czy nie kła­mię. Powie­dzia­łem wcze­śniej, że potra­fię opi­sać drogę do wszyst­kich Sal, które w prze­szło­ści odwie­dzi­łem. Nie masz jed­nak moż­li­wo­ści zwe­ry­fi­ko­wa­nia praw­dzi­wo­ści moich twier­dzeń. Gdy­bym powie­dział ci, na przy­kład, jak dojść do Dzie­więć­dzie­sią­tej Szó­stej Sali Pół­noc­nej, nie wie­dział­byś, czy moje wska­zówki są ści­słe, ponie­waż ni­gdy tam nie byłeś. Dla­tego zada­łeś mi pyta­nie o miej­sce non­sen­sowne: Bat­ter-Sea. Nad­zwy­czaj prze­bie­gle wybra­łeś słowo, które brzmi jak nazwa rze­czy­wi­stego miej­sca, takiego, gdzie morze roz­trza­skuje się o skały. Gdy­bym odpowie­dział, że istot­nie pamię­tam Bat­ter-Sea i opi­sał ci drogę do niego, wie­dział­byś, że kła­mię. Zorien­to­wał­byś się, że moje słowa to czcze prze­chwałki. To było pyta­nie kon­tro­lne.

– W rze­czy samej – przy­znał. – Taka wła­śnie była jego rola.

Obaj się roze­śmia­li­śmy.

– Masz do mnie jesz­cze jakieś pyta­nia?

– Nie – odparł. – To koniec.

Zamie­rzał się już odwró­cić do mnie ple­cami i zająć wpro­wa­dza­niem danych do swo­jej bły­skotki, gdy coś w mojej postaci przy­kuło jego wzrok. Posłał mi zdu­mione spoj­rze­nie.

– O co cho­dzi? – spy­ta­łem.

– Twoje oku­lary, co się z nimi stało?

– Moje oku­lary?

– Wła­śnie. Wyglą­dają jakoś… dziw­nie.

– Co masz na myśli?

– Zausz­niki mają czymś okle­jone dookoła, a koń­cówki zwi­sają luźno.

– Ach, o to ci cho­dzi… No tak, zausz­niki co rusz mi się odła­my­wały: to lewy, to prawy. Pla­stik nisz­czeje w prze­sy­co­nym solą Powie­trzu. Eks­pe­ry­men­tuję z róż­nymi spo­so­bami ich napra­wie­nia. Lewy nasma­ro­wa­łem rybim kle­jem i oble­pi­łem paskami rybiej skóry. Do skle­je­nia pra­wego uży­łem wodo­ro­stów i to był gor­szy pomysł.

– Natu­ral­nie. Wcale mnie to nie dziwi.

W Salach pod naszymi sto­pami Fala wzbie­ra­ją­cego Przy­pływu ude­rzyła w Ścianę. Bum! Cof­nęła się, wpa­dła przez Drzwi i grzmot­nęła w Ścianę następ­nej Sali. Bum! Bum! Bum! Ponow­nie się cof­nęła i znów runęła naprzód. Bum! Druga Sala Połu­dniowo-Zachod­nia zawi­bro­wała jak naprę­żona struna instru­mentu muzycz­nego.

– To zabrzmiało bar­dzo bli­sko. – Ten Drugi wyraź­nie się zanie­po­koił. – Nie powin­ni­śmy stąd wyjść?

Nie rozu­mie Przy­pły­wów.

– Nie ma takiej potrzeby – odpar­łem.

– No dobrze – zgo­dził się, było jed­nak widać, że nie jest prze­ko­nany. Miał przy­śpie­szony, płytki oddech i sze­roko otwarte oczy; co chwilę zer­kał to na jedne Drzwi, to na inne, jakby spo­dzie­wał się, że w każ­dej chwili może nas zalać Woda. – Nie chcę dać się zła­pać w pułapkę.

Pew­nego razu, gdy był w Ósmej Sali Pół­noc­nej, wysoki Przy­pływ z Sal Pół­noc­nych wez­brał w Dzie­sią­tym Westy­bulu. Chwilę póź­niej Dwu­na­sty Westy­bul został zalany przez nie mniej obfitą Falę z Sal Wschod­nich. Ogromne ilo­ści Wody poczęły prze­le­wać się do oko­licz­nych Sal, w tym także do tej, w któ­rej znaj­do­wał się Ten Drugi. Nurt go porwał, niósł w dal przez kolejne Drzwi, ude­rzał nim o Ściany i Posągi. Kil­ka­krot­nie Ten Drugi zanu­rzył się wraz z głową, aż zaczął się bać, że uto­nie, w końcu jed­nak Fala wyrzu­ciła go na Posadzkę Trze­ciej Sali Zachod­niej (sie­dem Sal od miej­sca, w któ­rym począt­kowo się znaj­do­wał). Tam go zna­la­złem. Przy­nio­słem mu koc i gorącą zupę ugo­to­waną na mał­żach i wodo­ro­stach. Gdy tylko odzy­skał dość sił, by wstać, odszedł bez słowa. Nie wiem, dokąd się udał (prawdę mówiąc, ni­gdy nie wiem, dokąd odcho­dzi). Działo się to w Szó­stym Mie­siącu Roku, w któ­rym pona­zy­wa­łem Gwiaz­do­zbiory. Od tam­tej pory Ten Drugi lęka się Przy­pływów.

– Nie ma żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa – zapew­ni­łem go.

– Jesteś pewien? – zapy­tał.

Bum! Bum!

– Tak, jestem pewien. Za pięć minut Przy­pływ dotrze do Szó­stego Westy­bulu i zaleje Schody. W Dru­giej Sali Połu­dnio­wej, poło­żo­nej dwie Sale stąd na Wschód, przez godzinę będzie stała Woda, ale nie­wiele, ot, się­gnę­łaby nam do kostek. Tutaj Fala nie dotrze.

Ten Drugi poki­wał głową, lecz by­naj­mniej się nie uspo­koił i chwilę póź­niej wyszedł.

Wcze­snym wie­czo­rem wybra­łem się do Ósmego Westy­bulu, żeby poło­wić ryby. Nie myśla­łem o nie­daw­nej roz­mo­wie z Tym Dru­gim, tylko o kola­cji i o tym, jak piękne są Posągi w wie­czor­nym Świe­tle. Kiedy jed­nak sta­ną­łem, by zarzu­cić sieć w Wodę roz­laną na Dol­nych Scho­dach, przed oczami wykwi­tła mi oso­bliwa wizja. Na sza­rym tle Nieba poja­wiły się czarne zyg­zaki, coś bły­snęło czer­wono i w moją stronę popły­nęły słowa, białe słowa na czar­nym tle. Jed­no­cze­śnie roz­legł się potworny hałas, a ja poczu­łem meta­liczny posmak na języku. Wszyst­kie obrazy – wła­ści­wie strzępy i widma praw­dzi­wych obra­zów – jakby gęst­niały wokół tego dzi­wacz­nego słowa: Bat­ter-Sea. Pró­bo­wa­łem je pochwy­cić, zogni­sko­wać na nich wzrok, lecz roz­wiały się jak sen, bez śladu.

Biały krzyż

Wpis z Trzy­dzie­stego Dnia Pią­tego Mie­siąca Roku, w któ­rym Alba­tros przy­był do Sal Połu­dniowo-Zachod­nich

Gdy­byś zaj­rzał teraz do mojego poprzed­niego Dzien­nika (Dzien­nika nr 9), stwier­dził­byś, że zawiera bar­dzo nie­wiele wpi­sów z ostat­niego mie­siąca ubie­głego roku oraz pierw­szego pół­tora mie­siąca roku bie­żą­cego. (Takie prze­rwy cza­sem mi się zda­rzają, ich powody wyłusz­czę poni­żej). W tym okre­sie doszło do wyda­rze­nia, o któ­rym od dłuż­szego czasu zamie­rza­łem napi­sać, i teraz wła­śnie to zro­bię.

Był sam śro­dek Zimy. Śnieg pię­trzył się na Stop­niach Scho­dów. Każdy Posąg w Westy­bu­lach nosił śnieżny płaszcz, pele­rynę lub czapkę, każdy Posąg z wycią­gniętą ręką (a jest ich wiele) trzy­mał w dłoni sopel zwró­cony ku dołowi niczym ostrze mie­cza, każde takie wypro­sto­wane ramię ocie­kało soplami jakby poro­sło pió­rami.

Jest pewna rzecz, o któ­rej wiem, lecz stale zapo­mi­nam: Zima to trudny czas. Chłód prze­ciąga się w nie­skoń­czo­ność, a nie­mar­z­nię­cie wymaga wielu sta­rań i wysił­ków. Co roku u progu Zimy gra­tu­luję sobie w duchu, że udało mi się zgro­ma­dzić zapas suchych wodo­ro­stów na opał, ale w miarę jak dni, tygo­dnie i mie­siące cią­gną się bez końca, zaczy­nam wąt­pić w to, czy na pewno mi ich wystar­czy. Zakła­dam na sie­bie tyle ubrań, ile tylko zdo­łam. Co pią­tek robię rema­nent w zapa­sach opału i obli­czam, ile mogę zuży­wać go dzien­nie, by wystar­czył mi do Wio­sny.

W Dwu­na­stym Mie­siącu ubie­głego roku Ten Drugi zawie­sił poszu­ki­wa­nia Wiel­kiej Tajem­nej Wie­dzy i odwo­łał nasze spo­tka­nia, twier­dząc, że jest zbyt zimno, by stać bez ruchu i roz­ma­wiać. Palce drę­twiały mi z zimna, przez co moje pismo sta­wało się coraz mniej czy­telne, aż w końcu zupeł­nie zarzu­ci­łem pisa­nie Dzien­nika.

Mniej wię­cej w poło­wie Pierw­szego Mie­siąca z Połu­dnia powiał Wiatr. Dął całymi dniami, nie­ustan­nie, i cho­ciaż bar­dzo sta­ra­łem się nań nie skar­żyć, oka­zał się dla mnie ciężką próbą. Zawie­wał kłu­ją­cym Śnie­giem w głąb Sal. Owie­wał mnie nocami w łóżku w Trze­ciej Sali Pół­noc­nej. Zawo­dził w Westy­bu­lach, wzbi­jał z Posadzki gar­ście syp­kiego Śniegu i two­rzył zeń małe duchy.

Nie wszystko jed­nak, co z nim zwią­zane, było złe. Cza­sami, gdy dmu­chał w Otwory i Szcze­liny w Posą­gach, wydo­by­wał z nich oso­bliwe pie­śni i gwizdy. Szcze­rze się śmia­łem, zachwy­cony tym odkry­ciem. Wcze­śniej nie mia­łem poję­cia, że Posągi mają głos.

Pew­nego dnia wsta­łem wcze­śnie i uda­łem się do Czter­dzie­stego Trze­ciego Westy­bulu. Sale, przez które sze­dłem, były szare i posępne, w Oknach dostrze­ga­łem zale­d­wie suge­stię Świa­tła, jego ideę raczej niż praw­dziwe Świa­tło.

Zamie­rza­łem nazbie­rać wodo­ro­stów na opał i do jedze­nia. Zwy­kle na suche wodo­ro­sty muszę cze­kać do Wio­sny, Lata i Jesieni, Zimą jest zbyt zimno i mokro, ale przy­szło mi do głowy, że gdy­bym mógł je (wil­gotne) gdzieś powie­sić (na przy­kład w któ­rychś Drzwiach), Wiatr szybko by je wysu­szył. Jedyny kło­pot sta­no­wi­łoby ich przy­wią­za­nie w taki spo­sób, by nie zostały zdmuch­nięte. Mia­łem trzy pomy­sły na roz­wią­za­nie tego pro­blemu i śpie­szyło mi się do wypró­bo­wa­nia wszyst­kich trzech, by wybrać naj­sku­tecz­niej­szy.

Gdy prze­cho­dzi­łem przez Jede­na­stą Salę Zachod­nią, Wiatr prze­sta­wiał mnie swo­bod­nie z jed­nej kamien­nej Płyty Posadzki na drugą, niczym figurę na sza­chow­nicy. (Wyko­na­łem kilka cał­kiem ory­gi­nal­nych ruchów!).

Zsze­dłem po Scho­dach w Czter­dzie­stym Trze­cim Westy­bulu i zna­la­złem się w Dol­nej Sali poło­żo­nej bez­po­śred­nio pod Trzy­dzie­stą Siódmą Salą Połu­dniowo-Zachod­nią. Na sku­tek Wia­tru Przy­pływy stały się gwał­tow­niej­sze, a Woda się­gała wyżej niż zazwy­czaj – z kolei pod­czas Odpływu cofała się dalej niż zwy­kle. Był aku­rat Odpływ i Morze cof­nęło się tak bar­dzo, że z Sali znik­nęła cała Woda (co pra­wie ni­gdy się nie zda­rza), pozo­sta­wiw­szy po sobie nanie­sione pod­czas Przy­pływu resztki: wodo­ro­sty powie­wa­jące jak minia­tu­rowe pro­porce, roz­gwiazdy oraz drobne kamyki i muszelki, popy­chane przez Wiatr i grze­cho­czące na Posadzce.

Było wciąż wcze­śnie, dosłow­nie chwila po Świ­cie. Jasno­złote Niebo odbi­jało się w nie­któ­rych Oknach wycho­dzą­cych na Dzie­dzi­niec, a przede mną szara Woda pie­niła się w Przej­ściu do następ­nej Sali. Jej wzbu­rze­nie ostro kon­tra­sto­wało z pro­stą suro­wo­ścią Ościeża.

Pochy­li­łem się i zaczą­łem zbie­rać zimne, mokre wodo­ro­sty. Wiatr utrud­niał mi nawet to pro­ste zada­nie, tak wiele ener­gii wyma­gało ode mnie samo utrzy­ma­nie się w bez­ru­chu. W dodatku pory­wał zimne pasma ziel­ska i bole­śnie sma­gał mnie nimi po rękach.

Po jakimś cza­sie wypro­sto­wa­łem się, by dać odpo­cząć ple­com, i znów spoj­rza­łem ku Drzwiom do sąsied­niej Sali.

I doświad­czy­łem wizji! W mgli­stym Powie­trzu ponad szarą Wodą zawisł lśniący biały krzyż. Jego biel dosłow­nie gorzała, zde­cy­do­wa­nie przy­ćmie­wa­jąc widoczną z tyłu Ścianę z Posą­gami. Wizja była piękna, lecz począt­kowo zupeł­nie nie­zro­zu­miała – dopóki po krót­kiej chwili nie przy­szło swo­iste olśnie­nie: to wcale nie był krzyż, tylko jakiś duży, biały obiekt nie­siony Wia­trem i pędzący mi na spo­tka­nie.

Co to mogło być? Zapewne ptak, jeśli jed­nak widzia­łem go z tak dużej odle­gło­ści, to musiał być o wiele więk­szy od pta­ków, jakie przy­wy­kłem oglą­dać. Szy­bo­wał pro­sto na mnie. Roz­ło­ży­łem ramiona na podo­bień­stwo jego sze­roko roz­po­star­tych skrzy­deł, jak­bym zamie­rzał porwać go w obję­cia. „Przy­by­waj!”, chcia­łem zawo­łać, „Przy­by­waj! Przy­by­waj!”, ale Wiatr wydu­sił mi powie­trze z płuc i z mojego powi­ta­nia zostało tylko:

– Bywaj! Bywaj! Bywaj!

Sunął nad roz­fa­lo­waną Wodą, w ogóle nie poru­sza­jąc skrzy­dłami. Z wielką wprawą i swo­bodą prze­krzy­wił się leciutko, żeby zmie­ścić się w dzie­lą­cych nas Drzwiach. Roz­pię­tość jego skrzy­deł była więk­sza niż sze­ro­kość Drzwi! Teraz już wie­dzia­łem, czym jest: to był alba­tros!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki