Pierwsza książka abstynencka, która nie jest nudna - Tomasz Pawlak - ebook

Pierwsza książka abstynencka, która nie jest nudna ebook

Tomasz Pawlak

1,0

Opis

Według Anny Micińskiej recenzje „ugruntowały złą sławę” Witkacego jako narkomana, ale zdradzają wszechstronną znajomość kontekstu kulturowego. Zebrane w jednym miejscu, opatrzone licznymi przypisami, są doskonałym uzupełnieniem lektury „Narkotyków” S.I. Witkiewicza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 85

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wiosną tego roku ukazała się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego książka niezwykle ważna dla miłośników twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza: Nikotyna – Alkohol – Kokaina – Peyotl – Morfina – Eter + Appendix + Niemyte dusze. Nie jest to pierwsze jej wydanie, bowiem w tym zestawieniu została opublikowana w 1975 roku oraz w 1993 w ramach Dzieł zebranych Witkacego, w opracowaniu Anny Micińskiej. Okładka obecnego wydania nawiązuje do pierwodruku pierwszej jego części z 1932 roku. Wtedy właśnie Witkacy opublikował Narkotyki pt. Nikotyna – Alkohol – Kokaina – Peyotl – Morfina – Eter + Appendix (sam Witkacy używał tytułu Narkotyki lub skrótu – N). Wydanie tego tekstu wraz z niepublikowaną w całości rozprawą Niemyte dusze to dzieło Anny Micińskiej i lepszego zabiegu edytorskiego nie mogła uczynić. Te dwa teksty bowiem tak ze sobą współgrają, że właściwie traktujemy je dziś jak jedność, choć pierwotnie i w zamierzeniu jednością nie były.

Zainteresowanych dodatkową wiedzą o losach wydań Narkotyków i Niemytych dusz odsyłam do not wydawniczych i aneksów z ostatniego wydania i poprzednich. Tu proponuję zapoznanie się z przedwojenną recepcją książki Witkacego.

2. Okładka wydania z 2016 r.

Anna Micińska w nocie do Narkotyków napisała skrótowo: „Recenzji z książki ukazało się niewiele (por.: K. Czachowski, «Czas» 1932, nr 155; I. Gelbardowa, «Droga» 1932, nr 11; B. Miciński, «Zet» 1932, nr 6; J. Wasowski, «Wiadomości Literackie» 1932, nr 32; K. L. Koniński, «Myśl Narodowa» 1933, nr 20). Choć w zasadzie życzliwe (Czachowski), a nawet entuzjastyczne (Miciński), wbrew oczekiwaniom Witkiewicza ugruntowały jedynie – jak się wydaje – jego złą sławę «narkomana», «sławę», z którą w popularnej legendzie jak dotąd na próżno walczy grono witkacologów”1.

Niniejszym zapraszam do zapoznania się z tymi recenzjami (jak i z tymi, których Micińska nie uwzględniła), aby każdy mógł wyrobić sobie zdanie o poziomie przedwojennej krytyki oraz o tym, czy rzeczywiście – jak sugerowała Micińska – recenzje ugruntowały złą sławę Witkiewicza (albo – czy mogły jako takie być odczytane).

Na końcu szkicu zaś przedstawię informację o nieznanej recenzji Narkotyków, ale na tyle tajemniczej, że aż wątpliwe, czy istniejącej.

Jako pierwszy recenzję opublikował 15 czerwca 1932 Bolesław Miciński2 na łamach pisma „Zet” w artykule pt. Jutro NP! Na marginesie nowej książki Stanisława Ignacego Witkiewicza[1]:

„Jak tylko daleko sięga się w dzieje ludzkie, zawsze na jakieś «omamy narkotyczne» natrafić można. Widocznie świadomość doprowadzona do pewnego stopnia wyostrzenia nie mogła wprost znieść sama siebie wśród metafizycznej potworności Istnienia i czymś musiała łagodzić swoją własną perspikację” (s. 17)3.

„Ja, który byłem do pewnego stopnia idealnie w tym kierunku predysponowanym, przezwyciężyłem światopogląd «artystycznego zatracenia się w życiu» i to powinno być ostrzeżeniem dla młodych ludzi, których może skusić tego gatunku «usprawiedliwienie» «białych obłędów». Lepiej nie wykonać pewnej ilości pewnego gatunku zdeformowanych bohomazów, niż zatracić to, co jest w dzisiejszym człowieku jeszcze najistotniejszego – prawidłowo funkcjonujący intelekt” (s. 88–89)4.

3. Bolesław Miciński

Tadeusz Boy-Żeleński, omawiając twórczość dramatyczną St. I. Witkiewicza na łamach „Pologne Littéraire”, pisze: „Après la recente première de Varsovie ce fut un cri unanime – mais c’est un talent immense!”5.

Siła talentu St. I. Witkiewicza przełamała niechęć wychowanego na teatrze realistycznym społeczeństwa i uprzedzenia krytyki!

I. Zawiodą się ci, którzy w tej książce oprawionej w czarną, makabryczną okładkę i zaopatrzonej we frapujący tytuł szukać będą „mocnych wrażeń”, przeżywanych (jak to zwykle dzieje się w takich wypadkach) cudzym kosztem. Witkiewicz nie daje sposobności do sentymentalnego roztkliwiania się nad autorem opłakującym „tragedię swego życia”, nie przybiera swych, w dużej mierze osobistych, zwierzeń w „literacką” (brrr!) formę à la Claude Farrère6 ani w makabryczne straszności à la Ewers7.

Ostatnie „dziełko” St. I. Witkiewicza dalekie jest także od wszelkiego posmaczku belferskiej postawy, „zalecającej” się jałowym zestawieniem faktów i absolutną dezorientacją wobec całości Istnienia.

Witkiewicz pisze zawsze „na całego”, bo – „każdy powinien pisać jak najintensywniej, o ile go tylko stać, i to tak samo w subtelnościach, jak i w brutalnościach… przede wszystkim chodzi o natężenie, tak w anielstwie, jak i w diabelstwie”.

Twórczość jego wolną jest od narzuconych zwyczajowo utartych ograniczeń – „język jest rzeczą żywą – gdyby zawsze go uważano za mumię i myślano, że nic w nim zmienić nie wolno, to ładnie by wyglądała literatura, poezja, a nawet to kochane, przeklęte życie”8.

4. Claude Farrère

Bo przecież: „Chodzi o to, żeby język giętki Powiedział wszystko, co pomyśli głowa…”9

Oczywiście, dla osobników nawykłych do myślenia kategoriami odbarwionych słów i żyjących jakby automatycznie w zupełnym oderwaniu od swej istoty, od poczucia swojego „ja”, twórczość Witkiewicza jest czymś obcym, niezrozumiałym, drażniącym. Będą stosować do niej swoje sądy i zawieszone w próżni kategoryjki pojęciowe, na próżno usiłując sklasyfikować i zamknąć w szufladkę, opatrzoną odpowiednią etykietką, twórczość Witkiewicza.

Sugestywna siła jego osoby przejawia się w każdym słowie, błahym na pozór dowcipie. Jest to wynik tej absolutnej jedności, która przejawia się w każdym drobiazgu  t e g o   n i e u s t a n n e g o   k o n t a k t u   z e   s w o i m   „J A”,  które emanuje z wszelkiej czynności, z każdego odruchu. Dlatego każdy czyn St. I. Witkiewicza (jak np. zaprzestanie używania narkotyków), płynący z odsłoniętych głębin jego jaźni, wywiera na nas tak wielkie wrażenie.

Warunkiem kontaktu i bezpośredniego obcowania z twórczością Witkiewicza jest doznanie Dziwności Istnienia – „czemu ja jestem tym właśnie, a nie innym istnieniem, w tym miejscu nieskończonej przestrzeni i w tej chwili nieskończonego czasu? W tej grupie istnień, na tej właśnie planecie? Dlaczego w ogóle istnieję, mógłbym nie istnieć wcale, dlaczego w ogóle coś jest?…” (St. I. Witkiewicz, Nowe formy w malarstwie, Warszawa 1919).

II. Witkiewicz posiada niezwykłego „czuja” – dar regenerowania zużytych słów. Wyświechtane, zniszczone wskutek codziennego użycia słowa i zwroty przy umiejętnym operowaniu cudzysłowem zyskują nową wartość, stają się elementem tego wspaniałego humoru, który emanuje z kart ostatniej jego książki.

5. Hanns Heinz Ewers

Humor Witkiewicza jest i ubocznym jego produktem, i jednym z najistotniejszych jej elementów. Płynie poprzez wiersze wewnętrznym, równym nurtem i dlatego czytamy tę książkę bez odruchowego, ordynarnego śmiechu, jaki wywołuje dowcipnie wypitraszony witz, ale z radością, jaką daje obcowanie z utworem poczętym w umyśle prawdziwego twórcy.

Witkiewicza cechuje przerost intelektualny, zamykający wewnętrzny wylew w jakiś „kosmiczny”  c u d z y s ł ó w,  stosunek intelektualny nie tylko do tworzywa, ale i do niezbadanych głębin twórczego aktu, który specyficznym, nieokreślonym wprost uśmiechem wygląda spoza jego twórczości artystycznej.

III. „Metoda moja jest czysto psychologiczna – pisze Witkiewicz – chodzi mi o zwrócenie uwagi na skutki psychiczne tych trucizn (alkohol, nikotyna), skutki, które każdy, nawet początkujący, może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przedtem, nim całkowicie opanowanym zostanie” (s. 13)10.

Sądzę, że tylko tego rodzaju metoda może dać pożądane wyniki.

„Jeśli młodzieńcowi lat piętnastu pokazać wątrobę czterdziestoletniego alkoholika przerośniętą i zdegenerowaną – czy przestanie pić na ten widok? Nie – zbyt daleko jest od niego ten rok 40-sty, jest czymś niewyobrażalnym. Wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy mówi – eee… czy będę żył o kilka lat dłużej, czy krócej, to jest «ganc wurszt und pomade»11 – chodzi o tę chwilę… trzeba ukazać skutki psychiczne, doraźne, których powolnego postępu (schleichender Vorgang12 – brr!… Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co używa danego narkotyku stale, bez przerwy” (s. 14–15)13.

Nie czując się kompetentnym, nie będę omawiał treści tej fascynującej książki. A zresztą uważam to za bezcelowe – nie sposób w krótkim szkicu objawić całej zgrozy powolnego tumanienia i przepalania mózgu. Poprzestaję więc tylko na wskazaniu metody.

IV. Z przerażeniem widzę, że sterta niedopałków rośnie przede mną. Musiałem wypisać tęgie bzdury w stanie nikotynowego zjełopienia.

Dziś, podług recepty z 16 strony, urzynam się. („Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby glątewki poalkoholowej”).

A jutro – Jutro Np!14