Pięćdziesiąt imion deszczu - Asha Lemmie - ebook + książka
NOWOŚĆ

Pięćdziesiąt imion deszczu ebook

Lemmie Asha

4,1

62 osoby interesują się tą książką

Opis

Wspaniała, obejmująca kilka dziesięcioleci i tocząca się na różnych kontynentach epicka opowieść o więzach, która krępują, o więzach, które dają siłę, a także o tym, czym jest próba ich zerwania. Historia dojrzewania dwurasowej dziewczyny w powojennej Japonii, przyprawiająca o gniew, łzy, ale i radość, gdy Noriko ostatecznie wyzwala się z okowów uprzedzeń i tradycji.

Kioto, rok 1948

„Nie zadawaj pytań. Nie stawiaj oporu. Nie sprzeciwiaj się”. Oto pierwsza lekcja ośmioletniej Noriko „Nori” Kamizy, która długo nie będzie pytała, dlaczego matka porzuciła ją, udzielając na koniec tylko tej jednej lekcji. Nie będzie stawiała oporu, gdy zostanie zamknięta na poddaszu. I nie sprzeciwi się kąpielom w chemicznych wybielaczach, którym poddawana będzie w celu rozjaśnienia przynoszącego wstyd odcienia skóry.

Nori, nieślubne dziecko japońskiej arystokratki i ciemnoskórego żołnierza armii amerykańskiej, jest wyobcowana od chwili narodzin. Choć dziadkowie przyjmują ją pod swój dach, czynią to wyłącznie po to, by ukryć ją przed światem. Boją się plamy na królewskim rodowodzie, którego za wszelką cenę pragną strzec w zmieniającej się Japonii. Posłuszna do przesady dziewczynka akceptuje życie w izolacji, pomimo wrodzonej inteligencji oraz nurtującej ją ciekawości tego, co kryje się za czterema ścianami poddasza.

Gdy los sprowadza do rezydencji dziadków Akirę, kilka lat starszego przyrodniego brata, Nori znajduje w nim pierwszą przyjazną osobę. Rodzeństwo buduje niezwykłą, bardzo silną, ale zakazaną przez dziadków więź, która bezpowrotnie odmieni pisane im życie. Odkąd bowiem przed Nori uchyliło się okno na świat, gdzie być może znajdzie się miejsce i dla niej, jest gotowa stoczyć walkę o siebie, nawet gdyby miała zapłacić za to najwyższą cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 452

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (19 ocen)
8
7
1
3
0
Sortuj według:
ayukawashima

Z braku laku…

Dramat za dramatem by w końcu popaść w jeszcze większy dramat. Na dodatek mało racjonalne postępowanie.
00

Popularność




Polog

Pro­log

Pre­fek­tura Kioto, Japo­nia, lato 1948

Pierw­szym rze­czy­wi­stym wspo­mnie­niem Nori było zatrzy­ma­nie się samo­chodu pod tam­tym domem. Przez wiele kolej­nych lat pró­bo­wała posze­rzyć gra­nice pamięci, przy­po­mnieć sobie, co działo się wcze­śniej. Wie­le­kroć leżała na wznak w noc­nej ciszy i wytę­żała umysł. Cza­sem mignęły jej jaskra­wo­żółte ściany maleń­kiego miesz­kanka. Obraz ten zni­kał rów­nie szybko, jak się poja­wiał, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie żad­nego uko­je­nia. Gdyby ktoś zapy­tał, odpar­łaby, że jej życie ofi­cjal­nie roz­po­częło się w dniu, gdy spoj­rzała na oka­załą posia­dłość siel­sko poło­żoną mię­dzy zie­lo­nymi grzbie­tami dwóch wzgórz. Piękno tego miej­sca zachwy­cało – nie można było odmó­wić mu urody – a mimo to dziew­czynka czuła gnie­ce­nie w dołku, jej żołą­dek wywró­cił się zaś do góry nogami. Matka rzadko ją dokąd­kol­wiek zabie­rała. Siódmy zmysł pod­po­wia­dał Nori, że wyda­rzy się tam coś, co jej się nie spodoba.

Nie­bie­ski samo­chód z wybla­kłym lakie­rem zaha­mo­wał i zatrzy­mał się na ulicy naprze­ciwko zbu­do­wa­nej w tra­dy­cyj­nym stylu posia­dło­ści oto­czo­nej wyso­kim bia­łym murem. Pierw­sza brama stała otwo­rem, co pozwa­lało na podzi­wia­nie sta­ran­nie zaaran­żo­wa­nego dzie­dzińca, ale wrota domu były szczel­nie zamknięte. Zło­cony napis nad głów­nym wej­ściem zwra­cał uwagę, jed­nak Nori nie potra­fiła go odcy­fro­wać. Umiała prze­czy­tać i napi­sać wła­sne imię No-ri-ko, nic wię­cej. W tam­tej chwili poża­ło­wała, że nie posia­dła umie­jęt­no­ści roz­szy­fro­wa­nia każ­dego słowa napi­sa­nego w każ­dym języku, od morza do morza. Fru­stro­wało ją to w nie­po­ję­tym stop­niu. Zwró­ciła się do matki:

– Oka­asan, co mówią te znaki?

Sie­dząca obok kobieta wes­tchnęła z powścią­ganą iry­ta­cją. Nie­gdyś musiała być praw­dziwą pięk­no­ścią. Na­dal wyglą­dała wspa­niale, ale na mło­dej twa­rzy zaczy­nały odbi­jać się trudy życia. Ciemne, gęste włosy splo­tła z tyłu w war­kocz, który nie­ustan­nie pró­bo­wał się roz­pleść. Łagodne szare oczy patrzyły w dół. Uni­kała spoj­rze­nia córki.

– Kamiza – oparła wresz­cie. – Tam jest napi­sane Kamiza.

– To nasze nazwi­sko, prawda? – zaszcze­bio­tała Nori, ponie­waż odpo­wiedź matki natych­miast roz­bu­dziła jej cie­ka­wość.

Z ust kobiety wyrwał się zdła­wiony chi­chot, który zje­żył Nori włosy na karku. Kie­rowca samo­chodu, męż­czy­zna, któ­rego dziew­czynka ni­gdy wcze­śniej nie widziała, rzu­cił im w lusterku wstecz­nym zlęk­nione spoj­rze­nie.

– Tak – przy­znała cichym gło­sem, a w jej oczach poja­wił się dziwny błysk, któ­rego dys­po­nu­jąca ogra­ni­czo­nym zaso­bem słów Nori nie umiała nazwać. – To nasze nazwi­sko rodowe. Tu miesz­kają moi rodzice, dziecko. Twoi dziad­ko­wie.

Serce Nori zabiło szyb­ciej. Matka ni­gdy dotąd nie wspo­mi­nała o krew­nych ani bliż­szej rodzi­nie. Prawdę mówiąc, obie tak długo dry­fo­wały w samot­no­ści, że zako­twi­cze­nie w jakimś kon­kret­nym miej­scu wyda­wało się dziwne.

– Ty też tu miesz­ka­łaś, Oka­asan?

– Kie­dyś – ucięła oschłym tonem. – Zanim się uro­dzi­łaś. Dawno temu.

Nori zmarsz­czyła czoło.

– Dla­czego się wypro­wa­dzi­łaś?

– Dość pytań, Noriko. Weź swoje rze­czy. Idziemy.

Dziew­czynka posłu­chała i przy­gry­zła wargę, żeby powstrzy­mać się przed dal­szymi docie­ka­niami. Matka tego nie lubiła. Za każ­dym razem, kiedy Nori o coś pytała, otrzy­my­wała w odpo­wie­dzi spoj­rze­nie pełne dez­apro­baty. Lepiej było trzy­mać język za zębami. Przy rzad­kich oka­zjach, gdy uda­wało się jej zado­wo­lić matkę, dosta­wała w zamian chłodny pół­u­śmiech. Cza­sami, kiedy zacho­wy­wała się wyjąt­kowo grzecz­nie, matka nagra­dzała ją sło­dy­czami albo nową wstążką. Jak dotąd przez osiem lat życia Nori zgro­ma­dziła dwa­na­ście wstą­żek, jedną za każdy raz, gdy zdo­łała usa­tys­fak­cjo­no­wać matkę.

– Kobieta powinna nauczyć się mil­czeć – powta­rzała. – Jeśli nie potrafi niczego innego, niech umie mil­czeć.

Nori wysia­dła na chod­nik i spraw­dziła, czy zabrała wszyst­kie swoje rze­czy. Brą­zowa wali­zeczka z postrzę­pio­nymi paskami i jedwabną fio­le­tową chu­s­teczką zawią­zaną na uchwy­cie – jest. I nie­bie­ski tor­ni­ster ze srebrną sprzączką, który dostała na ostat­nie uro­dziny. To był cały jej doby­tek. Wcale nie uwa­żała, że potrze­buje cze­goś wię­cej.

Po raz pierw­szy od czasu pobudki o świ­cie zauwa­żyła, że matka nie ma żad­nych bagaży. Stała w taki spo­sób, jakby jej bla­do­ró­żowe saty­nowe pan­to­fle wro­sły w nie­na­tu­ral­nie biały chod­nik. Jasne oczy utkwiła w jakimś punk­cie, któ­rego Nori nie potra­fiła zlo­ka­li­zo­wać.

Zwró­ciła uwagę na strój matki: paste­lowa nie­bie­ska sukienka do kolan z krót­kim ręka­wem. Beżowe poń­czo­chy. Na szyi malutki srebrny krzy­żyk z bry­lan­ci­kiem w środku. Dło­nie sple­cione z przodu tak cia­sno, że przez deli­katną skórę prze­zie­rały cie­niut­kie nie­bie­skie żyłki.

Nori dotknęła nie­śmiało ramie­nia matki.

– Oka­asan…

Ta gwał­tow­nie zamru­gała powie­kami, roz­plo­tła dło­nie, zwie­siła ramiona wzdłuż boków. Wciąż jed­nak nie ode­rwała oczu od bli­żej nie­okre­ślo­nego punktu.

– Noriko – powie­działa gło­sem tak prze­sy­co­nym nie­spo­ty­kaną czu­ło­ścią, że Nori nie dowie­rzała wła­snym uszom. – Chcę, żebyś mi coś obie­cała.

Dziew­czynka pod­nio­sła wzrok, sta­ra­jąc się wyglą­dać na miłą i układną, żeby matka była zado­wo­lona. Nie zepsuje tej chwili nie­zręcz­nym sło­wem.

– Tak, Oka­asan?

– Obie­caj, że będziesz posłuszna.

Ta prośba zbiła ją z pan­ta­łyku. Nie dla­tego, że się jej nie spo­dzie­wała; po pro­stu przez całe życie ani razu nie oka­zała nie­po­słu­szeń­stwa. Pro­sze­nie o coś takiego wyda­wało się zbędne. Kon­ster­na­cja dziew­czynki musiała być aż nadto widoczna, ponie­waż matka odwró­ciła się do niej i uklę­kła, nie­mal zrów­nu­jąc się z nią wzro­kiem.

– Noriko – powtó­rzyła z nie­zna­nym Nori naci­skiem. – Obie­caj. Obie­caj, że będziesz się pod­po­rząd­ko­wy­wać we wszyst­kich spra­wach. Nie zada­waj pytań. Nie sta­wiaj oporu. Nie sprze­ci­wiaj się. Nie myśl, jeśli myśle­nie mia­łoby zapro­wa­dzić cię tam, gdzie być nie powin­naś. Po pro­stu się uśmie­chaj i rób, co każą. Od posłu­szeń­stwa waż­niej­sze jest tylko twoje życie. Powie­trze, któ­rym oddy­chasz. Obie­caj mi to.

Nori pomy­ślała, że to bar­dzo dziwna roz­mowa. Miała na końcu języka tysiące pytań, ale zdu­siła je w sobie.

– Tak, Oka­asan. Yaku­soku shi­masu. Obie­cuję.

Matce zadrżał oddech. Wes­tchnęła z ulgą prze­mie­szaną z roz­pa­czą.

– A teraz posłu­chaj. Wej­dziesz za tę bramę. Dziad­ko­wie zapy­tają, jak się nazy­wasz. Co im powiesz, Nori?

– Noriko, Oka­asan. Noriko Kamiza.

– Tak. A potem zapy­tają, ile masz lat. Co odpo­wiesz?

– Osiem, Oka­asan.

– Spy­tają, dokąd poszłam. Powiesz im, że ci nie mówi­łam. Że nie wiesz. Rozu­miesz?

Nori poczuła, jak zasy­cha jej w ustach. Serce trze­po­tało niczym ptak usi­łu­jący wydo­stać się z klatki.

– Oka­asan, dokąd idziesz? Nie wej­dziesz tam ze mną?

Matka nie odpo­wie­działa. Wypro­sto­wała się, się­gnęła do kie­szeni i wyjęła z niej grubą szarą kopertę.

– Weź to – przy­ka­zała, wci­ska­jąc ją w spo­coną dłoń dziew­czynki. – Daj im to, kiedy będą zada­wać pyta­nia.

– Oka­asan, dokąd idziesz? – zapy­tała Nori, a w jej gło­sie poja­wiła się panika.

Matka odwró­ciła wzrok.

– Cicho, Nori. Nie płacz. Prze­stań natych­miast!

Poczuła, jak łzy, które już zebrały się w oczach, cof­nęły się z zastra­sza­jącą pręd­ko­ścią. Tak jakby i one musiały być posłuszne.

– Noriko – cią­gnęła matka, zni­ża­jąc głos do szeptu. – Grzeczna z cie­bie dziew­czynka. Rób, co każą, a wszystko będzie dobrze. Nie płacz już. Nie ma powodu do pła­czu.

– Tak, Oka­asan.

Matka się zawa­hała, długo szu­kała słów. Wresz­cie uznała, że nie ma nic wię­cej do powie­dze­nia, i poprze­stała na dwu­krot­nym pokle­pa­niu córki po gło­wie.

– Pocze­kam tu, aż odej­dziesz. Zabierz swoje rze­czy.

Noriko wzięła walizkę oraz tor­ni­ster i wol­nym kro­kiem ruszyła do góru­ją­cej nad nią bramy. Im była bli­żej, tym mniej­sze sta­wiała kroki.

Raz po raz oglą­dała się za sie­bie, chcąc się upew­nić, że matka wciąż tam jest. Była. Noriko gło­śno prze­łknęła ślinę.

Gdy wresz­cie dotarła pod wiel­kie wrota, zatrzy­mała się, nie bar­dzo wie­dząc, co dalej. Stały otwo­rem, a mimo to Nori uznała, że nie powinna tam wcho­dzić. Cze­kała na instruk­cje od matki, ta jed­nak stała na chod­niku i patrzyła na nią w mil­cze­niu.

Krok po kroku Nori posu­wała się naprzód. Dotarł­szy do połowy drogi, przy­sta­nęła, nie była w sta­nie iść dalej. W despe­ra­cji odwró­ciła się do matki, która wra­cała już do samo­chodu.

– Oka­asan! – załkała. Wcze­śniej­szy spo­kój opu­ścił ją w jed­nej prze­raź­li­wej chwili. Chciała pobiec z powro­tem do matki, lecz coś przy­gwoź­dziło ją do ziemi.

To coś trzy­mało ją nie­ubła­ga­nie w bez­li­to­śnie sil­nym uści­sku. Nie pozwa­lało się poru­szyć, pła­kać ani oddy­chać, gdy patrzyła, jak matka posyła jej ostat­nie, dziw­nie pogodne spoj­rze­nie, a następ­nie wsiada do samo­chodu i zatrza­skuje za sobą drzwi. Nie mogła nawet mru­gnąć okiem, obser­wu­jąc, jak auto nabiera pręd­ko­ści, skręca za róg i znika z pola widze­nia.

Nori nie wie­działa, jak długo stoi w miej­scu, kom­plet­nie spa­ra­li­żo­wana. Gdy wresz­cie pod­jęła na nowo mozolną wędrówkę, słońce stało już wysoko na nie­bie. Wciąż odrę­twiała, pod­nio­sła drobną rączkę i lekko zapu­kała w bramę, która zasła­niała dom. Zza ogro­dze­nia wyła­niały się tylko pię­tra i dach. Nikt nie otwie­rał. Pchnęła wrota z nadzieją, że może nie ustą­pią. Nie ustą­piły. I były zde­cy­do­wa­nie za cięż­kie, dla­tego wię­cej nie pró­bo­wała.

Usia­dła. I cze­kała. Na co? Tego w zasa­dzie nie wie­działa.

Po pew­nym cza­sie brama się otwo­rzyła, poru­szana jakąś nie­wi­dzialną siłą. Wyło­nili się zza niej dwaj rośli męż­czyźni w gar­ni­tu­rach, spo­glą­da­jąc na dziecko z pogardą.

– Odejdź stąd, dziew­czynko. Żebra­ków nie wpusz­czamy.

– Nie jestem żebraczką – zapro­te­sto­wała Nori, wsta­jąc z ziemi. – Jestem Noriko.

Patrzyli na nią w osłu­pie­niu. Drżącą ręką wycią­gnęła w ich stronę kopertę, którą wrę­czyła jej matka.

– Kamiza Noriko desu.

Męż­czyźni wymie­nili nie­zro­zu­miałe dla niej spoj­rze­nia. Potem bez słowa zni­kli za bramą.

Nori cze­kała. Krę­ciło się jej w gło­wie, ale zmu­siła się do sta­nia.

Po dłu­giej chwili powró­cił jeden z nich. Kiw­nął na nią pal­cem.

– Wejdź.

Chwy­cił jej bagaże i poma­sze­ro­wał przed sie­bie, zosta­wia­jąc dziew­czynkę w tyle.

Dom był piękny, bar­dziej przy­po­mi­nał pałac, jed­nak Nori sku­piła uwagę na sto­ją­cej przed nią postaci.

Star­sza kobieta o oczach jej matki, ze sre­brzy­stymi pasmami sta­ran­nie ucze­sa­nych wło­sów, spo­glą­dała na nią z góry z abso­lut­nym nie­do­wie­rza­niem.

Nori postą­piła tak, jak kazała matka, nie pozo­stało jej bowiem nic innego.

– Kon­banwa, Oba­asama. Mam na imię Nori.

Część I

Część I

Roz­dział 1

Roz­dział 1

Pieśń wody

Kioto, Japo­nia, lato 1950

Ból nad­szedł szybko, z alar­mu­ją­cymi fan­fa­rami. Nic nie mogło go zatrzy­mać, gdy już pod­jął swoją maka­bryczną wędrówkę.

Nad­szedł szybko. Dłu­żej trwało, nim odszedł.

Nori nie­mal się ucie­szyła, wie­dząc, że to naj­lep­sze ze wszyst­kiego, co ją jesz­cze czeka. Naj­pierw poja­wiło się mro­wie­nie, jakby ktoś deli­kat­nym piór­kiem wystu­ki­wał rytm na jej skó­rze. Póź­niej stop­niowe pie­cze­nie. Każdy nerw jej ciała zaczy­nał krzy­czeć, jeden po dru­gim, aż w końcu wszyst­kie wrzesz­czały uni­sono w pro­te­ście. Następne w kolej­no­ści były łzy. We wcze­snym dzie­ciń­stwie Nori nauczyła się przed nimi nie bro­nić, ponie­waż wtedy zaczy­nały pły­nąć jesz­cze obfi­ciej.

Tłu­mie­nie łez dopro­wa­dzało do utraty tchu, spa­zma­tycz­nego wcią­ga­nia ich przez noz­drza i uczu­cia ści­ska­nia w żebrach. Kapa­łoby jej z nosa, wydzie­lina mie­sza­łaby się ze łzami, two­rząc ohydną mik­sturę, która czę­sto ście­kała do otwar­tych ust.

Lepiej je zaak­cep­to­wać z naj­więk­szym moż­li­wym wdzię­kiem i god­no­ścią. Będą cichutko toczyły się po policz­kach, chłod­nym, sta­łym stru­mie­niem, niczym szem­rzący poto­czek.

Wtedy można przy­naj­mniej zacho­wać dla sie­bie tro­chę sza­cunku.

– Na dzi­siaj koniec, Ojo­sama.

Pomimo pie­ką­cych oczu Nori z tru­dem sku­piła wzrok na roz­mów­czyni: trzy­dzie­sto­kil­ku­let­niej słu­żą­cej o okrą­głej, weso­łej twa­rzy i cie­płym uśmie­chu.

– Dzię­kuję, Akiko-san.

Słu­żąca deli­kat­nie pomo­gła Nori wstać, wycią­ga­jąc rękę, żeby dzie­się­cio­latka miała się na czym wes­przeć.

Nori wydała cichy okrzyk, gdy ostry podmuch powie­trza sma­gnął jej nagą skórę. Ugięły się pod nią kolana. Akiko zapo­bie­gła upad­kowi i ze zdu­mie­wa­jącą jak na swoją fili­gra­nową posturę siłą wycią­gnęła Nori z por­ce­la­no­wej wanny, sadza­jąc na krze­śle obok.

Nori powoli koły­sała się w przód i w tył, licząc, że ten jed­no­stajny ruch uspo­koi drżące ciało. Po chwili ból osłabł na tyle, że zdo­łała otwo­rzyć oczy. Obser­wo­wała, jak Akiko wylewa do odpływu mie­sza­ninę cie­płej wody i środka wybie­la­ją­cego, w któ­rym pły­wały mętne dro­binki skóry o bar­wie mig­dała – jej skóry.

– Czy to działa? Jak uwa­żasz? – zapy­tała, nie­za­do­wo­lona z prze­ję­tego tonu, jaki wkradł się do jej głosu. – Akiko-san, myślisz, że to działa?

Słu­żąca odwró­ciła się do dziecka, które powie­rzono jej opiece. Nori nie potra­fiła odczy­tać wyrazu jej twa­rzy. Po chwili jed­nak Akiko nie­znacz­nie się uśmiech­nęła, a Nori doznała ulgi.

– Tak, panienko, myślę, że działa. Bab­cia panienki będzie zado­wo­lona.

– A myślisz, że dostanę nową sukienkę?

– Być może. Jeśli da mi pie­nią­dze na mate­riał, uszyję panience let­nią yukatę. Ze sta­rej już panienka wyro­sła.

– Chcia­ła­bym nie­bie­ską. To szla­chetny kolor, prawda, Akiko-san?

Słu­żąca spu­ściła wzrok i zaczęła ubie­rać Nori w świeżą baweł­nianą koszulę.

– W nie­bie­skim będzie panience bar­dzo do twa­rzy.

– To ulu­biony kolor Oba­asama.

– Tak. A teraz zmy­kaj. Za godzinę przy­niosę posi­łek.

Nori zmu­siła swoje koń­czyny do ruchu, nie zwa­ża­jąc na tępy ból. Dzia­łały, wie­działa, że te codzienne kąpiele dzia­łają. Babka spro­wa­dziła aż z Tokio naj­lep­sze magiczne mydło, jakie można było kupić. Nori bez skargi zno­siła ból, rozu­miała bowiem, że uzy­skany z cza­sem efekt okaże się wart każ­dego cier­pie­nia. Gdyby Akiko jej na to pozwa­lała, sie­dzia­łaby w wan­nie cały dzień, ponie­waż jed­nak jej skóra oka­zała się skłonna do opa­rzeń, jedna kąpiel nie mogła trwać dłu­żej niż dwa­dzie­ścia minut. Na lewej nodze pozo­stał fio­le­towy cęt­ko­wany ślad po opa­rze­niu, który musiała ukry­wać pod dłu­gimi spód­ni­cami, ale nie prze­szka­dzało jej to ani tro­chę, ponie­waż skóra wokół podraż­nio­nego miej­sca stała się cudow­nie jasna i pro­mienna.

Chciała, żeby tak wyglą­dała skóra na całym jej ciele.

Prze­mknęła na palusz­kach przez kory­tarz, uwa­ża­jąc, by nie hała­so­wać. Było popo­łu­dnie, a babka lubiła zaży­wać popo­łu­dnio­wych drze­mek. Zwłasz­cza zimą, gdy chłód ogra­ni­czał wizyty towa­rzy­skie, a słońce wcze­śnie zacho­dziło.

Czmych­nęła ku scho­dom na pod­da­sze, uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego ze służbą, która gapiła się na nią za każ­dym razem, gdy ich ścieżki się prze­ci­nały. Nawet po spę­dzo­nych pod tym dachem dwóch latach jej obec­ność wciąż ich uwie­rała.

Jak zapew­niała Akiko, nie cho­dziło o to, że jej nie lubią. Po pro­stu nie przy­wy­kli do dzieci w tym domu.

Tak czy owak Nori z ulgą wra­cała na pod­da­sze, gdzie miesz­kała z dala od wszyst­kich i wszyst­kiego. Gdy zja­wiła się w posia­dło­ści, babka naka­zała wysprzą­tać pod­da­sze i prze­ro­bić je na pomiesz­cze­nia miesz­kalne.

Pod­da­sze było prze­stronne, pełne roz­ma­itych przed­mio­tów i sprzę­tów. Nori ni­gdy nie miała tylu rze­czy. Łóżko, stół jadal­niany, trzy krze­sła, biblio­teczka, kosz wypeł­niony mate­ria­łami do szy­cia i dzier­ga­nia, ołta­rzyk do modli­twy, pie­cyk na chłodne zimowe mie­siące oraz szafa na ubra­nia. Stała tu też toa­letka z tabo­re­tem, który według Akiko nale­żał kie­dyś do matki Nori. A także brą­zowa walizka z uchwy­tem obwią­za­nym chu­s­teczką z fio­le­to­wego jedwa­biu oraz bla­do­nie­bie­ski tor­ni­ster ze srebrną kla­merką. Trzy­mała te dwie rze­czy w kącie pokoju, żeby zawsze mieć je pod ręką.

Naj­bar­dziej lubiła usy­tu­owane nad łóż­kiem okno w kształ­cie pół­księ­życa z wido­kiem na ogród za domem. Gdy sta­wała na łóżku (czego nie powinna robić, ale robiła), widziała oto­czony pło­tem ogród poro­śnięty zie­loną trawą i sta­rymi roz­ło­ży­stymi drze­wami brzo­skwi­nio­wymi. Widziała sadzawkę z pły­wa­ją­cymi i roz­pry­sku­ją­cymi wodę koi oraz nie­wy­raźne zarysy dachów w sąsiedz­twie. W swoim odczu­ciu widziała cały świat.

Ileż to nocy spę­dziła z nosem przy­ci­śnię­tym do chłod­nej, wil­got­nej szyby? Z pew­no­ścią bar­dzo wiele i uwa­żała się za praw­dziwą szczę­ściarę, że ni­gdy jej na tym nie przy­ła­pano. Z pew­no­ścią dosta­łaby wtedy lanie.

Od dnia, w któ­rym tutaj przy­była, nie wolno jej było opusz­czać domu. Nie uwa­żała tego za jakieś straszne poświę­ce­nie, wcale nie, ponie­waż z miesz­ka­nia, które dzie­liła z matką, też bar­dzo rzadko pozwa­lano jej wycho­dzić.

W tym domu obo­wią­zy­wały zasady. Całe mnó­stwo zasad.

Naczelna zasada brzmiała: schodź wszyst­kim z oczu, chyba że zosta­niesz wezwana. Siedź na pod­da­szu. Zacho­wuj się bez­gło­śnie. Posiłki przy­no­szono jej trzy razy dzien­nie o usta­lo­nych porach. Akiko zabie­rała ją na dół do łazienki. Pod­czas tej wycieczki w środku dnia Nori brała kąpiel.

Trzy razy w tygo­dniu na pod­da­szu zja­wiał się stary, zgar­biony i nie­do­wi­dzący męż­czy­zna, który uczył ją czy­ta­nia, pisa­nia, licze­nia oraz histo­rii. Tego aku­rat nie trak­to­wała jak narzu­co­nego jej obo­wiązku – Nori lubiła lek­cje. I, prawdę mówiąc, miała talent do nauki. Zawsze pro­siła Saotome-sen­sei o nowe książki. W minio­nym tygo­dniu przy­niósł jej powieść napi­saną po angiel­sku, zaty­tu­ło­waną Oli­ver Twist. Nie potra­fiła prze­czy­tać ani słowa, ale posta­no­wiła się nauczyć. Książka była śliczna, opra­wiona w skórę, błysz­cząca.

Takie obo­wią­zy­wały reguły. Nie były jakieś, jej zda­niem, wyma­ga­jące. Nie rozu­miała ich, ale i nie sta­rała się zro­zu­mieć.

Nie myśl.

Nori wśli­znęła się do nie­wiel­kiego łóżka z bal­da­chi­mem i przy­tknęła twarz do chłod­nej poduszki. Pozwo­liło jej to odwró­cić uwagę od upo­rczy­wego mro­wie­nia skóry. Instynk­towne pra­gnie­nie ucieczki przed bólem wkrótce uko­ły­sało ją do męczą­cego snu.

Śniło się jej to samo co zwy­kle.

Wołała matkę, bie­gła za odda­la­ją­cym się błę­kit­nym samo­cho­dem, ale ni­gdy nie mogła go dogo­nić.

Jak daleko się­gała pamię­cią, jej koń­czyny od zawsze wyka­zy­wały skłon­ność do nie­po­słu­szeń­stwa. Zaczy­nały się trząść ni z tego, ni z owego, w nie­kon­tro­lo­wany spo­sób, przy naj­drob­niej­szej zapo­wie­dzi kło­po­tów. Musiała wtedy z całej siły otu­lać ciało ramio­nami, żeby drże­nie ustą­piło.

Kiedy więc Akiko poin­for­mo­wała, że babka złoży jej wizytę, Nori poczuła, że cała jest jak z waty. Osu­nęła się na drew­niane krze­sło przy stole, nie ufa­jąc, że wła­sne nogi zdo­łają ją utrzy­mać.

– Przyj­dzie tu Oba­asama?

– Tak, panienko.

Babka zwy­kle odwie­dzała ją raz w mie­siącu, cza­sem dwa razy, by skon­tro­lo­wać porzą­dek na pod­da­szu i jej roz­wój oso­bi­sty.

Wyda­wało się, że czego Nori by nie zro­biła, babka i tak ni­gdy nie była zado­wo­lona. Star­sza kobieta miała nie­na­ganne maniery i wyso­kie wyma­ga­nia, a jej bystre szare oczy ni­gdy niczego nie prze­oczyły. Napeł­niało to Nori zarówno rado­sną eks­cy­ta­cją, jak i lękiem.

Usa­tys­fak­cjo­no­wa­nie babki stało się praw­dzi­wym wyczy­nem, któ­rego pra­gnęła doko­nać. W jej mnie­ma­niu ucho­dziło to za naj­szla­chet­niej­sze dąże­nie.

Nori omio­tła wzro­kiem pokój, nagle bole­śnie zda­jąc sobie sprawę z panu­ją­cego w nim bała­ganu. Z łóżka wysta­wał rąbek jasno­żół­tej pościeli. Na lam­pie naf­to­wej na noc­nym sto­liku leżała dro­binka kurzu. Drewno pło­nące w pie­cyku strze­lało i trzesz­czało. Ten odgłos z pew­no­ścią nie­któ­rych ziry­tuje.

Słu­żąca w mil­cze­niu zaczęła krzą­tać się po pod­da­szu, porząd­ku­jąc i odkła­da­jąc rze­czy na prze­zna­czone im miej­sce. Akiko przy­wy­kła do wyma­gań pani tego domu. Pra­co­wała tu od dziecka.

Co oczy­wi­ście ozna­czało, że znała matkę Nori. Pew­nie dla­tego wytwo­rzyła się mię­dzy nimi oso­bliwa rela­cja: Nori zawsze chciała zapy­tać, Akiko zawsze chciała powie­dzieć, obie były jed­nak na to zbyt posłuszne.

– W co powin­nam się ubrać? – wychry­piała Nori, zła, że znie­nacka zadrżał jej głos. – Jak uwa­żasz?

Od razu zaczęła gło­wić się nad stro­jem. Miała gra­na­tową sukienkę w groszki, z krót­kim ręka­wem i koron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem. Miała zie­lone kimono prze­pa­sane bla­do­ró­żową szarfą. Miała jasno­żółtą yukatę, ale to był strój na lato. I jesz­cze ciem­no­fio­le­towe kimono. To wszystko.

Zaczęła deli­kat­nie przy­gry­zać lewy poli­czek.

– Czarne – zde­cy­do­wała, odpo­wia­da­jąc sama sobie. Akiko pode­szła do szafy, a następ­nie roz­ło­żyła kimono na łóżku.

Decy­zja przy­szła sto­sun­kowo łatwo. Jej skóra, kon­tra­stu­jąc z ciem­nym stro­jem, wyda się jaśniej­sza. Akiko zaczęła ubie­rać Nori, któ­rej myśli powę­dro­wały gdzie indziej.

Nie­pew­nie prze­cze­sała dło­nią włosy. Boże, jakże ona ich nie zno­siła. Były gęste i nie­sforne, krę­ciły się upar­cie pomimo codzien­nych prób poskra­mia­nia ich za pomocą szczotki. W dodatku miały dzi­waczny odcień ciem­nego brązu, który Nori porów­ny­wała do kory dębu. Nie mogła roz­pu­ścić ich swo­bod­nie na ramiona, tak jak robiły to jej matka i babka.

Ale gdy mocno je wyszczot­ko­wała, wygła­dzały się na tyle, że mogła spleść je w długi war­kocz i sta­ran­nie zwią­zać z tyłu. Się­gały pra­wie do pasa, koń­cówkę war­kocza ozda­biała kolo­rową wstążką. Wów­czas włosy pre­zen­to­wały się pra­wie nor­mal­nie.

Tym razem wybrała czer­woną, jedną z dwu­na­stu, które miała. Tę lubiła naj­bar­dziej, ponie­waż uwa­żała, że pod­kre­śla blask jej zło­ci­stych oczu. To, co lubiła w swo­jej twa­rzy, to wła­śnie oczy – nawet babka zauwa­żyła kie­dyś, że są „naprawdę inte­re­su­jące”.

Miały deli­katny kształt mig­dała, taki, jaki mieć powinny. Przy­naj­mniej pod tym wzglę­dem zanadto nie odsta­wała.

Gdy Nori była już ubrana, Akiko wyszła.

Dziew­czynka sta­nęła na środku pokoju, pro­sto, jakby połknęła kij, i cze­kała. Sta­rała się nie wier­cić. Sta­ran­nie splo­tła ręce na wyso­ko­ści piersi, z lekką pogardą lustru­jąc odcień skóry. Popra­wiał się. Dwa lata kąpieli i wresz­cie zaczy­nała dostrze­gać zmianę. Sza­co­wała, że po dwóch kolej­nych cera roz­ja­śni się na tyle, że będzie mogła opu­ścić pod­da­sze.

W prze­ci­wień­stwie do babki, która odwie­dzała ją od czasu do czasu, dzia­dek robił abso­lut­nie wszystko, by uni­kać jej cał­ko­wi­cie, a poza tym i tak więk­szość czasu spę­dzał w Tokio, gdzie peł­nił funk­cję cesar­skiego doradcy. Przy nie­zwy­kle rzad­kich oka­zjach, gdy ich ścieżki mimo wszystko się prze­ci­nały, patrzył na nią wzro­kiem twar­dym jak kamień. To spoj­rze­nie nie­odmien­nie ją mro­ziło. Cza­sem pod­py­ty­wała o niego słu­żącą. Wów­czas twarz Akiko smut­niała i padała lako­niczna odpo­wiedź: „To bar­dzo ważny czło­wiek. I bar­dzo wpły­wowy”. A potem słu­żąca pospiesz­nie zmie­niała temat.

Choć Nori była cie­kawa, miała dość oleju w gło­wie, by nie poru­szać tej kwe­stii z babką. Dobrze zapa­mię­tała radę matki i mimo że wciąż nie­wiele z niej rozu­miała, prze­stroga oka­zy­wała się bar­dzo przy­datna. Oczy­wi­ście nie wyni­kało z niej, gdzie jest matka ani kiedy wróci. Nori sta­rała się o tych rze­czach nie myśleć.

Odgłos kro­ków oznaj­mił przy­by­cie babki. Zamiast pod­nieść wzrok, Nori wbiła oczy w pod­łogę i zło­żyła niski ukłon.

Sto­jąca przed nią kobieta przez chwilę mil­czała. A potem wes­tchnęła.

– Noriko.

Był to znak, że udzie­lono pozwo­le­nia na powsta­nie. Nori powoli się wypro­sto­wała, pamię­ta­jąc o skrom­nie spusz­czo­nym wzroku.

Star­sza kobieta pode­szła do Nori żwa­wym kro­kiem i jed­nym zwin­nym ruchem smu­kłego palca unio­sła jej pod­bró­dek.

Nori patrzyła pro­sto w twarz babki, która pomimo zna­mion upływu czasu wciąż nosiła ślady wiel­kiej urody. Deli­katne zmarszczki zdo­biły gładką cerę o bla­dym odcie­niu żółci, tak jasnym, że bli­żej mu było do zła­ma­nej bieli. Miała cechy kla­sycz­nej pięk­no­ści: długą szyję, drobne dło­nie, zwę­ża­jące się ku koń­cowi palce. Ciemne włosy, z każ­dym rokiem coraz bar­dziej przy­pró­szone siwi­zną, opa­dały lśniącą kaskadą poni­żej talii. Deli­katny nos i przej­mu­jące oczy o pięk­nym kształ­cie miały ude­rza­jąco sza­ro­czarny odcień, znak szcze­gólny rodu Kamiza, i z wcale nie sub­tel­nym ukłu­ciem bólu przy­po­mi­nały Nori matkę.

Oczy­wi­ście babka miała w sobie tę łabę­dzią ele­gan­cję i gra­cję, które w tak fru­stru­jący spo­sób omi­nęły Nori, a któ­rymi obda­rzone zostały dwa poko­le­nia kobiet przed nią. Widok ten był zara­zem piękny i nie­zno­śny.

– Kon­ni­chiwa, Oba­asama – powie­działa Nori, sta­ra­jąc się nie kur­czyć pod inten­syw­nym i gniew­nym spoj­rze­niem babki. – Niech Bóg obda­rzy cię zdro­wiem, pomyśl­no­ścią i rado­ścią.

Yuko ski­nęła głową, jak gdyby odha­czała w myślach listę. Lekko się cof­nęła, a Nori wydała pra­wie nie­sły­szalne wes­tchnie­nie ulgi. Star­sza kobieta pobież­nie omio­tła wzro­kiem pod­da­sze i ponow­nie ski­nęła głową.

Uprze­dza­jąc kolejny ruch babki, Nori odsu­nęła od stołu krze­sło. Ale babka nie ruszyła się z miej­sca.

– Chyba tro­chę uro­słaś.

Nori o mało nie wysko­czyła ze skóry. Na takie stwier­dze­nie nie była przy­go­to­wana.

– Odro­binę, Oba­asama.

– Ile masz teraz lat?

Nori przy­gry­zła wargę, sta­ra­jąc się zepchnąć emo­cje w głąb ich pie­czary, gdzieś na samym dnie żołądka.

– Dzie­sięć.

– Dzie­sięć. Czy już krwa­wi­łaś?

Nori ogar­nęła panika. Czy krwa­wiła? Miała krwa­wić?

– Prze­pra­szam… nie rozu­miem.

Zamiast zare­ago­wać pogardą albo furią, jak można się było spo­dzie­wać, babka i tym razem jedy­nie kiw­nęła głową. Wła­śnie takich odpo­wie­dzi ocze­ki­wała.

– Jak idzie nauka?

Nori natych­miast się roz­pro­mie­niła. I na chwilę się zapo­mniała.

– Och, wspa­niale. Saotome-sen­sei jest bar­dzo dobrym nauczy­cie­lem. Mówi, że powin­nam dostać wię­cej ksią­żek, gdy nauczę się tro­chę lepiej czy­tać. Mam już dwie nowe książki, obie po angiel­sku. Mówi, że mam natu­ralną zdol­ność do…

Yuko posłała Nori zimne spoj­rze­nie, od któ­rego ugięły się pod nią kolana. Od razu zamil­kła i poczuła w ustach smak żółci.

Dobrze, by kobieta umiała mil­czeć.

Nori spu­ściła głowę. Wpa­try­wała się w wybla­kłą drew­nianą pod­łogę pod sto­pami, marząc, by zapaść się pod zie­mię. Ku swemu naj­wyż­szemu prze­ra­że­niu poczuła, jak pod powie­kami zaczy­nają zbie­rać się łzy. Gwał­tow­nie zamru­gała oczami, by je cof­nąć.

Po dłu­gim mil­cze­niu, które zda­wało się trwać wiecz­ność, babka prze­mó­wiła ponow­nie.

– Ile ważysz?

Na szczę­ście Nori znała odpo­wiedź na to pyta­nie. Ważyła się codzien­nie przed kąpielą.

– Osiem­na­ście kilo­gra­mów, bab­ciu.

Babka po raz kolejny kiw­nęła głową.

– Włosy rosną ład­nie. Cera lekko się popra­wiła. Posła­łam po nowy pro­dukt. Spo­dzie­wam się go nie­ba­wem.

– Dzię­kuję, bab­ciu.

– Możesz kie­dyś być ładna, Noriko. Bar­dzo ładna.

– Dzię­kuję.

Daw­niej to stwier­dze­nie prze­peł­ni­łoby Nori rado­ścią, dało nadzieję, poczu­cie, że jest dla niej przy­szłość poza tym pod­da­szem. Przy­szłość napa­wała ją nie­ustan­nym nie­po­ko­jem. Nie wie­działa, co ją czeka, nie miała żad­nych pla­nów. Jed­nak pew­nego dnia ona nadej­dzie, spoj­rzy jej pro­sto w oczy, a Nori nie będzie miała nic do powie­dze­nia. Uwaga babki powinna więc stać się dla Nori powo­dem do rado­ści.

I choć te słowa tchnęły w nią odro­binę opty­mi­zmu, wie­działa już, co nastąpi po tej obiet­nicy jutra.

Babka bez słów wyjęła z fał­dów rękawa drew­nianą łyżkę kuchenną. Pomimo dosko­na­łej zna­jo­mo­ści tej rutyny Nori poczuła, że zaczyna się trząść nie­mal jak w kon­wul­sjach. Znów zawio­dła. Znów odda­liła się o krok od opusz­cze­nia pod­da­sza i dołą­cze­nia do cywi­li­zo­wa­nego świata. Nie była jesz­cze gotowa. I może ni­gdy nie będzie.

Yuko obli­zała cien­kie usta.

– Dziew­czyna musi mieć dys­cy­plinę. Uczysz się, to prawda. Dostaję raporty od Akiko-san i two­jego nauczy­ciela. Jed­nak wciąż zacho­wu­jesz się zbyt imper­ty­nencko. Jesteś nazbyt zuchwała. Jak twoja pro­sty­tu­ująca się matka.

Nori zaci­snęła dło­nie na opar­ciu drew­nia­nego krze­sła. Pochy­liła się, nie cze­ka­jąc na pole­ce­nie.

– Nauka dobrze ci idzie – cią­gnęła babka – ale to nie jest aż tak istotne. Brak ci wytwor­no­ści, gra­cji. Cały dom trzę­sie się od two­ich kro­ków. Cho­dzisz jak zou. Nale­żymy do rodziny kró­lew­skiej. Nie stą­pamy jak chłopi upra­wia­jący ryż.

Nori nie pod­nio­sła wzroku, ale wyczuła, że babka zbliża się do krze­sła, przy któ­rym stała pochy­lona.

– Dys­cy­plina to pod­stawa. Musisz się tego nauczyć.

Ręka star­szej kobiety zadarła jej kimono oraz koszulę, tak że Nori stała nie­mal obna­żona, w samych majt­kach z cien­kiej bawełny. Zamknęła oczy.

– Jesteś nędzną, prze­klętą istotą – oznaj­miła babka niskim gło­sem.

Pierw­szy cios spadł z szo­ku­jącą szyb­ko­ścią. Nori bar­dziej zasko­czył dźwięk, ostry i dono­śny, niż sam ból. Zaci­snęła zęby i poczuła, jak przy­gryza dolną wargę.

Drugi i trzeci cios zostały zadane z więk­szym impe­tem niż pierw­szy. Szczu­płe ciało Nori było pozba­wione tłusz­czu, który zamor­ty­zo­wałby siłę ude­rzeń. Jak zwy­kle zaczęła liczyć otrzy­my­wane razy. Cztery. Pięć. Sześć.

Plecy powoli obej­mo­wał głę­boki ból. Mogłaby przy­siąc, że sły­szy jego ryt­miczne, głu­che pul­so­wa­nie. Łopatki drżały z wysiłku przy pró­bach utrzy­ma­nia wypro­sto­wa­nego grzbietu. Sie­dem. Osiem. Dzie­więć.

Tłu­mie­nie łez stało się zada­niem bez­na­dziej­nym. Pozwo­liła im pły­nąć, zacho­wu­jąc przy tym tyle dumy, ile potra­fiła z sie­bie wykrze­sać. Ale do łka­nia się nie posu­nęła. Nawet gdyby musiała prze­gryźć wargę na wylot, nie wyda z sie­bie żad­nego dźwięku. Dzie­sięć. Jede­na­ście. Dwa­na­ście.

Pomimo huku w uszach sły­szała, jak babka zaczyna dyszeć z wysiłku. Trzy­na­ście. Czter­na­ście.

Tyle miało wystar­czyć. Obie zasty­gły na chwilę w przy­bra­nych pozach. Żadna się nie poru­szała. Ciszę zakłó­cało jedy­nie powolne, nie­równe posa­py­wa­nie babki.

Nori nie musiała się odwra­cać, żeby wie­dzieć, co nastąpi za chwilę. Nie była pewna, czy jest naocz­nym świad­kiem roz­woju wyda­rzeń, czy po pro­stu widzi je oczyma wyobraźni. Babka pomału opu­ściła ramię, pamię­ta­jąc o popra­wie­niu stroju. Potem spoj­rze­nie: surowe, nieco prze­pra­sza­jące. Może nawet z odro­biną współ­czu­cia. Wkrótce pozo­sta­nie tylko uprzejma obo­jęt­ność. Myśli Yuko powę­dro­wały już dalej. Nori wypro­sto­wała się dopiero wtedy, gdy usły­szała odda­la­jące się kroki babki na skrzy­pią­cych scho­dach.

Roz­po­czy­nał się trzeci akt sztuki.

Ciało zare­ago­wało gwał­tow­nie na zmianę pozy­cji kłu­ją­cym bólem w boku. Nori się skrzy­wiła. Wdech. Wydech.

Przy­ło­żyła dłoń do twa­rzy i bez­ce­re­mo­nial­nie ocie­rała łzy. Za mniej wię­cej godzinę zjawi się Akiko z cie­płym ręcz­ni­kiem na obo­lałe pośladki. Do tego czasu naj­le­piej uni­kać sia­da­nia. Ślady po ude­rze­niach na udach i sie­dze­niu znikną za kilka dni. Teraz, gdy została sama, ból obja­wił się w pełni. Żołą­dek, jakby obra­żony, że go pomi­nięto, kur­czył się i roz­kur­czał. Mimo wszystko trzy­mała jed­nak głowę wysoko i mil­czała.

Wła­ści­wie nie wie­działa, przed kim odgrywa swoją rolę.

Cza­sem myślała, że przed nie­wi­dzial­nymi oczami, które babka – Nori była gotowa przy­siąc – wsz­cze­piła w ściany. Innym razem, że przed Bogiem. Uwa­żała, że jeśli Bóg widzi, jaka jest dzielna sama przed sobą, wyna­gro­dzi jej to jakimś cudem.

Ostroż­nie zdjęła kimono, zosta­jąc tylko w baweł­nia­nej koszulce. Rzu­ciła je na pod­łogę, choć wie­działa, że nie powinna. Akiko się nim zaj­mie. Nori sądziła, że słu­żąca nie mel­do­wała o wszyst­kich jej postęp­kach – wów­czas z pew­no­ścią zbie­ra­łaby cięgi o wiele czę­ściej.

Lubiła myśleć, że Akiko nie wyko­nuje przy­dzie­lo­nych jej obo­wiąz­ków z odrazą. Choć opieka nad bękar­tem była znie­wagą, nie wyma­gała wiel­kiego wysiłku. Nori sta­rała się uła­twić pracę tej nie­szczę­snej kobie­cie tyleż z poczu­cia winy, co i z posłu­szeń­stwa.

Małymi krocz­kami, tak małymi, że zaczy­nały wyda­wać się jej komiczne, dro­biła do ołta­rzyka po prze­ciw­nej stro­nie pokoju. Modli­twa trzy razy dzien­nie nale­żała do jej obo­wiąz­ków, a Nori nie miała nic prze­ciwko temu. W grun­cie rze­czy nawet to lubiła.

Ołta­rzyk był jej ulu­bio­nym przed­mio­tem, choć w zasa­dzie nawet do niej nie nale­żał. Sta­no­wił porzu­coną wła­sność matki. Niczym się nie wyróż­niał – zwy­kły drew­niany sto­li­czek z roz­ło­żo­nym kawał­kiem aksa­mitu o bar­wie kró­lew­skiej pur­pury. Brzegi tka­niny zostały obszyte złotą nicią. Stał na nim misterny srebrny kru­cy­fiks w oto­cze­niu dwóch świec. Nori zapa­liła je, a następ­nie uklę­kła na uło­żo­nej na pod­ło­dze poduszce.

Świa­tło zalało ją koją­cym cie­płem, opu­ściła powieki.

Dobry Boże,

prze­pra­szam za moją imper­ty­nen­cję. Zapy­tam Saotome-sen­sei, co to słowo ozna­cza, żebym wię­cej tego nie robiła. Prze­pra­szam za moje włosy. Prze­pra­szam za moją skórę. Prze­pra­szam za kło­poty, które spra­wiam innym. Mam nadzieję, że bar­dzo się na mnie nie gnie­wasz?

Pro­szę, opie­kuj się moją matką. Na pewno bar­dzo się smuci, że jesz­cze nie może mnie stąd zabrać.

Pro­szę, pomóż mi się przy­go­to­wać.

Amen,

Nori

Jak czę­sto po modli­twie, tak i tym razem pozo­stała przy ołta­rzyku. Naj­bar­dziej lubiła w Bogu to, że był jedyną osobą, któ­rej mogła zada­wać pyta­nia. Ten przy­wi­lej zachwy­cał ją do tego stop­nia, że nawet nie­szcze­gól­nie jej prze­szka­dzało, że ni­gdy nie dosta­wała odpo­wie­dzi.

Zimowe mie­siące, w któ­rych nie­wiele się działo, dobie­gały końca. Dni płyn­nie zle­wały się ze sobą. W tym cza­sie babka odwie­dziła Nori jesz­cze dwu­krot­nie, czego rezul­tat sta­no­wiło odpo­wied­nio dwa­na­ście i szes­na­ście cię­gów. W pew­nym momen­cie matriar­chalna głowa rodziny napo­mknęła, że ze względu na bli­zny może trzeba będzie wpro­wa­dzić w przy­szło­ści nowe metody wymie­rza­nia kary.

Wraz ze zbli­ża­niem się wio­sny Nori obser­wo­wała zmiany w ota­cza­ją­cym ją świe­cie. Dzień trwał coraz dłu­żej, ocią­gał się z odej­ściem. Widziała z okna, jak w ogro­dzie kwiaty roz­kwi­tają i nasy­cają się bar­wami. I choć z początku nie była pewna, zaczęła także zauwa­żać zmiany zacho­dzące w niej samej. Pierś, dotych­czas pła­ska jak deska, nabie­rała odro­biny krą­gło­ści. Bio­dra się posze­rzały, acz­kol­wiek tylko nie­znacz­nie.

A waga, utrzy­mu­jąca się przez ostat­nie dwa lata na sta­łym pozio­mie około osiem­na­stu kilo­gra­mów, rosła powoli, lecz upar­cie. To naj­bar­dziej ją zaalar­mo­wało. Popro­siła Akiko o mniej­sze por­cje jedze­nia, lecz słu­żąca odmó­wiła.

– Już i tak jesz jak pta­szek, Nori-sama. Roz­cho­ru­jesz się.

– Będę gruba, tak się to skoń­czy.

– Panienko, to rzecz natu­ralna. Sta­jesz się kobietą. Dość wcze­śnie roz­kwi­tasz. Gdy nadej­dzie czas, babka wyja­śni, co się z tobą dzieje. To nie moja rola.

To nie moja rola.

Akiko zawsze tak mówiła, gdy nie chciała o czymś roz­ma­wiać. Cza­sem lito­wała się nad Nori i odpo­wia­dała na jej spo­ra­dyczne pyta­nia, dla­czego jest tak, jak jest. Ale tylko frag­men­ta­rycz­nie. Póź­niej sznu­ro­wała usta, oba­wia­jąc się, że i tak powie­działa zbyt wiele, i Nori musiała samo­dziel­nie roz­wią­zy­wać pozo­stałą część łami­główki.

Dowie­działa się, że jest bękar­tem, wła­śnie od Akiko. To ozna­czało, że ni­gdy nie będzie mogła być peł­no­praw­nym człon­kiem rodu Kamiza i jej babka potrze­buje innej dzie­dziczki.

Samo­dziel­nie wywnio­sko­wała, że nie może nią być jej matka, ponie­waż jest kimś, kogo nazywa się dziwką.

Pomimo wielu nocy spę­dzo­nych na kola­nach i modli­twie o boską inter­wen­cję w jej życiu, Nori uznała, że wcale nie podo­bają się jej zacho­dzące zmiany.

Jakież to okrop­nie nie­przy­jemne czuć, jak czas nagli i popy­cha naprzód, bez­ce­re­mo­nial­nie, zupeł­nie nie zwa­ża­jąc na to, czy jest gotowa.

Postępy w nauce prze­bie­gały rów­nie szybko. Poza nauką nie miała nic. Czy­tała całymi nocami, aż pie­kły ją oczy, ponie­waż poza tym nie miała nic do roboty.

Saotome-sen­sei reago­wał nie­do­wie­rza­niem. Wyda­wało się, że każdą przy­nie­sioną przez niego książkę zawsze koń­czyła w jeden dzień, naj­wy­żej dwa. Kiedy mu o tym powie­działa, nie chciał uwie­rzyć.

– To nie­moż­liwe – powta­rzał – jak na dziecko w twoim wieku. W dodatku dziew­czynkę.

– Mówię prawdę, Sen­sei. Prze­czy­ta­łam wszyst­kie.

Wtedy marsz­czył czoło, tak że bruzdy zwi­jały się w har­mo­nijkę.

– Nie prze­czy­ta­łaś, jak należy.

Nori nie odpo­wia­dała, tylko wbi­jała wzrok w kolana.

Nie kłóć się.

Temat porzu­cano, a nauczy­ciel mówił dalej mono­ton­nym gło­sem. Ale Nori już go nie słu­chała. Przy­po­mniała sobie Pieśń dwóch bie­da­ków, a jej myśli odpły­nęły do odle­głych miejsc.

Yono­naka wo

Ushi to yasa­shi to omoe domo

Tobi­ta­chi kanetsu

Tori ni shi arane ba

Czuję, że to życie

jest pełne smutku i trudne do znie­sie­nia,

nie mogę jed­nak uciec,

gdyż nie jestem pta­kiem.

Roz­dział 2

Roz­dział 2

Chło­piec ze skrzyp­cami

Kioto, Japo­nia, zima 1951

Pew­nego smęt­nego poranka pod koniec stycz­nia babka zja­wiła się nie­spo­dzie­wa­nie i oznaj­miła, że Nori ma brata i że ów brat z nimi zamieszka.

Ma brata.

Nori zamru­gała powie­kami, nie­wiele z tego rozu­mie­jąc, i zamarła z igłą w powie­trzu. Szma­cianą lalkę, któ­rej przy­szy­wała oczy z guzi­ków, porzu­ciła na kola­nach.

– Nan­de­sutte? – zapy­tała w osłu­pie­niu, nie­zdolna do wymy­śle­nia niczego mądrzej­szego. – Słu­cham?

Yuko gniew­nie zmarsz­czyła brew, wyraź­nie wzbu­rzona, że musi powtó­rzyć.

– Nie mówi­łam ci o tym wcze­śniej, ale czas, żebyś się dowie­działa. Twoja matka była mężatką, zanim się zhań­biła… Zanim się uro­dzi­łaś. Z tam­tego mał­żeń­stwa miała syna. Wła­śnie zmarł jego ojciec, dla­tego przy­jeż­dża i u nas zamieszka. Prawdę mówiąc, powi­nien zja­wić się tu lada chwila.

Nori kiw­nęła głową w nadziei, że jeśli wykona ten ruch, jej umysł przy­swoi jakoś tę sen­sa­cję. Infor­ma­cja o matce i o prze­szło­ści, do któ­rych tak bar­dzo tęsk­niła, nie wia­domo dla­czego wydała się jej teraz śmiesz­nie nie­istotna.

– Przy­jeż­dża dzi­siaj – powtó­rzyła jak papuga. – I tu zamieszka.

Babka sztywno ski­nęła głową i kon­ty­nu­owała, wyraź­nie nie­za­do­wo­lona, że jej prze­rwano.

– Ma pięt­na­ście lat. Nauczy­ciele i człon­ko­wie rodziny jego ojca poin­for­mo­wali mnie, że jest wyjąt­kowo uta­len­to­wany. Przy­nie­sie nam wielki zaszczyt. – Prze­rwała, cze­ka­jąc na reak­cję Nori. Ponie­waż się nie docze­kała, wes­tchnęła poiry­to­wana. – Noriko, to są dosko­nałe wie­ści. Wszy­scy powin­ni­śmy się cie­szyć.

– Tak, Oba­asama. Bar­dzo się cie­szę.

Ni­gdy dotąd nie wypo­wie­działa tych słów.

Babka prze­szyła ją lodo­wa­tym spoj­rze­niem. Jak na kobietę, która ma powód do rado­ści, wyda­wała się rów­nie ponura jak zwy­kle.

– Powie­dziano mu o two­jej… obec­no­ści – dodała z kwa­śną miną.

O ile babka zazwy­czaj zda­wała się trak­to­wać ist­nie­nie Nori z obo­jęt­no­ścią, choć cza­sem, para­dok­sal­nie, zdra­dzała jakieś prze­wrotne zain­te­re­so­wane jej osobą, teraz jakby stra­ciła resztki cier­pli­wo­ści. Nori mogła jedy­nie zakła­dać, że nie­uchronne przy­by­cie tego chłopca spra­wiło, że zno­śny dotąd wstyd spo­wo­do­wany obec­no­ścią bękarta w rodzi­nie stał się tym więk­szą hańbą.

Babka zaczerp­nęła powie­trza i mówiła dalej.

– Zapew­ni­łam go, że nie będziesz mu prze­szka­dzać. Jeśli posta­nowi cię zauwa­żyć, to dobrze. Ale nie wolno ci się do niego odzy­wać, chyba że on uczyni to pierw­szy. Jest spad­ko­biercą tego domu. Masz mu oka­zy­wać sza­cu­nek i ule­głość, od mil­cze­nia począw­szy. Waka­ri­masu ka? Rozu­miesz?

Zwy­kle Nori ski­nę­łaby głową albo spu­ściła oczy bądź wyko­nała inne gesty, by oka­zać swoją goto­wość do posłu­szeń­stwa, w darem­nej nadziei, że jakimś cudem widzi to jej matka, gdzie­kol­wiek jest.

Miała zacho­wać się jak zawsze, lecz nagle coś w niej pękło. Słowo wyrwało się z zasznu­ro­wa­nych ust.

– Nie!

Pokój spo­wiła mar­twa cisza. Nori rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu osoby, która wydała ten okrzyk. Prze­cież musiał zro­bić to ktoś inny.

Spoj­rzała na babkę, która zda­wała się rów­nie wstrzą­śnięta. Bystre oczy otwo­rzyły się sze­rzej ze zdu­mie­nia, ścią­gnięte usta zwiot­czały. Ona także omio­tła wzro­kiem pod­da­sze, spraw­dza­jąc, czy nie czai się tam przy­pad­kiem jakiś duch.

Nori pró­bo­wała wyco­fać się z tej buń­czucz­nej reak­cji, lecz zamiast tego brnęła dalej.

– Mia­łam na myśli, że… muszę z nim roz­ma­wiać. Muszę. One­gai shi­masu, Oba­asama. Pro­szę.

Tym razem nie było jej dane sko­rzy­stać ze spóź­nio­nego refleksu babki, która w sekundę poko­nała dzie­lącą je odle­głość. Nori nie tyle poczuła wymie­rzony jej poli­czek, co usły­szała trzask. Głowa obró­ciła się w bok i przez kilka sekund oczy widziały tylko biel, póki nie spo­częły na innym obiek­cie. Lalka osu­nęła się na pod­łogę, a wraz z nią Nori.

Babka opu­ściła rękę, jej twarz nie zdra­dzała żad­nych emo­cji. Żad­nego gniewu. Nic. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie powtó­rzyła swoje pyta­nie, powoli i spo­koj­nie, tak jak roz­ma­wia się z osobą ułomną.

– Rozu­miesz?

W jed­nej przy­tła­cza­ją­cej chwili powró­cił lęk przed Bogiem. Prze­łącz­nik w gło­wie usta­wił się we wła­ści­wej pozy­cji. Świat ponow­nie nabrał ostro­ści. Cichy głos prze­mó­wił gdzieś z daleka.

– Tak, bab­ciu. Oczy­wi­ście. Jak sobie życzysz.

Odpo­wiedź została skwi­to­wana zdaw­ko­wym ski­nie­niem głowy.

– Dobrze. Przy­ślę po cie­bie, kiedy się tu zjawi. Akiko-san kupiła ci z tej oka­zji nowe ubra­nie.

Nori nie dostała żad­nego ele­mentu gar­de­roby od ponad sze­ściu mie­sięcy. Żyła dla pre­zen­tów: byle dostać coś poły­skli­wego, coś, co mogłaby wpleść we włosy albo zawią­zać w kokardę na szyi. Były to w jej życiu główne atrak­cje. A mimo to nie potra­fiła w tej chwili zna­leźć w sobie rado­ści na myśl o nowej sukience. Nawet nie zasta­na­wiała się, jaki ma kolor.

Wie­działa, że powinna wyra­zić wdzięcz­ność, ale nie potra­fiła wykrztu­sić słowa.

Klę­czała, może przez minutę, może przez godzinę, pod­czas gdy babka oma­wiała szcze­góły doty­czące sto­sow­nego zacho­wa­nia.

– Na litość boską, tylko nie zada­waj żad­nych absur­dal­nych pytań… Żad­nego gło­śnego, pro­stac­kiego tupa­nia… Nie garb się… Oczy spusz­czone i uśmiech na twa­rzy… Wyglą­dasz, jak­byś zja­dła cytrynę… God­ność… Sza­cu­nek… Gra­cja… Ogłada… Honor…

Nori jakimś cudem uda­wało się kiwać raz po raz głową, choć łomot jej wła­snego serca zagłu­szał perorę babki. Pomimo cie­pła na pod­da­szu dostała gęsiej skórki.

Miała wra­że­nie, jakby ktoś zapchał jej usta tro­ci­nami.

Dopiero kiedy babka odwró­ciła się i zaczęła odda­lać, Nori uświa­do­miła sobie, o czym zapo­mniała. Zro­biła dwa nie­śmiałe kroki i wycią­gnęła przed sie­bie drżącą rękę, nie bar­dzo wie­dząc, co usi­łuje zła­pać.

– Och… Oba­asama?

Babka zatrzy­mała się i obej­rzała za sie­bie, jedwa­bi­sta kur­tyna wło­sów zasze­le­ściła przy tym ruchu. Jej twarz przy­po­mi­nała gra­dową chmurę.

– Jego imię… – wyją­kała Nori, mru­ga­jąc powie­kami jak sza­lona. – Jak on ma na imię?

– Akira.

I babka wyszła żwa­wym kro­kiem, naj­wy­raź­niej poświę­ciw­szy tej roz­mo­wie znacz­nie wię­cej czasu, niż zamie­rzała.

Nori została sama w ciszy. Jej nogi trzę­sły się jak gala­reta, co zresztą czę­sto się zda­rzało – ale nie ze stra­chu. Nie z nie­zno­śnego nie­po­koju, który przy­gnia­tał ją w każ­dej chwili na jawie.

Trzę­sła się z cał­ko­wi­cie innego powodu, choć nie wie­działa jesz­cze jakiego. Nie potra­fiła nazwać tego uczu­cia. Nagle surowy nakaz babki, że nie wolno jej odzy­wać się do brata jako pierw­szej, wydał się bez zna­cze­nia. Po raz pierw­szy w życiu zdała sobie sprawę, czym naprawdę jest roz­kaz: zbio­rem słów. Niczym wię­cej.

Może to nie­znane uczu­cie to nadzieja. Praw­dziwa, uchwytna nadzieja.

Przy­ło­żyła palec wska­zu­jący do ust i obry­so­wy­wała ich kon­tury, syla­bi­zu­jąc imię. A – ki – ra…

– Akira.

Pogodne, kla­rowne.

Wypu­ściła powie­trze z płuc, dopiero teraz zauwa­ża­jąc, że wstrzy­my­wała oddech. Oddech, który wyda­wał się więk­szy od niej samej. A potem jesz­cze raz wypo­wie­działa jego imię:

– Akira.

Mogła powta­rzać je bez­u­stan­nie, codzien­nie, do końca swo­ich dni i ni­gdy nie zmę­czyć się jego brzmie­niem.

Nie uzmy­sła­wiała sobie, że się śmieje, póki nie poczuła bólu policz­ków. Przy­gry­zła palec, pró­bu­jąc poha­mo­wać chi­chot, lecz nic to nie pomo­gło. Wymy­kał się na­dal i roz­cho­dził echem po całym pod­da­szu z wyso­kim stro­pem. Jeśli potrwa to dłu­żej i ktoś ją usły­szy, wkrótce przyj­dzie jej za to słono zapła­cić. Mimo takiej per­spek­tywy nie prze­sta­wała się śmiać.

Sukienka miała prze­piękny odcień bzu, bufia­ste krót­kie rękawy i koł­nie­rzyk obla­mo­wany białą koronką. Taką samą koronką obszyto rąbek się­ga­jący tuż nad kostkę. Nori dostała także białe skar­pety, które dało się pod­cią­gnąć do samych kolan. Dobie­rze do tej sukienki wstążkę w kolo­rze błę­kitu. Łamała sobie głowę, co zro­bić z wło­sami. Zale­żało jej, żeby aku­rat tego dnia były pro­ste.

Bez­li­to­śnie szczot­ko­wała krę­coną czu­prynę, wyry­wa­jąc całe kępki brą­zo­wych wło­sów, które lądo­wały na pod­ło­dze. Akiko zmarsz­czyła czoło.

– Może ja powin­nam to zro­bić, panienko.

– Pora­dzę sobie.

Kiedy Nori skoń­czyła szczot­ko­wa­nie, Akiko sta­ran­nie splo­tła jej włosy w dwa war­ko­cze z tyłu, a następ­nie zwi­nęła je razem i upięła w niski kok.

Nori skon­tro­lo­wała swoje odbi­cie w lustrze. Musi tak zostać. Nie da się nic wię­cej zro­bić. Nie ma sensu zło­ścić się na coś, czego nie można zmie­nić.

Jakoś się z tym pogo­dzi, przy­naj­mniej na razie.

– Już jest?

– Nic się nie zmie­niło, odkąd panienka pytała o to samo pięć minut temu.

Nori przy­gry­zła wargę. Na dwo­rze zapa­dał zmrok. Powi­nien już tu być. Naprawdę powi­nien już przy­je­chać.

Gdzie on się podziewa?

– Skąd przy­jeż­dża, Akiko-san?

– Chyba z Tokio.

– To tam bab­cia posyła po nowe rze­czy, prawda? Do sto­licy?

– Tak.

– Musi być bar­dzo wytworny.

Akiko się roze­śmiała, choć Nori nie bar­dzo rozu­miała, co ją tak roz­śmie­szyło.

– Nie wszy­scy w Tokio są wytworni, panienko. Ale twój brat z pew­no­ścią tak. Pocho­dzisz z bar­dzo zna­mie­ni­tej rodziny.

– Dzia­dek pra­cuje w sto­licy – wymam­ro­tała Nori bar­dziej do sie­bie niż do Akiko. – Dla cesa­rza. Dla­tego tak rzadko zja­wia się w domu.

– Tak – potwier­dziła Akiko, cho­ciaż już to mówiła. – Przy­nieść kola­cję?

– Nie, dzię­kuję.

Nie przy­stoi witać Akiry z reszt­kami jedze­nia mię­dzy zębami. I bez tego była pełna obaw – nie miała abso­lut­nie żad­nego doświad­cze­nia w kwe­stii roz­mów z chłop­cami. Oczy­wi­ście wie­działa, jak wyglą­dają. Oglą­dała w swo­ich książ­kach foto­gra­fie wielu rze­czy, mię­dzy innymi wspa­nia­łych zamor­skich budowli. Widziała jeziora, góry i stawy. Wymy­ślała roz­ma­ite zabawy, żeby umieć dopa­so­wać słowo do obrazu, gdy w końcu nadej­dzie czas na opusz­cze­nie tego domu.

A jej brat z pew­no­ścią to wszystko już widział. Nie miała naj­mniej­szego zamiaru wyka­zać się igno­ran­cją pod­czas roz­mowy.

Nori znów przy­gry­zła dolną wargę.

– Myślisz… myślisz, że mnie polubi?

Twarz Akiko zła­god­niała. Wsu­nęła luźny kosmyk wło­sów za ucho Nori.

– Mam taką nadzieję, kochana.

Następne pyta­nie było jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczne. Ale Nori musiała je zadać.

– Myślisz, że wie, gdzie jest moja matka?

Słu­żąca zesztyw­niała i ukrad­kiem zer­k­nęła na drzwi.

– Panienko…

Wię­cej nie musiała mówić. Chwila bli­sko­ści minęła. W końcu zawsze wygry­wały zobo­wią­za­nia Akiko wobec babki.

A jed­nak Nori pozwa­lała sobie na poufa­łość.

Akira zechce z nią roz­ma­wiać, na pewno. Z jakiego powodu miałby jej nie­na­wi­dzić? Nie zro­biła mu nic złego, nic go nie kosz­to­wała. Kosz­to­wała wła­sną matkę utratę należ­nego jej miej­sca – teraz to rozu­miała – i kosz­to­wała wła­sną babkę skazę na hono­rze. Ale Aki­rze nie wyrzą­dziła żad­nej krzywdy.

I może w tym rzecz. Ta myśl ude­rzyła ją znie­nacka. Może przy­jazd tego jej dziw­nego star­szego brata, o któ­rym ni­gdy nie sły­szała, to przy­go­to­wany dla niej przez matkę spraw­dzian. Oczy­wi­ście, na pewno. Z doświad­cze­nia Nori wyni­kało, że nie ist­nieje coś takiego jak szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści.

Wresz­cie roz­ja­śniło się jej w gło­wie. Musi tylko zdać jesz­cze jeden egza­min. Musi, ponie­waż wtedy – dopiero wtedy – matka tutaj wróci. I zabie­rze stąd ich oboje. I zamiesz­kają we trójkę gdzieś, gdzie będzie rosła wysoka trawa i kwiaty, takie duże, jak te, które pora­stają zbo­cza gór. I będzie tam też staw. Praw­do­po­dob­nie. Nori będzie się plu­skać i nur­ko­wać w czy­stej wodzie, póki nie poczuje potrzeby powrotu na powierzch­nię. Po kąpieli będzie się wyle­gi­wać w słońcu. Godzi­nami, aż dło­nie i stopy zaczer­wie­nią się i zaczną szczy­pać. A brat, kim­kol­wiek jest, jaki­kol­wiek jest, będzie wyle­gi­wał się razem z nią. I będą się śmiać z tego, jaka była głu­pia, że w ogóle się go bała.

AKIKO

Jest już dobrze po pół­nocy, kiedy wresz­cie spro­wa­dzam panienkę z pod­da­sza na dół. Zgod­nie z instruk­cjami trzy­mam ją za rękę. Bole­śnie wątłą w mojej dłoni – wyczu­wam każdą kosteczkę. Scho­dzi po scho­dach z pewną trwogą, popra­wia sukienkę, jakby z obawy, że się pognie­cie pod­czas tej krót­kiej drogi z pod­da­sza do westy­bulu. Jeśli dobrze się zasta­no­wić, ma wszel­kie powody, by zacho­wać ostroż­ność. Przez ponad dwa lata nie było jej wolno zapusz­czać się dalej niż do łazienki na dru­gim pię­trze. Gdy prze­cho­dzimy obok niej, sły­szę cichutki świst. Myślę, że to oddech ulgi. Ale może i stra­chu. Ner­wowe z niej dziecko.

Dziew­czynka nie mówi dużo, ale jej ciało zdra­dza wiele. Czę­sto widzę, jak wpa­truje się w prze­strzeń, gry­zie wargę, która już i tak jest obrzmiała i popę­kana do krwi. Zasta­na­wiam się, czy ona to czuje.

Nie potra­fię roz­strzy­gnąć, czy jest inte­li­gentna, czy ciemna jak tabaka w rogu. Pew­nego dnia przy­ła­pa­łam ją na czy­ta­niu książki po angiel­sku – wska­zy­wała jakieś obrazki i mru­czała coś pod nosem. Spło­szyła się, gdy zauwa­żyła, że na nią patrzę. Jestem cie­kawa, czy uczy się sama, czy w ogóle jest do tego zdolna. Może tak. Może w jej żyłach pły­nie krew zdrajcy, która uła­twia jej ucze­nie się tego, czego my nie potra­fimy nauczyć.

Trzeba oddać jej spra­wie­dli­wość: to nie­kło­po­tliwa pod­opieczna. Ni­gdy się nie skarży i rzadko o coś prosi. Jest zado­wo­lona ze swo­jej „kura­cji”, jak kazano mi nazy­wać kąpiele. Ow­szem, pła­cze, ale nie kaprysi.

Ma w sobie natu­ralną cie­ka­wość – tyle mogę powie­dzieć na pewno. Mil­cze­nie przy­cho­dzi jej z tru­dem. Widzę, jak się z nim zmaga. Pod tym wzglę­dem bar­dzo przy­po­mina swoją matkę. Lady Seiko ni­gdy nie zaak­cep­to­wała roli szla­chet­nej, peł­nej maje­statu damy.

Matka Nori-samy popa­dła w nie­ła­skę z powodu swo­jej samo­woli i nie­po­słu­szeń­stwa. Lady Yuko twier­dzi, że wszy­scy zbyt­nio jej pobła­ża­li­śmy, a ja mam dopil­no­wać, by drugi raz nie popeł­niono tego błędu.

Dziew­czynka jest naprawdę uro­cza, łapię się na tym, że pozwa­lam jej na zbyt wiele.

Nori-sama cią­gnie mnie za rękę, jakby chciała spro­wa­dzić mnie na zie­mię.

Nawet gdy nie otwiera ust, jej dziwne oczy błysz­czą jak sztuczne ognie. Widzę, ile wkłada sta­rań we wszystko, co robi, nawet przy pro­stych rze­czach, które nie powinny wyma­gać takiego wysiłku.

I znów trudno mi powie­dzieć, czy to oznaka inte­li­gen­cji, czy głu­poty. W każ­dym razie to dziecko ma piękne oczy, cie­płe, jasne i pro­mienne, w odcie­niu bursz­tynu. Ni­gdy takich nie widzia­łam. To bez­względ­nie naj­więk­szy atut jej urody, ale zdra­dzają każdą myśl.

Gdy docie­ramy do głów­nych scho­dów, zastyga. Wolną ręką kur­czowo chwyta się porę­czy z jakąś despe­ra­cją, któ­rej nie poj­muję. Lustruje par­ter, czujna i drżąca. Przy­pusz­czam, że szuka wzro­kiem dziadka, lorda Kohei. Nie ma go tam, a ja odczu­wam z tego powodu taką samą ulgę jak ona.

Pan jest trud­nym czło­wie­kiem. Wszy­scy wie­dzą, że w przy­pły­wie furii bije służbę. Narzeka na jedze­nie i rzuca kucha­rzom w twarz potrawy, które mu nie sma­kują. Widzia­łam nawet, jak ude­rzył żonę pod­czas sprzeczki, choć rzadko ośmiela się to robić. Yuko-sama ma o wiele szla­chet­niej­szą krew. To z pie­nię­dzy jej ojca wybu­do­wano ten dom, a jego pozy­cja zaskar­biła lor­dowi Kohei miej­sce w gro­nie cesar­skich dorad­ców. Jest kobietą onie­śmie­la­jącą, księż­niczką krwi, kuzynką cesa­rza. Rzą­dzi domem sta­now­czą, pewną ręką i wszy­scy wiemy, kto pil­nuje, by zostało zro­bione to, co powinno. Choć jest rów­nie wyma­ga­jąca jak jej mąż, wszy­scy, któ­rzy tu pra­cują, darzą ją sza­cun­kiem. Jest spra­wie­dliwą panią. Tchnie kró­lew­skim maje­sta­tem od czubka głowy po koniuszki pal­ców i trudno się jej nie kła­niać.

Pozwo­li­łam temu dziecku stać tu wystar­cza­jąco długo niczym spło­szone źre­bię. Cią­gnę ją za sobą. Nie opiera się, tak jak się spo­dzie­wa­łam. Scho­dzi po scho­dach na nogach jak z waty, a ja mocno trzy­mam ją za rękę, bojąc się, że upad­nie.

Spro­wa­dzam ją na dół do głów­nego holu, ona wykręca szyję, żeby jak naj­wię­cej ogar­nąć wzro­kiem. Dobrze wie, że może upły­nąć dużo czasu, nim znów zoba­czy tę część domu. W mil­cze­niu podzi­wia bogac­two wnę­trza, wspa­niałe dywany, tapi­se­rie i obrazy.

Drży jak osika, gdy zbli­żamy się do westy­bulu. Sły­szę, jak mam­ro­cze coś pod nosem, jakąś man­trę. Jakby na wpół postra­dała zmy­sły. Może po tak dłu­gim zamknię­ciu na pod­da­szu rze­czy­wi­ście tak się stało.

Zawsze się zasta­na­wiam nad sta­nem psy­chicz­nym tego bie­dac­twa. Czy­ta­łam, że dzieci z nie­pra­wego łoża mają z natury nie­sta­bilny cha­rak­ter. Nie mówiąc o Murzy­nach, któ­rzy rze­komo nie rokują od uro­dze­nia i są jak dzi­kie zwie­rzęta.

Skrę­camy za róg i wresz­cie go widzimy, cho­ciaż stoi odwró­cony do nas tyłem: szczu­pła syl­wetka mło­dego męż­czy­zny patrzą­cego w roz­tar­gnie­niu przez duże okno. Ona się zatrzy­muje, staje zupeł­nie nie­ru­chomo, jakby pora­żona jakimś bez­li­to­snym świa­tłem.

Chło­pak się odwraca, naj­wy­raź­niej poru­szony inten­syw­no­ścią ema­nu­jącą z tej drob­nej istoty obok mnie.

Na tym koń­czy się moja misja.

Pozo­sta­wiam tych dwoje ich wła­snym spra­wom.

W latach, które nadejdą, tylko nie­liczne rze­czy pozo­sta­wią po sobie wyraźny obraz. Upływ czasu zepchnie wspo­mnie­nia z pobytu w domu babki, podob­nie jak te wcze­śniej­sze, w miej­sce zbyt cia­sne, by mogło je wszyst­kie pomie­ścić, gdzie zmie­szają się ze sobą jak akwa­rele na papie­rze.

Jed­nak wspo­mnie­nie tej chwili pozo­sta­nie, bez znie­kształ­ceń, nie­na­dwą­tlone.

Miał twarz w kształ­cie serca i oczy tego samego koloru co jej matka. Dłu­gie, nie­mal kobiece rzęsy. Usta deli­kat­nie pełne, skórę tak bladą, że przy czar­nych wło­sach kon­trast był dla oka nie­mal szo­kiem. Ale naj­bar­dziej ze wszyst­kiego Nori spodo­bał się jego nos, ponie­waż wyglą­dał jak jej wła­sny. Był ubrany w luźną białą koszulę z odpię­tymi pod szyją dwoma guzi­kami oraz czarne spodnie. Poza, jaką przy­brał, świad­czyła o tym, że przy­wykł do sta­nia przed grupą ludzi, nie­znaczne opusz­cze­nie ramion wska­zy­wało na swo­bodną obo­jęt­ność wobec oto­cze­nia.

Nori umknęła wzro­kiem, gwał­tow­nie zamru­gała powie­kami i spu­ściła oczy. Czuła na sobie jego spoj­rze­nie.

Zapra­gnęła nagle stać się kimś innym, obiek­tem bar­dziej god­nym oglą­da­nia. Pod jego bacz­nym, inten­syw­nym wej­rze­niem poczuła się naga, choć dłoń kur­czowo zaci­śnięta na fał­dach sukienki dawała jej pew­ność, że tak nie jest.

Ponie­waż nie miała co ze sobą zro­bić, a pustka w gło­wie nie pozwa­lała na wymy­śle­nie cze­goś wystar­cza­jąco donio­słego jak na tę chwilę, postą­piła tak, jak jej kazano.

Zło­żyła niski, sztywny ukłon.

Wydało się jej wręcz nie­wia­ry­godne, że w ogóle posia­dła kie­dyś zdol­ność mówie­nia, umie­jęt­ność ta była bowiem teraz nie­do­stępna, tak bar­dzo poza jej zasię­giem. Jedyne, co mogła zro­bić, to cze­kać: sekundy lub lata, zależ­nie od jego upodo­ba­nia.

– Ty jesteś Noriko?

Wypro­sto­wała się, lecz mimo to dopiero po chwili w pełni zare­je­stro­wała, że do niej prze­mó­wił. Głos był nie­zna­jomy, zupeł­nie nie przy­sta­wał do zna­nej jej biblio­teki dźwię­ków. Deli­katny, cichy, lecz wystar­cza­jąco jedwa­bi­sty, co świad­czyło, że czę­sto go uży­wał. Nie potra­fiła go do niczego przy­rów­nać, nie znaj­do­wała nic, co zła­go­dzi­łoby jego siłę oddzia­ły­wa­nia na zmy­sły. Jej umysł nie miał innego wyboru, jak tylko nie­chęt­nie przy­swoić sobie to obce brzmie­nie i powoli, lecz zde­cy­do­wa­nie nadać mu nazwę: głos Akiry. Głos brata.

– Tak – zdo­łała odpo­wie­dzieć gło­sem tak czy­stym, że aż zasko­czył ją samą. – To ja.

W pew­nym momen­cie w jej ciele wyczer­pała się zdol­ność do paniki. W rezul­ta­cie prze­stało reago­wać na bodźce. Poczuła bło­gie odrę­twie­nie.

Akira lekko zmarsz­czył czoło, ale nie spra­wiał wra­że­nia poiry­to­wa­nego. Zda­wało się, że był to zwy­kły nawyk, a nie reak­cja na coś, co zro­biła lub powie­działa.

– Podobno jesteś moją sio­strą.

Przez mate­riał sukienki Nori poczuła, jak paznok­cie wbi­jają się jej w dło­nie. Mimo to nie potra­fiła wykrze­sać z sie­bie jakich­kol­wiek uczuć, ponie­waż żadne nie byłyby ade­kwatne.

– Jesteś do niej podobna – zauwa­żył swo­bod­nym tonem. Zro­bił krok w jej stronę, ale nagle jakby się roz­my­ślił i zatrzy­mał. – W każ­dym razie na tyle, na ile to moż­liwe.

– Nie pamię­tam – wykrztu­siła. – Nie pamię­tam jej twa­rzy. Sta­ram się, ale na próżno.

Chło­pak chciał coś powie­dzieć, ale ugryzł się w język. Zbli­żył się o kolejne dwa kroki. Nori czuła, jak nad nią góruje. Był od niej wyż­szy o co naj­mniej pół metra.

Tyka­nie ścien­nego zegara wydało się jej nagle nie­przy­zwo­icie gło­śne. Wdzie­rało się w uszy, samo­lub­nie sku­pia­jąc na sobie ich uwagę.

– W któ­rym roku się uro­dzi­łaś?

Zasko­czona Nori aż się zakrztu­siła. Akira cier­pli­wie cze­kał na odpo­wiedź, na pozór nie­po­ru­szony jej jąka­niem. Potrze­bo­wała chwili na doko­na­nie obli­czeń, na cof­nię­cie się do począt­ków.

– W tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym – wywnio­sko­wała wresz­cie, rumie­niąc się z dumy, że udała się jej rachuba. Uro­dziny były jedną z tych rze­czy, o któ­rych zbyt czę­sto nie myślała. Wie­działa, że zbie­gają się z nadej­ściem cie­płych mie­sięcy, ale nie przy­kła­dała do nich wagi.

– W tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym – powtó­rzył ponu­rym gło­sem. – Tuż przed tym, jak wszystko się posy­pało. Zga­dza się.

Nara­sta­jąca kon­ster­na­cja Nori musiała mocno rzu­cać się w oczy, ponie­waż Akira wzru­szył ramio­nami, co było wybit­nie zachod­nim gestem. Wie­działa, czy­tała o tym w jed­nej z ksią­żek o zacho­wa­niu i oby­cza­jach.

– Zasta­nów się. Nic ci nie powie­dzieli, tak? O tym, co się wyda­rzyło, kiedy się uro­dzi­łaś?

Nori była zupeł­nie nie­przy­go­to­wana na ten rodzaj pytań. Stała bez­rad­nie z roz­chy­lo­nymi ustami i wpa­try­wała się w niego, łamiąc sobie głowę nad odpo­wie­dzią, która by go zado­wo­liła. Jak nale­żało się spo­dzie­wać, jej wysiłki speł­zły na niczym.

– Prze­pra­szam… Nie rozu­miem.

Akira znów wzru­szył ramio­nami. Nori miała wra­że­nie, że jej serce pró­buje wyrwać się z piersi i scho­wać w skar­pet­kach.

– Umiem czy­tać – wypa­liła. Na jej policzki wpeł­znął rumie­niec wstydu. Miała nadzieję, że uda jej się nieco dłu­żej ukry­wać swój wro­dzony talent do dener­wo­wa­nia wszyst­kich wokół.

Akira zamru­gał powie­kami.

– Słu­cham?

– Umiem czy­tać – powtó­rzyła jak głu­pie cielę. Kom­plet­nie wszystko skno­ciła. Jedy­nym sen­sow­nym wyj­ściem było teraz brnąć dalej. – Czy­ta­łam książki o Tokio. Wiem, że tam miesz­ka­łeś. Oba­wiam się, że Kioto w porów­na­niu z tym miej­scem nie jest zbyt inte­re­su­jące. Ale wła­ści­wie to nie wiem, ponie­waż ni­gdy nie byłam w mie­ście. Tak naprawdę to ni­gdy ni­gdzie nie byłam, ale jak się chce, można zna­leźć tu jakieś atrak­cje. Wie­dzia­łeś, że zbliża się letni festi­wal? Akiko-san jest tutaj jedną ze słu­żą­cych, jest bar­dzo miła… Wszy­scy, któ­rzy tu pra­cują, bar­dzo się ucie­szą, że z nami zamiesz­kasz. Bab­cia zawsze się mar­twiła, że w domu nie ma chłopca, będzie zachwy­cona. A tak w ogóle Akiko przy­nosi mi cza­sem gazetę, kiedy już wszy­scy prze­czy­tają. Wiem, że zanim się uro­dzi­łam, trwała wojna… i kiedy byłam mała. Wiem… że mię­dzy innymi z tego powodu wyglą­dam, jak wyglą­dam. Mam jakiś zwią­zek z wojną. Ale ogól­nie dobra ze mnie dziew­czyna. Oka­asan tak powie­działa. Och, a w ogro­dzie mamy staw z rybami i w ogóle. To zna­czy chcia­łam powie­dzieć, że wcale nie jest tu tak źle. Nie jest źle.

W końcu odwa­żyła się pod­nieść na niego wzrok. Jego oczy patrzyły ze spo­ko­jem, wyraz por­ce­la­no­wej twa­rzy był nie­od­gad­niony. Miał w sobie jakąś wewnętrzną har­mo­nię, któ­rej nie potra­fiła ogar­nąć rozu­mem. Jego spo­sób bycia, pozy­cja… To wszystko zwy­kle by ją zatrwa­żało. A przy nim się tak nie czuła.

– Umiesz czy­tać – powtó­rzył za nią. Wyda­wało się, że jest lekko roz­ba­wiony, ale chyba tak nie było.

Policzki pie­kły ją tak bar­dzo, że zasta­na­wiała się, czy Akira nie czuje biją­cego od niej żaru.

– Tak – wyszep­tała.

Wyczuła obec­ność Akiko w pokoju. Słu­żąca sta­nęła posłusz­nie za jej ple­cami, nie­mal przy­kle­jona do drzwi. Nie­wpraw­nemu obser­wa­to­rowi mogłoby się wyda­wać, że czeka na dogodny dla Nori moment. Ale Akiko ni­gdy nie dzia­łała z wła­snej woli. Potęż­niej­sza ręka pocią­gała za sznurki i prze­kaz był jasny.

Czas się skoń­czył.

Nori miała ochotę poma­ru­dzić, ale oparła się poku­sie. Nie mogła wie­dzieć, kiedy znów będzie jej wolno zoba­czyć Akirę. Fakt, że jest pod tym samym dachem, lecz ona nie ma do niego dostępu, co naj­mniej jakby znaj­do­wał się po nie­wi­docz­nej stro­nie księ­życa, wydał się jej jakimś prze­wrot­nym żar­tem.

Ukło­niła się, uwa­ża­jąc, by przy pod­no­sze­niu się na niego nie patrzeć. Nie ufała samej sobie.

– Oyasumi nasai. Dobra­noc, Oboc­chama.

– Dobra­noc.

Nori prze­łknęła żółć, która nagle zebrała się jej w ustach. Odwró­ciła się, pode­szła do Akiko i bez słowa wycią­gnęła rękę. Opie­kunka posłała jej prze­pra­sza­jący pół­u­śmiech.

Nori go nie odwza­jem­niła. Pozwo­liła się wypro­wa­dzić.

– A, Noriko? – zawo­łał za nią Akira, jakby o czymś sobie przy­po­mniał.

Odwró­ciła się do niego. Jej prze­ję­cie musiało wyglą­dać wręcz komicz­nie.

– Tak?

– Nie musisz zwra­cać się do mnie „pani­czu”. To dzi­waczne.

Powie­trze zeszło z niej jak z prze­kłu­tego balo­nika. Tylko jakimś cudem nie osu­nęła się bez­wład­nie na pod­łogę.

– Hai. Wobec tego jak mam się zwra­cać?

Akira lekko zmarsz­czył brew i po raz któ­ryś z kolei wzru­szył ramio­nami.

– Jak chcesz.

Akiko sta­now­czo pocią­gnęła Nori za rękę. Gdyby dłu­żej ocią­gały się z odej­ściem, obie popa­dłyby w tara­paty. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zapro­wa­dziła ją scho­dami naj­pierw na pierw­sze pię­tro, potem na dru­gie, a wresz­cie na pod­da­sze. I wyszła, zosta­wia­jąc Nori samą.

Pod­da­sze wydało się jej teraz o wiele mniej­sze niż przed­tem.

Zdjęła z sie­bie ubra­nie. Zro­biła to bły­ska­wicz­nie, nie podzi­wia­jąc tym razem zna­ko­mi­tego kunsztu kra­wiec­kiego. Już jej nie inte­re­so­wał.

Eks­cy­to­wa­nie się nowymi sukien­kami, które od czasu do czasu dosta­wała od babki, wyda­wało się teraz strasz­nie głu­pie. Prze­cież to tylko przed­mioty – bele far­bo­wa­nych tka­nin. Za mało, by wypeł­nić życie.

Się­gnęła rękoma do tyłu, roz­plo­tła włosy i zawią­zała na szyi wstążkę, którą dostała od matki. Cza­sem tak robiła. Lubiła mieć te wstążki pod ręką. Zna­jąc jej szczę­ście, gdyby tylko spu­ściła je z oczu, po obu­dze­niu się rano następ­nego dnia już by ich nie miała.

Wgra­mo­liła się na łóżko, sta­nęła na mate­racu i przy­ci­snęła twarz do chłod­nej szyby. Za oknem było zbyt ciemno, by cokol­wiek zoba­czyć, ale zapa­mię­tała ogród za domem w takich szcze­gó­łach, że nie potrze­bo­wała posił­ko­wać się wzro­kiem. Małym pal­cem kre­śliła na zapa­ro­wa­nej szy­bie swoje imię, robiła to już setki razy.

No – ri – ko.

Ryso­wała znak po znaku, wciąż od nowa, aż wresz­cie zabra­kło miej­sca. Ta powta­rzal­ność koły­sała ją do snu. Czuła, jak rze­czy­wi­stość zaczyna nie­po­strze­że­nie się wymy­kać, i od razu doznała ulgi.

Lubiła spać, choć sen czę­sto ją omi­jał. Dawał jej coś, czego czas spę­dzony na jawie nie­ustan­nie jej odma­wiał: wol­ność.

Wśli­znęła się pod cie­płą koł­drę. Gdy zapa­dała już w sen, przy­szła jej do głowy pewna myśl. Nie­śmiało nakre­śliła na oszro­nio­nym szkle inne słowo, tuż poni­żej wła­snego imie­nia. Onii­chan. Star­szy brat.

Roz­dział 3

Roz­dział 3

Hikari (świa­tło)

Kioto, Japo­nia, sty­czeń 1951

Nori czy­tała kie­dyś w pod­ręcz­niku do fizyki o zja­wi­sku gra­wi­ta­cji. Wów­czas poj­mo­wała z tego nie­wiele, ale zro­zu­miała pod­sta­wową zasadę: mniej­sze krąży wokół więk­szego. Zie­mia obraca się wokół Słońca. Księ­życ obraca się wokół Ziemi. To część wiel­kiej hie­rar­chii ist­nie­nia.

Żeby nie wia­domo jak bar­dzo czuła się samotna, prze­stra­szona czy nie­szczę­śliwa, ni­gdy nawet nie pomy­ślała, żeby samo­wol­nie opu­ścić pod­da­sze. Przeni­gdy. Babka nie widziała potrzeby zamy­ka­nia drzwi na klucz, tak wiel­kie było bowiem jej prze­ko­na­nie, że pod­opieczna nie ośmieli się zapu­ścić ani kroku dalej.

Po przy­jeź­dzie Akiry posłu­szeń­stwo Nori trwało dokład­nie sześć dni, sześć godzin i dwa­dzie­ścia sie­dem minut. Gdyby nie wyjąt­kowa nie­chęć do sprze­nie­wie­rze­nia się poże­gnal­nym sło­wom matki, trwa­łoby o połowę kró­cej. Pełny tydzień był więc wyni­kiem doprawdy impo­nu­ją­cym.

Nawet ści­słe posłu­szeń­stwo w końcu ule­gnie przed potrzebą. To tak jakby kazać wygło­dzo­nemu psu pozo­stać na miej­scu i posta­wić miskę z karmą na dru­gim końcu pokoju. Zwie­rzę prę­dzej czy póź­niej cał­ko­wi­cie zapo­mni o roz­ka­zie.

Matka powie­działa jej, że jedyną rze­czą waż­niej­szą od posłu­szeń­stwa jest powie­trze, któ­rym oddy­cha. A w domu na wzgó­rzu poja­wił się nowy śro­dek cięż­ko­ści i wyssał całe powie­trze poza obsza­rem o pew­nym pro­mie­niu. Aby prze­trwać, trzeba po okre­ślo­nym cza­sie powró­cić do cen­trum.

Z punktu widze­nia Nori zaczy­nało bra­ko­wać powie­trza.

Przez sześć dni krą­żyła po pod­da­szu tam i z powro­tem, odma­wia­jąc wszyst­kiego poza jedze­niem i kąpie­lami. Książki leżały nie­tknięte na półce, włosy były roz­czo­chrane i ster­czały na wszyst­kie strony jak liście na drze­wie.

Jadła tylko tyle, by nie dopusz­czać do gło­do­wych skur­czów żołądka. Nie­ustan­nie odtwa­rzała w myślach spo­tka­nie z Akirą, sub­li­mu­jąc każdą naj­drob­niej­szą nie­do­sko­na­łość. Odgry­wa­nie wyima­gi­no­wa­nych roz­mów sta­no­wiło jedną z jej ulu­bio­nych roz­ry­wek.

Następne spo­tka­nie z Akirą będzie per­fek­cyjne. Następ­nym razem się przy­go­tuje. Akira musi ją zaak­cep­to­wać. To spraw­dzian, przed któ­rym posta­wiła ją matka. Ale to nie dla­tego czuła się tak, jakby ciało oddzie­lało się od kości, cią­gnęło w stronę Akiry, byle tylko zna­leźć się bli­żej niego. Nie bar­dzo rozu­miała tę natych­mia­stową więź. Może miało to jakiś zwią­zek z pokre­wień­stwem. A może Bóg pró­bo­wał jej wresz­cie coś powie­dzieć.

Szó­stego dnia cze­kała, aż Akiko przy­nie­sie jej kola­cję, by uczy­nić pierw­szy krok. Sta­ran­nie przy­go­to­wany.

– Dzi­siaj na kola­cję hama­chi? Czy to jakaś spe­cjalna oka­zja?

Słu­żąca pokrę­ciła głową.

– Nie wydaje mi się, panienko. Myślę, że twoja babka jest ostat­nio w dobrym nastroju.

– Mam nadzieję, że mój brat przy­zwy­czaja się do nowego domu. Czy wszystko mu odpo­wiada?

– Tak sądzę. Na tyle, na ile to moż­liwe. Musi być mu trudno.

Nori umil­kła, po raz pierw­szy przy­po­mi­na­jąc sobie smutny powód, dla któ­rego Akira się tu zna­lazł. Żało­wała, że nie potrafi wzbu­dzić w sobie więk­szych wyrzu­tów sumie­nia. Nie przy­stoi cie­szyć się z obec­no­ści brata, skoro wia­domo, że spro­wa­dziła go tutaj śmierć ojca.

– Jak umarł? – zapy­tała, gdy Akiko nale­wała jej cie­płe mleko. Pierw­szy raz kusiło ją, żeby się przy­znać, jak bar­dzo nie znosi cie­płego mleka, lecz po namy­śle zmie­niła zda­nie. Odpo­wie­dzią na pyta­nie była zakło­po­tana mina słu­żą­cej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki