"Pięć Dni" Thriller psychologiczny o pamięci, której nie można już ufać - Nathan Ashborn - ebook

"Pięć Dni" Thriller psychologiczny o pamięci, której nie można już ufać ebook

Nathan Ashborn

0,0

Opis

Marcin budzi się w czwartek rano i natychmiast czuje, że coś jest nie tak.

Ostatnia rzecz, którą pamięta, wydarzyła się w sobotę wieczorem.
Między tymi momentami jest pięć dni.

Pięć dni, których nie ma w jego pamięci.

Nie pamięta rozmów.
Nie pamięta decyzji.
Nie pamięta miejsc, w których był.

Ale świat wokół niego pamięta.

Telefon pełen połączeń, których nie rozpoznaje.
Spotkania zapisane w kalendarzu.
Notatnik zapisany jego własnym pismem – przez kogoś, kim był wtedy, gdy wiedział więcej niż teraz.

Na pierwszej stronie widnieje zdanie:

„To już czwarty raz. Czytałeś to trzy razy. Za każdym razem zapominałeś.”

Im więcej Marcin odkrywa, tym bardziej zaczyna rozumieć, że utrata pamięci nie jest przypadkiem.

Jego lekarz.
Tajemnicze leki.
Ludzie, którzy pojawili się w jego życiu dokładnie wtedy, gdy zaczęły się epizody.

Każdy trop prowadzi do pytania, które staje się coraz bardziej niebezpieczne.

Czy ktoś wykorzystuje jego chorobę?

A jeśli tak…
to kto naprawdę kontrolował jego życie w czasie tych pięciu dni?

Bo kiedy nie możesz ufać własnym wspomnieniom, prawda staje się najtrudniejszą rzeczą do odnalezienia.

I najłatwiejszą do ukrycia. 

 

Publikacja została przygotowana z wykorzystaniem narzędzi wspomagających proces twórczy, w tym rozwiązań opartych o sztuczną inteligencję. Ostateczna koncepcja, struktura i redakcja należą do autora.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 245

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROLOG

Pamiętam zapach kawy, kiedy wszystko się kończyło.

Nie wiem, dlaczego akurat to. Nie wiem, dlaczego z całego tamtego poranka umysł wybrał właśnie tę jedną rzecz i przykleił ją do reszty tak trwale, że teraz, kiedy parzę kawę, przez sekundę wracam do tamtego miejsca i tamtej chwili i tego uczucia, które nie miało jeszcze nazwy. Może dlatego, że kawa była normalna. Może dlatego, że w całym tym poranku była jedyną rzeczą, która zachowywała się tak, jak powinna.

Wszystko inne już nie.

Siedzę przy stole - przy naszym stole, przy którym jedliśmy śniadania przez siedem lat, przy którym kłóciliśmy się o rzeczy, których teraz nie pamiętam, przy którym podpisywałem dokumenty, których treści już nie znam. Siedzę i trzymam kubek obiema rękami, bo ręce mi drżą. Nie bardzo. Nie tak, żeby ktoś zauważył. Tylko tyle, żeby samemu czuć.

Marta stoi przy oknie.

Jest do mnie odwrócona plecami i to jedyna rzecz, którą mogę powiedzieć o niej z absolutną pewnością. Odwrócona plecami, z telefonem w dłoni, w tej swojej szarej bluzie, za dużej, którą zawsze nosiła w domu. Nie wiem, co czuje. Przez siedem lat myślałem, że wiem. Teraz wiem, że myliłem się.

Za oknem jest październik.

To też pamiętam - tę konkretną szarość, tę odmianę braku światła, która jest charakterystyczna tylko dla połowy października, kiedy lato jest już wystarczająco daleko, żeby nie pamiętać jego ciepła, a zima jeszcze nie zaczęła być konkretna. Drzewa bez liści. Niebo bez koloru. Miasto, które oddycha płytko.

Między nami jest coś na stole.

Nie chcę na to patrzeć. Patrzę na swoje ręce, na kubek, na blat z odpryskiem przy prawym rogu, który zrobił się rok temu albo dwa lata temu, już nie pamiętam przy jakiej okazji. Patrzę na wszystko poza tym czymś, i wiem, że Marta to widzi, i wiem, że ona też nie patrzy.

Są rzeczy, na które można nie patrzeć tylko do pewnego momentu.

Potem trzeba.

Słyszę własny oddech. Zbyt głośny, zbyt nierówny, oddech kogoś, kto stara się oddychać normalnie i właśnie dlatego nie może. Myślę o tym, że jeszcze tydzień temu tego nie wiedziałem. Że jeszcze tydzień temu wstawałem rano i piłem kawę i wychodziłem do pracy, i wracałem wieczorem, i kładłem się spać obok Marty, i przez ani jedną sekundę nie myślałem o tym, że cokolwiek mogło być inne niż myślałem.

Tydzień.

Pięć dni, żeby się dowiedzieć. Dwa dni, żeby przestać wierzyć, że to można cofnąć.

Marta odwraca się od okna.

Patrzy na mnie i ja patrzę na nią i przez chwilę jesteśmy tylko dwojgiem ludzi przy stole w październikowy poranek, z kawą między nami, i jest w tym coś tak boleśnie zwykłego, że mam ochotę zamknąć oczy i zdecydować, że to wszystko, co jest. Że to wystarczy. Że można żyć w tej jednej chwili i nie ruszać się dalej.

Nie można.

Ona to wie. Ja to wiem.

To coś między nami na stole jest dokumentem. Widzę to kątem oka, widzę krawędź kartki, widzę fragment nagłówka. Nie czytam. Nie muszę. Znam już treść na pamięć, choć trzymałem go w rękach tylko raz, przez może czterdzieści sekund, zanim odłożyłem, bo dłużej nie dałem rady.

Marcin - mówi Marta.

Mój głos, kiedy odpowiadam, brzmi jak głos kogoś, kto śpi z otwartymi oczami.

Wiem - mówię.

I to jest nieprawda.

Nie wiem nic. Wiem tylko, że pięć dni temu obudziłem się i nie pamiętałem połowy swojego życia, i że to, czego się dowiedziałem próbując je odzyskać, jest gorsze od tej luki. Że luka była miłosierna. Że to, co ją wypełniło, miłosierne nie jest.

Kawa stygnie.

Marta siada naprzeciwko mnie, po raz pierwszy od godziny, odkąd tu siedzimy. Siada i kładzie dłonie na stole i patrzy na mnie tym swoim wzrokiem, który kiedyś uważałem za spokój, a teraz nie wiem, jak nazywa się ta rzecz, którą widzę.

Między jej dłońmi a moimi jest ten dokument.

Za chwilę będę musiał na niego spojrzeć.

Za chwilę będę musiał zdecydować, co z nim zrobię.

Ale przez tę jedną chwilę siedzę przy swoim stole i trzymam kubek, i pamiętam zapach kawy, i myślę o tym, że tydzień temu byłem szczęśliwym człowiekiem.

Albo przynajmniej tak mi się wydawało.

I nie wiem już, które z tych dwojga jest gorsze.

ROZDZIAŁ 1 - Szczelina

Budzę się i wiem, że coś jest nie tak, zanim jeszcze wiem cokolwiek innego.

To nie jest myśl. To jest informacja z ciała - ten rodzaj wiedzy, który dociera szybciej niż słowa, szybciej niż obrazy, prosto do miejsca za mostkiem, gdzie zbiera się wszystko, czego umysł jeszcze nie przetrawił. Leżę na plecach z oczami otwartymi i sufit jest biały i znajomy, i pęknięcie biegnie od narożnika w kierunku lampy tak samo jak zawsze, i jest szósta czternaście, bo zawsze jest szósta czternaście kiedy się budzę, i wszystko jest dokładnie na swoim miejscu.

Wszystko poza mną.

Przesuwam rękę po prześcieradle. Prawa strona łóżka jest chłodna - nie tak chłodna, jak bywa gdy nikogo nie było, ale chłodna jak po kimś, kto wstał przed chwilą. Chłodna jak po obecności, która właśnie przestała być obecnością.

Siadam.

Pokój jest moim pokojem. Wiem to z tą szczególną pewnością, która nie potrzebuje dowodów - zdjęcia na komodzie, kurtka na krześle w rogu, granatowa z urwanym guzikiem, który od miesięcy zamierzam przyszyć. Sterta książek przy ścianie, ta sama co zawsze, ten sam porządek nieporządku, który jest moim porządkiem. Szafa z lekko otwartymi drzwiami, bo prawe skrzydło nie domyka się od trzech lat i ciągle zapominamy wezwać kogoś do naprawy.

Moje rzeczy. Mój pokój.

Czuję się jak ktoś, kto wrócił po długiej nieobecności i ogląda własne życie oczami człowieka, który je właśnie pożyczył.

Wstaję. Podłoga jest zimna pod stopami - zawsze jest zimna, parkiet w tym mieszkaniu nie trzyma ciepła nawet latem, to jedna z rzeczy, które Marta chciała zmienić i o których rozmawialiśmy i których nigdy nie zmieniliśmy, bo zawsze było coś ważniejszego. Robię dwa kroki w kierunku drzwi i zatrzymuję się, bo za ścianą, w kuchni, słyszę cichy brzęk - filiżanka postawiona na blacie, łyżeczka, coś drobnego i codziennego, coś, czego normalnie w ogóle bym nie usłyszał.

Teraz zatrzymuje mnie w miejscu.

Stoję tak przez chwilę, boso, z dłońmi lekko uniesionymi jak człowiek, który nie wie, czy obudził się, czy śni, że się obudził. Potem drzwi sypialni otwierają się i Marta stoi w progu z kubkiem kawy w jednej ręce i telefonem w drugiej, w tej szarej bluzie za dużej, którą zawsze nosi w domu, i wygląda tak normalnie, tak absolutnie zwyczajnie, że przez sekundę to, co czuję, chce być ulgą.

Nie jest.

Wstałeś - mówi, bez pytania. Wchodzi, stawia kubek na moim nocnym stoliku. - Kawa stygnie.

Patrzę na nią. Szukam czegoś na jej twarzy i nie wiem czego szukam, i to jest pierwsze zdanie, które formułuję tego ranka jako pewnik: nie wiem, czego szukam.

Która godzina? - pytam. Własny głos brzmi jak głos kogoś, kto nie używał go od dawna.

Prawie siódma. - Patrzy na mnie przez chwilę i coś przemyka przez jej twarz, zbyt szybko, żeby to nazwać. - Dobrze spałeś?

Nie wiem - mówię, bo to jest prawda.

Uśmiecha się - krótko, trochę zmęczonym uśmiechem - i wychodzi. Słyszę jej kroki w korytarzu, potem cisza wchłania je z powrotem i zostaje tylko kubek parujący na nocnym stoliku i to uczucie za mostkiem, które nie ma jeszcze nazwy.

Podchodzę do okna.

Na zewnątrz jest szaro. Miasto dopiero się budzi, nieliczne samochody poruszają się powoli, jakby i one potrzebowały chwili. Znam ten widok. Znam tę ulicę, ten zakątek między blokami, gdzie latem rosną trzy topole. Teraz drzewa są nagie, szare jak wszystko inne, bez liści.

Kiedy był październik?

Cofam się od okna. Telefon leży na komodzie - ekranem do dołu, przy lampce, tak jak zawsze. Odwracam go.

Wcieram przycisk.

Data: czwartek, 17 października.

Stoję przy komodzie i patrzę na te cyfry i cyfry patrzą na mnie, neutralne i bezwzględne, jak patrzą wszystkie fakty.

Czwartek, 17 października.

Ostatnią datą, którą pamiętam, jest sobota, 12 października. Pamiętam biuro, lampkę na biurku, pustą przestrzeń po ludziach, którzy już wyszli. Pamiętam zmęczenie. Pamiętam, że miałem jeszcze coś sprawdzić w plikach i że odkładałem to od pół godziny.

Potem nic.

Nie ciemność, nie cięcie, żadna wyraźna granica. Po prostu nic, jak gdyby sobotni wieczór był ostatnią stroną, a ja otworzyłem teraz nową książkę, i tej starej nie ma już w moich rękach, i nie pamiętam, żebym ją odkładał.

Między sobotą a czwartkiem są pięć dni.

Siadam na brzegu łóżka. Kubek paruje. Myślę o tym zdaniu, które za chwilę stanie się moim problemem: pięć dni, których nie ma w żadnym miejscu, do którego potrafię sięgnąć. Pięć dni ciszy, próżni, białej karty tam, gdzie powinny być obrazy.

Potem myślę o zaroście.

Dotykam policzka. Trzy, może cztery dni. Zarost rośnie mi wolno - zawsze rośnie wolno, to jeden z tych drobiazgów, z których żartowałem, czterdziestoletni mężczyzna z zarostem nastolatka. Trzy, cztery dni to dokładnie tyle, ile potrzebuje moja twarz, żeby zapełnić pięć dni luki.

Ciało pamięta to, czego umysł nie pamięta.

Wstaję, wychodzę z sypialni.

Korytarz jest wąski, ze zgaszoną czerwienią dywanu, który Marta kupiła dwa lata temu na targu i który nigdy mi się nie podobał, ale przestałem to mówić po trzecim razie. Zdjęcia na ścianie: my na Mazurach, niewyraźne, robione pod słońce. Marta z siostrą, obie śmieją się z czegoś poza kadrem. Reprodukcja Hoppera od mojej matki. Wszystko na miejscu, wszystko znajome.

Wszystko jak dekoracja na planie filmowym, który wygląda jak moje życie.

W kuchni Marta stoi przy oknie z telefonem, odwrócona plecami. Słyszę stukanie jej palców w ekran - szybkie, równomierne, takim rytmem pisze się wiadomość do kogoś, nie przegląda newsy. Kiedy wchodzę, stukanie urywa się. Odwraca się, ale o pół sekundy za późno - nie tak, jak obraca się ktoś, kto usłyszał wchodzącego. Tak, jak obraca się ktoś, kto już wcześniej wiedział, że ktoś wejdzie.

Telefon znika w kieszeni bluzy.

Herbata czy kawa? - pyta.

Marto.

Zatrzymuje się. To przebiegające coś na jej twarzy - szybsze niż w sypialni, ale widzę je.

Słucham?

Jaką mamy datę?

Patrzy na mnie. Nie na telefon, nie gdzieś obok - na mnie, bezpośrednio, z czymś, co przy innej okazji nazwałbym troską.

Siedemnasty - mówi. - Czwartek. Marcin, co się dzieje?

Marcin. Tak, to moje imię. Myślę o tym przez sekundę i ta sekunda jest o jedną za długa. Własne imię nie powinno wymagać potwierdzenia.

Nic - mówię. - Źle spałem.

Przez chwilę wydaje się, że powie coś więcej - usta lekko się otwierają, coś w niej zbiera się do słów - ale potem zamyka je z powrotem i kiwa głową.

Zrobię świeżą kawę - mówi i odwraca się do ekspresu.

Siadam przy stole.

Kuchenka, lodówka, okno na podwórze, gdzie teraz leżą mokre liście i gdzie sąsiad z trzeciego piętra zawsze kładzie rower w złą stronę. Magnes z Barcelony na lodówce - pamiętam tę podróż mgliście, pamiętam, że jedliśmy coś dobrego i że Marta śmiała się z czegoś, co powiedział kelner. Odprysek na stole przy prawym rogu. Wszystko jest tu od dawna. Wszystko jest moje.

I nic z tego nie pomaga.

Zamykam oczy i próbuję sięgnąć po cokolwiek z tych pięciu dni. Nie po całość, nie po narrację - po jeden detal. Jeden obraz, jeden zapach, jeden dźwięk. Sobotni wieczór: biuro, lampka, zmęczenie. A potem...

Ekran komputera. Jakiś plik otwarty, nie widzę co w nim jest, widzę tylko jasny prostokąt w ciemności. I coś jeszcze - poczucie, że ktoś wszedł za moje plecy. Nie alarm, nie strach. Po prostu poczucie obecności.

I nic więcej.

Masz jakieś plany na dziś? - pyta Marta, stawiając przede mną kubek.

Praca - mówię, bo tak odpowiadam zazwyczaj.

Oczywiście. - Siada naprzeciwko. Trzyma swój kubek obiema rękami i patrzy na mnie tym wzrokiem, który przez pierwsze lata lubiłem - spokojny, skupiony, jakby była naprawdę zainteresowana tym, co zobaczy. Teraz ten sam wzrok czuję na skórze jako coś lekko zbyt ciepłego. - Przez ostatnie dni byłeś nieobecny. Wiedziałam, że coś przeżywasz, nie chciałam naciskać. Ale jeśli chcesz porozmawiać...

Przez ostatnie dni.

Skupiam się na tej frazie jak na szczelinie w ścianie.

O czym chcesz porozmawiać? - pytam ostrożnie.

O tym, przez co przechodzisz. - Pauza. - Przez co oboje przez to przechodziliśmy.

Przez co przechodziliśmy.

Siedzę naprzeciwko mojej żony przy stole, przy którym jadłem śniadania setki razy, i nie wiem, przez co przechodziliśmy. Nie wiem, czy to zdanie jest zaproszeniem czy testem. Nie wiem, czego ona oczekuje, że powiem, i która odpowiedź jest właściwa, i co każda z nich uruchomi.

Może później - mówię. - Muszę się ogarnąć przed pracą.

Wstaję z kubkiem.

Przy drzwiach kuchni zatrzymuję się bez planu.

Dzwoniłem do kogoś w zeszłym tygodniu? - pytam, nie odwracając się. - Pamiętasz?

Cisza trwa trzy sekundy za długo.

Do mamy chyba. We wtorek. - Głos spokojny, naturalny. Zbyt naturalny, może, albo to ja szukam rzeczy, których nie ma. - Dlaczego pytasz?

Tak tylko - mówię i wychodzę.

W łazience zamykam drzwi i patrzę na siebie w lustrze.

Twarz jest moją twarzą. Wiem o tym tak samo jak wiem o wszystkim innym w tym mieszkaniu - pewnie, bez dowodów, z tą automatyczną rozpoznawalnością, która powinna być uspokajająca i nie jest. Zarost. Cienie pod oczami. Nic, czego nie dałoby się wyjaśnić złym snem.

Sięgam po telefon i otwieram historię połączeń.

Ostatnie wychodzące: wtorek, 15 października, 19:23. Numer mamy. Trwało cztery minuty trzydzieści dwie sekundy.

Przewijam dalej. Poniedziałek - zero połączeń wychodzących. Niedziela - jeden numer, niezapisany, same cyfry. Jedenaście sekund. Za krótko na rozmowę, za długo na nieodebranie.

Sobota, 12 października, 22:47. Numer Marty. Dwadzieścia osiem sekund.

Zadzwoniłem do żony i rozmawiałem dwadzieścia osiem sekund.

A potem pięć dni mojego życia weszło w szczelinę i nie ma po nich śladu.

Odkręcam zimną wodę i trzymam pod nią nadgarstki - stary nawyk po matce, na gorączkę, na panikę, na chwile kiedy świat robi się zbyt gęsty. Kiedy woda spływa, jestem o stopień chłodniej i o tyle samo spokojniej, co nie znaczy dużo, ale wystarczy.

Wychodzę z łazienki.

Na blacie kuchennym leży kartka. Mała, wyrwana z notesu, pismo Marty.

"Doktor Krawczyk dzwonił wczoraj wieczorem. Prosi, żebyś oddzwonił."

Czytam ją cztery razy.

Doktor Krawczyk. Nie znam żadnego doktora Krawczyka - albo tak mi się wydaje, albo właśnie przestałem znać, albo znałem go przez pięć dni, których nie pamiętam, i teraz on jest po drugiej stronie tej szczeliny razem ze wszystkim innym.

Marta wychodzi z sypialni w płaszczu, z torbą przez ramię. Nie patrzy na kartkę. Nie pyta, czy ją widziałem.

Pa - mówi i całuje mnie w policzek, szybko, tak jak całuje się kogoś od lat, kiedy gest jest już mięśniowy i nie wymaga decyzji.

Przy drzwiach zatrzymuje się. - Zadzwoń do niego. Dobrze?

Nie czeka na odpowiedź.

Drzwi zamykają się za nią z cichym kliknięciem, które brzmi tego ranka jak coś ostatecznego.

Stoję w kuchni z kartką w dłoni i myślę o tym, że Marta napisała tę kartkę zamiast mi po prostu powiedzieć przy stole, kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie z kawą. Że miała okazję i wybrała kartkę.

Że może wiedziała, że nie zapytam, dopóki ona jest w pokoju.

Że może liczyła na to, że zapytam.

Że nie wiem, które z tych dwojga jest gorsze, i że ta myśl, tak wcześnie rano, tak szybko po przebudzeniu, jest pierwszą rzeczą od godziny, która naprawdę mnie przeraża.

Nie luka.

Nie pięć dni.

To, że nie wiem, czy moja żona jest po mojej stronie szczeliny, czy po drugiej.

ROZDZIAŁ 2 - Historia połączeń

Numer Krawczyka jest w moim telefonie.

To pierwsza rzecz, która uderza mnie, kiedy wpisuję nazwisko w wyszukiwarkę kontaktów - nie to, że go nie znam, nie to, że Marta zostawiła kartkę zamiast mi powiedzieć, nie żaden z tych niepokojów, które przez ostatnią godzinę zbierały się w gardle. To, że numer jest zapisany. Że ktoś go zapisał. Że tym kimś byłem ja.

"Krawczyk M." - inicjał imienia, numer komórkowy, zero opisu. Ludzie opisują kontakty, żeby za miesiąc pamiętać, kim jest ta osoba w ich telefonie. Ja nie opisałem. Jakby w momencie zapisywania byłem absolutnie pewien, że będę pamiętał.

Data zapisu: środa, 9 października. Trzy dni przed luką.

Stoję przy oknie w salonie i trzymam telefon i myślę o tym, że trzy dni przed tym, jak przestałem pamiętać, zapisałem numer człowieka, którego nie pamiętam, że znam. Że te dwie rzeczy są albo bez związku, albo są całym związkiem. Że nie ma tu środka.

Dzwonię.

Cztery sygnały, potem automat - nie firmowy, nie gabinet, nie żadna instytucja. Domyślna sekretarka sieci. Rozłączam się, zanim komunikat się kończy, i piszę SMS: "Dzień dobry, oddzwaniam w sprawie wczorajszej wiadomości. Marcin Brol."

Wysyłam. Ekran gaśnie. Cisza.

Z sypialni dobiega szum suszarki, stukanie szuflad, Marta przygotowuje się do wyjścia. Za dziesięć minut wyjdzie. Mam dziesięć minut na to, żeby być w tym mieszkaniu sam - naprawdę sam, nie w tej wersji samotności, którą czuję nawet kiedy ona jest w pokoju obok.

Siadam przy biurku w salonie i otwieram laptop.

Hasło przyjmuje się bez problemu - to samo od trzech lat, palce wpisują je automatycznie, zanim głowa zdąży zdecydować. Pulpit jest moim pulpitem: ikony na miejscach, tło ze zdjęciem z Mazur, to samo co w korytarzu, robione tego samego dnia. Otwiera się przeglądarka.

Historia jest wyczyszczona.

Patrzę na to przez chwilę. Nie selektywnie, nie tak, jak czyści się historię, kiedy szuka się czegoś wstydliwego i kasuje konkretne wpisy. Całkowicie. Ostatni wpis: sobota, 12 października, 21:34. Poczta. Potem nic.

Pięć dni bez historii przeglądarki.

Mógłbym przez pięć dni nie używać laptopa - to możliwe, zdarzało mi się. Ale historia jest wyczyszczona, a nie po prostu pusta. To nie jest brak aktywności. To aktywność, po której ktoś posprzątał.

Otwieram Dokumenty. Ostatni edytowany plik: środa, 9 października. Raport dla Wiśniewskiego, którego dotyczy projekt sprzed luki, projekt, który pamiętam. Nic po środzie. Otwieram Kosz - pusty, wyopróżniony, data ostatniego opróżnienia niedostępna, bo ktoś wyczyścił też metadane Kosza.

Ktoś był staranny.

Zamykam laptop i siedzę przez chwilę z dłońmi na pokrywie, jakby przez plastik i metal mógł wyczuć coś, czego nie widział na ekranie. Potem słyszę kroki Marty w korytarzu i cofam ręce, i nie wiem, dlaczego to robię, i to niewiedzenie jest samo w sobie informacją.

Marta wychodzi o wpół do dziewiątej, tak jak zawsze.

Całuje mnie w policzek przy drzwiach - szybko, mięśniowo, jak się całuje kogoś od lat. Przy progu zatrzymuje się i mówi żebym zadzwonił do Krawczyka, i nie czeka na odpowiedź, i drzwi zamykają się za nią z tym swoim cichym kliknięciem.

Stoję przez chwilę w korytarzu.

Na półce przy drzwiach leżą klucze z brelokiem wieży Eiffla i leży też coś, czego wcześniej nie widziałem - mała pomarańczowa tabletka, samotna, bez blistra, bez opakowania. Leży na skraju półki jak coś odłożonego w pośpiechu, jak coś, o czym ktoś nie chciał zapomnieć.

Albo nie chciał, żebym zapomniał.

Biorę ją w dwa palce. Obracam. Gładka z obu stron, intensywnie pomarańczowa, wielkości ibuprofenu, ale nie ibuprofen - ibuprofen jest biały albo brązowy, nie taki kolor. Żadnego nadruku, żadnej cyfry, żadnej litery. Tabletka, która nie chce powiedzieć, czym jest.

Odkładam ją na półkę.

Wychodzę.

Biuro jest na czwartym piętrze przy Brackiej, w kamienicy, która od zewnątrz wygląda jak historia, a od środka jak każdy inny open space z sufitem podwieszanym i klimatyzacją, która latem nie działa. Pracuję tu od sześciu lat. Znam każdy stopień schodów, każdą twarz za biurkiem.

Kiedy wchodzę, Zosia za recepcją podnosi głowę i uśmiecha się - ten sam uśmiech co zawsze, nic w nim nie drga.

Dzień dobry, panie Marcinie.

Dzień dobry. - Zatrzymuję się. - Byłem tu w zeszłym tygodniu?

Czwartek, piątek?

Zosia mruga.

Słucham?

Pytam, czy przychodziłem.

Patrzy na mnie z wyraźnym zaskoczeniem kogoś, kto dostaje pytanie z odpowiedzią oczywistą.

W środę pan był - mówi powoli. - Czwartek i piątek nie. Przysłał pan e-mail do Kamila, że ma pan sprawy do załatwienia.

Sprawy do załatwienia.

Tak. - Zawiesza głos. - Wszystko w porządku?

Wszystko dobrze - mówię. - Dziękuję.

Idę przez open space do swojego biurka. Czuję kilka spojrzeń - nie natarczywych, nie długich, takich które mówią że ktoś patrzy, bo coś go niepokoi, i nie chce żebym wiedział że patrzy. Moje biurko jest czyste. Zbyt czyste - nigdy nie mam czystego biurka, mam biurko z warstwami, wydruki pod wydrukami, notes otwarty na nieaktualnej stronie, kubek po kawie który zamierzam zabrać do zmywarki od wtorku. Teraz blat jest goły. Monitor, klawiatura, mysz.

Jakby ktoś tu sprzątał.

Albo jakby ktoś się upewniał, że nic nie zostanie.

Siadam, loguję się, otwieram pocztę. Folder wysłanych. Szukam e-maila do Kamila.

Czwartek, 10 października, 8:51 rano.

"Kamil, nie będzie mnie przez parę dni. Mam sprawy do załatwienia, wiesz jakie. Gdyby Wiśniewski pytał, powiedz że uzgodnione. M."

Czytam to dwa razy. Trzy.

Wiesz jakie.

Napisałem to tak, jakby Kamil wiedział. Jakby między nami istniał kontekst, wcześniejsze ustalenie, rozmowa, do której ten e-mail jest tylko odesłaniem. Jakby to był nie list informacyjny, tylko potwierdzenie czegoś już omówionego.

Kamil siedzi trzy biurka dalej, przy oknie, ze słuchawkami na uszach. Wstaję i podchodzę.

Kamil ma trzydzieści osiem lat, jest o głowę niższy ode mnie, zawsze w flanelowej koszuli, z łysiną, którą komentuje zanim ktoś zdąży. Pracujemy razem od pięciu lat i przez te pięć lat Kamil był jedną z tych stałych, które sprawiają, że biuro jest miejscem do wytrzymania - człowiek, przy którym nie chce się kłamać, nie dlatego, że się go boi, ale dlatego, że kłamstwo przy nim wydaje się stratą czasu.

Zdejmuje słuchawki.

Hej. - Uśmiecha się, ale uśmiech jest o pół tonu za niski. - Wróciłeś.

Wróciłem. Możemy pogadać?

Jasne.

Siadam na wolnym krześle obok. Kamil obraca się w moją stronę, składa ręce na kolanach, czeka. Nie zagaja, nie pyta co słychać - czeka, co powiem.

Ten e-mail do ciebie. W czwartek. - Patrzę na niego. - Co miałem na myśli pisząc "wiesz jakie sprawy"?

Kamil patrzy na mnie przez chwilę. Nie zaskoczony - ostrożny. Człowiek mierzący, ile powiedzieć.

Marcin - mówi w końcu - czy ty naprawdę nie pamiętasz, czy sprawdzasz, co wiem?

Zdanie to wchodzi we mnie jak klucz sprawdzający zamek.

Pierwsze - mówię.

Kamil odwraca się, patrzy przez chwilę na open space, sprawdza, czy ktoś słucha. Potem pochyla się lekko.

Mówiłeś mi, że masz problemy z pamięcią - mówi cicho. - Że to trwa jakiś czas. Że chodzisz do kogoś. Prosiłeś, żebym nie robił sprawy, jeśli cię nie będzie parę dni.

Kiedy mi to mówiłem?

Dwa tygodnie temu. Przy kawie, na dole. - Mrużą się jego oczy. - Co się naprawdę dzieje?

Nie pamiętam ostatnich pięciu dni - mówię.

Kamil przyjmuje to bez mrugnięcia. Siedzi, myśli. Przez open space ktoś przechodzi z wydrukami, klimatyzacja wydaje swój charakterystyczny dźwięk między szumem a kaszlem.

Pięć dni - powtarza.

Od soboty dwunastego do dziś rano.

Kamil otwiera szufladę biurka. Wyjmuje małą żółtą kartkę samoprzylepną i podaje mi ją bez słowa.

Na kartce jest numer telefonu i nazwisko: Brol - Krawczyk, 17:00.

Zostawiłeś mi to w środę - mówi. - Prosiłeś, żebym ci przypomniał, gdybyś zapomniał.

Dosłownie tymi słowami.

Patrzę na kartkę. Mój charakter pisma - ta charakterystyczna siódemka bez poprzeczki, którą piszę od liceum. Moje nazwisko, obce nazwisko, godzina.

Wiedziałem.

Jakiś wcześniejszy ja przewidział tego dzisiejszego mnie i zostawił mu drogowskaz. Wyobrażam sobie siebie sprzed tygodnia siedzącego naprzeciwko Kamila z kawą i piszącego tę kartkę z pełną świadomością, że będę jej potrzebował, że nie będę pamiętał, że ta chwila nastąpi. I myślę, że ten ja sprzed tygodnia wiedział coś, czego ja teraz nie wiem, i że ta wiedza była wystarczająco poważna, żeby zawczasu budować mosty nad luką.

Dziękuję - mówię i wstaję.

Marcin.

Zatrzymuję się.

Kiedy mi to mówiłeś, dwa tygodnie temu. - Kamil patrzy na mnie spokojnie, bez dramatyzmu. - Mówiłeś jeszcze jedno. Że jeśli przyjdę do biura i będę wyglądał jakbym nie pamiętał - żebym powiedział ci, że masz coś zapisanego w bezpiecznym miejscu.

I że będę wiedział gdzie.

Zimno w żołądku.

Gdzie? - pytam.

Nie wiem. Tyle mi powiedziałeś.

"Będziesz wiedział."

Stoimy przez chwilę. Klimatyzacja szumi.

Coś jeszcze? - pytam.

Kamil waha się. Sekundę za długo.

Wyglądałeś niedobrze - mówi w końcu. - Przez ostatni miesiąc. Jakbyś nie spał. Kilka razy pytałem, mówiłeś że wszystko gra. Ale nie byłeś sobą. Byłeś jak wersja siebie, która stara się wyglądać normalnie.

Wersja siebie, która stara się wyglądać normalnie.

To zdanie idzie za mną przez cały ranek.

Wychodzę na lunch sam, z kawą z automatu, w zimne październikowe powietrze.

Stoję na chodniku i myślę o bezpiecznym miejscu. O tym, że wcześniejszy ja coś zapisał i schował i był wystarczająco przewidujący, żeby uprzedzić Kamila. Że budował zabezpieczenia. Że musiał wiedzieć, że będą potrzebne.

Sięgam do kieszeni płaszcza po telefon.

I czuję tam coś, o czym nie wiedziałem, że tam jest.

Mała złożona kartka. Złożona cztery razy, w kwadrat wielkości znaczka pocztowego. Wyciągam ją. Rozwijam.

Moje pismo - szybsze, mniej staranne niż na kartce dla Kamila, pismo pisane w pośpiechu albo pod napięciem. Osiem słów:

"Nie bierz tabletek. Marta wie więcej, niż mówi."

Stoję na chodniku z kartką w dłoni i zimny wiatr próbuje ją wyrwać, i czytam te osiem słów raz za razem, i nie wiem, czy bardziej przeraża mnie to, co na niej stoi, czy to, że to ja ją napisałem.

Że ten ktoś, kto żył moim życiem przez pięć dni, zostawił mi ostrzeżenie.

Że wiedział, że będę go potrzebował.

Składam kartkę w ten sam kwadrat i chowam do wewnętrznej kieszeni, przy sercu. Dopijam kawę, która zdążyła wystygnąć. Wracam do biura, bo biuro jest tym, co teraz rozumiem - projekt Wiśniewskiego, raporty, e-maile, rzeczy, które istniały przed luką i istnieją po niej, niezmienione, bezpieczne w swojej zwykłości.

O siedemnastej mam spotkanie z psychiatrą, którego nie pamiętam, że znam.

A w kieszeni mam wiadomość od samego siebie, która każe mi nie ufać własnej żonie.

Wchodzę do windy. Drzwi zamykają się. W lustrze po prawej widzę swoją twarz - spokojną, skupioną, twarz kogoś, kto panuje nad sytuacją.

Twarz, która kłamie.

ROZDZIAŁ 3 - Gabinet przy Złotej

Budynek przy Złotej wygląda jak każdy inny budynek przy Złotej.

Szara kamienica z lat siedemdziesiątych, domofon z guzikami bez nazw, wejście z zawilgoconym sufitem, który ktoś malował zbyt wiele razy, żeby farba miała jeszcze ochotę trzymać się tynku. Stoję przed nim o szesnastej pięćdziesiąt osiem i szukam na liście nazwisk nazwiska Krawczyk, i jest: czwarte piętro, mieszkanie czternaście, odręcznie na kawałku papieru w kratkę wetkniętym za plastikową ramkę. Nie tabliczka, nie wydruk, nie żaden profesjonalny szyld. Kawałek notesu.

Naciskam dzwonek.

Cisza, potem trzask i głos - głęboki, spokojny, głos kogoś, kto bardzo rzadko się spieszy.

Słucham?

Marcin Brol.

Cisza. Odrobinę za długa.

Czwarte piętro - mówi głos i brzęczyk otwiera drzwi.

Winda jest stara i wolna, z lustrem na całą ścianę. Patrzę na siebie przez czas wjazdu i myślę o tym, że przez ostatnie osiem godzin zdołałem ustalić następujące fakty: nie pamiętam pięciu dni, mam psychiatrę, którego nie pamiętam, moja żona wie o nim i nie powiedziała mi o nim rano przy stole, na moim biurku ktoś posprzątał, historia przeglądarki na laptopie jest wyczyszczona, na półce przy drzwiach leży tabletka bez nadruku, a w kieszeni płaszcza mam ostrzeżenie napisane własną ręką.

To dużo na jeden dzień.

Za mało na pięć.

Czwarte piętro, dywan w kolorze musztardy, żarówka pod sufitem. Drzwi z numerem czternaście są lekko uchylone. Wchodzę.

Przedpokój jest mały - wieszak z dwoma płaszczami, jedno krzesło pod ścianą, poczekalnia zaprojektowana dla jednej osoby. Siadam. Za zamkniętymi drzwiami po prawej słyszę cichy głos - równy, bez pauz, jakby ktoś czytał na głos albo dyktował coś do nagrania. Po chwili głos milknie i drzwi się otwierają.

Mężczyzna w progu ma jakieś sześćdziesiąt lat. Niski, szpakowaty, okulary w cienkich oprawkach, sweter w kolorze który chciał być bordowy. Twarz spokojna, zmarszczki układające się głównie wokół oczu - twarz kogoś, kto przez lata słuchał więcej niż mówił. Nie podaje ręki. Cofa się i gestem zaprasza do środka.

Gabinet jest duży na tyle, żeby zmieścić biurko przy ścianie, dwa fotele przy oknie i regał z książkami od podłogi do sufitu. Żadnych dyplomów na ścianie. Żadnych certyfikatów, żadnych oprawionych tytułów. Okno wychodzi na podwórze i jest już ciemne, zasłona do połowy zaciągnięta.

Siadam w fotelu bliżej drzwi - odruchowo, bez namysłu, i dopiero po chwili zastanawiam się, czy to odruch który miałem już przy poprzednich wizytach. Czy ciało pamięta to, czego głowa nie pamięta. Krawczyk siada naprzeciwko z notatnikiem na kolanie i długopisem w dłoni, której nie unosi do pisania.

Siedzi i patrzy na mnie.

Nie mówi nic. Czeka. I jest w tym czekaniu coś, co mnie niepokoi - nie dlatego, że jest niegrzeczne, ale dlatego, że jest zbyt naturalne. Jakby wiedział, że mówienie pierwsze nic by nie dało. Jakby wiedział to o mnie.

Proszę mi powiedzieć, dlaczego pan tu jest - odzywa się w końcu.

Pan zadzwonił do mojej żony.

Zadzwoniłem do pana. Ona odebrała.

Odnotowuję to. Ona odebrała. Mój telefon, moja żona, ona odebrała.

Dlaczego zadzwoniłeś?

Proszę mi powiedzieć, co pan pamięta z ostatniego tygodnia.

Nic. Od soboty dwunastego do dziś rano.

Pięć dni.

Krawczyk patrzy na mnie z tym swoim spokojnym skupieniem.

Tylko pięć? - pyta.

Zdanie to zawisa między nami jak pytanie, które nie brzmi jak pytanie.

Słucham? - mówię.

Widujemy się od początku września - mówi spokojnie. - Pierwsza wizyta była czwartego. Przyszedł pan sam, bez skierowania. Powiedział pan, że ma pan problemy z pamięcią. Że zdarzają się panu okresy, których pan nie pamięta. Że to nie jest pierwszy raz.

Siedzę nieruchomo.

Ile razy? - pytam.

Ile razy pan tu był, czy ile razy zdarzały się te okresy?

Jedno i drugie.

Krawczyk patrzy na notatnik.

Był pan u mnie siedem razy - mówi. - Sesja w każdy wtorek, z jedną przerwą w drugiej połowie września. Co do epizodów - przy pierwszej wizycie mówił pan o czterech poprzednich.

O różnej długości. Od jednego dnia do trzech.

Cztery poprzednie.

Patrzę na regał za jego głową. Grzbiety książek, tytuły, autorzy - widzę je, ale ich nie czytam, są tłem dla tego, co właśnie usłyszałem. Cztery razy wcześniej traciłem dni swojego życia i nie pamiętam żadnego z tych razy. Jestem człowiekiem, który regularnie gubi fragmenty siebie, i jest to dla mnie informacja nowa, świeża, dzisiejsza.

Nie pamiętam żadnego z poprzednich - mówię.

Wiem - mówi Krawczyk. - To jest wzorzec.

Jakiego rodzaju wzorzec?

Odkłada długopis. Splata dłonie.

Panie Marcinie, muszę panu zadać kilka pytań zanim cokolwiek powiem.

Czy zgadza się pan?

Nie - mówię. - Najpierw niech pan powie, co wie.

Krawczyk patrzy na mnie przez chwilę. Nie obrażony, nie zaskoczony. Mierzący.

To nie leży w pana najlepszym interesie - mówi.

Mój interes to wiedzieć, co mi się dzieje.

Cisza. Za oknem jest już całkowicie ciemno, październikowe podwórze pochłonięte przez wieczór.

Mówił pan, że epizody zaczynają się od zmęczenia - odzywa się Krawczyk po chwili. - Nagłego, bez powodu. Że przed epizodem jest dzień, może dwa, kiedy czuje się pan bardzo dobrze. Lepiej niż zwykle. Ostrzej, jakby wszystko było bardziej wyraźne. I wtedy przychodzi nic.

Myślę o poranku. O tym, jak głośno brzmiały kroki na chodniku. O kawie, która smakowała zbyt intensywnie. O tym uczuciu zbyt żywego świata, zbyt obecnych kolorów.