71,00 zł
On wnosił do ich związku siłę, a ona prestiż i bystry rozum.
Gdy orszak Dobrawy przekroczył bramę grodu, słońce znikało za horyzontem, tak jak jej dawne życie w Pradze. Księżniczka przybyła tu, by dopełnić warunki politycznego układu, który miał przypieczętować sojusz chrześcijańskich Czech z pogańską krainą Polan. Niepewna, rozdarta między głęboką wiarą a lękiem przed obcym światem, z czasem zaczyna rozumieć, że jej pozycja nie może sprowadzać się do roli milczącej żony. Jak z nieśmiałej niewiasty stanie się największą siłą przemian i kobietą zdolną do podejmowania trudnych decyzji?
Osadzona w realiach wczesnego średniowiecza powieść pozwala zajrzeć za kulisy wydarzeń rozgrywających się nie tylko na polach bitew, lecz także w cieniu komnat. W czasach pełnych napięć, dawnych rytuałów i wielkich ambicji kobiecy głos wybrzmiewa coraz wyraźniej, wytyczając dalsze losy Piastów. Historia splata się tu z ludzkimi emocjami i pozwala spojrzeć na narodziny nowego porządku z pomijanej przez kroniki perspektywy.
Patrycja Hereć– ur. 1996 w Lublinie. Wychowana w malownicznym Firleju, gdzie otoczenie jeziora i lasów od najmłodszych lat pobudzało jej wyobraźnię i ciekawość świata. Obecnie mieszka poza granicami Polski, lecz zafascynowanie polską historią, zwłaszcza okresem średniowiecza, nie przeminęło. Inspiracją do napisania jej debiutanckiej powieści stała się postać Dobrawy. Książka jest próbą przywrócenia jej miejsca w dziejach, a także wyrazem fascynacji autorki dawną kulturą oraz rolą kobiet na przestrzeni wieków.
Pod patronatem:
Histmag.org
Historykon.pl
Vanishingbooks
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 338
Redaktorka prowadząca: Vanessa Włodarczyk
Redakcja: Magdalena Chrobok
Korekta: Katarzyna Kusojć
Ilustracja na okładce: Beata Sajewska
Projekt okładki: Magdalena Marzec-Kulbicka
Skład i łamanie wersji do druku: Olga Dziuba
Copyright © by Patrycja Hereć 2026
Copyright © by Sorus® 2026
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości
bądź fragmentów niniejszego dzieła bez pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
ISBN 978-83-68466-30-0 książka
ISBN 978-83-68466-31-7 e-book
Wydanie I, Poznań 2026
Printed in Poland
Twoja opinia jest dla nas ważna! Zachęcamy do podzielenia się wrażeniami po lekturze tej książki i dodania swojej oceny: www.sorus.pl/opinia
Masz pomysł na książkę lub gotowy tekst? Opublikuj swoje dzieło ze wsparciem wydawnictwa i dołącz do grona naszych autorów: www.sorus.pl/dlaautorow
DM Sorus Sp. z o.o.
ul. Bóżnicza 15/6, 61-751 Poznań
tel. +48 61 653 01 43
email: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.sorus.pl/sklep
www.sorus.pl
dmsorus
wydawnictwosorus
Przygotowanie wersji elektronicznej
ieszko otworzył szeroko oczy. Jego nozdrza napełniły się mieszanką pyłu i krwi. W przypływie złości cisnął swój szłom o ziemię. Pulsujący szum w uszach i metaliczny posmak w ustach sprawiły, że na moment stanął w bezruchu. W tej jednej krótkiej chwili ujrzał swoich druhów bezlitośnie wyrzynanych przez Wieletów. Z bezczynności wyrwał go świst broni w powietrzu.
– Jarowit nam sprzyja! – warknął jakiś starzec ubrudzony krwią i błotem. Zaskakująco mąż ten miał więcej krzepy, niż mogło się Mieszkowi wydawać.
Książę rozluźnił nadgarstek i sprężystym krokiem doskoczył do niego. Zaatakował go z góry, ale Połabianin odbił płasko. Mieszko instynktownie obejrzał się za siebie. Jego druh Sieciech jednym pchnięciem miecza powalił woja, który zranił w bok rosłego chłopa.
Choć Mieszko próbował się skupić i szybko pokonać człowieka przed nim, by ruszyć dalej, co rusz zerkał w stronę swego brata Czcibora, który ledwo mógł ustać na nogach. Odetchnął dopiero wtedy, gdy spostrzegł, jak Sieciech zarzuca Czcibora na swoje barki i desperacko odpierając ataki, zaczyna przedzierać się w stronę obozu Lestkowiców. Oddech Mieszka coraz bardziej przyśpieszał. Wreszcie ryknął i zaczął ciąć na oślep. Gdy szał minął, na jego brwiach ostały się krople jeszcze ciepłej krwi, bynajmniej nie jego. Zraniono go może z dwa lub trzy razy, lecz nawet nie miał czasu się nad tym zastanowić, bo już nadbiegał kolejny Wielet. Poruszał się szybko. Mieszko naparł całym ciężarem ciała na wroga, który w końcu zaczął się cofać i potknął się o sztywne ciało jednego ze swoich.
Piast odstąpił od niego na krok i kopnął go z całej siły w splot słoneczny. Odwrócił wzrok i wepchnął leżącemu ostrze prosto w krtań. Nie miał nawet czasu odetchnąć, gdyż jakby spod ziemi wyrósł przed nim kolejny olbrzym z toporem. Siemomysłowic splunął i zaczekał, aż tamten zamachnie się siekierą. Zrobił unik w prawo, w lewo, znowu w lewo i tylko nasłuchiwał świstu topora przecinającego powietrze. W całym tym zgiełku dochodziły do niego inne znajome odgłosy, lecz nie wsłuchiwał się w nie. Parł dalej naprzód.
– Panie! Panie! Musimy się wycofać!
– Macie napierać! – ryknął tonem nieznoszącym sprzeciwu.
I znów dojrzał rosłego chłopa, który uniósł topór niczym kat będący o włos od wykonania wyroku. Mieszko odczekał chwilę i obracając się, zadał mu cios pod pachą. Krew wytrysnęła jak woda ze źródła, brudząc przy tym pancerz księcia.
Wódz Polan złapał upragniony oddech. Miał może mniej niż sekundę, aby rozejrzeć się dookoła. Widząc, jak padają kolejni jego kompani, zrozumiał, iż nie może poświęcić życia reszty drużyny. Oczekiwał od bogów przychylności, a jedyne, co dostał, to kąpiel w morzu krwi swoich wiernych wojów.
– Odwrót! – krzyknął wściekle.
Rozkaz powtórzyli dowódcy jego oddziałów.
Dzień chylił się ku końcowi. Wraz z zachodzącym słońcem opadł bitewny kurz. Piast kroczył w stronę namiotu ciężkim krokiem i z podniesioną głową. Czuł na sobie wzrok swoich druhów. Kątem oka widział, jak jego wojowie ostatkiem sił zwlekają z pola bitwy ciała swoich pobratymców. Bez zastanowienia odsunął kotarę i przeszedł przez próg namiotu.
– Myślisz, że z Siemomysłem nigdy nie przegraliśmy bitwy? – zapytał twardo siedzący w środku starzec, przecierając swoją twarz.
– Teraz przegrywamy wojnę.
Bratomir zdjął swój szłom, spod którego uwolniły się srebrzyste grube kędziory do ramion.
– Skarcisz mnie jak własnego syna. Że nie posłuchałem. Że kazałem napierać…
– Nie – pokręcił głową i poklepał go po plecach. – Rzeknę, że masz czas do następnego zachodu słońca. Wypij tyle miodu, ile zdołasz, żeby przełknąć gorycz porażki. Później się pomyśli.
Bratomir wyjrzał na zewnątrz i chropowatym głosem zawołał, by posłano po książęcych braci. Lecz zamiast dwóch Piastów do namiotu wpadł wycieńczony Sieciech.
– Panie… – Do jego niebieskich oczu napłynęły łzy. Nim się spostrzegł, potok łez powoli zmywał z jego lica bitewny kurz. – Lestek… – Mąż z całych sił próbował opanować drżenie kolan. Czuł, że zaraz obali się na ziemię jak drzewo wyrwane przez wiatr. – Lestek zaatakował Wichmana – wyszeptał.
Mieszko poczuł ból w piersi. Przełknął ślinę i zacisnął usta. Odwrócił wzrok, a jego druh łamiącym się głosem kontynuował:
– Wichman zaprawiony w boju… ja jednego brata uratowałem, panie, ale drugiego… już nie zdołałem.
Mieszko zacisnął pięści tak mocno, że jego knykcie zbielały. Po całym obozie rozszedł się żałosny ryk zranionego niedźwiedzia.
Wypadł z namiotu jak z procy i szybkim krokiem przemierzał obóz, próbując znaleźć swego młodszego brata. Nawet nie dostrzegł, że podąża za nim ubrany w skromną lnianą szatę kapłan samego Świętowita. Kiedy wreszcie go zauważył, przepełniony żalem i rozpaczą doskoczył do niego i złapał mocno za popielate włosy.
– Rzekłeś mi przed bitwą, że jak orzeł mam brać swoje! Że wróżby pomyślne i bogowie są z nami! Że Jarowit przyjął ofiarę!
– Panie… puść mnie, litości! W świętym ogniu jest prawda…
– Gdzie był twój Świętowit?! Czy Jarowit jest zadowolony z krwi mojego brata?
Puścił jego włosy i kopnął go z całej siły jak nieposłusznego psa. Na ten widok w obozie podniósł się raban. Mścibor, syn Bratomira, dobiegł do swego władcy i z całych sił odciągnął go od kapłana, a kiedy miał pewność, że zaatakowany oddalił się prawie na czworaka, puścił. Średni Piast obrócił się i już uniósł rękę, aby ukarać swojego kompana, gdy jeden z wojów zapłakał przeraźliwie. Mieszko odwrócił się i ujrzał, jak dwaj rośli mężowie ostrożnie kładą przed nim ciało młodzieńca, który nie liczył sobie więcej niż osiemnaście wiosen. Wyglądał spokojnie, jakby spał. Wiatr głaskał jego złote loki, a słońce ostatkiem sił ogrzewało jego blade lico i sine usta. Jego tunika była przesiąknięta krwią jak ziemia deszczem. Mieszko nachylił się i ostatni raz odgarnął kędziory z jego czoła. Drżącymi ustami dotknął jego głowy, po czym powoli uniósł wzrok, aby spojrzeć na zachodzące słońce, które razem ze sobą zabrało duszę tego młodzieńca. Wziął jego truchło w ramiona i ruszył ku pradawnej puszczy, a za nim wszyscy ci, co przeżyli rzeź.
Dotarli nad jezioro połyskujące w świetle gasnącego słońca. Tafla migotała to tu, to tam, a woda mieniła się to na pomarańczowo, to na niebiesko. Z oddali zdawał się dochodzić głos trzciny i drzew, które opłakiwały najmłodszego i najdroższego Siemomysłowica. Było spokojnie i cicho, a mimo to w uszach Mieszka dalej rozbrzmiewał szczęk oręża. Sieciech zebrał się w sobie i podszedł do swojego druha.
– Już czas, panie.
– Założyli mu czystą tunikę?
– Tak jak każe obyczaj.
Na samą myśl, że ma podłożyć ogień pod stos Lestka, chciało mu się wyć. Podczas czuwania czuł na sobie wzrok wszystkich druhów, wojów i półprzytomnego Czcibora. Wojowie zmęczeni bitwą powoli wymykali się, aby udać się na długo wyczekiwany odpoczynek.
Mieszko natomiast siedział pod dębem bez ruchu, wpatrując się w naprędce i niedbale ułożony stos, na którym leżało ciało zabitego. Tej nocy nie zasnął ani na chwilę. Długo się zastanawiał. Sam nie wiedział nad czym. Natłok myśli go męczył. Może stało się, jak się stało, bo bogowie po prostu mieli taki kaprys. Odwrócili się od niego i ludu Lestkowica. Siedział tak, aż nastał świt. Słońce leniwie wyłaniało się jakby spod tafli wody. Pierwsze promienie odbijały się od porannej rosy, a wiatr delikatnie kołysał wysokimi trawami. Mieszko ocknął się, kiedy zobaczył wojów i kapłanów powoli kroczących w jego stronę. Wstał z ziemi i ostatni raz spojrzał na umiłowanego brata. Nie było odwrotu. Już nie łudził się, że Lestek zaraz się obudzi.
Podłożył ogień. Po chwili w jego szaroniebieskich oczach odbijały się języki ognia.
– Niedaleko naszego grodu macie usypać kurhan. Największy, jaki zdołacie.
Nie miał ani siły, ani ochoty patrzeć, jak ogień nieubłaganie trawi kruche ciało Lestka. Odszedł w stronę obozu.
onie bez trudu pokonywały kolejne doły i wystające korzenie. Korony drzew tworzyły łuk, który chronił wojów od palącego słońca. Wierzchowiec Sieciecha leniwie wlókł się za koniem Mieszka. Żal mu było patrzeć na księcia. Być może życie zatrzymało się na jedną noc, ale teraz toczyło się dalej. Do Ostrowa nie było już daleko.
Mieszko był wściekły na wojów, którzy po pogrzebie Lestka złożyli ofiarę z gęsiej krwi Jarowitowi. Gdyby nie wstawiennictwo Bratomira, to głowy owych wojów byłyby już nabite na pal.
Sieciech dogonił swego pana i przyjaciela zarazem. Znał go lepiej niż on sam siebie. A przynajmniej tak mu się zdawało.
– Wiem, że kiedy z twych ust nie wydostaje się ani jedno słowo, to oznacza, że coś się kotłuje w twojej głowie.
Mieszko tylko wymownie spojrzał na niego. Przycisnął łydki do konia, a ten ruszył niczym strzała wypuszczona z łuku. Sieciech zatrzymał się na chwilę i spojrzał w dal.
Dwie błękitne rzeki wiły się wokół wyspy. Prowadziły do niej dwa długie i szerokie mosty z belek wspartych na mocnych palach, wbitych w dno spokojnego jeziora. Niegdyś istniał i trzeci most, zbudowany przez Siemomysła, ale znacznie węższy niż te zbudowane przez Mieszka. Ciężko było znaleźć drugi taki gród jak Ostrów. Tak wysokimi wałami nie mógł się poszczycić nikt, były one bowiem wyższe od niektórych starych dębów. Tu oblężenie można by odpierać całą wieczność.
Lud witał ich okrzykami radości, jakby zwyciężyli. Każdy woj wracający z tej wyprawy dobrze wiedział, że tak nie było. Nie dziś.
Dziś, wyjątkowo, Mieszko odczuwał ciężar zbroi. Z niebytu myśli wyrwała go oślepiająca biel ścian palatium, która odbijała się blaskiem ponad strzechami. Mścibor nie odrywał wzroku od budynku. Zsiadł ze swojego konia i już miał coś rzec, lecz Mieszko zniecierpliwiony cisnął szłomem w ziemię i odszedł w stronę łaźni. Widząc to, Czcibor poklepał druha po plecach. Ruszyli razem do chaty, aby zapić gorycz porażki i żal po stracie młodego Lestka. Nawet nie zauważyli wodzącego za nimi wzroku Bratomira, który był nad wyraz spokojny. Może to dlatego, że widział już w życiu wiele: niejedną burzę, niejednego brata podkładającego ogień pod stos, niejedną przegraną bitwę. Wiedział, że jeszcze nie przegrali wojny, ale są blisko. Starzec westchnął i poklepał swego wierzchowca. Myślami przeniósł się do palatium, gdzie swego żywota dokonywał Siemomysł. Ten ostatnie tchnienie wykorzystał, by wymóc na Bratomirze przysięgę, że zawsze będzie przy Mieszku i będzie mu służył radą.
Tyle że Siemomysł nie przewidział, że średni z jego synów, w którym pokładał największe nadzieje, nie zawsze będzie miał ochotę korzystać z Bratomirowych mądrych rad. Z rozmyślań wyrwała go niewiasta, która krzyczała coś w jego kierunku, wciąż rozglądając się na wszystkie strony. Szybkim krokiem podeszła do niego i oparła się ręką o jego ramię.
– Bratomirze! Dłużyła się każda chwili bez wieści o was! Zlękłam się, gdy w dymie i kurzej krwi ujrzałam śmierć. Modliłam się, aby Świętowit dopomógł… – Spojrzała mu prosto w oczy. Pomimo spokoju na twarzy w jego spojrzeniu ujrzała coś, co sprawiło, że poczuła nieopisany niepokój.
– Gdzie jest Mieszko?
Książę nie umiał znaleźć sobie miejsca. Słudzy wylali chyba z dwadzieścia wiader wody, aby zmyć z niego brud i zakrzepłą krew. Gdy na nich warknął, dwaj młodzieńcy posłusznie wyszli. Nieważne, ile wody zużyje, nic nie będzie w stanie zmyć jego winy. Gdyby nie zgodził się, by brać ze sobą Lestka, ten zapewne siedziałby tu obok niego. Teraz było za późno.
Niespostrzeżenie do łaźni wśliznęła się niewiasta. Musnęła go swoją jasną dłonią po licu, ale on nawet na nią nie spojrzał. Przysiadła tuż obok niego. Wzięła jego szorstką dłoń i otarła o swoją skroń.
– Pozwól mi ukoić swój ból…
Spojrzał na nią z odrazą. Wstał, złapał ją za ramię i popchnął w kierunku drzwi.
– Precz! Wynoś się!
– Pragnę być przy tobie, powierz mi swoje cierpienie – wyszeptała rozpaczliwie.
– Nim wyjechałem, kazałem ci wynieść się z grodu! Co ty tu jeszcze robisz?
Zebrała się na odwagę i ze spokojem kontynuowała:
– Przegrałeś bitwę, nie wojnę. Udajmy się do gaju, złóżmy ofiarę… – Mieszko przerwał jej, unosząc dłoń.
– Nie złożę już ani jednej ofiary. Nie będę patrzeć w ogień. Tymi rękoma – wyciągnął obie dłonie przed siebie – musiałem podłożyć ogień pod stos Lestka.
– Lestka? – powtórzyła mimowolnie. Do jej oczu napłynęły łzy, a usta zaczęły drżeć.
Podszedł do niej i ten jeden raz spojrzał na nią pustym wzrokiem.
– Tyle nieszczęść. Wichman, Lestek… ty. Kiedy się od ciebie uwolnię?
– Mieszku… – próbowała złapać go za dłoń – zostałam, bo wiedziałam, że będziesz mnie potrzebował. Widziałam to w ogniu. Jesteś teraz zraniony i zły...
– Kazałem ci wracać, skąd przyszłaś, nie posłuchałaś.
Chciała coś powiedzieć, lecz ponownie uciszył ją jednym gestem. Spuściła głowę.
– Pamiętam, kiedy ujrzałem cię w gaju. Wtedy nie rozumiałem, ale teraz już wiem… rzuciłaś na mnie swoje uroki – uniósł palec wskazujący – każdego dnia płacę za to, że wtedy cię stamtąd zabrałem.
– Zabrałeś, bo kazało ci tak twoje serce. A moje…
– Kazało ci zatłuc na śmierć tę białogłowę zza Wisły? Pozbyć się mojego dziecięcia w jej łonie? Mokosz ukarała mnie za moje i twoje winy!
Jaga cofnęła się, a jej plecy mimowolnie przylgnęły do zimnej ściany. Drewno zaskrzypiało, gdy Mieszko nagle uderzył pięścią tuż obok jej twarzy.
– Masz stąd zniknąć przed zachodem słońca – warknął. – Jeśli zostaniesz, jutra już dla ciebie nie będzie.
Uniosła głowę, lecz nie spojrzała mu w oczy. Wzięła głęboki wdech i wyszeptała drżącym głosem:
– Ja… ja nie chciałam. Tyle razy… ja… przysięgam! Przysięgam, że ona sama się potknęła…
– Milcz! Stół nie podrapał jej twarzy. Sińców na brzuchu też nie miała od potknięcia. Sama nie dałaś mi córki. Syna od ciebie nawet nie oczekiwałem! – Zaczerpnął powietrza i ryknął: – Wynocha!
Jaga kipiała ze złości. W duchu powtarzała sobie, że to zapewne jakaś mamuna rzuciła na niego czar. Pewnie jeszcze będzie całował ją po stopach, kiedy zrozumie, ile jej zawdzięcza. Gdy jego dusza będzie paliła jeszcze bardziej, nie będzie się miał do kogo zwrócić i to ją będzie błagał o litość. Zaczęło brakować jej tchu. Czuła się tak, jakby wpadła w głęboką wodę, a jej nogi zaplątały się w dzikie wodorosty. Jakby sami topielcy ciągnęli ją w dół. Otarła kilka łez z obu policzków i szybko wyszła. Nie chciała doprowadzać go do jeszcze większej furii. Rano wciąż miała nadzieję, że puścił w niepamięć to, co było kiedyś, i znów jak siedem wiosen temu jego oczy zabłysną na jej widok. Już nie raz się na nią gniewał, przeklinał, ale zawsze wracał. Dziś było inaczej. To nie tylko cierpienie i gorycz, ale coś jeszcze. Uświadomiła sobie, że to koniec. A może to skończyło się już dawno? Od dłuższego czasu gdzieś w środku czuła, że jest od niej daleko. Było jej trudno przyznać się przed samą sobą, że już go straciła.
Siemomysłowicowi było wszystko jedno. Ona nie była jego największym strapieniem. Już od dawna zastanawiał się, jak pozbyć się natrętnej niewiasty. Z każdym rokiem przysparzała mu coraz więcej trosk. A co to za mąż, który nie umie zapanować nad niewiastą?
Wziął koszulę i gwałtownie otworzył drzwi. Niczym gradowa chmura szybkim krokiem udał się do palatium. Po chwili był już na piętrze. Podszedł do małego okna. Jak zawsze na placu przed palatium było gwarno. Życie toczyło się dalej, jakby żadna bitwa nie miała miejsca. Karawany kupców przybywały do grodu, a inne zbierały się do drogi. Niektóre kierowały się do bogatego Cesarstwa, inne do zamożnych Czech.
Mieszka nagle olśniło, zadał sobie ważne pytanie, które dotąd nie przyszło mu do głowy, a powinno wiele razy. Jak to jest, że te krainy opływają w bogactwa? Po raz pierwszy zapragnął być nie tylko wodzem Polan, lecz panem ziem silnych, złączonych jednym prawem i jednym ramieniem. Krain, gdzie dobrobyt i siła idą w parze, a nikt nie waży się siać strachu ani podnosić miecza bez zgody władcy. Może gdyby tak było już teraz, jego brat nie leżałby w ziemi, a stał u jego boku.
Szybko zszedł na dół. Zatrzymał się na chwilę przed drzwiami do największej sali. Otworzył wrota na oścież i wkroczył do środka.
– Panie. – Starzec posłusznie kiwnął głową. Powoli usiadł na krześle i oparł obie dłonie na kolanach. – Czy mogę ci czymś służyć?
– Jak to jest, że wciąż uważają nas za nierównych sobie? – zapytał Mieszko.
– Kto? Ci z Cesarstwa? Ach, pamiętam, kiedy doszły nas słuchy o uczcie u Gerona. Nigdy nie byłem tak rad, że Siemomysł nie wyściubił nosa poza bramy grodu.
– Wyrżnął wszystkich uczestników w pień, tak, wiem. Ojciec często opowiadał mi o tym ku przestrodze.
– I ja ci mówię, wszyscy są tacy sami, czy to margrabia z Cesarstwa, czy Połabianie. Geron nawet nie musiał namawiać Tęgomira od Stodoran, żeby własnych zdradzić. – Ojciec Mścibora poprawił się na krześle. – Ludzie ślepną od blasku kruszcu. Stają się głusi, kiedy słyszą złe podszepty. Kieruj się rozumem, Mieszku.
– Rozum i miecz czasami nie idą w parze.
– Serce i rozum są takie same.
Powoli wstał z krzesła i skinął głową. Piast ponownie został sam na sam z myślami.
W grodzie wrzało jak w ulu. Jaga wciąż spoglądała w stronę palatium. Niespodziewanie lekki wiatr zawiał i wyrwał ją z transu. Zaczęła gorączkowo chodzić od studni pod chatę Sieciecha i z powrotem. Wreszcie późnym popołudniem z chaty wyszły dwie dziewki, a za nimi sam książęcy druh, który poprawił swoją koszulę. Nie myśląc wiele, dopadła go niczym kot mysz.
– Sieciechu!
– Nie mam czasu, muszę szybko do palatium.
– Przekonaj go! Ja naprawdę wtedy… przez ostatnią zimę i wiosnę nawet na mnie nie patrzył. To nie chodzi już o tę dziewkę. Czy znów jakąś brankę ma? Pomóż mi, błagam cię…
– Nie pleć… – rzekł znudzony i odgarnął włosy z jej lica za ucho.
– Nie mogę wrócić do gaju!
– Mieszko jest pogrążony w bólu, ale i to niczego nie zmieni. – Westchnął. – Ach, niemądra niewiasto. Ile już łez wylałaś? Koryto rzeki byś napełniła. Nie ma w nim miłowania dla ciebie. Jeśli tak bardzo nie chcesz wracać do gaju, to znajdź sobie dobrego woja czy kupca i mu przysięgnij. Wiesz, jak bardzo Mieszko pragnął mieć dziecię. Wiele ci już wybaczył, ale tego nie wybaczy ci nigdy.
Jaga stała jak słup soli. W głębi duszy wiedziała, że po części Sieciech ma rację. W końcu podeszła do studni i przysiadła. Kręciło jej się w głowie, a jej kolana drżały. Słońce paliło, ale nie tak jak jej dusza. Nie po to zostawiła za sobą wszystko to, co było jej drogie, żeby teraz ustąpić i odejść. Zostawiła swoje siostry. Zostawiła Świętowita. Została całkiem sama.
Minęło już parę tygodni od powrotu na Ostrów Tumski. Po wielu nieprzespanych nocach Mieszko zwołał radę złożoną z najbliższych mu towarzyszy broni. Decyzja ta wywołała opór starszyzny składającej się z najbardziej szanowanych, wysoko urodzonych wojów pochodzących z plemion podporządkowanych Polanom oraz kapłanów cieszących się zaufaniem ludu.
Mieszko władczym krokiem wkroczył do sali, w której już czekali na niego Bratomir, Mścibor, Czcibor i Sieciech. Książę rozsiadł się na krześle. Obserwował bacznie swojego brata, który co rusz dolewał sobie miodu. Widok pijanego Czcibora przed południem nie był niczym zaskakującym. Ten, czując na sobie wzrok księcia, uniósł dzban i skierował go w jego stronę. Następnie chwiejnym krokiem podszedł do niego i najstaranniej, jak potrafił, nalał mu miodu do kielicha. Kilka kropel się rozlało, ale co tam! Uśmiechnął się od niechcenia i wrócił na swoje miejsce.
– Panie… – zaczął spokojnie Bratomir, lecz od razu przerwał mu jego syn.
– Wiesz dobrze, że kolejnego najazdu nie przetrwamy. Musimy działać. Szukać sojuszników. Przychylmy się do woli starszyzny i poślijmy do Stodoran.
Palec wskazujący Mieszka zataczał koła po obręczy kielicha.
– Panowie…
Książę wstał i przeszedł się po sali.
– Było jechać na ten zjazd w Magdeburgu i przymilić się Cesarstwu. Może byłby z tego pożytek – powiedział Sieciech, przeciągając się.
Czcibor zniesmaczony jego wypowiedzią, zmierzył go wzrokiem. Skrzywił się i wypił resztkę tego, co miał w kubku.
Bratomir patrząc na twarz Mieszka, w jednej chwili pojął, co chodzi mu po głowie. Zdołał tylko szepnąć:
– Przemyślidzi.
– Co z nimi? – zapytał Mścibor bez entuzjazmu.
Po wygłoszeniu swojej opinii ostrzył swój topór i nie interesowało go nic poza tym. Chciał zająć czymś myśli, czymkolwiek, co nie było związane z polityką. Miał do siebie żal, że zaufał Mieszkowi. Ponowna klęska zachwiała jego wiarą nie tylko w Jarowita, ale też w Siemomysłowica.
– Czego nam nie brak, a czego Czesi potrzebują? – zapytał Mieszko.
– A co to ma do obrony ziem? Przy wsparciu starszyzny i kapłanów… – zaczął syn Bratomira.
W sali zapadła cisza. Starzec wstał, przeczesał swoje siwe włosy i zwrócił się w stronę Mieszka.
– A co, jeżeli oprócz niewolników będą chcieli nam stawiać warunki? Starszyzna już powiedziała, że nie powinniśmy patrzeć w stronę Sudetów.
– Przestańcie już z tą starszyzną. Byliście na Połabiu. Widzieliście, jak musiałem podłożyć ogień pod stos Lestka! Bogowie nas porzucili, pokazali, po czyjej są stronie, gdy Wichman mordował mojego brata! Piasta!
W Mściborze zawrzała krew. Rzucił na stół swój topór i zerwał się z krzesła. Jego twarz poczerwieniała jak rozżarzone żelazo w kuźni.
– Tak się nie godzi! Tak jak nasi ojcowie i my winniśmy posłuszeństwo bogom. Jarowit sprowadzi pożogę gorszą niż Wieleci! Weles nasze bydło zarazą powali. Owszem, jesteś władcą tych ziem, ale musisz wysłuchać starszyzny.
– Synu… zważaj…
Prośby i błagalny wzrok Bratomira nic nie dały. Mścibor nie należał do tych, którzy najpierw pomyślą, zanim coś powiedzą.
– A ty, panie? Chcesz, żeby wszystko stanęło w ogniu jak stos…
– Nie wymawiaj jego imienia! – warknął Mieszko.
Sieciech spojrzał na syna Bratomira spod byka. Nie mógł go ścierpieć, odkąd byli dziećmi. Mścibor przełknął ślinę i pokręcił głową.
– Panie, wybacz swojemu słudze… – rzucił chłodno, niemal bezgłośnie.
Bratomir i jego syn skinęli na pożegnanie i skierowali się do wyjścia. Nawet trzaśnięcie drzwiami nie oderwało Czcibora od jego dzbana. Tylko lekko uniósł głowę i odgarnął swoje ciemne blond włosy obiema rękami.
– Bracie… dobrze, dobrze. Czy to miód, czy moja łepetyna głupia nie pojmuje?
Książę spojrzał na niego z politowaniem.
– My wyślemy niewolników na ich targ. Oni wyślą nam wojów. Będziemy mieć więcej niż Wieleci. Czechom opłaci się poprzeć naszą sprawę. A starszyzną zajmę się sam. Tylko powiedz mi, skąd ty masz takie pomysły, bracie? Czemu, skoro już musisz, nie zwrócisz się o pomoc do Cesarstwa? Oni też się mają z tymi Wieletami…
– Margrabiowie gryzą się jak psy, żeby być bliżej Ottona. To im zaprząta głowę. Wątpię, czy zechcieliby się pochylić nad naszą sprawą. Poza tym to nie Otton jest sprzymierzeńcem Wieletów, a Bolesław...
Sieciech podrapał się po głowie.
– Tak, Bolesław postawił się Ottonowi, kiedy doszedł do władzy. I jak to się skończyło? Płaci trybut i…
– A… – Czcibor uniósł do góry kielich. – Pojmuję. Bolesław wciąż ma silną pozycję. Tyle zrobił dla przyjaźni z Cesarstwem. Żaden margrabia nie oddałby nam córki, żeby zawiązać z nami sojusz, ale Bolesław…
Czcibor był z siebie dumny, a zarazem zasmucony, nie był bowiem przekonany do małżeństwa Mieszka i księżniczki czeskiej Dobrawy, obawiał się, co powie na to starszyzna.
Sieciech pomyślał, że to niewiarygodne, że starszego Piasta bardziej interesowało picie niż polityka krain sąsiadujących z ich ziemiami, lecz czasami zdarzały mu się przebłyski geniuszu.
Mieszko spojrzał na nich obu i sięgnął po kielich.
Starszy Piast machnął na wszystko ręką. Nie rozumiał i nawet nie chciał zrozumieć całej tej polityki. Odkąd jego brat przyszedł na świat, wiedział, że to jemu Siemomysł powierzy władzę nad tymi ziemiami. Pomimo że nie byli z tej samej matki, miłował swojego brata i wspierał go, choć nie rozumiał wielu jego decyzji.
– Wyruszysz do Pragi.
Słysząc to, Czcibor o mało się nie zakrztusił. Myślał, że brat tylko sobie z niego dworował, ale sprawa miała się inaczej. Sieciech wstał, poklepał go po ramieniu i zwrócił się do Mieszka:
– Panie, nasz czcigodny Czcibor jest potrzebny na północy naszych ziem, a nie…
– Powiedziałem. Teraz zostawcie mnie samego. Wieczorem każcie Bratomirowi przyjść do moich komnat.
Nastał wieczór, Mścibor nasłuchiwał, jak krople deszczu biją o dach. Gdyby wzrok Bratomira mógł zabić, syn już by nie żył.
– Trzymaj nerwy na wodzy, a swój niewyparzony język…
– Mówię przecie, jak jest. Odkąd Mieszko przejął władzę, zmieniło się wiele. Oprócz pięknych piaskowych ścian palatium, wojna na granicy z Połabiem. To był pogrom. – Zdenerwowany zerwał się na równe nogi i zaczął chodzić od ściany do ściany. – Mieszko nie szanuje pradawnych praw i bogów. Wziął sobie brankę, która była najwyższą kapłanką w świętym gaju!
Starzec przewrócił oczyma i westchnął.
– Posłuchaj mnie uważnie. Póki Mieszko żyje, winni jesteśmy mu posłuszeństwo. Zamiast wątpić w każdą jego decyzję, módl się do Świętowita, aby sytuacja obróciła się na naszą korzyść.
Zapadła cisza przerywana żałosnymi westchnieniami Bratomira.
– Czemu nie jesteś podobny do mnie? Czemu nie zamilkniesz i nie zrobisz tego, czego od ciebie oczekują? Jesteś butny, nieposłuszny…
Mścibor tylko roześmiał się gorzko i wbił wzrok w podłogę. Po chwili wstał, wyminął ojca i wyszedł przed chatę. Dopiero tu odetchnął. Dusił się w tej ciemnej chałupie z wiecznie pouczającym go rodzicielem. Nie mógł zrozumieć, jak wojownik, który widział w swoim życiu wszystko, mógł godzić się na to, co dzieje się na ziemiach Polan. Jego ojciec najpewniej wciąż wierzył, że Mieszko okaże się tak dobrym i silnym władcą jak Siemomysł, lecz Mieszkowi do legendy swego ojca było daleko, a do jego dziada jeszcze dalej. Przynajmniej w mniemaniu Mścibora. Pomyślał, że gorzej byłoby tylko, gdyby to Czcibor zasiadał na książęcym tronie. Choć pięknie śpiewał i miał dobre serce, nie można było określić go inaczej niż moczymorda. Nie miał ani wyczucia w polityce, ani obycia w świecie. Lecz drugiego, co tak się bije na pięści czy walczy na toporki, nie znajdziesz.
esień tego roku była wyjątkowo piękna. Drzewa malowały się złotoczerwoną barwą, a pod kopytami koni szeleściły żółtobrązowe liście. Świergot ptaków i szum strumienia w oddali powinny były umilać podróż Czciborowi. Teraz jednak każdy dźwięk drażnił go jak nigdy.
– Wyglądasz, jakbyś na tym koniu za karę siedział!
– Nie kąsaj jak stary pies – jęknął młody mąż.
Poklepał swoje rumiane policzki i odgarnął włosy. Wiedział, że wczoraj z dowódcą zakosztowali za dużo trunku, ale mówi się trudno.
Popatrzył na Bratomira, który bardzo przypominał mu własnego ojca – surowy i jęczący na każdym kroku. W duchu wciąż powtarzał sobie, że nieważne, co się dzisiaj stanie, ale nie zajrzy do kielicha, gdy dotrą do Pragi.
Modlitwy Czcibora zostały wysłuchane. W oddali ujrzał rzekę, która wiła się niczym wąż u wzniesienia, na nim dumnie prezentował się zamek księcia Bolesława. Im bliżej celu był orszak, tym lepiej można było się przyjrzeć palisadzie w szańcach i trzem pokaźnym wieżom. Brukowana droga prowadziła ich wprost na dziedziniec.
Ku ich rozczarowaniu nie byli na tyle ważni, aby powitał ich sam Bolesław lub chociaż jego syn. Władca wysłał zwykłego sługę, który wyszedł im naprzeciw.
Bratomir i Czcibor zsiedli z koni. Ten ostatni dziękował wszystkim bogom po kolei, że w końcu mógł zsiąść z wierzchowca. Ojciec Mścibora spojrzał na młokosa i pomyślał, że Mieszko musi być szalony, iż wysłał tego ochlapusa w delegację do tak znamienitego władcy.
Mąż wskazał na ciężkie dębowe drzwi. Szli krętymi i bardzo wąskimi korytarzami zamku. Niespodziewanie sługa, który prowadził ich prawdopodobnie do głównej sali, przystanął i pochylił głowę. Zza zakrętu wyszły trzy panny.
Czciborowi zrobiło się niedobrze przez zapach kwiatów i bogowie wiedzą czego jeszcze.
Niewiasta, która szła na przedzie, skinęła głową. W jej ciemnych oczach było coś, czego mimo swego wieku Bratomir jeszcze nigdy nie widział. Miała wyrazistą brew, wąskie usta i lekko zadarty nos. Pomimo jej skromności wyczuł znaną mu dobrze aurę majestatu i władzy. Za nią szły dwie inne panny, ale nie były tak dostojne jak ona. Choć widział ją tylko przez krótką chwilę, przyjrzał jej się dobrze. Natomiast Czcibor nawet gdyby chciał, nie mógł, bo ledwo widział na oczy.
Sługa otworzył ciężkie wrota do niewielkiej sali. Na kamiennym tronie czekał już Bolesław. Wyglądał jak posąg. Jego srebrne kędziory swobodnie opadały na ramiona. Gdyby bratu Mieszka nie powiedziano, że to czeski książę, pomyślałby, że to sam cesarz. Jego podbródek był uniesiony wysoko.
Mężczyźni pokłonili się, padając na kolana. Książę delikatnie, lecz stanowczo uniósł dłoń. Wtedy obaj wstali. Czcibor był bardzo rad, gdyż posadzka była zimna i do tego nierówna.
– Panie, mój pan, władca Mieszko, jest wdzięczny, iż przyjąłeś nas, jego wiernych wojów, w swoim wspaniałym dworze.
Czech zdawał się niewzruszony. Bratomir był mistrzem wyczuwania ludzkich nastrojów. Nawet książąt. Pomimo braku reakcji ostrożnie kontynuował:
– Jesteś światłym i wielkim władcą, więc zapewne wiesz, dlaczego tu przybyliśmy.
– Kłuje was w oczy nasza przyjaźń z Wieletami.
– Naszym jedynym życzeniem jest, wielki książę, abyś nas wysłuchał.
– Zatem mówcie.
– Jak dobrze wiesz, Wieleci są naszymi wrogami. Nasze ziemie są przesiąknięte krwią. Chcemy zakończyć ten spór.
– Zawrzyjcie z nimi pokój – odrzekł beznamiętnie.
Czcibor uśmiechnął się od niechcenia i spojrzał na księcia. Bratomir już nabrał powietrza w płuca. Szykował się, by zacząć swoją porywającą mowę, gdy jego kompan się wtrącił:
– Panie, jesteś wielkim władcą. Widziałeś wiele, wiele przeżyłeś i wiele dokonałeś. Z nami możesz dokonać jeszcze więcej. Pomóż nam pokonać Wieletów, a my w zamian wyślemy ci tylu niewolników, że miejsca na targu zabraknie. Postawisz tyle grodów, ile zechcesz. A w tych grodach uposażysz ludzi tak jak nigdy przedtem. Jedyne, o co my prosimy w zamian, to twoje wsparcie, panie.
Bratomir przełknął ślinę i posłał Czciborowi surowe spojrzenie swoich ciemnobrązowych oczu. Gdyby nie etykieta dworska, zapewne już zdzieliłby go po łbie.
Nieoczekiwanie Bolesław zszedł z tronu.
– Zapraszam was na wieczerzę. Bratomirze, wtedy też chętnie posłucham twoich opowieści.
Ojciec Mścibora odetchnął z ulgą i kurtuazyjnie się pokłonił.
Wieczorem zaprowadzono ich do prywatnych kwater Bolesława. Wieczerza była raczej skromna, a w komnacie znajdowało się tylko kilka osób.
– Panie, twoja siedziba jest wspaniała. Miodu i wina nam nie żałujesz. Czy zastanawiałeś się nad sprawą, z którą przyjechaliśmy?
– Łaska Boża pomogła mi dostrzec to, co dobre dla moich i waszych ziem.
– Panie… – Bolesław przerwał Bratomirowi, nim ten rozwinął myśl.
– Czciborze, podnieś swój kielich! – Piast ledwo zdołał unieść nie tylko kielich, ale też swoją głowę. Jednak gdy wielki książę prosi, to mus. Bratomir westchnął i również podniósł swój kielich.
– Wrócicie do Mieszka. Pragnę, abyście mu przekazali moje życzenie. Jeżeli rozważy nawrócenie się na jedyną wiarę i…
– Książę, Wieletom nie stawiałeś takich warunków – wybełkotał Czcibor.
Starzec o mało się nie zakrztusił. Nie wiedział już, który to dziś raz skarcił wzrokiem swego towarzysza. Czcibor znany był na Ostrowie z tego, że miał nie tylko niewyparzoną gębę, ale co gorsza, nie wiedział, kiedy odstawić kielich. Sztuka negocjacji była mu zupełnie obca. Podobnie jak etykieta dworów wielkich władców.
– Wy to nie Wieleci. Cenię was bardziej, dlatego pragnę, aby Mieszko rozważył moją propozycję…
Bratomir w końcu złapał oddech. Poprawiając się na krześle, posyłał w stronę Czcibora więcej piorunów niż Perkun podczas jednej burzy.
– Mieszko to mądry władca. Oczekuję, że nowy towar w dobrym stanie co pół roku będzie pojawiać się na targu. Wasz pan dostanie za nich uczciwą zapłatę.
– Panie, jesteś bardzo szczodry.
Bolesław uśmiechnął się pod nosem tajemniczo, mierząc ich obu wzrokiem.
– Jak proponujesz przypieczętować nasz sojusz, książę?
– Nic nie wiąże sojuszu tak jak ślub, panie – wybełkotał Czcibor, dolewając sobie wina.
– Byłoby to wielką radością dla mojej córki Dobrawy przysłużyć się sprawie i poświęcić swoje życie waszym ludziom i mężowi.
– A więc daj nam spojrzeć na księżniczkę! Zapewne gdy opowiemy księciu nie tylko o jej dobrym obyciu, ale i o pięknym licu, będzie mu łatwiej zgodzić się na twoje warunki.
Po tych słowach Czcibor zderzył się kielichem z księciem i zaśmiał się głośno.
Bratomirowi do śmiechu nie było. Jedyne, co czuł w tej chwili, to zażenowanie, choć posiłek – zdawałoby się – przebiegał w wyśmienitej atmosferze.
O świcie gród powoli budził się do życia. Coraz to nowe hałasy wyrywały Czcibora z błogiego snu. Po trzech dniach niekończących się wieczerz w wąskim gronie jego głowa pękała jak jeszcze nigdy. W ustach miał jak w popielniku. Wychylił się ostrożnie z posłania i z całych sił próbował dosięgnąć dzbana nieopodal. Sam nie wiedział, jak to się stało, że spadł na zimną posadzkę i narobił mnóstwo hałasu. Gdy wreszcie uniósł naczynie, ku jego rozczarowaniu okazało się, że nie było w nim ani kropli świeżej wody.
Powoli, trzymając się muru, wstał i wyjrzał przez okno. Po zalanym porannym światłem dziedzińcu przechadzały się trzy niewiasty. Starsza – jasnowłosa, co rusz poprawiała płaszcz niewieście o ciemnobrązowych włosach. Najmłodsza z tej trójki goniła fruwające wokół nich złote i czerwone liście. Brunetka sprawiała wrażenie, jakby palatium należało tylko do niej.
– Masz, ty moczymordo.
Bratomir, który wszedł właśnie do izby, podał mu kufel pełny zimnej wody. Czcibor pił łapczywie, a kilka kropel ostało się na jego brodzie.
– Co to za niewiasty?
– Ta ubrana w ciemnoniebieski płaszcz to starsza córka Bolesława.
– Która… – próbował się przyjrzeć uważnie – …to ta Dobrawa?
Okno było małe, a kraty uniemożliwiały dokładne oględziny.
– Widziałem ją z bliska. Przespacerowałem się nieopodal ich świątyni. Kiedy ty jeszcze chrapałeś jak dzika świnia, ona już wracała z kaplicy. Nie jest szpetna. Wyglądała za to na bojaźliwą, ale i ułożoną, łagodną. Jej siostra też urodziwa, ale za to żywsza. Nie dla Mieszka. Zamęczyłaby go. Zresztą i tak przymierza się do bycia mniszką.
– Nie no, to ta starsza nie jest dla mojego brata. On lubi charakterne baby.
– Jaga była charakterna i co? Ile się z nią naużerał? Dobrze, że ją pogonił.
Czcibor odwrócił się do Bratomira i palcami przeczesał włosy.
– Dobrze, dobrze. Najgorsza ta księżniczka nie jest. Ma wszystkie zęby i włosy. Posilmy się i powoli ruszajmy z powrotem do swoich. Przedstawi się sprawę Mieszkowi. Niech zrobi, co zechce.
Tego samego dnia orszak Polan wyruszył w podróż powrotną. Bratomir odetchnął z ulgą. Minęło zaledwie kilka tygodni, a już przemierzali znajome gaje. Starzec wciąż rozmyślał o tym, jak łatwo udało mu się załatwić tę sprawę. Dręczyła go myśl, że za szybko doszli do porozumienia. Był podejrzliwy z natury. Ale może w tym wypadku podejrzliwość była słuszna? Sytuacja wymagała odważnych decyzji. Tylko Świętowit wie, jak to wszystko się dalej potoczy.
Patrycja Hereć – ur. 1996 w Lublinie. Wychowana w malowniczym Firleju, gdzie otoczenie jeziora i lasów od najmłodszych lat pobudzało jej wyobraźnię i ciekawość świata. Obecnie mieszka poza granicami Polski, lecz zafascynowanie polska historia, zwłaszcza okresem średniowiecza, nie przeminęło. Inspiracja do napisania jej debiutanckiej powieści stała się postać Dobrawy. Książka jest próba przywrócenia jej miejsca w dziejach, a także wyrazem fascynacji autorki dawna kultura oraz rola kobiet na przestrzeni wieków.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
963
Czerwiec
Lipiec
Październik
O Autorce
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
