Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 378 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Perła - Anonim

Książka zawiera dwie opowieści wybrane ze słynnego angielskiego czasopisma „Perła. Magazyn Lektur Pikantnych i Lubieżnych” („Pearl. A Magazine of Facetiae and Voluptuous Reading”), ukazującego się w Londynie od lipca 1879 r. do grudnia 1880 r.. Jego wydawcą był William Lazenby, który opublikował również inne klasyczne dzieła należące do tego gatunku, m.in. powieść The Romance of Lust, a także periodyki „The Oyster”, „The Boudoir” i „The Cremorne”.

Ukazało się ogółem osiemnaście numerów „Perły” (oraz dwa specjalne dodatki bożonarodzeniowe) : ich zawartością są opowiadania erotyczne, pikantne dowcipy, limeryki i anegdoty oraz niby to autentyczna korespondencja, której treść dotyczyła seksu. Utarła się wtedy opinia, iż bohaterowie zamieszczanych tam tekstów to rzeczywiste postacie z wyższych sfer angielskich, przeżywane zaś przez nich wyuzdane przygody wydarzyły się naprawdę. Jak dalece odpowiadało to rzeczywistości, tego dziś już nie wiemy...

Pierwsze opowiadanie: „Lady Pokingham albo Wszyscy to robią. Jej własna opowieść o lubieżnych przypadkach jakich doświadczyła zarówno przed poślubieniem lorda Crim-Cona, jak i w późniejszym czasie” jest kroniką rozpustnego życia stojącej nad grobem bohaterki, która postanowiła pozostawić swojemu opiekunowi opis własnych niegdysiejszych szaleństw, orgii i lubieżnych praktyk seksualnych. Zaczęła znajdywać w nich upodobanie już w czasach szkolnych, jako mała dziewczynka, kiedy to poddano ją chłoście.

Opowiadanie drugie: „La Rose d’Amour, czyli przygody dżentelmena – poszukiwacza rozkoszy” to barwna historia młodzieńca wciągniętego przez swych dwóch lubieżnych kuzynów do tajnego i nielegalnego klubu organizującego wyuzdane orgie. Jedyny dozwolony strój damski na tych imprezach to naszyjnik z pereł i przejrzysta koszulka. Znaczna część akcji rozgrywa się w zmysłowej atmosferze Orientu.

Perła” to nie tylko fascynująca lektura, lecz zarazem swoiste świadectwo wiktoriańskiej tzw. podwójnej moralności. „Zamknij oczy i myśl o Anglii” – pouczała Królowa Wiktoria swoją córkę przed nocą poślubną; powszechnie uważano też, że „damy nie mają nóg”, albowiem publiczne obnażenie przez kobietę kawałka łydki uchodziło za obrazę obyczajów. Cnotliwi jednak i wstrzemięźliwi na co dzień dżentelmeni i ladies dawali w ukryciu upust swoim nawet najbardziej wyuzdanym pragnieniom i fantazjom.

Opinie o ebooku Perła - Anonim

Fragment ebooka Perła - Anonim

Tytuł oryginału:

The Pearl

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2011 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I Warszawa 2011

Przekład

Bartłomiej Zborski

Redaktor prowadzący

Paweł Lipszyc

Redakcja techniczna

Alek Radomski

Opracowanie graficzne serii, projekt okładki i stron tytułowych Przemysław Dębowski, www.octavo.pl

Zdjęcie wykorzystane na obwolucie © Ewa Szumowska

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i łamanie

manufaktura

ISBN 978-83-7747-282-8

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

WZMYSŁOWEJ SERII, prezentującej najciekawsze powieści erotyki światowej i polskiej, znajdzie się miejsce zarówno dla mało znanych twórców współczesnych, jak i wielkich skandalistów z przeszłości. Czytelnicy mogą się spodziewać nie tylko klasyki takiej jak wiktoriańskaPerialubJedenaście tysięcy pałek, czyli miłostki pewnego hospodaraApollinaire'a — pragniemy otworzyć drzwi także dla utworów nowych. Kolejną książką w serii będzieAnatomia. Monotonia, debiut norweskiej pisarki Edy Poppy, nagrodzony jako najlepsza współczesna powieść miłosna.

Obydwie powieści zostały zaczerpnięte z pisma „Perła” (Teksty lubieżne i zmysłowe), które ukazywało się w Anglii w latach 1879-1880. Na łamach „Perły” zamieszczano opowiadania erotyczne, rubaszne żarty, sfabrykowane listy i plotki z wyższych sfer. Po ukazaniu się osiemnastu numerów pismo zostało zamknięte za sianie zgorszenia. Dzisiaj odradza się częściowo wZMYSŁOWEJ SERII.

„Zamknij oczy i myśl o Anglii” — pouczała królowa Wiktoria swoją córkę przed nocą poślubną. W tamtych czasach dżentelmeni i damy, na co dzień cnotliwi i wstrzemięźliwi, w ukryciu niekiedy dawali upust nawet najbardziej wyuzdanym pragnieniom i fantazjom.Perłajest swoistym świadectwem tej właśnie, wiktoriańskiej podwójnej moralności.

Część pierwsza,Lady Pokingham, albo wszyscy to robią…, to przygody w seksualnym półświatku, przeplatające się z fantazjami dziewic, biczowaniem i poczuciem winy, a wszystko opowiedziane jest językiem poezji erotycznej.

W drugiej,La Rose d’Amour, młody człowiek pod wpływem kuzynów wstępuje do zakazanego klubu. Podczas orgii suto podlewanych brandy jedynym wymaganym strojem są naszyjniki z pereł i prześwitujące negliże.

Lady Pokingham albo Wszyscy to robią, właśnie tak!

Jej własna opowieść o lubieżnych przypadkach, jakich doświadczyła zarówno przed poślubieniem lorda Crim-Cona, jak i w późniejszym czasie

Wprowadzenie

Do Czytelnika

Mniemam, iż doprawdy nie jest w najmniejszej bodaj mierze naganne podanie do druku tej nadzwyczaj erotycznej i pikantnej opowieści młodej arystokratycznej damy, która — żywię co do tego niezachwianą pewność — dostarczy każdemu prawdziwemu miłośnikowi lubieżnej lektury tyle samo, a nawet więcej rozkoszy, ile dostarczyła Waszemu pokornemu słudze.

Bohaterka tych memuarów była jedną z najbardziej promiennych i czarujących przedstawicielek swej płci, obdarzoną przy tym tak subtelną wrażliwością zmysłów, obok zgoła wyjątkowej gorącości cielesnej, iż okazała się niezdolna oprzeć się kuszącym oddziaływaniom najwspanialszego tworu Boga, wszak bowiem to Bóg stworzył człowieka na swój własny obraz i podobieństwo, mężczyznę i niewiastę; stworzył ich i udzielił im pierwszego nakazu: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię”. (Księga Rodzaju, 1,281).

Naturalny instynkt wpoił starożytnym przeświadczenie, iż kopulacja jest bezpośrednią i najbardziej godną uznania formą czci, jaką mogli okazać swoim bóstwom; jestem też pewien, iż ci spośród Czytelników, którzy nie hołdują religianckiej bigoterii, zgodzą się ze mną w pełni, iż dawanie upustu naturalnym żądzom nie może być samo w sobie grzechem, co znajduje również odniesienie do czerpania z tych błogich doznań wszelkich możliwych rozkoszy, do których Stwórca tak szczodrze nas przysposobił.

Moja bohaterka, biedactwo, niestety wcześnie zeszła z tego świata, a jeśli nawet jej udziałem było tych kilka przeżytych w rozkoszy lat motylej egzystencji, czy ktokolwiek z nas mógłby uznać ją za kobietę zepsutą i nieprawą?

Ekscerpty, stanowiące zasadnicze tworzywo tego, co zawarłem na następnych stronicach, znajdowały się w pakiecie papierów, który powierzyła wiernemu słudze; ów, po nieoczekiwanym i przedwczesnym zgonie chlebodawczyni — liczyła sobie wtedy zaledwie dwadzieścia trzy wiosny — wstąpił do obowiązku u mnie.

Jako autor jestem dostatecznie świadom tego, iż szorstkość i dosadność mojego stylu może niektórych nieco urazić, wszelako liczę na to, że pragnienie, iżby dostarczyć wszystkim miłej i przyjemniej lektury, będzie w tym wypadku aż nadto wystarczającym wytłumaczeniem.

Autor

1

Mój drogi Walterze!

Jakże Cię kocham! Lecz niestety! Dowiesz się o tym dopiero, gdy umrę; popychając mnie, złożoną niemocą i siedzącą na wózku dla chorych, możesz mieć jedynie słabe wyobrażenie, jak dalece Twa czuła i delikatna opieka podbiła serce nieszczęsnej suchotniczki. Jakże pragnęłabym, jak niegdyś, spijać słodycz miłości z Twoich ust, pieścić i głaskać Twego mocarnego priapa, czuć w sobie jego ekscytujące poruszenia, jednakże rozkosze te są już dla mnie bezpowrotną przeszłością, a odejście z tego świata nie będzie żadną miarą ekscytującym doświadczeniem; mogę więc tylko wzdychać, patrząc na Twe zacne, tchnące miłością oblicze, a także podziwiać przepyszne proporcje Twojego ciała, o mój ukochany, uwydatnione pokaźnym pękiem kluczy, który najwyraźniej zawsze nosisz w kieszeni; bo też i w rzeczy samej posiadasz bezsprzecznie ów klucz ponad klucze, którego gorące obroty otworzyłyby niechybnie każdą dziewiczą komódkę.

Oto mój kaprys, który może zdać się osobliwym (mam na myśli spisywanie pokrótce na papierze, żebyś później mógł poddać je wnikliwej lekturze, niektórych moich przygód); jednakowoż powracanie myślą do tego, co było, jest jedną z nielicznych pozostałych mi jeszcze radości; w takich chwilach mam wrażenie, że przeżywam ponownie porywające doznania zmysłowe, owe uniesienia, dziś będące dla mnie już tylko bezpowrotnym wspomnieniem; żywię przy tym nadzieję, iż wyszczególnienie moich eskapad i szaleństw dostarczy Ci nieco przyjemności i wzmocni estymę, z jaką będziesz wspominał moje imię w przyszłych latach. O jedno proszę Cię, mój drogi Walterze: ilekroć kiedykolwiek znajdziesz się w objęciach jakiejś kochanki, niechaj Twa wyobraźnia mówi Ci w takich chwilach, iż dzielisz miłosne uniesienia ze mną, Beatrice Pokingham. Jest to przyjemność, której sama hołdowałam, znajdując się w cielesnym zespoleniu z kochankiem; powiększałam tym sposobem rozkosz, dając się szaleńczo ponosić fantazji i wyobrażając sobie, iż oto znajduję się w ramionach kogoś, z kim bardzo chciałabym obcować, lecz kto jest dla mnie w onej chwili nieosiągalny. Wraz z kresem żywota ustaną również moje dochody, dlatego też nie mam doprawdy powodów, by spisywać testament, atoli przy rękopisie znajdziesz bilety bankowe na ogólną kwotę kilkuset funtów; to wszystko, co zdołałam zgromadzić. Odnajdziesz tam również prześliczny pukiel ciemnokasztanowych włosów, który odcięłam z bujnejcheveluremego wzgórka Wenery; pozostałym przyjaciołom i krewnym pozostawię pukle tak podziwianych przez nich włosów z głowy; pamiątka przeznaczona dla Ciebie pochodzi z uświęconej strefy miłości.

Nie pamiętam już ojca, markiza Pokingham, i prawdę powiedziawszy żywię wątpliwości, czy istotnie jest mi przynależny zaszczyt nazywania go swoim rodzicielem, jako że był steranym życiem starcem, a z dokumentów oraz listów prywatnej natury, jakie wymieniali on i moja matka, dowiedziałam się, że trwał w niezłomnym przeświadczeniu, iż śliczną maleńką córeczkę, którą tuż po urodzeniu pokazała mu małżonka, zawdzięcza urodziwemu lokajowi. Co więcej, w jednym z listów napisał wprost, że wybaczyłby matce wszystko, gdyby owocem jej cielesnej zażyłości z Jamesem był syn i dziedzic (wówczas znienawidzonemu przezeń bratankowi przeszłyby koło nosa zarówno majątek, jak i tytuł2); wyraził przy tym pragnienie, żeby znów pozwoliła uprawiać swój zagon pietruszki po to, by ewentualny kolejny plon bardziej odpowiadał jego oczekiwaniom. Stary nieborak zmarł wkrótce po skreśleniu tych słów, a matka, która przeniosła na mnie te straszliwe suchoty, też wcześnie mnie odumarła, pozostawiając mi wszelako wdowie dożywocie w wysokości dwudziestu tysięcy funtów oraz tytuł arystokratyczny, na którego jednak utrzymanie powyższa kwota okazała się zgoła niewystarczająca.

Moi opiekunowie byli bardzo oszczędni i rozważni, wysyłali mnie bowiem do szkół tylko osiem lat, na mą edukację i utrzymanie łożyli zaś zaledwie około stu pięćdziesięciu funtów na rok, po czym uznali, iż najwyższa pora, by przedstawić mnie światu, stąd też nagromadzone przez ów czas odsetki od kapitału znacznie mnie wzbogaciły.

Pierwsze cztery lata szkolne upłynęły mi jednostajnie i spokojnie; w tym czasie raz tylko znalazłam się w poważnych tarapatach, o których za chwilę napiszę, albowiem to właśnie wtedy pierwszy raz posmakowałam na własnej skórze solidnej rózgi.

Miss Birch3 była na ogół pobłażliwą dyrektorką szkoły i stosowała indywidualne kary cielesne jedynie za bardzo poważne przewinienia, uważając, że jeśli zawczasu nie wykorzeni doszczętnie w uczennicy ku nim skłonności, wówczas mogą one w przyszłości wypaczyć jej charakter. Szło mi wtedy na siódmy rok życia, gdy za przyczyną jakiegoś kaprysu losu opanowała mnie nagła chęć do rysowania podczas lekcji na łupkowej tabliczce. Jedna z nauczycielek, panna Pennington, była wielce zrzędliwą, do tego opryskliwą i szorstką w obejściu starą panną liczącą sobie trzydzieści pięć lat, a jej postać szczególnie wyzwoliła we mnie umiejętności karykaturzystki; uczennice przekazywały sobie wzajemnie te rysunki i wywoływały one wśród nas niemały chichot, rozpraszając ogólną uwagę. Owe ucieszne podobizny wbijały mnie ponad miarę w samolubną dumę, a także w próżność, toteż kilka upomnień oraz obarczenie mnie za karę dodatkowymi obowiązkami nie uśmierzyło mych złośliwych poczynań, aż pewnego popołudnia, kiedy panna Birch zdrzemnęła się przy biurku, a stara Penn skupiła uwagę na klasie, w nieoczekiwanym przypływie natchnienia sporządziłam kilka mocno nieobyczajnych szkiców; pierwszy przedstawiał Miss Pennington usadowioną na nocnym naczyniu; drugi — pochyloną w wiejskim otoczeniu z zadartą do samej góry suknią i opuszczonymi reformami, by móc bez przeszkód ulżyć naturze. Pierwsza koleżanka, której pokazałam te rysunki, niemalże pękła ze śmiechu, dwie inne tak bardzo pragnęły poznać przyczynę owej wesołości, że aż pochyliły się nad nią, by lepiej widzieć; nim niestety zdołałam je zetrzeć, stara Penn rzuciła się na mnie niczym sęp, chwyciła tabliczkę, po czym triumfalnie wręczyła ją wyrwanej z drzemki Miss Birch. Nauczycielkę wszelako zbił z pantałyku wesoły uśmieszek, którego dyrektorka nie mogła powstrzymać, patrząc na me nieprzyzwoite dzieła.

– Ta młoda dama musi to odcierpieć, Miss Pennington — rzekła, przybierając nagle surowy wyraz twarzy. — Ostatnio przysparza wiele kłopotów swymi ordynarnymi rysunkami, no ale te tutaj są już stanowczo zbyt nieprzyzwoite; jeśli zaś narysuje jedno, nic ją nie powstrzyma i narysuje drugie. Proszę kazać Susan przynieść rózgę! Muszę ją ukarać, póki nie opuściło mnie wzburzenie, moją bowiem przywarą jest zbytnia wyrozumiałość, która mogłaby mnie skłonić do darowania jej winy.

Padłam na kolana i zaczęłam błagać o litość, obiecując: — Coś podobnego nigdy, przenigdy się nie powtórzy.

Miss Birch odparła: — Powinnaś była pomyśleć o konsekwencjach swojego występku, nim zaczęłaś rysować te obrzydlistwa; już samo to, że jedna z mych młodych dam jest zdolna do podobnych bezeceństw, napawa mnie straszliwą zgrozą; nie mogę dopuścić, żeby takie lubieżne pomysły bodaj na krótko opanowały twój umysł, dlatego wygnam je za pomocą rózgi.

Miss Pennington, spoglądając na mnie z ponurym uśmiechem pełnym satysfakcji, chwyciła mnie za nadgarstki; jednocześnie do sali weszła Susan, tęga, silna i ładniutka służebna dziewczyna, licząca sobie około dwudziestu lat. Przyniosła przedmiot, który wydał mi się wielgachnym i przerażającym pękiem witek brzozowych, starannie przewiązanym szkarłatną, aksamitną wstążką.

– A teraz, panno Beatrice Pokingham, proszę uklęknąć, wyznać winę i ucałować rózgę — rzekła Miss Birch, biorąc z rąk Susan ów pęk i podsuwając go ku mnie niczym władczyni podająca do pocałunku berło jakiemuś poddanemu suplikantowi.

Pragnąc mieć za sobą to, co było i tak nieuniknione, a jednocześnie powodowana pragnieniem, by wyznaczona mi kara okazała się jak najlżejsza, uklękłam i roniąc prawdziwe łzy skruchy, prosiłam Miss Birch, by potraktowała mnie tak łagodnie, jak dozwala jej poczucie sprawiedliwości, ponieważ — mówiłam — dobrze wiem, iż zasłużyłam sobie na karę, która za chwilę spadnie na mnie z jej ręki, ale przyrzekam już nigdy nie znieważyć Miss Pennington; niezmiernie boleję, że ją w ten nieprzystojny sposób uwieczniłam. Wreszcie ucałowałam rózgę i zdałam się na łaskę losu.

Miss Pennington (złośliwie): – Ach! Panno Birch, jakże rychło widok rózgi wywołuje obłudny żal i skruchę.

Miss Birch: – Doskonale to pojmuję, Miss Pennington, jednakże nie muszę miarkować się w karaniu, gdy chwila ku temu odpowiednia; a teraz ty, zuchwała artystko, unieś z tyłu suknię i obnaż siedzenie – odbierzesz bowiem zasłużoną karę.

Drżącymi dłońmi uczyniłam, co mi kazano, a potem usłyszałam polecenie, bym opuściła również majtki; gdy i to zrobiłam, suknię wraz z halką podciągnięto mi jeszcze bardziej do góry, aż do ramion; potem ułożono mnie na ławce; z przodu stanęła Susan, trzymając mnie za przeguby, podczas gdy stara Penn wraz z nauczycielką francuskiego (która weszła wcześniej do klasy) przytrzymywały nogi — każda po jednej — tak że znalazłam się, bezwolna, w pozycji „rozpostartego orła”4.

Miss Birch (tocząc wokół poważnym spojrzeniem i wywijając w powietrzu rózgą): — A teraz wy wszystkie, młode damy, niechże ta chłosta będzie dla was przestrogą; moja panna Beatrice ze wszech miar zasłużyła na tę hańbiącą karę za nieprzyzwoite, by nie rzec — plugawe, rysunki. Więc jak? Pytam cię, ty nieznośne i bezczelne stworzenie, czy to się kiedykolwiek jeszcze powtórzy? A masz, a masz, a masz! Oby szybko cię to czegoś nauczyło! Ach, krzycz sobie do woli, jeszcze nie skończyłam!

Rózgi spadały na moją obnażoną pupę ze straszliwą siłą, jej delikatna skórka płonęła żywym ogniem i miałam wrażenie, że każde kolejne uderzenie przetnie ją głęboko. – Ach! Ach! Ojej! Och!!! Och, o niebiosa! Litości, madame! Och! Nigdy już tego nie zrobię! Będę grzeczna! Aaaa… aaach! Już nie mogę! — Wrzeszczałam, próbowałam wierzgać nogami i tak wyrywałam się po każdym ciosie, że zrazu ledwo mogły mnie utrzymać, wkrótce jednak te wysiłki mnie wyczerpały.

Miss Birch: — Dobrze ci tak, posmakuj tej rózgi! Oby wyszło ci to na dobre, ty mała, niepoprawna smarkulo; jeśli nie wezmę cię w karby, cała szkoła szybko popadnie w zepsucie. Ach! Ha, ha! Tyłeczek masz już cały w prześlicznych pręgach, ale ja dopiero zaczęłam! – i w rytm tych słów prała mnie z narastającą furią.

W tej samej chwili dostrzegłam kątem oka jej twarz; zwykle blada, teraz płonęła ekscytacją, a jej oczy błyszczały osobliwym ożywieniem. — Ach! — powtarzała — wy, młode damy, drżyjcie przed moją rózgą, kiedy będę zmuszona jej użyć! I cóż, panno Beatrice? Niechże wszystkie usłyszą, jak to miło! — a każdemu wykrzyczanemu przez nią słowu towarzyszyło uderzenie wymierzone rozmyślnie mocno w mą pupę i uda.

Panna Beatrice: — Ach! Och! Aaaa….aaach! To istna męka piekielna! Och, umrę, jeśli nie zlituje się pani nade mną, Miss Birch! Och! Mój Boże, jakaż straszliwa kara mnie spotyka, przecież ta rózga zaraz potnie me ciało na kawałeczki, to jak rozpalona do białości stal!

Potem wydało mi się, że świat wokół mnie gaśnie i że chyba przyszło mi umrzeć; me krzyki przeszły w cichsze jęki, potem w szlochy, wreszcie w histeryczne łkanie; płakałam coraz ciszej, aż w końcu chyba zemdlałam, ponieważ nic już nie pamiętałam z tego, co działo się później, tyle tylko, że ocknęłam się w łóżku, obudzona bólem mego nieszczęsnego, okrutnie poharatanego zadka; upłynęły bez mała dwa tygodnie, nim zniknęły wszystkie ślady tej okrutnej chłosty.

Gdy ukończyłam dwanaście lat, przeniesiono mnie do grupy starszych dziewcząt; miałam dzielić łóżko z pewną wesołą panienką, którą będę nazywać Alice Marchmont. Była piękną blondynką o zaokrąglonej figurze, wielkich, patrzących zmysłowo oczach oraz ciele jędrnym i gładkim niczym kość słoniowa. Najwyraźniej niezmiernie mnie sobie upodobała i drugiej nocy spędzonej we wspólnym łóżku (dysponowałyśmy własnym oddzielnym pokoikiem) całowała mnie i tuliła tak tkliwie, że aż poczułam się nieco zmieszana. Przebywając ze mną, niczym się nie krępowała, toteż serce mi kołatało, a choć zgasiłyśmy lampę, czułam jak płoną mi policzki, zaś namiętne pocałunki Alice składane na mych ustach oraz jej badawcza dłoń myszkująca po mych najbardziej intymnych częściach ciała wprawiały mnie w drżenie.

– Ależ ty cała dygoczesz, moja droga Beatrice — usłyszałam. — Czemu się trwożysz? Też możesz mnie całą popieścić, to takie miłe. Włóż mi języczek do buzi, to wspaniała zachęta do miłości, a wiedz, moja mała, że pragnę cię kochać. No, gdzie twoja rączka? Ach, tutaj, a teraz dotknij mnie tu, o tu — czujesz, że na mojej pipusi rosną już pierwsze włoski? Ty też będziesz takie miała. A teraz przeciągnij paluszkiem po mojej szparce; o tak, właśnie tu — i tym sposobem wprowadzała mnie w najczulszy i najdelikatniejszy sposób w sztukę grzania ciotuni.

Domyślacie się zapewne, że okazałam się nader pojętną uczennicą, mimo iż tak młodziutką. Pod jej pieszczotami burzyła się we mnie krew, przewybornie ssała mi też język. – Ach! Och! Mocniej, mocniej – i szybciej – wzdychała, napinając mięśnie ze spazmatycznym drżeniem, a tymczasem mój palec cały pokrywał się wilgocią, pochodzącą z czegoś ciepłego i jedwabistego. Alice przez jakiś czas całowała mnie namiętnie, a potem znieruchomiała i ucichła.

– Cóż to takiego, Alice? Jesteś doprawdy dziwna, a poza tym mam przez ciebie mokry palec, ty wstręciuchu — szepnęłam, chichocząc. — A teraz proszę, połaskocz mnie jeszcze paluszkiem, bo zaczynam to lubić.

– Wkrótce również mnie polubisz, a nawet pokochasz za to, że nauczyłam cię takiej milutkiej zabawy — rzekła, ponawiając zabiegi wokół mej szparki, co wypełniło mnie tak wielką rozkoszą, że zapomniałam o bożym świecie; owładnęło mną również nadzwyczaj dojmujące pożądliwe pragnienie. Poczęłam prosić Alice, żeby wsunęła palec w moją szczelinkę: — Och! Och! Jak przyjemnie! Głębiej! Mocniej! – I nieomal omdlałam z rozkoszy, gdy pod wpływem jej pieszczot moja muszelka wypełniła się po raz pierwszy dziewiczą wilgocią.

Następnej nocy znów oddałyśmy się lubieżnej zabawie. Alice wyjęła z ukrycia przedmiot przypominający kiełbaskę, obleczony miękką giemzą i wypchany aż do nadzwyczajnej sztywności; poprosiła, żebym wsunęła jej to w pupcię, a potem poruszała w przód i w tył; jednocześnie sama pieściła mnie tak jak poprzednio; nakłoniła mnie też, żebym ułożyła się przy niej i wsunęła jej w usta języczek. Było cudownie. Doprawdy, nie potrafię oddać słowami jej uniesienia; ruchy, jakie wykonywałam tym instrumentem, wydawały się wprowadzać Alice na szczyty rozkoszy; nieomal krzyczała, przyciskając mnie mocno do siebie: — Ach! Och! Mój drogi chłopcze, zaraz umrę z upojenia! — jednocześnie hojnie rosząc wilgocią moją pracowitą dłoń.

Gdy tylko obie nieco się uspokoiłyśmy, zapytałam ją, dlaczego nazwała mnie „drogim chłopcem”.

– Ach, Beatrice. Teraz oczy mi się już mocno kleją, lecz jutrzejszej nocy opowiem ci swoją historię i wyjaśnię, dlaczego moja cipka może przyjąć ów przedmiot, a twoja jeszcze nie; dzięki temu poznasz nieco bliżej arkana Filozofii Życia, moje złotko, no a teraz pocałuj mnie i już śpijmy.

Historia Alice Marchmont

Możecie sobie wyobrazić, że wprost nie mogłam doczekać się następnej nocy. Skoro tylko znalazłyśmy się w naszym niewielkim sanktuarium, wykrzyknęłam: — Ach, teraz szybciutko chodźmy do łóżka. Płonę z ciekawości, żeby cię wysłuchać.

– Będzie opowieść, będą i paluszki, przyrzekam ci to, lecz pozwól, niechże się spokojnie rozbiorę. Nie mogę ot tak wskoczyć w pościel, najpierw chcę obejrzeć swe maleńkie włoski. Jak ci się podobają, Beatrice? Dalej, zdejmij koszulkę, chciałabym porównać nasze żabki — rzekła, ściągając odzież, a następnie oglądając w dużym psyche swe prześliczne, obnażone ciało. Raz-dwa znalazłam się obok, także całkowicie obnażona. — Jaką masz prześliczną maleńką cipkę, Beatrice — wykrzyknęła, dotykając kilkakrotnie mego wzgórka Wenery. — Stanowimy wyborny kontrast: moja jest jasnoblond, a ty będziesz w tym miejscu brunetką. Widzisz? Mój drobniutki, lecz już sprężysty koperek wznosi się na pół cala. — Nie ustawała w odgrywaniu coraz to nowych, podobnie ekscytujących figielków, aż wreszcie, wyczerpawszy cierpliwość, naciągnąwszychemise de nuit, wskoczyłam do łóżka; przybrawszy obrażony ton zauważyłam, że chyba mnie okłamała z tą historią, więc dopóki nie zaspokoi mej ciekawości, nie zezwolę, by mnie kochała.

– A fe, cóż to za niestosowność, żeby wątpić w moje słowa — zawołała, kładąc się obok; w następnej chwili zaskoczyła mnie, albowiem zadarła mi koszulę, obnażyła pupę i wymierzyła lekkiego klapsa. Śmiejąc się, kontynuowała: — No, niechże to będzie dla ciebie nauką na przyszłość, żeby zawsze wierzyć słowom damy. Teraz wszystko ci opowiem, choć zasłużyłaś swoim postępowaniem, żeby poczekać do jutra.

Po niedługiej chwili, podczas której tuliłyśmy się do siebie czule, rozpoczęła.

– Była sobie pewnego razu mała, mająca około dziesięciu lat, dziewczynka imieniem Alice. Jej rodzice byli zamożni i mieszkali w pięknym domostwie, otoczonym cudownymi ogrodami i wspaniałym parkiem; miała brata starszego mniej więcej o dwa lata, lecz mama tak mocno ją kochała (ponieważ była jej jedyną córeczką), że zawsze pragnęła mieć ją w zasięgu wzroku, chyba że William, ich lokaj, towarzyszył jej podczas przechadzek opodal domu i w parku.

William był urodziwym i kształtnym mężczyzną, liczącym sobie około trzydziestki; służył w tej rodzinie odkąd był chłopcem. Alice, która bardzo go lubiła, często siadywała mu na kolanach, gdy zażywał odpoczynku na trawie pod drzewem albo na ogrodowej ławce i czytał jej bajki z należącej do niej książki. Zażyłość pomiędzy nimi była tak ogromna, że pod nieobecność innych osób zwracała się do niego „mój dobry, kochany Willie” i traktowała niczym równego sobie. Alice była dziewczynką niezmiernie ciekawą świata i natury, dlatego też William często się rumienił, gdy wypytywała go o rozmaite rzeczy i sprawy w przyrodzie; o to, za jaką przyczyną zwierzęta mają małe, dlaczego kogut jest tak okrutny dla biednych kur, gdy wskakuje im na grzbiety, szturchając łebki ostrym dziobem — i tak dalej. — Moja droga — odpowiadał wtedy William — nie jestem ani kurą, ani krową, więc skądże miałbym to wiedzieć? Nie zadawaj, proszę, takich niemądrych pytań. — Lecz pannę Alice niełatwo było zbyć byle czym. — Ach! Willie, ty wszystko wiesz — marudziła — tylko nie chcesz mi o tym mówić, ale nie przestanę cię męczyć, zanim nie udzielisz mi odpowiedzi — i dalej w tym tonie; jednakże jej starania, żeby uzyskać tę wiedzę, paliły na panewce.

I tak trwało jakiś czas, aż do chwili, gdy od dwunastych urodzin Alice dzieliły tylko trzy lub cztery miesiące; właśnie wtedy niezmiernie zaintrygowało ją coś, czego dotychczas jakoś nie dostrzegała. Oto William, tłumacząc, że musi wykonywać swoje powinności, miał w zwyczaju samotnie zamykać się w pokoiku kredensowym, od siódmej do ósmej rano, na około godzinę przed śniadaniem. Ilekroć Alice ośmieliła się zapukać do drzwi, konstatowała, że są zamknięte od wewnątrz i nie można wejść do środka, dziurka od klucza zaś okazała się tak wąziuteńka, że nie miało sensu nawet próbować przez nią zajrzeć; jednakże dziewczynce zaświtało w głowie, że może zdoła zajrzeć w to tajemnicze miejsce, jeśli tylko dostanie się do korytarzyka biegnącego tuż za ową izbą, z którą — o czym wiedziała — łączą go na wpół oszklone drzwi, nigdy nie używane, ponieważ i sam korytarzyk z obu stron był zamknięty. Lecz od zewnątrz oświetlały go promienie słoneczne wpadające przez małe okienko, usytuowane mniej więcej cztery stopy nad podłogą, zamknięte od wewnątrz na zwykły haczyk, który, jak wykoncypowała Alice, łatwo zdoła otworzyć, jeśli wejdzie na wysoki stołek i wyłamie jedną z niewielkich szybek w kształcie rombu. Nabrała teraz pewności, że gdy zaczeka do następnego poranka, zobaczy, czym to Willie zawsze tak pilnie się zajmuje; w dodatku nikt nie dostrzeże, jak wchodzi i wychodzi przez okienko, ponieważ zasłaniały je gęste krzewy, w które mało kto z domowników się zapuszczał.

Nazajutrz rano powiedziała pokojówce, że przed śniadaniem chce odetchnąć świeżym powietrzem, po czym pośpieszyła co tchu na swój punkt obserwacyjny, przecisnęła się przez okienko, nie bacząc na brud i kurz, i gdy tylko znalazła się w nieużywanym korytarzyku, zzuła buciki i podeszła cichuteńko do przeszklonych drzwi; posmutniała jednak, albowiem osadzone w nich szybki okazały się tak brudne, że nie było przez nie nic widać; jednakże szczęśliwie zauważyła sporą dziurkę od klucza, w drzwiach znajdowało się też kilka szpar, dlatego mogła teraz widzieć niemal całe wnętrze pomieszczenia, widne dzięki świetlikowi w dachu. Początkowo nie dostrzegła Williama, który wszelako niebawem się pojawił, niosąc pokaźny kosz wypełniony zastawą stołową używaną poprzedniego dnia; przez kilka minut zaprzątnięty był bez reszty sprawdzaniem czegoś w książce kredensowej, liczeniem łyżek, widelców i tym podobnych — niebawem jednak skończył i wydobył z szuflady niewielką broszurkę, którą jął przeglądać. Wówczas to do pokoiku weszła bez żadnych ceremonii i bez pukania Lucy, jedna z urodziwych pokojówek, ciemnowłosa piękność, licząca sobie około osiemnastu lat. — Proszę, mam tutaj kilka sztuk zastawy z kredensu. Zapomniałeś o nich, a przecież powinieneś je zauważyć; co z twoimi oczami, Williamie?

– Lokajowi wzrok zamglił się z rozkoszy, gdy ujął dziewczynę w talii i ucałował ją soczyście, mówiąc: — Mam je po to, żeby patrzeć na siebie, kochanie; wiedziałem, że przyniesiesz te talerze. — Potem, pokazując jej broszurkę, dodał: — Co sądzisz o tej pozycji, gołąbeczko? Chciałabyś jej spróbować? — Mimo iż dziewczyna była najwyraźniej rozanielona, patrząc na obrazek zarumieniła się aż po korzonki włosów. Książeczka spadła na podłogę, gdy William pociągnął Lucy ku sobie, posadził na kolanach i próbował wcisnąć jej dłoń pod suknię. — Ach! Nie! Nie! — zaprotestowała, niezbyt jednak donośnie — wiesz dobrze, że dzisiaj nic z tego nie będzie, ale jutro już chyba będę mogła; dziś musisz być ze mną porządny. No, odsuń go ode mnie, zuchwalcze. Proszę — proszę — jeden uścisk dla ciebie, drugi dla niego, a teraz muszę już iść — rzekła, wkładając mu dłoń między nogi. Alice nie dostrzegła jednak, w jakim celu to uczyniła. Po krótkiej chwili zeskoczyła Williamowi z kolan i choć ten starał się ją zatrzymać, umknęła. William, wyraźnie mocno czymś podekscytowany, opadł na sofę, mówiąc półgłosem do siebie: — A to mała wiedźma, ależ z niej diablica, no cóż, nie ma rady, lecz jutro będzie już w porządku. — Alice, która z najwyższym napięciem obserwowała całą scenę, zaszokował i przeogromnie zaskoczył widok jego rozpiętych spodni i czegoś, co z nich wystawało, czegoś grubego, długiego i mięsistego; najwyraźniej też twardego i sztywnego, a zakończonego purpurowej barwy gałką. William ujął to w dłoń, zrazu, jak można by sądzić, po to, by wsunąć z powrotem w spodnie, jednak zawahał się i objąwszy ów wałek palcami prawej dłoni, zaczął nim poruszać w dół i w górę. — Ach! Chyba zabrakło mi rozumu, że tak pozwoliłem się podniecić. Och!

Och! Dłużej nie wytrzymam, muszę, muszę. — Wydawało się, że wzdycha, a gdy przyśpieszył i tak już chyże poruszania, twarz nabiegła mu krwią, a oczy o mało nie wyskoczyły z orbit; po kilku chwilach coś wytrysnęło z jego instrumentu, obfitość kropli skapnęła mu na ręce i na nogi — niektóre spadły nawet na podłogę o blisko jard dalej. Wytrysk ów był niewątpliwie ostatnim aktem jego uniesienia, bowiem po nim William siedział przez kilka minut apatyczny i nieruchomy, potem podniósł się, wytarł dłonie w ręcznik, dokładnie oczyścił podłogę i wyszedł.

Alice, niezmiernie podniecona tym, co ujrzała, przeczuwała jednak, iż tajemnica odsłoniła się przed nią jedynie częściowo; zatem przyrzekła sobie solennie, iż następnego dnia powróci w to samo miejsce, by ujrzeć, co będą robili lokaj i Lucy. Potem William poszedł ze swoją małą podopieczną jak zwykle na spacer, posadził ją sobie na kolanach i czytał bajki, lecz ona była zaprzątnięta dociekaniem, gdzie mogło się podziać to coś wielkiego i sztywnego, co widziała rankiem. Bacząc, by wypadło to jak najniewinniej, dotknęła więc kilkakrotnie od niechcenia podbrzusza sługi, pragnąc wyczuć dotykiem tego dziwoląga, wymacała jednak tylko jakiś miękki zwitek, który lokaj zda się przechowywał w kieszeni.

Następnego dnia oczekiwała już na posterunku, ukryta za nieużywanymi przeszklonymi drzwiami; niebawem też ujrzała jak William przynosi zastawę; odłożył jednak naczynia na boczny stolik — oczekiwanie na Lucy wydawało się wprowadzać go w stan najwyższego zniecierpliwienia. — Ach! — pomrukiwał — tak mi sztywnieje jak wałek do ciasta, kiedy tylko pomyślę o tej szelmutce — natychmiast jednak przerwał ten monolog, gdy weszła Lucy, starannie zamykając za sobą drzwi. Potem, rzucając mu się w ramiona, wykrzyknęła z cicha: — Ach! Ależ się za tobą stęskniłam przez te kilka dni. Jakaż to niedogodność, że my, kobiety, raz w miesiącu nie możemy oddawać się lubemu chędożeniu. A jak on się dziś czuje? — jednocześnie jej palce rozpinały nerwowo spodnie Williama, po czym ujęły jego sterczącą w gotowości buławę.

– Jakże ci śpieszno, Lucy! — wykrztusił jej kochanek, niemal zaduszony lawiną pocałunków. — Lecz nie psuj zabawy zbytnim pośpiechem, przedtem i ja muszę cię ucałować.

Łagodnie obrócił ją i ułożył na sofie, po czym zadarł do góry suknię, tak że oczom Alice ukazała się para wspaniałych pulchnych pośladków i białe uda, najbardziej jednak przykuły jej wzrok przepyszne, jędrne wargi cipki Lucy barwy ciemnego cynobru, lekko rozchylone w sposób nadzwyczaj nęcący — ponieważ dziewczyna szeroko rozłożyła nogi — oraz jej wzgórek Wenery, gęsto pokryty prześlicznymi kędziorkami ciemnych włosów.

Lokaj szybko opadł na kolana i przywarł ustami do jej szparki, ssąc i całując jak szalony; wyraźnie czyniło to Lucy niezwykłą przyjemność, bo wzdychała i wiła się w upojeniu; wreszcie, nie mogąc się dłużej powstrzymać, uniósł się lekko z klęczek i, nadal okraczony nogami pokojówki, przysposobił swą maczugę, po czym — ku zdziwieniu i zaskoczeniu Alice — wraził ją prosto w jej rozwartą jamkę tak głęboko, że cała skryła się w brzuchu dziewczyny; przez niejaki czas oboje trwali nieruchomo, delektując się złączeniem ciał, aż wreszcie Lucy uniosła pośladki, na który to ruch William odpowiedział pchnięciem; następnie oboje wdali się w bardziej ekscytujący fechtunek. Alice widziała, jak waleczna dzida lokaja zagłębia się w szparkę i wysuwa się z niej połyskując sokiem, ciasno objęta obręczą nabrzmiałej zachłannej mechatki, jakby obawiającej się uwolnić z uścisku tę wspaniałą cukrową laskę; nie trwało to jednak długo: ruchy obojga nabierały szybkości i mocy, aż wreszcie Lucy i William spletli ciała w spazmatycznym uścisku, niemal omdlewając z rozkoszy. Alice widziała, jak ze szparki pokojówki wydobywa się obficie jedwabista tłustość, gdy oboje po tych zmaganiach miłosnych leżeli nieruchomo, niczym w upojnym letargu.

Pierwszy przerwał ciszę William. – Lucy, przyjdź tutaj również jutro, wiesz przecież, że Mary, ta stara donosicielka, wraca za kilka dni od rodziny, więc potem nie będziemy mogli spotykać się tak często.

Lucy: — Ach, ty hultaju, ja chciałabym jeszcze trochę, nie dbam o to, że mogą nas przyłapać, po prostu muszę i basta — wydyszała, obłapiając go, przywierając ustami do jego ust i obejmując jego pośladki toczonymi nóżkami; potem rozpoczęła zabawę od nowa, szybko unosząc tyłeczek, i choć jej kochanek był mężczyzną krzepkiej budowy, ciężar jego ciała nijak nie powstrzymał miłosnych chuci Lucy.

Tłumaczenia Williama, wyrażane przezeń obawy i perswazje na nic się zdały; Lucy bowiem, niepomna na nic, kontynuowała igraszki; nie dziwota więc, że niebawem i on popadł w takie samo rozgorączkowanie; wreszcie, wśród licznych westchnień, okrzyków rozkoszy i czułych słówek, oboje zamarli w lubieżnym bezruchu. Jednakże William był zbyt niespokojny i nazbyt się bał, żeby pozwolić Lucy długo tak spoczywać; wycofał zatem swój instrument z jej parującej cipki — pokrywała go połyskliwa wilgoć zmieszanych soków miłosnych obojga, lecz jakże różnił się od tego, co Alice oglądała kilka chwil wcześniej, teraz bowiem znacznie zmniejszył swoją wielkość, a jego ognista główka zwisała bezsilnie niczym przywiędły kwiat róży.

Lucy szybko wstała i obciągnęła suknię, lecz zaraz, klęknąwszy przed kochankiem, chwyciła jego miękki instrument i zaczęła go mocno i namiętnie całować, sprawiając tym ogromną rozkosz Williamowi, którego twarz ponownie zapłonęła rumieńcem; gdy zaś dziewczyna ukoronowała swe dzieło długim i upojnym pocałunkiem, Alice dostrzegła, że instrument lokaja znów zesztywniał i gotów jest do powtórzenia lubieżnej hulanki.

Lucy (cicho chichocząc): — No, mój chłopcze, teraz cię pożegnam, myśl o mnie aż do jutra; nie mogłam przecież pozostawić mego słodkiego maleństwa, nie dawszy mu całusa po takiej lubości, jakiej za jego przyczyną zaznałam; czułam się, jakbym na krótko trafiła do nieba.

Wymieniwszy ostatni pocałunek, rozstali się; William znów zamknął dokładnie drzwi, a tymczasem Alice opuściła kryjówkę, żeby przygotować się do śniadania.

Był piękny majowy poranek i tuż po posiłku dziewczynka, jak zwykle pod opieką Williama, udała się na przechadzkę do parku. Z podniecenia wrzała w niej krew, a przy tym niezmiernie pragnęła zakosztować przyjemności, których, co widziała na własne oczy, Lucy zakosztowała wcześniej aż do upojenia. Kiedy spacerowym krokiem dotarli nad staw, poprosiła Williama, żeby zabrał ją na przejażdżkę łódką. Lokaj skierował się do szopy na łodzie po stosowny sprzęt i niebawem podawał jej pomocną dłoń, kiedy Alice wchodziła do szerokiego i wygodnego skifa5, obficie wyposażonego w wyściełane siedzenia oraz pufy.

– Jak miło w tym cieniu — rzekła — wejdź do łódki, Willie, ochłodzimy się nieco, a nim popływamy, trochę mi poczytasz.

– Wedle życzenia, panno Alice — skłonił się z niezwyczajnym respektem, po czym usiadł na rufie.

– Och, trochę boli mnie głowa; proszę, pozwól mi złożyć ją na twych kolanach — rzekła, zrzucając kapelusz i wyciągając się na poduszkach. — Dlaczego dziś jesteś taki zasadniczy, Willie? Wiesz przecież, że nie lubię, gdy mówią do mnie „panienko”, możesz tak nazywać Lucy. — Potem, widząc jego zmieszanie, dodała: — O, możesz się rumienić, ale pomyśl, co by to było, gdybym zobaczyła, jak ty i panna Lucy spędzacie razem czas.

Złożywszy leniwym ruchem główkę na brzuchu Williama, Alice spoglądała teraz na niego z dołu, rada, iż wprawiła go w takie pomieszanie; potem, kładąc z rozmysłem dłoń na zwitku, najwyraźniej nadal tkwiącym w jego kieszeni — udając, że pragnie się nieco wesprzeć — kontynuowała: — Willie, czy sądzisz, że moje nóżki staną się kiedykolwiek podobne ślicznym nogom Lucy? I powiedz, czy nie powinnam już wkrótce zacząć nosić długich sukien?! Bardzo się wstydzę pokazywać obnażone łydki. — Lokaj jedynie z najwyższym trudem zdołał odzyskać panowanie nad sobą; miał jeszcze bowiem świeżo w pamięci wspomnienie upojnego spotkania z Lucy, a choć uważał Alice za niewinnego aniołeczka, aluzje, jakie czyniła do pokojówki, oraz delikatny dotyk dłoni spoczywającej na jego genitaliach (pewien był, że nieświadomie) rozpalały go wewnętrznie, pomimo iż nie szczędził wysiłków, by uśmierzyć to rozgorączkowanie. Stopniowo jednak i z wolna jego niesforny organ zaczął nabrzmiewać, aż William zyskał deprymującą pewność, że Alice wyczuwa to pulsowanie, z najwyższym więc trudem uniósł się nieco, by jej dłoń zsunęła się w dół, na udo, i odpowiedział jej jak tylko zdołał najpoważniej, przekonany, iż dziewczynka nie mogła o niczym wiedzieć: — Dworujesz sobie ze mnie. Czy nie życzyłabyś sobie, żebym ci poczytał, Alice?

Alice (podekscytowana, z niecodziennym rumieńcem na twarzy): — Ty okropny człowieku, teraz powiesz mi to, co zawsze chciałam wiedzieć: skąd się biorą dzieci? I co to takiego owa grządka pietruszki, z której, według akuszerek i doktorów, one wychodzą? Czy to może ta obfita kępa kędziorków na dole brzucha kobiety? Widziałam coś takiego u Lucy i widziałam też, jak to całujesz, ot co!

William czuł, że jest bliski omdlenia; na czole wystąpił mu perlisty pot; pragnął coś rzec, lecz nie mógł, a tymczasem Alice kontynuowała cichym szeptem:

– Widziałam wszystko dzisiejszego ranka, drogi Willie, a ileż uniesień musiał dostarczyć Lucy ten twój instrument zakończony szkarłatną główką! Dopuść mnie do sekretu, przyrzekam, że nie powiem nikomu. To ten potwór, którego tak gwałtownie jej wkładałeś. Muszę go zobaczyć i pogłaskać; o, jakże stwardniał pod moim dotknięciem. Och! Teraz, wzorem Lucy, wydobędę go — i to mówiąc, rozpięła mu spodnie, z których wychynął ku niej mocarny pal miłości. Alice ucałowała jego czerwoną, aksamitną w dotyku główkę, mówiąc:

– Ależ to delikatne i cudowne! Och! Muszę koniecznie go popieścić! — Jej karesy rozpalały do białości zmysły nieszczęsnego Williama; był tak dalece zaskoczony, że niezdolny wykrztusić bodaj słowo, poddał się bezwolnie pieszczotom upartej dziewczynki, a bieg zdarzeń okazał się tak ekscytujący, że nie zdołał zapanować nad sobą — i niebawem strumień nasienia wytrysnął na dłonie i twarzyczkę Alice.

– Ach! — wykrzyknęła — to właśnie widziałam wczoraj rano! Czy przeznaczone jest do brzuszka Lucy?

William nieco oprzytomniał; jedną ręką ocierając chusteczką twarz i dłonie podopiecznej, drugą jął upychać w spodnie swe krnąbrne bawidełko.

– Och! Mój Boże! — jęknął. — Jestem zgubiony! Coś ty zrobiła, Alice? To straszne! Pamiętaj, nikomu o tym nie wspomnij. Bo nie będę już mógł ci towarzyszyć podczas przechadzek.

Wybuchnęła szlochem.

– Och! Och! Willie! Jak możesz! Czy naprawdę myślisz, że komukolwiek powiem? Muszę tylko podzielić swoją przyjemność z Lucy. Och! Pocałuj mnie teraz tak, jak ją całowałeś, i dziś będziemy już o tym milczeć.

Lokaj tak bardzo kochał małą Alice, że nie mógł nie spełnić tak czarującej prośby, poprzestał jednak na krótkim possaniu dziewiczej muszelki, powodowany obawą, iż jego nieprzeparta namiętność zmusi go do pohańbienia dziewczynki.

– Ależ było cudownie poczuć tam twój słodki język. Jakże upojnie łaskotał i jakże rozgrzał mnie całą w środku, ale robiłeś to tak krótko, no i przerwałeś w chwili, gdy robiło mi się coraz milej, kochany Willie — rzekła, obejmując go i żarliwie całując.

– Spokojnie, złotko, nie przystoi ci taka pożądliwość, poza tym to bardzo niebezpieczna zabawa dla takiej młodziutkiej panienki jak ty. Przede wszystkim musisz baczyć, w jaki sposób na mnie patrzysz, czy też jak witasz się ze mną — przestrzegał William, odwzajemniając jej pocałunki i czując, iż nie zdoła oprzeć się pokusie kontynuowania tak rozkosznegoliaison.

– Ach! — wykrzyknęła, dowodząc tym niezwykłej jak na swój wiek roztropności — obawiasz się Lucy! Najlepiej byłoby dopuścić ją do konfidencji. Sprawię, że mama oddali mą dotychczasową pokojówkę, Bogiem a prawdą, nigdy jej nie lubiłam, i poproszę, żeby zastąpiła ją Lucy. Czy to nie wspaniały pomysł, mój drogi? Będziemy wtedy mogli bawić się bezpiecznie.

Lokaj, który zdołał się już nieco opanować i zebrać myśli, nie mógł nie podziwiać tego arcysprytnego planu i przystał nań, po czym naparł na wiosła i ruszyli z dziewczynką na wodę, by ostudzić rozgrzaną krew i uspokoić gorączkowe kołatanie dwojga rozognionych serc.

Następne kilka dni nie sprzyjało z powodu deszczowej aury wyjściom z domu, Alice wykorzystała zatem tę przymusową przerwę, by skłonić matkę do zmiany pokojówki i powierzenia jej funkcji Lucy.

Nowa opiekunka Alice sypiała w małym pokoiku zaopatrzonym w dwoje drzwi: pierwsze prowadziły na korytarz, drugie zaś zapewniały swobodny i nieskrępowany dostęp do usytuowanego bezpośrednio obok pokoju panienki.

Kiedy pierwszej nocy Lucy ułożyła się do snu w przydzielonej jej izdebce, nie minęło nawet pół godziny (czas ów spędziła na rozmyślaniach o swoich nowych obowiązkach i dociekaniu, czy będzie mogła teraz zażywać od czasu do czasu rozkoszy z Williamem), gdy Alice ją przywołała. Lucy czym prędzej podeszła do jej łóżka. — Czym mogłabym służyć, panno Alice, może panienka zmarzła? Te wilgotne noce są takie chłodne.

– O tak, Lucy — usłyszała w odpowiedzi — taka na pewno jest przyczyna. Zmarzłam i dlatego nie mogę zasnąć. Czy mogłabyś położyć się obok mnie? Szybko mnie rozgrzejesz.

Lucy wślizgnęła się do łóżka Alice, która przytuliła się mocno do jej łona, na pozór szukając ciepła, w rzeczywistości jednak, żeby poczuć dotykiem jej wspaniałe ciało.

– Pocałuj mnie, Lucy — szepnęła. — Wiem już, że będziesz milsza mojemu sercu aniżeli Mary. Wprost jej nie znosiłam. — Odpowiedziały jej zapewnienia oddania i miłości, kontynuowała więc, przyciskając dłoń do piersi towarzyszki łoża. — Ale masz duże cycuszki, Lucy. Pozwól mi ich dotknąć. Rozchyl szerzej koszulę, bo chciałabym przytulić do nich buzię.

Nowafemme de chambrebyła z natury ciepła i życzliwa, dozwoliła więc młodziutkiej podopiecznej na wszelkie zażyłości; dłonie Alice poczęły błądzić, cal za calem, po jej ciele, gładząc delikatną, a jednocześnie jędrną skórę piersi, brzucha i pośladków; pieszczoty te rozpalały w dziewczynie żar i wzbudzały w jej duszy wszeteczne emocje; wzdychała i raz po raz całowała towarzyszkę.

Alice: — Jaki masz cudowny tyłeczek! A jakie jędrne, pulchniutkie ciało, Lucy! Ojejku! A cóż to za włoski pod brzuszkiem? Moja kochana, kiedy pierwszy raz zobaczyłaś, że je masz?

Lucy: — Och! Proszę, nie, panienko, to takie nieobyczajne, a poza tym za dwa, trzy lata będzie panienka miała takie same. Gdy się pojawiły, tak się bałam, to było takie dziwne i nienaturalne.

Alice: — Jesteśmy dziewczętami, dlatego uchodzi nam dotykać się wzajemnie, nieprawdaż; po prostu sama sprawdź, jak bardzo jesteśmy różne.

Lucy: — Och! Panienko Alice — mówiąc to, przyciskała się brzuchem do obnażonego brzuszka dziewczynki — panienka nawet nie wie, jak mi teraz cudownie.

Alice (lekko chichocząc): — A powiedz, czy ci przyjemniej, gdy dotyka cię William, nasz lokaj? — łaskotała przy tym paluszkiem jej kosmatą szparkę.

Lucy (nieco zmieszana): — Wstyd, panienko! Mam nadzieję, że panienka nie myśli, że mogłabym mu na to pozwolić?

Alice: — Nie lękaj się, Lucy, nie wspomnę o tym nikomu, wiedz jednak, że widziałam wszystko przez te stare przeszklone drzwi w pokoju kredensowym. Ach! Widzisz zatem, że poznałam wasz sekret i musicie dopuścić mnie do waszych igraszek.

Lucy: — Och! Mój Boże! Panno Alice, cóż takiego panienka widziała? Biada mi, będę teraz musiała natychmiast odejść ze służby!

Alice: — No, no, niepotrzebnie się trwożysz; wiedz, że William jest miły mojemu sercu i że nigdy nie pozwoliłabym, by go skrzywdzono, nie możesz jednak mieć go wyłącznie dla siebie; po to uczyniłam cię swoją pokojówką, by położyć kres zawistnym posądzeniom i żebyśmy mogły wspólnie dochować naszej tajemnicy.

Słowa te wielce Lucy poruszyły. — Co słyszę?! Czyżby on okazał się takim łotrem i uwiódł panienkę? Jeśli tak się stało, przysięgam, że go zabiję! — płakała.

Alice: — Cicho, cicho, Lucy, nie mów tak głośno, bo jeszcze ktoś cię usłyszy; on jeszcze niczego nie uczynił, widziałam jednak, jak było ci cudownie, gdy wraził tę swoją rzecz w twą szparkę — postanowiłam, że pragnę dzielić z tobą te rozkosze, wyzbądź się więc zazdrości, wszyscy troje możemy być szczęśliwi.

Lucy: — To zabiłoby panienkę, ta jego wielgachna dzida rozszczepiłaby natychmiast panienkę na dwoje.

Alice (całując ją namiętnie): — Już dobrze, kochana, proszę cię, dochowaj sekretu, ja naprawdę nie obawiam się, że uczyni mi krzywdę.

Lucy potwierdziła zawarte porozumienie pocałunkiem i obie spędziły czułą noc, całując się i pieszcząc na wszelkie łaskotliwe sposoby. Nim zaś zasnęły, obejmując się czule, odsłoniła przed Alice wszelkie tajniki miłosnych zmagań.

Niebawem powróciła ładna pogoda i Alice, pod opieką lokaja, udała się, zgodnie z przyjętym zwyczajem, na przechadzkę; niebawem oboje zagłębili się w gęsty zagajnik rosnący w odległej części parku i usiedli na niewielkim trawiastym wzgórku, gdzie nikt ich nie mógł dostrzec.

William przezornie zaopatrzył się w parasol, zabrał też płaszcz i pled, który rozłożył na murawie, żeby Miss Alice się nie przeziębiła.

– Ach, mój drogi przyjacielu — rzekła, sadowiąc się na podściółce, po czym ujęła go za rękę i przyciągnęła do siebie. — Teraz już wiem wszystko i żądam, byś mnie uszczęśliwił, czyniąc ze mnie kobietę, tak jak uczyniłeś ją z Lucy. Willie, najdroższy, musisz to zrobić. Zamierzam działać szybko, żebyś nie zawahał się ani na chwilę — i wprowadzając słowa w czyn, jęła rozpinać mu spodnie i manipulować jego sztywniejącym dzióbakiem.

– Cóż za wspaniały instrument, jakże pragnę poczuć jego sok tryskający w mój brzuszek; wiem, że to zaboli, lecz na pewno nie zabije, a potem, ach! ta boska ekstaza, w którą, jestem tego pewna, wprawisz mnie, tak jak robisz to Lucy, ilekroć z nią igrasz; teraz mów, jak to zrobisz? Czy legniesz na mnie?

William, niezdolny oprzeć się jej pieszczotom i czując, iż jeszcze chwila, a wytryśnie, skłonił ją, by klęknęła mu okrakiem nad twarzą, gdy sam ułożył się na plecach, by móc na początek zwilżyć jej dziewiczą cipkę językiem. Czynność ta wprawiała dziewczynkę w przyjemne podniecenie i wreszcie w ekscytację; w miłosnym uniesieniu mocno przywarła rozwartą muszelką do jego ust, obrócona twarzą ku członkowi Williego, którego nie wypuszczała z dłoni ani na chwilę; wreszcie lokaj wytrysnął ekstatycznie, a Alice po raz pierwszy odczuła we wnętrzu rozkoszną dziewiczą wilgoć.

– Teraz jest właściwa chwila, najdroższa Alice, ja już jestem solidnie naoliwiony, a i twoja dziureczka też jest w gotowości; jeśli jednak znajdę się na górze, może się to okazać zbyt gwałtowne i sprawię ci nadmierny ból, najlepiej więc, gdy sama spróbujesz — usiądziesz na mnie okrakiem i skierujesz główkę wprost do szparki, a potem wzmożesz nacisk ciała w takiej mierze, w jakiej zezwoli ci na to odczuwany ból; powodzenie tej próby zależy wyłącznie od twej śmiałości.

Alice: — Ach! Zaraz ci dowiodę, jak jestem niewzruszona w mym postanowieniu. — Zaczęła postępować w myśl wskazówek Williama; nakierowała na dziurkę główkę jego drążka, po czym, nie zwlekając, opuściła się cokolwiek w dół, by gałka weszła dokładnie tam, gdzie należy i zanurzyła się w środku na długość jednego cala.

Ból wywołany napięciem i rozciąganiem hymenu zdał się jej początkowo nie do zniesienia, lecz nagle opuściła się raptownie jeszcze bardziej w dół, co spowodowało — choć Lucy wydało się, że za przyczyną straszliwego cierpienia za chwilę odejdzie od zmysłów — iż pręt lokaja zagłębił się w niej przynajmniej na trzy cale.

– Ależ z ciebie zuch, moja słodka Alice — wysapał William z ukontentowaniem. — Skoro tylko uznasz, że jesteś w stanie to uczynić, unieś się nieco i opuść w dół całą siłą. Tkwię w tobie we właściwym położeniu, toteż i następne pchnięcie pozwoli mi w pełni posiąść twoje skarby.

– Doprawdy, nie dbam o to, że mogłabym umrzeć — szepnęła cichutko. — Nie dbam o to, jak mnie tym razem zaboli; najdroższy Willi, bądź mi pomocny, na ile tylko zdołasz — rzekła, wznosząc ponownie ciało, on zaś chwycił dłońmi jej pośladki, by ułatwić dzielnej dziewczynce zadanie.

Zaciskając mocno zęby i przymykając powieki, w zapamiętaniu wbiła się po raz kolejny na miłosną włócznię; hymen pękł i oto pałka Williama tkwiła zagłębiona w Alice aż po nasadę. Dziewczynka drogo jednak za to zapłaciła: bez przytomności osunęła się do przodu, podczas gdy cieknący strumyczek krwi stanowił widomy dowód, iż triumfująca Miłość ma krwawą naturę.

Lokaj wycofał się z niej, splamiony dziewiczą krwią, ponieważ jednak zawczasu przewidział, że sprawy mogą przybrać taki obrót, poczynił odpowiednie przygotowania, teraz więc natychmiast użył soli trzeźwiących, by przywrócić Alice przytomność. Niebawem jego zabiegi przyniosły efekt — dziewczynka otwarła oczy i z uśmiechem wyszeptała: — Ach! Ten twój ostatni sztych był straszliwy, ale już jest po wszystkim. Dlaczego jednak wyjąłeś go ze mnie? Och, włóż go zaraz z powrotem, kochany, i pozwól mi poczuć w sobie ów uśmierzający sok, który, jak rzekła mi Lucy, szybko ukoi moje podrażnione miejsca.

Znów zwarli się w pocałunku, po czym lokaj delikatnie wetknął głowicę buławy w jej pokrwawioną szparkę, wzmagając stopniowo napór, aż zagłębiła się w norce na trzy ćwierci cala, wreszcie — tym razem niechając dalszego wciskania lancy, zaczął nią poruszać powoli i ostrożnie. Muszelka Alice wzmogła wydzielanie soków, a potem William wyczuł skurcze ciasnego kanału, co ponownie doprowadziło go do przesilenia — nagłym pchnięciem wbił w nią swój instrument aż po nasadę i wystrzelił porcję nektaru życia głęboko w Alice, która — za przyczyną jego uniesień — ponownie znalazła się na skraju omdlenia.

Spoczywali potem obok siebie nieruchomo, delektując się wzajemną bliskością, aż wreszcie William podniósł się i piękną batystową chusteczką starł dziewiczą krew, najpierw ze szparki, a potem z własnego oręża, przysięgając — gdy chował do kieszeni ów splamiony czerwieniąmouchoir– że zatrzyma go na zawsze jako wspomnienie wdzięków, których tak życzliwie mu udzieliła.

On sam roztropnie już nie oddawał się tego dnia lubieżnym uciechom; Alice zaś, odpocząwszy solidnie, powróciła do domu, nie żałując bynajmniej złożonej ofiary, a wręcz przeciwnie, wielce szczęśliwa, że zdobyła sobie, przynajmniej po części, serce drogiego i wiernego Williama.

Jakże nieprzewidziane wydarzenia potrafią zniweczyć nawet najmisterniejsze plany szczęścia! Oto tego samego dnia osobisty medyk ojca Alice zalecił mu wyjazd na południe Europy; nazajutrz rano ojciec dziewczynki wyjechał do miasta, żeby poczynić należyte przygotowania do podróży — i zabrał ze sobą lokaja. Matka Alice miała podążyć za nim później, gdy ich dwoje dzieci zostanie oddanych do szkół.

Pozbawione wspólnego kochanka Lucy i jej młodziutka podopieczna pocieszały się jak mogły najczulej. Jednak kilka dni później zarząd nad domem objęła ciotka, Alice zaś została wysłana do tej oto szkoły, a teraz trzymasz ją w ramionach, droga Beatrice, podczas gdy jej brat przebywa w college’u i spotykają się tylko podczas ferii. Proszę cię, najmilsza, poproś opiekunów, żeby pozwolili ci spędzić najbliższe wakacje wraz ze mną, a przedstawię ci Fredericka, który, jeśli się nie mylę, jest równie lubieżnych upodobań, co jego siostra.