Opis

Opowieści pielgrzyma są praktycznym wprowadzeniem do Modlitwy Jezusowej. Autor opisuje w nich przeżycia XIX-wiecznego pielgrzyma, wędrującego po sanktuariach na terenie całej Rosji, który dzielił się z napotkanymi osobami doświadczeniem tej modlitwy. Polega ona na nieustannym przyzywaniu Imienia Jezus, a jej celem jest doświadczenie Bożej obecności i uwielbianie Boga w każdym momencie naszego życia. Dzięki prostocie i przystępności książka szybko zyskała ogromną popularność, została przetłumaczona na wiele języków i należy już do klasyki duchowości. Została też wspomniana w powieści Bracia Karamazow F. Dostojewskiego.

Opowieści pielgrzyma są na tyle przekonywującym świadectwem doświadczeń mistycznych, że przyczyniły się do rozpowszechnienia Modlitwy Jezusowej na całym świecie.

Niniejsze wydanie to przekład pełnego tekstu oryginału, obejmuje fragmenty pomijane dotąd we wcześniejszych publikacjach.

We wstępie ks. prof. Józef Naumowicz opisał też najnowsze badania nad dziełem oraz nad ich autorem Arsenijem Trojepolskim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 407

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Spis tre­ści

Wstęp

1. Hi­sto­ria od­kry­cia tek­stu i jego au­to­ra

Rę­ko­pis z Góry Athos i jego wy­da­nia

Rę­ko­pis z Pu­stel­ni Optyń­skiej

Iden­ty­fi­ka­cja au­to­ra

Ar­se­nij Tro­je­pol­ski i jego pi­sma

Ty­tuł książ­ki

Układ pi­sma i rola ojca du­cho­we­go

Ramy chro­no­lo­gicz­ne wę­drów­ki i toż­sa­mość piel­grzy­ma

Lek­tu­ry po­szu­ki­wa­cza mo­dli­twy

2. Dro­ga piel­grzy­ma dro­gą mo­dli­twy ser­ca

Geo­gra­fia wę­drów­ki

Dro­ga du­cho­wa – po­szu­ki­wa­nie mo­dli­twy nie­ustan­nej

Eta­py mo­dli­twy piel­grzy­ma

Dro­ga mi­ło­ści do lu­dzi i świa­ta

Jak na­śla­do­wać mo­dli­twę piel­grzy­ma

Opo­wie­ści piel­grzy­ma

Za­miast przed­mo­wy

Opo­wie­ści pod­czas pierw­sze­go spo­tka­nia

1. Przed­sta­wie­nie się

2. Przy­czy­na po­szu­ki­wa­nia mo­dli­twy

3. Nie­prak­tycz­ność usły­sza­nych ka­zań

4. Po­szu­ki­wa­nie do­świad­czo­ne­go na­uczy­cie­la

5. Zna­le­zie­nie na­uczy­cie­la i jego po­gląd na te­mat ka­zno­dzie­jów

6. Po­ucze­nie, jak na­być we­wnętrz­ną mo­dli­twę

7. Prak­tycz­na na­uka mo­dli­twy i jej skut­ki

8. Ciąg dal­szy piel­grzy­mo­wa­nia oraz na­by­cie Do­bro­to­lu­bi­ja

9. Osią­gnię­cie celu

Opo­wie­ści pod­czas dru­gie­go spo­tka­nia

10. Pra­gnie­nie sa­mot­no­ści

11. Po­dróż na Sy­be­rię, do­zna­nie mo­dli­twy ser­ca i pły­ną­cej z niej roz­ko­szy

12. Zbó­jec­ki na­pad i ogra­bie­nie

13. Nie­ocze­ki­wa­ny zwrot ukra­dzio­nych ksią­żek

14. Opo­wia­da­nie ka­pi­ta­na o cu­dow­nej sile Ewan­ge­lii

15. Cu­dow­na siła mo­dli­twy Je­zu­so­wej

16. Do­bro­to­lu­bi­je od­kry­wa i uświa­da­mia spra­wy ta­jem­ne

17. Roz­mo­wa ze straż­ni­kiem le­śnym, po­szu­ku­ją­cym zba­wie­nia

18. Za­mknię­cie się w zie­mian­ce oraz uj­rze­nie we śnie star­ca, któ­ry przed­sta­wił spo­sób lek­tu­ry Do­bro­to­lu­bi­ja

19. Za­sto­so­wa­nie prze­czy­ta­nych i po­zna­nych prawd na te­mat mo­dli­twy we­wnętrz­nej oraz jego wspa­nia­łe skut­ki

20. Ciąg dal­szy piel­grzy­mo­wa­nia

21. Na­pad wil­ka i obro­nie­nie się przed nim dzię­ki czot­kom star­ca

22. Roz­mo­wa z na­uczy­cie­lem i pi­sa­rzem na noc­le­gu

23. Miesz­ka­nie w ka­pli­cy oraz na­ucze­nie dziew­czy­ny mo­dli­twy Je­zu­so­wej

24. Ciąg dal­szy piel­grzy­mo­wa­nia, od­da­nie pod sąd i po­krze­pia­ją­ce uj­rze­nie star­ca we śnie

25. Cho­ro­ba i uzdro­wie­nie, po­zna­nie rząd­cy i wy­le­cze­nie jego żony

26. Przy­by­cie do Ir­kuc­ka, otrzy­ma­nie li­stu po­le­ca­ją­ce­go w celu wy­jaz­du do Je­ro­zo­li­my

Opo­wie­ści pod­czas trze­cie­go spo­tka­nia

27. Miej­sce uro­dze­nia, sie­roc­two i wy­cho­wa­nie

28. Wej­ście w do­ro­słość

29. Zu­bo­że­nie i po­boż­ne ży­cie

30. Śmierć mał­żon­ki

31. Przy­czy­na piel­grzy­mo­wa­nia

Opo­wie­ści pod­czas czwar­te­go spo­tka­nia

32. Nie­ocze­ki­wa­ny to­wa­rzysz

33. Po­gląd na te­mat wspo­mi­na­nia wy­da­rzeń

34. Przy­kład­na i po­boż­na ro­dzi­na

35. Uka­za­nie się dusz po śmier­ci

36. Nie­wi­do­my na­uczo­ny we­wnętrz­nej mo­dli­twy Je­zu­so­wej

37. Ciąg dal­szy po­dró­ży i po­ku­sa na sta­cji

38. Po­boż­ny ka­płan

39. Cu­dow­na moc i do­bro­czyn­ność Je­zu­so­wej mo­dli­twy, któ­rych do­świad­czy­ła piel­grzy­mu­ją­ca ko­bie­ta

40. Mło­dzie­niec na­uczo­ny nie­ustan­nej mo­dli­twy Je­zu­so­wej

Opo­wie­ści pod­czas pią­te­go spo­tka­nia

41. Po­wrót z Ode­ssy

42. Zdu­mie­wa­ją­ce wy­da­rze­nie przy ta­bo­rze

43. Gosz­czą­cy piel­grzy­mów miesz­cza­nin Jew­re­inow

44. Po­ucze­nie o tym, że Bóg od­da­je stu­krot­nie

45. O opie­ce i mi­ło­sier­dziu Mat­ki Bo­żej

46. Pa­sterz cu­dow­nie na­uczo­ny mo­dli­twy Je­zu­so­wej

47. Po­ucze­nie, jak się spo­wia­dać

48. Skut­ki przy­stą­pie­nia do Świę­tych Ta­jem­nic

49. Spo­tka­nie ze sta­ro­obrzę­dow­cem

50. Roz­mo­wa ze star­cem z Góry Athos o wiel­ko­ści i in­to­na­cji Je­zu­so­wej mo­dli­twy

51. Po­gląd na te­mat Ży­dów

52. Spo­tka­nie z żoł­nie­rzem w po­bli­żu Po­cza­jo­wa i jego ob­ja­wie­nie o mę­kach pie­kiel­nych

53. Nie­ocze­ki­wa­ny to­wa­rzysz i ob­ja­śnie­nie Ewan­ge­lii

Opo­wie­ści pod­czas szó­ste­go spo­tka­nia

54. Cu­dow­ne wy­da­rze­nie zwią­za­ne z księ­gą Ewan­ge­lii

55. Ta­jem­ni­ca zba­wie­nia, po­le­ga­ją­ca na czę­stej mo­dli­twie

Ta­jem­ni­ca zba­wie­nia, od­kry­wa­na dzię­ki nie­ustan­nej mo­dli­twie

56. Do­wo­dy, że wszy­scy i wszę­dzie mogą się mo­dlić

57. Ja­kim spo­so­bem utrzy­my­wać Bożą obec­ność pod­czas za­jęć po­wo­du­ją­cych roz­pro­sze­nie

58. Sprze­ciw wo­bec ust­nej i czę­stej mo­dli­twy Je­zu­so­wej oraz oba­le­nie go

59. O po­tę­dze mo­dli­twy

60. Środ­ki i spo­so­by po­bu­dza­ją­ce gor­li­wość do mo­dli­twy

61. Czy moż­na pra­gnąć roz­ko­szy i na­gród pły­ną­cych z cno­ty

Opo­wie­ści pod­czas siód­me­go spo­tka­nia

62. O ułu­dzie, czy­li za­śle­pie­niu

63. O bra­ku wi­dzeń na mo­dli­twie

64. O przy­gnę­bie­niu

65. O ko­rzy­ściach pły­ną­cych z mil­cze­nia

66. O mo­dli­twie za ży­wych i zmar­łych bliź­nich

67. For­ma mo­dli­twy

Trzy klu­cze do we­wnętrz­ne­go skarb­ca Od­na­le­zio­ne w du­cho­wych bo­gac­twach świę­tych Oj­ców

Klucz pierw­szy

Klucz dru­gi

Klucz trze­ci

Na­uki świę­tych oj­ców o we­wnętrz­nej mo­dli­twie ser­ca

A. Zbiór pierw­szy

1) Po­ucze­nie św. Sy­me­ona No­we­go Teo­lo­ga

2) Po­ucze­nie św. Grze­go­rza Sy­naj­skie­go

3) Po­ucze­nie Ni­ce­fo­ra Mni­cha

4) Po­ucze­nie Igna­ce­go i Ka­lik­sta

B. Zbiór dru­gi

1) Roz­dzia­ły He­zy­chiu­sza z Je­ro­zo­li­my, ka­pła­na

2) Roz­dzia­ły Fi­lo­te­usza Sy­naj­skie­go

3) Roz­dzia­ły Teo­lep­to­sa Me­tro­po­li­ty (Do­bro­to­lu­bi­je cz. 2, k. 44–50)

4) Mak­sy­my Bar­sa­nu­fiu­sza Wiel­kie­go i Jana

C. Mowa bar­dzo po­ży­tecz­na o ab­bie Fi­le­mo­nie

Ze­sta­wie­nie nauk oj­ców

Opowieści podczas pierwszego spotkania

1. Przedstawienie się

Z ła­ski Bo­żej je­stem czło­wie­kiem, chrze­ści­ja­ni­nem; z uczyn­ków – wiel­kim grzesz­ni­kiem, z po­wo­ła­nia – bez­dom­nym piel­grzy­mem naj­niż­sze­go sta­nu, tu­ła­ją­cym się z miej­sca na miej­sce. A oto mój ma­ją­tek: na ple­cach tor­ba su­cha­rów, za pa­zu­chą świę­ta Bi­blia – i to wszyst­ko.

2. Przyczyna poszukiwania modlitwy

W dwu­dzie­stą czwar­tą nie­dzie­lę po uro­czy­sto­ści Trój­cy Świę­tej1 po­sze­dłem do cer­kwi na li­tur­gię, aby się po­mo­dlić. Czy­ta­no wła­śnie z księ­gi Apo­sto­ła2 List do Te­sa­lo­ni­czan, pe­ry­ko­pę 273, któ­ra za­wie­ra­ła sło­wa: „Nie­ustan­nie się mó­dl­cie”. Mak­sy­ma ta oso­bli­wie utkwi­ła mi w pa­mię­ci i za­czą­łem roz­my­ślać: „Jak moż­na się nie­ustan­nie mo­dlić, sko­ro każ­dy czło­wiek musi się zaj­mo­wać rów­nież in­ny­mi spra­wa­mi, aby pod­trzy­my­wać ży­cie?”. Spraw­dzi­łem w Bi­blii i na wła­sne oczy uj­rza­łem to samo, co usły­sza­łem – mia­no­wi­cie że trze­ba nie­ustan­nie się mo­dlić (1 Tes 5,16), mo­dlić się w du­chu w każ­dym cza­sie (Ef 6,18), pod­no­sić ręce w mo­dli­twie na każ­dym miej­scu (1 Tm 2,8). My­śla­łem i my­śla­łem, ale nie umia­łem zna­leźć roz­wią­za­nia.

„Co ro­bić?” – po­my­śla­łem. „Gdzie szu­kać ko­goś, kto mi to wy­tłu­ma­czy? Pój­dę po cer­kwiach, któ­re sły­ną z do­brych ka­zno­dzie­jów, a nuż usły­szę tam dla sie­bie wy­ja­śnie­nie”.

3. Niepraktyczność usłyszanych kazań

I po­sze­dłem. Sły­sza­łem wie­le bar­dzo do­brych ka­zań o mo­dli­twie, ale wszyst­kie za­wie­ra­ły na­uki o mo­dli­twie w ogó­le: że mo­dli­twa ist­nie­je, że jest ko­niecz­na i ja­kie przy­no­si owo­ce; ale o tym, jak dojść do do­brej mo­dli­twy, nikt nie mó­wił. Było ka­za­nie o mo­dli­twie w du­chu i o mo­dli­twie nie­ustan­nej; ale jak osią­gnąć taką mo­dli­twę, nikt nie po­ka­zał. Nie zdo­ła­łem więc uzy­skać tego, cze­go pra­gną­łem, dzię­ki słu­cha­niu ka­zań. Dla­te­go, po­nie­waż się ich na­słu­cha­łem, a mimo to nie zdo­ła­łem po­jąć, jak się nie­ustan­nie mo­dlić, prze­sta­łem słu­chać pu­blicz­nych ka­zań, a za to po­sta­no­wi­łem z Bożą po­mo­cą po­szu­kać do­świad­czo­ne­go, zna­ją­ce­go się na spra­wie roz­mów­cy, któ­ry mi wy­ja­śni, o co cho­dzi w nie­ustan­nej mo­dli­twie, zgod­nie z moim na­tar­czy­wym pra­gnie­niem, by to zro­zu­mieć.

4. Poszukiwanie doświadczonego nauczyciela

Dłu­go się błą­ka­łem po róż­nych miej­scach; nie­ustan­nie czy­ta­łem Bi­blię, a tak­że wy­py­ty­wa­łem, czy jest gdzieś może ja­kiś na­uczy­ciel spraw du­cho­wych czy po­boż­ny i do­świad­czo­ny prze­wod­nik. Po ja­kimś cza­sie ktoś mi po­wie­dział, że w pew­nej wsi miesz­ka już od daw­na pan trosz­czą­cy się o swo­je zba­wie­nie. Ma on w domu cer­kiew, ni­g­dzie nie wy­jeż­dża i cią­gle mo­dli się do Boga, a tak­że nie­ustan­nie czy­ta bu­du­ją­ce książ­ki. Gdy to usły­sza­łem, już nie sze­dłem, ale bie­głem do tej wsi; do­tar­łem tam i po­sze­dłem do zie­mia­ni­na.

– Z jaką spra­wą do mnie przy­cho­dzisz? – spy­tał.

– Sły­sza­łem, że jest pan czło­wie­kiem po­boż­nym i ro­zum­nym; dla­te­go pro­szę, w imię Boże, aby ra­czył mi pan wy­tłu­ma­czyć, co ozna­cza­ją sło­wa w księ­dze Apo­sto­ła: „Nie­ustan­niesię mó­dl­cie”, i w jaki spo­sób moż­na nie­ustan­nie się mo­dlić. Chcę się tego do­wie­dzieć, a w ża­den spo­sób nie mogę tego po­jąć.

Pan po­mil­czał, spoj­rzał na mnie ba­daw­czo i po­wie­dział:

– Nie­ustan­na, we­wnętrz­na mo­dli­twa jest to nie­prze­rwa­ne kie­ro­wa­nie du­cha ludz­kie­go ku Bogu. Żeby osią­gnąć suk­ces w tym słod­kim ćwi­cze­niu, trze­ba jak naj­czę­ściej pro­sić Pana, by na­uczył nas nie­ustan­nie się mo­dlić. Módl się wię­cej i gor­li­wiej, a mo­dli­twa sama ci od­sło­ni, jak może być nie­ustan­na; do tego po­trze­ba cza­su.

Gdy to po­wie­dział, po­le­cił mnie na­kar­mić, za­opa­trzył na dro­gę i po­że­gnał. Ale nie wy­ja­śnił.

Po­sze­dłem da­lej. Wciąż my­śla­łem i czy­ta­łem, roz­wa­ża­łem to, co ten pan mi po­wie­dział, a mimo to nie mo­głem tego po­jąć; a ogrom­nie pra­gną­łem to zro­zu­mieć, tak że na­wet nie mo­głem w nocy spać. Po przej­ściu ja­kichś dwu­stu wiorst do­sze­dłem do du­że­go mia­sta, sto­li­cy gu­ber­ni. Zo­ba­czy­łem klasz­tor. Za­trzy­ma­łem się w za­jeź­dzie i usły­sza­łem, że w klasz­to­rze tym jest bar­dzo do­bry prze­ło­żo­ny, po­boż­ny i chęt­nie po­dej­mu­ją­cy piel­grzy­mów. Uda­łem się do nie­go. Przy­jął mnie go­ścin­nie, po­le­cił, bym usiadł, i za­czął mnie czę­sto­wać.

– Świę­ty oj­cze! – po­wie­dzia­łem. – Nie po­trze­bu­ję po­czę­stun­ku, ale chcę od ojca otrzy­mać po­ucze­nie du­cho­we, w jaki spo­sób mogę się zba­wić.

– Jak to, jak się zba­wić? Za­cho­wuj przy­ka­za­nia i módl się do Boga, a osią­gniesz zba­wie­nie!

– Sły­szę, że trze­ba nie­ustan­nie się mo­dlić, ale nie wiem, jak to uczy­nić, i nie umiem na­wet zro­zu­mieć, czym jest nie­ustan­na mo­dli­twa. Pro­szę cię, mój oj­cze, o wy­tłu­ma­cze­nie.

– Nie wiem, mój dro­gi bra­cie, jak ci to do­kład­niej wy­tłu­ma­czyć. Ej! Po­cze­kaj, mam ksią­żecz­kę, w któ­rej jest to wy­ja­śnio­ne.

Przy­niósł Du­cho­wą na­ukę czło­wie­ka we­wnętrz­ne­go św. Dy­mi­tra z Ro­sto­wa3.

– Masz, czy­taj na tej stro­nie.

Za­czą­łem czy­tać:

– „Sło­wa z księ­gi Apo­sto­ła: «Nie­ustan­nie się mó­dl­cie» na­le­ży ro­zu­mieć w ten spo­sób, że do­ty­czą mo­dli­twy po­wsta­ją­cej w umy­śle; umysł bo­wiem może być za­wsze na­kie­ro­wa­ny na Boga i nie­ustan­nie do Nie­go się mo­dlić”. Pro­szę mi wy­tłu­ma­czyć, w jaki spo­sób umysł może być za­wsze na­kie­ro­wa­ny na Boga, nie od­ry­wać się i nie­ustan­nie się mo­dlić.

– Jest to bar­dzo trud­ne; no chy­ba że sam Bóg ko­muś tego udzie­li – po­wie­dział prze­ło­żo­ny. I nie wy­tłu­ma­czył.

Prze­no­co­wa­łem u nie­go. Rano po­dzię­ko­wa­łem za ser­decz­ne przy­ję­cie i ru­szy­łem w dal­szą dro­gę, sam nie wie­dząc do­kąd. Smu­ci­łem się, że nie umiem tego po­jąć, i dla po­cie­chy czy­ta­łem Bi­blię.

5. Znalezienie nauczyciela i jego pogląd na temat kaznodziejów

Sze­dłem tak ja­kieś pięć dni sze­ro­kim trak­tem; a w koń­cu, pod wie­czór, do­go­nił mnie sta­ru­szek przy­po­mi­na­ją­cy z wy­glą­du du­chow­ne­go.

Na moje py­ta­nie od­po­wie­dział, że jest schim­ni­chem4 z pu­stel­ni od­le­głej o ja­kieś dzie­sięć wiorst, w bok od sze­ro­kie­go trak­tu, i za­pro­sił mnie, że­bym za­szedł wraz z nim do ich pu­stel­ni, mó­wiąc:

– Przyj­mu­je­my piel­grzy­mów, umoż­li­wia­my im od­na­le­zie­nie spo­ko­ju i ży­wi­my ich ra­zem z po­boż­ny­mi pąt­ni­ka­mi w domu go­ści.

Ja­koś jed­nak nie mia­łem ocho­ty do nie­go za­cho­dzić i od­po­wie­dzia­łem na jego za­pro­sze­nie tak:

– Spo­kój mój nie za­le­ży od miesz­ka­nia, lecz od du­cho­wej na­uki; i nie go­nię za je­dze­niem, bo su­cha­rów w tor­bie mam dużo.

– A ja­kie­go ro­dza­ju na­uki szu­kasz i cze­go nie mo­żesz zro­zu­mieć? Przyjdź, przyjdź do nas, mój dro­gi bra­cie; są u nas do­świad­cze­ni star­cy, któ­rzy mogą udzie­lić du­cho­we­go po­kar­mu i wpro­wa­dzić na praw­dzi­wą dro­gę, w świe­tle sło­wa Bo­że­go i roz­strzy­gnięć świę­tych oj­ców.

– Za­tem, oj­czul­ku, ja­kiś rok temu na li­tur­gii usły­sza­łem w księ­dze Apo­sto­ła przy­ka­za­nie: „Nie­ustan­nie się mó­dl­cie”. Nie mo­gąc tego po­jąć, za­czą­łem czy­tać Bi­blię. I tam rów­nież w wie­lu miej­scach zna­la­złem Boże po­le­ce­nie, żeby nie­ustan­nie się mo­dlić: za­wsze, w każ­dym cza­sie i na każ­dym miej­scu; nie tyl­ko przy wszyst­kich za­ję­ciach, nie tyl­ko czu­wa­jąc, lecz na­wet we śnie. „Ja śpię, lecz ser­ce me czu­wa” (Pnp 5,2). Bar­dzo mnie to zdzi­wi­ło i nie mo­głem zro­zu­mieć, jak do tego dojść i ja­ki­mi spo­so­ba­mi. Obu­dzi­ło się we mnie sil­ne pra­gnie­nie po­łą­czo­ne z cie­ka­wo­ścią, i ani we dnie, ani w nocy nie opusz­cza­ło ono mo­je­go umy­słu. Za­czą­łem więc cho­dzić od cer­kwi do cer­kwi i słu­chać ka­zań o mo­dli­twie; ale choć wie­lu ich wy­słu­cha­łem, w żad­nym nie otrzy­ma­łem na­uki, jak nie­ustan­nie się mo­dlić; we wszyst­kich mó­wio­no tyl­ko o przy­go­to­wa­niu się do mo­dli­twy, o jej owo­cach i tak da­lej. Nie uczo­no na­to­miast, jak nie­ustan­nie się mo­dlić i co ozna­cza taka mo­dli­twa. Czę­sto czy­ta­łem Bi­blię i spraw­dza­łem w niej to, co usły­sza­łem; ale mimo to nie mo­głem uzy­skać wie­dzy, któ­rej pra­gną­łem. I tak na­dal żyję w nie­zro­zu­mie­niu i nie­po­ko­ju.

Sta­rzec prze­że­gnał się i za­czął mó­wić:

– Dzię­kuj Bogu, umi­ło­wa­ny bra­cie, że od­sło­nił w to­bie nie­prze­par­te pra­gnie­nie po­zna­nia nie­ustan­nej mo­dli­twy we­wnętrz­nej. Uznaj, że kry­je się w tym Boże we­zwa­nie, i uspo­kój się, sko­ro prze­ko­na­łeś się, że do tej chwi­li trwa­ło pró­bo­wa­nie zgo­dy two­jej woli na głos Boży, oraz zdo­ła­łeś zro­zu­mieć, że nie­biań­skie­go świa­tła nie­ustan­nej mo­dli­twy we­wnętrz­nej nie osią­ga się mą­dro­ścią tego świa­ta ani ze­wnętrz­ną cie­ka­wo­ścią, lecz prze­ciw­nie, uzy­sku­je się ją dzię­ki ogo­ło­ce­niu du­cha i czyn­nej prak­ty­ce w pro­sto­cie ser­ca. Dla­te­go nie dzi­wi mnie wca­le, że nie mo­głeś usły­szeć o istot­nych spra­wach do­ty­czą­cych mo­dli­twy ani po­znać na­uki, jak dojść do jej nie­ustan­ne­go trwa­nia. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, cho­ciaż o mo­dli­twie mówi się nie­ma­ło ka­zań i ist­nie­je wie­le nauk roz­ma­itych pi­sa­rzy na jej te­mat, ale po­nie­waż wszyst­kie te roz­wa­ża­nia są opar­te w więk­szo­ści na spe­ku­la­cjach czy też przy­pusz­cze­niach na­tu­ral­ne­go ro­zu­mu, za­miast na czyn­nej prak­ty­ce, to wię­cej uczą o wła­ści­wo­ściach mo­dli­twy niż o isto­cie sa­me­go jej przed­mio­tu. Je­den snu­je pięk­ne roz­wa­ża­nia o ko­niecz­no­ści mo­dli­twy, inny – o jej mocy i do­bro­czyn­nym wpły­wie, trze­ci o środ­kach po­zwa­la­ją­cych dojść do do­sko­na­łej mo­dli­twy, czy­li o tym, że mo­dli­twa po­trze­bu­je gor­li­wo­ści, uwa­gi, cie­pła ser­ca, czy­sto­ści my­śli, po­jed­na­nia z wro­ga­mi, po­ko­ry, skru­chy itd. A czym jest mo­dli­twa w ogó­le? I jak na­uczyć się mo­dlić? Na te py­ta­nia, choć są za­sad­ni­cze i naj­bar­dziej ko­niecz­ne, bar­dzo rzad­ko moż­na u współ­cze­snych ka­zno­dzie­jów zna­leźć do­kład­ne ob­ja­śnie­nia; są one bo­wiem trud­niej­sze do po­ję­cia niż wszel­kie ich, wy­mie­nio­ne wy­żej, roz­wa­ża­nia oraz wy­ma­ga­ją po­zna­nia mi­stycz­ne­go, a nie tyl­ko szkol­nej uczo­no­ści.

A już naj­bar­dziej god­ne ubo­le­wa­nia jest to, że mar­na, na­tu­ral­na mą­drość przy­mu­sza do mie­rze­nia tego, co Boże, mia­rą ludz­ką. Wie­le ich roz­wa­żań o spra­wach mo­dli­twy jest cał­ko­wi­cie fał­szy­wych, po­nie­waż my­ślą oni, że mo­dli­twa wy­pły­wa ze środ­ków przy­go­to­waw­czych oraz wy­sił­ków asce­tycz­nych, za­miast są­dzić, że to mo­dli­twa ro­dzi wy­sił­ki asce­tycz­ne i wszel­kie cno­ty. W ta­kim wy­pad­ku owo­ce czy też skut­ki mo­dli­twy uzna­ją oni błęd­nie za środ­ki i me­to­dy pro­wa­dzą­ce do niej, po­wo­du­jąc osła­bie­nie mocy mo­dli­twy. I dzie­je się to cał­ko­wi­cie wbrew Pi­smu Świę­te­mu, po­nie­waż apo­stoł Pa­weł po­ucza o mo­dli­twie w ta­kich sło­wach: „Za­le­cam więc przede wszyst­kimmo­dlić się” (1 Tm 2,1). Tu­taj pły­nie pierw­sze po­ucze­nie z mak­sy­my Apo­sto­ła o mo­dli­twie, że sta­wia on spra­wę mo­dli­twy nad wszyst­ki­mi in­ny­mi: „Za­le­cam więc przede wszyst­kimmo­dlić się”. Ist­nie­je wie­le do­brych rze­czy, któ­ry­mi po­wi­nien zaj­mo­wać się chrze­ści­ja­nin, ale spra­wa mo­dli­twy po­win­na być sta­wia­na przed nimi wszyst­ki­mi, po­nie­waż bez niej nie może się do­ko­nać żad­na inna do­bra rzecz. Nie moż­na bez mo­dli­twy od­na­leźć dro­gi ku Panu, po­jąć praw­dy, ukrzy­żo­wać cia­ła z na­mięt­no­ścia­mi i po­żą­da­nia­mi, roz­pa­lić ser­ca świa­tłem Chry­stu­so­wym ani osią­gnąć zbaw­cze­go zjed­no­cze­nia bez wcze­śniej­szej czę­stej mo­dli­twy. Mó­wię: czę­stej, gdyż za­rów­no do­sko­na­łość, jak i po­praw­ność mo­dli­twy leży poza na­szy­mi moż­li­wo­ścia­mi, jak mówi też św. Pa­weł: „O co mo­dlić się, jak należy, nie wie­my” (Rz 8,26). W efek­cie w za­się­gu na­szych moż­li­wo­ści znaj­du­je się tyl­ko czę­stość i sta­łość mo­dli­twy; są one za­tem środ­kiem do osią­gnię­cia jej czy­sto­ści, bę­dą­cej mat­ką wszel­kie­go du­cho­we­go do­bra. Zdo­bądź mat­kę, a wyda ci dzie­ci – mówi św. Iza­ak Sy­ryj­czyk5. Na­ucz się po­cząt­ków mo­dli­twy, a ła­two zdo­bę­dziesz wszyst­kie cno­ty. Ale o tym wła­śnie lu­dzie sła­bo obe­zna­ni z prak­ty­ką oraz mi­stycz­ny­mi na­uka­mi świę­tych oj­ców mało wie­dzą i nie­wie­le mó­wią.

6. Pouczenie, jak nabyć wewnętrzną modlitwę

Tak roz­ma­wia­jąc, nie wia­do­mo kie­dy, do­szli­śmy pra­wie do sa­mej pu­stel­ni. Aby nie utra­cić to­wa­rzy­stwa tego mą­dre­go star­ca i szyb­ciej uzy­skać speł­nie­nie pra­gnie­nia, po­wie­dzia­łem do nie­go po­śpiesz­nie:

– Uczyń mi tę ła­skę, naj­szla­chet­niej­szy oj­cze, i wy­ja­śnij, na czym po­le­ga nie­ustan­na mo­dli­twa we­wnętrz­na oraz jak się jej na­uczyć. Wi­dzę, że oj­ciec szcze­gó­ło­wo zna te spra­wy z wła­sne­go do­świad­cze­nia.

Sta­rzec przy­jął moją proś­bę z mi­ło­ścią i za­pro­sił mnie do sie­bie:

– Wejdź te­raz do mnie, a dam ci księ­gę świę­tych oj­ców, z któ­rej z Bożą po­mo­cą mo­żesz do­kład­nie i szcze­gó­ło­wo po­jąć tę mo­dli­twę i się jej na­uczyć.

We­szli­śmy do celi i sta­rzec za­czął do mnie mó­wić:

– Nie­ustan­na we­wnętrz­na mo­dli­twa Je­zu­so­wa jest to nie­prze­rwa­ne, ni­g­dy nie­usta­ją­ce wzy­wa­nie bo­skie­go imie­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa usta­mi, umy­słem i ser­cem, po­łą­czo­ne z wy­obra­ża­niem so­bie Jego cią­głej obec­no­ści i pro­sze­niem Go o prze­ba­cze­nie: pod­czas wszel­kich za­jęć, na każ­dym miej­scu, w każ­dym cza­sie, na­wet we śnie. Za­wie­ra ona ta­kie sło­wa: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną!”. Je­śli ktoś przy­zwy­czai się do ta­kie­go wzy­wa­nia, to za­cznie od­czu­wać wiel­kie po­cie­sze­nie, a tak­że po­trze­bę cią­głe­go od­ma­wia­nia tej mo­dli­twy, tak że nie bę­dzie już się umiał bez niej obejść i bę­dzie ona sama się w nim roz­le­wać. Czy te­raz ro­zu­miesz już ja­sno, czym jest nie­ustan­na mo­dli­twa?

– Bar­dzo ja­sno, mój oj­cze! W imię Boże na­ucz mnie, jak do niej dojść! – krzyk­ną­łem z ra­do­ścią.

– O tym, jak na­uczyć się tej mo­dli­twy, moż­na prze­czy­tać w tej książ­ce. Nosi ona ty­tuł Do­bro­to­lu­bi­je6 i za­wie­ra peł­ną, szcze­gó­ło­wą na­ukę o nie­ustan­nej mo­dli­twie we­wnętrz­nej au­tor­stwa dwu­dzie­stu pię­ciu świę­tych oj­ców. Jest tak wznio­sła i po­ży­tecz­na, że uwa­ża się ją za głów­ne­go i naj­pierw­sze­go na­uczy­cie­la w kon­tem­pla­cyj­nym ży­ciu du­cho­wym, i jak mówi czci­god­ny Ni­ce­for7, „bez tru­dów i po­tów pro­wa­dzi do zba­wie­nia”.

– Czyż­by ta książ­ka była wznio­ślej­sza i święt­sza od Bi­blii? – za­py­ta­łem.

– Nie, nie jest wznio­ślej­sza i święt­sza od Bi­blii, ale za­wie­ra ja­sne ob­ja­śnie­nia tego, co w Bi­blii jest uję­te w za­kry­ty i nie­ła­twy do po­ję­cia, bo zbyt wznio­sły dla na­sze­go krót­ko­wzrocz­ne­go umy­słu, spo­sób. Po­dam ci przy­kład: słoń­ce jest naj­więk­szym, naj­wspa­nial­szym i naj­do­sko­nal­szym cia­łem nie­bie­skim, ale nie moż­na go ob­ser­wo­wać i oglą­dać zwy­kłym, po­zba­wio­nym ochro­ny wzro­kiem. Żeby móc oglą­dać tego wspa­nia­łe­go kró­la ciał nie­bie­skich, za­chwy­cać się nim i przyj­mo­wać jego pło­mien­ne pro­mie­nie, po­trzeb­ne jest, jak wia­do­mo, sztucz­ne szkło, choć jest ono mi­lio­ny razy mniej­sze i męt­niej­sze od słoń­ca. I tak Pi­smo Świę­te jest wspa­nia­łym słoń­cem, a Do­bro­to­lu­bi­je – tym nie­zbęd­nym szkłem. A te­raz słu­chaj – prze­czy­tam, jak moż­na się na­uczyć nie­ustan­nej mo­dli­twy we­wnętrz­nej.

Sta­rzec otwo­rzył Do­bro­to­lu­bi­je, od­szu­kał po­ucze­nie św. Sy­me­ona No­we­go Teo­lo­ga8 i za­czął czy­tać: „Usiądź w mil­cze­niu i sa­mot­no­ści, po­chyl gło­wę i za­mknij oczy; ci­szej od­dy­chaj, spo­glą­daj w wy­obraź­ni we wnę­trze ser­ca, spro­wadź umysł, to zna­czy my­śli, z gło­wy do ser­ca. Od­dy­cha­jąc, mów: «Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną» – ci­cho usta­mi lub tyl­ko w my­ślach. Sta­raj się od­pę­dzać my­śli, za­cho­wuj spo­kój i cier­pli­wość, i czyń to jak naj­czę­ściej”.

Po­tem sta­rzec wszyst­ko mi wy­ja­śnił, po­ka­zał na przy­kła­dzie, a da­lej prze­czy­ta­li­śmy z Do­bro­to­lu­bi­ja na­uki św. Grze­go­rza Sy­naj­skie­go9 oraz czci­god­nych Ka­lik­sta i Igna­ce­go10. Wszyst­ko, co prze­czy­ta­li­śmy w Do­bro­to­lu­bi­ju, sta­rzec wy­ja­śnił mi do­dat­ko­wo wła­sny­mi sło­wa­mi. Z za­chwy­tem wszyst­kie­go uważ­nie słu­cha­łem, po­chła­nia­łem w pa­mię­ci i sta­ra­łem się jak naj­do­kład­niej wszyst­ko za­pa­mię­tać. Tak prze­sie­dzie­li­śmy całą noc i, nie kła­dąc się wca­le spać, po­szli­śmy na jutrz­nię.

Przy po­że­gna­niu sta­rzec mnie po­bło­go­sła­wił i po­wie­dział, że­bym w okre­sie ucze­nia się mo­dli­twy przy­cho­dził do nie­go na spo­wiedź i szcze­re wy­zna­nia, gdyż sa­mo­rzut­ne zaj­mo­wa­nie się spra­wa­mi we­wnętrz­ny­mi bez kon­tro­li na­uczy­cie­la jest nie­ła­twe i mało owoc­ne.

7. Praktyczna nauka modlitwy i jej skutki

Sto­jąc w cer­kwi, czu­łem w so­bie pło­mien­ną żar­li­wość, żeby moż­li­wie jak naj­pil­niej prze­stu­dio­wać nie­ustan­ną mo­dli­twę we­wnętrz­ną, i pro­si­łem Boga, żeby mi w tym po­mógł. Po­tem za­czą­łem się za­sta­na­wiać: „Jak będę cho­dzić do star­ca po radę czy na spo­wiedź i wy­zna­nia? Prze­cież w domu go­ścin­nym nie wol­no miesz­kać dłu­żej niż przez trzy dni11, a koło pu­stel­ni nie ma kwa­ter”… W koń­cu do­wie­dzia­łem się, że w od­le­gło­ści oko­ło czte­rech wiorst leży wio­ska. Po­sze­dłem tam po­szu­kać dla sie­bie miej­sca i na moje szczę­ście Bóg wska­zał mi do­god­ne miej­sce. Na­ją­łem się na całe lato u chło­pa do pil­no­wa­nia ogro­du, z tym że będę mógł w tym ogro­dzie miesz­kać sa­mot­nie w sza­ła­sie. Chwa­ła Bogu! – zna­la­złem spo­koj­ne miej­sce. Tak za­czą­łem miesz­kać i uczyć się we­wnętrz­nej mo­dli­twy zgod­nie z tym, co mi po­ka­za­no, a tak­że za­cho­dzić do star­ca.

Przez ty­dzień pil­nie zaj­mo­wa­łem się w mo­jej ogro­do­wej sa­mot­ni po­zna­wa­niem nie­ustan­nej mo­dli­twy, do­kład­nie we­dług tego, co mi ob­ja­śnił sta­rzec. Z po­cząt­ku rzecz szła dość po­myśl­nie. Po­tem po­czu­łem wiel­ki cię­żar, le­ni­stwo, nudę, do­pa­dał mnie sen i za­czę­ła mnie na­cho­dzić chma­ra roz­ma­itych my­śli. Ze smut­kiem uda­łem się do star­ca i opo­wie­dzia­łem mu o mo­jej sy­tu­acji. On życz­li­wie mnie po­wi­tał i za­czął mó­wić:

– Umi­ło­wa­ny bra­cie, jest to woj­na wy­da­na ci przez świat ciem­no­ści, któ­ry ni­cze­go w nas się tak nie lęka jak mo­dli­twy ser­ca i dla­te­go wszel­ki­mi spo­so­ba­mi sta­ra się ci prze­szko­dzić i ode­rwać cię od po­zna­wa­nia mo­dli­twy. Zresz­tą wróg dzia­ła nie ina­czej, jak tyl­ko z woli i do­pu­stu Bo­że­go, i tyle, ile po­trze­ba dla na­sze­go do­bra. Wi­dać po­trze­ba ci jesz­cze wy­pró­bo­wa­nia po­ko­ry, dla­te­go jest za wcze­śnie, abyś z nie­umiar­ko­wa­nym za­pa­łem pró­bo­wał się do­sta­wać w wyż­sze ob­sza­ry ser­ca, bo mógł­byś po­paść w du­cho­we ła­kom­stwo. Prze­czy­tam ci, co mówi o ta­kim przy­pad­ku po­ucze­nie z Do­bro­to­lu­bi­ja.

Sta­rzec od­szu­kał na­ukę czci­god­ne­go Ni­ce­fo­ra mni­cha i za­czął czy­tać:

– „Je­śli pra­cu­jąc tro­chę, nie zdo­łasz wejść do kra­iny ser­ca, tak jak ci ob­ja­śnio­no, to uczyń to, co ci po­wiem, a z Bożą po­mo­cą znaj­dziesz to, cze­go szu­kasz. Wiesz, że zdol­ność wy­po­wia­da­nia słów znaj­du­je się u każ­de­go czło­wie­ka w krta­ni. Od­pę­dza­jąc my­śli (mo­żesz to uczy­nić, je­śli ze­chcesz), po­zwól jej nie­ustan­nie mó­wić: «Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną!» i zmu­szaj się wciąż do wy­po­wia­da­nia tych słów. Je­śli przez ja­kiś czas bę­dziesz to czy­nił, to dzię­ki temu bez wąt­pie­nia otwo­rzy się przed tobą wej­ście do ser­ca. Do­świad­cze­nie to po­twier­dza”. Sły­szysz za­tem, cze­go uczą świę­ci oj­co­wie w ta­kim wy­pad­ku – do­dał sta­rzec. – Dla­te­go po­wi­nie­neś te­raz z uf­no­ścią przy­jąć ten na­kaz i, ile tyl­ko zdo­łasz, od­ma­wiać ust­ną mo­dli­twę Je­zu­so­wą. Spójrz, masz tu czot­ki12, od­ma­wiaj na nich na po­czą­tek choć­by po trzy ty­sią­ce mo­dlitw dzien­nie. Sto­isz czy sie­dzisz, cho­dzisz czy le­żysz, nie­ustan­nie mów: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną!” – nie­gło­śno i bez po­śpie­chu. I ko­niecz­nie od­ma­wiaj ją w cią­gu dnia do­kład­nie trzy ty­sią­ce razy, ni­cze­go sa­me­mu nie do­da­jąc ani nie odej­mu­jąc. Bóg po­mo­że ci dzię­ki temu dojść tak­że do nie­ustan­ne­go dzia­ła­nia ser­ca.

Z ra­do­ścią przy­ją­łem po­le­ce­nie star­ca i po­sze­dłem do sie­bie. Za­czą­łem wier­nie i do­kład­nie wy­peł­niać to, cze­go mnie na­uczył. Przez dwa dni było to trud­ne, ale po­tem sta­ło się tak ła­twe i upra­gnio­ne, że kie­dy nie mó­wi­łem tych mo­dlitw, za­czy­na­łem czuć po­trze­bę, żeby zno­wu od­ma­wiać mo­dli­twę Je­zu­so­wą, i od­ma­wia­nie jej sta­ło się wy­god­niej­sze i ła­twiej­sze, ina­czej niż po­przed­nio, kie­dy mu­sia­łem się przy­mu­szać.

Oznaj­mi­łem to star­co­wi. Na­ka­zał mi od­pra­wiać co dzień już sześć ty­się­cy mo­dlitw i po­wie­dział:

– Za­cho­wuj spo­kój i sta­raj się tyl­ko jak naj­wier­niej od­ma­wiać na­ka­za­ną licz­bę mo­dlitw, a Bóg oka­że ci ła­skę.

Przez cały ty­dzień od­ma­wia­łem co­dzien­nie w moim sa­mot­nym sza­ła­sie po sześć ty­się­cy mo­dlitw Je­zu­so­wych, nie trosz­cząc się o nic ani nie zwra­ca­jąc uwa­gi na my­śli, nie­za­leż­nie od tego, jaką wal­kę to­czy­ły; lecz sta­ra­łem się tyl­ko o do­kład­ne wy­ko­na­nie po­le­ce­nia star­ca. I co się oka­za­ło? Tak się przy­zwy­cza­iłem do tej mo­dli­twy, że je­śli na­wet na krót­ki czas ją prze­ry­wa­łem, czu­łem, że mi cze­goś bra­ku­je, jak gdy­bym coś stra­cił. Za­cznę mo­dli­twę – i zno­wu w tej sa­mej chwi­li robi mi się lek­ko i przy­jem­nie. Kie­dy spo­ty­ka­łem ko­goś, to na­wet nie mia­łem już chę­ci do roz­mo­wy, lecz sta­le chcia­łem prze­by­wać w sa­mot­no­ści i się mo­dlić; tak przy­zwy­cza­iłem się do mo­dli­twy w cią­gu ty­go­dnia.

Po dzie­się­ciu dniach od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia sta­rzec sam przy­szedł mnie od­wie­dzić. Ob­ja­śni­łem mu mój stan, a on mnie wy­słu­chał i po­wie­dział:

– Za­tem przy­zwy­cza­iłeś się już do mo­dli­twy. Bądź jed­nak uważ­ny, pod­trzy­muj i umac­niaj ten na­wyk, nie trać na próż­no cza­su i z Bożą po­mo­cą po­sta­nów ko­niecz­nie od­ma­wiać mo­dli­twę dwa­na­ście ty­się­cy razy dzien­nie. Prze­by­waj w swo­jej sa­mot­ni, wsta­waj tro­chę wcze­śniej, kładź się tro­chę póź­niej, a co dwa ty­go­dnie przy­chodź do mnie po radę.

Za­czą­łem po­stę­po­wać tak, jak po­le­cił mi sta­rzec, i pierw­sze­go dnia le­d­wo, le­d­wo zdo­ła­łem póź­nym wie­czo­rem skoń­czyć moją li­czą­cą dwa­na­ście ty­się­cy mo­dlitw nor­mę. Na dru­gi dzień od­ma­wia­łem je już ła­two i z przy­jem­no­ścią. Naj­pierw przy bez­u­stan­nym wy­ma­wia­niu mo­dli­twy od­czu­wa­łem zmę­cze­nie czy jak­by odrę­twie­nie ję­zy­ka oraz pe­wien ścisk w szczę­kach, zresz­tą przy­jem­ny, a po­tem lek­ki i de­li­kat­ny ból na pod­nie­bie­niu. Póź­niej po­czu­łem nie­wiel­ki ból w kciu­ku le­wej ręki, któ­rym prze­bie­ra­łem czot­ki, oraz roz­ognie­nie ca­łej dło­ni, roz­cho­dzą­ce się aż do łok­cia i wy­wo­łu­ją­ce bar­dzo przy­jem­ne uczu­cie. Ale wszyst­ko to jak­by po­bu­dza­ło i przy­mu­sza­ło do więk­sze­go za­an­ga­żo­wa­nia w mo­dli­twę. Tak przez pięć dni wier­nie wy­ko­ny­wa­łem po dwa­na­ście ty­się­cy mo­dlitw, a wraz z na­wy­kiem po­ja­wi­ła się też przy­jem­ność i chęć.

Pew­ne­go razu, wcze­śnie rano, mo­dli­twa jak­by mnie obu­dzi­ła. Za­czą­łem czy­tać po­ran­ne mo­dli­twy, ale ję­zyk nie mó­wił ich wpraw­nie i czu­łem, że pra­gnie­nie samo po­cią­ga mnie do mo­dli­twy Je­zu­so­wej. Kie­dy ją za­czą­łem, po­czu­łem się tak lek­ko i przy­jem­nie, a ję­zyk i usta jak­by same ją wy­ma­wia­ły bez przy­mu­sza­nia! Cały dzień prze­ży­łem ra­do­śnie i czu­łem się jak­by ode­rwa­ny od wszyst­kich in­nych rze­czy, jak gdy­bym prze­by­wał na ja­kiejś in­nej zie­mi. Wcze­snym wie­czo­rem z ła­two­ścią skoń­czy­łem dwa­na­ście ty­się­cy mo­dlitw. Mia­łem wiel­ką ocho­tę da­lej od­ma­wiać mo­dli­twę, ale nie śmia­łem prze­kro­czyć po­le­ce­nia star­ca. W ten spo­sób w ko­lej­nych dniach przy­zy­wa­łem da­lej imie­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa ła­two i chęt­nie.

Po­tem po­sze­dłem do star­ca na szcze­rą roz­mo­wę i wszyst­ko mu szcze­gó­ło­wo opo­wie­dzia­łem. Wy­słu­chał mnie i za­czął mó­wić:

– Chwa­ła Bogu, że po­ja­wi­ło się u cie­bie pra­gnie­nie i lek­kość mo­dli­twy. Jest to rzecz na­tu­ral­na, przy­cho­dzą­ca z czę­stym ćwi­cze­niem i wy­sił­kiem, po­dob­nie jak w przy­pad­ku ma­szy­ny, któ­ra po po­pchnię­ciu czy nada­niu siły kołu za­ma­cho­we­mu dłu­go cho­dzi sa­mo­czyn­nie, a żeby prze­dłu­żyć jej po­ru­sza­nie się, trze­ba to koło sma­ro­wać i po­py­chać. Czy wi­dzisz, jak do­sko­na­ły­mi zdol­no­ścia­mi mi­łu­ją­cy lu­dzi Bóg wy­po­sa­żył na­wet zmy­sło­wą na­tu­rę czło­wie­ka i ja­kie mogą po­ja­wiać się od­czu­cia na­wet poza sta­nem ła­ski, w nie­oczysz­czo­nej zmy­sło­wo­ści i grzesz­nej du­szy, jak już sam tego do­świad­czy­łeś? A jak nad­zwy­czaj­nie, za­chwy­ca­ją­co i roz­kosz­nie za­czy­na­my się czuć, kie­dy Pan ra­czy przed kimś od­kryć dar sa­mo­czyn­nej du­cho­wej mo­dli­twy i oczy­ścić jego du­szę z na­mięt­no­ści? Stan ten jest nie­wy­obra­żal­ny i od­kry­cie tej ta­jem­ni­cy mo­dli­twy sta­no­wi przed­smak roz­ko­szy nie­biań­skiej na zie­mi. Tego do­stą­pią lu­dzie szu­ka­ją­cy Pana w pro­sto­cie peł­ne­go mi­ło­ści ser­ca! Te­raz ci po­zwa­lam: od­ma­wiaj tę mo­dli­twę, ile tyl­ko chcesz, jak naj­wię­cej. Cały czas poza snem sta­raj się po­świę­cać na mo­dli­twę i już bez li­cze­nia przy­zy­waj imie­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa, po­kor­nie po­wie­rza­jąc się woli Bo­żej i od Boga ocze­ku­jąc po­mo­cy. Wie­rzę, że cię nie zo­sta­wi i przy­go­tu­je ci dro­gę.

Przy­ją­łem to po­ucze­nie i całe lato spę­dzi­łem na nie­ustan­nej ust­nej mo­dli­twie Je­zu­so­wej, ży­jąc w wiel­kim spo­ko­ju. Kie­dy spa­łem, czę­sto śni­ło mi się, że się mo­dlę. A w cią­gu dnia, je­śli zda­rzy­ło mi się z kimś spo­tkać, wszy­scy bez wy­jąt­ku wy­da­wa­li mi się tak mili, jak gdy­by byli krew­ny­mi, cho­ciaż się nimi nie zaj­mo­wa­łem. My­śli same cał­kiem uci­chły i o ni­czym nie my­śla­łem oprócz mo­dli­twy, w któ­rą mój umysł za­czy­nał się wczu­wać, a w ser­cu sa­mo­czyn­nie po­ja­wia­ło się nie­kie­dy cie­pło oraz od­czu­cie pew­nej przy­jem­no­ści. Kie­dy zda­rza­ło mi się przyjść do cer­kwi, to dłu­gie i od­pra­wia­ne w sa­mot­no­ści na­bo­żeń­stwo wy­da­wa­ło mi się krót­kie i nie mę­czy­ło mnie już tak jak daw­niej. Mój sa­mot­ny sza­łas wy­da­wał mi się wspa­nia­łym pa­ła­cem i nie wie­dzia­łem, jak dzię­ko­wać Bogu za to, że ta­kie­mu nie­szczę­sne­mu grzesz­ni­ko­wi jak ja przy­słał ta­kie­go zba­wien­ne­go star­ca i na­uczy­cie­la.

8. Ciąg dalszy pielgrzymowania oraz nabycie Do­bro­to­lu­bi­ja

Nie­dłu­go jed­nak cie­szy­łem się po­ucze­nia­mi mego życz­li­we­go i opro­mie­nio­ne­go Bożą mą­dro­ścią star­ca. W koń­cu lata zmarł – a ja, że­gna­jąc się z nim we łzach, po­dzię­ko­wa­łem mu za oj­cow­skie na­uki dla mnie nie­szczę­sne­go i wy­pro­si­łem so­bie u nie­go na bło­go­sła­wień­stwo czot­ki, na któ­rych za­wsze się mo­dlił. Tak zo­sta­łem sam. W koń­cu lato się skoń­czy­ło i w ogro­dzie ze­bra­no plo­ny. Nie mia­łem już gdzie miesz­kać. Chłop roz­li­czył się ze mną, za­pła­cił dwa ru­ble za stró­żo­wa­nie i na­peł­nił tor­bę su­cha­ra­mi na dro­gę. I zno­wu za­czą­łem wę­dro­wać po róż­nych miej­scach; ale już nie z taką bie­dą sze­dłem jak wcze­śniej; przy­zy­wa­nie imie­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa przy­no­si­ło mi w dro­dze ra­dość i wszy­scy lu­dzie byli dla mnie lep­si; wy­da­wa­ło się, jak gdy­by wszy­scy za­czę­li mnie mi­ło­wać.

Pew­ne­go razu za­czą­łem my­śleć, co zro­bić z pie­niędz­mi za pil­no­wa­nie ogro­du i po co mi one. Ej, stój! Star­ca już nie ma, nie ma mnie kto uczyć; ku­pię so­bie Do­bro­to­lu­bi­je i za­cznę się z nie­go uczyć we­wnętrz­nej mo­dli­twy. Prze­że­gna­łem się i po­sze­dłem, mo­dląc się. Do­tar­łem do pew­ne­go gu­ber­nial­ne­go mia­sta i za­czą­łem py­tać w skle­pach o Do­bro­to­lu­bi­je. Zna­la­złem w jed­nym miej­scu, ale chcie­li trzy ru­ble, a mia­łem tyl­ko dwa; tar­go­wa­łem się i tar­go­wa­łem, ale ku­piec ani tro­chę nie chciał opu­ścić, a w koń­cu po­wie­dział:

– Idź so­bie do tej cer­kwi i za­py­taj sta­ro­stę cer­kiew­ne­go; ma taką książ­kę, bar­dzo sta­rą, może ob­ni­ży cenę do dwóch ru­bli.

Po­sze­dłem i rze­czy­wi­ście za dwa ru­ble ku­pi­łem Do­bro­to­lu­bi­je, cał­kiem wy­świech­ta­ne i ze­tla­łe. Ucie­szy­łem się. Na­pra­wi­łem ja­koś tę książ­kę, ob­szy­łem ma­te­ria­łem i wło­ży­łem do tor­by ra­zem z moją Bi­blią.

Te­raz tak cho­dzę i nie­ustan­nie od­ma­wiam mo­dli­twę Je­zu­so­wą, któ­ra jest mi droż­sza i słod­sza od wszyst­kich rze­czy na świe­cie. Prze­cho­dzę cza­sem w cią­gu dnia sie­dem­dzie­siąt wiorst, a na­wet wię­cej, ale nie czu­ję, że idę; czu­ję tyl­ko, że się mo­dlę. Kie­dy ła­pie mnie sil­ny chłód, za­czy­nam z więk­szym na­tę­że­niem od­ma­wiać mo­dli­twę i cały się szyb­ko za­grze­wam. Je­śli za­czy­na mnie ogar­niać głód, czę­ściej przy­zy­wam imie­nia Je­zu­sa Chry­stu­sa i za­po­mi­nam, że chcia­ło mi się jeść. Kie­dy cho­ru­ję, przy­cho­dzi ła­ma­nie w ple­cach i no­gach, za­czy­nam wczu­wać się w mo­dli­twę i już nie czu­ję bólu. Gdy ktoś mnie ob­ra­zi, od razu przy­po­mi­nam so­bie, jak słod­ka jest mo­dli­twa Je­zu­so­wa; a wów­czas znie­wa­ga i gniew prze­cho­dzą i o wszyst­kim za­po­mi­nam. Sta­łem się jak­by po­zba­wio­ny ro­zu­mu; ni­czym się nie mar­twię, nic mnie nie wcią­ga ani na nic nie pa­trzę z nie­po­ko­jem i chciał­bym cały czas spę­dzać sam je­den w od­osob­nie­niu. Tyl­ko jed­ne­go pra­gnął­bym z przy­zwy­cza­je­nia: żeby nie­ustan­nie od­ma­wiać mo­dli­twę, a kie­dy tym się zaj­mu­ję, to jest mi bar­dzo we­so­ło. Bóg wie, co się ze mną dzie­je. Oczy­wi­ście wszyst­ko to ma cha­rak­ter zmy­sło­wy czy też – jak mó­wił zmar­ły sta­rzec – na­tu­ral­ny i po­wsta­je dzię­ki na­wy­ko­wi; ale pręd­ko za­cząć na­uki i przy­swa­ja­nia mo­dli­twy du­cho­wej w głę­bi ser­ca jesz­cze nie śmiem z po­wo­du mej nie­god­no­ści i głu­po­ty. Cze­kam na go­dzi­nę, kie­dy przyj­dzie wola Boża, ufa­jąc w mo­dli­twę zmar­łe­go star­ca mo­je­go.

9. Osiągnięcie celu

Tak więc, mimo że nie do­sze­dłem jesz­cze do nie­usta­ją­cej sa­mo­czyn­nej mo­dli­twy du­cho­wej w ser­cu, jed­nak – chwa­ła Bogu – ja­sno te­raz ro­zu­miem, co ozna­cza usły­sza­ne prze­ze mnie po­wie­dze­nie z księ­gi Apo­sto­ła: „Nie­ustan­nie się mó­dl­cie”.

1 W Ko­ście­le pra­wo­sław­nym cykl rocz­ny czy­tań nie­dziel­nych roz­po­czy­na się po świę­cie Ze­sła­nia Du­cha Świę­te­go na Apo­sto­łów, czy­li Pięć­dzie­siąt­ni­cy na­zy­wa­nej tak­że nie­dzie­lą Trój­cy Świę­tej, dla­te­go też nie­dzie­le w roku li­tur­gicz­nym są nu­me­ro­wa­ne jako pierw­sza, dru­ga itd. po Pięć­dzie­siąt­ni­cy.

2 „Apo­stoł” – na­zwa księ­gi li­tur­gicz­nej za­wie­ra­ją­cej tek­sty no­wo­te­sta­men­to­we poza czte­re­ma Ewan­ge­lia­mi i Apo­ka­lip­są. Za­zna­czo­ne są w niej czy­ta­nia apo­stol­skie na każ­dy dzień roku.

3 Św. Dy­mitr z Ro­sto­wa (1651–1709) – ro­syj­ski bi­skup Ro­sto­wa i Ja­ro­sła­wia, wy­bit­ny ha­gio­graf, teo­log, za­ło­ży­ciel ro­stow­skiej szko­ły gra­ma­tycz­nej, w któ­rej na­ucza­no ję­zy­ków sta­ro­żyt­nych, ję­zy­ka cer­kiew­no­sło­wiań­skie­go, fi­lo­zo­fii oraz wer­sy­fi­ka­cji. Jest au­to­rem ca­łe­go cy­klu Ży­wo­tów świę­tych oraz wspo­mnia­ne­go w tek­ście dzie­ła o mo­dli­twie Je­zu­so­wej, któ­re­go peł­ny ty­tuł brzmi: Czło­wiek we­wnętrz­ny, za­mknię­ty w iz­deb­ce ser­ca swe­go, któ­ry uczy się i mo­dli w ta­jem­ni­cy.

4 Schim­nich – mnich, któ­ry zło­żył ślu­by wie­czy­ste, obie­cu­jąc cał­ko­wi­te wy­rzek­nię­cie się świa­ta. Ślu­by wie­czy­ste wiel­kiej schi­my skła­da­li daw­niej pu­stel­ni­cy, któ­rzy nie pro­wa­dzi­li ży­cia ce­no­bi­tycz­ne­go.

5 Św. Iza­ak Sy­ryj­czyk (ok. 640–700) – świę­ty asce­ta, pi­sarz sy­ryj­ski, któ­ry twór­czość swo­ją po­świę­cił opi­sa­niu asce­zy wschod­nio­chrze­ści­jań­skiej, na­zwa­nej póź­niej he­zy­cha­zmem. Przy­na­le­ży do sy­ryj­skiej szko­ły asce­tycz­nej, któ­ra roz­wi­ja­ła wcze­śniej­szą tra­dy­cję mo­na­sty­cy­zmu egip­skie­go i sy­naj­skie­go. W swo­ich dzie­łach sku­piał się na ana­li­zie róż­nych sta­nów spra­wie­dli­wo­ści oraz grzesz­no­ści, a tak­że na spo­so­bach chrze­ści­jań­skiej na­pra­wy i sa­mo­do­sko­na­le­nia.

6Do­bro­to­lu­bi­je – jest to ty­tuł tłu­ma­cze­nia grec­kiej Fi­lo­ka­lii, któ­ra na ję­zyk cer­kiew­no­sło­wiań­ski zo­sta­ła prze­tłu­ma­czo­na przez św. Pa­isju­sza Wie­licz­kow­skie­go w 1793 roku. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych XIX wie­ku Teo­fan Za­twor­nik do­ko­nał tłu­ma­cze­nia Fi­lo­ka­lii na ję­zyk ro­syj­ski, a w skład jego wy­da­nia we­szły tek­sty, któ­rych nie było w wer­sji cer­kiew­no­sło­wiań­skiej. „Fi­lo­ka­lia” ozna­cza „umi­ło­wa­nie pięk­na”, któ­rym ma być we­wnętrz­ne spo­tka­nie czło­wie­ka z Bo­giem w nie­ustan­nej mo­dli­twie. Do­bro­to­lu­bi­je to zbiór trak­ta­tów asce­tycz­nych róż­nych au­to­rów z okre­su mię­dzy IV a XV stu­le­ciem, któ­ry po raz pierw­szy w ję­zy­ku grec­kim wy­da­no w 1782 roku.

7 Św. Ni­ce­for He­zy­cha­sta – ży­ją­cy w XIII wie­ku mnich z Góry Athos, je­den z twór­ców Fi­lo­ka­lii. Roz­wi­jał na­ukę o czuj­no­ści (z gr. nep­sis) ser­ca i sa­mo­kon­tro­li umy­słu, któ­ra skie­ro­wa­na była do osób nie­do­świad­czo­nych w mo­dli­twie. Nie­do­świad­czo­ny umysł cha­rak­te­ry­zu­je się ten­den­cją do błą­dze­nia i po­pa­da­nia w wy­obraź­nię. Opi­sał tak­że me­to­dę od­dy­cha­nia pod­czas prak­ty­ki mo­dli­tew­nej.

8 Św. Sy­me­on Nowy Teo­log (949–1022) – bi­zan­tyń­ski mnich, na­uczy­ciel ży­cia du­cho­we­go, a w szcze­gól­no­ści prak­tyk mo­dli­twy Je­zu­so­wej. Z jego imie­niem wią­że się od­ro­dze­nie tra­dy­cji he­zy­cha­stycz­nej w Bi­zan­cjum w X wie­ku. Świę­ty Sy­me­on w swych pi­smach pod­kre­ślał, iż w ży­ciu czło­wie­ka wie­rzą­ce­go naj­waż­niej­sze jest na­wią­za­nie z Bo­giem bez­po­śred­niej re­la­cji w do­świad­cze­niu mi­stycz­nym. Jest on tak­że au­to­rem hym­nów mi­stycz­nych, krót­kich utwo­rów po­etyc­kich, któ­re, jak sam po­wia­da, są naj­lep­szym środ­kiem wy­ra­ża­nia do­świad­cze­nia du­cho­we­go. Zgod­nie z tra­dy­cją, Fi­lo­ka­lia przy­pi­sa­ła mu ano­ni­mo­wy trak­tat Me­to­da świę­tej mo­dli­twy i uwa­gi, któ­ry tu­taj jest cy­to­wa­ny.

9 Św. Grze­gorz Sy­naj­ski (1280–1346) – od­no­wi­ciel tra­dy­cji he­zy­cha­stycz­nej w XIV wie­ku w Bi­zan­cjum. Roz­wi­nął na­ukę o bo­skiej świa­tło­ści, któ­rą mo­dlą­cy się czło­wiek może do­strzec pod­czas du­cho­we­go zjed­no­cze­nia z Bo­giem.

10 Św. Ka­likst II Ksan­to­pu­los (zm. 1397) i Igna­cy Ksan­to­pu­los (zm. 1423–1429) – bra­cia, bi­zan­tyń­scy mni­si he­zy­cha­ści, au­to­rzy wspól­ne­go trak­ta­tu asce­tycz­ne­go Po­ucze­nia he­zy­cha­stom w stu roz­dzia­łach, któ­ry po­ru­sza kwe­stię me­to­dy mo­dli­tew­nej he­zy­cha­stów. Zo­stał on prze­tłu­ma­czo­ny na ję­zyk ro­syj­ski przez Teo­fa­na Za­twor­ni­ka i wy­da­ny w pią­tym to­mie Do­bro­to­lu­bi­ja w 1899 roku. Pierw­szy z bra­ci, Ka­likst, peł­nił funk­cję pa­triar­chy kon­stan­ty­no­po­li­tań­skie­go w 1397 roku.

11 W klasz­to­rach Góry Athos oraz in­nych du­żych ośrod­kach pąt­ni­czych ist­nie­je za­sa­da, że oso­by świec­kie mogą prze­by­wać w klasz­to­rze trzy dni. Jest to zwią­za­ne z ogra­ni­cze­nia­mi lo­ka­lo­wy­mi i dużą ilo­ścią piel­grzy­mów, któ­rzy chcą po­być w klasz­to­rze, po­mo­dlić się i po­roz­ma­wiać z mni­cha­mi. Z dru­giej stro­ny jest to tak­że me­to­da, po­zwa­la­ją­ca klasz­to­rom unik­nąć pro­ble­mów z oso­ba­mi, któ­re po­sta­no­wi­ły żyć na ich koszt. Ta­kie oso­by pod pre­tek­stem po­mo­cy dla po­trze­bu­ją­ce­go spę­dza­ły ży­cie na wę­dro­wa­niu od klasz­to­ru do klasz­to­ru, otrzy­mu­jąc dar­mo­we lo­kum oraz wy­ży­wie­nie. Poza tym re­gu­ła ta po­zwa­la kon­tro­lo­wać li­czeb­ność go­ści w klasz­to­rze oraz umoż­li­wia za­cho­wa­nie spo­ko­ju ży­cia klasz­tor­ne­go.

12 Czot­ki – sznur mo­dli­tew­ny wy­ko­rzy­sty­wa­ny do od­ma­wia­nia mo­dli­twy Je­zu­so­wej. Na­zwa po­cho­dzi od ro­syj­skie­go cza­sow­ni­ka sczi­tat’, czy­li li­czyć. Czot­ki słu­żą do od­li­cza­nia re­gu­ły mo­dli­tew­nej i peł­nią funk­cję na­rzę­dzia do li­cze­nia. Po­ja­wi­ły się już w cza­sach św. Ba­zy­le­go Wiel­kie­go, któ­ry po­ra­dził, by mni­si, któ­rzy nie po­tra­fią czy­tać, jak rów­nież ci, któ­rzy nie mogą uczest­ni­czyć w na­bo­żeń­stwach, od­ma­wia­li okre­ślo­ną licz­bę mo­dlitw. W ję­zy­ku grec­kim czot­ki to kom­bo­skion, czy­li wę­zeł, co od­no­si się do spo­so­bu ich wy­ko­na­nia, czy­li do zwią­za­nych z weł­nia­ne­go sznur­ka wę­zeł­ków w róż­nej ilo­ści (30, 33, 50, 100).

Nauki świętych ojców o wewnętrznej modlitwie serca

A. Zbiór pierwszy

1) Po­ucze­nie św. Sy­me­ona No­we­go Teo­lo­ga1

Świę­ty Sy­me­on Nowy Teo­log uka­zu­je spo­sób wcho­dze­nia w ser­ce, przed­sta­wia­jąc trze­ci spo­sób mo­dli­twy:

Trze­ci spo­sób mo­dli­twy jest na­praw­dę cu­dow­ny i nie­opi­sa­ny, a dla tych, któ­rzy go nie zna­ją z do­świad­cze­nia, nie tyl­ko jest trud­ny do po­ję­cia, lecz wy­da­je się wręcz nie­praw­do­po­dob­ny. I w rze­czy sa­mej w na­szych cza­sach ten spo­sób mo­dli­twy moż­na spo­tkać u nie­licz­nych, kie­dy ule­gną w nich uni­ce­stwie­niu wszel­kie pod­stę­py i chy­tro­ści uży­wa­ne przez de­mo­ny, aby po­cią­gnąć umysł do wie­lu roz­ma­itych my­śli. Po­nie­waż wte­dy umysł, wol­ny od wszel­kich rze­czy, ma od­po­wied­ni czas, żeby bez żad­nych prze­szkód ba­dać my­śli przy­no­szo­ne przez de­mo­ny, od­pę­dzać je z wiel­ką ła­two­ścią i czy­stym ser­cem wzno­sić mo­dli­twy do Boga.

Na­stęp­nie au­tor ten przed­sta­wia wa­run­ki ko­niecz­ne do ta­kiej mo­dli­twy, mia­no­wi­cie do­sko­na­łe po­słu­szeń­stwo i czu­wa­nie nad czy­sto­ścią su­mie­nia, za­rów­no wo­bec Boga, jak i lu­dzi, oraz w sto­sun­ku do rze­czy, i za­chę­ca do czy­nie­nia wszyst­kie­go tak, jak by­śmy znaj­do­wa­li się przed ob­li­czem Boga, po czym kon­ty­nu­uje: po­stę­pu­jąc w taki spo­sób, wy­rów­nu­jesz dla sie­bie praw­dzi­wą i nie­pro­wa­dzą­cą na ma­now­ce ścież­kę do trze­cie­go spo­so­bu mo­dli­twy, któ­ry wy­glą­da tak: niech umysł strze­że ser­ca, kie­dy się mo­dli, niech kie­ru­je się ku jego wnę­trzu, nie od­da­la­jąc się, i niech stam­tąd, z głę­bi ser­ca, wzno­si mo­dli­twy do Boga.

Na tym to wszyst­ko po­le­ga: pra­cuj tak aż do chwi­li, gdy skosz­tu­jesz Pana. Kie­dy zaś w koń­cu tam, we wnę­trzu ser­ca, umysł skosz­tu­je i po­czu­je, jak do­bry jest Pan, wte­dy już nie bę­dzie chciał od­da­lać się z miej­sca, w któ­rym leży ser­ce; wów­czas po­wie, jak św. Piotr: „Do­brze, że tu je­ste­śmy” (Mt 17,4), i już za­wsze bę­dzie spo­glą­dać do wnę­trza ser­ca i kie­ro­wać się tam bez wy­cho­dze­nia, od­pę­dza­jąc wszel­kie my­śli wsie­wa­ne przez dia­bła.

Dla tych, któ­rzy nie ro­zu­mie­ją nic z tej rze­czy i jej nie zna­ją, wy­da­je się ona w więk­szej czę­ści trud­na i uciąż­li­wa. Ale ci, któ­rzy skosz­to­wa­li roz­ko­szy, jaką w so­bie za­wie­ra, i na­cie­szy­li się nią w głę­bi ser­ca, wo­ła­ją wraz ze św. Paw­łem: „Któż nas może odłą­czyć od mi­ło­ści Chry­stu­so­wej” (Rz 8,35). Dla­te­go nasi świę­ci oj­co­wie, sły­sząc Pana mó­wią­ce­go, że „z ser­ca po­cho­dzą złe my­śli, za­bój­stwa, cu­dzo­łó­stwa, czy­ny nie­rząd­ne, kra­dzie­że, fał­szy­we świa­dec­twa, prze­kleń­stwa. To wła­śnie czy­ni czło­wie­ka nie­czy­stym” (Mt 15,19–20), oraz że w in­nym miej­scu Ewan­ge­lia na­ka­zu­je nam oczysz­czać „wnę­trze kub­ka, żeby i ze­wnętrz­na jego stro­na sta­ła się czy­sta” (Mt 23,26), opu­ści­li wszel­kie inne du­cho­we za­ję­cia i za­czę­li pra­co­wać tyl­ko nad tym jed­nym, tzn. strze­że­niem ser­ca, ma­jąc pew­ność, że wraz z nim ła­two zdo­bę­dą każ­dą cnotę, a bez nie­go nie zdo­ła­ją osią­gnąć żad­nej. Wszy­scy oni w tym przede wszyst­kim się ćwi­czy­li i o tym pi­sa­li. Kto chce, niech czy­ta ich pi­sma – niech prze­czy­ta, co na­pi­sał o tym Ma­rek Asce­ta, co po­wie­dział Jan Kli­mak, czci­god­ny He­zy­chiusz, Fi­lo­te­usz Sy­naj­ski, abba Iza­jasz, Bar­sa­nu­fiusz Wiel­ki i inni.

Je­śli chcesz się na­uczyć to czy­nić (tzn. wcho­dzić w ser­ce i w nim prze­by­wać), to opo­wiem o tym.

Mu­sisz za­cho­wy­wać przede wszyst­kim trzy rze­czy: brak tro­ski o co­kol­wiek, na­wet o rze­czy uczci­we, a nie tyl­ko nie­uczci­we i mar­ne, czy­li in­ny­mi sło­wy o ob­umar­cie dla wszyst­kie­go; cał­ko­wi­cie czy­ste su­mie­nie, tak aby w ni­czym cię nie po­tę­pia­ło, oraz do­sko­na­ły brak przy­wią­zań, żeby two­ja myśl nie skła­nia­ła się do żad­nej rze­czy. Po­tem usiądź sa­mot­nie w ja­kimś sa­mot­nym i ci­chym miej­scu, za­mknij drzwi, ode­rwij umysł od wszel­kich do­cze­snych i mar­nych rze­czy, po­chyl gło­wę na pier­si i w ten spo­sób za­trzy­muj uwa­gę we wnę­trzu sie­bie (nie w gło­wie, lecz w ser­cu), zwra­ca­jąc tam rów­nież umysł i cie­le­sne oczy oraz po­wstrzy­mu­jąc nie­co od­dech – utrzy­mu­jąc tam umysł i sta­ra­jąc się wszel­ki­mi spo­so­ba­mi od­na­leźć go w miej­scu, gdzie leży ser­ce, tak aby po osią­gnię­ciu tego umysł twój już cał­kiem tam prze­by­wał. Z po­cząt­ku od­kry­jesz tam we­wnątrz nie­ja­ką ciem­ność i sztyw­ność; ale po­tem, je­śli bę­dziesz nie­ustan­nie dniem i nocą kon­ty­nu­ować tę pra­cę uwa­gi, do­stą­pisz nie­ustan­nej ra­do­ści. Umysł, ćwi­cząc się w tym, wy­bie­rze miej­sce ser­ca, a wte­dy na­tych­miast zo­ba­czy tam we wnę­trzu rze­czy, ja­kich ni­g­dy nie wi­dy­wał i nie znał. Od tego mo­men­tu, gdy­by z ja­kiej­kol­wiek stro­ny po­ja­wi­ła się czy po­ka­za­ła ja­kaś myśl, to za­nim wej­dzie do wnę­trza i zo­sta­nie po­my­śla­na czy wy­obra­żo­na, umysł na­tych­miast prze­pę­dzi ją stam­tąd i uni­ce­stwi imie­niem Je­zu­so­wym, tzn. „Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną”. Od tego też cza­su umysł za­cznie od­czu­wać gniew na de­mo­ny, od­pę­dzać je i zwy­cię­żać. A inne rze­czy, któ­re zwy­kle idą w ślad za tym dzia­ła­niem, sam z Bożą po­mo­cą z do­świad­cze­nia po­znasz, strze­gąc uwa­gi i trzy­ma­jąc się Je­zu­sa, tzn. Jego mo­dli­twy: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną!”.

2) Po­ucze­nie św. Grze­go­rza Sy­naj­skie­go

Świę­ty Grze­gorz Sy­naj­ski przed­sta­wia na­ukę o we­wnętrz­nej mo­dli­twie w ser­cu oraz spo­so­bie przy­zwy­cza­je­nia się do niej w trzech pa­ra­gra­fach na te­mat mil­cze­nia i mo­dli­twy, za­miesz­czo­nych w pierw­szej czę­ści Do­bro­to­lu­bi­ja, s. 112–119. Oto skró­co­ny wy­ciąg z nich:

Po przy­ję­ciu du­cha ży­cia w Je­zu­sie Chry­stu­sie po­win­ni­śmy w czy­stej mo­dli­twie w ser­cu na wzór che­ru­bi­nów roz­ma­wiać z Pa­nem; ale nie ro­zu­mie­jąc ma­je­sta­tu, za­szczy­tu i chwa­ły ła­ski od­ro­dze­nia ani nie trosz­cząc się o wzrost du­cho­wy dzię­ki wy­peł­nia­niu przy­ka­zań, ani nie mo­gąc wznieść się do sta­nu kon­tem­pla­cji umy­sło­wej, od­da­je­my się za­nie­dba­niu, a wsku­tek tego grzęź­nie­my w na­wy­kach na­mięt­no­ści i za­pa­da­my się w prze­paść nie­czu­ło­ści i mro­ku. Bywa na­wet tak, że w ogó­le mało pa­mię­ta­my o ist­nie­niu Boga, a o tym, jacy po­win­ni­śmy być jako dzie­ci Boże we­dług ła­ski, zu­peł­nie nie wie­my. Wie­rzy­my, ale nie czyn­ną wia­rą, a po du­cho­wym od­no­wie­niu we chrzcie nie prze­sta­je­my żyć na spo­sób cie­le­sny. Je­śli cza­sem na­wet wy­ra­zi­my skru­chę i za­cznie­my wy­peł­niać przy­ka­za­nia, to czy­ni­my to tyl­ko ze­wnętrz­nie, a nie du­cho­wo. I do tego stop­nia od­zwy­cza­ja­my się od ży­cia du­cho­we­go, że jego prze­ja­wia­nie się w in­nych uzna­je­my za nie­pra­wość i po­błą­dze­nie. Tak do sa­mej śmier­ci trwa­my w śmier­ci du­cho­wej, ży­jąc i po­stę­pu­jąc nie w Chry­stu­sie, i nie od­zwier­cie­dla­jąc twier­dze­nia, że to, co zro­dzo­ne z du­cha, musi być du­cho­we.

Jed­nak w tym cza­sie to, co przy­ję­li­śmy w świę­tym chrzcie w Je­zu­sie Chry­stu­sie, nie ule­ga znisz­cze­niu, lecz zo­sta­je za­ko­pa­ne, jak ja­kiś skarb w zie­mi. A roz­są­dek i wdzięcz­ność wy­ma­ga­ją za­trosz­cze­nia się o to, aby go od­sło­nić i uka­zać jaw­nie. Jak to uczy­nić?

Umoż­li­wia­ją to na­stę­pu­ją­ce dwie me­to­dy: po pierw­sze, dar ten od­kry­wa­ny jest dzię­ki bar­dzo wy­tę­żo­ne­mu wy­peł­nia­niu przy­ka­zań, tak że na ile wy­peł­nia­my przy­ka­za­nia, na tyle dar ten od­sła­nia swo­ją ja­sność i blask; po dru­gie, może się ujaw­nić i od­sła­nia się w nie­ustan­nym przy­zy­wa­niu Pana Je­zu­sa czy też, co jest tym sa­mym, nie­ustan­nej pa­mię­ci o Bogu. Pierw­szy śro­dek jest po­tęż­ny, jed­nak dru­gi po­tęż­niej­szy, tak że na­wet ten pierw­szy otrzy­mu­je od nie­go swo­ją peł­ną moc. Dla­te­go je­śli szcze­rze pra­gnie­my od­sło­nić ukry­te w nas na­sie­nie ła­ski, śpiesz­my się szyb­ciej przy­wyk­nąć do tego ostat­nie­go ćwi­cze­nia ser­ca i no­sić w ser­cu tyl­ko tę jed­ną spra­wę mo­dli­twy, bez wi­dze­nia i bez wy­obra­żeń, aż roz­grze­je nam ser­ce i roz­pa­li je do nie­wy­sło­wio­nej mi­ło­ści ku Panu.

Dzia­ła­nie tej mo­dli­twy w ser­cu od­by­wa się na dwa spo­so­by. Cza­sa­mi przo­dem idzie umysł, przy­le­ga­jąc nie­ustan­ną pa­mię­cią do Pana w ser­cu, a cza­sa­mi dzia­ła­nie mo­dli­twy, uru­cho­mio­ne wcze­śniej ogniem ra­do­ści, przy­cią­ga umysł do ser­ca i an­ga­żu­je go do wzy­wa­nia Pana Je­zu­sa i po­boż­ne­go trwa­nia przed Nim. W pierw­szym wy­pad­ku dzia­ła­nie mo­dli­twy, po ob­ni­że­niu na­mięt­no­ści dzię­ki wy­peł­nia­niu przy­ka­zań, za­czy­na się od­sła­niać w cie­ple ser­ca na sku­tek usil­ne­go przy­zy­wa­nia Pana Je­zu­sa; w dru­gim zaś duch przy­cią­ga umysł do ser­ca i usta­wia go tam w głę­bi, po­wstrzy­mu­jąc od zwy­kłe­go wę­dro­wa­nia. Wsku­tek tych dwóch ro­dza­jów mo­dli­twy i umysł bywa raz czyn­ny, a raz kon­tem­pla­cyj­ny: w dzia­ła­niu z po­mo­cą Bożą po­ko­nu­je na­mięt­no­ści, a w kon­tem­pla­cji oglą­da Boga, na ile jest to do­stęp­ne dla czło­wie­ka.

Czyn­na mo­dli­twa umy­słu i ser­ca do­ko­nu­je się tak: usiądź na stoł­ku wy­so­kim na jed­ną piędź, spro­wadź umysł z gło­wy do ser­ca i przy­trzy­maj go tam; a stam­tąd wo­łaj umy­słem i ser­cem: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, zmi­łuj się nade mną”! Po­wstrzy­muj przy tym rów­nież od­dech, tak aby spo­koj­nie od­dy­chać, gdyż może to roz­pra­szać my­śli. Je­śli do­strze­żesz po­ja­wia­ją­ce się my­śli, nie zwra­caj na nie uwa­gi, na­wet gdy­by były pro­ste i do­bre, a nie tyl­ko próż­ne i nie­czy­ste. Za­my­ka­jąc umysł w ser­cu oraz czę­sto i cier­pli­wie przy­zy­wa­jąc Pana Je­zu­sa, szyb­ko znisz­czysz i wy­tę­pisz ta­kie my­śli, zwy­cię­ża­jąc je w nie­wi­dzial­ny spo­sób Bo­skim imie­niem. Świę­ty Jan Kli­mak mówi: „Ude­rzaj w wo­jow­ni­ków Imie­niem Je­zu­so­wym; in­nej, moc­niej­szej od nie­go bro­ni nie ma ani na nie­bie, ani na zie­mi”.

Kie­dy w ta­kim tru­dzie umysł opad­nie z sił, a cia­ło i ser­ce roz­bo­lą od wy­tę­żo­ne­go po­dej­mo­wa­nia czę­ste­go przy­zy­wa­nia Pana Je­zu­sa, wte­dy wstań i śpie­waj albo ćwicz się w roz­my­śla­niu o ja­kimś miej­scu Pi­sma, czy też z wła­snej pa­mię­ci na te­mat śmier­ci, albo też zaj­mij się czy­ta­niem, pra­cą ręcz­ną czy czym­kol­wiek in­nym.

Kie­dy po­dej­miesz to dzie­ło mo­dli­twy, to po­wi­nie­neś wte­dy czy­tać tyl­ko książ­ki, w któ­rych uka­za­ne są na­uki o ży­ciu we­wnętrz­nym, czuj­no­ści i mo­dli­twie, a mia­no­wi­cie Dra­bi­nę, sło­wa Iza­aka Sy­ryj­czy­ka, dzie­ła asce­tycz­ne Mak­sy­ma Wy­znaw­cy, Sy­me­ona No­we­go Teo­lo­ga, He­zy­chiu­sza, Fi­lo­te­osa Sy­naj­skie­go i tym po­dob­ne. Wszel­kie inne pi­sma odłóż na ten czas – nie dla­te­go, ja­ko­by mia­ły być nie­do­bre, lecz po­nie­waż nie bę­dzie to dla cie­bie od­po­wied­ni mo­ment, by się nimi zaj­mo­wać przy obec­nym uspo­so­bie­niu i dą­że­niu, bo mogą od­ry­wać umysł od mo­dli­twy. Czy­taj nie­wie­le, ale po­głę­bia­jąc i przy­swa­ja­jąc.

Lecz nie po­rzu­caj też mo­dli­twy ust­nej. Jed­ni za­cho­wu­ją ob­szer­ny ze­staw mo­dlitw, inni zu­peł­nie od­kła­da­ją mo­dli­tew­nik, mo­dląc się do Pana tyl­ko mo­dli­twą umy­sło­wą. A ty wy­bierz zło­ty śro­dek: nie wy­bie­raj wie­lu mo­dlitw, bo to pro­wa­dzi do za­mę­tu, ale też nie po­rzu­caj ich w ogó­le, na wy­pa­dek nie­mo­cy i roz­luź­nie­nia. Je­śli wi­dzisz, że mo­dli­twa dzia­ła w to­bie i nie prze­sta­je sama się wzno­sić w ser­cu, to nie po­rzu­caj jej i nie bierz mo­dli­tew­ni­ka. By­ło­by to po­zo­sta­wie­niem Boga we wnę­trzu, wyj­ściem stam­tąd, po czym na­wią­zy­wa­niu z Nim roz­mo­wy z ze­wnątrz. Lu­dzie, w któ­rych mo­dli­twa jesz­cze nie ro­dzi się sama, po­trze­bu­ją dużo ust­nej mo­dli­twy, a na­wet bez mia­ry, tak aby nie­ustan­nie trwać w od­ma­wia­niu licz­nych i róż­no­rod­nych mo­dlitw, aż od ta­kiej bo­le­snej pra­cy mo­dli­tew­nej roz­grze­je się ser­ce i roz­pocz­nie się w nim dzia­ła­nie mo­dli­twy. Kto zaś skosz­tu­je w koń­cu tej ła­ski, ten po­wi­nien od­ma­wiać mo­dli­twy ust­ne w pew­nej ilo­ści, a dłu­żej trwać na mo­dli­twie umy­sło­wej, jak na­ka­zy­wa­li oj­co­wie. W ra­zie wy­stą­pie­nia we­wnętrz­nej nie­mo­cy trze­ba od­ma­wiać mo­dli­twy ust­ne lub czy­tać pi­sma oj­ców. Zby­tecz­ne jest uży­wa­nie wio­seł, kie­dy wiatr wy­dął ża­gle, lecz są po­trzeb­ne wte­dy, gdy wiatr ucich­nie i łódź się za­trzy­ma.

Po­tęż­ny oręż prze­ciw­ko wro­gom po­sia­da ten, kto na mo­dli­twie pod­trzy­mu­je płacz pe­łen żalu, żeby nie wpaść w za­ro­zu­mial­stwo wsku­tek ra­do­ści otrzy­my­wa­nej na mo­dli­twie. Ten, kto strze­że ta­kie­go smut­ku po­mie­sza­ne­go z ra­do­ścią, unik­nie wszel­kiej szko­dy. Praw­dzi­wą, a nie złud­ną mo­dli­twą we­wnętrz­ną jest taka mo­dli­twa, w któ­rej cie­pło po­cho­dzą­ce z mo­dli­twy Je­zu­so­wej za­pusz­cza ogień w zie­mię ser­ca i wy­pa­la na­mięt­no­ści jak cier­nie. Ocie­nia ona du­szę ra­do­ścią i po­ko­jem i nie przy­cho­dzi z pra­wa czy lewa, czy na­wet z góry, lecz jak źró­dło wody wy­try­sku­je z ser­ca, z ży­cio­daj­ne­go Du­cha. Ją tyl­ko mi­łuj i pra­gnij osią­gnąć w ser­cu, pil­nu­jąc za­wsze, aby umysł był wol­ny od złu­dzeń. Z nią nie bój się ni­cze­go, po­nie­waż Ten, któ­ry po­wie­dział: „Od­wa­gi, Ja je­stem, nie bój­cie się!” (Mt 14,27), sam jest z nami.

3) Po­ucze­nie Ni­ce­fo­ra Mni­cha

Ni­ce­for Mnich swo­ją na­ukę o wcho­dze­niu w ser­ce przed­sta­wia w pa­ra­gra­fie o czuj­no­ści i strze­że­niu ser­ca (Do­bro­to­lu­bi­je, część pierw­sza s. 36–43).

Wy, któ­rzy pra­gnie­cie w do­ty­kal­ny spo­sób przy­jąć do ser­ca ogień nie­biań­ski i po­znać z do­świad­cze­nia kró­le­stwo nie­bie­skie, obec­ne w wa­szym wnę­trzu, przyjdź­cie, a po­dam wam na­ukę nie­biań­skie­go ży­cia, czy może le­piej sztu­kę, któ­ra bez pra­cy i potu wpro­wa­dza tego, kto ją re­ali­zu­je, do przy­sta­ni wol­nej od na­mięt­no­ści. Wsku­tek upad­ku wy­szli­śmy na ze­wnątrz; po­wró­ci­my zaś do sie­bie, od­wra­ca­jąc się od tego, co ze­wnętrz­ne. Po­jed­na­nie z Bo­giem i bli­skość Jego będą dla nas nie­moż­li­we, je­śli naj­pierw nie wró­ci­my do sie­bie i nie wej­dzie­my z ze­wnątrz do środ­ka. Tyl­ko ży­cie we­wnętrz­ne jest ży­ciem praw­dzi­wie chrze­ści­jań­skim. Po­świad­cza­ją to wszy­scy oj­co­wie.

Pe­wien brat za­py­tał abbę Aga­to­na: „Co jest waż­niej­sze, wy­si­łek cie­le­sny czy strze­że­nie ser­ca?”. Sta­rzec od­po­wie­dział: „Czło­wiek po­dob­ny jest do drze­wa; wy­si­łek cie­le­sny – to li­ście, a strze­że­nie ser­ca to owoc. A sko­ro we­dług Pi­sma każ­de drze­wo, któ­re nie wy­da­je do­bre­go owo­cu, zo­sta­je wy­cię­te i w ogień wrzu­co­ne, to oczy­wi­ste, że po­win­ni­ście całą swą tro­skę kie­ro­wać na owoc, tzn. na strze­że­nie ser­ca. Jed­nak­że po­trze­bu­je­my rów­nież odzie­nia z li­ści, tzn. wy­sił­ku cie­le­sne­go”.

Świę­ty Jan Kli­mak mówi: „Za­my­kaj drzwi celi przed cia­łem, drzwi ust przed ję­zy­kiem i drzwi wnę­trza przed zły­mi du­cha­mi. Prze­by­wa­jąc na wy­so­ko­ści (tzn. sku­pia­jąc uwa­gę na ser­cu), ob­ser­wuj, jak po­tra­fisz, jacy zło­dzie­je przy­by­wa­ją, aby wejść do win­ni­cy twe­go ser­ca i ukraść gro­na, oraz ilu ich jest. Kie­dy do­zor­ca (tzn. sku­pia­ją­cy uwa­gę na ser­cu) się zmę­czy, to wsta­nie i się po­mo­dli, a po­tem zno­wu usią­dzie i męż­nie za­bie­rze się za tą samą pra­cę (tzn. uwa­ża­nie na ser­ce oraz mo­dli­twę)”.

Świę­ty Ma­ka­ry Wiel­ki uczy: „Głów­na pra­ca asce­ty po­le­ga na tym, żeby wejść w ser­ce, a na­stęp­nie pro­wa­dzić tam bi­twę z sza­ta­nem i z nim wo­jo­wać, wal­cząc z po­cho­dzą­cy­mi od nie­go my­śla­mi”.

Świę­ty Iza­ak Sy­ryj­czyk pi­sze: „Po­sta­raj się wejść do twe­go we­wnętrz­ne­go skarb­ca, a uj­rzysz skarb nie­biań­ski. Dra­bi­na do kró­le­stwa nie­bie­skie­go ukry­ta jest we­wnątrz cie­bie, tzn. w two­im ser­cu. A więc ob­myj się z grze­chu i skup się w swo­im ser­cu: tam znaj­dziesz stop­nie, po któ­rych bę­dziesz mógł wcho­dzić wzwyż”.

Oto, co po­wie­dział Jan z Kar­pa­tos: „W mo­dli­twach po­trze­ba wiel­kie­go wy­sił­ku asce­tycz­ne­go oraz tru­du, aby do­stą­pić sta­nu wol­no­ści od za­mę­tu my­śli. Jest to dru­gie nie­bo ser­ca, w którym miesz­ka Chry­stus, jak mówi apo­stoł: «Czyż nie wie­cie, że Chry­stus miesz­ka w was?» (1 Kor 3,16)” [W PŚ: Duch Boży].

A oto sło­wa św. Sy­me­ona No­we­go Teo­lo­ga: „Od chwi­li, kie­dy czło­wiek zo­stał wy­gna­ny z raju i od­da­lił się od Boga, dia­beł z de­mo­na­mi uzy­skał moż­li­wość swo­bod­ne­go, nie­wi­dzial­ne­go za­bu­rza­nia we dnie i w nocy siły my­śli każ­de­go czło­wie­ka. Umysł nie może się przed tym za­bez­pie­czyć ina­czej, jak cią­gle pa­mię­ta­jąc o Bogu. Kto bę­dzie miał wpo­jo­ną pa­mięć o Bogu, ten może po­wstrzy­my­wać siłę my­śli od błą­ka­nia się”.

Po­dob­nie uczą wszy­scy świę­ci oj­co­wie. To naj­wznio­ślej­sze ze wszyst­kich dzia­ła­nie nie­mal wszy­scy przej­mo­wa­li, ucząc się od in­nych. Bar­dzo rzad­ko zda­rza­ło się, że otrzy­my­wa­li je i otrzy­mu­ją wprost od Boga bez na­uki, dzię­ki go­rą­cu swej wia­ry. Po­trze­ba za­tem szu­kać na­uczy­cie­la zna­ją­ce­go się na tej rze­czy. Lecz je­śli nie ma ta­kie­go na­uczy­cie­la, to we­zwij Boga na po­moc ze skru­szo­nym ser­cem i łza­mi, po czym zrób, co ci po­wiem.

Wia­do­mo, że od­dech wpro­wa­dza po­wie­trze przez płu­ca do ser­ca. A więc usiądź, po czym skup umysł i wpro­wadź go dro­gą, któ­rą prze­by­wa od­dech, do wnę­trza. Przy­muś go, żeby ra­zem z wdy­cha­nym po­wie­trzem zszedł aż do sa­me­go ser­ca, i za­trzy­maj go tam, nie po­zwa­la­jąc mu wyjść, gdy­by chciał. A trzy­ma­jąc go tam, nie po­zwa­laj mu być próż­nym, lecz daj mu na­stę­pu­ją­ce świę­te sło­wa: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, Synu Boży, zmi­łuj się nade mną!”. Niech po­wta­rza je dzień i noc. Sta­raj się przy­zwy­cza­ić się do prze­by­wa­nia we wnę­trzu z wy­zna­czo­ną mo­dli­twą i czu­waj, aby umysł nie wy­cho­dził stam­tąd szyb­ko, gdyż z po­cząt­ku bę­dzie bar­dzo słab­nąć od ta­kie­go uci­ska­ją­ce­go za­mknię­cia we wnę­trzu. Ale kie­dy się przy­zwy­czai, prze­by­wa­nie tam bę­dzie dla nie­go we­so­łe i ra­do­sne i sam za­pra­gnie tam po­zo­stać. Jak czło­wiek, któ­ry po­wró­cił do domu z ob­ce­go kra­ju i nie po­sia­da się z ra­do­ści na wi­dok żony i dzie­ci, tak umysł, któ­ry zjed­no­czył się z ser­cem, na­peł­nia się nie­wy­sło­wio­ną ra­do­ścią i we­se­lem.

Je­śli zdo­łasz wejść do ser­ca dro­gą, któ­rą ci po­ka­za­łem, to złóż Bogu dzięk­czy­nie­nie i trzy­maj się za­wsze tej czyn­no­ści, a ona na­uczy cię rze­czy, o ja­kich na­wet nie my­śla­łeś. Je­śli zaś mimo dłu­gie­go wy­sił­ku nie zdo­łasz wejść do kra­iny ser­ca spo­so­bem, któ­ry ci po­ka­za­łem, to uczyń, co ci jesz­cze po­wiem, a z Bożą po­mo­cą znaj­dziesz to, cze­go szu­kasz. Wia­do­mo, że zdol­ność wy­sła­wia­nia się (we­wnętrz­ne sło­wo – sło­wa, ja­ki­mi roz­ma­wia­my same ze sobą) mie­ści się w pier­siach czło­wie­ka: bo to tam, w pier­si, mó­wi­my ze sobą i na­ra­dza­my się, kie­dy mil­czą usta, tam od­ma­wia­my mo­dli­twy (gdy czy­ni­my to z pa­mię­ci, w my­ślach), tam pro­wa­dzi­my śpiew psal­mów i każ­dą inną roz­mo­wę ze sobą. Tej też zdol­no­ści, po ode­rwa­niu od niej wszel­kich my­śli, po­zwól nie­ustan­nie mó­wić: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, Synu Boży, zmi­łuj się nade mną”, i przy­muś się do tego jed­ne­go wo­ła­nia we wnę­trzu za­miast wszel­kie­go in­ne­go. Wy­trzy­maj cier­pli­wie przy tej czyn­no­ści tyl­ko przez ja­kiś czas, a bez wąt­pie­nia otwo­rzy się dzię­ki niej przed tobą wej­ście do ser­ca; po­zna­li­śmy to sami z do­świad­cze­nia.

Wraz z tym ogrom­nie po­żą­da­nym i ra­do­snym wej­ściem w ser­ce oraz jego stró­żem – uwa­gą, przy­bę­dzie do cie­bie rów­nież cała mno­gość cnót: mi­łość, ra­dość, po­kój, cier­pli­wość, ła­god­ność itd.

4) Po­ucze­nie Igna­ce­go i Ka­lik­sta

Mni­si Ka­likst i Igna­cy Ksan­to­pu­los pre­zen­tu­ją swo­je na­uki o we­wnętrz­nym dzia­ła­niu ser­ca w ca­łych Stu roz­dzia­łach, za­miesz­czo­nych w Do­bro­to­lu­bi­ju (część dru­ga, s. 56–131). Oto ich głów­ne, po­trzeb­ne nam tre­ści:

Po­cząt­kiem ży­cia we­dług Boga jest gor­li­wość oraz wszel­kie pil­ne sta­ra­nia o ży­cie zgod­ne ze zba­wien­ny­mi przy­ka­za­nia­mi Chry­stu­so­wy­mi; końcem zaś – ujaw­nie­nie się w do­sko­na­ło­ści tego, co ukształ­to­wa­ła w nas ła­ska Boża we chrzcie, czy też, co zna­czy to samo, „po­rzu­ce­nie daw­ne­go czło­wie­ka, któ­ry ule­ga ze­psu­ciu na sku­tek zwod­ni­czych żądz… i przy­oble­cze­nie czło­wie­ka no­we­go” (Ef 4,22–23), tzn. Pana Je­zu­sa Chry­stu­sa, jak mówi świą­to­bli­wy Pa­weł: „Dzie­ci moje, oto po­now­nie w bó­lach was ro­dzę, aż Chry­stus w was się ukształ­tu­je” (Ga 4,19).

Kie­dy przyj­mu­je­my chrzest – mówi św. Jan Chry­zo­stom – wów­czas du­sza na­sza, oczysz­czo­na przez Du­cha Świę­te­go, świe­ci moc­niej od słoń­ca. Jak czy­ste sre­bro wy­sta­wio­ne na pro­mie­nie słoń­ca samo tak­że wy­da­je pro­mie­nie, choć nie z na­tu­ry, lecz dzię­ki oświe­tle­niu słoń­cem, tak du­sza oczysz­czo­na we chrzcie przyj­mu­je pro­mie­nie chwa­ły Du­cha i sama we­wnętrz­nie sta­je się chwa­leb­na. Lecz nie­ste­ty! Chwa­ła ta, nie­wy­sło­wio­na i strasz­li­wa, tyl­ko przez je­den czy dwa dni w nas prze­by­wa, a po­tem ją ga­si­my, ścią­ga­jąc bu­rzę ziem­skich trosk i uczyn­ków peł­nych na­mięt­no­ści.

Na dar­mo przyj­mu­je­my do­sko­na­łą Bożą ła­skę w Bo­skich ło­nach, tzn. świę­tej chrzciel­ni­cy. Je­śli póź­niej ukry­li­śmy ją pod mro­kiem ziem­skich trosk i na­mięt­no­ści, to mo­że­my ją na nowo przy­wró­cić i oczy­ścić skru­chą i wy­peł­nia­niem Bo­skich przy­ka­zań, oraz uj­rzeć jej po­nadna­tu­ral­ną świa­tłość. Dzie­je się tak na mia­rę wia­ry każ­dej oso­by oraz żaru jej za­pa­łu do ży­cia we­dług wia­ry, a w naj­więk­szym stop­niu dzię­ki bło­go­sła­wień­stwu Pana Je­zu­sa Chry­stu­sa. Świę­ty Ma­rek mówi: „Chry­stus, ten do­sko­na­ły Bóg, udzie­lił przyj­mu­ją­cym chrzest do­sko­na­łej ła­ski Du­cha Świę­te­go, któ­ra nie wy­ma­ga od nas ni­cze­go poza tym; od­sła­nia się zaś w nas i ujaw­nia w mia­rę wy­peł­nia­nia przy­ka­zań, aż doj­dzie­my do mia­ry wiel­ko­ści we­dług Peł­ni Chry­stu­sa” (Ef 4,13).

Tak więc, sko­ro po­cząt­kiem i źró­dłem zba­wien­ne­go dzia­ła­nia jest ży­cie we­dług przy­ka­zań Pana, a koń­cem i owo­cem – przy­wró­ce­nie udzie­lo­nej nam pier­wot­nie we chrzcie do­sko­na­łej ła­ski Du­cha, któ­ra w nas trwa, ale jest po­grze­ba­na pod na­mięt­no­ścia­mi, i na nowo od­sła­nia się dzię­ki wy­peł­nia­niu Bo­żych przy­ka­zań, to trze­ba nam za­pra­gnąć tego speł­nia­nia przy­ka­zań, aby móc oczy­ścić i wy­raź­niej uj­rzeć ist­nie­ją­cy w nas dar Du­cha. Uczeń spo­czy­wa­ją­cy na pier­si Pana, Jan, mówi, że ten, kto speł­nia przy­ka­za­nia Pań­skie, prze­by­wa z Pa­nem, a Pan z nim. Sam zaś Pan uka­zu­je to jesz­cze peł­niej, mó­wiąc: „Kto ma przy­ka­za­nia moje i za­cho­wu­je je, ten Mnie mi­łu­je. Kto zaś Mnie mi­łu­je, ten bę­dzie umi­ło­wa­ny przez Ojca mego, a rów­nież Ja będę go mi­ło­wał i ob­ja­wię mu sie­bie… Je­śli Mnie kto mi­łu­je, bę­dzie za­cho­wy­wał moją na­ukę, a Oj­ciec mój umi­łu­je go, i przyj­dzie­my do nie­go, i bę­dzie­my u nie­go prze­by­wać” (J 14,21.23).

Ści­słe wy­peł­nia­nie zba­wien­nych przy­ka­zań jest dla nas nie­moż­li­we bez Pana Je­zu­sa Chry­stu­sa, jak mówi On sam: „Beze Mnie nic nie mo­że­cie uczy­nić” (J 15,5), i jak wy­znał Apo­stoł: „Nie ma w żad­nym in­nym zba­wie­nia” (Dz 4,12). Jest On dla nas dro­gą, praw­dą i ży­ciem. Dla­te­go też nasi sław­ni prze­wod­ni­cy i na­uczy­cie­le, z ży­ją­cym w nich prze­świę­tym Du­chem, po­ucza­ją nas mą­drze aby przed ja­ką­kol­wiek inną czyn­no­ścią po­mo­dlić się do Pana i bez wa­ha­nia pro­sić Go o mi­ło­sier­dzie dla sie­bie, jak rów­nież, aby Jego prze­świę­te i naj­słod­sze imię nie­ustan­nie mieć i za­wsze no­sić w ser­cu, umy­śle i ustach, z nim nie­ustan­nie żyć, spać, czu­wać, cho­dzić, jeść i pić. Po­nie­waż jak wów­czas, gdy nie ma w nas ta­kie­go przy­zy­wa­nia, gro­ma­dzi się w nas wszyst­ko, co złe i zgub­ne, tak kie­dy ono w nas jest, wszyst­ko, co prze­ciw­ne, jest od­pę­dza­ne, nic, co do­bre, nie ma­le­je, i nie ma ni­cze­go, cze­go by­śmy nie mo­gli uczy­nić, jak po­wie­dział sam Pan: „Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przy­no­si owoc ob­fi­ty” (J 15,5).

Tak więc uznaj­my na­szą nie­moc, złóż­my całą uf­ność w Panu i umi­łuj­my przy­ka­za­nia do tego stop­nia, że bę­dzie­my wo­le­li ra­czej od­dać ży­cie, niż na­ru­szyć któ­re­kol­wiek z nich, po czym wszel­kie na­sze sta­ra­nia skie­ruj­my na to, żeby na­brać na­wy­ku i umoc­nić się w nie­ustan­nym przy­zy­wa­niu zba­wien­ne­go imie­nia Pana, któ­re nisz­czy wszel­kie zło i stwa­rza wszel­kie do­bra. Żeby zaś uła­twić ten wy­si­łek, świę­ci oj­co­wie uka­za­li pew­ną od­dziel­ną czyn­ność, na­zy­wa­jąc ją sztu­ką, a na­wet sztu­ką nad sztu­ka­mi. Pre­zen­tu­je­my tu­taj na­tu­ral­ną sztu­kę god­ne­go po­dzi­wu Ni­ce­fo­ra, jak wcho­dzić do wnę­trza ser­ca dro­gą od­de­cho­wą, któ­ra ogrom­nie po­ma­ga w sku­pie­niu my­śli.

Jej za­sa­da jest na­stę­pu­ją­ca: usiądź w sa­mot­nym miej­scu i skup umysł, po czym wpro­wadź go dro­gą od­de­cho­wą do ser­ca i za­trzy­mu­jąc tam uwa­gę, wo­łaj nie­ustan­nie: „Pa­nie, Jezu Chry­ste, Synu Boży, zmi­łuj się nade mną!”. Tak po­stę­puj do mo­men­tu, aż przy­zy­wa­nie to za­ko­rze­ni się w ser­cu i sta­nie się nie­ustan­ne.

Tak uczy­li wszy­scy świę­ci oj­co­wie. Świę­ty Chry­zo­stom mówi: „Bła­gam was, bra­cia, ni­g­dy nie prze­sta­waj­cie wy­peł­niać tej re­gu­ły mo­dli­tew­nej”. W in­nym zaś miej­scu: „Każ­dy, czy je, czy pije, sie­dzi czy od­pra­wia na­bo­żeń­stwo, po­dró­żu­je czy czy­ni co­kol­wiek in­ne­go, po­wi­nien nie­ustan­nie wo­łać: «Pa­nie, Jezu Chry­ste, Synu Boży, zmi­łuj się nade mną», a imię Pana Je­zu­sa Chry­stu­sa, scho­dząc w głę­bię ser­ca, po­skro­mi węża zgub­ne­go, du­szę zaś zba­wi i przy­wró­ci do ży­cia. Trwaj nie­ustan­nie w przy­zy­wa­niu imie­nia Pana Je­zu­sa, aby ser­ce po­chło­nę­ło Pana, a Pan ser­ce, i aby tych dwo­je sta­ło się jed­nym”. I jesz­cze: „Nie od­dzie­laj­cie ser­ca wa­sze­go od Boga, lecz za­cho­wuj­cie w nim za­wsze pa­mięć o Panu na­szym Je­zu­sie Chry­stu­sie, aż imię Pana umoc­ni się we wnę­trzu ser­ca, i o ni­czym in­nym nie my­śl­cie poza tym, żeby Chry­stus zo­stał w was wy­wyż­szo­ny”. Świę­ty Jan Kli­mak mówi: „Niech pa­mięć o Je­zu­sie złą­czy się z two­im od­de­chem”. A św. He­zy­chiusz pi­sze: „Je­śli pra­gniesz za­kry­wać wsty­dem obce my­śli i nie­ustan­nie zy­ski­wać czuj­ność ser­ca, to niech mo­dli­twa do Pana Je­zu­sa przy­lgnie do twe­go od­de­chu, a w cią­gu nie­wie­lu dni uj­rzysz, że two­je pra­gnie­nie zo­sta­nie speł­nio­ne”.

Wiedz­my, że je­że­li na­uczy­my nasz umysł, aby ra­zem z od­de­chem scho­dził do ser­ca, to za­uwa­ży­my rów­nież, że scho­dząc tam, sta­je się zjed­no­czo­ny i nagi, i trzy­ma się tyl­ko pa­mię­ci o Panu na­szym Je­zu­sie Chry­stu­sie i przy­zy­wa­nia Go. I prze­ciw­nie, kie­dy wy­cho­dzi stam­tąd i wy­bie­ga do przed­mio­tów ze­wnętrz­nych, to wbrew chę­ci dzie­li się na licz­ne wy­obra­że­nia i wspo­mnie­nia. Do­świad­cze­ni w tych spra­wach oj­co­wie na­ka­zu­ją rów­nież, że w celu za­cho­wa­nia tej pro­sto­ty i jed­no­ści umy­słu ten, kto za­pra­gnął na­być na­wyk czuj­no­ści umy­słu w ser­cu, niech prze­by­wa w ci­chym i nie­zbyt ja­snym miej­scu, zwłasz­cza na po­cząt­ku tego do­bre­go wy­sił­ku, po­nie­waż wi­dze­nie ze­wnętrz­nych przed­mio­tów w na­tu­ral­ny spo­sób po­wo­du­je roz­pra­sza­nie się my­śli. Kie­dy zaś mil­czą­ce i ciem­ne miej­sce ukry­wa przed nami rze­czy ze­wnętrz­ne, myśl prze­sta­je się roz­pra­szać i ła­twiej zbie­ra się w so­bie, jak mówi Ba­zy­li Wiel­ki: „Umysł, któ­ry nie wy­bie­ga do świa­ta na sku­tek po­cią­ga­nia go uczu­cia­mi, po­wra­ca do sie­bie”.

Za­uważ, że isto­ta tego wy­sił­ku po­le­ga na jed­no­myśl­nym, gor­li­wym, czy­stym i wol­nym od błą­ka­nia się przy­zy­wa­niu z wia­rą Pana na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa, a nie tyl­ko na scho­dze­niu do ser­ca dro­gą od­de­cho­wą i prze­by­wa­niu w ci­chym i ciem­nym miej­scu. Wszyst­ko to, jak rów­nież inne po­dob­ne rze­czy, wy­na­leź­li oj­co­wie nie w in­nym celu, jak dla­te­go, że wi­dzie­li w tym pew­ną po­moc w sku­pia­niu my­śli i ich po­wro­cie do sie­bie z ich zwy­kłe­go błą­ka­nia się. A z na­wy­ku za­cho­wy­wa­nia sku­pie­nia i ob­ser­wo­wa­nia sie­bie ro­dzi się też na­wyk czy­stej i wol­nej od błą­ka­nia się mo­dli­twy umy­sło­wej w ser­cu.

Wiedz rów­nież to, że wszyst­kie te uła­twia­ją­ce po­ło­że­nia cia­ła są za­le­ca­ne, re­gu­lo­wa­ne szcze­gó­ło­wy­mi za­sa­da­mi i uzna­wa­ne za po­trzeb­ne do mo­men­tu osią­gnię­cia czy­stej i wol­nej od błą­ka­nia się mo­dli­twy w ser­cu. Kie­dy zaś dzię­ki upodo­ba­niu i ła­sce Pana na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa to osią­gniesz, to wte­dy po­rzu­cisz licz­ne i róż­no­rod­ne czyn­no­ści i bę­dziesz trwać ści­ślej, niż moż­na wy­po­wie­dzieć, zjed­no­czo­ny z je­dy­nym Pa­nem w czy­stej i wol­nej od błą­ka­nia się mo­dli­twie ser­ca, nie po­trze­bu­jąc tych uła­twień.

Je­śli za­tem pra­gniesz dzię­ki sa­me­mu dzia­ła­niu do­stą­pić ży­cia w Je­zu­sie Chry­stu­sie, to po­sta­raj się dojść do tego, żeby w każ­dym cza­sie, o każ­dej po­rze i przy każ­dym za­ję­ciu w czy­sty spo­sób i bez błą­ka­nia się mo­dlić się w ser­cu do Pana, abyś w taki spo­sób z wie­ku nie­mow­lę­ce­go mógł doj­rzeć do „czło­wie­ka do­sko­na­łe­go, do mia­ry wiel­ko­ści we­dług Peł­ni Chry­stu­sa” (Ef 4,13). Nie za­po­mi­naj przy tym, że kie­dy cza­sa­mi bę­dzie do cie­bie z wła­snej chę­ci przy­cho­dzić czy­sta mo­dli­twa, to pod żad­nym po­zo­rem nie po­wi­nie­neś jej nisz­czyć prze­pi­sa­ny­mi mo­dli­twa­mi ust­ny­mi. Jak uczy Fi­le­mon: „Czy w nocy, czy we dnie ze­chce Pan, byś po­czuł czy­stą i wol­ną od błą­ka­nia się mo­dli­twę, to po­zo­staw wów­czas swój ze­staw mo­dlitw i, ile tyl­ko mo­żesz, sta­raj się z ca­łej siły przy­lgnąć do Boga, a on oświe­ci two­je ser­ce du­cho­wym dzia­ła­niem”.

Kie­dy zaś do­stą­pisz tego, że mo­dli­twa bę­dzie w twym ser­cu prze­by­wać bez opusz­cza­nia go, to wte­dy, jak mówi Iza­ak Sy­ryj­czyk, osią­gną­łeś kres wszyst­kich cnót i sta­łeś się miesz­ka­niem Du­cha Świę­te­go; wte­dy mo­dli­twa nie bę­dzie usta­wać, czy sie­dzisz, czy cho­dzisz, czy jesz, czy pi­jesz, czy co­kol­wiek in­ne­go czy­nisz. Na­wet w głę­bo­kim śnie miłe wo­nie mo­dli­twy będą wzno­sić się z ser­ca bez wy­sił­ku, a je­śli na­wet mo­dli­twa za­milk­nie we śnie, to we wnę­trzu bę­dzie za­wsze w ukry­ciu peł­nić świę­tą służ­bę, nie prze­ry­wa­jąc bie­gu.

B. Zbiór drugi

1) Roz­dzia­ły He­zy­chiu­sza z Je­ro­zo­li­my, ka­pła­na2

1) Uwa­ga jest to nie­prze­ry­wa­ne żad­ny­mi my­śla­mi milczenie ser­ca, w któ­rym ono za­wsze, bez prze­rwy i nie­ustan­nie Chry­stu­sem Je­zu­sem, Sy­nem Bo­żym i Bo­giem, i tyl­ko Nim sa­mym od­dy­cha, Jego przy­zy­wa, z Nim męż­nie sta­je do wal­ki z wro­ga­mi i Jemu, ma­ją­ce­mu wła­dzę od­rzu­ca­nia grze­chów, spo­wia­da się ze swo­ich prze­wi­nień (rozdz. 5).

2) Czuj­ność jest to twar­de tkwie­nie i trwa­nie umy­słu u drzwi ser­ca, tak że wi­dzi pod­cho­dze­nie ob­cych my­śli, tych zło­dziei i ra­bu­siów, sły­szy, co mó­wią i czy­nią ci nisz­czy­cie­le oraz jaki ob­raz kre­ślą i przed­sta­wia­ją de­mo­ny, pró­bu­jąc za jego po­mo­cą wcią­gnąć umysł w złu­dę i go oma­mić. Je­śli bę­dzie­my tru­dzić się, by po­ko­nać te ich dzia­ła­nia, to uka­żą nam ono ja­sno sztu­kę wal­ki umy­sło­wej (rozdz. 6).

3) Spo­so­by osią­ga­nia czuj­no­ści: pierw­szy to bez­u­stan­ne szu­ka­nie złu­dy lub pod­stę­pu; dru­gi – cią­głe utrzy­my­wa­nie ser­ca w głę­bo­kim mil­cze­niu i wol­no­ści od wszel­kich my­śli oraz mo­dli­twa; trze­ci – nie­ustan­ne po­kor­ne wzy­wa­nie na po­moc Pana Je­zu­sa Chry­stu­sa; czwar­ty – za­cho­wy­wa­nie w du­szy nie­ustan­nej pa­mię­ci o śmier­ci; pią­ty, naj­sku­tecz­niej­szy ze wszyst­kich – spo­glą­da­nie tyl­ko ku nie­bu, w ni­czym nie ce­niąc zie­mi (rozdz. 14–18).

4) Ten, kto wal­czy w swym wnę­trzu, w każ­dej chwi­li po­trze­bu­je na­stę­pu­ją­cych czte­rech dzia­łań: po­ko­ry, naj­więk­szej uwa­gi, prze­ciw­sta­wia­nia się my­ślom oraz mo­dli­twy. Po­ko­ry – żeby pod­czas bi­twy z prze­ciw­ni­ka­mi, pysz­ny­mi de­mo­na­mi, za­wsze mieć w po­bli­żu ser­ca po­moc Chry­stu­so­wą, po­nie­waż Pan nie­na­wi­dzi pysz­nych. Uwa­gi– żeby za­wsze utrzy­my­wać ser­ce opróż­nio­ne z wszel­kich my­śli, choć­by na­wet wy­da­wa­ły się do­bry­mi.Prze­ciw­sta­wia­nia się– żeby, kie­dy tyl­ko ostrym wzro­kiem umy­słu poj­mie, kto przy­szedł, na­tych­miast z gnie­wem prze­ciw­sta­wić się złe­mu zgod­nie ze sło­wa­mi: „i dam od­po­wiedź tym, któ­rzy mnie znie­wa­ża­ją – du­sza moja spo­czy­wa tyl­ko w Bogu” (Ps 119,42; 62,2). Mo­dli­twy – aby po prze­ciw­sta­wie­niu się na­tych­miast z głę­bi ser­ca wo­łać ku Chry­stu­so­wi „w bła­ga­niach, któ­rych nie moż­na wy­ra­zić sło­wa­mi” (Rz 8,26). I wte­dy sam wal­czą­cy zo­ba­czy, jak na imię Je­zu­sa, przed któ­rym zgi­na się wszel­kie ko­la­no, wróg ze swą złu­dą się roz­wie­je jak proch na wie­trze czy znik­nie jak dym (rozdz. 20).

5) Kto nie ma mo­dli­twy wol­nej od my­śli, ten nie ma orę­ża do bi­twy, tej mo­dli­twy – mó­wię – któ­ra by nie­ustan­nie dzia­ła­ła w naj­głęb­szych taj­niach du­szy i przy­zy­wa­niem Pana Je­zu­sa Chry­stu­sa chło­sta­ła i pa­li­ła wal­czą­ce­go skry­cie wro­ga (rozdz. 21).

6) Po­wi­nie­neś ostrym i wy­tę­żo­nym spoj­rze­niem umy­słu spo­glą­dać do wnę­trza, by roz­po­zna­wać wcho­dzą­cych. Kie­dy tyl­ko roz­po­znasz, na­tych­miast prze­ciw­nym sło­wem zmiażdż gło­wę węża, i ra­zem z tym bła­ga­niem wo­łaj ku Chry­stu­so­wi. A otrzy­masz wte­dy do­świad­cze­nie nie­wi­dzial­nej Bo­skiej obro­ny (rozdz. 22).

7) Je­śli z po­kor­ną my­ślą, pa­mię­ta­jąc o śmier­ci, upo­ka­rza­jąc się, prze­ciw­sta­wia­jąc się my­ślom i przy­zy­wa­jąc Je­zu­sa Chry­stu­sa, za­wsze prze­by­wasz w swym sercu i z tym orę­żem co­dzien­nie po­dą­żasz dro­gą umy­słu – cia­sną, ale ra­do­sną i peł­ną po­cie­szeń, to doj­dziesz do świę­tych kon­tem­pla­cji i zo­sta­niesz oświe­co­ny przez Chry­stu­sa po­zna­niem głę­bo­kich ta­jem­nic, „w Nim zaś wszyst­kie skar­by mą­dro­ści i wie­dzy są ukry­te” (Kol 2,3). Po­nie­waż w Chry­stu­sie Je­zu­sie od­czu­jesz, że w two­ją du­szę zstą­pił Duch Świę­ty, za spra­wą któ­re­go czło­wiek otrzy­mu­je oświe­ce­nie, „by z od­sło­nię­tą twa­rzą wpa­try­wać się w ja­sność Pań­ską” (rozdz. 29) (2 Kor 3,18).

8) „Dia­beł jak lew ry­czą­cy krą­ży”ze swy­mi za­stę­pa­mi, „szu­ka­jąc, kogo po­żreć” (1 P 5,8). Niech za­tem ni­g­dy nie usta­je w nas uwa­ga ser­ca, czuj­ność, prze­ciw­sta­wia­nie się my­ślom oraz mo­dli­twa do Chry­stu­sa Je­zu­sa, Boga na­sze­go. Lep­szej bo­wiem po­mo­cy od Je­zu­so­wej nie znaj­dziesz przez całe ży­cie, po­nie­waż tyl­ko On, je­dy­ny Pan, jako Bóg zna za­sadz­ki, obej­ścia i pod­stę­py de­mo­nów (rozdz. 39).

9) Jak wi­dzial­na sól osła­dza chleb i każ­de po­ży­wie­nie, chro­ni mię­so od gni­cia i za­cho­wu­je na dłu­go w do­brym sta­nie, tak poj­muj też umy­sło­we strze­że­nie roz­ko­szy umy­sło­wej i god­ne­go po­dzi­wu dzia­ła­nia w ser­cu. Po­nie­waż rów­nież ono w Boży spo­sób osła­dza za­rów­no we­wnętrz­ne­go, jak i ze­wnętrz­ne­go czło­wie­ka, prze­pę­dza smród złych my­śli i utrzy­mu­je nas w sta­ło­ści ku do­bre­mu (rozdz. 87).

10) W ja­kiej mie­rze czuj­nie słu­chasz umy­słu, w ta­kiej też bę­dziesz z go­rą­cym pra­gnie­niem mo­dlić się do Je­zu­sa; i w ja­kiej mie­rze nie­dba­le pil­nu­jesz umy­słu, w ta­kiej też od­da­lisz się od Je­zu­sa. I jak to pierw­sze moc­no oświe­ca at­mos­fe­rę umy­słu, tak to ostat­nie, tzn. uni­ka­nie czuj­no­ści oraz słod­kie­go przy­zy­wa­nia Je­zu­sa, za­zwy­czaj cał­kiem ją za­ciem­nia (rozdz. 90).

11) Nie­ustan­ne przy­zy­wa­nie Je­zu­sa z go­rą­cym pra­gnie­niem, peł­nym roz­ko­szy i ra­do­ści, spra­wia, że at­mos­fe­ra ser­ca dzię­ki naj­więk­szej uwa­dze na­peł­nia się przy­jem­ną ci­szą. Na­to­miast spraw­cą cał­ko­wi­te­go oczysz­cze­nia ser­ca jest Je­zus Chry­stus, Syn Boży i Bóg, Spraw­ca i Stwór­ca wszel­kie­go do­bra. Po­nie­waż On sam mówi: „Ja, Pan, czy­nię to wszyst­ko” (Iz 45,7) (rozdz. 91).

12) Z nie­ustan­ne­go pa­mię­ta­nia i przy­zy­wa­nia Pana na­sze­go Je­zu­sa Chry­stu­sa ro­dzi się pe­wien stan Boży, je­śli tyl­ko nie bę­dzie­my za­nie­dby­wać cią­głej umy­sło­wej mo­dli­twy do Nie­go i nie­ustan­ne­go czu­wa­nia, jako je­dy­nej nie­ustę­pli­wie ko­niecz­nej pra­cy. I na­praw­dę za­wsze po­win­ni­śmy mieć jed­ną i w ten sam spo­sób do­ko­ny­wa­ną pra­cę – przy­zy­wa­nie Je­zu­sa Chry­stu­sa, Pana na­sze­go; z go­rą­cym ser­cem wo­łając do Nie­go, aby po­zwo­lił nam do sie­bie przy­stą­pić i kosz­to­wać Jego imie­nia. Czę­ste wy­ko­ny­wa­nie jest bo­wiem mat­ką wpra­wy, tak w od­nie­sie­niu do cnót, jak i wad; a po­tem rzą­dzi już na­wyk, jak rów­nież na­tu­ra. Kie­dy umysł doj­dzie do ta­kie­go sta­nu, wte­dy sam już wy­szu­ku­je swo­ich prze­ciw­ni­ków, jak pies my­śliw­ski za­ją­ca w krza­kach; ale ten szu­ka go po to, by go po­żreć, tam­ten – aby zwy­cię­żyć i ro­ze­gnać (rozdz. 97).

13) Wiel­ce do­świad­czo­ny w tych spra­wach wiel­ki Da­wid mówi do Pana: „Pa­no­wa­nie moje dla Cie­bie za­cho­wam” (Ps 58,10). Tak więc za­cho­wa­nie w nas pa­no­wa­nia nad ser­cem i mil­cze­niem umy­słu, z któ­re­go ro­dzą się wszyst­kie cno­ty, za­le­ży od po­mo­cy Pana, któ­ry dał nam przy­ka­za­nia i od­pę­dza od nas, je­śli nie­ustan­nie Go wzy­wa­my, nie­wła­ści­wą nie­pa­mięć, któ­ra naj­bar­dziej nisz­czy mil­cze­nie ser­ca, jak woda ogień. Dla­te­go nie po­zwa­laj wsku­tek za­nie­dba­nia, by na two­ją zgu­bę ogar­niał cię sen, lecz chło­staj prze­ciw­ni­ków imie­niem Je­zu­sa. To naj­słod­sze imię niech przy­lgnie do twe­go od­de­chu, a wte­dy po­znasz po­ży­tek pły­ną­cy z mil­cze­nia (rozdz. 100).