Peregrynacje - Mirosław Witkowski - ebook
NOWOŚĆ

Peregrynacje ebook

Mirosław Witkowski

0,0

Opis

Jak wygląda codzienność dyplomaty na drugim końcu świata?

Bycie konsulem rzadko przypomina dyplomatyczne bankiety z telewizji. Częściej oznacza prowizoryczne biuro, telefony bez odpowiedzi oraz decyzje podejmowane w warunkach, w których nie istnieją żadne gotowe rozwiązania.

Były polski konsul zabiera czytelnika w podróż po placówkach, gdzie oficjalna dyplomacja szybko traci sens. Od nieufnej, postsowieckiej Rosji początku lat 90., przez Bliski Wschód i Afrykę Północną, po kraje, do których wjazd oznacza stałą obserwację i brak jakiejkolwiek prywatności. Kuwejt, Tunezja, Pakistan, niedostępna Korea Północna oraz pulsujące kontrastami Peru. Każde z tych miejsc staje się innym testem cierpliwości, lojalności i granic kompromisu.

Z humorem, ale bez złudzeń, autor opisuje codzienność pracy od zaplecza. Negocjacje prowadzone na korytarzach, absurdalne lokalne przepisy, presję polityczną oraz relacje z urzędnikami państw, w których przyszło mu służyć. To opowieść o dyplomacji pozbawionej blichtru, tam, gdzie prestiż nie chroni przed odpowiedzialnością, a najważniejsze decyzje zapadają wtedy, gdy nie ma świadków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 294

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Na­wet je­śli kie­dyś prze­mknę­ło mi przez gło­wę, mnie – do­ma­to­ro­wi z na­tu­ry – po­dró­żo­wa­nie po świe­cie w sty­lu wa­ga­bun­dy, bądź ko­go­kol­wiek, to na pew­no nie wów­czas i nie w ta­kich oko­licz­no­ściach…

OKRĘG KALININGRADZKI(Fe­de­ra­cja Ro­syj­ska)

Nie mo­żesz wstrzy­mać żad­ne­go dnia, ale mo­żesz go nie stra­cić.

(sen­ten­cja wschod­nia)

Był mrocz­ny li­sto­pa­do­wy wie­czór 1992 roku. Za­le­d­wie przed pa­ro­ma mi­nu­ta­mi wy­sia­dłem z po­cią­gu na dwor­cu w Olsz­ty­nie, zdą­ży­łem roz­pro­sto­wać nogi, za­pa­lić, ale nie­ste­ty, na­le­ża­ło zmie­rzyć się z prze­zna­cze­niem.

Kie­row­ca Kon­su­la­tu Ge­ne­ral­ne­go RP w Ka­li­nin­gra­dzie (Kró­lew­cu – Ko­enigs­ber­gu – Ko­ro­liew­skoj Go­rie), An­drzej Kwiat­kow­ski, opo­wia­dał bar­dzo ogól­nie o pro­ble­mach tej pla­ców­ki, pod­kre­śla­jąc pio­nier­ski cha­rak­ter pro­jek­tu i brak wy­obraź­ni bon­zów z MSZ. Po paru dniach mo­głem się o tym prze­ko­nać.

Na ra­zie po­ko­na­li­śmy gra­ni­cę w Gro­no­wie-Ma­mo­no­wie – ok. 60 km od Ka­li­nin­gra­du.

Po stro­nie pol­skiej bez spe­cjal­nych wra­żeń (wła­śnie mo­der­ni­zo­wa­no dro­gę od Bra­nie­wa i przej­ście gra­nicz­ne w Gro­no­wie), ale w mia­rę zbli­ża­nia się do stre­fy ro­syj­skiej mina mi rze­dła: roz­po­czął się pas umoc­nień z dru­tu kol­cza­ste­go, po­prze­ci­na­ny wie­ża­mi straż­ni­czy­mi. Ro­syj­scy po­gra­nicz­ni­cy, wbi­ci w zbyt ob­szer­ne szy­ne­le, z ob­wi­sły­mi pa­sa­mi na bio­drach i ka­ła­cha­mi prze­wie­szo­ny­mi przez ple­cy, „ob­wą­chi­wa­li” na­sze­go no­we­go Po­lo­ne­za Caro, a póź­niej nie­uf­nie przy­pa­try­wa­li mo­je­mu pasz­por­to­wi i fa­cja­cie.

– Pan jest pol­skim kon­su­lem w Ka­li­nin­gra­dzie?

– Tak, wła­śnie roz­po­czy­nam pra­cę.

– Co pan wie­zie w ba­gaż­ni­ku?

– Rze­czy oso­bi­ste, ale mój ba­gaż nie pod­le­ga kon­tro­li, zgod­nie z kon­wen­cją kon­su­lar­ną. Po­dob­nie jak sa­mo­chód kon­su­la­tu.

Ci Ro­sja­nie ni­g­dy nie wi­dzie­li dy­plo­ma­ty, jego pasz­por­tu, nie mie­li po­ję­cia o roli, jaką od­gry­wa pla­ców­ka dy­plo­ma­tycz­na w da­nym okrę­gu. Okręg Ka­li­nin­gradz­ki (dla uła­twie­nia: OK) był en­kla­wą zu­peł­nie zmi­li­ta­ry­zo­wa­ną, gdzie cu­dzo­ziem­cy ni­g­dy do­tąd nie mie­li pra­wa wjaz­du… a tu na­gle pol­ski kon­sul chce tu­taj pra­co­wać i oczy­wi­ście wę­szyć, bo prze­cież każ­dy dy­plo­ma­ta to szpieg.

Bar­dziej zdu­mie­ni byli póź­niej, gdy przy­wio­złem ro­dzi­nę na wa­ka­cje do Ka­li­nin­gra­du. Oglą­da­jąc ze wszyst­kich stron pasz­por­ty mo­ich ma­ło­la­tów – dzie­wię­cio- i dwu­na­sto­lat­ka – py­ta­li: „Die­ti toże di­pło­ma­ty?”.

W koń­cu mi­nę­li­śmy bra­mę do „raju”. Otwo­rzył ją bar­dzo mło­dy soł­dat w pod­nisz­czo­nym płasz­czu. Mruk­nął coś o pa­le­niu. Po­in­stru­owa­ny przez An­drze­ja, za­opa­trzy­łem się w Olsz­ty­nie w naj­tań­sze pa­pie­ro­sy i wrę­czy­łem moją pierw­szą wziąt­kę żoł­nie­rzo­wi. Taka sy­tu­acja po­wta­rza­ła się wie­lo­krot­nie przez cały okres mo­je­go po­by­tu w OK.

Za bra­mą za­czął się stu­me­tro­wy pas za­ora­nej zie­mi, po­tem dro­ga as­fal­to­wa do miej­sca, gdzie ko­lej­ny war­tow­nik roz­warł bra­mę koń­co­wą, po ode­bra­niu od nas sto­sow­ne­go do­ku­men­tu, któ­ry do­sta­li­śmy od po­gra­nicz­ni­ków (świ­stek z na­gry­zmo­lo­nym nu­me­rem i datą), i obo­wiąz­ko­we­go ni­ko­ty­no­we­go dat­ku.

Pora wie­czor­na unie­moż­li­wi­ła ja­ką­kol­wiek ob­ser­wa­cję oko­li­cy. Wszę­dzie pa­no­wa­ły ciem­no­ści i tyl­ko gdzieś w od­da­li ma­ja­czy­ły ja­kieś świa­teł­ka. Kie­row­cy nie uży­wa­li świa­teł, co chwi­la mi­ga­li na nas, że świe­ci­my na dar­mo i zu­ży­wa­my prąd, a w do­dat­ku wa­li­my po oczach i nie po­zwa­la­my im spo­koj­nie je­chać po ciem­ku. Na po­bo­czach kró­lo­wa­li pie­si i wóz­ki in­wa­lidz­kie, gdyż za dnia ci lu­dzie wsty­dzi­li się swo­je­go ka­lec­twa lub ka­za­no im się tego wsty­dzić, a poza tym, nie mie­li z tego ty­tu­łu żad­nych ulg czy upraw­nień. Na­le­ży do­dać, że uli­ce mi­ja­nych wsi i mia­ste­czek nie były oświe­tlo­ne, więc tyl­ko dzię­ki nie­wiel­kiej pręd­ko­ści i wzmo­żo­nej czuj­no­ści An­drze­ja unik­nę­li­śmy ko­li­zji czy po­trą­ce­nia ja­kie­goś wie­czor­ne­go wę­drow­ca (przy­po­mniał mi się frag­ment zna­nej pie­śni Waj­de­lo­ty: „Skąd wra­ca­li Li­twi­ni? Z noc­nej wra­ca­li wy­ciecz­ki”). Tam­ci z OK wra­ca­li praw­do­po­dob­nie ze zwy­kłe­go spa­ce­ru, nie­któ­rzy byli „bar­dzo zmę­cze­ni”.

Po go­dzi­nie do­je­cha­li­śmy do sto­li­cy okrę­gu. O ile dro­gi na pro­win­cji jesz­cze nada­wa­ły się do jaz­dy bez więk­szych obaw o pod­wo­zie, to uli­ce w Ka­li­nin­gra­dzie (K) sta­no­wi­ły duże wy­zwa­nie, zwłasz­cza dla nie­wpraw­ne­go kie­row­cy. Co kil­ka me­trów dziu­ry, ka­łu­że-pu­łap­ki (bo tak­że z dziu­ra­mi), byle gdzie za­par­ko­wa­ne sa­mo­cho­dy, na­wet na środ­ku skrzy­żo­wa­nia, na przy­stan­ku itp.; cie­ka­we typy cię­ża­ró­wek – bez kon­kret­nej mar­ki czy mo­de­lu, bar­dziej do­mo­wej ro­bo­ty, „młot­kiem kle­pa­ne” we­hi­ku­ły lub gra­ty pa­mię­ta­ją­ce jesz­cze NEP, Sta­li­na czy też Chrusz­czo­wa. Sa­mo­cho­dy oso­bo­we rów­nież ory­gi­nal­ne, ale spo­ro no­wych, wy­pa­sio­nych li­mu­zyn ma­fio­zów i „no­wych Ru­skich”, któ­rzy za­czę­li zmie­niać w tym cza­sie spo­łecz­ny i oby­cza­jo­wy wi­ze­ru­nek po­stra­dziec­kiej Ro­sji. Mia­sto było ską­po oświe­tlo­ne, jak­by sta­ra­ło się ukryć przed wzro­kiem przy­by­sza swo­ją bie­dę, cha­os ar­chi­tek­to­nicz­ny i or­ga­ni­za­cyj­ny, apa­tię miesz­kań­ców. To jed­nak mo­głem do­strzec do­pie­ro w cza­sie ko­lej­nych mie­się­cy mo­jej pra­cy w K.

Pod­je­cha­li­śmy pod ho­tel Ka­li­nin­grad (a jak­że­by ina­czej). Po­ło­żo­ny był w cen­trum mia­sta, co dało się wy­czuć na­wet w nocy – tu­taj zbie­ga­ły się głów­ne uli­ce. We­szli­śmy do hal­lu i… za­mar­łem. Uj­rza­łem ta­bun czar­nych głów przed re­cep­cją, nad nimi roz­cią­ga­ła się smu­ga za­pa­chów, któ­rych nie moż­na na­zwać aro­ma­tem, two­rzą­cych ro­dzaj ży­we­go bru­ku, fa­lu­ją­ce­go z lewa na pra­wo, a tak­że do tyłu i do przo­du, w za­leż­no­ści od spraw­no­ści tych z po­cząt­ku ko­lej­ki i sa­mej ad­mi­ni­stra­tor­ki przy­dzie­la­ją­cej po­ko­je i spi­su­ją­cej dane go­ści.

Oka­za­ło się, że to przed­się­bior­cy z po­łu­dnio­wych re­pu­blik – głów­nie Or­mia­nie, Gru­zi­ni i Aze­ro­wie, któ­rzy han­dlu­ją tu­taj na ba­za­rach i uli­cach. Miej­sco­wi na­zy­wa­ją ich po­gar­dli­wie czar­ny­mi. Wśród nich rów­nież praw­dzi­wi bon­zo­wie, wła­ści­cie­le flo­tyl­li cię­ża­ró­wek za­trud­nia­ją­cy gru­pę pra­cow­ni­ków. I ma­fii też nie za­bra­kło.

Po chwi­li An­drze­jo­wi uda­ło się sfor­so­wać re­cep­cję – był zna­ny per­so­ne­lo­wi, bo miesz­kał tu mie­siąc przed moim przy­by­ciem. Dali mi po­kój na trze­cim pię­trze, tra­dy­cyj­ny, bez luk­su­sów: tap­czan, sto­lik, dwa krze­sła, biur­ko, chod­nik, za­sło­ny i fi­ran­ki, ła­zie­necz­ka z WC… Cóż wię­cej trze­ba po­cząt­ku­ją­ce­mu dy­plo­ma­cie? Niech się wdra­ża i przy­zwy­cza­ja, bo prze­cież to nie jest pra­ca, sa­na­to­rium, tyl­ko służ­ba, mi­sja… Opa­dły mi ręce na wi­dok po­ko­ju, któ­ry był wła­ści­wie ob­skur­ną norą. Nie mia­łem jed­nak cza­su na roz­my­śla­nia. Wkrót­ce po­ko­jów­ki za­czę­ły pu­kać do drzwi i py­tać o moje po­trze­by. An­drzej już pu­ścił far­bę, kim je­stem i co tu będę ro­bił – or­ga­ni­zo­wać pla­ców­kę kon­su­lar­ną.

Po­cząt­ko­wo mar­twił mnie brak do­świad­cze­nia ję­zy­ko­we­go – fi­lo­lo­gię ro­syj­ską ukoń­czy­łem kil­ka­na­ście lat wcze­śniej – jed­nak po paru dniach oka­za­ło się, że te oba­wy są płon­ne.

Ro­sja­nie, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem, ra­czej bra­li mnie za:

1. In­ne­go Ro­sja­ni­na,

2. Ro­sja­ni­na z pro­win­cji,

3. Li­twi­na, Es­toń­czy­ka lub Ło­ty­sza.

Na pew­no nie by­łem dla nich pod wzglę­dem zna­jo­mo­ści ję­zy­ka ro­syj­skie­go czło­wie­kiem z Za­cho­du (dla nich Pol­ska to Za­chód).

Po roz­pa­ko­wa­niu mo­ich to­bo­łów chcia­łem coś zjeść i na­pić się her­ba­ty. An­drzej wska­zał mi pro­sty bu­fet na pią­tym pię­trze, ale nie było tam du­że­go wy­bo­ru. Kawa i her­ba­ta ow­szem, ja­kieś na­po­je w sty­lu Fan­ty, pie­ro­gi po­dej­rza­nej świe­żo­ści i po­dob­ne „przy­sma­ki”. Kró­lo­wa­ły za to ka­nap­ki z ra­zo­we­go chle­ba i gru­bo kro­jo­nej sło­ni­ny po­sy­pa­nej pa­pry­ką. Ide­al­na za­ką­ska!

Ku­pi­łem na­le­śni­ki z se­rem i czymś jesz­cze, kawę i za­czą­łem jeść. Jed­nak moje pierw­sze wra­że­nia były tak żywe i przy­tła­cza­ją­ce, że nie mo­głem wie­le prze­łknąć. Wszyst­ko ko­ja­rzy­ło mi się z bru­dem i tym wszech­obec­nym w OK nie­przy­jem­nym za­pa­chem, wła­ści­wie – odo­rem nie­do­my­tych ciał, na­czyń, ty­to­niu, al­ko­ho­lu, zno­szo­nej odzie­ży, ba­za­rów i SAM-ów, czy­li uni­wer­ma­gów.

Taki stan trwał chy­ba przez ty­dzień. Ja­dłem nie­wie­le, ogra­ni­cza­jąc się do sło­dy­czy i na­po­jów. W cza­sie pierw­szej wi­zy­ty w ba­rze mój po­dziw wzbu­dził pe­wien Azer, któ­ry do fi­li­żan­ki kawy wsy­pał za­war­tość po­ło­wy cu­kier­nicz­ki, sta­ran­nie tę bre­ję wy­mie­szał i ze sma­kiem wy­pił. W ogó­le to­wa­rzy­stwo było tam nie­cie­ka­we, jak­by szem­ra­ne, mla­ska­ją­ce i sior­bią­ce, pa­trzą­ce spode łba, świ­dru­ją­ce ocza­mi, poza tym jed­no­pł­cio­we – mę­skie.

Aby skoń­czyć te­mat bu­fe­to­wy, na­le­ży wspo­mnieć jesz­cze o dwóch przy­byt­kach ku­li­nar­no-to­wa­rzy­skich tego eks­klu­zyw­ne­go ho­te­lu. Ko­lej­ny bar znaj­do­wał się na dru­gim pię­trze, prze­zna­czo­ny ra­czej dla cu­dzo­ziem­ców lub lu­dzi dys­po­nu­ją­cych wa­lu­tą. Ceny były bo­wiem w do­la­rach. Do za­let tego miej­sca na­le­ża­ła moż­li­wość wy­pi­cia do­bre­go piwa, co praw­da w pusz­kach, ale niech tam… Po dru­gie, dys­po­zy­cyj­ny bar­man Sa­sza, któ­ry prak­tycz­nie o każ­dej po­rze umoż­li­wiał spo­tka­nia, np. z go­ściem kon­su­la­tu. Bar­man był na 100% na kon­tak­cie miej­sco­wych służb – zresz­tą wy­ka­zy­wał nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie każ­dym klien­tem – ale mimo wszyst­ko to miej­sce mo­gło ucho­dzić za przed­smak eu­ro­pej­skie­go szny­tu.

Ostat­ni bar, a ra­czej ty­po­wa knaj­pa dla wszyst­kich dys­po­nu­ją­cych go­tów­ką, mie­ścił się na czwar­tym pię­trze. Dało się tam na­pić wszyst­kie­go oprócz piwa, bo ser­wo­wa­li tyl­ko miej­sco­we Ży­gu­lew­skie (zna­czą­ca na­zwa, cho­ciaż przez „ż”). Poza tym wszyst­ko po­zo­sta­łe było w po­rząd­ku. Atut tego miej­sca sta­no­wi­ła ład­na bar­man­ka i przy­jem­na at­mos­fe­ra. W lo­ka­lu spo­ty­ka­li się prze­waż­nie przed­się­bior­cy i inni lu­dzie za­ła­twia­ją­cy róż­ne in­te­re­sy.

Mu­szę przy­znać, że to jed­no z mo­ich ulu­bio­nych miejsc w tym mie­ście. Wła­śnie tam po­zna­łem zwy­czaj za­gry­za­nia ko­nia­ku cie­niut­ki­mi pla­ster­ka­mi cy­try­ny – kwa­śna za­gry­cha neu­tra­li­zu­je moc i ostry po­smak al­ko­ho­lu, tym bar­dziej że ar­meń­ski czy też azer­ski ko­niak „ko­pie w ję­zyk”. Nie­ste­ty do je­dze­nia ofe­ro­wa­li nie­wie­le.

Po­zna­łem tam rów­nież ty­po­we­go przed­się­bior­cę ro­syj­skie­go, wła­ści­cie­la wiel­kie­goKa­ma­za, prze­wo­żą­ce­go to­war z po­łu­dnia Ro­sji na Li­twę. Za­trud­niał jed­ne­go kie­row­cę, dru­gim był on sam. Opo­wia­dał o swo­im ro­dzin­nym mie­ście – Wot­kiń­sku. Wów­czas pro­du­ko­wa­no tam jesz­cze słyn­ne ra­kie­ty SS-20. Czę­stu­jąc mnie śle­dzia­mi, wy­ję­ty­mi z tor­by i po­da­ny­mi na ja­kiejś ga­ze­cie i – a jak­że – ko­nia­kiem, upa­jał się swo­im mia­stecz­kiem i ro­dzi­ną.

– Ty, Mi­ro­sław, przy­jedź do mnie la­tem – za­pra­szał. – Opo­wiedz mo­jej ro­dzi­nie, jak wy­glą­da świat, jak jeź­dzi się au­to­bu­sem, tram­wa­jem. Opo­wiedz o so­bie, bo nikt ni­g­dy cu­dzo­ziem­ca tam nie wi­dział…

To mo­gła być praw­da, po­nie­waż w nie­od­le­głej prze­szło­ści tego typu mia­stecz­ka peł­ni­ły rolę ośrod­ków na­uko­wo-ba­daw­czych o zna­cze­niu stra­te­gicz­nym, zu­peł­nie utaj­nio­ne – ich miesz­kań­cy byli jed­no­cze­śnie pra­cow­ni­ka­mi prze­my­słu zbro­je­nio­we­go i więź­nia­mi. Ten czło­wiek wy­warł na mnie wra­że­nie. Nie­ste­ty, pił nie­mi­ło­sier­nie dużo i mu­sia­łem go opu­ścić – nie gra­li­śmy w tej sa­mej li­dze.

Na par­te­rze znaj­do­wa­ła się rów­nież kla­sycz­na re­stau­ra­cja ho­te­lo­wa, jed­nak zje­dze­nie tam cze­go­kol­wiek było du­żym po­świę­ce­niem ze stro­ny de­gu­sta­to­ra – po pro­stu gro­zi­ło to „śmier­cią lub ka­lec­twem”.

Ten pierw­szy za­po­znaw­czy wie­czór za­koń­czył się roz­mo­wą z An­drze­jem przy lamp­ce miej­sco­we­go ko­nia­ku (mar­ki nie pa­mię­tam lub nie chcę być po­są­dzo­ny o kryp­to­re­kla­mę). Wy­ja­śnił mi wie­le spraw i obie­cał po­moc. Obiet­ni­cy do­trzy­mał, nie tyl­ko w cza­sie na­sze­go po­by­tu w OK. Rów­nież jego żona Gra­ży­na, któ­ra do­je­cha­ła z cór­ką Mar­tą za­raz po tym, jak An­drzej wy­na­jął miesz­ka­nie, oka­za­ła się rów­ną bab­ką i bar­dzo uczyn­ną. Po­ma­ga­ła mi we wszyst­kich go­spo­dar­skich spra­wach. Do­szło na­wet do nie­ma­łe­go po­świę­ce­nia z jej stro­ny przed moim po­wro­tem do kra­ju. Ko­le­ga z War­sza­wy pro­sił mnie, abym ku­pił dla nie­go naj­gor­sze ro­syj­skie pa­pie­ro­sy i wód­kę – taki miał ko­lek­cjo­ner­ski gust. Gra­ży­na po­szła więc od­waż­nie do naj­bliż­sze­go skle­pu wcze­śnie rano, usta­wi­ła się w ko­lej­ce ra­zem z miej­sco­wy­mi me­ne­la­mi i zre­ali­zo­wa­ła za­mó­wie­nie. Sprze­daw­czy­nie były bar­dzo zdzi­wio­ne, mu­ży­ki (chło­py) tak­że – z wra­że­nia prze­sta­ły im się łapy trząść – a Gra­ży­na uro­sła w ich oczach.

Jed­nak naj­śmiesz­niej­szy mo­ment na­stą­pił po paru dniach jej po­by­tu w K. Nie zna­jąc jesz­cze zbyt do­brze ro­syj­skie­go, po­szła do tego sa­me­go skle­pu po sma­lec – ro­syj­ski żyr. Gra­ży­na po­pro­si­ła o pół kilo żopy,czy­li dupy, wzbu­dza­jąc we­so­łość eks­pe­dien­tek i klien­te­li. Po­tem ro­bi­ło się jesz­cze śmiesz­niej, bo nie wie­dzia­ła, o co cho­dzi­ło, i przy­szła do mnie, pro­sząc o wy­ja­śnie­nia. Po usły­sze­niu jej re­la­cji sam za­czą­łem się śmiać i nie mo­głem dojść do sie­bie przez ja­kiś czas – pra­wie się na mnie ob­ra­zi­ła. Do dzi­siaj opo­wia­da­my to so­bie jak aneg­do­tę i znak roz­po­znaw­czy Ka­li­nin­gra­du.

Na­stęp­ne­go dnia po­zna­łem kon­su­la ge­ne­ral­ne­go, na­sze­go sze­fa, Je­rze­go Bah­ra. I to był wów­czas cały skład pla­ców­ki. JB re­pre­zen­to­wał pla­ców­kę na ze­wnątrz, zgod­nie z for­mal­ną i zwy­cza­jo­wą rolą przy­pi­sa­ną sta­no­wi­sku kie­row­ni­ka pla­ców­ki. Spo­ra­dycz­nie włą­czał się do pra­cy me­ry­to­rycz­nej kon­su­la­tu. W su­mie był nie­złym sze­fem i part­ne­rem, wspo­mi­nam go z sym­pa­tią. Obec­nie jest am­ba­sa­do­rem w Mo­skwie, kie­ru­je bar­dzo dużą i trud­ną am­ba­sa­dą. Po po­wro­cie do Pol­ski spo­tka­łem go przy­pad­ko­wo tyl­ko raz na ko­ry­ta­rzu w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych. Za­pa­mię­ta­łem jego prze­po­wied­nię, że w przy­szło­ści na pew­no spo­tka­my się na pla­ców­ce. No cóż, czas po­ka­że. Wów­czas przy­go­to­wy­wa­łem się do atrak­cyj­ne­go wy­jaz­du do Peru i nie my­śla­łem po­waż­nie o prze­ciw­nym kie­run­ku wo­ja­ży. Je­rze­go Bah­ra in­te­re­su­ją głów­nie kre­sy wschod­nie daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej – był w Wil­nie, Ki­jo­wie i dwa razy w Mo­skwie – i tam pew­nie mnie wi­dział oczy­ma wy­obraź­ni.

Mój po­kój ho­te­lo­wy peł­nił jed­no­cze­śnie funk­cję kon­su­la­tu. Na­prze­ciw­ko, w po­dob­nym lo­kum, miesz­kał An­drzej. Szef wy­na­jął miesz­ka­nie-re­zy­den­cję w wie­żow­cu na cią­gle jesz­cze czyn­nym pla­cu bu­do­wy, na skra­ju no­we­go osie­dla miesz­ka­nio­we­go. Miesz­ka­nie było trzy­po­ko­jo­we, jak na stan­dar­dy OK – luk­su­so­we. Wy­po­sa­że­nie przy­wie­zio­no z Pol­ski, po­dob­nie jak inne me­ble i sprzęt pla­ców­ki. Jed­nak po­stę­po­wa­ło to wol­no, śla­ma­zar­nie na­wet. Przez pierw­sze mie­sią­ce nie mia­łem sza­fy i żad­nych za­bez­pie­czeń – pie­czę­cie, stem­ple, pie­nią­dze i waż­niej­sze do­ku­men­ty kon­su­la­tu no­si­łem cały czas przy so­bie, w ne­se­se­rze, nie za­wsze w to­wa­rzy­stwie An­drze­ja. W każ­dej chwi­li mo­głem być obiek­tem ata­ku lub pro­wo­ka­cji miej­sco­wych służb, któ­re skru­pu­lat­nie nas in­wi­gi­lo­wa­ły, zwłasz­cza mnie – świe­ży to­war w ob­sa­dzie kon­su­la­tu. Poza tym mu­sia­łem się li­czyć z prze­stęp­czo­ścią po­spo­li­tą – kie­szon­kow­cy, ulicz­ni wa­taż­ko­wie i gan­gi.

Na­le­ża­ło też li­czyć pie­nią­dze – zaj­mo­wa­łem się wszyst­kim w kon­su­la­cie, fi­nan­sa­mi rów­nież. Stąd wiem, że bar­dziej opła­ca­ło­by się wy­na­jąć mały do­mek, tzw. osob­niak, któ­rych wów­czas było spo­ro, re­la­tyw­nie tań­szy. Po­ko­je ho­te­lo­we (mój i An­drze­ja) bar­dzo dużo kosz­to­wa­ły, bo cu­dzo­ziem­cy za­wsze pła­ci­li tam wię­cej – po­dwój­nie lub po­trój­nie. Od­no­si­łem wra­że­nie, że tu­byl­cy nie tyl­ko nas nie ro­zu­mie­li, ale tak­że trak­to­wa­li nas jak doj­ne kro­wy, ro­biąc ła­skę, że po­zwo­li­li nam po­być w tym „cu­dow­nym” miej­scu i oglą­dać ich świat. Nor­mal­ny świat w ich mnie­ma­niu.

W re­cep­cji ho­te­lu wie­dzia­no o kon­su­la­cie i kie­ro­wa­no do mnie wszyst­kich pe­ten­tów, uprzed­nio ich wy­py­tu­jąc o cel wi­zy­ty – oczy­wi­ście do­ty­czy­ło to Ro­sjan. Na pię­trze urzę­do­wa­ła eta­żo­wa – wy­na­la­zek epo­ki ra­dziec­kiej – do ob­ser­wo­wa­nia go­ści ho­te­lo­wych i ich ak­tyw­no­ści na te­re­nie pię­tra. Jako oso­ba pu­blicz­na, by­łem zna­ny wszyst­kim eta­żo­wym, kel­ner­kom i ad­mi­ni­stra­tor­kom, gdyż prze­wi­ja­łem się przez róż­ne miej­sca w ho­te­lu sam lub z pe­ten­ta­mi w celu za­ła­twia­nia służ­bo­wych spraw. Zmie­nia­ły się co ja­kiś czas – mnie utkwi­ła w pa­mię­ci jed­na z nich, bar­dzo ład­na dziew­czy­na, in­te­li­gent­na i dow­cip­na. An­drzej pró­bo­wał ją ba­je­ro­wać (do przy­jaz­du żony), ale bez­sku­tecz­nie – wi­docz­nie mia­ła bez­względ­ny za­kaz bra­ta­nia się z ka­pi­ta­li­stycz­nym kon­su­la­tem.

Czu­łem się bar­dzo nie­swo­jo w moim po­ko­ju. Za­pusz­czo­na nora, ty­po­wy no­mier (ros. po­kój ho­te­lo­wy), ze sta­ry­mi me­bla­mi, bez żad­nych wy­gód itp. Wstyd mi było przyj­mo­wać tam lu­dzi. Apo­geum tego sta­nu na­stą­pi­ło, kie­dy za­wi­ta­li do nas dwaj Niem­cy w spra­wie opła­ty za ze­zwo­le­nia na prze­wóz przez Pol­skę bro­ni my­śliw­skiej – wra­ca­li z po­lo­wa­nia na Li­twie. Pod­czas gdy ja przy­go­to­wy­wa­łem przy pro­wi­zo­rycz­nym biur­ku do­ku­men­ty, go­ście roz­glą­da­li się z mie­sza­ni­ną zdu­mie­nia i nie­sma­ku.

W koń­cu za­py­ta­li wprost:

– Czy to jest na­praw­dę pol­ski kon­su­lat?

Od­po­wie­dzia­łem, że to tyl­ko tym­cza­so­we lo­kum, ale już nie­dłu­go znaj­dzie­my coś nor­mal­ne­go. Zwy­kle się nie czer­wie­nię, lecz wów­czas nie by­łem pew­ny, czy ru­mie­niec nie ob­lał mi po­licz­ków.

Po paru mie­sią­cach wy­na­ję­li­śmy tzw. lux, czy­li apar­ta­ment: dwa po­ko­je, je­den więk­szy, z te­le­wi­zo­rem ko­lo­ro­wym typu Ru­bin, dru­gi mniej­szy – sy­pial­nia. Moż­na było cho­ciaż od­dzie­lić część pry­wat­ną od służ­bo­wej. Mie­li­śmy wię­cej miej­sca, więc wsta­wi­li­śmy do czę­ści służ­bo­wej kse­ro­ko­piar­kę, biur­ko i inne drob­niej­sze ele­men­ty wy­po­sa­że­nia, na­to­miast w sy­pial­ni za­in­sta­lo­wa­li­śmy małą sza­fę pan­cer­ną, w któ­rej mo­głem spo­koj­nie de­po­no­wać pie­nią­dze i do­ku­men­ty (wła­sne też). Mimo to kon­su­lat nie wy­glą­dał za­chę­ca­ją­co. Moja żona pod­czas pierw­sze­go po­by­tu w K. w grud­niu 1992 roku stwier­dzi­ła, że miesz­kam w psiej bu­dzie… I mia­ła ra­cję.

Ro­dzi­na prze­by­wa­ła ze mną w OK pod­czas wa­ka­cji 1993 roku. W pier­wot­nych pla­nach mie­li­śmy tam miesz­kać ra­zem przez całą ka­den­cję, czy­li oko­ło czte­rech lat, ale po pierw­sze, był­by pro­blem ze szko­łą dzie­ci (co­dzien­ne do­jaz­dy do szko­ły pod­sta­wo­wej w Bra­nie­wie, bo wy­klu­cza­li­śmy ro­syj­ską „dzie­się­cio­lat­kę” – być może błęd­nie, gdyż te­raz jest na oso­by zna­ją­ce ten ję­zyk za­po­trze­bo­wa­nie, albo i nie, bio­rąc pod uwa­gę po­ro­nio­ne po­my­sły lu­dzi po­kro­ju Ma­cie­re­wi­cza z ich an­ty­ro­syj­ską ma­nią prze­śla­dow­czą); po dru­gie, obiek­tyw­ne oko­licz­no­ści uło­ży­ły się tak, że po uru­cho­mie­niu kon­su­la­tu, czy­li po roku, po­dzię­ko­wa­no mi za pra­cę i od­de­le­go­wa­no do kra­ju. Mu­rzyn zro­bił swo­je i może odejść. Taki był też ko­men­tarz do tej sy­tu­acji mo­ich zna­jo­mych z K.

Nie­mniej jed­nak by­li­śmy za­do­wo­le­ni, bo spę­dzi­li­śmy wspa­nia­ły urlop w St. Pe­ters­bur­gu, po­zna­li­śmy też wy­brze­że Bał­ty­ku od stro­ny K oraz część Li­twy. Szcze­gól­nie utkwi­ły w mej pa­mię­ci wy­pa­dy na Mie­rze­ję Ku­roń­ską – wów­czas mo­gli tam tyl­ko wjeż­dżać ofi­cje­le i dy­plo­ma­ci, na­to­miast inni mu­sie­li mieć spe­cjal­ne prze­pust­ki i wy­ma­ga­no od nich opłat za wjazd do stre­fy. Do dy­plo­ma­tów nikt tam nie był przy­zwy­cza­jo­ny, więc mu­sia­łem po­gra­nicz­ni­kom tłu­ma­czyć, że w OK ist­nie­je pol­ski kon­su­lat i po­sia­da pew­ne pra­wa. Na­wet li­tew­ska straż gra­nicz­na nie wie­dzia­ła, jak nas po­trak­to­wać.

Po prze­je­cha­niu pierw­szych ki­lo­me­trów od li­tew­skiej gra­ni­cy dało się za­uwa­żyć zmia­ny: rów­na dro­ga, na­ma­lo­wa­ne wy­raź­nie zna­ki po­zio­me, za­dba­ne po­bo­cze i oko­li­ce. Nie był to może nie­ska­zi­tel­ny po­rzą­dek w sty­lu au­striac­kim (gdzie np. kury mia­ły swój dep­tak po­dwór­ko­wy ogra­ni­czo­ny ze wszyst­kich stron siat­ką), ale na pew­no przed­smak cy­wi­li­za­cji ładu, do któ­rej aspi­ro­wa­li­śmy.

Zwie­dzi­li­śmy Lidę i Kłaj­pe­dę – dwa bar­dzo uro­kli­we miej­sca; szcze­gól­nie Kłaj­pe­da, zna­ne mia­sto han­ze­atyc­kie, ze swo­ją hi­sto­rią, at­mos­fe­rą i na­dzie­ją na od­zy­ska­nie daw­nej świet­no­ści. Pe­ters­burg na­to­miast jest na pew­no per­łą Ro­sji, na­zy­wa­ną nie bez prze­sa­dy We­ne­cją Pół­no­cy. Rze­czy­wi­ście znaj­du­je się w nim wię­cej ka­na­łów niż w We­ne­cji, ale przede wszyst­kim, przy­naj­mniej w czę­ści hi­sto­rycz­no-tu­ry­stycz­nej, jest bar­dzo za­dba­ny, do­brze zor­ga­ni­zo­wa­ny i czy­sty – w prze­ci­wień­stwie do za­śmie­co­nej i bar­dzo dro­giej We­ne­cji. Cie­ka­we było rów­nież prze­bo­ga­te w za­byt­ki ar­chi­tek­to­nicz­ne oto­cze­nie par­ko­wo-pa­ła­co­we Pe­ters­bur­ga.

Spę­dzi­li­śmy tam in­te­re­su­ją­cy urlop, zwie­dza­jąc licz­ne cer­kwie, pa­ła­ce, mu­zea (z Er­mi­ta­żem na cze­le). Wła­ści­wie mu­sie­li­by­śmy spę­dzić tam z pół roku, żeby wszyst­ko do­kład­nie obej­rzeć, m.in. bia­łe noce. Je­dy­ną nie­do­god­no­ścią oka­za­ły się ko­ma­ry w na­szym miesz­ka­niu (pol­ski kon­su­lat w Pe­ters­bur­gu uży­czył nam, po­przez mo­je­go ko­le­gę-kon­su­la, lo­kal in­ne­go pra­cow­ni­ka pla­ców­ki, któ­ry wy­je­chał na urlop). Przed snem urzą­dza­li­śmy po­lo­wa­nia, z mier­nym skut­kiem, gdyż po zga­sze­niu świa­tła be­stie te ata­ko­wa­ły nas z wy­ciem po­dob­nym do dźwię­ków wy­da­wa­nych przez nie­miec­kie sztu­ka­sy pod­czas II woj­ny świa­to­wej.

W każ­dym ra­zie moja ro­dzi­na była bar­dzo za­do­wo­lo­na z po­by­tu w tym mie­ście. Ja mu­sia­łem wra­cać do swo­je­go qu­asi-kon­su­la­tu…

Pe­ten­ci przy­cho­dzi­li do mnie o każ­dej po­rze dnia i nocy, gdyż ad­mi­ni­stra­cja ho­te­lu nie przej­mo­wa­ła się go­dzi­na­mi mo­je­go urzę­do­wa­nia. Nie mia­łem in­ne­go wyj­ścia, jak tyl­ko z po­ko­rą zno­sić te wi­zy­ty, w na­dziei, że w przy­szło­ści zbu­du­ją nowy obiekt, god­ny pla­ców­ki RP. Nie do­cze­ka­łem się – nowy kon­su­lat po­wstał do­pie­ro w 1996 roku, czy­li po moim wy­jeź­dzie z OK. Zna­łem jed­nak lo­ka­li­za­cję przy­szłej pla­ców­ki.

Nie chcąc roz­wo­dzić się nad spra­wa­mi za­wo­do­wy­mi, do któ­rych spro­wa­dza­ją się wszyst­kie roz­mo­wy i dys­ku­sje w cza­sie im­prez i spo­tkań to­wa­rzy­skich dy­plo­ma­tów, na­wet wbrew ich in­ten­cjom i pier­wot­nym pla­nom, wspo­mnę je­dy­nie o trzech przy­pad­kach, któ­re wy­war­ły na mnie wra­że­nie.

Pierw­szy zwią­za­ny był z wi­zy­tą star­sze­go pana w na­szym kon­su­la­cie pew­ne­go je­sien­ne­go wie­czo­ru, oko­ło pół­no­cy. Jak się po­tem oka­za­ło, ów star­szy pan był miesz­kań­cem wio­ski nie­da­le­ko Bra­nie­wa. Za na­mo­wą, a wła­ści­wie w wy­ni­ku usta­wicz­nej per­swa­zji ze stro­ny żony, któ­ra wje­cha­ła mu na am­bi­cję, da­jąc za przy­kład ob­rot­nych są­sia­dów ro­bią­cych in­te­re­sy na han­dlu przy­gra­nicz­nym z Ro­sja­na­mi, dzia­dek wy­brał się do K za­opa­trzo­ny w to­war – prosz­ki do pra­nia, ko­sme­ty­ki – ku­pio­ne w Bra­nie­wie. Miał to sprze­dać z zy­skiem na ba­za­rze w K, zgod­nie z po­wszech­ną i spraw­dzo­ną prak­ty­ką. Nie­ste­ty, zo­stał okra­dzio­ny z pie­nię­dzy i do­ku­men­tów już w au­to­bu­sie nie­da­le­ko dwor­ca ko­le­jo­we­go w K. Nie stra­cił jed­nak zim­nej krwi i sprze­dał to­war na ba­za­rze. Po­tem jed­nak nie wie­dział, jak wró­cić do domu bez do­ku­men­tów, błą­kał się po dwor­cu i w koń­cu mi­li­cja dwor­co­wa przy­wio­zła go do mnie oko­ło pół­no­cy. O tej po­rze nie dało się już wy­na­jąć dla nie­go po­ko­ju, więc prze­no­co­wał u mnie – roz­wią­za­nie nie do koń­ca bez­piecz­ne i zgod­ne z prze­pi­sa­mi, ale ta wy­jąt­ko­wa sy­tu­acja nie po­zwa­la­ła po­zo­sta­wić star­szej oso­by wła­sne­mu lo­so­wi.

Dzia­dek był roz­mow­ny, czę­sto­wał ko­nia­kiem azer­skim i śle­dzia­mi w so­sie po­mi­do­ro­wym. W ła­zien­ce za­jął moje ho­te­lo­we szklan­ki do płu­ka­nia ust: jed­ną na szkla­ne oko, dru­gą – na sztucz­ną szczę­kę. Mo­czy­ły się tak do rana. W nocy nie zmru­ży­łem oka, bo męż­czy­zna nie­mi­ło­sier­nie chra­pał, z jego gar­dła wy­do­by­wa­ły się ogłu­sza­ją­ce dźwię­ki – po­chod­na od­gło­su wyj­mo­wa­nia za­rdze­wia­łe­go gwoź­dzia z de­chy i otwie­ra­nych drzwi w sta­rym za­mczy­sku lub za­kry­stii. Rano, wy­po­czę­ty i rześ­ki (w prze­ci­wień­stwie do mnie), zjadł śnia­da­nie, przy­go­to­wa­ne prze­ze mnie, zwol­nił moje szklan­ki w ła­zien­ce i po­je­chał ra­zem z nami do Pol­ski. Miał szczę­ście, bo aku­rat wy­bie­ra­li­śmy się z sze­fem i An­drze­jem na za­ku­py do Bra­nie­wa. Dzię­ko­wał wy­lew­nie i, za­cią­ga­jąc nie­co, za­po­wie­dział na­stęp­ną wi­zy­tę w K: „Ja tam, pa­nie, już wszyst­ko wiem. Ja wszyst­ko wi­dział, co trze­ba”. Nie pró­bo­wa­łem go od­wo­dzić od swo­ich za­mia­rów, wszak był oby­wa­te­lem wol­ne­go kra­ju…

Inny przy­pa­dek miał bar­dziej nie­przy­jem­ny fi­nał. Otrzy­ma­łem in­for­ma­cję o wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym Po­la­ka. Nada­rzy­ła się więc oka­zja, by zo­ba­czyć miej­sco­wy szpi­tal. Był w mia­rę czy­sty, ale za­nie­dba­ny, nie­do­po­sa­żo­ny i z tym wszę­do­byl­skim za­pasz­kiem (wów­czas już zdą­ży­łem się do nie­go przy­zwy­cza­ić). Cho­rzy pa­ra­do­wa­li w przy­bru­dzo­nych pi­ża­mach, per­so­nel miał w mia­rę czy­ste wdzian­ka, a le­ka­rze – bia­łe, wy­so­kie cza­py. Moim pe­ten­tem oka­zał się mło­dy chło­pak, któ­ry wy­brał się do K ze zna­jo­my­mi na ba­lan­gę. Pro­wa­dził po pi­ja­ne­mu sa­mo­chód na­le­żą­cy do ojca ko­le­gi, w pew­nym mo­men­cie ude­rzył w la­tar­nię. Nikt nie ucier­piał poza kie­row­cą, któ­ry zo­stał zra­nio­ny w oko. W szpi­ta­lu na­rzą­du nie uda­ło się ura­to­wać, na do­da­tek ranę za­szy­to w spo­sób par­tac­ki, „na okręt­kę”. Chło­pak wy­glą­dał kosz­mar­nie. Oczo­dół, za­ła­ta­ny i za­jo­dy­no­wa­ny byle jak, przy­cią­gał uwa­gę i od­trą­cał jed­no­cze­śnie. Gdy wra­ca­li­śmy do ho­te­lu z po­szko­do­wa­nym, któ­ry nie miał pasz­por­tu i po­trze­bo­wał do­ku­men­tu tym­cza­so­we­go, lu­dzie oglą­da­li się za nim i za mną przy oka­zji też.

Trze­ci przy­pa­dek był naj­mniej dra­ma­tycz­ny – przy­naj­mniej w chwi­li nar­ra­cji. W okre­sie póź­niej­szym mo­gło być róż­nie. Pew­ne­go dnia przy­szła do mnie mło­da dziew­czy­na bez bu­tów. Była zima i swo­je bot­ki zo­sta­wi­ła przed drzwia­mi po­ko­ju. Oka­za­ło się, że chcia­ła wyjść za mąż za Ma­ro­kań­czy­ka, stu­diu­ją­ce­go ra­zem z nią na miej­sco­wym uni­wer­ku, i za­czę­ła stop­nio­wo przej­mo­wać zwy­cza­je arab­skie. My­śla­ła, że udzie­li­my im ślu­bu. Ze wzglę­dów for­mal­nych nie było to moż­li­we, ale pró­bo­wa­łem wy­ja­śnić jej, że mał­żeń­stwo z Ara­bem, czy­li z obcą kul­tu­rą i sty­lem ży­cia, może oka­zać się dla niej nie do znie­sie­nia – po­dob­nie jak w przy­pad­ku wie­lu in­nych Po­lek. Nie znam fi­na­łu tej spra­wy, ale dziew­czy­na utkwi­ła mi w pa­mię­ci rów­nież dla­te­go, że była moją kra­jan­ką – po­cho­dzi­ła z Ja­worz­na.

Pra­ca kon­su­la jest od­po­wied­ni­kiem pra­cy urzęd­ni­ka ad­mi­ni­stra­cji kra­jo­wej w nie­zbęd­nym za­kre­sie, ogra­ni­czo­nym spe­cy­fi­ką okrę­gu i kra­ju urzę­do­wa­nia, m.in. ak­tyw­no­ścią i obec­no­ścią Po­lo­nii. W OK jest nie­licz­na i bied­na. Jej pro­ble­my oscy­lo­wa­ły wo­kół spraw kul­tu­ral­no-spo­łecz­no-re­li­gij­nych. Brak ko­ścio­ła to jed­na z bo­lą­czek – ksiądz miał pra­wo od­pra­wiać msze na dzie­dziń­cu wy­zna­czo­ne­go ko­ścio­ła, a do środ­ka (za­kry­stii) mógł wejść tyl­ko po to, aby się prze­brać i ogrzać zimą.

Ko­ścio­ły w Ro­sji były w dal­szym cią­gu obiek­ta­mi in­ne­go, poza sa­kral­nym, prze­zna­cze­nia, prze­waż­nie ha­la­mi or­ga­no­wy­mi, gdzie od­by­wa­ły się kon­cer­ty mu­zycz­ne. Inny pro­blem sta­no­wił brak Domu Pol­skie­go. Ak­tyw­ność Po­lo­nii sku­pia­ła się więc wo­kół ob­jaz­do­wej pa­ra­fii księ­dza Stec­kie­wi­cza, pol­skie­go du­chow­ne­go wspo­ma­ga­ne­go fi­nan­so­wo przez nie­miec­kie or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we i Ko­ściół Ka­to­lic­ki oraz fi­zycz­nie przez nie­miec­kie za­kon­ni­ce. Ksiądz dys­po­no­wał roz­kła­da­nym ob­jaz­do­wym oł­ta­rzem, któ­ry peł­nił jed­no­cze­śnie funk­cję za­ple­cza so­cjal­ne­go – dom na kół­kach z peł­nym wy­po­sa­że­niem.

Bazą pa­ra­fii był par­king, na któ­rym roz­lo­ko­wa­no pa­wi­lo­ny, zbu­do­wa­ne z lek­kich ma­te­ria­łów i wy­po­sa­żo­ne w in­sta­la­cje grzew­cze, wen­ty­la­cyj­ne itp. – nor­mal­ne dom­ki miesz­kal­ne. W każ­dą nie­dzie­lę pa­ra­fia za­pra­sza­ła nas na obia­dy go­to­wa­ne i po­da­wa­ne przez za­kon­ni­ce – pal­ce li­zać (cho­dzi o po­tra­wy, gdyż sio­stry za­kon­ne nie wy­róż­nia­ły się uro­dą, jed­nak były bar­dzo uczyn­ne). Rów­nież pa­ra­fia ks. Stec­kie­wi­cza po­ma­ga­ła nam lo­gi­stycz­nie w pra­cy kon­su­la­tu. Po­cząt­ko­wo nie mie­li­śmy ma­szy­ny do pi­sa­nia z ro­syj­ski­mi czcion­ka­mi, pa­pie­ru i in­nych ma­te­ria­łów biu­ro­wych. Pa­ra­fia sta­ła się wte­dy na­szym za­ple­czem i wy­ba­wie­niem. Oczy­wi­ście po­tem całe po­trzeb­ne wy­po­sa­że­nie ku­pi­li­śmy w Pol­sce lub przy­wieź­li nam to ku­rie­rzy MSZ.

Po­cząt­ko­wo pod­sta­wo­wym pro­ble­mem po­zo­sta­wa­ła kwe­stia bez­pie­czeń­stwa, nie tyl­ko mo­jej oso­by, ale przede wszyst­kim za­war­to­ści wa­li­zecz­ki, w któ­rej mie­ścił się z ko­niecz­no­ści cały kon­su­lat. Przez kil­ka mie­się­cy wy­cho­dzi­łem na ze­wnątrz w to­wa­rzy­stwie An­drze­ja, któ­ry w taki wła­śnie spo­sób awan­so­wał na mo­je­go „go­ry­la”.

Prze­waż­nie wy­jeż­dża­li­śmy na obiad wie­czo­rem, po pra­cy, bo wzmian­ko­wa­na re­stau­ra­cja ho­te­lo­wa nie speł­nia­ła na­szych ocze­ki­wań (ta­kie z nas fran­cu­skie pie­ski). Naj­czę­ściej sto­ło­wa­li­śmy się w re­stau­ra­cji Ruś, nie­da­le­ko ho­te­lu, w po­bli­żu ba­za­ru cen­tral­ne­go. Po­da­wa­li tam pysz­ną so­lan­kę, tra­dy­cyj­ną zupę tego re­gio­nu, wraz z bli­na­mi lub pie­czy­wem. Na­le­ży pod­kre­ślić, że w tych cza­sach pie­czy­wo na­le­ża­ło do to­wa­rów stra­te­gicz­nych i wszyst­kie pie­kar­nie oraz skle­py z pie­czy­wem pod­le­ga­ły szcze­gól­nej opie­ce KGB – nie mo­gło tego pro­duk­tu za­brak­nąć. Rze­czy­wi­ście, pie­czy­wo było smacz­ne, szcze­gól­nie ciem­ne; za­wsze mo­gli­śmy ku­pić gdzieś świe­że, bar­dzo ta­nie.

In­nym miej­scem na­sze­go re­lak­su i ku­mu­lo­wa­nia ka­lo­rii był ho­tel In­tu­rist, gdzie dało się do­brze zjeść, ale ob­słu­ga z ko­lei nie przej­mo­wa­ła się go­ść­mi – cza­sa­mi dłu­go cze­ka­li­śmy na obiad, a kie­dyś po­da­no nam (mnie i ko­le­żan­ce z MSZ, któ­ra przy­je­cha­ła na „wy­kop­ki”, czy­li se­zo­no­wo po­ma­ga­ła w kon­su­la­cie) kawę z her­ba­tą w jed­nej fi­li­żan­ce. Kel­ner, któ­re­mu zwró­ci­li­śmy uwa­gę, nie za­re­ago­wał wła­ści­wie, nie prze­pro­sił, tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi („Co za wy­bred­ni go­ście!”) i przy­niósł inne, do­my­te fi­li­żan­ki z wła­ści­wą za­war­to­ścią.

Naj­lep­szym i na­je­le­gant­szym miej­scem był jed­nak sta­tek na Pre­go­le, przy­cu­mo­wa­ny na sta­łe do na­brze­ża, peł­nią­cy rolę ho­te­lu i knaj­py. Mie­ści­ły się tam dwie re­stau­ra­cje: ru­blo­wa i wa­lu­to­wa. Ru­blo­wa na pew­no tań­sza, ale i cie­kaw­sza. Czę­sto za­pra­sza­li­śmy tam go­ści z Pol­ski, któ­rzy od­wie­dza­li OK i nasz kon­su­lat. Oba lo­ka­le ser­wo­wa­ły do­bre je­dze­nie i prak­tycz­nie każ­dy ro­dzaj na­po­jów. W ru­blo­wej ewe­ne­men­tem było to, że wie­czo­ra­mi przy mu­zy­ce tań­czy­ły tam kel­ner­ki, nie same, ale z go­ść­mi, cze­go nie wi­dzia­łem ni­g­dzie in­dziej.

Z knaj­pą ru­blo­wą ko­ja­rzy mi się epi­zod zwią­za­ny z pol­skim przed­się­bior­cą z bran­ży skó­rza­nej, p. Adam­czy­kiem. Przy­był do K w to­wa­rzy­stwie ad­wo­ka­ta i pani do to­wa­rzy­stwa, zgrab­nej la­ski, z któ­rą chęt­nie się po­ka­zy­wał, cho­ciaż trze­ba przy­znać, że do żony w kra­ju te­le­fo­no­wał co­dzien­nie. A nie było to ta­kie pro­ste z po­wo­du bra­ku ko­mó­rek. Dzwo­ni­ło się np. z pu­blicz­nej roz­mów­ni­cy w na­szym ho­te­lu, od­cze­kaw­szy swo­je w ko­lej­ce do ka­bi­ny, oczy­wi­ście na per­ma­nent­nym pod­słu­chu. Moż­na było tak­że wy­słać faks.

Do­pie­ro po paru mie­sią­cach MSZ za­warł umo­wę z ko­mi­sa­ria­tem w Bra­nie­wie, w celu udo­stęp­nie­nia nam po­ko­ju z pan­cer­ną sza­fą na za­mek szy­fro­wy, gdzie mo­gli­śmy de­po­no­wać waż­niej­sze do­ku­men­ty i pie­nią­dze, oraz z te­le­fak­sem. Pocz­tę wy­sy­ła­li­śmy za po­śred­nic­twem skryt­ki pocz­to­wej w Bra­nie­wie. O ko­re­spon­den­cji nie­jaw­nej mo­gli­śmy wte­dy za­po­mnieć.

Adam­czyk nie ru­szał się ni­g­dzie bez ad­wo­ka­ta i dziew­czy­ny. Jeź­dził Mer­ce­de­sem, z któ­rym miał nie­mi­łą przy­go­dę za­raz na po­cząt­ku po­by­tu w Ka­li­nin­gra­dzie. Za­par­ko­wał wóz przed ho­te­lem. Była zima, tęgi mróz, a przy par­kin­gu wa­ro­wa­li chłop­cy my­ją­cy sa­mo­cho­dy. Bez py­ta­nia ob­la­li po­jazd i za­czę­li go myć, ale pra­wie na­tych­miast woda za­mar­z­ła i po­tem mu­sie­li­śmy dłu­go skro­bać szy­by, żeby po­je­chać na sta­tek na ko­la­cję. Adam­czyk chciał ku­pić obiekt z prze­zna­cze­niem na sklep z ga­lan­te­rią skó­rza­ną, miesz­czą­cy się w daw­nej wi­niar­ni obok ho­te­lu. Po­ko­nał wszyst­kie ba­rie­ry biu­ro­kra­tycz­ne OK dzię­ki umie­jęt­nie wrę­cza­nym ła­pów­kom i da­ro­wiź­nie na je­den z do­mów dziec­ka. Do­ty­czy­ło to tak­że ge­ne­ra­ła miej­sco­we­go KGB, któ­ry, co praw­da, nie czy­nił żad­nych trud­no­ści for­mal­nych, ale przy­dzie­lił mu swo­je­go czło­wie­ka, jako prze­wod­ni­ka, czy­li „pil­no­wa­cza”. Udzie­la­łem Adam­czy­ko­wi po­mo­cy praw­nej, ale nie tyl­ko. To wszyst­ko ra­zem wzię­te za­owo­co­wa­ło otwar­ciem ele­ganc­kie­go skle­pu, cho­ciaż dość dro­gie­go na kie­szeń prze­cięt­ne­go Ka­li­nin­grad­czy­ka.

Ulu­bio­nym miej­scem A. i jego kom­pa­nii był wła­śnie sta­tek na Pre­go­le, gdzie kil­ka razy za­pro­szo­no tak­że i mnie. Pew­ne­go razu przy­bie­gła do na­sze­go sto­li­ka to­wa­rzysz­ka A. i ze stra­chem w oczach po­in­for­mo­wa­ła nas o fa­ce­cie w WC (ko­edu­ka­cyj­nym), któ­re­mu wy­padł pi­sto­let z kie­sze­ni kurt­ki. Po­nie­waż każ­dy nasz gość był ob­ser­wo­wa­ny przez miej­sco­we KGB, wy­ja­śni­łem dziew­czy­nie, że to nie ban­dy­ta, tyl­ko ktoś w ro­dza­ju na­sze­go ro­syj­skie­go ochro­nia­rza. Zwró­ci­łem rów­nież uwa­gę na kil­ka par, któ­re roz­sia­dły się wo­kół na­sze­go sto­li­ka, uda­jąc tan­ce­rzy lub kon­su­men­tów. Od tej pory każ­do­ra­zo­wo A. ba­wił się w wy­szu­ki­wa­nie taj­nia­ków w swo­im oto­cze­niu.

Je­śli mowa o taj­nia­kach… Przez pierw­sze pół roku nie od­stę­po­wa­li mnie pra­wie na krok. Od cza­su do cza­su na­dzie­wa­łem się na nich w róż­nych miej­scach, szcze­gól­nie w oko­li­cy miesz­ka­nia, któ­re wy­na­ją­łem po kil­ku mie­sią­cach po­by­tu w K. Sta­li w krza­kach pod do­mem, ga­da­li do rę­ka­wa, prze­pro­wa­dza­li taj­ne prze­szu­ka­nia w miesz­ka­niu w cza­sie mo­jej nie­obec­no­ści. Do­szło na­wet do aktu bez­czel­no­ści, bo za­miast sfo­to­gra­fo­wać kla­ser z wi­zy­tów­ka­mi (nic nie­zna­czą­cy zresz­tą), po pro­stu go zwi­nę­li, na­wet nie zo­sta­wiw­szy „po­kwi­to­wa­nia”.

Do po­dob­ne­go in­cy­den­tu do­szło wcze­śniej w miesz­ka­niu sze­fa. Ochro­nia­rze zo­sta­wi­li peta na dy­wa­nie, za­po­mi­na­jąc po so­bie po­sprzą­tać – okna były za­mknię­te, go­spo­darz nie pa­lił, a każ­dy jego pa­lą­cy gość za­wsze wy­cho­dził na bal­kon. Na­to­miast pod­słuch (być może pod­gląd) za­in­sta­lo­wa­li w ży­ran­do­lu ja­dal­ni – też nie­udol­nie, bo lam­py cały czas mi­ga­ły i trze­ba było wszyst­ko wy­mie­nić.

Naj­za­baw­niej­szy epi­zod miał miej­sce za­raz po przy­jeź­dzie do K. Kon­su­lat wi­zy­to­wał dy­rek­tor De­par­ta­men­tu Kon­su­lar­ne­go MSZ, czy­li mój prze­ło­żo­ny w Cen­tra­li. Aby swo­bod­nie po­roz­ma­wiać, wy­szli­śmy całą gru­pą do po­bli­skie­go par­ku. Nie było to ła­twe, bo to­wa­rzy­szy­li nam „ochro­nia­rze”, któ­rzy osten­ta­cyj­nie przy­słu­chi­wa­li się roz­mo­wie. Jed­nak nie wy­szło im to na do­bre, bo je­den z nich za­ga­pił się i zde­rzył z me­ta­lo­wą siat­ką ogro­dze­nia, a dru­gi spadł z kra­węż­ni­ka i ru­nął na jezd­nię – miał szczę­ście, że nie je­chał ża­den po­jazd. Wzbu­dzi­ło to we­so­łość mo­ich go­ści. Dy­rek­tor stwier­dził: „No, pa­nie Mir­ku, wi­dzę, że jest pan sza­le­nie po­pu­lar­ny w Ka­li­nin­gra­dzie”.

Miej­sco­we służ­by nie po­prze­sta­ły na bier­nej ob­ser­wa­cji. Po wy­na­ję­ciu miesz­ka­nia i ume­blo­wa­niu go sprzę­tem przy­wie­zio­nym z War­sza­wy, Gra­ży­na, żona An­drze­ja, po­wie­si­ła fi­ran­ki i za­sło­ny. Za­raz po jej wyj­ściu za­dzwo­ni­ła do mo­ich drzwi su­per­atrak­cyj­na dziew­czy­na, przed­sta­wia­jąc się jako są­siad­ka z pią­te­go pię­tra. Chcia­ła po­móc mi wła­śnie w za­wie­sze­niu fi­ra­nek i za­słon. „Wi­dzia­łam, że pan się wpro­wa­dza i po­my­śla­łam, że po­mo­gę są­sia­do­wi – cu­dzo­ziem­co­wi”.

Po­dzię­ko­wa­łem za po­moc dziew­czy­nie, po­ka­zu­jąc wi­szą­ce już za­sło­ny. Póź­niej oka­za­ło się – w roz­mo­wie z są­sia­da­mi i zna­jo­mym ad­wo­ka­tem, tak­że moim są­sia­dem – że nikt ta­kiej dziew­czy­ny nie zna, a na pią­tym pię­trze miesz­ka­li sami eme­ry­ci…

Po­cząt­ko­wo kil­ka razy, pod nie­obec­ność w kon­su­la­cie An­drze­ja, wy­cho­dzi­łem sam z wa­li­zecz­ką na ko­la­cję do po­bli­skiej re­stau­ra­cji Olsz­tyn. Na­zwa była my­lą­ca, bo ni­cze­go pol­skie­go tam nie ser­wo­wa­no – po pro­stu kie­dyś pra­co­wał w niej ku­charz po­cho­dzą­cy z Ma­zur i wi­docz­nie bar­dzo za­słu­żył się swo­ją sztu­ką ku­li­nar­ną, bo na jego cześć na­zwa­no lo­kal. Wy­cho­dząc po ko­la­cji, kil­ka­krot­nie za­uwa­ży­łem lu­dzi, któ­rzy się mną in­te­re­so­wa­li, parę razy wy­cho­dzi­ła za mną grup­ka dzie­ci sprze­da­ją­cych gumy do żu­cia na uli­cy. Pro­wa­dzi­ły mnie kil­ka­set me­trów, po czym zo­sta­wa­łem prze­ję­ty przez do­ro­słych, naj­czę­ściej w sa­mo­cho­dzie. Po oko­ło pół roku ob­ser­wa­cję zdję­to lub bar­dzo ogra­ni­czo­no (albo też pro­wa­dzi­li ją bar­dziej pro­fe­sjo­nal­nie, dys­kret­nie).

Do tego pro­ce­de­ru włą­czy­ła się tak­że mi­li­cja dro­go­wa, czy­li „ga­jo­wi” – Pań­stwo­wa In­spek­cja Sa­mo­cho­do­wa (GAI – Go­su­dar­stwien­na­ja Aw­to­mo­bil­na­ja In­spiek­cja), ale nam bar­dziej od­po­wia­da­ło to le­śne okre­śle­nie. A więc ga­jo­wi kon­tro­lo­wa­li na­sze sa­mo­cho­dy dość czę­sto, z re­gu­ły kil­ka razy na ty­dzień: na uli­cach mia­sta, przy gra­ni­cy, w szcze­rym polu. Spraw­dza­li do­ku­men­ty kie­row­cy, po­jaz­du, ob­wą­chi­wa­li An­drze­ja (nie do­ro­bi­li się jesz­cze wte­dy al­ko­ma­tów) i kil­ka razy mu­sia­łem za­koń­czyć to wi­do­wi­sko przy­zna­niem się do rze­ko­me­go spo­ży­cia al­ko­ho­lu – jako pa­sa­żer mo­głem to bez­kar­nie uczy­nić.

Kie­dyś do­szło do ku­rio­zal­nej sy­tu­acji – na­gle mi­li­cjant wy­sko­czył zza krza­ka i zła­pał nas na wy­kro­cze­niu po­le­ga­ją­cym na za­trzy­ma­niu się pół me­tra za zna­kiem STOP. Po krót­kiej dys­ku­sji wle­pił man­dat na ja­kąś śmiesz­ną sumę; nie kie­row­cy, tyl­ko mnie, czy­li pa­sa­że­ro­wi. Mo­gli­śmy zro­bić z tego spra­wę, bo nie moż­na, bez po­wia­do­mie­nia MSZ pań­stwa przyj­mu­ją­ce­go, ot tak so­bie wy­pi­sać man­da­tu dy­plo­ma­cie in­ne­go kra­ju. W koń­cu uzna­li­śmy to za zda­rze­nie na­tu­ry ko­micz­nej, a nie z za­kre­su pro­to­ko­łu dy­plo­ma­tycz­ne­go.

Zwy­kle też ga­jo­wi chcie­li za­glą­dać do ba­gaż­ni­ka i za­wsze trze­ba było im tłu­ma­czyć, że sa­mo­chód jest tak­że dy­plo­ma­tycz­ny – czer­wo­ne ta­bli­ce z bia­ły­mi li­te­ra­mi; i nikt ta­kich nie miał w OK. W koń­cu wo­zi­li­śmy za­fo­lio­wa­ną ko­pię sto­sow­nych prze­pi­sów do­ty­czą­cych ta­kich pro­ble­mów i po jej oka­za­niu in­tru­zom mie­li­śmy spo­kój.

Wra­ca­jąc na sta­tek, na­le­ży uzu­peł­nić re­la­cję opi­sem re­stau­ra­cji wa­lu­to­wej. By­łem tam dwa razy. Pierw­szy pa­mię­tam naj­le­piej. Boże Na­ro­dze­nie, 26 grud­nia 1992 roku. Miesz­ka­łem wte­dy w K. jesz­cze bez ro­dzi­ny (żona przy­je­cha­ła przed syl­we­strem) i po­sta­no­wi­łem uczcić ten dzień wy­pa­dem do ele­ganc­kie­go lo­ka­lu. W knaj­pie nie było ży­we­go du­cha. Mało kto tam cho­dził, bo wte­dy nie­wie­le osób dys­po­no­wa­ło wa­lu­tą. Przy­sze­dłem w to­wa­rzy­stwie dwóch pol­skich han­dlow­ców ze Szcze­ci­na, han­dlu­ją­cych ka­wio­rem, po­wra­ca­ją­cych aż z Ar­chan­giel­ska, któ­rym ukra­dzio­no z sa­mo­cho­du na par­kin­gu resz­tę to­wa­ru i do­ku­men­ty. Wy­sta­wi­łem im pasz­por­ty tym­cza­so­we, wte­dy zwa­ne blan­kie­to­wy­mi. Chy­ba dla­te­go ob­słu­gi­wa­ły nas wszyst­kie kel­ner­ki, z nu­dów za­pew­ne. Jed­na przy­nio­sła sztuć­ce, dru­ga – po­piel­nicz­ki, trze­cia – szklan­ki na piwo, czwar­ta – na­la­ła piwo (im­por­to­wa­ne), pią­ta – zupę, szó­sta – dru­gie da­nie, siód­ma – de­ser. Ostat­nia wa­ro­wa­ła przy ba­rze. Po­tem han­dlow­cy za­bra­li dwie z nich na dół, gdzie znaj­do­wał się bar z sza­fą gra­ją­cą, coś w ro­dza­ju mi­ni­dy­sko­te­ki. Po­dob­nie jak ich ko­le­żan­ki z knaj­py ru­blo­wej, były rów­nież tań­czą­cy­mi kel­ner­ka­mi. Ja po chwi­li wró­ci­łem do ho­te­lu, bo mia­łem coś do za­ła­twie­nia. W koń­cu to nor­mal­ne dni ty­go­dnia – świę­ta pra­wo­sław­ne są póź­niej – więc do kon­su­la­tu scho­dzi­li się in­te­re­san­ci.

To zresz­tą naj­smut­niej­sze świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia w moim ży­ciu. Zwłasz­cza wi­gi­lia. Pierw­szy raz w ży­ciu spę­dza­łem ją sa­mot­nie, za gra­ni­cą, pil­nu­jąc kon­su­la­tu, bez kon­tak­tu z kim­kol­wiek z Pol­ski. Nie mia­łem co ro­bić wie­czo­rem, więc sie­dzia­łem w po­ko­ju przy ja­kiejś książ­ce, aż zmo­rzył mnie sen. Resz­ta za­ło­gi wy­je­cha­ła do kra­ju – tak się zło­ży­ło.

W tym cza­sie re­li­gia i re­li­gij­ność w Ro­sji nie były jesz­cze obiek­tem de­mon­stra­cji po­li­tycz­nej czy też oby­cza­jo­wej. Nikt się z re­li­gij­no­ścią nie ukry­wał, ale też prze­sad­nie jej nie eks­po­no­wał. Fak­tem jest, że na te­re­nie Ka­li­nin­gra­du po­wsta­ło kil­ka cer­kwi, któ­re stop­nio­wo wra­sta­ły w kra­jo­braz i za­peł­ni­ły się dość szyb­ko wier­ny­mi. To no­vum lub też ele­ment po­wro­tu do prze­szło­ści im­pe­rial­nej, w men­tal­no­ści spo­łecz­nej – chwa­leb­nej. Dziec­ko mo­ich zna­jo­mych z K., Sie­rio­ża Ry­żow, zo­stał ochrzczo­ny w ta­kiej wła­śnie no­wej cer­kwi. Miał osiem lat. Po­pro­szo­no mnie o pod­ję­cie się roli chrzest­ne­go. Nie od­ma­wia się ta­kiej przy­słu­gi, więc się zgo­dzi­łem. Pop nie miał nic prze­ciw­ko temu, że je­stem cu­dzo­ziem­cem i ka­to­li­kiem. Mie­li­śmy więc oka­zję (była już ze mną ro­dzi­na, jak rów­nież ro­dzi­na An­drze­ja) po­znać pra­wo­sław­ny ce­re­mo­niał chrztu. Jest po­dob­ny do ka­to­lic­kie­go, z tym że pop po­le­wał gło­wę dziec­ka wodą z czaj­ni­ka, a cie­ka­wym ele­men­tem mo­dli­twy były sło­wa: duń­tie i pliuń­tie czy­li: „dmuch­nij­cie i spluń­cie”. Cho­dzi­ło o ode­gna­nie w ten spo­sób złe­go du­cha, dia­bła od nowo ochrzczo­ne­go czło­wie­ka. Spo­wo­do­wa­ło to na­szą we­so­łość, któ­rą z tru­dem po­tra­fi­li­śmy ukryć. Po ce­re­mo­nii chrztu, tak jak u nas, od­by­ła się uro­czy­stość w domu, pre­zen­ty, ży­cze­nia i… po­pi­ja­wa.

Zna­jo­mi to ty­po­wa ro­dzi­na ro­syj­ska w OK. Ob­wód ten był mie­szan­ką ra­dziec­kich grup et­nicz­nych, na­ro­do­wych i za­wo­do­wych. Do­mi­no­wa­li żoł­nie­rze, któ­rzy wraz z ro­dzi­na­mi prze­miesz­cza­li się po licz­nych gar­ni­zo­nach ca­łe­go kra­ju i ni­g­dzie nie za­grze­wa­li miej­sca dłu­żej niż kil­ka lat. Na uli­cach do­mi­no­wa­ły zresz­tą mun­du­ry: żoł­nier­skie, mi­li­cyj­ne, stra­ży gra­nicz­nej, ma­ry­nar­skie. Co czwar­ty miesz­ka­niec mia­sta no­sił ja­kiś mun­dur.

Ry­żo­wo­wie mie­li tro­je dzie­ci – oprócz Sier­gie­ja, tak­że star­sze­go syna Alek­se­go i cór­kę Iri­nę. Wik­tor, gło­wa ro­dzi­ny, był ma­jo­rem woj­ska i pra­co­wał w po­bli­skim szta­bie ar­mii. Jego żona Lena nie pra­co­wa­ła za­wo­do­wo. Od sa­me­go po­cząt­ku ist­nie­nia kon­su­la­tu krę­ci­ła się wo­kół nas, ofe­ru­jąc po­moc – uczy­ła się pol­skie­go na kur­sie, była kie­dyś se­kre­tar­ką, umia­ła pi­sać na ma­szy­nie i mia­ła do­stęp do ma­szy­ny z ro­syj­ski­mi czcion­ka­mi, więc chęt­nie z tego ko­rzy­sta­li­śmy. Z całą pew­no­ścią współ­pra­co­wa­ła z KGB i mia­ła za za­da­nie mo­ni­to­ro­wać pra­cę kon­su­la­tu i jego pra­cow­ni­ków. Trze­ba przy­znać, że ro­bi­ła to w spo­sób dość in­te­li­gent­ny, cho­ciaż kil­ka razy prze­sa­dzi­ła… Lu­bi­ła prze­sia­dy­wać w kon­su­la­cie, czy­li u mnie do póź­nych go­dzin wie­czor­nych; mia­ła na to czas mimo troj­ga dzie­ci w wie­ku szkol­nym, któ­ry­mi na pew­no na­le­ża­ło się za­jąć. Wy­py­ty­wa­ła o róż­ne spra­wy, su­ge­ru­jąc, że robi to z pro­stej ko­bie­cej cie­ka­wo­ści. Była ład­na i sym­pa­tycz­na, ale cza­sem cze­ka­ło mnie spo­ro pra­cy i nie mia­łem ocho­ty na po­ga­węd­ki.

Cie­ka­wa rzecz wy­da­rzy­ła się za­raz po moim przy­jeź­dzie do K. Po­trze­bo­wa­li­śmy ma­szy­ny do pi­sa­nia z „bu­kwa­mi”. Lena za­wio­zła mnie do szta­bu, gdzie pra­co­wał jej mąż. Ze wzglę­du na wie­czor­ną porę poza war­tą ni­ko­go tam nie było. Po­pro­si­ła, abym mi­nął war­tow­ni­ka bez sło­wa. Tak zro­bi­łem – męż­czy­zna do­brze znał ko­bie­tę lub zo­stał uprze­dzo­ny. Nie za­re­ago­wał wca­le. W biu­rze rze­czy­wi­ście sta­ła ma­szy­na do pi­sa­nia, na któ­rej Lena szyb­ko spo­rzą­dzi­ła pi­smo. Na sto­le wa­la­ły się mapy szta­bo­we, no­tat­ki, wy­kre­sy. Mo­głem to wszyst­ko sfo­to­gra­fo­wać lub po pro­stu prze­czy­tać. Pach­nia­ło mi to pro­wo­ka­cją, więc sta­ra­łem się szyb­ko za­koń­czyć wi­zy­tę w szta­bie.

Utrzy­my­wa­li­śmy kon­tak­ty to­wa­rzy­skie do koń­ca mo­je­go po­by­tu. Po­zna­łem tak­że nie­któ­rych są­sia­dów Ry­żo­wów, rów­nież sio­strę Leny i jej ro­dzi­nę miesz­ka­ją­cą w po­bli­żu ho­te­lu. Wszy­scy bar­dzo go­ścin­ni. Nie byli za­moż­ni, więc na­sze wi­zy­ty wią­za­ły się tak­że z po­mo­cą za­opa­trze­nio­wą – po pro­stu przy­no­si­li­śmy po­dar­ki, czy­li pri­wie­ty – wg aneg­do­ty ro­syj­skiej, ktoś kie­dyś przy­wi­tał się sło­wem pri­wiet (cześć), a ta dru­ga oso­ba spoj­rza­ła na jego ręce, po­tem za­czę­ła za­glą­dać za jego ple­cy i w koń­cu spy­ta­ła: I gdie etot pri­wiet?.

Za­wsze było to coś do je­dze­nia i pi­cia, dla dzie­ci – sło­dy­cze. Dla nas to nie­du­że wy­dat­ki, poza tym ta­kie im­pre­zy nie zda­rza­ły się czę­sto.

Ro­sja­nie, na przy­kła­dzie mo­ich zna­jo­mych, są bar­dzo to­wa­rzy­scy, otwar­ci, na pew­no za dużo piją, ko­bie­ty też, no ale prze­cież ja­kieś wady wszy­scy mamy… Są no­stal­gicz­ni i ro­man­tycz­ni. Nie­raz roz­go­ry­cze­ni i za­gu­bie­ni.

Pa­mię­tam, że kie­dyś do­siadł się do mo­je­go sto­li­ka w Rusi ja­kiś fa­cet. Za­czął opo­wia­dać, że pra­cu­je na ba­se­nie, gdzie przy­cho­dzą głów­nie bon­zo­wie z ma­fii. Wy­raź­nie im za­zdro­ścił i na­rze­kał, dla­cze­go to nie jemu przy­pa­dła taka rola. Na moje py­ta­nie, kim jest z za­wo­du, od­po­wie­dział, że ni­kim, bra­dia­gą – w daw­nej Ro­sji włó­czę­ga, ale w ro­dza­ju guru, wę­drow­cy – i pra­wie wszy­scy w tym kra­ju wg nie­go tacy są: że­bra­cy, włó­czę­dzy, za­stra­sze­ni i zdzi­cza­li (my di­ka­ri!). Trud­no mi się z nim dys­ku­to­wa­ło, bo to moje pierw­sze dni w K. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pe­re­gry­na­cje

isbn: 978-83-8423-495-2

© Mi­ro­sław Wit­kow­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Mał­go­rza­ta Gieł­za­kow­ska

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.