Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jak wygląda codzienność dyplomaty na drugim końcu świata?
Bycie konsulem rzadko przypomina dyplomatyczne bankiety z telewizji. Częściej oznacza prowizoryczne biuro, telefony bez odpowiedzi oraz decyzje podejmowane w warunkach, w których nie istnieją żadne gotowe rozwiązania.
Były polski konsul zabiera czytelnika w podróż po placówkach, gdzie oficjalna dyplomacja szybko traci sens. Od nieufnej, postsowieckiej Rosji początku lat 90., przez Bliski Wschód i Afrykę Północną, po kraje, do których wjazd oznacza stałą obserwację i brak jakiejkolwiek prywatności. Kuwejt, Tunezja, Pakistan, niedostępna Korea Północna oraz pulsujące kontrastami Peru. Każde z tych miejsc staje się innym testem cierpliwości, lojalności i granic kompromisu.
Z humorem, ale bez złudzeń, autor opisuje codzienność pracy od zaplecza. Negocjacje prowadzone na korytarzach, absurdalne lokalne przepisy, presję polityczną oraz relacje z urzędnikami państw, w których przyszło mu służyć. To opowieść o dyplomacji pozbawionej blichtru, tam, gdzie prestiż nie chroni przed odpowiedzialnością, a najważniejsze decyzje zapadają wtedy, gdy nie ma świadków.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Nawet jeśli kiedyś przemknęło mi przez głowę, mnie – domatorowi z natury – podróżowanie po świecie w stylu wagabundy, bądź kogokolwiek, to na pewno nie wówczas i nie w takich okolicznościach…
Nie możesz wstrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić.
(sentencja wschodnia)
Był mroczny listopadowy wieczór 1992 roku. Zaledwie przed paroma minutami wysiadłem z pociągu na dworcu w Olsztynie, zdążyłem rozprostować nogi, zapalić, ale niestety, należało zmierzyć się z przeznaczeniem.
Kierowca Konsulatu Generalnego RP w Kaliningradzie (Królewcu – Koenigsbergu – Koroliewskoj Gorie), Andrzej Kwiatkowski, opowiadał bardzo ogólnie o problemach tej placówki, podkreślając pionierski charakter projektu i brak wyobraźni bonzów z MSZ. Po paru dniach mogłem się o tym przekonać.
Na razie pokonaliśmy granicę w Gronowie-Mamonowie – ok. 60 km od Kaliningradu.
Po stronie polskiej bez specjalnych wrażeń (właśnie modernizowano drogę od Braniewa i przejście graniczne w Gronowie), ale w miarę zbliżania się do strefy rosyjskiej mina mi rzedła: rozpoczął się pas umocnień z drutu kolczastego, poprzecinany wieżami strażniczymi. Rosyjscy pogranicznicy, wbici w zbyt obszerne szynele, z obwisłymi pasami na biodrach i kałachami przewieszonymi przez plecy, „obwąchiwali” naszego nowego Poloneza Caro, a później nieufnie przypatrywali mojemu paszportowi i facjacie.
– Pan jest polskim konsulem w Kaliningradzie?
– Tak, właśnie rozpoczynam pracę.
– Co pan wiezie w bagażniku?
– Rzeczy osobiste, ale mój bagaż nie podlega kontroli, zgodnie z konwencją konsularną. Podobnie jak samochód konsulatu.
Ci Rosjanie nigdy nie widzieli dyplomaty, jego paszportu, nie mieli pojęcia o roli, jaką odgrywa placówka dyplomatyczna w danym okręgu. Okręg Kaliningradzki (dla ułatwienia: OK) był enklawą zupełnie zmilitaryzowaną, gdzie cudzoziemcy nigdy dotąd nie mieli prawa wjazdu… a tu nagle polski konsul chce tutaj pracować i oczywiście węszyć, bo przecież każdy dyplomata to szpieg.
Bardziej zdumieni byli później, gdy przywiozłem rodzinę na wakacje do Kaliningradu. Oglądając ze wszystkich stron paszporty moich małolatów – dziewięcio- i dwunastolatka – pytali: „Dieti toże dipłomaty?”.
W końcu minęliśmy bramę do „raju”. Otworzył ją bardzo młody sołdat w podniszczonym płaszczu. Mruknął coś o paleniu. Poinstruowany przez Andrzeja, zaopatrzyłem się w Olsztynie w najtańsze papierosy i wręczyłem moją pierwszą wziątkę żołnierzowi. Taka sytuacja powtarzała się wielokrotnie przez cały okres mojego pobytu w OK.
Za bramą zaczął się stumetrowy pas zaoranej ziemi, potem droga asfaltowa do miejsca, gdzie kolejny wartownik rozwarł bramę końcową, po odebraniu od nas stosownego dokumentu, który dostaliśmy od pograniczników (świstek z nagryzmolonym numerem i datą), i obowiązkowego nikotynowego datku.
Pora wieczorna uniemożliwiła jakąkolwiek obserwację okolicy. Wszędzie panowały ciemności i tylko gdzieś w oddali majaczyły jakieś światełka. Kierowcy nie używali świateł, co chwila migali na nas, że świecimy na darmo i zużywamy prąd, a w dodatku walimy po oczach i nie pozwalamy im spokojnie jechać po ciemku. Na poboczach królowali piesi i wózki inwalidzkie, gdyż za dnia ci ludzie wstydzili się swojego kalectwa lub kazano im się tego wstydzić, a poza tym, nie mieli z tego tytułu żadnych ulg czy uprawnień. Należy dodać, że ulice mijanych wsi i miasteczek nie były oświetlone, więc tylko dzięki niewielkiej prędkości i wzmożonej czujności Andrzeja uniknęliśmy kolizji czy potrącenia jakiegoś wieczornego wędrowca (przypomniał mi się fragment znanej pieśni Wajdeloty: „Skąd wracali Litwini? Z nocnej wracali wycieczki”). Tamci z OK wracali prawdopodobnie ze zwykłego spaceru, niektórzy byli „bardzo zmęczeni”.
Po godzinie dojechaliśmy do stolicy okręgu. O ile drogi na prowincji jeszcze nadawały się do jazdy bez większych obaw o podwozie, to ulice w Kaliningradzie (K) stanowiły duże wyzwanie, zwłaszcza dla niewprawnego kierowcy. Co kilka metrów dziury, kałuże-pułapki (bo także z dziurami), byle gdzie zaparkowane samochody, nawet na środku skrzyżowania, na przystanku itp.; ciekawe typy ciężarówek – bez konkretnej marki czy modelu, bardziej domowej roboty, „młotkiem klepane” wehikuły lub graty pamiętające jeszcze NEP, Stalina czy też Chruszczowa. Samochody osobowe również oryginalne, ale sporo nowych, wypasionych limuzyn mafiozów i „nowych Ruskich”, którzy zaczęli zmieniać w tym czasie społeczny i obyczajowy wizerunek postradzieckiej Rosji. Miasto było skąpo oświetlone, jakby starało się ukryć przed wzrokiem przybysza swoją biedę, chaos architektoniczny i organizacyjny, apatię mieszkańców. To jednak mogłem dostrzec dopiero w czasie kolejnych miesięcy mojej pracy w K.
Podjechaliśmy pod hotel Kaliningrad (a jakżeby inaczej). Położony był w centrum miasta, co dało się wyczuć nawet w nocy – tutaj zbiegały się główne ulice. Weszliśmy do hallu i… zamarłem. Ujrzałem tabun czarnych głów przed recepcją, nad nimi rozciągała się smuga zapachów, których nie można nazwać aromatem, tworzących rodzaj żywego bruku, falującego z lewa na prawo, a także do tyłu i do przodu, w zależności od sprawności tych z początku kolejki i samej administratorki przydzielającej pokoje i spisującej dane gości.
Okazało się, że to przedsiębiorcy z południowych republik – głównie Ormianie, Gruzini i Azerowie, którzy handlują tutaj na bazarach i ulicach. Miejscowi nazywają ich pogardliwie czarnymi. Wśród nich również prawdziwi bonzowie, właściciele flotylli ciężarówek zatrudniający grupę pracowników. I mafii też nie zabrakło.
Po chwili Andrzejowi udało się sforsować recepcję – był znany personelowi, bo mieszkał tu miesiąc przed moim przybyciem. Dali mi pokój na trzecim piętrze, tradycyjny, bez luksusów: tapczan, stolik, dwa krzesła, biurko, chodnik, zasłony i firanki, łazieneczka z WC… Cóż więcej trzeba początkującemu dyplomacie? Niech się wdraża i przyzwyczaja, bo przecież to nie jest praca, sanatorium, tylko służba, misja… Opadły mi ręce na widok pokoju, który był właściwie obskurną norą. Nie miałem jednak czasu na rozmyślania. Wkrótce pokojówki zaczęły pukać do drzwi i pytać o moje potrzeby. Andrzej już puścił farbę, kim jestem i co tu będę robił – organizować placówkę konsularną.
Początkowo martwił mnie brak doświadczenia językowego – filologię rosyjską ukończyłem kilkanaście lat wcześniej – jednak po paru dniach okazało się, że te obawy są płonne.
Rosjanie, z którymi rozmawiałem, raczej brali mnie za:
1. Innego Rosjanina,
2. Rosjanina z prowincji,
3. Litwina, Estończyka lub Łotysza.
Na pewno nie byłem dla nich pod względem znajomości języka rosyjskiego człowiekiem z Zachodu (dla nich Polska to Zachód).
Po rozpakowaniu moich tobołów chciałem coś zjeść i napić się herbaty. Andrzej wskazał mi prosty bufet na piątym piętrze, ale nie było tam dużego wyboru. Kawa i herbata owszem, jakieś napoje w stylu Fanty, pierogi podejrzanej świeżości i podobne „przysmaki”. Królowały za to kanapki z razowego chleba i grubo krojonej słoniny posypanej papryką. Idealna zakąska!
Kupiłem naleśniki z serem i czymś jeszcze, kawę i zacząłem jeść. Jednak moje pierwsze wrażenia były tak żywe i przytłaczające, że nie mogłem wiele przełknąć. Wszystko kojarzyło mi się z brudem i tym wszechobecnym w OK nieprzyjemnym zapachem, właściwie – odorem niedomytych ciał, naczyń, tytoniu, alkoholu, znoszonej odzieży, bazarów i SAM-ów, czyli uniwermagów.
Taki stan trwał chyba przez tydzień. Jadłem niewiele, ograniczając się do słodyczy i napojów. W czasie pierwszej wizyty w barze mój podziw wzbudził pewien Azer, który do filiżanki kawy wsypał zawartość połowy cukierniczki, starannie tę breję wymieszał i ze smakiem wypił. W ogóle towarzystwo było tam nieciekawe, jakby szemrane, mlaskające i siorbiące, patrzące spode łba, świdrujące oczami, poza tym jednopłciowe – męskie.
Aby skończyć temat bufetowy, należy wspomnieć jeszcze o dwóch przybytkach kulinarno-towarzyskich tego ekskluzywnego hotelu. Kolejny bar znajdował się na drugim piętrze, przeznaczony raczej dla cudzoziemców lub ludzi dysponujących walutą. Ceny były bowiem w dolarach. Do zalet tego miejsca należała możliwość wypicia dobrego piwa, co prawda w puszkach, ale niech tam… Po drugie, dyspozycyjny barman Sasza, który praktycznie o każdej porze umożliwiał spotkania, np. z gościem konsulatu. Barman był na 100% na kontakcie miejscowych służb – zresztą wykazywał niezdrowe zainteresowanie każdym klientem – ale mimo wszystko to miejsce mogło uchodzić za przedsmak europejskiego sznytu.
Ostatni bar, a raczej typowa knajpa dla wszystkich dysponujących gotówką, mieścił się na czwartym piętrze. Dało się tam napić wszystkiego oprócz piwa, bo serwowali tylko miejscowe Żygulewskie (znacząca nazwa, chociaż przez „ż”). Poza tym wszystko pozostałe było w porządku. Atut tego miejsca stanowiła ładna barmanka i przyjemna atmosfera. W lokalu spotykali się przeważnie przedsiębiorcy i inni ludzie załatwiający różne interesy.
Muszę przyznać, że to jedno z moich ulubionych miejsc w tym mieście. Właśnie tam poznałem zwyczaj zagryzania koniaku cieniutkimi plasterkami cytryny – kwaśna zagrycha neutralizuje moc i ostry posmak alkoholu, tym bardziej że armeński czy też azerski koniak „kopie w język”. Niestety do jedzenia oferowali niewiele.
Poznałem tam również typowego przedsiębiorcę rosyjskiego, właściciela wielkiegoKamaza, przewożącego towar z południa Rosji na Litwę. Zatrudniał jednego kierowcę, drugim był on sam. Opowiadał o swoim rodzinnym mieście – Wotkińsku. Wówczas produkowano tam jeszcze słynne rakiety SS-20. Częstując mnie śledziami, wyjętymi z torby i podanymi na jakiejś gazecie i – a jakże – koniakiem, upajał się swoim miasteczkiem i rodziną.
– Ty, Mirosław, przyjedź do mnie latem – zapraszał. – Opowiedz mojej rodzinie, jak wygląda świat, jak jeździ się autobusem, tramwajem. Opowiedz o sobie, bo nikt nigdy cudzoziemca tam nie widział…
To mogła być prawda, ponieważ w nieodległej przeszłości tego typu miasteczka pełniły rolę ośrodków naukowo-badawczych o znaczeniu strategicznym, zupełnie utajnione – ich mieszkańcy byli jednocześnie pracownikami przemysłu zbrojeniowego i więźniami. Ten człowiek wywarł na mnie wrażenie. Niestety, pił niemiłosiernie dużo i musiałem go opuścić – nie graliśmy w tej samej lidze.
Na parterze znajdowała się również klasyczna restauracja hotelowa, jednak zjedzenie tam czegokolwiek było dużym poświęceniem ze strony degustatora – po prostu groziło to „śmiercią lub kalectwem”.
Ten pierwszy zapoznawczy wieczór zakończył się rozmową z Andrzejem przy lampce miejscowego koniaku (marki nie pamiętam lub nie chcę być posądzony o kryptoreklamę). Wyjaśnił mi wiele spraw i obiecał pomoc. Obietnicy dotrzymał, nie tylko w czasie naszego pobytu w OK. Również jego żona Grażyna, która dojechała z córką Martą zaraz po tym, jak Andrzej wynajął mieszkanie, okazała się równą babką i bardzo uczynną. Pomagała mi we wszystkich gospodarskich sprawach. Doszło nawet do niemałego poświęcenia z jej strony przed moim powrotem do kraju. Kolega z Warszawy prosił mnie, abym kupił dla niego najgorsze rosyjskie papierosy i wódkę – taki miał kolekcjonerski gust. Grażyna poszła więc odważnie do najbliższego sklepu wcześnie rano, ustawiła się w kolejce razem z miejscowymi menelami i zrealizowała zamówienie. Sprzedawczynie były bardzo zdziwione, mużyki (chłopy) także – z wrażenia przestały im się łapy trząść – a Grażyna urosła w ich oczach.
Jednak najśmieszniejszy moment nastąpił po paru dniach jej pobytu w K. Nie znając jeszcze zbyt dobrze rosyjskiego, poszła do tego samego sklepu po smalec – rosyjski żyr. Grażyna poprosiła o pół kilo żopy,czyli dupy, wzbudzając wesołość ekspedientek i klienteli. Potem robiło się jeszcze śmieszniej, bo nie wiedziała, o co chodziło, i przyszła do mnie, prosząc o wyjaśnienia. Po usłyszeniu jej relacji sam zacząłem się śmiać i nie mogłem dojść do siebie przez jakiś czas – prawie się na mnie obraziła. Do dzisiaj opowiadamy to sobie jak anegdotę i znak rozpoznawczy Kaliningradu.
Następnego dnia poznałem konsula generalnego, naszego szefa, Jerzego Bahra. I to był wówczas cały skład placówki. JB reprezentował placówkę na zewnątrz, zgodnie z formalną i zwyczajową rolą przypisaną stanowisku kierownika placówki. Sporadycznie włączał się do pracy merytorycznej konsulatu. W sumie był niezłym szefem i partnerem, wspominam go z sympatią. Obecnie jest ambasadorem w Moskwie, kieruje bardzo dużą i trudną ambasadą. Po powrocie do Polski spotkałem go przypadkowo tylko raz na korytarzu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zapamiętałem jego przepowiednię, że w przyszłości na pewno spotkamy się na placówce. No cóż, czas pokaże. Wówczas przygotowywałem się do atrakcyjnego wyjazdu do Peru i nie myślałem poważnie o przeciwnym kierunku wojaży. Jerzego Bahra interesują głównie kresy wschodnie dawnej Rzeczypospolitej – był w Wilnie, Kijowie i dwa razy w Moskwie – i tam pewnie mnie widział oczyma wyobraźni.
Mój pokój hotelowy pełnił jednocześnie funkcję konsulatu. Naprzeciwko, w podobnym lokum, mieszkał Andrzej. Szef wynajął mieszkanie-rezydencję w wieżowcu na ciągle jeszcze czynnym placu budowy, na skraju nowego osiedla mieszkaniowego. Mieszkanie było trzypokojowe, jak na standardy OK – luksusowe. Wyposażenie przywieziono z Polski, podobnie jak inne meble i sprzęt placówki. Jednak postępowało to wolno, ślamazarnie nawet. Przez pierwsze miesiące nie miałem szafy i żadnych zabezpieczeń – pieczęcie, stemple, pieniądze i ważniejsze dokumenty konsulatu nosiłem cały czas przy sobie, w neseserze, nie zawsze w towarzystwie Andrzeja. W każdej chwili mogłem być obiektem ataku lub prowokacji miejscowych służb, które skrupulatnie nas inwigilowały, zwłaszcza mnie – świeży towar w obsadzie konsulatu. Poza tym musiałem się liczyć z przestępczością pospolitą – kieszonkowcy, uliczni watażkowie i gangi.
Należało też liczyć pieniądze – zajmowałem się wszystkim w konsulacie, finansami również. Stąd wiem, że bardziej opłacałoby się wynająć mały domek, tzw. osobniak, których wówczas było sporo, relatywnie tańszy. Pokoje hotelowe (mój i Andrzeja) bardzo dużo kosztowały, bo cudzoziemcy zawsze płacili tam więcej – podwójnie lub potrójnie. Odnosiłem wrażenie, że tubylcy nie tylko nas nie rozumieli, ale także traktowali nas jak dojne krowy, robiąc łaskę, że pozwolili nam pobyć w tym „cudownym” miejscu i oglądać ich świat. Normalny świat w ich mniemaniu.
W recepcji hotelu wiedziano o konsulacie i kierowano do mnie wszystkich petentów, uprzednio ich wypytując o cel wizyty – oczywiście dotyczyło to Rosjan. Na piętrze urzędowała etażowa – wynalazek epoki radzieckiej – do obserwowania gości hotelowych i ich aktywności na terenie piętra. Jako osoba publiczna, byłem znany wszystkim etażowym, kelnerkom i administratorkom, gdyż przewijałem się przez różne miejsca w hotelu sam lub z petentami w celu załatwiania służbowych spraw. Zmieniały się co jakiś czas – mnie utkwiła w pamięci jedna z nich, bardzo ładna dziewczyna, inteligentna i dowcipna. Andrzej próbował ją bajerować (do przyjazdu żony), ale bezskutecznie – widocznie miała bezwzględny zakaz bratania się z kapitalistycznym konsulatem.
Czułem się bardzo nieswojo w moim pokoju. Zapuszczona nora, typowy nomier (ros. pokój hotelowy), ze starymi meblami, bez żadnych wygód itp. Wstyd mi było przyjmować tam ludzi. Apogeum tego stanu nastąpiło, kiedy zawitali do nas dwaj Niemcy w sprawie opłaty za zezwolenia na przewóz przez Polskę broni myśliwskiej – wracali z polowania na Litwie. Podczas gdy ja przygotowywałem przy prowizorycznym biurku dokumenty, goście rozglądali się z mieszaniną zdumienia i niesmaku.
W końcu zapytali wprost:
– Czy to jest naprawdę polski konsulat?
Odpowiedziałem, że to tylko tymczasowe lokum, ale już niedługo znajdziemy coś normalnego. Zwykle się nie czerwienię, lecz wówczas nie byłem pewny, czy rumieniec nie oblał mi policzków.
Po paru miesiącach wynajęliśmy tzw. lux, czyli apartament: dwa pokoje, jeden większy, z telewizorem kolorowym typu Rubin, drugi mniejszy – sypialnia. Można było chociaż oddzielić część prywatną od służbowej. Mieliśmy więcej miejsca, więc wstawiliśmy do części służbowej kserokopiarkę, biurko i inne drobniejsze elementy wyposażenia, natomiast w sypialni zainstalowaliśmy małą szafę pancerną, w której mogłem spokojnie deponować pieniądze i dokumenty (własne też). Mimo to konsulat nie wyglądał zachęcająco. Moja żona podczas pierwszego pobytu w K. w grudniu 1992 roku stwierdziła, że mieszkam w psiej budzie… I miała rację.
Rodzina przebywała ze mną w OK podczas wakacji 1993 roku. W pierwotnych planach mieliśmy tam mieszkać razem przez całą kadencję, czyli około czterech lat, ale po pierwsze, byłby problem ze szkołą dzieci (codzienne dojazdy do szkoły podstawowej w Braniewie, bo wykluczaliśmy rosyjską „dziesięciolatkę” – być może błędnie, gdyż teraz jest na osoby znające ten język zapotrzebowanie, albo i nie, biorąc pod uwagę poronione pomysły ludzi pokroju Macierewicza z ich antyrosyjską manią prześladowczą); po drugie, obiektywne okoliczności ułożyły się tak, że po uruchomieniu konsulatu, czyli po roku, podziękowano mi za pracę i oddelegowano do kraju. Murzyn zrobił swoje i może odejść. Taki był też komentarz do tej sytuacji moich znajomych z K.
Niemniej jednak byliśmy zadowoleni, bo spędziliśmy wspaniały urlop w St. Petersburgu, poznaliśmy też wybrzeże Bałtyku od strony K oraz część Litwy. Szczególnie utkwiły w mej pamięci wypady na Mierzeję Kurońską – wówczas mogli tam tylko wjeżdżać oficjele i dyplomaci, natomiast inni musieli mieć specjalne przepustki i wymagano od nich opłat za wjazd do strefy. Do dyplomatów nikt tam nie był przyzwyczajony, więc musiałem pogranicznikom tłumaczyć, że w OK istnieje polski konsulat i posiada pewne prawa. Nawet litewska straż graniczna nie wiedziała, jak nas potraktować.
Po przejechaniu pierwszych kilometrów od litewskiej granicy dało się zauważyć zmiany: równa droga, namalowane wyraźnie znaki poziome, zadbane pobocze i okolice. Nie był to może nieskazitelny porządek w stylu austriackim (gdzie np. kury miały swój deptak podwórkowy ograniczony ze wszystkich stron siatką), ale na pewno przedsmak cywilizacji ładu, do której aspirowaliśmy.
Zwiedziliśmy Lidę i Kłajpedę – dwa bardzo urokliwe miejsca; szczególnie Kłajpeda, znane miasto hanzeatyckie, ze swoją historią, atmosferą i nadzieją na odzyskanie dawnej świetności. Petersburg natomiast jest na pewno perłą Rosji, nazywaną nie bez przesady Wenecją Północy. Rzeczywiście znajduje się w nim więcej kanałów niż w Wenecji, ale przede wszystkim, przynajmniej w części historyczno-turystycznej, jest bardzo zadbany, dobrze zorganizowany i czysty – w przeciwieństwie do zaśmieconej i bardzo drogiej Wenecji. Ciekawe było również przebogate w zabytki architektoniczne otoczenie parkowo-pałacowe Petersburga.
Spędziliśmy tam interesujący urlop, zwiedzając liczne cerkwie, pałace, muzea (z Ermitażem na czele). Właściwie musielibyśmy spędzić tam z pół roku, żeby wszystko dokładnie obejrzeć, m.in. białe noce. Jedyną niedogodnością okazały się komary w naszym mieszkaniu (polski konsulat w Petersburgu użyczył nam, poprzez mojego kolegę-konsula, lokal innego pracownika placówki, który wyjechał na urlop). Przed snem urządzaliśmy polowania, z miernym skutkiem, gdyż po zgaszeniu światła bestie te atakowały nas z wyciem podobnym do dźwięków wydawanych przez niemieckie sztukasy podczas II wojny światowej.
W każdym razie moja rodzina była bardzo zadowolona z pobytu w tym mieście. Ja musiałem wracać do swojego quasi-konsulatu…
Petenci przychodzili do mnie o każdej porze dnia i nocy, gdyż administracja hotelu nie przejmowała się godzinami mojego urzędowania. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko z pokorą znosić te wizyty, w nadziei, że w przyszłości zbudują nowy obiekt, godny placówki RP. Nie doczekałem się – nowy konsulat powstał dopiero w 1996 roku, czyli po moim wyjeździe z OK. Znałem jednak lokalizację przyszłej placówki.
Nie chcąc rozwodzić się nad sprawami zawodowymi, do których sprowadzają się wszystkie rozmowy i dyskusje w czasie imprez i spotkań towarzyskich dyplomatów, nawet wbrew ich intencjom i pierwotnym planom, wspomnę jedynie o trzech przypadkach, które wywarły na mnie wrażenie.
Pierwszy związany był z wizytą starszego pana w naszym konsulacie pewnego jesiennego wieczoru, około północy. Jak się potem okazało, ów starszy pan był mieszkańcem wioski niedaleko Braniewa. Za namową, a właściwie w wyniku ustawicznej perswazji ze strony żony, która wjechała mu na ambicję, dając za przykład obrotnych sąsiadów robiących interesy na handlu przygranicznym z Rosjanami, dziadek wybrał się do K zaopatrzony w towar – proszki do prania, kosmetyki – kupione w Braniewie. Miał to sprzedać z zyskiem na bazarze w K, zgodnie z powszechną i sprawdzoną praktyką. Niestety, został okradziony z pieniędzy i dokumentów już w autobusie niedaleko dworca kolejowego w K. Nie stracił jednak zimnej krwi i sprzedał towar na bazarze. Potem jednak nie wiedział, jak wrócić do domu bez dokumentów, błąkał się po dworcu i w końcu milicja dworcowa przywiozła go do mnie około północy. O tej porze nie dało się już wynająć dla niego pokoju, więc przenocował u mnie – rozwiązanie nie do końca bezpieczne i zgodne z przepisami, ale ta wyjątkowa sytuacja nie pozwalała pozostawić starszej osoby własnemu losowi.
Dziadek był rozmowny, częstował koniakiem azerskim i śledziami w sosie pomidorowym. W łazience zajął moje hotelowe szklanki do płukania ust: jedną na szklane oko, drugą – na sztuczną szczękę. Moczyły się tak do rana. W nocy nie zmrużyłem oka, bo mężczyzna niemiłosiernie chrapał, z jego gardła wydobywały się ogłuszające dźwięki – pochodna odgłosu wyjmowania zardzewiałego gwoździa z dechy i otwieranych drzwi w starym zamczysku lub zakrystii. Rano, wypoczęty i rześki (w przeciwieństwie do mnie), zjadł śniadanie, przygotowane przeze mnie, zwolnił moje szklanki w łazience i pojechał razem z nami do Polski. Miał szczęście, bo akurat wybieraliśmy się z szefem i Andrzejem na zakupy do Braniewa. Dziękował wylewnie i, zaciągając nieco, zapowiedział następną wizytę w K: „Ja tam, panie, już wszystko wiem. Ja wszystko widział, co trzeba”. Nie próbowałem go odwodzić od swoich zamiarów, wszak był obywatelem wolnego kraju…
Inny przypadek miał bardziej nieprzyjemny finał. Otrzymałem informację o wypadku samochodowym Polaka. Nadarzyła się więc okazja, by zobaczyć miejscowy szpital. Był w miarę czysty, ale zaniedbany, niedoposażony i z tym wszędobylskim zapaszkiem (wówczas już zdążyłem się do niego przyzwyczaić). Chorzy paradowali w przybrudzonych piżamach, personel miał w miarę czyste wdzianka, a lekarze – białe, wysokie czapy. Moim petentem okazał się młody chłopak, który wybrał się do K ze znajomymi na balangę. Prowadził po pijanemu samochód należący do ojca kolegi, w pewnym momencie uderzył w latarnię. Nikt nie ucierpiał poza kierowcą, który został zraniony w oko. W szpitalu narządu nie udało się uratować, na dodatek ranę zaszyto w sposób partacki, „na okrętkę”. Chłopak wyglądał koszmarnie. Oczodół, załatany i zajodynowany byle jak, przyciągał uwagę i odtrącał jednocześnie. Gdy wracaliśmy do hotelu z poszkodowanym, który nie miał paszportu i potrzebował dokumentu tymczasowego, ludzie oglądali się za nim i za mną przy okazji też.
Trzeci przypadek był najmniej dramatyczny – przynajmniej w chwili narracji. W okresie późniejszym mogło być różnie. Pewnego dnia przyszła do mnie młoda dziewczyna bez butów. Była zima i swoje botki zostawiła przed drzwiami pokoju. Okazało się, że chciała wyjść za mąż za Marokańczyka, studiującego razem z nią na miejscowym uniwerku, i zaczęła stopniowo przejmować zwyczaje arabskie. Myślała, że udzielimy im ślubu. Ze względów formalnych nie było to możliwe, ale próbowałem wyjaśnić jej, że małżeństwo z Arabem, czyli z obcą kulturą i stylem życia, może okazać się dla niej nie do zniesienia – podobnie jak w przypadku wielu innych Polek. Nie znam finału tej sprawy, ale dziewczyna utkwiła mi w pamięci również dlatego, że była moją krajanką – pochodziła z Jaworzna.
Praca konsula jest odpowiednikiem pracy urzędnika administracji krajowej w niezbędnym zakresie, ograniczonym specyfiką okręgu i kraju urzędowania, m.in. aktywnością i obecnością Polonii. W OK jest nieliczna i biedna. Jej problemy oscylowały wokół spraw kulturalno-społeczno-religijnych. Brak kościoła to jedna z bolączek – ksiądz miał prawo odprawiać msze na dziedzińcu wyznaczonego kościoła, a do środka (zakrystii) mógł wejść tylko po to, aby się przebrać i ogrzać zimą.
Kościoły w Rosji były w dalszym ciągu obiektami innego, poza sakralnym, przeznaczenia, przeważnie halami organowymi, gdzie odbywały się koncerty muzyczne. Inny problem stanowił brak Domu Polskiego. Aktywność Polonii skupiała się więc wokół objazdowej parafii księdza Steckiewicza, polskiego duchownego wspomaganego finansowo przez niemieckie organizacje pozarządowe i Kościół Katolicki oraz fizycznie przez niemieckie zakonnice. Ksiądz dysponował rozkładanym objazdowym ołtarzem, który pełnił jednocześnie funkcję zaplecza socjalnego – dom na kółkach z pełnym wyposażeniem.
Bazą parafii był parking, na którym rozlokowano pawilony, zbudowane z lekkich materiałów i wyposażone w instalacje grzewcze, wentylacyjne itp. – normalne domki mieszkalne. W każdą niedzielę parafia zapraszała nas na obiady gotowane i podawane przez zakonnice – palce lizać (chodzi o potrawy, gdyż siostry zakonne nie wyróżniały się urodą, jednak były bardzo uczynne). Również parafia ks. Steckiewicza pomagała nam logistycznie w pracy konsulatu. Początkowo nie mieliśmy maszyny do pisania z rosyjskimi czcionkami, papieru i innych materiałów biurowych. Parafia stała się wtedy naszym zapleczem i wybawieniem. Oczywiście potem całe potrzebne wyposażenie kupiliśmy w Polsce lub przywieźli nam to kurierzy MSZ.
Początkowo podstawowym problemem pozostawała kwestia bezpieczeństwa, nie tylko mojej osoby, ale przede wszystkim zawartości walizeczki, w której mieścił się z konieczności cały konsulat. Przez kilka miesięcy wychodziłem na zewnątrz w towarzystwie Andrzeja, który w taki właśnie sposób awansował na mojego „goryla”.
Przeważnie wyjeżdżaliśmy na obiad wieczorem, po pracy, bo wzmiankowana restauracja hotelowa nie spełniała naszych oczekiwań (takie z nas francuskie pieski). Najczęściej stołowaliśmy się w restauracji Ruś, niedaleko hotelu, w pobliżu bazaru centralnego. Podawali tam pyszną solankę, tradycyjną zupę tego regionu, wraz z blinami lub pieczywem. Należy podkreślić, że w tych czasach pieczywo należało do towarów strategicznych i wszystkie piekarnie oraz sklepy z pieczywem podlegały szczególnej opiece KGB – nie mogło tego produktu zabraknąć. Rzeczywiście, pieczywo było smaczne, szczególnie ciemne; zawsze mogliśmy kupić gdzieś świeże, bardzo tanie.
Innym miejscem naszego relaksu i kumulowania kalorii był hotel Inturist, gdzie dało się dobrze zjeść, ale obsługa z kolei nie przejmowała się gośćmi – czasami długo czekaliśmy na obiad, a kiedyś podano nam (mnie i koleżance z MSZ, która przyjechała na „wykopki”, czyli sezonowo pomagała w konsulacie) kawę z herbatą w jednej filiżance. Kelner, któremu zwróciliśmy uwagę, nie zareagował właściwie, nie przeprosił, tylko wzruszył ramionami („Co za wybredni goście!”) i przyniósł inne, domyte filiżanki z właściwą zawartością.
Najlepszym i najelegantszym miejscem był jednak statek na Pregole, przycumowany na stałe do nabrzeża, pełniący rolę hotelu i knajpy. Mieściły się tam dwie restauracje: rublowa i walutowa. Rublowa na pewno tańsza, ale i ciekawsza. Często zapraszaliśmy tam gości z Polski, którzy odwiedzali OK i nasz konsulat. Oba lokale serwowały dobre jedzenie i praktycznie każdy rodzaj napojów. W rublowej ewenementem było to, że wieczorami przy muzyce tańczyły tam kelnerki, nie same, ale z gośćmi, czego nie widziałem nigdzie indziej.
Z knajpą rublową kojarzy mi się epizod związany z polskim przedsiębiorcą z branży skórzanej, p. Adamczykiem. Przybył do K w towarzystwie adwokata i pani do towarzystwa, zgrabnej laski, z którą chętnie się pokazywał, chociaż trzeba przyznać, że do żony w kraju telefonował codziennie. A nie było to takie proste z powodu braku komórek. Dzwoniło się np. z publicznej rozmównicy w naszym hotelu, odczekawszy swoje w kolejce do kabiny, oczywiście na permanentnym podsłuchu. Można było także wysłać faks.
Dopiero po paru miesiącach MSZ zawarł umowę z komisariatem w Braniewie, w celu udostępnienia nam pokoju z pancerną szafą na zamek szyfrowy, gdzie mogliśmy deponować ważniejsze dokumenty i pieniądze, oraz z telefaksem. Pocztę wysyłaliśmy za pośrednictwem skrytki pocztowej w Braniewie. O korespondencji niejawnej mogliśmy wtedy zapomnieć.
Adamczyk nie ruszał się nigdzie bez adwokata i dziewczyny. Jeździł Mercedesem, z którym miał niemiłą przygodę zaraz na początku pobytu w Kaliningradzie. Zaparkował wóz przed hotelem. Była zima, tęgi mróz, a przy parkingu warowali chłopcy myjący samochody. Bez pytania oblali pojazd i zaczęli go myć, ale prawie natychmiast woda zamarzła i potem musieliśmy długo skrobać szyby, żeby pojechać na statek na kolację. Adamczyk chciał kupić obiekt z przeznaczeniem na sklep z galanterią skórzaną, mieszczący się w dawnej winiarni obok hotelu. Pokonał wszystkie bariery biurokratyczne OK dzięki umiejętnie wręczanym łapówkom i darowiźnie na jeden z domów dziecka. Dotyczyło to także generała miejscowego KGB, który, co prawda, nie czynił żadnych trudności formalnych, ale przydzielił mu swojego człowieka, jako przewodnika, czyli „pilnowacza”. Udzielałem Adamczykowi pomocy prawnej, ale nie tylko. To wszystko razem wzięte zaowocowało otwarciem eleganckiego sklepu, chociaż dość drogiego na kieszeń przeciętnego Kaliningradczyka.
Ulubionym miejscem A. i jego kompanii był właśnie statek na Pregole, gdzie kilka razy zaproszono także i mnie. Pewnego razu przybiegła do naszego stolika towarzyszka A. i ze strachem w oczach poinformowała nas o facecie w WC (koedukacyjnym), któremu wypadł pistolet z kieszeni kurtki. Ponieważ każdy nasz gość był obserwowany przez miejscowe KGB, wyjaśniłem dziewczynie, że to nie bandyta, tylko ktoś w rodzaju naszego rosyjskiego ochroniarza. Zwróciłem również uwagę na kilka par, które rozsiadły się wokół naszego stolika, udając tancerzy lub konsumentów. Od tej pory każdorazowo A. bawił się w wyszukiwanie tajniaków w swoim otoczeniu.
Jeśli mowa o tajniakach… Przez pierwsze pół roku nie odstępowali mnie prawie na krok. Od czasu do czasu nadziewałem się na nich w różnych miejscach, szczególnie w okolicy mieszkania, które wynająłem po kilku miesiącach pobytu w K. Stali w krzakach pod domem, gadali do rękawa, przeprowadzali tajne przeszukania w mieszkaniu w czasie mojej nieobecności. Doszło nawet do aktu bezczelności, bo zamiast sfotografować klaser z wizytówkami (nic nieznaczący zresztą), po prostu go zwinęli, nawet nie zostawiwszy „pokwitowania”.
Do podobnego incydentu doszło wcześniej w mieszkaniu szefa. Ochroniarze zostawili peta na dywanie, zapominając po sobie posprzątać – okna były zamknięte, gospodarz nie palił, a każdy jego palący gość zawsze wychodził na balkon. Natomiast podsłuch (być może podgląd) zainstalowali w żyrandolu jadalni – też nieudolnie, bo lampy cały czas migały i trzeba było wszystko wymienić.
Najzabawniejszy epizod miał miejsce zaraz po przyjeździe do K. Konsulat wizytował dyrektor Departamentu Konsularnego MSZ, czyli mój przełożony w Centrali. Aby swobodnie porozmawiać, wyszliśmy całą grupą do pobliskiego parku. Nie było to łatwe, bo towarzyszyli nam „ochroniarze”, którzy ostentacyjnie przysłuchiwali się rozmowie. Jednak nie wyszło im to na dobre, bo jeden z nich zagapił się i zderzył z metalową siatką ogrodzenia, a drugi spadł z krawężnika i runął na jezdnię – miał szczęście, że nie jechał żaden pojazd. Wzbudziło to wesołość moich gości. Dyrektor stwierdził: „No, panie Mirku, widzę, że jest pan szalenie popularny w Kaliningradzie”.
Miejscowe służby nie poprzestały na biernej obserwacji. Po wynajęciu mieszkania i umeblowaniu go sprzętem przywiezionym z Warszawy, Grażyna, żona Andrzeja, powiesiła firanki i zasłony. Zaraz po jej wyjściu zadzwoniła do moich drzwi superatrakcyjna dziewczyna, przedstawiając się jako sąsiadka z piątego piętra. Chciała pomóc mi właśnie w zawieszeniu firanek i zasłon. „Widziałam, że pan się wprowadza i pomyślałam, że pomogę sąsiadowi – cudzoziemcowi”.
Podziękowałem za pomoc dziewczynie, pokazując wiszące już zasłony. Później okazało się – w rozmowie z sąsiadami i znajomym adwokatem, także moim sąsiadem – że nikt takiej dziewczyny nie zna, a na piątym piętrze mieszkali sami emeryci…
Początkowo kilka razy, pod nieobecność w konsulacie Andrzeja, wychodziłem sam z walizeczką na kolację do pobliskiej restauracji Olsztyn. Nazwa była myląca, bo niczego polskiego tam nie serwowano – po prostu kiedyś pracował w niej kucharz pochodzący z Mazur i widocznie bardzo zasłużył się swoją sztuką kulinarną, bo na jego cześć nazwano lokal. Wychodząc po kolacji, kilkakrotnie zauważyłem ludzi, którzy się mną interesowali, parę razy wychodziła za mną grupka dzieci sprzedających gumy do żucia na ulicy. Prowadziły mnie kilkaset metrów, po czym zostawałem przejęty przez dorosłych, najczęściej w samochodzie. Po około pół roku obserwację zdjęto lub bardzo ograniczono (albo też prowadzili ją bardziej profesjonalnie, dyskretnie).
Do tego procederu włączyła się także milicja drogowa, czyli „gajowi” – Państwowa Inspekcja Samochodowa (GAI – Gosudarstwiennaja Awtomobilnaja Inspiekcja), ale nam bardziej odpowiadało to leśne określenie. A więc gajowi kontrolowali nasze samochody dość często, z reguły kilka razy na tydzień: na ulicach miasta, przy granicy, w szczerym polu. Sprawdzali dokumenty kierowcy, pojazdu, obwąchiwali Andrzeja (nie dorobili się jeszcze wtedy alkomatów) i kilka razy musiałem zakończyć to widowisko przyznaniem się do rzekomego spożycia alkoholu – jako pasażer mogłem to bezkarnie uczynić.
Kiedyś doszło do kuriozalnej sytuacji – nagle milicjant wyskoczył zza krzaka i złapał nas na wykroczeniu polegającym na zatrzymaniu się pół metra za znakiem STOP. Po krótkiej dyskusji wlepił mandat na jakąś śmieszną sumę; nie kierowcy, tylko mnie, czyli pasażerowi. Mogliśmy zrobić z tego sprawę, bo nie można, bez powiadomienia MSZ państwa przyjmującego, ot tak sobie wypisać mandatu dyplomacie innego kraju. W końcu uznaliśmy to za zdarzenie natury komicznej, a nie z zakresu protokołu dyplomatycznego.
Zwykle też gajowi chcieli zaglądać do bagażnika i zawsze trzeba było im tłumaczyć, że samochód jest także dyplomatyczny – czerwone tablice z białymi literami; i nikt takich nie miał w OK. W końcu woziliśmy zafoliowaną kopię stosownych przepisów dotyczących takich problemów i po jej okazaniu intruzom mieliśmy spokój.
Wracając na statek, należy uzupełnić relację opisem restauracji walutowej. Byłem tam dwa razy. Pierwszy pamiętam najlepiej. Boże Narodzenie, 26 grudnia 1992 roku. Mieszkałem wtedy w K. jeszcze bez rodziny (żona przyjechała przed sylwestrem) i postanowiłem uczcić ten dzień wypadem do eleganckiego lokalu. W knajpie nie było żywego ducha. Mało kto tam chodził, bo wtedy niewiele osób dysponowało walutą. Przyszedłem w towarzystwie dwóch polskich handlowców ze Szczecina, handlujących kawiorem, powracających aż z Archangielska, którym ukradziono z samochodu na parkingu resztę towaru i dokumenty. Wystawiłem im paszporty tymczasowe, wtedy zwane blankietowymi. Chyba dlatego obsługiwały nas wszystkie kelnerki, z nudów zapewne. Jedna przyniosła sztućce, druga – popielniczki, trzecia – szklanki na piwo, czwarta – nalała piwo (importowane), piąta – zupę, szósta – drugie danie, siódma – deser. Ostatnia warowała przy barze. Potem handlowcy zabrali dwie z nich na dół, gdzie znajdował się bar z szafą grającą, coś w rodzaju minidyskoteki. Podobnie jak ich koleżanki z knajpy rublowej, były również tańczącymi kelnerkami. Ja po chwili wróciłem do hotelu, bo miałem coś do załatwienia. W końcu to normalne dni tygodnia – święta prawosławne są później – więc do konsulatu schodzili się interesanci.
To zresztą najsmutniejsze święta Bożego Narodzenia w moim życiu. Zwłaszcza wigilia. Pierwszy raz w życiu spędzałem ją samotnie, za granicą, pilnując konsulatu, bez kontaktu z kimkolwiek z Polski. Nie miałem co robić wieczorem, więc siedziałem w pokoju przy jakiejś książce, aż zmorzył mnie sen. Reszta załogi wyjechała do kraju – tak się złożyło.
W tym czasie religia i religijność w Rosji nie były jeszcze obiektem demonstracji politycznej czy też obyczajowej. Nikt się z religijnością nie ukrywał, ale też przesadnie jej nie eksponował. Faktem jest, że na terenie Kaliningradu powstało kilka cerkwi, które stopniowo wrastały w krajobraz i zapełniły się dość szybko wiernymi. To novum lub też element powrotu do przeszłości imperialnej, w mentalności społecznej – chwalebnej. Dziecko moich znajomych z K., Sierioża Ryżow, został ochrzczony w takiej właśnie nowej cerkwi. Miał osiem lat. Poproszono mnie o podjęcie się roli chrzestnego. Nie odmawia się takiej przysługi, więc się zgodziłem. Pop nie miał nic przeciwko temu, że jestem cudzoziemcem i katolikiem. Mieliśmy więc okazję (była już ze mną rodzina, jak również rodzina Andrzeja) poznać prawosławny ceremoniał chrztu. Jest podobny do katolickiego, z tym że pop polewał głowę dziecka wodą z czajnika, a ciekawym elementem modlitwy były słowa: duńtie i pliuńtie czyli: „dmuchnijcie i spluńcie”. Chodziło o odegnanie w ten sposób złego ducha, diabła od nowo ochrzczonego człowieka. Spowodowało to naszą wesołość, którą z trudem potrafiliśmy ukryć. Po ceremonii chrztu, tak jak u nas, odbyła się uroczystość w domu, prezenty, życzenia i… popijawa.
Znajomi to typowa rodzina rosyjska w OK. Obwód ten był mieszanką radzieckich grup etnicznych, narodowych i zawodowych. Dominowali żołnierze, którzy wraz z rodzinami przemieszczali się po licznych garnizonach całego kraju i nigdzie nie zagrzewali miejsca dłużej niż kilka lat. Na ulicach dominowały zresztą mundury: żołnierskie, milicyjne, straży granicznej, marynarskie. Co czwarty mieszkaniec miasta nosił jakiś mundur.
Ryżowowie mieli troje dzieci – oprócz Siergieja, także starszego syna Aleksego i córkę Irinę. Wiktor, głowa rodziny, był majorem wojska i pracował w pobliskim sztabie armii. Jego żona Lena nie pracowała zawodowo. Od samego początku istnienia konsulatu kręciła się wokół nas, oferując pomoc – uczyła się polskiego na kursie, była kiedyś sekretarką, umiała pisać na maszynie i miała dostęp do maszyny z rosyjskimi czcionkami, więc chętnie z tego korzystaliśmy. Z całą pewnością współpracowała z KGB i miała za zadanie monitorować pracę konsulatu i jego pracowników. Trzeba przyznać, że robiła to w sposób dość inteligentny, chociaż kilka razy przesadziła… Lubiła przesiadywać w konsulacie, czyli u mnie do późnych godzin wieczornych; miała na to czas mimo trojga dzieci w wieku szkolnym, którymi na pewno należało się zająć. Wypytywała o różne sprawy, sugerując, że robi to z prostej kobiecej ciekawości. Była ładna i sympatyczna, ale czasem czekało mnie sporo pracy i nie miałem ochoty na pogawędki.
Ciekawa rzecz wydarzyła się zaraz po moim przyjeździe do K. Potrzebowaliśmy maszyny do pisania z „bukwami”. Lena zawiozła mnie do sztabu, gdzie pracował jej mąż. Ze względu na wieczorną porę poza wartą nikogo tam nie było. Poprosiła, abym minął wartownika bez słowa. Tak zrobiłem – mężczyzna dobrze znał kobietę lub został uprzedzony. Nie zareagował wcale. W biurze rzeczywiście stała maszyna do pisania, na której Lena szybko sporządziła pismo. Na stole walały się mapy sztabowe, notatki, wykresy. Mogłem to wszystko sfotografować lub po prostu przeczytać. Pachniało mi to prowokacją, więc starałem się szybko zakończyć wizytę w sztabie.
Utrzymywaliśmy kontakty towarzyskie do końca mojego pobytu. Poznałem także niektórych sąsiadów Ryżowów, również siostrę Leny i jej rodzinę mieszkającą w pobliżu hotelu. Wszyscy bardzo gościnni. Nie byli zamożni, więc nasze wizyty wiązały się także z pomocą zaopatrzeniową – po prostu przynosiliśmy podarki, czyli priwiety – wg anegdoty rosyjskiej, ktoś kiedyś przywitał się słowem priwiet (cześć), a ta druga osoba spojrzała na jego ręce, potem zaczęła zaglądać za jego plecy i w końcu spytała: I gdie etot priwiet?.
Zawsze było to coś do jedzenia i picia, dla dzieci – słodycze. Dla nas to nieduże wydatki, poza tym takie imprezy nie zdarzały się często.
Rosjanie, na przykładzie moich znajomych, są bardzo towarzyscy, otwarci, na pewno za dużo piją, kobiety też, no ale przecież jakieś wady wszyscy mamy… Są nostalgiczni i romantyczni. Nieraz rozgoryczeni i zagubieni.
Pamiętam, że kiedyś dosiadł się do mojego stolika w Rusi jakiś facet. Zaczął opowiadać, że pracuje na basenie, gdzie przychodzą głównie bonzowie z mafii. Wyraźnie im zazdrościł i narzekał, dlaczego to nie jemu przypadła taka rola. Na moje pytanie, kim jest z zawodu, odpowiedział, że nikim, bradiagą – w dawnej Rosji włóczęga, ale w rodzaju guru, wędrowcy – i prawie wszyscy w tym kraju wg niego tacy są: żebracy, włóczędzy, zastraszeni i zdziczali (my dikari!). Trudno mi się z nim dyskutowało, bo to moje pierwsze dni w K. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Peregrynacje
isbn: 978-83-8423-495-2
© Mirosław Witkowski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Marta Grochowska
korekta: Małgorzata Giełzakowska
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
