Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Pełna emocji opowieść, z nutą humoru, romantyzmu i grozy – o drugich szansach, odwadze i prawdzie, która potrafi odmienić życie, jeśli tylko pozwoli się jej wyjść na światło dzienne.
Emilia, autorka książek o lokalnych legendach pracująca w biurze detektywistycznym, przyjeżdża do urokliwego pensjonatu na skraju Puszczy Knyszyńskiej, by zbierać materiały do kolejnej opowieści. Na miejscu szybko okazuje się, że legenda o tajemniczych błędnych ogniach i zaginięcie męża właścicielki pensjonatu to dopiero początek zagadek, a mieszkańcy okolicy milczą znacznie więcej, niż mówią.
Gdy w okolicy dochodzi do serii niepokojących podpaleń, podejrzenia padają na Natana, nastolatka wychowywanego przez zamożnego wuja. Emilia zaczyna drążyć sprawy, nieświadoma, że ktoś bardzo nie chce, by prawda ujrzała światło dzienne.
Na jej drodze niespodziewanie staje Piotr – były policjant i dawna miłość, z którą los rozdzielił ją przed laty. Ich ponowne spotkanie nie jest jednak przypadkiem. Za kulisami działa bowiem grupa czterech energicznych seniorek, które pod pozorem troski o zaginionego mężczyznę realizują własny, dość osobliwy plan.
Niewinna intryga szybko splata się z prawdziwą tajemnicą, a losy wszystkich bohaterów zaczynają niebezpiecznie się ze sobą krzyżować.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 297
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Na skraju puszczy, tam gdzie ziemia nigdy do końca nie wysycha, nocą pojawiają się światła. Pragmatyczni zwą je błędnymi ogniami, ci z romantyczną duszą określają je mianem tańczących. Widać je nad bagnami i przy leśnych drogach, zwłaszcza gdy zapada cisza i nikt już nie patrzy. Migoczą nisko, jakby ktoś niósł lampę tuż nad ziemią. Prowadzą, lecz nigdy tam, dokąd się chce dojść. Mówiono, że pokazują się ludziom, którzy czegoś szukają. Albo przed czymś uciekają.
– Nie idź za nimi – ostrzegano dzieci. – Bo jak pójdziesz, nie wrócisz taki sam.
Jedni twierdzili, że to tylko gazy unoszące się znad mokradeł. Inni, że dusze tych, którzy nie potrafili odejść, kiedy jeszcze mieli wybór.
A byli i tacy, którzy szeptali, że ognie pojawiają się tam, gdzie ktoś próbuje ukryć prawdę.
Pensjonat pod Tańczącymi Ogniami stał dokładnie w takim miejscu.
A ci, którzy go zbudowali, doskonale o tym wiedzieli.
Droga zwęziła się nagle, jakby las postanowił ją wchłonąć.
Emilia zwolniła instynktownie, choć nie widziała żadnego znaku ostrzegawczego. Asfalt, jeszcze chwilę temu gładki, teraz był popękany i miejscami zapadał się pod kołami, a po obu stronach jezdni wyrastały ściany drzew. Wilgoć osiadała na szybie cienką mgłą, mimo że było lato.
Wyłączyła radio. W ciszy lepiej było słychać puszczę.
Zatrzymała się na moment, żeby sprawdzić adres, choć wiedziała, że i tak musi jechać dalej. Pensjonat miał być „na końcu drogi”, jak napisała właścicielka w krótkiej, nieco chaotycznej wiadomości. Emilia znała ten typ wskazówek. Koniec drogi zwykle oznaczał początek czegoś innego.
Ruszyła powoli.
Po kilku minutach popękany asfalt ustąpił miejsca ubitej ziemi. W powietrzu unosił się zapach torfu i stojącej wody. Gdzieś po lewej zamigotała między drzewami wąska smuga rzeki albo strumienia – Emilia nie była pewna. Zatrzymała wzrok na błysku światła odbitego od powierzchni i pomyślała, że w takich miejscach łatwo się zgubić, nawet w dzień.
A potem zobaczyła budynek.
Pensjonat nie wyrastał z lasu gwałtownie, raczej pozwalał się odkryć – najpierw pojawił się fragment dachu, potem drewniana weranda, wreszcie cała bryła, trochę zbyt duża jak na samotny dom, trochę zbyt skromna jak na hotel. Jasne ściany nosiły ślady dawnych remontów, a okiennice wyglądały, jakby ktoś regularnie je odnawiał, ale bez szczególnego przekonania.
Na tablicy przy wjeździe widniał napis: „Pensjonat pod Tańczącymi Ogniami”.
Emilia uśmiechnęła się pod nosem.
– Oczywiście – mruknęła do siebie. – Tajemnica, romantyzm i ogień.
Zaparkowała przy drodze, kilka metrów przed bramą wjazdową i wysiadła z samochodu. Gdzieś w oddali odezwał się ptak, którego nie potrafiła nazwać. Pod butami chrzęścił wilgotny żwir, gdzieniegdzie błyszczały niewielkie kałuże, które musiała omijać. Może dlatego kiedy dotarła pod furtkę, zdziwiło ją, że budynek nie był jednak osamotniony, stanowił jedynie fragment całego kompleksu. Jedną z patchworkowych części, wyglądającej jakby wyjęto je z innych epok.
Poczuła znajome mrowienie – to samo, które zawsze pojawiało się na początku nowych historii.
Na werandzie usytuowanego najbliżej bramy budynku stała kobieta. Szczupła, ubrana prosto, w jasną sukienkę i sweter zarzucony na ramiona, może pięćdziesięcioletnia. Jej twarz sprawiała wrażenie zmęczonej, ale oczy – uważne, czujne – przyglądały się jej z niepokojącą intensywnością.
– Pani Emilia? – zapytała, zanim zdążyła się odezwać.
– Tak.
– Dobrze, że pani dojechała. Tu czasem… – urwała i machnęła ręką w stronę lasu. – Różnie bywa. – Pelagia. Miło mi.
Nie podała nazwiska. Zaprosiła Emilię do środka, jakby od dawna na nią czekała.
Wnętrze pensjonatu pachniało drewnem, ziołami i czymś jeszcze – starymi książkami, może kurzem, który zna swoje miejsce. W holu stał regał pełen albumów i oprawionych w skórę tomów bez tytułów na grzbietach. Emilia odruchowo zwolniła kroku.
– Może się pani rozejrzeć – powiedziała właścicielka. – Pokoje gościnne są na górze, ale dla pani przygotowałam coś specjalnego. Domek na tyłach, z widokiem na las i dawny sad. Kiedyś urzędował tam ogrodnik tego wielkiego dworu obok pensjonatu. Tam będzie pani mogła się skupić na pisaniu, bo tu… Oj, co ja będę mówić. Sama pani zobaczy.
Oczywiście, pomyślała Emilia. Jakżeby inaczej. Domek z daleka od wszystkich. To z pewnością nie pomoże w poznawaniu prawdy…
Chwyciła torbę i wyszła na zewnątrz. Słońce chyliło się ku zachodowi, a światło między drzewami zaczynało się łamać w dziwny sposób. Przypomniały jej się słowa zasłyszane dawno temu, jeszcze w dzieciństwie – o światłach, które pojawiają się tam, gdzie ziemia jest zbyt mokra, by ufać własnym krokom.
– Pani też je widziała? – zapytała cicho właścicielka, stając obok.
– Co takiego?
– Światła.
– Jeszcze nie.
Kobieta skinęła głową, jakby to była tylko kwestia czasu.
– Piszę o legendach – powiedziała Emilia i spojrzała uważnie na Pelagię. – I o tym, co zostaje, kiedy ludzie próbują zapomnieć. Jak mówiłam, zainteresowały mnie sprawy świateł i podpaleń, a obok legendy o błędnych ogniach nie mogłam przejść obojętnie.
Gospodyni uśmiechnęła się słabo.
– W takim razie trafiła pani w dobre miejsce.
– Mam nadzieję. Oczywiście, tak jak wspominałam w rozmowie telefonicznej, pisaniem i wszystkim, co z nim związane, zajmę się po godzinach pracy. Potrzebuję trochę dorobić i… coś sobie przemyśleć – westchnęła.
– To idealne miejsce, a praca fizyczna pomaga, gdy stoi się na rozdrożu. Wiem coś o tym. Co do tematu pani najnowszej książki, to materiału z pewnością nie braknie, nie wiem tylko, czy miejscowi będą chętni o tym mówić i czy wyłuska pani z tego choć odrobinę prawdy.
Nie tylko tę prawdę chciałabym wyłuskać, pomyślała Emilia, a kiedy Pelagia wyszła, zajęła się rozpakowywaniem niewielkich bagaży.
Gdy zapadła noc, długo nie mogła zasnąć. Leżała z otwartymi oczami, słuchając dźwięków dochodzących z lasu i zastanawiając się, jak to się stało, że jej życie tak się skomplikowało, że zamiast kariery, szczęśliwej rodziny lub czegokolwiek, co zapewniałoby jej poczucie stabilizacji czy spełnienia, ona nadal miota się pośród chaosu. Wreszcie sięgnęła po teczkę z dokumentami. Nie tę o sprawie podpaleń, tę drugą… W pewnym momencie wydawało jej się, że za oknem mignęło światło – niskie, chwiejne, jakby ktoś szedł powoli tuż nad ziemią.
Nie wstała, po chwili jednak rozległo się pukanie, które zmusiło ją do oderwania się od lektury.
Odłożyła papiery, choć treść starego listu właścicielki pensjonatu wzbudziła w niej zainteresowanie, zarzuciła nieśpiesznie szlafrok i wsunęła stopy w kapcie. Podeszła do drzwi na ganku i spojrzała przez wizjer. Zasłonek w wąskich oknach nie odchylała. Nikogo nie zauważyła. Wzruszyła ramionami. Może jej się zdawało?
Wróciła do łóżka i sięgnęła po pożółkłą kartkę.
Moja dzielna Bożenko!
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak sobie radzisz w stolicy.
Z pewnością szybko zrealizujesz kolejne z Twoich założeń.
U mnie po staremu. Niestety sny nie zniknęły. Przeciwnie, są coraz bardziej realistyczne.
Wczorajszej nocy obudził mnie mój własny krzyk.
Próbowałam nabrać powietrza, ale ucisk w klatce piersiowej nie pozwalał zaczerpnąć go zbyt wiele.
To był sen…
Widziałam mojego męża z pokiereszowaną twarzą, leżącego w kałuży własnych wymiocin, z niedbale naciągniętymi spodniami. Pięści miał zaciśnięte, a oczy, choć martwe, nadal gniewnie zmrużone. Atakował? Bronił się? Nie wiem.
Wstrząsnęły mną dreszcze, ale ucisk trochę zelżał. Nabrałam powietrza nosem i wypuściłam ustami. Czynność tę powtórzyłam kilkukrotnie, jak radziła mi kiedyś pani psycholog na kursie dla dobrych rodziców.
To był sen…
Wokół martwego ciała walały się butelki po alkoholu. Rozpoznałam między nimi jedynie mocniejsze trunki. Wykrzywione usta nieboszczyka nabierały niebieskiej barwy, podobna wychodziła na paznokciach. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach śmierci.
Ale to był sen, przypomniałam sobie. Czy sny mogą mieć zapach?
Leżał tam taki bezbronny, pokonany, spokojny…
Strach jednak nie dawał za wygraną. Zaczynał dławić mnie i przyprawiać o mdłości.
To był tylko sen…
Niestety…
Rano znów będzie trzeba zmierzyć się z rzeczywistością, pomyślałam.
Zerwałam się z łóżka, zrobiłam dzieciakom śniadanie, naszykowałam jedzenie do szkoły, zaprowadziłam Dorotkę do przedszkola, postałam w długaśnej kolejce, ugotowałam obiad i pobiegłam do pracy.
Wawrzyniec zbudził się dwukrotnie. Raz, żeby skorzystać z toalety, drugi na papierosa. Ponoć ma jakąś fuchę na remoncie, ale złotówki z tego nie widziałam.
Coś zaszeleściło za oknem, a potem usłyszała w oddali dźwięk tłuczonego szkła.
Nieźle się zaczyna, pomyślała z przekąsem.
Wstała, podeszła do okna i wyjrzała zza zasłonki. Niczego nie udało jej się wypatrzyć, a nie przyjechała tu zajmować się wybitymi szybami, zresztą bała się wychodzić w ciemność nocy, więc wróciła do łóżka, mimo że w oddali znów coś zaświeciło pomiędzy drzewami.
Jak dałam się wmanewrować w tę dziwną sytuację? – myślała.
Zamiast stabilizacji i poczucia spełnienia, znów była w miejscu, w którym wszystko należało dopiero nazwać.
Emilia obudziła się bardzo wcześnie.
Las jeszcze spał – albo tylko udawał. Przez uchylone okno do pokoju sączyło się chłodne, wilgotne powietrze. Pachniało mchem i wodą. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując przypomnieć sobie, czy światło, które widziała w nocy, było snem czy czymś więcej.
Nie lubiła zaczynać dnia od wątpliwości. Dlatego sięgnęła po notes.
Zawsze zaczynała tak samo: data, pora dnia, kilka słów o pogodzie. Rutyna porządkowała myśli.
Lato. Poranek chłodny. Cisza nienaturalna.
Zawahała się, po czym dopisała:
Miejsce sprawia wrażenie, jakby czekało.
Zamknęła notes i rozejrzała się po pokoju. Był prosty, urządzony bez ozdobników, ale na parapecie stał wazon z suszonymi ziołami. Ktoś włożył w to wysiłek. Emilia lubiła takie drobiazgi – świadczyły o trosce, a czasem o próbie przykrycia czegoś innego.
Umyła się i ubrała bez większej uwagi, po czym wyszła i wydeptaną ścieżką skierowała do pensjonatu, gdzie w kuchni czekała na nią świeżo zaparzona kawa. Właścicielki nie było widać. Na stole leżała kartka.
Jestem na zapleczu. Proszę się czuć jak u siebie.
Emilia nalała sobie kawy i usiadła przy oknie. Dopiero teraz zobaczyła, jak blisko las podchodził pod sam budynek. Drzewa stały niemal na wyciągnięcie ręki, a między nimi ciągnęła się wąska ścieżka, która znikała w gęstwinie.
Drogi, które nie prowadzą donikąd, zawsze prowadzą gdzieś indziej – zapisała w notesie.
Telefon zawibrował w momencie, gdy zamykała notes.
– No wreszcie – odezwał się głos po drugiej stronie. – Myślałam, że już nie odbierzesz.
– Dopiero przyjechałam – odparła. – Jest wcześnie.
– Ty nigdy nie mówisz „wcześnie”, kiedy jesteś czymś zainteresowana.
Emilia uśmiechnęła się mimowolnie.
– Co masz?
– Pożar sprzed tygodnia. Stary budynek gospodarczy, niedaleko lasu. Oficjalnie zwarcie instalacji, ale… – zawahała się. – Miejscowi twierdzą, że to nie pierwszy taki przypadek.
– A nieoficjalnie?
– Nieoficjalnie nikt nie chce mówić. Tym zajmiesz się głośno. Po cichu, tak jak się umawiałyśmy, zbadasz sprawę zniknięcia Wawrzyńca Potockiego. Męża właścicielki pensjonatu – przypomniała.
Emilia spojrzała w stronę drzwi prowadzących na zaplecze. Nikogo tam nie zauważyła, więc spokojnie wróciła do rozmowy.
– Policja nadal nic?
– Sprawa utknęła. Brak ciała, brak świadków, brak chętnych do współpracy. Jak zwykle.
– Dlaczego ja?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Bo potrafisz słuchać – padła w końcu odpowiedź. – I bo nikt nie potraktuje cię tam jak zagrożenia. Poza tym lubisz legendy i jesteś w stanie zatrudnić się tam do pomocy, której poszukują. Jakiś pretekst należało znaleźć. Pisanie książki pasuje.
Pasuje aż za dobrze, pomyślała Emilia. Bagna, stare drogi, zaginieni ludzie.
– Temu twojemu, pożal się Boże, narzeczonemu, przyda się odrobina samodzielności. A, i jeszcze jedno.
– Co takiego?
– W okolicy już wcześniej ginęły rzeczy. Dokumenty. Notatki. Pamiętniki.
Serce Emilii zabiło szybciej.
– Ktoś bardzo dba o porządek – mruknęła.
– Albo o ciszę. Przeczytaj papiery i spróbuj się dowiedzieć czegoś o stosunkach Pelagii Potockiej z mężem. Klientka zapłaciła z góry za najbliższe dwa miesiące. Ja liczę, że uda ci się dowiedzieć czegoś znacznie szybciej. Nie zawiedź mnie. Prowadzę tę agencję od piętnastu lat – przypomniała.
– Do… – Nie zdążyła dokończyć. Po drugiej stronie zapanowała cisza.
Emilia dopiła kawę i znów otworzyła notes.
Legenda o światłach nie jest tylko opowieścią.
Jest wygodna.
Pełni różne funkcje: odstrasza, ostrzega, a może tłumaczy.
Usłyszała kroki. W drzwiach stanęła właścicielka pensjonatu.
– Dobrze się pani spało?
– Wystarczająco – odparła Emilia. – Chciałabym trochę pospacerować przed pracą. Może zobaczyć rzekę.
Kobieta skinęła głową, ale jej twarz na moment stężała.
– Proszę nie schodzić z dróg – powiedziała cicho.
– Bo światła?
Uśmiech właścicielki był krótki i pozbawiony humoru.
– Bo las pamięta więcej, niż byśmy chcieli. O ósmej podaję śniadanie, a potem zaczynamy pracę. Wystarczy pani tyle czasu?
Emilia zerknęła na zegarek. Wskazywał kilka minut po szóstej.
– Wrócę punktualnie – obiecała.
Gdy Emilia wyszła na zewnątrz, słońce było już wysoko, mimo to między drzewami wciąż panował półmrok.
Ruszyła w stronę rzeki. Ścieżka była węższa, niż się spodziewała.
Na początku prowadziła łagodnie, niemal zachęcająco, jakby las chciał sprawiać wrażenie przyjaznego. Dopiero po kilkudziesięciu metrach zaczynała się zwężać, skręcać i niknąć pod roślinnością. Ziemia pod stopami była miękka, sprężysta, nasiąknięta wodą.
Emilia szła powoli. Nauczyła się nie śpieszyć w takich miejscach – zbyt szybki krok odbierał możliwość zauważenia rzeczy, które nie chciały być zauważone.
Po prawej stronie, między drzewami, mignęła woda. Rzeka – a może tylko jej odnoga – płynęła leniwie, niemal bez dźwięku. Jej powierzchnia była gładka, odbijała światło w sposób, który utrudniał ocenę głębokości. Przykucnęła i dotknęła wody palcami. Była lodowata, ale to nie z powodu zimna kobieta poczuła na karku dreszcze.
Znalazła miejsce, gdzie ktoś kiedyś musiał przysiadać. Stary pień, wygładzony przez czas i pogodę, nosił ślady obecności – wyżłobienia, resztki popiołu, kawałek sznurka zaplątanego w korzenie. Ktoś bywał tu regularnie. Ktoś, kto nie chciał być widziany.
Usiadła.
Nie było wiatru, a jednak miała wrażenie, że coś się poruszyło – nie w krzakach, nie wśród drzew, ale głębiej. Jakby las zmienił pozycję.
– Przewrażliwienie – powiedziała cicho.
Wstała i ruszyła dalej wzdłuż rzeki. Po kilkunastu minutach ścieżka rozdzielała się na dwie. Jedna prowadziła bliżej wody, druga w głąb lasu. Emilia zawahała się tylko na moment.
Wybrała tę drugą.
Po drodze natknęła się na coś, co nie pasowało do naturalnego krajobrazu – kawałek zwęglonego drewna, częściowo wtopiony w ziemię. Nie był stary. Emilia przykucnęła, dotknęła palcami czarnej powierzchni. Drewno kruszyło się pod naciskiem.
Pożar, pomyślała. Albo próba spalenia.
Nie zrobiła zdjęcia. Zamiast tego zaznaczyła miejsce w pamięci, odliczając kroki do najbliższego charakterystycznego drzewa. Odruchowo poprawiła wymykające się z upięcia włosy. Stare nawyki były trudne do wykorzenienia.
Gdy wróciła do pensjonatu, zostało jeszcze pół godziny do śniadania. Na werandzie siedziały trzy kobiety, ubrane z tą samą, starannie dobraną niedbałością. Rozmawiały półgłosem, pochylone ku sobie, jakby dzieliły się czymś zbyt cennym, by mówić o tym głośno.
Gdy Emilia przeszła obok, rozmowa nagle się urwała.
– Dzień dobry – powiedziała.
– Dzień dobry, dziecko – odpowiedziała jedna z nich z uśmiechem, który był zbyt szybki i zbyt uprzejmy.
– Pogoda dopisuje – dodała druga.
– Na razie – skwitowała trzecia.
Emilia skinęła głową. Dopiero po chwili dotarło do niej, że żadna z kobiet nie spojrzała w stronę lasu. Jakby istniała niepisana umowa, by nie zwracać na niego uwagi.
– Tylko czekać na następną burzę i na to, co spłonie tym razem.
– Spłonie? – zainteresowała się Emilia.
– Ostatnim razem zajęła się przydrożna kapliczka. Podobno od pioruna. Tylko jakoś nikt w jej pobliżu nie słyszał gromu ani nie widział błyskawicy. Dziwne, prawda?
Zgodziła się kiwnięciem głową.
– O. Jesteś, dziecko. – Z domu wyłoniła się Pelagia Potocka. – Jesteś cała w sadzy. – Wskazała na jej czoło i ucho. Wszystko w porządku?
– Tak. Znalazłam spalony pień w lesie. Musiałam niechcący się wybrudzić. Pójdę się umyć.
– Dobrze, a przy śniadaniu poznasz bliżej pozostałe mieszkanki tego miejsca.
– Chętnie.
W domu ogrodnika wyciągnęła notes i zapisała:
To miejsce nie żyje legendą. Ono ją wykorzystuje.
Emilia już wcześniej dowiedziała się, że pensjonat, do którego trafiła, prowadziły same kobiety, choć szybko zrozumiała, że określenie „starsze panie” w tym przypadku niewiele znaczy.
Pelagia Potocka – właścicielka i niekwestionowany ośrodek decyzyjny całego tego mikroświata – miała w sobie energię, której próżno było szukać u wielu młodszych od niej osób. Mówiła spokojnie, ale tak, że słuchano. Poruszała się po domu, jakby każda ściana, każdy stopień i każdy skrzypiący zawias znały ją od lat.
Jej siostra Grażyna była jej przeciwieństwem – bardziej impulsywna, żywsza w gestach, z wyraźną potrzebą bycia zauważoną. Emilia odniosła wrażenie, że kobieta wciąż czegoś wypatruje: zmiany, bodźca, może nowego początku.
Nad nimi wszystkimi unosił się autorytet babci Apolonii – drobnej, osiemdziesięcioletniej kobiety o bystrym spojrzeniu, która mówiła niewiele, ale gdy już się odzywała, rozmowa zwykle cichła. Jej siostra bliźniaczka, panna Berenika, była natomiast chodzącym komentarzem do rzeczywistości: ostrym, ironicznym i pozbawionym złudzeń.
Emilia miała nieodparte wrażenie, że w tym domu nic nie działo się przypadkiem, a ona sama – choć przyjęta uprzejmie – została już sklasyfikowana, oceniona i wpisana w niewidzialny rejestr.
W dworku zamieszkiwał też brat pani Pelagii, pięćdziesięcioletni Zenon. Osoba z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim. Co prawda pomagał w większości prostych prac fizycznych, ale nie był w stanie samodzielnie podejmować decyzji ani wspomagać rodziny radą i trudno było nawiązać z nim bliższy kontakt, bo z natury strasznie się lękał.
Sam pensjonat nie był jednym budynkiem, lecz całym światem. Stary, XIX-wieczny, drewniany dwupiętrowy dwór z historią zapisaną w belkach stropowych i zapachu żywicy sąsiadował z młodszym, pustym domem, tak że razem z pozostałymi budynkami tworzyły ogrodzone naokoło podwórze. Ten był wzniesiony w latach sześćdziesiątych na wzór dawnych bogatych dworów murowanych z alkierzami, wysokim gontowym dachem i stał pusty od przeszło dziesięciu lat, bo niestety wymagał sporo pracy, by przystosować go do współczesnych wymogów. Jedno skrzydło dworu zajmowali właściciele, a drugie, z osobnym wejściem, przeznaczone było dla gości. W części dla domowników znajdowała się przestronna kuchnia, w której przyrządzano posiłki nie tylko dla nich, ale i dla pensjonariuszy i pracowników.
Poza dwoma największymi budynkami mieszkalnymi na terenie należącym do pensjonatu stały dwa niewielkie domki dla letników, a dalej znajdowała się część gospodarcza: stajnia, wozownia, stodoła, kurnik i obora dla jednej krowy i stadka kóz. Na rogu, pomiędzy dworami znajdował się stary lamus z pięknymi podcieniami na obu kondygnacjach i studnia z ozdobną kopułą. Za tymi budynkami mieściły się staw rybny i rozległe pastwiska, a za dworem sad i ogród warzywny. Uroczy domek ogrodnika, z niebieskimi okiennicami, symetrycznymi ornamentami i wycinanymi drewnianymi dekoracjami, w którym zamieszkała Emilia, znajdował się za sadem, na skraju lasu. W lesie natomiast i nad pobliskim jeziorem rodzina miała jeszcze niewielką chatę na wynajem, a z boku sadu pozostałości po starych budynkach folwarcznych i częściowo murowanym labiryncie, który stanowił dawno temu jedną z atrakcji turystycznych.
Emilia, jadąc do pensjonatu, wyobrażała sobie panią Pelagię jako wyrachowaną bizneswoman, która mogłaby bez skrupułów pozbyć się wadzącego jej męża, ale już po kilkunastu minutach rozmowy zaczęła mieć poważne wątpliwości.
Chociaż już raz dała się nabrać na niewinne spojrzenia wdowy pogrążonej w rozpaczy i do tej pory współpracownicy wytykali jej tamtą pomyłkę.
Sympatię, jaką zapałała do pani Potockiej, postanowiła wykorzystać do jak najlepszego odegrania swojej roli, ale zamierzała dołożyć wszelkich starań, by nie przysłoniła ona jej trzeźwego osądu sytuacji.
Rozległo się pukanie do drzwi, poprzedzone skrzypnięciami schodów. Te zwykłe podlaskie chaty miały kamienne lub betonowe, ale ta posiadała niewielką werandę przy ganku i drewniane ażurowe schody.
– Tak? – Emilia odruchowo spojrzała w lustro, by sprawdzić, czy dobrze domyła sadzę. Owszem, domyła, ale włosy pozostawały w nieładzie. Mimo to przeszła przez kuchnię do sieni i otworzyła drzwi.
– Przepraszam, że ci przeszkadzam.
W progu domku stała Pelagia Potocka. Umówiły się, że kobiety mieszkające we dworze będą zwracać się do Emilii po imieniu, ona wolała zachować bardziej oficjalną formę. Raz, że tak ją wychowano, dwa, że miała tu swoją misję do spełnienia i zbytnie spoufalanie w przypadku, kiedy szpiegowała te, na pierwszy rzut oka, sympatyczne panie, tylko pogłębiłoby jej poczucie winy.
– Zapomniałam wczoraj spytać. Jesz mięso? Masz na coś alergię? Nie lubisz czegoś?
– Jem. Nie mam alergii ani specjalnych wymagań. Zjadam wszystko poza wiórkami kokosowymi. Strułam się nimi w dzieciństwie.
– Będę pamiętała. Planuję zrobić nam jajecznicę na boczku i grzanki z pomidorami.
– To bardzo miło z pani strony. Dziękuję. Zaraz przyjdę.
– Spokojnie. Nie poganiam cię. – Zamknęła drzwi i odeszła, starając się stąpać cicho.
Trzeba będzie zrobić coś z tymi schodami, pomyślała Emilia.
Wróciła do sypialni, poprawiła włosy, związując je w koczek na czubku głowy, i poszła na śniadanie.
– To nasz sąsiad, pan Norbert Narożny. – Pani Pelagia przedstawiła mężczyznę siedzącego przy długim stole, kiedy tylko Emilia weszła do kuchni.
– Miło mi. – Wyciągnęła dłoń ku mężczyźnie na oko czterdziestoletniemu i się zarumieniła. Pożałowała, że zrezygnowała z makijażu.
Norbert Narożny wyglądał jak żywcem wyjęty z reklamy. Śnieżnobiały uśmiech, rodem z Hollywood, jasne, przydługie, lekko falowane włosy, niebieskie oczy, szeroka klatka piersiowa, płaski brzuch i opalone, żylaste przedramiona, uwydatnione podwiniętymi mankietami koszuli. Kiedy wstał, mogła stwierdzić, że był również wysoki i miał sprężyste, płynne ruchy. Na jego palcu nie dostrzegła śladu obrączki. Odruchowo wstrzymała oddech.
– Przyszedłem zapłacić za stłuczoną szybę – oznajmił głębokim, niskim głosem.
– To był ten hałas, który słyszałam w nocy – powiedziała bardziej do siebie niż do niego Emilia.
– Tak. To kolejny wybryk Natana. Najmocniej przepraszam za mojego siostrzeńca. Od śmierci jego rodziców minęło już kilka lat i wydawało mi się, że doszliśmy do porozumienia, ale teraz wkroczył w trudny wiek.
– Bunt nastolatka – wtrąciła Pelagia, jej ton był ciepły, pełen życzliwości. – Przerabiałam to z moimi synami. Znam to doskonale, proszę mi wierzyć.
– Nie jestem pewien, czy to jedynie bunt nastolatka – kontynuował mężczyzna, a w jego głosie pojawiła się nuta desperacji. – Zwłaszcza że chłopak idzie do maturalnej klasy, więc powinien mieć ten etap za sobą, ale pokryję szkodę i przyślę tu kogoś, żeby naprawił okno – obiecał. – Chciałbym jeszcze prosić, żeby panie nie zgłaszały tego incydentu. I tak mam na głowie kuratora, a dyrektorka szkoły groziła, że jeszcze jeden wybryk i go wyrzuci.
– Proszę się nie martwić. O niczym nikomu nie powiemy – zapewniła kojącym tonem siedząca obok niego Grażyna. – Sama mam córkę w tym wieku i dobrze rozumiem, co pan przeżywa. – Dotknęła jego dłoni, na co Berenika zmrużyła powieki i pokręciła głową.
Grażyna była od kilku lat rozwódką, a od roku z nikim się nie spotykała i przystojny, choć młodszy od niej sąsiad robił na niej wielkie wrażenie. Jej córka uczęszczała do liceum w Białymstoku, dlatego teraz mieszkała z ojcem i jego partnerką. Na wakacje miała przyjechać do matki.
– Może Emilia z nim porozmawia – rzuciła najstarsza z pań, Apolonia, a Emilia poczuła, jak na jej ramionach ląduje ciężar niespodziewanej roli.
– Ja? – zdziwiła się.
W trakcie studiów odbywała praktyki w jednej z placówek resocjalizacyjnych dla młodzieży, miała nawet staż w domu poprawczym, w którym nie została zatrudniona ze względu na konflikt wartości. Miała nieco inne podejście do metod resocjalizacji niż dyrektor placówki. Na tym jej doświadczenie zawodowe z trudną młodzieżą się kończyło. Nie miała młodszego rodzeństwa, a jej koleżanki, choć miały dzieci, to zdecydowanie młodsze. Tu jednak musiała grać specjalistę, bo zatrudniając się w pensjonacie, wspomniała, że pisze książkę i ubiega o posadę psychologa w liceum w pobliskim miasteczku.
– Jesteś psychologiem szkolnym. Tak czy nie? – spytała o pięć minut młodsza od Apolonii Berenika. Jej pytanie zabrzmiało jak wyrok.
– Psycholożką – weszła jej w słowo Apolonia.
Emilia zauważyła, że siostry uwielbiają się przekomarzać.
– Jeden czort – odrzekła Berenika, machając dłonią.
– Nieprawda.
– Prawda – upierała się na przekór siostrze.
– Najpewniej będę z nim pracować od września – ucięła dyskusję Emilia, bo nie chciała opowiadać się po żadnej ze stron. Musiała zdobyć sympatię wszystkich pań. – Jeśli uczęszcza do tego samego liceum, w którym podejmę pracę.
– W Knyszynie jest tylko jedno liceum – oznajmiła Apolonia.
– Jeśli pan chce, to chętnie porozmawiam z chłopcem – skapitulowała Emilia. Miała świadomość, że nagina prawdę, ale studiowała przecież psychologię i powinna sobie poradzić w rozmowie z rozrabiającym nastolatkiem.
– To miło z pani strony. – Narożny się uśmiechnął. – Mieszkamy nieopodal.
– W tym supernowoczesnym domu z basenem i z kortem tenisowym – uzupełniła Berenika. W jej głosie dało się wyczuć nutkę złośliwości. – To tuż za lasem.
– Napije się pan kawy? – spytała Pelagia.
– Jeśli to nie kłopot.
– Żaden.
– Poproszę czarną, bez cukru.
– Z ekspresu, mieloną czy rozpuszczalną?
– Z ekspresu.
– A ty? – Pelagia zwróciła się do Emilii.
– Też poproszę z ekspresu, ale pomogę pani – zadeklarowała i podeszła do kobiety.
Sprawnie się uwinęły i już po chwili na stole pojawiły się kubki z parującą kawą, jajecznica, grzanki z pomidorami i świeżo upieczone ciastka owsiane, które Pelagia wyciągnęła z piekarnika. Kobiety, które wcześniej były w kuchni, już popijały herbatkę i ziółka.
Po unowocześnionym, ale nadal klimatycznym wnętrzu rozszedł się cudowny aromat potraw.
– Może znalazłaby pani chwilę na rozmowę ze mną? – spytał Norbert Narożny, wpatrując się w Emilię. – O moim siostrzeńcu – dodał dla jasności. – Oczywiście po pracy. O której pani kończy, powiedzmy jutro?
– Właściwie nie wiem.
– To nie fabryka. Pani Emilia może wychodzić, kiedy tylko potrzebuje – wtrąciła się Pelagia. – Nim przyjmiemy pierwszych letników, minie trochę czasu. Sama papierologia potrwa jeszcze z miesiąc. Nie mamy wyznaczonych godzin pracy. Zwyczajnie musimy przygotować pensjonat.
– Rozumiem. W takim razie, czy mógłbym przyjechać po panią jutro o osiemnastej? – Spojrzał pytająco na Emilię.
Poczuła się tak, jakby zapraszał ją na randkę, za co skarciła się w myślach. Głupia! Facetowi chodzi jedynie o rozmowę na temat problemów z siostrzeńcem, upomniała siebie. W dodatku masz narzeczonego! Ostatnio może się wam nie układa, ale jednak.
– Oczywiście – odpowiedziała, zauważając, że wszyscy się w nią wpatrują.
Zachowaj spokój! Nie uśmiechaj się jak idiotka. Masz narzeczonego! – powtarzała w głowie.
Uśmiechnęła się i spuściła niewinnie wzrok.
No pięknie! – skrzyczała siebie w myślach. – Pełen profesjonalizm!
– Dziękuję za kawę i ciastko. – Norbert chwycił to ostatnie, wstając od stołu. – Wezmę na wynos. – Do widzenia i jeszcze raz dziękuję za wyrozumiałość. – Ukłonił się.
– Do widzenia – powiedziały chórem wszystkie obecne panie poza Emilią.
– Do zobaczenia jutro – zwrócił się do niej Narożny, znów obrzucając ją tym świdrującym spojrzeniem.
– Do zobaczenia – zdołała wydusić.
To, że przystojny sąsiad zrobił na niej wrażenie, to mało powiedziane.
Poprzedniej nocy źle spała, bo myślała o dawnych związkach i tym obecnym, co do którego miała coraz więcej wątpliwości. A tu pojawia się ktoś taki! Jakby żywcem wyjęty z jej marzeń.
Co to miało znaczyć?! Dlaczego w mojej głowie pojawiła się taka myśl? – zastanawiała się.
Szybko pochłonęła pyszne śniadanie, dopiła kawę i udała się zamontować przyczepkę do samochodu Pelagii. W planach był wyjazd do pobliskiego miasteczka do sklepu z materiałami budowalnymi. Budynki zarówno w środku, jak i na zewnątrz wymagały nie tylko czyszczenia, ale i drobnych remontów i malowania. Nie wyglądały bardzo źle, przynajmniej ten, w którym jadła śniadanie, ale nie były przygotowane na przyjmowanie gości.
Pelagia złożyła kilka dni wcześniej szczegółowe zamówienie i trzeba było je dzisiaj odebrać.
Emilia liczyła, że podczas tej krótkiej podróży będzie mogła spokojnie porozmawiać z szefową z agencji. Zanim wyruszyła, zatrzymała ją Berenika. Kobieta w dworku spędziła całe swoje życie i teraz poczuła się zobligowana do udzielenia kilku niezbędnych porad.
– Radziłabym ci, dziecko, uważać na tego Narożnego. Nie to, żebym coś do niego miała, ale jest za ładny, żeby mu ufać. To samo mówiłam Grażynce, bo ta gapi się na niego jak sroka w gnat. Mało jej laską nie zdzieliłam pod stołem.
– Będę to miała na uwadze – odrzekła, aby nie wyjść na niemiłą. Nie lubiła oceniać ludzi po wyglądzie i nie lubiła, kiedy upominano ją, jakby miała piętnaście lat.
– A ten jego siostrzeniec to nie jest typowy łobuz. Podobno maltretował okoliczne koty. O bójkach i kradzieżach nie będę wspominać, bo te sobie sprawdzisz w jego aktach. Diabeł wcielony, tfu. Trudno uwierzyć, że to w ogóle rodzina.
– Powiedziała pani, że panu Narożnemu też nie można ufać, więc chyba jest jakieś podobieństwo.
– Wychwyciłam ironię, dziecko. Doceniam, doceniam. Ale w przypadku starszego mówiłam o twojej cnocie, a w przypadku młodszego o inne wszeteczeństwo się rozchodzi. Zresztą popytaj w miasteczku. Właścicielka sklepu budowlanego jest przewodniczącą tutejszej rady parafialnej i ma córkę w klasie z tym łobuzem. Ona ci może to i owo zdradzić. Choć – zastanowiła się przez chwilę – wyolbrzymi co najmniej połowę. To plotkara straszna. Ale jest całkiem miła, gdy czegoś potrzebuje.
Emilia westchnęła cichutko.
– Jeśli wyobrażałaś sobie podmiejską sielankę, to radzę ostudzić entuzjazm. Bukoliczny świat ma niewiele wspólnego z tym, co tu zastaniesz, dziecinko. Niestety, uciekając od miejskiego zgiełku, możesz trafiać na równie silną zawieruchę, tyle że w ładniejszym otoczeniu.
Emilia poczuła lekkie zniecierpliwienie pomieszane z podziwem. Polubiła marudną starą pannę o ciętym języku, ale nie zamierzała zrazić się do wszystkiego tylko dlatego, że kobieta lubiła narzekać.
– Dziękuję za ostrzeżenie, a teraz jadę, bo dużo pracy przed nami.
Redakcja
Agnieszka Luberadzka
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Urszula Gajdowska, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303061
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Strona redakcyjna
Spis treści
