Paul Gascoigne. Szalona ósemka - Gascoigne Paul - ebook
NOWOŚĆ

Paul Gascoigne. Szalona ósemka ebook

Gascoigne Paul

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Łzy na włoskim mundialu, magia na Wembley i demony codzienności. Oto prawdziwy Gazza.

Pamiętasz mistrzostwa świata w 1990 roku? Jego płacz pod koniec półfinału poruszył cały piłkarski świat. Pamiętasz genialne uderzenie z woleja w meczu ze Szkocji na Euro 1996 i cieszynkę w „fotelu dentystycznym”? Paul Gascoigne – magik z piłką przy nodze i najbardziej utalentowany angielski gracz swojego pokolenia – to piłkarz, który uosabiał czystą radość czerpaną z futbolu. Jest żywą legendą, która rozkochała w sobie tłumy w Newcastle, Londynie, Rzymie i Glasgow.

Ale za szerokim uśmiechem krył się czasem ogromny ból. Życie Gazzy to nie tylko blask fleszy, lecz również brutalny zjazd w przepaść. W tej książce Gascoigne przestaje się wreszcie kryć za maską wiecznego żartownisia. Boleśnie i szczerze pisze o demonach, które zepchnęły go na samo dno: wyniszczającym alkoholizmie, samotności, paranoi i lękach. A także o tym, jak najpierw stracił zaufanie najbliższych, a później nieomal życie.

Szalona ósemka to podróż przez osiem skrajnych emocji, które ukształtowały życie Paula Gascoigne’a, od niepohamowanej radości po obezwładniający strach. To opowieść surowa, wzruszająca, a ostatecznie – bardzo inspirująca. Wejdź do głowy piłkarskiego geniusza. Poznaj człowieka, który oddał futbolowi całe swoje serce.

Zobacz go takim, jakim nikt go jeszcze nie widział.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 285

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

WprowadzenieNumer osiem

Słowo od autora

Alan ShearerPrzedmowa

Część pierwszaZaufanie

Prolog

Rozdział 1Dzieciństwo

Wprowadzenie

Numer osiem

David Beckham, Kenny Dalglish i Cristiano Ronaldo kochali numer siedem, a Diego Maradona, Pelé i Michel Platini hołubili dziesiątkę. A ja? Ja miałem obsesję na punkcie numeru osiem.

Gdy w 1992 roku przeszedłem do Lazio, Dino Zoff, trener tego zespołu, powiedział mi:

– Dam ci numer dziesięć.

– Mowy nie ma – odparłem. – Chcę ósemkę.

Zoff nie ustępował:

– Numer dziesięć to we Włoszech wielkie wyróżnienie. Z tym numerem grali Maradona i Pelé. Noś go z dumą.

Uznałem, że nie mam wyjścia, muszę ustąpić.

Chuj z tym, niech będzie, pomyślałem i już dwa tygodnie później miałem złamaną piszczel i kość strzałkową. Ktoś może uznać, że jestem przesądny, ktoś inny powie, że mam nierówno pod sufitem, ja jednak o tę kontuzję obwiniałem numer dziesięć.

Tak naprawdę to nie wiem, dlaczego aż tak zależało mi na tej ósemce, ale podejrzewam, że właśnie dlatego, że inne numery były obciążone tak wielkim dziedzictwem.

Oprócz piłkarzy, których już wspomniałem, siódemkę kojarzy się z takimi graczami jak Kevin Keegan, George Best czy Éric Cantona, natomiast koszulkę z numerem dziesięć nosili najróżniejsi wybitni zawodnicy – Eusébio, Ferenc Puskás i Zico, żeby nie wymieniać ich tu zbyt wielu.

A numer osiem? Oprócz mnie nikt tak naprawdę nigdy tego numeru nie uczynił sławnym.

Grałem z nim prawie przez całą karierę: w Newcastle United, Tottenhamie Hotspur, Rangersach, Middlesbrough i reprezentacji Anglii.

Uwielbiałem wchodzić do szatni i rozglądać się za numerem osiem. O tak, to mój wieszak, myślałem sobie, gdy go znajdowałem.

Kiedy trafiłem na informację, że wyróżniamy osiem podstawowych emocji – smutek, radość, strach, wstręt, gniew, zaskoczenie, zaufanie i przeczuwanie – uznałem, że ten numer będzie znakomitym tytułem książki.

Psycholog Robert Plutchik opracował ten model w 1980 roku, tym samym, w którym zostałem wypatrzony przez skautów Newcastle United. To, co uderzyło mi wówczas do głowy, należałoby nazwać zapewne mieszaniną strachu i radości.

Osiem emocji wskazanych przez pana mądralę stanowi swoje przeciwieństwa – zaskoczenie i wyczekiwanie, gniew i strach, wstręt i zaufanie oraz radość i smutek – jedna strona kontra druga strona, trochę jak w meczu piłkarskim.

Koncepcja ta zasadza się na przekonaniu, że jest to osiem emocji podstawowych, a wszystkie inne to mniej lub bardziej intensywne wersje tych pierwowzorów.

Nie znam lepszego pomysłu na opowiedzenie historii mojego życia. Mam nadzieję, że lektura tej książki sprawi ci taką samą radość jak mi jej pisanie.

Słowo od autora

Spójrzmy prawdzie w oczy, zasłynąłem popisami na boisku, a nie talentem literackim, więc pewnie dla niektórych wstrząsem może być informacja, że kocham poezję. Zdarzy mi się nawet pomyśleć, że sam bywam niezłym poetą. Poeta Gazza – wiem, jak to brzmi, ale przecież ja byłem na detoksie więcej razy, niż potrafię spamiętać. Detoks to przede wszystkim czas refleksji, dlatego wielokrotnie zachęcano mnie tam do spisywania moich myśli, żebym mógł je skuteczniej przepracować. Pisałem wiersze na najróżniejsze tematy, przede wszystkim jednak o tym, co się dzieje w mojej głowie. Mam w niej nieustanny mętlik, gonitwa myśli nigdy nie ustaje, zatem spisywanie tego ułatwia mi poszukiwanie w tym sensu. Zapewniam, że jest w czym szukać.

Wiedziałem, że pisanie tej książki będzie dla mnie doświadczeniem terapeutycznym i oczyszczającym, znalazłem się bowiem w punkcie, w którym nie mam już nic do ukrycia, zwłaszcza że tak wiele na mój temat zostało już powiedziane. Prawda jest taka, że nie zawsze byłem przedstawiany w najlepszy sposób. Nazywano mnie damskim bokserem, narkomanem, alkoholikiem; trochę się tego nazbierało. Nie sądzę, bym mógł napisać cokolwiek, co postawiłoby mnie w gorszym świetle, niż już nie raz, nie dwa się zdarzało.

Ludzie wydają majątek na terapeutów, żeby tydzień w tydzień rozmawiać z nimi o swoich problemach. Ja pomyślałem natomiast, że wyłożę wszystko tutaj, po prostu. Opowiem, jak się czuję, przez co przechodzę, w co wciągnąłem innych. Opowiem innym, jak trudno było mi momentami w życiu, może jakoś mi to pomoże.

Nie ma co owijać w bawełnę, zafundowałem sobie prawdziwe piekło. Nikt mi tego nie zrobił, zrobiłem to sobie sam. Zachowywałem się autodestrukcyjnie, choć bywało i tak, że źle traktowali mnie inni ludzie – nie tylko dziennikarze, ale też przyjaciele, którzy zawiedli moje zaufanie. Chciałbym opowiedzieć wszystkim, jak sobie z tym radziłem. Tak się dzisiaj zastanawiam nad moim życiem… niech to szlag, przydarzyło mi się wiele szalonych rzeczy, czasem złych, często jednak dobrych, bardzo dobrych.

Zostałem zaliczony do grona najwybitniejszych piłkarzy mojego pokolenia i już zawsze będę z tego dumny. Mój występ w finałach mistrzostw świata w 1990 roku, dekada gry w drużynie narodowej, w której 57 razy reprezentowałem mój kraj, udział w Pucharze Anglii wzniesionym przez Tottenham Hotspur w 1991 roku, hat trick w Rangersach w meczu o triumf w Scottish Premier Division w 1996 roku – nikt nigdy nie odbierze mi tych wspomnień.

Obecnie wiodę znacznie spokojniejsze życie. Pracuję zwykle po kilka dni w miesiącu, a przez pozostały czas robię to, co kocham. Polega to na spędzaniu czasu z Katie, moją menedżerką i przyjaciółką, oraz jej dziećmi. Są dla mnie jak rodzina. Idziemy pograć w piłkę albo coś zjeść. Uwielbiam też przebywać na świeżym powietrzu, wędkować, a gdy jestem w dość dobrej formie, to również jeździć na rowerze. Wtedy odczuwam największy spokój, jestem w stanie zastanowić się nad moim szalonym życiem, zarówno tym na boisku, jak i tym poza nim. Tak to przynajmniej wyglądało dotąd. Mam dopiero 58 lat, liczę więc, że jeszcze trochę pociągnę.

Po raz pierwszy czuję się gotowy, by opowiedzieć o moim życiu. Chciałbym, aby ludzie poznali prawdziwego mnie, a nie tego Gazzę z gazet. Może czeka mnie nowa ścieżka kariery, może tym razem zostanę pisarzem albo poetą? Wiem, że to szalona myśl, ale czemu nie? Robiłem w życiu znacznie, ale to znacznie bardziej odjechane rzeczy.

Paul Gascoigne

wrzesień 2025

Alan Shearer

Przedmowa

To nie tak, że Gazza grał w piłkę – on nią żył, czuł ją, oddychał nią jak mało który piłkarz. Posiadał tę rzadko spotykaną umiejętność, że w jednej chwili wywoływał u nas śmiech, a w następnej wyciskał z nas łzy, przy czym w jednym i drugim przypadku mieliśmy dla niego wyłącznie podziw. Na boisku potrafił jednym dotknięciem piłki odmienić losy meczu. Poza boiskiem wprawiał w poruszenie wszystkich w danym pomieszczeniu już tylko dlatego, że tam wszedł. Czasem działo się tak z lepszych, czasem z gorszych powodów, on jednak zawsze był w tym prawdziwy.

Ludzie często nie dostrzegali jednak, że pod wszystkimi nagłówkami, pod całym poczuciem humoru i chaosem krył się człowiek dobry i wrażliwy. Paul stawiał czoła wyzwaniom, które większość innych ludzi by złamały, a mimo to on ciągle jest wśród nas, ciągle się trzyma, ciągle cieszy się uwielbieniem fanów, którzy pamiętają jego boiskowy geniusz.

Ta książka opowiada jego historię, szczerze i bez upiększania. Przypomina o radości, którą nam dawał, bólu, który musiał znosić, a także o legendzie, którą się stał.

Dla mnie i dla wielu innych przywilejem jest nazywać go przyjacielem.

Część pierwsza

Zaufanie

ZAUFANIE – silne przekonanie o niezawodności, prawdziwości lub zdolnościach kogoś albo czegoś.

prolog

Gdy prowadziłem starą, zniszczoną skórzaną piłkę ulicami dzielnicy Saltwell w Gateshead i ktoś zapytałby mnie o zaufanie, zapewne odpowiedziałbym mu: „Że co?”.

Kiedy byłem chłopcem, pewnie nie znałem znaczenia tego słowa, ponieważ nie było mi ono potrzebne. Carl, mój młodszy brat, walił mnie przez łeb, gdy dla draki kradłem mu jedzenie z talerza, poza tym nieustannie darłem koty z moimi siostrami, Lindsay i Anną. Któregoś dnia mama, Carol, trafiła mnie w tył głowy butelką octu, ponieważ próbowałem zwędzić trochę czekolady – zaręczam, że to nie jest najgorsze, co mi zrobiła.

Tak naprawdę jednak wszyscy się kochaliśmy. Owszem, wychowywałem się w trudnych warunkach, ale o żadnym zaufaniu nie było tam mowy – zupełnie naturalne było przekonanie, że mama zawsze mi pomoże, cokolwiek by się działo, że zabierze mnie do Redheugh Boys’ Club i będzie patrzeć, jak po szkole gram tam w piłkę. Byłem absolutnie przekonany, że dzień w dzień mój tata, John, będzie harował jak wół, żebyśmy mieli co jeść. Gwoli ścisłości powinienem napisać, że mama też harowała, być może ciężej niż tata – w pewnym momencie pracowała w czterech miejscach naraz, żebyśmy nie chodzili obdarci i głodni.

Na boisku ufałem każdemu partnerowi z drużyny – albo im ufasz, albo nic nie osiągniesz. Jasne, że czasem się na siebie wkurzaliśmy, robiliśmy sobie jaja z siebie nawzajem, ale to normalna sprawa, codzienność. Nigdy poważnie nie poprztykałem się nawet z rywalem. W 1988 roku, przed meczem Wimbledonu z Newcastle, Vinnie Jones splunął na mnie w tunelu i wyzwał od „grubych gnojków” (tak, to ten sam mecz, w którym Vinnie złapał mnie za jaja). Ogólnie jednak również tamtą sytuację należy uznać za zwykłe docinanie sobie, nic takiego, żadna poważna sprawa.

Później, przez lata, moje zaufanie zostało całkowicie zdeptane – odbierano mi je stopniowo, aż nie zostało z niego zupełnie nic. Wtedy stałem się cieniem człowieka, cieniem tego, kim byłem dawniej. Ufałem wielu ludziom, ale potem ktoś włamał się do mojego telefonu, a moi przyjaciele zaczęli sprzedawać historie na mój temat. Podążyłem wtedy mroczną ścieżką, do miejsca, w którym nie ufałem już nikomu, nawet samemu sobie i moim najbliższym. Moimi najlepszymi przyjaciółmi zostały wóda i prochy. Dodatkowo książkę o mnie napisała moja była żona, Sheryl – takie rzeczy naprawdę ryją czachę.

Paul Merson, z którym grałem w Middlesbrough, powiedział kiedyś: „Wykręcisz Gazzie jakiś brzydki numer i po sprawie, już nigdy nie dostaniesz drugiej szansy”. Miał rację, taki właśnie jestem. Gdy ktoś próbuje sobie ze mną pogrywać, dla mnie to koniec. Już nigdy nie będę z taką osobą gadać.

Do dziś pamiętam jedno Boże Narodzenie, które spędzałem samotnie w pokoju hotelowym. Gdy tylko odstawiłem torby, podszedłem prosto do lampki na stoliku nocnym, wykręciłem żarówkę i zajrzałem do środka oprawy. Następnie uważnie przyglądałem się włącznikowi alarmu pożarowego, bo byłem przekonany, że znajdę tam pluskwę, urządzenie podsłuchowe, które nagrywało każde moje słowo i śledziło każdy mój ruch. Jasne, że nic tam nie było, ale ja uważałem inaczej. Tego rodzaju przeszukania stały się moim rytuałem, który trwał przez długie lata.

Choć zakrawa to na paradoks, to właśnie w hotelowych pokojach czułem się najbezpieczniej. Służba sprzątająca dbała o nieskazitelność tych pomieszczeń, nie znajdowałem tam zatem niczego, co mogłoby uruchomić we mnie moje OCD. Nikt nie wiedział, gdzie mnie szukać, ja jednak na wszelki wypadek nie korzystałem nawet z room service. Można powiedzieć, że byłem więźniem samego siebie – wszystko przez to, że nie umiałem się zdobyć na okazanie zaufania innym. Miałem sześć telefonów komórkowych, ale i tak wymykałem się pod osłoną nocy – byle tylko ktoś mnie nie zobaczył – żeby skorzystać z budki telefonicznej. Rzecz tak prosta jak zamówienie jedzenia lub napoju w restauracji stała się dla mnie koszmarem, ponieważ bałem się, że ktoś dosypie mi czegoś do szklanki albo doda truciznę do pizzy. Paranoja? To mało powiedziane. Wydawało mi się, że każdy na mnie czyha.

Pamiętam, jak jednego dnia chodziłem po Metrocentre, centrum handlowym w Gateshead, w towarzystwie taty. Czułem, że każdy mi się przygląda, słyszałem skrywane szepty, widziałem krzywe miny.

– Dlaczego wszyscy się na mnie gapią? – zapytałem tatę, coraz bardziej pobudzony. – Czego ci wszyscy ludzie ode mnie chcą? Dlaczego nie dają mi spokoju?

Tata odpowiedział krótko:

– Synu, patrzą na ciebie, ponieważ jesteś jebanym Paulem Gascoigne’em.

Miał rację, wtedy jednak widziałem to inaczej. Sądziłem, że w tamtym centrum handlowym dzieje się coś złego.

Do dzisiaj, gdy ktoś jest dla mnie miły i uprzejmy, nie umiem przestać się zastanawiać: „Czego on ode mnie chce?”.

Kiedy zrobiło się o mnie głośno, czyli jak skończyłem dwa lata (no dobra, żartuję, ale mimo wszystko byłem wtedy jeszcze nastolatkiem, stało się to bardzo wcześnie), niektórzy najchętniej nie odstępowaliby mnie na krok. Później, gdy popadłem w kłopoty, nagle zniknęli i nigdy więcej się nie odezwali. Od tamtej pory trudno jest mi uwierzyć, że ktoś może lubić mnie po prostu za to, kim jestem i jaki jestem, a nie za to, co może wyciągnąć z mojego portfela albo za ile może sprzedać gazetom historie o mnie.

Te codzienne drobne akty zaufania, które większość ludzi przyjmuje jako coś oczywistego, dla mnie stały się polem minowym. Nie ufam zresztą samemu sobie choćby na tyle, by mieć prawo jazdy. Obawiam się, że mógłbym wrócić do domu wstawiony i wpaść na genialny pomysł, by pojeździć samochodem albo motocyklem. Parę dni temu wezwałem taksówkę i kazałem się zawieźć z Poole do Newcastle, jedyne 600 kilometrów w jedną stronę. Trzeba było widzieć minę tamtego kierowcy. Ostatecznie wyszedł na tym całkiem nieźle, raczej nie co dzień inkasuje 900 funtów. Problem w tym, że w pociągu ludzie nie dają mi żyć. Co pięć minut: „Gazza, Gazza, strzelimy selfika?”. Tata wiecznie mi powtarzał: „Synu, nie zapominaj, skąd się wywodzisz”, dlatego nigdy nie odmawiam takim prośbom, nawet w chwilach dla mnie najtrudniejszych, gdy najbardziej na świecie chciałbym być sam.

Do dzisiaj kasuję wszystkie wiadomości i odebrane połączenia, od razu. Nigdy nie odbieram, gdy dzwoni nieznany numer. Jeżeli kiedyś postanowi do mnie zadzwonić król Anglii, to się nie połączy. To uruchamia moje OCD. Szczerze powiem, że to jakiś pieprzony koszmar. Naprawdę staram się nie wariować, ale czasem wystarczy drobiazg, by mnie odpalić. Poza tym jestem alkoholikiem i wiem, że będę nim już zawsze. Obecnie częściej nie piję, niż piję, ale na pewno nie powiem, że już nigdy więcej się nie napiję. Mogę tylko próbować ograniczać szkody, gdy to już się stanie.

Komuś trzeba jednak zaufać, w przeciwnym razie nie ma sensu żyć. Obecnie największe zaufanie mam do mojej menedżerki i najbliższej przyjaciółki, Katie Davies. Ona i jej dzieci są dla mnie jak rodzina. Po raz pierwszy w życiu nie muszę się martwić, że zostanę oszukany. Proszę wręcz Katie, aby brała większą część pieniędzy z umów, które mi załatwia, mimo że z poprzednimi menedżerami musiałem się szarpać, by to dla mnie zostawało więcej. Zawsze mogę na nią liczyć, więc ona zdecydowanie na to zasługuje. Ludzie, którzy byli ze mną od początku, czyli mama i rodzeństwo, również nadal są przy mnie. Im po prostu ufam, naturalnie, i już zawsze będę za to wdzięczny.

Rozdział 1

Dzieciństwo

Z Carlem i Anną, moim rodzeństwem, cisnęliśmy się wokół ognia, żeby było nam cieplej. Nabijałem kromkę chleba na widelec i trzymałem ją nad płomieniem, pozwalając jej powoli się opiekać. Tak właśnie przyrządzaliśmy śniadanie w domu komunalnym w Teams w Gateshead, zanim po urodzinach mojej najmłodszej siostry, Lindsay, przeprowadziliśmy się do pobliskiej dzielnicy Saltwell. Mój pradziadek, Bob Gascoigne, po przejściu na emeryturę został stróżem nocnym w Hucie Szkła Sowerby, gdzie wcześniej zajmował się dmuchaniem szkła. On, mój dziadek Fred i mój tata zbierali bryłki węgla, które spadały z wozów, i przynosili je do domu. Gdyby nie ten węgiel, odmrażalibyśmy sobie tyłki, bo przecież północny wschód Anglii słynie z mroźnych zim. Znosili całe worki węgla, którym paliliśmy, gotowaliśmy na nim jedzenie i podgrzewaliśmy wodę.

Gdy byłem mały, w domu pieniędzy w zasadzie nie było. Na samym początku nie mieliśmy telewizora, mikrofalówki, praktycznie nic nie mieliśmy. „Masz coś do prania?” – pytała mama, po czym wrzucała brudne rzeczy do wanny, w której wcześniej – jedno po drugim – wszyscy się kąpaliśmy. Nalewała wody do wielkiego garnka, grzała ją na ogniu, a potem wlewała tę wodę do wanny. Wszystkie dzieciaki po kolei wchodziły do wanny, myły się, a potem mama w tej wodzie robiła pranie. Co wieczór Carl, Anna i ja wskakiwaliśmy pod tę samą kołdrę, przepychaliśmy się tam, walcząc o jak najwięcej miejsca. Kurwa, było naprawdę skromnie, dzisiaj rozumiem jednak, że w takich warunkach zawiązują się naprawdę silne więzi. Dzięki temu po tych wszystkich latach brat, siostry i mama nadal są najbliższymi mi osobami, to im ufam najbardziej. Tata zmarł na raka w 2018 roku i tęsknię za nim codziennie. Za każdym razem, gdy o nim pomyślę, wypełniają mnie emocje.

Bywało naprawdę ciężko. Pamiętam, jak chodziłem z mamą grać w bingo. Siedzieliśmy na twardych krzesłach ze starymi prykami i czekaliśmy, aż zostanie wywołany nasz numerek. Gdy udało nam się coś wygrać, mama mówiła: „Weźmiemy puszkę fasoli”. W naszym domu jedzenie się nie marnowało.

Przed szkołą często czekały na mnie inne dzieciaki. „Jesteś menelem!” – krzyczały, szukały zaczepki. Owszem, nie przelewało się u nas, więc pewnie widać to było po naszych ubraniach oraz po tym, czego nie miałem. Mimo to nigdy nie brałem tego do siebie. Zresztą, od tamtej pory zaszedłem naprawdę daleko, zarobiłem miliony, zyskałem sławę, strzelałem gole, które wyryły się w pamięci fanów futbolu na całym świecie, zatem kto się śmieje ostatni? Z pewnością nie tamte dzieciaki.

Ogólnie jednak było tak, że gdy byłem jeszcze smarkaczem, nie mieliśmy nic. Mama, niech Bóg ma ją w swojej opiece, pracowała w czterech miejscach, żeby związać koniec z końcem. Myła samochody, ale pracowała też w fabryce szyjącej dżinsy i sprzątała biura. Najlepszą robotę miała jednak w jadłodajni z rybą i frytkami. Gdy tam wchodziłem, otaczała mnie woń topionego masła. „Poproszę rybę z frytkami” – mówiłem do niej. Nikt tam nie wiedział, że jestem jej synem, więc patrzyła na mnie tak, jak gdyby mnie nie znała, i odpowiadała: „To będzie 15 pensów, chłopcze”. Wręczałem jej odliczoną kwotę, a ona wydawała mi resztę z jednego funta. Potem było szamanie. Wieczorem, gdy spałem już w cieplutkim łóżku, mama budziła mnie i mówiła: „Synu, dawaj te pieniądze”. Była twarda, bez dwóch zdań, i dla nas była gotowa zrobić wszystko, kochaliśmy ją zatem z całych sił.

Zanim podpisałem kontrakt z Newcastle United, też imałem się różnych zajęć, najbardziej jednak podobało mi się sprzątanie furgonetek z lodami. Gdy taka furgonetka lśniła już czystością, po mojej brodzie płynęły topiące się lody, to był mój ulubiony moment dnia. Robiłem sobie porcję lodów z waflem czekoladowym i sosem malinowym, czyli na bogato. No dobra, to nie była jedna porcja, ale kto by tam liczył. Poza tym przed lekcjami rozwoziłem gazety i zbierałem też szklane butelki, ponieważ w tamtych czasach można było jeszcze wymienić je w sklepie na kilka pensów.

Najbardziej przerażającą pracę wykonywałem, mając dziewięć lat, gdy za 50 pensów dziennie rozwoziłem posiłki osobom potrzebującym. Wożono mnie małą furgonetką, a moim zadaniem było zapukać do drzwi i podać posiłek starszym ludziom, którzy nierzadko nie mogli nawet wstać z łóżka. „Chodź, podejdź, dostaniesz cukierka” – zapraszali, a ja stałem tam, byłem jeszcze naprawdę mały i najbardziej na świecie chciałem stamtąd uciec. „Nie, dziękuję” – odpowiadałem i zmykałem do furgonetki. Były dwie takie osoby, które nie miały oka, co mnie, smarkacza, napawało wtedy przerażeniem. Do dziś nie wiem, jak znajdowałem w sobie odwagę, żeby robić to w wieku dziewięciu lat, ale najwyraźniej zawsze lubiłem pomagać innym. Robię to do dzisiaj i sprawia mi to radość.

Tamte zajęcia oraz różne profesje mojej mamy zaszczepiły mi na całe życie silną etykę pracy. Wydaje mi się, że gdyby nie moi rodzice, nie odniósłbym sukcesu w futbolu. Nie miałbym w sobie samozaparcia do ciężkiej pracy.

Mama była twardą kobietą i roztaczała nad nami pełną opiekę. Pamiętam, jak pewnego razu wdałem się w bójkę z jednym kolesiem w szkole i nauczyciel wymierzył nam po sześć pasów. Gdy wróciłem do domu, mama się wściekła: „Jak on śmiał cię uderzyć! – powiedziała, po czym dodała: – Nie będę tym zawracać głowy twojemu ojcu, w końcu poszedł do pubu na piwo”. Postanowiła rozprawić się z nauczycielem sama. Nikomu, kto bije jej syna, nie ujdzie to na sucho! Bóg jeden wie jak, ale wyszliśmy z domu i znaleźliśmy tego nauczyciela. Okazało się, że grał w rugby. Mama nawet nie dopuściła go do głosu. „To pan uderzył mojego syna?” Nawrzeszczała na niego, jak tylko ona umiała, a na koniec kazała mu się odpierdolić. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co on wówczas pomyślał, dobrze było natomiast wiedzieć, że mam ją po swojej stronie bez względu na wszystko.

Mama była niesamowita, najlepsza na świecie, ale nie zmienia to faktu, że sporo się kłóciliśmy. Owszem, nie godziła się, by ktokolwiek inny mnie bił, ale sama nie wahała się podnieść na mnie ręki. Dzisiaj mówię jej czasem: „Mamo, byłaś jak cholerny John Wayne, nigdy nie pudłowałaś tym laczkiem”. Gdy brała zamach i chciała mnie zdzielić, odruchowo unosiłem rękę, żeby się zasłonić, a wtedy ona krzyczała: „Opuść tę rękę, kiedy cię biję!”. Tak, potrafiła być surowa.

Ogólnie jednak kochała mnie ponad wszystko i nadal kocha, nie wątpiłem w to ani przez chwilę. Pamiętam, jak stała za linią boczną i oglądała mnie na boisku, czasami przemoczona do szpiku kości. Zawsze chciała zostać do samego końca meczu. Pewnego dnia przyszła do domu z czerwono-biało-niebieskim pudełkiem, w którym znajdowały się moje pierwsze w życiu buty piłkarskie. Otwierałem ten karton z narastającą ekscytacją, aż wreszcie dojrzałem błyszczące, skórzane korki Patrick. „Mamo, jesteś królową!” – krzyknąłem, mocno ją ściskając. Tanie to one nie były, więc musiała harować jak wół, żeby na nie zarobić. Firma Patrick sponsorowała mojego ówczesnego idola, Kevina Keegana, zatem z definicji była to moja ulubiona marka. Codziennie, bez wyjątku, brałem pastę i szczotkę i czyściłem te buty tak długo, aż widziałem w nich moje odbicie.

Darłem koty z Anną, moją siostrą, i miałem świra na punkcie programu Match of the Day. Kłóciliśmy się z Anną nieustannie, bo ona zawsze chciała oglądać coś innego, ale potrafiliśmy też razem świetnie się bawić. W ogrodzie za domem organizowaliśmy występy dla starszych osób z sąsiedztwa, choć gdy to dzisiaj wspominam, nie wiem, co oni o nas tak naprawdę myśleli. Płacili po dwa pensy od osoby, żeby nas oglądać, a gwiazdą występu zawsze byłem ja, ponieważ bardzo lubiłem rozśmieszać innych. Rozbierałem się do naga, stawałem w drzwiach, mówiłem: „Cześć, dziewczyny!”, po czym uciekałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat.

Poza tym w zasadzie przez cały rok chodziliśmy kolędować. Potrafiliśmy w samym środku lata zapukać do czyichś drzwi i zaśpiewać We Wish You a Merry Christmas, a sąsiedzi się dziwili: „Ale wiecie, że mamy lipiec?”. Wtedy jednak byliśmy gotowi zrobić wszystko, by zarobić choć trochę kasy, no bo z pieniędzmi było naprawdę krucho. Gdy byliśmy dziećmi, Anna była wkręcona w gimnastykę, nic innego jej nie interesowało, natomiast Lindsay, moja młodsza siostra, była ulubienicą mamy i była rozpuszczona. Była ode mnie sześć lat młodsza, podczas gdy Annę i mnie dzielił tylko rok. Bywałem zazdrosny i wyładowywałem te emocje na Lindsay, ponieważ to na niej skupiała się cała uwaga. Mój brat Carl chadzał raczej własnymi ścieżkami. Gdy byliśmy jeszcze bardzo mali, graliśmy razem w piłkę, tylko on i ja, kopaliśmy sobie piłkę na ulicy. Potem zebrał własną ekipę w szkole i rzadko spędzałem z nim czas. On też momentami doprowadzał mnie do szału, ale kocham go tak samo mocno jak moje siostry.

Pamiętam, jak pewnego razu mama kupiła nam po złotej rybce. Wyjęliśmy je ze słoja, położyliśmy na stole i ustaliliśmy, że ten, czyja rybka dotrze najdalej, wygrywa paczkę chipsów. Tamte rybki zapewne tego nie przeżyły. Takie mieliśmy walnięte pomysły.

Innym razem, gdy Carl miał jakieś 12 lat, mama postawiła przed nami na stole frytki z jajkiem. Ślinianki pracowały mi na pełnych obrotach, ponieważ to było jedno z moich ulubionych dań. Wciągnąłem moją porcję jak najszybciej, ani na moment nie spuszczając brata z oka. Potem zobaczyłem, że na jego talerzu została jedna frytka, w soli i w occie. Ona do mnie wołała, błagała, żebym ją zjadł. Nie umiałem jej się oprzeć, więc się pochyliłem i ją zwinąłem. „Ty draniu!” – wrzasnął Carl, po czym cisnął widelcem w moją głowę. Próbowałem go wyszarpnąć, ale nie miałem tyle siły. „Mamo! – krzyknąłem. – Mam widelec wbity w głowę”. Przyszła, wyszarpnęła sztuciec, po czym zdrowo nas opieprzyła. Mam na czole mnóstwo blizn, gównie po różnych wypadkach po pijaku, ale wtedy nabawiłem się jednej z pierwszych.

Jako dziecko często lądowałem w szpitalu. Sześciokrotnie łamałem rękę, zresztą w Queen Elizabeth Hospital w Gateshead co chwila pojawiałem się z takim lub innym urazem. Po raz pierwszy rękę złamałem w wieku pięciu lat. Bawiłem się urządzeniem na siłowni, wdrapałem się na nie i z niego spadłem. Za drugim razem, gdy złamałem rękę, bawiłem się w Saltwell Park, bo wtedy mieszkaliśmy w jego pobliżu. „Mamo, idę do parku!” – krzyknąłem, wychodząc z domu. „Tylko się tam zachowuj” – powiedziała jak zwykle, a ja jak zwykle nie usłuchałem. Razem z kumplami dla zabawy usiłowaliśmy się rozhuśtać na jednym drzewie i spróbować przelecieć na sąsiednie. Uznałem, że to łatwizna. Rozhuśtałem się na gałęzi, puściłem ją i usiłowałem złapać drugą, ale nogi poleciały mi za wysoko i spadłem na ziemię. Musiałem biec do domu ze złamaną ręką. Wiecznie robiłem jakieś głupoty i doznawałem urazów, ale jakoś nie dawało mi to do myślenia. „Nic ci nie będzie, synu?” – pytała mama. „Taaa, przeżyję” – odpowiadałem.

Nigdy się nie skarżyłem i tamte doświadczenia przygotowały mnie na wszystko, co czekało mnie w przyszłości.

Byłem małym łobuzem. Gdy coś wpadło mi do głowy, musiałem to zrobić i już.

Do szkoły średniej poszedłem do Heathfield Senior High School. Nikt mnie tam nie nękał ani mi nie podskakiwał, był tam jednak taki jeden, któremu się wydawało, że jest wielkim twardzielem. Miałem wtedy jakieś 13 lat – nie lubię wymieniać tej liczby z powodu mojego OCD, no ale właśnie w takim byłem wtedy wieku. Pracowaliśmy przy obróbce metalu i ten koleś uparcie mnie podpuszczał. „Jestem twardym sukinsynem” – powtarzał w kółko. Wreszcie nie wytrzymałem, wziąłem kawał metalu i włożyłem go sobie pod sweter. Gdy koleś mnie uderzył, zamiast trafić w brzuch, wycelował pięścią w metal. Złamał rękę, a mnie zawiesili na tydzień. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz.

W szkole najbardziej interesowało mnie robienie dowcipów, ale znakomicie radziłem sobie również w sporcie i to nie tylko w piłce nożnej. Hurtowo zgarniałem trofea w tenisie, badmintonie i tenisie stołowym. Poza tym byłem kapitanem szkolnej drużyny piłkarskiej i gole strzelałem od niechcenia. W podstawówce było zresztą to samo, w wieku ośmiu lat zdobywałem 15 bramek na mecz. To było zbyt łatwe. Za linią boczną zawsze stała mama i to z nią po meczu wracałem do domu.

Mój tata pracował na budowach i był jednym z największych twardzieli na północnym wschodzie Anglii. W tamtych czasach wszyscy go znali. Ja rzadko go widywałem, ponieważ wiecznie albo był w pracy, albo w pubie. Na wszystkie moje mecze przychodziła mama. Tata bywał na nich rzadziej, ponieważ nie lubił tłumów. Był twardym draniem, oschłym i surowym, ale do dzisiaj bardzo mi go brakuje. Naprawdę ciężko pracował, ale to się zmieniło, gdy zachorował. Potem trudno było mu znaleźć pracę.

W dniu, w którym się to stało, szczęśliwie nie poszedłem do szkoły. Dostał napadu drgawkowego, a mama poleciła mi: „Paul, szybko, włóż mu palce do ust, żeby nie zadławił się własnym językiem”. Tak zrobiłem i do dzisiaj mam na palcach cholerne blizny po ugryzieniach. Nie chciał mnie puścić, był niczym rottweiler. „Mamo – powiedziałem. – Nie mogę wyjąć palców”. Szczęka mu się po prostu zablokowała, ale w końcu mama rozwarła ją na siłę. Na sześć miesięcy trafił do szpitala i to był trudny czas dla całej naszej rodziny. Lekarze nie bardzo umieli stwierdzić, co mu dolega. Potem już nigdy nie był sobą.

Gdy zacząłem porządnie zarabiać, zapłaciłem ojcu za prywatną opiekę medyczną. Wtedy znaleźli mu w głowie zakrzepicę zatok żylnych mózgowia, powodującą krwotoki. Znaleźli również trzy tętniaki, usłyszeliśmy więc, że to prawdziwy cud, że tata żyje. Przeszedł następnie duży zabieg zlikwidowania krwotoków i usunięcia zakrzepów. „Większość ludzi z tętniakiem umiera, a co dopiero mówić o trzech” – stwierdził lekarz. Mój tata miał po prostu dziewięć żyć, tak samo jak ja.

Ostatecznie mu się poprawiło, ale do pełni sił już nigdy nie wrócił. Moja mama i on nieustannie się rozstawali i do siebie wracali. Urządzali koszmarne awantury, a raz tata wyprowadził się do Crown Pub w Gateshead, gdzie zamieszkał z inną kobietą. Potem wrócił do domu, w końcu jednak wyniósł się na dobre. Podejrzewam, że po tamtej poważnej operacji pomyślał sobie: „Pierdolę, nie chcę już żadnych wielkich kłótni”, i po prostu się wyprowadził.

W końcu kupiłem Carlowi, Annie, mamie i tacie domy położone dość blisko siebie, w Dunston. Nie licząc taty, oni nadal w nich mieszkają. Niedaleko mieszka również Lindsay, ale jej nie musiałem kupować nieruchomości, bo ona już ją miała.

Ktoś pomyśli, że to zabawne, że moi rodzice nie umieli wytrzymać ze sobą pod jednym dachem, a potem bardzo lubili być sąsiadami. Gdy nie byli już małżeństwem, mogli zostać przyjaciółmi.

Pamiętam, jak w wieku 14 lat oznajmiłem rodzicom: „Gdy zostanę najlepszym piłkarzem na świecie, już nigdy nie będziecie musieli pracować”. Nie wiem, czy mi wtedy uwierzyli, ale kiedy skończyłem 17 lat, stanęło na moim.

To jedna z rzeczy, które napawają mnie największą dumą – że mogłem pomóc rodzinie. Nie licząc mojej menedżerki Katie, to jedyni ludzie w moim życiu, którym potrafię zaufać. To zaufanie zostało poważnie nadszarpnięte, gdy został zhakowany mój telefon, a ja w związku z tym oskarżyłem ich o sprzedawanie gazetom historii na mój temat. Choć przez lata fundowałem im prawdziwe piekło, z chlaniem, kokainą i innymi durnymi wyskokami, oni zawsze przy mnie stali. Dzięki Bogu wspierają mnie do dziś.

Paul Gascoigne. Eight

Copyright © by Paul Gascoigne 2025

Copyright © for the Polish translation by Bartosz Sałbut 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Magdalena Gonta-Biernat

Korekta – Olga Smolec-Kmoch, Zofia Hetmańska

Opracowanie typograficzne i skład – Tomasz Biernat

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Ross Kinnaird / EMPICS

Fotografia na IV stronie okładki – Daily Mirror / Mirrorpix

Fotografie wewnątrz książki – prywatne archiwum Paula Gascoigne’a; Mirrorpix

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN: 9788384065273

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka, Julia Siuda

Promocja: Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Aleksandra Parzyszek, Paulina Gawęda, Piotr Jankowski, Barbara Chęcińska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski

Administracja: Klaudia Sater, Monika Kuzko, Małgorzata Pokrywka

finanse: Karolina Żak, Honorata Nicpoń

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl