Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 800

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Patria - Fernando Aramburu

Jedna z najważniejszych książek ostatniej dekady w Hiszpanii „Wnikliwy opis upadku moralne go wywołanego przemocą”.Mario Vargas Llosa, „El País” Porażający obraz kilkudziesięciu ostatnich lat historii Kraju Basków – od połowy lat 80. do 2011 roku – stworzony z opowieści o losach członków dwóch baskijskich rodzin. Książka o ludzkim strachu, zniszczonych przyjaźniach i związkach, bezsilności wobec niekontrolowanej spirali terroryzmu, a w końcu także o wybaczeniu. „Jeśli Chata wuja Toma stała się ostatecznym impulsem dla abolicjonizmu... Jeśli Jeden dzień Iwana Denisowicza uświadomił to, co się działo w ZSRR… To z Patrią powinno być podobnie, bo wstrząsa nasz ymi sumieniami. Nie możemy zapomnieć, że wszystko, co zostało w niej opisane, wydarzyło się naprawdę. I miało miejsce tutaj”.Fernando Hernández, „Diario de Navarra” „Kiedy skończysz ją czyta ć, będziesz wiedział, że przeczytałeś klasykę”.Ignacio Martínez de Pisón „Aramburu stworzył niezwykły mural, potrzebny, by zrozumieć dziesiątki lat, podczas których w Kraju Basków przelewała się krew”.Félix Teira, „El Periódico de Aragón”

Opinie o ebooku Patria - Fernando Aramburu

Fragment ebooka Patria - Fernando Aramburu

Tytuł oryginału: PATRIA

Copyright © Fernando Aramburu, 2016

This edition published by agreement with Tusquets Editores, Barcelona, Spain.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Aleksandra Mól, Marta Chmarzyńska

Książka została wydana dzięki dotacji Hiszpańskiego Ministerstwa Edukacji, Kultury i Sportu

ISBN: 978-83-8110-477-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Główni bohaterowie

Rodzina nr 1

Txato: głowa rodziny, właściciel przedsiębiorstwa transportowego, zamordowany przez bojowników ETA.

Bittori: żona Txata, gospodyni domowa.

Xabier: syn Txata i Bittori, lekarz, pracuje w szpitalu w San Sebastián.

Nerea: córka Txata i Bittori, z wykształcenia adwokatka, pracuje w urzędzie skarbowym w San Sebastián, żona Quiquego.

Rodzina nr 2

Joxian: głowa rodziny, pracownik fizyczny w odlewni.

Miren: żona Joxiana, gospodyni domowa.

Joxe Mari: najstarszy syn Joxiana i Miren, bojownik ETA.

Arantxa: córka Joxiana i Miren, sparaliżowana w wyniku udaru mózgu, pozostaje pod opieką rodziców, matka Endiki i Ainhoi, rozwódka.

Gorka: młodszy syn Joxiana i Miren, pisarz, dziennikarz radiowy, mieszka z mężem Ramuntxo w Bilbao.

1Odgłos kroków na parkiecie

Idzie, biedaczka, zrujnować sobie z nim życie. Niczym fala, która płynie w stronę skały, żeby się na niej rozbić. Trochę piany i do widzenia. Nawet się nie pofatygował, żeby otworzyć przed nią drzwi. Okręcił ją sobie wokół palca, całkiem zdominował.

I po co jej te buty na obcasie i pomalowane na czerwono usta? Przecież ma czterdzieści pięć lat. Z twoją klasą, pozycją i wykształceniem, dlaczego zachowujesz się jak nastolatka, dziecko? Gdyby aita1 żył…

Nerea, wsiadając do auta, spojrzała w stronę okna na trzecim piętrze. Domyśliła się, że matka obserwuje ją zza firanki, jak to ma w zwyczaju. I nie myliła się: Bittori – chociaż niewidoczna z ulicy – patrzyła na córkę ze smutkiem, marszcząc czoło i mamrocząc do siebie: idzie, biedaczka, kobieta trofeum tego zarozumialca, któremu nigdy nie przeszło przez myśl, żeby kogokolwiek uszczęśliwić. Czy ona nie zdaje sobie sprawy, że tylko bardzo zdesperowana żona próbowałaby uwodzić własnego męża po dwunastu latach małżeństwa? W sumie to nawet dobrze, że nie mają dzieci.

Nerea pomachała ręką na pożegnanie, po czym wsiadła do taksówki. Jej matka, ukryta za firanką, odwróciła wzrok. Za dachami miasta rozciągał się pas morza, widać było latarnię na wyspie Świętej Klary, a w oddali delikatne chmury. Pogodynka w telewizji zapowiedziała słoneczny dzień. Ach, starzeję się, pomyślała Bittori, wyglądając ponownie na ulicę, lecz taksówka już odjechała.

Kobieta zadumała się i ze wzrokiem znów utkwionym w błękitnej linii horyzontu, zaczęła przywoływać w pamięci odległe sceny ze ślubu swojej córki. Oczami wyobraźni ujrzała Nereę w białej sukni, z bukietem kwiatów i bijącą od niej łuną szczęścia. Przypomniała sobie, że kiedy patrzyła, jak jej córka wychodzi z katedry pod wezwaniem Dobrego Pasterza tak zgrabna, tak uśmiechnięta, tak piękna, ogarnęło ją złe przeczucie. Po powrocie z wesela, sama w mieszkaniu, najchętniej usiadłaby przed zdjęciem Txata i podzieliła się z nim swoimi obawami, ale bolała ją głowa, a poza tym jej mąż w kwestiach dotyczących rodziny – a szczególnie ich córki – zwykł być przewrażliwiony. Łatwo się wzruszał, i chociaż zmarli na zdjęciach nie płaczą, z nim nigdy nie było nic wiadomo. Z tobą nigdy nic nie wiadomo.

Te wysokie obcasy miały na celu wzbudzić u Quiquego apetyt – niekoniecznie ten, który można zaspokoić jedzeniem. Stuk, stuk, stuk, Bittori usłyszała ich odgłos na parkiecie. Jeszcze narobi mi dziur. Dla świętego spokoju nie zwróciła córce uwagi. Przecież i tak niedługo sobie pójdą. Przyjechali się pożegnać. A jemu już o dziewiątej rano śmierdziało z ust whisky czy jakimś innym alkoholem, którym handluje.

– Jesteś pewna, że dasz sobie radę sama, mamo?

– Dlaczego nie chcecie jechać na lotnisko autobusem? Za taksówkę do Bilbao zapłacicie kupę pieniędzy.

– Nie martw się o to – odpowiedział Quique.

Wytłumaczył się ciężkimi walizkami, niewygodą i pośpiechem.

– Przecież macie jeszcze dużo czasu, prawda?

– Nie upieraj się. Pojedziemy taksówką. Tak będzie lepiej.

Quique zaczął się niecierpliwić.

– To jedyna wygodna opcja.

Po czym dodał, że wychodzi na zewnątrz zapalić papierosa, a one niech sobie porozmawiają. Używa mocnych perfum, ale z ust śmierdzi mu alkoholem, a jest dopiero dziewiąta rano. Pożegnał się, przeglądając w lustrze w przedpokoju. Narcyz. Po czym zwrócił się do Nerei apodyktycznym – uprzejmym, ale szorstkim? – tonem:

– Pospiesz się.

Pięć minut, obiecała. Wydłużyło się do piętnastu. Kiedy zostały same, wyznała matce, dlaczego podróż do Londynu jest dla niej tak ważna.

– Nie rozumiem, co miałabyś robić podczas spotkań swojego męża z klientami. A może zaczęłaś pracować w jego firmie i nic mi o tym nie powiedziałaś?

– W Londynie spróbuję na poważnie uratować nasze małżeństwo.

– Znowu?

– Ostatni raz.

– I jaki masz tym razem plan? Będziesz pilnować, żeby nie przespał się z pierwszą lepszą, która mu się nawinie?

– Mówiąc tak, nie ułatwiasz mi zadania.

– Ładnie wyglądasz. Zmieniłaś fryzjera?

– Chodzę do tego samego co zawsze.

Nerea nagle ściszyła głos. Jej matka odruchowo spojrzała w stronę drzwi wejściowych, jakby obawiała się, że ktoś je podsłuchuje. Nie, nic się nie stało, chciała jej tylko powiedzieć, że porzucili pomysł adopcji dziecka. A tyle o tym gadała. Że może Chińczyka, Rosjanina, Murzynka – dziewczynkę albo chłopca. Nerea wciąż miała nadzieję, że się na to zdecydują, ale Quique się wycofał, bo chce własne dziecko, ciało z jego ciała.

– Zaczął nagle powoływać się na Biblię? – zapytała Bittori.

– Uważa się za człowieka nowoczesnego, chociaż jest bardziej konserwatywny od biskupa.

Nerea na własną rękę zasięgnęła informacji o procedurach adopcyjnych – spełniali wszystkie wymagania. Pieniądze nie stanowiły problemu. Skłonna była pojechać na koniec świata, żeby w końcu zostać matką, chociaż nie biologiczną. Tymczasem Quique stwierdził nagle, że nie chce o tym słyszeć. Nie ma mowy.

– To trochę egoistyczne z jego strony, nie uważasz?

– Marzy mu się syn, który byłby do niego podobny i pewnego dnia zostałby zawodnikiem Realu Sociedad. Ma na tym punkcie obsesję, mamo. I dopnie swego. Uff, kiedy on się na coś uprze! Tylko nie mam pojęcia z kim. Z jakąś kobietą, która się na to zgodzi. Mnie o to nie pytaj. Nie wiem, może za ciężkie pieniądze wynajmie surogatkę. Mogę tylko mu pomóc znaleźć zdrową kandydatkę, która spełni jego zachciankę.

– Zwariowałaś.

– Jeszcze mu o tym nie powiedziałam. Przypuszczam, że w Londynie będzie ku temu okazja. Długo nad tym myślałam. Nie mam prawa wymagać od Quiquego, żeby był nieszczęśliwy.

Przy drzwiach musnęły się policzkami na pożegnanie. Bittori zapewniła córkę, że da sobie bez niej radę, i życzyła jej szczęśliwej podróży. Nerea, czekając na windę, wspomniała coś o nieszczęś­liwym losie, ale że nie powinno się rezygnować z radości. Potem zasugerowała, żeby matka kupiła sobie nową wycieraczkę do butów.

2Łagodny październik

Przed tym, co się przydarzyło Txatowi, była osobą wierzącą; potem straciła wiarę. I pomyśleć, że w młodości była bardzo religijna. Nawet chciała zostać zakonnicą. Bittori i ta jej przyjaciółka z miasteczka, o której lepiej nie wspominać. Obie rozmyśliły się w ostatniej chwili, jedną nogą już w nowicjacie. Teraz to całe gadanie o zmartwychwstaniu umarłych, życiu wiecznym, Stwórcy i Duchu Świętym wydaje się jej bzdurą.

Zirytowały ją bardzo słowa biskupa, który zachowywał się, jakby nic się nie stało. Był ważną osobistością, więc nie odważyła się odmówić ucałowania jego ręki, chociaż w dotyku wydała jej się lepka. Popatrzyła mu jednak prosto w oczy, by z jej milczącego spojrzenia wyczytał, że przestała wierzyć. Na widok Txata w trumnie jej wiara w Boga pękła niczym bańka mydlana. Odczuła to wręcz fizycznie.

Mimo to od czasu do czasu Bittori chodzi na mszę; pewnie z przyzwyczajenia. Siada w jednej z ostatnich ławek, obserwuje plecy i karki obecnych i mówi sama do siebie. Bo w domu jest bardzo pusto. A Bittori nie przepada za chodzeniem do barów czy kawiarni. Zakupy? Tylko te niezbędne. Przestało ją obchodzić, jak wygląda. Kolejna bańka mydlana, która pękła po tym, co się stało Txatowi? Gdyby nie upór Nerei, nosiłaby dzień w dzień to samo ubranie.

Zamiast wchodzić do sklepów, woli usiąść w kościele i praktykować swój milczący ateizm. Zakazała samej sobie przeklinania i okazywania pogardy innym uczestnikom mszy. Patrzy na święte obrazy i mówi/myśli: nie. Czasami kręci lekko głową z niechęcią.

Jeśli trwa msza, Bittori zostaje w kościele dłużej i w duchu kwestionuje każde słowo kapłana. Módlmy się. Nie. Oto ciało Chrystusa. Nie. I tak bez przerwy. Czasami, czując zmęczenie, dyskretnie drzemie.

Było już ciemno, kiedy Bittori wyszła z kościoła jezuitów przy calle Andía. Czwartek. Przyjemnie ciepło. Na elektronicznej tablicy w aptece termometr wskazywał po południu dwadzieścia stopni Celsjusza. Ruch na ulicach, przechodnie, gołębie. Zauważyła znajomą twarz. Czym prędzej przeszła na drugą stronę drogi i ruszyła w przeciwnym kierunku. Weszła na plaza Guipúzcoa i pokonała plac alejką prowadzącą obok sadzawki. Przystanęła na chwilę, żeby popatrzyć na kaczki. Tak dawno nie odwiedzała tego miejsca. Jeśli dobrze pamięta, ostatni raz, kiedy Nerea była mała. Przywołała w pamięci czarne łabędzie, których teraz nigdzie nie dostrzegała. Bim-bam-bom, z zamyślenia wyrwało ją bicie dzwonu zegara na ratuszu.

Ósma. Ciepły wieczór, łagodny październik. Nagle przypomniała sobie słowa, które rano powiedziała Nerea. Żeby wymieniła wycieraczkę? Nie, że nie należy rezygnować z radości. Eee tam… takie bzdury mówi się starym ludziom, żeby podnieść ich na duchu. Wieczór był naprawdę piękny, ale żeby skakać z tego powodu ze szczęścia, Bittori potrzebowałaby innego rodzaju bodźca. Na przykład? Oj, nie mam pojęcia. Żeby ktoś wymyślił maszynę do budzenia umarłych i żebym odzyskała męża. Zadała sobie pytanie, czy po tylu latach nie powinna zacząć wymazywać wszystkiego z pamięci. Zapomnieć? Co to znaczy?

W powietrzu unosił się zapach wodorostów i wody morskiej. Panowała przyjemna temperatura, było bezwietrznie i bezchmurnie. Wystarczający powód, żeby wrócić do domu pieszo i zaoszczędzić na bilecie autobusowym, pomyślała. Na calle Urbieta usłyszała, że ktoś ją woła. Chociaż rozpoznała wyraźnie swoje imię, nie chciała się odwrócić. Nawet przyspieszyła kroku, ale na próżno. Z tyłu dobiegł ją odgłos energicznego dreptania.

– Bittori, Bittori.

Głos słychać było zbyt blisko, żeby mogła dłużej go ignorować.

– Słyszałaś? Powiedzieli, że to już koniec. Nie będzie więcej zamachów.

Bittori nie zapomniała, że swego czasu ta sama sąsiadka unikała jej na klatce schodowej albo czekała za rogiem budynku, moknąc na deszczu z torbą zakupów postawionych na ziemi między nogami, żeby nie spotkać się z nią w bramie.

– Tak, właśnie się dowiedziałam – skłamała.

– To dobra wiadomość, prawda? W końcu będziemy mieli spokój. Najwyższy czas.

– Oby, zobaczymy.

– Cieszę się szczególnie ze względu na was i tych wszystkich, którzy tyle wycierpieli. Niech to wszystko wreszcie się skończy i zostawią was w spokoju.

– Co ma się skończyć?

– Niech przestaną zadawać ludziom cierpienie i zaczną bronić swoich racji bez zabijania.

Ponieważ Bittori nic nie odpowiedziała, nie mając najwyraźniej ochoty ciągnąć rozmowy, sąsiadka pożegnała się pośpiesznie:

– Muszę pędzić. Obiecałam synowi, że usmażę mu na kolację barweny. Uwielbia je. Jeśli wracasz do domu, pójdziemy razem.

– Nie, umówiłam się z kimś niedaleko stąd.

Po czym, żeby pozbyć się sąsiadki, Bittori przeszła na drugą stronę ulicy i przez dłuższy czas spacerowała bez celu po okolicy. Bo przecież jeśli ta flądra, czyszcząc barweny dla swojego durnowatego synalka, usłyszy, jak wracam do domu niedługo po niej, pomyśli, że nie chciałam z nią rozmawiać. Bittori. Co? Mówisz to z urazą, a tyle razy ci powtarzam, że… Dobrze, daj mi już spokój.

Trochę później, w drodze do domu położyła dłoń na szorstkim pniu drzewa i powiedziała do siebie w myślach: Dziękuję za twoją dobroć. Potem dotknęła ściany budynku i powiedziała to samo. Nie zatrzymując się, zwróciła się w myślach tymi samymi słowami do kosza na śmieci, ławki, słupa sygnalizacji świetlnej i innych elementów miejskiej architektury, które mijała.

Brama budynku była pogrążona w mroku. Bittori kusiło, żeby wsiąść do windy. Ostrożnie, hałas może mnie zdradzić. Postanowiła zdjąć buty i wejść na trzecie piętro po schodach. Zdążyła jeszcze wyszeptać ostatnie słowa podziękowania do poręczy: za twoją dobroć.

Włożyła klucz do zamka najostrożniej, jak potrafiła. Co Nerea widzi złego w mojej wycieraczce? Nie rozumiem tej dziewczyny i chyba nigdy nie rozumiałam.

Niedługo potem zadzwonił telefon. Ikatza drzemała na kanapie zwinięta w czarną włochatą kulkę. Nie poruszając się, spod przymkniętych powiek obserwowała, jak jej pani szła w stronę aparatu. Bittori odczekała, aż dzwonek telefonu umilknie. Rozpoznała numer i oddzwoniła.

Odebrał podekscytowany Xabier. Ama, ama. Żeby włączyła telewizor.

– Już słyszałam. Skąd? Powiedziała mi ta z góry.

– Och, myślałem, że o niczym nie wiesz.

Powiedział, że w takim razie ją całuje, a Bittori odparła, że ona jego też, i na tym skończyli rozmowę, i się rozłączyli. Nie włączę telewizora, pomyślała. Po chwili jednak jej ciekawość zwyciężyła. Na ekranie zobaczyła trzech mężczyzn w białych kapturach w stylu Ku Klux Klanu i w beretach; siedzieli za stołem okrytym białym obrusem, kwadratowy patriotyczny proporzec, mikrofon. Czy matka tego, który mówi, rozpoznała jego głos?, zastanowiła się. Patrzyła na ten obraz ze wstrętem i skręcało ją ze złości. Wreszcie nie wytrzymała i wyłączyła telewizor.

Dla Bittori dzień dobiegł końca. Która godzina? Dochodziła dziesiąta. Zmieniła wodę w misce kotki i położyła się spać wcześniej niż zwykle – nie zjadłszy kolacji, nie przejrzawszy czasopisma, które leżało na szafce przy łóżku. W nocnej koszuli stanęła przed zdjęciem Txata wiszącym w sypialni i oznajmiła:

– Jutro pojadę ci o wszystkim opowiedzieć. Nie sądzę, żebyś się ucieszył, ale masz prawo poznać najważniejszą wiadomość dnia.

Próbowała przy zgaszonym świetle zmusić się, by uronić chociaż jedną łzę. Nic z tego. Oczy zupełnie suche. Nerea też nie zadzwoniła. Nawet nie zadała sobie trudu, żeby ją poinformować, czy dotarła do Londynu. Oczywiście, na pewno jest bardzo zajęta ratowaniem swojego małżeństwa.

3Z Txatem w Polloe

Już od kilku lat Bittori nie chodzi pieszo do Polloe. Móc mogłaby, ale się męczy. Nie ma nic przeciwko zmęczeniu, ale po co, no po co? Poza tym zdarza się, że kłuje ją w żołądku. Wtedy wsiada do autobusu numer dziewięć, który ma przystanek niedaleko wejścia na cmentarz, a po skończonej wizycie schodzi pieszo do miasta. Bo iść drogą w dół to już zupełnie inna sprawa.

Wysiadła z autobusu za jakąś kobietą; były jedynymi pasażerkami. Piątek, spokój, ładna pogoda. Na łuku bramy widniał napis: WKRÓTCE POWIEDZĄ O WAS TO, CO ZAZWYCZAJ MÓWIĄ O NAS: UMARLI! Głupie pogrzebowe frazesy. Usłyszała kiedyś w telewizji: jesteśmy gwiezdnym pyłem, bez względu na to, czy oddychamy, czy gryziemy ziemię, i chociaż nie cierpiała tego odpychającego napisu, zatrzymywała się i czytała go za każdym razem, kiedy wchodziła na cmentarz.

Mogłaś zostawić płaszcz w domu. Założyła go tylko dlatego, że był czarny. Przez pierwszy rok nosiła żałobę; potem dzieci nalegały, aby wróciła do normalnego życia. Normalne życie? Naiwni, nie mają pojęcia, o czym mówią. Posłuchała ich dla świętego spokoju. Wciąż jednak uważała, że wizyty u zmarłych w kolorowym ubraniu świadczą o braku szacunku. Dlatego wczesnym rankiem otworzyła szafę w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby zakryć niebieską sukienkę, którą miała na sobie; wybrała płaszcz, chociaż wiedziała, że będzie jej w nim za gorąco.

Txato leży w grobowcu ze swoimi dziadkami od strony matki i ciotką. Grób znajduje się w rzędzie przy alejce prowadzącej lekko pod górę. Na pomniku wyryto imię i nazwiska zmarłego, datę urodzin i tragicznej śmierci. Jego przezwisko pominięto.

Kilka dni przed pogrzebem krewni z Azpeitii poradzili Bittori, żeby powstrzymała się przed umieszczaniem informacji, symboli czy znaków, które identyfikowałyby Txata jako ofiarę ETA. Lepiej unikać kłopotów.

– Już raz mi go zabili. Nie mogą zrobić tego ponownie – zaprotestowała.

W rzeczywistości nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby wyryć na nagrobku informację o okolicznościach śmierci jej męża, buntowała się jednak, kiedy ktoś próbował narzucić jej swoje zdanie.

Xabier przyznał rację krewnym. I na nagrobku wyryto tylko imię, nazwiska i daty. Nerea, dzwoniąc z Saragossy, miała czelność zaproponować, by podać fałszywą datę śmieci. Zdumienie: jak to?

– Pomyślałam, żeby na grobie napisać datę sprzed lub po zamachu.

Xabier wzruszył ramionami. Bittori stanowczo zaprotestowała.

Kilka lat później, kiedy ktoś pomazał farbą grób Gregoria Ordóñeza, który znajdował się około stu metrów od grobu Txata, Nerea – co za brak taktu – poruszyła temat, o którym w zasadzie wszyscy już dawno zapomnieli. Powiedziała do matki, pokazując jej zdjęcie w gazecie:

– Spójrz, czego uniknęliśmy. Czy nie warto było ochronić ojca chociaż trochę?

Bittori odłożyła energicznym ruchem widelec i wstała od stołu.

– Dokąd idziesz?

– Nagle straciłam apetyt.

Wyrażającym wściekłość krokiem i ze zmarszczonymi brwiami opuściła mieszkanie córki. Quique, zapalając papierosa, przewrócił oczami.

Wzdłuż alejki ciągną się rzędy grobów. Nagrobek Txata wznosi się dwie piędzi ponad ziemię, więc Bittori może bez problemu na nim usiąść. Oczywiście, jeśli nie pada deszcz. Tak czy inaczej zawsze przynosi ze sobą kwadratowy kawałek wycięty z plastikowej torebki z supermarketu i szal, kładzie je sobie pod pośladki, bo kamienna płyta jest zazwyczaj zimna (a z biegiem lat przybrudziła się i porosła mchem). Bittori siada i zdaje Txatowi relację z najnowszych wydarzeń. Jeśli w pobliżu są jacyś ludzie, rozmawia z nim w myślach, gdy nie ma nikogo – a tak jest przeważnie – mówi do niego na głos.

– Nerea jest już w Londynie. Tak przypuszczam, bo nie raczyła do mnie zadzwonić. Odezwała się do ciebie? Do mnie nie. W telewizji nie wspominali o żadnej katastrofie lotniczej, więc zakładam, że oboje dolecieli na miejsce i teraz na siłę próbują ratować swoje małżeństwo.

Przez pierwszy rok po śmierci męża Bittori dbała regularnie o cztery rośliny doniczkowe, które ustawiła na grobie. Potem przez pewien czas nie przychodziła na cmentarz i rośliny uschły. Nowe wytrzymały do pierwszych przymrozków. Następnie kupiła wielką donicę, a Xabier przywiózł ją na taczce. Wspólnie zasadzili w niej krzaczek bukszpanu. Kiedy pewnego ranka Bittori przyszła na cmentarz, krzak leżał połamany, donica była rozbita, a część ziemi rozsypana na kamiennej płycie. Od tej pory nagrobka Txata nic nie zdobi.

– Mówię, co myślę, i nikt mi tego nie zabroni, a tym bardziej ty. Czy żartuję? Zmieniłam się po twojej śmierci. Stałam się zła. Może nie tyle zła, co obojętna i chłodna. Nie poznałbyś mnie, gdybyś ożył. I chcę, żebyś wiedział, że twoja córeczka, twoje oczko w głowie, bardzo przyczyniła się do tej zmiany. Wyprowadza mnie z równowagi. Tak samo jak wtedy, kiedy była dzieckiem. Oczywiście przy twojej aprobacie. Zawsze jej broniłeś. Pozbawiałeś mnie autorytetu i nigdy nie nauczyła się mnie szanować.

Bittori spojrzała na parę wróbli, które wylądowały na pustej przestrzeni przy wyasfaltowanej alejce kilka rzędów grobów dalej i z rozpostartymi skrzydłami kąpały się w piasku.

– Chciałam ci jeszcze powiedzieć, że bandyci postanowili zawiesić broń. Jeszcze nie wiadomo, czy ogłosili to na poważnie, czy to tylko jakiś ich podstęp, żeby zyskać na czasie i się dozbroić. W każdym razie tobie to i tak już w niczym nie pomoże. Mnie też nie za bardzo. Czuję ogromną potrzebę, żeby poznać prawdę. Zawsze ją czułam i nikt mnie nie powstrzyma. Nawet dzieci. Jeśli się o tym dowiedzą. Bo im nie powiedziałam. Tylko ty o tym wiesz. Nie przerywaj mi. Tylko ty wiesz, że tam wrócę. Nie, nie mogę pojechać do więzienia. Nawet nie wiem, w którym ten łajdak siedzi, ale oni na pewno wciąż mieszkają w miasteczku. Poza tym jestem bardzo ciekawa, w jakim stanie jest nasze mieszkanie. Nie martw się, Txato, Txatito, Nerea jest za granicą, a Xabier jak zwykle żyje swoją pracą. O niczym się nie dowiedzą.

Wróble odleciały.

– Naprawdę nie przesadzam. Bardzo potrzebuję pogodzić się w końcu z samą sobą, usiąść i powiedzieć: dobrze, to już koniec. Koniec czego? No widzisz, Txato, tego też muszę się dowiedzieć. I znaleźć odpowiedź. Jeśli istnieje jakakolwiek, to tylko w miasteczku, i dlatego pojadę tam dzisiaj po południu.

Wstała. Starannie złożyła szal i kwadratową folię i schowała je do kieszeni.

– No to już wiesz. Muszę iść.

4W ich domu

Dziewiąta wieczorem. W kuchni otwarte okno, żeby wywietrzyć zapach smażonej ryby. Wiadomości w telewizji rozpoczęły się od informacji, którą Miren usłyszała poprzedniego dnia w radiu. Całkowite zawieszenie walki zbrojnej. Nie terroryzmu, jak mówią tamci, bo mój syn nie jest terrorystą. Odwróciła się do córki.

– Słyszałaś? Znów przestają. Zobaczymy, na jak długo.

Chociaż Arantxa sprawiała wrażenie, jakby nic do niej nie docierało, wszystko zrozumiała. Poruszyła lekko przechyloną na jedną stronę głową – a może miała skurcz w szyi? – jakby chciała wyrazić w ten sposób swoje zdanie. Z nią nigdy nic nie wiadomo, ale Miren przynajmniej wiedziała, że córka ją usłyszała.

Pokroiła widelcem dwa kawałki panierowanego dorsza. Na dwa niezbyt duże kęsy, żeby Arantxa bez problemu mogła je połknąć. Zgodnie z zaleceniem fizjoterapeutki, bardzo miłej dziewczyny. Co prawda nie Baskijki, ale to nic. Arantxa musi się wysilić, inaczej nie będzie postępów. Słychać było rytmiczny, nerwowy odgłos widelca uderzającego o fajansowy talerz, a po przekrojeniu panierki z białego rybiego mięsa uleciał obłoczek pary.

– Ciekawe, jaki teraz wymyślą powód, żeby nie wypuścić Joxe Mariego.

Usiadła przy stole obok córki, nie spuszczając z niej oka. Nie ufała jej. Zakrztusiła się wiele razy. Ostatnio w lecie. Musieli wezwać pogotowie. Syrenę słychać było w całym miasteczku. Boże, ale się przestraszyłam. Zanim zjawili się sanitariusze, Arantxa sama wyciągnęła sobie z gardła wielki kawałek polędwicy.

Czterdzieści cztery lata. Najstarsza z trójki rodzeństwa. Do tego Joxe Mari siedzi w więzieniu w Puerto de Santa María. Zmuszają nas, żebyśmy jeździli do niego tak daleko na południe. Bydlaki. Jest jeszcze najmłodszy syn. Ten chodzi własnymi drogami. Nie widujemy go.

Arantxa ujęła szklaneczkę białego wina, którą podała jej matka. Uniosła ją i drżącym ruchem zbliżyła do ust jedyną sprawną ręką. Lewą rękę – ze spastyczną dłonią zaciśniętą w nieruchomą pięść – podkurczała jak zwykle przy boku na wysokości talii. Wzięła porządny łyk wina. Joxian uważa, że trzeba się z tego cieszyć, biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno Arantxę karmiono przez sondę.

Odrobina trunku spłynęła kobiecie po brodzie, i co z tego? Miren pospiesznie osuszyła ją serwetką. Taka śliczna, zdrowa dziewczyna, matka dwojga dzieci, miała przed sobą całe życie, a teraz to.

– Smakuje ci?

Arantxa potrząsnęła głową, jakby chciała powiedzieć, że nie przepada za rybą.

– Tania nie była, więc przestań wybrzydzać.

Z telewizora dobiegały kolejne komentarze. Ach, ci politycy. Ważny krok w stronę pokoju. Żądamy rozwiązania ugrupowania terrorystycznego. Wszczęty zostanie proces. Droga ku nadziei. Koniec koszmaru. Niech złożą broń.

– Zawieszenie broni w zamian za co? Zapomnieli już, że Euskal Herria czeka na wyzwolenie? A co z gnijącymi w więzieniach bojownikami? Tchórze. Jak się coś zaczyna, to trzeba skończyć. Rozpoznałaś po głosie, kto przeczytał oświadczenie?

Arantxa przeżuwała powoli kawałek dorsza. Pokręciła głową. Chciała coś powiedzieć, więc zdrową ręką dała znać matce, by podała jej iPada. Miren, wyciągając szyję, przeczytała na ekranie tabletu: „Za mało posoliłaś”.

Joxian wrócił do domu po jedenastej w nocy, przynosząc ze sobą pęk porów. Spędził całe popołudnie w ogródku, którego stał się miłośnikiem po przejściu na emeryturę. Działka leży nad rzeką. Kiedy ta wylewa – ostatni raz na początku roku – żegnaj, ogródku. Zdarzają się gorsze rzeczy, mówi Joxian. Prędzej czy później woda opada. Wtedy Joxian osusza narzędzia, sprząta szopę, kupuje nowe młode króliki, sadzi nowe sadzonki warzyw, jeśli nie da się wykorzystać starych. Jabłoń, figowiec i leszczyna przetrzymują powódź i problem z głowy. Z głowy? Do rzeki spływają ścieki przemysłowe, więc ziemia po powodzi wydziela silny zapach. Joxian mówi, że śmierdzi fabryką.

– Trucizną. Pewnego dnia umrzemy, skręcając się w strasznych bólach – odpowiada ostro Miren.

Inną rozrywką Joxiana jest codzienna popołudniowa partyjka kart. Spotyka się ze swoją cuadrillą2 i gra w mus o dzban wina. W dolnej części miasteczka, idąc w stronę głównego placu, w barze Pagoeta. Nie chce mi się wierzyć, że wystarcza im na czterech tylko jeden dzbanek wina, mruknęła Miren.

Ze sposobu, w jaki Joxian trzymał w ręku pory, Miren domyśliła się, że jest wstawiony. Powiedziała mu, że będzie miał od picia czerwony nos, jak jego świętej pamięci ojciec. Nieomylnym znakiem, że Joxian sobie wypił, było również to, że drapał się po prawym boku, jakby swędziało go w okolicach wątroby. Ten objaw rozwiewał wszelkie wątpliwości Miren. Joxian nigdy się nie zataczał na ulicy ani nic go nie świerzbiło – po prostu miał taki odruch, podobnie jak inni ludzie kreślą na sobie znak krzyża albo pukają w niemalowane drewno.

Jego problem tkwił w tym, że nie potrafił odmawiać. Pił w barze, bo inni pili. A jeśli któryś z kolegów zaproponowałby, żeby skoczyli na główkę do rzeki, Joxian również poszedłby za nim potulnie jak baranek.

Krótko mówiąc, wrócił do domu w rzewnym nastroju, przekrzywionym berecie, z błyszczącym wzrokiem i drapiąc się po boku przez koszulę.

Po wejściu do dużego pokoju dał Arantxie długiego, czułego, lekko mokrego całusa w czoło. Mało brakowało, a zwaliłby się na nią. Miren go odepchnęła.

– Odejdź, odejdź, śmierdzisz tawerną.

– Nie bądź taka surowa, kobieto.

Miren wyciągnęła przed siebie ręce, żeby się do niej nie zbliżył.

– Zostawiłam ci w kuchni rybę. Jeśli wystygła, podgrzej ją sobie.

Po półgodzinie Miren poprosiła męża, żeby pomógł jej położyć Arantxę do łóżka.

– Trzymasz?

– Co?

– Arantxę. Powiedz, czy ją trzymasz, zanim oboje podciągniemy ją do góry.

Chwytając córkę z obu stron pod pachami, podnieśli ją z wózka inwalidzkiego.

Arantxa nie może chodzić z powodu deformacji stopy. Czasami uda jej się przejść kilka niepewnych kroków, podpierając się laską albo z pomocą drugiej osoby. Rodzina ma nadzieję, że w średnioterminowej perspektywie zacznie chodzić po domu, samodzielnie jeść i odzyska zdolność mowy. Później, zobaczymy. Fizjoterapeutka dodaje im otuchy. Miła z niej dziewczyna. Słabo mówi po baskijsku – prawie w ogóle – ale to nieistotne.

Rodzice pomogli stanąć Arantxie przy łóżku. Robili to wiele razy, mieli doświadczenie. Poza tym ile Arantxa wtedy mogła ważyć? Czterdzieści kilka kilogramów, nie więcej. I pomyśleć, że kiedyś była silna i krzepka.

Ojciec podtrzymywał ją, kiedy Miren odstawiała pod ścianę wózek.

– Uważaj, żeby się nie przewróciła.

– Jak mógłbym pozwolić upaść własnej córce?!

– Mógłbyś.

– Bzdury.

Popatrzyli na siebie z wrogością, irytacją, Joxian zacisnął zęby, jakby chciał zatrzymać w ustach jakieś przekleństwo. Miren odsunęła kołdrę, po czym oboje ostrożnie, powoli – trzymasz ją? – położyli Arantxę na łóżku.

– Możesz już iść, rozbiorę ją teraz.

Joxian pochylił się, żeby pocałować córkę w czoło na dobranoc. Do jutra, polita, pogłaskał ją po policzku zewnętrzną częścią dłoni. Potem ruszył w stronę drzwi, drapiąc się po boku. Wychodząc z pokoju, odwrócił się i powiedział:

– Wracając z Pagoety, zauważyłem światło w ich mieszkaniu.

Miren właśnie zdejmowała córce buty.

– Pewnie ktoś przyszedł posprzątać.

– O jedenastej w nocy?

– Nie interesują mnie ci ludzie.

– Mówię ci tylko, co widziałem. Może chcą wrócić do miasteczka.

– Może. Teraz, kiedy zawieszono broń, mogą się rozzuchwalić.

5Przeprowadzka pod osłoną nocy

Kilka tygodni po pogrzebie Bittori pojechała na parę dni do San Sebastián. Przede wszystkim, żeby stracić z oczu chodnik, na którym zamordowano jej męża, i aby uniknąć spojrzeń zawsze życzliwych im sąsiadów, którzy nagle zaczęli traktować ich z wrogością. Nie chciała też codziennie mijać wymazanych na ścianach napisów, a szczególnie jednego z ostatnich – tego na placu miasteczka na altanie dla orkiestry, gdzie ktoś napisał Txato pod rysunkiem tarczy strzelniczej. Najpierw pojawiło się ostrzeżenie, a po kilku dniach żegnaj, Txato.

W rzeczywistości to dzieci podstępem wywiozły ją do San Sebastián. Jezus, Maria, trzecie piętro! Bittori przyzwyczaiła się mieszkać na pierwszym.

– Przecież jest winda, mamo.

Nerea i Xabier postanowili za wszelką cenę zabrać ją z miasteczka. Z jej rodzinnej miejscowości, w której się urodziła, została ochrzczona i wyszła za mąż. A potem utrudnić jej powrót, a nawet łagodnie jej go wyperswadować.

Ostatecznie Bittori wprowadziła się do mieszkania z balkonem, z którego było widać morze. Txato kupił je parę miesięcy przez śmiercią z myślą o posiadaniu bezpiecznego miejsca poza miasteczkiem. Od pewnego czasu Nerea i Xabier próbowali je sprzedać; w gazecie ukazało się ogłoszenie i wkrótce zaczęli dzwonić ludzie zainteresowani kupnem lub by zapytać o cenę. Było tam trochę mebli i oświetlenie. Dzieci powiedziały Bittori, że to tymczasowe lokum.

Mówiło się do niej, a ona jakby nie słyszała; wpadła w stan otumanienia, apatii aż do tego stopnia, że wręcz wydawało się, że zapomina mrugać powiekami. Ta Bittori, której zazwyczaj nie zamykały się usta, teraz przypominała niemy posąg.

Xabier poprosił o pomoc w przeprowadzce kolegę ze szpitala, który miał furgonetkę. Przyjeżdżali do miasteczka wieczorem, żeby nie rzucać się w oczy. Samochód nie był zbyt duży, więc musieli zrobić kilkanaście rund, przewożąc różne rzeczy – zawsze jednak pod osłoną nocy.

Łóżko małżeńskie zostało w mieszkaniu w miasteczku, bo Bittori nie chciała w nim sypiać bez męża. Ostatecznie jednak udało im się przetransportować dużo rzeczy, między innymi naczynia, dywan z jadalni i pralkę. Pewnego wieczora, w środku tygodnia, kiedy pakowali bagaże, podeszła do nich grupka mężczyzn i zaczęła ich obrzucać obelgami. Byli to dawni znajomi Xabiera, kilku kolegów ze szkoły, typowa cuadrilla. Jeden z nich krzyknął z nienawiścią, że zapamiętał numer rejestracyjny furgonetki.

Podczas drogi do San Sebastián Xabier zauważył, że jego kolega zaczął drżeć na całym ciele w ataku paniki. Przekonał go więc, by zjechał na pobocze, bo kierując w takim stanie, wkrótce doprowadziłby do wypadku.

– Nie mogę tam z tobą wrócić, przepraszam – powiedział mężczyzna.

– Nie martw się.

– Przepraszam, naprawdę przepraszam.

– Przeprowadzka skończona, nie ma potrzeby tam wracać. Mojej matce wystarczy to, co jej do tej pory przywieźliśmy.

– Rozumiesz mnie, prawda?

– Oczywiście, spróbuj się uspokoić.

Minął rok, dwa i kolejne lata. W międzyczasie Bittori po kryjomu dorobiła sobie klucz do mieszkania w miasteczku, bo nie była głupia. Po co? Najpierw Nerea, a kilka dni później Xabier, zapytali:

– Gdzie jest klucz, mamo? Ty go przecież miałaś.

– Nie, nie mam.

Zmówili się. Obojgu powiedziała, że nie pamięta, gdzie go położyła. Mam sklerozę! Obiecała poszukać i w końcu, po kilku dniach udała, że go znalazła. Oczywiście do tego czasu ślusarz dorobił jej drugi. Stary klucz pożyczyła Nerei, a ta raz, dwa razy w roku jeździła sprawdzić stan mieszkania i trochę je odkurzyć. Ostatecznie córka nigdy nie zwróciła jej klucza, ale Bittori nawet tego od niej nie oczekiwała.

Pewnego dnia Nerea zasugerowała sprzedaż starego mieszkania. Jakiś czas później to samo zaproponował Xabier. Bittori wyczuła, że knują coś za jej plecami. Kiedy więc spotkali się we troje, natychmiast podjęła temat.

– Dopóki żyję, mieszkanie nie jest na sprzedaż. Po mojej śmierci zrobicie, co będziecie chcieli – stwierdziła nieznoszącym sprzeciwu tonem, ciskając wzrokiem pioruny.

Jej dzieci nie oponowały. Wymieniły tylko szybkie spojrzenia. Nikt już więcej nie wrócił do tego tematu.

I tak Bittori postanowiła jeździć do miasteczka – zachowując możliwie największą ostrożność, najlepiej w nieprzyjemne deszczowe i wietrzne dni, kiedy ulice były wyludnione. I gdy jej dzieci były czymś zajęte albo podróżowały. Chociaż zdarzało się, że nie zaglądała tam przez siedem czy osiem miesięcy z rzędu.

Wysiadała z autobusu na peryferiach. By nikt jej nie zobaczył. By nie musiała z nikim rozmawiać. Mało uczęszczanymi ulicami docierała do budynku, w którym kiedyś mieszkała. W domu spędzała godzinę lub dwie – czasami zostawała dłużej – przeglądała zdjęcia, czekając, aż dzwon na kościelnej wieży wybije konkretną godzinę, i upewniwszy się, że w pobliżu bramy domu nie ma ludzi, wracała tam, skąd przyjechała.

Nigdy nie wstępowała na cmentarz. Po co? Txata pochowali w San Sebastián, chociaż w miejscowej nekropolii w rodzinnym panteonie spoczywali jego dziadkowie od strony ojca. Nie było takiej możliwości, zdecydowanie jej to odradzano. Jeśli pochowasz go w miasteczku, zniszczą jego grób. Znane są tego typu przypadki.

Na cmentarzu Polloe podczas ceremonii pogrzebowej Bittori szepnęła Xabierowi coś, co utkwiło mu na zawsze w pamięci. Co? Że według niej nie pochowali Txata, ale go ukryli.

6Txato, entzun

Było późne popołudnie. Strasznie się wlecze ten autobus. Za dużo przystanków. O Boże, następny. Siedzące obok siebie dwie kobiety mówiły naraz, przekrzykując się wzajemnie. Każda gadała o czymś innym, ale najwidoczniej się rozumiały. Nagle ta, która znajdowała się od strony przejścia, delikatnie szturnęła łokciem towarzyszkę i przyciągnąwszy jej uwagę, wskazała szybkim ruchem głowy w stronę przodu autobusu.

– Ta w ciemnym płaszczu – szepnęła.

– Kto to?

– Nie mów, że jej nie poznajesz.

– Widzę tylko jej plecy.

– To żona Txata.

– Tego zamordowanego? Ale się postarzała!

– Lata lecą, a co myślałaś?

Umilkły. Autobus jechał dalej. Jedni pasażerowie wysiadali, inni wsiadali, a obie kobiety patrzyły przed siebie w milczeniu. W końcu jedna nie wytrzymała.

– Biedna kobieta.

– Dlaczego?

– Na pewno wiele wycierpiała.

– Jak my wszyscy.

– Tak, ale ona musiała przeżyć koszmar.

– Mamy wojnę, Pili, wojnę.

– Nie twierdzę, że nie.

Po chwili odezwała się ta, która nie miała na imię Pili:

– O co się założysz, że wysiądzie przy terenach przemysłowych?

Odwróciły wzrok, kiedy Bittori wstała. Tylko ona wysiadła na najbliższym przystanku.

– A nie mówiłam?

– Skąd wiedziałaś?

– Wysiada tutaj, żeby nikt jej nie widział, a potem prędziutko, cichaczem idzie do swojego domu.

Autobus pojechał dalej, a Bittori – myślą, że ich nie widziałam? – ruszyła w tym samym kierunku przez strefę fabryk i warsztatów. W jej postawie było więcej powagi niż wyniosłości; trzymała wysoko głowę i zaciskała usta, bo nie musiała się przed nikim kryć.

Miasteczko, jej miasteczko. Późny wieczór. W oknach paliły się światła, z okolicznych pól docierał zapach roślin, niewielu przechodniów na ulicach. Postawiła kołnierz płaszcza i przeszła mostem, patrząc na ogródki ciągnące się wzdłuż brzegów płynącej spokojnie rzeki. Dotarłszy do pierwszych budynków mieszkalnych, poczuła, że trudno jej się oddycha. Duszności? Niezupełnie. Za każdym razem, kiedy tam przyjeżdżała, jakaś niewidzialna dłoń zaciskała się na jej gardle. Szła spokojnym krokiem, rozpoznając szczegóły: w tej bramie pierwszy raz chłopak wyznał mi miłość. Zdziwiona zmianami: tych latarni tutaj nie pamiętam.

Wkrótce usłyszała za plecami szmer. Przypominał brzęczenie muchy latającej przy jakimś oknie albo w ciemnej bramie. Ledwie dosłyszalny szept, kończący się na ato. To jej wystarczyło, żeby domyślić się całego zdania. Może powinna była przyjechać później, kiedy ludzie zamkną się w swoich domach. Ostatnim autobusem. Zwariowałaś, a jak wtedy wrócisz? Przenocuję tutaj. We własnym mieszkaniu i we własnym łóżku.

Przed drzwiami Pagoety tłoczyła się grupka palaczy. Bittori miała ochotę ich ominąć. Ale jak? Cofając się i obchodząc kościół od drugiej strony. Zatrzymała się na chwilę, lecz natychmiast poczuła wstyd. Ruszyła więc dalej środkiem ulicy z wymuszoną naturalnością. Serce biło jej tak mocno, że przez moment miała obawy, że mężczyźni je usłyszą. Było ich czterech czy pięciu, szklanki w jednej ręce i papieros w drugiej. Przeszła obok, nie patrząc na nich. Kiedy się zbliżała, na pewno ją rozpoznali, bo nagle zamilkli. Jedna, dwie, trzy sekundy. Podjęli przerwane rozmowy, kiedy tylko Bittori dotarła do końca ulicy.

Na oknach jej mieszkania żaluzje były spuszczone. W dolnej części fasady budynku wisiały dwa plakaty. Ten wyglądający na nowy zapowiadał jakiś koncert w San Sebastián, drugi, wyblakły i poszarpany, był reklamą Wielkiego Międzynarodowego Cyrku i wisiał dokładnie w miejscu, w którym pewnego ranka pojawił się jeden z wielu namazanych farbą napisów: TXATO ENTZUN PIF-PAF.

Bittori weszła do bramy i poczuła, jakby cofnęła się w czasie. Ta sama lampa, stare skrzypiące schody, rozlatujące się skrzynki pocztowe, które wisiały w rzędzie – pewnego dnia Xabier zdemontował tę przypisaną do ich mieszkania. Żeby uniknąć kłopotów, powiedział. W jej miejscu widać było kwadrat w kolorze, jaki miały ściany przed laty, jeszcze przed narodzinami Nerei i syna Miren, tego drania. Piekło powinno istnieć właśnie dlatego, żeby mordercy odsiadywali w nim swoje wyroki przez wieczność.

Poczuła zapach zimnego powietrza, starego drewna i stęchlizny. I w końcu niewidzialna ręka zaczęła rozluźniać uścisk na jej gardle. Klucz, zamek – weszła do mieszkania. W sieni natknęła się na Xabiera, dużo młodszego, który ze łzami w oczach mówił jej: nie możemy pozwolić, by nienawiść zatruła nam życie, ograniczyła nas, albo coś w tym rodzaju, nie pamiętała już dokładnie jego słów. Przypomniała sobie jednak, jak wiele lat temu w tym właśnie miejscu odpowiedziała ze złością:

– Wspaniale, najlepiej zacznijmy śpiewać i tańczyć.

– Proszę cię, mamo, nie rozdrapuj bardziej tej rany. Postarajmy się, żebyśmy z powodu tego, co się wydarzyło…

– Co nam zrobili! – przerwała mu.

– …nie stali się złymi ludźmi.

Słowa. Nie da się ich zapomnieć. Nawet na chwilę nie dają jej spokoju. Plaga dokuczliwych owadów. Powinna otworzyć okna na oścież, żeby wygonić na zewnątrz słowa, narzekania, dawne smutne rozmowy uwięzione w czterech ścianach opuszczonego mieszkania.

– Txato, Txatito, co chcesz zjeść na kolację?

Txato uśmiechał się delikatnie ze zdjęcia na ścianie, twarz człowieka z góry skazanego na to, że zostanie zamordowany. Wystarczyło na niego spojrzeć, by wiedzieć, że kiedyś go zabiją. I te uszy. Bittori złączyła dwa palce, pocałowała ich opuszki, po czym przytknęła je delikatnie do czarno-białej twarzy na zdjęciu.

– Jajka sadzone na szynce. Znam cię, jakbyś nadal żył.

Odkręciła kran w łazience. Ku jej zdziwieniu, poleciała z niego woda, i do tego nie aż tak mętna, jak przypuszczała. Przejrzała zawartość szuflad, zdmuchnęła kurz osiadły na meblach i innych przedmiotach, zrobiła to i tamto, pokrzątała się tu i tam, i około wpół do jedenastej podciągnęła żaluzję w oknie sypialni – na tyle tylko, żeby światło lampy było widoczne z ulicy. Czynność tę powtórzyła w sąsiednim pokoju, ale bez włączania światła. Następnie przyniosła z kuchni krzesło i usiadła przy oknie w całkowitej ciemności, by jej postać nie rysowała się przez szczeliny między listwami.

Ulicą przeszło kilku wyrostków. Pojedyncze osoby. Kłócąca się para – chłopak próbował pocałować dziewczynę, ale ona mu się opierała. Staruszek z psem. Bittori była przekonana, że prędzej czy później ujrzy przed domem jedno z nich. Skąd wiesz? Nie potrafię ci tego wytłumaczyć, Txato. Kobieca intuicja.

Czy przeczucie się sprawdziło? Tak, sprawdziło się, chociaż dopiero po pewnym czasie. Na kościelnej wieży wybiła jedenasta. Bittori rozpoznała go natychmiast. Przekrzywiony beret, zarzucony na ramiona sweter z zawiązanymi na piersi rękawami, pęk porów ściśniętych pod pachą. To znaczy, że wciąż uprawia warzywnik. Ponieważ zatrzymał się w kręgu światła rzucanego przez uliczną latarnię, wyraźnie widziała na jego twarzy mieszaninę niedowierzania i zdziwienia. Przystanął dosłownie na sekundę, później ruszył dalej, jakby ktoś ukłuł go szpilką w tyłek.

– A nie mówiłam? Teraz powie żonie, że widział w oknie światło. Ona mu odpowie: jesteś pijany. Będzie ją jednak zżerać ciekawość i przyjdzie, żeby się upewnić. O co się ze mną założysz, Txato?

Wybiła północ. Cierpliwości. Zobaczysz, że przyjdzie. I przyszła, oczywiście, że przyszła, prawie o wpół do pierwszej. Zatrzymała się dosłownie na chwilę w świetle latarni, spojrzała w stronę okna bez zdziwienia ani niedowierzania, marszcząc brwi, po czym natychmiast odwróciła się na pięcie, odeszła energicznym krokiem i zniknęła w ciemnościach.

– Trzeba przyznać, że dobrze się trzyma.

7Kamienie w plecaku

Wstawił rower do kuchni. Lekki, szosówka. Dzień jak każdy, Miren przed stertą naczyń do zmywania.

– Na takie drogie rupiecie znajdujesz pieniądze, co?

– Tak, stać mnie, a co? Przez całe życie harowałem jak wół, do cholery.

Nie dotykając ścian, bez trudu wniósł rower z piwnicy. Dobrze, że mieszkamy na pierwszym piętrze. Zarzucił go sobie na ramię jak w czasach, kiedy jako młody chłopak brał udział w wyścigach przełajowych. Była niedziela, siódma rano. Mógłby przysiąc, że nie robił hałasu. Mimo to Miren w nocnej koszuli czekała na niego, siedząc przy stole i patrząc z wyrzutem.

– Można wiedzieć, po co przyniosłeś go do domu? Chcesz ubrudzić mi podłogę?

– Muszę naciągnąć hamulec i przetrzeć ramę przed wyjazdem.

– Dlaczego nie wyczyścisz go na dworze?

– Bo ledwie co widać i jest zimno jak cholera. A ty dlaczego wstałaś o tej porze?

Nie musiała mówić, że nie śpi od dwóch dni. Zdradzały ją podkrążone oczy. Powód? Światło sączące się przez szczeliny w żaluzji mieszkania tamtych. Nie tylko w piątek, również wczoraj, i jestem przekonana, że odtąd każdego dnia. A potem ludzie będą gadać, że to biedne ofiary i trzeba wokół nich tańczyć z uśmiechem na twarzy. Światło, żaluzja, ludzie, którzy widzieli Bittori na ulicy i od razu przybiegli donieść o tym Miren, wszystko to ożywiło wspomnienia, złe wspomnienia, naprawdę bardzo złe.

– Skomplikował nam życie ten nasz syn.

– Jeśli ktoś cię usłyszy, to dopiero będziemy mieli przechlapane.

– Przecież do ciebie mówię. Z kim innym mam rozmawiać?

– Zrobiłaś się wielką abertzale. Zawsze musisz być pierwsza, krzyczeć najgłośniej, pieprzona rewolucjonistka. A kiedy ja popłakałem się na widzeniu w więzieniu, od razu zrobiłaś mi awanturę! Nie bądź mięczakiem, nie płacz przed chłopakiem, bo się przez ciebie załamie – przedrzeźniał żonę Joxian.

Wiele lat temu – ile? – ponad dwadzieścia, zaczęli podejrzewać, domyślać się, rozumieć. Arantxa pewnego dnia w kuchni odezwała się:

– Pomyśl tylko, te wszystkie plakaty na ścianach jego pokoju. A ta drewniana przedstawiająca węża owiniętego wokół topora figurka, którą postawił na szafce?

Pewnego popołudnia Miren wróciła do domu zaniepokojona/zdenerwowana. Joxe Mari wziął udział w ulicznej rozróbie w San Sebastián. Kto go tam widział?

– Jak to, kto? Bittori i ja. A może myślisz, że spotykam się z jakimś mężczyzną?

– Nie denerwuj się. Młody jest, krew się w nim burzy. Niedługo mu przejdzie.

Miren, popijając herbatkę lipową, którą zaparzyła sobie naprędce, poprosiła w myślach świętego Ignacego o opiekę i radę. I obierając ząbki czosnku, żeby powkładać je w mięso wątłusza, przeżegnała się, nie wypuszczając z ręki noża. Podczas kolacji prowadziła nieprzerwany monolog w obecności milczących członków rodziny, wieszcząc poważne kłopoty, przypisując wyskoki Joxe Mariego wpływowi złego towarzystwa. Zrzucała winę na syna Manoli, syna rzeźnika, jednym słowem na całą cuadrillę.

– W tych swoich ubraniach i z tym kolczykiem, który działa mi na nerwy, wygląda jak obdartus. Miał twarz zasłoniętą chustką.

Czy w tamtych czasach Bittori i Miren były przyjaciółkami? Kimś więcej – siostrami. Najbliższymi sobie osobami. Mało brakowało, żeby razem wstąpiły do klasztoru, ale pojawił się Joxian, pojawił się Txato – para z barowych rozgrywek w mus, przyjaciele od wieczornych, głównie sobotnich biesiad, członkowie stowarzyszenia gastronomicznego3 i niedzielnego klubu turystyki rowerowej. I dwie przyjaciółki ubrane w białe suknie wyszły za mąż w miejscowym kościele – z tradycyjnym aurresku po wyjściu młodej pary – jedna w czerwcu, druga w lipcu tego samego, 1963 roku. W dwie tak pogodne niedziele, jakby zostały zamówione na tę okazję. Pary zaprosiły się wzajemnie. Miren i Joxian wyprawili wesele w sidreríi4, trzeba przyznać, że całkiem na poziomie, chociaż usytuowanej na obrzeżach miasteczka. W każdym razie w niezbyt drogim miejscu, gdzie pachniało skoszoną trawą i nawozem. Weselne przyjęcie Bittori i Txata odbyło się w luksusowej restauracji obsługiwanej przez elegancko ubranych kelnerów, ponieważ Txato – który w dzieciństwie biegał po miasteczku w dziurawych espadrylach – założył firmę transportową i dobrze mu się powodziło.

Miren i Joxian spędzili miodowy miesiąc w Madrycie (cztery dni, tani hotelik w pobliżu Plaza Mayor), Bittori i Txato najpierw polecieli do Rzymu, gdzie wzięli udział w audiencji generalnej nowego papieża, a potem zwiedzili kilka włoskich miast. Miren, słuchając wspomnień z podróży swojej przyjaciółki, zauważyła:

– Widać, że wyszłaś za mąż za bogatego człowieka.

– Nawet nie zdawałam siebie z tego sprawy, kochana. W rzeczywistości poślubiłam go dla jego uszu…

W dniu rozruchów przyjaciółki wracały z churreríi znajdującej się w starej części San Sebastián. Zatrzymały się u wylotu ulicy przy Bulwarze. W poprzek ulicy stał miejski autobus i płonął. Czarny dym ocierał się o elewację pobliskiego budynku i przesłaniał okna. Kierowca został dotkliwie pobity. Mężczyzna – pięćdziesięcio-, pięćdziesięciopięcioletni – siedział na ziemi z zakrwawioną twarzą, z trudem łapiąc powietrze przez otwarte usta. Dwoje przypadkowych przechodniów opatrywało go i pocieszało, podczas gdy ertzaina próbował im wytłumaczyć – sądząc po gestach – że nie mogą tam zostać.

Bittori:

– To jakaś burda.

Ona:

– Lepiej skręćmy w calle Oquendo i dojdźmy do przystanku autobusowego okrężną drogą.

Nim jednak to zrobiły, obejrzały się za siebie. W oddali dostrzegły rząd furgonetek Ertzaintzy zaparkowanych przed ratuszem. Policjanci – w czerwonych hełmach, z kominiarkami na twarzach – zajęli pozycje. Strzelali gumowymi kulkami w tłoczącą się przed nimi młodzież, która obrzucała ich stałym repertuarem obelg po baskijsku i hiszpańsku: najemnicy, mordercy, skurwysyny.

Tymczasem autobus płonął dalej ze stoickim spokojem w samym centrum walki ulicznej. Czarne kłęby dymu i smród spalonych opon rozprzestrzeniały się po okolicy, raniąc śluzówki nosów, szczypiąc w oczy. Miren i Bittori usłyszały, jak kilku przechodniów cicho narzeka, że przecież wszyscy płacimy za autobusy, że jeśli tak ma wyglądać walka o prawa narodu, to gaśmy światło i się stąd wynośmy. Żona syknęła do męża:

– Ciii, jeszcze cię usłyszą.

Nagle zauważyły go w tłumie zakapturzonych, z twarzą zakrytą chustką. Och! Joxe Mari. Co on tam robi? Niewiele brakowało, żeby Miren go zawołała. Chłopak wyszedł ze Starego Miasta tą samą ulicą, co one kilka minut wcześniej. Sześciu czy siedmiu innych młodych mężczyzn – wśród nich syn rzeźnika i syn Manoli – zatrzymało się na rogu przy sklepie rybnym. Joxe Mari był w grupie chłopaków, którzy przybiegli, trzymając w rękach plecaki. Kiedy postawili je na ziemi, ich towarzysze podchodzili do nich i wyciągali ręce po coś, czego Miren nie widziała. Bittori, która miała lepszy wzrok od przyjaciółki, stwierdziła: kamienie. Tak, to były kamienie. Rzucali je z całych sił w ertzainas.

8Odległe zdarzenie

Miren skupiła wzrok na błyszczącej obręczy koła. Odbicie nikłego porannego światła w rowerze Joxiana wystarczyło jej, żeby przywołała w pamięci pewne odległe zdarzenie. Gdzie? W tej samej kuchni. Przypomniała sobie najpierw, jak drżały jej ręce, kiedy przygotowywała kolację. Już na samo wspomnienie o tym poczuła lekką duszność, za którą wtedy obarczyła winą upał i unoszący się dym z patelni. Nawet po otwarciu okna oddychała z trudem.

Wreszcie o dziewiątej trzydzieści, może o dziesiątej usłyszała, jak wraca. Charakterystyczny odgłos kroków na klatce schodowej. Po co zawsze tak biegnie? Już ja mu pokażę.

Wszedł do mieszkania – rosły, dziewiętnastoletni, z włosami długimi do ramion i tym przeklętym kolczykiem. Joxe Mari, zdrowy, silny, zawsze wygłodniały chłopiec wyrósł na kawał chłopa. Przewyższał o dwie piędzi wszystkich członków rodziny oprócz młodszego brata, który też był wysoki, chociaż inaczej zbudowany. Jakby go określić? Gorka był szczupły, kruchy i według Joxiana miał więcej oleju w głowie.

Zmarszczyła brwi i nie pozwoliła mu podejść i pocałować się na powitanie.

– Gdzie byłeś?

Jakby nie wiedziała! Przecież widziała go po południu na Bulwarze w San Sebastián. Od tamtej chwili wyobrażała go sobie, że leży w spalonym ubraniu, z rozciętym czołem, w szpitalu.

Na początku próbował się wymigać od wyjaśnień. Był z natury bardzo wycofany. Uf, każde słowo trzeba było z niego wyciągać korkociągiem. Ponieważ nie odpowiadał, zrobiła to za niego. Dokładna godzina, miejsce, plecak pełen kamieni.

– Chyba nie byłeś wśród tych, którzy podpalili autobus? Jeszcze ściągniesz na nas jakieś nieszczęście.

– Jakie, do cholery, nieszczęście? – ryknął.

A Miren? Najpierw pospiesznie zamknęła okno. Całe miasteczko go usłyszy. Siły okupacyjne, wolność dla Euskal Herria! Chwyciła rączkę patelni, gotowa się bronić – bo jeśli będę musiała mu przyłożyć, to mu przyłożę. Potem jednak spojrzała na gorącą oliwę i oczywiście zmieniła zdanie. Joxiana wciąż nie było. Joxian w barze, a ona tutaj sama z synem, który wpadł w szał i krzyczy o wyzwoleniu, walce, niepodległości; był bardzo agresywny, aż Miren pomyślała, że zaraz ją uderzy. A to był przecież jej syn, jej Joxe Mari, urodziła go, wykarmiła piersią, a teraz on śmie na nią krzyczeć.

Zdjęła fartuch, zgniotła go w kulkę i rzuciła – ze złością? strachem? – na podłogę, mniej więcej w to miejsce, gdzie teraz Joxian stawiał rower, co to za pomysł, żeby wnosić ten rupieć do mieszkania? Nie chcąc, żeby syn zobaczył, jak płacze, wyszła pospiesznie z kuchni, zacisnąwszy powieki i nabrzmiałe usta, by powstrzymywać szloch. Z grymasem na twarzy weszła/wpadła do pokoju Gorki i powiedziała do syna, by poszedł po ojca. Pochylony nad swoimi książkami i zeszytami Gorka zapytał, co się stało. Matka pospieszyła go i chłopak, szesnastolatek, pobiegł do Pagoety.

Wkrótce Joxian wszedł do domu wściekły, bo przerwano mu grę w karty.

– Co zrobiłeś matce?

Rozmawiając z synem, patrzał w górę ze względu na różnicę wzrostu. Miren nie musiała nadmiernie nadwyrężać pamięci, żeby zobaczyć całe zajście w błyszczącej obręczy koła. Widziała wyraźnie – chociaż w dużo mniejszej skali – ściany obłożone do połowy kafelkami, podłużne świetlówki rzucające skromne proletariackie światło i szafki z płyty wiórowej, a potem poczuła zapach smażonego jedzenia w niewietrzonej kuchni.

Mało brakowało, żeby go pobił. Kto? Barczysty syn swojego knypkowatego ojca. Szarpnął go. Joxe Mari nigdy do tej pory nie zachowywał się w ten sposób. Nie było więc mowy o dawnych zatargach. Joxian nie bił swoich dzieci. Spuścić lanie? Wolał raczej przekląć pod nosem i zwiać do baru, kiedy tylko wyczuł jakiś zgrzyt. Zawsze zostawiał wszystko na mojej głowie: naukę dzieci, choroby, utrzymanie spokoju w domu.

Po pierwszym szarpnięciu Joxianowi spadł z głowy beret i wylądował nie na podłodze, ale na krześle, jakby ktoś kazał mu usiąść. Joxian cofnął się ze smutkiem/zdumieniem, przestrachem/lękiem, z potarganymi resztkami siwych włosów na głowie, straciwszy na zawsze pozycję samca alfa w tej względnie bezkonfliktowej – przynajmniej do tej chwili – rodzinie.

Kiedy pewnego razu Arantxa przyszła z wizytą, zapytała matkę:

– Wiesz, jaki problem ma nasza rodzina? Za mało ze sobą rozmawiamy.

– Eee.

– Myślę, że się nie znamy.

– Ja znam was wszystkich. Nawet zbyt dobrze.

Ta rozmowa również ukazała się w obręczy koła, w lśniącym odcinku między dwiema szprychami, obok tamtego dawnego zdarzenia. Ech! Nie zapomnę go do końca życia. Widziała, jak biedny Joxian wyszedł z kuchni ze spuszczoną głową. Poszedł spać wcześniej niż zazwyczaj, nie powiedział dobranoc, ale nie słyszała jego chrapania. Na pewno przez całą noc nie zmrużył oka.

Przez kilka dni się nie odzywał. Nie był z natury gadatliwy. Wtedy zamknął się w sobie jeszcze bardziej. Joxe Mari też nie odezwał się słowem przez cztery czy pięć dni, które mieszkał w domu. Usta otwierał tylko wtedy, kiedy jadł. Pewnej soboty spakował swoje rzeczy i się wyprowadził. Wówczas nie podejrzewaliśmy, że odchodzi na zawsze. Prawdopodobnie on też nie. Na kuchennym stole zostawił kartkę, na której napisał: Barkatu. Nawet się nie podpisał. Tylko barkatu na kartce wyrwanej z zeszytu brata, nic więcej. Żadnych muxus, żadnego nowego adresu, ani nawet do widzenia.

Wrócił po dziesięciu dniach z torbą pełną ubrań do prania i workiem, w który zapakował kolejną partię rzeczy ze swojego pokoju. Matce podarował bukiet kalii.

– To dla mnie?

– A dla kogo innego?

– Skąd je wziąłeś?

– Ze sklepu, a skąd miałem wziąć? Z powietrza?

Spojrzała na niego. Jej syn. Kiedy był mały, myła go, ubierała, karmiła łyżeczką. Pomyślałam, że cokolwiek zrobi, zawsze pozostanie moim Joxe Marim i muszę go kochać.

Włączył pralkę i usiadł, żeby coś zjeść. Pochłonął niemal całą bagietkę. Co za głodomór! Wtedy z ogródka wrócił aita.

– Kaixo.

– Kaixo.

Ot i cała rozmowa. Kiedy pranie się skończyło, Joxe Mari włożył mokre ubrania do torby. Wysuszy je u siebie. Gdzie?

– Wynająłem z kilkoma kumplami mieszkanie w okolicach wyjazdu na szosę do Goizuety.

Pożegnał się, najpierw całując matkę, a potem czule klepiąc ojca po plecach. Zarzucił na ramię worek i torbę, po czym odszedł do świata swoich kumpli i nie wiadomo kogo jeszcze, bo chociaż wciąż mieszkał blisko, w tym samym miasteczku, rodzice ich nie znali. Miren przypomniała sobie, jak patrzyła przez okno, kiedy oddalał się ulicą; tym razem jednak nie było jej dane dokończyć wspomnienia, bo Joxian poruszył nagle rowerem i blask na obręczy koła zniknął.

9Czerwień

Ikatza wróciła, przynosząc jej martwego ptaka. Wróbla. Drugiego w ciągu trzech dni. Czasami przynosi jej myszy. Najwyraźniej kotka w ten sposób dokłada się do rodzinnego budżetu lub okazuje wdzięczność swojej pani za opiekę. Bez trudu wspina się po pniu kasztanowca, by dotrzeć do gałęzi, z której może skoczyć na najbliższy balkon na trzecim piętrze; z niego przechodzi na balkon Bittori, gdzie zazwyczaj kładzie swoje podarunki na kafelkach albo w jednej z doniczek. Jeśli drzwi balkonowe są otwarte, nierzadko zdobycze trafiają na dywan w dużym pokoju.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie przynosiła mi zwierzątek?

Budzą w niej wstręt? Trochę, ale nie będzie wydziwiać. Najgorsze jest to, że podarunki od Ikatzy kojarzą się jej z gwałtowną śmiercią. Początkowo wymiatała je szczotką, ale kilka spadło na samochody zaparkowane pod budynkiem, a przecież nie o to jej chodziło. Za pomocą kija wkłada truchła na zmiotkę i aby uniknąć pretensji sąsiadów, od pewnego czasu wynosi na tyły budynku, po czym dyskretnie wrzuca w krzaki.

Właśnie w trakcie jednej z takich czynności – gumowe rękawiczki na rękach – rozległ się dzwonek. Xabier, żeby nie przestraszyć matki, zazwyczaj uprzedza w ten sposób o swojej wizycie, zanim otworzy drzwi.

– Sprzątasz? – zapytał na widok rękawiczek.

– Nie spodziewałam się ciebie.

Syn wysoki, matka niska, otarli się policzkami w przedpokoju.

– Umówiłem się z adwokatem. Nic ważnego, spotkanie zajęło nam kilka minut. Skoro już byłem w pobliżu, pomyślałem, że cię odwiedzę i przy okazji pobiorę ci krew. Dzięki temu nie będziesz musiała jechać jutro do szpitala.

– Dobrze, ale postaraj się, żeby mnie nie bolało tak bardzo jak poprzednim razem.

Xabier, raczej powściągliwy, zagadywał matkę, żeby odwrócić jej uwagę. Mówił o pięknych, zaspanych oczach Ikatzy, która lizała sobie łapki, siedząc w fotelu. O prognozie pogody. O podwyżce ceny jadalnych kasztanów.

– Skarżysz się na kasztany przy swojej pensji?

Bittori, z podwiniętym rękawem, łokciem opartym na blacie stołu w dużym pokoju, potrzebowała się wygadać, a nie słuchać innych. Męczył ją jeden temat: Nerea.

Nerea to, Nerea tamto. Narzekanie, zmarszczone brwi, wyrzuty.

– Mówię ci o tym, bo jesteś moim synem i ufamy sobie. Nie mam do niej siły. Nigdy nie miałam. Mówi się, że pierwszy poród jest najtrudniejszy, a następne idą jak z płatka. Tymczasem ja cierpiałam bardziej, rodząc ją niż ciebie. Naprawdę. A potem była trudnym dzieckiem. Nie wspomnę nawet o jej nastoletnich latach. Teraz jest jeszcze gorzej. Myślałam, że po tym, co się stało z ojcem, Nerea się ustatkuje. Zrujnowała mi żałobę.

– Nie mów tak. Cierpiała tak jak ty i ja, ale na swój sposób.

– Wiem, że jest moją córką, i nie powinnam tak mówić, ale jaki jest sens milczeć, jeśli tak właśnie czuję? Coraz trudniej mi się na nią nie złościć. Za stara jestem, żeby znosić pewne zachowania, rozumiesz? Poleciała do Londynu cztery dni temu ze swoim beztroskim mężem.

– Przypominam ci, że mój szwagier ma imię.

– Nie znoszę go.

– Enrique. Proszę cię, mamo.

– Dla mnie ma na imię Nieznoszęgo.

Igła z łatwością wbiła się w żyłę. Cienka rurka natychmiast wypełniła się czerwienią.

Czerwień. Xabierze, Xabierze, musisz jechać do domu, coś się stało twojemu ojcu. Oczywiście nic dobrego. W pamięci wciąż słyszy echo tych słów, coś mu się stało, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nie podano mu szczegółów, a on nie miał odwagi o nie pytać, ale zarówno po wyrazie twarzy koleżanki, która przekazała mu wiadomość, jak i ludzi mijanych na korytarzach, domyślił się, że ojcu musiało się stać coś bardzo poważnego, bardzo czerwonego, najgorszego. Nawet przez chwilę nie brał pod uwagę, że mógł ulec jakiemuś wypadkowi. Wychodząc ze szpitala, dostrzegł smutne spojrzenia, czoła zmarszczone z przerażenia/współczucia i dobrego znajomego, który na jego widok skręcił nagle w inną stronę, żeby uniknąć spotkania z nim przy windzie. W takim razie to ETA. Idąc parkingiem, stworzył trzystopniową listę możliwych konsekwencji: ograniczenie mobilności, wózek inwalidzki do końca życia, trumna.

Czerwień. Ręka drżała mu tak bardzo, że nie był w stanie włożyć kluczyka do stacyjki. Kluczyk spadł na podłogę samochodu, Xabier musiał się schylić i poszukać go pod fotelem. Może rozsądniej byłoby pojechać taksówką? Włączyć radio czy go nie włączać? W pośpiechu zapomniał zdjąć fartuch. Mówił do siebie, wściekał się na czerwone światła, klął jak szewc. W końcu, dojeżdżając do miasteczka, postanowił włączyć radio. Muzyka. Pokręcił nerwowo gałką. Muzyka, reklamy, banały, dowcipy.

Czerwień. Patrol Ertzaintzy zablokował drogę. Xabier zjechał w boczną ulicę i zaparkował w strefie zabronionej na tyłach kościoła. Jeśli chcą, niech mi wlepią mandat. Deszcz mocno zacinał, więc Xabier przebiegł drogę najszybciej, jak mógł. Wiedział już z radia, co się stało, chociaż spiker nie powiedział nic o stanie, w jakim znajdowała się ofiara. Poza tym źle wymówił nazwisko. Między garażem a domem rodziców Xabier ujrzał plamę krwi mieszającą się z deszczem, który spłukiwał ją powoli ku brzegowi chodnika. Szedł tak szybkim, nerwowym krokiem, że niemal w nią wdepnął. Dwóm funkcjonariuszom powiedział, że jest synem. Czyim? Nikt go o to nie zapytał. Biały fartuch i oczywisty wygląd krewnego ofiary spowodowały, że żadnemu policjantowi nie przyszło na myśl, by zapytać go, dokąd idzie.

– Jeszcze do mnie nie dzwoniła.

– Może dzwoniła, ale nie było cię w domu. Ja dzwoniłem do ciebie wczoraj i przedwczoraj. Nie odebrałaś. Dlatego między innymi tu jestem. Chciałem się upewnić, że wszystko u ciebie w porządku.

– Dlaczego nie przyjechałeś wcześniej, skoro tak się o mnie martwiłeś?

– Bo wiedziałem, gdzie byłaś i ostatnio nocowałaś. Wszyscy w miasteczku o tym wiedzą.

– O czym?

– Że wysiadasz z autobusu na przystanku w strefie przemysłowej, a potem przemykasz się do domu, starając się nikogo nie spotkać po drodze. Widział cię mój znajomy ze szpitala. Dlatego się nie martwiłem. Możliwe, że Nerea próbowała skontaktować się z tobą wiele razy. Nie będę cię pytał, po co to robisz. To twoje miasteczko, twoje mieszkanie. Przy założeniu jednak, że postanowiłaś odkurzyć wydarzenia z przeszłości, byłbym ci wdzięczny za poinformowanie mnie o tym.

– To są moje sprawy.

Xabier schował przybory i fiolkę z krwią matki do walizeczki.

– Jestem częścią tych wydarzeń.

Podszedł do kotki, która potulnie nadstawiła się do głaskania. Powiedział, że nie zostanie na obiedzie. Jeszcze przez chwilę coś opowiadał. Pocałował matkę na pożegnanie, a ponieważ wiedział, że będzie obserwować go zza firanki w oknie, wsiadając do samochodu, uniósł wzrok i pokiwał do niej ręką.

10Rozmowy przez telefon

Zadzwonił telefon. To na pewno ona. Bittori nie odebrała, chociaż wystarczyło wyciągnąć rękę, żeby podnieść słuchawkę. Niech dzwoni, niech dzwoni. Wyobraziła sobie, że córka z rosnącą niecierpliwością na drugim końcu linii powtarza: „Odbierz, mamo, odbierz, mamo”. Ama nie odebrała. Po dziesięciu minutach dzwonek telefonu rozległ się ponownie. Odbierz, mamo. Zaniepokojona hałasem Ikatza czmychnęła na dwór przez otwarte drzwi balkonu.

Bittori tanecznym krokiem podeszła do zdjęcia Txata.

– Zatańczysz, Txatito?

Po chwili dzwonek telefonu ucichł.

– To była ona, twoja córunia. Skąd wiem? Ach, kochany, ty się znałeś na ciężarówkach, a ja na tych sprawach.

Nerea nie wzięła udziału ani w uroczystości pogrzebowej, ani w pochówku swojego ojca.

– Mogę zapaść na chorobę Alzheimera, zapomnieć, że cię zamordowali, nie pamiętać swojego imienia i nazwiska, ale przysięgam, że dopóki w mojej głowie będzie się żarzyło światełko pamięci, nie daruję Nerei, że nie było jej przy nas, kiedy najbardziej jej potrzebowaliśmy.

Dziewczyna rok wcześniej przeprowadziła się do Saragossy, żeby kontynuować tam studia prawnicze. W studenckim mieszkaniu przy calle López Allué, które dzieliła z dwiema koleżankami, nie było telefonu. Podczas jednej z wizyt u córki Bittori zapisała sobie numer telefonu baru, który mieścił się na dole budynku, gdzie mogłaby zadzwonić w razie pilnej potrzeby. Telefony komórkowe? Z tego, co pamięta, niewiele osób w tamtych czasach ich używało. Dotychczas Bittori nie musiała dzwonić do córki w żadnej sprawie. Teraz nie miała innego wyjścia.

Dlatego też Xabier na jej prośbę – bo ona sama, pod wpływem leków uspokajających, otępiała i zbolała nie była w stanie sklecić kilku sensownych zdań – zadzwonił do baru, przedstawił się, powiedział zgnębionym głosem to, co miał powiedzieć, i podał barmanowi dane swojej siostry.

– Natychmiast kogoś po nią poślę – odpowiedział uprzejmie mężczyzna.

Xabier poprosił, aby przekazali siostrze, żeby jak najszybciej zadzwoniła do domu, i podkreślił, że sprawa jest pilna, bardzo pilna. Na prośbę matki nie wyjawił powodu, dla którego dzwonił. W tym czasie telewizja i niezliczone stacje radiowe przekazywały wiadomość o tym, co się stało. Xabier i Bittori przypuszczali, że Nerea już wie.

Nie oddzwoniła jednak. Mijały godziny. Pierwsze oświadczenia: brutalny zamach, nikczemne morderstwo, dobry człowiek, potępiamy, całkowicie odrzucamy i tak dalej. Zapadał zmrok. Xabier ponownie wybrał numer telefonu baru. Właściciel obiecał, że znów wyśle swojego syna z wiadomością. Cisza. Nerea nie odezwała się do następnego ranka. Odczekała długą chwilę, aż matka opanuje płacz i przestanie lamentować, użalać się i opisywać jej rwącym się głosem szczegóły zdarzenia, by oznajmić smutnym, ale zdecydowanym tonem, że postanowiła nie ruszać się z Saragossy.

Co? Bittori nagle przestała szlochać.

– Masz wsiąść do pierwszego autobusu i wracać do domu. Bez gadania. Zamordowali twojego ojca, a ty tam sobie spokojnie siedzisz.

– Nie jestem spokojna, mamo. Jestem smutna. Nie mogę zobaczyć ojca martwego. Nie jestem w stanie. Nie chcę, żeby moje zdjęcia ukazały się w gazetach, żeby ludzie z miasteczka mi się przyglądali. Wiesz, jak bardzo nas nienawidzą. Błagam cię, postaraj się mnie zrozumieć.