Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
656 osób interesuje się tą książką
Sekrety skrywane przez lata powoli wychodzą na jaw. Niczego nie ułatwiają, a jedynie jeszcze bardziej wszystko komplikują.
Plan Valentiny Romano jest prosty – uciec i przeżyć. Niestety jedyna osoba, która może jej w tym pomóc, to Reno Renado. Tymczasem mężczyzna jest tak zaskoczony widokiem dziewczyny, że dopiero po chwili ją rozpoznaje. Dowiaduje się, że osoba, która zagraża dziewczynie, od teraz jest również jego wrogiem. Wrogiem, który posunie się do naprawdę morderczych rzeczy, żeby osiągnąć cel. Pomoc mafii, którą Renado ofiarowuje Valentinie, ma jednak swoją cenę, a jest nią czyjaś śmierć.
Żadne z nich nie wie, kto tak naprawdę pociąga za sznurki. I nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Na szali stanie nie tylko ich życie, ale również uczucia.
Kontynuacja Salvezzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 296
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Noce w Jersey City bywają zdradzieckie. Tak jak dzisiejsza, kiedy spoglądam na to klęczące i chuja warte ścierwo przede mną. Wiem, co powinienem z nim zrobić, a mianowicie nie pierdolić się i dać kolesiowi to, na co zasłużył. Tylko czy ten skurwiel zasłużył na taki los, który dla niego zaplanowałem? Nie sądzę. A jednak i tak to zrobię. Sprawy z Manzanim zaszły za daleko, zdecydowanie za daleko. A ta klęcząca kurwa próbowała mnie zabić, więc niestety, ale dzisiaj zakończy żywot na tym ludzkim łez padole.
– Odpowiadaj – cedzę, jednak on wybiera milczenie.
Liczę w myślach, żeby dać skurwielowi szansę, bo nie chcę od razu podrzynać mu gardła, ale nikt nie powiedział, że nie użyję innych środków. Dlatego uderzam go ponownie w tę parszywą gębę, a krew rozbryzguje się i niefortunnie ląduje na mojej twarzy. Sięgam do kieszeni marynarki po materiałową chusteczkę i ścieram nią czerwoną ciecz. Nie znoszę tego zapachu, ale nikt nie powiedział, że w tej branży będzie lekko. Jeśli ktoś mnie wkurwi, nie mam litości. To nie Leo jest skurwielem w tej rodzinie. Tylko ja.
– On chyba nam nic nie wyśpiewa, szefie.
– Chyba to on w ogóle już nie wygląda. – Pochylam głowę nad jego zwisającym smętnie czerepem. – Jak tego nie zrobisz – mówię wyraźnie, żeby dobrze mnie usłyszał, podczas gdy mój człowiek trzyma go na klęczkach za ręce od tyłu – umrzesz tutaj. W tym ciemnym zaułku. I przez bardzo długi czas nikt się nawet nie dowie, że zdechłeś. Więc, jak będzie?
– Wolę się spotkać ze Świętym Piotrem, niż cokolwiek wam powiedzieć, skurwiele – chrypi.
Jednak nie chce gadać. Nie to nie. Mówi się „trudno” i planuje się jego śmierć. Wyprowadzam kilka ciosów, aż jego ciało staje się zwiotczałe. Czyli zemdlał. Więc po sprawie.
– Puść tego gnoja.
– Co z nim robimy? – dopytuje Giacomo.
– Wykończ go – mówię spokojnie. – Tym razem nie ubabram się we krwi bardziej, niż to konieczne. Trochę za dużo mam już trupów na zapleczu.
– Kulka w łeb?
– Nie. Poderżnij mu tym – podaję nóż – gardło, niech się wykrwawi od własnej broni. – Ścieram chusteczką krew z dłoni, której nie dostrzegłem, po czym chowam materiał do kieszeni marynarki. – A kiedy skończysz, niech tutaj zgnije.
– W tym zaułku?
– To jest taka dzielnica, że nawet jeśli znajdą ciało, to wpiszą je na listę napaści. Nie dojdą, kto go zabił. Ot, przypadkowa ofiara.
– Nie ma narzędzia zbrodni i po problemie, boss.
– I najważniejsze, że nie ma świadków, prócz naszej dwójki.
– Si.
– Zaciągnij go za kartony, będzie mniej widoczny – nakazuję mojemu człowiekowi.
Ten kiwa głową i wykonuje moje polecenie, gdy ja spokojnie odwracam się i na niego czekam. Czy mam wyrzuty sumienia? Niekoniecznie. To bydlę doskoczyło do mnie, kiedy wyszliśmy z auta i poszliśmy się przejść. Tak zwyczajnie jak przechodnie. A kiedy zauważyłem, że jesteśmy śledzeni, zwinnie go tutaj ściągnęliśmy. Ten chuj wyciągnął nóż, myśląc, że mnie chyba zabije. Ale ze mną nie tak łatwo, bo odebrałem mu ten kozik, a później sprawa szybko się potoczyła. Nie mam pewności, ale prawie na dziewięćdziesiąt dziewięć procent to człowiek Manzaniego. Bo któż inny chciałby naszej śmierci? Tylko on. Postarałem się więc, żeby nikt nas nie nakrył, a dla bezpieczeństwa zostawiłem Gaspara na czatach.
– Gotowe, szefie – informuje mnie Giacomo, który zostawił trupa tam, gdzie mu kazałem.
Wychodzimy ze ślepej uliczki, do której nawet Pan Bóg by nie zajrzał.
– Czysto, szefie – odzywa się Gaspar na nasz widok.
– O tak późnej porze raczej żywego ducha się w tym miejscu nie uświadczy. Gliny też się tutaj nie zapuszczają, ale lepiej być przygotowanym.
– Zostawiamy tego skurwiela, ot tak? – dziwi się.
– Tak – odpowiada Giacomo, kiedy całą trójką spokojnie i bez pośpiechu wędrujemy do zaparkowanego jakieś dwieście metrów dalej auta.
Odjeżdżamy z miejsca zbrodni i mniej więcej kwadrans później wjeżdżamy w znane mi rewiry. Ostatnio, dla własnego bezpieczeństwa, odpuściłem sobie bywanie w moim lokalu, ale pora wrócić na właściwe tory. Kiedy więc Gaspar parkuje we wskazanym przeze mnie miejscu, nie kryje zdziwienia.
– Nie przed pizzerią?
– Nie. Ty jedź, a my się przejdziemy. Brakuje mi nocnego życia Jersey City – mówię.
– Chyba atrakcji na dzisiaj mamy aż nadto – rzuca z przekąsem Giacomo, na co się śmieję. – Szef przyciąga kłopoty jak padlina sępy.
– Być może, ale nie będę się chował niczym szczur okrętowy, a później spierdalał. Nie jestem pizdą – mówię i wysiadam.
Auto odjeżdża, a my ruszamy powolnym krokiem ulicą. Tutaj jest zupełnie inaczej. Wiadomo, wszędzie można oberwać, ale w tej części miasta jest bezpieczniej, dlatego mam tu swój lokal.
– Co tam, szefie? – pyta Giacomo, kiedy raptownie przystaję.
Bez słowa kiwam głową w kierunku pewnego zajścia. Obaj stajemy poza zasięgiem światła ulicznej latarni i obserwujemy, co się dzieje po drugiej stronie ulicy. Żaden z nas nie reaguje. Dlaczego? Bo nie chcemy się mieszać w nie swoje sprawy. Panuje jedna zasada, no może kilka, a naczelna to taka, że własne brudy pierze się u siebie na dzielni i nikt się nie wtrąca, chyba że tyczy się to kogoś postronnego, wtedy można zareagować. W tym wypadku tak nie jest. Postronnymi osobami jesteśmy my. Ale gdybyśmy zostali zaatakowani, wtedy źle by się to dla wszystkich skończyło. I chociaż czasy krwawych porachunków załatwianych na ulicach powoli przemijają, bywają takie chwile jak ta dzisiaj. Nie jestem z tego dumny, ale chcę jeszcze pożyć. Dlatego nie reaguję i może źle robię, ale przeszkodzić im nie zamierzam. Po ostatniej strzelaninie mam dosyć. Rana na nodze jest zagojona, musiałem nawet przejść jakąś zasraną rehabilitację, ale jestem prawie jak nowy. I „prawie” to słowo kluczowe. Bo nałożyłem sam na siebie zakaz wdawania się w jakieś bezsensowne bójki czy wymianę zdań na pięści. Tylko że dzisiaj tak trochę mnie poniosło. Chciałem się dowiedzieć, gdzie przebywa ta kurwa, Manzani, bo jakby się pod ziemię zapadł. A ten chuj jest dla nas realnym zagrożeniem. Ponieważ zaś Leo ma swoje życie i Mię, tak samo jak Mika i Carla, zostaję ja… Jestem wolny jak ptaszek, więc niczym nie ryzykuję, no może jedynie własnym życiem, które lubię. Mam więc zamiar wykorzystać swoją wolność, żeby złapać tego skurwysyna przypominającego gówno przyklejone do podeszwy mojego buta.
Ignorując scenę, odwracam głowę i zaciągam się już prawie wiosennym powietrzem, chociaż ciut chłodnym ze względu na wieczorową porę. Poprawiam wełnianą marynarkę, a następnie ruszam przed siebie niczym zwykły przechodzień, choć nim nie jestem, a Giacomo podąża za mną niczym cień. Nie mam tylu ludzi, co Leo czy chociażby Reno. Nie potrzebuję. Gaspar i Giacomo wystarczą. Jeden odpowiada za pilnowanie, żeby biznesy szły dobrze, drugi jest od wszystkiego.
– Parszywe z nas gnojki – odzywam się.
– Bo mu nie pomożemy? – pyta, gdy się oddalamy.
– Tak, ale nie wiemy, co to za jeden – odpowiadam.
– Czyli najlepiej się nie mieszać.
– Si. My mamy inną sprawę do załatwienia.
– Rozumiem, że Manzani spędza szefowi sen z powiek – cmoka Giacomo.
– Ten koleś jest kurewsko niebezpieczny i nieobliczalny. Po prostu trzeba go złapać i zutylizować, zwłaszcza że nasyła na mnie jakichś cholernych pojebów.
– A co na to pańscy bracia?
– Oni są zajęci wiciem gniazdek, a ja pozostałem sam i nie mam tego obciążenia. Nikt po mnie płakać nie będzie, Giacomo.
– Ale ma pan rodzinę, która raczej nie byłaby zadowolona z pańskiej śmierci.
– Każdy z nas kiedyś umrze, tylko w innym czasie. Sobie pisanym.
– Niby tak.
– Chodź do pizzerii. Najlepiej mi się myśli przy jedzeniu – oświadczam.
Powolnym krokiem, obserwując okolicę, idę w kierunku mojego lokalu, którego dorobiłem się sam. Kupiłem go za pieniądze pochodzące z nie do końca legalnego źródła, ale ważne, że biznes jest legalny. Po prostu robimy dobrą pizzę oraz makarony. Mój lokal to nie restauracja z jedzeniem za miliony. Jest smacznie, dobrze i prawie każdego stać. Sukces polega nie na szybkim dorobieniu się. Polega na zdobywaniu zaufania, serwowaniu więcej za mniej. Jeśli starcza mi na rachunki za lokal, opłacenie moich pracowników i zostaje mi jeszcze na życie, to jest dobrze. Pewnie gdybym podniósł ceny, ludzie dalej by przychodzili, tylko że to bez sensu. Samotne matki niekoniecznie byłoby stać na zjedzenie chociażby pizzy. Dlatego każdy wie, że u mnie zje smacznie i za przystępną cenę.
Ale ten biznes nie pozwala na życie ponad stan, bo do tego potrzeba już innych pieniędzy. A że jestem Renado i lubię pieniądze, o które nie trzeba się martwić, cenię każdy dodatkowy szmal, nawet jeśli jego przypływ niekoniecznie jest legalny. Żeby zagłuszyć odrobinę wyrzuty sumienia, że jednak jestem draniem, daję datki. Anonimowo. Nie lubię się tym chełpić. Po prostu się dzielę.
– Chyba zgłodniałem – odzywa się Giacomo, kiedy wchodzimy do środka.
– Pizza i makaron poprawią nam humor.
– W sumie – uśmiecha się – dobrej pizzy nie odmówię.
– Właśnie. – Bezgłośnie witam się z kelnerką i pokazuję mojemu człowiekowi, żeby usiadł przy naszym stoliku. – Zaraz wrócę.
– Jasne, boss.
Kiedy on zajmuje miejsce, ja zachodzę do kuchni, gdzie witam się z kucharzem. Giorgio podaje mi rękę, którą uprzednio wytarł w fartuch, ponieważ była cała w mące.
– Witam, szefie.
– Da radę zamówić u ciebie jeszcze pizzę?
– Dla pana zawsze i o każdej porze. Jak się szef czuje?
– Dobrze – trochę kłamię, bo noga po postrzale czasem daje o sobie znać.
– To jak dobrze, to w takim razie zabieram się za przygotowanie kolacji. Taka sama co zwykle?
– Si – odpowiadam i wychodzę.
Mijam bar i podchodzę do naszego stolika, przy którym siedzi już również Gaspar. Pokazuję ręką, żeby nie wstawali, a następnie odsuwam sobie krzesło i dosiadam się do nich.
– Coś mnie ominęło? – pytam, bo wyglądają, jakby o czymś dyskutowali.
– Zastanawiamy się, jak złapać tego całego Manzaniego. Jest o krok przed nami.
– To jest coś, co sam chciałbym wiedzieć.
Rozmawiamy, dopóki nie zostaje przyniesiona nasza kolacja. Kelnerka stawia pizzę, która jak zwykle jest spora, a że chłopaki mają żołądki bez dna, to obawiam się, że może jej zabraknąć.
– Smacznego – odzywam się.
– Smacznego, szefie – mówią jednocześnie.
Sięgam po kawałek. No, niebo w gębie. Ciągnąca się mozzarella… Kocham włoską kuchnię.
*
Po skończonym posiłku każę chłopakom wracać do domu, ponieważ jest późno. Przy okazji informuję ich, że sam się odstawię autem. Nie jestem niepełnosprawny, żeby dzisiaj musiał mnie któryś z nich odwozić. Oni też mają swoje rodziny, a te rozumieją, że praca dla mnie jest wymagająca, ale nie jestem skurwysynem, żeby ojca zabierać dziecku. W tej robocie nigdy jednak nic nie wiadomo. Wszyscy mają tego świadomość.
– Do jutra, chłopaki – żegnam się z nimi.
– Buona notte, boss.
Kiedy zostaję sam, spoglądam na zegarek. Okazuje się, że niedługo zamykamy lokal. Jest późno i już o tej porze nikt się nie zjawi, a to sprawia, że wstaję i zgarniam karty dań z pustych stolików. Gdy się między nimi przechadzam, rzuca mi się w oczy jedna osoba. Siedzi ze spuszczoną głową i grzebie widelcem w talerzu. Wygląda, jakby miała kłopoty, co nie jest moim zmartwieniem, lub nie podchodzi jej makaron, a to już jest moje zmartwienie. Klientom powinna smakować nasza kuchnia. Mam zamiar podejść i zapytać, ale na drodze wyrasta mi kelnerka.
– Szef kuchni prosi o rozmowę, panie Renado – oświadcza.
– Coś się stało?
– Nie wiem, wyglądał na zestresowanego.
– Dzięki. A ty podejdź do stolika za tobą i dowiedz się, dlaczego klientowi nie smakuje nasz makaron.
– Mam zapytać o… – Odwraca głowę, po czym spogląda na mnie. – Tam nikogo nie ma.
– Siedzi… – urywam na widok pustego stolika.
– Ten ktoś wyszedł, szefie. Więc już się niczego nie dowiemy.
– Dobra. Pozbieraj resztę kart i zacznij odwracać krzesła na stoliki, żeby pozostali klienci wiedzieli, że niedługo zamykamy.
– Jasne, boss.
Zostawiam Stellę i ruszam na rozmowę z kucharzem, nie mając pojęcia, o co chodzi. Oby to nie były złe nowiny, bo takich ostatnio, kurwa, nie lubię.
Reno Renado mnie nie poznał. Naprawdę. W sumie to chyba nie powinnam się dziwić. Ostatni raz, kiedy się widzieliśmy, byliśmy nastolatkami i chodziliśmy do tej samej szkoły. A teraz każde z nas jest dorosłe i ma swoje życie.
Cicho wzdycham, bo upłynęło tyle czasu, że to byłby cud, gdyby stało się inaczej. Jednak i tak jestem jakoś zawiedziona. W sumie to liczyłam na… sama nie wiem na co. Przecież nie wykrzyknąłby radośnie mojego imienia ani tym bardziej mnie nie przytulił, chociaż dawno temu właśnie tak by było. A dzisiaj patrzy jak na obcą osobę. Bywają takie dni, że sama siebie nie rozpoznaję. Choć z lustrzanego odbicia patrzy na mnie dorosła kobieta, to czasem robi to oczami nastolatki, której pewnego dnia świat się zmienił i nigdy nie wrócił na właściwą orbitę.
A on i ja… Jezu, nawet nie wiem, czy on będzie mi w stanie pomóc. Tak bardzo chciałam go zobaczyć. Przez chwilę poczuć się jak dawniej. Tylko to mi pozostało: minione lata, wspomnienia oraz życie, które miałam i znałam… To już nie wróci. A on to tak naprawdę jedyna osoba, do której mogłam udać się po pomoc. To mężczyzna, który nie zwieje ani nie będzie się bał, kiedy mu o wszystkim opowiem. Zwłaszcza że na jego głowę też jest zlecenie. Tylko że Renado to Renado. To nazwisko budzi respekt i mogłoby uratować moją przyszłość, bo przeszłość najlepiej zostawić za sobą. Niemniej obawiam się, że to moje pobożne życzenie.
Przecieram twarz, zmęczona wiedzą, która bywa niebezpieczna, chociaż właśnie ona daje mi władzę. Nie zawsze jednak rozwiązuje problemy. Na przykład ten, że ktoś chce mnie zlikwidować. I nie ma znaczenia, że nie wykorzystam tego przeciwko mojemu szefowi. Liczy się tylko to, że mogłabym i że wiem.
Wypuszczam cicho oddech i ruszam przed siebie. Niedaleko jest hotel, w którym się zatrzymałam. Płaciłam gotówką, co zapewnia mi bezpieczeństwo, bo jestem zwyczajnie nie do namierzenia. W tym celu pozbyłam się też telefonu. Wolę dmuchać na zimne. Dlatego idę powoli, żeby nie wzbudzać podejrzeń, bo jestem przecież przeciętną dziewczyną mieszkającą w Jersey City. Nawet jeśli prawda jest zupełnie inna.
Po dziesięciu minutach znajduję się już w wynajętym pokoju. Zamykam drzwi na wszystkie zamki, sięgam po krzesło i blokuję nim klamkę, gdyż chcę się poczuć odrobinę bezpieczniej. Sprawdzam ponownie, czy zamknęłam, następnie włączam lampkę nocną. Zrzucam z siebie bluzę oraz perukę i wchodzę do małej łazienki. Nie potrzebuję luksusów, więc prysznic, toaleta i umywalka mi wystarczą.
Unoszę głowę i spoglądam w wiszące przede mną lustro, które pokazuje coś, co jest nieprawdą. Mój wygląd jest nieprawdziwy, więc chusteczkami do demakijażu zmywam całą tę maskę, którą dzisiaj nałożyłam. Pod nią kryje się coś, co chciałabym wymazać z pamięci, ale sukcesywne zmywanie pudru, podkładu, różu i tuszu do rzęs wyłania pobojowisko na mojej twarzy, jakie zrobili mi inni. Ten widok sprawia, że do oczu napływają mi łzy. Pozwalam im płynąć, chociaż i tak nic nie zmienią. Nie mogą. Odrobinę mi jednak lżej.
Po zmyciu całej tapety spoglądam na swoją twarz i krzywię się na jej widok. Wiem, że się zagoi, jednak mogą zostać niewielkie blizny. Zresztą nawet nie chcę myśleć o reszcie. Prawda jest taka, że gdybym wiedziała, co dla mnie przyszykowali, nigdy w życiu nie przyszłabym tamtego dnia do pracy. Udałabym chorą, martwą czy cokolwiek innego. Ale stało się i mam zamiar sprawić, że ich chory plan spłonie żywcem. Zresztą oni też by mogli. Tacy dranie na nic innego nie zasługują.
Chwilę później biorę prysznic. Stoję pod strumieniem dość ciepłej wody, która spływa po moim ciele falami. Pozwalam, żeby zmyła ze mnie ostatnie kilka dni życia, bo chciałabym o nich zapomnieć. Sięgam po mydło i myję się delikatnie, żeby nie bolało. A kiedy kilka minut później wycieram się ręcznikiem, udaję, że nic mi nie jest. Gdybym tego nie robiła, rozbiłabym się niczym szklanka zrzucona na podłogę.
Po prysznicu siadam na łóżku, by odpocząć. Uciekanie i życie w ciągłym stresie wykańcza. Ale zrobię to, co zaplanowałam. Muszę. W przeciwieństwie do tamtych mam sumienie, które mówi mi, że dobrze robię. Nawet jeśli tej nocy mało pośpię, jestem zdeterminowana, żeby wykonać plan. W sumie to zmusili mnie, żebym wróciła do swojej przeszłości. A ta zabije, zakopie lub spali, jeśli coś się komuś nie spodoba. Trochę się boję spotkania z mężczyzną, bo to już nie ten sam chłopak. Ale nie mam wyjścia. Wyjściem jest on. Dobrym czy złym… przekonam się jutro. I nim się położę, chcę sprawdzić ponownie drzwi. Wstaję i robię zaledwie dwa kroki, gdyż dostrzegam nieznacznie poruszającą się klamkę. Ciężko przełykam na ten widok i pospiesznie się rozglądam, czy dam radę zwiać inaczej niż przez drzwi. Niestety to jedyna droga ucieczki.
Waham się, ale robię krok do przodu i znowu zastygam, ponieważ słyszę za drzwiami jakieś głosy.
– Kurwa, zamknięte.
– Pewnie jej tam nie ma.
Sztywnieję cała. Dosłownie jakbym miała paraliż.
– Wiem. Po prostu prócz koloru włosów opis sylwetki prawie pasował, ale to za mało. Wracamy.
– Szef nie będzie zadowolony.
– Si, ale cóż zrobić…
Oddech więźnie mi w płucach, gdy słyszę ostatnie słowa, po czym gwałtownie się uwalnia, a serce zaczyna dudnić niczym zasrane dudy. Odzyskuję władzę nad ciałem, odwracam się i wpadam do łazienki. W pośpiechu wciągam na siebie ubranie. Po mniej niż minucie stoję już w butach oraz bluzie. Wkładam moją perukę, poprawiam torebkę przez ramię i podchodzę do drzwi. Nasłuchuję. Bo oni na bank przyszli po mnie. Czekam, kiedy będę mogła stąd nawiać. Pozostanie tu jest zbyt ryzykowne, a ja powoli tracę nadzieję.
Liczę w głowie sekundy, a gdy dochodzę do dziesięciu i nic nie słyszę za drzwiami, odsuwam po cichu krzesło. Przełykam ślinę i waham się. Otworzyć czy nie? A może wciąż tam są. Raptem przypomina mi się, że mam okno wychodzące na ulicę. Szybko gaszę światło, podchodzę do ściany i odsuwam ciut ciężką kotarę. Stoję i patrzę. Może już poszli, a może jeszcze nie. Liczę na łut szczęścia, ale niestety kolejna minuta okazuje się nadaremna, bo nikogo nie dostrzegam. To nie oznacza jednak, że ich tam nie ma.
– Szlag!
Odsuwam się i wracam do wyjścia. Nasłuchuję. Cisza.
Po mniej niż minucie powoli uchylam drzwi. Oddycham z ulgą, kiedy okazuje się, że korytarz jest pusty. Do klatki schodowej mam niecałe dziesięć metrów, które pokonuję błyskawicznie, a następnie zbiegam szybko schodami do holu. Daruję sobie wymeldowanie, bo i tak zapłaciłam za jedną dobę, więc sobie sami wezmą klucz z pokoju. Mijam recepcję i niezauważona wychodzę z budynku. Przystaję na chodniku i się rozglądam. Czysto, nikogo nie ma.
– Ufff – mamroczę pod nosem.
Ruszam szybkim krokiem w otaczającą mnie i rozświetlaną jedynie ulicznymi latarniami noc. Kierunek mam jeden. I po chwili cel znajduje się w zasięgu mojego wzroku. To jednak nie oznacza, że tam dotrę. Ze ściśniętym żołądkiem prawie biegnę. Modlę się w duchu, żeby on tam jeszcze był. Jeśli go nie zastanę, to nie wiem, co zrobię.
Oglądam się przez ramię raz, po czym gnam przed siebie, licząc, że będzie jeszcze otwarte. Jakież jest moje zaskoczenie, kiedy łapię za klamkę i okazuje się, że już zamknęli, mimo że w środku pali się nikłe światło. Zaciskam usta w wąską linię, odwracam się plecami do drzwi i skanuję otoczenie. Nigdzie nie widzę tamtych drani, ale mogą się gdzieś jeszcze czaić. Sama świadomość tego sprawia, że wstępuje we mnie panika. Taka sama, jak wtedy, kiedy zostałam napadnięta i o mało nie zamordowana. To uczucie teraz jest podobne, jakbym tonęła. Nie mam nikogo, do kogo mogłabym się zgłosić po pomoc. A to sprawia, że nie bardzo wiem, co powinnam w tej zakichanej sytuacji zrobić. Moja ostatnia deska ratunku odpłynęła.
Zagryzam boleśnie dolną wargę między zębami i próbuję znaleźć rozwiązanie mojego problemu. Zastanawiam się, czy nie ma innego wejścia, może od zaplecza, którego nie zauważyłam. Niestety okazuje się, że sąsiadujące budynki są przyklejone do siebie, bez żadnego zaułku.
– Kurwa! – mamroczę pod nosem, stojąc przed drzwiami wejściowymi.
Mam ochotę zawyć do księżyca, chociaż to gówno da, dlatego postanawiam poszukać jakiegoś innego hotelu. Nie mam wyjścia i choć się obawiam, że znowu ktoś da im cynk i mnie sprzątną, to stoję i liczę na cud. Na zakichany cud. Ale one zwyczajnie nie zdarzają się takim jak ja.
Rozmowa z kucharzem trochę się przeciągnęła. Sądziłem, że może coś z rodziną lub chce zmienić pracę, co by mi się w chuj nie podobało, ale okazało się inaczej. Potrzebował mojej zgody na wprowadzenie dwóch nowych dań, które ugotował i dał mi do spróbowania. Po mojej akceptacji i dogadaniu się, co do dostaw, mam to wszystko z głowy.
– Dobranoc, szefie – mówi na odchodne, już przy tylnych drzwiach.
– Dobranoc. Zobaczymy, jak goście zareagują jutro na małą modyfikację menu.
– Będzie dobrze. Testowałem na pracownikach.
– I jak?
– Smakowało im, więc nie przewiduję, że z klientami będzie inaczej.
– Zgoda. – Kiwam głową, a on wychodzi.
Mnie pozostaje zamknięcie tego przybytku i wyjście od frontu, bo moje auto stoi od strony ulicy. Dlatego nie będę wychodził tyłem, bo musiałbym nadłożyć drogi i zrobiłbym niezłe koło, żeby dotrzeć do samochodu. Mało kto wie, że od zaplecza jest podwórko, na które wjeżdża się z sąsiedniej ulicy. Dostawy odbywają się właśnie tamtędy. Przy okazji jest to druga droga ewakuacji, gdyby zaszła taka potrzeba. Lokal wybrałem starannie. Lubię być zwyczajnie przygotowany na niespodziewane okoliczności.
Wychodzę z kuchni i ruszam do głównej sali, gdzie gaszę ostatnią lampkę przy kontuarze, którą Stella zapomniała wyłączyć. Następnie sięgam po klucz do kieszeni spodni i podchodzę do drzwi, ale ku mojemu zaskoczeniu ktoś jest po drugiej stronie. Widzę, jak przechadza się tam i z powrotem, więc sięgam pod połę marynarki, wyciągam spluwę i sprawdzam, czy jest naładowana, a po sekundzie bezszelestnie otwieram drzwi. Kiedy osobnik, który mnie nie zauważa, staje odwrócony plecami, ja robię krok do przodu i wciągam go siłą do środka. Niestety robię to tak niefortunnie, że upada, dlatego wykorzystuję przewagę i włączam oświetlenie, po czym zamykam zamek w drzwiach, żeby nikt nam nie przeszkadzał i żeby ten ktoś nie zwiał. Dla własnego bezpieczeństwa trzymam w dłoni opuszczonego gnata. To ma być straszak, bo raczej wolałbym dzisiaj nie strzelać.
– Kim jesteś? – pytam delikwenta, który się mozolnie podnosi.
Nie odpowiada, za to się odwraca, a ja patrzę zaskoczony w oczy kobiety, której twarz jest pokiereszowana. Blond włosy ma do obojczyków i ciut przygarbioną sylwetkę, jakby coś ciężkiego osiadło jej na ramionach. Ale mimo tego wygląda znajomo.
– Nie poznajesz mnie, prawda? – pada z ust, które są w dwóch miejscach rozcięte i otoczone siniakiem.
Ja pierdolę, wygląda, jakby ktoś ją potraktował tłuczkiem do mięsa.
– Nie – odpowiadam krótko. – Po co się kręcisz koło mojej restauracji o tak późnej porze? – pytam wciąż chłodnym tonem. – Jesteś głodna? Bezdomna?
Zaprzecza ruchem głowy i patrzy na mnie spod ciemnych i gęstych rzęs, które już kiedyś widziałem. Przysięgam, że skądś ją znam.
– A teraz mnie poznajesz? – Sięga do głowy i łapie za włosy, które ku mojemu zaskoczeniu okazują się peruką. – Naprawdę aż tak się zmieniłam? – pyta, jakby rozczarowana, że jej nie poznaję.
– A powinienem cię znać? – pytam już z nikłym przebłyskiem w pamięci.
– Reno – szepcze – zawsze byłeś najfajniejszy z całego rodzeństwa. Myślałam, że swoją szkolną przyjaciółkę poznasz, zwłaszcza że dzieliliśmy się jedzeniem na przerwach i… – Nagle urywa.
Ale właśnie to jest to, co sprawia, że robię wielkie oczy i przekrzywiam głowę. Bo to… Jakim, kurwa, cudem?!
– Valentina – sapię. – Ale jak, do cholery?
– Zaskoczony? – Śmieje się niezbyt przyjemnie. – Tylko ciekawe, czy mile, a może odwrotnie.
– Kurwa – klnę, a w następnej sekundzie chowam spluwę oraz przybliżam się do niej i układam dłonie na jej ramionach. – Co ci się, do diabła, stało? Skąd te siniaki?
– Wiem, że nie widzieliśmy się kupę lat, ale musimy pogadać. Chyba tylko ty możesz mi pomóc.
– Pomóc? Kto cię ściga? Tylko nie kłam.
– Nie zamierzam. Ściga mnie mój pracodawca, w sumie to były, chociaż sama nie wiem. Tak czy inaczej, chce mnie zabić.
– To – wskazuję na jej twarz – zapewne jego robota – cedzę wkurwiony na widok dziewczyny, która kiedyś była dla mnie kimś wyjątkowym.
– Si. – Zaciska usta.
– Śledzą cię?
– Nie wiem. I nie wiem, jakim cudem, ale znaleźli mnie w hotelu. Płaciłam gotówką, nie podałam prawdziwych danych i…
– To nieważne. Zabieram cię stąd, a później mi wszystko opowiesz. Bezpieczniej będzie jednak, jak wyjdziesz od zaplecza.
– Jest tutaj drugie wyjście? – pyta zaskoczona.
– Owszem. Zostań, a najlepiej schowaj się w kuchni. – Mówiąc to, prowadzę ją tam. – Tutaj jesteś bezpieczna. Wezmę auto i objadę budynki. Widzimy się za chwilę.
– Dziękuję.
– Nie wiem, za co mi dziękujesz, ale nie podoba mi się twój wygląd, mała. – Kiwam jej i wychodzę, gasząc po drodze światło.
Podchodzę do drzwi frontowych, a następnie zamykam restaurację, jakbym przed chwilą z nikim nie rozmawiał. Podrzucam kluczyki w ręku i, cicho pogwizdując, ruszam do zaparkowanego nieopodal samochodu. Wsiadam i po kilku sekundach odjeżdżam, żeby odebrać dziewczynę, do której dawno temu czułem oszałamiającą miętę.
Ja pieprzę! To Valentina Romano!
I kurwa, ktokolwiek ją tak załatwił, pożałuje, że ją tknął. Kobiet się nie bije. A to, że Mika pozbył się swojej gosposi, to inna historia. Tamta szpiegowała i donosiła. A nie wierzę, że Valentina byłaby skłonna do czegoś takiego, chociaż nigdy nie można tego wykluczyć. Zawsze była dobrą dziewczyną. Tylko że nie widziałem jej kupę lat i przez ten czas ona teoretycznie mogła się zmienić, bo od śmierci jej rodziców, którzy zginęli w nie do końca jasnych okolicznościach, minęło naprawdę sporo czasu. I właśnie wtedy ślad po niej zaginął, straciłem przyjaciółkę, którą dla własnego dobra jakoś udało mi się wymazać z pamięci. Przynajmniej aż do teraz tak uważałem.
*
Po kilku minutach parkuję w strefie dostawy od strony podwórka. Nie wyłączam silnika, bo wiem, że nikt nie ukradnie mojego samochodu, więc wchodzę korytarzem do restauracji.
– Valentina? – odzywam się.
– Jestem – odpowiada i wyłania się z kuchni.
– Wychodzimy, w tej chwili.
– Dobrze.
Pokazuję jej ręką, żeby szła pierwsza, a po chwili zamykam za nami metalowe drzwi. Odwracam się i delikatnie ujmuję ją za łokieć. Czuję, jak się wzdryga. Mam nadzieję, że nie przeze mnie, a zwyczajnie ze strachu. Bo jeśli się mnie boi, to kiepsko.
– Zapraszam. – Otwieram jej drzwi od strony pasażera.
– Dziękuję – mówi, po czym wsiada, a ja zatrzaskuję je za nią.
– Zapnij pas – proszę ją, kiedy zajmuję miejsce za kierownicą.
– Zapięłam.
– W porządku. Pojedziemy do mnie. Nawet jeśli ktoś nas śledzi, to się tam nie dostanie. A już tym bardziej nie dostanie ciebie.
– Dziękuję – szepcze.
– Nie rób tego. Po stanie twojej twarzy stwierdzam, że spuścili ci niezły wpierdol. A ty mi znowu dziękujesz. Przestań to robić, bo jeszcze w niczym ci nie pomogłem.
– Właśnie to robisz, Reno. A oni próbowali mnie zabić.
– Skurwiele – cedzę. – Odpocznij. Mamy kawałek do przejechania.
– Mhm – mruczy.
Po drodze do domu spoglądam w boczne lusterka, żeby sprawdzić, czy czasem nie mamy towarzystwa na ogonie, ale na razie wszystko wydaje się w porządku. Żeby moja pasażerka nie czuła się niezręcznie, puszczam cicho muzykę. Ponoć ona łagodzi obyczaje, więc liczę, że Valentina się odrobinę odpręży, gdy ja aż boję się myśleć o tym, co ją spotkało. A to były naprawdę chujowe rzeczy. Musiały być.
Przez całą drogę milczymy, a dla mnie jest to okazja do przyjrzenia się jej bliżej. Kiedyś miała bardzo długie włosy, teraz sięgają jej do ramion. I nie powiem, wygląda dobrze. Oczywiście pomijając stan jej twarzy.
– Jesteśmy – informuję ją, kiedy zajeżdżam przed bramę, która po chwili się przed nami otwiera.
– Ma czujnik?
– Jest wmontowane urządzenie odczytujące tablice rejestracyjne, więc kiedy staję, sama się otwiera.
– Fajny gadżet. I masz duży dom – stwierdza.
– Nie aż tak, ale jest tu sporo miejsca. Za to Leo ma dużą chatę.
– No tak, jest jeszcze Mika.
– On też ma całkiem niezłą miejscówkę – mówię, kiedy na podjeździe cofam i parkuję tyłem przed garażem, do którego po chwili wjeżdżam. – Jesteś już bezpieczna.
– Masz wysokie ogrodzenie – zauważa, gdy brama garażowa powoli się zamyka i zasłania widok.
– Lubię prywatność, więc wolę, żeby inni nie zaglądali przez płot. Jeszcze by zobaczyli jakiegoś trupa – rzucam żartobliwie i chyba udaje mi się ją rozbawić, bo widzę nikły uśmiech na pięknych ustach brunetki.
Wysiadamy z auta, a po kilku sekundach otwieram drzwi prowadzące z garażu do przedsionka, który jest łącznikiem między holem, skąd mam widok na drzwi frontowe, a całą resztą domu. Kiedy zamykam za nami, Valentina się rozgląda, więc bez pośpiechu idę pierwszy do kuchni, słysząc za sobą jej kroki. Podchodzę do wyspy kuchennej, ściągam marynarkę i odwieszam ją na jedno z krzeseł, po czym uśmiecham się i machnięciem ręki zapraszam ją do zajęcia miejsca.
– Głodna?
– Napiłabym się czegoś.
– Sok? Woda? Czy coś innego?
– Woda gazowana, jeśli masz.
– Służę. – Podaję jej wysoką szklankę napełnioną wodą z bąbelkami.
Widzę, jak gasi pragnienie. A ja muszę ugasić swoją ciekawość, która nie da mi teraz żyć.
Przyglądam się mojemu gościowi, a w głowie aż huczy mi od domysłów. Powiedzieć, że jestem zaskoczony, to tak jakby nic nie powiedzieć. Za żadne skarby świata nie spodziewałbym się zobaczyć w mojej restauracji Valentiny Romano. I to takiej wyrośniętej, dorosłej i kurewsko pobitej, ale wciąż pięknej. Zawsze była ładna i zawsze miałem do niej słabość. Gdyby wtedy nie zniknęła… Zresztą było, minęło. Nie cofnę się do przeszłości, żeby zapytać, czy pójdzie ze mną na szkolną potańcówkę. Ale za to teraz mogę się nią zaopiekować, mimo że nie bardzo wiem, co o tym wszystkim myśleć. Jednak przez wzgląd na dawne czasy nie chcę być świnią i odmawiać jej schronienia. Ona go potrzebuje, a ja mogę jej go dać.
Odsuwam dla siebie krzesło i siadam. Nie chcę stać, kiedy będę ją wypytywał, bo mógłbym wyglądać jak jej oprawca. A to w jej obecnym stanie byłoby z mojej strony draństwem. W sumie to jestem draniem, ale nie dla niej. Mogę być dla wszystkich, ale nie dla Romano.
– Zniknęłaś – zaczynam.
– Si.
– Nie wiedziałem, co się z tobą później działo.
– To był i w sumie jest dość mroczny okres mojego życia.
– Masz na myśli dorosłość?
– To opowieść na razie bez szczęśliwego zakończenia.
– To znaczy? – pytam i uważnie się jej przyglądam. Naprawdę mam ochotę komuś wpierdolić.
– To znaczy, że ona się wciąż pisze, Reno. Wciąż piłka w grze, ale nie znam wyniku.
– Zmartwię cię, ale nikt go nie zna, na tym polega życie.
– Może i tak. – Upija łyk swojej gazowanej wody. – Przygotowywano nas do pracy dla tutejszych – mówiąc to, bawi się szklanką, którą obraca w dłoniach – biznesmenów.
– Nie rozumiem… – Udaję, że nie mam pojęcia, o czym mówi, a prawda jest taka, że doskonale zdaję sobie sprawę, co to znaczy. Chcę po prostu wyciągnąć od niej jak najwięcej.
– Szkolono nas, żebyśmy pracowali dla ludzi twojego pokroju, Reno.
– Mojego pokroju – powtarzam.
– No tak, dobrze wiesz, o co mi chodzi. Więc nie obrażaj się, ale nie jesteś jak inni, jesteś z mafii.
– Racja, wywodzę się ze świata przestępczego.
– Si.
– Ale dlaczego teraz się u mnie zjawiasz, a nie przyszłaś wcześniej? Co cię powstrzymywało? Już od dawna jesteś dorosła.
– Bo nawet jakbym chciała odejść, nie mogłam.
– Dlaczego? – dopytuję, bo chociaż znam mechanizmy rządzące tym światem, to jednak nie bardzo tym razem rozumiem. – Raczej nie miałaś nic wspólnego z działaniami swojego szefa.
– Może i nie, ale on miał coś, co trzymało mnie na miejscu.
– Szantaż?
– Po części tak. – Spuszcza głowę, a ciemne kosmyki delikatnie falują wokół jej pobitej twarzy. Cicho wzdycha. – Na każdego z nas znajdowano „coś”, dzięki czemu mogli rządzić naszym życiem. To nie było tak – unosi na mnie spojrzenie – że byliśmy zmuszani do czegoś. Płacono nam za naszą pracę. Teoretycznie mieliśmy wybór, który jednak nie był wyborem.
– Tak zwane propozycje nie do odrzucenia.
– Tak.
– Kurwa – klnę. – Znam ten wybór. To wybór między złem a skurwysyństwem.
– Jesteś z mafii, Renado. Ale chodziło o to, że za wybór odejścia każde z nas zapłaciłoby wysoką cenę. Czasem zbyt wysoką.
– To znaczy swoim życiem?
– Si lub w najgorszym, i w sumie najczęstszym przypadku, czyimś życiem.
– Rozumiem.
– Ja zwyczajnie miałam pecha, Reno. Mój ojciec był, kim był. Osoba, która umieściła mnie u siostrzyczek… To był chyba biznes dla mojej ciotki. My – podkreśla – byliśmy biznesem dla niej.
– Jakim?
– Nie jestem pewna. Nie mam dowodów, ale chyba była coś komuś winna. I prawdopodobnie wolała się pozbyć ciężaru, zapewne za anulowanie długu. Tak myślę, chociaż nikt nigdy mi tego nie potwierdził.
– A twój ojciec wiedział o rzeczach, za które zapłacił głową.
– Si. A mama była zwyczajnie przypadkową ofiarą.
– Przykro mi.
– Dzięki, ale to im życia nie przywróci, chociaż chciałabym.
– Okej. Czyli przygotowano cię do pracy dla paskudnych ludzi.
– Owszem.
– A reszta? Życie? Mieszkanie? Znajomi? Chłopak? – wypytuję ją, chociaż to ostatnie ledwo przechodzi mi przez gardło. Coś irracjonalnego zagnieżdża się we mnie, tak irracjonalnego jak zazdrość.
Niepojęte…
– Mam mieszkanie, miałam względną wolność oraz pracę polegającą na wykonywaniu tego, za co mi płacono, i udawanie głuchej. Ale… nie mogłam nigdzie wyjechać. Nawet gdy byłam chora, sprawdzano, czy nie symuluję.
– Ja pierdolę. Jak jebany obóz pracy.
– Zdziwiony?
– Trochę tak, bo to jest chore.
– Ten świat jest chory, Reno. Wszystko się w nim kręci wokół forsy. I wszyscy.
– Ale mimo to tu jesteś. Mimo że twoje pojawienie się u mnie będzie miało swoje konsekwencje, jesteś tu.
– Reno, ja już je ponoszę. Widzisz to? – Wskazuje na swoją twarz. – To jest właśnie konsekwencja. Tak naprawdę niczego nie zrobiłam. Chciałam tylko żyć, oddychać i się nie bać. Czuć się bezpieczna. A trafiłam do skurwieli, którzy teraz chcą mnie zabić. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Alicja Matyjas, Wiktoria Kowalska
Redakcja techniczna: Mariusz Gołdyn
Konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Copyright © 2026
@ by Anna Wolf
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-978740-8-4
Wydawnictwo Wolf
Wydanie I
Gorzów Wielkopolski 2026
Wyprodukowano w Polsce
