Passione. Reno Renado - Anna Wolf - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Passione. Reno Renado ebook i audiobook

Wolf Anna

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

656 osób interesuje się tą książką

Opis

Sekrety skrywane przez lata powoli wychodzą na jaw. Niczego nie ułatwiają, a jedynie jeszcze bardziej wszystko komplikują. 
Plan Valentiny Romano jest prosty – uciec i przeżyć. Niestety jedyna osoba, która może jej w tym pomóc, to Reno Renado. Tymczasem mężczyzna jest tak zaskoczony widokiem dziewczyny, że dopiero po chwili ją rozpoznaje. Dowiaduje się, że osoba, która zagraża dziewczynie, od teraz jest również jego wrogiem. Wrogiem, który posunie się do naprawdę morderczych rzeczy, żeby osiągnąć cel. Pomoc mafii, którą Renado ofiarowuje Valentinie, ma jednak swoją cenę, a jest nią czyjaś śmierć.
Żadne z nich nie wie, kto tak naprawdę pociąga za sznurki. I nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Na szali stanie nie tylko ich życie, ale również uczucia. 

 Kontynuacja Salvezzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 296

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mateusz Drozda

Oceny
4,2 (23 oceny)
15
4
1
0
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
madlenna1

Nie polecam

Kolejny gniot od pseudo autorki. SERIO LEPIEJ iść na spacer .. Te super recenzję to chyba and koleżanek albo pseudo recenzentek którym podarowała darmowy egzemplarz badziewia
31
kkkkkkkkkkkkk
(edytowany)

Nie polecam

Poplątanie z pomyleniem. Widać że Wolf się kończy z każdą kolejną książka coraz większy bajzel przykrywający brak pomysłów.nic dziwnego że założyła wydawnictwo żeby publikować te gnioty
43
Olazd

Dobrze spędzony czas

Trochę przegadana i brakuje opisu pobytu w szpitalu.
00
SylwuniaBieganska

Nie oderwiesz się od lektury

Stanowczo za krótka🙂
00
ElzMan

Nie polecam

nie da sie czytać , mam wrażenie ze pisala to nastolatka
00



Rozdział 1

Reno

Noce w Jer­sey City by­wa­ją zdra­dziec­kie. Tak jak dzi­siej­sza, kie­dy spo­glą­dam na to klę­czą­ce i chu­ja war­te ścier­wo przede mną. Wiem, co po­wi­nie­nem z nim zro­bić, a mia­no­wi­cie nie pier­do­lić się i dać ko­le­sio­wi to, na co za­słu­żył. Tyl­ko czy ten skur­wiel za­słu­żył na taki los, któ­ry dla nie­go za­pla­no­wa­łem? Nie są­dzę. A jed­nak i tak to zro­bię. Spra­wy z Man­za­nim za­szły za da­le­ko, zde­cy­do­wa­nie za da­le­ko. A ta klę­czą­ca kur­wa pró­bo­wa­ła mnie za­bić, więc nie­ste­ty, ale dzi­siaj za­koń­czy ży­wot na tym ludz­kim łez pa­do­le.

– Od­po­wia­daj – ce­dzę, jed­nak on wy­bie­ra mil­cze­nie.

Li­czę w my­ślach, żeby dać skur­wie­lo­wi szan­sę, bo nie chcę od razu pod­rzy­nać mu gar­dła, ale nikt nie po­wie­dział, że nie uży­ję in­nych środ­ków. Dla­te­go ude­rzam go po­now­nie w tę par­szy­wą gębę, a krew roz­bry­zgu­je się i nie­for­tun­nie lą­du­je na mo­jej twa­rzy. Się­gam do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki po ma­te­ria­ło­wą chu­s­tecz­kę i ście­ram nią czer­wo­ną ciecz. Nie zno­szę tego za­pa­chu, ale nikt nie po­wie­dział, że w tej bran­ży bę­dzie lek­ko. Je­śli ktoś mnie wkur­wi, nie mam li­to­ści. To nie Leo jest skur­wie­lem w tej ro­dzi­nie. Tyl­ko ja.

– On chy­ba nam nic nie wy­śpie­wa, sze­fie.

– Chy­ba to on w ogó­le już nie wy­glą­da. – Po­chy­lam gło­wę nad jego zwi­sa­ją­cym smęt­nie cze­re­pem. – Jak tego nie zro­bisz – mó­wię wy­raź­nie, żeby do­brze mnie usły­szał, pod­czas gdy mój czło­wiek trzy­ma go na klęcz­kach za ręce od tyłu – umrzesz tu­taj. W tym ciem­nym za­uł­ku. I przez bar­dzo dłu­gi czas nikt się na­wet nie do­wie, że zde­chłeś. Więc, jak bę­dzie?

– Wolę się spo­tkać ze Świę­tym Pio­trem, niż co­kol­wiek wam po­wie­dzieć, skur­wie­le – chry­pi.

Jed­nak nie chce ga­dać. Nie to nie. Mówi się „trud­no” i pla­nu­je się jego śmierć. Wy­pro­wa­dzam kil­ka cio­sów, aż jego cia­ło sta­je się zwiot­cza­łe. Czy­li ze­mdlał. Więc po spra­wie.

– Puść tego gno­ja.

– Co z nim ro­bi­my? – do­py­tu­je Gia­co­mo.

– Wy­kończ go – mó­wię spo­koj­nie. – Tym ra­zem nie uba­bram się we krwi bar­dziej, niż to ko­niecz­ne. Tro­chę za dużo mam już tru­pów na za­ple­czu.

– Kul­ka w łeb?

– Nie. Po­de­rżnij mu tym – po­da­ję nóż – gar­dło, niech się wy­krwa­wi od wła­snej bro­ni. – Ście­ram chu­s­tecz­ką krew z dło­ni, któ­rej nie do­strze­głem, po czym cho­wam ma­te­riał do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. – A kie­dy skoń­czysz, niech tu­taj zgni­je.

– W tym za­uł­ku?

– To jest taka dziel­ni­ca, że na­wet je­śli znaj­dą cia­ło, to wpi­szą je na li­stę na­pa­ści. Nie doj­dą, kto go za­bił. Ot, przy­pad­ko­wa ofia­ra.

– Nie ma na­rzę­dzia zbrod­ni i po pro­ble­mie, boss.

– I naj­waż­niej­sze, że nie ma świad­ków, prócz na­szej dwój­ki.

– Si.

– Za­cią­gnij go za kar­to­ny, bę­dzie mniej wi­docz­ny – na­ka­zu­ję mo­je­mu czło­wie­ko­wi.

Ten kiwa gło­wą i wy­ko­nu­je moje po­le­ce­nie, gdy ja spo­koj­nie od­wra­cam się i na nie­go cze­kam. Czy mam wy­rzu­ty su­mie­nia? Nie­ko­niecz­nie. To by­dlę do­sko­czy­ło do mnie, kie­dy wy­szli­śmy z auta i po­szli­śmy się przejść. Tak zwy­czaj­nie jak prze­chod­nie. A kie­dy za­uwa­ży­łem, że je­ste­śmy śle­dze­ni, zwin­nie go tu­taj ścią­gnę­li­śmy. Ten chuj wy­cią­gnął nóż, my­śląc, że mnie chy­ba za­bi­je. Ale ze mną nie tak ła­two, bo ode­bra­łem mu ten ko­zik, a póź­niej spra­wa szyb­ko się po­to­czy­ła. Nie mam pew­no­ści, ale pra­wie na dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent to czło­wiek Man­za­nie­go. Bo któż inny chciał­by na­szej śmier­ci? Tyl­ko on. Po­sta­ra­łem się więc, żeby nikt nas nie na­krył, a dla bez­pie­czeń­stwa zo­sta­wi­łem Ga­spa­ra na cza­tach.

– Go­to­we, sze­fie – in­for­mu­je mnie Gia­co­mo, któ­ry zo­sta­wił tru­pa tam, gdzie mu ka­za­łem.

Wy­cho­dzi­my ze śle­pej ulicz­ki, do któ­rej na­wet Pan Bóg by nie zaj­rzał.

– Czy­sto, sze­fie – od­zy­wa się Ga­spar na nasz wi­dok.

– O tak póź­nej po­rze ra­czej ży­we­go du­cha się w tym miej­scu nie uświad­czy. Gli­ny też się tu­taj nie za­pusz­cza­ją, ale le­piej być przy­go­to­wa­nym.

– Zo­sta­wia­my tego skur­wie­la, ot tak? – dzi­wi się.

– Tak – od­po­wia­da Gia­co­mo, kie­dy całą trój­ką spo­koj­nie i bez po­śpie­chu wę­dru­je­my do za­par­ko­wa­ne­go ja­kieś dwie­ście me­trów da­lej auta.

Od­jeż­dża­my z miej­sca zbrod­ni i mniej wię­cej kwa­drans póź­niej wjeż­dża­my w zna­ne mi re­wi­ry. Ostat­nio, dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa, od­pu­ści­łem so­bie by­wa­nie w moim lo­ka­lu, ale pora wró­cić na wła­ści­we tory. Kie­dy więc Ga­spar par­ku­je we wska­za­nym prze­ze mnie miej­scu, nie kry­je zdzi­wie­nia.

– Nie przed piz­ze­rią?

– Nie. Ty jedź, a my się przej­dzie­my. Bra­ku­je mi noc­ne­go ży­cia Jer­sey City – mó­wię.

– Chy­ba atrak­cji na dzi­siaj mamy aż nad­to – rzu­ca z prze­ką­sem Gia­co­mo, na co się śmie­ję. – Szef przy­cią­ga kło­po­ty jak pa­dli­na sępy.

– Być może, ale nie będę się cho­wał ni­czym szczur okrę­to­wy, a póź­niej spier­da­lał. Nie je­stem piz­dą – mó­wię i wy­sia­dam.

Auto od­jeż­dża, a my ru­sza­my po­wol­nym kro­kiem uli­cą. Tu­taj jest zu­peł­nie ina­czej. Wia­do­mo, wszę­dzie moż­na obe­rwać, ale w tej czę­ści mia­sta jest bez­piecz­niej, dla­te­go mam tu swój lo­kal.

– Co tam, sze­fie? – pyta Gia­co­mo, kie­dy rap­tow­nie przy­sta­ję.

Bez sło­wa ki­wam gło­wą w kie­run­ku pew­ne­go zaj­ścia. Obaj sta­je­my poza za­się­giem świa­tła ulicz­nej la­tar­ni i ob­ser­wu­je­my, co się dzie­je po dru­giej stro­nie uli­cy. Ża­den z nas nie re­agu­je. Dla­cze­go? Bo nie chce­my się mie­szać w nie swo­je spra­wy. Pa­nu­je jed­na za­sa­da, no może kil­ka, a na­czel­na to taka, że wła­sne bru­dy pie­rze się u sie­bie na dziel­ni i nikt się nie wtrą­ca, chy­ba że ty­czy się to ko­goś po­stron­ne­go, wte­dy moż­na za­re­ago­wać. W tym wy­pad­ku tak nie jest. Po­stron­ny­mi oso­ba­mi je­ste­śmy my. Ale gdy­by­śmy zo­sta­li za­ata­ko­wa­ni, wte­dy źle by się to dla wszyst­kich skoń­czy­ło. I cho­ciaż cza­sy krwa­wych po­ra­chun­ków za­ła­twia­nych na uli­cach po­wo­li prze­mi­ja­ją, by­wa­ją ta­kie chwi­le jak ta dzi­siaj. Nie je­stem z tego dum­ny, ale chcę jesz­cze po­żyć. Dla­te­go nie re­agu­ję i może źle ro­bię, ale prze­szko­dzić im nie za­mie­rzam. Po ostat­niej strze­la­ni­nie mam do­syć. Rana na no­dze jest za­go­jo­na, mu­sia­łem na­wet przejść ja­kąś za­sra­ną re­ha­bi­li­ta­cję, ale je­stem pra­wie jak nowy. I „pra­wie” to sło­wo klu­czo­we. Bo na­ło­ży­łem sam na sie­bie za­kaz wda­wa­nia się w ja­kieś bez­sen­sow­ne bój­ki czy wy­mia­nę zdań na pię­ści. Tyl­ko że dzi­siaj tak tro­chę mnie po­nio­sło. Chcia­łem się do­wie­dzieć, gdzie prze­by­wa ta kur­wa, Man­za­ni, bo jak­by się pod zie­mię za­padł. A ten chuj jest dla nas re­al­nym za­gro­że­niem. Po­nie­waż zaś Leo ma swo­je ży­cie i Mię, tak samo jak Mika i Car­la, zo­sta­ję ja… Je­stem wol­ny jak pta­szek, więc ni­czym nie ry­zy­ku­ję, no może je­dy­nie wła­snym ży­ciem, któ­re lu­bię. Mam więc za­miar wy­ko­rzy­stać swo­ją wol­ność, żeby zła­pać tego skur­wy­sy­na przy­po­mi­na­ją­ce­go gów­no przy­kle­jo­ne do po­de­szwy mo­je­go buta.

Igno­ru­jąc sce­nę, od­wra­cam gło­wę i za­cią­gam się już pra­wie wio­sen­nym po­wie­trzem, cho­ciaż ciut chłod­nym ze wzglę­du na wie­czo­ro­wą porę. Po­pra­wiam weł­nia­ną ma­ry­nar­kę, a na­stęp­nie ru­szam przed sie­bie ni­czym zwy­kły prze­cho­dzień, choć nim nie je­stem, a Gia­co­mo po­dą­ża za mną ni­czym cień. Nie mam tylu lu­dzi, co Leo czy cho­ciaż­by Reno. Nie po­trze­bu­ję. Ga­spar i Gia­co­mo wy­star­czą. Je­den od­po­wia­da za pil­no­wa­nie, żeby biz­ne­sy szły do­brze, dru­gi jest od wszyst­kie­go.

– Par­szy­we z nas gnoj­ki – od­zy­wam się.

– Bo mu nie po­mo­że­my? – pyta, gdy się od­da­la­my.

– Tak, ale nie wie­my, co to za je­den – od­po­wia­dam.

– Czy­li naj­le­piej się nie mie­szać.

– Si. My mamy inną spra­wę do za­ła­twie­nia.

– Ro­zu­miem, że Man­za­ni spę­dza sze­fo­wi sen z po­wiek – cmo­ka Gia­co­mo.

– Ten ko­leś jest ku­rew­sko nie­bez­piecz­ny i nie­obli­czal­ny. Po pro­stu trze­ba go zła­pać i zu­ty­li­zo­wać, zwłasz­cza że na­sy­ła na mnie ja­kichś cho­ler­nych po­je­bów.

– A co na to pań­scy bra­cia?

– Oni są za­ję­ci wi­ciem gniaz­dek, a ja po­zo­sta­łem sam i nie mam tego ob­cią­że­nia. Nikt po mnie pła­kać nie bę­dzie, Gia­co­mo.

– Ale ma pan ro­dzi­nę, któ­ra ra­czej nie by­ła­by za­do­wo­lo­na z pań­skiej śmier­ci.

– Każ­dy z nas kie­dyś umrze, tyl­ko w in­nym cza­sie. So­bie pi­sa­nym.

– Niby tak.

– Chodź do piz­ze­rii. Naj­le­piej mi się my­śli przy je­dze­niu – oświad­czam.

Po­wol­nym kro­kiem, ob­ser­wu­jąc oko­li­cę, idę w kie­run­ku mo­je­go lo­ka­lu, któ­re­go do­ro­bi­łem się sam. Ku­pi­łem go za pie­nią­dze po­cho­dzą­ce z nie do koń­ca le­gal­ne­go źró­dła, ale waż­ne, że biz­nes jest le­gal­ny. Po pro­stu ro­bi­my do­brą piz­zę oraz ma­ka­ro­ny. Mój lo­kal to nie re­stau­ra­cja z je­dze­niem za mi­lio­ny. Jest smacz­nie, do­brze i pra­wie każ­de­go stać. Suk­ces po­le­ga nie na szyb­kim do­ro­bie­niu się. Po­le­ga na zdo­by­wa­niu za­ufa­nia, ser­wo­wa­niu wię­cej za mniej. Je­śli star­cza mi na ra­chun­ki za lo­kal, opła­ce­nie mo­ich pra­cow­ni­ków i zo­sta­je mi jesz­cze na ży­cie, to jest do­brze. Pew­nie gdy­bym pod­niósł ceny, lu­dzie da­lej by przy­cho­dzi­li, tyl­ko że to bez sen­su. Sa­mot­ne mat­ki nie­ko­niecz­nie by­ło­by stać na zje­dze­nie cho­ciaż­by piz­zy. Dla­te­go każ­dy wie, że u mnie zje smacz­nie i za przy­stęp­ną cenę.

Ale ten biz­nes nie po­zwa­la na ży­cie po­nad stan, bo do tego po­trze­ba już in­nych pie­nię­dzy. A że je­stem Re­na­do i lu­bię pie­nią­dze, o któ­re nie trze­ba się mar­twić, ce­nię każ­dy do­dat­ko­wy szmal, na­wet je­śli jego przy­pływ nie­ko­niecz­nie jest le­gal­ny. Żeby za­głu­szyć odro­bi­nę wy­rzu­ty su­mie­nia, że jed­nak je­stem dra­niem, daję dat­ki. Ano­ni­mo­wo. Nie lu­bię się tym cheł­pić. Po pro­stu się dzie­lę.

– Chy­ba zgłod­nia­łem – od­zy­wa się Gia­co­mo, kie­dy wcho­dzi­my do środ­ka.

– Piz­za i ma­ka­ron po­pra­wią nam hu­mor.

– W su­mie – uśmie­cha się – do­brej piz­zy nie od­mó­wię.

– Wła­śnie. – Bez­gło­śnie wi­tam się z kel­ner­ką i po­ka­zu­ję mo­je­mu czło­wie­ko­wi, żeby usiadł przy na­szym sto­li­ku. – Za­raz wró­cę.

– Ja­sne, boss.

Kie­dy on zaj­mu­je miej­sce, ja za­cho­dzę do kuch­ni, gdzie wi­tam się z ku­cha­rzem. Gior­gio po­da­je mi rękę, któ­rą uprzed­nio wy­tarł w far­tuch, po­nie­waż była cała w mące.

– Wi­tam, sze­fie.

– Da radę za­mó­wić u cie­bie jesz­cze piz­zę?

– Dla pana za­wsze i o każ­dej po­rze. Jak się szef czu­je?

– Do­brze – tro­chę kła­mię, bo noga po po­strza­le cza­sem daje o so­bie znać.

– To jak do­brze, to w ta­kim ra­zie za­bie­ram się za przy­go­to­wa­nie ko­la­cji. Taka sama co zwy­kle?

– Si – od­po­wia­dam i wy­cho­dzę.

Mi­jam bar i pod­cho­dzę do na­sze­go sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzi już rów­nież Ga­spar. Po­ka­zu­ję ręką, żeby nie wsta­wa­li, a na­stęp­nie od­su­wam so­bie krze­sło i do­sia­dam się do nich.

– Coś mnie omi­nę­ło? – py­tam, bo wy­glą­da­ją, jak­by o czymś dys­ku­to­wa­li.

– Za­sta­na­wia­my się, jak zła­pać tego ca­łe­go Man­za­nie­go. Jest o krok przed nami.

– To jest coś, co sam chciał­bym wie­dzieć.

Roz­ma­wia­my, do­pó­ki nie zo­sta­je przy­nie­sio­na na­sza ko­la­cja. Kel­ner­ka sta­wia piz­zę, któ­ra jak zwy­kle jest spo­ra, a że chło­pa­ki mają żo­łąd­ki bez dna, to oba­wiam się, że może jej za­brak­nąć.

– Smacz­ne­go – od­zy­wam się.

– Smacz­ne­go, sze­fie – mó­wią jed­no­cze­śnie.

Się­gam po ka­wa­łek. No, nie­bo w gę­bie. Cią­gną­ca się moz­za­rel­la… Ko­cham wło­ską kuch­nię.

*

Po skoń­czo­nym po­sił­ku każę chło­pa­kom wra­cać do domu, po­nie­waż jest póź­no. Przy oka­zji in­for­mu­ję ich, że sam się od­sta­wię au­tem. Nie je­stem nie­peł­no­spraw­ny, żeby dzi­siaj mu­siał mnie któ­ryś z nich od­wo­zić. Oni też mają swo­je ro­dzi­ny, a te ro­zu­mie­ją, że pra­ca dla mnie jest wy­ma­ga­ją­ca, ale nie je­stem skur­wy­sy­nem, żeby ojca za­bie­rać dziec­ku. W tej ro­bo­cie ni­g­dy jed­nak nic nie wia­do­mo. Wszy­scy mają tego świa­do­mość.

– Do ju­tra, chło­pa­ki – że­gnam się z nimi.

– Bu­ona not­te, boss.

Kie­dy zo­sta­ję sam, spo­glą­dam na ze­ga­rek. Oka­zu­je się, że nie­dłu­go za­my­ka­my lo­kal. Jest póź­no i już o tej po­rze nikt się nie zja­wi, a to spra­wia, że wsta­ję i zgar­niam kar­ty dań z pu­stych sto­li­ków. Gdy się mię­dzy nimi prze­cha­dzam, rzu­ca mi się w oczy jed­na oso­ba. Sie­dzi ze spusz­czo­ną gło­wą i grze­bie wi­del­cem w ta­le­rzu. Wy­glą­da, jak­by mia­ła kło­po­ty, co nie jest moim zmar­twie­niem, lub nie pod­cho­dzi jej ma­ka­ron, a to już jest moje zmar­twie­nie. Klien­tom po­win­na sma­ko­wać na­sza kuch­nia. Mam za­miar po­dejść i za­py­tać, ale na dro­dze wy­ra­sta mi kel­ner­ka.

– Szef kuch­ni pro­si o roz­mo­wę, pa­nie Re­na­do – oświad­cza.

– Coś się sta­ło?

– Nie wiem, wy­glą­dał na ze­stre­so­wa­ne­go.

– Dzię­ki. A ty po­dejdź do sto­li­ka za tobą i do­wiedz się, dla­cze­go klien­to­wi nie sma­ku­je nasz ma­ka­ron.

– Mam za­py­tać o… – Od­wra­ca gło­wę, po czym spo­glą­da na mnie. – Tam ni­ko­go nie ma.

– Sie­dzi… – ury­wam na wi­dok pu­ste­go sto­li­ka.

– Ten ktoś wy­szedł, sze­fie. Więc już się ni­cze­go nie do­wie­my.

– Do­bra. Po­zbie­raj resz­tę kart i za­cznij od­wra­cać krze­sła na sto­li­ki, żeby po­zo­sta­li klien­ci wie­dzie­li, że nie­dłu­go za­my­ka­my.

– Ja­sne, boss.

Zo­sta­wiam Stel­lę i ru­szam na roz­mo­wę z ku­cha­rzem, nie ma­jąc po­ję­cia, o co cho­dzi. Oby to nie były złe no­wi­ny, bo ta­kich ostat­nio, kur­wa, nie lu­bię.

Rozdział 2

Valentina

Reno Re­na­do mnie nie po­znał. Na­praw­dę. W su­mie to chy­ba nie po­win­nam się dzi­wić. Ostat­ni raz, kie­dy się wi­dzie­li­śmy, by­li­śmy na­sto­lat­ka­mi i cho­dzi­li­śmy do tej sa­mej szko­ły. A te­raz każ­de z nas jest do­ro­słe i ma swo­je ży­cie.

Ci­cho wzdy­cham, bo upły­nę­ło tyle cza­su, że to był­by cud, gdy­by sta­ło się ina­czej. Jed­nak i tak je­stem ja­koś za­wie­dzio­na. W su­mie to li­czy­łam na… sama nie wiem na co. Prze­cież nie wy­krzyk­nął­by ra­do­śnie mo­je­go imie­nia ani tym bar­dziej mnie nie przy­tu­lił, cho­ciaż daw­no temu wła­śnie tak by było. A dzi­siaj pa­trzy jak na obcą oso­bę. By­wa­ją ta­kie dni, że sama sie­bie nie roz­po­zna­ję. Choć z lu­strza­ne­go od­bi­cia pa­trzy na mnie do­ro­sła ko­bie­ta, to cza­sem robi to ocza­mi na­sto­lat­ki, któ­rej pew­ne­go dnia świat się zmie­nił i ni­g­dy nie wró­cił na wła­ści­wą or­bi­tę.

A on i ja… Jezu, na­wet nie wiem, czy on bę­dzie mi w sta­nie po­móc. Tak bar­dzo chcia­łam go zo­ba­czyć. Przez chwi­lę po­czuć się jak daw­niej. Tyl­ko to mi po­zo­sta­ło: mi­nio­ne lata, wspo­mnie­nia oraz ży­cie, któ­re mia­łam i zna­łam… To już nie wró­ci. A on to tak na­praw­dę je­dy­na oso­ba, do któ­rej mo­głam udać się po po­moc. To męż­czy­zna, któ­ry nie zwie­je ani nie bę­dzie się bał, kie­dy mu o wszyst­kim opo­wiem. Zwłasz­cza że na jego gło­wę też jest zle­ce­nie. Tyl­ko że Re­na­do to Re­na­do. To na­zwi­sko bu­dzi re­spekt i mo­gło­by ura­to­wać moją przy­szłość, bo prze­szłość naj­le­piej zo­sta­wić za sobą. Nie­mniej oba­wiam się, że to moje po­boż­ne ży­cze­nie.

Prze­cie­ram twarz, zmę­czo­na wie­dzą, któ­ra bywa nie­bez­piecz­na, cho­ciaż wła­śnie ona daje mi wła­dzę. Nie za­wsze jed­nak roz­wią­zu­je pro­ble­my. Na przy­kład ten, że ktoś chce mnie zli­kwi­do­wać. I nie ma zna­cze­nia, że nie wy­ko­rzy­stam tego prze­ciw­ko mo­je­mu sze­fo­wi. Li­czy się tyl­ko to, że mo­gła­bym i że wiem.

Wy­pusz­czam ci­cho od­dech i ru­szam przed sie­bie. Nie­da­le­ko jest ho­tel, w któ­rym się za­trzy­ma­łam. Pła­ci­łam go­tów­ką, co za­pew­nia mi bez­pie­czeń­stwo, bo je­stem zwy­czaj­nie nie do na­mie­rze­nia. W tym celu po­zby­łam się też te­le­fo­nu. Wolę dmu­chać na zim­ne. Dla­te­go idę po­wo­li, żeby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń, bo je­stem prze­cież prze­cięt­ną dziew­czy­ną miesz­ka­ją­cą w Jer­sey City. Na­wet je­śli praw­da jest zu­peł­nie inna.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach znaj­du­ję się już w wy­na­ję­tym po­ko­ju. Za­my­kam drzwi na wszyst­kie zam­ki, się­gam po krze­sło i blo­ku­ję nim klam­kę, gdyż chcę się po­czuć odro­bi­nę bez­piecz­niej. Spraw­dzam po­now­nie, czy za­mknę­łam, na­stęp­nie włą­czam lamp­kę noc­ną. Zrzu­cam z sie­bie blu­zę oraz pe­ru­kę i wcho­dzę do ma­łej ła­zien­ki. Nie po­trze­bu­ję luk­su­sów, więc prysz­nic, to­a­le­ta i umy­wal­ka mi wy­star­czą.

Uno­szę gło­wę i spo­glą­dam w wi­szą­ce przede mną lu­stro, któ­re po­ka­zu­je coś, co jest nie­praw­dą. Mój wy­gląd jest nie­praw­dzi­wy, więc chu­s­tecz­ka­mi do de­ma­ki­ja­żu zmy­wam całą tę ma­skę, któ­rą dzi­siaj na­ło­ży­łam. Pod nią kry­je się coś, co chcia­ła­bym wy­ma­zać z pa­mię­ci, ale suk­ce­syw­ne zmy­wa­nie pu­dru, pod­kła­du, różu i tu­szu do rzęs wy­ła­nia po­bo­jo­wi­sko na mo­jej twa­rzy, ja­kie zro­bi­li mi inni. Ten wi­dok spra­wia, że do oczu na­pły­wa­ją mi łzy. Po­zwa­lam im pły­nąć, cho­ciaż i tak nic nie zmie­nią. Nie mogą. Odro­bi­nę mi jed­nak lżej.

Po zmy­ciu ca­łej ta­pe­ty spo­glą­dam na swo­ją twarz i krzy­wię się na jej wi­dok. Wiem, że się za­goi, jed­nak mogą zo­stać nie­wiel­kie bli­zny. Zresz­tą na­wet nie chcę my­śleć o resz­cie. Praw­da jest taka, że gdy­bym wie­dzia­ła, co dla mnie przy­szy­ko­wa­li, ni­g­dy w ży­ciu nie przy­szła­bym tam­te­go dnia do pra­cy. Uda­ła­bym cho­rą, mar­twą czy co­kol­wiek in­ne­go. Ale sta­ło się i mam za­miar spra­wić, że ich cho­ry plan spło­nie żyw­cem. Zresz­tą oni też by mo­gli. Tacy dra­nie na nic in­ne­go nie za­słu­gu­ją.

Chwi­lę póź­niej bio­rę prysz­nic. Sto­ję pod stru­mie­niem dość cie­płej wody, któ­ra spły­wa po moim cie­le fa­la­mi. Po­zwa­lam, żeby zmy­ła ze mnie ostat­nie kil­ka dni ży­cia, bo chcia­ła­bym o nich za­po­mnieć. Się­gam po my­dło i myję się de­li­kat­nie, żeby nie bo­la­ło. A kie­dy kil­ka mi­nut póź­niej wy­cie­ram się ręcz­ni­kiem, uda­ję, że nic mi nie jest. Gdy­bym tego nie ro­bi­ła, roz­bi­ła­bym się ni­czym szklan­ka zrzu­co­na na pod­ło­gę.

Po prysz­ni­cu sia­dam na łóż­ku, by od­po­cząć. Ucie­ka­nie i ży­cie w cią­głym stre­sie wy­kań­cza. Ale zro­bię to, co za­pla­no­wa­łam. Mu­szę. W prze­ci­wień­stwie do tam­tych mam su­mie­nie, któ­re mówi mi, że do­brze ro­bię. Na­wet je­śli tej nocy mało po­śpię, je­stem zde­ter­mi­no­wa­na, żeby wy­ko­nać plan. W su­mie to zmu­si­li mnie, że­bym wró­ci­ła do swo­jej prze­szło­ści. A ta za­bi­je, za­ko­pie lub spa­li, je­śli coś się ko­muś nie spodo­ba. Tro­chę się boję spo­tka­nia z męż­czy­zną, bo to już nie ten sam chło­pak. Ale nie mam wyj­ścia. Wyj­ściem jest on. Do­brym czy złym… prze­ko­nam się ju­tro. I nim się po­ło­żę, chcę spraw­dzić po­now­nie drzwi. Wsta­ję i ro­bię za­le­d­wie dwa kro­ki, gdyż do­strze­gam nie­znacz­nie po­ru­sza­ją­cą się klam­kę. Cięż­ko prze­ły­kam na ten wi­dok i po­spiesz­nie się roz­glą­dam, czy dam radę zwiać ina­czej niż przez drzwi. Nie­ste­ty to je­dy­na dro­ga uciecz­ki.

Wa­ham się, ale ro­bię krok do przo­du i zno­wu za­sty­gam, po­nie­waż sły­szę za drzwia­mi ja­kieś gło­sy.

– Kur­wa, za­mknię­te.

– Pew­nie jej tam nie ma.

Sztyw­nie­ję cała. Do­słow­nie jak­bym mia­ła pa­ra­liż.

– Wiem. Po pro­stu prócz ko­lo­ru wło­sów opis syl­wet­ki pra­wie pa­so­wał, ale to za mało. Wra­ca­my.

– Szef nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny.

– Si, ale cóż zro­bić…

Od­dech więź­nie mi w płu­cach, gdy sły­szę ostat­nie sło­wa, po czym gwał­tow­nie się uwal­nia, a ser­ce za­czy­na dud­nić ni­czym za­sra­ne dudy. Od­zy­sku­ję wła­dzę nad cia­łem, od­wra­cam się i wpa­dam do ła­zien­ki. W po­śpie­chu wcią­gam na sie­bie ubra­nie. Po mniej niż mi­nu­cie sto­ję już w bu­tach oraz blu­zie. Wkła­dam moją pe­ru­kę, po­pra­wiam to­reb­kę przez ra­mię i pod­cho­dzę do drzwi. Na­słu­chu­ję. Bo oni na bank przy­szli po mnie. Cze­kam, kie­dy będę mo­gła stąd na­wiać. Po­zo­sta­nie tu jest zbyt ry­zy­kow­ne, a ja po­wo­li tra­cę na­dzie­ję.

Li­czę w gło­wie se­kun­dy, a gdy do­cho­dzę do dzie­się­ciu i nic nie sły­szę za drzwia­mi, od­su­wam po ci­chu krze­sło. Prze­ły­kam śli­nę i wa­ham się. Otwo­rzyć czy nie? A może wciąż tam są. Rap­tem przy­po­mi­na mi się, że mam okno wy­cho­dzą­ce na uli­cę. Szyb­ko ga­szę świa­tło, pod­cho­dzę do ścia­ny i od­su­wam ciut cięż­ką ko­ta­rę. Sto­ję i pa­trzę. Może już po­szli, a może jesz­cze nie. Li­czę na łut szczę­ścia, ale nie­ste­ty ko­lej­na mi­nu­ta oka­zu­je się nada­rem­na, bo ni­ko­go nie do­strze­gam. To nie ozna­cza jed­nak, że ich tam nie ma.

– Szlag!

Od­su­wam się i wra­cam do wyj­ścia. Na­słu­chu­ję. Ci­sza.

Po mniej niż mi­nu­cie po­wo­li uchy­lam drzwi. Od­dy­cham z ulgą, kie­dy oka­zu­je się, że ko­ry­tarz jest pu­sty. Do klat­ki scho­do­wej mam nie­ca­łe dzie­sięć me­trów, któ­re po­ko­nu­ję bły­ska­wicz­nie, a na­stęp­nie zbie­gam szyb­ko scho­da­mi do holu. Da­ru­ję so­bie wy­mel­do­wa­nie, bo i tak za­pła­ci­łam za jed­ną dobę, więc so­bie sami we­zmą klucz z po­ko­ju. Mi­jam re­cep­cję i nie­zau­wa­żo­na wy­cho­dzę z bu­dyn­ku. Przy­sta­ję na chod­ni­ku i się roz­glą­dam. Czy­sto, ni­ko­go nie ma.

– Ufff – mam­ro­czę pod no­sem.

Ru­szam szyb­kim kro­kiem w ota­cza­ją­cą mnie i roz­świe­tla­ną je­dy­nie ulicz­ny­mi la­tar­nia­mi noc. Kie­ru­nek mam je­den. I po chwi­li cel znaj­du­je się w za­się­gu mo­je­go wzro­ku. To jed­nak nie ozna­cza, że tam do­trę. Ze ści­śnię­tym żo­łąd­kiem pra­wie bie­gnę. Mo­dlę się w du­chu, żeby on tam jesz­cze był. Je­śli go nie za­sta­nę, to nie wiem, co zro­bię.

Oglą­dam się przez ra­mię raz, po czym gnam przed sie­bie, li­cząc, że bę­dzie jesz­cze otwar­te. Ja­kież jest moje za­sko­cze­nie, kie­dy ła­pię za klam­kę i oka­zu­je się, że już za­mknę­li, mimo że w środ­ku pali się ni­kłe świa­tło. Za­ci­skam usta w wą­ską li­nię, od­wra­cam się ple­ca­mi do drzwi i ska­nu­ję oto­cze­nie. Ni­g­dzie nie wi­dzę tam­tych dra­ni, ale mogą się gdzieś jesz­cze cza­ić. Sama świa­do­mość tego spra­wia, że wstę­pu­je we mnie pa­ni­ka. Taka sama, jak wte­dy, kie­dy zo­sta­łam na­pad­nię­ta i o mało nie za­mor­do­wa­na. To uczu­cie te­raz jest po­dob­ne, jak­bym to­nę­ła. Nie mam ni­ko­go, do kogo mo­gła­bym się zgło­sić po po­moc. A to spra­wia, że nie bar­dzo wiem, co po­win­nam w tej za­ki­cha­nej sy­tu­acji zro­bić. Moja ostat­nia de­ska ra­tun­ku od­pły­nę­ła.

Za­gry­zam bo­le­śnie dol­ną war­gę mię­dzy zę­ba­mi i pró­bu­ję zna­leźć roz­wią­za­nie mo­je­go pro­ble­mu. Za­sta­na­wiam się, czy nie ma in­ne­go wej­ścia, może od za­ple­cza, któ­re­go nie za­uwa­ży­łam. Nie­ste­ty oka­zu­je się, że są­sia­du­ją­ce bu­dyn­ki są przy­kle­jo­ne do sie­bie, bez żad­ne­go za­uł­ku.

– Kur­wa! – mam­ro­czę pod no­sem, sto­jąc przed drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Mam ocho­tę za­wyć do księ­ży­ca, cho­ciaż to gów­no da, dla­te­go po­sta­na­wiam po­szu­kać ja­kie­goś in­ne­go ho­te­lu. Nie mam wyj­ścia i choć się oba­wiam, że zno­wu ktoś da im cynk i mnie sprząt­ną, to sto­ję i li­czę na cud. Na za­ki­cha­ny cud. Ale one zwy­czaj­nie nie zda­rza­ją się ta­kim jak ja.

Reno

Roz­mo­wa z ku­cha­rzem tro­chę się prze­cią­gnę­ła. Są­dzi­łem, że może coś z ro­dzi­ną lub chce zmie­nić pra­cę, co by mi się w chuj nie po­do­ba­ło, ale oka­za­ło się ina­czej. Po­trze­bo­wał mo­jej zgo­dy na wpro­wa­dze­nie dwóch no­wych dań, któ­re ugo­to­wał i dał mi do spró­bo­wa­nia. Po mo­jej ak­cep­ta­cji i do­ga­da­niu się, co do do­staw, mam to wszyst­ko z gło­wy.

– Do­bra­noc, sze­fie – mówi na od­chod­ne, już przy tyl­nych drzwiach.

– Do­bra­noc. Zo­ba­czy­my, jak go­ście za­re­agu­ją ju­tro na małą mo­dy­fi­ka­cję menu.

– Bę­dzie do­brze. Te­sto­wa­łem na pra­cow­ni­kach.

– I jak?

– Sma­ko­wa­ło im, więc nie prze­wi­du­ję, że z klien­ta­mi bę­dzie ina­czej.

– Zgo­da. – Ki­wam gło­wą, a on wy­cho­dzi.

Mnie po­zo­sta­je za­mknię­cie tego przy­byt­ku i wyj­ście od fron­tu, bo moje auto stoi od stro­ny uli­cy. Dla­te­go nie będę wy­cho­dził ty­łem, bo mu­siał­bym nad­ło­żyć dro­gi i zro­bił­bym nie­złe koło, żeby do­trzeć do sa­mo­cho­du. Mało kto wie, że od za­ple­cza jest po­dwór­ko, na któ­re wjeż­dża się z są­sied­niej uli­cy. Do­sta­wy od­by­wa­ją się wła­śnie tam­tę­dy. Przy oka­zji jest to dru­ga dro­ga ewa­ku­acji, gdy­by za­szła taka po­trze­ba. Lo­kal wy­bra­łem sta­ran­nie. Lu­bię być zwy­czaj­nie przy­go­to­wa­ny na nie­spo­dzie­wa­ne oko­licz­no­ści.

Wy­cho­dzę z kuch­ni i ru­szam do głów­nej sali, gdzie ga­szę ostat­nią lamp­kę przy kon­tu­arze, któ­rą Stel­la za­po­mnia­ła wy­łą­czyć. Na­stęp­nie się­gam po klucz do kie­sze­ni spodni i pod­cho­dzę do drzwi, ale ku mo­je­mu za­sko­cze­niu ktoś jest po dru­giej stro­nie. Wi­dzę, jak prze­cha­dza się tam i z po­wro­tem, więc się­gam pod połę ma­ry­nar­ki, wy­cią­gam splu­wę i spraw­dzam, czy jest na­ła­do­wa­na, a po se­kun­dzie bez­sze­lest­nie otwie­ram drzwi. Kie­dy osob­nik, któ­ry mnie nie za­uwa­ża, sta­je od­wró­co­ny ple­ca­mi, ja ro­bię krok do przo­du i wcią­gam go siłą do środ­ka. Nie­ste­ty ro­bię to tak nie­for­tun­nie, że upa­da, dla­te­go wy­ko­rzy­stu­ję prze­wa­gę i włą­czam oświe­tle­nie, po czym za­my­kam za­mek w drzwiach, żeby nikt nam nie prze­szka­dzał i żeby ten ktoś nie zwiał. Dla wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa trzy­mam w dło­ni opusz­czo­ne­go gna­ta. To ma być stra­szak, bo ra­czej wo­lał­bym dzi­siaj nie strze­lać.

– Kim je­steś? – py­tam de­li­kwen­ta, któ­ry się mo­zol­nie pod­no­si.

Nie od­po­wia­da, za to się od­wra­ca, a ja pa­trzę za­sko­czo­ny w oczy ko­bie­ty, któ­rej twarz jest po­kie­re­szo­wa­na. Blond wło­sy ma do oboj­czy­ków i ciut przy­gar­bio­ną syl­wet­kę, jak­by coś cięż­kie­go osia­dło jej na ra­mio­nach. Ale mimo tego wy­glą­da zna­jo­mo.

– Nie po­zna­jesz mnie, praw­da? – pada z ust, któ­re są w dwóch miej­scach roz­cię­te i oto­czo­ne si­nia­kiem.

Ja pier­do­lę, wy­glą­da, jak­by ktoś ją po­trak­to­wał tłucz­kiem do mię­sa.

– Nie – od­po­wia­dam krót­ko. – Po co się krę­cisz koło mo­jej re­stau­ra­cji o tak póź­nej po­rze? – py­tam wciąż chłod­nym to­nem. – Je­steś głod­na? Bez­dom­na?

Za­prze­cza ru­chem gło­wy i pa­trzy na mnie spod ciem­nych i gę­stych rzęs, któ­re już kie­dyś wi­dzia­łem. Przy­się­gam, że skądś ją znam.

– A te­raz mnie po­zna­jesz? – Się­ga do gło­wy i ła­pie za wło­sy, któ­re ku mo­je­mu za­sko­cze­niu oka­zu­ją się pe­ru­ką. – Na­praw­dę aż tak się zmie­ni­łam? – pyta, jak­by roz­cza­ro­wa­na, że jej nie po­zna­ję.

– A po­wi­nie­nem cię znać? – py­tam już z ni­kłym prze­bły­skiem w pa­mię­ci.

– Reno – szep­cze – za­wsze by­łeś naj­faj­niej­szy z ca­łe­go ro­dzeń­stwa. My­śla­łam, że swo­ją szkol­ną przy­ja­ciół­kę po­znasz, zwłasz­cza że dzie­li­li­śmy się je­dze­niem na prze­rwach i… – Na­gle ury­wa.

Ale wła­śnie to jest to, co spra­wia, że ro­bię wiel­kie oczy i prze­krzy­wiam gło­wę. Bo to… Ja­kim, kur­wa, cu­dem?!

– Va­len­ti­na – sa­pię. – Ale jak, do cho­le­ry?

– Za­sko­czo­ny? – Śmie­je się nie­zbyt przy­jem­nie. – Tyl­ko cie­ka­we, czy mile, a może od­wrot­nie.

– Kur­wa – klnę, a w na­stęp­nej se­kun­dzie cho­wam splu­wę oraz przy­bli­żam się do niej i ukła­dam dło­nie na jej ra­mio­nach. – Co ci się, do dia­bła, sta­ło? Skąd te si­nia­ki?

– Wiem, że nie wi­dzie­li­śmy się kupę lat, ale mu­si­my po­ga­dać. Chy­ba tyl­ko ty mo­żesz mi po­móc.

– Po­móc? Kto cię ści­ga? Tyl­ko nie kłam.

– Nie za­mie­rzam. Ści­ga mnie mój pra­co­daw­ca, w su­mie to były, cho­ciaż sama nie wiem. Tak czy ina­czej, chce mnie za­bić.

– To – wska­zu­ję na jej twarz – za­pew­ne jego ro­bo­ta – ce­dzę wkur­wio­ny na wi­dok dziew­czy­ny, któ­ra kie­dyś była dla mnie kimś wy­jąt­ko­wym.

– Si. – Za­ci­ska usta.

– Śle­dzą cię?

– Nie wiem. I nie wiem, ja­kim cu­dem, ale zna­leź­li mnie w ho­te­lu. Pła­ci­łam go­tów­ką, nie po­da­łam praw­dzi­wych da­nych i…

– To nie­waż­ne. Za­bie­ram cię stąd, a póź­niej mi wszyst­ko opo­wiesz. Bez­piecz­niej bę­dzie jed­nak, jak wyj­dziesz od za­ple­cza.

– Jest tu­taj dru­gie wyj­ście? – pyta za­sko­czo­na.

– Ow­szem. Zo­stań, a naj­le­piej scho­waj się w kuch­ni. – Mó­wiąc to, pro­wa­dzę ją tam. – Tu­taj je­steś bez­piecz­na. We­zmę auto i ob­ja­dę bu­dyn­ki. Wi­dzi­my się za chwi­lę.

– Dzię­ku­ję.

– Nie wiem, za co mi dzię­ku­jesz, ale nie po­do­ba mi się twój wy­gląd, mała. – Ki­wam jej i wy­cho­dzę, ga­sząc po dro­dze świa­tło.

Pod­cho­dzę do drzwi fron­to­wych, a na­stęp­nie za­my­kam re­stau­ra­cję, jak­bym przed chwi­lą z ni­kim nie roz­ma­wiał. Pod­rzu­cam klu­czy­ki w ręku i, ci­cho po­gwiz­du­jąc, ru­szam do za­par­ko­wa­ne­go nie­opo­dal sa­mo­cho­du. Wsia­dam i po kil­ku se­kun­dach od­jeż­dżam, żeby ode­brać dziew­czy­nę, do któ­rej daw­no temu czu­łem osza­ła­mia­ją­cą mię­tę.

Ja pie­przę! To Va­len­ti­na Ro­ma­no!

I kur­wa, kto­kol­wiek ją tak za­ła­twił, po­ża­łu­je, że ją tknął. Ko­biet się nie bije. A to, że Mika po­zbył się swo­jej go­spo­si, to inna hi­sto­ria. Tam­ta szpie­go­wa­ła i do­no­si­ła. A nie wie­rzę, że Va­len­ti­na by­ła­by skłon­na do cze­goś ta­kie­go, cho­ciaż ni­g­dy nie moż­na tego wy­klu­czyć. Za­wsze była do­brą dziew­czy­ną. Tyl­ko że nie wi­dzia­łem jej kupę lat i przez ten czas ona teo­re­tycz­nie mo­gła się zmie­nić, bo od śmier­ci jej ro­dzi­ców, któ­rzy zgi­nę­li w nie do koń­ca ja­snych oko­licz­no­ściach, mi­nę­ło na­praw­dę spo­ro cza­su. I wła­śnie wte­dy ślad po niej za­gi­nął, stra­ci­łem przy­ja­ciół­kę, któ­rą dla wła­sne­go do­bra ja­koś uda­ło mi się wy­ma­zać z pa­mię­ci. Przy­naj­mniej aż do te­raz tak uwa­ża­łem.

*

Po kil­ku mi­nu­tach par­ku­ję w stre­fie do­sta­wy od stro­ny po­dwór­ka. Nie wy­łą­czam sil­ni­ka, bo wiem, że nikt nie ukrad­nie mo­je­go sa­mo­cho­du, więc wcho­dzę ko­ry­ta­rzem do re­stau­ra­cji.

– Va­len­ti­na? – od­zy­wam się.

– Je­stem – od­po­wia­da i wy­ła­nia się z kuch­ni.

– Wy­cho­dzi­my, w tej chwi­li.

– Do­brze.

Po­ka­zu­ję jej ręką, żeby szła pierw­sza, a po chwi­li za­my­kam za nami me­ta­lo­we drzwi. Od­wra­cam się i de­li­kat­nie uj­mu­ję ją za ło­kieć. Czu­ję, jak się wzdry­ga. Mam na­dzie­ję, że nie prze­ze mnie, a zwy­czaj­nie ze stra­chu. Bo je­śli się mnie boi, to kiep­sko.

– Za­pra­szam. – Otwie­ram jej drzwi od stro­ny pa­sa­że­ra.

– Dzię­ku­ję – mówi, po czym wsia­da, a ja za­trza­sku­ję je za nią.

– Za­pnij pas – pro­szę ją, kie­dy zaj­mu­ję miej­sce za kie­row­ni­cą.

– Za­pię­łam.

– W po­rząd­ku. Po­je­dzie­my do mnie. Na­wet je­śli ktoś nas śle­dzi, to się tam nie do­sta­nie. A już tym bar­dziej nie do­sta­nie cie­bie.

– Dzię­ku­ję – szep­cze.

– Nie rób tego. Po sta­nie two­jej twa­rzy stwier­dzam, że spu­ści­li ci nie­zły wpier­dol. A ty mi zno­wu dzię­ku­jesz. Prze­stań to ro­bić, bo jesz­cze w ni­czym ci nie po­mo­głem.

– Wła­śnie to ro­bisz, Reno. A oni pró­bo­wa­li mnie za­bić.

– Skur­wie­le – ce­dzę. – Od­pocz­nij. Mamy ka­wa­łek do prze­je­cha­nia.

– Mhm – mru­czy.

Po dro­dze do domu spo­glą­dam w bocz­ne lu­ster­ka, żeby spraw­dzić, czy cza­sem nie mamy to­wa­rzy­stwa na ogo­nie, ale na ra­zie wszyst­ko wy­da­je się w po­rząd­ku. Żeby moja pa­sa­żer­ka nie czu­ła się nie­zręcz­nie, pusz­czam ci­cho mu­zy­kę. Po­noć ona ła­go­dzi oby­cza­je, więc li­czę, że Va­len­ti­na się odro­bi­nę od­prę­ży, gdy ja aż boję się my­śleć o tym, co ją spo­tka­ło. A to były na­praw­dę chu­jo­we rze­czy. Mu­sia­ły być.

Przez całą dro­gę mil­czy­my, a dla mnie jest to oka­zja do przyj­rze­nia się jej bli­żej. Kie­dyś mia­ła bar­dzo dłu­gie wło­sy, te­raz się­ga­ją jej do ra­mion. I nie po­wiem, wy­glą­da do­brze. Oczy­wi­ście po­mi­ja­jąc stan jej twa­rzy.

– Je­ste­śmy – in­for­mu­ję ją, kie­dy za­jeż­dżam przed bra­mę, któ­ra po chwi­li się przed nami otwie­ra.

– Ma czuj­nik?

– Jest wmon­to­wa­ne urzą­dze­nie od­czy­tu­ją­ce ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne, więc kie­dy sta­ję, sama się otwie­ra.

– Faj­ny ga­dżet. I masz duży dom – stwier­dza.

– Nie aż tak, ale jest tu spo­ro miej­sca. Za to Leo ma dużą cha­tę.

– No tak, jest jesz­cze Mika.

– On też ma cał­kiem nie­złą miej­sców­kę – mó­wię, kie­dy na pod­jeź­dzie co­fam i par­ku­ję ty­łem przed ga­ra­żem, do któ­re­go po chwi­li wjeż­dżam. – Je­steś już bez­piecz­na.

– Masz wy­so­kie ogro­dze­nie – za­uwa­ża, gdy bra­ma ga­ra­żo­wa po­wo­li się za­my­ka i za­sła­nia wi­dok.

– Lu­bię pry­wat­ność, więc wolę, żeby inni nie za­glą­da­li przez płot. Jesz­cze by zo­ba­czy­li ja­kie­goś tru­pa – rzu­cam żar­to­bli­wie i chy­ba uda­je mi się ją roz­ba­wić, bo wi­dzę ni­kły uśmiech na pięk­nych ustach bru­net­ki.

Wy­sia­da­my z auta, a po kil­ku se­kun­dach otwie­ram drzwi pro­wa­dzą­ce z ga­ra­żu do przed­sion­ka, któ­ry jest łącz­ni­kiem mię­dzy ho­lem, skąd mam wi­dok na drzwi fron­to­we, a całą resz­tą domu. Kie­dy za­my­kam za nami, Va­len­ti­na się roz­glą­da, więc bez po­śpie­chu idę pierw­szy do kuch­ni, sły­sząc za sobą jej kro­ki. Pod­cho­dzę do wy­spy ku­chen­nej, ścią­gam ma­ry­nar­kę i od­wie­szam ją na jed­no z krze­seł, po czym uśmie­cham się i mach­nię­ciem ręki za­pra­szam ją do za­ję­cia miej­sca.

– Głod­na?

– Na­pi­ła­bym się cze­goś.

– Sok? Woda? Czy coś in­ne­go?

– Woda ga­zo­wa­na, je­śli masz.

– Słu­żę. – Po­da­ję jej wy­so­ką szklan­kę na­peł­nio­ną wodą z bą­bel­ka­mi.

Wi­dzę, jak gasi pra­gnie­nie. A ja mu­szę uga­sić swo­ją cie­ka­wość, któ­ra nie da mi te­raz żyć.

Rozdział 3

Reno

Przy­glą­dam się mo­je­mu go­ścio­wi, a w gło­wie aż hu­czy mi od do­my­słów. Po­wie­dzieć, że je­stem za­sko­czo­ny, to tak jak­by nic nie po­wie­dzieć. Za żad­ne skar­by świa­ta nie spo­dzie­wał­bym się zo­ba­czyć w mo­jej re­stau­ra­cji Va­len­ti­ny Ro­ma­no. I to ta­kiej wy­ro­śnię­tej, do­ro­słej i ku­rew­sko po­bi­tej, ale wciąż pięk­nej. Za­wsze była ład­na i za­wsze mia­łem do niej sła­bość. Gdy­by wte­dy nie znik­nę­ła… Zresz­tą było, mi­nę­ło. Nie cof­nę się do prze­szło­ści, żeby za­py­tać, czy pój­dzie ze mną na szkol­ną po­tań­ców­kę. Ale za to te­raz mogę się nią za­opie­ko­wać, mimo że nie bar­dzo wiem, co o tym wszyst­kim my­śleć. Jed­nak przez wzgląd na daw­ne cza­sy nie chcę być świ­nią i od­ma­wiać jej schro­nie­nia. Ona go po­trze­bu­je, a ja mogę jej go dać.

Od­su­wam dla sie­bie krze­sło i sia­dam. Nie chcę stać, kie­dy będę ją wy­py­ty­wał, bo mógł­bym wy­glą­dać jak jej opraw­ca. A to w jej obec­nym sta­nie by­ło­by z mo­jej stro­ny drań­stwem. W su­mie to je­stem dra­niem, ale nie dla niej. Mogę być dla wszyst­kich, ale nie dla Ro­ma­no.

– Znik­nę­łaś – za­czy­nam.

– Si.

– Nie wie­dzia­łem, co się z tobą póź­niej dzia­ło.

– To był i w su­mie jest dość mrocz­ny okres mo­je­go ży­cia.

– Masz na my­śli do­ro­słość?

– To opo­wieść na ra­zie bez szczę­śli­we­go za­koń­cze­nia.

– To zna­czy? – py­tam i uważ­nie się jej przy­glą­dam. Na­praw­dę mam ocho­tę ko­muś wpier­do­lić.

– To zna­czy, że ona się wciąż pi­sze, Reno. Wciąż pił­ka w grze, ale nie znam wy­ni­ku.

– Zmar­twię cię, ale nikt go nie zna, na tym po­le­ga ży­cie.

– Może i tak. – Upi­ja łyk swo­jej ga­zo­wa­nej wody. – Przy­go­to­wy­wa­no nas do pra­cy dla tu­tej­szych – mó­wiąc to, bawi się szklan­ką, któ­rą ob­ra­ca w dło­niach – biz­nes­me­nów.

– Nie ro­zu­miem… – Uda­ję, że nie mam po­ję­cia, o czym mówi, a praw­da jest taka, że do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę, co to zna­czy. Chcę po pro­stu wy­cią­gnąć od niej jak naj­wię­cej.

– Szko­lo­no nas, że­by­śmy pra­co­wa­li dla lu­dzi two­je­go po­kro­ju, Reno.

– Mo­je­go po­kro­ju – po­wta­rzam.

– No tak, do­brze wiesz, o co mi cho­dzi. Więc nie ob­ra­żaj się, ale nie je­steś jak inni, je­steś z ma­fii.

– Ra­cja, wy­wo­dzę się ze świa­ta prze­stęp­cze­go.

– Si.

– Ale dla­cze­go te­raz się u mnie zja­wiasz, a nie przy­szłaś wcze­śniej? Co cię po­wstrzy­my­wa­ło? Już od daw­na je­steś do­ro­sła.

– Bo na­wet jak­bym chcia­ła odejść, nie mo­głam.

– Dla­cze­go? – do­py­tu­ję, bo cho­ciaż znam me­cha­ni­zmy rzą­dzą­ce tym świa­tem, to jed­nak nie bar­dzo tym ra­zem ro­zu­miem. – Ra­czej nie mia­łaś nic wspól­ne­go z dzia­ła­nia­mi swo­je­go sze­fa.

– Może i nie, ale on miał coś, co trzy­ma­ło mnie na miej­scu.

– Szan­taż?

– Po czę­ści tak. – Spusz­cza gło­wę, a ciem­ne ko­smy­ki de­li­kat­nie fa­lu­ją wo­kół jej po­bi­tej twa­rzy. Ci­cho wzdy­cha. – Na każ­de­go z nas znaj­do­wa­no „coś”, dzię­ki cze­mu mo­gli rzą­dzić na­szym ży­ciem. To nie było tak – uno­si na mnie spoj­rze­nie – że by­li­śmy zmu­sza­ni do cze­goś. Pła­co­no nam za na­szą pra­cę. Teo­re­tycz­nie mie­li­śmy wy­bór, któ­ry jed­nak nie był wy­bo­rem.

– Tak zwa­ne pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia.

– Tak.

– Kur­wa – klnę. – Znam ten wy­bór. To wy­bór mię­dzy złem a skur­wy­syń­stwem.

– Je­steś z ma­fii, Re­na­do. Ale cho­dzi­ło o to, że za wy­bór odej­ścia każ­de z nas za­pła­ci­ło­by wy­so­ką cenę. Cza­sem zbyt wy­so­ką.

– To zna­czy swo­im ży­ciem?

– Si lub w naj­gor­szym, i w su­mie naj­częst­szym przy­pad­ku, czy­imś ży­ciem.

– Ro­zu­miem.

– Ja zwy­czaj­nie mia­łam pe­cha, Reno. Mój oj­ciec był, kim był. Oso­ba, któ­ra umie­ści­ła mnie u sio­strzy­czek… To był chy­ba biz­nes dla mo­jej ciot­ki. My – pod­kre­śla – by­li­śmy biz­ne­sem dla niej.

– Ja­kim?

– Nie je­stem pew­na. Nie mam do­wo­dów, ale chy­ba była coś ko­muś win­na. I praw­do­po­dob­nie wo­la­ła się po­zbyć cię­ża­ru, za­pew­ne za anu­lo­wa­nie dłu­gu. Tak my­ślę, cho­ciaż nikt ni­g­dy mi tego nie po­twier­dził.

– A twój oj­ciec wie­dział o rze­czach, za któ­re za­pła­cił gło­wą.

– Si. A mama była zwy­czaj­nie przy­pad­ko­wą ofia­rą.

– Przy­kro mi.

– Dzię­ki, ale to im ży­cia nie przy­wró­ci, cho­ciaż chcia­ła­bym.

– Okej. Czy­li przy­go­to­wa­no cię do pra­cy dla pa­skud­nych lu­dzi.

– Ow­szem.

– A resz­ta? Ży­cie? Miesz­ka­nie? Zna­jo­mi? Chło­pak? – wy­py­tu­ję ją, cho­ciaż to ostat­nie le­d­wo prze­cho­dzi mi przez gar­dło. Coś ir­ra­cjo­nal­ne­go za­gnież­dża się we mnie, tak ir­ra­cjo­nal­ne­go jak za­zdrość.

Nie­po­ję­te…

– Mam miesz­ka­nie, mia­łam względ­ną wol­ność oraz pra­cę po­le­ga­ją­cą na wy­ko­ny­wa­niu tego, za co mi pła­co­no, i uda­wa­nie głu­chej. Ale… nie mo­głam ni­g­dzie wy­je­chać. Na­wet gdy by­łam cho­ra, spraw­dza­no, czy nie sy­mu­lu­ję.

– Ja pier­do­lę. Jak je­ba­ny obóz pra­cy.

– Zdzi­wio­ny?

– Tro­chę tak, bo to jest cho­re.

– Ten świat jest cho­ry, Reno. Wszyst­ko się w nim krę­ci wo­kół for­sy. I wszy­scy.

– Ale mimo to tu je­steś. Mimo że two­je po­ja­wie­nie się u mnie bę­dzie mia­ło swo­je kon­se­kwen­cje, je­steś tu.

– Reno, ja już je po­no­szę. Wi­dzisz to? – Wska­zu­je na swo­ją twarz. – To jest wła­śnie kon­se­kwen­cja. Tak na­praw­dę ni­cze­go nie zro­bi­łam. Chcia­łam tyl­ko żyć, od­dy­chać i się nie bać. Czuć się bez­piecz­na. A tra­fi­łam do skur­wie­li, któ­rzy te­raz chcą mnie za­bić. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pro­jekt okład­ki: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja: Ka­mi­la Re­cław

Ko­rek­ta: Ali­cja Ma­ty­jas, Wik­to­ria Ko­wal­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Goł­dyn

Kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Co­py­ri­ght © 2026

@ by Anna Wolf

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-978740-8-4

Wy­daw­nic­two Wolf

Wy­da­nie I

Go­rzów Wiel­ko­pol­ski 2026

Wy­pro­du­ko­wa­no w Pol­sce