Więzy krwi. Tom 3 - Anna Wolf - ebook
NOWOŚĆ

Więzy krwi. Tom 3 ebook

Wolf Anna

4,4

902 osoby interesują się tą książką

Opis

Tajemnice, które skrywają, mogą zburzyć ich światy.
Asher Marshall nie chce się wiązać z żadną kobietą, bo interesują go tylko przygody na jedną noc. Reputacja go wyprzedza i nie wszyscy wiedzą, jaki mężczyzna jest naprawdę. Na pewno nie wie tego jego nowa asystentka Gina Di’Angelo, której wpada w oko. 
Między nimi zaczyna iskrzyć. Prócz pracy w biurze z czasem zaczyna łączyć ich również coś więcej. Mimo złożonej obietnicy natura mężczyzny daje o sobie znać i zachowuje się on w stosunku do Giny jak drań. Wszystko się między nimi komplikuje. Kobieta nie chce mu wybaczyć. A gdy odkrywa prawdę o Marshallu, jest zdruzgotana. Niestety namiętność to czasem za mało i pewnych rzeczy nie można cofnąć…
Czy tych dwoje znajdzie to, czego szuka? A może już znaleźli, tylko są za bardzo uparci, żeby to dostrzec?
Trzeci tom Rodziny Marshall. Kontynuacja Więzów małżeńskich i Więzów miłości.  

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (41 ocen)
30
3
5
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agnieszka1234567

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka ❤️
00
IZTWA

Nie oderwiesz się od lektury

Jak dwie poprzednie części tej serii Super ♥️
00
MalgorzataGallas

Nie oderwiesz się od lektury

Super.
00
Agnieszkaakalina

Nie oderwiesz się od lektury

Super jak i poprzdnie części ❤️
00
zcharzynska

Nie oderwiesz się od lektury

Super jak dwie poprzednie 💕Czekam na kolejne.
00



Roz­dział 1

Asher

Wi­tam się z ochro­ną bu­dyn­ku, po czym ru­szam do win­dy i wjeż­dżam na swo­je pię­tro. Ni­by mógł­bym iść scho­da­mi, ale dzi­siaj mam w du­pie ruch i to, że tak by­ło­by dla mnie le­piej. Więc gdy drzwi się roz­su­wa­ją, wy­sia­dam i idę ko­ry­ta­rzem do swo­je­go biu­ra, po czym prze­cho­dzę przez po­miesz­cze­nie mo­jej asy­stent­ki, któ­rej jesz­cze nie ma. O ile w ogó­le się dzi­siaj po­ja­wi. To jest coś, cze­go nie wiem, a bar­dzo chciał­bym.

Zo­sta­wiam przy­mknię­te drzwi, a na­stęp­nie roz­pi­nam ma­ry­nar­kę i się­gam po bu­tel­kę wo­dy. Bio­rę łyk i po­pi­jam prosz­ki prze­ciw­bó­lo­we, bo tro­chę mnie łu­pie we łbie, a nie lu­bię w ta­kim sta­nie pra­co­wać, bo czło­wiek jest nie­efek­tyw­ny. Le­d­wo sa­dzam zad w fo­te­lu, od­zy­wa się mój te­le­fon, któ­ry po chwi­li wa­ha­nia od­bie­ram.

– Bę­dziesz się na­de mną pa­stwił? – rzu­cam do słu­chaw­ki.

– Nie, cho­ciaż po­rząd­ny ło­mot by ci się przy­dał, głą­bie.

– Wy­pra­szam so­bie. Wy­star­czy, że mnie łeb na­pier­da­la.

– Zna­la­zła się?

– Kto? – py­tam i spo­glą­dam na ze­ga­rek. Jest za kwa­drans siód­ma.

– Do­brze wiesz, nie uda­waj kre­ty­na. Cho­ciaż w two­im przy­pad­ku nie mu­sisz się za bar­dzo sta­rać.

– Bar­dzo, kur­wa, nie­za­baw­ne, wiesz? Prze­by­wa­nie z Pop­py rzu­ci­ło ci się na mózg, bra­cie – rzu­cam ką­śli­wie.

– Uwa­żaj, Ash.

– Wy­bacz, po pro­stu ta ko­bie­ta do­pro­wa­dza mnie do sza­łu. Naj­pierw two­ja żo­na ro­bi­ła, co chcia­ła, gdy by­ła mo­ją asy­stent­ką, te­raz Gi­na.

– To za­dam jesz­cze raz to sa­mo py­ta­nie, co wcze­śniej: coś cię z nią łą­czy?

– Wścib­ska men­da – war­czę i rzu­cam dłu­go­pi­sem przez ca­łą dłu­gość po­miesz­cze­nia. – Ale po­wiedz­my, że coś mię­dzy na­mi by­ło.

– Czy­li wszyst­ko ja­sne – pry­cha.

– A ni­by co ta­kie­go?

– Ja pier­do­lę, Asher. Ty je­steś po­waż­ny? Naj­pierw za­bie­rasz ją na nasz ślub, póź­niej ona lą­du­je u nas, a to wszyst­ko dla­te­go, że nie umiesz trzy­mać swo­je­go roz­wią­złe­go ku­ta­sa w spodniach. Ru­chasz wszyst­ko, jak le­ci.

– Da­ruj so­bie te swo­je ka­za­nia. Nie po­trze­bu­ję ich.

– Spo­ko. Tyl­ko nie dzwoń do mnie, kie­dy ci się du­pa za­czy­nie faj­czyć. I ta­ka drob­na ra­da na przy­szłość: nie łącz in­te­re­sów z łóż­kiem.

– Mój błąd.

– Któ­ryś z ko­lei. Ale wiesz co? Mam na­dzie­ję, że ta ko­bie­ta spra­wi, że bę­dziesz się czoł­gał. Przy­da­ła­by ci się ta­ka na­ucz­ka.

– Nie­do­cze­ka­nie.

– W ta­kim ra­zie nie­po­trzeb­nie za­dzwo­ni­łem.

– Zga­dza się.

– Radź so­bie sam. Cześć, Ash. – Roz­łą­cza się, a ja cięż­ko wzdy­cham.

Wiem, że zje­ba­łem, ale nie mu­sia­łem się do te­go przy­zna­wać. Bra­ci­szek do­wa­lił­by mi do pie­ca, a ja te­go nie chcia­łem. Za­słu­ży­łem, co nie ozna­cza, że Di’An­ge­lo mo­że so­bie ot tak bez sło­wa zni­kać. Co praw­da do­sta­łem na ma­ila zwol­nie­nie, któ­rym w su­mie mo­gę so­bie du­pę po­de­trzeć. Je­stem bar­dzo cie­kaw, czy ła­ska­wa pa­ni ra­czy się dzi­siaj po­ja­wić. Je­śli nie, wy­le­ci jak Pop­py. Mo­je za­cho­wa­nie mo­im za­cho­wa­niem. Gi­na wie­dzia­ła, w co się pa­ko­wa­ła, a jak jej nie pa­su­je, trud­no. Ro­mans z sze­fem nie za­wsze koń­czy się na ślub­nym ko­bier­cu. Więc zo­ba­czę, co też mnie dzi­siaj cze­ka z tą ko­bie­tą.

Gi­na

Po­ra­nek w su­mie jak co dzień, ale nie ta­ki, ja­ki chcia­ła­bym, że­by był. Mo­że był­by, ale… Wciąż tra­wi mnie od środ­ka złość. Bez­sil­ność i wście­kłość na mę­ską głu­po­tę, a ra­czej na głu­po­tę Ashe­ra. A mo­że to ja je­stem na­iw­nym głup­ta­kiem? Chy­ba jed­nak ja – al­bo ra­czej na pew­no.

Wzdy­cham ci­cho i za­my­kam po­wie­ki, po­sta­na­wia­jąc w du­chu, że mu­szę wziąć się w garść. Od czte­rech dni nie po­ja­wi­łam się w pra­cy i po­win­nam zde­cy­do­wać, czy chcę tam wró­cić, czy nie. W su­mie nie mu­szę pra­co­wać, po­nie­waż mam for­sy jak lo­du, ale lu­bię mieć za­ję­cie. Dla­te­go cho­dzę do pra­cy, któ­rą tak na­praw­dę lu­bię. Tyl­ko że nie lu­bię je­go. W tym pro­blem. A po­za tym pra­ca da­je mi po­czu­cie, że nie je­stem tyl­ko bo­ga­tą pa­nien­ką, o czym chy­ba nikt nie wie. I mam na­dzie­ję, że się nie do­wie. Tak jest zwy­czaj­nie le­piej, oczy­wi­ście dla mnie.

Na­peł­niam ku­bek go­rą­cą ka­wą i ru­szam do sy­pial­ni, a na­stęp­nie po­pi­ja­jąc po­wo­li mój po­ran­ny ko­fe­ino­wy na­pój, wy­cią­gam ubra­nia na dzi­siaj. Sta­wiam na ob­ci­słe czar­ne je­an­sy i nie­bie­ską ko­szu­lo­wą bluz­kę oraz czar­ne szpil­ki. Bez po­śpie­chu wkła­dam wszyst­ko na sie­bie. Wło­sy zwią­zu­ję nad kar­kiem w zgrab­ny kok, w któ­ry wpi­nam ozdob­ny kwia­tek. Wkła­dam nie­wiel­kie kol­czy­ki, a na koń­cu uży­wam ulu­bio­nych per­fum. Tak ubra­na oraz uma­lo­wa­na po­sta­na­wiam iść do pra­cy. Cho­ciaż nie wiem, czy mam do­kąd wra­cać, bo zna­jąc Mar­shal­la, mo­że się oka­zać, że wy­wa­lił mnie na zbi­ty pysk. Je­śli tak zro­bił lub zro­bi, cóż… znaj­dę so­bie in­ną pra­cę. Świat się nie koń­czy na tym mie­ście i na tej fir­mie. I jed­nak coś tam po­tra­fię. Co­kol­wiek by się dzia­ło, i tak mu­szę sta­wić te­mu czo­ła, zwłasz­cza tej mę­skiej pro­sty­tut­ce, czy­li Ashe­ro­wi Mar­shal­lo­wi. Aku­rat nie by­łam świa­do­ma te­go, ja­ki on na­praw­dę jest. A te­raz jest chy­ba za póź­no na żal za grze­chy.

Spo­glą­dam na ze­ga­rek na mo­im le­wym nad­garst­ku. Do­cie­ra do mnie, że do­cho­dzi pra­wie siód­ma ra­no, co ozna­cza, że Mar­shall już po­wi­nien być u sie­bie w biu­rze. Zgar­niam to­reb­kę oraz klu­czy­ki od au­ta, a na­stęp­nie za­trza­sku­ję drzwi i ru­szam dość sze­ro­kim pod­jaz­dem do za­par­ko­wa­ne­go przed do­mem sa­mo­cho­du. Po chwi­li wsia­dam i od­jeż­dżam w kie­run­ku fir­my. Ja­dąc na spo­tka­nie z sa­mym roz­pust­nym dia­błem, za­sta­na­wiam się, czy do­brze zro­bi­łam, że nie po­ja­wi­łam się w fir­mie. Mo­że po­win­nam jed­nak pra­co­wać nor­mal­nie, a tak wy­kpi­łam się zwol­nie­niem. Mo­że po­win­nam mu po­ka­zać, że tak nie wol­no ro­bić. Tyl­ko py­ta­nie: czy w je­go przy­pad­ku by to coś da­ło? Wąt­pli­wa spra­wa.

Na­ci­skam przy­cisk i szy­ba je­dzie w dół. Za­cią­gam się za­pa­chem mia­sta. Pach­nie jak za­wsze zna­jo­mo. To po­pra­wia mi na­strój, któ­ry do tej po­ry mia­łam wi­siel­czy. Prze­jeż­dża­jąc jed­ną z ulic, do­strze­gam sklep z an­ty­ka­mi, któ­rych w tym mie­ście nie bra­ku­je. Po­sta­na­wiam, że na po­pra­wę chu­jo­we­go hu­mo­ru po pra­cy ku­pię so­bie coś do do­mu. Coś, cze­go nie po­trze­bu­ję, ale jed­nak po­trze­bu­ję, i co spra­wi mi ra­dość.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach par­ku­ję przed bu­dyn­kiem, wy­łą­czam sil­nik i jesz­cze przez chwi­lę sie­dzę w sa­mo­cho­dzie, do­da­jąc so­bie od­wa­gi. Po mniej niż kil­ku mi­nu­tach wy­sia­dam, ale nie ru­szam się z miej­sca. Do­pa­da­ją mnie ko­lej­ne wąt­pli­wo­ści, czy aby na pew­no po­win­nam tam wcho­dzić i psuć so­bie hu­mor. W su­mie je­stem peł­na lę­ku, bo nie wiem, cze­go mam się spo­dzie­wać. Ostat­kiem sil­nej wo­li wy­cho­dzę i ru­szam do środ­ka, gdzie wi­tam się z ochro­ną, w któ­rej pra­cu­ją od kil­ku lat te sa­me oso­by.

Wjeż­dżam win­dą na od­po­wied­nie pię­tro. Wy­cho­dzę z me­ta­lo­wej pusz­ki i ru­szam ener­gicz­nym kro­kiem do mo­je­go miej­sca pra­cy – chy­ba jesz­cze mo­je­go. Za­ci­skam pię­ści, a na­stęp­nie je roz­wie­ram i pcham szkla­ne drzwi, któ­re za­wsze są otwar­te, do środ­ka. Sta­ję za­raz przy wej­ściu i przy­glą­dam się uważ­nie, ale nic się nie zmie­ni­ło. Wszyst­ko jest ta­kie sa­mo, jak zo­sta­wi­łam. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem w kie­run­ku biur­ka mo­ja od­wa­ga top­nie­je pra­wie do ze­ra, a kie­dy przy nim przy­sta­ję, od­no­szę wra­że­nie, że nie mam jej wca­le. Mi­mo wszyst­ko od­kła­dam to­reb­kę na fo­tel za biur­kiem i wła­śnie w tym mo­men­cie otwie­ra­ją się drzwi od ga­bi­ne­tu, z któ­re­go wy­cho­dzi bru­net. Na mój wi­dok na je­go twa­rzy ma­lu­je się zdzi­wie­nie, któ­re prze­cho­dzi w złość i iry­ta­cję.

Ach, cud­nie. Kuź­wa, Gi­na.

– A więc w koń­cu za­szczy­ci­łaś mnie swo­ją obec­no­ścią – kpi. – Jak­że to wspa­nia­ło­myśl­ne z two­jej stro­ny, że ja­ko pra­cow­nik po­ja­wi­łaś się w pra­cy. – Je­go sło­wa ocie­ka­ją po­gar­dą.

– Za­wsze mo­gę po pro­stu wyjść – oświad­czam i uno­szę wy­żej gło­wę, bo ten du­pek nie bę­dzie mnie po­ni­żał. Nie po tym, jak po­trak­to­wał mnie pięć dni te­mu. Nie ma mo­wy.

– Do ga­bi­ne­tu, w tej chwi­li – roz­ka­zu­je i prze­pusz­cza mnie w drzwiach.

– O pro­szę, dżen­tel­men się zna­lazł – pry­cham.

– Gi­na – ostrze­ga mnie ostrym to­nem gło­su, któ­re­go u nie­go ni­g­dy nie sły­sza­łam.

Czyż­bym na­dep­nę­ła mu na od­cisk? Je­śli tak, to nie za­mie­rzam na tym po­prze­stać. By­łam głu­pia, ale już nie mam za­mia­ru ta­ka być. Ta­cy fa­ce­ci jak on swo­im za­cho­wa­niem udo­wad­nia­ją ko­bie­tom, że męż­czyź­ni to za­kła­ma­ne chu­je.

Pod­cho­dzę do je­go wiel­kie­go biur­ka i zwy­cza­jo­wo za­sia­dam w skó­rza­nym fo­te­lu. Pro­stu­ję ple­cy i pa­trzę buń­czucz­nie na te­go zła­ma­sa, któ­ry zaj­mu­je miej­sce po dru­giej stro­nie dę­bo­we­go me­bla i mru­ży na mnie oczy.

Mruż, mruż, gu­zik ci to da, Mar­shall.

– Chciał­bym cię prze­pro­sić – mó­wi chłod­no, bez cie­nia uprzej­mo­ści.

– A to coś no­we­go – kpię so­bie z nie­go. 

– Nie chcia­łem, że­by tak wy­szło, ale ostrze­ga­łem. Po­wie­dzia­łem ci, że nie ba­wię się w związ­ki.

– Tyl­ko za­po­mnia­łeś do­dać, że przy oka­zji je­steś mę­ską dziw­ką – rzu­cam zja­dli­wie do swo­je­go sze­fa, któ­re­go gę­ba za­czy­na dzia­łać mi na ner­wy, co nie zna­czy, że prze­stał mi się po­do­bać.

– Coś ty po­wie­dzia­ła? – war­czy.

– Szko­da, że za­ta­iłeś przede mną fakt, że co wie­czór lą­du­jesz w łóż­ku z in­ną pa­nien­ką. – Sta­ram się opa­no­wać, cho­ciaż mam ocho­tę mu przy­ło­żyć. Tak pro­sto w nos i mu go roz­kwa­sić. To był­by epic­ki wi­dok.

– A czy to by coś zmie­ni­ło, gdy­bym to zro­bił? – py­ta z unie­sio­ną brwią.

– Ow­szem. Nie po­szła­bym z to­bą do łóż­ka – kwi­tu­ję, a on za­czy­na się śmiać, czym wy­wo­łu­je we mnie jesz­cze więk­szą złość.

– Och, ależ to nie by­ło łóż­ko, skar­bie. Wy­pie­przy­łem cię prze­cież na tym biur­ku – mó­wi nie­źle uba­wio­ny, jak­by zdo­był ja­kiś punkt w grze, w któ­rej tyl­ko on bie­rze udział.

– Ty świ­nio – rzu­cam i wsta­ję. – Je­steś za­ka­łą mę­skiej czę­ści po­pu­la­cji – sy­czę.

– Lu­bię, jak się zło­ścisz, ale ro­zu­miem, że mi nie wy­ba­czysz. – Pa­trzy mi pro­sto w oczy.

– Że­byś wie­dział. Nie wiem, jak ty to so­bie wy­obra­żasz! – pod­no­szę głos. – Mam ci wy­ba­czyć, że po­mi­mo za­war­te­go ukła­du ty w tym cza­sie, bez ostrze­że­nia, spro­wa­dzi­łeś tu­taj ja­kąś blond zdzi­rę i pra­wie ją ze­rżną­łeś na – wska­zu­ję me­bel – fo­te­lu? A mo­że mam ci wy­ba­czyć, że po­rów­na­łeś mnie do swo­ich jed­no­ra­zo­wych pa­nie­nek i na­zwa­łeś nic nie­zna­czą­cą dziw­ką? Al­bo to, że je­steś ku­ta­sem, któ­ry za­po­mniał mi po­wie­dzieć, że ma pusz­czal­skie­go ku­ta­sa?

– Gi­na…

O nie, te­raz mu się nie dam.

– Za­mknij się, mam cię do­syć! Spra­wa jest pro­sta. Mam za­brać swo­je rze­czy czy nie? – py­tam, cho­ciaż nie­daw­no za­sta­na­wia­łam się, czy jesz­cze tu­taj pra­cu­ję. Cóż… cza­sem dzia­łam pod wpły­wem emo­cji. Nie ina­czej jest te­raz.

– Chcę, że­byś da­lej dla mnie pra­co­wa­ła – mó­wi mięk­ko, czym mnie za­ska­ku­je.

– Je­steś te­go pe­wien?

– Je­stem. – Ki­wa gło­wą dla lep­sze­go pod­kre­śle­nia swo­ich słów, a ja mam ocho­tę mu przy­ło­żyć, aż na­kry­je się no­ga­mi.

– Do­brze. Zo­sta­nę, ale pod jed­nym wa­run­kiem – wy­pa­lam, a on uno­si py­ta­ją­co brwi. – Ni­g­dy wię­cej się do mnie nie zbli­żysz. Od dzi­siaj je­stem wy­łącz­nie pra­cow­ni­kiem, jak po­zo­sta­li – oświad­czam z bó­lem ser­ca, gdyż tak na­praw­dę chcia­ła­bym, że­by by­ło ina­czej, ale ja też mam swo­ją god­ność. Cza­sem god­ność to wszyst­ko, co się ma.

– Mam się do cie­bie zwra­cać po na­zwi­sku? – py­ta z uśmiesz­kiem na ustach, jak­bym po­wie­dzia­ła coś nie­do­rzecz­ne­go.

– Jak pa­nu wy­god­nie, pa­nie Mar­shall – przy­bie­ram ofi­cjal­ny ton i wiem, że się nie ugnę.

– Pa­nie Mar­shall? – Zdzi­wie­nie po­brzmie­wa w je­go gło­sie, bo tyl­ko w pierw­szym dniu pra­cy tak się do nie­go zwra­ca­łam.

– Tak, prze­cież tak się pan na­zy­wa. A te­raz prze­pra­szam, ale mu­szę wra­cać do swo­ich za­jęć – rzu­cam twar­do i wy­cho­dzę na drżą­cych no­gach.

Kie­dy tyl­ko drzwi od je­go ga­bi­ne­tu się za­my­ka­ją, sia­dam za swo­im biur­kiem. Czu­ję się wy­mię­ta oraz do­pa­da mnie zmę­cze­nie, a jest do­pie­ro ra­nek. Ta roz­mo­wa wie­le mnie kosz­to­wa­ła. Przez ten mie­siąc pra­cy u nie­go i by­cia jed­no­cze­śnie je­go ko­chan­ką, za­ko­cha­łam się w tym dra­niu. Od­da­łam ser­ce męż­czyź­nie, dla któ­re­go je­stem ni­kim. Ob­cho­dzę go ty­le co ze­szło­rocz­ny śnieg. To bo­li, ale nie po­ka­żę mu, że oka­za­na mi przez nie­go wzgar­da jest cio­sem pro­sto w ser­ce. W mo­je ser­ce. A wszyst­ko przez to, że zro­bi­łam naj­gor­szą rzecz na świe­cie, czy­li wda­łam się w re­la­cję z sze­fem, co nie po­win­no mieć miej­sca. Te­raz przyj­dzie mi pła­cić za mo­ją na­iw­ność. Zresz­tą on ni­cze­go mi nie obie­cy­wał, więc pre­ten­sje mo­gę mieć tyl­ko do sie­bie. Ale mó­wie­nie o mnie: „dziw­ka”, to prze­kro­cze­nie wszel­kich gra­nic.

Od­kła­dam to­reb­kę do szu­fla­dy i za­bie­ram się do pra­cy, któ­rej nikt za mnie nie wy­ko­nał. Czy­li nie miał ni­ko­go na mo­je za­stęp­stwo. Zresz­tą je­stem tro­chę za­sko­czo­na, że mnie nie zwol­nił. Cho­ciaż czy miał po­wód? Pew­nie ja­kiś by się zna­lazł. Jak za­wsze.

*

Do koń­ca wy­zna­czo­nych go­dzin pra­cy mam za­miar uni­kać wszel­kich kon­tak­tów z sze­fem, co nie wy­cho­dzi, bo on sku­tecz­nie za­czy­na to utrud­niać. Pół go­dzi­ny te­mu ka­zał mi się za­jąć ja­kąś umo­wą, na­stęp­nie zro­bić ka­wę, a te­raz zno­wu je­go gę­ba po­ja­wia się w pro­gu. Mam ocho­tę krzy­czeć, jed­nak te­go nie ro­bię.

– Mam coś jesz­cze przy­go­to­wać?

– Lunch. Chciał­bym, że­byś mi przy­nio­sła.

– Ależ oczy­wi­ście – oświad­czam i wsta­ję. – To co zwy­kle?

– Za­skocz mnie.

– Mo­że le­piej nie – mru­czę pod no­sem, cze­go on nie sły­szy, bo wła­śnie zni­ka u sie­bie.

Ale sko­ro chce, że­bym go za­sko­czy­ła, to nie ma pro­ble­mu. Zresz­tą tro­chę świe­że­go po­wie­trza do­brze mi zro­bi, tu­taj za­czy­na się ro­bić zde­cy­do­wa­nie za dusz­no.

Za­bie­ram to­reb­kę i pra­wie bie­giem ru­szam do win­dy, na któ­rą chwi­lę cze­kam, by po mi­nu­cie zjeż­dżać na par­ter. Jak tyl­ko wy­sia­dam, po­pra­wiam za­błą­ka­ny ko­smyk i za­kła­dam go za ucho, a na­stęp­nie ru­szam do knajp­ki za ro­giem, któ­rą po­le­ci­ła mi kie­dyś Pop­py. Do­pie­ro te­raz zda­ję so­bie spra­wę, że przy­ja­ciół­ka mu­sia­ła mieć do nie­go aniel­ską cier­pli­wość, bo wy­trzy­ma­ła prak­tycz­nie rok z ta­ką gni­dą. Na­praw­dę ją po­dzi­wiam, bo nie wiem, jak dłu­go sa­ma wy­trzy­mam, nie po­su­wa­jąc się do rę­ko­czy­nów. Zgo­dzi­łam się zo­stać, on też te­go chce, ale to mo­że być dla mnie tok­sycz­ne, a więc trud­ne do przej­ścia. Je­stem też oso­bą, któ­ra wbi­je mu szpi­lę, gdy tyl­ko nada­rzy się oka­zja, dla­te­go że nie za­po­mi­nam i ra­czej nie wy­ba­czam.

Ru­szam spo­koj­nie chod­ni­kiem, gdyż do po­ko­na­nia mam mo­że dwie­ście me­trów. Roz­glą­dam się. Car­son Ci­ty to nie San Fran­ci­sco, któ­re mnie urze­kło, ale to mia­sto też ma swój urok. Ko­cham je, ale czy w nim zo­sta­nę na sta­łe, te­go nie je­stem pew­na. Zresz­tą je­stem oso­bą, któ­rej wszę­dzie do­brze. Wszę­dzie mo­gę się za­akli­ma­ty­zo­wać.

Wcho­dzę w koń­cu do knaj­py i uśmie­cham się na wi­dok Ro­ma­no, któ­ry stoi przy kon­tu­arze.

– Dzień do­bry – od­zy­wam się, kie­dy do nie­go pod­cho­dzę.

– Ooo, Gi­na! Gdzie się po­dzie­wa­łaś? – py­ta i się uśmie­cha.

– Mu­sia­łam wziąć kil­ka dni urlo­pu – tłu­ma­czę mu, nie do koń­ca kła­miąc.

– W ta­kim ra­zie, to co zwy­kle?

– Si, ale daj mi jed­ną por­cję z czymś na­praw­dę ostrym.

– Ostrym? Je­steś te­go pew­na? – Pa­trzy na mnie co naj­mniej po­dejrz­li­wie.

– To nie dla mnie, to dla mo­je­go – roz­glą­dam się – sze­fa – szep­czę.

– Aaa. Już wszyst­ko ro­zu­miem. Bę­dzie na ostro, bel­la. – Pusz­cza do mnie oko.

Ob­ser­wu­ję, jak za­bie­ra się do przy­go­to­wa­nia ka­na­pek. Ale to nie są zwy­kłe ka­nap­ki. Te są wło­skie, tak jak mo­je ko­rze­nie. Co praw­da w po­ło­wie, ale jed­nak. Po­my­śla­łam, że mo­gła­bym wy­ko­rzy­stać swo­je ku­zy­no­stwo, ty­le że miesz­ka­ją na dru­gim koń­cu kra­ju. Cho­ciaż pew­nie je­den te­le­fon i z Mar­shal­la zo­sta­ła­by tyl­ko wiel­ka mo­kra pla­ma. Ci lu­dzie są spe­cy­ficz­ni, dla­te­go te­le­fon do nich to osta­tecz­ność.

Po kwa­dran­sie od­bie­ram je­dze­nie, pła­cę i że­gnam się z Ro­ma­no, by z go­to­wym lun­chem Mar­shal­la i mo­ją ka­nap­ką z pa­stra­mi ru­szyć do miesz­czą­ce­go się po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy par­ku. Sia­dam na pierw­szej wol­nej ław­ce, za­ta­piam zę­by w opie­czo­nym chle­bie z do­dat­ka­mi i po­wo­li prze­żu­wam. Nie mam ocho­ty jesz­cze wra­cać do biu­ra, zwłasz­cza że po­go­da jest pięk­na i mi­mo po­ło­wy paź­dzier­ni­ka na­dal jest cie­pło. Je­dząc, przy­glą­dam się spa­ce­ru­ją­cym lu­dziom oraz li­ściom na drze­wach, któ­re po­wo­li zmie­nia­ją ko­lor.

Sie­dzę tak i prze­żu­wam, a gdy koń­czę jeść, wy­cie­ram usta chu­s­tecz­ką i wsta­ję. Ci­cho wzdy­cham i po­wol­nym kro­kiem wra­cam do biu­ra. Jed­nak le­d­wo wcho­dzę, oczy te­go dia­bła świ­dru­ją mnie na wy­lot.

– Ileż moż­na cze­kać na je­dze­nie – na­pa­da na mnie słow­nie. Chy­ba jest zły jak osa, ale to nie mój pro­blem.

– Prze­rwa do­ty­czy też mnie, więc po pro­stu zja­dłam lunch w mi­łym to­wa­rzy­stwie – od­po­wia­dam i wzru­szam ra­mio­na­mi, a na­stęp­nie po­da­ję mu pa­pie­ro­wą tor­bę.

– W mi­łym to­wa­rzy­stwie? – mam­ro­cze pod no­sem i wra­ca do sie­bie, a po chwi­li drzwi od je­go ga­bi­ne­tu za­my­ka­ją się z trza­skiem.

Ups, czyż­bym go ura­zi­ła? Bra­wo dla mnie.

Krę­cę gło­wą na je­go za­cho­wa­nie i za­bie­ram się do pra­cy, bo ja­kimś dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści na mo­im biur­ku przy­by­ło pa­pie­rów. Za­ci­skam dło­nie na kra­wę­dzi drew­na, by po chwi­li za­cząć prze­glą­dać do­ku­men­ty. Na sa­mym dnie znaj­du­ję kart­kę z pew­nym po­le­ce­niem. Czy­tam kil­ka ra­zy, bo nie je­stem do koń­ca pew­na, czy do­brze wi­dzę. Ten drań chce, że­bym wy­sła­ła kwia­ty ja­kiejś Gil? Za­ki­cha­ne czer­wo­ne ró­że?

– Niech cię dia­bli – war­czę. Po­pa­mię­ta mnie i bę­dzie ża­ło­wał, że ze mną za­czął.

Się­gam po te­le­fon, szu­kam w ne­cie kwia­ciar­ni, po czym wy­bie­ram nu­mer. Za­ma­wiam bu­kiet we­dle wska­zó­wek oraz po­da­ję ad­res, gdzie ma być do­star­czo­ny, a na­stęp­nie za­bie­ram się do wy­ko­ny­wa­nia swo­ich obo­wiąz­ków, mi­mo że w środ­ku pło­nę. Ale gdy wy­bi­ja pią­ta po po­łu­dniu, wsta­ję, bo to po­ra spa­dać do do­mu, a ja nie mam za­mia­ru sie­dzieć tu­taj po go­dzi­nach. Je­śli szef chce, nie wi­dzę pro­ble­mu, ale ja nie za­mie­rzam. Zbie­ram wszyst­kie­go rze­czy i wrzu­cam do to­reb­ki, po czym wkła­dam bu­ty, któ­re wcze­śniej zsu­nę­łam ze stóp, i ru­szam do win­dy. Po chwi­li wci­skam gu­zik i nie­cier­pli­wie cze­kam, aż przy­je­dzie na na­sze pię­tro. W mię­dzy­cza­sie roz­glą­dam się po ko­ry­ta­rzu i do­strze­gam idą­ce­go w mo­ją stro­nę kum­pla po fa­chu, któ­re­go bar­dzo lu­bię. Sza­tyn, ja­kieś metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu, czy­li o dzie­sięć wię­cej niż ja, i do te­go na­wet przy­stoj­ny.

– Cześć, Gi­na – wi­ta się ze mną z uśmie­chem, któ­ry od­wza­jem­niam.

– Cześć, Mar­tin.

– Nie by­ło cię. By­łaś cho­ra? – py­ta za­cie­ka­wio­ny.

– Nie, po pro­stu mu­sia­łam wziąć wol­ne – od­po­wia­dam, po­mi­ja­jąc praw­dzi­wy po­wód, któ­re­go nikt nie mu­si znać. 

– Wra­casz do do­mu au­tem?

– Tak.

– A mo­że ja­kieś pi­wo po pra­cy? – py­ta, gdy wsia­da­my do win­dy.

– W su­mie… – Za­sta­na­wiam się przez chwi­lę. – Dla­cze­go nie – zga­dzam się po na­my­śle. Daw­no ni­g­dzie nie by­łam, a on jest faj­nym to­wa­rzy­stwem.

– To spo­tkaj­my się w ba­rze Tim­bers – rzu­ca na od­chod­ne, kie­dy każ­de z nas ru­sza w swo­ją stro­nę. – Sto­lik jest za­re­zer­wo­wa­ny! – krzy­czy jesz­cze.

– Ja­sne. Bę­dę! – od­krzy­ku­ję.

Asher

Prze­klę­ta Gi­na. Nie ba­wię się w związ­ki. Nie ba­wię się w ta­kie głu­po­ty i nie z kimś, kto dla mnie pra­cu­je. Ow­szem, nie­zła jest w te kloc­ki, ale ni­cze­go jej nie obie­cy­wa­łem. Po­sta­wi­łem spra­wę ja­sno, cho­ciaż w su­mie nic nie po­sta­wi­łem. Li­czy­łem, że sa­mo się ro­zej­dzie, jak za­wsze, ale tym ra­zem się prze­li­czy­łem. Ow­szem, za­bra­łem ją na ślub Oli­vie­ra, ale tyl­ko dla­te­go, że ona i Pop­py się zna­ją, jed­nak nie są­dzi­łem, że aż tak.

Chy­ba po­wi­nie­nem so­bie pal­nąć w łeb za swo­ją głu­po­tę. Bo ina­czej te­go na­zwać nie mo­gę. Do te­go oka­zu­je się, że jest jak żo­na bra­ta – py­ska­ta do kwa­dra­tu. A naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że po­wi­nie­nem ją zwol­nić, ale nie wie­dzieć cze­mu nie chcia­łem.

Prze­kła­dam pa­pie­ry, któ­re do­star­czy­ła mi ja­kieś pół go­dzi­ny te­mu, i się­gam po mo­ją ka­nap­kę, któ­rej nie mia­łem cza­su zjeść w cza­sie lun­chu. Od­wi­jam pa­pier i ra­czę się pierw­szym kę­sem. Sma­ku­je obłęd­nie. Jed­nym sło­wem: za­je­bi­sta. Prze­żu­wam, po­ły­kam i zno­wu gry­zę. Gdy mniej wię­cej jed­na trze­cia ka­nap­ki jest w mo­im żo­łąd­ku, czu­ję, jak za­czy­na­ją piec mnie ję­zyk i prze­łyk.

– Ja­sna cho­le­ra. – Ła­pię od­dech i od­kła­dam je­dze­nie, po czym się­gam po wo­dę sto­ją­cą na biur­ku, ale jej wy­pi­cie nic nie da­je. – Kur­wa – sa­pię z po­wo­du pa­lą­ce­go uczu­cia w ustach. Pa­li mnie, jak­by zjadł coś za­rą­bi­ście pi­kant­ne­go, a prze­cież…

Rzu­cam się w kie­run­ku drzwi, wy­pa­dam z biu­ra i idę do na­sze­go nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia so­cjal­ne­go, w któ­rym są eks­pres do ka­wy oraz lo­dów­ka. Wy­cią­gam z niej ga­lon mle­ka i za­miast szu­kać szklan­ki, pi­ję pro­sto z gwin­ta, że­by uga­sić ten sza­le­ją­cy po­żar w mo­jej ja­mie ust­nej. Upi­jam do­brą szklan­kę, od­sta­wiam i wy­cie­ram pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem usta. Pie­cze­nie odro­bi­nę ze­lża­ło, ale nie na ty­le, że mo­gę funk­cjo­no­wać. Do­słow­nie czu­ję, jak­by mi zdrę­twiał ję­zyk. Ja pier­do­lę, co oni da­li do tej ka­nap­ki? Na­gle prze­cho­dzi mi przez myśl, że ka­za­łem jej mnie za­sko­czyć – i jej się, kur­wa, uda­ło! Się­gam zno­wu po mle­ko, wy­pi­jam resz­tę do dna i wy­rzu­cam bu­tel­kę do sto­ją­ce­go obok okna ko­sza. Jest odro­bi­nę le­piej, ale i tak mam ocho­tę udu­sić tę… A wła­śnie, wy­cho­dząc od sie­bie, nie za­uwa­ży­łem, że­by sie­dzia­ła przy biur­ku, czy­li tam, gdzie jej miej­sce.

Wra­cam, spo­glą­dam na biur­ko Gi­ny, przy któ­rym przy­sta­ję i od­cze­ku­ję jesz­cze dwie mi­nu­ty, ale wy­glą­da na to, że so­bie po­szła. Tyl­ko że u mnie się tak nie pra­cu­je…

Gi­na

Po nie­dłu­gim cza­sie par­ku­ję przed ba­rem. Oka­zu­je się, że je­stem szyb­sza od kum­pla. Po­dej­rze­wam, że tak na­praw­dę jest to spo­tka­nie pra­cow­ni­ków. Gdy prze­kra­czam próg, mo­je przy­pusz­cze­nia się po­twier­dza­ją. Uśmie­cham się na wi­dok kil­ku dziew­czyn z fir­my i ru­szam w kie­run­ku dwóch za­ję­tych sto­li­ków.

– A jed­nak cię ścią­gnął! – wy­krzy­ku­je Ar­la.

– Pu­ścił cię? – py­ta Cas­sy.

– Yyy. Koń­czę pra­cę o pią­tej, on mo­że so­bie sie­dzieć, ja nie­ko­niecz­nie – od­po­wia­dam i zaj­mu­ję miej­sce obok Cas­sy.

– To co pi­jesz? – py­ta Do­ny, któ­ry jest fir­mo­wym ar­chi­tek­tem.

– Pi­wo – od­po­wia­dam.

– Ja­sne. – Ki­wa i wsta­je, po czym zni­ka.

Wi­tam się z po­zo­sta­ły­mi dwo­ma oso­ba­mi, któ­re znam ra­czej z wi­dze­nia. Ich dzia­ły to aku­rat nie mo­ja baj­ka, ale ge­ne­ral­nie fir­ma Mar­shall za­trud­nia kil­ka­na­ście osób w biu­rze, że nie wspo­mnę o pra­cow­ni­kach na bu­do­wach. Po kil­ku mi­nu­tach lą­du­je przede mną bu­tel­ka, któ­rą uno­szę do ust i upi­jam łyk. Wła­śnie w tej chwi­li za­czy­na dzwo­nić mój te­le­fon. Wy­grze­bu­ję go z to­reb­ki, pa­trzę na ekran i nie wie­rzę.

– Sta­ło się coś?

– Gdzie ty, do cho­le­ry, je­steś? – war­czy do te­le­fo­nu mój szef.

– Gdzieś. Je­stem już po pra­cy.

– Wy­cho­dzisz wte­dy, kie­dy ja – oświad­cza, a ja mam ocho­tę się ro­ze­śmiać. Chy­ba mu się coś po­my­li­ło. Je­śli Pop­py tak ro­bi­ła, to na­praw­dę mia­ła ko­bie­ta świę­tą cier­pli­wość.

– Nie wy­da­je mi się, a te­raz…

– Gi­na, kończ roz­mo­wę! – sły­szę pod­nie­sio­ny głos Jac­ka.

– Gdzie i z kim je­steś?! – krzy­czy mój sze­fuń­cio, któ­re­go mam ocho­tę po­słać w dia­bły.

– Tam, gdzie cię nie ma – oświad­czam i się roz­łą­czam.

Co za du­pek. Je­stem po pra­cy i nie mu­si wie­dzieć, co ro­bię w cza­sie wol­nym. Nie je­go spra­wa. Nie chciał ze mną być, okej. Chciał so­bie po­ru­chać, zro­bił to. Więc jak ko­niec, to ko­niec.

– Szef? – py­ta roz­ba­wio­na drob­na blon­dyn­ka.

– Taa. Nor­mal­nie jak­by mógł, to by mnie przy­kuł łań­cu­chem jak psa do ogro­dze­nia – od­po­wia­dam, a wszy­scy wy­bu­cha­ją śmie­chem.

Pod­no­szę pi­wo do ust, bio­rę łyk, po czym wszy­scy wzno­si­my to­ast za upier­dli­wych sze­fów, li­cząc, że Mar­shall nie bę­dzie mnie szu­kał. Nie ma po co, bo do pra­cy dzi­siaj nie wró­cę. Nie ma mo­wy. Nie je­stem ty­ra­ją­cą nie­wol­ni­cą. On mo­że być, jak naj­bar­dziej, ale nie ja. Ja mam za­miar odro­bi­nę się zre­lak­so­wać, cie­sząc się to­wa­rzy­stwem lu­dzi z pra­cy, któ­rzy nie ma­ją zie­lo­ne­go po­ję­cia, że mia­łam z tym dra­niem pew­ną nie­bez­piecz­ną umo­wę, któ­ra skoń­czy­ła się dla mnie fa­tal­nie.

Roz­dział 2

Gi­na

Wczo­raj wró­ci­łam dość póź­no jak na mnie. Sie­dzie­li­śmy w pu­bie pra­wie do dzie­wią­tej wie­czo­rem, więc w do­mu by­łam coś ko­ło dzie­sią­tej, bo po dro­dze zro­bi­łam jesz­cze za­ku­py. Dla świę­te­go spo­ko­ju wy­łą­czy­łam te­le­fon na noc. Nie mia­łam ocho­ty, że­by ten pa­can prze­szka­dzał mi pod­czas snu. Po spo­koj­nie prze­spa­nej no­cy bu­dzę się znacz­nie wcze­śniej, niż po­win­nam. Spo­glą­dam na ze­ga­rek, któ­ry wska­zu­je szó­stą ra­no. Mam czas, dla­te­go prze­cią­gam się le­ni­wie i do­pie­ro po do­brej chwi­li wy­śli­zgu­ję z przy­jem­nie cie­płej po­ście­li.

Po szyb­kim prysz­ni­cu owi­jam się ręcz­ni­kiem, a na­stęp­nie ru­szam do sza­fy, z któ­rej wy­grze­bu­ję ubra­nia do pra­cy. Po­sta­na­wiam po­draż­nić tro­chę lwa i za­grać mu na no­sie. Z peł­ną pre­me­dy­ta­cją wy­bie­ram do­pa­so­wa­ną i się­ga­ją­cą do ko­lan wrzo­so­wą su­kien­kę z zam­kiem na ple­cach bie­gną­cym po ca­ło­ści. Do ze­sta­wu mam czar­ne poń­czo­chy i szpil­ki w tym sa­mym ko­lo­rze. Szyb­ko wkła­dam ubra­nie, ro­bię sta­ran­ny ma­ki­jaż i ru­szam do kuch­ni zjeść śnia­da­nie, na któ­re zwy­kle skła­da­ją się grzan­ka oraz ka­wa.

Jak za­wsze, no mo­że pra­wie jak za­wsze, punk­tu­al­nie o siód­mej prze­kra­czam próg mo­je­go „kró­le­stwa” i sia­dam za biur­kiem. Po ci­szy pa­nu­ją­cej w miej­scu pra­cy do­my­ślam się, że Mar­shall jesz­cze się nie zja­wił, w prze­ciw­nym ra­zie za­pew­ne do­sta­ła­bym bu­rę za ka­nap­kę. Ale za­wsze mo­gę zwa­lić wi­nę na lo­kal, że ni­by po­my­li­li so­sy. Ni­cze­go mi nie udo­wod­ni. A je­śli spró­bu­je, to wąt­pię, że­by mu po­wie­dzie­li. Ro­ma­no bę­dzie ży­wo ge­sty­ku­lo­wał i po­wta­rzał, że nic wiel­kie­go się nie sta­ło, po czym mach­nie rę­ką i ka­że mu spa­dać. Jed­nak nie bę­dę się w to za­głę­biać, bę­dzie, co ma być. Te­raz mam ci­szę oraz chwi­lę tyl­ko dla sie­bie, więc wpierw uru­cha­miam kom­pu­ter, a na­stęp­nie prze­glą­dam ter­mi­narz na dzi­siaj. Oka­zu­je się, że o je­de­na­stej ma­my spo­tka­nie z no­wym klien­tem, więc przy­go­to­wu­ję umo­wę przed­wstęp­ną. W su­mie to jest pra­wie za­wsze stan­dar­do­wa umo­wa, w któ­rej na­no­szo­ne są zmia­ny.

– Nasz syn jest u sie­bie?

Pod­ska­ku­ję wy­stra­szo­na na dźwięk dam­skie­go gło­su. Pod­no­szę gło­wę i wi­dzę uśmie­cha­ją­cą się Ab­by Mar­shall oraz jej mę­ża Gran­ta.

– Jesz­cze nie przy­szedł – od­po­wia­dam.

– Po­cze­ka­my na nie­go w ga­bi­ne­cie – od­zy­wa się je­go oj­ciec.

– W ta­kim ra­zie – wsta­ję – za­raz przy­nio­sę pań­stwu ka­wę – pro­po­nu­ję, a oni ki­wa­ją gło­wa­mi i wcho­dzą do ga­bi­ne­tu Ashe­ra.

Ru­szam do eks­pre­su. W ocze­ki­wa­niu na ka­wę przy­go­to­wu­ję mle­ko oraz sta­wiam na ta­le­rzy­ku dwie ma­łe cze­ko­lad­ki za­pa­ko­wa­ne w sre­ber­ko. To ta­ki mój po­mysł, ale do­sta­ją je je­dy­nie Ab­by i Grant, ich syn ni­g­dy nie za­słu­żył.

Po pię­ciu mi­nu­tach po­da­ję go­to­wą aro­ma­tycz­ną ka­wę pań­stwu Mar­shal­lom. Ko­bie­ta ob­da­rza mnie ta­jem­ni­czym spoj­rze­niem, po czym uśmie­cha się pod no­sem, a ja bez sło­wa wy­cho­dzę i zaj­mu­ję się swo­imi pa­pie­rzy­ska­mi. Od­kła­dam je po kil­ku mi­nu­tach, gdyż do po­miesz­cze­nia wcho­dzi mój szef, któ­ry wy­glą­da… dziw­nie. Lek­ki za­rost oraz nie­chluj­nie za­wią­za­ny kra­wat, a do te­go jak­by był tro­chę nie­wy­spa­ny. W su­mie po­wie­dzia­ła­bym na­wet, że wy­mię­ty.

– Ka­wy? – py­tam przy­mil­nym gło­sem, a w rze­czy­wi­sto­ści mam ocho­tę wlać mu tę ka­wę do ga­ci.

– Tak, po­pro­szę – od­po­wia­da i ru­sza do ga­bi­ne­tu.

– Twoi ro­dzi­ce są za drzwia­mi – in­for­mu­ję go z uśmie­chem na ustach, na co on ro­bi kwa­śną mi­nę.

Och, ups.

– Jesz­cze ich mi po­trze­ba – mam­ro­cze pod no­sem, a na­stęp­nie zni­ka za drzwia­mi.

Asher

– Mo­gę wie­dzieć, co wy tu­taj ro­bi­cie? – py­tam, bo oni nie skła­da­ją wi­zyt bez po­wo­du. – I od ra­zu po­wiem, że nie ma mnie w żad­nych bru­kow­cach.

– Nie ma, fakt – po­twier­dza ma­ma i ki­wa gło­wą.

– Więc o co cho­dzi?

– A mu­si o coś? – Do roz­mo­wy do­łą­cza ta­to.

– W wa­szym – wska­zu­ję na nich – wy­pad­ku za­wsze. Bez ce­lu by­ście nie przy­szli.

– To wy­obraź so­bie, że pierw­szy raz je­ste­śmy bez ce­lu.

– Dla­cze­go… – ury­wam, gdyż do biu­ra wcho­dzi Gi­na z mo­ją ka­wą, któ­rą sta­wia na biur­ku, i od­cho­dzi. Krót­ko od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem i sku­piam się na ro­dzi­cach. – Dla­cze­go wam nie wie­rzę?

– Bo ty za­wsze my­ślisz, że ma­my coś za usza­mi, sy­nu. Po pro­stu chcia­łem spraw­dzić, w ja­kiej kon­dy­cji jest fir­ma. Pó­ki co jesz­cze mo­ja – do­da­je.

– Wiem o tym. Ale mo­że­cie spać spo­koj­nie. Po­zy­ska­li­śmy no­we­go klien­ta.

– A to do­brze, chwa­li się. – Ta­to upi­ja łyk ka­wy, od­sta­wia fi­li­żan­kę i spo­glą­da na mnie.

– Mam coś na twa­rzy?

– Nie, ale mar­nie wy­glą­dasz.

– Po­wiedz­my, że dzi­siaj mam w no­sie wy­gląd.

– Czyż­by ja­kaś ko­bie­ta da­ła…

– Nie – uci­nam je­go spe­ku­la­cje. – Zwy­czaj­nie źle spa­łem, tro­chę du­żo mam na gło­wie – nie kła­mię. W su­mie mó­wię praw­dę, ale je­śli we­zmę pod uwa­gę Gi­nę, to czy­ste łgar­stwo.

– W ta­kim ra­zie – ma­ma wsta­je – za­pra­sza­my cię na obiad. Mo­że w week­end?

– Wpad­nę.

– Su­per. – Cie­szy się i ca­łu­je mnie w po­li­czek. – Zmą­drzej – szep­cze.

– To zna­czy?

– Do­brze wiesz. – Pusz­cza do mnie oko, a na­stęp­nie ru­sza do wyj­ścia.

Pa­trzę na opusz­cza­ją­cych mo­je biu­ro ro­dzi­ców, od­cze­ku­ję chwi­lę i sam pod­cho­dzę do drzwi od­dzie­la­ją­cych Gi­nę ode mnie.

Gi­na

Od­pro­wa­dzam wzro­kiem wy­cho­dzą­ce sze­fo­stwo i le­d­wo zer­kam na do­ku­men­ty, sły­szę chrząk­nię­cie. Z ga­bi­ne­tu wy­ła­nia się mój szef i mru­ży na mnie oczy. A te­mu o co zno­wu cho­dzi?

– Do ga­bi­ne­tu – rzu­ca nie­zbyt przy­ja­znym to­nem. 

Oho, chy­ba wstał dzi­siaj le­wą no­gą.

To by tłu­ma­czy­ło też je­go wy­gląd. Cho­ciaż mam ci­chą na­dzie­ję, że to prze­ze mnie al­bo przez ka­nap­kę, któ­rą wczo­raj zjadł. Ze­msta za­wsze sma­ku­je słod­ko.

Bez oglą­da­nia się na pa­ni­czy­ka za­sia­dam na swo­im zwy­cza­jo­wym miej­scu i cze­kam, aż bru­net zaj­mie swo­je, co jed­nak nie na­stę­pu­je. Zo­sta­ję od­wró­co­na wraz z fo­te­lem w je­go stro­nę, a on sam ukła­da swo­je dło­nie na bocz­nych opar­ciach. Je­go oczy wręcz wy­pa­la­ją dziu­ry w mo­ich.

– Gdzie wczo­raj by­łaś? – ce­dzi py­ta­nie.

– Nie two­ja spra­wa – od­po­wia­dam w tym sa­mym to­nie. – Je­stem tyl­ko two­ją pra­cow­ni­cą, ni­kim wię­cej. Więc… – Wzru­szam ra­mio­na­mi, bo mam go w du­pie. Cho­ciaż mo­że nie do koń­ca, ale się nie przy­znam, na­wet je­śli mro­zi mnie wzro­kiem.

– Z kim wczo­raj wy­szłaś? 

– Z kimś. Po­za tym to nie twój za­ki­cha­ny in­te­res – war­czę i od­py­cham się no­gą od pod­ło­gi, przez co mój fo­tel od­jeż­dża, a Mar­shall o ma­ło nie tra­ci rów­no­wa­gi. Pró­bu­ję po­wstrzy­mać śmiech, ale mi się nie uda­je i par­skam.

– Ty ma­ła wiedź­mo – sy­czy.

– Masz ja­kieś po­le­ce­nie czy mo­gę so­bie iść? – py­tam nie­win­nie, sie­dząc wciąż w fo­te­lu.

– Wy­no­cha… – po­ka­zu­je rę­ką drzwi, na co wsta­ję – stąd! – rzu­ca zły.

– Już się ro­bi, pa­nie Mar­shall. – Sa­lu­tu­ję, a mo­je usta roz­cią­ga­ją się w uśmie­chu, kie­dy go mi­jam. Po chwi­li za­my­kam za so­bą drzwi i tak tro­chę przy­pad­kiem trza­skam ni­mi. Ups.

No ma osioł tu­pet. Nie chciał mnie w swo­im ży­ciu, a te­raz ro­ści so­bie ja­kieś cho­re pra­wo i tyl­ko Bóg wie dla­cze­go. O co to, to nie. Nie po­zwo­lę się tak trak­to­wać. Nie bę­dę jed­ną z je­go dziew­czyn, któ­rych imio­na za­po­mi­na za­raz po wyj­ściu z łóż­ka. Tyl­ko że nie wie­dzia­łam o tym wcze­śniej. Ale wczo­raj na pi­wie do­wie­dzia­łam się bar­dzo cie­ka­wych rze­czy. Cho­ciaż­by te­go, że Asher Mar­shall by­wa gwiaz­dą lo­kal­nych bru­kow­ców. Aku­rat te­go chy­ba wo­la­ła­bym nie wie­dzieć.

Od­kła­dam do­ku­men­ty i wy­cią­gam te­le­fon, któ­ry dzwo­ni już dru­gi raz, bo nie mo­głam wcze­śniej ode­brać. Uśmie­cham się na wi­dok imie­nia na wy­świe­tla­czu. Prze­cią­gam pal­cem po ekra­nie i od­bie­ram.

– Cześć, Ni­co – wi­tam się z nim we­so­ło.

– Cześć, skar­bie. Wró­ci­łem do do­mu – oświad­cza.

– Kie­dy? Gdzie je­steś? Masz klu­cze? – za­sy­pu­ję go la­wi­ną py­tań.

– Sto­ję wła­śnie przed two­im miej­scem pra­cy.

– Za­raz po­wia­do­mię ochro­nę, że­by cię wpu­ści­li.

– Dzię­ki. – Roz­łą­cza się.

Nie wie­rzę, że już wró­cił. Tak za nim tę­sk­ni­łam. Jest mo­im bra­tem, mi­mo że nie łą­czą nas wię­zy krwi. Po­za tym jest je­dy­nym ro­dzeń­stwem, ja­kie mam. A dla ro­dzi­ców jest sy­nem, któ­re­go za­wsze pra­gnę­li. Jest mo­ją ro­dzi­ną i je­stem z nie­go bar­dzo dum­na. Oj­ciec zgar­nął go pro­sto z uli­cy, kie­dy ja­ko dwu­na­sto­la­tek pró­bo­wał się wła­mać do je­go au­ta. Oka­za­ło się, że jest dziec­kiem ni­czy­im. Nie wid­niał w żad­nym sys­te­mie, więc ro­dzi­ce po do­peł­nie­niu wszyst­kich for­mal­no­ści sta­li się je­go praw­ny­mi opie­ku­na­mi, a on tym sa­mym stał się ich dziec­kiem i mo­im bra­tem. Te­raz jest roz­chwy­ty­wa­nym mo­de­lem, po­za tym ma swo­ją fir­mę. Jed­nak wszyst­ko za­wdzię­cza so­bie. Cho­ciaż zdo­by­cie wy­kształ­ce­nia umoż­li­wi­li mu ro­dzi­ce. Za­pew­ni­li lep­sze szko­ły, ubra­nia, ale przede wszyst­kim da­li mi­łość. To ostat­nie jest bez­cen­ne.

– Gi­na – roz­no­si się głę­bo­ki, mę­ski głos, na co uno­szę oczy.

– Ni­co! – Zry­wam się z fo­te­la i wpa­dam wprost w ob­ję­cia bru­ne­ta, któ­ry okrę­ca się ze mną.

– Stę­sk­ni­łem się za to­bą, bie­dro­necz­ko – szep­cze mi wprost do ucha i moc­no przy­tu­la do sie­bie.

– A ty na­dal mnie tak na­zy­wasz?

– Cóż, pew­ne rze­czy się nie zmie­nia­ją, Gi­na. – Pusz­cza do mnie oko.

– Ja też cię ko­cham – mó­wię.

Ca­łu­ję go w po­li­czek, a na­stęp­nie za­mie­ram, wi­dząc po­nad ra­mie­niem bra­ta sto­ją­ce­go w drzwiach Ashe­ra. Ma wy­pi­sa­ną na twa­rzy chęć mor­du.

No to so­bie po­gra­my, pa­nie Mar­shall.

Roz­dział 3

Gi­na

Ni­co, nie­świa­dom te­go, że za je­go ple­ca­mi stoi Ash, szcze­rzy się do mnie ni­czym wio­sko­wy głu­pek, a ja po­now­nie sku­piam swój wzrok na bra­cie, ole­wa­jąc sze­fa. Nie mam za­mia­ru mu współ­czuć. Za to, co zro­bił, na­le­ży mu się la­nie.

– Je­dziesz ze mną do do­mu czy dasz mi po pro­stu klu­cze? – py­ta wciąż zwró­co­ny ty­łem do mo­je­go sze­fa, a ja ką­tem oka do­strze­gam mar­so­wą mi­nę Ashe­ra.

– Jak­byś za­po­mniał, je­stem w pra­cy, więc dam ci klu­cze – tłu­ma­czę się.

– W ta­kim ra­zie coś ugo­tu­ję i zje­my ra­zem ko­la­cję, a te­raz po­pro­szę klu­cze. – Trą­ca mnie pal­cem w nos i wy­cią­ga dłoń.

– Już ci da­ję – od­po­wia­dam z uśmie­chem i go wy­mi­jam. 

Nie wiem, co my­śleć o mi­nie sze­fa, któ­ry wciąż stoi i się nam przy­pa­tru­je. Więc zwy­czaj­nie go igno­ru­ję. Pod­cho­dzę do biur­ka i z szu­fla­dy wy­cią­gam to­reb­kę, a z niej klu­cze, któ­re wrę­czam bra­tu.

– Dzię­ki.

– Wi­dzi­my się w do­mu.

Ob­da­rzam go ca­łu­sem w po­li­czek i po chwi­li już go nie ma, a ja sto­ję tak jesz­cze przez kil­ka se­kund i wpa­tru­ję się w drzwi, za któ­ry­mi znik­nął Ni­co. Wy­pusz­czam od­dech i nie pa­trząc na mo­je­go sze­fa, sia­dam w fo­te­lu i za­bie­ram się do do­koń­cze­nia umo­wy. Sta­ram się sku­pić na na­nie­sie­niu po­pra­wek, jed­nak czu­ję na so­bie na­tar­czy­wy i pa­lą­cy wzrok pa­na sek­sow­ne­go. Za­ci­skam moc­niej pal­ce na dłu­go­pi­sie, że­by nie pod­dać się chę­ci spoj­rze­nia w je­go kie­run­ku. Niech tam so­bie stoi jak ten bał­wan. Nie mu­si nic o mnie wie­dzieć. Zresz­tą ni­g­dy nie chciał, bo o nic nie py­tał. Do­pie­ro te­raz to so­bie uzmy­sła­wiam. Asher ni­g­dy nie py­tał, bo ta wie­dza by­ła mu zbęd­na. I niech na­dal bę­dzie. Ni­cze­go mu nie uła­twię.

– Kto to był? – sły­szę py­ta­nie z bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści, więc uno­szę lek­ko gło­wę.

Mar­shall stoi po dru­giej stro­nie biur­ka z krzy­wym gry­ma­sem na ustach. Ma roz­pię­ty koł­nie­rzyk ko­szu­li oraz wło­sy w ta­kim nie­ła­dzie, jak­by prze­cze­sy­wał je dło­nią kil­ka­na­ście ra­zy.

– Ktoś – od­po­wia­dam lek­ko.

– Spy­tam raz jesz­cze. Kto to był?

(…)

Pozostało jeszcze 90 proc. treści książki.

Pro­jekt okład­ki:

Pa­weł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja:

Do­ro­ta Fi­lip

Ko­rek­ta:

Jo­an­na Bła­ki­ta, Wik­to­ria Ko­wal­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na:

Ma­riusz Goł­dyn

Przy­go­to­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej:

Ga­briel Wy­glę­dacz Stu­dio Aka­pit

Co­py­ri­ght © 2026

@ by An­na Wolf

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN: 978-83-975546-7-2

wy­daw­nic­two­wolf.pl