Więzy krwi. Tom 3 - Anna Wolf - ebook
NOWOŚĆ

Więzy krwi. Tom 3 ebook

Wolf Anna

4,5

77 osób interesuje się tą książką

Opis

Tajemnice, które skrywają, mogą zburzyć ich światy.
Asher Marshall nie chce się wiązać z żadną kobietą, bo interesują go tylko przygody na jedną noc. Reputacja go wyprzedza i nie wszyscy wiedzą, jaki mężczyzna jest naprawdę. Na pewno nie wie tego jego nowa asystentka Gina Di’Angelo, której wpada w oko. 
Między nimi zaczyna iskrzyć. Prócz pracy w biurze z czasem zaczyna łączyć ich również coś więcej. Mimo złożonej obietnicy natura mężczyzny daje o sobie znać i zachowuje się on w stosunku do Giny jak drań. Wszystko się między nimi komplikuje. Kobieta nie chce mu wybaczyć. A gdy odkrywa prawdę o Marshallu, jest zdruzgotana. Niestety namiętność to czasem za mało i pewnych rzeczy nie można cofnąć…
Czy tych dwoje znajdzie to, czego szuka? A może już znaleźli, tylko są za bardzo uparci, żeby to dostrzec?
Trzeci tom Rodziny Marshall. Kontynuacja Więzów małżeńskich i Więzów miłości.  

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 290

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (271 ocen)
202
35
18
12
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lanuszka1987

Nie polecam

Cała książka to dziecinne przepychanki między głównymi bohaterami .
20
Marlenafijal

Nie oderwiesz się od lektury

Przyszedł czas poznać historię Ashera Marshalla. Czy znajdzie się taka , której uda się poskromić tego bawidamka? On sam był święcie przekonany, że nigdy się nie zakocha. Przekonajcie się sami co się wydarzy, gdy ten mężczyzna zrozumie, że miłość istnieje, a on wpadł po uszy. Jestem fanką autorki. Każda z jej książek bawi do łez, ale i też potrafi zaskoczyć. Ten tom zdecydowanie jest najzabawniejszy z całej serii. Choć początkowo miałam obawy co do Ashera. Moja sympatia do niego była minimalna. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem stawała się wieksza. Ale żeby nie było czasem przydało by się porządnie nim potrząsnąć. Lubię główne bohaterki stworzone przez autorkę. A Gina ma charakterek. Twardo trzyma się swoich postanowień, choć nie jest to łatwe. Asher jak mało kto potrafił wyprowadzić z równowagi. Od samego początku widać chemię między bohaterami. A wiemy dokładnie jak romans asystentki z szefem może się zakończyć. Autorka wie jak stworzyć wyraziste postacie z mocnymi char...
00
beatka1313

Dobrze spędzony czas

Polecam
00
Weronika8608

Z braku laku…

bardzo nie lubię książek w których podwładna paskudnie traktuje szefa (bez względu na łączące ich relacja), nie wyobrażam sobie takich pyskówek, generalnie książka napisana jest bardzo prostym językiem
00
MartaWsz

Nie oderwiesz się od lektury

Nic dodać, nic ująć... wspaniała kolejna część ❤️
00

Popularność




Roz­dział 1

Asher

Wi­tam się z ochro­ną bu­dyn­ku, po czym ru­szam do win­dy i wjeż­dżam na swo­je pię­tro. Ni­by mógł­bym iść scho­da­mi, ale dzi­siaj mam w du­pie ruch i to, że tak by­ło­by dla mnie le­piej. Więc gdy drzwi się roz­su­wa­ją, wy­sia­dam i idę ko­ry­ta­rzem do swo­je­go biu­ra, po czym prze­cho­dzę przez po­miesz­cze­nie mo­jej asy­stent­ki, któ­rej jesz­cze nie ma. O ile w ogó­le się dzi­siaj po­ja­wi. To jest coś, cze­go nie wiem, a bar­dzo chciał­bym.

Zo­sta­wiam przy­mknię­te drzwi, a na­stęp­nie roz­pi­nam ma­ry­nar­kę i się­gam po bu­tel­kę wo­dy. Bio­rę łyk i po­pi­jam prosz­ki prze­ciw­bó­lo­we, bo tro­chę mnie łu­pie we łbie, a nie lu­bię w ta­kim sta­nie pra­co­wać, bo czło­wiek jest nie­efek­tyw­ny. Le­d­wo sa­dzam zad w fo­te­lu, od­zy­wa się mój te­le­fon, któ­ry po chwi­li wa­ha­nia od­bie­ram.

– Bę­dziesz się na­de mną pa­stwił? – rzu­cam do słu­chaw­ki.

– Nie, cho­ciaż po­rząd­ny ło­mot by ci się przy­dał, głą­bie.

– Wy­pra­szam so­bie. Wy­star­czy, że mnie łeb na­pier­da­la.

– Zna­la­zła się?

– Kto? – py­tam i spo­glą­dam na ze­ga­rek. Jest za kwa­drans siód­ma.

– Do­brze wiesz, nie uda­waj kre­ty­na. Cho­ciaż w two­im przy­pad­ku nie mu­sisz się za bar­dzo sta­rać.

– Bar­dzo, kur­wa, nie­za­baw­ne, wiesz? Prze­by­wa­nie z Pop­py rzu­ci­ło ci się na mózg, bra­cie – rzu­cam ką­śli­wie.

– Uwa­żaj, Ash.

– Wy­bacz, po pro­stu ta ko­bie­ta do­pro­wa­dza mnie do sza­łu. Naj­pierw two­ja żo­na ro­bi­ła, co chcia­ła, gdy by­ła mo­ją asy­stent­ką, te­raz Gi­na.

– To za­dam jesz­cze raz to sa­mo py­ta­nie, co wcze­śniej: coś cię z nią łą­czy?

– Wścib­ska men­da – war­czę i rzu­cam dłu­go­pi­sem przez ca­łą dłu­gość po­miesz­cze­nia. – Ale po­wiedz­my, że coś mię­dzy na­mi by­ło.

– Czy­li wszyst­ko ja­sne – pry­cha.

– A ni­by co ta­kie­go?

– Ja pier­do­lę, Asher. Ty je­steś po­waż­ny? Naj­pierw za­bie­rasz ją na nasz ślub, póź­niej ona lą­du­je u nas, a to wszyst­ko dla­te­go, że nie umiesz trzy­mać swo­je­go roz­wią­złe­go ku­ta­sa w spodniach. Ru­chasz wszyst­ko, jak le­ci.

– Da­ruj so­bie te swo­je ka­za­nia. Nie po­trze­bu­ję ich.

– Spo­ko. Tyl­ko nie dzwoń do mnie, kie­dy ci się du­pa za­czy­nie faj­czyć. I ta­ka drob­na ra­da na przy­szłość: nie łącz in­te­re­sów z łóż­kiem.

– Mój błąd.

– Któ­ryś z ko­lei. Ale wiesz co? Mam na­dzie­ję, że ta ko­bie­ta spra­wi, że bę­dziesz się czoł­gał. Przy­da­ła­by ci się ta­ka na­ucz­ka.

– Nie­do­cze­ka­nie.

– W ta­kim ra­zie nie­po­trzeb­nie za­dzwo­ni­łem.

– Zga­dza się.

– Radź so­bie sam. Cześć, Ash. – Roz­łą­cza się, a ja cięż­ko wzdy­cham.

Wiem, że zje­ba­łem, ale nie mu­sia­łem się do te­go przy­zna­wać. Bra­ci­szek do­wa­lił­by mi do pie­ca, a ja te­go nie chcia­łem. Za­słu­ży­łem, co nie ozna­cza, że Di’An­ge­lo mo­że so­bie ot tak bez sło­wa zni­kać. Co praw­da do­sta­łem na ma­ila zwol­nie­nie, któ­rym w su­mie mo­gę so­bie du­pę po­de­trzeć. Je­stem bar­dzo cie­kaw, czy ła­ska­wa pa­ni ra­czy się dzi­siaj po­ja­wić. Je­śli nie, wy­le­ci jak Pop­py. Mo­je za­cho­wa­nie mo­im za­cho­wa­niem. Gi­na wie­dzia­ła, w co się pa­ko­wa­ła, a jak jej nie pa­su­je, trud­no. Ro­mans z sze­fem nie za­wsze koń­czy się na ślub­nym ko­bier­cu. Więc zo­ba­czę, co też mnie dzi­siaj cze­ka z tą ko­bie­tą.

Gi­na

Po­ra­nek w su­mie jak co dzień, ale nie ta­ki, ja­ki chcia­ła­bym, że­by był. Mo­że był­by, ale… Wciąż tra­wi mnie od środ­ka złość. Bez­sil­ność i wście­kłość na mę­ską głu­po­tę, a ra­czej na głu­po­tę Ashe­ra. A mo­że to ja je­stem na­iw­nym głup­ta­kiem? Chy­ba jed­nak ja – al­bo ra­czej na pew­no.

Wzdy­cham ci­cho i za­my­kam po­wie­ki, po­sta­na­wia­jąc w du­chu, że mu­szę wziąć się w garść. Od czte­rech dni nie po­ja­wi­łam się w pra­cy i po­win­nam zde­cy­do­wać, czy chcę tam wró­cić, czy nie. W su­mie nie mu­szę pra­co­wać, po­nie­waż mam for­sy jak lo­du, ale lu­bię mieć za­ję­cie. Dla­te­go cho­dzę do pra­cy, któ­rą tak na­praw­dę lu­bię. Tyl­ko że nie lu­bię je­go. W tym pro­blem. A po­za tym pra­ca da­je mi po­czu­cie, że nie je­stem tyl­ko bo­ga­tą pa­nien­ką, o czym chy­ba nikt nie wie. I mam na­dzie­ję, że się nie do­wie. Tak jest zwy­czaj­nie le­piej, oczy­wi­ście dla mnie.

Na­peł­niam ku­bek go­rą­cą ka­wą i ru­szam do sy­pial­ni, a na­stęp­nie po­pi­ja­jąc po­wo­li mój po­ran­ny ko­fe­ino­wy na­pój, wy­cią­gam ubra­nia na dzi­siaj. Sta­wiam na ob­ci­słe czar­ne je­an­sy i nie­bie­ską ko­szu­lo­wą bluz­kę oraz czar­ne szpil­ki. Bez po­śpie­chu wkła­dam wszyst­ko na sie­bie. Wło­sy zwią­zu­ję nad kar­kiem w zgrab­ny kok, w któ­ry wpi­nam ozdob­ny kwia­tek. Wkła­dam nie­wiel­kie kol­czy­ki, a na koń­cu uży­wam ulu­bio­nych per­fum. Tak ubra­na oraz uma­lo­wa­na po­sta­na­wiam iść do pra­cy. Cho­ciaż nie wiem, czy mam do­kąd wra­cać, bo zna­jąc Mar­shal­la, mo­że się oka­zać, że wy­wa­lił mnie na zbi­ty pysk. Je­śli tak zro­bił lub zro­bi, cóż… znaj­dę so­bie in­ną pra­cę. Świat się nie koń­czy na tym mie­ście i na tej fir­mie. I jed­nak coś tam po­tra­fię. Co­kol­wiek by się dzia­ło, i tak mu­szę sta­wić te­mu czo­ła, zwłasz­cza tej mę­skiej pro­sty­tut­ce, czy­li Ashe­ro­wi Mar­shal­lo­wi. Aku­rat nie by­łam świa­do­ma te­go, ja­ki on na­praw­dę jest. A te­raz jest chy­ba za póź­no na żal za grze­chy.

Spo­glą­dam na ze­ga­rek na mo­im le­wym nad­garst­ku. Do­cie­ra do mnie, że do­cho­dzi pra­wie siód­ma ra­no, co ozna­cza, że Mar­shall już po­wi­nien być u sie­bie w biu­rze. Zgar­niam to­reb­kę oraz klu­czy­ki od au­ta, a na­stęp­nie za­trza­sku­ję drzwi i ru­szam dość sze­ro­kim pod­jaz­dem do za­par­ko­wa­ne­go przed do­mem sa­mo­cho­du. Po chwi­li wsia­dam i od­jeż­dżam w kie­run­ku fir­my. Ja­dąc na spo­tka­nie z sa­mym roz­pust­nym dia­błem, za­sta­na­wiam się, czy do­brze zro­bi­łam, że nie po­ja­wi­łam się w fir­mie. Mo­że po­win­nam jed­nak pra­co­wać nor­mal­nie, a tak wy­kpi­łam się zwol­nie­niem. Mo­że po­win­nam mu po­ka­zać, że tak nie wol­no ro­bić. Tyl­ko py­ta­nie: czy w je­go przy­pad­ku by to coś da­ło? Wąt­pli­wa spra­wa.

Na­ci­skam przy­cisk i szy­ba je­dzie w dół. Za­cią­gam się za­pa­chem mia­sta. Pach­nie jak za­wsze zna­jo­mo. To po­pra­wia mi na­strój, któ­ry do tej po­ry mia­łam wi­siel­czy. Prze­jeż­dża­jąc jed­ną z ulic, do­strze­gam sklep z an­ty­ka­mi, któ­rych w tym mie­ście nie bra­ku­je. Po­sta­na­wiam, że na po­pra­wę chu­jo­we­go hu­mo­ru po pra­cy ku­pię so­bie coś do do­mu. Coś, cze­go nie po­trze­bu­ję, ale jed­nak po­trze­bu­ję, i co spra­wi mi ra­dość.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach par­ku­ję przed bu­dyn­kiem, wy­łą­czam sil­nik i jesz­cze przez chwi­lę sie­dzę w sa­mo­cho­dzie, do­da­jąc so­bie od­wa­gi. Po mniej niż kil­ku mi­nu­tach wy­sia­dam, ale nie ru­szam się z miej­sca. Do­pa­da­ją mnie ko­lej­ne wąt­pli­wo­ści, czy aby na pew­no po­win­nam tam wcho­dzić i psuć so­bie hu­mor. W su­mie je­stem peł­na lę­ku, bo nie wiem, cze­go mam się spo­dzie­wać. Ostat­kiem sil­nej wo­li wy­cho­dzę i ru­szam do środ­ka, gdzie wi­tam się z ochro­ną, w któ­rej pra­cu­ją od kil­ku lat te sa­me oso­by.

Wjeż­dżam win­dą na od­po­wied­nie pię­tro. Wy­cho­dzę z me­ta­lo­wej pusz­ki i ru­szam ener­gicz­nym kro­kiem do mo­je­go miej­sca pra­cy – chy­ba jesz­cze mo­je­go. Za­ci­skam pię­ści, a na­stęp­nie je roz­wie­ram i pcham szkla­ne drzwi, któ­re za­wsze są otwar­te, do środ­ka. Sta­ję za­raz przy wej­ściu i przy­glą­dam się uważ­nie, ale nic się nie zmie­ni­ło. Wszyst­ko jest ta­kie sa­mo, jak zo­sta­wi­łam. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem w kie­run­ku biur­ka mo­ja od­wa­ga top­nie­je pra­wie do ze­ra, a kie­dy przy nim przy­sta­ję, od­no­szę wra­że­nie, że nie mam jej wca­le. Mi­mo wszyst­ko od­kła­dam to­reb­kę na fo­tel za biur­kiem i wła­śnie w tym mo­men­cie otwie­ra­ją się drzwi od ga­bi­ne­tu, z któ­re­go wy­cho­dzi bru­net. Na mój wi­dok na je­go twa­rzy ma­lu­je się zdzi­wie­nie, któ­re prze­cho­dzi w złość i iry­ta­cję.

Ach, cud­nie. Kuź­wa, Gi­na.

– A więc w koń­cu za­szczy­ci­łaś mnie swo­ją obec­no­ścią – kpi. – Jak­że to wspa­nia­ło­myśl­ne z two­jej stro­ny, że ja­ko pra­cow­nik po­ja­wi­łaś się w pra­cy. – Je­go sło­wa ocie­ka­ją po­gar­dą.

– Za­wsze mo­gę po pro­stu wyjść – oświad­czam i uno­szę wy­żej gło­wę, bo ten du­pek nie bę­dzie mnie po­ni­żał. Nie po tym, jak po­trak­to­wał mnie pięć dni te­mu. Nie ma mo­wy.

– Do ga­bi­ne­tu, w tej chwi­li – roz­ka­zu­je i prze­pusz­cza mnie w drzwiach.

– O pro­szę, dżen­tel­men się zna­lazł – pry­cham.

– Gi­na – ostrze­ga mnie ostrym to­nem gło­su, któ­re­go u nie­go ni­g­dy nie sły­sza­łam.

Czyż­bym na­dep­nę­ła mu na od­cisk? Je­śli tak, to nie za­mie­rzam na tym po­prze­stać. By­łam głu­pia, ale już nie mam za­mia­ru ta­ka być. Ta­cy fa­ce­ci jak on swo­im za­cho­wa­niem udo­wad­nia­ją ko­bie­tom, że męż­czyź­ni to za­kła­ma­ne chu­je.

Pod­cho­dzę do je­go wiel­kie­go biur­ka i zwy­cza­jo­wo za­sia­dam w skó­rza­nym fo­te­lu. Pro­stu­ję ple­cy i pa­trzę buń­czucz­nie na te­go zła­ma­sa, któ­ry zaj­mu­je miej­sce po dru­giej stro­nie dę­bo­we­go me­bla i mru­ży na mnie oczy.

Mruż, mruż, gu­zik ci to da, Mar­shall.

– Chciał­bym cię prze­pro­sić – mó­wi chłod­no, bez cie­nia uprzej­mo­ści.

– A to coś no­we­go – kpię so­bie z nie­go. 

– Nie chcia­łem, że­by tak wy­szło, ale ostrze­ga­łem. Po­wie­dzia­łem ci, że nie ba­wię się w związ­ki.

– Tyl­ko za­po­mnia­łeś do­dać, że przy oka­zji je­steś mę­ską dziw­ką – rzu­cam zja­dli­wie do swo­je­go sze­fa, któ­re­go gę­ba za­czy­na dzia­łać mi na ner­wy, co nie zna­czy, że prze­stał mi się po­do­bać.

– Coś ty po­wie­dzia­ła? – war­czy.

– Szko­da, że za­ta­iłeś przede mną fakt, że co wie­czór lą­du­jesz w łóż­ku z in­ną pa­nien­ką. – Sta­ram się opa­no­wać, cho­ciaż mam ocho­tę mu przy­ło­żyć. Tak pro­sto w nos i mu go roz­kwa­sić. To był­by epic­ki wi­dok.

– A czy to by coś zmie­ni­ło, gdy­bym to zro­bił? – py­ta z unie­sio­ną brwią.

– Ow­szem. Nie po­szła­bym z to­bą do łóż­ka – kwi­tu­ję, a on za­czy­na się śmiać, czym wy­wo­łu­je we mnie jesz­cze więk­szą złość.

– Och, ależ to nie by­ło łóż­ko, skar­bie. Wy­pie­przy­łem cię prze­cież na tym biur­ku – mó­wi nie­źle uba­wio­ny, jak­by zdo­był ja­kiś punkt w grze, w któ­rej tyl­ko on bie­rze udział.

– Ty świ­nio – rzu­cam i wsta­ję. – Je­steś za­ka­łą mę­skiej czę­ści po­pu­la­cji – sy­czę.

– Lu­bię, jak się zło­ścisz, ale ro­zu­miem, że mi nie wy­ba­czysz. – Pa­trzy mi pro­sto w oczy.

– Że­byś wie­dział. Nie wiem, jak ty to so­bie wy­obra­żasz! – pod­no­szę głos. – Mam ci wy­ba­czyć, że po­mi­mo za­war­te­go ukła­du ty w tym cza­sie, bez ostrze­że­nia, spro­wa­dzi­łeś tu­taj ja­kąś blond zdzi­rę i pra­wie ją ze­rżną­łeś na – wska­zu­ję me­bel – fo­te­lu? A mo­że mam ci wy­ba­czyć, że po­rów­na­łeś mnie do swo­ich jed­no­ra­zo­wych pa­nie­nek i na­zwa­łeś nic nie­zna­czą­cą dziw­ką? Al­bo to, że je­steś ku­ta­sem, któ­ry za­po­mniał mi po­wie­dzieć, że ma pusz­czal­skie­go ku­ta­sa?

– Gi­na…

O nie, te­raz mu się nie dam.

– Za­mknij się, mam cię do­syć! Spra­wa jest pro­sta. Mam za­brać swo­je rze­czy czy nie? – py­tam, cho­ciaż nie­daw­no za­sta­na­wia­łam się, czy jesz­cze tu­taj pra­cu­ję. Cóż… cza­sem dzia­łam pod wpły­wem emo­cji. Nie ina­czej jest te­raz.

– Chcę, że­byś da­lej dla mnie pra­co­wa­ła – mó­wi mięk­ko, czym mnie za­ska­ku­je.

– Je­steś te­go pe­wien?

– Je­stem. – Ki­wa gło­wą dla lep­sze­go pod­kre­śle­nia swo­ich słów, a ja mam ocho­tę mu przy­ło­żyć, aż na­kry­je się no­ga­mi.

– Do­brze. Zo­sta­nę, ale pod jed­nym wa­run­kiem – wy­pa­lam, a on uno­si py­ta­ją­co brwi. – Ni­g­dy wię­cej się do mnie nie zbli­żysz. Od dzi­siaj je­stem wy­łącz­nie pra­cow­ni­kiem, jak po­zo­sta­li – oświad­czam z bó­lem ser­ca, gdyż tak na­praw­dę chcia­ła­bym, że­by by­ło ina­czej, ale ja też mam swo­ją god­ność. Cza­sem god­ność to wszyst­ko, co się ma.

– Mam się do cie­bie zwra­cać po na­zwi­sku? – py­ta z uśmiesz­kiem na ustach, jak­bym po­wie­dzia­ła coś nie­do­rzecz­ne­go.

– Jak pa­nu wy­god­nie, pa­nie Mar­shall – przy­bie­ram ofi­cjal­ny ton i wiem, że się nie ugnę.

– Pa­nie Mar­shall? – Zdzi­wie­nie po­brzmie­wa w je­go gło­sie, bo tyl­ko w pierw­szym dniu pra­cy tak się do nie­go zwra­ca­łam.

– Tak, prze­cież tak się pan na­zy­wa. A te­raz prze­pra­szam, ale mu­szę wra­cać do swo­ich za­jęć – rzu­cam twar­do i wy­cho­dzę na drżą­cych no­gach.

Kie­dy tyl­ko drzwi od je­go ga­bi­ne­tu się za­my­ka­ją, sia­dam za swo­im biur­kiem. Czu­ję się wy­mię­ta oraz do­pa­da mnie zmę­cze­nie, a jest do­pie­ro ra­nek. Ta roz­mo­wa wie­le mnie kosz­to­wa­ła. Przez ten mie­siąc pra­cy u nie­go i by­cia jed­no­cze­śnie je­go ko­chan­ką, za­ko­cha­łam się w tym dra­niu. Od­da­łam ser­ce męż­czyź­nie, dla któ­re­go je­stem ni­kim. Ob­cho­dzę go ty­le co ze­szło­rocz­ny śnieg. To bo­li, ale nie po­ka­żę mu, że oka­za­na mi przez nie­go wzgar­da jest cio­sem pro­sto w ser­ce. W mo­je ser­ce. A wszyst­ko przez to, że zro­bi­łam naj­gor­szą rzecz na świe­cie, czy­li wda­łam się w re­la­cję z sze­fem, co nie po­win­no mieć miej­sca. Te­raz przyj­dzie mi pła­cić za mo­ją na­iw­ność. Zresz­tą on ni­cze­go mi nie obie­cy­wał, więc pre­ten­sje mo­gę mieć tyl­ko do sie­bie. Ale mó­wie­nie o mnie: „dziw­ka”, to prze­kro­cze­nie wszel­kich gra­nic.

Od­kła­dam to­reb­kę do szu­fla­dy i za­bie­ram się do pra­cy, któ­rej nikt za mnie nie wy­ko­nał. Czy­li nie miał ni­ko­go na mo­je za­stęp­stwo. Zresz­tą je­stem tro­chę za­sko­czo­na, że mnie nie zwol­nił. Cho­ciaż czy miał po­wód? Pew­nie ja­kiś by się zna­lazł. Jak za­wsze.

*

Do koń­ca wy­zna­czo­nych go­dzin pra­cy mam za­miar uni­kać wszel­kich kon­tak­tów z sze­fem, co nie wy­cho­dzi, bo on sku­tecz­nie za­czy­na to utrud­niać. Pół go­dzi­ny te­mu ka­zał mi się za­jąć ja­kąś umo­wą, na­stęp­nie zro­bić ka­wę, a te­raz zno­wu je­go gę­ba po­ja­wia się w pro­gu. Mam ocho­tę krzy­czeć, jed­nak te­go nie ro­bię.

– Mam coś jesz­cze przy­go­to­wać?

– Lunch. Chciał­bym, że­byś mi przy­nio­sła.

– Ależ oczy­wi­ście – oświad­czam i wsta­ję. – To co zwy­kle?

– Za­skocz mnie.

– Mo­że le­piej nie – mru­czę pod no­sem, cze­go on nie sły­szy, bo wła­śnie zni­ka u sie­bie.

Ale sko­ro chce, że­bym go za­sko­czy­ła, to nie ma pro­ble­mu. Zresz­tą tro­chę świe­że­go po­wie­trza do­brze mi zro­bi, tu­taj za­czy­na się ro­bić zde­cy­do­wa­nie za dusz­no.

Za­bie­ram to­reb­kę i pra­wie bie­giem ru­szam do win­dy, na któ­rą chwi­lę cze­kam, by po mi­nu­cie zjeż­dżać na par­ter. Jak tyl­ko wy­sia­dam, po­pra­wiam za­błą­ka­ny ko­smyk i za­kła­dam go za ucho, a na­stęp­nie ru­szam do knajp­ki za ro­giem, któ­rą po­le­ci­ła mi kie­dyś Pop­py. Do­pie­ro te­raz zda­ję so­bie spra­wę, że przy­ja­ciół­ka mu­sia­ła mieć do nie­go aniel­ską cier­pli­wość, bo wy­trzy­ma­ła prak­tycz­nie rok z ta­ką gni­dą. Na­praw­dę ją po­dzi­wiam, bo nie wiem, jak dłu­go sa­ma wy­trzy­mam, nie po­su­wa­jąc się do rę­ko­czy­nów. Zgo­dzi­łam się zo­stać, on też te­go chce, ale to mo­że być dla mnie tok­sycz­ne, a więc trud­ne do przej­ścia. Je­stem też oso­bą, któ­ra wbi­je mu szpi­lę, gdy tyl­ko nada­rzy się oka­zja, dla­te­go że nie za­po­mi­nam i ra­czej nie wy­ba­czam.

Ru­szam spo­koj­nie chod­ni­kiem, gdyż do po­ko­na­nia mam mo­że dwie­ście me­trów. Roz­glą­dam się. Car­son Ci­ty to nie San Fran­ci­sco, któ­re mnie urze­kło, ale to mia­sto też ma swój urok. Ko­cham je, ale czy w nim zo­sta­nę na sta­łe, te­go nie je­stem pew­na. Zresz­tą je­stem oso­bą, któ­rej wszę­dzie do­brze. Wszę­dzie mo­gę się za­akli­ma­ty­zo­wać.

Wcho­dzę w koń­cu do knaj­py i uśmie­cham się na wi­dok Ro­ma­no, któ­ry stoi przy kon­tu­arze.

– Dzień do­bry – od­zy­wam się, kie­dy do nie­go pod­cho­dzę.

– Ooo, Gi­na! Gdzie się po­dzie­wa­łaś? – py­ta i się uśmie­cha.

– Mu­sia­łam wziąć kil­ka dni urlo­pu – tłu­ma­czę mu, nie do koń­ca kła­miąc.

– W ta­kim ra­zie, to co zwy­kle?

– Si, ale daj mi jed­ną por­cję z czymś na­praw­dę ostrym.

– Ostrym? Je­steś te­go pew­na? – Pa­trzy na mnie co naj­mniej po­dejrz­li­wie.

– To nie dla mnie, to dla mo­je­go – roz­glą­dam się – sze­fa – szep­czę.

– Aaa. Już wszyst­ko ro­zu­miem. Bę­dzie na ostro, bel­la. – Pusz­cza do mnie oko.

Ob­ser­wu­ję, jak za­bie­ra się do przy­go­to­wa­nia ka­na­pek. Ale to nie są zwy­kłe ka­nap­ki. Te są wło­skie, tak jak mo­je ko­rze­nie. Co praw­da w po­ło­wie, ale jed­nak. Po­my­śla­łam, że mo­gła­bym wy­ko­rzy­stać swo­je ku­zy­no­stwo, ty­le że miesz­ka­ją na dru­gim koń­cu kra­ju. Cho­ciaż pew­nie je­den te­le­fon i z Mar­shal­la zo­sta­ła­by tyl­ko wiel­ka mo­kra pla­ma. Ci lu­dzie są spe­cy­ficz­ni, dla­te­go te­le­fon do nich to osta­tecz­ność.

Po kwa­dran­sie od­bie­ram je­dze­nie, pła­cę i że­gnam się z Ro­ma­no, by z go­to­wym lun­chem Mar­shal­la i mo­ją ka­nap­ką z pa­stra­mi ru­szyć do miesz­czą­ce­go się po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy par­ku. Sia­dam na pierw­szej wol­nej ław­ce, za­ta­piam zę­by w opie­czo­nym chle­bie z do­dat­ka­mi i po­wo­li prze­żu­wam. Nie mam ocho­ty jesz­cze wra­cać do biu­ra, zwłasz­cza że po­go­da jest pięk­na i mi­mo po­ło­wy paź­dzier­ni­ka na­dal jest cie­pło. Je­dząc, przy­glą­dam się spa­ce­ru­ją­cym lu­dziom oraz li­ściom na drze­wach, któ­re po­wo­li zmie­nia­ją ko­lor.

Sie­dzę tak i prze­żu­wam, a gdy koń­czę jeść, wy­cie­ram usta chu­s­tecz­ką i wsta­ję. Ci­cho wzdy­cham i po­wol­nym kro­kiem wra­cam do biu­ra. Jed­nak le­d­wo wcho­dzę, oczy te­go dia­bła świ­dru­ją mnie na wy­lot.

– Ileż moż­na cze­kać na je­dze­nie – na­pa­da na mnie słow­nie. Chy­ba jest zły jak osa, ale to nie mój pro­blem.

– Prze­rwa do­ty­czy też mnie, więc po pro­stu zja­dłam lunch w mi­łym to­wa­rzy­stwie – od­po­wia­dam i wzru­szam ra­mio­na­mi, a na­stęp­nie po­da­ję mu pa­pie­ro­wą tor­bę.

– W mi­łym to­wa­rzy­stwie? – mam­ro­cze pod no­sem i wra­ca do sie­bie, a po chwi­li drzwi od je­go ga­bi­ne­tu za­my­ka­ją się z trza­skiem.

Ups, czyż­bym go ura­zi­ła? Bra­wo dla mnie.

Krę­cę gło­wą na je­go za­cho­wa­nie i za­bie­ram się do pra­cy, bo ja­kimś dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści na mo­im biur­ku przy­by­ło pa­pie­rów. Za­ci­skam dło­nie na kra­wę­dzi drew­na, by po chwi­li za­cząć prze­glą­dać do­ku­men­ty. Na sa­mym dnie znaj­du­ję kart­kę z pew­nym po­le­ce­niem. Czy­tam kil­ka ra­zy, bo nie je­stem do koń­ca pew­na, czy do­brze wi­dzę. Ten drań chce, że­bym wy­sła­ła kwia­ty ja­kiejś Gil? Za­ki­cha­ne czer­wo­ne ró­że?

– Niech cię dia­bli – war­czę. Po­pa­mię­ta mnie i bę­dzie ża­ło­wał, że ze mną za­czął.

Się­gam po te­le­fon, szu­kam w ne­cie kwia­ciar­ni, po czym wy­bie­ram nu­mer. Za­ma­wiam bu­kiet we­dle wska­zó­wek oraz po­da­ję ad­res, gdzie ma być do­star­czo­ny, a na­stęp­nie za­bie­ram się do wy­ko­ny­wa­nia swo­ich obo­wiąz­ków, mi­mo że w środ­ku pło­nę. Ale gdy wy­bi­ja pią­ta po po­łu­dniu, wsta­ję, bo to po­ra spa­dać do do­mu, a ja nie mam za­mia­ru sie­dzieć tu­taj po go­dzi­nach. Je­śli szef chce, nie wi­dzę pro­ble­mu, ale ja nie za­mie­rzam. Zbie­ram wszyst­kie­go rze­czy i wrzu­cam do to­reb­ki, po czym wkła­dam bu­ty, któ­re wcze­śniej zsu­nę­łam ze stóp, i ru­szam do win­dy. Po chwi­li wci­skam gu­zik i nie­cier­pli­wie cze­kam, aż przy­je­dzie na na­sze pię­tro. W mię­dzy­cza­sie roz­glą­dam się po ko­ry­ta­rzu i do­strze­gam idą­ce­go w mo­ją stro­nę kum­pla po fa­chu, któ­re­go bar­dzo lu­bię. Sza­tyn, ja­kieś metr sie­dem­dzie­siąt wzro­stu, czy­li o dzie­sięć wię­cej niż ja, i do te­go na­wet przy­stoj­ny.

– Cześć, Gi­na – wi­ta się ze mną z uśmie­chem, któ­ry od­wza­jem­niam.

– Cześć, Mar­tin.

– Nie by­ło cię. By­łaś cho­ra? – py­ta za­cie­ka­wio­ny.

– Nie, po pro­stu mu­sia­łam wziąć wol­ne – od­po­wia­dam, po­mi­ja­jąc praw­dzi­wy po­wód, któ­re­go nikt nie mu­si znać. 

– Wra­casz do do­mu au­tem?

– Tak.

– A mo­że ja­kieś pi­wo po pra­cy? – py­ta, gdy wsia­da­my do win­dy.

– W su­mie… – Za­sta­na­wiam się przez chwi­lę. – Dla­cze­go nie – zga­dzam się po na­my­śle. Daw­no ni­g­dzie nie by­łam, a on jest faj­nym to­wa­rzy­stwem.

– To spo­tkaj­my się w ba­rze Tim­bers – rzu­ca na od­chod­ne, kie­dy każ­de z nas ru­sza w swo­ją stro­nę. – Sto­lik jest za­re­zer­wo­wa­ny! – krzy­czy jesz­cze.

– Ja­sne. Bę­dę! – od­krzy­ku­ję.

Asher

Prze­klę­ta Gi­na. Nie ba­wię się w związ­ki. Nie ba­wię się w ta­kie głu­po­ty i nie z kimś, kto dla mnie pra­cu­je. Ow­szem, nie­zła jest w te kloc­ki, ale ni­cze­go jej nie obie­cy­wa­łem. Po­sta­wi­łem spra­wę ja­sno, cho­ciaż w su­mie nic nie po­sta­wi­łem. Li­czy­łem, że sa­mo się ro­zej­dzie, jak za­wsze, ale tym ra­zem się prze­li­czy­łem. Ow­szem, za­bra­łem ją na ślub Oli­vie­ra, ale tyl­ko dla­te­go, że ona i Pop­py się zna­ją, jed­nak nie są­dzi­łem, że aż tak.

Chy­ba po­wi­nie­nem so­bie pal­nąć w łeb za swo­ją głu­po­tę. Bo ina­czej te­go na­zwać nie mo­gę. Do te­go oka­zu­je się, że jest jak żo­na bra­ta – py­ska­ta do kwa­dra­tu. A naj­gor­sze w tym wszyst­kim jest to, że po­wi­nie­nem ją zwol­nić, ale nie wie­dzieć cze­mu nie chcia­łem.

Prze­kła­dam pa­pie­ry, któ­re do­star­czy­ła mi ja­kieś pół go­dzi­ny te­mu, i się­gam po mo­ją ka­nap­kę, któ­rej nie mia­łem cza­su zjeść w cza­sie lun­chu. Od­wi­jam pa­pier i ra­czę się pierw­szym kę­sem. Sma­ku­je obłęd­nie. Jed­nym sło­wem: za­je­bi­sta. Prze­żu­wam, po­ły­kam i zno­wu gry­zę. Gdy mniej wię­cej jed­na trze­cia ka­nap­ki jest w mo­im żo­łąd­ku, czu­ję, jak za­czy­na­ją piec mnie ję­zyk i prze­łyk.

– Ja­sna cho­le­ra. – Ła­pię od­dech i od­kła­dam je­dze­nie, po czym się­gam po wo­dę sto­ją­cą na biur­ku, ale jej wy­pi­cie nic nie da­je. – Kur­wa – sa­pię z po­wo­du pa­lą­ce­go uczu­cia w ustach. Pa­li mnie, jak­by zjadł coś za­rą­bi­ście pi­kant­ne­go, a prze­cież…

Rzu­cam się w kie­run­ku drzwi, wy­pa­dam z biu­ra i idę do na­sze­go nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia so­cjal­ne­go, w któ­rym są eks­pres do ka­wy oraz lo­dów­ka. Wy­cią­gam z niej ga­lon mle­ka i za­miast szu­kać szklan­ki, pi­ję pro­sto z gwin­ta, że­by uga­sić ten sza­le­ją­cy po­żar w mo­jej ja­mie ust­nej. Upi­jam do­brą szklan­kę, od­sta­wiam i wy­cie­ram pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem usta. Pie­cze­nie odro­bi­nę ze­lża­ło, ale nie na ty­le, że mo­gę funk­cjo­no­wać. Do­słow­nie czu­ję, jak­by mi zdrę­twiał ję­zyk. Ja pier­do­lę, co oni da­li do tej ka­nap­ki? Na­gle prze­cho­dzi mi przez myśl, że ka­za­łem jej mnie za­sko­czyć – i jej się, kur­wa, uda­ło! Się­gam zno­wu po mle­ko, wy­pi­jam resz­tę do dna i wy­rzu­cam bu­tel­kę do sto­ją­ce­go obok okna ko­sza. Jest odro­bi­nę le­piej, ale i tak mam ocho­tę udu­sić tę… A wła­śnie, wy­cho­dząc od sie­bie, nie za­uwa­ży­łem, że­by sie­dzia­ła przy biur­ku, czy­li tam, gdzie jej miej­sce.

Wra­cam, spo­glą­dam na biur­ko Gi­ny, przy któ­rym przy­sta­ję i od­cze­ku­ję jesz­cze dwie mi­nu­ty, ale wy­glą­da na to, że so­bie po­szła. Tyl­ko że u mnie się tak nie pra­cu­je…

Gi­na

Po nie­dłu­gim cza­sie par­ku­ję przed ba­rem. Oka­zu­je się, że je­stem szyb­sza od kum­pla. Po­dej­rze­wam, że tak na­praw­dę jest to spo­tka­nie pra­cow­ni­ków. Gdy prze­kra­czam próg, mo­je przy­pusz­cze­nia się po­twier­dza­ją. Uśmie­cham się na wi­dok kil­ku dziew­czyn z fir­my i ru­szam w kie­run­ku dwóch za­ję­tych sto­li­ków.

– A jed­nak cię ścią­gnął! – wy­krzy­ku­je Ar­la.

– Pu­ścił cię? – py­ta Cas­sy.

– Yyy. Koń­czę pra­cę o pią­tej, on mo­że so­bie sie­dzieć, ja nie­ko­niecz­nie – od­po­wia­dam i zaj­mu­ję miej­sce obok Cas­sy.

– To co pi­jesz? – py­ta Do­ny, któ­ry jest fir­mo­wym ar­chi­tek­tem.

– Pi­wo – od­po­wia­dam.

– Ja­sne. – Ki­wa i wsta­je, po czym zni­ka.

Wi­tam się z po­zo­sta­ły­mi dwo­ma oso­ba­mi, któ­re znam ra­czej z wi­dze­nia. Ich dzia­ły to aku­rat nie mo­ja baj­ka, ale ge­ne­ral­nie fir­ma Mar­shall za­trud­nia kil­ka­na­ście osób w biu­rze, że nie wspo­mnę o pra­cow­ni­kach na bu­do­wach. Po kil­ku mi­nu­tach lą­du­je przede mną bu­tel­ka, któ­rą uno­szę do ust i upi­jam łyk. Wła­śnie w tej chwi­li za­czy­na dzwo­nić mój te­le­fon. Wy­grze­bu­ję go z to­reb­ki, pa­trzę na ekran i nie wie­rzę.

– Sta­ło się coś?

– Gdzie ty, do cho­le­ry, je­steś? – war­czy do te­le­fo­nu mój szef.

– Gdzieś. Je­stem już po pra­cy.

– Wy­cho­dzisz wte­dy, kie­dy ja – oświad­cza, a ja mam ocho­tę się ro­ze­śmiać. Chy­ba mu się coś po­my­li­ło. Je­śli Pop­py tak ro­bi­ła, to na­praw­dę mia­ła ko­bie­ta świę­tą cier­pli­wość.

– Nie wy­da­je mi się, a te­raz…

– Gi­na, kończ roz­mo­wę! – sły­szę pod­nie­sio­ny głos Jac­ka.

– Gdzie i z kim je­steś?! – krzy­czy mój sze­fuń­cio, któ­re­go mam ocho­tę po­słać w dia­bły.

– Tam, gdzie cię nie ma – oświad­czam i się roz­łą­czam.

Co za du­pek. Je­stem po pra­cy i nie mu­si wie­dzieć, co ro­bię w cza­sie wol­nym. Nie je­go spra­wa. Nie chciał ze mną być, okej. Chciał so­bie po­ru­chać, zro­bił to. Więc jak ko­niec, to ko­niec.

– Szef? – py­ta roz­ba­wio­na drob­na blon­dyn­ka.

– Taa. Nor­mal­nie jak­by mógł, to by mnie przy­kuł łań­cu­chem jak psa do ogro­dze­nia – od­po­wia­dam, a wszy­scy wy­bu­cha­ją śmie­chem.

Pod­no­szę pi­wo do ust, bio­rę łyk, po czym wszy­scy wzno­si­my to­ast za upier­dli­wych sze­fów, li­cząc, że Mar­shall nie bę­dzie mnie szu­kał. Nie ma po co, bo do pra­cy dzi­siaj nie wró­cę. Nie ma mo­wy. Nie je­stem ty­ra­ją­cą nie­wol­ni­cą. On mo­że być, jak naj­bar­dziej, ale nie ja. Ja mam za­miar odro­bi­nę się zre­lak­so­wać, cie­sząc się to­wa­rzy­stwem lu­dzi z pra­cy, któ­rzy nie ma­ją zie­lo­ne­go po­ję­cia, że mia­łam z tym dra­niem pew­ną nie­bez­piecz­ną umo­wę, któ­ra skoń­czy­ła się dla mnie fa­tal­nie.

Roz­dział 2

Gi­na

Wczo­raj wró­ci­łam dość póź­no jak na mnie. Sie­dzie­li­śmy w pu­bie pra­wie do dzie­wią­tej wie­czo­rem, więc w do­mu by­łam coś ko­ło dzie­sią­tej, bo po dro­dze zro­bi­łam jesz­cze za­ku­py. Dla świę­te­go spo­ko­ju wy­łą­czy­łam te­le­fon na noc. Nie mia­łam ocho­ty, że­by ten pa­can prze­szka­dzał mi pod­czas snu. Po spo­koj­nie prze­spa­nej no­cy bu­dzę się znacz­nie wcze­śniej, niż po­win­nam. Spo­glą­dam na ze­ga­rek, któ­ry wska­zu­je szó­stą ra­no. Mam czas, dla­te­go prze­cią­gam się le­ni­wie i do­pie­ro po do­brej chwi­li wy­śli­zgu­ję z przy­jem­nie cie­płej po­ście­li.

Po szyb­kim prysz­ni­cu owi­jam się ręcz­ni­kiem, a na­stęp­nie ru­szam do sza­fy, z któ­rej wy­grze­bu­ję ubra­nia do pra­cy. Po­sta­na­wiam po­draż­nić tro­chę lwa i za­grać mu na no­sie. Z peł­ną pre­me­dy­ta­cją wy­bie­ram do­pa­so­wa­ną i się­ga­ją­cą do ko­lan wrzo­so­wą su­kien­kę z zam­kiem na ple­cach bie­gną­cym po ca­ło­ści. Do ze­sta­wu mam czar­ne poń­czo­chy i szpil­ki w tym sa­mym ko­lo­rze. Szyb­ko wkła­dam ubra­nie, ro­bię sta­ran­ny ma­ki­jaż i ru­szam do kuch­ni zjeść śnia­da­nie, na któ­re zwy­kle skła­da­ją się grzan­ka oraz ka­wa.

Jak za­wsze, no mo­że pra­wie jak za­wsze, punk­tu­al­nie o siód­mej prze­kra­czam próg mo­je­go „kró­le­stwa” i sia­dam za biur­kiem. Po ci­szy pa­nu­ją­cej w miej­scu pra­cy do­my­ślam się, że Mar­shall jesz­cze się nie zja­wił, w prze­ciw­nym ra­zie za­pew­ne do­sta­ła­bym bu­rę za ka­nap­kę. Ale za­wsze mo­gę zwa­lić wi­nę na lo­kal, że ni­by po­my­li­li so­sy. Ni­cze­go mi nie udo­wod­ni. A je­śli spró­bu­je, to wąt­pię, że­by mu po­wie­dzie­li. Ro­ma­no bę­dzie ży­wo ge­sty­ku­lo­wał i po­wta­rzał, że nic wiel­kie­go się nie sta­ło, po czym mach­nie rę­ką i ka­że mu spa­dać. Jed­nak nie bę­dę się w to za­głę­biać, bę­dzie, co ma być. Te­raz mam ci­szę oraz chwi­lę tyl­ko dla sie­bie, więc wpierw uru­cha­miam kom­pu­ter, a na­stęp­nie prze­glą­dam ter­mi­narz na dzi­siaj. Oka­zu­je się, że o je­de­na­stej ma­my spo­tka­nie z no­wym klien­tem, więc przy­go­to­wu­ję umo­wę przed­wstęp­ną. W su­mie to jest pra­wie za­wsze stan­dar­do­wa umo­wa, w któ­rej na­no­szo­ne są zmia­ny.

– Nasz syn jest u sie­bie?

Pod­ska­ku­ję wy­stra­szo­na na dźwięk dam­skie­go gło­su. Pod­no­szę gło­wę i wi­dzę uśmie­cha­ją­cą się Ab­by Mar­shall oraz jej mę­ża Gran­ta.

– Jesz­cze nie przy­szedł – od­po­wia­dam.

– Po­cze­ka­my na nie­go w ga­bi­ne­cie – od­zy­wa się je­go oj­ciec.

– W ta­kim ra­zie – wsta­ję – za­raz przy­nio­sę pań­stwu ka­wę – pro­po­nu­ję, a oni ki­wa­ją gło­wa­mi i wcho­dzą do ga­bi­ne­tu Ashe­ra.

Ru­szam do eks­pre­su. W ocze­ki­wa­niu na ka­wę przy­go­to­wu­ję mle­ko oraz sta­wiam na ta­le­rzy­ku dwie ma­łe cze­ko­lad­ki za­pa­ko­wa­ne w sre­ber­ko. To ta­ki mój po­mysł, ale do­sta­ją je je­dy­nie Ab­by i Grant, ich syn ni­g­dy nie za­słu­żył.

Po pię­ciu mi­nu­tach po­da­ję go­to­wą aro­ma­tycz­ną ka­wę pań­stwu Mar­shal­lom. Ko­bie­ta ob­da­rza mnie ta­jem­ni­czym spoj­rze­niem, po czym uśmie­cha się pod no­sem, a ja bez sło­wa wy­cho­dzę i zaj­mu­ję się swo­imi pa­pie­rzy­ska­mi. Od­kła­dam je po kil­ku mi­nu­tach, gdyż do po­miesz­cze­nia wcho­dzi mój szef, któ­ry wy­glą­da… dziw­nie. Lek­ki za­rost oraz nie­chluj­nie za­wią­za­ny kra­wat, a do te­go jak­by był tro­chę nie­wy­spa­ny. W su­mie po­wie­dzia­ła­bym na­wet, że wy­mię­ty.

– Ka­wy? – py­tam przy­mil­nym gło­sem, a w rze­czy­wi­sto­ści mam ocho­tę wlać mu tę ka­wę do ga­ci.

– Tak, po­pro­szę – od­po­wia­da i ru­sza do ga­bi­ne­tu.

– Twoi ro­dzi­ce są za drzwia­mi – in­for­mu­ję go z uśmie­chem na ustach, na co on ro­bi kwa­śną mi­nę.

Och, ups.

– Jesz­cze ich mi po­trze­ba – mam­ro­cze pod no­sem, a na­stęp­nie zni­ka za drzwia­mi.

Asher

– Mo­gę wie­dzieć, co wy tu­taj ro­bi­cie? – py­tam, bo oni nie skła­da­ją wi­zyt bez po­wo­du. – I od ra­zu po­wiem, że nie ma mnie w żad­nych bru­kow­cach.

– Nie ma, fakt – po­twier­dza ma­ma i ki­wa gło­wą.

– Więc o co cho­dzi?

– A mu­si o coś? – Do roz­mo­wy do­łą­cza ta­to.

– W wa­szym – wska­zu­ję na nich – wy­pad­ku za­wsze. Bez ce­lu by­ście nie przy­szli.

– To wy­obraź so­bie, że pierw­szy raz je­ste­śmy bez ce­lu.

– Dla­cze­go… – ury­wam, gdyż do biu­ra wcho­dzi Gi­na z mo­ją ka­wą, któ­rą sta­wia na biur­ku, i od­cho­dzi. Krót­ko od­pro­wa­dzam ją wzro­kiem i sku­piam się na ro­dzi­cach. – Dla­cze­go wam nie wie­rzę?

– Bo ty za­wsze my­ślisz, że ma­my coś za usza­mi, sy­nu. Po pro­stu chcia­łem spraw­dzić, w ja­kiej kon­dy­cji jest fir­ma. Pó­ki co jesz­cze mo­ja – do­da­je.

– Wiem o tym. Ale mo­że­cie spać spo­koj­nie. Po­zy­ska­li­śmy no­we­go klien­ta.

– A to do­brze, chwa­li się. – Ta­to upi­ja łyk ka­wy, od­sta­wia fi­li­żan­kę i spo­glą­da na mnie.

– Mam coś na twa­rzy?

– Nie, ale mar­nie wy­glą­dasz.

– Po­wiedz­my, że dzi­siaj mam w no­sie wy­gląd.

– Czyż­by ja­kaś ko­bie­ta da­ła…

– Nie – uci­nam je­go spe­ku­la­cje. – Zwy­czaj­nie źle spa­łem, tro­chę du­żo mam na gło­wie – nie kła­mię. W su­mie mó­wię praw­dę, ale je­śli we­zmę pod uwa­gę Gi­nę, to czy­ste łgar­stwo.

– W ta­kim ra­zie – ma­ma wsta­je – za­pra­sza­my cię na obiad. Mo­że w week­end?

– Wpad­nę.

– Su­per. – Cie­szy się i ca­łu­je mnie w po­li­czek. – Zmą­drzej – szep­cze.

– To zna­czy?

– Do­brze wiesz. – Pusz­cza do mnie oko, a na­stęp­nie ru­sza do wyj­ścia.

Pa­trzę na opusz­cza­ją­cych mo­je biu­ro ro­dzi­ców, od­cze­ku­ję chwi­lę i sam pod­cho­dzę do drzwi od­dzie­la­ją­cych Gi­nę ode mnie.

Gi­na

Od­pro­wa­dzam wzro­kiem wy­cho­dzą­ce sze­fo­stwo i le­d­wo zer­kam na do­ku­men­ty, sły­szę chrząk­nię­cie. Z ga­bi­ne­tu wy­ła­nia się mój szef i mru­ży na mnie oczy. A te­mu o co zno­wu cho­dzi?

– Do ga­bi­ne­tu – rzu­ca nie­zbyt przy­ja­znym to­nem. 

Oho, chy­ba wstał dzi­siaj le­wą no­gą.

To by tłu­ma­czy­ło też je­go wy­gląd. Cho­ciaż mam ci­chą na­dzie­ję, że to prze­ze mnie al­bo przez ka­nap­kę, któ­rą wczo­raj zjadł. Ze­msta za­wsze sma­ku­je słod­ko.

Bez oglą­da­nia się na pa­ni­czy­ka za­sia­dam na swo­im zwy­cza­jo­wym miej­scu i cze­kam, aż bru­net zaj­mie swo­je, co jed­nak nie na­stę­pu­je. Zo­sta­ję od­wró­co­na wraz z fo­te­lem w je­go stro­nę, a on sam ukła­da swo­je dło­nie na bocz­nych opar­ciach. Je­go oczy wręcz wy­pa­la­ją dziu­ry w mo­ich.

– Gdzie wczo­raj by­łaś? – ce­dzi py­ta­nie.

– Nie two­ja spra­wa – od­po­wia­dam w tym sa­mym to­nie. – Je­stem tyl­ko two­ją pra­cow­ni­cą, ni­kim wię­cej. Więc… – Wzru­szam ra­mio­na­mi, bo mam go w du­pie. Cho­ciaż mo­że nie do koń­ca, ale się nie przy­znam, na­wet je­śli mro­zi mnie wzro­kiem.

– Z kim wczo­raj wy­szłaś? 

– Z kimś. Po­za tym to nie twój za­ki­cha­ny in­te­res – war­czę i od­py­cham się no­gą od pod­ło­gi, przez co mój fo­tel od­jeż­dża, a Mar­shall o ma­ło nie tra­ci rów­no­wa­gi. Pró­bu­ję po­wstrzy­mać śmiech, ale mi się nie uda­je i par­skam.

– Ty ma­ła wiedź­mo – sy­czy.

– Masz ja­kieś po­le­ce­nie czy mo­gę so­bie iść? – py­tam nie­win­nie, sie­dząc wciąż w fo­te­lu.

– Wy­no­cha… – po­ka­zu­je rę­ką drzwi, na co wsta­ję – stąd! – rzu­ca zły.

– Już się ro­bi, pa­nie Mar­shall. – Sa­lu­tu­ję, a mo­je usta roz­cią­ga­ją się w uśmie­chu, kie­dy go mi­jam. Po chwi­li za­my­kam za so­bą drzwi i tak tro­chę przy­pad­kiem trza­skam ni­mi. Ups.

No ma osioł tu­pet. Nie chciał mnie w swo­im ży­ciu, a te­raz ro­ści so­bie ja­kieś cho­re pra­wo i tyl­ko Bóg wie dla­cze­go. O co to, to nie. Nie po­zwo­lę się tak trak­to­wać. Nie bę­dę jed­ną z je­go dziew­czyn, któ­rych imio­na za­po­mi­na za­raz po wyj­ściu z łóż­ka. Tyl­ko że nie wie­dzia­łam o tym wcze­śniej. Ale wczo­raj na pi­wie do­wie­dzia­łam się bar­dzo cie­ka­wych rze­czy. Cho­ciaż­by te­go, że Asher Mar­shall by­wa gwiaz­dą lo­kal­nych bru­kow­ców. Aku­rat te­go chy­ba wo­la­ła­bym nie wie­dzieć.

Od­kła­dam do­ku­men­ty i wy­cią­gam te­le­fon, któ­ry dzwo­ni już dru­gi raz, bo nie mo­głam wcze­śniej ode­brać. Uśmie­cham się na wi­dok imie­nia na wy­świe­tla­czu. Prze­cią­gam pal­cem po ekra­nie i od­bie­ram.

– Cześć, Ni­co – wi­tam się z nim we­so­ło.

– Cześć, skar­bie. Wró­ci­łem do do­mu – oświad­cza.

– Kie­dy? Gdzie je­steś? Masz klu­cze? – za­sy­pu­ję go la­wi­ną py­tań.

– Sto­ję wła­śnie przed two­im miej­scem pra­cy.

– Za­raz po­wia­do­mię ochro­nę, że­by cię wpu­ści­li.

– Dzię­ki. – Roz­łą­cza się.

Nie wie­rzę, że już wró­cił. Tak za nim tę­sk­ni­łam. Jest mo­im bra­tem, mi­mo że nie łą­czą nas wię­zy krwi. Po­za tym jest je­dy­nym ro­dzeń­stwem, ja­kie mam. A dla ro­dzi­ców jest sy­nem, któ­re­go za­wsze pra­gnę­li. Jest mo­ją ro­dzi­ną i je­stem z nie­go bar­dzo dum­na. Oj­ciec zgar­nął go pro­sto z uli­cy, kie­dy ja­ko dwu­na­sto­la­tek pró­bo­wał się wła­mać do je­go au­ta. Oka­za­ło się, że jest dziec­kiem ni­czy­im. Nie wid­niał w żad­nym sys­te­mie, więc ro­dzi­ce po do­peł­nie­niu wszyst­kich for­mal­no­ści sta­li się je­go praw­ny­mi opie­ku­na­mi, a on tym sa­mym stał się ich dziec­kiem i mo­im bra­tem. Te­raz jest roz­chwy­ty­wa­nym mo­de­lem, po­za tym ma swo­ją fir­mę. Jed­nak wszyst­ko za­wdzię­cza so­bie. Cho­ciaż zdo­by­cie wy­kształ­ce­nia umoż­li­wi­li mu ro­dzi­ce. Za­pew­ni­li lep­sze szko­ły, ubra­nia, ale przede wszyst­kim da­li mi­łość. To ostat­nie jest bez­cen­ne.

– Gi­na – roz­no­si się głę­bo­ki, mę­ski głos, na co uno­szę oczy.

– Ni­co! – Zry­wam się z fo­te­la i wpa­dam wprost w ob­ję­cia bru­ne­ta, któ­ry okrę­ca się ze mną.

– Stę­sk­ni­łem się za to­bą, bie­dro­necz­ko – szep­cze mi wprost do ucha i moc­no przy­tu­la do sie­bie.

– A ty na­dal mnie tak na­zy­wasz?

– Cóż, pew­ne rze­czy się nie zmie­nia­ją, Gi­na. – Pusz­cza do mnie oko.

– Ja też cię ko­cham – mó­wię.

Ca­łu­ję go w po­li­czek, a na­stęp­nie za­mie­ram, wi­dząc po­nad ra­mie­niem bra­ta sto­ją­ce­go w drzwiach Ashe­ra. Ma wy­pi­sa­ną na twa­rzy chęć mor­du.

No to so­bie po­gra­my, pa­nie Mar­shall.

Roz­dział 3

Gi­na

Ni­co, nie­świa­dom te­go, że za je­go ple­ca­mi stoi Ash, szcze­rzy się do mnie ni­czym wio­sko­wy głu­pek, a ja po­now­nie sku­piam swój wzrok na bra­cie, ole­wa­jąc sze­fa. Nie mam za­mia­ru mu współ­czuć. Za to, co zro­bił, na­le­ży mu się la­nie.

– Je­dziesz ze mną do do­mu czy dasz mi po pro­stu klu­cze? – py­ta wciąż zwró­co­ny ty­łem do mo­je­go sze­fa, a ja ką­tem oka do­strze­gam mar­so­wą mi­nę Ashe­ra.

– Jak­byś za­po­mniał, je­stem w pra­cy, więc dam ci klu­cze – tłu­ma­czę się.

– W ta­kim ra­zie coś ugo­tu­ję i zje­my ra­zem ko­la­cję, a te­raz po­pro­szę klu­cze. – Trą­ca mnie pal­cem w nos i wy­cią­ga dłoń.

– Już ci da­ję – od­po­wia­dam z uśmie­chem i go wy­mi­jam. 

Nie wiem, co my­śleć o mi­nie sze­fa, któ­ry wciąż stoi i się nam przy­pa­tru­je. Więc zwy­czaj­nie go igno­ru­ję. Pod­cho­dzę do biur­ka i z szu­fla­dy wy­cią­gam to­reb­kę, a z niej klu­cze, któ­re wrę­czam bra­tu.

– Dzię­ki.

– Wi­dzi­my się w do­mu.

Ob­da­rzam go ca­łu­sem w po­li­czek i po chwi­li już go nie ma, a ja sto­ję tak jesz­cze przez kil­ka se­kund i wpa­tru­ję się w drzwi, za któ­ry­mi znik­nął Ni­co. Wy­pusz­czam od­dech i nie pa­trząc na mo­je­go sze­fa, sia­dam w fo­te­lu i za­bie­ram się do do­koń­cze­nia umo­wy. Sta­ram się sku­pić na na­nie­sie­niu po­pra­wek, jed­nak czu­ję na so­bie na­tar­czy­wy i pa­lą­cy wzrok pa­na sek­sow­ne­go. Za­ci­skam moc­niej pal­ce na dłu­go­pi­sie, że­by nie pod­dać się chę­ci spoj­rze­nia w je­go kie­run­ku. Niech tam so­bie stoi jak ten bał­wan. Nie mu­si nic o mnie wie­dzieć. Zresz­tą ni­g­dy nie chciał, bo o nic nie py­tał. Do­pie­ro te­raz to so­bie uzmy­sła­wiam. Asher ni­g­dy nie py­tał, bo ta wie­dza by­ła mu zbęd­na. I niech na­dal bę­dzie. Ni­cze­go mu nie uła­twię.

– Kto to był? – sły­szę py­ta­nie z bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści, więc uno­szę lek­ko gło­wę.

Mar­shall stoi po dru­giej stro­nie biur­ka z krzy­wym gry­ma­sem na ustach. Ma roz­pię­ty koł­nie­rzyk ko­szu­li oraz wło­sy w ta­kim nie­ła­dzie, jak­by prze­cze­sy­wał je dło­nią kil­ka­na­ście ra­zy.

– Ktoś – od­po­wia­dam lek­ko.

– Spy­tam raz jesz­cze. Kto to był?

(…)

Pozostało jeszcze 90 proc. treści książki.

Pro­jekt okład­ki:

Pa­weł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja:

Do­ro­ta Fi­lip

Ko­rek­ta:

Jo­an­na Bła­ki­ta, Wik­to­ria Ko­wal­ska

Re­dak­cja tech­nicz­na:

Ma­riusz Goł­dyn

Przy­go­to­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej:

Ga­briel Wy­glę­dacz Stu­dio Aka­pit

Co­py­ri­ght © 2026

@ by An­na Wolf

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN: 978-83-975546-7-2

wy­daw­nic­two­wolf.pl