Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
902 osoby interesują się tą książką
Tajemnice, które skrywają, mogą zburzyć ich światy.
Asher Marshall nie chce się wiązać z żadną kobietą, bo interesują go tylko przygody na jedną noc. Reputacja go wyprzedza i nie wszyscy wiedzą, jaki mężczyzna jest naprawdę. Na pewno nie wie tego jego nowa asystentka Gina Di’Angelo, której wpada w oko.
Między nimi zaczyna iskrzyć. Prócz pracy w biurze z czasem zaczyna łączyć ich również coś więcej. Mimo złożonej obietnicy natura mężczyzny daje o sobie znać i zachowuje się on w stosunku do Giny jak drań. Wszystko się między nimi komplikuje. Kobieta nie chce mu wybaczyć. A gdy odkrywa prawdę o Marshallu, jest zdruzgotana. Niestety namiętność to czasem za mało i pewnych rzeczy nie można cofnąć…
Czy tych dwoje znajdzie to, czego szuka? A może już znaleźli, tylko są za bardzo uparci, żeby to dostrzec?
Trzeci tom Rodziny Marshall. Kontynuacja Więzów małżeńskich i Więzów miłości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 290
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Asher
Witam się z ochroną budynku, po czym ruszam do windy i wjeżdżam na swoje piętro. Niby mógłbym iść schodami, ale dzisiaj mam w dupie ruch i to, że tak byłoby dla mnie lepiej. Więc gdy drzwi się rozsuwają, wysiadam i idę korytarzem do swojego biura, po czym przechodzę przez pomieszczenie mojej asystentki, której jeszcze nie ma. O ile w ogóle się dzisiaj pojawi. To jest coś, czego nie wiem, a bardzo chciałbym.
Zostawiam przymknięte drzwi, a następnie rozpinam marynarkę i sięgam po butelkę wody. Biorę łyk i popijam proszki przeciwbólowe, bo trochę mnie łupie we łbie, a nie lubię w takim stanie pracować, bo człowiek jest nieefektywny. Ledwo sadzam zad w fotelu, odzywa się mój telefon, który po chwili wahania odbieram.
– Będziesz się nade mną pastwił? – rzucam do słuchawki.
– Nie, chociaż porządny łomot by ci się przydał, głąbie.
– Wypraszam sobie. Wystarczy, że mnie łeb napierdala.
– Znalazła się?
– Kto? – pytam i spoglądam na zegarek. Jest za kwadrans siódma.
– Dobrze wiesz, nie udawaj kretyna. Chociaż w twoim przypadku nie musisz się za bardzo starać.
– Bardzo, kurwa, niezabawne, wiesz? Przebywanie z Poppy rzuciło ci się na mózg, bracie – rzucam kąśliwie.
– Uważaj, Ash.
– Wybacz, po prostu ta kobieta doprowadza mnie do szału. Najpierw twoja żona robiła, co chciała, gdy była moją asystentką, teraz Gina.
– To zadam jeszcze raz to samo pytanie, co wcześniej: coś cię z nią łączy?
– Wścibska menda – warczę i rzucam długopisem przez całą długość pomieszczenia. – Ale powiedzmy, że coś między nami było.
– Czyli wszystko jasne – prycha.
– A niby co takiego?
– Ja pierdolę, Asher. Ty jesteś poważny? Najpierw zabierasz ją na nasz ślub, później ona ląduje u nas, a to wszystko dlatego, że nie umiesz trzymać swojego rozwiązłego kutasa w spodniach. Ruchasz wszystko, jak leci.
– Daruj sobie te swoje kazania. Nie potrzebuję ich.
– Spoko. Tylko nie dzwoń do mnie, kiedy ci się dupa zaczynie fajczyć. I taka drobna rada na przyszłość: nie łącz interesów z łóżkiem.
– Mój błąd.
– Któryś z kolei. Ale wiesz co? Mam nadzieję, że ta kobieta sprawi, że będziesz się czołgał. Przydałaby ci się taka nauczka.
– Niedoczekanie.
– W takim razie niepotrzebnie zadzwoniłem.
– Zgadza się.
– Radź sobie sam. Cześć, Ash. – Rozłącza się, a ja ciężko wzdycham.
Wiem, że zjebałem, ale nie musiałem się do tego przyznawać. Braciszek dowaliłby mi do pieca, a ja tego nie chciałem. Zasłużyłem, co nie oznacza, że Di’Angelo może sobie ot tak bez słowa znikać. Co prawda dostałem na maila zwolnienie, którym w sumie mogę sobie dupę podetrzeć. Jestem bardzo ciekaw, czy łaskawa pani raczy się dzisiaj pojawić. Jeśli nie, wyleci jak Poppy. Moje zachowanie moim zachowaniem. Gina wiedziała, w co się pakowała, a jak jej nie pasuje, trudno. Romans z szefem nie zawsze kończy się na ślubnym kobiercu. Więc zobaczę, co też mnie dzisiaj czeka z tą kobietą.
Gina
Poranek w sumie jak co dzień, ale nie taki, jaki chciałabym, żeby był. Może byłby, ale… Wciąż trawi mnie od środka złość. Bezsilność i wściekłość na męską głupotę, a raczej na głupotę Ashera. A może to ja jestem naiwnym głuptakiem? Chyba jednak ja – albo raczej na pewno.
Wzdycham cicho i zamykam powieki, postanawiając w duchu, że muszę wziąć się w garść. Od czterech dni nie pojawiłam się w pracy i powinnam zdecydować, czy chcę tam wrócić, czy nie. W sumie nie muszę pracować, ponieważ mam forsy jak lodu, ale lubię mieć zajęcie. Dlatego chodzę do pracy, którą tak naprawdę lubię. Tylko że nie lubię jego. W tym problem. A poza tym praca daje mi poczucie, że nie jestem tylko bogatą panienką, o czym chyba nikt nie wie. I mam nadzieję, że się nie dowie. Tak jest zwyczajnie lepiej, oczywiście dla mnie.
Napełniam kubek gorącą kawą i ruszam do sypialni, a następnie popijając powoli mój poranny kofeinowy napój, wyciągam ubrania na dzisiaj. Stawiam na obcisłe czarne jeansy i niebieską koszulową bluzkę oraz czarne szpilki. Bez pośpiechu wkładam wszystko na siebie. Włosy związuję nad karkiem w zgrabny kok, w który wpinam ozdobny kwiatek. Wkładam niewielkie kolczyki, a na końcu używam ulubionych perfum. Tak ubrana oraz umalowana postanawiam iść do pracy. Chociaż nie wiem, czy mam dokąd wracać, bo znając Marshalla, może się okazać, że wywalił mnie na zbity pysk. Jeśli tak zrobił lub zrobi, cóż… znajdę sobie inną pracę. Świat się nie kończy na tym mieście i na tej firmie. I jednak coś tam potrafię. Cokolwiek by się działo, i tak muszę stawić temu czoła, zwłaszcza tej męskiej prostytutce, czyli Asherowi Marshallowi. Akurat nie byłam świadoma tego, jaki on naprawdę jest. A teraz jest chyba za późno na żal za grzechy.
Spoglądam na zegarek na moim lewym nadgarstku. Dociera do mnie, że dochodzi prawie siódma rano, co oznacza, że Marshall już powinien być u siebie w biurze. Zgarniam torebkę oraz kluczyki od auta, a następnie zatrzaskuję drzwi i ruszam dość szerokim podjazdem do zaparkowanego przed domem samochodu. Po chwili wsiadam i odjeżdżam w kierunku firmy. Jadąc na spotkanie z samym rozpustnym diabłem, zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam, że nie pojawiłam się w firmie. Może powinnam jednak pracować normalnie, a tak wykpiłam się zwolnieniem. Może powinnam mu pokazać, że tak nie wolno robić. Tylko pytanie: czy w jego przypadku by to coś dało? Wątpliwa sprawa.
Naciskam przycisk i szyba jedzie w dół. Zaciągam się zapachem miasta. Pachnie jak zawsze znajomo. To poprawia mi nastrój, który do tej pory miałam wisielczy. Przejeżdżając jedną z ulic, dostrzegam sklep z antykami, których w tym mieście nie brakuje. Postanawiam, że na poprawę chujowego humoru po pracy kupię sobie coś do domu. Coś, czego nie potrzebuję, ale jednak potrzebuję, i co sprawi mi radość.
Po kilkunastu minutach parkuję przed budynkiem, wyłączam silnik i jeszcze przez chwilę siedzę w samochodzie, dodając sobie odwagi. Po mniej niż kilku minutach wysiadam, ale nie ruszam się z miejsca. Dopadają mnie kolejne wątpliwości, czy aby na pewno powinnam tam wchodzić i psuć sobie humor. W sumie jestem pełna lęku, bo nie wiem, czego mam się spodziewać. Ostatkiem silnej woli wychodzę i ruszam do środka, gdzie witam się z ochroną, w której pracują od kilku lat te same osoby.
Wjeżdżam windą na odpowiednie piętro. Wychodzę z metalowej puszki i ruszam energicznym krokiem do mojego miejsca pracy – chyba jeszcze mojego. Zaciskam pięści, a następnie je rozwieram i pcham szklane drzwi, które zawsze są otwarte, do środka. Staję zaraz przy wejściu i przyglądam się uważnie, ale nic się nie zmieniło. Wszystko jest takie samo, jak zostawiłam. Z każdym kolejnym krokiem w kierunku biurka moja odwaga topnieje prawie do zera, a kiedy przy nim przystaję, odnoszę wrażenie, że nie mam jej wcale. Mimo wszystko odkładam torebkę na fotel za biurkiem i właśnie w tym momencie otwierają się drzwi od gabinetu, z którego wychodzi brunet. Na mój widok na jego twarzy maluje się zdziwienie, które przechodzi w złość i irytację.
Ach, cudnie. Kuźwa, Gina.
– A więc w końcu zaszczyciłaś mnie swoją obecnością – kpi. – Jakże to wspaniałomyślne z twojej strony, że jako pracownik pojawiłaś się w pracy. – Jego słowa ociekają pogardą.
– Zawsze mogę po prostu wyjść – oświadczam i unoszę wyżej głowę, bo ten dupek nie będzie mnie poniżał. Nie po tym, jak potraktował mnie pięć dni temu. Nie ma mowy.
– Do gabinetu, w tej chwili – rozkazuje i przepuszcza mnie w drzwiach.
– O proszę, dżentelmen się znalazł – prycham.
– Gina – ostrzega mnie ostrym tonem głosu, którego u niego nigdy nie słyszałam.
Czyżbym nadepnęła mu na odcisk? Jeśli tak, to nie zamierzam na tym poprzestać. Byłam głupia, ale już nie mam zamiaru taka być. Tacy faceci jak on swoim zachowaniem udowadniają kobietom, że mężczyźni to zakłamane chuje.
Podchodzę do jego wielkiego biurka i zwyczajowo zasiadam w skórzanym fotelu. Prostuję plecy i patrzę buńczucznie na tego złamasa, który zajmuje miejsce po drugiej stronie dębowego mebla i mruży na mnie oczy.
Mruż, mruż, guzik ci to da, Marshall.
– Chciałbym cię przeprosić – mówi chłodno, bez cienia uprzejmości.
– A to coś nowego – kpię sobie z niego.
– Nie chciałem, żeby tak wyszło, ale ostrzegałem. Powiedziałem ci, że nie bawię się w związki.
– Tylko zapomniałeś dodać, że przy okazji jesteś męską dziwką – rzucam zjadliwie do swojego szefa, którego gęba zaczyna działać mi na nerwy, co nie znaczy, że przestał mi się podobać.
– Coś ty powiedziała? – warczy.
– Szkoda, że zataiłeś przede mną fakt, że co wieczór lądujesz w łóżku z inną panienką. – Staram się opanować, chociaż mam ochotę mu przyłożyć. Tak prosto w nos i mu go rozkwasić. To byłby epicki widok.
– A czy to by coś zmieniło, gdybym to zrobił? – pyta z uniesioną brwią.
– Owszem. Nie poszłabym z tobą do łóżka – kwituję, a on zaczyna się śmiać, czym wywołuje we mnie jeszcze większą złość.
– Och, ależ to nie było łóżko, skarbie. Wypieprzyłem cię przecież na tym biurku – mówi nieźle ubawiony, jakby zdobył jakiś punkt w grze, w której tylko on bierze udział.
– Ty świnio – rzucam i wstaję. – Jesteś zakałą męskiej części populacji – syczę.
– Lubię, jak się złościsz, ale rozumiem, że mi nie wybaczysz. – Patrzy mi prosto w oczy.
– Żebyś wiedział. Nie wiem, jak ty to sobie wyobrażasz! – podnoszę głos. – Mam ci wybaczyć, że pomimo zawartego układu ty w tym czasie, bez ostrzeżenia, sprowadziłeś tutaj jakąś blond zdzirę i prawie ją zerżnąłeś na – wskazuję mebel – fotelu? A może mam ci wybaczyć, że porównałeś mnie do swoich jednorazowych panienek i nazwałeś nic nieznaczącą dziwką? Albo to, że jesteś kutasem, który zapomniał mi powiedzieć, że ma puszczalskiego kutasa?
– Gina…
O nie, teraz mu się nie dam.
– Zamknij się, mam cię dosyć! Sprawa jest prosta. Mam zabrać swoje rzeczy czy nie? – pytam, chociaż niedawno zastanawiałam się, czy jeszcze tutaj pracuję. Cóż… czasem działam pod wpływem emocji. Nie inaczej jest teraz.
– Chcę, żebyś dalej dla mnie pracowała – mówi miękko, czym mnie zaskakuje.
– Jesteś tego pewien?
– Jestem. – Kiwa głową dla lepszego podkreślenia swoich słów, a ja mam ochotę mu przyłożyć, aż nakryje się nogami.
– Dobrze. Zostanę, ale pod jednym warunkiem – wypalam, a on unosi pytająco brwi. – Nigdy więcej się do mnie nie zbliżysz. Od dzisiaj jestem wyłącznie pracownikiem, jak pozostali – oświadczam z bólem serca, gdyż tak naprawdę chciałabym, żeby było inaczej, ale ja też mam swoją godność. Czasem godność to wszystko, co się ma.
– Mam się do ciebie zwracać po nazwisku? – pyta z uśmieszkiem na ustach, jakbym powiedziała coś niedorzecznego.
– Jak panu wygodnie, panie Marshall – przybieram oficjalny ton i wiem, że się nie ugnę.
– Panie Marshall? – Zdziwienie pobrzmiewa w jego głosie, bo tylko w pierwszym dniu pracy tak się do niego zwracałam.
– Tak, przecież tak się pan nazywa. A teraz przepraszam, ale muszę wracać do swoich zajęć – rzucam twardo i wychodzę na drżących nogach.
Kiedy tylko drzwi od jego gabinetu się zamykają, siadam za swoim biurkiem. Czuję się wymięta oraz dopada mnie zmęczenie, a jest dopiero ranek. Ta rozmowa wiele mnie kosztowała. Przez ten miesiąc pracy u niego i bycia jednocześnie jego kochanką, zakochałam się w tym draniu. Oddałam serce mężczyźnie, dla którego jestem nikim. Obchodzę go tyle co zeszłoroczny śnieg. To boli, ale nie pokażę mu, że okazana mi przez niego wzgarda jest ciosem prosto w serce. W moje serce. A wszystko przez to, że zrobiłam najgorszą rzecz na świecie, czyli wdałam się w relację z szefem, co nie powinno mieć miejsca. Teraz przyjdzie mi płacić za moją naiwność. Zresztą on niczego mi nie obiecywał, więc pretensje mogę mieć tylko do siebie. Ale mówienie o mnie: „dziwka”, to przekroczenie wszelkich granic.
Odkładam torebkę do szuflady i zabieram się do pracy, której nikt za mnie nie wykonał. Czyli nie miał nikogo na moje zastępstwo. Zresztą jestem trochę zaskoczona, że mnie nie zwolnił. Chociaż czy miał powód? Pewnie jakiś by się znalazł. Jak zawsze.
*
Do końca wyznaczonych godzin pracy mam zamiar unikać wszelkich kontaktów z szefem, co nie wychodzi, bo on skutecznie zaczyna to utrudniać. Pół godziny temu kazał mi się zająć jakąś umową, następnie zrobić kawę, a teraz znowu jego gęba pojawia się w progu. Mam ochotę krzyczeć, jednak tego nie robię.
– Mam coś jeszcze przygotować?
– Lunch. Chciałbym, żebyś mi przyniosła.
– Ależ oczywiście – oświadczam i wstaję. – To co zwykle?
– Zaskocz mnie.
– Może lepiej nie – mruczę pod nosem, czego on nie słyszy, bo właśnie znika u siebie.
Ale skoro chce, żebym go zaskoczyła, to nie ma problemu. Zresztą trochę świeżego powietrza dobrze mi zrobi, tutaj zaczyna się robić zdecydowanie za duszno.
Zabieram torebkę i prawie biegiem ruszam do windy, na którą chwilę czekam, by po minucie zjeżdżać na parter. Jak tylko wysiadam, poprawiam zabłąkany kosmyk i zakładam go za ucho, a następnie ruszam do knajpki za rogiem, którą poleciła mi kiedyś Poppy. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że przyjaciółka musiała mieć do niego anielską cierpliwość, bo wytrzymała praktycznie rok z taką gnidą. Naprawdę ją podziwiam, bo nie wiem, jak długo sama wytrzymam, nie posuwając się do rękoczynów. Zgodziłam się zostać, on też tego chce, ale to może być dla mnie toksyczne, a więc trudne do przejścia. Jestem też osobą, która wbije mu szpilę, gdy tylko nadarzy się okazja, dlatego że nie zapominam i raczej nie wybaczam.
Ruszam spokojnie chodnikiem, gdyż do pokonania mam może dwieście metrów. Rozglądam się. Carson City to nie San Francisco, które mnie urzekło, ale to miasto też ma swój urok. Kocham je, ale czy w nim zostanę na stałe, tego nie jestem pewna. Zresztą jestem osobą, której wszędzie dobrze. Wszędzie mogę się zaaklimatyzować.
Wchodzę w końcu do knajpy i uśmiecham się na widok Romano, który stoi przy kontuarze.
– Dzień dobry – odzywam się, kiedy do niego podchodzę.
– Ooo, Gina! Gdzie się podziewałaś? – pyta i się uśmiecha.
– Musiałam wziąć kilka dni urlopu – tłumaczę mu, nie do końca kłamiąc.
– W takim razie, to co zwykle?
– Si, ale daj mi jedną porcję z czymś naprawdę ostrym.
– Ostrym? Jesteś tego pewna? – Patrzy na mnie co najmniej podejrzliwie.
– To nie dla mnie, to dla mojego – rozglądam się – szefa – szepczę.
– Aaa. Już wszystko rozumiem. Będzie na ostro, bella. – Puszcza do mnie oko.
Obserwuję, jak zabiera się do przygotowania kanapek. Ale to nie są zwykłe kanapki. Te są włoskie, tak jak moje korzenie. Co prawda w połowie, ale jednak. Pomyślałam, że mogłabym wykorzystać swoje kuzynostwo, tyle że mieszkają na drugim końcu kraju. Chociaż pewnie jeden telefon i z Marshalla zostałaby tylko wielka mokra plama. Ci ludzie są specyficzni, dlatego telefon do nich to ostateczność.
Po kwadransie odbieram jedzenie, płacę i żegnam się z Romano, by z gotowym lunchem Marshalla i moją kanapką z pastrami ruszyć do mieszczącego się po przeciwnej stronie ulicy parku. Siadam na pierwszej wolnej ławce, zatapiam zęby w opieczonym chlebie z dodatkami i powoli przeżuwam. Nie mam ochoty jeszcze wracać do biura, zwłaszcza że pogoda jest piękna i mimo połowy października nadal jest ciepło. Jedząc, przyglądam się spacerującym ludziom oraz liściom na drzewach, które powoli zmieniają kolor.
Siedzę tak i przeżuwam, a gdy kończę jeść, wycieram usta chusteczką i wstaję. Cicho wzdycham i powolnym krokiem wracam do biura. Jednak ledwo wchodzę, oczy tego diabła świdrują mnie na wylot.
– Ileż można czekać na jedzenie – napada na mnie słownie. Chyba jest zły jak osa, ale to nie mój problem.
– Przerwa dotyczy też mnie, więc po prostu zjadłam lunch w miłym towarzystwie – odpowiadam i wzruszam ramionami, a następnie podaję mu papierową torbę.
– W miłym towarzystwie? – mamrocze pod nosem i wraca do siebie, a po chwili drzwi od jego gabinetu zamykają się z trzaskiem.
Ups, czyżbym go uraziła? Brawo dla mnie.
Kręcę głową na jego zachowanie i zabieram się do pracy, bo jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności na moim biurku przybyło papierów. Zaciskam dłonie na krawędzi drewna, by po chwili zacząć przeglądać dokumenty. Na samym dnie znajduję kartkę z pewnym poleceniem. Czytam kilka razy, bo nie jestem do końca pewna, czy dobrze widzę. Ten drań chce, żebym wysłała kwiaty jakiejś Gil? Zakichane czerwone róże?
– Niech cię diabli – warczę. Popamięta mnie i będzie żałował, że ze mną zaczął.
Sięgam po telefon, szukam w necie kwiaciarni, po czym wybieram numer. Zamawiam bukiet wedle wskazówek oraz podaję adres, gdzie ma być dostarczony, a następnie zabieram się do wykonywania swoich obowiązków, mimo że w środku płonę. Ale gdy wybija piąta po południu, wstaję, bo to pora spadać do domu, a ja nie mam zamiaru siedzieć tutaj po godzinach. Jeśli szef chce, nie widzę problemu, ale ja nie zamierzam. Zbieram wszystkiego rzeczy i wrzucam do torebki, po czym wkładam buty, które wcześniej zsunęłam ze stóp, i ruszam do windy. Po chwili wciskam guzik i niecierpliwie czekam, aż przyjedzie na nasze piętro. W międzyczasie rozglądam się po korytarzu i dostrzegam idącego w moją stronę kumpla po fachu, którego bardzo lubię. Szatyn, jakieś metr siedemdziesiąt wzrostu, czyli o dziesięć więcej niż ja, i do tego nawet przystojny.
– Cześć, Gina – wita się ze mną z uśmiechem, który odwzajemniam.
– Cześć, Martin.
– Nie było cię. Byłaś chora? – pyta zaciekawiony.
– Nie, po prostu musiałam wziąć wolne – odpowiadam, pomijając prawdziwy powód, którego nikt nie musi znać.
– Wracasz do domu autem?
– Tak.
– A może jakieś piwo po pracy? – pyta, gdy wsiadamy do windy.
– W sumie… – Zastanawiam się przez chwilę. – Dlaczego nie – zgadzam się po namyśle. Dawno nigdzie nie byłam, a on jest fajnym towarzystwem.
– To spotkajmy się w barze Timbers – rzuca na odchodne, kiedy każde z nas rusza w swoją stronę. – Stolik jest zarezerwowany! – krzyczy jeszcze.
– Jasne. Będę! – odkrzykuję.
Asher
Przeklęta Gina. Nie bawię się w związki. Nie bawię się w takie głupoty i nie z kimś, kto dla mnie pracuje. Owszem, niezła jest w te klocki, ale niczego jej nie obiecywałem. Postawiłem sprawę jasno, chociaż w sumie nic nie postawiłem. Liczyłem, że samo się rozejdzie, jak zawsze, ale tym razem się przeliczyłem. Owszem, zabrałem ją na ślub Oliviera, ale tylko dlatego, że ona i Poppy się znają, jednak nie sądziłem, że aż tak.
Chyba powinienem sobie palnąć w łeb za swoją głupotę. Bo inaczej tego nazwać nie mogę. Do tego okazuje się, że jest jak żona brata – pyskata do kwadratu. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że powinienem ją zwolnić, ale nie wiedzieć czemu nie chciałem.
Przekładam papiery, które dostarczyła mi jakieś pół godziny temu, i sięgam po moją kanapkę, której nie miałem czasu zjeść w czasie lunchu. Odwijam papier i raczę się pierwszym kęsem. Smakuje obłędnie. Jednym słowem: zajebista. Przeżuwam, połykam i znowu gryzę. Gdy mniej więcej jedna trzecia kanapki jest w moim żołądku, czuję, jak zaczynają piec mnie język i przełyk.
– Jasna cholera. – Łapię oddech i odkładam jedzenie, po czym sięgam po wodę stojącą na biurku, ale jej wypicie nic nie daje. – Kurwa – sapię z powodu palącego uczucia w ustach. Pali mnie, jakby zjadł coś zarąbiście pikantnego, a przecież…
Rzucam się w kierunku drzwi, wypadam z biura i idę do naszego niewielkiego pomieszczenia socjalnego, w którym są ekspres do kawy oraz lodówka. Wyciągam z niej galon mleka i zamiast szukać szklanki, piję prosto z gwinta, żeby ugasić ten szalejący pożar w mojej jamie ustnej. Upijam dobrą szklankę, odstawiam i wycieram papierowym ręcznikiem usta. Pieczenie odrobinę zelżało, ale nie na tyle, że mogę funkcjonować. Dosłownie czuję, jakby mi zdrętwiał język. Ja pierdolę, co oni dali do tej kanapki? Nagle przechodzi mi przez myśl, że kazałem jej mnie zaskoczyć – i jej się, kurwa, udało! Sięgam znowu po mleko, wypijam resztę do dna i wyrzucam butelkę do stojącego obok okna kosza. Jest odrobinę lepiej, ale i tak mam ochotę udusić tę… A właśnie, wychodząc od siebie, nie zauważyłem, żeby siedziała przy biurku, czyli tam, gdzie jej miejsce.
Wracam, spoglądam na biurko Giny, przy którym przystaję i odczekuję jeszcze dwie minuty, ale wygląda na to, że sobie poszła. Tylko że u mnie się tak nie pracuje…
Gina
Po niedługim czasie parkuję przed barem. Okazuje się, że jestem szybsza od kumpla. Podejrzewam, że tak naprawdę jest to spotkanie pracowników. Gdy przekraczam próg, moje przypuszczenia się potwierdzają. Uśmiecham się na widok kilku dziewczyn z firmy i ruszam w kierunku dwóch zajętych stolików.
– A jednak cię ściągnął! – wykrzykuje Arla.
– Puścił cię? – pyta Cassy.
– Yyy. Kończę pracę o piątej, on może sobie siedzieć, ja niekoniecznie – odpowiadam i zajmuję miejsce obok Cassy.
– To co pijesz? – pyta Dony, który jest firmowym architektem.
– Piwo – odpowiadam.
– Jasne. – Kiwa i wstaje, po czym znika.
Witam się z pozostałymi dwoma osobami, które znam raczej z widzenia. Ich działy to akurat nie moja bajka, ale generalnie firma Marshall zatrudnia kilkanaście osób w biurze, że nie wspomnę o pracownikach na budowach. Po kilku minutach ląduje przede mną butelka, którą unoszę do ust i upijam łyk. Właśnie w tej chwili zaczyna dzwonić mój telefon. Wygrzebuję go z torebki, patrzę na ekran i nie wierzę.
– Stało się coś?
– Gdzie ty, do cholery, jesteś? – warczy do telefonu mój szef.
– Gdzieś. Jestem już po pracy.
– Wychodzisz wtedy, kiedy ja – oświadcza, a ja mam ochotę się roześmiać. Chyba mu się coś pomyliło. Jeśli Poppy tak robiła, to naprawdę miała kobieta świętą cierpliwość.
– Nie wydaje mi się, a teraz…
– Gina, kończ rozmowę! – słyszę podniesiony głos Jacka.
– Gdzie i z kim jesteś?! – krzyczy mój szefuńcio, którego mam ochotę posłać w diabły.
– Tam, gdzie cię nie ma – oświadczam i się rozłączam.
Co za dupek. Jestem po pracy i nie musi wiedzieć, co robię w czasie wolnym. Nie jego sprawa. Nie chciał ze mną być, okej. Chciał sobie poruchać, zrobił to. Więc jak koniec, to koniec.
– Szef? – pyta rozbawiona drobna blondynka.
– Taa. Normalnie jakby mógł, to by mnie przykuł łańcuchem jak psa do ogrodzenia – odpowiadam, a wszyscy wybuchają śmiechem.
Podnoszę piwo do ust, biorę łyk, po czym wszyscy wznosimy toast za upierdliwych szefów, licząc, że Marshall nie będzie mnie szukał. Nie ma po co, bo do pracy dzisiaj nie wrócę. Nie ma mowy. Nie jestem tyrającą niewolnicą. On może być, jak najbardziej, ale nie ja. Ja mam zamiar odrobinę się zrelaksować, ciesząc się towarzystwem ludzi z pracy, którzy nie mają zielonego pojęcia, że miałam z tym draniem pewną niebezpieczną umowę, która skończyła się dla mnie fatalnie.
Gina
Wczoraj wróciłam dość późno jak na mnie. Siedzieliśmy w pubie prawie do dziewiątej wieczorem, więc w domu byłam coś koło dziesiątej, bo po drodze zrobiłam jeszcze zakupy. Dla świętego spokoju wyłączyłam telefon na noc. Nie miałam ochoty, żeby ten pacan przeszkadzał mi podczas snu. Po spokojnie przespanej nocy budzę się znacznie wcześniej, niż powinnam. Spoglądam na zegarek, który wskazuje szóstą rano. Mam czas, dlatego przeciągam się leniwie i dopiero po dobrej chwili wyślizguję z przyjemnie ciepłej pościeli.
Po szybkim prysznicu owijam się ręcznikiem, a następnie ruszam do szafy, z której wygrzebuję ubrania do pracy. Postanawiam podrażnić trochę lwa i zagrać mu na nosie. Z pełną premedytacją wybieram dopasowaną i sięgającą do kolan wrzosową sukienkę z zamkiem na plecach biegnącym po całości. Do zestawu mam czarne pończochy i szpilki w tym samym kolorze. Szybko wkładam ubranie, robię staranny makijaż i ruszam do kuchni zjeść śniadanie, na które zwykle składają się grzanka oraz kawa.
Jak zawsze, no może prawie jak zawsze, punktualnie o siódmej przekraczam próg mojego „królestwa” i siadam za biurkiem. Po ciszy panującej w miejscu pracy domyślam się, że Marshall jeszcze się nie zjawił, w przeciwnym razie zapewne dostałabym burę za kanapkę. Ale zawsze mogę zwalić winę na lokal, że niby pomylili sosy. Niczego mi nie udowodni. A jeśli spróbuje, to wątpię, żeby mu powiedzieli. Romano będzie żywo gestykulował i powtarzał, że nic wielkiego się nie stało, po czym machnie ręką i każe mu spadać. Jednak nie będę się w to zagłębiać, będzie, co ma być. Teraz mam ciszę oraz chwilę tylko dla siebie, więc wpierw uruchamiam komputer, a następnie przeglądam terminarz na dzisiaj. Okazuje się, że o jedenastej mamy spotkanie z nowym klientem, więc przygotowuję umowę przedwstępną. W sumie to jest prawie zawsze standardowa umowa, w której nanoszone są zmiany.
– Nasz syn jest u siebie?
Podskakuję wystraszona na dźwięk damskiego głosu. Podnoszę głowę i widzę uśmiechającą się Abby Marshall oraz jej męża Granta.
– Jeszcze nie przyszedł – odpowiadam.
– Poczekamy na niego w gabinecie – odzywa się jego ojciec.
– W takim razie – wstaję – zaraz przyniosę państwu kawę – proponuję, a oni kiwają głowami i wchodzą do gabinetu Ashera.
Ruszam do ekspresu. W oczekiwaniu na kawę przygotowuję mleko oraz stawiam na talerzyku dwie małe czekoladki zapakowane w sreberko. To taki mój pomysł, ale dostają je jedynie Abby i Grant, ich syn nigdy nie zasłużył.
Po pięciu minutach podaję gotową aromatyczną kawę państwu Marshallom. Kobieta obdarza mnie tajemniczym spojrzeniem, po czym uśmiecha się pod nosem, a ja bez słowa wychodzę i zajmuję się swoimi papierzyskami. Odkładam je po kilku minutach, gdyż do pomieszczenia wchodzi mój szef, który wygląda… dziwnie. Lekki zarost oraz niechlujnie zawiązany krawat, a do tego jakby był trochę niewyspany. W sumie powiedziałabym nawet, że wymięty.
– Kawy? – pytam przymilnym głosem, a w rzeczywistości mam ochotę wlać mu tę kawę do gaci.
– Tak, poproszę – odpowiada i rusza do gabinetu.
– Twoi rodzice są za drzwiami – informuję go z uśmiechem na ustach, na co on robi kwaśną minę.
Och, ups.
– Jeszcze ich mi potrzeba – mamrocze pod nosem, a następnie znika za drzwiami.
Asher
– Mogę wiedzieć, co wy tutaj robicie? – pytam, bo oni nie składają wizyt bez powodu. – I od razu powiem, że nie ma mnie w żadnych brukowcach.
– Nie ma, fakt – potwierdza mama i kiwa głową.
– Więc o co chodzi?
– A musi o coś? – Do rozmowy dołącza tato.
– W waszym – wskazuję na nich – wypadku zawsze. Bez celu byście nie przyszli.
– To wyobraź sobie, że pierwszy raz jesteśmy bez celu.
– Dlaczego… – urywam, gdyż do biura wchodzi Gina z moją kawą, którą stawia na biurku, i odchodzi. Krótko odprowadzam ją wzrokiem i skupiam się na rodzicach. – Dlaczego wam nie wierzę?
– Bo ty zawsze myślisz, że mamy coś za uszami, synu. Po prostu chciałem sprawdzić, w jakiej kondycji jest firma. Póki co jeszcze moja – dodaje.
– Wiem o tym. Ale możecie spać spokojnie. Pozyskaliśmy nowego klienta.
– A to dobrze, chwali się. – Tato upija łyk kawy, odstawia filiżankę i spogląda na mnie.
– Mam coś na twarzy?
– Nie, ale marnie wyglądasz.
– Powiedzmy, że dzisiaj mam w nosie wygląd.
– Czyżby jakaś kobieta dała…
– Nie – ucinam jego spekulacje. – Zwyczajnie źle spałem, trochę dużo mam na głowie – nie kłamię. W sumie mówię prawdę, ale jeśli wezmę pod uwagę Ginę, to czyste łgarstwo.
– W takim razie – mama wstaje – zapraszamy cię na obiad. Może w weekend?
– Wpadnę.
– Super. – Cieszy się i całuje mnie w policzek. – Zmądrzej – szepcze.
– To znaczy?
– Dobrze wiesz. – Puszcza do mnie oko, a następnie rusza do wyjścia.
Patrzę na opuszczających moje biuro rodziców, odczekuję chwilę i sam podchodzę do drzwi oddzielających Ginę ode mnie.
Gina
Odprowadzam wzrokiem wychodzące szefostwo i ledwo zerkam na dokumenty, słyszę chrząknięcie. Z gabinetu wyłania się mój szef i mruży na mnie oczy. A temu o co znowu chodzi?
– Do gabinetu – rzuca niezbyt przyjaznym tonem.
Oho, chyba wstał dzisiaj lewą nogą.
To by tłumaczyło też jego wygląd. Chociaż mam cichą nadzieję, że to przeze mnie albo przez kanapkę, którą wczoraj zjadł. Zemsta zawsze smakuje słodko.
Bez oglądania się na paniczyka zasiadam na swoim zwyczajowym miejscu i czekam, aż brunet zajmie swoje, co jednak nie następuje. Zostaję odwrócona wraz z fotelem w jego stronę, a on sam układa swoje dłonie na bocznych oparciach. Jego oczy wręcz wypalają dziury w moich.
– Gdzie wczoraj byłaś? – cedzi pytanie.
– Nie twoja sprawa – odpowiadam w tym samym tonie. – Jestem tylko twoją pracownicą, nikim więcej. Więc… – Wzruszam ramionami, bo mam go w dupie. Chociaż może nie do końca, ale się nie przyznam, nawet jeśli mrozi mnie wzrokiem.
– Z kim wczoraj wyszłaś?
– Z kimś. Poza tym to nie twój zakichany interes – warczę i odpycham się nogą od podłogi, przez co mój fotel odjeżdża, a Marshall o mało nie traci równowagi. Próbuję powstrzymać śmiech, ale mi się nie udaje i parskam.
– Ty mała wiedźmo – syczy.
– Masz jakieś polecenie czy mogę sobie iść? – pytam niewinnie, siedząc wciąż w fotelu.
– Wynocha… – pokazuje ręką drzwi, na co wstaję – stąd! – rzuca zły.
– Już się robi, panie Marshall. – Salutuję, a moje usta rozciągają się w uśmiechu, kiedy go mijam. Po chwili zamykam za sobą drzwi i tak trochę przypadkiem trzaskam nimi. Ups.
No ma osioł tupet. Nie chciał mnie w swoim życiu, a teraz rości sobie jakieś chore prawo i tylko Bóg wie dlaczego. O co to, to nie. Nie pozwolę się tak traktować. Nie będę jedną z jego dziewczyn, których imiona zapomina zaraz po wyjściu z łóżka. Tylko że nie wiedziałam o tym wcześniej. Ale wczoraj na piwie dowiedziałam się bardzo ciekawych rzeczy. Chociażby tego, że Asher Marshall bywa gwiazdą lokalnych brukowców. Akurat tego chyba wolałabym nie wiedzieć.
Odkładam dokumenty i wyciągam telefon, który dzwoni już drugi raz, bo nie mogłam wcześniej odebrać. Uśmiecham się na widok imienia na wyświetlaczu. Przeciągam palcem po ekranie i odbieram.
– Cześć, Nico – witam się z nim wesoło.
– Cześć, skarbie. Wróciłem do domu – oświadcza.
– Kiedy? Gdzie jesteś? Masz klucze? – zasypuję go lawiną pytań.
– Stoję właśnie przed twoim miejscem pracy.
– Zaraz powiadomię ochronę, żeby cię wpuścili.
– Dzięki. – Rozłącza się.
Nie wierzę, że już wrócił. Tak za nim tęskniłam. Jest moim bratem, mimo że nie łączą nas więzy krwi. Poza tym jest jedynym rodzeństwem, jakie mam. A dla rodziców jest synem, którego zawsze pragnęli. Jest moją rodziną i jestem z niego bardzo dumna. Ojciec zgarnął go prosto z ulicy, kiedy jako dwunastolatek próbował się włamać do jego auta. Okazało się, że jest dzieckiem niczyim. Nie widniał w żadnym systemie, więc rodzice po dopełnieniu wszystkich formalności stali się jego prawnymi opiekunami, a on tym samym stał się ich dzieckiem i moim bratem. Teraz jest rozchwytywanym modelem, poza tym ma swoją firmę. Jednak wszystko zawdzięcza sobie. Chociaż zdobycie wykształcenia umożliwili mu rodzice. Zapewnili lepsze szkoły, ubrania, ale przede wszystkim dali miłość. To ostatnie jest bezcenne.
– Gina – roznosi się głęboki, męski głos, na co unoszę oczy.
– Nico! – Zrywam się z fotela i wpadam wprost w objęcia bruneta, który okręca się ze mną.
– Stęskniłem się za tobą, biedroneczko – szepcze mi wprost do ucha i mocno przytula do siebie.
– A ty nadal mnie tak nazywasz?
– Cóż, pewne rzeczy się nie zmieniają, Gina. – Puszcza do mnie oko.
– Ja też cię kocham – mówię.
Całuję go w policzek, a następnie zamieram, widząc ponad ramieniem brata stojącego w drzwiach Ashera. Ma wypisaną na twarzy chęć mordu.
No to sobie pogramy, panie Marshall.
Gina
Nico, nieświadom tego, że za jego plecami stoi Ash, szczerzy się do mnie niczym wioskowy głupek, a ja ponownie skupiam swój wzrok na bracie, olewając szefa. Nie mam zamiaru mu współczuć. Za to, co zrobił, należy mu się lanie.
– Jedziesz ze mną do domu czy dasz mi po prostu klucze? – pyta wciąż zwrócony tyłem do mojego szefa, a ja kątem oka dostrzegam marsową minę Ashera.
– Jakbyś zapomniał, jestem w pracy, więc dam ci klucze – tłumaczę się.
– W takim razie coś ugotuję i zjemy razem kolację, a teraz poproszę klucze. – Trąca mnie palcem w nos i wyciąga dłoń.
– Już ci daję – odpowiadam z uśmiechem i go wymijam.
Nie wiem, co myśleć o minie szefa, który wciąż stoi i się nam przypatruje. Więc zwyczajnie go ignoruję. Podchodzę do biurka i z szuflady wyciągam torebkę, a z niej klucze, które wręczam bratu.
– Dzięki.
– Widzimy się w domu.
Obdarzam go całusem w policzek i po chwili już go nie ma, a ja stoję tak jeszcze przez kilka sekund i wpatruję się w drzwi, za którymi zniknął Nico. Wypuszczam oddech i nie patrząc na mojego szefa, siadam w fotelu i zabieram się do dokończenia umowy. Staram się skupić na naniesieniu poprawek, jednak czuję na sobie natarczywy i palący wzrok pana seksownego. Zaciskam mocniej palce na długopisie, żeby nie poddać się chęci spojrzenia w jego kierunku. Niech tam sobie stoi jak ten bałwan. Nie musi nic o mnie wiedzieć. Zresztą nigdy nie chciał, bo o nic nie pytał. Dopiero teraz to sobie uzmysławiam. Asher nigdy nie pytał, bo ta wiedza była mu zbędna. I niech nadal będzie. Niczego mu nie ułatwię.
– Kto to był? – słyszę pytanie z bardzo bliskiej odległości, więc unoszę lekko głowę.
Marshall stoi po drugiej stronie biurka z krzywym grymasem na ustach. Ma rozpięty kołnierzyk koszuli oraz włosy w takim nieładzie, jakby przeczesywał je dłonią kilkanaście razy.
– Ktoś – odpowiadam lekko.
– Spytam raz jeszcze. Kto to był?
(…)
Pozostało jeszcze 90 proc. treści książki.
Projekt okładki:
Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design
Redakcja:
Dorota Filip
Korekta:
Joanna Błakita, Wiktoria Kowalska
Redakcja techniczna:
Mariusz Gołdyn
Przygotowanie wersji elektronicznej:
Gabriel Wyględacz Studio Akapit
Copyright © 2026
@ by Anna Wolf
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN: 978-83-975546-7-2
wydawnictwowolf.pl
