Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza - Jarosław Górski - ebook

Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza ebook

Jarosław Górski

4,0

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Mimo że Tadeusz Dołęga-Mostowicz, najpoczytniejszy polski pisarz XX wieku, był człowiekiem niezwykle towarzyskim, o jego życiu wiedzieliśmy do tej pory zaskakująco mało, a to, co wiedzieliśmy, opierało się bardzo często na niesprawdzonych plotkach, pogłoskach, tworach zawodnej pamięci i niezawodnej zawiści współczesnych. W książce niniejszej znajdzie czytelnik zweryfikowaną badaniami źródłowymi sylwetkę człowieka o ogromnym uroku osobistym, kochającego życie i lubiącego ludzi, jednej z najpopularniejszych gwiazd masowej wyobraźni swoich czasów, a także bardzo świadomego swych celów artysty wyznaczającego kierunki rozwoju polskiej kultury popularnej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja i opracowanie indeksu: Anna Matysiak

Opieka edytorska: Agnieszka Dziewulska

Korekta: Dobrosława Pańkowska

Autorzy i źródła zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki):

Muzeum Literatury/East News (s. 111, 221)

NAC (s. 29, 37, 163, 223)

Archiwum Emigracji – Biblioteka UMK w Toruniu (s. 47)

Filmoteka Narodowa – Instytut Audiowizualny (s. 191, 379)

spadkobiercy Benedykta Jerzego Dorysa (s. 217)

spadkobiercy Waldemara Świerzego (s. 423)

spadkobiercy Eryka Lipińskiego (s. 385)

archiwum Emilii Mostowicz (s. 63, 95, 147, 167, 237, 239, 257, 258, 301, 327, 346, 347, 361, 401, 413, 415)

archiwum Magdy Knoppek (s. 265, 269, 311, 319, 355, 357, 373, 375, 403)

domena publiczna (s. 125, 135, 181, 211, 241, 243, 253, 275, 289, 305, 325, 339, 359, 363, 391)

Wydawnictwo dołożyło wszelkich starań, by zawrzeć stosowne umowy dotyczące materiału ilustracyjnego zawartego w książce, niestety w kilku przypadkach okazało się to niemożliwe, dlatego wszystkich zainteresowanych prosimy o pilny kontakt z sekretariatem wydawnictwa.

ISBN 978-83-244-1089-7

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2021

Copyright © by Jarosław Górski

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18

00-570 Warszawa

tel. 22 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis rzeczy

Rozdział I. Porwanie

Rozdział II. Legenda i plotka

Rozdział III. Dwa strzały w serce

Rozdział IV. Dwie wyprawy na podbój stolicy

Rozdział V. To ten pobity

Rozdział VI. Narodziny pisarza

Rozdział VII. „Kariera” i kariera

Rozdział VIII. Dziecko szczęścia?

Rozdział IX. Lojalny zdrajca

Rozdział X. Antyfeminista, feminista, skandalista

Rozdział XI. Parweniusz z rodowodem

Rozdział XII. „Musi być uważany za szkodliwego”

Rozdział XIII. Odrzucony scenariusz

Rozdział XIV. Z „Wieczoru” do „Czerwoniaka”

Rozdział XV. Od „Trzech serc” do „Profesora Wilczura”

Rozdział XVI. Filmowiec

Rozdział XVII. Gorące lato

Dodatek

Podziękowania

Przypisy

Przypisy bibliograficzne

Indeks osób

ROZDZIAŁ I
Porwanie

8 września 1927 roku późnym wieczorem Tadeusz Mostowicz wracał z dziennikarskiego dyżuru w redakcji „Rzeczpospolitej”. Mieszkał w nowej, pięknej kamienicy przy alei Grójeckiej 44, w mieszkaniu wuja, Zygmunta Rytla, wybitnego wynalazcy, mechanika, dyrektora Warszawskiej Spółki Akcyjnej Budowy Parowozów. Na Szpitalnej 12, w redakcji, zostawał do późna, kiedy musiał napisać felieton na następny dzień albo zrobić korektę porannego wydania. Jechał wtedy tramwajem numer 8. Ochota, przyłączona do Warszawy ledwie przed dziesięcioleciem, intensywnie się teraz rozbudowywała: przy placu Narutowicza właśnie zakończono wznoszenie neoromańskiego kościoła Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, a po przeciwnej stronie powstawał monumentalny Dom Centrali Akademickiej Bratniej Pomocy nazwany „Akademikiem”. Aleja Grójecka, przy placu Narutowicza wciąż wyłożona nierównym brukiem i słabo oświetlona nielicznymi elektrycznymi latarniami, kawałek dalej w stronę warszawskich rogatek zamieniała się w nieutwardzoną szosę, podczas deszczów błotnistą, w dni upalne wzbijającą spod kół przejeżdżających aut i furmanek tumany kurzu.

Siedmiu na jednego

Na placu Narutowicza Mostowicz wysiadł z tramwaju[1] i znalazł się po nieparzystej stronie ulicy. Kiedy zbliżył się do skraju chodnika i zaczął przechodzić przez jezdnię, dwa stojące nieopodal auta ruszyły w jego kierunku. Po Warszawie, a zwłaszcza po jej obrzeżach, jeździło wtedy niewiele samochodów, a ich kierowcy uważali nierzadko, że ograniczenia szybkości oraz inne przepisy ruchu drogowego stworzono dla dorożek, a nie dla nich, i że to pieszy powinien uważać, aby nie dostać się pod koła. Redaktor Mostowicz cofnął się na chodnik, czekając, aż rajdowcy przejadą. Jednak oba auta gwałtownie skręciły w lewo, przecięły aleję Grójecką i z piskiem opon zahamowały tuż przy nim, blokując mu przejście. Wyskoczyło z nich kilku rosłych mężczyzn, którzy zaczęli okładać go pałkami, zanim zaskoczony dziennikarz zdołał w jakikolwiek sposób zareagować.

Mostowicz, choć był wówczas człowiekiem niespełna trzydziestoletnim, sprawnym i wysportowanym, nie miał większych szans z siedmioma pałkarzami. Szybko stracił przytomność i osunął się na bruk, a wtedy napastnicy sprawnie chwycili go za ręce i nogi i wrzucili na podłogę jednego z samochodów. Drugie auto zawróciło w kierunku śródmieścia, a pierwsze, z nieprzytomną ofiarą przytrzymywaną przez trzech pasażerów tylnej kanapy, skręciło w przeciwną stronę, w kierunku rogatki.

Krzyki napadniętego i jego oprawców zaalarmowały pełniącego nieopodal służbę posterunkowego Józefa (lub Michała) Kobusa (Kobuza); ten podbiegł do ruszającego samochodu i dał rozkaz zatrzymania się, ale kierowca ani myślał słuchać. Kobus wskoczył więc na stopień auta, jednak został zepchnięty na bruk Grójeckiej. Zdarzenie widziało także kilkoro spóźnionych przechodniów, niektórzy z nich starali się dostrzec nieoświetlone (wbrew przepisom) tablice rejestracyjne i zapamiętać numery. Mimo że całe zajście przebiegło błyskawicznie, bo od momentu zajechania Mostowiczowi drogi do chwili, gdy samochód z ofiarą i porywaczami zniknął w mroku, minęła może minuta, niektórym z nich udało się odczytać pojedyncze litery i cyfry.

Na granicy miasta, na skrzyżowaniu alei Grójeckiej z ulicą Opaczewską, znajdowała się rogatka i posterunek, na którym policjanci kontrolowali przejeżdżające auta. Także pędzącemu buickowi policjant dał znak do zatrzymania się, ale kierowca tylko zwiększył prędkość. Nocne ciemności i dym wydobywający się z rury wydechowej przysłoniły numery rejestracyjne auta. Ze strażnicy wybiegli pozostali dyżurujący policjanci, ale zobaczywszy odjeżdżający wóz, spojrzeli po sobie porozumiewawczo i nie wszczynali już telefonicznego alarmu. Tego buicka doskonale przecież znali i wiedzieli, że ich koledzy na pewno nie będą go ścigać...

Leżący w samochodzie Mostowicz, mimo że ledwo odzyskał przytomność i nie stawiał oporu, został zakneblowany i unieruchomiony wykręcaniem rąk i kopniakami. W końcu, może po półgodzinie szaleńczej jazdy, auto zatrzymało się na skraju lasu. Mostowicz został wyciągnięty i wrzucony do rowu, a napastnicy, których razem z kierowcą było pięciu, znów zaczęli okładać swoją ofiarę pałkami. Ewidentnie znęcali się nad bezbronnym człowiekiem, chcąc mu zadać jak najwięcej bólu.

Teraz dopiero zdezorientowany, zaskoczony Mostowicz zrozumiał, dlaczego został napadnięty, napastnicy krzyczeli bowiem, że biją „za pisanie o Marszałku”.

W końcu jeden z pałkarzy dał znak, że wystarczy. Grożąc Mostowiczowi rewolwerami, bandyci zmusili go do wejścia do lasu, po czym, przechwalając się dobrze wykonaną robotą i ciesząc, że pobity długo zapamięta nauczkę, wsiedli do samochodu i odjechali. Kiedy Mostowicz usłyszał warkot motoru, powoli wyszedł na szosę krakowską, gdzie zobaczył sznur oświetlonych naftowymi i karbidowymi lampami furmanek ciągnących w kierunku Warszawy. Była pierwsza w nocy, piątek, dzień targowy i liczni podwarszawscy gospodarze jechali z warzywami, owocami i nabiałem, aby przed świtem zająć dobre miejsca na bazarach i placach handlowych przy Grójeckiej. Jeden z woźniców, zapewne skuszony obietnicą dodatkowego zarobku, zgodził się zabrać zakrwawionego, ledwie żywego pasażera i około godziny czwartej nad ranem dowiózł go do domu przy Grójeckiej 44.

Honor, kastet i pałka

Krewni skatowanego dziennikarza natychmiast wezwali lekarza i rano powiadomili o zdarzeniu redakcję „Rzeczpospolitej”; dopiero jej pracownicy po południu, zapewne po dłuższych naradach, powiadomili prokuraturę. Prokurator Świątkowski wraz z zastępcą, podprokuratorem Mieczysławem Siewierskim, niezwłocznie zlecił przeprowadzenie czynności śledczych policjantom z XXIII komisariatu przy ulicy Grójeckiej 32, tego samego, w którym służył posterunkowy Kobus próbujący zatrzymać buicka napastników. Redakcyjni koledzy Mostowicza bardzo szybko skontaktowali się z dziennikarzami z zaprzyjaźnionych i niezaprzyjaźnionych gazet. Jeszcze tego samego dnia o napadzie huczała cała Warszawa. Tadeusz Mostowicz był przecież jedną z najmocniej świecących gwiazd polskiej publicystyki, jego błyskotliwe felietony z opozycyjnej, chadeckiej „Rzeczpospolitej”, podpisywane inicjałami T.M. lub pseudonimem C. Hr. Zan, od dwóch lat żywo komentowano nie tylko w stolicy. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, od zamachu majowego i przejęcia władzy przez marszałka Piłsudskiego i koterię jego fanatycznych zwolenników, która sama ochrzciła się sanacją (czyli „uzdrowieniem”), artykuły redaktora Mostowicza miały coraz ostrzejszy, antysanacyjny charakter. Młody publicysta ze szczególnym uporem domagał się wyjaśnienia losów aresztowanych i przetrzymywanych bez sądu generałów Wojska Polskiego, którzy podczas zamachu majowego opowiedzieli się przeciwko zamachowcom po stronie legalnych władz: Tadeusza Rozwadowskiego, Juliusza Malczewskiego, Bolesława Jaźwińskiego i, zaginionego już na zawsze, Włodzimierza Zagórskiego.

Mało było chyba w dziennikarskim środowisku ludzi, którzy mieliby wątpliwości co do politycznego charakteru bestialskiego napadu, zwłaszcza że w całym kraju dochodziło do „ostrzegawczych” naruszeń nietykalności cielesnej opozycyjnych dziennikarzy. Z reguły kończyło się na otoczeniu ofiary przez gromadę zbirów, wyzwiskach, szturchaninie albo policzkowaniu.

Ale coraz częściej zdarzały się też przypadki brutalnego, aż do nieprzytomności, katowania ludzi polityki i pióra. 1 października 1926 roku nad ranem uzbrojona w rewolwery i kastety kilkunastoosobowa banda, złożona między innymi z umundurowanych oficerów Wojska Polskiego oraz żandarmów z emblematami służbowymi, wdarła się do mieszkania endeckiego ekonomisty i publicysty, urzędującego posła i byłego ministra skarbu, Jerzego Zdziechowskiego. Napastnicy pobili go do nieprzytomności, a w pokoju, w którym została zalana krwią ofiara, odpalili jeszcze granat łzawiący. W śledztwo, jak głosiły oświadczenia dla prasy, zaangażował się osobiście minister spraw wewnętrznych, generał Felicjan Sławoj-Składkowski, jednak nie przyniosło ono żadnego rezultatu, choć nieoficjalnie powtarzano nazwiska oficerów, którzy mogli wziąć udział w napadzie, między innymi tego, któremu najbardziej mogło zależeć na uciszeniu Zdziechowskiego. Poseł był w sejmie inspiratorem działań zmierzających do odrzucenia projektu budżetu zaproponowanego przez pozamachowy rząd, w związku z czym sam marszałek Piłsudski, teraz nie tylko wódz swojego obozu, naczelny wódz Wojska Polskiego, ale i premier rządu, miał dawać wyraz swojego niezadowolenia. Czy to Marszałek wydał rozkaz pobicia posła? – spekulowano. Czy też była to „prywatna” inicjatywa jego fanatycznych wielbicieli w korpusie oficerskim, oburzonych, że ktoś ma czelność denerwować wskrzesiciela niepodległej ojczyzny? A może to już sprawa państwowa, może w wojsku, w żandarmerii, istnieje specjalna komórka, której zadaniem ma być uciszanie niepokornych parlamentarzystów metodami nieparlamentarnymi?

28 marca 1927 roku w Katowicach czterej napastnicy uzbrojeni w okute żelazem drewniane pałki pobili do nieprzytomności Władysława Zabawskiego, publicystę i redaktora naczelnego dziennika „Polonia”, blisko związanego z chadecją i Wojciechem Korfantym (który był także współwłaścicielem „Rzeczpospolitej”). Zabawski do końca życia pozostał inwalidą. Trzech z czterech napastników udało się ująć tuż po napadzie – okazało się, że są to młodzi robotnicy, byli powstańcy śląscy, a teraz wielbiciele Piłsudskiego, sanacji, działający ze świadomej lub nieświadomej inspiracji sanacyjnego wojewody śląskiego Michała Grażyńskiego, który na Śląsku przedstawiał się jako najwierniejszy realizator wizji Marszałka. Przed policją zeznali, że ich czyn miał motywacje polityczne, jakby byli pewni (słusznie zresztą), że będzie to potraktowane jako poważna okoliczność łagodząca. Skazano ich na niedługie kary pozbawienia wolności za „czynne znieważenie” Zabawskiego, a ich rychłe wyjście na wolność opozycyjni dziennikarze odczytywali jako wyraźne ostrzeżenie. Siedziba redakcji „Polonii” musiała się wkrótce zamienić w twierdzę, ponieważ kilkakrotnie wrzucano do niej bomby.

Z kolei we Lwowie nieznani sprawcy pobili redaktora „Słowa Polskiego” Romana Kordysa, a w Krakowie w równie tajemniczych okolicznościach pobity został redaktor „Głosu Narodu” Jan Matyasik. Stanisław Strzetelski, redaktor naczelny informującego na bieżąco o sprawie Mostowicza endeckiego dziennika „ABC”, który wcześniej był naczelnym „Rzeczpospolitej”, przyjmował Mostowicza do pracy i zachęcał do ostrej publicystyki, także miał osobiste doświadczenia z „obrońcami honoru”. We wrześniu 1921 roku do redakcji endeckiej „Gazety Porannej” (zwanej dwugroszówką) weszło dwóch posłów z popierającego ówczesny rząd Wincentego Witosa PSL „Wyzwolenie”: Juliusz Poniatowski (później m.in. sanacyjny wicemarszałek Sejmu i wielokrotny minister rolnictwa) i Kazimierz Bagiński (notabene dziesięć lat później bezprawnie uwięziony w twierdzy brzeskiej i tam bestialsko pobity). Obaj, pokazując numer gazety z wyjątkowo według nich haniebnym antyrządowym artykułem, spoliczkowali głównego publicystę gazety Antoniego Sadzewicza, mającego skądinąd opinię paszkwilanta; próbującym ich zatrzymać pracownikom redakcji zagrozili rewolwerami. Sprawcy, jako że przysługiwał im immunitet poselski, pozostali bezkarni. Strzetelski na łamach „Rzeczpospolitej” potępił ten akt agresji i podał w wątpliwość honor polityków napadających we dwóch na jednego, osłaniających się rewolwerami i immunitetem. Poseł Poniatowski w odpowiedzi wyzwał Strzetelskiego na pojedynek – jako obrażonemu przysługiwała mu możliwość wyboru broni i zdecydował się na szable. Nawet życzliwi Poniatowskiemu twierdzili, że było to mało szlachetne, bowiem jako były oficer Legionów wyćwiczony w szermierce miał przewagę nad przeciwnikiem, także weteranem, ale walczącym jako szeregowiec karabinem, w dodatku inwalidą, niewidomym na jedno oko. 14 grudnia odbył się pojedynek, podczas którego Poniatowski zadał Strzetelskiemu dwie niegroźne dla życia rany, co zapewne miało być aktem wyjątkowej wielkoduszności, bo pozwoliło zakończyć walkę.

Do pariasów polskiego życia politycznego: działających nielegalnie komunistów, niepodległościowców ukraińskich i białoruskich czy działaczy chłopskich niezwiązanych z parlamentarnym ruchem ludowym, oficerowie czy cywilni pałkarze nie musieli się fatygować w charakterze znanych lub nieznanych sprawców, mogli bić ich do nieprzytomności bezkarnie i w majestacie państwa – także przed zamachem majowym – na komisariatach Policji Państwowej, w strażnicach Korpusu Ochrony Pogranicza czy na posterunkach żandarmerii. Gdy jednak ofiarami byli znani powszechnie działacze czy publicyści opozycji mającej swoją reprezentację parlamentarną, swoje gazety, zwolenników wśród wielkomiejskich czy ziemiańskich elit, wtedy protestowali dziennikarze, interpelowali parlamentarzyści. Tak było i teraz: sprawa Mostowicza rozpaliła środowisko ludzi prasy i polityki, którzy głośno domagali się wyjaśnień, choć po tylu już doświadczeniach raczej byli sceptyczni co do możliwości odnalezienia, a tym bardziej ukarania winnych. Napad na znanego dziennikarza, któremu przecież powiedziano wprost, że katowany jest „za pisanie o Marszałku”, odczytywano powszechnie jako kolejną demonstrację brutalnej siły, bezwzględności i bezkarności piłsudczyków, dążących do zdobycia nie tylko dyktatorskiej władzy w państwie, ale i „rządu dusz”.

Najbardziej wiarygodną relacją z wydarzeń, bo najświeższą i którą mógł zweryfikować sam Mostowicz, wydaje się artykuł Czy nowy terror?, który ukazał się 10 września w porannym wydaniu „Rzeczpospolitej” i został w całości przedrukowany w bratnim (mającym w dużej mierze wspólną z tą gazetą redakcję) dzienniku „ABC” z tego samego dnia, a potem także w innych centrowych i prawicowych pismach. Niepodpisany autor stworzył relację z wydarzeń po rozmowie z ofiarą napaści. Oczywiście mocno poobijany, ale jednak przytomny i dochodzący do siebie Mostowicz mógł pomylić pewne szczegóły wydarzenia, wydaje się jednak mało prawdopodobne, żeby dotyczyło to kwestii najważniejszych, takich jak czas i miejsce zdarzenia, liczba użytych przez napastników samochodów czy okoliczności uzyskania ratunku. Artykuł warto przytoczyć w całości:

Zorganizowane napady bandytów politycznych na dziennikarzy i polityków od jakiegoś czasu ustały na gruncie warszawskim. Oto jednak zaszedł wypadek, który każe wnioskować, iż wchodzimy w nowy okres pałkowego terroru. Przebieg świeżego napadu był następujący:

Onegdaj[*1], dn. 8 bm. o godz. 11.30 wieczorem, współpracownik naszego pisma redaktor T. Dołęga-Mostowicz, powracając do domu przy ul. Grójeckiej 44, w pobliżu tegoż został napadnięty przez 7 zbirów uzbrojonych w pałki.

Grad uderzeń padł tak niespodziewanie, że red. Mostowicz, który zresztą nawet laski nie nosi przy sobie, nie mógł wcale myśleć o obronie.

Ulica była pusta na przestrzeni około 200 m. Nie mogło być zatem mowy o ucieczce, gdyż napastnicy, rozporządzający dwoma samochodami, tak je ustawili w chwili napadu, że tworzyły kąt, którego jedyne wyjście zagradzała grupa siedmiu pałkarzy.

Toteż w niespełna minutę red. Mostowicz, ogłuszony ciosami, padł na bruk. Napastnicy, wykazując niezwykłą sprawność, wrzucili go do samochodu osobowego torpedo, którego marki nie udało się ustalić. Nadmienić należy, że samochód był luksusowy, przykryty brezentową budą, lakierowany na czarno lub też na ciemne bordo.

Auto ruszyło pełnym gazem drogą grójecką w kierunku Okęcia i dalej. Red. Mostowicz odzyskał przytomność wówczas już, kiedy auto było wśród pól. Leżał na spodzie samochodu, przygniatany kolanami napastników, którzy wykręcali mu ręce, kopali nogami i w ogóle znęcali się nad nim. W usta porwanemu wtłoczono knebel z chustki do nosa.

Niebawem auto stanęło na skraju lasu (jak się później okazało, sękocińskiego) i wszyscy pasażerowie auta, łącznie z szoferem w liczbie pięciu, po wypchnięciu swojej ofiary do pobliskiego rowu poczęli bezlitośnie go bić kijami, jednocześnie krzycząc:

„A nie będziesz tak pisał o Marszałku! Dziś ty dostałeś, jutro inni!”.

Nadjeżdżające drogą fury spłoszyły napastników, którzy pod groźbą rewolwerów zmusili red. Mostowicza, ledwie trzymającego się na nogach, do wejścia do pobliskiego lasu. Jeden z pałkarzy przechwalał się przy tym głośno, że pobity „najmniej 6 godzin nie ruszy ręką ani nogą”. Potem samochód zawrócił w kierunku Warszawy. Przepowiednia zbira nie sprawdziła się, gdyż skatowany już po kilkunastu minutach resztkami sił dowlókł się do szosy, skąd go do Warszawy zabrała jedna z przejeżdżających furmanek wieśniaczych. Do Warszawy red. Mostowicz przybył dopiero o godz. 4.30 nad ranem.

Zawiadomiona o bestialskim napadzie prokuratoria poleciła odpowiednim władzom policyjnym wszczęcie natychmiastowego śledztwa celem ujawnienia sprawców napaści. Ofiara napadu, red. Mostowicz, był w ciągu dnia przesłuchany przez władze śledcze. Poddał się on również oględzinom lekarskim[2].

A dziennik „ABC” z tegoż 10 września informował, że oględziny, przeprowadzone przez doktora Łozińskiego,

wykazały: 9 dużych guzów na głowie; na całym ciele, szczególnie na ramionach, podskórne zakrwawione sińce; zmiażdżenie końca dużego palca lewej ręki, z którego zdarto paznokieć; krwawiące podrapanie twarzy itd. Papierośnica srebrna, którą red. Mostowicz miał w tylnej kieszeni, jest od uderzeń zupełnie pogięta, ubranie i kapelusz podarte[3].

W sprawie Mostowicza zebrał się i wystosował potępiające sprawców pismo Syndykat Dziennikarzy, interpelował też marszałek senatu Wojciech Trąmpczyński. Redakcje gazet opozycyjnych, od socjalistycznego „Robotnika” po nacjonalistyczny „Głos Narodu”, niemal jednogłośnie określiły napad jako haniebny, dostrzegając w nim znak zdziczenia obyczajów politycznych; domagały się również rzetelnego śledztwa, wskazania i ukarania sprawców, kimkolwiek by oni byli, jakiekolwiek mieliby polityczne koneksje i afiliacje. Nawet żydowski „Nasz Przegląd” nie widział żadnych usprawiedliwień dla pobicia dziennikarza jawnie antysemickiej gazety:

Oburzający napad, którego ofiarą padł red. Mostowicz, musi wywołać zgodny odruch najostrzejszego potępienia. Pod tym względem stanowisko całej prasy powinno być całkowicie jednomyślne. Nie ma żadnej okoliczności łagodzącej dla tych haniebnych metod walki. Dokąd zajdziemy, jeśli kij stanie się „ostatnim argumentem polemicznym”?[4]

Do jednomyślnego potępienia było wszak daleko. Gazety popierające sanację samo pobicie trochę potępiały, trochę usprawiedliwiały, a trochę bagatelizowały. Bulwarówka „Przegląd Wieczorny” tak opisała obrażenia ofiary napadu: „Policja, badając p. M., miała możność stwierdzenia, że istotnie ma on lekkie zadrapania za uchem, kilka guzów i uszkodzony palec u ręki”. Redaktor piłsudczykowskiego „Głosu Prawdy” nazwał wydarzenie „wypadkiem dziennikarza”. O wiele dalej poszedł jego kolega z dziennika wojskowego, „Polski Zbrojnej”, który zatytułował swój felieton o sprawieSiewcy chamstwa i sugerował, że jednym z tych siewców jest sam Mostowicz, który teraz zbiera, co sam zasiał.

Czy jednak – pytał, wpadając we wzniosłe tony – winni tu wyłącznie tylko napastnicy? Chcielibyśmy zapytać przy tej sposobności, czy część winy nie spada na tych, którzy takie brutalne samosądy prowokują swą działalnością? Od dłuższego już czasu na tle pewnego tajemniczego „zniknięcia” wywiązała się na łamach części dzienników ostra kampania przeciwrządowa. Rozumiemy wybornie, iż w łonie społeczeństwa wszyscy nie mogą żywić tych samych poglądów; uznajemy też najzupełniej prawo krytyki posunięć rządowych, przysługujące tzw. opinii społecznej. Chcielibyśmy jednak podkreślić, iż są różnice pomiędzy uczciwą, rzeczową krytyką, formułowaną bez nienawiści, a płynącą przede wszystkim z ukochania ziemi ojczystej, której najwyższego dobra każdy z nas pragnąć powinien, między taką więc twórczą krytyką a zwalczaniem czegoś czy kogoś napastliwym, urągliwym i tchnącym nade wszystko nienawiścią, gdzie zatraca się już zupełnie sam cel, a chodzi głównie o wydobycie zewnętrznych efektów. Gdy do tak pojętej hecy dziennikarskiej przymierza się nadto chamstwo publicystów, którzy z wrodzonego temperamentu, czy też wskutek braku życiowego wyrobienia, wolą operować nie szpadą, lecz cepem i kłonicąˮ– jakiejże broni użyć mają ci, którzy by się owej dziennikarskiej hecy pragnęli przeciwstawić?[5]

Do jazgotu informacyjnego wokół pobicia dziennikarza „Rzeczpospolitej” przyczyniła się Polska Agencja Telegraficzna; w jej komunikacie, przedrukowanym później przez wiele gazet pozawarszawskich, których redakcje nie miały bezpośrednich kontaktów z „Rzeczpospolitą”, podano, że ofiarą napadu padł redaktor Mostowski.

Tajemnica czarnego buicka

Tymczasem komendant ochockiego komisariatu, podkomisarz Henryk Machlejd, działał bardzo sprawnie i chętnie na bieżąco informował dziennikarzy o postępach śledztwa. Przede wszystkim jego podwładni odnaleźli i przesłuchali świadków zdarzenia, mieszkańców ulicy Grójeckiej, dzięki czemu dowiedzieli się, że samochód, którym wywieziono dziennikarza pod Sękocin, to czarny buick o typie nadwozia torpedo z dużym kufrem z tyłu, że miał rejestrację z literami BL oznaczającymi województwo białostockie, ale używanymi także do oznaczania aut z województwa poleskiego. Zeznania świadków różniły się co do układu znaków na tablicach rejestracyjnych, ale powtarzały się w nich cyfry: 9, 0, 6, 2. To było już bardzo dużo. Wszystkich aut osobowych na kresach północno-wschodnich było tyle, że mógłby je zliczyć przeciętny uczeń szkoły powszechnej. Ile było wśród nich ciemnych luksusowych buicków z nadwoziem typu torpedo i z takimi cyframi na tablicach?

Już 10 września w porannych wydaniach gazet pojawiła się informacja, że śledczym udało się ustalić rzecz sensacyjną: czarny buick torpedo z kufrem z tyłu o numerach BL 9602 to auto państwowe, należące do Urzędu Wojewody Poleskiego i użytkowane przez samego wojewodę Jana Krahelskiego. Śledczy sprawdzili, że kiedy Mostowicz został porwany i pobity, wojewoda Krahelski akurat od kilku dni przebywał w stolicy, do której przyjechał z Brześcia swoim służbowym samochodem. Tak wysokiego dygnitarza prokuratorzy nie śmieli po prostu wezwać na przesłuchanie, poinformowali więc o tym odkryciu ministra sprawiedliwości, Aleksandra Meysztowicza. Minister nie był piłsudczykiem, lecz politykiem wywodzącym się z kół ziemiańsko-konserwatywnych, z którymi Piłsudski od razu po zamachu majowym zawarł sojusz w zamian za sejmową i pozasejmową przychylność, oferując im, oprócz zaniechania reform rolnych, między innymi to właśnie ministerialne stanowisko. Meysztowicz, jak w rozmowie z dziennikarzem Jerzym Rawiczem wspominał wiele lat później prokurator Siewierski, „przewidywał, że [w śledztwie] mogą być przeszkody, dlatego uprzedził prokuratora Sądu Apelacyjnego i mnie, żeby nie zwracać na to uwagi, nie przerażać się cudów, lecz konsekwentnie zdążać do celu, którym miało być wykrycie sprawców”[6].

Prokurator Siewierski pojechał pociągiem do Brześcia.

Przyjęty przez wojewodę – wspominał – powiedziałem mu żartobliwie, że mam dane, że to on pobił Dołęgę-Mostowicza, po czym wyjaśniłem, skąd takie przypuszczenie. Cóż się okazało? Krahelski powiedział mi, że ilekroć przyjeżdża do Warszawy, zostawia wóz w garażach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na drugim podwórzu pałacu Zamoyskich, róg Świętokrzyskiej i Nowego Światu. [...] W dniu napadu na Dołęgę-Mostowicza rzeczywiście był w stolicy. W Warszawie wojewoda nie używał samochodu, a po załatwieniu spraw, co trwało zazwyczaj dwa do trzech dni, wracał samochodem do Brześcia. Moje kolejne pytanie dotyczyło kierowcy. Czy sam mógł wziąć samochód? Co to za człowiek? Okazało się, że kierowca nie mógł brać i rzeczywiście nie brał wozu bez zezwolenia szefa, natomiast przesłuchany przeze mnie przypomniał sobie następujący szczegół: gdy mył wóz przed powrotnym wyjazdem do Brześcia, zwrócił uwagę na fakt, że numer jest przykręcony w nieco innym miejscu i że na karoserii w okolicach tarczy z numerem jest rysa. Ktoś musiał odkręcić numer pod nieobecność kierowcy i potem go z powrotem przykręcić[7].

Prokurator Siewierski wrócił do Warszawy i udał się do garażu MSW przy Nowym Świecie. Tam wśród innych samochodów zobaczył... czarnego buicka o typie nadwozia torpedo. Okazało się, że jest to auto służbowe samego komendanta głównego policji, pułkownika Janusza Jagrym-Maleszewskiego. Siewierski wraz z prokuratorem okręgowym stawił się przed Maleszewskim, który jednak, usłyszawszy o bardzo poważnych poszlakach wskazujących na to, że jego auto zostało użyte w głośnej sprawie porwania redaktora Mostowicza, zareagował zupełnie inaczej niż wojewoda Krahelski. „Wsiadł na nas – wspominał Siewierski – według systemu: «Co panowie sobie myślą», «na co panowie sobie pozwalają», co odniosło taki skutek, że mój towarzysz przestraszony wycofał się”[8].

Siewierski, pewien poparcia ministra Meysztowicza, kontynuował jednak śledztwo, nadzorował pracę policjantów, którzy teraz już bardziej wstrzemięźliwie komunikowali się z przedstawicielami prasy. Przesłuchani funkcjonariusze, którzy w noc napadu pełnili dyżur na rogatce przy Opaczewskiej, zeznali, że w pędzącym buicku rozpoznali samochód komendanta głównego policji.

A co z drugim samochodem, tym, który zajechał Mostowiczowi drogę i z którego także wysypali się napastnicy, ale który po wepchnięciu Mostowicza do buicka nie brał już udziału w dalszych wypadkach? „Goniec Częstochowski”[9] podał informację, że samochód ów był taksówką. Dziś brzmi to zabawnie – napastnicy, najprawdopodobniej policjanci, zatrzymali taksówkę, którą udali się na miejsce akcji specjalnej. Ale tak wtedy bywało, policja nie dysponowała wieloma samochodami, a te, które miała, bardziej niż do legalnych czy nielegalnych akcji były potrzebne do wożenia dygnitarzy. Trzy miesiące później trzej sprawcy (którzy najprawdopodobniej brali też udział w pobiciu Mostowicza), dwaj cywile i jeden policjant mundurowy, porwało sprzed domu, wywiozło i pobiło opozycyjnego pisarza i publicystę Adolfa Nowaczyńskiego. Użyli do tego właśnie taksówki, której właściciel otrzymał stuzłotową premię.

„Psychoza zamaskowanej czerezwyczajki”

Otoczony troskliwą opieką lekarzy i rodziny, Mostowicz szybko dochodził do siebie. I do redakcji „Rzeczpospolitej” na Szpitalnej, i do mieszkania na Grójeckiej posłańcy znosili naręcza kwiatów i pudła łakoci opatrzone listami oraz biletami wizytowymi obywateli chcących wyrazić pobitemu współczucie i zadeklarować solidarność. Ten już w sobotę 10 września znalazł siły, aby przyjąć kilka dziennikarskich i politycznych delegacji, a we wtorek 13 września zasiadł do pisania felietonu, który ukazał się następnego dnia w porannym wydaniu „Rzeczpospolitej”:

ZDZICZENIE

Trzeba, koniecznie trzeba całym wysiłkiem walczyć niestrudzenie z tą dziką psychozą zakonspirowanej czerezwyczajki, jaka raz po raz daje znać o sobie w barbarzyńskich samosądach, chamskich napadach, w argumentach kija, pięści czy kuli. Argumenty te na szczęście nikogo nie przekonają, a działanie ich jest wręcz odwrotne. Traktować je należy jak wierzgnięcie konia czy ugryzienie psa i nie o te zewnętrzne objawy choroby chodzi, lecz o jej istotę. Właśnie o tę psychozę samowoli, psychozę zbydlęcenia moralnego, psychozę konspiracji podnoszonej w niezdrowej atmosferze pustych, bezideowych głów do godności idei. W tym jest groza sytuacji. Panowie przywódcy obozu, na dnie którego tworzą się warstwy bandytów politycznych, sami zapewne nie zdawali sobie sprawy, że ich mafijny system organizacji musi zrodzić hańbiącą ich samych samowolę rozwydrzonych bezkarnością elementów nieodpowiedzialnych. Twierdzono, że artykuły moje odznaczały się specjalnie wrogim ustosunkowaniem się do osoby marszałka Piłsudskiego. Nieprawda. Występuję w nich zawsze i występować do śmierci będę przeciw temu, że nie zabrania o autorytet swego imienia opierać się grupie, czy grupce, której tego prawa nie dał, ale której też go nie odmówił. Sam marszałek Piłsudski swoim lapidarnym stylem nazwał tych ludzi „wszami, które go gryzą”. Nie tylko gryzą, lecz kompromitują rząd, podrywają autorytet władzy, wstyd przynoszą Polsce! Jedni widzą największe dobro w tym, że marszałek Piłsudski rządzi, wolno jest wszakże innym być przeciwnego zdania lub widzieć w tych rządach różne błędy i błędy te wskazywać, a do takich właśnie błędów należy stan rzeczy, w którym opryszki polityczne, pojęcia zresztą niemające o politycznych stosunkach, rzucają się z kijami na człowieka w obronie... marszałka Piłsudskiego. Takie metody, taki chorobliwy stan rzeczy potępi każdy uczciwy obywatel, a nie znajdzie się też publicysta, który by ustał w walce z tą groźną psychozą i jej rozsadnikami.

C. HR. ZAN[10].

Mostowicz powrócił teraz do regularnego publikowania felietonów podpisanych tym pseudonimem, jakby chciał dowieść napastnikom, że ich starania o uciszenie go się nie powiodły.

Już 14 września rano wraz z prokuratorem Siewierskim pojechał autem pod las sękociński i wskazał miejsce, w którym został wyrzucony z samochodu do rowu i powtórnie pobity. I tu śledczym przyszła z pomocą pogoda: w dzień i noc napadu padał deszcz, ale rano wyszło słońce i nie padało przez kilka dni. W błocie pozostały więc zaschnięte ślady opon czarnego buicka, z których policyjni technicy zrobili odlewy. Pasowały one do opon auta komendanta głównego policji. Ale, oczywiście, o tym dziennikarze nie zostali poinformowani. Siewierski nie informował o tym także Maleszewskiego. Trudno się dziś domyślić, co o sprawie wiedział sam Tadeusz Mostowicz. Do opinii publicznej przedostało się wcześniejsze ustalenie śledztwa, że wóz, którym go wywieziono, należał do wojewody Krahelskiego i choć żaden oficjalny komunikat tego nie potwierdzał, w Warszawie szumiało od plotek i domysłów.

Konspiratorzy dawnych i nowych czasów

Prokurator Siewierski, teraz już zupełnie pewien, którym samochodem wywieziono Mostowicza, sprawdził jeszcze książkę wyjazdów w garażu MSW. Prowadzono ją bardzo skrupulatnie i był w niej także wpis, że w czasie napadu i porwania redaktora auta używał porucznik Bolesław Kusiński. Siewierski zażądał przesłuchania oficera, który przyszedł na nie wyraźnie już uprzedzony, czego będzie ono dotyczyć. Potwierdził, że wyjeżdżał wozem komendanta w czwartkowy wieczór i że wrócił w piątek nad ranem, jednak zaprzeczył, że brał udział w porwaniu i pobiciu dziennikarza i że miał coś wspólnego z zamianą tablic rejestracyjnych w samochodzie wojewody Krahelskiego. Odmówił dalszych zeznań, twierdząc, że autem jechał nie na Grójecką, ale pod Piaseczno, w sprawach, o których nie może nic powiedzieć, aby nie narażać na szwank honoru oficerskiego. Na tym skończyło się pierwsze przesłuchanie Kusińskiego. Następnego Siewierski już nie przeprowadził, ponieważ, jako że podejrzany był oficerem, przełożeni polecili mu przekazanie sprawy prokuraturze wojskowej.

Bolesław Kusiński, choć w policji służył już od ponad roku, do biura przychodził nie w policyjnym, ale w wojskowym mundurze i kazał się tytułować nie komisarzem, lecz porucznikiem. Przed I wojną światową w zaborze rosyjskim należał do konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej, regularną służbę wojskową zaczął już w 1914 w Legionach, gdzie stał się fanatycznym wielbicielem Piłsudskiego. Brał też udział w wojnie polsko-bolszewickiej, gdzie dosłużył się stopnia porucznika, potem został w wojsku, ale kiedy jego rówieśnicy z Legionów błyskawicznie awansowali jako oficerowie liniowi, on musiał przyzwyczaić się do dwóch gwiazdek oraz do pracy w nudnej intendenturze i administracji. Na pewno nie wyróżniał się błyskotliwością. Kiedy w 1924 roku powstał Korpus Ochrony Pogranicza, Kusiński został tam przydzielony jako oficer kontrwywiadu, co oznaczało, że musiał teraz zajmować się między innymi przesłuchiwaniem złapanych na wschodniej granicy przemytników, uciekinierów ze Związku Sowieckiego i do Związku Sowieckiego, członków band rabunkowych czy w ogóle wszelkich osób podejrzanych, i wyszukiwać pośród nich szpiegów, dywersantów, komunistycznych emisariuszy. Praca ta wymagała od oficera raczej twardej pięści i braku skrupułów w jej używaniu niż subtelnych zdolności analitycznych, jednak kiedy w 1926 roku zwycięscy stronnicy Piłsudskiego przejmowali państwowe instytucje, stwierdzili zapewne, że Kusiński ma teraz wystarczające kwalifikacje, aby można było go oddelegować do pracy w policji.

W polskiej Policji Państwowej służyło wciąż wielu funkcjonariuszy wywodzących się z policji i służb cywilnych państw zaborczych, ludzi „wiernych służbie”, którym prasa, nie tylko piłsudczykowska, insynuowała brak patriotyzmu, proniemieckie czy prorosyjskie sentymenty, wciąż żywe kontakty z przedwojennymi kolegami zaangażowanymi teraz w prace służb wrogich Polsce państw. Jednak piłsudczycy chcieli przede wszystkim sprawić, że w policji – podobnie jak w wojsku – najwyższym nakazem będzie osobista wierność czy nawet uwielbienie wobec marszałka Piłsudskiego, co przełoży się na bezwzględną lojalność wobec jego obozu politycznego. Dlatego w październiku 1926 roku, kiedy ministrem spraw wewnętrznych został generał Felicjan Sławoj-Składkowski, a komendantem głównym policji pułkownik Janusz Jagrym-Maleszewski (obaj byli legioniści i fanatyczni piłsudczycy), delegowano z wojska do policji co najmniej kilkunastu oficerów, którzy mieli pełnić tam funkcję piłsudczykowskich komisarzy politycznych: rozpoznawać nastroje funkcjonariuszy, przygotowywać grunt do wymiany kadr czy, jak tego dowodzi sprawa pobicia Mostowicza, przygotowywać i przeprowadzać „akcje specjalne”, których funkcjonariusze o tradycyjnym etosie służbowym nie chcieliby się podjąć. Wśród tych oficerów znalazł się i Bolesław Kusiński. Jak twierdzi historyk policji Krzysztof Halicki, Kusiński został teraz szefem istniejącej już przed zamachem majowym tajnej organizacji policjantów-piłsudczyków „Srebrna róża”, której celem była infiltracja i podporządkowanie policji Marszałkowi[11].

Kim byli pałkarze towarzyszący Kusińskiemu? Tuż po odzyskaniu niepodległości walki między partiami odbywały się nie tylko, i chyba nawet nie przede wszystkim w sejmie i w senacie czy też na łamach prasy, ale także na ulicy. PPS-owcy niejednokrotnie musieli czynnie przeciwdziałać napadom bojówek komunistycznych czy endeckich na swoje wiece, zebrania, lokale partyjne, dlatego organizowali własne bojówki. Po zaprzysiężeniu prezydenta Gabriela Narutowicza w 1922 roku pepeesowskie grupy zbrojne, używając broni palnej, noży i kastetów, wręcz uratowały życie kilku socjalistycznych posłów, których endecy chcieli zlinczować. Jednak milicjanci PPS-u podejmowali także akcje zaczepne, od demolowania lokali endeckich czy rozbijania komunistycznych demonstracji pierwszomajowych, po dokonywane niemal bez maskowania się morderstwa, jak choćby zabójstwo działacza komunistycznego Wiktora Białego 3 sierpnia 1924 roku podczas wiecu poparcia dla strajkujących robotników z Zagłębia Dąbrowskiego.

Szefem warszawskiej milicji PPS był Józef Łokieć zwany też Łokietkiem, konspirator i bojowiec zasłużony już podczas powstania 1905 roku, działacz związkowy pełniący wysokie funkcje w partii, doktor farmacji i... gangster, który dorobił się romantycznej legendy. Legenda ta ożyła ostatnio dzięki Szczepanowi Twardochowi, który w powieści Król stworzył wzorowaną na Łokietku postać Radziwiłka. Łokietek uczynił sobie źródło utrzymania (być może, jako oddany pepeesowiec, dzielił się z partią) z wymuszania haraczy od warszawskich tragarzy – ludzi z samego dna proletariatu, niemających innego majątku niż własne plecy, na których w mieście, gdzie wynajęcie człowieka było tańsze niż owies dla konia, dźwigali meble przeprowadzających się lokatorów, zaopatrzenie sklepów i targowisk, produkty warszawskiego rzemiosła z fabryczek na dworce kolejowe. Tragarzy było w Warszawie mnóstwo, a ich stawki głodowe, jednak Łokietek (który z racji swojego stylu bycia i autorytetu w środowisku przestępczym zwany był Rebe) nie znał dla swoich „podopiecznych” litości, na opornych bądź spóźniających się wysyłał egzekutorów z kastetami, nie cofał się i przed morderstwem. Tajemnicą poliszynela była współpraca Łokietka z policją, zwłaszcza po zamachu majowym. Warszawscy policjanci przymykali oko na kryminalną działalność pana doktora, nierzadko ratowali jego chłopców z opresji, dostarczali mu informacji o konkurencyjnych gangach, a w zamian za to mogli liczyć (oprócz oczywistych prezentów i zwrotów kosztów) na usługi Łokietka przy sprawach wymagających nierutynowych działań. Takich właśnie jak porwanie i pobicie dziennikarza.

W Warszawie jeszcze długo po zdarzeniu plotkowano o osobistym udziale Łokietka w pobiciu Mostowicza, czego dziś już nie sposób potwierdzić ani wykluczyć. Łokietek nieraz osobiście katował niemogących się bronić ludzi i zdaje się, że lubił tę robotę. Z drugiej strony jednak jego pozycja w światku przestępczym była chyba zbyt wysoka, żeby osobiście angażował się w pobicie w sprawie, która nie dotyczyła go bezpośrednio. Prokurator Siewierski w rozmowie z Jerzym Rawiczem podejrzewał, że wśród pomocników Kusińskiego 8 września byli dwaj podwładni Łokietka z milicji i gangu, a jednocześnie zawodowi agenci policji, ci, którzy trzy miesiące później, wspólnie z umundurowanym policjantem, porwali i bestialsko pobili endeckiego pisarza i publicystę Adolfa Nowaczyńskiego: Franciszek Sieczko i Jędrzej Kowalski.

O pierwszym z nich wiemy sporo: z zawodu piekarz, w młodości wyemigrował do Ameryki, tam zapewne przystąpił do miejscowych gangów; w 1916 roku w Filadelfii napadł na kasjera fabrycznego, zamordował go i zrabował 8000 dolarów. Poszukiwany listami gończymi zbiegł do Kanady, a po wojnie znalazł się w Warszawie i przystąpił do milicji PPS. Tam wielokrotnie z bronią w ręku – czy to z browningiem, czy z kastetem, czy z okutą żelazem laską – brał udział w akcjach obrony socjalistycznych wieców i lokali, wielokrotnie też rozbijał demonstracje komunistów i endeków. Wiemy też, że w tym samym czasie uczestniczył w krwawych walkach frakcyjnych PPS, że obrabował związkową kasę, a być może brał także udział w morderstwie swojego towarzysza partyjnego Franciszka Ciesielskiego, sekretarza Związku Zawodowego Robotników Piekarskich. Był także wykonawcą wyroków sądów kapturowych. Sądów przestępczych czy partyjnych? Warszawska milicja PPS była przed zamachem majowym tak mocno spleciona ze światem przestępczym, że nie da się dziś określić, które z egzekucji dokonywanych przez Sieczkę miały charakter czysto kryminalny, a które także polityczny. Splot ten jest tym bardziej trudny do rozplątania, że Sieczko był także agentem policji, a co najmniej od maja 1926 jej zawodowym funkcjonariuszem. Po zamachu majowym został dodatkowo osobistym ochroniarzem samego marszałka Piłsudskiego![*2]

O życiowych dokonaniach Jędrzeja Kowalskiego wiemy dużo mniej, tyle tylko, że podobnie jak Sieczko był jednocześnie ideowym socjalistą i sadystą katującym proletariuszy opierających się płaceniu haraczy. Jednocześnie był oddanym milicjantem PPS, honornym gangsterem i agentem, a później wywiadowcą policji politycznej. Człowiekiem z narażeniem życia ratującym towarzyszy partyjnych przed napadami endeckich i komunistycznych bojówek i bojówkarzem napadającym na spotkania partyjne politycznych konkurentów.

Honor oficerski

W kierowanej, a zapewne i obmyślonej w szczegółach przez Kusińskiego akcji pobicia dziennikarza wzięli więc udział specjaliści od bicia bezbronnych ludzi, ale z pewnością nie specjaliści od zacierania śladów. Kusiński wiedział, że na rogatkach Warszawy dyżurują policjanci zapisujący numery rejestracyjne i zamiana tablic samochodów miała zapewne w zamyśle odsunąć podejrzenie od rzeczywistych sprawców. Tablice zmieniono jednak po partacku, skoro przykręcono na powrót w innym miejscu i jeszcze zarysowano karoserię buicka wojewody Krahelskiego. Jednak użycie do wywiezienia ofiary poza Warszawę dobrze wszystkim stołecznym funkcjonariuszom znanego auta komendanta głównego policji świadczy albo o bezbrzeżnej głupocie i braku policyjno-bandyckiego profesjonalizmu oficera-pałkarza, albo o istnieniu jakiegoś, niekoniecznie misternego, planu. Może sprawcy chcieli, żeby było wiadomo, i żeby nie można było tego dowieść, że w porwaniu brała udział policja, a akcja była zatwierdzona bardzo wysoko. Bardziej wiarygodna wydaje się jednak pierwsza możliwość.

Kiedy Siewierski prowadził śledztwo, zapewne jeszcze nie wiedział o roli Sieczki i Kowalskiego w tej sprawie, nie wiadomo, czy już dochodziły do niego głosy o związku ze sprawą Łokietka. Wiedział jednak o Kusińskim i wydawałoby się, że rozszyfrował, kto jest mózgiem operacji (jakiejkolwiek byłby on jakości), więc kwestią czasu jest poznanie nazwisk pozostałych pałkarzy. Wezwał wobec tego Kusińskiego na przesłuchanie. Ten nie mógł się wyprzeć, że wziął z garażu samochód pułkownika Jagrym-Maleszewskiego. Zapisu w książce wyjazdów nie dało się usunąć. Jednak, jak już wspominałem, Kusiński zaprzeczył swojemu udziałowi w porwaniu i pobiciu dziennikarza, a także w podmienieniu tablic rejestracyjnych. Siewierski próbował naciskać – także za pośrednictwem Jagrym-Maleszewskiego, jednak o przebiegu sprawy zdecydowały czynniki wyższe. Prokurator dowiedział się od przełożonych, że skoro w sprawie narażony jest honor oficerski, śledztwo przejmuje prokuratura wojskowa,  a proces toczyć się będzie przed sądem wojskowym. Siewierski przekazał więc sprawę. O tym, że sąd wojskowy uwierzył Kusińskiemu i sprawę umorzył, dowiedział się z kolejnej dotyczącej porwania Mostowicza interpelacji marszałka senatu Wojciecha Trąmpczyńskiego.

Jednak legalista minister Meysztowicz sporządził po wszystkim raport, który przekazał premierowi, marszałkowi Piłsudskiemu. Były w nim wszystkie ustalenia śledztwa, łącznie z nazwiskami sprawców, w tym dwóch osobiście znanych Marszałkowi: Kusińskiego i Sieczki. Czy Piłsudski go przeczytał, tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że numer „Rzeczpospolitej”, w którym w notce pod tytułem Ohyda poinformowano o raporcie (ale też nie mamy pewności, na ile rzetelnie), został z tego właśnie powodu skonfiskowany w całości. Komisariat Rządu (któremu podlegał cenzor) skierował do prokuratury wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności karnej redaktora gazety za „rozpowszechnianie jawnie kłamliwych wiadomości wywołujących niepokój ogólny”[12].

ROZDZIAŁ II
Legenda i plotka

Pobicie i porwanie Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, tak jak wiele innych wydarzeń z jego życia, wkrótce stało się legendą, opowiadaną w coraz liczniejszych wersjach i odmianach. W poprzednim rozdziale, na podstawie dostępnych dziś źródeł, próbowałem zrekonstruować jego przebieg, a także śledztwo, które zakończyło się co prawda procesowym fiaskiem, ale po czterdziestu latach prokurator Siewierski opowiedział o nim dziennikarzowi Jerzemu Rawiczowi. Dzięki temu mogliśmy poznać głównego sprawcę i domyślać się, kto mu pomagał i kto mógł zlecić skatowanie dziennikarza. Warto jednak przyjrzeć się kilku wersjom alternatywnym, choćby po to, żeby zasygnalizować motyw, który będzie przewijał się przez całą naszą opowieść: życie Tadeusza Dołęgi-Mostowicza obrosło ogromną liczbą różnych, często wykluczających się opowieści, tym mniej wiarygodnych, z im większą pewnością powtarzanych.

Jerzy Rawicz, notabene w tej samej książce, w której zamieścił swoją rozmowę z prokuratorem Siewierskim o utrąconym śledztwie w sprawie porwania Mostowicza sprzed domu na ulicy Grójeckiej, jego skatowania i porzucenia, bez słowa komentarza, jakby od siebie, podaje także taką wersję wydarzeń:

Nie przebrzmiały jeszcze echa sprawy Zagórskiego, kiedy przyszła kolej na następną ofiarę. Sprawa nie zakończyła się tak tragicznie jak poprzednia, niemniej, stanowiąc ogniwo w łańcuchu jednorodnych wydarzeń, wzmogła uczucie niepokoju w społeczeństwie. Tym razem chodziło o felietonistę prasy endeckiej i powieściopisarza, Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, autora cieszącej się przed wojną powieści Kariera Nikodema Dyzmy, będącej niesłychanie ostrą i celną satyrą na sanacyjne „góry” i stosunki wśród rządców kraju. Technika tej napaści nie odbiegała od zastosowanej przy skatowaniu Nowaczyńskiego. „Aresztowano” Dołęgę podczas jednej z jego licznych nocnych wędrówek po knajpach w okolicach Zamenhofa–Dzika–Powązki, wsadzono do samochodu, tam odebrano mu pistolet, którym groził, i pistoletem dano „po łbie”, następnie wywieziono do lasku sękocińskiego i tam „zrobiono na szaro”. Po drodze zakomunikowano mu, że to „za te felietoniki”[13].

Rawicz, wytrawny dziennikarz, ewidentnie się tutaj pomylił, przytaczając z pamięci zasłyszaną zapewne jeszcze przed wojną jedną z licznych stugębnych plotek, w których mieszają się plany czasowe i wydarzenia z życia Mostowicza. Kiedy przyszły autor bestsellerów został pobity, nie był jeszcze powieściopisarzem i nie planował nawet napisania Kariery Nikodema Dyzmy. Nie włóczył się także po zakamarkach Dzikiej, Zamenhofa i Powązek. Były to rejony zamieszkane przez głównie żydowską i chrześcijańską biedotę, a mieszczące się tam tanie knajpy, w których zbierał się warszawski półświatek i w których łatwo było stracić portfel, zdrowie, a nawet życie, bywały chętnie odwiedzane przez poszukujących dreszczyku emocji (a może przede wszystkim możliwości zabłyśnięcia w towarzyskim small-talku sensacyjną opowiastką z zakazanej dzielnicy) inteligentów. W czasach pracy dla „Rzeczpospolitej”, kiedy doszło do napadu, Mostowicz był szczerze zdeklarowanym przeciwnikiem spelunek i wszelkiego pijaństwa. W latach trzydziestych, kiedy już stał się sławnym pisarzem i kiedy nad swoim wizerunkiem utracjusza i bon vivanta usilnie pracował, zapuszczał się w wyżej opisane rejony i dbał, żeby o tym wiedziano na mieście. Wtedy także zaopatrzył się w rewolwer, być może jako kolejny wizerunkowy atrybut, choć żadne z dostępnych źródeł nie potwierdza, jakoby miał zwyczaj grożenia nim komukolwiek. Jak pamiętamy, relacjonujący pobicie dwa dni po zdarzeniu dziennikarz „Rzeczpospolitej” uważał za stosowne wspomnieć, że redaktor Mostowicz „nawet laski nie nosi przy sobie”, co oznaczało, że był zupełnie bezbronny wobec siódemki zbirów uzbrojonych w pałki.

Plotka, oparta przecież częściowo na faktach, chętnie wchłania i łączy w sobie elementy sensacyjne, informacje znane publiczności. Pogłoska, jak się zdaje, nieświadomie przytoczona przez Rawicza świadczy o tym, że kiedy już Mostowicz stał się poczytnym pisarzem i uczestnikiem warszawskiej śmietanki towarzyskiej, o sprawie jego porwania wciąż mówiono na mieście, choć właśnie po plotkarsku, bez oglądania się na faktograficzną rzetelność, za to chętnie sprawę podbarwiając innymi dotyczącymi go historyjkami.

Przepisywanie od przepisujących

„Był 8 września 1927 r. Letni słoneczny poranek zapowiadał kolejny dzień bez opadów. 29-letni Tadeusz Dołęga-Mostowicz wyszedł skocznym krokiem z kamienicy przy ul. Grójeckiej nr 40, gdzie od kilku lat mieszkał u swojego wuja prof. Zygmunta Rytla. Przeszedł na drugą stronę ulicy i skierował się na przystanek tramwajowy. Zamierzał pojechać na ul. Szpitalną 12 do redakcji «Rzeczpospolitej», w której pracował” – pisze Wojciech Rodak, autor tekstu pt. Na własny rachunek. Losy twórcy Dyzmy[14].

„Wieczorem 8 września 1927 r. Dołęga-Mostowicz wracał do domu, gdy przy ulicy Grójeckiej został zaskoczony przez siedmiu mężczyzn. Skatowali go drągami, nieprzytomnego wciągnęli do samochodu, wywieźli do Janek pod Warszawą i wrzucili do glinianki. [...] Jego kaźń obserwował z ukrycia przypadkowy przechodzień. Gdy bandyci odjechali, wyłowił półżywego dziennikarza i udzielił mu pierwszej pomocy” – pisze Wojciech Orliński w artykule zatytułowanym Zemsta pobitego dziennikarza i dalej wywodzi, że Karierę Nikodema Dyzmy napisał Mostowicz po to, by zemścić się na mocodawcach oprawców[15].

Ulica Grójecka w Warszawie około 1928 r. Widoczna rogatka przy Opaczewskiej, w której dyżurowali policjanci kontrolujący wyjeżdżających z Warszawy

„Niechęć Tadeusza Dołęgi-Mostowicza do sanacji sprawiła, że w jego powieści [Karierze Nikodema Dyzmy] dopatrywano się kpiny z Józefa Piłsudskiego. Oberwało mu się wtedy od zwolenników marszałka i to w sensie dosłownym – porwano go, wywieziono na odludzie i pobito” – to cytat z recenzji inspirowanej najsłynniejszą powieścią Mostowicza komedii filmowej Jacka Bromskiego Kariera Nikosia Dyzmy”[16]. Tutaj więc znowu słyszymy, że Mostowicz został pobity za tę powieść. „Pewnego dnia po wyjściu z redakcji [Dołęga-Mostowicz] został przez kilku oficerów w galowych mundurach wciągnięty do samochodu, wywieziony za miasto, bestialsko skatowany i nieprzytomny wrzucony do bagna, w którym tylko cudem nie utonął – pisze Jarosław Górski, czyli niżej podpisany, w dopisku do tekstu Cham, czyli prawdziwy mężczyzna o Karierze Nikodema Dyzmy w książce Męska rzecz”[17].

Żaden z przytoczonych tekstów nie miał umocowania w źródłach. Tak właśnie tworzy się teksty dziennikarskie: przepisując to, co już ktoś kiedyś o sprawie napisał, bez weryfikacji źródeł, czasami dodając od siebie ubarwiające relację szczegóły, takie jak słoneczny poranek (kiedy gazety z dnia napadu i dni poprzedzających mówią o deszczowej pogodzie) czy skoczny krok bohatera. Trudno oczekiwać od autorów podobnych notatek, że dla kilku- czy zgoła jednoakapitowej okazjonalnej wzmianki podejmą się badań historycznych. W dobie internetu i tzw. szybkiego riserczu googlowego obowiązująca staje się wersja wydarzeń najczęściej wyświetlana na ekranach urządzeń elektronicznych. Można być pewnym, że zostanie ona powtórzona wiele razy w kolejnych tekstach, co jeszcze bardziej ją utrwali. Pobicie Tadeusza Dołęgi-Mostowicza jest jednym z wielu epizodów jego życia, o których wiedzę czerpiemy z niezliczonych, a często sprzecznych plotek, niedających się zweryfikować relacji i właśnie z takich jak cytowane wyżej tekstów dziennikarskich, których autorzy przepisują to, co ktoś już kiedyś od kogoś przepisał. Jest to równocześnie jedno z nielicznych bogato udokumentowanych wydarzeń z życia pisarza, który, jak zobaczymy, robił wszystko, aby nikt zbyt wiele nie wiedział o jego życiu.

W tym wypadku mamy jednak możliwość, by po ponad dziewięćdziesięciu latach dowiedzieć się, jak było naprawdę, dlatego warto, na podstawie źródeł, zweryfikować kilka najczęściej powtarzanych nieścisłości.

Niedoskonała pamięć

Prokurator Mieczysław Siewierski niemal czterdzieści lat po wydarzeniach opowiadał Jerzemu Rawiczowi, że kluczowe były zeznania właściciela budki z papierosami: „Znów [podobnie jak w przypadku skatowania kilkanaście tygodni później Adolfa Nowaczyńskiego] okazał się tu wielce pomocny właściciel budki z papierosami, który zrobił rzecz dla śledztwa wielkiej wagi: gdy zobaczył, że Mostowicza usiłują przemocą wciągnąć do otwartego buicka, że Mostowicz – którego znał – opiera się i w końcu ulega przemocy, zapisał numer samochodu, którym wywieziono pisarza”[18]. Jednak warto chyba poddać to wspomnienie krytyce. Nowaczyńskiego porwano w samym śródmieściu stolicy, na ulicy Złotej, w biały dzień, jakby dla zamanifestowania, że po doświadczeniu ze śledztwem w sprawie Mostowicza sprawcy już wiedzą, że mogą być bezkarni, i gwiżdżą sobie na to, czy ktoś ich rozpozna. Sprzedawca papierosów mógł więc ze swojej budki dostrzec szczegóły. Mostowicza porwano w nocy, ze źle oświetlonej ulicy, a w Warszawie tego czasu budki z papierosami czynne były tylko do godziny 20.00 – regulowały to odpowiednie przepisy, przewidujące surowe kary za handel poza ustalonymi godzinami. Gazetowe relacje wspominają o świadkach napadu: studentach, „jakimś Żydku”, mieszkańcach ulicy Grójeckiej. Piszą też, że zapamiętali oni cyfry numerów rejestracyjnych, ale w różnej kolejności. Można z tego wnioskować, że wśród świadków raczej nie było sprzedawcy papierosów.

Prokurator Siewierski pamiętał też, że sprzedawca ów widział sprawców wciągających ofiarę do otwartego buicka, tymczasem Mostowicz powiedział reporterowi piszącemu relację, że samochód, do którego go wepchnięto, był przykryty brezentową budą, co jest tym bardziej prawdopodobne, że w dniu porwania i w dniach je poprzedzających w Warszawie było deszczowo, a zdejmowanie i zakładanie na nowo budy w ówczesnych autach typu torpedo było dość kłopotliwe.

Skąd się wzięła glinianka?

W bardzo wielu opowieściach o pobiciu Dołęgi-Mostowicza pojawia się informacja o tym, że skatowany dziennikarz został wrzucony do glinianki pod Laskiem Sękocińskim. Sprawcy albo chcieli go utopić, albo byli przekonani, że ich ofiara już nie żyje. Uratować miał go chłop przejeżdżający furmanką, który to zauważył. Ta informacja ma mieć nawet potwierdzenie w późniejszej twórczości Mostowicza. Oto profesor Rafał Wilczur, główny bohater powieści Znachor, po rozpaczliwej pijatyce w jednej z warszawskich spelunek, został porwany przez bandę rzezimieszków, obrabowany i pobity, a potem wrzucony do glinianki:

Gdy o jedenastej knajpę zamykano, towarzysze musieli podtrzymać Wilczura, gdyż nie mógł już iść o własnych siłach. I tak, zataczając się swoim wielkim ciałem, chwiał nimi na wszystkie strony. Sapali z wysiłku. Na szczęście nie mieli dalekiej drogi. Za rogiem, w ciemnej pustej uliczce czekała dorożka z nastawioną budą. Bez słowa władowali Wilczura do środka i wcisnęli się z nim. Dorożkarz zaciął konia.

Po kilkunastu minutach domy przerzedziły się. Po obu stronach tu i ówdzie między parkanami błyskało światełko naftowej lampy. Wreszcie i te znikły. Natomiast w nozdrza uderzył cuchnący odór wielkich zwalisk śmieci. Dorożka skręciła w bok, ustało od razu klaskanie kopyt końskich. Na miękkiej, gruntowej drodze nie było ich słychać. Dojechali do pierwszej glinianki.

– Stój, najlepiej tu – odezwał się cichy głos.

Nasłuchiwali przez chwilę. Z daleka jednostajnym głosem huczało miasto. Tu dokoła panowała zupełna cisza.

– Wylewaj go – rozległa się krótka komenda.

Trzy pary rąk wczepiły się w bezwładne ciało. Po chwili zawartość kieszeni została wyjęta. Bez trudu zdjęli też palto, marynarkę i kamizelkę. Nagle, widocznie pod wpływem zimna, Wilczur oprzytomniał i zawołał:

– Co to, co robicie?...

Jednocześnie usiłował poderwać się z ziemi. W chwili jednak, gdy już stał na nogach, otrzymał straszny cios w tył głowy. Bez jęku zwalił się niczym kłoda. Ponieważ zaś padając, zatoczył się aż na brzeg wielkiego dołu, do którego zsypywano śmieci, ciało po pochyłości zsunęło się na dno.

Byłby Wilczur tam zginął, gdyby nie pojawił się przypadkiem pewien gospodarz:

W ciągu dnia nikt tu nie zaglądał, a nocą tym bardziej. Nad ranem tylko zaczynał się przy gliniankach ruch. To chłopi z wiosek, położonych w promieniu kilkunastu kilometrów od stolicy, trudniący się wywożeniem śmieci z miasta, przyjeżdżali ze swoim cuchnącym ładunkiem. Przyjeżdżali, wysypywali z fur śmieci i z paruzłotowym zarobkiem wracali do domu. Sumienniejsi zwalali nieczystości wprost do glinianek, tak jak było przykazane, inni, korzystając z braku kontroli, wysypywali je wprost na pole.

Stary Paweł Bańkowski, gospodarz z Brzozowej Wólki, lubił jednak uczciwą robotę. Dlatego właśnie podjechał nad gliniankę i systematycznie wypróżniał swoją furę. Nie śpieszył, bo i kobyle trzeba było dać wypocząć przed drogą, a i sam cierpiał już na zadyszkę, co w jego wieku było rzeczą zrozumiałą.

Właśnie skończył i mościł sobie na pokrywie worek z resztkami siana, gdy z dołu posłyszał wyraźne stękanie. Przeżegnał się na wszelki wypadek i nastawił uszu. Stękanie odezwało się głośniej.

– Ej tam! – zawołał. – Co za licho?

– Wody – zajęczał słaby głos.

Głos ten wydał się Pawłowi Bańkowskiemu znajomy. Właśnie wieczorem jechał do miasta i widział Mateusza Piotrowskiego z Byczyńca, który tak samo jechał i też na zwózkę śmieci. Coś tknęło Bańkowskiego, że to właśnie Piotrowski. I głos ten sam, i zawsze do tej glinianki zsypywał. A i wypić lubił. Po pijanemu wpadł do dołu, może sobie co przetrącił i leży.

Rozejrzał się. Ciemno jeszcze było, na wschodzie ledwie szarzało. Jeżeli Piotrowski swoją furmankę tu zostawił, koń na pewno sam powlókł się do Byczyńca.

– A to wy, panie Piotrowski? – zapytał. – Wpadliście czy jak?...

Jedyną odpowiedzią był cichy jęk.

„A może go te miejskie urządziły?” – zastanowił się gospodarz. Po ludziach z miasta wszystkich najgorszych rzeczy zawsze się spodziewał.

Pomacał nogą pochyłość, po namyśle wrócił do konia, odwiązał postronki zastępujące lejce, sczepił je, mocnym supłem przywiązał do osi i trzymając się sznura, zszedł na dół.

– Panie Mateuszu, a odezwijcie się, bo ciemno – zawołał. – Gdzie wy?

– Wody!... – posłyszał głos tuż przy sobie.

[...]

– Nie ma co – orzekł – trzeba iść po pomoc. Pewno już ludzie nadjechali.

Wygramolił się i po kilku minutach wrócił z dwoma innymi, tłumacząc im, że jakieś warszawskie łobuzy zabiły tu Piotrowskiego z Byczyńca. Chłopi bez gadania zabrali się do roboty i wkrótce wyciągnęli rannego i ułożyli go na wozie starego. Zresztą uratowany poczuł się lepiej, bo usiadł sam i zaczął skarżyć się na zimno.

– Ledwo go w portkach zostawili psiekrwie – zaklął jeden z gospodarzy.

– Trza by do komisariatu – zauważył drugi.

Bańkowski wzruszył ramionami.

– Nie moja sprawa. Podwiozę go do Byczyńca, i tak po drodze, a tam niech jego synowie robią, co chcą. Czy na posterunek, czy jak.

– Ano – przytaknęli – pewno. Ich rzecz[19].

Pod Lasem Sękocińskim rzeczywiście były, i są do dziś, glinianki. Jednak relacja prasowa, która została sporządzona na podstawie słów samego Dołęgi-Mostowicza, nic nie mówi o żadnej gliniance, ani o tym, że ktoś dziennikarza z niej wyciągał. Mostowicz o własnych siłach doszedł do drogi krakowskiej i zatrzymał furmana, który zawiózł go do domu na Grójecką.

Czego chcieli sprawcy?

Tu warto chyba podać w wątpliwość także tę powtarzaną jako oczywistość opinię, że napastnicy chcieli zamordować Dołęgę-Mostowicza i tylko zbieg okoliczności sprawił, że im się nie udało. Jeśli w napadzie rzeczywiście brali udział Franciszek Sieczko i Jędrzej Kowalski, doświadczeni w bandyckim fachu, mający już na swoim koncie i zamordowanych, i ciężko skatowanych, to trudno uwierzyć, że nie potrafili wykonać zaplanowanej egzekucji. Oczywiście, jeśli ktoś okłada człowieka pałą po głowie, to musi liczyć się z tym, że go zabije. Jednak, bez umniejszania bestialstwa samego czynu, trzeba pamiętać, że dziennikarz dał radę samodzielnie wydostać się z lasu i pójść do drogi po pomoc, a następnego dnia wieczorem był już w redakcji „Rzeczpospolitej” na Szpitalnej i składał zeznania przed policją. Trudno także uwierzyć, że Kusiński zorganizował tak skomplikowaną, choć przeprowadzoną nieudolnie, akcję z podmienianiem tablic rejestracyjnych i niemal demonstracyjnym wykorzystaniem samochodu komendanta głównego policji, aby po prostu zamordować dziennikarza, który w publicystyce źle się wyrażał o Marszałku.

Wszystko wskazuje na to, że sprawcy chcieli tylko pobić Mostowicza. Zależało im też na zawiązaniu psychologicznego węzła wzorowanego na intrygach carskiej ochrany. Chcieli, żeby było wiadomo, że dokonali tego policjanci lub ludzie działający na zlecenie policji, ale żeby nie dało się tego w żaden sposób udowodnić. Żeby sprowokować dziennikarzy – i „Rzeczpospolitej”, i innych opozycyjnych tytułów – do napisania o tym, o czym powszechnie było wiadomo, na co dziennikarze i politycy sanacyjni mogliby odpowiedzieć pełnymi świętego oburzenia filipikami w obronie oficerskiego i policyjnego honoru, a organy państwa z całą surowością ścigać potwarców.

Wiele wskazuje na to, że pobicie dziennikarza akceptował, a co najmniej wiedział o nim sam komendant Jagrym-Maleszewski. Trudno wyobrazić sobie, żeby oficera, który do samowolnej, przestępczej akcji wykorzystuje samochód tak wysokiego zwierzchnika bez jego wiedzy, nie spotkały żadne konsekwencje. Tym bardziej jeśli prawdziwa była pogłoska, powtarzana wielokrotnie w sejmie m.in. przez marszałka Wojciecha Trąmpczyńskiego, że podczas porwania i pobicia Mostowicza czarnym buickiem kierował osobisty szofer komendanta policji, przodownik Sikora. Tymczasem Maleszewski nie tylko pomógł porucznikowi Kusińskiemu wywinąć się od cywilnego śledztwa, ale kilka miesięcy później skłonił go do odejścia z wojska, awansował na nadkomisarza i zapewnił etat w Komendzie Głównej Policji Państwowej.

Janusz Jagrym-Maleszewski, komendant główny Policji Państwowej, 1933 r.

Zabicie Dołęgi-Mostowicza i porzucenie zwłok na odludziu nie przyniosłoby sprawcom żadnej korzyści. Gdyby w gliniance znaleziono zwłoki młodego felietonisty, pewnie pojawiłyby się w dziennikarskim światku przypuszczenia, że morderstwo było zemstą za jego zaangażowaną publicystykę, jednak motywy działania sprawców pozostałyby nieznane. Mostowicz natomiast usłyszał od sprawców, że biją go za pisanie o Marszałku. Tylko w bardzo złych filmach kryminalnych morderca informuje ofiarę o swoich motywacjach i zdradza jej zawiłości fabuły, bo jest pewien, że nieszczęśnik za chwilę zamilknie na wieki. Po czymś takim ofierze dzięki nieprawdopodobnym zbiegom okoliczności (choćby dzięki nagle pojawiającemu się Samarytaninowi w furmance) udaje się przeżyć i może wszystko opowiedzieć. Jeśli sprawcy poinformowali znanego dziennikarza, za co go biją, to nie musi znaczyć, że bili go właśnie za to, ale raczej, że chcieli, aby taki właśnie powód dotarł do jego kolegów dziennikarzy i opinii publicznej.

Ostrzeżenie dla kolegów

Policjanci i bandyci na policyjnej służbie pobili dziennikarza, żeby pokazać innym opozycyjnym dziennikarzom, że żarty się skończyły. Wolność prasy wolnością prasy, ale skoro cenzura działa opieszale, a przewidujące drakońskie kary dla dziennikarzy rozporządzenie prezydenta Mościckiego o ściganiu dezinformacji i zniesławień jest niechętnie stosowane przez sędziów, to teraz wierni Marszałkowi ludzie czynu wezmą sprawę ochrony honoru wodza w swoje ręce. Dlaczego wybrali właśnie Mostowicza? Może dlatego, że był dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, gazety w dużej mierze skompromitowanej, która w grudniu 1922 roku rozpętała wściekłą nagonkę na właśnie wybranego prezydenta Gabriela Narutowicza, nagonkę, która skończyła się morderczymi strzałami Eligiusza Niewiadomskiego. Liczyli więc, że opozycyjna, a także wahająca się teraz – od poparcia zamachu majowego do opozycyjności wobec sanacji – prasa pepeesowska, ludowa i liberalna, nie będzie skłonna zdecydowanie bronić pobitego publicysty, choć jej dziennikarze zrozumieją ostrzeżenie.

Kusiński i jego koledzy z policji wiedzieli też – mówiło się o tym na mieście – że redakcja „Rzeczpospolitej” przygotowuje nadzwyczajny numer gazety poświęcony porwaniu generała Zagórskiego. „Rzeczpospolita” i „ABC” od momentu zaginięcia generała pisały o tej sprawie codziennie i uczyniły z niej priorytet pracy reporterskiej. Redakcje nie tylko nękały pytaniami władze wojskowe i cywilne, ale i bardzo aktywnie poszukiwały świadków oraz przesłanek mogących rzucić światło na los zaginionego. Strona sanacyjna doskonale zdawała sobie sprawę, że reporterzy „Rzeczpospolitej” jeżdżą po kraju, wypytują, szperają – ale nie wiedziała, jakie konkretnie informacje udało się im zdobyć. Zaginięcie generała bardzo interesowało także prasę zagraniczną i coś więcej niż tylko domysły, że w jego porwanie lub morderstwo zamieszani byli wojskowi lub cywilni państwowi notable, mogłoby skompromitować obóz rządzący w Polsce. A gdyby jeszcze się okazało, że o sprawie mógł wiedzieć sam marszałek Piłsudski...

Dziennikarze twierdzili, że mają w tej sprawie sensacyjne informacje, choć szczegóły trzymali w tajemnicy. Obóz władzy mógł być poważnie zaniepokojony możliwością wyjścia na jaw jakichś faktów w tej sprawie, a komórka Kusińskiego mogła dostać polecenie (lub zadziałać z własnej inicjatywy) ostrzeżenia redaktorów „Rzeczpospolitej”, że taka publikacja może się dla nich bardzo źle skończyć. Notabene wydanie specjalne w sprawie Zagórskiego wyszło tydzień po porwaniu Mostowicza i skończyło się dla „Rzeczpospolitej” blamażem. Sensacyjna wiadomość, że zaginiony generał jest przetrzymywany przez wojsko w składnicy na Westerplatte, okazała się fałszywa. A że w tym czasie władze gdańskie i niemieckie czyniły usilne dyplomatyczne starania o odebranie Polsce tego skrawka Wolnego Miasta Gdańska, stało się to dla prasy sanacyjnej okazją do oskarżenia gazety i całej chadecko-endeckiej opozycji o sprzyjanie antypolskiej akcji.

Wbrew temu, co „wiadomo na pewno”, Tadeusz Dołęga-Mostowicz nie był najbardziej napastliwym wobec sanacji, czy osobiście marszałka Piłsudskiego, publicystą „Rzeczpospolitej”. Owszem, miał ostre pióro i opowiadał się jednoznacznie przeciwko nowej władzy, ale nawet dziś – kiedy publicyści papierowej prasy nie pozwalają sobie na tak nienawistny język, jaki był na porządku dziennym w latach dwudziestych – nie uznalibyśmy go za szczególnie zajadłego. Podejrzewam, że Kusiński ze swoimi siepaczami wybrał po prostu mężczyznę najmłodszego, najsprawniejszego, o solidnej, lecz smukłej budowie ciała, aby móc bić mocno bez większej obawy, że ofiara nie przeżyje napadu. A że ostrzeżenie nie odniosło skutku, wkrótce oberwał już starszy i o wiele bardziej napastliwy współpracownik gazety. 23 grudnia 1927 został porwany przez trzech cywilów – wszystko wskazuje na to, że tych, którzy byli wśród porywaczy Mostowicza – w towarzystwie tym razem umundurowanego policjanta pięćdziesięciodwuletni Adolf Nowaczyński. Wywieziony samochodem nad glinianki przy ulicy Obozowej, został pobity tak brutalnie, że na zawsze stracił wzrok w jednym oku.

A Tadeusz Dołęga-Mostowicz, jak powszechnie wiadomo, po napadzie zniechęcił się do politycznej publicystyki i zaczął planować wyrafinowaną zemstę na swoich katach. A jak wiadomo niezbyt powszechnie, do publicystyki wcale się nie zniechęcił, a pisanie popularnych powieści o wyraźnym polityczno-społecznym przesłaniu planował dużo wcześniej.

ROZDZIAŁ III
Dwa strzały w serce

O najwcześniejszych latach pisarza wiemy niewiele[*3]. Oficjalne biografie podają że urodził się 10 sierpnia 1898 roku w majątku Okuniewo niedaleko Głębokiego w guberni witebskiej. Chociaż to także wcale nie jest oczywiste. A nawet jest niemal pewne, że wcale tak nie było.

Stanisława i Stefan

Kajetan Żabko-Potopowicz, dziadek przyszłego pisarza ze strony matki, odziedziczył lub wydzierżawił w latach pięćdziesiątych XIX wieku majątek Okuniewo, leżący w odległości dwóch trzecich drogi z Głębokiego do miasteczka Plissa w powiecie głębockim (dziśnieńskim) guberni witebskiej. Majątek co się zowie: we wspomnieniach Jadwigi Mostowicz-Składkowskiej miał prawie cztery tysiące dziesięcin[*4] powierzchni, co mogło być nieco przesadzone. Miał obejmować urodzajne pola, stare lasy, sporo mokradeł nieprzydatnych może do celów rolniczych, ale pełnych łownej zwierzyny, jezioro, solidny dwór wraz z budynkami gospodarczymi otoczony angielskim parkiem. W roku 1863 Kajetan poszedł do powstania, po którego klęsce zaczęły się dziesięciolecia represji i przemian społecznych boleśnie dotykających polskich ziemian. Sam Kajetan na szczęście nie został zesłany na Sybir, ożenił się i wraz z żoną Konstancją dochował się czwórki dzieci: syna Stanisława i córek: najstarszej Małgorzaty, średniej Stanisławy i najmłodszej Teresy. Jednak władze carskie nie zapomniały o młodzieńczych porywach właściciela Okuniewa. Majątek obciążano kolejnymi daninami i kontrybucjami. Właściciele musieli Okuniewo kawałek po kawałku rozprzedawać, aby zapobiec ruinie całości, a i tak rozpoczęły się konfiskaty za zaległości podatkowe. Jedną ze skonfiskowanych części dostał nawet generał rosyjski za zasługi przy tłumieniu powstania.

Rodzinnego dostatku starczyło jeszcze na wykształcenie dzieci Potopowiczów, na czym rodzicom bardzo zależało. Córki zapisano do prestiżowych i drogich petersburskich instytutów dla panien, a potem na studia. Małgorzata, utalentowana muzycznie, ukończyła petersburskie konserwatorium w klasie fortepianu. Zdobyła także dyplom Wydziału Matematycznego kursów Bestużewa, najlepszej w rosyjskim imperium wyższej uczelni dla kobiet. Stanisława skończyła kursy nauczycielskie, a Teresa uzyskała dyplom farmaceutki. Wszystkim siostrom petersburska edukacja dała iście europejską ogładę, biegłą znajomość kilku języków, duże humanistyczne i artystyczne aspiracje i – co okazało się nie najmniej ważne, kiedy majątek topniał w oczach – kwalifikacje do wykonywania zawodu nauczycielskiego. Jedyny syn Potopowiczów, Stanisław, studiował w Moskwie biologię, a po studiach rozpoczął dobrze zapowiadającą się karierę akademicką.

Po śmierci Kajetana Okuniewo było właściwie już tylko pozbawionym folwarku dworem, którego utrzymanie stawało się dla Konstancji Potopowiczowej i jej dzieci coraz większym ciężarem. Pochłaniało mnóstwo pieniędzy i energii, ale wyniki były bardziej niż mizerne. Na tzw. ziemiach zabranych, czyli tej części zaboru rosyjskiego, która nie weszła w skład Królestwa Polskiego, administracja rosyjska celowo, jeśli nie konfiskatami, to obciążeniami podatkowymi wyciągała majątki ziemskie z rąk polskiego ziemiaństwa, któremu, swoją drogą, gospodarowanie w warunkach innych niż pańszczyzna nie zawsze dobrze wychodziło. Możliwe zresztą, że i okuniewski dwór został przez Potopowiczów sprzedany, a rodzina musiała się przenieść do jednej z oficyn.

Ktoś ze znajomych polecił pani Konstancji Żabko-Potopowicz adwokata Stefana Mostowicza z powiatowego Głębokiego. Był to człowiek młody, ale zdążył już zdobyć rozgłos cudotwórcy, który znakomicie rozpoznaje meandry rosyjskiego prawa i praktykę carskiej administracji, i potrafił zapobiec upadkowi resztek licznych polskich majątków ziemiańskich w witebskiej guberni.

Mostowicz dokładnie rozpoznał sprawę i stwierdził, że poważnie zadłużonego dworu i jego przyległości nie da się już uratować. To on doradził pani Konstancji sprzedaż jako jedyną szansę na ocalenie choć części wartości tego, co i tak rodzina wkrótce by straciła lub była zmuszona sprzedać za bezcen. Po niemal stuleciu o tej transakcji pisała Jadwiga Składkowska, wnuczka Kajetana i Konstancji Potopowiczów, a młodsza siostra Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, że dwór „babka sprzedała, by mieć z czego żyć, za 5000 rubli sąsiadowi Niemcowi, który miał czterech synów i obiecywał, że gdy Polska powstanie, to za tę samą sumę 5000 rubli zwróci rodzinie Okuniewo. Babka za te 5 tysięcy kupiła w Głębokiem tylko dwa place i jeden pięciopokojowy domek przy kościele. Przywiezione powozy, meble, konie, krowy itp. wkrótce musiały być sprzedane na życie”[20].

Pani Konstancja Potopowiczowa do końca życia nie mogła się pogodzić z degradacją własną i swoich dzieci. W głębockim domu, mimo że bardzo skromnym w porównaniu z utraconym dworem, starała się stworzyć choć namiastkę ziemiańskiego bytowania. W salonie stał więc fortepian, na którym grała nie tylko Małgorzata, absolwentka konserwatorium, ale i młodsze córki. Regały pełne były książek, a na ścianach wisiały obrazy, dziedziczone z dawien dawna portrety przodków i dzieła artystów współczesnych. Taki salon w małym mieście był prawdziwym rozsadnikiem życia kulturalnego, tym bardziej że bywali w nim liczni goście z miejscowej polskiej elity. A wśród nich uważany za dobroczyńcę rodziny młody adwokat Stefan Mostowicz. Coraz częstsze przyjmowanie w swoim salonie przez matkę trzech niezamężnych córek młodego, wygadanego, błyskotliwego i bardzo przystojnego adwokata, w dodatku dobroczyńcę rodziny, nie mogło pozostać bez konsekwencji, choć nikt zapewne nie spodziewał się, że będą aż tak potężne.

Tak pisała o tym Jadwiga Składkowska: „Mama moja, Stanisława, kochała się w Stefanie Dołęga-Mostowiczu; ale że wedle starych prawideł jego zaloty należały się najstarszej córce, Małgosi, mama w rozpaczy strzeliła sobie w serce. Ale serce w chwili wystrzału skurczyło się i Mama została uratowana. A Ciocia Małgosia [...] «oddała» swojego kawalera siostrze”[21].