22 osoby interesują się tą książką

Opis

Utrzymana w poetyce czarnego humoru, ukazuje bezsens wojny i armii jako instytucji, wyśmiewa mechanizmy społeczne rządzące się logiką absurdu. Jej bohaterowie to zbiorowisko wariatów, fanatyków, idiotów i oportunistów, ale nade wszystko ludzi, którzy pragną jednego – przeżyć.

Pilot Yossarian jest przekonany, że wszyscy dybią na jego życie – zarówno Niemcy, jak i dowódcy jego jednostki, zmuszający go do udziału w coraz większej liczbie misji bojowych. Udaje wariata, by wykpić się od dalszych lotów. Tymczasem otaczają go sami wariaci.

Major Major Major, który przyjmuje podwładnych tylko wtedy, gdy go nie ma; porucznik Scheisskopf, którego działalność ogranicza się do urządzania defilad; porucznik Milo Minderbinder, który traktuje wojnę jako sposób na zbicie majątku i bombarduje własne pozycje, bo dogadał się z nieprzyjacielem. Oficjalnie w amerykańskim wojsku nie ma miejsca dla wariatów; choroba psychiczna stanowi wystarczający powód, by zostać natychmiast odesłanym do domu. Przepisy są w tym względzie bardzo wyraźne. Jest jednak mały kruczek: osławiony „Paragraf 22”...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 776

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kultowa powieść ukazująca bezsens wojny i armii jako instytucji. Szydząca z biurokracji – nie tylko wojskowej – i wszelkich absurdów nękających społeczeństwo.

Pilot Yossarian, przekonany, że wszyscy dybią na jego życie – zarówno Niemcy, jak i dowódcy, którzy zmuszają go do udziału w zbyt wielu lotach – widzi tylko jedną metodę na przetrwanie: udawanie wariata. Niestety otaczają go sami wariaci: Major Major Major, przyjmujący podwładnych tylko wtedy, gdy go nie ma, zakochany w defiladach porucznik Scheisskopf czy porucznik Milo Minderbinder, który atakuje własne pozycje. Oficjalnie w amerykańskiej armii nie ma miejsca dla wariatów, jest jednak mały kruczek – paragraf 22.

JOSEPH HELLER(1923–1999)

Jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy XX wieku. W trakcie II wojny światowej służył jako bombardier w 488. Dywizjonie stacjonującym na Korsyce; uczestniczył w misjach bojowych nad Francją i Włochami. Po zwolnieniu ze służby ukończył New York University; studiował literaturę amerykańską na Columbia University i angielską w Oksfordzie. W latach 50. pracował w działach reklamy czasopism „Time”, „Look” i „McCall’s”, publikował opowiadania. W 1961 roku ukazała się jego pierwsza powieść Paragraf 22, z czasem uznana za literackie arcydzieło. Przełożona na szereg języków, doczekała się licznych adaptacji radiowych, telewizyjnych i teatralnych oraz milionowych nakładów. Głośną filmową wersję książki zrealizował Mike Nichols. Kolejne powieści, m.in. Coś się stało, Gold jak złoto, Bóg wie orazOstatni rozdział, czyli paragraf 22 bis też święciły sukcesy czytelnicze. W 2003 roku ukazał się wybór niepublikowanych wcześniej opowiadań zatytułowany Paragraf 23.

Tego autora

PARAGRAF 22

OSTATNI ROZDZIAŁ, CZYLI PARAGRAF 22 BIS

PARAGRAF 23

GOLD JAK ZŁOTO

COŚ SIĘ STAŁO

PORTRET ARTYSTY

Tytuł oryginału:

CATCH-22

Copyright © Joseph Heller 1955, 1961

Copyright renewed © Joseph Heller 1989

All rights reserved

Introduction copyright © Joseph Heller 1994, 1999

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Lech Jęczmyk 1975

Polish translation of the Introduction copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Ilustracje na okładce: nnnnae/Shutterstock (samolociki), Aleksandrs Bondars/Shutterstock (kartka papieru)

Projekt graficzny okładki: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-631-5

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Od autora(przełożyła Anna Esde-Tempska)

W roku 1961 „The New York Times” był gazetą o szerokości ośmiu szpalt, a nie jak dziś sześciu. A jedenastego listopada tego roku, dzień po oficjalnej premierze Paragrafu 22, na stronie z recenzjami książek pojawiła się niezwykła reklama. Zajmowała pięć szpalt, od dołu do góry. Efekt wizualny był niesamowity. Tego dnia recenzję książki innego autora wciśnięto w niewidoczne miejsce gazety, podobnie jak krzyżówkę i inne drobne artykuły. W nagłówku reklamy widniało pytanie: CO TO ZA PARAGRAF? A wyżej był zabawny rysuneczek uciekającego człowieczka w mundurze, popatrującego z przerażeniem w bok na jakieś bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo.

W ten sposób ogłaszano wydanieParagrafu 22. W tekst wpleciono pochwały dwudziestu jeden osób i grup opiniotwórczych, w większości związanych z literaturą i światem wydawniczym. Dostali tę powieść, zanim pojawiła się w księgarniach, i zdążyli ją już zrecenzować albo wyrazić pozytywne komentarze.

Kilka dni po wydaniu Paragrafu 22 ukazała się recenzja w „The Nation”, napisana przez Nelsona Algrena (podopiecznego mojej agentki literackiej, która nakłoniła go do przeczytania książki). Stwierdził, że Paragraf 22 to „najlepsza powieść, jaka się pojawiła od wielu lat”. A w gazecie codziennej w Chicago polecał ją równie gorąco Studs Terkel.

To, że wychodzącej właśnie książce poświęcono tyle uwagi, było głównie zasługą pracochłonnych zabiegów i pełnych wiary starań mojej agentki, Candidy Donadio, i mojego redaktora, Roberta Gottlieba. Korzystam więc z nadarzającej się teraz okazji, by zadedykować to nowe wydanie im obojgu, jako przyjaciołom i sprzymierzeńcom, których talenty odegrały nieocenioną rolę.

Tamtego dnia w „Timesie” nie znalazła się recenzja książki. Natomiast ukazała się na łamach „Herald Tribune”, w owym czasie nowojorskiej gazety codziennej. Autorem był ich główny krytyk literacki, Maurice Dolbier. Pan Dolbier napisał, że Paragraf 22 jest jak „szaleńcza, poruszająca, szokująca, przezabawna, przerażająca, porywająca jazda gigantyczną kolejką górską”.

To, że krytyk z „Herald Tribune” w ogóle zrecenzował tę wojenną powieść nieznanego autora, było niemal całkowicie dziełem szczęśliwego zbiegu okoliczności. Satyryk S.J. Perelman – o wiele bardziej znany twórca, który był zdecydowanie ciekawszym obiektem zainteresowania pana Dolbiera – w tym samym czasie przygotowywał do druku książkę. W wydawnictwie Simon & Schuster, jak ja. A zajmujący się nim redaktor, Bob Gottlieb, przypadkiem redagował również moją powieść. Kiedy Dolbier zapytał pana Perelmana o jego lektury, ten odpowiedział, że jest pod wielkim wrażeniem wciśniętej mu przez jego redaktora książki zatytułowanej Paragraf 22. Jak opowiadał mi później pan Dolbier, po powrocie do redakcji odnalazł tę książkę w stercie innych, wcześniej odłożonych na bok jako te, których nie będzie czytać z powodu braku czasu i małego prawdopodobieństwa, że o nich napisze. Gdyby nie Gottlieb, nie byłoby Perelmana, a gdyby nie Perelman, nie byłoby recenzji Dolbiera.

A gdyby nie Dolbier, raczej nie byłoby reklamy w „Timesie”. Dwa tygodnie później – pewnie tylko z powodu recenzji pana Dolbiera w „Herald Tribune” – książka została zrecenzowana w dzienniku „Times” przez Orville’a Prescotta, który przepowiadał, że nikt, kto ją przeczyta, nigdy już jej nie zapomni, i głosił, że to „Niesamowita pozycja, która równie wielu oburzy, jak zachwyci”.

Można powiedzieć, że reszta to historia. Jednak historia mogła wyglądać inaczej.

Książka nie zdobyła żadnych nagród i nie znalazła się na listach bestsellerów.

Jak przewidział pan Prescott, prawie na każdą opinię pozytywną przypadała druga, negatywna. Wspominając po dwudziestu pięciu latach dzieje tej powieści, John Aldridge – według mnie najbardziej wnikliwy i konsekwentny znawca amerykańskiej literatury na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat – chwalił Roberta Brusteina za jego niezwykle inteligentną recenzję w „The New Republic”, która, jak podkreśla pan Aldridge, wskazywała, że „późniejsze opinie krytyczne nie na wiele się zdały”. Pan Aldridge nadmieniał, że wielu czytelników Paragrafu 22, którzy przeczytali tę książkę krótko po tym, jak się ukazała, „uwielbiało ją właśnie za to, przez co inni jej nienawidzili”.

Opinie negatywne były często niezwykle jadowite. W „Sunday Timesie” ukazała się tylko krótka notatka, na końcu numeru, tak mała, że zauważyli ją tylko ci, którzy na nią czekali. Jej autor (pisarz, który przypadkiem również był klientem mojej agentki, Candidy, więc darujmy sobie nazwisko) uznał, że w tej książce czuje się „dramatyczny brak umiejętności pisarskich i zdrowego rozsądku”, „wszystko stale się powtarza, jest monotonna”, to „porażka”, „emocjonalny groch z kapustą”, właściwie nie powieść. A stały recenzent powszechnie szanowanego „New Yorkera”, zwykle pisujący o jazzie, porównał Paragraf 22 z powieścią Mitchella Goodmana, której akcja rozgrywa się w podobnych realiach, i w tym porównaniu ta pierwsza wypadła bardzo niekorzystnie. Na koniec dodał, że Paragraf 22 „sprawia wrażenie nie napisanego, ale wykrzyczanego”, po przeczytaniu go „pozostaje tylko rumowisko gorzkich dowcipów”, a Heller „jest sam tak ubawiony, że aż pęka ze śmiechu” (jakoś nie kusi mnie, żeby pękać ze śmiechu, kiedy to przytaczam).

Nie przypominam sobie, żeby książka znalazła się wśród setek tych, które „Sunday Times” polecał na Gwiazdkę w tamtym roku czy setek innych rekomendowanych wiosną jako lektury wakacyjne.

Ale pod koniec lata 1962 roku Raymond Walters na stronie poświęconej bestsellerom w „Sunday Timesie”, na której w owym czasie pojawiała się rubryka na temat popularnych książek, In and Out of Books, donosił, że undergroundowa lektura, o której najwięcej się w Nowym Jorku mówi, to Paragraf 22. (W owym roku pewnie nie było książki bardziej reklamowanej niż ta, a jednak nadal pozostawała „w podziemiu”). Wkrótce i „Newsweek” opublikował podobne refleksje, poświęcając temu ponad stronę. A później tego lata zostałem zaproszony po raz pierwszy na wywiad do telewizji. Do podejmującego różne tematy programu Today, z nowinkami i gośćmi, wówczas nadawanego wcześnie rano. Prowadził go wtedy dziennikarz John Chancellor, który właśnie wrócił z placówki w Moskwie i zgodził się być gospodarzem Today pod warunkiem, że będzie przeprowadzał wywiady tylko z tymi, których sam sobie wybierze. Pamiętam, jak mi powiedział: „żadnych małp”.

Po programie w barze niedaleko studia, gdzie popijałem martini – wcześniej niż kiedykolwiek w życiu – podał mi paczuszkę nalepek, które sam zamówił. Było na nich wydrukowane: YOSSARIAN ŻYJE. Wyjawił mi, że po kryjomu przylepia te karteczki na ścianach w korytarzach i w toaletach dla szefów w budynku stacji NBC.

A potem nadszedł wrzesień i pojawiło się wydanie w miękkiej oprawie. Wraz z nim – nareszcie! – książka zaczęła zdobywać coraz większą popularność, co kompletnie zaskoczyło wydawnictwo Dell, mimo ich przemyślnej promocji i strategii dystrybucji. Przez jakiś czas miało się wrażenie, że ludzie w Dellu nie są w stanie uwierzyć w wyniki sprzedaży i nigdy nie zdołają za nimi nadążyć.

Wydawcy paperbacków drukują książki w setkach tysięcy egzemplarzy. W przypadku Paragrafu 22 po pierwszym rzucie trzystu tysięcy trzeba było od września do końca roku dodrukować jeszcze pięć razy tyle egzemplarzy. W październiku i grudniu po dwa rzuty. Do końca roku 1963 ukazało się jedenaście wydań, w sumie dwa miliony egzemplarzy. Reklamowano, że to najlepiej sprzedająca się książka roku w miękkiej oprawie. W Anglii, pod okiem tamtejszego przedsiębiorczego młodego wydawcy, Toma Maschlera, została przyjęta entuzjastycznie już w dniu wydania i od początku była sukcesem. W owych czasach listy bestsellerów były dopiero nowością i nie przypominały dzisiejszych, ale Paragraf 22 szybko znalazł się w ich czołówce tytułów.

Dla mnie historia Paragrafu 22 zaczyna się w roku 1953, kiedy zacząłem go pisać. Byłem wtedy copywriterem w małej agencji reklamowej w Nowym Jorku, po dwóch latach pracy jako nauczyciel zasad komponowania tekstu na Pennsylvania State University, który w owym czasie miał status college’u. Licząc na pozytywną opinię, dość szybko wysłałem pierwszy rozdział do agentów literackich, z którymi udało mi się nawiązać kontakt po opublikowaniu kilku krótkich opowiadań w magazynach „Esquire” i „The Atlantic Monthly”. Nie byli zachwyceni, ale młoda asystentka jednego z nich, panna Candida Donadio, owszem, i załatwiła mi możliwość zaproponowania tego rozdziału kilku periodykom publikującym „robocze” fragmenty powstających aktualnie powieści.

W roku 1955 rozdział pojawił się w zeszycie siódmym kwartalnika „New World Writing” (w tym samym zbiorze znalazł się też, pod pseudonimem, fragment innej powstającej właśnie książki – W drodze Jacka Kerouaca). Kilku redaktorów z poważnych wydawnictw wyraziło zainteresowanie moją powieścią i nabrałem wiary, że warto kontynuować, choć widziałem już, że zajmie mi to o wiele więcej lat, niż mi się na początku wydawało.

W roku 1957 miałem około 250 stron maszynopisu. Pracowałem wtedy w dziale reklamy magazynu „Time” i w dzień – kiedy nie notowałem sobie ukradkiem pomysłów do książki, której tworzeniu oddawałem się wieczorami w domu – zajmowałem się pisaniem tekstów promocyjnych. Tymczasem Candida Donadio wyrabiała sobie mocną samodzielną pozycję wśród agentów literackich, biorąc pod opiekę amerykańskich pisarzy, których lista prezentuje się naprawdę imponująco. Uzgodniliśmy, że warto byłoby przedstawić nieskończony jeszcze tekst jakimś wydawcom, by zorientować się, jakie są możliwości opublikowania powieści, o której oboje tak wiele myśleliśmy. Spodobał jej się pewien młody redaktor, którego poznała w wydawnictwie Simon & Schuster. Sądziła, że może być bardziej otwarty na nowości od innych. Nazywał się Robert Gottlieb. I nie pomyliła się co do niego.

Kiedy zajął się moim maszynopisem, ja – mając, dzięki hojnemu magazynowi „Time” cztery tygodnie wakacji na plaży – zacząłem poprawiać roboczą wersję książki. Po moim powrocie do Nowego Jorku spotkaliśmy się z Gottliebem na lunchu. Próbował wybadać, jaki mam temperament i czy da się ze mną współpracować. Wysłuchałem, jak taktownie napomyka o pewnych ogólnych sugestiach, które mu się nasuwają, po czym wręczyłem mu nową wersję. Oświadczyłem dumnie, że zająłem się prawie wszystkim tym, o czym mówi, i teraz jest już dobrze, a tak mi się w każdym razie wydaje.

Zaskoczył mnie swoją obawą, że może nie zechcę pracować z kimś tak młodym – miał pewnie dwadzieścia sześć lat, a ja trzydzieści cztery. A jeszcze bardziej zaskoczony byłem, kiedy później dowiedziałem się od niego, że zarówno jego, jak i jego najbliższą koleżankę z wydawnictwa, Ninę Bourne, onieśmielała z początku moja nieufność. Nie miałem pojęcia, że mogę sprawiać takie wrażenie. Od tamtej pory nigdy nie byłem wobec niego podejrzliwy i bardzo wątpię, by Gottlieba, który został z czasem redaktorem naczelnym wydawnictwa Alfred A. Knopf, a potem magazynu „The New Yorker”, jeszcze ktoś onieśmielał.

Najmilej wspominam to, że nie prosił o konspekt i że w żaden sposób nie odczułem, że próbuje dociec, dokąd zmierza ta powieść, z której na razie widział zaledwie jedną trzecią. Dostałem umowę gwarantującą tysiąc pięćset dolarów zaliczki. Połowę z tego miałem dostać zaraz po podpisaniu, co wcale nie było mi potrzebne, a resztę po skończeniu powieści i jej przyjęciu. Kiedy książka się ukazała, miałem trzydzieści osiem lat.

Być może byłem pierwszym pisarzem, którym zajął się Gottlieb, ale nie pierwszym, którego wydał. Przez trzy lata potrzebne mi do skończenia powieści, zgłosili się do niego, z gotowymi maszynopisami, inni autorzy. Prawdopodobnie byłem też pierwszym klientem Candidy. Oboje tak jak ja byli zachwyceni ostatecznym sukcesem Paragrafu 22. Cała nasza trójka z rozkoszą wspomina tamten triumf.

Dwudziestego ósmego lutego 1962 roku, trzy miesiące po publikacji, peanem dla mojej powieści sprawił nam niespodziankę Richard Starnes z „The New York World-Telegram”. Recenzja zaczynała się słowami:

„Myślę, że Yossarian będzie żył bardzo długo”.

Pochwały pana Starnesa były dla mnie zaskoczeniem, ponieważ należał do twardych komentatorów lokalnej sceny politycznej, a „World-Telegram” miał opinię dość konserwatywnego.

Do dziś jestem wdzięczny panu Starnesowi za jego bezwarunkową i nieoczekiwaną aprobatę. I niech go Bóg błogosławi za trafność przepowiedni. Kolejną przyjemną niespodzianką była równie pozytywna i poważna opinia, która pojawiła się w „The New York Post”; jej autorem był dystyngowany dziennikarz specjalizujący się w zagadnieniach społecznych, Murray Kempton. A na Zachodnim Wybrzeżu, w „The San Francisco Chronicle”, Ralph Gleason co najmniej trzy razy pozwolił sobie odejść od swojego głównego tematu – muzyki współczesnej – by poświęcić sporo miejsca pochwałom Paragrafu 22.

Wielu ludzi cytowanych w pierwszej reklamie książki już nie żyje, a większość z reszty nas jest coraz bliżej chwili, gdy podąży ich śladem. Ale Yossarian rzeczywiście żył długo.

Mija niemal czterdzieści lat od czasu, kiedy w listopadzie 1961 roku po raz pierwszy pojawił się wraz z Paragrafem 22. I żył nawet po zakończeniu czytania powieści. Dzięki filmowi nawet najwierniejsi czytelnicy książki mają w oczach sugestywny obraz Yossariana na morzu, wiosłującego ku wolności w żółtym pontonie. W książce nie udaje mu się aż tyle, ale przecież nie zostaje schwytany ani nie ginie.

W 1994 roku ukazała się moja powieść Ostatni rozdział. Była kontynuacją Paragrafu 22, swego rodzaju ciągiem dalszym (Na obwolucie znów znalazł się rysunek uciekającego człowieczka z Paragrafu 22. Tym razem w kapeluszu biznesmena oddala się pospiesznie z laską w dłoni). W finale powieści Yossarian nadal żyje. Ponad czterdzieści lat starszy, ale trzyma się mocno. „Każdy musi kiedyś odejść” – mówi mu w Ostatnim rozdziale z naciskiem jego przyjaciel lekarz. „Każdy!” Ale gdybym kiedykolwiek napisał kolejną książkę z tej serii, na jej końcu nadal mielibyśmy Yossariana.

Wcześniej czy później muszę się poddać. Yossarian, który był już poprzednio siedemdziesięciolatkiem też będzie musiał odejść. Ale ja nie przyłożę do tego ręki.

Joseph Heller, 1999 r., East Hampton, Nowy Jork

Mojej matce,

mojej żonie Shirley

i moim dzieciom Erice i Tedowi.

(1961)

Candidzie Donadio, mojej agentce literackiej,

i Robertowi Gottliebowi, mojemu redaktorowi.

Współpracownikom.

(1994)

BYŁ TYLKO JEDEN KRUCZEK… PARAGRAF 22.

Wyspa Pianosa znajduje się na Morzu Śródziemnym, trzynaście kilometrów na południe od Elby. Jest bardzo mała i oczywiście nie mogły się na niej pomieścić wszystkie wydarzenia opisane w książce. Podobnie jak miejsce akcji, również wszystkie osoby są fikcyjne.

1TEKSAŃCZYK

Była to miłość od pierwszego wejrzenia.

Kiedy Yossarian po raz pierwszy ujrzał kapelana, natychmiast zapałał do niego szalonym uczuciem.

Yossarian leżał w szpitalu z bólami wątroby, które jakoś nie mogły się przerodzić w pospolitą żółtaczkę. Lekarzy zbijało to z tropu. Gdyby to była żółtaczka, mogliby przystąpić do leczenia. Gdyby to nie była żółtaczka i bóle ustąpiłyby same, mogliby go wypisać ze szpitala. Tymczasem fakt, że było to cały czas takie ni to, ni owo, wprawiał ich w zakłopotanie.

Codziennie rano przychodziło trzech energicznych, poważnych dżentelmenów, wygadanych i krótkowzrocznych, w asyście równie energicznej i poważnej siostry Duckett, jednej z pielęgniarek, które nie lubiły Yossariana. Oglądali kartę choroby wiszącą w nogach łóżka i wypytywali go niecierpliwie o bóle. Denerwowało ich, kiedy mówił, że bóle są takie same jak dotychczas.

– Nadal nie ma stolca? – pytał pułkownik.

Kręcił głową, a lekarze wymieniali spojrzenia.

– Proszę dać mu jeszcze jedną pigułkę.

Siostra Duckett notowała sobie polecenie i cała czwórka przechodziła do następnego łóżka. Żadna z pielęgniarek nie lubiła Yossariana. Właściwie jego bóle wątroby minęły, ale nie przyznawał się do tego, a lekarze nic nie podejrzewali. Podejrzewali go jedynie, że ma wypróżnienia, ale się z tym nie zdradza.

Yossarian miał w szpitalu wszystko, czego potrzebował. Jedzenie było nie najgorsze, posiłki podawano do łóżka. Chorzy otrzymywali dodatkowe porcje świeżego mięsa, w upalne popołudnia roznoszono chłodzone soki owocowe i mrożone kakao. Poza lekarzami i pielęgniarkami nikt go tu nie niepokoił. Musiał wprawdzie rano poświęcać nieco czasu na cenzurowanie listów, ale za to całą resztę dnia miał prawo przeleżeć bezczynnie z czystym sumieniem. W szpitalu było mu bardzo dobrze, a mógł tu pozostawać bez trudu, gdyż od urodzenia miał podwyższoną temperaturę. Był w znacznie lepszej sytuacji niż Dunbar, który, żeby dostawać posiłki do łóżka, musiał padać na twarz.

Kiedy Yossarian postanowił przeczekać tutaj do końca wojny, napisał do wszystkich znajomych, że jest w szpitalu, nie wspominając jednak, z jakiego powodu. Pewnego dnia wpadł na jeszcze lepszy pomysł. Napisał do wszystkich znajomych, że otrzymał bardzo niebezpieczne zadanie. „Pytali, kto się zgłasza na ochotnika. Zadanie jest bardzo niebezpieczne, ale ktoś musi je wykonać. Napiszę do was zaraz po powrocie”. I odtąd nie pisał już do nikogo.

Wszyscy oficerowie przebywający w szpitalu mieli obowiązek cenzurowania listów pacjentów szeregowców, którzy leżeli w innych salach. Było to nudne zajęcie i Yossarian doznał zawodu, przekonawszy się, że życie szeregowców jest niewiele ciekawsze niż życie oficerów. Po pierwszym dniu tej pracy stracił do niej zupełnie serce i aby się nieco rozerwać, zaczął sobie wymyślać zabawy. Precz z określnikami, oświadczył pewnego razu i we wszystkich listach, które przeszły przez jego ręce, znikły przysłówki i przymiotniki. Innego dnia wypowiedział wojnę spójnikom. Jeszcze większą inwencję wykazał w dniu, kiedy to powykreślał wszystko oprócz „a”, „i”, „ale” itp. Stwierdził, że dynamizuje to napięcie międzywierszowe, a poza tym prawie zawsze nadaje listom o wiele bardziej uniwersalny charakter. Potem zamazywał pozdrowienia, pozostawiając tekst listów nietknięty. Pewnego razu zaczernił wszystko z wyjątkiem słów „Kochana Mary” i dopisał pod spodem „Tęsknię za tobą tragicznie. A. T. Tappman, kapelan Armii Stanów Zjednoczonych”. A. T. Tappman był ich kapelanem.

Kiedy Yossarian wyczerpał już wszystkie możliwości w tekście listów, zaczął atakować nazwiska i adresy na kopertach, jednym niedbałym ruchem dłoni unicestwiając całe domy i ulice, niwecząc metropolie, jakby był Bogiem. Paragraf 22 wymagał, aby każdy ocenzurowany list był podpisany przez oficera, który go czytał. Yossarian większości listów nie czytał w ogóle i na tych podpisywał się imieniem i nazwiskiem. Te, które czytał, podpisywał jako Washington Irving. Kiedy stało się to zbyt monotonne, pisał Irving Washington. Cenzurowanie kopert miało poważne następstwa, gdyż wywołało falę zaniepokojenia w pewnej nielubiącej rozgłosu instytucji wojskowej, która skierowała do szpitala swojego człowieka jako rzekomego pacjenta. Wszyscy wiedzieli, że jest to facet z Wydziału Śledczego, ponieważ wypytywał o oficera nazwiskiem Irving lub Washington i już na drugi dzień odmówił cenzurowania listów. Zbyt go to nudziło.

Dostali tym razem dobrą salę, jedną z lepszych, w jakich Yossarian czy Dunbar mieli kiedykolwiek przyjemność leżeć. Był wśród nich dwudziestoczteroletni pilot w stopniu kapitana – z rzadkim złotawym wąsikiem – który, zestrzelony w środku zimy nad Adriatykiem, nie dostał nawet kataru. Teraz było lato, nikt kapitana nie zestrzelił, a on twierdził, że ma grypę. Po prawej ręce Yossariana leżał wciąż jeszcze w erotycznej pozycji na brzuchu kapitan ze zdziwieniem na twarzy, malarią we krwi i tyłkiem pokąsanym przez komary. Naprzeciwko Yossariana pod drugiej stronie sali leżał Dunbar, a obok niego kapitan artylerii, z którym Yossarian nie grywał już w szachy. Kapitan był dobrym szachistą, więc gra z nim była zawsze interesująca. Yossarian przestał z nim grywać, ponieważ stawało się to tak interesujące, że aż głupie. Mieli też w sali wykształconego Teksańczyka z Teksasu, który wyglądał, jakby wyszedł z filmu w technikolorze, i który jako patriota wierzył, że ludzie zamożni, czyli przyzwoici obywatele, powinni mieć więcej głosów w wyborach niż włóczędzy, kurwy, kryminaliści, degeneraci, ateiści i obywatele nieprzyzwoici, czyli ludzie bez pieniędzy.

W dniu, kiedy pojawił się Teksańczyk, Yossarian tępił w listach rymujące się słowa. Był to któryś z rzędu cichy, upalny, spokojny dzień. Lejący się z nieba żar tłumił dźwięki. Dunbar znowu leżał na wznak, bez ruchu, wpatrzony szklanym wzrokiem w sufit. Pracował nad przedłużeniem sobie życia. Osiągał to przez uprawianie nudy. Dunbar tak gorliwie pracował nad przedłużeniem sobie życia, że można go było wziąć za nieboszczyka. Teksańczyk dostał łóżko pośrodku sali i już wkrótce udostępnił wszystkim swoje poglądy.

Dunbar podskoczył jak ukąszony.

– Otóż to! – krzyknął z zapałem. – Czegoś tu brakowało i teraz już wiem czego. – Uderzył się pięścią w otwartą dłoń. – Brakowało patriotyzmu – oświadczył.

– Masz rację – zawtórował mu Yossarian. – Masz świętą rację. Parówki, drużyna Brooklyn Dodgers, szarlotka upieczona przez mamę. To jest to, o co wszyscy walczymy. Ale czy ktoś walczy o przyzwoitych obywateli? Czy ktoś walczy o większą liczbę głosów dla przyzwoitych obywateli? Nie ma w tym wszystkim patriotyzmu, ot co. Zresztą matriotyzmu również.

Na chorążym, który leżał na lewo od Yossariana, nie zrobiło to żadnego wrażenia.

– Gówno mnie to obchodzi – powiedział zmęczonym głosem i przewrócił się na drugi bok.

Teksańczyk okazał się człowiekiem dobrodusznym, koleżeńskim i miłym. Po trzech dniach wszyscy mieli go po dziurki w nosie. Dostawali na jego widok drgawek i unikali go, jak tylko mogli. Jedynie żołnierz w bieli znajdował się w sytuacji przymusowej. Żołnierz w bieli był od stóp do głów zakuty w gips i spowity bandażami. Miał dwie bezużyteczne ręce i dwie bezużyteczne nogi. Przemycono go na salę w nocy i nikt nie miał pojęcia o jego obecności aż do rana, kiedy to po przebudzeniu ujrzeli dwie dziwne nogi i dwie dziwne ręce wyciągnięte pionowo w górę, zawieszone dziwacznie w powietrzu za pomocą ołowianych ciężarków zwisających złowieszczo nad jego nieruchomym ciałem. W bandażach po wewnętrznej stronie jego łokci mieściły się zasuwane na zamek błyskawiczny usta, do których spływał przezroczysty płyn z przezroczystego naczynia. Z gipsu pokrywającego pachwinę wystawała milcząca metalowa rurka, z podłączonym cienkim elastycznym przewodem, który bardzo sprawnie odprowadzał produkty jego nerek do zakorkowanego przezroczystego naczynia stojącego na podłodze. W miarę tego jak opróżniało się naczynie odżywiające jego łokieć, naczynie na podłodze napełniało się płynem i wówczas po prostu naczynia szybko przestawiano i płyn mógł z powrotem spływać w jego ciało. Właściwie z całego żołnierza w bieli nigdy nie widzieli nic prócz czarnej, strzępiastej dziury nad jego ustami.

Położono go obok Teksańczyka, który siadał bokiem na swoim łóżku i przemawiał do niego rano, po południu i wieczorem przyjemnym basem południowca, rozciągając głoski. Brak odpowiedzi zupełnie mu nie przeszkadzał.

Dwukrotnie w ciągu dnia chorym mierzono temperaturę. Codziennie wczesnym rankiem i drugi raz przed wieczorem wkraczała na salę siostra Cramer ze słojem pełnym termometrów i przechodziła wzdłuż jednego rzędu łóżek, a potem wracała wzdłuż drugiego rzędu, rozdając wszystkim pacjentom termometry. Z żołnierzem w bieli radziła sobie, wkładając termometr do dziury nad jego ustami i opierając go na dolnym brzegu otworu. Potem wracała do pierwszego pacjenta, brała jego termometr, notowała temperaturę i tak szła kolejno od łóżka do łóżka. Pewnego popołudnia, gdy zakończyła pierwszą rundę i podeszła powtórnie do żołnierza w bieli, spojrzała na termometr i stwierdziła, że pacjent zmarł.

– Morderca – powiedział spokojnym głosem Dunbar.

Teksańczyk spojrzał na niego z niepewnym uśmiechem.

– Zabójca – dodał Yossarian.

– O czym wy mówicie? – spytał nerwowo Teksańczyk.

– To ty go zamordowałeś – powiedział Dunbar.

– Zabiłeś go – zawtórował Yossarian.

Teksańczyk cofnął się przerażony.

– Czyście powariowali? Nawet go nie dotknąłem.

– Zamordowałeś go – powiedział Dunbar.

– Słyszałem, jak go zabijałeś – powiedział Yossarian.

– Zabiłeś go, bo był Murzynem – powiedział Dunbar.

– Oszaleliście?! – krzyknął Teksańczyk. – Tutaj Murzynów nie wpuszczają. Dla czarnych mają osobne miejsce.

– Sierżant go tu przeszmuglował – powiedział Dunbar.

– Sierżant komunista – dodał Yossarian.

– A ty się o tym dowiedziałeś.

Na chorążym, który leżał na lewo od Yossariana, cała sprawa żołnierza w bieli nie zrobiła wrażenia. Na chorążym w ogóle nic nie robiło wrażenia i jeśli się odzywał, to tylko po to, żeby dać upust niezadowoleniu.

Na dzień przed tym, jak Yossarian poznał kapelana, w jadalni wybuchł piec, wskutek czego barak kuchenny stanął w płomieniach. Podmuch gorącego powietrza dało się odczuć w całej bazie. Nawet w sali Yossariana, odległej o prawie sto metrów, słychać było huk pożaru i ostre trzaski płonących belek. Za pomarańczowo połyskującymi szybami pędził dym. Po piętnastu minutach nadjechały z lotniska samochody straży pożarnej. Przez pół godziny mimo rozpaczliwych wysiłków strażaków sprawa wyglądała groźnie. Zaledwie strażacy zaczęli brać górę nad ogniem, rozległo się dobrze znane jednostajne buczenie powracających bombowców, musieli więc zwinąć swoje węże i pędzić na lotnisko, na wypadek gdyby któryś z samolotów rozbił się i zapalił przy lądowaniu. Wszystkie wylądowały pomyślnie. Gdy tylko ostatni z bombowców znalazł się na ziemi, strażacy zawrócili ciężarówki i popędzili na złamanie karku, żeby podjąć na nowo walkę z ogniem w szpitalu. Kiedy przybyli na miejsce, ognia już nie było. Zgasł sam, znikł, nie pozostawiając nawet żaru, który można by polać wodą. Zawiedzeni strażacy, nie mając nic do roboty, popijali letnią kawę i kręcili się koło szpitala w nadziei, że uda im się przerżnąć jakąś pielęgniarkę.

Kapelan zjawił się nazajutrz po pożarze. Yossarian był właśnie zajęty wykreślaniem z listów wszystkiego prócz zaklęć miłosnych, kiedy na krześle koło łóżka usiadł kapelan i spytał go, jak się czuje. Siedział bokiem, Yossarian widział więc jedynie dystynkcje kapitana na jego kołnierzu. Nie wiedząc, kto to jest, uznał, że to jakiś nowy lekarz albo nowy wariat.

– Zupełnie nieźle – odpowiedział. – Mam lekkie bóle wątroby i nie bardzo można na mnie polegać, jeśli chodzi o stolec, ale w sumie muszę przyznać, że czuję się zupełnie nieźle.

– To dobrze – powiedział kapelan.

– Tak – przyznał Yossarian. – Tak, to dobrze.

– Przyszedłbym wcześniej – powiedział kapelan – ale czułem się niezbyt dobrze.

– To niedobrze – powiedział Yossarian.

– Byłem tylko przeziębiony – wyjaśnił pośpiesznie kapelan.

– Mam temperaturę trzydzieści osiem i dwie kreski – dorzucił Yossarian równie szybko.

– To niedobrze – powiedział kapelan.

– Tak – zgodził się Yossarian. – To niedobrze.

Kapelan zaczął się wiercić na krześle.

– Czy mógłbym coś dla pana zrobić? – spytał po chwili.

– Nie. – Yossarian westchnął. – Lekarze robią chyba wszystko, co w ludzkiej mocy.

– Ależ nie. – Kapelan z lekka się zarumienił. – Miałem na myśli coś innego. Może papierosy… książki… zabawki…

– Nie, nie – powiedział Yossarian. – Dziękuję. Mam wszystko, czego człowiekowi potrzeba, wszystko prócz zdrowia.

– To niedobrze.

– Tak. – Yossarian westchnął. – Tak, to niedobrze.

Kapelan znowu zaczął się wiercić. Zerknął kilka razy na boki, spojrzał na sufit, potem na podłogę. Wreszcie westchnął głęboko.

– Porucznik Nately przesyła panu pozdrowienia – powiedział.

Yossarian z przykrością się dowiedział, że mają wspólnego znajomego. Wyglądało na to, że teraz mają rzeczywiście temat do rozmowy.

– Zna pan porucznika Nately’ego? – spytał z żalem w głosie.

– Tak, znam go dość dobrze.

– Trochę zwariowany, prawda?

Kapelan uśmiechnął się z zażenowaniem.

– Na ten temat, niestety, nic nie mogę powiedzieć. Nie znam go aż tak dobrze.

– Może mi pan wierzyć na słowo – powiedział Yossarian. – Trudno o większego wariata.

Kapelan starannie ważył kolejną chwilę milczenia, aż nagle przerwał je niespodziewanym pytaniem.

– Pan kapitan Yossarian, prawda?

– Nately miał trudne dzieciństwo. Pochodzi z dobrej rodziny.

– Proszę mi wybaczyć – nalegał bojaźliwie kapelan – ale możliwe, że popełniłem poważny błąd. Czy pan jest kapitan Yossarian?

– Tak – wyznał kapitan Yossarian. – Kapitan Yossarian to ja.

– Z dwieście pięćdziesiątej szóstej eskadry?

– Z dwieście pięćdziesiątej szóstej eskadry bojowej. Nie słyszałem, żeby byli jacyś inni kapitanowie Yossarianowie. O ile wiem, jestem jedynym kapitanem Yossarianem, jakiego znam, ale mogę mówić tylko za siebie.

– Rozumiem – powiedział kapelan z nieszczęśliwą miną.

– To jest dwa do ósmej potęgi bojowej – zauważył Yossarian – gdyby chciał pan napisać symboliczny wiersz o naszej eskadrze.

– Nie – mruknął kapelan – nie planuję pisania symbolicznego wiersza o pańskiej eskadrze.

Yossarian poderwał się gwałtownie, gdyż wypatrzył maleńki srebrny krzyżyk po drugiej stronie kołnierza kapelana. Wywarło to na nim piorunujące wrażenie, bo nigdy dotąd nie rozmawiał z kapelanem.

– Pan jest kapelanem! – krzyknął zachwycony. – Nie wiedziałem, że pan jest kapelanem.

– Ależ tak – odpowiedział kapelan. – To pan nie wiedział, że jestem kapelanem?

– Ależ skąd! Nie wiedziałem, że pan jest kapelanem.

Yossarian pożerał go zachwyconymi oczami, z uśmiechem szczęścia na twarzy.

– Nigdy w życiu nie widziałem kapelana – wyznał.

Kapelan znów się zapłonił i spuścił oczy. Był to drobny, może trzydziestodwuletni mężczyzna o kasztanowatych włosach i nieśmiałych piwnych oczach. Twarz miał pociągłą i bladą. Niewinny młodzieńczy trądzik pokrywał jego zapadnięte policzki. Yossarian chciał mu jakoś pomóc.

– Czy mogę coś dla pana zrobić? – spytał kapelan.

Yossarian pokręcił głową, nadal uśmiechając się od ucha do ucha.

– Nie, dziękuję. Mam wszystko, czego mi potrzeba, i czuję się zupełnie dobrze. Prawdę mówiąc, nie jestem nawet chory.

– To dobrze – powiedział kapelan i natychmiast się zreflektował. Parsknąwszy śmiechem, zasłonił dłonią usta, ale Yossarian sprawił mu zawód, gdyż pozostał niewzruszony. – Muszę jeszcze odwiedzić innych żołnierzy z naszej grupy – powiedział kapelan po chwili. – Odwiedzę pana znowu, może jutro.

– Bardzo proszę.

– Przyjdę pod warunkiem, że sam pan sobie tego życzy – powiedział kapelan spuszczając nieśmiało głowę. – Zauważyłem, że wielu moja obecność krępuje.

Yossarian promieniował serdecznością.

– Ależ chcę, żeby mnie pan odwiedził. Wcale nie będę się czuł skrępowany.

Kapelan uśmiechnął się z wdzięcznością i zerknął w dół na skrawek papieru, który przez cały czas ukrywał w dłoni. Poruszając bezgłośnie wargami, policzył łóżka i z powątpiewaniem zatrzymał wzrok na Dunbarze.

– Przepraszam, czy to jest porucznik Dunbar? – spytał szeptem.

– Tak – odpowiedział Yossarian na cały głos – to jest porucznik Dunbar.

– Dziękuję – szepnął kapelan. – Bardzo panu dziękuję. Jemu też muszę złożyć wizytę. Muszę odwiedzić wszystkich żołnierzy naszej grupy, którzy przebywają w szpitalu.

– Tych w innych salach też? – spytał Yossarian.

– Tych w innych salach też.

– Niech ksiądz będzie ostrożny w innych salach – ostrzegł Yossarian. – Trzymają w nich chorych umysłowo. Pełno tam wariatów.

– Nie trzeba się do mnie zwracać per „ksiądz” – wyjaśnił kapelan. – Jestem anabaptystą.

– Mówię o tych innych salach zupełnie poważnie – ciągnął Yossarian ponuro. – Żandarmi pana nie będą bronić, bo sami są największymi wariatami. Poszedłbym z panem, ale sam jestem w strachu. Obłęd jest zaraźliwy. Z całego szpitala tylko nasza sala jest normalna. Wszyscy oprócz nas to wariaci. Możliwe, że to w ogóle jedyna normalna sala na całym świecie.

Kapelan pośpiesznie wstał i odsunął się od łóżka Yossariana, a potem kwinął głową z uspokajającym uśmiechem i obiecał zachować należytą ostrożność.

– A teraz muszę odwiedzić porucznika Dunbara – powiedział. Mimo to ociągał się jeszcze, jakby miał skrupuły. – Chciałbym się o nim czegoś dowiedzieć – odezwał się wreszcie.

– To wspaniały człowiek – zapewnił go Yossarian. – Prawdziwy hrabia. Jeden z najlepszych, najmniej skłonnych do poświęceń ludzi na świecie.

– Nie to miałem na myśli – wyjaśnił szeptem kapelan. – Czy on jest bardzo chory?

– Nie, nie jest bardzo chory. Prawdę powiedziawszy, wcale nie jest chory.

– To dobrze. – Kapelan westchnął z ulgą.

– Tak – zgodził się Yossarian. – Tak, to bardzo dobrze.

– Kapelan! – zawołał Dunbar, kiedy kapelan pożegnał się z nim i wyszedł. – Widziałeś coś takiego? Kapelan.

– Uroczy, prawda? – powiedział Yossarian. – Chyba powinni mu dać ze trzy głosy.

– Kto ma dać mu trzy głosy? – spytał podejrzliwie Dunbar.

Na końcu sali za przepierzeniem z pomalowanej na zielono dykty pracował niestrudzenie w swoim łóżku poważny pułkownik w średnim wieku. Codziennie odwiedzała go łagodna, miła kobieta o kręconych popielatoblond włosach, która nie należała ani do personelu szpitalnego, ani do Kobiecego Korpusu Pomocniczego, ani do Czerwonego Krzyża, a mimo to zjawiała się niezmiennie każdego popołudnia w szpitalu na Pianosie, ubrana w bardzo eleganckie pastelowe letnie sukienki, białe pantofelki na obcasie i nylonowe pończochy o nieskazitelnie prostych szwach. Pułkownik był łącznościowcem i dzień i noc bez przerwy wycharkiwał śluzowate komunikaty ze swego wnętrza do płatków gazy, które następnie starannie składał i odsyłał do białego naczynia z pokrywą, stojącego na jego stoliku nocnym. Pułkownik był wspaniały. Miał zapadnięte usta, zapadnięte policzki, zapadnięte, smutne, kaprawe oczy. Jego twarz miała barwę oksydowanego srebra. Kasłał cicho, ostrożnie i powoli przykładał do warg płatki gazy z obrzydzeniem, które stało się już automatyczne.

Wokół pułkownika kłębili się specjaliści, specjalizujący się w próbach ustalenia, co mu jest. Świecili mu w oczy, żeby się przekonać, czy widzi, wbijali mu igły w ośrodki nerwowe, żeby usłyszeć na własne uszy, czy czuje. Był tam urolog od uryny, limfolog od limfy, endokrynolog od endokrynów, psycholog od psychiki, dermatolog od dermy; był patolog zajmujący się jego patosem, cytolog zajmujący się jego cystami oraz łysy i pedantyczny cetolog z wydziału zoologii na Uniwersytecie Harvarda, bezlitośnie porwany w szeregi lekarzy wojskowych na skutek przepalenia się lampy w mózgu elektronowym, usiłujący teraz dyskutować z umierającym pułkownikiem na temat Moby Dicka.

Pułkownik został przebadany co się zowie. Każdy organ jego ciała naszpikowano lekarstwami, sponiewierano, wydrenowano i wydrylowano, obmacano i sfotografowano, wyjęto, splądrowano i wsadzono z powrotem. Schludna, szczupła, prosta jak trzcina kobieta dotykała go i uśmiechała się, siedząc przy jego łóżku jak ucieleśnienie godnego smutku. Pułkownik był wysoki, chudy i zgarbiony. Kiedy wstawał, garbił się jeszcze bardziej, aż cała jego postać stawała się wklęsła. Chodząc, stawiał stopy z największą ostrożnością, przesuwając je o kilkanaście centymetrów. Pod oczami miał fioletowe worki. Kobieta mówiła bardzo cicho, ciszej nawet niż pułkownik kasłał, i nikt z leżących na sali nie słyszał jej głosu.

W ciągu niespełna dziesięciu dni Teksańczyk wypłoszył wszystkich. Pierwszy załamał się kapitan artylerii, zapoczątkowując istny exodus. Dunbar, Yossarian i kapitan pilot zwiali tego samego ranka. Dunbar przestał cierpieć na zawroty głowy, kapitanowi przeszedł katar. Yossarian powiedział lekarzom, że bóle wątroby ustąpiły. Nawet chorąży uciekł. Nie trzeba było niczego więcej. W ciągu niespełna dziesięciu dni Teksańczyk zapędził wszystkich z powrotem do szeregów – wszystkich z wyjątkiem faceta z Wydziału Śledczego, który się zaraził od kapitana pilota i dostał zapalenia płuc.

2CLEVINGER

Pod pewnym względem ten facet z Wydziału Śledczego miał szczęście, gdyż poza ścianami szpitala nadal toczyła się wojna.

Ludzie wpadali w szał i dostawali medale. Na całym świecie chłopcy po obu stronach linii frontu ginęli za coś, co, jak im powiedziano, jest ich ojczyzną, i nikt jakoś nie miał nic przeciwko temu, nawet oni sami. Nie widać było końca temu wszystkiemu. Jedyny koniec, jakiego można się było spodziewać, to był koniec Yossariana, a mógł przecież leżeć sobie w szpitalu do dnia Sądu Ostatecznego, gdyby nie ten patriotyczny Teksańczyk ze swymi lejkokształtnymi policzkami i wymiętoszonym, rozmamłanym, niezniszczalnym uśmiechem, przecinającym niezmiennie jego twarz niczym rondo wielkiego czarnego kowbojskiego kapelusza. Teksańczyk pragnął, aby wszyscy na sali z wyjątkiem Yossariana i Dunbara byli zadowoleni. Był naprawdę bardzo chory.

Ale Yossarian nie potrafił być zadowolony, choćby nawet Teksańczyk życzył mu czegoś wręcz przeciwnego, gdyż poza murami szpitala nadal działy się niewesołe rzeczy. Nadal trwała wojna i wyglądało na to, że oprócz Yossariana i Dunbara nikt tego nie dostrzega. Kiedy zaś Yossarian usiłował ludziom o tym przypominać, odsuwali się od niego jak od wariata. Nawet Clevinger, po którym można się było spodziewać czegoś więcej, nawymyślał mu od wariatów, kiedy się ostatnio widzieli, to znaczy tuż przed ucieczką Yossariana do szpitala.

Clevinger wpatrywał się w niego bliski apopleksji z wściekłości i kurczowo trzymając się stołu, krzyczał:

– Jesteś wariat!

– Clevinger, czego ty właściwie chcesz od ludzi? – tonem znużenia odpowiedział Dunbar w rozgwarze klubu oficerskiego.

– Ja nie żartuję – upierał się Clevinger.

– Oni chcą mnie zabić – powiedział spokojnie Yossarian.

– Nikt nie chce cię zabić! – krzyknął Clevinger.

– To dlaczego do mnie strzelają? – spytał Yossarian.

– Oni strzelają do wszystkich – odpowiedział Clevinger. – Chcą zabić wszystkich.

– A co to za różnica?

Clevinger, podniecony, uniósł się z krzesła, oczy mu zaszły łzami, zbielałe wargi drżały. Jak zwykle, kiedy bronił zasad, w które święcie wierzył, zaczynał sapać nerwowo i łykać gorzkie łzy fanatyzmu. Clevinger miał wiele takich zasad, w które święcie wierzył. Clevinger był wariatem.

– Co to znaczy oni? – dopytywał się. – Kto, według ciebie, chce cię zamordować?

– Oni wszyscy – odpowiedział mu Yossarian.

– Jacy oni?

– A jak ci się wydaje?

– Nie mam pojęcia.

– No to skąd wiesz, że nie chcą mnie zamordować?

– Stąd, że… – Clevingera zatkało i umilkł zbity z tropu.

Był przekonany, że ma rację, ale Yossarian rozporządzał niezbitymi dowodami, gdyż zupełnie nie znani mu ludzie strzelali do niego z działek za każdym razem, kiedy leciał zrzucać na nich bomby, co nie było wcale zabawne. A tyle innych rzeczy, jeszcze mniej zabawnych? Nie było też nic zabawnego w tym, że mieszkał jak włóczęga w namiocie na Pianosie, mając za plecami wielkie góry, a przed sobą spokojną, błękitną toń morza, które mogło pochłonąć człowieka w mgnieniu oka i odesłać go po trzech dniach z powrotem na brzeg, loco i franco, wzdętego, sinego i nadgniłego, z zimną wodą wyciekającą z nozdrzy.

Namiot Yossariana stał pod wąskim bezbarwnym laskiem oddzielającym jego eskadrę od eskadry Dunbara. Tuż obok przebiegał wykop nieczynnej linii kolejowej, w którym ułożono rurociąg doprowadzający benzynę lotniczą do cystern na lotnisku. Dzięki Orrowi był to najbardziej luksusowy namiot w całej eskadrze. Ilekroć Yossarian wracał z wakacji w szpitalu albo z urlopu w Rzymie, zaskakiwało go jakieś nowe udogodnienie, które Orr wprowadził podczas jego nieobecności. Raz była to woda bieżąca, innym razem kominek lub betonowa podłoga. Yossarian wybrał miejsce i wspólnie z Orrem ustawili namiot. Orr, wiecznie uśmiechnięty pigmej z odznaką pilota i gęstą, falującą kasztanowatą czupryną z przedziałkiem pośrodku, wnosił swoją wiedzę, Yossarian zaś, jako wyższy, silniejszy, szerszy w ramionach i szybszy, wykonywał większość prac. Mieszkali tylko we dwóch, chociaż namiot był sześcioosobowy. Kiedy przyszło lato, Orr podwinął boczne ścianki, żeby wpuścić wiatr, który jednak nie chciał jakoś wiać i odświeżać rozpalonego powietrza.

Najbliższym sąsiadem Yossariana był Havermeyer, który uwielbiał sezamki, mieszkał sam w dwuosobowym namiocie i noc w noc strzelał do malutkich polnych myszek wielkimi kulami z czterdziestkipiątki skradzionej nieboszczykowi z namiotu Yossariana. W następnym namiocie McWatt nie mieszkał już z Clevingerem, który jeszcze nie wrócił, gdy Yossarian wyszedł ze szpitala. McWatt mieszkał teraz z Natelym, który spędzał urlop w Rzymie, gdzie zakochany po uszy zalecał się do pewnej zaspanej dziwki, śmiertelnie znudzonej i swoim procederem, i jego zalotami. McWattowi brakowało piątej klepki. Był pilotem i przy każdej okazji przelatywał najniżej jak tylko mógł nad namiotem Yossariana, żeby go nastraszyć. Lubił również pikować z szaleńczym rykiem motorów na tratwę z desek i pustych beczek, przy której lotnicy kąpali się nago tuż przy piaszczystej, nieskazitelnie białej plaży. Mieszkanie w jednym namiocie z wariatem nie było łatwe, ale Nately nie miał nic przeciwko temu. On też był wariatem i wszystkie wolne chwile spędzał przy budowie klubu oficerskiego, do której Yossarian nawet nie przyłożył ręki.

Prawdę mówiąc, wiele było klubów oficerskich, do których budowy Yossarian nie przyłożył ręki, ale najbardziej szczycił się tym na Pianosie, był to bowiem trwały i okazały pomnik jego silnej woli. Yossarian ani razu nie przyszedł pomóc przy budowie, za to później, gdy klub już ukończono, przychodził bardzo często, urzeczony tym dużym, pięknym, nieregularnym budynkiem krytym gontem. Była to rzeczywiście wspaniała konstrukcja i Yossariana przepełniało uczucie niekłamanej dumy, ilekroć spojrzał na nią i pomyślał, że nawet nie kiwnął palcem przy jej wznoszeniu.

Ostatnim razem, kiedy nawymyślali sobie z Clevingerem od wariatów, siedzieli we czterech w głębi sali, obok stołu do gry w kości, przy którym niezmiennie wygrywał Appleby. Appleby grał w kości równie dobrze jak w ping-ponga, a w ping-pongu był równie dobry jak we wszystkim innym. Wszystko, co robił, robił dobrze. Był jasnowłosym chłopcem z Iowy, wierzył, nigdy się nad tym nie zastanawiając, w Boga, Macierzyństwo i Amerykański Styl Życia i był przez wszystkich lubiany.

– Jak ja nienawidzę tego skurwysyna – warknął Yossarian.

Kłótnia między nim a Clevingerem wybuchła przed kilkoma minutami, kiedy to Yossarian nie mógł znaleźć karabinu maszynowego. Wieczór był pełen ruchu i gwaru. Rojno było przy barze, przy stole do gry w kości i przy stole do ping-ponga. Ludzie, których Yossarian chciał wykosić z karabinu maszynowego, tłoczyli się przy barze śpiewając stare sentymentalne piosenki, które wszystkim oprócz niego się podobały. Nie mając karabinu maszynowego, Yossarian rozgniótł obcasem piłeczkę pingpongową, gdy potoczyła się w jego stronę odbita rakietką jednego z dwóch grających oficerów.

– Ach, ten Yossarian. – Dwaj oficerowie ze śmiechem pokręcili głowami i wzięli nową piłeczkę z pudełka na półce.

– Ach, ten Yossarian – odpowiedział im Yossarian.

– Yossarian – szepnął Nately ostrzegawczo.

– Sami widzicie – powiedział Clevinger.

Oficerowie roześmiali się, że Yossarian ich przedrzeźnia.

– Ach, ten Yossarian – powtórzyli głośniej.

– Ach, ten Yossarian – zawtórował im Yossarian.

– Yossarian, proszę cię – błagał Nately.

– Sami widzicie – powtórzył Clevinger – że on jest nieprzystosowany do życia w społeczeństwie.

– Zamknij się – powiedział Dunbar. Dunbar lubił Clevingera, ponieważ Clevinger go drażnił, zwalniając w ten sposób bieg czasu.

– Appleby’ego wcale tu nie ma – obwieścił triumfalnie Clevinger.

– A kto mówił o Applebym? – spytał Yossarian.

– Pułkownika Cathcarta też nie ma.

– A kto tu mówił coś o pułkowniku Cathcarcie?

– No, to którego skurwysyna tak nienawidzisz?

– A jaki skurwysyn jest na sali?

– Nie będę się z tobą sprzeczał – zdecydował nagle Clevinger. – Sam nie wiesz, kogo nienawidzisz.

– Wszystkich, którzy chcą mnie otruć – powiedział Yossarian.

– Nikt cię nie chce otruć.

– Jak to, przecież już dwa razy zatruli mi jedzenie. Może nie wsypali mi trucizny do jedzenia, raz kiedy bombardowaliśmy Ferrarę, a drugi raz podczas Wielkiego Oblężenia Bolonii?

– Wtedy wszyscy dostali zatrute jedzenie – wyjaśnił Clevinger.

– A co to za różnica?

– A poza tym to wcale nie była trucizna! – krzyknął Clevinger podniecając się coraz bardziej, w miarę jak coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał.

Yossarian wyjaśnił mu z cierpliwym uśmiechem, że jak daleko sięga pamięcią, ktoś zawsze czyha na jego życie. Są ludzie, którzy go lubią, i są inni, którzy go nie lubią i chcą go ukatrupić. Nienawidzą go za to, że jest Asyryjczykiem. Ale nie mogą mu nic zrobić, jak tłumaczył Clevingerowi, ponieważ ma zdrowego ducha w zdrowym ciele i jest silny jak byk. Nie mogą mu nic zrobić, ponieważ jest Tarzanem, Mandrakiem i Flash Gordonem z komiksów w jednej osobie. Jest Billem Szekspirem. Jest Kainem, Ulissesem, Latającym Holendrem; jest Lotem z Sodomy, Deirdre z legendy, Sweeneyem wśród słowików, jest tajemniczym Z-247. Jest…

– Wariat! – zapiał Clevinger. – Wiesz, kto ty jesteś? Jesteś wariat!

– …wspaniały, najprawdziwszy, bombowy, autentyczny cud natury. Jestem bona fide supraman.

– Superman?! – krzyknął Clevinger. – Ty jesteś Supermanem?

– Supraman – poprawił go Yossarian.

– Panowie, dajcie spokój – uciszał ich zawstydzony Nately. – Wszyscy na nas patrzą.

– Jesteś wariat! – krzyczał głośno Clevinger ze łzami w oczach. – Masz kompleks Jehowy!

– Dla mnie wszyscy są Natanielami.

Clevinger przerwał swoją orację, wietrząc jakiś podstęp.

– Kto to jest Nataniel? – spytał.

– Jaki Nataniel? – rzucił niewinnie Yossarian.

Clevinger zręcznie ominął pułapkę.

– Według ciebie każdy jest Jehową. Jesteś nie lepszy niż Raskolnikow…

– Niż kto?

– …tak, Raskolnikow, który…

– Raskolnikow!

– …który sądził, że można usprawiedliwić morderstwo staruszki…

– Nie lepszy?

– …tak, usprawiedliwić… siekierą! Mogę ci to udowodnić!

Sapiąc nerwowo, Clevinger wyliczał symptomy choroby Yossariana: nieuzasadnione przekonanie, że otaczają go sami wariaci, morderczy popęd do koszenia obcych ludzi z karabinu maszynowego, przekręcanie faktów, wyssane z palca podejrzenia, że ludzie go nienawidzą i spiskują, aby go zgładzić.

Yossarian był jednak pewien swojej racji, gdyż jak wyjaśnił Clevingerowi, o ile wie, nigdy się nie myli. Wszędzie widzi wokół siebie tylko szaleńców i jedyną rzeczą, jaką wśród tego szaleństwa może zrobić rozsądny młody dżentelmen taki jak on, to zachować rozsądek. Jest to tym ważniejsze, że wie, iż jego życie znajduje się w niebezpieczeństwie.

Yossarian po powrocie ze szpitala przyglądał się wszystkim spod oka. Milo wyjechał do Smyrny na zbiór fig, lecz mimo jego nieobecności kuchnia działała sprawnie. Yossarian poczuł przenikliwy zapach ostro przyprawionej baraniny już w karetce, która podskakiwała po wyboistej drodze ciągnącej się jak stare szelki pomiędzy szpitalem a eskadrą. Na obiad były kebabcze, duże smakowite porcje przyprawionego mięsa, marynowanego przez siedemdziesiąt dwie godziny w miksturze, której tajemnicę Milo wykradł jakiemuś chytremu lewantyńskiemu handlarzowi; skwierczały teraz na ruszcie jak diabli. Do tego podano perski ryż i szparagi z parmezanem, a na deser był krem z wiśniami i świeżo parzona kawa z koniakiem lub likierem benedyktyńskim. Posiłek serwowali w ogromnych porcjach na adamaszkowych obrusach zręczni włoscy kelnerzy, których major… de Coverley porwał i przywiózł na wyspę w darze Milowi.

Yossarian opychał się, dopóki nie poczuł, że zaraz pęknie, i w błogiej ociężałości osunął się na oparcie krzesła, mając usta wypełnione soczystym wspomnieniem uczty. Nikt z oficerów eskadry nie jadał nigdy w życiu tak dobrze jak teraz w stołówce Mila i Yossarian zastanawiał się przez chwilę, czy nie jest to wystarczającą rekompensatą za wszystko inne. Zaraz jednak odbiło mu się i natychmiast przypomniał sobie, że jego życie jest w niebezpieczeństwie, wyskoczył więc jak oparzony ze stołówki, żeby poszukać doktora Daneeki i zażądać zwolnienia ze służby liniowej i odesłania do kraju. Doktor Daneeka siedział na wysokim stołku, wygrzewając się w słońcu przed swoim namiotem.

– Pięćdziesiąt akcji – powiedział, kręcąc głową. – Pułkownik żąda pięćdziesięciu lotów bojowych.

– Ale ja mam tylko czterdzieści cztery!

Doktor Daneeka pozostał niewzruszony. Był to smutny, podobny do ptaka człowiek, ze szpatułkowatą twarzą o ostrych rysach przywodzących na myśl dobrze utrzymanego szczura.

– Pięćdziesiąt lotów bojowych – powtórzył, kręcąc głową. – Pułkownik żąda pięćdziesięciu lotów.

3HAVERMEYER

Kiedy Yossarian wrócił ze szpitala, zastał jedynie Orra i nieboszczyka. Ten nieboszczyk z namiotu Yossariana był niezwykle uciążliwy i Yossarian go nie lubił, mimo że nigdy go nie widział. Fakt, że on tak leży pod bokiem przez cały dzień, drażnił Yossariana do tego stopnia, że kilkakrotnie już chodził na skargę do sierżanta Towsera, który twierdził, że nieboszczyk w ogóle nie istnieje, co zresztą teraz było już prawdą. Jeszcze bardziej beznadziejnie kończyły się próby zwracania się bezpośrednio do majora Majora, wysokiego, kościstego dowódcy eskadry, który wyglądał trochę jak udręczony Henry Fonda i uciekał ze swego pokoju przez okno, ilekroć Yossarianowi udało się sforsować sierżanta Towsera. Nieboszczyk z namiotu Yossariana nie był zbyt przyjemnym współlokatorem. Wyprowadzał z równowagi nawet Orra, też niezbyt przyjemnego współlokatora, majstrującego w dniu powrotu Yossariana przy kraniku do piecyka na ropę, który zaczął budować, kiedy Yossarian leżał w szpitalu.

– Co robisz? – spytał na wszelki wypadek Yossarian, wchodząc do namiotu, chociaż od razu zobaczył, o co chodzi.

– Chcę naprawić kranik – odpowiedział Orr. – Trochę przecieka.

– Proszę cię, przestań – powiedział Yossarian. – Denerwujesz mnie.

– Kiedy byłem małym chłopcem – odpowiedział Orr – całymi dniami chodziłem z dzikimi jabłkami w ustach, po jednym z każdej strony.

Yossarian położył worek, z którego zaczął wykładać przybory toaletowe, i zastygł podejrzliwie w pozie pełnej napięcia. Po minucie nie wytrzymał i spytał:

– Dlaczego?

Orr zachichotał zwycięsko.

– Bo są lepsze niż kasztany – odpowiedział.

Orr klęczał w namiocie na ziemi. Pracując bez wytchnienia, rozbierał kranik, układał starannie wszystkie drobniutkie części, liczył je i bez końca badał każdą z osobna, jakby nigdy w życiu nie widział czegoś podobnego, a potem składał malutkie urządzenie z powrotem i znowu zaczynał od początku, nie tracąc cierpliwości ani zainteresowania, nie wykazując najmniejszych oznak zmęczenia, nie zdradzając niczym, że kiedykolwiek skończy. Yossarian patrzył na to jego majsterkowanie i czuł rosnącą pewność, że jeżeli Orr natychmiast nie przestanie, będzie musiał go z zimną krwią zamordować. Jego spojrzenie powędrowało w stronę kordelasa, który nieboszczyk w dniu swego przybycia zawiesił na ramie moskitiery. Nóż wisiał obok pustej kabury nieboszczyka, z której Havermeyer ukradł rewolwer.

– Jak nie było dzikich jabłek – mówił dalej Orr – używałem kasztanów. Kasztany są prawie tej samej wielkości co dzikie jabłka, a kształt mają nawet lepszy, chociaż kształt nie gra tu żadnej roli.

– Pytałem cię, dlaczego chodziłeś z dzikimi jabłkami w ustach – powtórzył Yossarian. – O to pytałem.

– Bo mają lepszy kształt niż kasztany – odpowiedział Orr. – Już ci to mówiłem.

– Dlaczego w ogóle wypychałeś sobie czymkolwiek policzki, ty diabelski, technicznie uzdolniony, wydziedziczony skurwysynu? – zaklął Yossarian z podziwem.

– Wcale nie wypychałem sobie policzków czymkolwiek – odpowiedział Orr – tylko dzikimi jabłkami. A kiedy nie było dzikich jabłek, używałem kasztanów. Do wypychania policzków oczywiście.

Zachichotał. Yossarian postanowił nie odzywać się więcej. Orr czekał, ale Yossarian go przetrzymał.

– Po jednym z każdej strony – powiedział Orr.

– Po co?

Orr natychmiast chwycił go w swoje szpony.

– Co po co? – spytał.

Yossarian roześmiał się i kręcąc głową, odmawiał odpowiedzi.

– Ciekawa historia z tym zaworem – zastanawiał się na głos Orr.

– Dlaczego? – spytał Yossarian.

– Bo chciałem mieć…

Yossarian już się domyślał.

– Jezu Chryste! Ale dlaczego chciałeś mieć…

– …policzki jak jabłuszka.

– …policzki jak jabłuszka? – spytał Yossarian.

– Chciałem mieć policzki jak jabłuszka – powtórzył Orr. – Od dziecka marzyłem o tym, żeby mieć kiedyś policzki jak jabłuszka, i postanowiłem pracować, dopóki nie osiągnę swojego celu, i Bóg mi świadkiem, że nie spocząłem, dopóki nie osiągnąłem swojego celu, chodząc po całych dniach z dzikimi jabłkami w ustach. Po jednym z każdej strony – dodał, chichocząc.

– Ale dlaczego chciałeś mieć policzki jak jabłuszka?

– Wcale nie chciałem mieć policzków jak jabłuszka – powiedział Orr. – Chciałem mieć pucołowate policzki. Nie zależało mi specjalnie na kolorze, chciałem tylko, żeby były pucołowate. Pracowałem nad tym jak ci zwariowani faceci, o których się czasem czyta, że po całych dniach ściskają w dłoni gumową piłeczkę, żeby sobie wzmocnić rękę. Prawdę mówiąc, ja też należałem do tych zwariowanych facetów. Też po całych dniach ściskałem gumową piłeczkę w dłoni.

– Po co?

– Co po co?

– Po co ściskałeś po całych dniach gumową piłeczkę?

– Bo gumowe piłeczki… – zaczął Orr.

– …są lepsze niż dzikie jabłka?

Orr parsknął śmiechem i pokręcił głową.

– Robiłem to, żeby zachować twarz, w razie gdyby ktoś mnie przyłapał na tym, że noszę dzikie jabłka w ustach. Mając gumową piłeczkę w dłoni mógłbym wyprzeć się dzikich jabłek w ustach. Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego trzymam dzikie jabłka w ustach, mogłem po prostu otworzyć dłoń i pokazać, że trzymam gumową piłeczkę, a nie dzikie jabłka, i nie w ustach, tylko w dłoni. Pomysł był dobry, ale nie wiedziałem, czy ludzie coś z tego rozumieją, bo niełatwo jest coś wytłumaczyć, kiedy się mówi z dzikimi jabłkami w ustach.

Yossarian stwierdził, że on też nie bardzo rozumie, i zastanawiał się, czy Orr, nadymając te swoje policzki jak jabłuszka, nie robi z niego balona.

W tej sytuacji Yossarian postanowił nie odzywać się już ani słowem. Byłby to daremny trud. Znał Orra i wiedział, że za nic w świecie nie wydobędzie teraz z niego, po co chciał mieć policzki jak jabłuszka. Nie warto było go o to pytać, podobnie jak nie warto było go pytać, dlaczego pewnego ranka w Rzymie pewna dziwka waliła go pantoflem po głowie w zatłoczonym korytarzu przed otwartymi drzwiami pokoju młodszej siostry dziwki Nately’ego. Była to dorodna dziewucha z długimi włosami i z wyraźnie zaznaczającą się siecią błękitnych żyłek, zwłaszcza w miejscach, gdzie ciało jest najdelikatniejsze. Miotała wyzwiska, wrzeszczała i podskakiwała wysoko w górę na swoich bosych stopach, aby móc walić Orra ostrym obcasem pantofla w sam czubek głowy. Byli oboje nadzy i narobili takiego szumu, że wszyscy wyjrzeli na korytarz zobaczyć, co się dzieje, i stali parami w drzwiach swoich pokojów – wszyscy nago, z wyjątkiem starej baby w swetrze i fartuchu, która coś tam gdakała niezadowolona, oraz sprośnego, rozpustnego starucha, który podczas całej sceny zanosił się radosnym chichotem z jakąś chciwą i pełną satysfakcji uciechą. Dziewczyna wrzeszczała, a Orr się zaśmiewał. Na każde uderzenie obcasem w głowę odpowiadał głośniejszym wybuchem śmiechu, czym doprowadzał ją do jeszcze większego szału, więc podskakiwała jeszcze wyżej, żeby walić go po tym łbie, a jej niewiarygodnie pełne piersi fruwały po całym korytarzu jak chorągwie łopoczące na wietrze, zaś potężne pośladki i uda podrygiwały niczym jakieś przerażające Eldorado. Ona wrzeszczała, a Orr zaśmiewał się tak długo, aż po kolejnej porcji wrzasków zwaliła go celnym, tęgim ciosem w skroń, po którym Orr przestał się śmiać i został zabrany na noszach do szpitala z niezbyt głęboką dziurą w głowie i z bardzo łagodnym wstrząsem mózgu, w sumie zaledwie na dwanaście dni zwolnienia lekarskiego.

Nikt nie zdołał ustalić, co się wtedy zdarzyło, nawet chichoczący staruch i gdacząca starucha, którzy wiedzieli o wszystkim, co się działo w tym rozległym, nieogarnionym burdelu, z jego niezliczonymi pokojami po obu stronach wąskich korytarzy, rozchodzących się z przestronnego salonu z zasłoniętymi oknami i jedyną lampą. Zawsze potem na widok Orra dziewczyna zadzierała sukienkę powyżej obcisłych, białych elastycznych majtek i drwiącym, ordynarnym ruchem wypinała na niego swój mocny, krągły brzuch, obrzucając go przy tym wyzwiskami i śmiejąc się ochryple, on zaś chichotał lękliwie i chował się za Yossariana. Cokolwiek zrobił, usiłował zrobić albo nie zdołał zrobić za zamkniętymi drzwiami pokoju młodszej siostry dziwki Nately’ego, pozostawało tajemnicą. Dziewczyna nie chciała nic powiedzieć ani dziwce Nately’ego, ani żadnej innej dziwce, ani Nately’emu, ani Yossarianowi. Orr może by i powiedział, ale Yossarian postanowił nie odzywać się więcej do niego ani słowem.

– Powiedzieć ci, dlaczego chciałem mieć pucołowate policzki? – spytał Orr.

Yossarian jakby nabrał wody w usta.

– Pamiętasz – mówił Orr – jak wtedy w Rzymie ta dziewczyna, co cię nie znosi, waliła mnie po głowie obcasem? Czy chcesz wiedzieć dlaczego?

Nadal nie sposób było wyobrazić sobie, czym mógł ją rozzłościć do tego stopnia, że przez piętnaście czy dwadzieścia minut tłukła go po głowie, nie do tego jednak, żeby chwycić go za nogi i roztrzaskać mu czaszkę. Niewątpliwie miała taką przewagę wzrostu, że mogła to zrobić. Orr oprócz pucołowatych policzków miał wystające zęby, wyłupiaste oczy i był niższy nawet od młodego Huple’a, który mieszkał po gorszej stronie torów kolejowych, czyli tam, gdzie mieściła się administracja i gdzie Joe Głodomór noc w noc krzyczał przez sen.

Strefa administracji, w której Joe Głodomór przez pomyłkę rozbił swój namiot, znajdowała się pośrodku obozu eskadry, między wykopem z zardzewiałymi torami a wyboistą szosą. Na tej szosie żołnierze mogli podrywać dziewczęta, jeżeli tylko obiecali podwieźć je tam, gdzie chciały – piersiaste, młode, proste, roześmiane, szczerbate dziewuchy, z którymi można było zjechać z szosy i rozłożyć je na łące, z czego Yossarian korzystał, kiedy tylko mógł, nie tak często jednak, jak go do tego namawiał Joe Głodomór, który miał dostęp do jeepa, ale nie umiał prowadzić. Namioty szeregowych stały po drugiej stronie drogi tuż obok kina pod gołym niebem, gdzie ku codziennej uciesze umierających ścierały się co wieczór na składanym ekranie armie ciemniaków i gdzie tego właśnie popołudnia zjechała kolejna grupa objazdowego zespołu estradowego.

Zespoły te nasyłał generał P.P. Peckem, który przeniósł swoją kwaterę do Rzymu i nie miał nic lepszego do roboty, gdy nie był zajęty kopaniem dołków pod generałem Dreedle’em. Generał Peckem nade wszystko cenił sobie porządek. Był to energiczny, gładki w obejściu, pedantyczny generał, który znał obwód równika i zawsze pisał „prolongata”, kiedy chodziło o „przedłużenie”. Był to kawał kutasa, o czym najlepiej wiedział generał Dreedle, rozwścieczony najnowszym poleceniem generała Peckema, aby wszystkie namioty w rejonie Morza Śródziemnego stały wzdłuż równoległych linii, z wejściami zwróconymi dumnie w stronę pomnika Waszyngtona. Generał Dreedle, który dowodził jednostką liniową, uważał, że jest to wielka bzdura. Co więcej, generał Peckem nie miał nic do tego, jak są ustawione namioty w oddziale generała Dreedle’a. Wynikł z tego zażarty spór kompetencyjny pomiędzy oboma książętami udzielnymi, który rozstrzygnął na korzyść generała Dreedle’a były starszy szeregowy Wintergreen, sortujący pocztę w dowództwie Dwudziestej Siódmej Armii Lotniczej. Wintergreen przesądził o wyniku sporu, wrzucając do kosza wszystkie pisma od generała Peckema. Uważał, że są zbyt rozwlekłe. Poglądy generała Dreedle’a, wyrażane mniej pretensjonalnym stylem, znajdowały uznanie w oczach byłego starszego szeregowego Wintergreena, który bezzwłocznie przekazywał je dalej, z niezwykłą gorliwością trzymając się wszelkich przepisów. Generał Dreedle zwyciężył walkowerem.

Aby odbudować swój nadszarpnięty autorytet, generał Peckem zaczął wysyłać więcej zespołów estradowych niż kiedykolwiek przedtem i obciążył samego pułkownika Cargilla odpowiedzialnością za to, aby przyjmowano je z należytym entuzjazmem.

Tymczasem w grupie Yossariana nie było żadnego entuzjazmu. Było za to coraz więcej szeregowych i oficerów, którzy po kilka razy dziennie zjawiali się uroczyście w kancelarii sierżanta Towsera, żeby spytać, czy przyszedł już rozkaz przeniesienia ich do kraju. Wszyscy mieli zaliczone po pięćdziesiąt lotów bojowych. Było ich teraz więcej niż wówczas, kiedy Yossarian poszedł do szpitala, i nadal czekali. Denerwowali się i ogryzali paznokcie. Byli groteskowym obrazem młodych bezrobotnych z lat kryzysu. Poruszali się bokiem, jak kraby. Czekali na rozkaz, który odeśle ich bezpiecznie do kraju, a czekając, nie mieli nic lepszego do roboty, jak tylko się denerwować, ogryzać paznokcie i zjawiać się uroczyście po kilka razy dziennie w kancelarii sierżanta Towsera z pytaniem, czy przyszły już rozkazy o wysłaniu ich do kraju.

Zdawali sobie sprawę z tego, że walczą z czasem, gdyż wiedzieli z gorzkiego doświadczenia, że pułkownik Cathcart może w każdej chwili podnieść wymaganą liczbę lotów bojowych. Nie mieli nic innego do roboty, jak tylko czekać. Jedynie Joe Głodomór miał co robić po powrocie z każdego kolejnego lotu. W nocy dręczyły go zmory i odnosił zwycięstwa w walkach na pięści z kotem Huple’a. Siadał z aparatem fotograficznym w pierwszym rzędzie na wszystkich występach artystycznych i usiłował robić zdjęcia, zaglądając pod spódnicę jasnowłosej śpiewaczce z wielkim biustem rozpierającym bluzkę naszytą cekinami. Ani jedno zdjęcie się nie udało.

Pułkownik Cargill, prawa ręka generała Peckema, potężny, rumiany mężczyzna, przed wojną był czujnym, bezwzględnym i energicznym dyrektorem handlowym. Pułkownik Cargill był złym handlowcem. Był tak okropnym handlowcem, że wyrywały go sobie firmy zmuszone ze względów podatkowych wykazać straty. W całym cywilizowanym świecie, od Battery Park do Fulton Street, znano go jako człowieka, na którym można polegać, kiedy chodzi o szybkie obniżenie stopy podatkowej. Jego usługi były drogie, gdyż niepowodzenia są często trudne do osiągnięcia. Musiał zaczynać od szczytu i torować sobie drogę w dół, a kiedy się ma przyjaciół w rządzie, niełatwo jest robić złe interesy. Wymagało to nieraz miesięcy ciężkiej pracy i nieomylnie błędnego planowania. Człowiek dezorganizował, podejmował błędne decyzje, nie doglądał, wszystkie drzwi zostawiał otworem, a kiedy się zdawało, że już zrobił swoje, rząd dawał mu jezioro albo las, albo pole naftowe i psuł całą robotę. Jednak na pułkowniku Cargillu można było polegać. Nawet w tak niesprzyjających okolicznościach potrafił zrujnować najlepiej prosperujące przedsiębiorstwo. Doszedł do tego własną pracą i swoje niepowodzenia zawdzięczał wyłącznie sobie.

– Panowie – zaczął pułkownik Cargill przemówienie w eskadrze Yossariana, starannie odmierzając pauzy. – Jesteście oficerami Armii Stanów Zjednoczonych. Oficerowie żadnej innej armii na świecie nie mogą tego o sobie powiedzieć. Zastanówcie się nad tym.

Sierżant Knight zastanowił się nad tym i poinformował uprzejmie pułkownika, że zwraca się do podoficerów i szeregowych, oficerowie zaś czekają na niego po drugiej stronie placu. Pułkownik Cargill podziękował mu energicznie i odszedł wielce z siebie zadowolony. Dumą napawał go fakt, że dwadzieścia dziewięć miesięcy służby w wojsku nie przytępiło jego niezwykłego talentu do popełniania błędów.

– Panowie – zaczął przemówienie do oficerów, starannie odmierzając pauzy. – Jesteście oficerami Armii Stanów Zjednoczonych. Oficerowie żadnej armii na świecie nie mogą tego o sobie powiedzieć. Zastanówcie się nad tym.

Odczekał chwilę, aby dać im czas na zastanowienie.

– Ci ludzie są waszymi gośćmi! – krzyknął nagle. – Przebyli prawie pięć tysięcy kilometrów, aby dostarczyć wam rozrywki. Jak się będą czuli, jeżeli nikt nie przyjdzie ich oglądać? Jak to wpłynie na ich morale? Słuchajcie, panowie, ja nie mam w tym żadnego interesu, ale ta dziewczyna, która chce dziś dla was zagrać na akordeonie, jest w tym wieku, że mogłaby być matką. Jak byście się czuli, gdyby tak wasza matka przebyła prawie pięć tysięcy kilometrów, żeby zagrać na akordeonie żołnierzom, a oni nie chcieliby jej słuchać? Co będzie czuło to dziecko, którego matką mogłaby już być ta akordeonistka, kiedy dorośnie i dowie się o tym? Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna. Panowie, nie chciałbym zostać źle zrozumiany. Wszystko to jest oczywiście dobrowolne. Jestem ostatnim pułkownikiem na świecie, który by kazał wam iść i bawić się pod przymusem, ale życzę sobie, aby każdy, kto nie jest taki chory, że musi leżeć w szpitalu, poszedł natychmiast na ten występ i bawił się. Proszę to uważać za rozkaz!

Yossarian natychmiast poczuł się tak źle, że mógłby wrócić do szpitala, a jeszcze gorzej poczuł się po trzech następnych lotach, kiedy doktor Daneeka, kręcąc melancholijnie głową, nadal odmawiał zwolnienia go z lotów.

– Tobie się zdaje, że masz kłopoty? – zganił go ze smutkiem. – To co ja mam powiedzieć? Przez osiem lat żywiłem się fistaszkami, żeby ukończyć studia medyczne. Potem, już w swoim gabinecie, odżywiałem się karmą dla drobiu, dopóki nie rozwinąłem praktyki na tyle, że zacząłem wychodzić na swoje. Wreszcie, kiedy interes zaczął dawać dochód, zgarnęli mnie do wojska. Nie rozumiem, na co ty narzekasz.

Doktor Daneeka był przyjacielem Yossariana, więc nie chciał nawet kiwnąć palcem, żeby mu pomóc. Yossarian słuchał z uwagą opowieści doktora Daneeki o pułkowniku Cathcarcie ze sztabu grupy, który chciał zostać generałem, o generale Dreedle’u ze sztabu skrzydła i jego pielęgniarce oraz o wszystkich innych generałach Dwudziestej Siódmej Armii Lotniczej, którzy żądali tylko czterdziestu lotów bojowych do zaliczenia służby.

– Uśmiechnij się i ciesz się z tego, co masz – radził ponuro Yossarianowi. – Bierz przykład z Havermeyera.

Yossarian zadrżał na samą myśl o czymś takim. Havermeyer był bombardierem prowadzącego bombowca i nigdy nie usiłował robić uników, kiedy nalatywał na cel, narażając w ten sposób wszystkie załogi lecące za nim.

– Havermeyer, dlaczego, do cholery, nigdy nie robisz uników? – z wściekłością rzucali się na niego po wylądowaniu.

– Zostawcie kapitana Havermeyera w spokoju – rozkazywał pułkownik Cathcart. – To jest najlepszy bombardier w całej cholernej jednostce.