Parabellum 1. Prędkość ucieczki - Remigiusz Mróz - ebook + audiobook

23 osoby właśnie czytają

Opis

Pierwszy tom kultowej sagi historycznej Remigiusza Mroza!
Misternie skonstruowana fabuła, której wątki łączą się ze sobą w najmniej oczekiwanych momentach.

Jest sierpień 1939 roku, nad Polskę nieuchronnie zbliża się widmo wojny. Życie dwóch braci zmienia się z dnia na dzień, kiedy staje się jasne, że świat, jaki dotychczas znali, chyli się ku upadkowi.
Starszy sierżant Bronek Zaniewski będzie musiał zmierzyć się z wrogiem na linii frontu, podczas gdy Staszek, młodszy z braci, zrobi wszystko, by zapewnić bezpieczeństwo Żydówce, której oświadczył się tuż przed niemiecką inwazją…
Seria Parabellum to nie tylko pełna napięcia opowieść o polskiej historii, ale także okazja do spojrzenia na konflikt oczami oficera Wehrmachtu, Christiana Leitnera – jednej z ciekawszych postaci na firmamencie współczesnej polskiej literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 18 min

Lektor: Łukasz Garlicki

Popularność


Copyright © Remigiusz Mróz, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Karolina Borowiec

Redakcja pierwszego wydania: Artur Szrejter

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Karolina Borowiec

Projekt okładki i stron tytułowych: Anita Modry

Zdjęcia na okładce: Natasa Kukic / Stocksy, Grisha Bruev / Shutterstock

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Wydanie II poprawione

eISBN 978-83-66381-17-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

Pamięci mojej Cioci,

Walentyny Szczombrowskiej

(1927–2015).

Swoimi opowieściami nieraz przenosiła mnie

w przeszłość, do czasów wojny

STOPNIE W WEHRMACHCIE I SS W LATACH1934-1940

Wehrmacht

SS

Polski odpowiednik

Szeregowi

Schütze

SS-Anwärter, SS-Mann

szeregowy, strzelec

Gefreiter

SS-Sturmmann

starszy szeregowy

Obergefreiter

SS-Rottenführer

kapral

Podoficerowie

Unteroffizier

SS-Unterscharführer

plutonowy

Unterfeldwebel

SS-Scharführer

sierżant

Feldwebel

SS-Oberscharführer

starszy sierżant

Oberfeldwebel

SS-Hauptscharführer

(SS-Stabsscharführer)

sierżant sztabowy

Oficerowie młodsi

Leutnant

SS-Untersturmführer

podporucznik

Oberleutnant

SS-Obersturmführer

porucznik

Hauptmann

SS-Hauptsturmführer

kapitan

Oficerowie starsi

Major

SS-Sturmbannführer

major

Oberstleutnant

SS-Obersturmbannführer

podpułkownik

Oberst

SS-Standartenführer

pułkownik

(brak odpowiednika)

SS-Oberführer

pułkownik liniowy/brygadier

Generałowie

Generalmajor

SS-Brigadeführer

generał brygady

Generalleutnant

SS-Gruppenführer

generał dywizji

General

SS-Obergruppenführer

generał broni

Generalfeldmarschall

SS-Reichsführer

(Heinrich Himmler)

marszałek

PRZEDMOWA DO WYDANIA DRUGIEGO

Od tej książki wszystko się zaczęło. Pracę nad Parabellumzacząłem w 2011 roku i była to pierwsza powieść, którą napisałem – i ta, przy której uświadomiłem sobie, że nie chcę w życiu zajmować się niczym innym niż pisaniem.

Przepadłem w tej historii tak bardzo, że na dobre zapomniałem o realnym świecie i przez długie miesiące żyłem z bohaterami, których za chwilę poznasz. Staszek i Maria, Christian Leitner, Bronek i reszta niemal od razu stali się dla mnie tak rzeczywiści, że do dziś wspominam ich nie jako postacie z powieści, ale jako starych, dobrych znajomych, za którymi skoczyłbym w ogień.

Wracałem do ich przygód z przyjemnością, kiedy zabierałem się do redakcji tego wydania. Spodziewałem się, że czeka mnie typowo mechaniczna praca, sprowadzająca się do wygładzania języka, poprawiania scen i szlifowania tych elementów, które powodowały literacką szorstkość. W efekcie jednak powrót do Parabellumokazał się dla mnie fascynującym przeżyciem, a śledzenie losów bohaterów po raz kolejny przyniosło mi tyle samo radości, ile tworzenie ich lata temu.

Mam nadzieję, że bracia Zaniewscy, Leitner i pozostali dostarczą Ci tyle samo wrażeń, ile mnie – i że zostaną z Tobą tak długo, jak postanowili zostać ze mną.

Przed nami wyjątkowa przygoda, która prędko się nie skończy. Będziemy przyglądać się wybuchowi wojny we wrześniu 1939 roku, trafimy w miejsca, które stały się prawdziwym piekłem na ziemi, a oprócz tego zwiedzimy najdalsze krańce świata, podróżując ramię w ramię z naszymi wiernymi towarzyszami.

Ludzie, których będziemy spotykać na swojej drodze, częstokroć okażą się wcieleniem zła. Trafimy jednak też na takich, którzy gotowi będą poświęcić się dla dobra innych. Nieraz zabraknie nam pewności co do tego, kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem. Kto w istocie spieszy nam z ratunkiem, a kto niesie za sobą zagrożenie.

Będzie niebezpiecznie, bo nasi bohaterowie walczyć będą nie tylko o własne życie i zdrowie, ale także o miłość i namiastkę poczucia bezpieczeństwa w świecie ogarniętym pożogą. Wszystkie najważniejsze elementy świata przedstawionego z kart tej trylogii powstały nie tylko za sprawą mojej wyobraźni, ale także dzięki wspomnieniom ludzi, którzy przetrwali wojenną zawieruchę. I być może właśnie to sprawia, że postacie z Parabellumtak naprawdę nigdy mnie nie opuściły.

Przygotowując to wydanie, zastanawiałem się, czy nie skrócić przydługiego wstępu, w którym poznajemy braci Zaniewskich i Marię. Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, że upływ lat i rozwój warsztatu to sprawy drugorzędne – najważniejsze jest dla mnie to, by udało Ci się poznać tych bohaterów w taki sam sposób, w jaki ja się z nimi zaprzyjaźniałem. I w takich samych okolicznościach, kiedy żyli swoim życiem, nie do końca świadomi tego, że za moment świat, który znali, bezpowrotnie przeminie.

Usiądź wygodnie, zapnij pasy. Przed nami długa i ekscytująca podróż, prosto do otchłani…

Prędkość ucieczki – niezbędna minimalna prędkość, jaką musi mieć obiekt, by opuścić pole grawitacyjne ciała niebieskiego. W przypadku czarnej dziury nawet prędkość światła jest niewystarczająca.

I

Ego mitto vos sicut oves in medio luporum.

– Ja was posyłam jak owce między wilki.

EWANGELIA ŚW. MATEUSZA

OKOLICE BURKUTU, POŁUDNIOWA POLSKA, NIEDALEKO GRANICY Z RUMUNIĄ, 1939 ROK

Kanonada przekleństw odbijała się echem w głowie młodego sierżanta. Słowa reprymendy z ust dowódcy huczały obezwładniająco, ale jeszcze nieprzyjemniejszy był deszcz kropelek śliny tryskającej z ust wściekłego kapitana.

Podoficer z trudem uniósł wzrok. Starał się przeczekać nawałnicę i liczył na to, że w końcu uda mu się dojść do słowa. Wiedział, że dowódca ma rację, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że nawet gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby tak samo.

– Sierżancie Zaniewski, jesteście nie tylko kompletnym idiotą, ale także pierdolonym psychopatą!

– Panie kapitanie, melduję, że wszelkie uszkodzenia ciała chorążego Chwieduszki są wynikiem…

– W dupie mam usprawiedliwienia. Staniesz przed sądem polowym szybciej, niż zdążysz pierdnąć po następnej grochówce.

Cała ta parszywa sytuacja związana z pobiciem przełożonego nie była pierwszym problemem, jaki kapitan Obelt, dowódca Piątej Kompanii Batalionu „Delatyn”, miał z Bronisławem Zaniewskim. Owszem, chłopak był materiałem na porządnego żołnierza, ale ujarzmienie jego wybuchowego temperamentu okazało się ponad siły przeciętnego człowieka. Zaniewski z pewnością mógł uchodzić za najlepszego strzelca w całym batalionie, jednak zupełny brak oleju w głowie skutecznie przekreślał jego szanse na dochrapanie się choćby stopnia chorążego.

Dowódca wiedział, że Zaniewski musiał zostać sprowokowany, zresztą od pewnego czasu miał na pieńku z Chwieduszką. W normalnych okolicznościach kapitan wezwałby obu i rozwiązał sytuację w ten sposób, że kazałby im ramię w ramię szalować okopy przez dwie noce z rzędu. Brak snu i ciężka wspólna praca zrobiłyby swoje. Poza tym nic nie cementowało żołnierskich relacji bardziej niż solidarne utyskiwanie na przełożonego, a oni mieliby ku temu całkiem niezły powód.

Bójka miała jednak miejsce na oczach całej kompanii, a banda debili kibicowała walczącym z nieskrywanym entuzjazmem. Obelt musiał w duchu przyznać, że w tym amatorskim starciu bokserskim było na co popatrzeć, ale przez to sprawa stała się zbyt głośna, by zamieść ją pod dywan.

Nie miał wątpliwości, że jeśli pominąć Zaniewskiego i kilkunastu innych, dostał dowództwo nad wyjątkowo nieudolnymi żołnierzami. Formalnie ich zadaniem było pilnowanie granicy z Rumunią i sprawianie wrażenia, że także tu obecne są polskie siły zbrojne. Prawda była jednak taka, że przejęli obowiązki Straży Granicznej. Jeśli doszłoby do prawdziwej walki, połowa miałaby pod siedzeniem pokaźne kałuże.

Mimo to Obelt starał się zrobić ze swoich żołnierzy ludzi. Był dla nich twardy, ale potrafił wyciągnąć pomocną dłoń, czasem może aż za daleko. Jego polityka otwartych drzwi była krytykowana przez przełożonego, dowódcę pułku, a zbyt łagodne podejście zaowocowało tym, że banda żółtodziobów za jego plecami tytułowała go „kapitanem Bełtem”.

W wyniku bójki Zaniewski miał złamany nos i podbite prawe oko, a Chwieduszko, oprócz licznych zauważalnych uszkodzeń ciała, także wstrząśnienie mózgu. Tak przynajmniej zawyrokował jeden z kompanijnych sanitariuszy. Cała masa kłopotów przez cholernego młodziaka, któremu nie wystarczyło sprawienie łomotu chorążemu – musiał mu jeszcze zasadzić kolanem w głowę, kiedy ten już słaniał się na nogach.

Teraz Bronek tkwił przed Obeltem w postawie zasadniczej, starając się wyjaśnić, co sprowokowało całe zajście.

– Panie kapitanie, chciałem tylko powiedzieć, że…

Urwał, kiedy Obelt uniósł rękę.

– Nie interesuje mnie to.

– Ale…

– Wypierdalać mi sprzed oczu, sierżancie! – rzucił. – Ale już.

Zaniewski znał dowódcę na tyle, by wiedzieć, że choćby stanął w poprzek, nic nie wskóra.

– Tak jest – odparł.

Obelt wezwał dwóch żołnierzy stojących przed jego kwaterą, którzy w blokach startowych oczekiwali decyzji dowódcy.

– Zaprowadzić do namiotu i pilnować, żeby nigdzie nie wychodził, dopóki nie wydam nowych rozkazów.

Dwóch szeregowych bez ceregieli złapało młodego sierżanta i spełniło polecenie. Bronek zaś, nie chcąc pogarszać swojej sytuacji, po chwili przestał formułować wobec nich obraźliwe uwagi i poddał się.

Kapitan usiadł na tyle wygodnie, na ile pozwalało wojskowe siedzisko, i skonstatował, że ten cholerny chłopak z pewnością zna wagę takich wartości jak honor i odwaga, ale rodzice powinni byli dać mu na pierwsze imię „bezmyślność”, a na drugie „wybuchowość”. Osobliwy człowiek.

W podoficerskim namiocie na Zaniewskiego niecierpliwie czekał inny sierżant, z którym Bronek utrzymywał właściwie braterskie stosunki. Wacław Maniura był nierozgarniętym, średnio kompetentnym, acz zawsze wesołym żołnierzem – choćby musiał robić pompki w błocie, z Obeltem na plecach.

– I co? Już mu rzeczy spakowałem – powiedział Maniura w charakterystyczny dla siebie sposób, który z początku wszystkich drażnił, ale po pewnym czasie stał się niemal folklorystycznym akcentem w kompanii.

– W łóżku też taki szybki jesteś?

– Nie wylatuje? – spytał z niedowierzaniem Maniura.

– Może nie. Bełt był wściekły, ale chyba odpuści. Wszystko zależy od tego, czy sukinsyn Chwieduszko wniesie oskarżenie… a zresztą nie wiem, psiajucha, nie znam się na tych procedurach.

– No tak, jest jak prawdziwy, wzorowy polski żołnierz. Od obijania mordy, a nie od myślenia – rzucił Maniura i zerwał się, by sparodiować salut. – Ale było nie traktować chorążego z kolana w czerep na dobranoc.

– Gdyby nie kazał jakiemuś idiocie szeregowemu naszczać mi w nocy do butów, toby nie oberwał.

– A tam, mnie też nieraz ktoś naszczał. Takie życie, czasem buty suche, czasem nie. Nigdy nie zarobi pojedynczego paska na naramienniku, jak będzie lał po mordach innych podoficerów.

– Maniura, daj mi spokój. Jedyne, czego mi teraz trzeba, to okład na łeb i sen przez bite osiem godzin. A nie dość, że jedno i drugie zobaczę jak świnia niebo, to jeszcze ty mi dupę zawracasz.

– To niech śpi, Bełt zrobi pewnie, co będzie mógł, żeby mu tę dupę uratować.

Zaniewski długo leżał na pryczy i nie mógł zmrużyć oka. Nie był osamotniony – mało kto w kompanii spał tej nocy. Różnica między nim a resztą sprowadzała się do tego, że on był uziemiony, a pozostali prowadzili wzmożone ćwiczenia bojowe. W szeregach panowała wyjątkowo napięta atmosfera, wszyscy byli nerwowi jak nigdy – i być może właśnie to stało się zarzewiem całego zajścia z Chwieduszką. Od dawna między nim a Bronkiem trwał permanentny konflikt, a do eskalacji doszło, kiedy chorąży kazał Zaniewskiemu raz za razem szorować latryny, sklecać prowizoryczne sławojki lub wykonywać inne zadania, które urągały ułańskiej duszy młodego żołnierza. Bronek odwdzięczał się, wymyślając coraz to nowe kompromitujące i obsceniczne żarty na temat przełożonego i rozpuszczając plotki o jego nocnych schadzkach z podkomendnymi. Do tego dochodziły zaczepki przy wykorzystaniu towarzyszy broni – jak ta z mokrymi butami Bronka dzisiejszego ranka.

Wszystko to z pewnością wynikało z niechęci między dwoma żołnierzami, ale prawdziwym katalizatorem scysji była atmosfera niepokoju wywołana sytuacją na granicy z Niemcami. Wszyscy w Piątej Kompanii zdawali sobie sprawę z tego, że wojna może wybuchnąć w każdej chwili.

I że świat, który znają, w okamgnieniu zmieni się bezpowrotnie.

WARSZAWA, STYCZEŃ – SIERPIEŃ 1939 ROKU

Zimowe słońce niespiesznie gasło za pokrytymi białym puchem koronami drzew, gdy dwoje młodych ludzi beztrosko przechadzało się alejkami Łazienek Królewskich. Błogą ciszę przerywały jedynie przyjemny dźwięk trzaskania śniegu pod butami oraz głosy zakochanych, którzy snuli plany na przyszłość.

Młodzieniec trzymał pod rękę swą wybrankę i cieszył się świadomością tego, że po raz pierwszy w życiu do szczęścia nie brakuje mu niczego.

Niedawno ukończył studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, a ponieważ osiągnął dobre rezultaty w swoich zmaganiach naukowych, malowała się przed nim wizja stałej pracy w jednym z najstarszych szpitali w mieście, u Świętego Łazarza. Do tego w życiu osobistym wszystko układało się jak najlepiej. Odbywał nawet z Marią niezobowiązujące rozmowy na temat uroku małych dzieci obrzucających się śnieżkami, co mogło stanowić preludium do podjęcia tematu małżeństwa.

Od dłuższego czasu zastanawiał się, czy nie nadeszła najwyższa pora, by zostać klientem któregoś ze znanych zakładów jubilerskich. Pochodził z dobrej rodziny o szlacheckich korzeniach, a ojciec prowadził prywatną działalność – w efekcie rodzice nie narzekali na brak pieniędzy. Gdyby zastosował umiejętną strategię, pomogliby mu sfinansować planowany zakup.

Dręczyły go jednak pewne, jakkolwiek nikłe, wątpliwości co do ślubu – wszak skończył zaledwie dwadzieścia cztery lata, a dzięki nienagannej prezencji i ujmującej osobowości nie miał kłopotów ze zdobywaniem kobiet. W jego życiu było ich nawet zbyt wiele, przez co nie bez obaw myślał o tym, że resztę życia będzie musiał spędzić wyłącznie z jedną. Owszem, kochał Marię, a ich związek trwał już cztery lata, jednak na drodze do szczęścia było kilka wybojów. Ona, absolwentka architektury, była żywiołowa i energiczna, a nawet wybuchowa, co w zderzeniu z jego stoicyzmem często owocowało krótkimi spięciami. Uważał jednak, że właśnie to czyni ich relację tak wyjątkową.

Pewien problem stanowił też jego ojciec, Władysław, który nie akceptował w pełni Marii Herensztad z powodu jej żydowskiego pochodzenia. Prawdopodobnie będzie protestował w kwestii ślubu, ale młodzieniec był pewien, że z pomocą Róży, swej matki, zdoła przeforsować własną wolę.

– Staszek – rzuciła nerwowo Maria.

– Tak?

– Słuchasz mnie, do cholery?

Był to jeden z częstych momentów, kiedy w samym środku dyskusji odpływał myślami gdzieś daleko. Nie znosiła tej jego maniery, choć była świadoma, że bez niej straciłby część swojego uroku. Sama, gdy już zainicjowała dysputę, dawała się jej całkowicie pochłonąć, tymczasem on przejawiał tendencję do obracania spraw konkretnych w abstrakcyjne i snucia myśli, które pozostawały zrozumiałe wyłącznie dla niego.

– Tak, tak, przepraszam. O czym mówiłaś?

– O wizycie Becka w Niemczech.

Zobaczywszy jej pytający wzrok, stwierdził, że szykuje się dyskusja polityczna, w którą wypadałoby choć trochę się zaangażować.

– Będzie dobrze – odezwał się. – Podobno jutro ma się spotkać z Hitlerem i Ribbentropem. Moim zdaniem będzie trochę kurtuazji, potem twardych negocjacji, a w efekcie dojdą do jakiegoś porozumienia.

– Ty i te twoje „porozumienia”. Bądźże choć raz realistą.

– Jestem.

– Niemieccy krwiopijcy tylko czekają, żeby wgryźć się nam w szyję. Nie dalej jak za parę lat będzie wojna.

– Wątpię. Są zajęci sytuacją we własnym kraju, a poza tym wiesz, że Francja i Wielka Brytania gwarantują nam pokój.

– I myślisz, że ruszą zadki, kiedy ktoś będzie okładał nasz?

Nie podzielali poglądów tych, którzy już od początku lat trzydziestych wieszczyli kolejny światowy konflikt. Jeszcze niedawno Staszek i Maria zgadzali się w przypuszczeniu, że w tej chwili narody Europy są zbyt zajęte radzeniem sobie z trudną sytuacją gospodarczą, by chwytać za broń. Jednak większość ludzi bardziej doświadczonych, z którymi rozmawiali, kiwało z politowaniem głową, słuchając tych pełnych młodzieńczego optymizmu słów. Być może dlatego Maria w ostatnim czasie zaczęła powoli zmieniać swoje stanowisko, co zaowocowało nazywaniem jej przez Staszka „naczelną polską katastrofistką”. Zwykle szybko ucinała jego komentarze, w odwecie tytułując go baranim łbem i przeprowadzając pełen czułości atak na jego starannie ułożoną grzywkę.

Cenił sobie fakt, że mógł podyskutować z nią zarówno o najnowszych spektaklach teatralnych, jak i o kwestiach związanych z polityką. W tym drugim temacie była uparta i nieustępliwa, a od pewnego czasu nie można jej było przekonać, że sytuacja w Europie się ustabilizuje. W Niemcach upatrywała źródło wszelkiego zła. Staszek jej się nie dziwił, gdyż jako osoba śledząca doniesienia ze świata doskonale zdawała sobie sprawę z sytuacji Żydów za zachodnią granicą.

Objął ją i ucinając dalszą dyskusję o wybuchu kolejnej wojny, zaproponował, że odprowadzi ją do domu.

Po drodze nadal snuła rozważania, a on, obserwując jej energiczną gestykulację, przekonanie o pełnej zasadności własnych argumentów i niepowtarzalny błysk w oku, podjął decyzję.

Miesiąc później zakończył wreszcie skomplikowany proces przekonywania ojca. Nie obyło się bez kilku ostrzejszych słów i trzaskania drzwiami.

– Synu, popamiętasz moje słowa! Ta Żydówka sprawi ci tyle problemów, że będziesz wolał mieszkać w oborze niż z nią pod jednym dachem – skwitował ojciec w swoim stylu.

W głębi serca Władysława z pewnością kryła się radość z powodu planowanych oświadczyn syna, Staszek nie był jednak pewien, czy ojciec kiedykolwiek zapomni się na tyle, by ją okazać.

Jeśli jednak chodziło o zasilenie budżetu syna, Władysław stanął na wysokości zadania. Do oszczędności zgromadzonych dzięki podejmowaniu różnych doraźnych robót Staszek mógł dodać wcale niemałą pożyczkę od ojca, którą jednak miał zwrócić w ciągu roku od podjęcia stałej pracy. Zawsze doceniał fakt, że rodzice nie rozpuszczali go dużymi zastrzykami gotówki i dawkowali wsparcie rozsądnie. Od kiedy zaś osiągnął pełnoletność, każdą kwotę traktował jako pożyczkę i przynajmniej w części zwracał.

Wydając prawie całość zgromadzonych funduszy, nabył pierścionek zaręczynowy, który wręczył Marii nad Wisłą w ciepły marcowy wieczór, kiedy drzewa i krzewy budziły się powoli do życia, a wspomnienie siarczystych mrozów wydawało się coraz bardziej odległe. Mimo że nigdy wcześniej nie widział, by uroniła choć jedną łzę, tym razem rozpłakała się i rzuciła mu się na szyję. Poczuł się przyjemnie zdezorientowany i utwierdził w przekonaniu, że podjął najlepszą decyzję w swoim życiu.

Datę ślubu wyznaczono na niedzielę, dziesiątego września 1939 roku.

W kolejnych miesiącach życie Staszka i Marii biegło spokojnie, choć oboje byli świadomi pogarszającej się sytuacji Polski. Nie zaniechali prowadzenia pełnych emocji dysput politycznych, coraz więcej czasu przeznaczali jednak na rozmowy o ślubie i wspólnej przyszłości. Prowadzili je w kawiarniach, gdzie wdychali aromaty kawy, otoczeni dymem z ich ulubionych papierosów marki Silesia. Niejednokrotnie Maria wyłamywała się, kupując drogie, perfumowane egipskie, które działały narzeczonemu na nerwy, ale była to niewielka cena, jaką płacił za delektowanie się jej obecnością.

Jeśli któryś ze znajomych chciał w ciągu dnia odnaleźć dwójkę zakochanych, mógł w ciemno udać się do „Café Adria”, gdzie przebywali najczęściej, popijając kawę Pluton. Tuż po zmroku rozpoczynały się tam dansingi, a bywalcom zawsze przygrywały zespoły składające się ze skrzypka, akordeonisty i paru trębaczy. Dwaj pierwsi grali na zmianę na podeście stanowiącym część okrągłego, obrotowego parkietu, na którym jednocześnie mogło tańczyć kilka par.

Narzeczeni zwalniali stolik, nim zaczynały się tańce, gdyż w „Adrii” robiło się dla nich zbyt tłoczno i głośno. Maria już dawno zrezygnowała z prób nauczenia Staszka fokstrota czy tak modnego tanga, bo wprawdzie był skłonny do nauki i miał szczerą ochotę nabyć parkietowych umiejętności, ale okazał się największym beztalenciem tanecznym, jakie widział świat.

W porze wieczornej, jeśli mieli ochotę napić się czegoś mocniejszego, przenosili się do „Pod Wróblem” na Mazowieckiej. Zazwyczaj było tam dość gęsto, więc gdy woleli spędzić czas w spokoju i niemal rodzinnej atmosferze, wędrowali do „Pod Dzwonnicą” na Krakowskim Przedmieściu.

Nie samymi kawiarniami jednak pary żyją, toteż pewnego dnia musiało dojść do nieuniknionej konfrontacji ojca Staszka z Marią. Władysław Zaniewski był oddanym patriotą, może nawet zbyt oddanym, gdyż miłość do Ojczyzny często przysłaniała mu trzeźwe spojrzenie na życie.

– Zapraszam Prusaków do Polski – orzekł. – O ile chcą osierocić dzieci, a swoje żony uczynić wdowami.

Była to właściwie jedna z jego bardziej umiarkowanych wypowiedzi, jednak w zderzeniu z pragmatyzmem Marii roznieciła płomień, w którym doszczętnie spłonęła nadzieja na miły przebieg kolacji w domu Zaniewskich.

– Pan oszalał? – spytała Maria, nieświadoma, że nikt w tym domu nie pozwala sobie na takie odpowiedzi wobec głowy rodziny. – Jeśli Niemcy wejdą na nasze ziemie, Sowiety nie będą długo czekać, żeby zapukać z drugiej strony. A my jak zawsze znajdziemy się między młotem a kowadłem.

– Moskale nic nie zrobią. Prędzej by się z Hitlerem pozabijali, niż poszli ramię w ramię.

– Tak się panu wydaje.

– Mnie i innym cokolwiek światłym mężom w sejmie.

Maria prychnęła z niedowierzaniem, nie dostrzegając, że matka Staszka przez cały wieczór przygląda się z uwagą zarówno jej, jak i synowi. Róża z nostalgią rozważała, jak bardzo młodszy z braci zmienił się w ciągu ostatnich kilku lat. Burza czarnych włosów na jego głowie zamieniła się w starannie ułożoną, krótko przystrzyżoną fryzurę. Wesoła twarz biegającego całymi dniami za piłką chłopca przybrała wciąż zamyślony i może nieco zbyt poważny wyraz. Obserwując te zmiany, równocześnie była zadowolona, że syn dba o siebie zarówno pod względem fizycznym, jak i umysłowym. Zaszczepili mu z Władysławem dobre nawyki. Od dzieciństwa brakowało mu jednak wytrwałości i konsekwencji we wszystkim, co robił. Próbował sił w kolarstwie i skoku wzwyż, a najlepiej radził sobie w biegach. Nie mógł wszakże skupić się na jednej dyscyplinie wystarczająco długo, by wyróżniać się spośród rówieśników. Wprawdzie parę lat temu zainteresował się nim Polski Związek Lekkiej Atletyki, ale po rodzinnej dyskusji podjęli decyzję, że kariera sportowca nie jest dla syna właściwą drogą.

Była z tego zadowolona, bo bardziej od sukcesów Staszka na bieżni radował ją fakt, że noce często spędzał na lekturze Gombrowicza, Żeromskiego czy Zapolskiej. Próbowała przekonać go też do dzieł Reymonta, jednak skończyło się na tym, że co prawda wziął do ręki Chłopów, lecz po godzinie przyszedł i oznajmił, że jeśli mama każe, to jest nawet w stanie tę książkę zjeść, przerzuć i przetrawić, ale na pewno nie przeczytać.

Przez większą część wieczoru Róża największą uwagę skupiała oczywiście na Marii, sama rzadko zabierając głos. Od dawna była zadowolona, że Staszek wreszcie znalazł dziewczynę, z którą łączy go coś trwalszego niż przelotne amory. Wiedziała, że Władysław ma obiekcje co do pochodzenia wybranki syna, i niełatwo było jej przekonać męża, że decyzja o ślubie należy wyłącznie do młodych.

Róża widziała się z Marią już kilka razy, ale jak dotąd nie miała okazji przyjrzeć się jej dokładniej ani poznać jej z tej strony, która tak urzekła Staszka. Z pewnością była kobietą piękną, choć Władysław nie omieszkał podczas rozmów z żoną stwierdzić, że „ma zbyt duży nos, właściwy niepolskiej nacji”. Róża zwykle przyjmowała taktykę przemilczania takich komentarzy, choć w duchu kwitowała je odpowiednio.

Sama z niemalże podziwem patrzyła na duże, piwne oczy Marii i jej ciemnobrązowe, kręcone włosy, jednocześnie nie mogąc się nadziwić, dlaczego przyszła synowa przycina je tak krótko. Na jej miejscu nosiłaby dłuższe loki.

Dopiero tego wieczoru miała okazję poznać jej charakter. I natychmiast zrozumiała, co przyciągało jej syna do tej kobiety: żywiołowość i pozytywna energia, która oddziaływała na wszystkich wokół.

Róża wiedziała, że te cechy Marii były niemal całkowicie nieuchwytne dla Władysława, który odnotował przede wszystkim twarde fakty: to, że ukończyła architekturę i jest inteligentną osobą, a jej rodzice brali udział w odparciu bolszewików podczas wojny roku dwudziestego. Były to właściwie jedyne argumenty, które do niego trafiały, w dodatku wciąż kręcił nosem na to, że Maria jest starsza od narzeczonego o cztery lata.

– Popamiętacie moje słowa – zagrzmiał Władysław, wyrywając Różę z zamyślenia. – Niemcy będą z zapałem gryźć polski piach! A pierwszym, który wjedzie do Berlina, będzie Bronek. Siedzący na lufie czołgu i wesoło strzepujący popiół z papierosa na schody Reichstagu!

– Niech się ojciec zastanowi, toć Reichstag spłonął – wtrącił Staszek.

Róża wróciła do swych myśli. W wychowaniu Bronisława, starszego o pięć lat brata Staszka, decydujący głos miał ojciec. Właśnie z tego względu za bezcelowe uznawała zachęcanie Bronka do czytania dzieł Reymonta czy jakiegokolwiek innego autora. Dla tego chłopaka książki były złem koniecznym, a od kiedy skończył osiemnaście lat, służyły mu przede wszystkim jako podstawki pod różnego rodzaju trunki. Czas spędzał, uganiając się za dziewczynami, wdając się w kolejne bójki oraz obrażając szkolnych nauczycieli. Ileż nerwów kosztowało ją przetrwanie w zdrowiu młodzieńczych lat starszego syna. Właśnie wtedy nazwisko „Zaniewski” dla wielu ludzi zaczęło oznaczać: „Uwaga, kłopoty”.

Jedyną rzeczą, która prócz uciech cielesnych choć trochę zajmowała jego uwagę, była nauka języków obcych. W tej sferze bił na głowę młodszego brata i w krótkim czasie opanował angielski, niemiecki i francuski. Róża nigdy nie mogła pojąć tego fenomenu.

Ojciec zawsze odnosił się do Bronka mniej stanowczo niż do drugiego syna i przymykał oko na wszystkie jego przewinienia. Staszka zaś karcił wszelkimi dostępnymi środkami, kiedy tylko ten coś zbroił.

Władysław wpajał starszemu z braci patriotyczne idee, ale tylko w znaczeniu, które sam uznawał za jedyne słuszne. Poskutkowało to kategorycznym stwierdzeniem osiemnastoletniego syna, iż zamierza zaciągnąć się do wojska. Dlatego teraz, zamiast zasiadać dziś z nimi przy rodzinnym stole, Bronek stacjonował wraz ze swym oddziałem Korpusu Ochrony Pogranicza gdzieś na granicy z Rumunią. Róża wiedziała wprawdzie, że służył w Pułku Piechoty „Karpaty”, ale niewiele jej to mówiło. Musiała jednak przyznać, że nazwa z jakiegoś powodu brzmiała dumnie.

Nie znała innych dwóch braci, którzy różniliby się między sobą tak, jak jej synowie, przynajmniej jeśli chodziło o psychikę. A jednak odmienność ta nigdy nie rzutowała na ich bezgraniczną i bezwarunkową, choć osobliwą, braterską miłość. Często dochodziło między nimi do scysji, a raz na jakiś czas nawet do rękoczynów, zazwyczaj z winy Bronka. Za każdym razem jednak po godzinie lub dwóch zachowywali się już jakby nigdy nic.

Najtrudniej było jej zaakceptować słowne utarczki na tematy polityczne. Starszy syn z uwielbieniem odnosił się do Piłsudskiego, nie śmiał zakwestionować choćby jednego słowa Marszałka. Staszek natomiast z pasją czytał Kościół, naród i państwo Dmowskiego, choć z właściwą sobie inteligencją zauważał, że pewne aspekty świata w rzeczywistości prezentują się inaczej niż w wizji przywódcy narodowców.

Róża nie pojmowała, jakim cudem pod jednym dachem wychowali i piłsudczyka, i półendeka. Pewne było jednak, że ta rodzina nie była do końca normalna.

– Panie Władysławie – podjęła Maria pojednawczym, rzadkim dla niej tonem. – Nie trawię nazistowskiej gadziny z pewnością bardziej niż pan, ale jeśli Rzesza zaatakuje, żaden polski żołnierz nie zdoła nawet przekroczyć niemieckiej granicy.

– Panno… Jeszcze panno Herensztad – odparł ojciec Staszka, kładąc nacisk na nazwisko – mamy poparcie oraz gwarancje Francji i Wielkiej Brytanii. Każdy wie, że Hitler jest nietuzinkowym tłumokiem, ale chyba nie aż takim idiotą, żeby ściągać na siebie takie siły, nieprawdaż? Jesteśmy bezpieczni.

Róża znów się wyłączyła. Zastanawiała się, co robi starszy syn. Na granicy z Rumunią jest i powinno być spokojnie, byle tylko wojsko o niego dbało. Miała nadzieję, że jego służba w Korpusie szybko dobiegnie końca i Bronek zostanie przeniesiony do Warszawy. Od kiedy opuścił dom, widziała, że Staszkowi brakuje jakby części własnej duszy. Wyjazd starszego brata okazał się dla niego utratą czegoś więcej niż okazji do sprzeczek – podczas pierwszych lat nieobecności Bronka wycofał się w głąb siebie, stracił niegdyś nieopuszczającą go chęć osiągnięcia niezależności. Przy starszym bracie Staszek starał się prezentować jako ten dojrzalszy i niepotrzebujący przewodnika, potem utracił motywację.

Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy związał się z Marią. Obserwując teraz syna, doszła do wniosku, że czuje się przy narzeczonej tak naturalnie i swobodnie, że jest na powrót sobą.

– Kobieto, czy ty choć raz mogłabyś zabrać głos w poważnej dyskusji, zamiast pogrążać się w swoich fantasmagoriach? – Władysław zwrócił się do żony w charakterystyczny dla siebie sposób. – Oczywiście, że nie! Ale ze swoimi kumami godzinami potrafisz świergotać o tym, czy Frania z Janem wezmą ślub albo czy dywan w domu Karkowskich jest turecki czy perski!

Maria już wcześniej zauważyła, jak szybko Róża potrafi odpłynąć myślami, zupełnie jak Staszek. Ucieszyło ją to, gdyż wyczytała kiedyś, że jeśli syn przejmuje cechy osobowości matki, traktuje kobiety z szacunkiem i nie jest zdolny wyrządzić im krzywdy. Nie wiedziała, na ile te poglądy są zgodne z rzeczywistością, ale gdyby inna dziewczyna przeszła w rodzinnym domu tyle, co ona we własnym, też chwytałaby się nawet najmniej racjonalnego argumentu świadczącego o spokojnym usposobieniu kandydata na męża.

Jej ojciec wiele razy podnosił na matkę nie tylko głos, ale także rękę i wszelkie przedmioty, jakie znalazły się w zasięgu. Awantury zdarzały się kilka razy w miesiącu, co już jako dziecko uważała za rzecz nienormalną, gdy porównywała własną sytuację rodzinną z tym, co działo się w domach koleżanek i kolegów.

Swój obecny stan, który w rozmowach ze Staszkiem określała jako „brak objawów chorobowych psychiki”, zawdzięczała tylko temu, że od początku do końca rodzinnej gehenny ważyła się nazywać rzeczy po imieniu. Jeśli ojciec uderzył matkę, nie starała się go usprawiedliwiać. Przeciwnie, mimo że kochała ojca, wiedziała, że jego zachowanie to bestialstwo, przejaw ohydnego zwierzęcego zewu, niepasującego nie tylko do człowieka, ale nawet do dawno wymarłych pitekantropów.

Podczas kolacji Maria zauważyła, że wprawdzie ojciec Staszka odnosił się do żony karcąco, ale jego uwagi były raczej czułostkowymi zaczepkami niż wyrazem wrogości. Ich relacje bardziej przypominały przekomarzanie się dwójki uczniów szkoły podstawowej niż kłótnie małżeńskie.

Znajdowała w tym analogię do sytuacji między Staszkiem a nią. Była pewna, że mimo kąśliwych uwag, których jej nie szczędził, nigdy nie podniósłby na nią ręki, co więcej, prędzej dałby się powiesić, niż pozwoliłby ją skrzywdzić.

Zawsze starała się patrzeć pragmatycznie na otaczający ją świat, a naturalne odruchy wynikające z emocji traktować jako drogowskazy dla własnego działania. Tego wieczoru, obserwując małżeństwo Zaniewskich, nie mogła odegnać od siebie myśli o swojej tajemnicy. Tajemnicy, którą znali ona, jej matka, dwójka rodzeństwa… oraz pewien człowiek, dzięki któremu nie poniosła konsekwencji swojego czynu.

Nawet Staszkowi nigdy nie zwierzyła się z tego, że z zimną krwią zamordowała własnego ojca.

Człowiek dopuszczony do rodzinnej tajemnicy nazywał się Holzer. Nie wiedziała, czy to jego imię, pseudonim czy nazwisko – a jeśli nawet nazwisko, to czy prawdziwe. Był znajomym brata jej matki, wujka Emanuela. Nie trzeba było znać Holzera, by wiedzieć, że to typ podejrzany, prowadzący mętne interesy. Miał ostre rysy twarzy, nieustannie podkrążone oczy, wzrok psychopaty i potężne mięśnie, a do tego poruszał się jak polujący tygrys. Chodząc po ulicy, budził w ludziach uzasadnioną obawę, że zaraz może zaatakować każdego, kto krzywo na niego spojrzy.

Wujek Emanuel często gościł w ich domu, dwa czy trzy razy przyprowadził Holzera i kilkakrotnie prosił rodziców o pieniądze. Ojciec w obecności powinowatego i jego kuma zachowywał się chłodno, ale spokojnie. Uprzejmie odmawiał takim prośbom, zresztą nigdy nie był blisko z rodziną matki Marii. Awantury zaczynały się wraz z zamknięciem drzwi przez gości. Ojciec zmieniał się nie do poznania i po którejś z takich wizyt mocno popchnął matkę na framugę drzwi. Miała rozcięty łuk brwiowy, jej twarz niemal od razu zalała się krwią. Widząc to, mała Maria rzuciła się na ojca i okładała go piąstkami tak długo, aż zabrakło jej sił.

Za plecami ojca matka kilka razy pożyczyła pieniądze Emanuelowi i Holzerowi, dzięki czemu oprócz coraz głębszej braterskiej miłości zyskała także przychylność Holzera. Wiedziała więc, do kogo zwrócić się o pomoc w ukryciu morderstwa – bo właśnie morderstwem był czyn, którego Maria dopuściła się wiele lat później. Zawsze nazywała rzeczy po imieniu.

Rzadko wracała myślami do dramatu, który rozegrał się tamtej nocy, a już z całą pewnością nie miała zamiaru komukolwiek o nim mówić. Wszystko wydarzyło się wówczas tak szybko, że nie miała chwili na zastanowienie – podjęła decyzję, by ratować matkę. Decyzję czysto pragmatyczną, choć podyktowaną przypływem burzliwych emocji.

Początkowe wyrzuty sumienia były tak duże, że wiele nocy nie spała i pogrążała się w coraz większej apatii. Po pewnym czasie z pomocą matki i sióstr zaczęła wracać do siebie, choć ostatecznie odbudowała się dopiero przy Staszku.

To, co zrobiła, upchnęła w najdalsze zakamarki umysłu. I była przekonana, że nikt nigdy nie dotrze do prawdy.

GRANICA RUMUŃSKA, KONIEC SIERPNIA – POCZĄTEK WRZEŚNIA 1939 ROKU

Obelt nie miał czasu ani ochoty zajmować się konfliktem między Zaniewskim a Chwieduszką. Wczoraj zarządzono, a zaraz potem na prośbę sojuszników Polski odwołano powszechną mobilizację. Dziś znów ją ogłoszono, jakby ktoś postanowił zadworować sobie z żołnierzy. Kapitan Obelt nie rozumiał tych politycznych zawirowań i braku konsekwencji. Oczekiwanie w niepewności nie wpływało dobrze na żołnierzy. Każdy cielak w jego kompanii zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, a jednak z dowództwa wciąż płynęły sprzeczne sygnały. Raz mobilizacja, raz zakaz zbliżania się do granicy, to znów rozkaz rycia okopów. Wczoraj zaczęli marsz na zachód, dziś mieli się zatrzymać.

Przełomowe rozkazy w końcu jednak nadeszły.

Wszystko wskazywało na to, że naprawdę zmierzają ku wojnie, choć dowództwo wydawało się zupełnie zagubione. Obelt obawiał się, że gdyby Hitler zaatakował dziś, zastałby ich z ręką w nocniku.

Po potwierdzeniu informacji o mobilizacji przez dowództwo pułku żołnierze zostali zebrani na naprędce zorganizowanym placu apelowym.

Dowódca kompanii potwierdził, że wedle ostatniego rozeznania Rzesza szykuje się do wojny. Podał także, iż prezydent w końcu wydał obwieszczenie o mobilizacji generalnej i że Pierwszy Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza „Karpaty” zasilił szeregi Drugiej Brygady Górskiej, wchodzącej w skład Armii „Karpaty”. Miała ona wspólnie z Armią „Kraków” bronić południowej granicy Polski.

Obelt na krótko po zbiórce na placu apelowym zarządził wymarsz kompanii. Mieli skierować się na zachód, przejść kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż granicy z Węgrami i bronić granicy ze Słowacją, gdyż po drugiej stronie zaobserwowano wzmożony ruch stacjonujących tam wojsk niemieckich.

Z powodu szybkiej reakcji Obelta i trzymania żołnierzy w stanie pełnej mobilizacji byli gotowi do wymarszu w krótkim czasie. Stan dróg i kondycja podkomendnych pozostawiały jednak wiele do życzenia i dopiero późną nocą dotarli do punktu wysuniętego najbardziej na wschód na granicy ze Słowacją. Rozbili się na południe od Borysławia.

Nie wyglądało to najlepiej. Obelt miał świadomość, że z bandą zmęczonych i niedoświadczonych gołowąsów nie zdziała cudów. W dodatku w batalionie nie miał żadnych jednostek zmotoryzowanych ani środków transportu, by w razie potrzeby się przegrupować.

Zanosiło się na tragedię.

Obelt odłożył mapę i rozkazy, klnąc w duchu co niemiara. Potem położył się na pryczy, by choć na chwilę zamknąć oczy.

Była czwarta dziesięć nad ranem.

Około piątej rano rozległ się zwierzęcy ryk syren alarmowych.

Bronek i Maniura zerwali się jak przypaleni żelazem. Wokół panował chaos. Żołnierze biegali, pospiesznie sprawdzając karabiny wzoru 98a. Nagle przed Zaniewskim zatrzymał się Chwieduszko, szturchnął go kolbą broni w bark i krzyknął:

– Na nogi, skurwysynu! Niemcy uderzyli!

Wszyscy szybko ustawili się na pozycjach, choć co rusz docierały do nich sprzeczne sygnały. Jedne mówiły, że Niemcy atakują z północy, inne, że z zachodu, jeszcze inne, że z południa. Tylko Obelt wydawał jasne i stanowcze rozkazy, powtarzając, że muszą bronić granicy i mimo że noszą mundury Korpusu, są teraz żołnierzami Wojska Polskiego.

– Panie kapitanie, co z Anglią i Francją? – zapytał Bronek.

Odpowiedź nie nadchodziła zbyt długo.

– Musimy bronić granicy, skupcie się na tym, żołnierzu – odparł w końcu dowódca. – Teraz nic innego się nie liczy.

Niedługo potem dotarły do nich pierwsze konkretne informacje. Z południa nadciągało kilka dywizji piechoty armii słowackiej i nie ulegało wątpliwości, że sojusznik Rzeszy ruszył na Polskę.

Żołnierze leżeli w wydrążonych w nocy okopach. Zaniewski powiódł wzrokiem po towarzyszach broni i stwierdził, że większość z nich zamiast wypatrywać wroga wgapia się nieprzytomnie w dal, odmawiając modlitwy.

Pierwszy kontakt starszego sierżanta Bronisława Zaniewskiego z prawdziwą walką nastąpił już pierwszego września, w pierwszy dzień wojny. Nie było to wielkie, dramatyczne starcie, ale lokalna próba przekroczenia granicy przez oddziały armii słowackiej. Doszło do wymiany ognia, w której poległo kilku polskich żołnierzy, ale granica została utrzymana. Bronek dziękował Bogu, że naprzeciw niego pojawili się Słowacy, a nie Niemcy w mundurach Wehrmachtu. Zdawał sobie sprawę, że ci drudzy byli lepiej wyposażeni, w dodatku korzystali ze wsparcia Luftwaffe, na które polska kompania nie miała jak odpowiedzieć, nie dysponując żadną bronią przeciwlotniczą.

Kilkanaście godzin później odezwały się słowackie moździerze. Nastąpił drugi atak, ale uderzenie skierowane zostało zbyt daleko od linii obrońców granicy. Maniura wsadził Bronkowi do kieszeni jakąś kartkę, mówił o przekazaniu jej komuś, ale Zaniewski był zbyt oszołomiony wszystkim, co się wokół działo, by zrozumieć sens jego słów.

Zastępy wrogiej armii w końcu wyłoniły się zza linii drzew. Obelt wydał rozkaz otwarcia ognia. Początkowo Bronek strzelał na ślepo, nie wiedział nawet, czy jego kule sięgają celu, a Maniura walił z karabinu, krzycząc diabelsko, jakby owładnął nim dziki szał. Dopiero po chwili Zaniewski zaczął celować. Skoncentrował się na pozbawieniu życia konkretnego żołnierza, opierając się pokusie kierowania ognia na cały nadciągający oddział.

Drugi atak został odparty. Nocą grupa żołnierzy, w której byli Bronek i Maniura, czuwała nie tylko dlatego, że mogło dojść do kolejnego starcia. Wielu z nich po raz pierwszy zetknęło się ze śmiercią i niemal wszyscy tkwili w całkowitym stuporze. Ożywili się dopiero, gdy zaszedł do nich chorąży Chwieduszko.

– Słuchajcie, patałachy – rzucił. – Podobno Słowacy wywabili na rozmowy przy szlabanie granicznym któregoś z dowódców plutonu.

– Chcą paktować? – spytał Zaniewski.

– Nie. Sukinkoty nie miały zamiaru się układać. Zamiast tego wzięły go do niewoli jak…

– Ni krzty, kurwa, honoru.

– Zgadzam się – przyznał Chwieduszko, zupełnie niezrażony tym, że Bronek mu przerwał.

– Nie możemy tak tego zostawić.

– Nie zostawimy, jeden z poruczników już organizuje wypad. Za piętnaście minut puścimy z dymem słowacką strażnicę. Tę na wschód od nas.

W szeregach na moment zaległa cisza. Tylko na moment.

– Może pan na nas liczyć, panie chorąży – rzucił Zaniewski, po raz pierwszy przybierając właściwy ton głosu wobec przełożonego. Wymienili się niemal przyjaznymi spojrzeniami.

Wyruszyli w siedmiu pod osłoną nocy. Zakradli się pod słowacką strażnicę i podłożyli ogień. Gdy niezauważenie wycofywali się w stronę krzaków, wiedzieli już, że spłonie doszczętnie. Dopiero po chwili w blasku płomieni dojrzeli pod wieżą zwłoki z twarzą w błocie. Nawet w migotliwym świetle widać było polski mundur.

Nagle zewsząd rozległy się krzyki „Stojan!Stojan!”, a zaraz potem do tych dźwięków dołączyły pojedyncze wystrzały z karabinów. Cała grupa nagle się zatrzymała.

– Skurwysynowie – syknął Chwieduszko. – Zabili go jak psa.

– Może żyje? – podsunął Maniura.

– Sprawdźcie.

Bronek przyłożył lornetkę do oczu i potrzebował chwili, by przyzwyczaić wzrok do oślepiającego blasku bijącego od wieży strażniczej.

– Chyba nie. Nie widzę, żeby oddychał, a twarz ma zanurzoną w błocie.

– Skurwysynowie – powtórzył chorąży.

– To nie wszystko. Ma połamane palce, a jedną rękę wykręconą.

– Pokaż.

Chwieduszko wziął lornetkę i przyglądał się oficerowi nieco dłużej niż Zaniewski. Zauważył, że porucznikowi brakuje lewego ucha. Zostało ucięte, zapewne podczas próby wyciągnięcia z niego informacji.

– Panie chorąży – szepnął nerwowo Maniura.

– Co?

– Czas na nas.

Chwieduszko szybko się otrząsnął, przenosząc uwagę na Słowaków gorączkowo poszukujących sprawców pożaru.

– Tak – powiedział. – Odwrót.

Przeczołgali się między krzakami z powrotem na polską stronę, sądząc, że zdołali umknąć zarówno Słowakom, jak i polskim przełożonym. Przekonali się, w jak dużym błędzie byli, kiedy w okopach przywitał ich Obelt.

Nie obyło się bez poważnej reprymendy. Kapitan pieklił się na dyscyplinę w kompanii, choć widać było, że także się cieszył – z innego powodu. Bezczelny wypad siódemki żołnierzy umocnił morale, ponadto nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że odbył się bez rozkazu kapitana.

Wieść o bestialskim potraktowaniu polskiego oficera błyskawicznie rozeszła się pośród szeregów. Obelt nie był przesadnie zdziwiony, gdyż zawsze twierdził, że żołnierze w plotkowaniu biją na głowę podlotki obrabiające swoich pierwszych chłopaków. Koniec końców całą kompanię opanowała chęć wzięcia odwetu na Słowakach.

W bojowych nastrojach kapitan Obelt, chorąży Chwieduszko oraz sierżanci Zaniewski i Maniura wrócili na swoje pozycje. Wyczekiwali ruchu ze strony przeciwnika, ale ten zdawał się uśpiony. W oddali widać było jedynie malejącą łunę – efekt nocnej eskapady Polaków.

Wpatrując się w linię drzew, za którymi znajdowały się najbardziej wysunięte pozycje Słowaków, Obelt zastanawiał się, na co czeka dowódca wrogich oddziałów. Posiłki niemieckie? Może uzupełnienie zapasów? Należało wziąć także pod uwagę, że sytuacja na froncie była dynamiczna i oddziały mogły przenieść się w inne miejsce.

Kapitan Obelt łudził się tylko przez chwilę. Potem usłyszał ciche rzężenie i nagle zlał go zimny pot.

– Co to? – zapytał Maniura.

Bronek rozejrzał się uważnie.

– Chyba samolot – odparł. – Ale nie wiem, od której strony…

– Od ich strony! – krzyknął Obelt, zrywając się na równe nogi. – Kurwa mać, od ich strony! Kompania do schronów! Spierdalać do schronów! Luftwaffe!

Było już za późno, zza chmur wyłoniły się dwa bombowce He-111. Na ich skrzydłach widniały charakterystyczne czarne krzyże w białych obwódkach – znaki nadchodzącej śmierci.

WARSZAWA, KONIEC SIERPNIA – POCZĄTEK WRZEŚNIA 1939 ROKU

Wbrew swojemu zwyczajowi Staszek i Maria spędzali wieczór w „Café Adria” przy Moniuszki 10. Atmosfera w mieście była nerwowa, wszyscy gotowali się do wojny, uzupełniali zapasy, wysyłali rodziny w mniej narażone na atak miejsca kraju.

Zazwyczaj o tej porze w „Adrii” odbywały się dansingi, grała orkiestra. Dziś gościom musiał wystarczyć samotny akordeonista.

Staszek pił kawę i palił jednego papierosa za drugim. Rozłożywszy na stoliku „Wieczór Warszawski”, począł czytać na głos ludziom, którzy zgromadzili się wokół jego stolika.

– „Polska czeka gotowa z bronią u nogi. Hitlerowi pozostaje do wyboru cofnąć się – albo rozpocząć wojnę”.

Już tytuł artykułu nie zwiastował niczego dobrego. Akordeonista na chwilę przerwał granie. Zebrani słuchali z uwagą.

Zaniewski zaczął przedstawiać w telegraficznym skrócie artykuły z pierwszej strony gazety.

– Hitler stawia ultimatum, wzywa przedstawicieli naszego rządu do Berlina. Żąda przyłączenia części terytorium Polski do Rzeszy. Mobilizacja w Anglii i Francji. Prezydent USA, Roosevelt, apeluje o znalezienie pokojowego rozwiązania. W Gdańsku chaos i popłoch, Gestapo chodzi po ulicach i każe dekorować domy swastykami. Armia niemiecka wzmacnia posterunki na naszych granicach, wkroczyła na Słowację. Incydenty na granicach, mówi się nawet o otwartej agresji niemieckich sił zbrojnych.

Dłuższy czas nikt się nie odzywał, a po chwili znów rozbrzmiał akordeon.

– Mój Boże… teraz już chyba nie ma odwrotu – powiedziała Maria. – Co jeszcze piszą?

Staszek przewrócił stronę i odczytał instrukcje, jakich gazeta udzielała na wypadek ogłoszenia alarmu przeciwlotniczego. Światła w domach mają być pogaszone, a ludność, która nie musi pozostać w Warszawie, powinna się ewakuować. Należy się zapoznać z umiejscowieniem schronów przeciwgazowych i punktów sanitarnych. Prezydent Warszawy, Stefan Starzyński, prosi wszystkich emerytów, by wrócili do pracy. Apeluje do warszawiaków o udzielanie pomocy rezerwistom i żołnierzom. Pojawiła się też informacja, by ograniczyć rozmowy telefoniczne, aby nie obciążać centrali.

– Piszą, żeby zaopatrzyć się w niezbędne materiały i sprzęt do samoobrony – dodał ktoś stojący za plecami młodzieńca. Po „Café Adria” przeszedł cichy szmer głosów. Przy każdym stoliku ktoś odczytywał podobne informacje z wieczornych gazet.

Maria wzięła do ręki „Wieczór”. Uderzyło ją to, że sektor reklamy najwyraźniej nie przejmuje się zbliżającą się apokalipsą. Na drugiego września, czyli na za dwa dni, wyznaczono premierę nowej rewii politycznej w teatrze „Ali Baba”. Nazajutrz w kinie „Rialto” miano wyświetlać film Świat jest piękny wytwórni Metro-Goldwyn-Mayer. Zauważyła także ogłoszenie o bezpłatnym kursie gotowania przy użyciu elektryczności, który miał się odbyć tego samego dnia w Elektrowni Miejskiej. Pomyślała, że warto byłoby się tam wybrać.

Staszek siedział zamyślony.

– Nad czym dumasz? – zapytała.

– Nad tym, co z ojcem.

– Czyli?

– Jest oficerem w stanie spoczynku. Dostał kartę mobilizacyjną i miał się stawić w wyznaczonym miejscu, by znów włożyć mundur majora.

– Poradzi sobie. Prędzej napluje na niemiecką kulę, niż da się nią trafić.

Roześmiał się. Przypuszczał, że ze względu na wiek ojca raczej nie poślą na front, a w Warszawie powinien być bezpieczny. Z pewnością się przyda. Teraz każda para rąk była na wagę złota, jeśli wierzyć gazetom.

Staszek zaciągnął się papierosem i zgasił niedopałek.

– Powinniśmy iść na skarpę wiślaną – zauważył.

– Zebrało ci się na romantyczne spacery w wojennej atmosferze?

– Marysiu…

Tylko Staszkowi pozwalała mówić do siebie w ten sposób. Od dziecka irytowały ją wszelkie próby zdrabniania jej imienia. Zresztą narzeczony początkowo robił to tylko po to, by ją zdenerwować; teraz jednak bardzo to lubiła.

– Słyszałem, że kopią tam schrony, moglibyśmy pomóc.

– Przeciwlotnicze?

– Nie, przeciw głupocie. I będą tam się chować przed tobą.

Roześmiała się na tyle głośno, że cała „Adria” ją usłyszała. Szybko się zmitygowała, postarała się przybrać groźną minę, a pod stołem kopnęła Staszka w nogę. Posłał jej całusa.

Zanim wyszli, zerknęła jeszcze na „Wieczór Warszawski” i przypadkiem zauważyła „Kącik astrologa” z prognozą na następny dzień – pierwszy dzień września. „Najwcześniejsze godziny ranne zapowiadają się nieźle, ze względu na trygon Księżyca i Plutona, co może oznaczać pomyślne okazje, więcej energii, przedsiębiorczości, rozmachu”.

Po drodze nad Wisłę mijali zastępy warszawiaków niosących łopaty niczym karabiny.

Zakończyli kopanie schronów o trzeciej w nocy, więc postanowili skorzystać z miejsc do spania naprędce zorganizowanych przez mieszkańców lewobrzeżnej Warszawy. Przed snem jakaś kobieta poczęstowała ich gorącą herbatą, ktoś przyniósł im koce. Zmęczeni, zasnęli bardzo szybko.

Zbudzili się o świcie, słysząc wycie syren i rozdzierający, potworny huk. Żadne z nich ani przez moment nie miało wątpliwości, co się dzieje. Na Warszawę spadały bomby.

Oboje instynktownie rzucili się do prowizorycznego schronu, który sami pomagali kopać ledwie parę godzin wcześniej. Zupełnie spanikowali, przytulili się do siebie i skuleni czekali na śmierć. Słyszeli wybuchy i krzyki ludzi, które w połączeniu z przerażającym warkotem niemieckich bombowców wywoływały paraliżujący strach. Byli pewni, że za moment całe miasto zamieni się w jedno wielkie cmentarzysko.

Panował amorficzny bezład, który przywodził na myśl sen. Nierealny, bezsensowny i zupełnie oderwany od rzeczywistości, w której dotychczas żyli. Kakofonia dźwięków i drobinki ziemi przecinające powietrze jak kule sprawiały, że abstrakcyjność całej tej sytuacji stawała się jeszcze większa.

Pół godziny później Staszek opanował drżenie rąk i oprzytomniał na tyle, by wyciągnąć papierosa. Wybuchy ustały. Narzeczeni w końcu wyszli ze schronu i zaczepili jakiegoś umorusanego człowieka, który opierał się o drzewo:

– Proszę pana…

Nie odpowiadał. Krew ciekła mu z rany na czole. Zauważywszy to, Zaniewski posadził go na chodniku i nakazał nie ruszać głową. Przygotował opatrunek z zapasów, które zgromadzono w schronach, a potem założył go rannemu człowiekowi. Ten przedstawił się jako Zbigniew. Mówił, że kiedy zaczęły spadać bomby, biegł z Woli w stronę Wisły.

– Zrzucili bomby na Raków… i na… na Wolę. To znaczy tak, na Koło. Na osiedla. Na ludzi, rozumiecie?

– Spokojnie, panie Zbigniewie, proszę się nie ruszać – upomniał go Staszek, a potem poczęstował mężczyznę papierosem.

Maria nie mogła pojąć, kim trzeba być, żeby zamiast celów wojskowych bombardować skupiska zwykłych ludzi. Czysta logika podpowiadała, że te naloty nie służą zadaniom militarnym.

– Ja uciekłem. Wszędzie huk, kurz. Nie wiem, co z moją rodziną. Zginiemy. Podobno Okęcie nie istnieje. Widziałem ciała porozdzierane niczym papier…

Zbigniew najwyraźniej miał wstrząśnienie mózgu, ale jego relacja dawała pewien obraz tego, co dzieje się w stolicy. Mężczyzna mówił jeszcze przez chwilę, narzeczeni przestali go jednak słuchać, gdy ktoś w pobliskim domu wystawił na parapet odbiornik radiowy i nastawił głośność na cały regulator.

– Halo, halo! Tu Polskie Radio Warszawa. Nadajemy komunikat specjalny.

Staszek i Maria popatrzyli po sobie i ścisnęli się za ręce.

– Dziś rano o godzinie czwartej czterdzieści pięć wojska niemieckie przekroczyły granicę Rzeczypospolitej.

Dopiero to oficjalne potwierdzenie sprawiło, że wszystko, co działo się w ostatnich godzinach, stało się rzeczywiste.

Narzeczeni upewnili się, że Zbigniew dochodzi do siebie, po czym oddali go pod opiekę jakiejś kobiecie, a sami udali się w drogę powrotną do domu. Nie mieli zamiaru teraz się rozstawać, a ponieważ Maria mieszkała bliżej, postanowili, że najpierw sprawdzą, czy z jej rodziną wszystko w porządku.

Kiedy przemierzali Wolę, wszechobecne ludzkie cierpienie kazało im przyspieszyć kroku, zupełnie jakby widziana po raz pierwszy śmierć mogła w jakiś sposób do nich przylgnąć. Wiele domów było zniszczonych, na ulicy leżała masa szkła z wybitych okien. Zwłoki zastygły na gruzach w nienaturalnych pozach.

Im bliżej domu Marii, tym sytuacja stawała się normalniejsza. Nie widzieli tam żadnych zniszczeń, nie było krwi, ciał ani zniszczonych budynków. Odnieśli wrażenie, że poza Wolą życie w mieście biegnie normalnie. Godzinę wcześniej byli pewni, że za moment zginą, że Niemcy są tuż pod Warszawą, tymczasem teraz wszystko wskazywało na to, że miasto jest względnie bezpieczne.

Odwiedziwszy swoje domy, upewnili się, że rodzinom nic się nie stało. Róża powiedziała, że ojciec został wcielony do oddziału Ośrodka Obrony Przeciwlotniczej. Rozpaczała, że nie wie nawet, gdzie jest, ale spekulowała, że przydzielono go na Okęcie. Staszek starał się nie myśleć o tym, co mówił człowiek, którego opatrywał.

Po uspokojeniu Róży udali się do „Café Adria”, by odpocząć i poznać wieści z frontu. Po drodze nabyli od chłopca krzyczącego wniebogłosy o wybuchu wojny nowy numer dziennika „Dobry Wieczór – Kurjer Czerwony”. Wprawdzie Staszek niechętnie czytał sanacyjną prasę, ale w tej chwili było mu wszystko jedno.

– Nie miał nic innego – wytłumaczył Marii.

Kiedy przekroczyli próg kawiarni, z głośników rozbrzmiał głos prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Ignacego Mościckiego. Ludzie słuchali w skupieniu. Nie było nikogo, kto zajmowałby się czym innym.

– Obywatele Rzeczypospolitej! Nocy dzisiejszej odwieczny wróg nasz rozpoczął działania zaczepne wobec Państwa Polskiego, co stwierdzam wobec Boga i Historii – zaczął Mościcki.

Wezwał do tego, by cały naród dołączył do armii i ramię w ramię z nią ruszył na wroga. Aż do pełnego zwycięstwa.

Nikt nie zabrał głosu.

Staszek i Maria zajęli miejsca przy swoim ulubionym stoliku i rozłożyli gazetę. Tytuł na pierwszej stronie obwieszczał wielkimi literami: Rozbójnicy świata – Niemcy napadli dziś na Polskę. Wojna o wolność Narodu rozpoczęta. O stalowy mur bohaterskiej Armii rozbije się bandycki napad na Polskę.

Zaniewski rozważał, co teraz może dziać się z jego bratem. Przyznał sam przed sobą, że ostatnimi czasy nieczęsto o nim rozmyślał. Był pochłonięty innymi sprawami, a kiedy Niemcy zaatakowali, sam czuł nadciągającą groźbę śmierci. Ostatnie informacje, jakie miał o Bronku, kazały sądzić, że stacjonował gdzieś na granicy z Rumunią. Staszek przypuszczał, że nadal tam jest, bo przerzucanie oddziałów na front osłabiło ewentualną flankę wschodnią. Ten wniosek go uspokoił.

Jego rozważania przerwała Maria. Stanęła za jego plecami i odczytała treść artykułu, w który Zaniewski wbijał wzrok:

– „Zbrodniarze zdecydowali pogrążyć ludzkość we krwi, w imię swych obłąkanych planów władania światem”. Sama lepiej bym tego nie ujęła.

Usiadła z powrotem naprzeciwko.

– Co piszą o Francji i Wielkiej Brytanii? – spytała.

– Że są oburzeni. I proponują plebiscyt w Czechach i na Morawach.

– Oburzeni? Co to ma niby znaczyć?

– Nie wiem.

– Że jesteśmy sami?

– Piszą, że nie. Że alianci są gotowi wypełnić zobowiązania wobec nas.

– A nie pokusili się o stwierdzenie, kiedy zaczną robić coś więcej?

Pokręcił głową.

Z gąszczu informacji o poległych żołnierzach i polityce międzynarodowej oraz analiz sytuacji na froncie dało się wyłowić także inne rzeczy. Rzeczy, które dowodziły, że mimo wybuchu wojny życie toczy się dalej. Biuralistka z pięcioklasowym wykształceniem szuka pracy biurowej. Szofer – rutynowany i inteligentny – poszukuje pracy jako taksówkarz. Ktoś wynajmie „solidnemu” pokój niekrępujący z wygodami. Krawcowa dyplomowana uszyje modne suknie od ośmiu złotych. Ktoś sprzeda maszyny szyjące, w pięciozłotowych ratach. Doktor Kamiński ogłasza z dumą: „Ginekolog powrócił”.

Staszek zwykle nie zwracał najmniejszej uwagi na ogłoszenia w gazetach, dziś wszakże stanowiły dla niego powiew normalności i namiastkę czasów, w których jeszcze przed momentem wszyscy żyli.

Przez kolejne dwa dni narzeczeni nie przegapili żadnych wieści z frontu. Francja i Wielka Brytania wreszcie wypowiedziały Rzeszy wojnę, jednak zamiast zaatakować, zdawały się grać na zwłokę. Wszystko wskazywało na to, że całe zaangażowanie aliantów skończy się na słowach i żaden żołnierz kraju sojuszniczego nie przybliżył się o krok w stronę Polski.

Nastroje w mieście były różne, choć większość znajomych Staszka i Marii twierdziła z przekonaniem, że wystarczy wytrzymać kilka dni tej nawałnicy, a siły brytyjskie i francuskie przyjdą z odsieczą.

Narzeczeni nie potrafili pogodzić się z taktyką sojuszników i zupełnie jej nie rozumieli. Niemcy na swojej zachodniej granicy byli znacznie osłabieni, bo większość sił rzucili na wschód, aby Polska znalazła się w potrzasku. Kiedy zatem alianci zamierzali zaatakować, jeśli nie teraz?

Trzeciego września zarządzono przygotowania do obrony Warszawy – podejście Niemców pod stolicę było już nieuchronne. Komunikaty mówiły o przedarciu się oddziałów wroga przez linię obrony utworzoną przez dwie polskie armie, „Prusy” i „Łódź”.

W tej sytuacji Maria nie zamierzała zostawać w Warszawie. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co czeka Żydów, gdy pojawią się tutaj Niemcy. Mimo usilnej nazistowskiej propagandy, zaprzeczającej prześladowaniom, docierały do niej jednoznaczne sygnały, że w Niemczech rozgrywa się tragedia. Echa „nocy kryształowej” nadal zresztą rozbrzmiewały w jej głowie.

Staszka przekonywać nie musiała – zgadzał się, że jeśli zostałaby w Warszawie, prędzej czy później dosięgłoby ją niemieckie okrucieństwo. Kwestia jej ucieczki była dla niego bezdyskusyjna, ale wciąż nie wiedział, jak sam powinien postąpić. Z jednej strony nie wyobrażał sobie, by uciekała sama, z drugiej zdawał sobie sprawę, że w obronę stolicy powinien zaangażować się każdy, kto był w stanie unieść broń.

Podczas kolacji, którą jedli w restauracji we dwoje, Maria zamyśliła się, a potem nagle nachyliła się do niego.

– Słuchaj, mam plan – powiedziała cicho.

– Jaki?

– Uciekniemy na zachód.

Roześmiał się.

– Genialnie. Niemcy przyjmą nas z otwartymi ramionami. Jeśli dziś wyjdziemy, może jeszcze zdążymy na kolację u Hitlera.

– Nie Niemcy będą nas podejmować, ale moja rodzina we Francji. Tam jest spokój, poza tym nie wygląda na to, żeby Francuzi zamierzali włączyć się do wojny.

Na tym etapie było już jasne, że żadne z państw sojuszniczych nie dotrzymało swoich zobowiązań i nie zaatakowało Niemców. Wręcz przeciwnie, we Francji i Anglii pojawiły się apele o wstrzymanie mobilizacji wojsk.

– Jesteś szalona, wiesz o tym?

– I dlatego wydałeś krocie na pierścionek, barani łbie.

– Wszyscy uciekają na wschód, a my mamy pchać się w sam środek wojny?

Skinęła głową.

– Poza tym, gdybym szalona nie była, tobym tego pierścionka nie przyjęła.

– Mhm – mruknął i się uśmiechnął.

– Pomyśl: wszyscy wieją na wschód, więc kto będzie się spodziewał, że dwójka Polaków chce uciec na zachód?

– Na pewno nikt o zdrowych zmysłach.

– Właśnie. Im bardziej absurd jest absurdalny, tym łatwiej wykonalny. Nikt nie będzie się tego spodziewał.

Po długiej rozmowie Staszek wysunął alternatywną propozycję przedarcia się na północ i odnalezienia transportu do Norwegii. Oboje jednak po głębszym zastanowieniu stwierdzili, że po pierwsze byłoby to jeszcze bardziej ryzykowne, a po drugie nie mają w Skandynawii nikogo, u kogo mogliby się zatrzymać.

We Francji, niedaleko granicy z Niemcami, mieszkała ciotka Marii, siostra jej ojca – Louise Herenstadt-Boiss. Wyszła za Brunona Boissa, francuskiego Żyda, który szczycił się rozległymi koneksjami, niemałą fortuną i całkiem imponującym dworkiem. Maria była pewna, że z chęcią udzielą im pomocy. Spędzała tam kiedyś każde wakacje, choć od kiedy związała się ze Staszkiem, nie pojechała do krewnych ani razu.

Zaniewski skonstatował z niemałym zdziwieniem, że odnogi rodziny Herensztadów opanowały świat sprawniej niż hitlerowcy.

– Marysiu, co ty chcesz tam znaleźć? Szklane domy?

– Nie marysiuj mi teraz. I za ten protekcjonalny ton zaraz zapalę egipskiego.

– Chodzi mi o to, że nie mamy pewności, czy Rzesza zaraz potem nie zaatakuje Zachodu.

– Tak samo jak nie mamy pewności, czy uciekając na wschód, nie nabijemy się na bagnet czerwonoarmisty.

– Coś w tym jest.

– I w razie czego lepiej być tam niż tutaj. We Francji skorzystamy z kontaktów Boissów, a tu upchną nas wszystkich do jakiejś synagogi i spalą, jak w Bytomiu podczas „nocy kryształowej”. Ty się może ostaniesz, chociaż kiedy Niemcy dowiedzą się, że twój brat i ojciec noszą mundur, a ty namotałeś się z Żydówką… nie wróżę ci świetlanej przyszłości.

Dopiero po opróżnieniu kilku kieliszków wódki Staszek zaczął dopuszczać, że może faktycznie powinni zdecydować się na to szaleństwo. Parę kolejnych sprawiło, że ostatecznie dał się przekonać. Postanowili zrealizować plan Marii.

Przedrą się przez terytorium wroga.

Z młodzieńczym optymizmem zakładali, że jeśli uda im się przejść linię frontu, dalej nie powinni napotkać wielu żołnierzy niemieckich. Zrobią to, czego nikt się nie spodziewa, i dzięki temu być może uda im się przechytrzyć los.

– Mogłaś po prostu powiedzieć, że chcesz wziąć ślub we Francji – skwitował Staszek.

Maria uśmiechnęła się, a potem pocałowała narzeczonego tak mocno i długo, jakby nie widzieli się od miesięcy.

Jeszcze tego samego dnia odwiedziła rodzinę. Kiedy tylko przekroczyła próg mieszkania, podbiegła do niej najmłodsza siostra, złapała ją za spódnicę i z nieukrywanym smutkiem oznajmiła, że odwołali zajęcia w szkole.

Maria starała się przekonać bliskich, by wyruszyli z nimi. Matka nie chciała jednak słyszeć o porzuceniu domu i twierdziła, że niedopisujące jej ostatnio zdrowie nie pozwala na tak długą podróż. Pozostałe córki również nie miały zamiaru opuszczać miasta, uznając, że to Warszawy polskie siły będą bronić najbardziej – i że to tu będzie najbezpieczniej.

– Porozmawiam z Holzerem – powiedziała matka Marii.

– Mamo…

– Może mógłby wam spreparować dokumenty. Albo zna kogoś, kto potrafi to zrobić. Łatwiej zdołalibyście przejść przez granicę z Rzeszą, gdybyście mogli pochwalić się obywatelstwem jakiegoś kraju, który…

– To nie jest dobry pomysł.

– W tej chwili i w tej sytuacji nic nie jest dobrym pomysłem, dziecko – ucięła matka. – Poza tym do tej pory Holzer nie zrobił nic, co nakazywałoby nie ufać mu w najważniejszych sprawach.

Właściwie miała rację, ale szybko ucięły ten temat, nie chcąc powracać do tamtego wydarzenia. W końcu Maria zgodziła się na kontakt z Holzerem. Miała sporo obaw, ale lewe dokumenty z pewnością okazałyby się niezwykle pomocne.

Kiedy spotkała się ze Staszkiem, ten oznajmił, że jego matka także nie ma najmniejszego zamiaru opuszczać Warszawy. Chciała czekać na Władysława i wierzyła, że ten niedługo wróci.

Holzer ochoczo przyjął propozycję spotkania z dwójką narzeczonych – stanowczo zbyt ochoczo, by Maria czuła się spokojnie. Zanim się do niego udali, powiedziała Staszkowi tylko tyle, że to znajomy rodziny, który wprawdzie kręci lewe interesy, ale w gruncie rzeczy jest godzien zaufania.

GRANICA NIEMIECKO-POLSKA, OKOLICE RAWICZA, 1 WRZEŚNIA 1939 ROKU

Christian Leitner był wysokim blondynem o szarych oczach. Wielokrotnie słyszał, że jego cechy fizyczne są bliskie ideałowi „człowieka światła”, jak określano typowych Aryjczyków, ale nigdy nie przywiązywał do tego wielkiej wagi. Zdawał sobie sprawę, że stereotyp mający świadczyć o czystości duszy wywodził się z wyobrażeń utrwalonych na płótnach przez pewnego rasistowskiego malarza – trudno było uznać je za wiarygodny dowód wyższości nad innymi.

Władza twierdziła, że tacy jak Leitner powinni czuć się nadludźmi, ale on sam nigdy się za takiego nie uważał. Nigdy nie traktował także innych jak podludzi. Czytywał Nietzschego, owszem, ale nie popierał wykorzystania jego idei na potrzeby segregacji rasowej. Instytucję Lebensborn, która zajmowała się kojarzeniem par rasy aryjskiej i „oczyszczaniem” niemieckiej krwi, traktował zaś jako największe zło w Rzeszy.

Oceniał ludzi na podstawie ich kompetencji, intelektu i honoru. Krew płynąca w żyłach nie była dla niego żadnym wyznacznikiem wartości człowieka.

Jednocześnie z bezgranicznym uwielbieniem traktował Adolfa Hitlera. Uważał go za strażnika cywilizacji, niejednokrotnie podczas dyskusji w gronie przyjaciół porównywał Führera do Juliusza Cezara i wieszczył rychłą dominację militarną i polityczną Rzeszy na arenie światowej. Ten aspekt filozofii Wodza był dla niego celem wszelkich działań Niemiec. Natomiast bełkot o Aryjczykach i podludziach traktował tylko jako środek do jego osiągnięcia. Był przekonany, że Hitler kierował się Realpolitik wyłącznie po to, by zjednać sobie poparcie szarych, bezmyślnych mas. Świadomie stworzył pewną ideę, która zagrała na próżności ludzi i spowodowała, że poddali się jego woli, aby mógł nimi kierować wedle swojego uznania.