Panny z dobrego domu - Edyta Świętek - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Panny z dobrego domu ebook i audiobook

Edyta Świętek

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Błędy młodości, zuchwałe pojedynki i miłość, o którą trzeba walczyć do samego końca.

 

Pod zaborami rodzą się marzenia o kolejnych powstaniach, a serca młodych rozgrzewają intrygi i burzliwe romanse. Na galicyjskiej ziemi osiedla się Armando, który opuszcza Hiszpanię w atmosferze skandalu. Ciotka pragnie go wyswatać z piękną szlachcianką, jednak on traci głowę dla jej młodszej siostry. Między kobietami rodzi się rywalizacja podszyta zazdrością.
Walery ma przejąć władzę nad rodzinnym majątkiem. Ojciec stawia mu jednak warunek – musi się ożenić. Mężczyzna jest coraz bardziej zdesperowany i zaczyna igrać z losem. Nie wie jednak, jak wysoką cenę przyjdzie mu za to zapłacić. Maksymilian śledzi każdy ruch starszego brata i tylko czeka na jego potknięcie.

Wśród balów, spisków i awanturniczych potyczek na śmierć i życie losy bohaterów splatają się w dramatyczną opowieść o namiętności, zdradzie i walce o własne szczęście. Bo w świecie, gdzie najważniejsza jest reputacja, tylko nieliczni są gotowi zawalczyć do końca o to, co w życiu najważniejsze.

 

Niezwykła saga o sercach, które nie uznają żadnych granic, o zgubnych wyborach zmieniających życie i nadziei, która rozjaśnia najciemniejsze chwile.

 

Część druga sagi W cieniu niewoli

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 355

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 5 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Karol Kunysz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



EDYTA ŚWIĘTEK

PANNY Z DOBREGO DOMU

W CIENIU NIEWOLI

W poprzedniej części

Izabela Zarabska jest atrakcyjną panną na wydaniu. Ojciec zapewnił jej posag w postaci Dobczyc oraz kilku okolicznych wiosek.

Ślub Benedykty Górskiej z Franciszkiem Sokołowskim przyciąga wielu gości, w tym również zagranicznych. Podczas przyjęcia Izabela, kuzynka panny młodej, zakochuje się w Bogumile Kowalskim. Na drodze do szczęścia młodych staje jednak sprzeciw rodziców, którzy chcą wydać córkę za hrabiego Cezarego Orszanda, człowieka zimnego i zdystansowanego, niewzbudzającego uczuć w Izabeli. Rok później panna wychodzi za mąż za Cezarego.

Benedykta umiera po urodzeniu Maurycego. Na łożu śmierci prosi męża, by w przyszłości wysłał ich syna na Sorbonę. Franciszek długo nie może przeboleć utraty ukochanej żony, zaniedbuje wychowanie dziecka, nad którym czuwa Ludwika Karska, kuzynka Benedykty. Karska namawia mężczyznę na ponowny ożenek, lecz on nie chce o tym słyszeć.

Izabela jest nieszczęśliwa w małżeństwie. Pod naciskiem męża sprzedaje swoje dobra posagowe. Ojciec nie może jej tego wybaczyć i wyrzeka się córki. Ludwika bezskutecznie próbuje pogodzić zwaśnione strony. Z małżeństwa Orszandów przychodzi na świat dwóch synów: Walery oraz Maksymilian.

Siostra Ludwiki, Gertruda Valdegamas, mieszka z mężem i synami w Hiszpanii, lecz tęskni za Polską i w miarę możliwości stara się odwiedzać mieszkających w Galicji bliskich. Podczas jednego z pobytów w domu rodzinnym odkrywa, że jest brzemienna. Z uwagi na niebezpieczeństwa i uciążliwości związane z daleką podróżą, mąż wyraża zgodę, by na czas ciąży i rozwiązania została w Polsce. Na świat przychodzi Armando. Valdegamasowie wracają do Hiszpanii. Mimo pragnień Gertrudy w następnych latach podróże do Polski stają się niemożliwe. W Galicji dochodzi do nieudanej próby powstańczej i rzezi chłopów na szlachcie, a na zubożałych terenach szaleją zarazy tyfusu oraz cholery. Ludwika traci jedynego syna oraz męża. Kobieta pogrąża się w żałobie.

Kilka lat później Valdegamasowie ponownie przyjeżdżają do Polski. Maurycy zaprzyjaźnia się z Armandem oraz Walerym. Chłopcy są ze sobą daleko spokrewnieni i w zbliżonym wieku. Spędzają razem dużo czasu na zabawach.

Franciszek, mając na uwadze dobro swego syna, który bardzo jest zżyty z ciotką, oświadcza się Ludwice. Narzeczeni zamierzają ogłosić zaręczyny podczas przyjęcia w domu Franciszka, lecz dochodzi wówczas do skandalu, na skutek którego mężczyzna musi zerwać zaręczyny z Karską i poślubić znacznie od siebie młodszą Emilię. Maurycy nie potrafi zaakceptować młodej macochy. Ojciec postanawia wysłać go do szkoły z internatem. Chłopak jest z tego powodu zadowolony, ponieważ nie chce mieszkać pod jednym dachem z Emilią. Wkrótce nowa baronowa Sokołowska rodzi Marylę.

W następnych latach Valdegamasowie znowu goszczą w Polsce, co pozwala Maurycemu, Armandowi i Waleremu na zacieśnienie przyjaźni. Chłopcy zaczynają dorastać i interesować się płcią piękną. Między Maurycym i Emilią nawiązuje się nić porozumienia. Młodzieniec zakochuje się w macosze. Zdaje sobie sprawę z niestosowności tych uczuć, ukrywa je przed wszystkimi, również przed ukochaną. Kiedy przebywa poza domem, pisze do niej romantyczne listy, których nigdy nie wysyła. Armando czuje się mocno związany z Polską, w której przyszedł na świat, i uważa ją za swoją drugą ojczyznę.

Umiera ojciec Izabeli. Kobieta jest zdruzgotana, ponieważ nie zdołała się z nim pogodzić. Martwi się także o Walerego, który ma skłonności do okrucieństwa.

Polacy marzą o zrzuceniu jarzma austriackiej niewoli. Po ziemiach Galicji krąży emisariusz Gustaw Zaleski, który kwestuje na rzecz kolejnego powstania, przenosi także tajne informacje pomiędzy mieszkańcami trzech zaborów i kontaktuje się z emigrantami przebywającymi we Francji.

Emilia rodzi drugą córkę, Apolonię. Zakochany Maurycy wyobraża sobie, że mógłby być ojcem dziewczynki. W głębi duszy pragnie stworzyć rodzinę z Emilią. Wciąż pisze listy o swoich marzeniach i uczuciach, lecz zachowuje je dla siebie.

Maurycy, Armando oraz Walery wyjeżdżają na studia do Paryża. Tam dowiadują się o planowanym wybuchu powstania. Bez namysłu porzucają uczelnię, by bić się o wolność ojczyzny. Docierają do kraju, gdzie biorą udział w walkach z Moskalami, podczas których Maurycy zostaje ranny. Armando ratuje mu życie. Maurycy martwi się o los listu, który pisał do ukochanej kobiety. Boi się, by nie trafił w niepowołane ręce, chce chronić Emilię przed skandalem. Armando go uspokaja, że jego sekret jest bezpieczny.

Powstanie chyli się ku upadkowi. Maurycy, Walery oraz Armando przekradają się do Galicji. Wkrótce podejmują przerwane studia na Sorbonie.

Po ostatnim roku nauki Armando zaprasza kuzynów do Hiszpanii. Valdegamas wygrywa w karty plantację dębów korkowych. Sokołowski i Orszand towarzyszą mu, gdy przejmuje wygraną. Okazuje się, że interes wymaga nakładów finansowych.

Franciszek porządkuje dokumenty przed oddaniem swych dóbr synowi. Przypadkowo natrafia na jeden z listów, które Maurycy pisywał do macochy. Jego treść sugeruje romans syna z Emilią. Sokołowski umiera na atak serca. Epistołę znajduje Ludwika i przekazuje ją baronowej.

Maurycy wraca do domu. Emilia robi mu awanturę o list. Mężczyzna jedzie do Karskiej, by wyjaśnić nieporozumienie. Od ciotki dowiaduje się, w jaki sposób korespondencja trafiła w jej ręce. Skruszony składa przysięgę, że zaopiekuje się siostrami, które z jego winy straciły ojca, a gdy panny się usamodzielnią, wstąpi do klasztoru, by odpokutować swój grzech.

Rozdział 1 Skandalista

Rok 1875

W niewielkim zagajniku na obrzeżach Sewilli, gdzie Gwadalkiwir toczył leniwie swój nurt, spotkała się grupka mężczyzn, aby w honorowy sposób zakończyć konflikt, w który popadli dwaj grandowie.

Świt był wyjątkowo chłodny i mglisty, zapowiadał się ponury, dżdżysty dzień. Szarosine niebo zasnuwały gęste chmury, które w każdej chwili mogły chlusnąć deszczem. Na czarnych płaszczach sekundantów skraplała się wilgoć, połyskując małymi kropelkami.

Conrado García drżał z zimna, dzierżąc broń, którą miał walczyć przyjaciel. Zdążył już wcześniej sprawdzić, czy szabla przeciwnika wolna jest od wyszczerbień i rdzy. Teraz, czekając, aż Armando przysposobi się do pojedynku, dezynfekował tamponem klingę jego oręża. Nie był zachwycony faktem, że musiał wstać na długo przed wschodem słońca. Niechętnie opuścił wygodne łóżko i ciepłe ramiona kochanki.

Odziany z przesadną elegancją sprawca wydarzenia, wicehrabia Armando de Valdegamas, rozpinał niespiesznie guziki modnego dwurzędowego surduta w szarym kolorze. Rozsupłał fantazyjnie zawiązany fular. Po chwili namysłu pozbył się również kamizelki, by nie krępowała jego ruchów. Niedbale rzucił zdjęte części garderoby na powalony pień drzewa. Prezentował się doskonale: ubrany był w jasne sztuczkowe spodnie, śnieżnobiałą koszulę zdobioną na gorsie pliskami oraz wysokie, wypolerowane do połysku buty do konnej jazdy. Ciemne włosy wygładzone miał brylantyną, a policzki starannie ogolone, jedynie wzdłuż uszu kamerdyner pozostawił mu wąskie baczki, zapewne dla kpiny ze współczesnej mody na bujny zarost. Brązowe oczy wicehrabiego spoglądały wyzywająco na przeciwnika – zupełnie jakby chciał powiedzieć: Tak! Jestem świadom wrażenia, jakie wywieram na kobietach. Twoja żona nie była ani pierwsza, ani ostatnia.

Obserwujący go spode łba markiz de Estella, z głęboką pogardą wspominał słowa Thomasa Carlyle’a1 z Sartor Resartus2, odnosząc je do rywala, który zdawał się żyć po to, aby się ubierać, a nie ubierać się po to, by żyć. Wzburzenie mężczyzny potęgował fakt, że pociągająca twarz Armanda nie nosiła nawet najmniejszych oznak skruchy, pętak wyraźnie lekceważył całe zajście. Zadygotał z gniewu, gdyż w złości nie odczuwał zimna.

Chłód poranka najwyraźniej nie przeszkadzał również Armandowi. Valdegamas za nic miał mgłę i zimno, skoro krew w jego żyłach buzowała. Nie dalej jak miesiąc wcześniej nawiązał ognisty romans z żoną markiza. Sytuację pogarszał fakt, że ostatnimi czasy Armando często bywał w pałacu przy Plaza de Doña Elvira. Nieumyślnie dał w ten sposób markizowi de Estella złudzenie, że odwiedza jego dom ze względu na córkę z pierwszego małżeństwa, Catalinę. Tymczasem zaglądał tam z innego powodu, a stara panna w nawet najmniejszym stopniu nie zaprzątała jego uwagi.

Leciwy małżonek nakrył parę niemalże na gorącym uczynku. Nie zdziwił go bynajmniej widok, który zastał w buduarze. Był przygotowany na niemiłą niespodziankę, już wcześniej doszły go słuchy o romansie połowicy. Nie była to jej pierwsza zdrada, więc cześć żony dawno temu przestała być przedmiotem troski markiza. O wiele mocniej zbulwersowało go, że uległ iluzji, jakoby znakomicie urodzony młody człowiek gościł u niego w roli potencjalnego konkurenta Cataliny. Obecność Armanda wytrąciła go z równowagi. Spodziewał się, że zastanie żonę in flagranti z kimś innym. W plotkach, które zasłyszał, pomijano nazwisko dżentelmena przyprawiającego mu rogi.

Zazwyczaj o zdradzie mąż słyszy jako ostatni, lecz tym razem sprawa błyskawicznie wyszła na jaw. Mógł przyczynić się do tego fakt, że markiznie należał do szczególnie szanowanych i popularnych osób. Trzy lata wcześniej sam sobie zaszkodził w oczach socjety, biorąc ślub z kobietą, która nie dość, że była dwukrotnie młodsza, to jeszcze uchodziła za wesołą wdówkę.

Być może do konfrontacji doszło tak szybko dlatego, że również Armando nie cieszył się ostatnio dobrą sławą. Od dłuższego czasu miał ustaloną reputację hulaki oraz uwodziciela i ktoś życzliwy postanowił utrzeć nosa nie tyle markizowi, co przystojnemu wicehrabiemu. Czy przysłużył mu się inny zdradzony mąż lub brat jakiejś skompromitowanej damy? Kto przekazał wieści markizowi, pozostawało tajemnicą.

Tak czy inaczej, uprzedzony o cudzołóstwie de Estella wpadł do buduaru żony, gdzie znalazł potwierdzenie plotek. Buzujący wściekłością, bez namysłu wyszarpnął zza pasa nabity pistolet. Byłby pewnie zabił Valdegamasa, lecz w zdenerwowaniu chybił. Kula utkwiła w ścianie. Ładować broń w takim roztrzęsieniu niepodobna.

Jedyne, co mógł zrobić w tej sytuacji, to wyzwać łotra na pojedynek. Wybór broni pozostawił przeciwnikowi. Liczył na szpady lub pistolety, lecz ku jego zaskoczeniu Armando zdecydował się na szable. Na wieść o tym markiz zmełł w ustach przekleństwo pod adresem słowiańskiej fantazji rywala. Na szable pojedynkowali się przede wszystkim Polacy i Węgrzy, w Hiszpanii preferowano broń palną.

Valdegamas celowo wybrał taki, a nie inny oręż, zwiększając swą przewagę nad markizem. Wszak bardzo skutecznie uczył się fechtunku zarówno w dalekiej, zimnej Polsce, jak i w Hiszpanii pod okiem pana Żaczka. Niewielu mężczyzn mogło mu sprostać, więc był pewny wygranej. Liczył na to, że pojedynek zakończy się bez ofiar śmiertelnych, które mog­ły być skutkiem strzelaniny. Nie zamierzał ryzykować życia z powodu kobiety, która jego zdaniem nie była warta tego, by przelewać krew.

Sekundanci skończyli oględziny oraz dezynfekcję szabel, wymienili kilka uwag stosownych do okoliczności. Ustalono, że walka ma trwać do pierwszej krwi lub rozbrojenia przeciwnika.

– Baczność! – krzyknął gromko kierownik pojedynku.

Zwaśnieni dżentelmeni wymienili uścisk dłoni i zajęli pozycje naprzeciw siebie. Mierzyli się bacznymi spojrzeniami, w milczeniu planując taktykę.

– Naprzód! – zarządził mężczyzna czuwający nad przebiegiem walki i cofnął się w stronę stojącego nieco dalej medyka, aby ustąpić pola przeciwnikom.

Valdegamas zakręcił szablą młynka i rozłożył ramiona w zachęcającym geście, jakby przyzywał ku sobie kochankę. Lekceważąca poza sprowokowała markiza do rozpoczęcia ataku. Z furią rzucił się w stronę wicehrabiego, dając upust wściekłości.

Dżentelmeni z brzękiem skrzyżowali oręż.

Zdradzony mąż przypuścił szybką wymianę ciosów, aby w ten sposób zaskoczyć Armanda, a tym samym nie dać mu szansy na długą potyczkę. Słyszał bowiem, że największym błędem dotychczasowych przeciwników tego odrażającego uwodziciela była opieszałość. Valdegamas był nad wyraz wytrzymały. Bawił się rywalami, dając im złudzenie chwilowej przewagi. Nigdy nie spieszył się z kontratakiem, licząc na zmęczenie wroga.

Markiz stanowczo nie zamierzał do tego dopuścić. Jak oszalały wywijał szablą, raz po raz usiłując dosięgnąć Armanda ostrzem. Nie zważał na założenia, iż mają walczyć do pierwszej krwi. Nie miałby absolutnie nic przeciwko temu, aby wypruć z łajdaka flaki lub rozłupać mu czerep. Starał się zadawać ciosy jak najwyżej. Tak, aby zamiast niegroźnie ranić, zabić Valdegamasa. Swoim zaciętym atakiem zmusił młodego mężczyznę do obrony, Armando wycofywał się, robiąc wysokie osłony i chroniąc się przed uderzeniami w głowę lub barki.

Przez korony drzew nieśmiało przedarły się pierwsze promienie porannego słońca. Z wolna opadała mgła, chmury odpływały w dal, niesione delikatnymi powiewami wiatru. Buty walczących zapadały się w grząski, nadrzeczny teren. Wokół ścieliły się suche zeszłoroczne trawy, których bura pierzyna przykrywała kląskające pod podeszwami błoto. Przy każdym starciu słychać było głośny szczęk oręża.

Wykonywanie ciągłych zasłon i uników zaczynało nużyć Valdegamasa. Nadszedł czas, stwierdził, aby zakończyć ponurą zabawę i pokazać markizowi, że szabla służy mu nie tylko do obrony. Gdy de Estella po raz kolejny ciął na odlew, Armando wykonał wysoką zasłonę odbijającą. Wykorzystał impet przeciwnika i pozbawił go w ten sposób broni, która upadła kilka kroków dalej. Zyskał wyborną okazję, aby zadać pchnięcie rozstrzygające o wyniku pojedynku. Nie chciał jednak tego robić, postąpiłby niehonorowo, godząc w odsłoniętą pierś markiza.

– Stój! – krzyknął kierownik walki, pragnąc zakończyć potyczkę.

– Nic z tego! – zaprotestował markiz, zerkając w stronę szabli połyskującej wśród zrudziałych traw kilka kroków dalej. Próbował oszacować, czy jest w stanie dostać się do swego oręża, nie odnosząc przy tym urazu. – Mieliśmy się bić do krwi!

– Nie ranię bezbronnego – oznajmił Armando. – Proszę podnieść broń, chyba że uznaje pan swą porażkę.

– Nigdy w życiu! – wycedził przez zaciśnięte zęby zdradzony mąż. – Nie dam satysfakcji judaszowi!

Armando odsunął się i pozwolił, aby przeciwnik ponownie ujął szablę. Cierpliwie poczekał, aż Conrado oczyści ją tamponem. Po chwili pojedynek rozgorzał na nowo, lecz tym razem Valdegamas zamierzał szybko dokończyć dzieła. Udało mu się wywieść markiza w pole, i gdy ten usiłował wykonać unik in-quartata, młody mężczyzna wziął zamach łukowy z nadgarstka i uderzył go niespodziewanie nyżkiem. Markiz nie zdążył z ripostą, zadraśnięte lekko lewe udo spłynęło krwią.

– A jednak przegrałeś pan – stwierdził z satysfakcją Valdegamas, świadom, że nie poturbował przeciwnika nazbyt mocno. Nawet przez moment nie brał pod uwagę dotkliwszego zranienia pozywającego, chciał po prostu wywinąć się cało z opresji.

Rozgoryczony de Estella zaklął szpetnie. Buzujący w nim gniew znieczulił go na ból. Porażka w pojedynku ubodła go nie mniej dotkliwie niż zdrada połowicy. Nie otrzymał pożądanej satysfakcji.

Valdegamas pogorszył tylko sytuację, mówiąc nieopatrznie:

– Zapewniam, markizie, iż pańska żona nie była tego warta.

Odwrócił się i odszedł, nie spoglądając wstecz. Wsunął oręż do pochwy, narzucił kamizelkę oraz surdut, a zmięty fular wetknął do kieszeni. Wymienił uścisk dłoni z sekundantem przeciwnika.

Poklepał Conrada po plecach.

– Dziękuję, przyjacielu. Przykro mi, że straciłeś śniadanie u madame Carlotty. W rewanżu proponuję kolację w towarzystwie pewnej młodziutkiej chórzystki. Ma wystarczająco dużo ładnych koleżanek, aby zaspokoić najwybredniejsze gusta.

Podszedł do konia. Zamierzał go dosiąść, gdy usłyszał ostrzegawczy okrzyk sekundanta. Błyskawicznie się odwrócił i ujrzał markiza pędzącego z obnażoną szablą. Jego oczy płonęły dzikim blaskiem. Valdegamas nie miał czasu na myślenie. Gładkim pociągnięciem wydobył z pochwy oręż, aby w ostatniej sekundzie obrócić broń w stronę atakującego. Przeciwnik z impetem nadział się na ostrze. Spojrzał ze zdziwieniem na Armanda. Wicehrabia cofnął zakrwawioną szablę, z rany wytrysnęła krew. Usta przeciwnika po­kryła szkarłatna piana. Mężczyzna padł na twarz. Armando kucnął przy nim i odwrócił go na plecy. Nieruchome oczy markiza odbijały niebo. Valdegamas spojrzał na zgromadzonych ludzi.

– Nie żyje – oznajmił.

Conrado zaklął siarczyście.

– Stary głupiec! – urągał. – Oszalał! Chciał cię zabić. Panowie! Biorę was na świadków – zwrócił się do pozostałych mężczyzn. – Markiz de Estella postąpił nieuczciwie!

Wieść o pojedynku obiegła Sewillę lotem błyskawicy. Armando, który już wcześniej miał złą sławę podrywacza i lekkoducha, trafił na języki całej socjety. Mimo że to de Estella walczył niehonorowo, gniew społeczności spadł na Valdegamasa. Zdaniem ogółu wicehrabia powinien był dać przeciwnikowi satysfakcję i pozwolić się ranić. Tym bardziej że wśliznął się do pałacu przy Plaza de Doña Elvira pod pretekstem zalotów do Cataliny – tak mawiano oficjalnie. Nieoficjalnie natomiast nikt nawet przez moment nie dowierzał, aby panna de Estella wzbudziła jakiekolwiek zainteresowanie młodego mężczyzny. Dla wszystkich było oczywiste, że plotki o jego zalotach do niej są mocno przesadzone.

Córkę markiza, prócz niebagatelnego posagu, cechował poważny mankament w postaci garbu oraz szpetnej i dziobatej twarzy. O ile krzywe plecy mogła ukrywać za mantylą i długimi kruczoczarnymi włosami, o tyle druga wada była nie do zatuszowania. Lico miała wyjątkowo niemiłe dla oka, więc nawet wysokie uposażenie panny de Estella oraz znakomite koneksje ojca nie były w stanie zachęcić żadnych starających się. Ponadto Catalinie brakowało ogłady towarzyskiej. Dorastała bowiem na głuchej prowincji, przy ciotce, która całe dnie spędzała na modłach. Złośliwi mawiali, że zamiast unieszczęśliwiać dożywotnio jakiegoś mężczyznę, który musiałby być chyba wyjątkowo pazernym ślepcem, powinna raczej wstąpić do klasztoru. Catalina nie przejęła cichej pobożności po krewnej, lecz podobnie jak ojciec była istotą zgryźliwą i nieuprzejmą.

I na co mi to było? – Ta myśl dręczyła Armanda od chwili, gdy wysunął ostrze z trzewi markiza.

Zdawał sobie sprawę, że jego zachowanie rzuciło cień na całą familię. Valdegamasowie należeli do najznamienitszych rodzin w Sewilli. Ojciec Armanda był powszechnie szanowanym obywatelem. Posiadał rozległe dobra ziemskie w Andaluzji i zasłynął jako wytwórca najlepszych korków do wina. Felipe był znanym politykiem i robił świetną karierę na królewskim dworze. Juan Carlos prowadził rozległe interesy. Zła sława Armanda mogła im mocno zaszkodzić. Na dodatek Armando był trzecim z kolei kandydatem do tytułu hrabiego i bodajże ostatnią szansą na zachowanie ciągłości rodu, gdyż żaden z jego braci nie doczekał się syna. Felipe spłodził cztery córki, natomiast Juan Carlos, chociaż od czternastu lat był żonaty, w ogóle nie miał dzieci i wszystko wskazywało na to, że jego żona jest bezpłodna.

Pojawienie się wicehrabiego kilka dni po pojedynku w loży de Valdegamasów wywołało wśród publiczności opery głośny szmer dezaprobaty. Tym razem nie spektakl, lecz Armando był główną atrakcją wieczoru. Na jego powitania odpowiadano zdawkowymi skinieniami głowy bądź też zupełnie je ignorowano. Wiele szacownych osób zdecydowało się nawet na opuszczenie budynku, aby dać wyraz pogardzie. Z dnia na dzień mężczyzna został wyrzucony poza nawias lokalnej społeczności, utracił członkostwo we wszystkich klubach i napiętnowano go jako łotra.

Pablo uważał, że gdyby to był jednorazowy wyskok syna, za kilka tygodni umilkłoby echo skandalu i wszystko wróciłoby do normy. Niejeden raz wykluczano Armanda z klubów, a potem na powrót witano go z otwartymi ramionami. Jednakże tym razem sprawy poszły o wiele za daleko. Już nie postrzegano go jak lekkoducha i utracjusza. Paradoksalnie, wygrywając w honorowej potyczce, splamił swój honor.

Targany wyrzutami sumienia Armando postanowił zadośćuczynić krzywdzie, którą wyrządził Catalinie, zabijając jej ojca. Wprawdzie mierziła go myśl o aranżowanym małżeństwie, lecz nie widział innego sposobu na oczyszczenie nazwiska. Zamierzał poślubić sierotę. Pablo nie był zachwycony jego planem. Uważał, że córka markiza de Estella nie jest odpowiednią kandydatką na żonę dla najmłodszego syna, jednak nie protestował. Ważniejsze od osobistego szczęścia Armanda było ugaszenie pożaru.

Armando polecił zaprząc do powozu i zawieźć się do pałacu markiza. Darował sobie zabranie kwiatów. Nie zamierzał obsypywać nimi Cataliny. Uznał, że sam pierścionek wystarczy.

Na głównych drzwiach wejściowych ciągle jeszcze wisiał wieniec spowity żałobnym kirem. Napuszony lokaj, rozpoznawszy sprawcę nieszczęścia, burknął:

– Jaśnie pani wyjechała.

Chciał zamknąć drzwi. Niezrażony wicehrabia wetknął w nie laseczkę.

– Nic z tego, człowieku. Nie przyjechałem tutaj do markizy. Anonsuj mnie do panny Cataliny, nim wywołam kolejny skandal, dobijając się do drzwi na oczach całego miasta.

Lokaj obrzucił go niechętnym spojrzeniem i wycofał się w głąb hallu. Valdegamas wyglądał na zdolnego do takich czynów. A skandali było ostatnio zdecydowanie za dużo.

Armando wszedł pewnym krokiem. W końcu niebawem miał zostać panem tego domu. Nie mógł pozwolić, aby jakiś prostak traktował go protekcjonalnie.

– Powiedz pannie de Estella, że to sprawa niecierpiąca zwłoki – rzucił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Lokaj zaprowadził go do małej bawialni.

Miejmy to z głowy jak najszybciej – pomyślał Valdegamas.

Postanowił bez ogródek zaproponować Catalinie, że każde z nich będzie żyło własnym życiem. Małżeństwo miało być zawarte jedynie dla zachowania pozorów.

Z zadumy wyrwał go odgłos kroków i szelest koronek. Do salonu weszła dama w czerni. Armando zmierzył ją wzrokiem i skrzywił się nieznacznie. Wciąż tak samo szpetna – stwierdził z głęboką niechęcią. W porę się opamiętał, nie należało sobie obrzydzać bardziej tego, co i tak wywoływało w nim opór.

Po krótkim powitaniu usiedli naprzeciw siebie.

– Czemu zawdzięczam pańską, jakże niestosowną w tych okolicznościach, wizytę? – zapytała go bezpośrednio. – Domyślam się, że nie przybyłeś pan tutaj po to, aby rozprawiać o pogodzie. Nie przypuszczam nadto, byś miał pan czelność niepokoić mnie z powodu mojej, pożal się Boże, macochy. Jej tu nie ma, visconde. Wyjechała natychmiast po pogrzebie.

– Czyż panny sługa zapomniał przekazać, że przyjechałem do pani? – zdziwił się Armando, nieprzyzwyczajony do uszczypliwego tonu w ustach damy. Uznał, że nie ma sensu lawirować i lepiej od razu wyłuszczyć sprawę, w której przybył. Wydostał z kieszeni surduta aksamitne pudełeczko z pierścionkiem. Podał je pannie de Estella.

– Czuję się w obowiązku, aby zadośćuczynić za wyrządzoną pani krzywdę. W związku z tym uważam, że powinniśmy się pobrać – powiedział bez ogródek.

Kobieta uchyliła wieczko i spojrzała na pierścionek, potem zlustrowała Armanda wnikliwym spojrzeniem ciemnych oczu.

– Uważasz pan? – powtórzyła. – Cóż za mało romantyczne oświadczyny!

– Honor nakazuje mi to zrobić, winien jestem pani opiekę. Nie będę jednakże kłamał, opowiadając, że żywię do panny głębokie uczucia. Byłbym ostatnim łotrem, stwarzając iluzję czegoś, co nie istnieje. Proponuję prosty układ: weźmiemy cichy ślub i wyjedziemy na jakiś czas na prowincję. A kiedy wrócimy, każde z nas będzie prowadziło własne życie. Oczywiście zachowamy pozory zgodnego małżeństwa i będziemy razem bywać w towarzystwie.

Wysłuchała go w milczeniu. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Armando Kamil de Valdegamas-Stadnicki był nader łakomym kąskiem. Nawet fakt, że jest trzeci z kolei do dziedziczenia tytułu, nie umniejszał jego atrakcyjności. Zresztą cóż córce markiza po godności hrabiowskiej? Armando był dość młody, zabójczo przystojny i na dodatek bogaty. Niejedna panna wybaczyłaby mu niechlubną przeszłość, byle wydać się za niego za mąż. Catalina mogłaby teraz zatriumfować nad innymi i zdobyć go dla siebie, nieważne na jakich warunkach. Z rozkoszą utarłaby nosa tym wszystkim młodym damulkom, które od dawna wypatrywały sobie za nim oczy.

Przedłużając chwilę namysłu w nieskończoność, wyjęła z pudełeczka pierścionek. Obejrzała brylant. W jego precyzyjnie oszlifowanych ściankach rozbłysły tęczowe refleksy. Armando wpatrywał się w nią z napięciem. Zdawała sobie sprawę, że jest on równie cyniczny jak ona, stanowiliby doskonale dobraną parę: obydwoje na swój sposób znienawidzeni przez socjetę, chociaż każde z nich z innego powodu.

Kobieta gorączkowo namyślała się nad odpowiedzią. Perspektywa małżeństwa z Armandem była równie kusząca, co budząca niechęć. Przede wszystkim Catalina była od niego starsza – niewiele, bo niewiele, ale zawsze. Uważała za oczywiste, że będzie wyglądała żałośnie u boku tak oszałamiającego męża, wszak urodą nie grzeszyła.

Spojrzała na Armanda, napawając się niepokojem, w jego oczach. Doskonale wiedziała, że on nie chce tego małżeństwa. Budziła w nim odrazę, nie potrafił jej dość dobrze ukryć.

Włożyła klejnot do pudełeczka, zatrzasnęła je i oddała mężczyźnie. Armando odruchowo wyciągnął rękę. Był zdezorientowany.

– Co to ma znaczyć? – zapytał.

– To znaczy: nie. Wyobrażam sobie, ile to pana kosztowało. Doceniam poświęcenie, ale nie zamierzam pana poślubić – odpowiedziała spokojnym tonem.

– Nie wierzę własnym uszom – stwierdził.

Zupełnie się tego nie spodziewał. Jeszcze przed chwilą był pewien, że Catalina go przyjmie. Teraz z jednej strony zaniepokoił się jej decyzją, gdyż problem przez to nie znikał. Z drugiej strony poczuł ogromną ulgę, jakby zdjęto mu z ramion wielki ciężar. Wolał nie drążyć tematu. A nuż panna de Estella zmieni zdanie? Skoro już raz poczuł smak świeżo odzyskanej swobody, nie zamierzał z niej rezygnować.

Jakoś załatwi problem skandalu. Może zniknie na trochę z towarzystwa? Zaszyje się wśród dębów korkowych na prowincji. I z całą pewnością jak najszybciej rozejrzy się za odpowiednią kandydatką na żonę. Zanim znów strzeli mu do łba coś równie absurdalnego jak romans z nieszanującą się mężatką.

Rodzice z niepokojem oczekiwali na przyjazd Armanda od panny Cataliny. Kamerdyner dość szybko zasygnalizował powrót panicza i już po chwili Armando zjawił się w salonie.

– Nie przyjęła mnie – uprzedził pytania bliskich.

– Och… To nic, mój drogi – odparła matka z lekkim westchnieniem ulgi. Niech się ten okropny moment choć trochę odwlecze. Może za kilka dni Armando zmieni zdanie na temat tego absurdalnego projektu? – To zrozumiałe, ma żałobę po ojcu. Zapewne nie przyjmuje teraz nikogo.

– Ależ nie, mamo. Widziałem Catalinę i poprosiłem ją o rękę.

– Czyli rekuza? – upewniła się kobieta.

Mężczyzna potwierdził skinieniem głowy.

– I co teraz zamierzasz? – zapytał Pablo. – Jak naprawisz szkody, które wyrządziłeś naszej rodzinie?

– Myślę, że powinienem wyjechać na jakiś czas. Może osiądę w Ubrique?

– Oczywiście! Odosobnienie dobrze ci zrobi. Pod warunkiem że nie zaczniesz romansować z jakąś miejscową mężatką – stwierdził z goryczą. – Ludzie z prowincji nie są zbytnio wyrozumiali. Gdybyś tam wpadł w tarapaty, bez wątpienia nie pożyłbyś długo. Z twoim charakterkiem powinieneś raczej udać się na bezludną wyspę i wzorem Robinsona Crusoe pożyć na pustkowiu.

– Pablo! Czy ty aby nie przesadzasz? – zaprotestowała hrabina, odwracając się do męża. – Nasz syn nie zawrze małżeństwa z Cataliną. W gruncie rzeczy mamy raczej powód do radości, wszak nie o takiej synowej marzyliśmy.

– Obecnie możemy zapomnieć o jakiejkolwiek synowej – odparł Pablo. – Żadna szanująca się panna nie zechce kogoś, kto ma reputację donżuana! Musiałaby być z bardzo odległej prowincji albo mieć opinię równie zszarganą jak on. Ten pojedynek stanowił kroplę, która przelała czarę goryczy. Nie dość, że uwodziciel, to jeszcze zabijaka! A! I z ciągotami do hazardu! Powinienem cię wykląć – zwrócił się gniewnie do syna, po raz pierwszy dając wyraz złości na niego. Od dnia pojedynku zachowywał powściągliwość, gdyż dobrze wiedział, jak bardzo ta smętna sprawa gryzie Armanda.

Wicehrabia zwiesił głowę.

– Wybacz mi, ojcze, że splamiłem honor rodziny – powiedział z niepodobną do niego pokorą.

– Mam lepszy pomysł niż bezludna wyspa lub małżeństwo dla zachowania pozorów – oznajmiła Gertruda, a widząc, że ma stosowny posłuch, kontynuowała: – A może Armando wyjedzie do Polski? Jestem pewna, że Ludwika dobrze go przyjmie. Zawsze twierdziłeś – spojrzała na potomka – że to twoja druga ojczyzna, biłeś się nawet w jej sprawie podczas powstania. Pozostaniesz tam, jak długo zechcesz. Czym dłużej, tym lepiej. Pamięć ludzka jest nieprawdopodobna! I niech ostatni skandal będzie dla ciebie przestrogą. A może przebywając w Stadnikach, poznasz jakąś miłą pannę, która zechce cię poślubić i nie będzie się wzdragała przed przyjazdem w przyszłości do Hiszpanii?

– To chyba dość dobry pomysł. Podobno po ostatniej rebelii Polska to pogrążony w żałobie kraj sierot i wdów. Tam Armando będzie musiał powściągnąć swój gorący temperament – dodał z przekąsem Pablo.

– Wierzę, że nie przysporzysz nam dalszych trosk, Armando – skwitowała hrabina.

Postanowiono, że w ciągu kilku dni Armando opuści Sewillę. Nadano depeszę do Karskiej z zapowiedzią jego rychłego przybycia. W pośpiechu pakowano liczne kufry. Trzy tygodnie po nieszczęsnym pojedynku odwieziono panicza na dworzec kolei żelaznej.

W ostatniej chwili, roniąc łzy na pożegnanie, Gertruda zsunęła z palca drogocenny pierścień – pamiątkę po swej matce. Wręczyła go synowi ze słowami:

– Podaruj ten rubin pannie, która będzie naprawdę godna, aby go nosić.

Rozdział 2 Prowincja

W minionych latach przyjaźń pomiędzy Walerym i Maurycym uległa znacznemu rozluźnieniu. Zresztą listy z Hiszpanii też docierały do Orszanda ze znikomą częstotliwością.

Kiedyś byliśmy jak muszkieterowie – rozmyślał mężczyzna. Dziś mało co nas łączy prócz wspomnień. Gdyby przynajmniej Maryla była łaskawsza… Mógłbym znowu, jak za dawnych lat, mieć druha w Sokołowskim.

Choć Maurycy po śmierci ojca zaczął stronić od znajomych, Walery poczuwał się do obowiązku, by raz na jakiś czas odwiedzić przyjaciela. Byłby może odpuścił, zrażony zmianą, która zaszła w kuzynie, lecz uległ urokowi jego powabnej siostry.

Kiedy ostatecznie Orszand ukończył naukę na Sorbonie, jeszcze przez dwa lata oddawał się podróżowaniu po południowych krajach europejskich, zbierając doświadczenia i poszerzając horyzonty. Ojciec na to nalegał, twierdząc, że do podstaw edukacji młodzieńca z dobrego domu należy obycie w świecie. Przez jakiś czas Walery miał nawet towarzystwo młodszego brata, który dla odmiany studiował w Padwie. Z Maksymilianem nigdy nie zbudował bliskich relacji, choć wspólne wojaże po słonecznej Italii nieco ich do siebie zbliżyły. Nieodmiennie jednak odnosił wrażenie, iż młody zazdrosny jest o jego pozycję w rodzinie i czuje się kimś gorszym. Maks nader słabo to tuszował.

Gdy Walery w końcu dotarł do rodzinnego domu, jedną z pierwszych rzeczy, jakie uczynił, była wizyta u Maurycego. Kuzyn wydał mu się wówczas mocno odmieniony, dziwnie sposępniały, niepodobny do siebie. Przyjął Orszanda tak, jakby nie łączyły ich solidarnie przeżyte przygody, lecz byli zaledwie dalekimi znajomymi. Niemniej jednak podczas tej wizyty Walery miał okazję odświeżyć znajomość z Marylą Sokołowską.

Pannę pamiętał z dawniejszych wizyt w Sierakowie. Przed laty była uroczą dziewczynką, czasami pozwalano jej na przebywanie wraz z dorosłymi w salonie, podobnie jak najmłodszej z rodzeństwa, wielce niesfornej Apolonii. O ile Pola wzbudzała jakiś zadziwiający sentyment w Maurycym i Armandzie, o tyle on już wówczas dostrzegał klasę Maryli. Od dziecka zapowiadała się na wielką damę o posągowej urodzie. I rzeczywiście, gdy spotkał ją po latach, uległ jej czarowi. Liczyła wówczas siedemnaście lat i oficjalnie jeszcze nie bywała wśród elit. Spodobała mu się jednak na tyle, że postanowił na nią poczekać. Był zatem świadkiem jej debiutu towarzyskiego i późniejszych sukcesów święconych na salonach. Wytrwale zabiegał o jej względy, a konkurencję do rączki posażnej i urodziwej panny miał nielichą.

Pierwszy raz oświadczył się zdecydowanie zbyt wcześnie, niespełna pół roku po tym, jak wprowadzono ją w świat dorosłych. Nie spodziewał się rekuzy od niedoświadczonego życiowo dziewczęcia, zwłaszcza że miał aprobatę jej matki oraz brata, który zastępował Maryli ojca.

Odmowa mocno go ubodła. Przez jakiś czas nie zaglądał do dworu w Sierakowie, zaczął wręcz rozglądać się za inną panną na wydaniu, która wpasowałaby się w oczekiwania nie tylko jego, ale również rodziny. Wszak owa dama miała zostać hrabiną.

Cóż, gdy żadna nie podobała mu się na tyle, by się oświadczyć.

Na domiar złego wciąż widywał pannę Sokołowską. A ta, o ile w ogóle to było możliwe, piękniała w oczach. Przybywało jej adoratorów, lecz żadnemu się nie poszczęściło. Postanowił, że ponownie spróbuje.

Dwa lata temu otrzymał drugą odmowę. Tym razem się nie zraził: ukochana warta była zachodu. W oczach socjety zaczynała uchodzić za kapryśnicę, która czeka na księcia z bajki. Wszak to Orszand był najatrakcyjniejszym kawalerem w okolicy. Ufał więc, że prędzej czy później skruszy serce Maryli. Ba! Zdobycie jej przychylności postawił sobie za punkt honoru!

– Czas się żenić, synu – napominał go ojciec.

– Nie zwiążę się z pierwszą lepszą – odparł pewnego razu.

– Nie liczysz chyba na to, że panna Sokołowska zmieni zdanie? – zagadnęła matka, która zwykle niewiele miała do powiedzenia. Była istotą nad wyraz cichą, skromną, jakby pozbawioną jakiegokolwiek ducha.

– Na to właśnie liczę – przyznał.

– Gdybym był na twoim miejscu, rozmówiłbym się stanowczo z jej bratem – stwierdził Cezary. – Kobiety nie powinny mieć swobody przy wyborze męża, bo ich decyzje nie należą do roztropnych. Ja ocaliłem twą matkę przed popełnieniem życiowego błędu. Miała się ku temu prostakowi Kowalskiemu – powiedział nader niedyskretnie.

– Cezary! – oburzyła się słabo Izabela. – Nie powinieneś wracać do przeszłości. Nic mnie nie łączyło z tamtym człowiekiem – próbowała się usprawiedliwić przynajmniej w oczach synów.

– Może ojciec powinien rozważyć, komu przekazać tytuł i majątek? – zapytał bezczelnie Maksymilian. – Skoro Walery nie radzi sobie z krnąbrną panną, to nie wiem, czy ma dość ikry, by mienić się w przyszłości głową rodu.

– Zamilcz! – ryknął rozjuszony Walery. – Jeszcze w tym roku założę rodzinę – oświadczył stanowczym tonem. – Z ­Sokołowską.

Sam nie wiedział, jak tego dokona. Na Maurycego nie miał wpływu. Uparty osioł zamiast oddać mu rękę siostry i skłonić pannę do zamążpójścia, twierdził, iż życzeniem madame Emilii jest, aby jej córki samodzielnie decydowały o własnym losie. I że żadnej nie zmusi do zawarcia małżeństwa, nie dopuści też, by któraś padła ofiarą skandalu. Stała na straży cnoty Maryli niczym mityczny Cerber! Pilnowała poczynań córki, której na każdym kroku towarzyszyła przyzwoitka.

A Waleremu już chodziło po głowie, by wymusić zaręczyny poprzez skompromitowanie panny. Wszak w miłości i na wojnie dozwolone są wszystkie chwyty.

Ludwika Karska z niecierpliwością oczekiwała przyjazdu Armanda. Z depeszy, którą otrzymała od siostry, wynikało, że młodzieniec będzie jej gościem dość długo. Bardzo ją to cieszyło, ponieważ od lat czuła się samotna. Obecnie w Stadnikach mieszkała z nią wyłącznie Maria, daleka krewna ze strony matki, uboga stara panna bez perspektyw na zamążpójście i bez woli do tego, by wstąpić do klasztoru. Armando bawił ostatnio u Ludwiki tuż po tym, jak upadło powstanie. Aż się wierzyć nie chciało, że od tamtej pory minęło jedenaście lat!

Powóz został już wysłany na dworzec kolejowy do Krakowa. Karska trochę żałowała, że nie zdecydowała się wyjechać po siostrzeńca, jednak dzień był wyjątkowo ponury i lało jak z cebra, więc jej kości przenikał nieprzyjemny ból.

Starość nie radość, młodość nie wieczność – pomyślała.

Męczona zadyszką, wspięła się po schodach na piętro, by ocenić, czy wszystko jest gotowe na przyjęcie gościa. W ostatnich latach zarzuciła jazdę konną i w ogóle stała się mniej aktywna fizycznie, więc znowu utyła.

Zajrzała do pomieszczeń, które przed laty zajmował jej mąż, August. W kominku niedużego saloniku myśliwskiego buzował ogień. W sypialni było równie ciepło i przytulnie. Pokoje zostały wywietrzone, posprzątane na wysoki połysk. Obszerne łoże niegdysiejszego pana domu zaopatrzono w świeżą pościel. Ludwika poleciła przygotować dodatkowe okrycia, na wypadek gdyby nienawykły do zimna Armando poskarżył się na chłód.

Skończywszy inspekcję, postanowiła jeszcze zajrzeć do kuchni i sprawdzić, jak postępują przygotowania do odświętnej kolacji.

Na oficjalne powitanie przyjdzie czas po Wielkanocy. Ludwika zaplanowała bal na cześć swego gościa. Zostało zatem kilka tygodni – dość, aby zorganizować przyjęcie. Musiała zadbać o przyjemności Armanda, ponieważ pragnęła zatrzymać go u siebie jak najdłużej. Wierzyła, że młody mężczyzna wniesie radość w jej świat wypełniony obowiązkami i tchnie w opustoszały dworek nowe życie. Zależało jej na tym, żeby siostrzeniec dobrze się u niej bawił, więc już rozsyłała zaproszenia do krewnych oraz przyjaciół.

W pierwszym rzędzie wysłała stosowny bilet do Sokołowskich. Wizyty Maurycego nie była pewna, gdyż od śmierci Franciszka baron wciąż pogrążony był w rozpaczy przemieszanej z wyrzutami sumienia. Na nic zdawały się perswazje, pod wieloma względami przypominał swego ojca, był równie zacięty. Wiódł niemalże pustelniczy żywot, oddając się w całości pracy oraz sprawowaniu opieki nad siostrami. Nie założył rodziny i wszystko wskazywało na to, że wypełni przysięgę, którą na kolanach składał w jej ogrodzie. Zresztą od tamtej pory relacje Karskiej z mieszkańcami Sierakowa uległy znacznemu rozluźnieniu. I o ile wiedziała, Maurycy ograniczył kontakty także z kuzynami.

Czy przyjazd Armanda wyrwie tego nieszczęśnika z kokonu otępienia? Ach! Jakże tego pragnęło jej zatroskane serce!

W głębi duszy żywiła nadzieję, że Maurycy jednak się zjawi i przywiezie ze sobą Marylę, najpiękniejszą w okolicy pannę na wydaniu. Marylka liczyła obecnie dwadzieścia dwie wiosny i miała wielu adoratorów. Ludwika oczekiwała, że Armando się nią zainteresuje. Byłoby wspaniale, gdyby poślubił polskie dziewczę, bo w takim wypadku bywałby w Stadnikach równie często jak niegdyś. I choć dawniej nie lubiła wtykać nosa w cudze sprawy, już cieszyła się na myśl o swataniu mu ślicznotki.

Na liście gości była jeszcze osiemnastoletnia Apolonia, lecz ta nie dorównywała siostrze urodą. Ludwika nie widziała Wiewióreczki od zeszłego lata, kiedy to najmłodsza Sokołowska spędzała wakacje w rodzinnym domu. W tej chwili dziewczyna przebywała na pensji u sióstr zakonnych w Krakowie, gdzie pobierała przede wszystkim nauki gry na fortepianie, bowiem zapowiadała się na doskonałą pianistkę. Nie bywała jeszcze w towarzystwie i wciąż traktowano ją jak dziecko, choć czas był najwyższy ku temu, by wprowadzić panienkę na salony. Emilia na razie odwlekała ten moment.

Oczywiście Ludwika zamierzała zaprosić wiele szacownych rodzin. Nie pominęła państwa Kłanieckich, którzy mieli na wydaniu dwie spośród aż sześciu córek. Dwudziestopięcioletnia Kazimiera uchodziła już za starą pannę i poniekąd rywalizowała z dziewiętnastoletnią Alicją. Ludwika skrzywiła się na myśl, że Armando może być osaczany przez rodziców owych pannic. Jego pobyt w Polsce mógł stanowić dla nich nie lada atrakcję. Cóż, pozostało ufać, że mężczyzna bywały w świecie będzie odporny na wdzięki prowincjuszek.

Wreszcie upragniony gość dotarł do Stadnik. Ludwika od razu porwała siostrzeńca w objęcia. Przycisnęła go do piersi i nie bacząc na obecność służby oraz panny respektowej, pozwoliła sobie na łzy wzruszenia.

– Armando! Pozwól, że ci się przyjrzę, mój kawalerze! – wykrzyknęła radośnie, odsuwając ulubieńca na odległość ramion.

Zlustrowała go uważnym spojrzeniem. Niewiele się zmienił przez minione jedenaście lat. Wyglądał tak samo dobrze jak w dniu, kiedy ostatni raz opuszczał dworek w Stadnikach. Wysoki, dobrze zbudowany, a jednocześnie pełen niepokojącej kociej gracji. Poruszał się lekko. Postawę miał dumną, prostą. Mocno zarysowana żuchwa dodawała mu męskości, podobnie jak wysokie czoło przecięte linią prostych czarnych brwi.

– Ależ ty jesteś przystojny! – zauważyła. – Złamiesz wszystkie dziewczęce serduszka w okolicy.

– Bez przesady, ciociu – odparł skromnie. – Mama zasyła pozdrowienia. Całuję rączki.

Po tych słowach ucałował dłonie Karskiej, zapewniając, że cieszy się na myśl o pobycie w jej uroczym towarzystwie.

– Czarodziej z ciebie! Jak zawsze zresztą – dodała. – Będziesz miał dosyć panien do komplementowania, i to już wkrótce.

Ludwika przedstawiła Armanda Marii, następnie ujęła go pod ramię.

– A teraz chodź. Zaprowadzę cię do twoich pokoi. Odświeżysz się i odpoczniesz. Za godzinę będzie kolacja. Mam nadzieję, że twoje rzeczy nie ucierpiały w ulewie – zmartwiła się, widząc, że właśnie wnoszone są do środka kufry.

Ruszyli w stronę schodów. Na piętrze Ludwika zaprowadziła gościa przed najwytworniejsze prywatne pomieszczenia.

– Ależ to pokoje wuja! – zdziwił się młody mężczyzna.

Nie spodziewał się, że zostanie w nich ulokowany. Od śmierci Augusta stały niezamieszkane.

– Oczywiście, mój drogi – odpowiedziała, otwierając przed nim podwójne drzwi. – Są teraz do twojej dyspozycji. Pragnę, abyś czuł się u nas jak najlepiej. Jaka szkoda, że Trudzia nie mogła z tobą przyjechać. Niemożliwie wręcz za nią tęsknię. Powiedz, co tam słychać u mojej drogiej siostrzyczki? Zdrowie jej dopisuje?

– Mama czuje się wybornie. Nie narzeka na żadne dolegliwości, humor także jej nie opuszcza. Mam listy od krewnych dla ciebie – przypomniał sobie. – Są w podręcznym bagażu. Jak tylko zostanie przyniesiony, natychmiast ci je przekażę.

Weszli do przytulnego salonu. Armando zsunął z przemarz­niętych dłoni czarne skórzane rękawiczki i rzucił je na stolik. Wyciągnął ręce w stronę ognia.

– Co za paskudna aura! – ocenił.

– W rzeczy samej. Od tygodnia wciąż mamy szarugi. Nic się nie martw, za parę dni na pewno zrobi się cieplej. Kazałam porządnie ogrzać cały dom, zwłaszcza twoje pokoje. Nie chciałabym, abyś się przeziębił. Zapewne w najbliższym czasie będziemy przyjmować mnóstwo wizyt. Spodziewam się, że pod wieloma różnymi pretekstami niejedna bałamutka przywlecze tutaj swoich rodziców. Może wreszcie odzyskam książki, które tak niefrasobliwie wypożyczałam z mojej biblioteki – stwierdziła z przekąsem. – Ostatnio dużo panien brało ode mnie romanse i poezję miłosną. Miej się na baczności – ostrzegła go żartobliwie, a następnie zmieniła temat: – Pouczyłam służbę, że mają traktować cię jak pełnoprawnego mieszkańca dworu, więc czuj się swobodnie. Zostawiam cię samego. Do zobaczenia podczas kolacji.

Po wyjściu ciotki mężczyzna skwapliwie skorzystał z kąpieli. Siedząc w gorącej wodzie, układał plany na najbliższe dni. Wiele wskazywało na to, że osiądzie w Polsce na dłużej. Warto byłoby więc nabyć jakiś przyzwoity ekwipaż, by nie pozbawiać Karskiej jej środka transportu. Od razu wybił sobie z głowy lekki faeton. W tym klimacie najpewniejsze byłyby powóz lub kareta. Przydałaby się również czwórka koni, może tarantów, i solidny wierzchowiec. To tyle, jeśli chodzi o udogodnienia. Musiał też przemyśleć kwestię zorganizowania sobie jakiegoś zajęcia. Nie mógł bezczynnie tkwić pod dachem ciotki, która miała dość spraw związanych z prowadzeniem majątku.

W Hiszpanii osobiście nadzorował wygraną w karty plantację oraz część dóbr należących do ojca. Wiązało się to z częstymi podróżami, wiadomo przecież, że pańskie oko konia tuczy. Mimo hulaszczych ciągot miał niezgorszą głowę do interesów. Nie lubił próżnować. Dwa lata to dość długo, lecz zgadzał się z opinią rodziców, że co najmniej tyle czasu powinien przebywać z dala od Sewilli, by echo skandalu ucichło. Nie ciągnęło go na włóczęgę po Europie, chociaż na polskiej prowincji spodziewał się nudy. W minionych latach niemalże stracił kontakt z Maurycym, podobnie jak z Walerym. Zawsze jednak, zakładał, może się wybrać do Krakowa. Tam bez trudu znajdzie bardziej wyrafinowane rozrywki, a także teatr i operę, które uwielbia. Na razie jednak na nic nie miał ochoty. Po wszystkich nieprzyjemnych zajściach potrzebował solidnego wypoczynku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Przypisy

1 Thomas Carlyle (ur. 1795, zm. 1881) – szkocki pisarz społeczny, historyk i filozof historii, propagator i współtwórca specyficznej historiozofii zwanej heroizmem.
2 Powieść Thomasa Carlyle’a publikowana w prasie w latach 1833–1834 r., W formie książki wydano ją w 1836 r. w Bostonie, w Wielkiej Brytanii w 1838 r.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

W poprzedniej części

Rozdział 1. Skandalista

Rozdział 2. Prowincja

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

© Wydawnictwo WAM, 2026

© Edyta Świętek, 2026

Opieka redakcyjna: Agnieszka Ćwieląg-Pieculewicz

Redakcja: Monika Orłowska

Korekta: Katarzyna Onderka, Magdalena Koch

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Skład: Lucyna Sterczewska

ISBN 978-83-277-4822-5

MANDO

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200

mando.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 629 32 70

e-mail: [email protected]

Opracowanie ebooka: Katarzyna Błaszczyk