Panna Austen - Gill Hornby - ebook + książka
NOWOŚĆ

Panna Austen ebook

Hornby Gill

3,5

51 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestseller „The Sunday Times”, ujawniający sekrety Jane Austen.

Dlaczego Cassandra spaliła cenne listy znanej pisarki?

Rok 1840. Dwadzieścia trzy lata po śmierci sławnej siostry Jane, Cassandra Austen powraca do wioski Kintbury. Wie, że to tutaj, w jakimś zakurzonym kącie plebanii ukryto pakiet listów zawierających sekrety, które za nic nie powinny ujrzeć światła dziennego. Staje przed trudnym wyborem: Czy chronić reputację Jane? A może pozwolić, by potomni poznali treść listów bez cenzury?

Oparta na literackiej tajemnicy, która od lat zastanawia biografów i badaczy, „Panna Austen” jest cudownie oryginalną i kipiącą od emocji powieścią o miłościach i życiu Cassandry i Jane Austen.

„Nie można się oprzeć poczuciu, że Jane Austen spodobałaby się ta książka”.

„Observer”

„Dobra, inteligentna, mądra, zabawna – jestem zachwycona!”

Claire Tomalin

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (8 ocen)
1
3
3
1
0
Sortuj według:
sylwiaga311

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00

Popularność




Mapa

Rodziny

Auste­no­wie

WIE­LEBNY GEO­RGE AUSTEN, pro­boszcz para­fii w Ste­ven­ton, i jego żona CAS­SAN­DRA AUSTEN: para miała ośmioro dzieci, z któ­rych jedno, syn Geo­rge nazwany tak po ojcu, był upo­śle­dzony i miesz­kał z dala od rodziny. Pozo­stałe dzieci:

JAMES prze­jął po ojcu para­fię w Ste­ven­ton. Po śmierci pierw­szej żony oże­nił się z MARY LLOYD. Mieli troje dzieci: ANNĘ, JAMESA-EDWARDA i CARO­LINE.

EDWARD został w mło­dym wieku zaadop­to­wany przez boga­tych krew­nych i wiódł życie wła­ści­ciela ziem­skiego. Oże­nił się z ELI­ZA­BETH i mieli jede­na­ścioro dzieci. Ich naj­star­sza córka FANNY była ulu­bie­nicą jego sióstr: Cas­san­dry i Jane.

HENRY naj­pierw był żoł­nie­rzem, potem ban­kie­rem, a na koniec pasto­rem. Naj­zdol­niej­szy i naj­bar­dziej świa­towy z braci, pomógł Jane zna­leźć wydawcę i peł­nił funk­cję jej agenta.

CAS­SAN­DRA była zarę­czona z Tomem Fowle’em; w póź­niej­szych latach spra­wo­wała pie­czę nad lite­racką spu­ści­zną sio­stry.

FRAN­CIS, znany jako Frank, wstą­pił do mary­narki, dosłu­żył się stop­nia admi­rała i otrzy­mał tytuł szla­checki. Po śmierci pierw­szej żony, która osie­ro­ciła dzie­się­cioro dzieci, oże­nił się z MAR­THĄ LLOYD.

JANE napi­sała sześć powie­ści, z któ­rych dwie uka­zały się już po jej śmierci. Zmarła w lipcu 1817 roku.

CHAR­LES rów­nież był mary­na­rzem.

Fowle’owie

Wie­lebny THO­MAS FOWLE, pro­boszcz w Kint­bury, i jego żona JANE FOWLE mieli czte­rech synów:

FUL­WAR CRA­VEN objął po ojcu para­fię w Kint­bury i oże­nił się z ELIZĄ LLOYD. Mieli trzech synów i trzy córki: MARY-JANE, ELI­ZA­BETH i ISA­BELLĘ.

TOM był zarę­czony z Cas­san­drą.

WIL­LIAM został leka­rzem woj­sko­wym, a CHAR­LES praw­ni­kiem. Obaj zmarli młodo.

Lloy­do­wie

ELIZA była żoną Ful­wara Cra­vena Fowle’a.

MAR­THA była bli­ską przy­ja­ciółką Cas­san­dry i Jane Austen. W póź­niej­szych latach poślu­biła Franka Austena.

MARY była żoną Jamesa Austena.

Wpro­wa­dze­nie

Chodźmy tą ścieżką.

Zamknął za nią ogro­dową furtkę i wska­zał ręką w stronę Elm Walk. Otu­liła się cia­śniej sza­lem i ode­tchnęła głę­boko czy­stym, świe­żym powie­trzem. Był rok 1795 i ten dzień uznał, że zain­au­gu­ruje wio­snę. Wysoko na dębie ptaki wyśpie­wy­wały swoją radość, na gałę­ziach poja­wiły się lep­kie wypu­kło­ści. Razem wspięli się na zbo­cze za ple­ba­nią, prze­szli przez lukę w żywo­pło­cie i tam – z dala od oczu jej rodziny – zatrzy­mał się i ujął jej dłoń.

– Uko­chana – zaczął Tom. Cassy uśmiech­nęła się: naresz­cie. Tak długo cze­kała na tę chwilę. – Och… – Urwał, nagle zawsty­dzony. – Zdaje mi się, że wiesz, co chcę powie­dzieć.

– Wiem? – Spoj­rzała na niego zachę­ca­jąco. – Z roz­ko­szą usły­szę, co chcesz mi powie­dzieć, cokol­wiek to jest. Pro­szę. Mów dalej.

Prze­mó­wił więc. Nie była to wyra­fi­no­wana dekla­ra­cja, zwa­żyw­szy, ile czasu miał na jej przy­go­to­wa­nie. Momen­tami ury­wana – kocha ją od… sam już nie pamięta, od kiedy… jest jedyną kobietą, z którą mógłby roz­wa­żać… hmm… wspólne… i tak dalej, ale ona mimo to słu­chała urze­czona. Prze­mowa paso­wała ide­al­nie do jego uro­czego cha­rak­teru i zarówno ona, jak i ta chwila były jed­no­cze­śnie cudowne i zwy­czajne, tak jak powinny. Kiedy wydało się, że wszyst­kie słowa, także te nie­do­sko­nałe, zaczy­nają go zawo­dzić, posta­no­wiła oszczę­dzić mu mozołu. Poca­ło­wali się, a całe jej ciało zalała fala – czego dokład­nie? – tak, satys­fak­cji. To było jej prze­zna­cze­niem. Wszystko w jej życiu zna­la­zło się na swoim miej­scu.

Spa­ce­ro­wali pod rękę jesz­cze przez chwilę i oma­wiali warunki zarę­czyn. Tak naprawdę był tylko jeden, który prze­peł­niał ich tro­ską: narze­czeń­stwo będzie dłu­gie. I trzeba było też wspo­mnieć o tych okrop­nych sło­wach: „dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów” i „rocz­nie” – jakże doku­czały im obojgu! Ale musieli o nich pamię­tać. Pro­sił o cier­pli­wość; przy­rze­kła ją bez chwili namy­słu. Cassy skoń­czyła dopiero dwa­dzie­ścia dwa lata; mieli przed sobą tyle czasu. A cier­pli­wość była jedną z jej wielu cnót. Ruszyli w stronę domu, by podzie­lić się rado­sną nowiną.

Przy­jęto ją z zachwy­tem, o któ­rym mogli marzyć, lecz nikt nawet nie uda­wał zasko­cze­nia. Te zarę­czyny bowiem – panny Cas­san­dry Austen ze Ste­ven­ton z mło­dym wie­leb­nym Tomem Fowle’em z Kint­bury – ist­niały w powszech­nej świa­do­mo­ści na długo, zanim para pod­jęła decy­zję. Był to w końcu zwią­zek ide­alny, z rodzaju tych, które ura­dują wiele osób. Tak więc musi wyglą­dać ich przy­szłość, to jedyne moż­liwe szczę­śliwe zakoń­cze­nie.

Wszech­świat zade­cy­do­wał o tym już przed wie­loma laty.

Roz­dział I

* * *

Kint­bury, marzec 1840

Panno Austen. – Głos roz­legł się za nią. – Pro­szę mi wyba­czyć. – Odwró­ciła się. – Nie wie­dzia­łam, że tu jesteś.

Cas­san­dra zmu­siła się do uśmie­chu, ale nie ruszyła się z progu ple­ba­nii. Pra­gnęła oka­zać się bar­dziej wylewna – gdzieś głę­boko czuła odle­głe, zna­jome drgnie­nia ser­decz­no­ści – ale wiel­kie zmę­cze­nie nie pozwa­lało jej zro­bić kroku. Stare kości wytrzę­sła podróż dyli­żan­sem z domu w Chaw­ton, a lodo­waty wiatr znad rzeki prze­szy­wał jej stawy. Stała przy swo­ich baga­żach i patrzyła na zbli­ża­jącą się Isa­bellę.

– Musia­łam pójść do zakry­stii – zawo­łała Isa­bella, nad­cho­dząc od strony cmen­ta­rza. Zawsze była drobną, bez­barwną posta­cią, co teraz jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślała nie­twa­rzowa czerń. – Obo­wiązki na­dal cze­kają… – Na tle zie­lo­nej trawy usia­nej pier­wiosn­kami poru­szała się jak cień. – Jest ich takie mnó­stwo. – Jedy­nym ele­men­tem wyróż­nia­ją­cym Isa­bellę był towa­rzy­szący jej pies. I choć w jej gło­sie sły­chać było prze­pra­sza­jący ton, zbli­żała się nie­spiesz­nym kro­kiem. Nawet Pyra­mus idący teraz przez żwir powłó­czył łapami jak żywy obraz nie­chęci.

Cas­san­dra podej­rze­wała, że nie jest tu mile widziana, i jeśli rze­czy­wi­ście tak było, mogła winić tylko sie­bie. Samotna kobieta powinna żyć tak długo, jak pozo­staje uży­teczna. Dłuż­sze życie to prze­jaw złych manier. Zja­wiła się tu bez zapro­sze­nia; Isa­bella prze­ży­wała trudny czas; wszystko to było raczej kło­po­tliwe, ale zro­zu­miałe. Mimo to kie­dyś mogła liczyć na odro­binę entu­zja­zmu ze strony psa.

– Moja droga, jakie to miłe z two­jej strony, że zgo­dzi­łaś się mnie ugo­ścić. – Objęła Isa­bellę, która cała była chłodną uprzej­mo­ścią, i pogła­skała Pyra­musa, choć zde­cy­do­wa­nie wolała koty.

– Nikt do cie­bie nie wyszedł? Nie dzwo­ni­łaś?

Oczy­wi­ście, że dzwo­niła. Przy­była dyli­żan­sem z wiel­kim zamie­sza­niem, by nie umknęło to niczy­jej uwa­dze. Woź­nica zadzwo­nił, potem zadzwo­nił jesz­cze raz. Widziała cał­kiem sporo ludzi: robot­ni­ków rol­nych balan­su­ją­cych na wozach wra­ca­ją­cych z pól i grupę chłop­ców, mokrych po kolana, z traszką w wia­derku. Bar­dzo chciała z nimi poroz­ma­wiać – dość lubiła traszki, a jesz­cze bar­dziej chłop­ców odda­ją­cych się z zapa­łem tak nie­win­nej pasji – ale zda­wali się jej nie dostrze­gać. A w domu pano­wała cisza, choć ta trudna słu­żąca – jak miała na imię, pamięć Cas­san­dry, zawsze tak dosko­nała, zaczy­nała się strzę­pić, nawet jeśli tylko na brze­gach – musiała wie­dzieć dosko­nale, że Cas­san­dra stoi na progu.

– Przy­by­łam w nie­od­po­wied­nim momen­cie. Och, Isa­bello! – Cas­san­dra wycią­gnęła ramiona i spoj­rzała jej w twarz. – Jak się mie­wasz?

– Było trudno. – Oczy Isa­belli poczer­wie­niały. – Naprawdę bar­dzo trudno. – Zma­gała się ze sobą, lecz odzy­skała rów­no­wagę. – Jak znaj­du­jesz teraz to stare miej­sce? Rozej­rza­łaś się?

– Jak zawsze. Dro­gie, kochane Kint­bury…

Przez czter­dzie­ści pięć lat ple­ba­nia była w życiu Cas­san­dry miej­scem zna­nym, czę­sto smut­nym, zawsze uko­cha­nym. Biały trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek z przy­ja­zną fasadą skie­ro­waną na wschód, w stronę pra­sta­rej wio­ski; ogród opa­da­jący z jed­nej strony ku brze­gowi rzeki Ken­net, z dru­giej cią­gnący się do przy­sa­dzi­stego nor­mań­skiego kościoła. Ple­ba­nia była świad­kiem tego, co Cas­san­dra ceniła ponad wszystko: rodziny i dzia­ła­nia, pro­stego, uczci­wego, dobrego życia. Ten szczę­śliwy przy­kład angiel­skiej lokal­nej archi­tek­tury przed­kła­dała ponad więk­sze budowle – God­mer­sham, Sto­ne­le­igh, nawet Pem­ber­ley. Dla­tego z roz­ko­szą zna­la­złaby się w środku – usia­dłaby w fotelu, by ogrzać się przy kominku.

– Wej­dziemy…?

– Oczy­wi­ście. Gdzie się wszy­scy podziali? Pozwól, że to wezmę. – Isa­bella się­gnęła po mały czarny kufe­rek, który Cas­san­dra trzy­mała w ręce.

– Dzię­kuję. Dam radę. – Przy­ci­snęła kufe­rek do piersi. – Ale mój kufer…

– Kufer? Ach tak. – Choć twarz Isa­belli pozo­stała blada i bez wyrazu, w prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu jej nie­bie­skich oczu błysz­czała inte­li­gen­cja. – To na pewno moja wina. Mam tyle na gło­wie. – Jedna brew poszy­bo­wała w górę. – A twój list przy­szedł zale­d­wie wczo­raj. Czy to nie dziwne?

Nie tylko nie dziwne, ale wręcz zamie­rzone. Cas­san­dra ni­gdy wcze­śniej nie była tak nie­uprzejma, by zja­wić się gdzieś bez odpo­wied­nio wcze­śniejszej zapo­wie­dzi, lecz tym razem po pro­stu nie miała wyboru. Uśmiech­nęła się więc z roz­tar­gnie­niem.

Nie sły­sząc żad­nego wyja­śnie­nia, Isa­bella mówiła dalej:

– Nie dotarło do mnie, jak długo zamie­rzasz zostać. Pla­nu­jesz zatrzy­mać się u nas przez jakiś czas?

Nie­za­do­wo­le­nie Isa­belli z powodu jej przy­jazdu było teraz ewi­dentne. Za tą łagodną, cichą fasadą krył się być może sil­niej­szy cha­rak­ter, który wcze­śniej nie dawał o sobie znać. Pomimo to Cas­san­dra zosta­nie tutaj tak długo, jak będzie trzeba. Posta­no­wiła nie wyjeż­dżać, dopóki nie wypełni swo­jej misji. Mruk­nęła coś o moż­li­wo­ści dal­szej podróży do bra­tanka, demon­stru­jąc nie­ty­powe dla niej nie­zde­cy­do­wa­nie zwią­zane z zaawan­so­wa­nym wie­kiem.

– Fred wnie­sie twój kufer. Pro­szę. – Isa­bella wska­zała drzwi, które natych­miast otwo­rzyły się od środka. – A, tu jesteś, Dinah.

No wła­śnie. Dinah. Musi to zapa­mię­tać. Dinah może się oka­zać przy­datna.

– Panna Austen zosta­nie z nami.

Dinah dygnęła nie­dbale.

– Wej­dziemy do środka?

Cas­san­dra pierw­szy raz prze­kro­czyła ten próg jako młoda kobieta. Była wtedy wysoka i szczu­pła; wielu uprzej­mie okre­ślało ją jako ładną. Czy to czas płata figle, czy rze­czy­wi­ście miała na sobie naj­lep­szą nie­bie­ską suk­nię? Rodzina zgro­ma­dziła się tłum­nie, by ją powi­tać; za nią kłę­biła się służba – pod­nie­cona, pełna podziwu. Ona stała nie­ru­chomo i napa­wała się swoją pozy­cją! Mocą tej chwili!

Na­dal spo­glą­dała w lustro, jeśli musiała. Wie­działa, że teraz nie można jej uznać za szczu­płą, lecz chudą. Krę­go­słup, nie­gdyś ide­al­nie pro­sty, wykrzy­wił się i skró­cił; twarz była tak wychu­dzona, że jej nie­gdyś dumny nos – nos rodziny Leigh, echo dale­kich ary­sto­kra­tycz­nych konek­sji – przy­po­mi­nał teraz bar­dziej dziób kruka. A ludzie, któ­rzy ją wtedy kochali, ode­szli – jej też już pra­wie nie było. Ci, któ­rzy ją dziś przyj­mo­wali – biedna Isa­bella, trudna Dinah, Fred, który prze­cho­dził wła­śnie przez sień, z sapa­niem cią­gnąc jej kufer – znali oczy­wi­ście jej histo­rię, ale nie mieli poję­cia, jak wyglą­dała prawda. Bo kto patrzył na star­szą panią i widział w niej młodą damę, którą kie­dyś była?

Prze­szli do obszer­nego, wyło­żo­nego boaze­rią holu. Cas­san­dra szła za nimi potul­nie, lecz kiedy już się tam zna­la­zła, nagle ogar­nął ją nie­po­kój. Pode­szła do oka­za­łego kamien­nego kominka, przy­trzy­mała się go i z prze­ra­że­niem rozej­rzała dookoła.

Usły­szała, jak Dinah mru­czy:

– Panie, miej nas w opiece. Przy­je­chała tu i postra­dała zmy­sły. Jak­by­śmy mieli za mało na gło­wie.

– Może to bar­dziej smu­tek albo nostal­gia. W końcu jest tutaj chyba ostatni raz – szep­nęła Isa­bella.

Cas­san­dra wie­działa, że nie powinna zwra­cać na nie uwagi. Była to jedna z roz­mów pro­wa­dzo­nych tak, jakby nie mogła ich usły­szeć, jakie mło­dzi czę­sto pro­wa­dzili w obec­no­ści star­szych. Ale jakże mógł ją ogar­nąć smu­tek albo nostal­gia, kiedy od dekad stale dotrzy­my­wały jej towa­rzy­stwa. Nie. Nie cho­dziło też o to, że to jej ostat­nia wizyta – chwy­tała łap­czy­wie powie­trze, trzę­sły się jej ręce – lecz o strach, że zwle­kała z nią zbyt długo. Dom ogar­nął już chaos prze­pro­wadzki.

– Moja droga, na pewno dobrze się czu­jesz? – Isa­bella zła­god­niała i ujęła ją pod łokieć, by zapew­nić opar­cie.

Por­tret dobro­czyńcy rodziny Fowle’ów, lorda Cra­vena, wisiał nad komin­kiem od czasu, gdy się­gała pamię­cią. Teraz znik­nął ze ściany.

– Ten dyli­żans to było dla cie­bie sta­now­czo zbyt wiele. – Isa­bella prze­ma­wiała gło­śno niczym do osoby nie­spełna rozumu, roz­wią­zu­jąc przy tym wstążkę pod brodą Cas­san­dry. – I to w taką zimną pogodę. – Zdjęła jej kape­lusz. Z miej­sca, w któ­rym stała, Cas­san­dra mogła zaj­rzeć do gabi­netu, gdzie opróż­niono już półki. Które tomy znik­nęły? Mieli cały zbiór ksią­żek Jane. Do kogo teraz należą?

– I nie mogę nie zauwa­żyć, że przy­je­chała sama. – Dinah stała za nią i zdej­mo­wała jej pele­rynę.

Znaj­du­jące się wciąż na swoim miej­scu meble wyglą­dały na porzu­cone, upo­ko­rzone, jak nie­wol­nicy na targu.

– Może jej poko­jówka wyje­chała?

– No to kto będzie się nią zaj­mo­wał, jeśli mogę spy­tać? – Dinah prze­rzu­ciła pele­rynę i kape­lusz przez ramię. – Bo chyba nie ja?

Ple­ba­nia bez pro­bosz­cza zawsze przed­sta­wiała żało­sny widok. Cas­san­dra była tego świad­kiem czę­ściej niż więk­szość osób, a jed­nak za każ­dym razem doty­kało ją to bole­śnie. Rodzina Fowle’ów miesz­kała w tym domu od trzech poko­leń. Prze­ka­zy­wano go z ojca na syna – wszy­scy byli duchow­nymi, wszyst­kich los obda­rzył dobrymi żonami – ale teraz łań­cuch został prze­rwany. Ojciec Isa­belli zmarł, a bra­cia odmó­wili prze­ję­cia ple­ba­nii. Bez wąt­pie­nia mieli swoje powody i skoro zaprze­pa­ścili rodzinne dzie­dzic­two, Cas­san­dra miała nadzieję, że były one słuszne.

Zgod­nie z tra­dy­cją Kościół pozo­sta­wiał rodzi­nie dwa mie­siące na opróż­nie­nie domu dla następ­nego admi­ni­stra­tora. I choć ni­gdzie tego nie zapi­sano, zgod­nie z tą samą tra­dy­cją Kościół jakoś zawsze liczył, że zajmą się tym kobiety z ple­ba­nii. Biedna Isa­bella. Miała przed sobą zada­nie ponure, smutne, żmudne: zale­d­wie dwa mie­siące, by opróż­nić miej­sce, które było ich domem przez dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć lat! Oczy­wi­ście musiała się do tego zabrać nie­zwłocz­nie. Ale czci­godny Ful­war Cra­ven Fowle nie żył zale­d­wie od kilku tygo­dni. Cas­san­dra przy­je­chała, jak mogła naj­szyb­ciej. Widok tak dalece zaawan­so­wa­nej pracy mocno nią wstrzą­snął.

Pomy­śleć tylko, że podróż – tak męcząca, nie­wy­godna, tak bez­wstyd­nie droga – mogła się oka­zać zby­teczna! Pomy­śleć tylko, że to, po co przy­była, mogło już znik­nąć!

Cas­san­dra poczuła mdło­ści i zawroty głowy. Isa­bella miłym gestem przy­gła­dziła jej włosy – musiały być mocno potar­gane – i popro­wa­dziła ją przez hol.

Salon w Kint­bury był przy­kła­dem pro­stego piękna: ide­al­nie kwa­dra­towy, ze ścia­nami w kolo­rze głę­bo­kiej żółci, która chwy­tała i zatrzy­my­wała zacho­dzące słońce. Oba okna wycho­dziły na rzekę: można było obser­wo­wać ryba­ków lub barki sunące na wschód i zachód. Zwy­kle było to jedno z ulu­bio­nych miejsc Cas­san­dry. Zaspo­ka­jało tęsk­noty jej duszy. Lecz tego dnia szła do salonu z ner­wo­wym drże­niem, prze­peł­niona trwogą, co może tam zna­leźć.

Nie­po­trzeb­nie się mar­twiła. Jesz­cze zanim posta­wiła solidny bucik na kan­wo­wym dywa­nie, poczuła się bez­piecz­nie. W środku pano­wał nastrój spo­koju i odpo­czynku. Nic nie zakłó­cało atmos­fery. I wszyst­kie meble stały na swo­ich miej­scach. Nie przy­była więc za późno! Z ulgi o mało nie ugięły się pod nią kolana. Odwró­ciła się do Isa­belli, w jed­nej chwili odzy­sku­jąc głos i siłę.

– Może teraz dopro­wa­dzę się do porządku przed kola­cją?

Cas­san­dra czę­sto zauwa­żała w duchu, że kiedy umie­rał pan domu, razem z nim odcho­dziły ele­ganc­kie posiłki. I prze­ko­na­nie to zde­cy­do­wa­nie potwier­dziła kola­cja tego wie­czoru. Bara­nina była po pro­stu bara­niną, bez sosu, ziem­nia­ków czy pud­dingu, za jedyny doda­tek mając kapu­stę, która zbyt długo prze­by­wała w ziemi. Cas­san­dra uśmiech­nęła się, porów­nu­jąc ją z posił­kami, które kie­dyś spo­ży­wała pod tym dachem. Ojciec Isa­belli zawsze był czło­wie­kiem o wyso­kich stan­dar­dach i nie­po­ha­mo­wa­nych reak­cjach. Gdyby Dinah ośmie­liła się podać mu coś takiego, nie kryłby nie­za­do­wo­le­nia.

Ale do stołu zasia­dły dwie damy, więc grzecz­nie podzię­ko­wały Panu, z pew­nym wysił­kiem kro­iły bara­ninę i żuły ją z zaciętą wytrwa­ło­ścią. Towa­rzy­szył im jedy­nie gło­śny dźwięk tyka­ją­cego zegara. Cisza przy tym aku­rat stole była kolejną nie­mile widzianą inno­wa­cją, trud­niej­szą dla Cas­san­dry do prze­łknię­cia niż twarde mięso.

– Z ety­kiet przy­mo­co­wa­nych do wszyst­kiego wno­szę, że prace nad roz­dzie­la­niem przed­mio­tów są daleko posu­nięte. – Cas­san­dra przy­glą­dała się karafce, która pierw­szy raz w swo­jej histo­rii stała pusta. Prze­krzy­wiła głowę i prze­czy­tała, że prawo do niej rości sobie pan Char­les Fowle. U niego karafka na pewno będzie miała wzię­cie.

– Testa­ment odczy­tano w zeszłym tygo­dniu i moi bra­cia mogli pod­jąć decy­zje. – Mówiąc to, Isa­bella nie zdra­dziła żad­nych emo­cji. Zwie­siła głowę, wbi­ja­jąc jasne oczy w talerz.

Cas­san­dra jed­nak oka­zała się bar­dziej bez­po­śred­nia.

– Czy twoi bra­cia dostaną wszyst­kie rze­czy i rucho­mo­ści? – Usły­szała ostry ton w swoim gło­sie i natych­miast go poża­ło­wała: dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że jest zbyt bez­po­śred­nia jak na gust nie­któ­rych osób, i bar­dzo się sta­rała trzy­mać język na wodzy. Ale tutaj sprawy przy­bie­rały naprawdę iry­tu­jący obrót. Fowle’owie pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nali Auste­nów: obie rodziny były duże, pobło­go­sła­wione synami i cór­kami oraz for­tuną, którą dzie­dzi­czyli tylko męscy potom­ko­wie.

– Ojciec zosta­wił kilka powie­ści mojej sio­strze Eli­za­beth. – Isa­bella wska­zała biblio­teczkę z jedną pustą, zaku­rzoną półką. – Te szcze­gól­nie ulu­bione, które czy­tali razem.

Twarz Cas­san­dry roz­ja­śniła się.

– Ach! – Naresz­cie tra­fiły na jej ulu­biony temat roz­mów. Zapy­tała żar­to­bli­wie – A kto był ich auto­rem, jeśli mogę spy­tać?

– Kto? – Isa­bella wyda­wała się zakło­po­tana tym pyta­niem, jakby książki były po pro­stu książ­kami, a ich auto­rzy nie­istotni. – Sądzę, że sir Wal­ter Scott.

Cas­san­dra zaci­snęła palce na widelcu i zdu­siła natu­ralny prze­jaw emo­cji. Sir Wal­ter Scott. Sir Wal­ter Scott! Czemu to zawsze musi być on! Jakże pra­gnęła, by choć raz także ona mogła oka­zać nie­po­ha­mo­waną reak­cję. Zamiast tego sie­działa w mil­cze­niu, duma­jąc nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią sławy, mozo­łem praw­dzi­wego geniu­sza, uświa­do­mie­niem sobie – a to przy­pły­nęło do niej zupeł­nie spon­ta­nicz­nie – że ni­gdy szcze­gól­nie nie prze­pa­dała za Eli­za­beth, sio­strą Isa­belli. Bieg jej myśli został jed­nak nagle prze­rwany. Isa­bella naresz­cie odkryła, że ma coś do powie­dze­nia.

– W mojej opi­nii jego książki są bar­dzo… – Urwała i zaczęła się roz­glą­dać w poszu­ki­wa­niu odpo­wied­niego okre­śle­nia. – …Bar­dzo… bar­dzo… – I nagle, jakby w cudowny spo­sób, spły­nęło na nią olśnie­nie: – …Dłu­gie. – Zaczerp­nęła powie­trza, by mówić dalej. Wypra­wiw­szy się na mało znany teren dys­ku­sji lite­rac­kiej, poczuła przy­pływ odwagi, by odkry­wać go dalej. – Jest w nich dużo, bar­dzo dużo słów – cią­gnęła z pewną gory­czą. – Zabie­rają wszyst­kim zbyt dużo czasu.

Cas­san­dra była przy­zwy­cza­jona do wyż­szego poziomu dys­ku­sji, lecz z tym mogła się tylko zgo­dzić. W innym towa­rzy­stwie mogłaby się spie­rać, że Scott był nie­złym poetą, i zażar­to­wa­łaby, że jego dzia­łal­ność jako recen­zenta nie ma sobie rów­nych, ale wyczuła, że aku­rat to forum nie sprzyja takim roz­wa­ża­niom. – A ty, Isa­bello? Lubisz powie­ści? Jakie sobie szcze­gól­nie upodo­ba­łaś?

– Powie­ści? Ja? – Isa­bellę znów ogar­nęło zakło­po­ta­nie. – Upodo­ba­łam? Nie. Żadne.

Roz­mowa dobie­gła końca. Cas­san­dra się pod­dała. Dinah wpa­dła z kom­po­tem i sączyły go w ciszy prze­ry­wa­nej tylko tyka­niem zegara.

* * *

– Zaj­mij miej­sce mamy – powie­działa Isa­bella po kola­cji. Cas­san­dra od razu przy­stała na tę pro­po­zy­cję, gdyż fotel stał naj­bli­żej ognia.

Roz­cią­gnął się przed nimi senny wie­czór w salo­nie, ostat­nie z wyzwań w dniu tak ich peł­nym. Do pokoju przy­drep­tał Pyra­mus i roz­cią­gnął się na dywa­nie: był to zawsze jeden z domów, w któ­rym psy cie­szyły się swo­bodą. Cas­san­dra nie miała nic prze­ciwko aku­rat temu psu, ale gene­ral­nie nie do końca apro­bo­wała takie zwy­czaje. Otu­liła stopy, otwo­rzyła kufe­rek i wyjęła robótkę. Szy­cie było nie­zwy­kle uży­teczne, można się było zająć igłą, sku­pić wzrok na ście­gach. Była to zawsze jej zbroja w trud­nych sytu­acjach, sama czyn­ność odwra­cała uwagę od krę­pu­ją­cego towa­rzy­stwa. Czę­sto się zasta­na­wiała, jak męż­czyźni sobie radzą bez podob­nego zaję­cia. Choć wyglą­dało na to, że im znacz­nie rza­dziej bra­kuje słów.

Przy­wio­zła ze sobą tylko ścinki do zszy­wa­nia. Jej oczy nie pozwa­lały już na nic bar­dziej wyszu­ka­nego w świe­tle lamp.

– Nie masz żad­nej robótki, droga Isa­bello? – Wsu­nęła papier pod kawa­łek bawełny w roślinne wzory i zaczęła obszy­wać go dookoła. – Niczego, czym mogła­byś się zająć?

Wpa­trzona w ogień Isa­bella potrzą­snęła głową.

– Ni­gdy nie byłam zbyt dobra w tych rze­czach.

Cas­san­dra, która mogła zszy­wać ścinki z zamknię­tymi oczami, pod­nio­sła wzrok z pew­nym zasko­cze­niem. Jakim dziw­nym stwo­rze­niem była ta Isa­bella. Znała ją od uro­dze­nia – te lata zatarły się i prze­le­ciały – a jed­nak uświa­do­miła sobie, że nie zna jej wcale. Przy­glą­dała się sie­dzą­cej przed nią kobie­cie: miała zgrabną figurę, choć żałoba jej nie słu­żyła, rysy mogły ucho­dzić za deli­katne, gdyby smu­tek nie okradł ich z uroku. Isa­bella nie miała ani urody matki, ani inte­lektu ojca – choć te urze­ka­jące nie­bie­skie oczy odzie­dzi­czyła zde­cy­do­wa­nie po nim. A jed­nak nawet po czter­dzie­stu latach zna­jo­mo­ści wciąż trudno było w niej wyczuć choć ulotny cień cha­rak­teru bądź oso­bo­wo­ści. Cas­san­dra nie mogła zostać na ple­ba­nii, nie nawią­zu­jąc jakiejś rela­cji, ale czuła się tak, jakby poru­szała się po omacku, prze­su­wa­jąc dłońmi po gru­bej pustej ścia­nie w poszu­ki­wa­niu sekret­nego przej­ścia. Ciężko było je zna­leźć.

Nagle spły­nęło na nią olśnie­nie.

– Mam nadzieję, że śmierć oka­zała się łaskawa dla two­jego ojca, kiedy w końcu po niego przy­szła?

Bo o czym mają chęć roz­ma­wiać pogrą­żeni w świe­żej żało­bie, jeśli nie o Końcu?

Isa­bella wes­tchnęła.

– Już dzie­sięć dni wcze­śniej było wia­domo, że jego koniec jest bli­ski. Po kola­cji dostał ataku, a kiedy Dinah zaj­rzała do niego następ­nego ranka, był zbyt słaby, by wstać…

Zamek ustą­pił. Drzwi do roz­mowy sta­nęły otwo­rem.

– Ból, który mu doku­czał, z któ­rym żył tak dziel­nie, w końcu…

Cas­san­dra szyła dalej, słu­cha­jąc opo­wie­ści o lodo­wa­tych kąpie­lach i kom­pre­sach, i nagle poczuła się o wiele swo­bod­niej.

– Pią­tego dnia był w tak kiep­skiej for­mie, że mogli­śmy wezwać dok­tora…

– Nie kon­sul­to­wano się z nim wcze­śniej? Cóż za rażące zanie­dba­nie!

Isa­bella wes­tchnęła.

– Pan Lid­der­dale jest dobrym leka­rzem i mamy szczę­ście, że jest tu z nami. Cie­szy się ogromną popu­lar­no­ścią pośród wszyst­kich, to zna­czy z wyjąt­kiem papy. Ojciec z wiel­kim dystan­sem pod­cho­dził do pomy­słu zatrud­nie­nia dok­tora w wio­sce. Mar­twił się, że to zachęci do cho­ro­wa­nia tych, któ­rzy naj­mniej mogą sobie na cho­roby pozwo­lić. Ale gdy sam nie mógł już pro­te­sto­wać…

Cas­san­dra pomy­ślała, że umie­ra­nie w isto­cie musiało być tor­turą dla bied­nego pastora: leżał bez słowa i patrzył, jak igno­rują jego gniewne żąda­nia.

– A ja, oczy­wi­ście, byłam nie­zmier­nie wdzięczna, że mia­łam przy sobie pana Lid­der­dale’a. Och! Jaka to ulga, że nie byłam już dłu­żej sama…

– Ale twoje sio­stry, Isa­bello – prze­rwała jej Cas­san­dra – z pew­no­ścią przej­mo­wały po kolei opiekę nad ojcem?

– Eli­za­beth jest teraz tak zajęta opieką nad małymi dziećmi w wio­sce. Oczy­wi­ście nie można było pozwo­lić, by ucier­piały. Rzadko ją tutaj widu­jemy.

Eli­za­beth! Szcze­rze mówiąc, Cas­san­dra nie spo­dzie­wała się niczego innego.

– A Mary-Jane? Mieszka po dru­giej stro­nie cmen­ta­rza.

– Mary-Jane ma swoje gospo­dar­stwo, któ­rym musi się zaj­mo­wać.

Ach, tyra­nia zamęż­nej kobiety, pomy­ślała Cas­san­dra, nawet jeśli zostaje bez­dzietną wdową.

– To powinny być ci wdzięczne, że samot­nie dźwi­ga­łaś ten cię­żar.

– Nie prze­szka­dzało mi to. – Isa­bella wzru­szyła ramio­nami. – I nie mia­łam nic prze­ciwko temu, kiedy był ze mną dok­tor. To taki dziwny czas, kiedy ktoś umiera, ale nie wia­domo, kiedy to się sta­nie. Pan Lid­der­dale mówi, że pod tym wzglę­dem śmierć przy­po­mina naro­dziny.

Cas­san­dra wiele razy doświad­czyła jed­nego i dru­giego i dosko­nale wie­działa, jak ciężka to próba. Skoń­czyła się jej nitka i się­gnęła do kuferka po następną.

– A potem, tuż przed koń­cem, powie­dział, że jest głodny, i pamię­tam, że zje­dli­śmy wie­przo­winę zapie­kaną w cie­ście. Bar­dzo ją lubi. A ta miała w środku jajko. Nie­zwy­kle lubi jajka…

– Ful­war miał ochotę na wie­przo­winę w cie­ście nawet na łożu śmierci? – Cas­san­dra nawlo­kła igłę i potrzą­snęła głową: o takich jak on opo­wia­dają legendy.

– Nie mój ojciec! Pan Lid­der­dale. Czę­sto bywa głodny, nawet bar­dziej niż papa. Nie jest wysoki, ale ma sze­ro­kie ramiona i tak ciężko pra­cuje. – Przez chwilę w jej oczach odbi­jały się tań­czące pło­mie­nie. – O czym mówi­łam? A tak, sie­dzie­li­śmy po dwóch stro­nach stołu. Nie mógł się zde­cy­do­wać, czy woli piwo, czy her­batę. Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Posiłki potra­fią się tak skom­pli­ko­wać, kiedy przez całą noc jest się na nogach. A on nagle chwy­cił ojca za rękę i powie­dział: „Och, Isa­bello!”. Tak brzmiały jego słowa. „Och, Isa­bello”. I wie­dzia­łam, że to już. To był koniec. Już ni­gdy nie usiądę u jego boku.

Do Cas­san­dry dotarły donie­sie­nia o roz­pa­czy Isa­belli z powodu odej­ścia Ful­wara. Zgod­nie z rela­cją rodziny była bar­dzo dzielna pod­czas jego cho­roby, ale zupeł­nie się zała­mała, kiedy nad­szedł koniec. Po pogrze­bie musiano ją nawet poło­żyć do łóżka. Dowód na­dal tu był – łzy w jej oczach – ale Cas­san­drę wciąż to tro­chę zaska­ki­wało. Oczy­wi­ście wszyst­kich rodzi­ców należy opła­ki­wać: to obo­wią­zek potom­stwa. Ale czy za wszyst­kimi należy tak samo tęsk­nić?

Zaczęła pako­wać swoją robótkę. Dzięki nowo odkry­tej gada­tli­wo­ści Isa­belli wie­czór minął szybko. Wresz­cie nade­szła godzina, o któ­rej mogły udać się na spo­czy­nek.

Isa­bella szła pierw­sza po wąskich dębo­wych scho­dach, oświe­tla­jąc drogę Cas­san­drze, która wspi­nała się powoli, po jed­nym stop­niu. Musiała się zatrzy­mać i odpo­cząć na pode­ście w poło­wie scho­dów i poczuła podmuch powie­trza wpa­da­ją­cego przez zasłonę w oknie wycho­dzą­cym na pół­noc. Ciężką próbą będzie prze­by­wa­nie w więk­szym, wyż­szym domu, kiedy tak przy­wy­kła do swo­jej chatki w Chaw­ton. Ale może zała­twi sprawy szybko i nie będzie musiała tu zostać zbyt długo.

Ruszyły kory­ta­rzem. Drzwi do sypialni matki Isa­belli stały otwo­rem i Cas­san­dra zaj­rzała tam na tyle, by się upew­nić, że tego pokoju też nie uprząt­nięto: to było wielce obie­cu­jące. Minęły pokój, o któ­rym na­dal myślała jako o nale­żą­cym do Toma – co za ulga, że nie umiesz­czono jej wła­śnie tam! – i w końcu dotarły na miej­sce. Cas­san­dra znała ten pokój. Przez wiele lat sta­no­wił jedyny dom bied­nej panny Mur­den, która, pozba­wiona przy­ja­ciół, była wiecz­nie kry­ty­ku­ją­cym wszystko cię­ża­rem dla rodziny. „Znaj­du­jące się tu rze­czy prze­ka­zać do przy­tułku”, gło­siła przy­pięta na zewnątrz kar­teczka. Jeśli Cas­san­dra miała nadzieję na jakie­kol­wiek wygody, w jed­nej chwili musiała zmie­nić zda­nie.

Isa­bella wpro­wa­dziła ją do środka, zapa­liła lampę przy łóżku i życzyła dobrej nocy. Zna­cze­nie faktu, że umiesz­czono ją wła­śnie tutaj, nie umknęło uwa­dze Cas­san­dry. Pokój był zimny i nie­wie­trzony, z pod­sta­wo­wym ume­blo­wa­niem. Do umy­walki nalano wody, ale też była zimna. Prze­su­nęła dło­nią po narzu­cie; w łóżku nie było cegły ani ter­mo­foru, by je nagrzać, i pomy­ślała: No pro­szę. Teraz ja jestem ich pozba­wio­nym przy­ja­ciół cię­ża­rem.

Kufer stał wciąż zamknięty, ale nie zaj­mie się teraz jego roz­pa­ko­wy­wa­niem. Miała w sobie jesz­cze tro­chę ener­gii: trzeba dzia­łać od razu. Roz­pocz­nie poszu­ki­wa­nia listów. Cof­nęła się, zacze­kała, aż ucichną kroki i w domu zapad­nie cisza. Otwo­rzyła drzwi i wysu­nęła się na kory­tarz. W mroku zakra­dła się do pokoju matki Isa­belli; już pra­wie stała na progu, gdy roz­legł się za nią głos.

– Czy mogę pani pomóc, panno Austen? – Dinah, oświe­tlona od dołu przez słaby pło­mień łojo­wej świecy, stała u stóp scho­dów pro­wa­dzą­cych na strych. – Zgu­bi­ły­śmy się?

– Och, Dinah. Tak mi przy­kro. – Cas­san­dra udała zmie­sza­nie. – Jakie to dziwne. Za nic nie mogę sobie przy­po­mnieć, dla­czego tu przy­szłam.

– To na pewno przez zmę­cze­nie. Lepiej się poło­żyć, psze pani. Wra­camy tam­tędy, o tak. – Dinah obser­wo­wała ją bez uśmie­chu. – Tak jest. Dobra­noc, panno Austen. – I nie ruszyła się z miej­sca, dopóki Cas­san­dra nie wró­ciła do swo­jego pokoju.

Roz­dział II

* * *

Kint­bury, marzec 1840

Białe chmury prze­su­wały się za oknem; nagie gałę­zie wiel­kiego buka poru­szały się wysoko na wie­trze. Dwie damy obser­wo­wały to, sie­dząc przy stole, przy któ­rym Cas­san­dra ze sma­kiem jadła śnia­da­nie. Pod­czas wizyt był to zawsze nie­za­wodny posi­łek; nawet naj­gor­szym kuch­niom nie uda­wało się go zepsuć. A na zbli­ża­jący się dzień Cas­san­dra potrze­bo­wała całej siły, jaką mogła z sie­bie wykrze­sać.

– Ten dżem zro­biła moja matka. – Isa­bella nabrała na łyżeczkę led­wie odro­binę. – Była taka aktywna aż do samego końca. Nawet teraz wciąż cie­szymy się jej prze­two­rami.

Cas­san­dra ugry­zła kolejny kęs i przed oczami sta­nęła jej Eliza. Czuła ją w smaku owo­ców, widziała, jak je zbiera, mie­sza, śmie­jąc się, prze­lewa do sło­ików, i pomy­ślała: to są rze­czy, dzięki któ­rym pamięta się o więk­szo­ści z nas, drobne akty miło­ści, jedyny dowód na to, że my też kie­dyś żyli­śmy na tej ziemi. Prze­twory w spi­żarni, ściegi na poduszce do klę­cze­nia. Ślad pióra na stro­nie.

– A więc moja droga, jakie masz plany na ten dzień? – Cas­san­dra odło­żyła bułeczkę, stra­ciw­szy ape­tyt. – Czy nie mylę się, licząc, że zoba­czymy się rano z twoją ciotką Mary? Wiem, że skoro teraz mieszka tak bli­sko, zagląda tu dość czę­sto.

Isa­bella, która do tej chwili wyda­wała się nie­mal odprę­żona i pra­wie rado­sna, znów wpa­dła w ponury nastrój.

– Tak, naprawdę dość czę­sto. I jestem pewna, że będzie zaglą­dać jesz­cze czę­ściej, skoro wie, że ty tu jesteś.

– Prawdę mówiąc… – Cas­san­dra unio­sła fili­żankę i zupeł­nie obo­jęt­nie, jakby nie było w tym nic nie­zwy­kłego, rzu­ciła: – Nie mam poję­cia, co się ze mną dzieje. Robię się tak bez­na­dziejna i roz­tar­gniona. Jestem prze­ko­nana, że nie powia­do­mi­łam jej, że tu będę.

Isa­bella utkwiła w niej spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu.

– Ja też nie mia­łam oka­zji o tym napo­mknąć. Twój list przy­szedł tak późno, że nie było czasu.

– Czyli nie wie jesz­cze o moim przy­jeź­dzie. – Cas­san­dra odwró­ciła się, by przy­glą­dać się pogo­dzie za oknem. – Wielka szkoda.

– I nie możemy liczyć, że ciotka dziś tu zaj­rzy. – Isa­bella się­gnęła po dżem i nabrała sporą por­cję. – We wtorki ciotka Mary zawsze pija her­batę z panią Bun­bury.

Uśmiech­nęły się. Nawią­zała się mię­dzy nimi nowa nić poro­zu­mie­nia. Mary Austen – kobieta nie­łą­czona wcze­śniej z pro­pa­go­wa­niem towa­rzy­skiej har­mo­nii – nie­ocze­ki­wa­nie je zjed­no­czyła.

– Ach! – Cas­san­dra poczuła w sobie świeżą lek­kość. – To możemy cie­szyć się na tę przy­jem­ność naj­wcze­śniej jutro. – Teraz naj­waż­niej­sze było to, by mogła zostać w spo­koju. – Pod­czas pobytu u cie­bie całym ser­cem chcia­ła­bym się na coś przy­dać. Byłam kie­dyś w two­jej sytu­acji i wiem, ile to wymaga pracy. Pro­szę. Pozwól mi być uży­teczną.

Ist­nieją kobiety, które ofe­rują pomoc, robią wszystko, o co się je prosi, i można liczyć, że zro­bią to dobrze. Z per­spek­tywy czasu można było stwier­dzić, że Cas­san­dra należy do ich grona. Ale są też kobiety – a znała ich mnó­stwo – które niby chcą robić wszystko dla wszyst­kich, być w cen­trum wszel­kich dzia­łań, lecz na dro­dze ich pod­nio­słych inten­cji zawsze stają znane tylko im prze­szkody. Z reguły można je zna­leźć leżące bez­czyn­nie na sofie, pod­czas gdy reszta domow­ni­ków uwija się dookoła. I tylko tego dnia, aby wes­przeć swą misję, panna Austen posta­no­wiła stać się jedną z nich, choć mogło to wstrzą­snąć każdą cząstką jej natury.

– Jest do zro­bie­nia tyle rze­czy, do któ­rych nawet nie wiem, jak się zabrać – wes­tchnęła Isa­bella. – Nic tylko orga­ni­za­cja… ukła­da­nie… sor­to­wa­nie. Nie są to czyn­no­ści, które pasują do moich uzdol­nień.

A jakie dokład­nie one są? – zasta­no­wiła się Cas­san­dra. Jak dotąd pozo­sta­wały owiane tajem­nicą. Ale pokła­dała nie­za­chwianą wiarę w boski plan doty­czący ludz­ko­ści: wszy­scy do cze­goś się przy­damy. Nie mogła się docze­kać, by zoba­czyć, co Bóg zapla­no­wał dla Isa­belli.

– Może była­byś tak dobra i pomo­gła Dinah przej­rzeć ubra­nia mamy? – cią­gnęła Isa­bella. – Wyznaję, że od dnia jej śmierci ani ja, ani mój ojciec nie byli­śmy w sta­nie dotknąć żad­nej z jej rze­czy.

Dinah, która stała przy kre­den­sie tyłem do pań, wydała z sie­bie gło­śne prych­nię­cie, aż cięż­kie od ukry­tego zna­cze­nia.

– Oczy­wi­ście! – Cas­san­dra wypro­sto­wała się na krze­śle jak uoso­bie­nie entu­zja­zmu. – Cho­ciaż – zaczęła, jakby ta myśl dopiero co przy­szła jej do głowy – nie mogę zbyt długo stać. A to będzie wyma­gać tyle sta­nia i pod­no­sze­nia rąk. – Wycią­gnęła rękę, a potem cof­nęła ją, krzy­wiąc się. Było to nie­złe przed­sta­wie­nie. Dinah odwró­ciła się i spoj­rzała na nią z apro­batą. – Zasta­nówmy się. Co jesz­cze mogę zro­bić?

I tak śnia­da­nie trwało dalej. Isa­bella suge­ro­wała, Cas­san­dra odma­wiała – nie może zgi­nać kolan, ma słabe czu­cie w rękach, sama wzmianka o kurzu spra­wia, że zaczyna kichać – aż zło­żyły ser­wetki, sprząt­nięto ze stołu i zapla­no­wano ranek.

Kiedy zegar kościelny wybił dzie­siątą, Cas­san­dra odpo­czy­wała w żół­tym salo­nie. Usa­do­wiła się z kufer­kiem wygod­nie w rogu sofy, trzy­mała robótkę na kola­nach, a igłę w pal­cach. Było to wielce zado­wa­la­jące z jed­nym wszakże wyjąt­kiem: nie zyskała pry­wat­no­ści, któ­rej tak pra­gnęła. Wszy­scy domow­nicy uwi­jali się dookoła; nie­stety zda­wali się krzą­tać wyłącz­nie wokół niej.

Naj­pierw zja­wił się Fred, by roz­pa­lić ogień; wniósł w to zada­nie mnó­stwo nie­chęci, za to żad­nej pod­pałki. Cas­san­dra obser­wo­wała, jak układa kilka dymią­cych polan, podzię­ko­wała mu wylew­nie i cze­kała, aż się oddali. Czy może już odło­żyć igłę? Czy odważy się wstać i roz­po­cząć śledz­two? W pierw­szej kolej­no­ści musi się przyj­rzeć sekre­ta­rzy­kowi w kącie. To przy nim Eliza, matka Isa­belli i droga przy­ja­ciółka Cas­san­dry, zasia­dała co rano, by pro­wa­dzić kore­spon­den­cję. Z pew­no­ścią ważne rze­czy znaj­dują się wła­śnie tam… Prze­su­nęła się na brzeg sofy. W tej chwili weszła Dinah.

– Czy jest pani wygod­nie, panno Austen? – Gdy oszczę­dzono Dinah poranka spę­dzo­nego w gar­de­ro­bie i pozo­sta­wiono ją wła­snym nie­dba­łym zaję­ciom, stała się nagle uoso­bie­niem przy­ja­znej uprzej­mo­ści. Ze szmatką w ręce ście­rała kurze tu i tam, od lich­ta­rza przez zegar po ozdobny fla­kon, i paplała dalej. – Tak tu cicho. – Pod­nio­sła poduszkę, na któ­rej Cas­san­dra opie­rała łokieć, i prze­trze­pała ją. – Nikt nie będzie pani prze­szka­dzał w tym, czym pani się aku­rat zaj­muje. – Pode­szła do lustra wiszą­cego nad komin­kiem i dodała jesz­cze jedną smugę do impo­nu­ją­cej kolek­cji. – Tak tu cicho w każ­dym kącie od czasu, gdy pan Fowle odszedł, niech Bóg ma w opiece jego duszę.

Cas­san­dra skwi­to­wała to kil­koma współ­czu­ją­cymi dźwię­kami i się­gnęła po napar­stek. Naj­wy­raź­niej przez naj­bliż­szy czas nie zosta­nie sama.

– I nikt też do nas nie zagląda. Para­fia­nie nie zja­wiają się ze swo­imi pro­ble­mami. Męż­czyźni nie prze­cho­dzą przez dom w zabło­co­nych bucio­rach, wra­ca­jąc z polo­wa­nia albo z psiarni.

Dinah pode­szła do sekre­ta­rzyka i prze­cie­rała go z roz­tar­gnie­niem. Otwo­rzy go teraz i odsłoni zawar­tość? Cas­san­dra aż wypro­sto­wała się z prze­ję­cia.

– O, tak. Bar­dzo tu teraz cicho. Wie­lebny wypeł­niał swoją obec­no­ścią cały dom. Te jego wybu­chy gniewu! Sły­chać je było aż w wio­sce. – Pokrę­ciła głową, uśmiech­nęła się z czu­ło­ścią i pole­ro­wała mebel dalej, choć bez wosku. Cas­san­dra musiała stłu­mić chęć, by iść go poszu­kać. – Ależ wrzesz­czał na pannę Isa­bellę. Wrzesz­czał! – Dinah zachi­cho­tała i sku­piła się na skrzy­dle okna. – Ten atak nastą­pił po tym, jak ude­rzył ją laską w głowę. Wszystko przez ten wysi­łek. – Urwała i obrzu­ciła spoj­rze­niem efekty swo­ich prac. – O tak, to strasz­liwa strata, panno Austen. Strasz­liwa dla nas wszyst­kich.

Skoń­czyw­szy pracę, zado­wo­lona z sie­bie Dinah wyszła. Lecz zanim Cas­san­dra mogła zacząć roz­trzą­sać okrop­no­ści, które usły­szała – że czło­wiek, który tak lubił swoje psy, mógł w ten spo­sób potrak­to­wać córkę! – na sofę obok niej z wes­tchnie­niem opa­dła Isa­bella we wła­snej oso­bie. Och, Isa­bello. Przez co ta bie­daczka prze­szła?

– Wszystko w porządku, moja droga? – Cas­san­dra poło­żyła dłoń na kola­nie młod­szej kobiety.

– Raczej tak. – Isa­bella bawiła się chwo­stem u poduszki. – Cho­dzi tylko o to, że nie wiem, w co mam ręce wło­żyć. Pako­wa­łam por­ce­lanę, którą mamy posłać do brata, ale zaraz zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy nie powin­nam robić cze­goś innego… – Rozej­rzała się bez­rad­nie.

– Ale z pew­no­ścią sio­stry teraz ci poma­gają? – zapy­tała Cas­san­dra.

– No cóż… Eli­za­beth jest tak zajęta w swoim żłobku…

Cas­san­dra pod­nio­sła rękę.

– Rozu­miem. – Stale to samo. Choćby nie wia­domo jak duża była rodzina, obo­wiązki opie­kuń­czo-orga­ni­za­cyjne zawsze spa­dały na jedną osobę. – Zupeł­nie jakby Natura była w sta­nie zapew­nić tylko jedną sprawną osobę, by mogła wspo­ma­gać każde poko­le­nie. W mojej rodzi­nie tą osobą zawsze byłam ja.

Isa­bella wyglą­dała jak kupka nie­szczę­ścia.

– To jeste­śmy sobie równe w swo­jej nie­doli.

– Ależ skąd! – wykrzyk­nęła Cas­san­dra. – To wiel­kie szczę­ście, że mamy rodziny, które nas potrze­bują. To nasz obo­wią­zek, nasza przy­jem­ność. Nasza wielka war­tość!

– Och, Cas­san­dro. Boję się, że zawsze byłaś o wiele bar­dziej uży­teczna, niż ja kie­dy­kol­wiek będę.

Cas­san­dra nie spę­dziła zbyt wielu godzin na ple­ba­nii, ale pozo­sta­wała tam wystar­cza­jąco długo, by oce­nić domowe umie­jęt­no­ści swo­jej gospo­dyni. Trudno więc było się spie­rać, a nie­mal nie­moż­li­wo­ścią było zapa­no­wać nad pra­gnie­niem, by zaszcze­pić kom­pe­ten­cje i porzą­dek i tym samym zwal­czyć ten przy­gnę­bia­jący brak efek­tyw­no­ści. Życz­li­wymi i peł­nymi zachęty sło­wami nakło­niła Isa­bellę, by wró­ciła do kre­densu z por­ce­laną i dokoń­czyła roz­po­czętą pracę, a Isa­bella z cięż­kim wes­tchnie­niem posłu­chała jej rady.

Cas­san­dra sie­działa bez ruchu i nasłu­chi­wała, aż kroki uci­chły i zamknęły się drzwi. Korzy­sta­jąc z tej chwili, wbiła igłę w mate­riał, pod­nio­sła się z sofy i pode­szła do kąta.

Panna Austen nie przy­wy­kła do naru­sza­nia pry­wat­no­ści innych osób. Serce waliło jej jak mło­tem. Nie­znane poczu­cie winy wystar­czyło, by ją powstrzy­mać. Przez chwilę tylko wpa­try­wała się w sekre­ta­rzyk. Ten deli­katny orze­chowy mebel, z trzema szu­fla­dami i pokrywą, która roz­kła­dała się w blat, był jedy­nym pry­wat­nym kąci­kiem Elizy w wiel­kich, peł­nych gwaru poko­jach. Ful­war miał oczy­wi­ście impo­nu­jący gabi­net, do któ­rego nikt nie odwa­żył się wejść bez pozwo­le­nia. Czy trzy­mał tam jakieś sekrety? Być może swoje wła­sne, ale raczej nie wybrano by go na powier­nika sekre­tów innych. Za to Eliza – cudowna Eliza – darzyła ludzi nie­ogra­ni­czoną sym­pa­tią. Każdy wie­dział, że może jej wszystko powie­rzyć.

Ilu rad udzie­lono przy tym bla­cie? O ilu naj­bar­dziej oso­bi­stych spra­wach prze­czy­tano? Gdy Cas­san­dra przy­glą­dała się teraz temu małemu meblowi, z tru­dem przy­szło jej wyobra­zić sobie, że mógł kryć wszystko, co Eliza wie­działa… Zwąt­piła w swoje dzia­ła­nia; pra­wie zde­cy­do­wała się porzu­cić je aku­rat w tej chwili i zna­leźć przy­zwo­it­sze podej­ście do pro­blemu, które będzie mogła zre­ali­zo­wać z wysoko pod­nie­sio­nym czo­łem. Potem się opa­mię­tała. To była sprawa Auste­nów. A rodzina zawsze stała ponad wszyst­kim.

Obie z Jane napi­sały kie­dyś wiele intym­nych listów na adres tej ple­ba­nii. Listów, które na­dal mogą tu być. Cas­san­dra była wyko­naw­czy­nią testa­mentu sio­stry, straż­niczką jej imie­nia, opie­kunką jej dzie­dzic­twa. W cza­sie, który jej pozo­stał, posta­no­wiła zna­leźć i znisz­czyć wszel­kie świa­dec­twa, które mogłyby spla­mić repu­ta­cję Jane. Było sprawą nad­rzędną, aby te listy nie wpa­dły w nie­po­wo­łane ręce.

Ośmie­lona zro­biła krok do przodu i opu­ściła pokrywę. Jej oczom uka­zały się jedy­nie atra­ment, papier i pióro. Zamknęła pokrywę i otwo­rzyła pierw­szą szu­fladę: pasma dzie­cię­cych wło­sów, pierw­sze ząbki, kilka dzie­cię­cych rysun­ków. Usły­szała zbli­ża­jące się kroki. Otwo­rzyła następną szu­fladę: listy pra­nia, potraw, karta człon­kow­ska objaz­do­wej wypo­ży­czalni ksią­żek. Ktoś prze­cho­dził przez hol. W ostat­niej szu­fla­dzie zna­la­zła jedy­nie zapi­ski doty­czące dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej i pomocy w wio­sce. Wszystko ide­al­nie poukła­dane; nic jed­nak nie było tym, co miała nadzieję zna­leźć. Zamknęła szu­fladę w chwili, gdy Fred prze­szedł przez próg.

– Chcia­łam tylko roz­pro­sto­wać moje biedne nogi.

Fred ski­nął głową bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Nie przy­szedł zoba­czyć się z nią, lecz spraw­dzić swoje dzieło. Ogień, który roz­pa­lał się tak nie­mrawo, na­dal nie­mrawo pło­nął. Fred przyj­rzał mu się z pewną satys­fak­cją, jakby nie­mrawość była jego jedyną praw­dziwą ambi­cją, i skło­niw­szy się lekko, zosta­wił Cas­san­drę samą w chło­dzie.

Wró­ciła na sofę, zebrała robótkę i swoje myśli. Nie wolno roz­pa­czać. Co takiego powie­działa Isa­bella przy śnia­da­niu? Od dnia śmierci Elizy nie doty­kali żad­nej rze­czy nale­żą­cej do niej. Wszystko mogło na­dal gdzieś tam być: przed dal­szymi poszu­ki­wa­niami trzeba tylko zdo­być wię­cej infor­ma­cji.

Nie musiała długo cze­kać. Po kilku minu­tach wró­ciła do niej Isa­bella.

– Zro­bione. Skoń­czy­łam pako­wać więk­szość por­ce­lany. – Wykrę­ciła dło­nie zło­żone na kola­nach – To zna­czy… część por­ce­lany. Spa­ko­wa­łam wszyst­kie sosjerki, co do jed­nej.

Cas­san­dra prze­żyła całe swoje życie z wiej­skimi duchow­nymi lub w ich pobliżu. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, ile sosje­rek może zgro­ma­dzić prze­ciętna ple­ba­nia, i odpo­wiedź brzmiała: nie­wiele.

– Ach. No to już rze­czy­wi­ście coś. – Przy­po­mi­nało to zaj­mo­wa­nie się dziećmi w pokoju dzie­cię­cym w God­mer­sham. – Pozo­stały więc tylko tale­rze obia­dowe, dese­rowe, miski, wszyst­kie pół­mi­ski…?

– Ser­wisy do kawy i her­baty i tak dalej – dodała Isa­bella, opusz­cza­jąc ramiona. – Tyle tego jest, że pomy­śla­łam, czy nie zosta­wić tej pracy na następny dzień? – Zawie­siła głos, jakby aku­rat Cas­san­dra mogła wes­przeć takie opóź­nie­nie. A potem wyznała: – Prawda wygląda tak, że teraz, kiedy do tego doszło, ciężko jest mi się z tym wszyst­kim roz­stać. – Łzy napły­nęły jej do oczu. – Uży­wa­łam tego ser­wisu codzien­nie, przez całe życie. – Pocią­gnęła nosem. – Nagle wydał mi się tak… tak ważny. Wiem, że na pewno uznasz mnie za żało­sną, sama za taką się mam, ale z tru­dem zno­szę myśl, że już ni­gdy go nie zoba­czę.

Cas­san­dra wycią­gnęła rękę i ujęła dłoń Isa­belli. Och, ta siła dro­bia­zgów, kiedy więk­sze rze­czy – dom albo rodzina – oka­zały się kru­che! Przy­po­mniała sobie, jak panna Mur­den pole­ro­wała swoją małą błę­kitną paste­reczkę, a Jane ści­skała pudełko z przy­bo­rami do pisa­nia, nie chcąc się z nim roz­stać.

– Wiem, Isa­bello. Zostaw to na sam koniec, a teraz usiądź i poroz­ma­wiajmy chwilę. Mam takie wyrzuty sumie­nia, że wypo­czy­wam tutaj spo­koj­nie, pod­czas gdy ty zaj­mu­jesz się ciężką pracą. Nie ma nic takiego, co mogła­bym zro­bić, a co pocią­ga­łoby za sobą wię­cej sie­dze­nia, a mniej pod­no­sze­nia? Na przy­kład coś w gabi­ne­cie two­jego ojca? – Choć wcale nie chciała się w tym gabi­ne­cie zna­leźć.

– O ile wiem, tam wszystko jest w porządku. Przez ostatni rok papa robił u sie­bie porządki i miał oczy­wi­ście do pomocy swo­jego wika­riu­sza. To sumienny młody czło­wiek, taki skru­pu­latny w pracy. – Zasmu­ciła się. – Jakie to uży­teczne mieć wika­riu­sza, prawda? Rze­czy­wi­ście, gdy teraz o tym pomy­ślę, ni­gdy nie miesz­ka­łam bez wika­riu­sza w pobliżu. – Znów pobla­dła. – Teraz będę chyba musiała do tego przy­wyk­nąć.

Cas­san­dra znów była cała współ­czu­ciem. Dla rodziny, szcze­gól­nie dla samot­nych kobiet, dla któ­rych opusz­cze­nie ple­ba­nii było jak wygna­nie z raju. Cze­kały je tylko cięż­kie przej­ścia i nie­do­sta­tek.

– I oczy­wi­ście papa wie­dział, że koniec się zbliża. Biedna mama ode­szła nagle. W jed­nej chwili.

– Jakie to smutne. – Cas­san­dra się­gnęła po robótkę. – A jej papiery? Mogę pomóc je upo­rząd­ko­wać? Nie naru­szy­ła­bym jej pry­wat­no­ści. W końcu przy­jaź­ni­ły­śmy się przez tyle lat.

– Dzię­kuję, ale nie. Cio­cia Mary wyra­ziła zde­cy­do­wane życze­nie, że ona się tym zaj­mie. Rozu­miem, że jej syn James-Edward zaczął się bar­dzo inte­re­so­wać histo­rią rodziny. Twier­dzi, że pew­nego dnia nawet napi­sze o niej książkę! – Unio­sła oczy do sufitu na taką nie­do­rzecz­ność. – Jakby na świe­cie nie było dość ksią­żek. – Uśmiech­nęła się prze­ko­nana, że roz­mów­czyni w pełni podziela jej zda­nie. – I jakby ludzie chcieli się cze­goś dowie­dzieć o Auste­nach, też coś.

Cas­san­dra odpo­wie­działa jej uśmie­chem.

– Moja droga, nie mogła­bym się z tobą bar­dziej zgo­dzić. Jak wiesz, jestem wielce oddana mojej rodzi­nie i wspo­mnie­niom z nią zwią­za­nym, ale nawet ja muszę przy­znać, że jeste­śmy cudow­nie nudni i nie przy­da­rzyło nam się nic zaj­mu­ją­cego. – Tego wła­śnie się oba­wiała. Mary za żadne skarby nie może dotrzeć do tych listów jako pierw­sza.

Isa­bella mówiła dalej.

– Moja ciotka zde­cy­do­wa­nie uważa, że to na niej spo­czywa obo­wią­zek przej­rze­nia rodzin­nych papie­rów i wyłącz­nie ona powinna posta­no­wić, które z nich zatrzy­mać. Na­dal ser­decz­nie opła­kuje moją matkę. Twier­dzi, że o wiele więk­szym bólem napawa utrata sio­stry niż rodzica, ale ja nie mogę się na ten temat wypo­wie­dzieć.

Cas­san­dra z furią wbiła igłę w mate­riał, by dać upust iry­ta­cji. Nie­ważne, czyje ciało leży w trum­nie, Mary Austen zawsze uzna samą sie­bie za główną żałob­niczkę.

– Zaczęła już?

– Nie, jesz­cze nie. Ma istot­nie taki zamiar, ale jest oczy­wi­ście strasz­li­wie zajęta. Jakoś zawsze ma wię­cej do roboty niż reszta z nas. I cią­gle coś staje jej na prze­szko­dzie.

Z nową ener­gią Cas­san­dra zapro­po­no­wała, by Isa­bella wybrała się do wio­ski w ramach nagrody za ciężką poranną pracę. Poja­wiła się mini­malna próba oporu – Dinah już wyszła, by poza­ła­twiać sprawy; byłoby nie­grzecz­nie zosta­wić gościa samego w domu – ale bez trudu został prze­ła­many. Isa­bella nie­ba­wem wyszła po okry­cie i kape­lusz. I naresz­cie wyglą­dało na to, że Cas­san­dra może mieć dom tylko dla sie­bie.

Spa­ko­wała robótkę, wzięła kufe­rek i wyszła do holu. Wszę­dzie pano­wała cisza. W poło­wie scho­dów zatrzy­mała się, by wyj­rzeć przez okno. W ogro­dzie ani na brzegu rzeki nie było nikogo. Na pode­ście znów nasłu­chi­wała – czy mogła gdzieś tu być docho­dząca poko­jówka, która nie dała się jesz­cze poznać? Ktoś pra­co­wał w poko­jach na górze? Cas­san­dra nie wyczu­wała dodat­ko­wej obec­no­ści, choć w domu było zde­cy­do­wa­nie dużo pracy. Prze­szła przez kory­tarz do sta­rego pokoju dzie­cię­cego, potem wyj­rzała przez okno na tyłach. W ocie­nio­nym rogu nie­gdyś wspa­nia­łej zagrody dla dro­biu dostrze­gła Freda. Chude ptaki dzio­bały w kurzu, a Fred żuł tytoń i stru­gał patyk.

Cas­san­dra od lat podzi­wiała tę ple­ba­nię jako wzór domo­wej wydaj­no­ści. Zawsze pro­wa­dzono ją tak, jak sama by to robiła, gdyby koleje jej życia przy­brały taki wła­śnie obrót. Była więc wstrzą­śnięta opie­sza­ło­ścią i ogólną obo­jęt­no­ścią wszyst­kich pozo­sta­łych tu osób, łatwo­ścią, z jaką gospo­dar­stwo po pro­stu pod­upa­dało. Aż ją kor­ciło, żeby prze­jąć nad nim kon­trolę; przez wzgląd na repu­ta­cję Elizy nie można go prze­ka­zać następ­nemu admi­ni­stra­to­rowi w tak opła­ka­nym sta­nie. I zrobi to – ale póź­niej. Na razie panu­jący tu chaos odpo­wia­dał jej pla­nom. Pew­niej­szym kro­kiem skie­ro­wała się do pokoju pani domu.

Drzwi stały otwo­rem, jakby Eliza dopiero co wyszła. Na łóżku wciąż leżała narzuta zszyta z róż­nych kawał­ków mate­riału, cze­pek do spa­nia cze­kał przy lam­pie na komo­dzie. Szczotki i grze­bie­nie leżały na toa­letce pod oknem; wstążki do wło­sów spły­wały z lustra; przez opar­cie krze­sła prze­rzu­cono koszulę nocną. Cas­san­dra usia­dła ciężko na ozdob­nej dębo­wej ławie przy ścia­nie, poru­szona ota­cza­jącą ją sceną: zatrzy­ma­nym nagle życiem; chwilą zawie­szoną w cza­sie.

Przy­glą­dała się obraz­kom na ścia­nie, na które Eliza patrzyła co rano tuż po prze­bu­dze­niu: pro­stym modli­twom i mak­sy­mom wyha­fto­wa­nym dzie­cię­cymi rękami. „Nie ma jak w domu”, prze­czy­tała i pokrę­ciła głową: takie try­wialne i naprawdę bar­dzo kiep­sko wyszyte. Jakie to dziwne ze strony Elizy, że naj­pierw powie­siła te obrazki, a potem żyła wśród nich. Ale tak wyglą­dały upo­ko­rze­nia wyni­ka­jące z macie­rzyń­stwa; kobiety obda­rzone dobrym gustem były zmu­szone cenić wysoko rze­czy, które nie zasłu­gi­wały nawet na tole­ran­cję. Jed­nym z wielu bło­go­sła­wieństw sta­ro­pa­nień­stwa było to, że przy­naj­mniej miało się dla sie­bie ściany. Ta myśl oży­wiła Cas­san­drę. Wstała i kon­ty­nu­owała poszu­ki­wa­nia.

Pod łóż­kiem zna­la­zła jedy­nie kłębki kurzu. W sza­fie mole i ubra­nia. Choć oto­mana wyglą­dała obie­cu­jąco, kryła w sobie jedy­nie pościel. Cas­san­dra rozej­rzała się i jej wzrok spo­czął na ławie. Cóż za stary, paskudny mebel. Z pew­no­ścią przy­wio­zło go do domu pierw­sze poko­le­nie Fowle’ów, ale wielka, ciężka ława wyko­nana z suro­wego ciem­nego drewna zupeł­nie nie paso­wała do sypialni kul­tu­ral­nej, nowo­cze­snej damy… W nagłym prze­bły­sku Cas­san­dra pojęła, dla­czego mebel zna­lazł się wła­śnie tutaj.

Prze­szła przez pokój, zdjęła z sie­dzi­ska długą pła­ską poduszkę, poło­żyła ją na pod­ło­dze i nie bez trudu uklę­kła na niej. Wysi­łek zwią­zany z pod­nie­sie­niem pokrywy nie­mal prze­kra­czał jej moż­li­wo­ści. Musiała wytę­żać siły tak mocno, nie wie­rzyła, że jest do tego zdolna. Krew pul­so­wała jej w żyłach. Nagle jej wysiłki zostały nagro­dzone. Z gło­śnym skrzyp­nię­ciem wieko pod­dało się i ława odsło­niła swoją zawar­tość. Poszu­ki­wa­nia dobie­gły końca. Cas­san­dra zaci­snęła palce na drew­nie i spoj­rzała w dół.

Miała przed oczami listy pisane przez całe życie.

Trudna do okre­śle­nia kola­cja tego wie­czoru była zupeł­nie pozba­wiona smaku i wyrazu. Cas­san­dra podej­rze­wała, że oglą­dała jej ostat­nie chwile w pyle zagrody dla dro­biu, lecz poza tym nie­wiele zaj­mo­wało ją to, co jadła. Miała wyraź­nie spre­cy­zo­wane plany na wie­czór: wró­cić jak naj­szyb­ciej do swo­jego pokoju, zamknąć się i zacząć czy­tać listy.

– Nie mam poję­cia, dla­czego jestem tak zmę­czona. – Odło­żyła sztućce na talerz, który dziel­nie zdo­łała nie­mal opróż­nić. – Tak nie­wiele dziś zro­bi­łam w porów­na­niu z tobą, Isa­bello. A jed­nak oba­wiam się, że nie­długo będę musiała się poło­żyć.

Nie prze­wi­dy­wała żad­nych obiek­cji. W końcu mil­cze­nie i nie­obec­ność ucho­dziły za prze­jaw grzecz­no­ści u nie­chcia­nych przy­jezd­nych i pozba­wio­nych przy­ja­ciół krew­nych. Biedna panna Mur­den spę­dzała więk­szość czasu w swoim pokoju, uda­jąc, że jest szczę­śliwa. Reak­cja Isa­belli mocno zasko­czyła więc Cas­san­drę.

– Och, pro­szę, jesz­cze nie! Nie położę się jesz­cze przez parę godzin i zostanę tu cał­kiem sama! – Isa­bella wró­ciła z wyprawy do wio­ski zaru­mie­niona i wesoła i ten nowy nastrój trwał aż do tej chwili. Teraz znów popa­dła w przy­gnę­bie­nie. – Czuję się okrop­nie, gdy sie­dzę sama i nie mam nic do roboty.

– Wybacz mi, moja droga. Jakie to bez­myślne z mojej strony. Oczy­wi­ście, posie­dzę z tobą, jeśli tego wła­śnie pra­gniesz. – Jakoś sobie z tym pora­dzi. W star­szym wieku nie potrzeba już tyle snu; będzie czy­tać listy przez całą noc, jeśli zaj­dzie taka potrzeba. Bar­dziej mar­twił ją ten nowy dowód nie­sa­mo­dziel­no­ści Isa­belli. Czuje się okrop­nie sama? Jest nie­za­mężną kobietą! Samot­ność to nie­unik­niona część jej pozy­cji.

Wstały od stołu i zasia­dły w salo­nie do her­baty.

– Zamie­rza­łam cię o to zapy­tać, droga Isa­bello. Jakie usta­le­nia poczy­ni­łaś w związku ze swoją przy­szło­ścią?

– Jesz­cze nie posta­no­wiono, co się ze mną sta­nie. – Isa­bella nalała her­batę i podała Cas­san­drze fili­żankę na spodeczku.

– Ale zamiesz­kasz oczy­wi­ście z jedną ze swo­ich sióstr. – Cas­san­dra nie mogła nic na to pora­dzić, że iry­to­wało ją to jawne uża­la­nie się nad sobą. Nie każda samotna kobieta mogła liczyć na pomoc rodziny. – Zasta­na­wia­łam się tylko, z którą i gdzie.

– Podej­rze­wam, że mnie przyjmą, jeśli tak zde­cy­duję. Wci­snę się jakoś do chatki Mary-Jane albo razem z Eli­za­beth wynaj­miemy nie­wielki dom w wio­sce, który będę pro­wa­dzić, bo ona stale gdzieś wycho­dzi. Takie było ostat­nie życze­nie mojego ojca, jed­no­znaczne. Miał bar­dzo zde­cy­do­wane poglądy w tej spra­wie. Jak wiesz, miał zde­cy­do­wane poglądy na wszystko, a ja przez całe życie ni­gdy nie zro­bi­łam niczego, co mogłoby mu spra­wić przy­krość. Ale aku­rat w tym wypadku… chcia­ła­bym choć raz wziąć pod uwagę moje wła­sne odczu­cia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki