Opis

2 czerwca 1886 roku do księgi metrykalnej wpisane zostaje „niemowlęcie płci żeńskiej” urodzone w Warszawie 26 maja. „Opóźnienie sporządzenia aktu nastąpiło wskutek niedbalstwa rodziców”.

Już ustalenie jej pochodzenia okazało się ogromnym wyzwaniem. W historii jej rodziny więcej jest znaków zapytania niż faktów. Nie wiadomo nawet, od kiedy rodzina zaczęła używać nazwiska Wilczyńscy.

Jej warszawskie adresy:  Świętojerska 16, Franciszkańska 2, Krochmalna 92 – niby istnieją, ale ulice biegną inaczej, a domy już dawno zniknęły. Wychowankowie zapamiętali, że była bezszelestna, pojawiała się nieoczekiwanie i tak samo znikała. I być może z tego samego powodu o niej zapomniano – zniknęła w cieniu Janusza Korczaka.

Emmanuel Ringelblum zapisał: „Współpracowali ze sobą przez całe życie. Nawet śmierć ich nie rozłączyła. Poszli razem na śmierć. Wszystko, co związane jest z osobą Korczaka – internat, propagowanie miłości do dzieci – wszystko jest wspólnym dorobkiem obojga”. W książce Magdaleny Kicińskiej Stefania Wilczyńska wraca na swoje miejsce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


W serii ukazały się ostatnio:

Stefano Liberti Na południe od Lampedusy. Podróże rozpaczy

V. S. Naipaul Indie. Miliony zbuntowanych

Magdalena Grochowska Wytrąceni z milczenia (wyd. 2 zmienione)

Florian Klenk Kiedyś był tu koniec świata

Angelika Kuźniak Marlene (wyd. 2)

Elisabeth Åsbrink Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia

Frank Westerman Czysta biała rasa. Cesarskie konie, genetyka i wielkie wojny

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy

Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci

Mateusz Janiszewski Dom nad rzeką Loes

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch

Witold Szabłowski Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji (wyd. 2 rozszerzone)

Peter Harris Słuszny opór. Konstruktorzy bomb, rebelianci i legendarny proces o zdradę stanu

Liao Yiwu Bóg jest czerwony. Opowieść o tym, jak chrześcijaństwo przetrwało i rozkwitło w komunistycznych Chinach

Dariusz Rosiak Wielka odmowa. Agent, filozof, antykomunista

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

W serii ukażą się m.in.:

Andrzej Muszyński Cyklon

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Magdalena Kicińska

Pani Stefa

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce: Stefania Wilczyńska i Janusz Korczak, Gocławek, kolonia letnia „Różyczka”, lata trzydzieste

Copyright © by The Ghetto Fighters’ House Museum, Israel / The Photo Archive

Copyright © by Magdalena Kicińska, 2015

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja Marta Ciesielska

Korekty Edward Rutkowski / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

ISBN 978-83-8049-098-7

Przychodziła, mówili, nie wiadomo kiedy i skąd.

Raz, dwa, prawa, lewa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, czternaście – i już jest w środku, chociaż dopiero co skręciła z Krochmalnej w podwórko. Schody tu skrzypią, nawet kiedy przed szabasem dyżurni dokładnie je wypastują.

Albo drzwi – do jadalni, auli, pokoju ciszy, w którym można się było schować przed światem. Nawet jeśli i je otwierać bardzo powoli, musiały zaskrzypieć (zawiasy nie zawsze oliwiono, ciężkie klamki, kiedy się je naciskało, też wydawały dźwięk).

Wszystkim, ale nie jej.

Bezszelestność, nieoczekiwane pojawianie się i znikanie zapamiętali wyraźnie. Zastanawiali się potem, jak mogli jej nie zauwa­żyć, nie usłyszeć kroków, nie dostrzec cienia sylwetki. Jeszcze długo potem się sobie dziwili.

Był koniec lat dwudziestych, starsi wychowankowie wystawili noworoczną szopkę. Trochę w niej żartowali, ale ktoś, może nawet całkiem poważnie, zaproponował: do fartucha, który zawsze zakłada na suknię, doszyjmy pani Stefie dzwoneczki. Delikatny dźwięk, pomyśleli, da nam znać, że się zbliża.

1

– Do Ramli?

– Niestety tak.

– Chcesz bilet? Ale po co tam w ogóle jechać? – pyta kierowca autobusu. – I to przed szabasem. Jeszcze nie zdążysz wrócić i utkniesz tam na zawsze.

Jest piątek, początek listopada, parne przedpołudnie.

W Ramli w środkowym Izraelu, kiedyś arabskiej, dziś zakurzonej, tranzytowej, mieszka Szlojme Nadel. Niski blok na tyłach głównej ulicy i przecinającej miasto autostrady, obłożony blachą falistą, talerzami anten satelitarnych i kotami. Wychodzą zewsząd i wyją – nie miauczą.

Nadel, Icchak Belfer, Izaak Skałka. Trzej wychowankowie Domu Sierot. Ostatni. Nietrudno ich znaleźć w Izraelu. Zapraszają ich czasem do szkół, żeby opowiadali dzieciom bajki o dziwnych czasach, kiedy mówili zupełnie innym językiem, na obiad nie jadło się bakłażanów, a potem nie jadło się w ogóle.

Ze Skałką nie uda mi się porozmawiać. Nie zdążyłam spotkać się z jego pamięcią.

Jadę więc najpierw do Ramli, poznać Szlojmego Nadla. W Domu Sierot był Szlomkiem, jest nim znów, kiedy rozmawia ze mną po polsku, w swoim pierwszym, zakurzonym jak to miasto języku. Później, za każdym razem, kiedy będzie do mnie dzwonić, żeby mi jeszcze raz coś opowiedzieć (mówi wtedy: „kiedy mi się odpomina”), też będzie Szlomkiem.

Ale na razie jest listopad 2012 roku. Stoję na przyjemnie chłodnej klatce schodowej trochę dłużej, niż trwa znalezienie tych właściwych drzwi (na pierwszym piętrze, po lewej). Szlojme otwiera je pomału, zaprasza do środka.

– Zdążyłaś.

Nie pytam, czy ma na myśli szabas.

Prowadzi do pokoju, idziemy bez pośpiechu, najpierw jego balkonik. Popycha go powoli. Mieszkanie jest ciasne, wąski korytarz wiedzie przez kuchnię do dużego pokoju. W kącie siedzi Fryda, żona Szlojmego. Uśmiecha się i mówi po polsku:

– No, już, niech siądzie i je.

Figi, pomarańcze, ciasto, wafelki, czekoladki, ananas. Kawa, herbata, biały obrus, zdjęcie Wilczyńskiej.

– Myślałem często: skąd ona wie, gdzie trzeba być? Kiedy coś przeskrobałem, pierwsza znała mój występek. A kiedy jakiemuś dziecku dopiero zaczynało być smutno, już pytała, co się stało. Z kieszeni wyjęła zgubę i jeszcze chustką wytarła zasmarkanie. Potem zainteresowałem się trochę techniką, no i się dowiedziałem, że jest coś takiego i się nazywa radar – mówi Szlojme.

Jego opowieść nie ma żadnego wyraźnego początku. Nawet wtedy, kiedy rozmawiamy pierwszy raz i wszystko jest tak starannie przygotowane: Szlojme włożył białą koszulę, na nią kamizelkę, choć jest gorąco, zawiązał krawat. Musiał poprosić o pomoc, sam nie dałby rady. Obok, na kanapie, stoi pudełko ze zdjęciami, wycinki z gazet (artykuły o Korczaku) leżą równo ułożone. Szlojme siedzi sztywno po drugiej stronie zastawionego stołu i zaczyna opowiadać od środka.

– Pamiętam, że kiedyś Stefa musiała poprowadzić nam szabes. Tradycja każe, żeby przed zachodem zapalić świece, ale akurat wtedy nie było komu, a ona była przecież najstarszą kobietą w Domu. Nie chciała, mówiła, że to wyjątkowo, na zastępstwo. Ale gdy przyszło co do czego, to wiedziała, jak to zrobić, co po kolei. My się modliliśmy, ona tylko patrzyła. Długo, tak jakby przez nas, dalej gdzieś.

I tak zdanie po zdaniu zaczyna być znów Szlomkiem, chłopcem przyprowadzonym na Krochmalną, do Domu Sierot. Przez trzydzieści lat, między 1912 a 1942 rokiem, prowadzili go razem Janusz Korczak i Stefania Wilczyńska. Tamto zdjęcie Wilczyńskiej, które przygotował, żeby mi dziś pokazać, zazwyczaj stoi przy jego łóżku.

*

– Istnieje raj. Tak mówią.

Rok później, kiedy będę u niego kolejny raz, zacznie tę historię inaczej. Usłyszę ją jeszcze kilka razy. Za każdym będzie próbował zmusić swoją pamięć do powrotu. Ja go będę do tego zmuszała (zmuszała dziewięcioletniego Szlomka, żeby tam wrócił). Następnym razem to znów będzie listopad, a on usiądzie w fotelu na balkonie, tam gdzie najchłodniej.

– Raj! Nie wiem, skąd oni tacy pewni. To ja mogę mieć pewność! Bo już raz w nim byłem. Z raju nikt nie wrócił, żeby opowiedzieć. Poza mną. Ja byłem w utopii. Żyłem dobrze. Mnie uczyli, jak to się robi. Miałem dom, gdzie za tatusia była Stefa, a za mamusię Korczak. A teraz powiedz, co chcesz usłyszeć. Co mam ci jeszcze o niej powiedzieć?

[01] Szlomo Nadel. 1932 lub 1933 rok

*

Wiadomo mało, nie wiadomo więcej.

Niewiele „na pewno”, dużo: „podobno”, „ktoś powiedział”, „gdzieś”, „chyba”. Najczęściej właśnie te dwa słowa: „nie wiadomo”. Skrawki nie układają się w opowieść, nie niosą historii. Karty ksiąg ewidencyjnych, błędnie opisane dokumenty prowadzą do ślepych uliczek. Maile rozsyłane pod wyszukiwane miesiącami adresy wracają bez odpowiedzi albo odpowiedzi wzajemnie sobie przeczą. Nikt nic nie zanotował, nie słyszał.

Po lewej zapisuję fakty, po prawej hipotezy. Przestrzeń między nimi zajmują niedopowiedzenia, kusi, żeby ją wypełnić przypuszczeniem, dzięki któremu postaci nabrałyby kształtu, działania motywu.

Wiadomo: ojciec urodził się w 1853 roku w Nieszawie jako Izaak, syn Dwojry z Barcińskich i Salomona Wilczyńskiego, kramarza. Zmarł w 1911 roku w Warszawie jako Julian, hand­lowiec, ojciec Julii, Stefanii i Stanisława.

Nie wiadomo: czy na pewno był handlowcem. Zachowały się wpisy w warszawskich rocznikach adresowych firm handlowych Rafalskiego. W 1883 roku Julian Wilczyński prowadzi przy placu Bankowym kantor weksli i interesów bankierskich. W 1885 roku kantor jest już na Przechodniej 8 (w tym samym roku w Nieszawie jakiś J. Wilczyński – więc może ten sam – przewodzi spółce eksportu zboża). W 1886 roku, kiedy rodzi się Stefania, kantor weksli prowadzi już dwóch Wilczyńskich: Izaak zarejestrowany jest przy ulicy Senatorskiej, Julian – przy Przechodniej, w eleganckim gmachu Sklepów Janascha. Nie ma śladów po majątku, który pozwolił Izaakowi-Julianowi wysłać dzieci na zagraniczne uniwersytety. Podobno był chorowity i bez wielkiego talentu do interesów.

Wiadomo: przy podpisie ojca w księdze metrykalnej (wpisywał wtedy Stefanię) ktoś skreślił „vel Julian”, zostawiając samego Izaaka Wilczyńskiego.

Nie wiadomo: kto i kiedy skreślił te słowa. Sześć lat wcześniej, w 1880 roku, narodziny Julii zgłasza Izaak Wilczyński.

W listach Wilczyńskiej nie ma ani jednej wzmianki o ojcu, ani jednego zdania o nim.

Wiadomo: dziadek Izaaka-Juliana, pradziadek Wilczyńskiej, miał na imię Mosiek-Moritz, a prababka Szajncha-Ludwika. Oboje zmarli w 1831 roku w Nieszawie.

Nie wiadomo: czy to od nich rodzina zaczęła używać nazwiska „Wilczyński”. Żydzi polscy korzystali z imion i przydomków aż do momentu, w którym trafiali pod pruski lub austriacki zabór, na ziemiach wcielonych pod carską jurysdykcję zmieniło się to dużo później. Po drugim rozbiorze Nieszawa znalazła się w Prusach. Możliwe, że pradziadek urodził się w połowie XVIII wieku, jeśli wtedy jeszcze nie Wilczyński, tylko po prostu Mosiek (handlarz wełny, faktor albo mleczarz) dopiero później wybrał lub dostał nazwisko, z którym go pochowali.

Z opracowania S. Kurzweila dla biuletynu warszawskiej gminy żydowskiej, 1937 rok:

Cztery były etapy nadawania Żydom nazwisk stałych. Pierwszym, a zarazem najwcześniejszym był okres rządów władcy absolutnego Józefa II. Jedna z jego reform, wprowadzona patentami z r. 1785 i 1787, nakazywała Żydom polskim zaboru austriackiego przybieranie nazwisk stałych. Na podstawie tych patentów już 1 stycznia 1788 r. musiał każdy ojciec rodziny wybrać nazwisko rodowe, które wraz ze swoim potomstwem obowiązany był stale i nieodmiennie nosić i we wszystkich czynnościach używać. Nazwisko obrane musiało zostać stwierdzone przez kahał i rabina obwodowego i aprobowane przez „kreishauptmana”. Według bardzo prawdopodobnych wersji, do dnia dzisiejszego niezaprzeczonych, najdrożej płacono za nazwiska o ładnym brzmieniu, zestawione z metali szlachetnych, kwiatów itd., tańszą nieco kategorię miały stanowić nazwiska tworzące kombinację metali zwykłych, kamieni, przedmiotów, natomiast zupełnie ­bezpłatnie można było otrzymać nazwiska pochodne od nazw zwierząt[1].

Pradziadek Wilczyńskiej mógł być w tej linii pierwszym, któremu przypisano lub który wybrał swoje nazwisko. Być może przyszedł w okolice Nieszawy z Wilczyna lub innej miejscowości o podobnie brzmiącej nazwie.

W przypadku Stefanii nazwisko już nie było nowo nabyte, jest trzecim pokoleniem, które je nosi. Popularne. Tak przynajmniej twierdzi Kazimierz Snopek, kiedy w 1935 roku wydaje esej Zmienianie nazwisk. Wcześniej usiadł nad dokumentami Monitora Polskiego i wnikliwie je pod tym kątem przeanalizował. Polacy – zauważa Snopek – jak każdy naród cywilizacji europejskiej i chrześcijańskiej formowali swe nazwiska zgodnie ze stosunkami socjalnymi i wymogami języka. Ładne, polskie nazwisko – pisze dalej autor – staje się coraz ważniejsze, jest biletem upoważniającym do występów na szerszej arenie życia społecznego. Świadczy o polskości jego właściciela. Snopek sugeruje: kim innym jest Kurkowski, względnie nawet Kurek – kim innym Kurower. „Każdy, kto się z nim styka, od razu wie, że ma do czynienia z człowiekiem, który wyszedł z obcego nam środowiska, że posiada inną mentalność, a prawdopodobnie w stosunkach zawodowych kierować się będzie innymi normami moralnymi. Różnym Kurowerom, których interesy wymagają ścisłego stykania się ze społeczeństwem polskim, nie na rękę są ich obecne nazwiska i dlatego masowo je zmieniają”[2].

Wśród nazwisk szczególnie atrakcyjnych, nobilitujących i ­pożądanych przez, jak ich nazywa Snopek, nowopolaków, jest i „Wilczyński”.

Autor postuluje rewizję nazwisk obywateli („naszych”) pod kątem narodowościowym, „tak żeby nikt nie mógł podejrzewać Polaka o żydowskie pochodzenie”. „Do tego czasu, należy żywić nadzieję bliskiego, pewne usługi społeczeństwu mogą oddać ­spisy zmienionych nazwisk”[3].

Wiadomo: ojciec miał liczne rodzeństwo, zapisane w księgach metrykalnych Nieszawy. Stefania miała ciotki, o których nigdy nie wspomina, i stryjów, których imiona nie pojawiają się w listach. Były: ciotka Paulina, która wyszła za Izraela Peretza i zmarła młodo; Blima wydana za Chaima Barcińskiego i Berta wydana za Segala; były niezamężne ciotki: Gitel, Tyne, Hana, Lechna i Lina. Byli stryjowie Marek, Ojzer, Jakub i Mosiek, dwa lata starszy od Izaaka Abraham i najmłodszy w rodzinie Dawid. Oraz stryj Lejb, który później stanie się ­Ludwikiem i będzie miał udziały w łódzkim Towarzystwie Wyrobów Trykotowych i Dzianych (byli też Wilczyńscy w Łodzi, ale i tę linię, początkowo zakreśloną mocną kreską, trzeba będzie zetrzeć, bo nie zaprowadzi nigdzie dalej).

Nie wiadomo: czy liczna rodzina utrzymywała kontakty, czy krewni bywali w warszawskim mieszkaniu rodziców Stefanii na Świętojerskiej. Czy Wilczyńska widziała Nieszawę, spichrze nad Wisłą, piaszczysty brzeg, a na nim kamienną kulę, o której krążyły po okolicy legendy, że to cały świat się w tym kawałku granitu zamknął. Czy ktoś powiedział jej, dlaczego dziadek Salomon Wilczyński przybył w latach trzydziestych XIX wieku do miasteczka z bliskiego Wagańca. I czy na pewno handlował tu wełną niedługo po tym, jak pod pruskim zaborem zniesiono przywilej nadany jeszcze w XVI wieku przez Zygmunta Augusta: de non tolerandis Judaeis. Żadnej tolerancji dla Żydów.

Wiadomo: imię Sura pojawia się w księgach metrykalnych, Sara – w aktach hipotecznych; dla córki i świata matka była jednak Salomeą Wilczyńską.

Nie wiadomo: kiedy Aron Walfisz, właściciel kamienicy o numerze hipotecznym 1769 i sąsiedniego pałacyku, numery Świętojerska 16 i 18, przepisał swojej córce Sarze nieruchomość. Ilu braciom ani ilu siostrom musiała wypłacić się za ten zapis.

Wiadomo: matka Salomea urodziła się w 1853 lub 1854 roku, zmarła w Warszawie w 1929 roku.

Wiadomo: w każdy środowy wieczór Stefania wychodziła do matki w odwiedziny. To było jedyne wychodne, z którego nie chciała zrezygnować.

Wiadomo: mówiła o niej „moja staruszka”.

Wiadomo: Salomea Wilczyńska chciała podróżować. Pieniędzy albo możliwości brakowało na te dalsze wyprawy, kiedy więc mogła, jeździła przez miasto omnibusami. Sama.

Nie wiadomo: dokąd wybierała się pani Wilczyńska. Czy to po niej córki odziedziczyły przekonanie, że mogą wiele, więcej niż mniej wyemancypowane rówieśniczki, niewysyłane na zagraniczne studia, na – wtedy nieprzystające kobiecie – kierunki ścisłe.

Wiadomo: Salomea wspierała Towarzystwo „Pomoc dla Sierot”. Przekazywała składki. Była dokładna, poznanie nowej osoby zaczynała od lustrowania guzików (czy wszystkie zapięte i czy dokładnie). Lubiła rosyjskie powiedzenie: „wolniej idziesz – szybciej zajdziesz”.

(Skrupulatność Stefania miała po matce? Na Krochmalnej jej powiedzeniem strofowała czasem dzieci, kiedy niechlujnie składały ubrania albo byle jak ścierały kurze).

Nie wiadomo: nic więcej o tej części rodziny.

Szukam informacji w teczkach zgromadzonych w archiwum korczakowskim – mieści się w budynku warszawskiego Domu Dziecka nr 2 im. Janusza Korczaka przy Jaktorowskiej 6, dawniej Krochmalnej 92. Budynek przetrwał wojnę i choć wielokrotnie go potem przebudowywano, topografia tego miejsca nie zmieniła się znacząco. Szeroka brama, przejście przez plac, przestronny, jasny gmach. Duże okna dwóch pomieszczeń na pierwszym piętrze po lewej od drzwi – tam kiedyś była kancelaria Domu. Dziś po prawej Muzeum Warszawy prowadzi swoją pracownię naukową – Korczakianum.

Na dole, w korytarzu kuchni, podłoga nadal wyłożona jest kafelkami o gorsecikowym kształcie. Przetrwały remonty. Na górze mieszkają dzieci. Biegają po korytarzu. Śmieją się, krzyczą, płaczą. Przychodzę tu często, niektóre, najmłodsze, mówią do mnie „ciociu”.

W jednej z teczek dokumentujących życie Wilczyńskiej (szare tekturowe tomy wiązane białą tasiemką zajmują mniej niż jedną trzecią wąskiej półki) znajduję list. Mary Marley, obecnie mieszkająca na Florydzie, wspomina: „matka mojej matki i matka panien Wilczyńskich były siostrami, cała rodzina pochodzi z Warszawy, to pewne”. Maszynopis podpisuje odręcznie: „Marysia”. Piszę do niej. Odpowiedź przychodzi po roku. Marysia ma wtedy sto jeden lat i powtarza te same zdania w kolejnych akapitach. Informacje o Stefanii mieszają się z informacjami o jej siostrze Julii, ich matce, rodzicach Marysi. Wilczyńska ma raz bliźniaczkę, na odwrocie kartki jest już od niej starsza. Mary Marley obiecuje w następnym liście postarać się pamiętać lepiej. Po kilku miesiącach przesyła ponownie ten sam maszynopis.

Wiadomo: Wilczyńska miała starszą o sześć lat siostrę Julię.

Nie wiadomo: czy na pewno miała jeszcze dwie: Paulinę (Idzikowską?) i Emilię (Kahane?). Przyrodnie? W nekrologu po śmieci ojca w smutku pogrążeni są „zięciowie”, to jedyny znak, że były jeszcze inne córki Izaaka.

Nie wiadomo: niczego więcej o tych dwóch pozostałych siostrach. Podobno zginęły w ­getcie.

Wilczyńska o siostrze pisze w listach w liczbie pojedynczej. Z czułością.

Wiadomo: Julia skończyła studia w Zurychu, była nauczycielką, uczyła geografii (gimnazjum koedukacyjne Felicji Buki, Orla 11). Prowadziła też w podwarszawskim Śródborowie dom dla dzieci, który dziś nazywałby się „sanatorium”. Kobiecy żydowski tygodnik „Ewa” w 1930 roku pisał: zakład nowoczesny, wychowawczo-naukowy, ale drogo jak na lata kryzysowe, pobyt dziecka – 400 złotych (choć przewiduje się zniżki dla inteligencji pracującej), dlatego pełno wolnych miejsc. Julia mówi: to wina złych czasów.

Nie wiadomo: jak wyglądała, czy była tak wysoka jak ­Stefania.

Wiadomo: Stanisław, brat Wilczyńskiej, był młodszy od niej o dziesięć lat, jeździł po Warszawie czarnym chevroletem, lubił przejażdżki nową asfaltową drogą z Marymontu do Młocin i Kampinosu. Był bardzo wysoki (Jarosław Abramow-Newerly pisze o nim w swoich wspomnieniach: „ogromny”). Jedyny syn Izaaka i Salomei skończył ośmio­klasową szkołę realną – męskie Gimnazjum pod wezwaniem Świętego Wojciecha – prowadzoną przez Wojciecha Górskiego (na tyłach Nowego Światu). Studiował na politechnice w Zurychu między 1914 a 1918 rokiem (z matematyki i fizyki dostawał najwyższe stopnie, gorzej z francuskim), odebrał dyplom inżyniera. Znajomi mówili o nim: Stach.

Nie wiadomo: jak brzmiał jego głos, kiedy mówił i kiedy się śmiał (podobno lubił żartować). Niecierpliwił się szybko, jak wtedy, gdy na proszonym obiedzie u znajomych przyszedł nieoczekiwany gość, zagaił pana domu, a wszyscy obecni musieli przerwać jedzenie. Rozmowa przedłużała się, aż zirytowany Wilczyński fuknął: „albo się wchodzi, albo wychodzi”. W domu potomków tych znajomych do dziś używa się tego zwrotu.

Wiadomo: służył w Wojsku Polskim, brał udział w wojnie 1920 roku.

Nie wiadomo: czym się dokładnie zajmował jako członek Zarządu i dyrektor handlowy Towarzystwa Przemysłowego „Kabel”. Stanowisko, tytuł i chevrolet w Warszawie lat trzydziestych sugerują karierę; kolacja w Hotelu Europejskim, na którą umawiali się co tydzień z zaprzyjaźnionym małżeństwem, była stanowczo za droga, ale nie umieli jej sobie z żoną odmówić.

Wiadomo: w piątkowe wieczory, po szabasowej kolacji odwiedzał siostrę na Krochmalnej. Dzieci zapamiętały nie tylko elegancki samochód. Bawił się z nimi, długie nogi olbrzyma były dla nich mostem przerzucanym nad przepaściami w dalekich krainach, o których opowiadał.

Wiadomo: brat ożenił się z Ireną z domu Eliasberg, córką Izaaka i Stelli, siostrą Anny (podobno popełniła w getcie samobójstwo), Marty i Heleny, która wyjdzie za Szymona Syrkusa i będzie projektowała osiedla – nazwie je społecznymi. Zasymiliowana rodzina doktora Eliasberga zajmowała mieszkanie przy Marszałkowskiej 99. Nie mówiło się tam w jidysz i nie przyzwyczajało do pieniędzy. Doktor Eliasberg przyjmował wszystkich, w poczekalni (przedpokoju) jego gabinetu zawsze kłębił się tłum, nikogo nie odsyłał z kwitkiem. W powojennych dokumentach wypełnianych do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację Irena (łączniczka w powstaniu warszawskim, Zgrupowanie „Żywiciel”, pseudonim „Stasia”) wpisuje: imię ojca – Ignacy, matki – Elżbieta, korzysta też z nazwiska Niemirowska (rodzinnego matki).

Nie wiadomo: jaki był stosunek Stanisława do tego, co polskie i żydowskie.

Z Ireną Wilczyńską rozmawiała w latach osiemdziesiątych amerykańska dziennikarka Betty Lifton, autorka książki o Korczaku The King of Children [Król dzieci]. Nie drążyła, nie dopytywała o Stefę. Irena mówiła niewiele. O zapachu pasty do podłogi, którą szorowano posadzki tuż przed szabasem (również dlatego nie lubiła piątkowych wizyt u siostry męża). Kiedy siedziała w pokoju Stefanii (pustym, tak bardzo innym od wytapetowanych, udekorowanych obrazami wnętrz jej własnego mieszkania), dziwiła się, jak niewiele można chcieć. Jak niewiele potrzeba szwagierce i jak jest w tym podobna do teściowej, której niczego nie można było dać ani nie można było jej pomóc, kiedy po nieudanej sprzedaży nieruchomości (nie wiadomo: której) wdowa po Izaaku-Julianie straciła mnóstwo pieniędzy. Zamiast dawać jej koperty z banknotami (zaraz i tak by je oddała), rodzeństwo umówiło się z lokatorami, którym matka podnajmowała pokoje, że będą płacić najemczyni więcej. Rodzina puszczała do siebie oko, udając, że nie ma intrygi.

Irena powiedziała Lifton: ze Stefą by to nie przeszło.

Wiadomo: Po powstaniu, obozach jenieckich i wojnie Irena pracuje w biurze pracowni architektoniczno-urbanistycznej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Sama o sobie mówi: „byłam sekretarką Gomułki” (ale w życiorysie dla ZBOWiD-u nie wspomina o tym ani słowem), należy do PZPR i praktykuje katolicyzm, co miesiąc wpłaca pieniądze na rzecz Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach.

Nie wiadomo: czy Irena kontaktowała się z matką (weszła do getta, przeżyła) i siostrą Anną (podobno odmówiła wyjścia, podobno nie chciała zostawić ukochanego, podobno była uparta jak matka i niczego, nawet woli przeżycia, nie można było na niej wymusić), czy telefonowali (jeszcze w getcie było można) do Stefanii, czy posyłali paczki dla Domu.

W jednej z teczek w archiwum korczakowskim znajduję notatkę: ksiądz Jan Twardowski utrzymywał kontakty z Ireną Wilczyńską i Heleną Syrkusową, osobiście (podobno) przygotował je do chrztu i go udzielił. Ostatnie zapisane zdanie – ksiądz Twardowski rzucił niepytany: „Stefania Wilczyńska to była wspaniała kobieta”.

Nie wiadomo: co i skąd ksiądz Twardowski wiedział o ­Stefanii. Ireny Wilczyńskiej do śmierci nikt nie zapytał o rodzinę męża. Nie zachowało się ani jedno zdjęcie Stanisława.

Zachowały się inne dokumenty.

Wiadomo: kamienica przy Świętojerskiej była trzypiętrowa (trzecie piętro znacząco niższe). Brama pośrodku, cztery żeliwne balkony (po dwa na pierwszym i drugim piętrze), dwie latarnie, widok na skrawek Ogrodu Krasińskich.

Nie wiadomo: czy siostry (dwie? cztery?) Wilczyńskie, żeby skrócić sobie drogę do szkoły po drugiej stronie Ogrodu Krasińskich, przechodziły parkowymi alejkami. Czy na pewno zajmowali mieszkanie na pierwszym piętrze (w księdze adresowej miasta Warszawy na 1908 rok tylko tyle: Julian Wilczyński, obywatel – Świętojerska 16), ile zajmowali pomieszczeń (podobno sześć i raczej od frontu, przestronne, jasne). Jaki był widok z okna jej (miała własny?) pokoju. Brakuje szczegółu, dookoła którego można byłoby rozsnuć opowieść o miejscu.

Wiadomo: rodzina była zasymilowana.

Nie wiadomo: jaki to był dom, czym umeblowano najbliższy, pierwszy świat Wilczyńskiej. Czy było w nim miejsce na mezuzę przy drzwiach i oddzielne naczynia na produkty mleczne, żeby utrzymać koszer, tomiki Norwida, patriotyczne pamiątki, jak zdjęcie syna w polskim mundurze.

Wiadomo: siostra Julia zginie w getcie w 1942 roku, najprawdopodobniej w czasie wielkiej akcji likwidacyjnej getta.

Wiadomo: brat nie założy opaski. Będzie mieszkał z żoną po aryjskiej stronie, na Żoliborzu. Umrze w 1943 roku, (podobno) na raka, i zostanie pochowany na katolickich Starych Powązkach. Irena każe wyryć mu na nagrobku: „­ZURYSZANIN”.

Wiadomo: Wilczyńska nie ucieka od swojego żydostwa ani go nie szuka. Jidysz będzie musiała się nauczyć.

Nie wiadomo: dlaczego i w którym dokładnie momencie Izaak stał się Julianem, jak brzmiał jego polski, jak mówiła Salomea. Czy myśleli (a jak mówili?) o sobie: Żydzi, czy Polacy żydowskiego pochodzenia, a może wyznania mojżeszowego. Niewierzący Żydzi? Bo i taka ewentualność wchodziła w grę. A może warszawiacy? Obywatele miejscy?

*

Zdjęć:

rodziców,

sióstr (ilu?),

brata,

wnętrza domu, w którym mieszkała,

z dzieciństwa (z rodzicami, z rodzeństwem, z dziadkami, w różnych konfiguracjach i w scenerii),

tuż przed pójściem na pensję,

szkolnego,

ze studiów;

jej pamiętnika,

listów do przyjaciółek ze szkoły, studiów (miała?), krewnych

– nie mam.

*

Mam:

imiona dziadków ze strony ojca z wpisów w księgach we włocławskim oddziale Archiwum Państwowego,

imiona dziadków ze strony matki: Aron i Hinda, znalezione w dokumentach hipotecznych,

dwa wydrylowane ze szczegółów nekrologi ojca i zawiadomienie o pogrzebie matki,

nagrobek rodziców przy głównej alei na żydowskim cmentarzu przy Okopowej (szeroki, z kolumnami, z czarnego marmuru),

spis nauczycieli szkół wyższych i średnich z 1926 roku z nazwiskiem siostry,

dyplom ukończenia uczelni brata,

jego grób na Powązkach,

cienką teczkę dokumentów jego żony,

listy, które Stefania pisała później, kilka jej artykułów, wypowiedzi zapisane w protokołach,

listę miejsc: Świętojerska 16, Franciszkańska 2, Krochmalna 92, ale żadne z nich dziś nie istnieje w tym samym miejscu, w którym istniało przed wojną, i nie jest takie, jakie było wtedy.

I jeszcze: adres mailowy zięcia Gerszona Mandelblata, byłego wychowanka Domu Sierot. Mieszka w Stanach Zjednoczonych. Piszę do niego z prośbą o kontakt. Odpisuje po kilku tygodniach z prośbą, żebym jak najszybciej oddzwoniła, bo „tata nie może się doczekać pani telefonu, pamięta Wilczyńską bardzo dobrze”.

Głos w słuchawce jest wyraźny i mocny, trudno uwierzyć, że Gerszon ma dziewięćdziesiąt lat. Opowiada długo o Korczaku. O spodniach, które dostał w Domu, o pieczonym ­kurczaku, którego jadł na Krochmalnej pierwszy raz w życiu. Pytam o Wilczyńską.

Milczy długo.

– Dziękuję, że o niej piszesz.

Płacze do słuchawki.

– Ale ja nic, nic już nie pamiętam, dziecinko.

Przeprasza.

*

W Archiwum Państwowym w Warszawie zachowała się wypełniona po rosyjsku księga metrykalna za 1886 rok. 2 czerwca 1886 roku o jedenastej Izaak Wilczyński, trzydziestotrzyletni kupiec, i dwóch świadków: Berek Wald, hodowca krów z Twardej, i handlowiec Moszek Dreszer wpisują „niemowlęcie płci żeńskiej”, urodzone w Warszawie 26 maja. Nadaje się mu imię Stefania. „Opóźnienie sporządzenia aktu nastąpiło wskutek niedbalstwa rodziców”.

Wiadomo: w 1914 roku Kongres USA ustanawia drugą niedzielę maja Dniem Matki. Pomysł szybko podchwycono, kolejne państwa honorują matki.

Nie wiadomo: kto i dlaczego zdecydował, żeby w Polsce Dzień Matki obchodzić akurat 26 maja.

Wiadomo: Stefania urodziła się w środę. Dzień był pogodny, choć nieprzesadnie, jak na maj ciepły. Było bardzo wcześnie rano.

*

Szlomowi się odpomina.

– Żyła tak, że mało o niej wiedzieliśmy, taka… – Szuka słowa. Bardzo dba o to, żeby jego polski, zahibernowany na Kercelaku, brzmiał poprawnie. – Taka… niebyła. Nic po niej nie zostało, jakby jej nigdy nie było.

2

Prawie żadnego szczegółu, ledwie parę informacji o dzieciństwie i wczesnej młodości.

Ma dwanaście, może trzynaście lat, kończy się właśnie XIX wiek, kiedy wstępuje na pensję Jadwigi Sikorskiej. Szukam w dokumentach szkoły, opowieściach jej absolwentek.

Kilka wspomnień z pamiątkowej książki wydanej w 1927 roku na pięćdziesięciolecie szkoły.

„Pracowitość jej była niezmordowana, wytrwałość żelazna, a pełna świadomość celu przed sobą wywierała wrażenie wprost imponujące. Nie znała zmęczenia, przynajmniej nigdy się do niego nie przyznawała. Była wszędzie; zjawiała się nagle, cicho i niespodziewanie, zarówno w klasach w ciągu dnia, jak i w nocy w sypialniach. Pracę, która w innych instytucjach rozkłada się na cztery, pięć osób, wykonywała sama jedna”[4].

„Kto tak pracować potrafi, umie też pracy od innych wymagać. Wymagała jej też od współpracownic i od dzieci. Umiała nadto wzbudzić w nich poczucie i uznanie sprawiedliwości, jeśli nie nieomylnej, bo ta jest utopią, to przynajmniej w stosunkach ludzkich możliwie doskonałej.

Im dalej są od nich lata szkolne, tym wyżej cenią swą wychowawczynię, tym lepiej rozumieją pobudki jej postępowania, podstawy systemu wychowawczego i cele, ku jakim dążyła. To, co dla młodych, rwących się do życia i swobody natur było czasem jakimś przykrym i niepotrzebnym skrępowaniem, w świetle późniejszych doświadczeń, głębszej znajomości ludzi i życia okazywało się rozumnym, konsekwentnym, dobrze obmyślonym planem kształtowania młodych charakterów i uzbrajania ich przeciw wpływom, które by je zwichnąć mogły. Zrozumiały, że choć czasem twarda i nieugięta wydawała im się wola przełożonej, życie jest znacznie twardsze, a kto chce się z nim borykać zwycięsko, musi w sobie zawczasu wyrabiać zdolność skupiania energii, nierozpraszania”[5].

„W tych czasach często się zastanawiałam, kiedy nasza przełożona sypia. O dwunastej w nocy obchodziła sypialnie ze świecą w ręce. Czasem, gdy powiedziała – Haluniu, czy ty spisz? – nie odzywałam się, bo wiedziałam, że ją to gnębi, że źle sypiam”[6].

To jeszcze nie o Wilczyńskiej.

Tak zapamiętały uczennice Sikorską, dyrektorkę szkoły, prywatnej pensji żeńskiej z kursem rządowych progimnazjów żeńskich. Nie wiadomo, jakie wrażenie wywarła na młodej Wilczyńskiej (czy była wzorem do naśladowania, inspirowała?).

Przez sześć lat Wilczyńska uczy się na pensji w budynku z wieżyczką na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej. Szkoła zajmuje lokale na trzecim piętrze, ma trzydzieści cztery okna. Można zerkać na pobliski Ogród Saski i skrzyżowanie. Najwięcej uwag uczennice dostają „za patrzenie się oknem i rozmarzenie”.

(O czym marzyła czternastoletnia Stefania?)

Autorzy wspomnieniowej publikacji piszą: „rodzice powierzający swe córki Jadwidze Sikorskiej wiedzieli, że nikt tam im schlebiać i dogadzać nie będzie. Nauka, praca, obowiązek stoją na pierwszym planie, wesołość, zabawa, uciechy pozostawia się na chwile wolne i zdaje na osobistą inicjatywę samych dziewczynek”[7].

(Co robiła Stefania w wolne popołudnia?)

Większość uczennic to córki zamożnej inteligencji wyznania mojżeszowego, jest ich sporo, bo szkoła położona w północnej części Śródmieścia, zamieszkiwanej przez rodziny żydowskie; uczennice nie muszą jednak uczestniczyć we wspólnej modlitwie.

Na pensji obowiązywały mundurki, dyrektorka pilnowała, żeby modne stroje nie odróżniały uczennic z bogatszych rodzin. Zachowały się zdjęcia: ciemne suknie, białe kołnierze opadające aż na ramiona, dziewczęta pochylają się nad przyrządami, obracają w palcach drobne metalowe elementy, notują w zeszytach obserwacje. To pracownia fizyki, ćwiczenia praktyczne. Na zajęciach z przyrodoznawstwa strój już luźniejszy, plisowane spódnice, narzucone wełniane peleryny. Uczennice stoją przy podłużnych stołach w skupieniu. Na odwrocie fotografii szkolnych motto szkoły, wiersz Asnyka o wyrabianiu w sobie odwagi, „nie tej jednodniowej, co tylko w nagłem przedsięwzięciu błyska, lecz tej, co z zawsze podniesioną głową nie da się zepchnąć z swego stanowiska”.

W jednym ze wspomnień byłych uczennic zdanie: „w szkole wpajano do głowy ambicję, by broń Boże nie być pasożytem żyjącym kosztem drugich”.

Zajęcia zaczynały się zawsze o ósmej. Wilczyńska uczyła się na pensji między innymi francuskiego i niemieckiego, przyrody i – nielegalnej wtedy dla Polek – fizyki. Pracownia dysponowała roztworami formaliny, zielnikami, wypchanymi zwierzętami. Można było pokazać uczennicom każde doświadczenie z cieczą, magnetyzmem i optyką. Historii uczył Władysław Smoleński, dziewczynki śmiały się, że sam wyglądał jak rycerz jagielloński. Przed jego lekcjami na korytarzu nerwowo przeglądały zeszyty. Geografii – Paweł Sosnowski, który kiedy tylko mógł, używał map ślepych, bez oznaczeń – oficjalnie do nauki dopuszczono tylko te rosyjsko- lub niemieckojęzyczne, a nie chciał, żeby dziewczynkom utrwaliły się nazwy w obcym alfabecie: Висла, Варшава, Карпаты.

We wspomnieniach uczennic zachowały się jeszcze: barwne tapety, salon dyrektorki i obite zielonym pluszem fotele – tam przeprowadzała poważne rozmowy. I plany lekcji. Jeden dla władz carskich, drugi z większą liczbą godzin języka polskiego, z lekcjami zakazanej historii i geografii Polski.

Przy wejściu głośny dzwonek, a w drzwiach obitych boazerią schowane okienko; uczennice miały dyżury – trzeba było ostrzec, jeśli zbliżała się carska inspekcja.

(Wilczyńska też stała na czatach?)

Wtedy podnosił się alarm, pospiesznie chowano polskie pomoce naukowe, a do odpowiedzi wyznaczano uczennicę najlepszą z rosyjskiego. Na przykład Maniusię, prymuskę w 1879 roku, która bardzo się potem wstydziła, ale języki i wszystkie inne przedmioty po prostu łatwo jej przychodziły. Po pensji i rządowym gimnazjum Maniusia słuchała jeszcze wykładów Uniwersytetu Latającego, tajnych „babskich” kompletów, gdzie uczyły się te, dla których nie było wciąż jeszcze miejsca w szkołach wyższych. Potem wyjechała do Francji studiować na wydziale matematyczno-­-przyrodniczym Sorbony. Jeszcze później odkryła pierwiastek chemiczny o liczbie atomowej 84 i łacińskiej nazwie Polonium.

Wilczyńska po skończeniu pensji też wyjechała.

*

Jadwiga Sikorska o sobie: „Cóż ja takiego zrobiłam? Spełniałam zawsze tylko prosty, codzienny obowiązek, nic nadto. A jeżeli to, co zrobiłam, okazało się jako tako dobre, to dlatego że pracę swoją kochałam bardzo, że rwałam się do niej od wczesnej młodości, że ją sobie idealizowałam i, co dziwna, nie doznałam zawodu. A gdy przyszły okropne czasy, gdy zdawało się, iż grunt usuwa się spod nóg, a płucom braknie oddechu, to wtedy, zamiast rozpaczy, a może obok niej, zjawiała się jakaś dziwna siła, jakiś głos, co szeptał, że ustąpić niepodobna. Ale wtedy czułam się naprawdę potrzebną”[8].

*

Europejskie uczelnie są coraz bardziej otwarte dla kobiet. Kolejne uniwersytety przyznają im prawo do studiowania. Uniwersytet Jagielloński, z oporem, zaczyna w 1894 roku od umożliwienia kobietom słuchania wykładów. Trzem. Nie mogą jednak według prawa zdawać egzaminów, aby uzyskać dyplom. Trzy lata później będą mogły studiować filozofię, siedem lat później – farmację i medycynę. Uniwersytet Warszawski uchyla drzwi dopiero w 1915 roku.

Może dlatego zagranica. Wilczyńska nigdzie nie tłumaczy swojej decyzji. Najpierw Genewa (choć rodzeństwo wybrało Zurych), tamtejszy uniwersytet od 1872 roku przyjmuje kobiety. Jest nazwisko, ostatnia na liście wolnych słuchaczek na semestr letni 1906. Archiwum Uniwersytetu Genewskiego potwierdza: „Miss Stefania Wilczyńska została przyjęta jako wolna słuchaczka kursu nauk przyrodniczych”. Uczyła się, według list wykładowych, chemii organicznej z profesorem CarlemGräbem i botaniki z profesorem Robertem Chodatem.

Kolejny przystanek, belgijskie Liège. Nie jest jedyna, na liście studentów gęsto od dopisywanych przy nazwiskach adnotacji: RdP – Royaume de Pologne, Królestwo Polskie. Chrześcijanki i Żydówki, nie wszystkie z bogatych domów. Uczelnia zachęcała wtedy młode kobiety do „podejmowania nowych materii”. Może tyle wystarczyło, żeby wybrać Liège. Wyciąg z rejestru studiów: „Stefania Wilczyńska, urodzona 26 maja 1886 roku, studiowała na Uniwersytecie w Liège w latach 1906–1907, 1907–1908 ­Sciences naturelles et médicales”. I jeszcze litera „D” przy nazwisku – była dobrą studentką. Brakuje informacji, dlaczego studiów nie skończyła. Z uczelni przychodzi odpowiedź: „Nic więcej nam o tej pani nie wiadomo”.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Źródła fotografii

[01] – Archiwum Muzeum Bojowników Getta, Lochamej HaGeta’ot, Izrael, fot. Edward Poznański

[02], [03], [04], [06], [07], [08], [10], [12], [14], [15] – Archiwum Muzeum Bojowników Getta, Lochamej HaGeta’ot, Izrael

[05] – Archiwum Muzeum Bojowników Getta, Lochamej HaGeta’ot, ­Izrael, fot. Marian Fuks

[09] – Zbiory Ośrodka Dokumentacji i Badań Korczakianum

[11] – Zbiory Ośrodka Dokumentacji i Badań Korczakianum, fot. Edward Poznański

[13], [16] – Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego

Przypisy

[1] S. Kurzweil, Nazwiska żydowskie w Polsce, „Głos gminy żydowskiej” 1937, nr 4.

[2] K. Snopek, Zmienianie nazwisk, Warszawa 1935, s. 4, 5.

[3] Tamże, s. 24.

[4] K. Król, I. Moszczeńska, Szkoła Jadwigi Sikorskiej w Warszawie: wydano w celu uczczenia 50-lecia pracy jej przełożonej, Warszawa 1927, s. 61.

[5] Tamże, s. 73, 74.

[6] Tamże, s. 88.

[7] Tamże, s. 102.

[8] Tamże, s. 209

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected],[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected],[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52,

[email protected]

Wołowiec 2015

Wydanie I