Pani England - Stacey Halls - ebook + audiobook + książka

Pani England ebook i audiobook

Stacey Halls

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Wyjątkowa powieść historyczna autorki światowego bestsellera „Czarownica ze wzgórza”, książki roku portalu LubimyCzytać.pl.

RODZINA IDEALNA NIE ISTNIEJE.

Hrabstwo West Yorkshire, rok 1904.

Ruby May podjęła się opieki nad dziećmi zamożnych Charlesa i Lilian Englandów. Przejęta zasadami wyniesionymi z Instytutu Norland, z zaangażowaniem pomaga rodzinie. Chłonie obyczaje panujące w odosobnionym Hardcastle House. Środowisko, do którego trafiła, robi na niej wrażenie. Lecz wydaje jej się, że z tajemniczą, piękną panią England coś jest nie w porządku, a służba darzy ją niechęcią. Ruby czuje się nieswojo.

ZŁO CZAI SIĘ W KAŻDYM Z NAS.

Nie każda słabość prowadzi do tragedii. Warto skonfrontować się z demonami z przeszłości, aby historia się nie powtórzyła.

Przesycona narastającą atmosferą grozy „Pani England” to portret małżeństwa epoki edwardiańskiej, pasjonująca opowieść o mężczyznach i kobietach, sile i dominacji, odwadze, prawdzie i szatańskim podstępie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 20 min

Oceny
4,2 (163 oceny)
69
66
21
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Aristeia

Dobrze spędzony czas

Książka jest dosyć przewidywalna, ale przyjemna. Ma w sobie coś z powieści gotyckiej albo z gry przygodowej pokroju Black Mirror - atmosfera jest gęsta, mroczna, tajemnicza. Taka mroczniejsza wersja Downton Abbey ;) ale daleko jej do jakiegoś thrillera, więc sięgać bez obaw.
20
paula1656

Dobrze spędzony czas

Panią England dostałam w prezencie urodzinowym, akurat byłam po lekturze Podrzutka, więc zaintrygowana sięgnęłam po kolejną pozycję autorki. Ta książka podobała mi się jeszcze bardziej, bo o ile w Podrzutku akcja toczyła się w Londynie, tutaj znaleźliśmy się na ustroniu, w pięknej, ogromnej posiadłości, przy zapierających dech w piersiach okolicznościach przyrody. Stacey Halls to jedno z dwóch odkryć mojego roku. Wspaniale oddała rzeczywistość ówczesnych czasów, wykreowała bohaterów tak różnych pozycjami. Niespieszna narracja nadawała klimatu powieści. Było spokojnie, choć nie nudno. Cały czas zastanawiałam się, o co chodzi z tą Panią England, jaką tajemnicę skrywa. Zresztą Ruby również. Była tajemnicza i momentami nawet mnie to irytowało, że muszę tyle czekać, by dowiedzieć się, dlaczego nie chce wrócić do domu i rodziny. Pod koniec powieści często się wzruszałam, do połowy książki myślałam, że książkę ocenię niżej, jednak końcówka bardzo mi się podobała i zrobiła na mnie duże wrażen...
21
sniff

Dobrze spędzony czas

Trochę jak Kate Morton, a trochę jak Jane Eyre
10
Chilim26

Dobrze spędzony czas

Klimatyczna, nastrojowa historia. Tytułowa pani England okazuje się być zupełnie kim innym niż się poczatkowo wydaje...
10
linkaczeska87

Z braku laku…

Styl pisarki trochę nie dla mnie - bardzo długo trwało, zanim "wgryzłam się" w opowiadaną przez nią historię. Część decyzji bohaterów nie była dla mnie zrozumiała, a wydarzenia trochę wydawały się nierealne. Nie dla mnie.
10

Popularność




Wprowadzenie

Wlesie nocą wcale nie było cicho. Lelki i sowy wykrzy­ki­wały swoje prze­dziwne solówki, a moje buty chrzę­ściły na kamie­ni­stej ścieżce. Zewsząd docho­dziły odgłosy wody: małe, hała­śliwe potoczki i stru­myki bul­go­cząc, świer­go­cząc i szem­rząc nie­prze­rwa­nie spły­wały do rzeki. Deszcz ustał, zza mgli­stego welonu wyło­nił się księ­życ. Cia­śniej ścią­gnę­łam pele­rynę przy szyi i otu­li­łam twarz sza­lem.

Łatwiej szło się bez lampy, która spra­wiała, że wszystko, co było poza krę­giem jej świa­tła, sta­wało się jesz­cze ciem­niej­sze. Za prze­wod­nika wystar­czał blask księ­życa, mój wzrok przy­zwy­czaił się do tego bez trudu. Prze­szłam przez dzie­dzi­niec zakładu, zatrzy­ma­łam się na ścieżce kon­nej bie­gną­cej wokół budyn­ków gospo­dar­czych: w lewo na wrzo­so­wi­ska, w prawo do mia­sta. Skrę­ci­łam w lewo, przy mły­nie minę­łam staw o powierzchni gład­kiej i lśnią­cej jak lustro zwró­cone ku nocy. Zbo­czem wzgó­rza, nad drogą wijącą się przez dolinę niczym upiorna wstą­żeczka, pięły się sosny. Pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć sobie, jak dotrzeć do samot­nego, niskiego domku na wrzo­so­wi­sku.

Dzieci zamknę­łam w sypialni; tym razem nie będzie żad­nych ucie­czek. Jeśli wszystko dobrze pój­dzie, wśli­znę się z powro­tem nie­zau­wa­żona. Jeżeli wrócę póź­niej niż pan… Nie, powta­rza­łam sobie, nie myśl o tym. Po pro­stu idź. Nogi nio­sły mnie w górę; po lewej stro­nie jak widmo wzno­siła się grań.

– Ruby? – szept był wyraźny, nie do pomy­le­nia.

Omal się nie prze­wró­ci­łam. Zmar­twiała, roz­glą­da­łam się po smu­kłych pniach i czar­nych gałę­ziach. Krew pul­so­wała mi w uszach tak gło­śno, że pra­wie nic nie sły­sza­łam. Kilka sekund póź­niej szept roz­legł się ponow­nie:

– Ruby? To ty?

Rozdział 1

Londyn, sierpień 1904 roku

Wiozłam Geo­r­ginę do domu zwy­kłą trasą, na wschód przez Ken­sing­ton Gar­dens w stronę Hyde Parku. Zasnęła z pęcz­kiem sto­kro­tek w rączce. Pcha­łam wózek konną ścieżką, od czasu do czasu wymie­nia­jąc ukłony z innymi nia­niami. Buci­kami trą­cała kra­wędź wyście­ła­nego wózka; nie­długo z niego wyro­śnie. Poczu­łam deli­katne ukłu­cie tęsk­noty za daw­nym malusz­kiem. Umiała już sama sia­dać, co demon­stro­wała w pogodne dni, gdy skła­da­łam budkę; ocza­ro­wana przy­glą­dała się kró­lew­skiej straży kon­nej w stroj­nych mun­du­rach i heł­mach zdo­bio­nych pió­ro­pu­szami, a wtedy panie zamy­kały para­solki i wpa­try­wały się w nią z zachwy­tem.

Przy­kuc­nę­łam, żeby pod­nieść weł­nia­nego misia leżą­cego w pia­sku obok wózka. Nie zauwa­żyła go nia­nia, która sie­działa obok na ławce, zaczy­tana w powie­ści. Za nią, na tra­wie, mali chłopcy toczyli bitwę na patyki.

– O, dzię­kuję – powie­działa, gdy poda­łam jej zabawkę. Przyj­rzała się mojemu uni­for­mowi, innemu niż pozo­sta­łych niań, zapro­jek­to­wa­nemu spe­cjal­nie, by odróż­nić absol­wentki Nor­land Insti­tute od reszty. Pod zgrabną brą­zową pele­ryną mia­łam beżową dre­li­chową suk­nię z bia­łym baty­sto­wym far­tusz­kiem wykoń­czo­nym koronką. Let­niego stroju dopeł­niała kre­mowa, pie­ni­sta kra­watka zawią­zana pod szyją. Zimą cho­dzi­ły­śmy w płasz­czu z jasno­nie­bie­skiej serży, a przez cały rok do codzien­nej pracy, porząd­ków w poko­jach dzie­cin­nych i roz­pa­la­nia ognia nosi­ły­śmy różowy dre­lich.

– Chcia­ła­bym, żeby też tak zasnęła. – Ruchem głowy poka­zała sie­dzącą w wózku szczu­płą, poważną dziew­czynkę. Była odro­binę star­sza od Geo­r­giny i przy­glą­dała mi się spod bia­łego kape­lu­sika chro­nią­cego przed słoń­cem. – Ile ma?

– Sie­dem­na­ście mie­sięcy.

– I jakie piękne loki. Moja, nie­stety, ma pro­ste włosy. A jak zawi­jam jej papi­loty, to je wyciąga.

– Pro­szę spró­bo­wać zawi­nąć je, kiedy śpi. A jeżeli je pani naj­pierw zmo­czy, wyschną i zacho­wają kształt.

Roz­pro­mie­niła się. – Dobra myśl.

Poże­gna­łam się i wró­ciła do książki. Prze­szły­śmy przez Albert Gate, z czar­nymi jele­niami stró­żu­ją­cymi na słu­pach ogro­dze­nia; uśmiech­nę­łam się do sta­rej sprze­daw­czyni balo­ni­ków i wia­tracz­ków. Wia­traczki cze­kały kar­nie w skrzyn­kach na bryzę, która poru­szy­łaby je w to sierp­niowe popo­łu­dnie, a kobieta bez więk­szego prze­ko­na­nia wpra­wiała w ruch jeden z nich. Ni­gdy nie odpo­wia­dała mi uśmie­chem, ale też sądzę, że w jej oczach nie róż­ni­łam się niczym od wszyst­kich innych niań. Gro­ma­dzi­ły­śmy się w parku po lun­chu z naszymi pod­opiecz­nymi, zaj­mo­wa­ły­śmy traw­niki i ławki, roz­ście­ła­ły­śmy na tra­wie koce, kar­mi­ły­śmy kaczki i wędro­wa­ły­śmy z wóz­kami przez roza­ria. Godzinę lub dwie póź­niej mija­ły­śmy ją znowu, w dro­dze do domów, na drzemkę i kanapki, nim spro­wa­dzimy dzieci na dół, żeby poka­zać je rodzi­com.

Geo­r­gina była jedy­nym dziec­kiem Audrey i Den­nisa Radlet­tów, ale pani Radlett ocze­ki­wała wła­śnie dru­giego potomka. Pra­łam i szy­ko­wa­łam koszulki Geo­r­giny, zazna­cza­łam w kata­lo­gach łóżeczka dzie­cinne, żeby poka­zać je pani Radlett; Geo­r­gina jesz­cze będzie sypiała w swoim, kiedy maleń­stwo przyj­dzie na świat. Byłam pod­eks­cy­to­wana zbli­ża­ją­cymi się naro­dzi­nami, choć cze­kało mnie wyszu­ka­nie mamki dla dziecka na pierw­szy mie­siąc, a per­spek­tywa dzie­le­nia z kimś pokoju dzie­cinnego choćby przez kilka tygo­dni wywo­ły­wała lekki nie­po­kój. Naj­wyż­sze pię­tro domu pod nume­rem sześć na Peri­vale Gar­dens było bowiem moim kró­le­stwem, moim tery­to­rium: gabi­ne­tem, szkolną klasą i pra­cow­nią. Cza­sami, gdy Geo­r­gina chciała ugo­ścić swoje zabawki, sta­wało się her­ba­ciar­nią, a bywało, że zamie­niało się w dżun­glę, w któ­rej obie na czwo­ra­kach polo­wa­ły­śmy na dywa­nie na lwy i tygrysy.

Geo­r­gina roz­luź­niła piąstkę i sto­krotki roz­sy­pały się na kocu; szybko je zebra­łam i scho­wa­łam do kie­szeni. Kwiatki, które przy­no­si­ły­śmy z parku, stały w sło­ikach na para­pe­cie w pokoju dzie­cin­nym, uczy­łam na nich Geo­r­ginę, jak się nazy­wają. Miała już impo­nu­jący zasób słów; spo­koj­nie przy­swa­jała sobie kolejne nazwy, kiedy poka­zy­wa­łam jej tale­rze, łyżki, zabawki i znaczki. – Co to? – zapy­tała któ­re­goś popo­łu­dnia przed kil­koma tygo­dniami, wychy­la­jąc się z wózka i wska­zu­jąc jele­nie na Albert Gate. Prze­peł­niała mnie duma i miłość do tej rado­snej, ufnej dziew­czynki budzą­cej zachwyt każ­dego, kto ją pozna­wał i wita­ją­cej każ­dego z takim samym zachwy­tem.

Na Kni­ghts­bridge auto­mo­bile z war­ko­tem mijały powozy, kop­cąc na całą ulicę. Szłam wzdłuż domów miesz­kal­nych z czer­wo­nej cegły, widzia­łam sprze­dawcę pie­czo­nych ziem­nia­ków, zie­lony omni­bus z Bay­swa­ter i Chiń­czyka z pralni, który wyła­do­wy­wał ze swo­jego wozu świeżą bie­li­znę. Zamia­ta­cze ulic usu­wali się z drogi przed damami w sze­ro­kich kape­lu­szach wra­ca­ją­cymi do domu z zaku­pów w wiel­kich maga­zy­nach; za paniami podą­żały słu­żące obła­do­wane pakun­kami. Peri­vale Gar­dens były prze­stron­nym, cichym pla­cem poło­żo­nym kilka minut drogi od ruchli­wej arte­rii. Wokół podłuż­nego, pro­sto­kąt­nego traw­nika chro­nio­nego czar­nym żela­znym ogro­dze­niem i obsa­dzo­nego cedrami i rodo­den­dro­nami stało dwa­dzie­ścia domów. Dom Radlet­tów był wysoki, otyn­ko­wany, z dwiema gład­kimi kolum­nami flan­ku­ją­cymi lśniące czarne drzwi wej­ściowe. Pokój dzie­cinny mie­ścił się na samej górze i wycho­dził na długi, sło­neczny ogród, a także na sąsiedz­kie ogrody po obu stro­nach. Bow­ler­so­wie miesz­ka­jący obok trzy­mali kury i cza­sem pozwa­lali Geo­r­gi­nie pod­bie­rać jajka.

W hallu było pusto i cicho. Zanio­słam małą na górę. Zgo­dziła się, żebym zdjęła jej kre­mowe skó­rzane buciki i z wes­tchnie­niem usa­do­wiła się w swoim łóżeczku. Kiedy opusz­cza­łam żalu­zje i zacią­ga­łam zasłony, mignął mi na ulicy chło­pak od rzeź­nika. Zszedł po schod­kach do drzwi sute­ryny, przy któ­rych pod­ku­chenna, ukła­da­jąc kolejne paczki w zagłę­bie­niu łok­cia, sta­ran­nie spraw­dzała zawar­tość jego kosza. Mój ojciec roz­wo­ził towar wozem zaprzę­żo­nym w łagod­nego kuca Dam­sona. Napis dużymi bia­łymi lite­rami na bocz­nej ścia­nie wozu gło­sił: „A. May; naj­lep­sze owoce i warzywa”. Wal­czy­li­śmy ze sobą, bra­cia i ja, kto usią­dzie koło ojca i dosta­nie od niego lejce, kiedy odby­wał swoją trasę, pozdra­wia­jąc po dro­dze ludzi. „Trzy­maj, Rubarba”, mówił, wci­ska­jąc mi je w dło­nie.

Zacią­gnę­łam zasłony.

O wpół do czwar­tej Ellen przy­nio­sła mi bułkę z szynką i dzba­nek her­baty, a ja dałam jej prze­czy­tany egzem­plarz „Young Woman” i nieprze­czy­tany do końca szmi­ro­waty kry­mi­nał. Usia­dłam przy stole pod uko­śnym sufi­tem i jedząc, roz­glą­da­łam się, co i gdzie trzeba odku­rzyć; latem, w kilka godzin po poran­nym sprzą­ta­niu na wszyst­kim osa­dzała się cienka war­stwa pyłu nawie­wa­nego przez okno. Na półce z książ­kami poły­ski­wały z czar­nego grzbietu złote litery mojej książki z refe­ren­cjami. W dniu zakoń­cze­nia nauki w Nor­land Insti­tute prze­ło­żona, pani Simp­son – Sim, jak czule o niej mówi­ły­śmy – brała je kolejno z błysz­czą­cego stosu i wrę­czała każ­dej z nas. Było w nich wszystko, czego potrze­bo­wa­ły­śmy u począt­ków pracy: od wia­do­mo­ści, ile i jakich mate­ria­łów potrze­bu­jemy na uni­formy, po puste miej­sca prze­zna­czone na refe­ren­cje. Na pierw­szej stro­nie wkle­jono moje zdję­cie, więk­sze niż­bym chciała; mia­łam na nim surową minę, nie uśmie­cha­łam się; wyraź­nie spięta, jedną rękę opie­ra­łam na stole. Na koniec mojego trzy­mie­sięcz­nego okresu prób­nego pani Radlett wysta­wiła mi za szy­cie ocenę bar­dzo dobrą, za punk­tu­al­ność – dosko­nałą, za schlud­ność – dosko­nałą, za czy­stość – dosko­nałą, za porzą­dek – dosko­nałą, za uspo­so­bie­nie – dosko­nałą, za tak­towne zacho­wa­nie wobec gości – bar­dzo dobrą, za tak­towne zacho­wa­nie wobec dzieci – dosko­nałą, wobec służby – bar­dzo dobrą, za umie­jęt­ność zaba­wia­nia dzieci – dosko­nałą, kie­ro­wa­nia dziećmi – dosko­nałą i ogól­nie za kom­pe­ten­cje – dosko­nałą. Cer­ty­fi­kat dosta­łam jesie­nią i scho­wa­łam do kufra. Nie­które z dziew­cząt wysy­łały je rodzi­com, do opra­wie­nia w ramki, ale oczami wyobraźni widzia­łam moją mamę, która zdu­mia­łaby się, że ist­nieje coś takiego jak dyplom z opie­ko­wa­nia się dziećmi.

Zja­dłam bułkę i wzię­łam się za sprzą­ta­nie, kiedy usły­sza­łam deli­katne puka­nie do drzwi.

– Wejdź, Ellen – powie­dzia­łam, o cal prze­su­wa­jąc minia­tu­rowy glo­bus i usta­wia­jąc rów­nik w odpo­wied­niej pozy­cji. Nikt nie odpo­wie­dział.

– Pani Radlett! – Wypro­sto­wa­łam się natych­miast. Była młoda, zale­d­wie kilka lat star­sza ode mnie, miała dwa­dzie­ścia trzy, może dwa­dzie­ścia cztery lata; kobieca i deli­katna. Uśmie­chała się sze­roko, natu­ral­nie, nosiła lśniące broszki i ładne suk­nie, które pod­kre­ślały jej pełne kształty i mleczną cerę. Włosy miała koloru sty­gną­cej masy toffi, a ukła­dała je według naj­now­szej mody pre­zen­to­wa­nej w cza­so­pi­smach. Moich wło­sów, cien­kich i ciem­nych, nie dałoby się nakło­nić, żeby się choć odro­binę pod­nio­sły; opa­la­łam się łatwo, a ponie­waż nasze kape­lu­sze nie ocie­niały twa­rzy, sta­ra­łam się uni­kać słońca.

– Dzień dobry, nia­niu May – powie­działa pani Radlett. Była pogodna, lubiła żar­to­wać, chęt­nie zwłasz­cza grała rolę wiel­kiej damy o nie­na­gan­nych manie­rach, tyle że do mnie ten rodzaj żar­tów raczej nie tra­fiał. – Czy może pani w dogod­nej chwili zejść do salonu na dwa słowa?

– Oczy­wi­ście, madam. Przyjdę zaraz. Panienka Geo­r­gina zasnęła.

Poszłam za nią. Niż­sze kon­dy­gna­cje domu były świa­tem bar­dzo odle­głym od mojego cichego pię­tra. Miały wła­sne reguły, normy i rytm, któ­rym na szczę­ście nie pod­le­ga­łam. Nia­nie nie były słu­żą­cymi; poru­szały się w szcze­gól­nej, deli­kat­nej prze­strzeni pomię­dzy służbą i rodziną, nie nale­żąc ani tu, ani tu. Sim ostrze­gała nas, że ten zawód może ozna­czać samot­ność i brak przy­ja­ciół. Ale ja byłam samotna pra­wie zawsze; radość przy­no­siły mi tylko godziny pracy; w pozo­sta­łych odnaj­dy­wa­łam spo­kój. Codzien­nie rano pro­wa­dzi­łam Geo­r­ginę do jadalni, a każ­dego popo­łu­dnia do bawialni, gdzie pan i pani Radlett godzinę przed kola­cją poświę­cali na zaba­wia­nie córki. Pan Radlett grał na pia­ni­nie, a pani tań­czyła z nią, pod­no­siła ją w górę i pro­wa­dziła tłu­ste stópki po dywa­nie. Byli tak zachwy­ceni tymi spo­tka­niami, jakby nie widzieli jej przez tydzień; cza­sem Geo­r­gina pochli­py­wała, kiedy nio­słam ją z powro­tem do pokoju dzie­cin­nego, wycią­gała rączki do mamy. „Pod drew­nianą górkę, na ścieżkę z podu­sią”, nuci­łam jej wtedy, wcho­dząc po scho­dach i czę­sto, nim zamknęły się za nami drzwi pokoju, żal mijał. Kiedy była zmę­czona, ssała kciuk; zawsze wyj­mo­wa­łam go z zaśli­nio­nej przez sen buzi, gdy pani Radlett przy­cho­dziła uca­ło­wać ją na dobra­noc.

Salon, rzadko uży­wany i duszny latem, mie­ścił się we fron­to­wej czę­ści domu. Okien w nim nie otwie­rano z obawy przed kurzem z ulicy, zasła­niały je żalu­zje, zamknięte dla ochrony przed upa­łem, i koron­kowe firanki. Dom Radlet­tów odno­wiony był ze sma­kiem i ume­blo­wany anty­kami; pani miała nawet wła­sną biblio­tekę. Oboje pań­stwo odzna­czali się wysoką kul­turą umy­słową i inte­re­so­wali się poli­tyką. Czę­sto wyda­wali przy­ję­cia, podej­mo­wali przy­ja­ciół, a wtedy dom wypeł­niał dym cygar, a na kre­den­sach zosta­wały okrą­głe, lep­kie ślady po kie­lisz­kach sherry. Sto­jak na kape­lu­sze obwie­szony pió­rami i wstąż­kami wyglą­dał jak drzewo, które obsia­dły egzo­tyczne ptaki. Na górze, na pod­da­szu rzadko coś zakłó­cało mi spo­kój, jedy­nie od czasu do czasu na prośbę pani Radlett przed snem spro­wa­dza­łam Geo­r­ginę na dół, kiedy chciała ją poka­zać gościom i uca­ło­wać na dobra­noc. Zawsze zda­wała się na mnie; uprzej­mie dopy­ty­wała o dietę i zaję­cia córki, nie było jed­nak wąt­pli­wo­ści co do tego, kto podej­mo­wał decy­zje.

– Pro­szę usiąść – powie­działa. Zaję­łam miej­sce na plu­szo­wym fotelu obok donicy z papro­cią.

– Mam sen­sa­cyjną wia­do­mość. – Pani Radlett poło­żyła dłoń na zaokrą­glo­nym brzu­chu. Zaczęła ostat­nio przy­bie­rać w talii, tak że Ellen posze­rzała jej spód­nice. – Od kilku tygo­dni chcia­łam pani o tym powie­dzieć, ale pan Radlett nie pozwa­lał mi, póki wszystko nie zostało usta­lone i sfi­na­li­zo­wane, co nastą­piło wczo­raj wie­czo­rem, mogę więc już się tym z panią podzie­lić.

Poczu­łam prze­błysk zain­te­re­so­wa­nia i wygła­dzi­łam far­tuch.

– Jak pani wie, pan Radlett dosko­nale sobie radzi u Dal­berga i Howarda. Tak zna­ko­mi­cie, że – mówiła powoli, zro­biła pauzę dla wzmoc­nie­nia efektu – firma wysyła go do Chi­cago; ma tam być ich głów­nym archi­tek­tem. Będzie pro­jek­to­wał uni­wer­sy­tet, nia­niu May, czy to nie cudowne? – Kla­snęła w dło­nie, led­wie mogła się opa­no­wać.

Mówiła szybko, nie prze­ry­wa­jąc: – Chcemy, oczy­wi­ście, by poje­chała pani z nami i tam zaj­mo­wała się Geo­r­giną. Mam nadzieję, że ani przez sekundę nie sądziła pani, że poje­cha­li­by­śmy bez pani. Och, pro­szę powie­dzieć, że pani poje­dzie. Pan Radlett szuka teraz dla nas domu – nie uwie­rzy pani, co można zna­leźć w Ame­ryce – praw­dziwe pałace, prak­tycz­nie za gro­sze. I są tam wspa­niałe parki, i sklepy, i cały czas coś się buduje. O nieba, nasze dru­gie dziecko będzie Ame­ry­ka­ni­nem. Co pani na to? Dopiero teraz o tym pomy­śla­łam. Jakie to dziwne – na jej twa­rzy mignął błysk dzie­cin­nego zdu­mie­nia.

– Chi­cago – tyle tylko zdo­ła­łam powie­dzieć. Samo to słowo zabrzmiało w moich ustach jak coś obcego i wspa­nia­łego. Pocho­dzi­łam z zady­mio­nego przed­mie­ścia Bir­ming­ham, Lon­dyn jawił mi się jako naj­bar­dziej fascy­nu­jące miej­sce na ziemi, a Chi­cago wyda­wało się odle­głe niczym Mars. Obli­cza­łam, ile dni będzie tam szedł list do mnie, ile czasu z powro­tem do domu i czu­łam, że gdzieś w środku mnie rodzi się mały, twardy kamyk.

– Oczy­wi­ście – cią­gnęła pani Radlett – musimy spa­ko­wać i wysłać rze­czy, to tro­chę potrwa, ale sądzimy, że za mie­siąc lub dwa będziemy już na parowcu; wiem, że Den­nis bar­dzo się rwie do nowej pracy. Sta­tek pły­nie do Nowego Jorku, stam­tąd poje­dziemy pocią­giem, ale mam nadzieję, że w Nowym Jorku zatrzy­mamy się na jakiś czas, byłoby wspa­niale. Zawsze o tym marzy­łam. Nia­niu May, czy dobrze się pani czuje? Mar­nie pani wygląda.

– Dobrze, madam.

– Pro­szę powie­dzieć, że pani poje­dzie. Zgo­dzi się pani, prawda?

– Żałuję, ale to nie­moż­liwe.

Cisza. Tykał tylko zegar podróżny, a znad kominka przy­glą­dały się nam por­ce­la­nowe spa­niele. Pani Radlett nie spo­dzie­wała się takiej odpo­wie­dzi i pró­bo­wała teraz ochło­nąć, machi­nal­nie gła­dząc brzuch.

– Ależ dla­czego? Musi pani oczy­wi­ście wziąć parę dni wol­nego, żeby się poże­gnać.

Nie mogłam spoj­rzeć jej w oczy, wbi­łam wzrok w dywan.

– Nia­niu May? Myśla­łam, że się pani ucie­szy.

– Och, cie­szę się, madam. Bar­dzo, ze względu na panią i na pana Radletta.

– A co z panią? Źle się pani u nas czuje?

– Nie, jest mi tu bar­dzo dobrze.

– To czemu, na Boga, nie chce pani jechać? Ja po pro­stu nie wyobra­żam sobie wyjazdu bez pani. W ogóle tego nie bra­łam pod uwagę! I na­dal nie biorę! Trak­tu­jemy panią jak członka rodziny, a Geo­r­gina panią uwiel­bia! I ja panią uwiel­biam, i Den­nis także. – Głos jej drżał, pod­no­sił się i z prze­ra­że­niem stwier­dzi­łam, że moja chle­bo­daw­czyni za chwilę wybuch­nie pła­czem.

Czu­łam ucisk w gar­dle, w nosie krę­ciło mnie od łez.

– Dzię­kuję, madam. Oboje pań­stwo są dla mnie nie­zwy­kle dobrzy. I bar­dzo lubię panienkę Geo­r­ginę.

– To dla­czego nie chce pani jechać? Cho­dzi o pen­sję? Poroz­ma­wiam z Den­ni­sem o pod­wyżce, jeśli tak.

Potrzą­snę­łam głową.

– Nie, nie.

– Cho­ruje pani? A może… jest pani zarę­czona? – Na twa­rzy pani Radlett odma­lo­wała się wyraźna ulga. – Wycho­dzi pani za mąż?

– Nic podob­nego.

– Nieba, to w czym rzecz?

– Moje rodzeń­stwo. Nie mogę ich zosta­wić.

Spoj­rzała zanie­po­ko­jona i zacie­ka­wiona.

– Pro­szę wyba­czyć nie­dy­skre­cję, ale wyda­wało mi się, że pani rodzice żyją.

– Tak, istot­nie, madam.

– Czy któ­reś z nich zacho­ro­wało?

– Nie.

– Stra­ciło pracę?

– Nie.

– To dla­czego nie może pani ich zosta­wić?

Głos łamał mi się z żalu.

– Naprawdę, bar­dzo mi przy­kro, pani Radlett.

Zamil­kła w osłu­pie­niu. Po dru­giej stro­nie placu jacyś ludzie wysia­dali z powozu, który w chwilę potem ruszył dalej; stu­kot koń­skich kopyt osią­gnął cre­scendo pod oknem, a póź­niej ucichł. Myśla­łam o Geo­r­gini śpią­cej na górze i o sto­ją­cych na para­pe­cie sło­icz­kach po dże­mie i o gar­stce sto­kro­tek, zupeł­nie już zmar­no­wa­nych teraz w mojej kie­szeni. O her­ba­cie sty­gną­cej w dzbanku, który przy­nio­sła Ellen, i o do połowy prze­czy­ta­nym egzem­pla­rzu „Woman’s Signal” odło­żo­nym koło fotela na póź­niej, i o tym, jak w desz­czowy wie­czór pokój dzie­cinny z sykiem i migo­ta­niem gazo­wego grzej­nika jest dla mnie naj­przy­tul­niej­szym miej­scem na świe­cie. Geo­r­gina obu­dzi się za chwilę i zawoła mnie, cał­ko­wi­cie pewna, że wyjmę ją z łóżeczka i dam man­da­rynkę albo kru­che cia­steczko. Nie mogłam patrzyć na jej matkę, bo łzy mąciły mi wzrok. W pokoju było tak cicho, że sły­sza­łam, jak pęka mi serce; jakby łamała się łodyżka sto­krotki.

Rozdział 2

Niania May – głos prze­ło­żo­nej nie wyra­żał żad­nych emo­cji; drzwi otwo­rzyła oso­bi­ście.

Minęło dzie­więć mie­sięcy, odkąd ostatni raz widzia­łam Sim. Przy­szła wtedy na Peri­vale Gar­dens na inspek­cję, Ellen podała w salo­nie kawę i mag­da­lenki, pani Radlett cze­kała, a prze­ło­żona robiła notatki. Teraz, kiedy przed nią sta­nę­łam, prze­szłość wypa­ro­wała; byłam mokra ze zde­ner­wo­wa­nia jak przy pierw­szym spo­tka­niu, ledwo zwal­czy­łam chęć prze­tar­cia czoła. Weszłam do środka i zamknę­łam za sobą cięż­kie, czarne drzwi.

W pobie­lo­nym wej­ściu przy­wi­tały mnie zna­jome zapa­chy świe­żego chleba, mydła kar­bo­lo­wego, czy­stej pościeli i stru­żyn z ostrzo­nych ołów­ków. Nad wszyst­kim uno­siła się woń kobie­co­ści, dziew­cząt, które krą­żyły tam wyper­fu­mo­wane i spo­cone. Dla mnie tak pach­niała nauka. Dom na Pem­bridge Squ­are był olśnie­wa­ją­cym pała­cem w porów­na­niu ze szkołą w Bal­sall Heath, nija­kim, ponu­rym miej­scem, gdzie pył kredy tań­czył w świe­tle z tru­dem prze­bi­ja­ją­cym się przez brudne szyby. Moja edu­ka­cja koń­czyła się tam równo ze szkol­nym dzwon­kiem; rodzice byli zbyt zajęci skle­pem, by uczyć nas w domu, sia­da­łam więc razem z braćmi do ksią­żek dopiero wie­czo­rami. Ted i Archie, jeden młod­szy ode mnie o trzy, drugi o pięć lat, byli dość chętni, ale kłó­cili się ze mną w cza­sie lek­cji. Rob­bie, pięt­na­ście mie­sięcy młod­szy niż ja, powolny i oporny, do dziś nie nauczył się pisać listów bez błę­dów.

Insty­tut Nor­land mie­ścił się w dużej bia­łej willi na Pem­bridge Squ­are, dzie­sięć minut jazdy na pół­noc od Peri­vale Gar­dens. Opu­ści­łam dom pań­stwa Radlett rano i naj­chęt­niej poszła­bym od nich pie­chotą przez Ken­sing­ton Gar­dens, ale uparli się, że wyślą mnie dorożką, mój kufer miał tra­fić już pod nowy adres. Tak jak prze­wi­dy­wa­łam, poże­gna­nie było okropne, Geo­r­gina nie rozu­miała, co się dzieje i z ramion matki przy­glą­dała się wszyst­kiemu ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Pani Radlett pod­nio­sła rączkę córki i poma­chała nią, a mała roz­wrzesz­czała się, kiedy dorożka ruszyła. Nie mogłam tego znieść, odwró­ci­łam się i przy­ci­snę­łam chu­s­teczkę do twa­rzy.

Insty­tut był pierw­szą pla­cówką tego rodzaju: szkołą, domem i agen­cją pośred­nic­twa pracy dla niań. Nie­wiele ponad dwa lata wcze­śniej przy­stą­pi­łam do egza­minu wstęp­nego, ubie­ga­jąc się o sty­pen­dium Maud Step­pings i jakimś cudem zda­łam. Nie rozu­mia­łam nie­mal żad­nego pyta­nia: opo­wiedz histo­rię Eno­cha Ardena, napisz, gdzie znaj­dują się niżej wymie­nione ulice i sklepy w Lon­dy­nie; podaj prze­pis na mar­mo­ladę. O Eno­chu Arde­nie nie sły­sza­łam, a z Bir­ming­ham wyje­cha­łam tylko raz w życiu; zlo­ka­li­zo­wać Goocha, Har­rodsa i Urqu­arta nie potra­fi­łam, podob­nie jak Pałacu i Tower. Wie­dzia­łam jed­nak, jak się robi mar­mo­ladę: napi­sa­łam prze­pis babci, a potem, zdru­zgo­tana i przy­gnę­biona, odło­ży­łam ołó­wek i patrzy­łam na inne dziew­częta, piszące z obo­jęt­nym wyra­zem twa­rzy, jakby zda­wały egza­miny nie wia­domo, który raz. Tam­tego popo­łu­dnia sądzi­łam, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czę Lon­dynu. Przy­je­cha­łam tu w towa­rzy­stwie pań­stwa Gra­nville, któ­rzy miesz­kali na sąsied­niej ulicy i raz czy dwa razy opie­ko­wali się nami, kiedy byli­śmy mali; zanim wsie­dli­śmy do powrot­nego pociągu, kupili mi u Whi­te­leya sar­sa­pa­rillę. Do Midlands wró­ci­łam z cięż­kim ser­cem. Nikt nie był bar­dziej ode mnie zasko­czony, kiedy na wycie­raczce na Long­more Street zna­lazł się list z infor­ma­cją, że cze­sne w wyso­ko­ści 36 fun­tów jest gra­tis, które to słowo musia­łam odszu­kać w biblio­tece publicz­nej. Musia­łam też zamó­wić na wła­sny koszt mate­riał na uni­formy w fir­mie odzie­żo­wej Deben­ham & Fre­ebody. Poszły na to moje oszczęd­no­ści, to, co zostało, wystar­czyło na zakup zeszy­tów i ołów­ków. Szybko oka­zało się, że wszyst­kie dziew­częta piszą pió­rami.

Dzie­więć mie­sięcy spę­dzone w Nor­land było dla mnie nie­prze­rwa­nym pasmem szczę­ścia. Na początku zamy­ka­łam się w sobie, nie­spo­kojna, dużo gorzej wykształ­cona i mniej pewna sie­bie niż dwa tuziny kole­ża­nek z klasy. Z takim akcen­tem jak mój mówiła w Nor­land tylko jedna ze słu­żą­cych. Pokój, poło­żony z tyłu domu, dzie­li­łam z Irlandką o imie­niu Brid­get, miała czarne włosy i ostry, haczy­ko­waty nos jak kawka. Oka­zała się miła i bez­po­śred­nia, więc kiedy obie zaadap­to­wa­ły­śmy się w nowym miej­scu, nie­po­kój znik­nął.

Wró­cił jed­nak, zna­jomy jak stara kapota, w chwili, gdy Sim zamknęła za mną drzwi. Drobną i szczu­płą syl­wetką przy­wo­dziła na myśl lalkę, lecz minę miała zupeł­nie nie­lal­czyną, w kasz­ta­no­wych locz­kach grzywki tu i ówdzie poły­ski­wało sre­bro, ale w całej posta­wie czuło się żela­zną wolę. Jako prze­ło­żona była spra­wie­dliwa i pro­sto­li­nijna, nie przy­no­siło jej ujmy sprząt­nię­cie pustych fili­ża­nek po her­ba­cie czy roz­da­nie listów. Jedyna z zespołu pra­cow­ni­ków miesz­kała w Insty­tu­cie, choć widy­wa­łam ją zawsze tylko w gład­kiej weł­nia­nej sukni ze zło­tym zegar­kiem u paska; tajem­nicą było dla słu­cha­czek, gdzie Sim bie­rze kąpiel. Żegna­jąc się z nami, radziła, byśmy w naszych nowych domach kła­dły srebrne szczotki do wło­sów tak, by widziała je służba. Mia­łam tylko grze­bień, ale uwa­dze Sim nic nie ucho­dziło; na tydzień przed wrę­cze­niem dyplo­mów zna­la­złam na toa­letce pudełko z pra­cowni Wil­liama Comynsa. W środku leżała opra­wiona w sre­bro szczotka do wło­sów, ciężka jak pisto­let, z wło­siem naje­żo­nym niby szpilki.

Sim popro­wa­dziła mnie na tył domu, gdzie mie­ścił się jej gabi­net. Spo­tka­ły­śmy po dro­dze dwie słu­chaczki. Obie w uni­for­mach, scho­dziły wła­śnie po scho­dach; popa­trzyły na mój kape­lusz i pele­rynę, i uśmiech­nęły się nie­śmiało. Po lewej stro­nie, w sali jadal­nej, inne dziew­częta, ubrane w biel i beż, pochy­lały się nad książ­kami i obgry­zały pióra. Z ukłu­ciem nostal­gii uświa­do­mi­łam sobie, że jest wła­śnie pora egza­mi­nów. W soboty nie było zajęć, przez otwarte drzwi widzia­łam salę wykła­dową: wysoki pokój z prze­szklo­nymi sza­fami biblio­tecz­nymi, ude­ko­ro­wany świe­żymi kwia­tami, wśród któ­rych wio­sną poja­wiał się błę­kitny prze­tacz­nik, godło Insty­tutu. Na ścia­nie za biur­kiem roz­po­ście­rała się mapa Wysp Bry­tyj­skich, obok stało pia­nino, a nad sza­fami biblio­tecz­nymi wisiał wysoki na cztery czy pięć stóp gobe­lin przed­sta­wia­jący lwa wspi­na­ją­cego się na wzgó­rze.

Gabi­net Sim ozna­czony był mosiężną tabliczką z napi­sem: „M. Simp­son, prze­ło­żona”. Otwarte okno pokoju wycho­dziło na podwó­rze, biurko zapeł­niały fili­żanki po her­ba­cie, gazety, ogarki świec i sta­lówki; obok malo­wa­nego cera­micz­nego przy­ci­sku do papieru usy­chała w doniczce bego­nia. W wiszą­cej na ścia­nie mapie Lon­dynu z podzia­łem na dziel­nice tkwiły czer­wone pine­ski ozna­cza­jące miej­sca, gdzie pra­co­wały nia­nie. Obok, na mapie Impe­rium, pine­ski wid­niały od Paryża po Indie. Książki i cza­so­pi­sma uło­żono byle jak na rega­łach pod ścia­nami; na któ­rejś półce zoba­czy­łam opra­wione w ramkę zdję­cie pierw­szych niań z Nor­land, pię­ciu nie­śmia­łych dziew­cząt w far­tu­chach i czap­kach, z Sim po jed­nej, a panią Ward, zało­ży­cielką Insty­tutu, któ­rej okrą­gła twarz spo­glą­dała dobro­tli­wie spod sze­ro­kiego kape­lu­sza – po dru­giej stro­nie. Ogól­nie rzecz bio­rąc, w gabi­ne­cie prze­ło­żo­nej pano­wała atmos­fera arty­stycz­nego nie­ładu. Sim miała za sobą stu­dia uni­wer­sy­tec­kie, nie wyszła za mąż i budziła we mnie mie­sza­ninę stra­chu i zazdro­ści. Była osobą, którą podzi­wia­łam naj­bar­dziej na świe­cie.

– Roz­cza­ro­wał mnie twój list – powie­działa, usu­wa­jąc z sie­dze­nia poranną gazetę i prze­cho­dząc wprost do sedna sprawy. – W Nor­land nie baga­te­li­zu­jemy rezy­gna­cji. Cze­kam na wyja­śnie­nia, ale naj­pierw – pocią­gnęła taśmę dzwonka przy biurku – napi­jemy się her­baty.

To spo­tkało mnie po raz pierw­szy – byłam już kie­dyś raz czy dwa razy w gabi­ne­cie Sim, ale taka pro­po­zy­cja ni­gdy jesz­cze nie padła. Po cichu spo­dzie­wa­łam się, że teraz, kiedy mam już za sobą okres próbny, będziemy roz­ma­wiać w salo­nie, gdzie przyj­muje się wizyty klien­tów i gdzie stoją meble na pokaz, a słu­chacz­kom wolno wcho­dzić tylko pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia, gdy wspól­nie śpiewa się kolędy wokół sto­ją­cego pod oknem for­te­pianu. Mimo to słu­żące odku­rzają go dwa razy dzien­nie.

Roz­ma­wia­ły­śmy o upale, o mojej dro­dze na Pem­bridge Squ­are, a po minu­cie czy dwóch słu­żąca wnio­sła tacę z her­batą i jakimś cudem zna­la­zła na nią miej­sce na biurku.

– A więc, nia­niu May – ode­zwała się Sim, kiedy fili­żanki zostały napeł­nione – zre­zy­gno­wa­łaś z pracy. Czy zechcia­ła­byś mi coś powie­dzieć na ten temat?

Upi­łam łyk her­baty, spode­czek zabrzę­czał.

– Pań­stwo Radlett wyjeż­dżają. Do Chi­cago. Do Ame­ryki – doda­łam nie­śmiało.

Nie­bie­skie oczy Sim patrzyły wprost na mnie.

– A ty nie chcesz jechać.

Nie­pew­nie pokrę­ci­łam głową.

– Jak się pew­nie orien­tu­jesz, wie­dząc, gdzie zostały zatrud­nione twoje kole­żanki, duża część absol­wen­tek Insty­tutu wyjeż­dża za gra­nicę. Rodzi­nom cudzo­ziem­ców zależy na angiel­skich nia­niach nawet bar­dziej niż Angli­kom. Zda­wa­łaś sobie sprawę, podej­mu­jąc naukę, że taki wyjazd nie jest wyklu­czony, prawda? Dla nie­któ­rych słu­cha­czek jest to jedna z atrak­cji – prze­pustka do życia w innym kraju i pozna­wa­nia świata.

– Ja nie chcę wyjeż­dżać za gra­nicę.

Sim sie­działa w nie­na­gan­nej pozie, lekko nachy­liła się teraz, by przyj­rzeć mi się z bli­ska.

– Uczciwe posta­wie­nie sprawy, ale jakie są powody?

Nie odpo­wie­dzia­łam. Wpa­try­wa­łam się w fili­żankę.

– Nowe życie w Ame­ryce mogłoby być czymś wspa­nia­łym, nia­niu May. To młody kraj, sto­sun­kowo libe­ralny w kwe­stiach moral­nych i poli­tycz­nych. Z punktu widze­nia mło­dej kobiety nie jest to jakieś zapy­ziałe miej­sce. Wysła­łam na drugą stronę Atlan­tyku wiele niań, które zaadap­to­wały się tam naprawdę zna­ko­mi­cie. Choćby w zeszłym tygo­dniu jedna z dziew­cząt poje­chała do Bostonu, a dwie czy trzy są w Nowym Jorku. Wła­śnie teraz nia­nia z rocz­nika dzie­więć­dzie­sią­tego siód­mego pły­nie parow­cem do Pół­noc­nej Karo­liny na posadę u Van­der­bil­tów.

Patrzy­łam na przy­cisk do papieru. Prze­tacz­nik był źle nama­lo­wany, ani chybi pre­zent od któ­re­goś z małych pod­opiecz­nych.

– Jed­nak nie zmie­niasz zda­nia.

– Nie, prze­pra­szam, pani Simp­son. Mia­łam nadzieję, że znaj­dzie mi pani inne miej­sce.

Naj­wy­raź­niej była w roz­terce, ale po chwili zoba­czy­łam na jej twa­rzy znu­że­nie i rezy­gna­cję.

– Szcze­rze mówiąc, nia­niu May, to dość kiep­ska pora na szu­ka­nie cze­goś dla cie­bie. Wiele rodzin wciąż jesz­cze bawi na wsi i nie wróci wcze­śniej niż za mie­siąc; inni są w podró­żach. Na doda­tek muszę zna­leźć pracę dla dziew­cząt, które lada moment zakoń­czą egza­miny; trzeba utrzy­mać poziom zatrud­nie­nia naszych absol­wen­tek. Pani Radlett napi­sała do mnie, pro­sząc o nową nia­nię i mam już kogoś na myśli. Jej opi­nia jest pochlebna. Skoro o tym mowa: popro­szę o książkę z refe­ren­cjami. – Wycią­gnęła w moją stronę drobną dłoń.

Byłam przy­go­to­wana; ści­ska­łam ją pod pachą przez całą drogę i teraz poda­łam ponad biur­kiem. Gdzieś daleko szcze­kał pies, a Sim prze­wra­cała kartki, aż jedną nich zatrzy­mała w dwóch pal­cach i zagłę­biła się we wpis pani Radlett. Moja chle­bo­daw­czyni, mimo wykształ­ce­nia, usiała swój tekst wykrzyk­ni­kami, dla wzmoc­nie­nia efektu pod­kre­ślała słowa i całe zda­nia, co spra­wiało wra­że­nie dziew­czę­cego unie­sie­nia. Na poże­gna­nie wrę­czyła mi pre­zent: jedwabną chustkę z wyha­fto­wa­nym moim ini­cja­łem i nowiutki egzem­plarz Czar­no­księż­nika z kra­iny Oz.

Star­łam się nie myśleć o niani, która będzie wie­szać swój uni­form w szafce i spać w moim łóżku. Być może Geo­r­gina nie zauważy zmiany i nie­długo w ogóle nie będzie mnie pamię­tać. Oczy znów mia­łam pełne łez. Chu­s­teczka mi zwil­got­niała, poza tym zaku­rzyła się po dro­dze. Sim podała mi nową, czy­stą, przy­ję­łam ją, wyczy­ści­łam nos i wes­tchnę­łam.

– Prze­pra­szam – powie­dzia­łam – nie wiem, co mnie naszło.

– Twój dawny pokój jest chwi­lowo wolny, nia­nia Jen­kins pra­cuje teraz w przed­szkolu. Możesz zostać dzień czy dwa. Po połu­dniu, jeśli będę miała czas – spoj­rzała na zega­rek – albo jutro rano przej­rzymy zgło­sze­nia. Póź­niej, dopóki nie znaj­dziemy ci jakiejś rodziny, będziesz musiała wró­cić do domu. Gdzie to jest? Bir­ming­ham?

– Nie. To zna­czy tak, Bir­ming­ham, ale nie mogę tam wró­cić.

Zmarsz­czyła czoło.

– Cóż, oba­wiam się, że będziesz musiała. Nia­nia Jen­kins wraca pod koniec tygo­dnia, a pierw­szego wrze­śnia przy­jeż­dżają nowe słu­chaczki. – Przy­glą­dała mi się uważ­nie. – Nikt nie lubi wra­cać do domu z pod­ku­lo­nym ogo­nem – dodała łagod­niej – zwłasz­cza jeżeli zdo­był pewną nie­za­leż­ność, ale to będzie tylko na chwilę. Prze­rwa ci się przyda. Ile urlopu zostało ci w tym roku?

– Cały.

Nie spodo­bało się jej to.

– Wciąż upo­mi­nam nia­nie za to, że zanie­dbują wyko­rzy­sty­wa­nie urlopu. Wyna­gro­dze­nie jest sowite z jakichś powo­dów, w tego rodzaju pracy odpo­czy­nek jest konieczny. Umę­czona nia­nia to marna nia­nia.

– Nie mogę wziąć urlopu – powie­dzia­łam. – Muszę zna­leźć nowe miej­sce. Pro­szę, panno Simp­son. Wysy­łam co kwar­tał do domu połowę zarob­ków i nie mogę sobie pozwo­lić na utratę choćby mie­siąca.

Zła­god­niała i wes­tchnęła.

– Czym się trudni twój ojciec?

– Mają sklep spo­żyw­czy. Moje rodzeń­stwo jest w domu, cała czwórka. Chłopcy pra­cują, a sio­stra, Elsie, ma teraz jede­na­ście lat, jesz­cze się uczy. Ale sporo opusz­cza, bo ma pro­blemy z rękami i nogami. To od krę­go­słupa. Nie może dużo cho­dzić i kuleje. Na ogół jest dobrze, ale to postę­puje, więc nie daje sobie rady z nosze­niem ani z kasą. Upusz­cza różne rze­czy, dener­wuje się i… więc chcia­ła­bym, żeby jesz­cze się uczyła. Potrafi pisać jedną i drugą ręką; nauczyła się na wypa­dek, gdyby prawa ręka prze­stała dzia­łać.

Wyda­wało się, że Sim pod­jęła decy­zję. Odsta­wiła fili­żankę, otwo­rzyła szu­fladę biurka i wyjęła z niej plik listów.

– Na razie rzu­ci­łam tylko na to okiem, ale jak mówi­łam, latem nie zalewa nas potok zgło­szeń, to raczej kapa­nina. Ludzie zabie­rają się za swoje sprawy w oko­li­cach Świę­tego Michała, a dla niani o zale­d­wie rocz­nym stażu… Co my tu mamy? – Ści­ska­łam leżące na podołku ręka­wiczki, Sim w mil­cze­niu prze­glą­dała papiery. – Był list od pani z St John’s Wood… Gdzie on jest?… Aa, tak, pro­po­nuje pen­sję w wyso­ko­ści trzy­dzie­stu fun­tów rocz­nie. To nie wcho­dzi w grę. Napi­szę jej, jakie są nasze stawki.

– Czy szkoła się ogła­sza? – spy­ta­łam.

– Nieba, nie. Ni­gdy tego nie robi­ły­śmy i pani Ward nie chce zaczy­nać. Zobaczmy, tu jest coś od roz­wie­dzio­nej aktorki. No, o tym abso­lut­nie nie ma mowy.

– Mnie to nie robi róż­nicy.

– Oba­wiam się, że mnie tak.

Z pliku wysu­nął się kolejny list.

– Od pani Char­le­so­wej England z York­shire. – Cze­ka­łam. – „Pro­szę o przy­sła­nie foto­gra­fii i szcze­gó­ło­wych danych, a także o radę co do wyso­ko­ści pen­sji należ­nej waszym nia­niom…”. Brzmi lepiej, ale gdzie ja mam…? – Prze­rzu­cała kartki zapeł­nione ele­ganc­kim pismem. – Widzia­łam coś od pani z… a, jest, Edwar­des Squ­are. Pani Askew-Lay­ing. Skąd ja znam to nazwi­sko, Askew-Lay­ing? „Moja droga przy­ja­ciółka pani Cado­gan pole­ciła mi wasz insty­tut jako…” Askew-Lay­ing, Askew-Lay­ing. Czyżby dom aukcyjny? – Sim zwil­żyła wargi i ze zmarsz­czo­nym czo­łem wczy­ty­wała się w list. – Muszę poro­zu­mieć się z panią Ward, ale jestem nie­mal pewna, że to wła­ści­ciele domów aukcyj­nych.

Roz­ja­śni­łam się i popra­wi­łam na krze­śle.

– Tak, mają nie­ru­cho­mo­ści na Pic­ca­dilly i bodaj w Nowym Jorku. Och – powie­działa, bo twarz mi się wydłu­żyła i Sim zorien­to­wała się, dla­czego. – Żad­nych zagra­nicz­nych wyjaz­dów. Sądzę, że taka rodzina spę­dza w Lon­dy­nie tylko część roku, więc śmiesz­nie byłoby pytać. Powiedz, czy wyklu­czasz tylko emi­gra­cję, czy podróże w ogóle?

– Mogę jeź­dzić pocią­giem czy czym­kol­wiek innym, ale nie mogę prze­nieść się do innego kraju. – Pro­tek­cjo­nalny ton Sim zaczy­nał mnie iry­to­wać, jak­bym miała irra­cjo­nalne, coraz to inne zastrze­że­nia. Dla niej oczy­wi­ście praca była kwe­stią wyboru, nie koniecz­no­ści; ni­gdy nie stała w kolejce, żeby wysłać prze­kaz pie­nię­dzy rodzi­nie i ni­gdy tego nie zro­zu­mie.

– Oba­wiam się w takim razie, nia­niu May, że twoje moż­li­wo­ści są ogra­ni­czone, bo rodziny, które zgła­szają się do naszego insty­tutu, ocze­kują ela­stycz­no­ści. Jeśli wytrzy­masz tydzień lub dwa, spraw­dzę inne zgło­sze­nia, ale muszę mieć także na uwa­dze tego­roczne absol­wentki. Pani Ward prze­ka­zała infor­ma­cje w tych krę­gach, co zwy­kle i zaaran­żo­wała już kilka spo­tkań. A pro­pos – bły­snęło złoto zegarka – muszę biec na roz­mowę na Mary­le­bone.

– A co z pro­po­zy­cją z York­shire?

– To zna­czy?

– Od pani… England.

Odszu­kała list i prze­glą­dała go ponow­nie.

– Czworo dzieci. Dwóch synów, dwie córki. Mają zakład włó­kien­ni­czy – sądząc z jej tonu, mogliby być cyr­kow­cami. – Pani England czy­tała o insty­tu­cie w gaze­cie, a jej nia­nia nie­dawno umarła. Była kie­dyś nia­nią jej męża, „naj­uko­chań­szą”… Pożą­dane doświad­cze­nie z dziećmi wraż­li­wymi, pisze, że star­szy syn jest sła­bego zdro­wia. „Pokoje dzie­cinne są w osob­nym skrzy­dle domu, z oddziel­nym wej­ściem, miej­sce dla niani mamy w sypialni dzieci lub też, gdyby wolała, możemy ją umie­ścić w głów­nej czę­ści domu”. No, o tym nie ma mowy. – Odwró­ciła kartkę na drugą stronę, szu­ka­jąc pod­pisu. – Nie podaje swo­jego imie­nia, ale wygląda na to, że pani England bar­dzo pil­nie kogoś szuka.

– Przyjmę to.

– Chcia­ła­byś miesz­kać tak daleko? Być może mają dom w Lon­dy­nie, ale wąt­pię. Han­del tek­sty­liami nie jest tu zbyt duży.

– Nie ma dla mnie zna­cze­nia, dokąd pojadę, pani Simp­son.

Spoj­rzała na mnie i wró­ciła do listu.

– Masz natu­ral­nie przy­go­to­wa­nie i odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści, ale zaj­mo­wa­nie się czwórką dzieci jest poważ­nym przed­się­wzię­ciem. Wygląda na to, że nie ma tam żad­nej opie­kunki ani sprzą­taczki. Pani England nie podaje szcze­gó­łów o sta­nie zdro­wia syna; jeśli jest inwa­lidą, może wyma­gać spe­cja­li­stycz­nej opieki medycz­nej. Spraw­dzę w tym tygo­dniu. – Wsu­nęła list do koperty, jakby pod­jęła decy­zję.

– Była­bym wdzięczna, gdyby pani odpo­wie­działa pani England wie­czorną pocztą, że zna­la­zła pani dla niej nia­nię.

Sim zatrzy­mała na mnie dłu­żej wzrok, a potem popra­wiła się na krze­śle.

– Nia­niu May – zaczęła – czy wiesz, dla­czego przy­zna­łam ci sty­pen­dium Maud Step­pings?

A więc pamię­tała. Poczu­łam bole­sne ukłu­cie i pokrę­ci­łam głową.

– Może przy­po­mi­nasz sobie, że nad­zo­ro­wa­łam egza­min w sali wykła­do­wej. Jedna z kan­dy­da­tek w cza­sie spraw­dzianu upu­ściła ołó­wek, który poto­czył się na przód klasy. Ty wtedy bez waha­nia prze­rwa­łaś pisa­nie, wsta­łaś, pod­nio­słaś go, po czym poszłaś do tyłu, odna­la­złaś wła­ści­cielkę i odda­łaś jej zgubę. Bez czy­ta­nia two­jej pracy wie­dzia­łam, że twoje miej­sce jest w insty­tu­cie.

– Dla­tego że pod­nio­słam ołó­wek? – spy­ta­łam skon­ster­no­wana.

– Dzieci naj­bar­dziej potrze­bują łagod­no­ści, cier­pli­wo­ści i uwagi. Można tego nauczyć, ale lepiej, jeśli są to cechy wro­dzone. Kiedy roz­ma­wia­łam z tobą po egza­mi­nie, utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że je masz, ale poza tym byłaś… – Zmru­żyła oczy, szu­ka­jąc wła­ści­wego słowa. – Zde­ter­mi­no­wana. Wie­dzia­łam, że miej­sce u nas jest ci ogrom­nie potrzebne, bar­dziej może niż wszyst­kim innym dziew­czę­tom, jakie tu spo­tka­łam. Masz życiowe doświad­cze­nie, które w opiece nad dziećmi jest dużo cen­niej­sze niż wykształ­ce­nie. Dużo cen­niej­sze niż zna­jo­mość wier­sza o Eno­chu Arde­nie.

Kolejny raz roz­bro­iła mnie tym, że zapa­mię­tuje wszystko i potrafi przej­rzeć każ­dego na wskroś.

– Myśla­łam, że Enoch Arden to pre­mier. I tak napi­sa­łam.

– Pamię­tam. – Kącik ust prze­ło­żo­nej uniósł się w wymu­szo­nym uśmie­chu, ale atmos­fera nieco zelżała.

– Jesteś zde­cy­do­wana na tę posadę? Gdy napi­szę do pani England, pro­po­zy­cja zostaje zło­żona. Przy­po­mi­nam ci, że nia­nie, które trzy razy zre­zy­gnują, są pro­szone o odej­ście z insty­tutu.

Naje­ży­łam się i wypro­sto­wa­łam na krze­śle.

– Nie zawiodę pani po raz drugi. Ma pani moje słowo.

– Dosko­nale. Odpo­wiem pani England, jak tylko wrócę.

– Wydaje się, że to ide­alna rodzina – sta­ra­łam się o pogodny ton.

Sim zaśmiała się sucho.

– Coś takiego, nia­niu May, nie ist­nieje.

***

Kochana Elsie,

piszę do Cie­bie z Nor­land, z mojego daw­nego łóżka. Dziw­nie jest tu wró­cić i choć mam stąd cudowne wspo­mnie­nia, bar­dzo chcę już wyje­chać. Moja sypial­nia (Powścią­gli­wość) nie zmie­niła się ani tro­chę: kre­mowo-brą­zowa tapeta jest okropna jak zawsze, a luź­nej deski w pod­ło­dze koło komody wciąż nie napra­wiono, podob­nie jak pęk­nię­tego kafla w kominku. Przy­wy­kłam dzie­lić pokój z małymi dziećmi, które zasy­piają natych­miast i od czasu do czasu pła­czą. Zupeł­nie nie mam doświad­cze­nia, jeśli cho­dzi o dziew­częta w moim wieku, czy­tają przy lam­pie i szep­czą po zga­sze­niu świa­tła. Miesz­kam z jedną ze słu­cha­czek, nia­nią Bran­ford, pra­cu­jącą w dzień na oddziale dzie­cię­cym. Wraca późno i ni­gdy nie zdąża na kola­cję, za to pro­wa­dzimy miłe roz­mowy.

Cze­kam na wia­do­mość, czy pojadę do nowej rodziny w York­shire. Jeśli się uda, to następ­nym razem napi­szę już stam­tąd. Pomódl się za mnie. Pamię­taj, pil­nuj adresu, kiedy ci go przy­ślę. Trudno mi było poże­gnać się z Radlet­tami, byli dla mnie tak dobrzy. Bar­dzo ich lubi­łam.

Mam nadzieję, że nie prze­ry­wasz nauki. Uści­skaj chło­pa­ków i powiedz Mamie, że wrze­śniową pen­sję przy­ślę, jak tylko ją dostanę.

Całuję, Ruby

W ciągu kilku dni wszystko zostało zała­twione. Nie roz­pa­ko­wa­łam rze­czy, nie chcąc, by kto­kol­wiek, łącz­nie ze mną, odniósł wra­że­nie, że mój pobyt na Pem­bridge Squ­are może potrwać dłu­żej. Poza tym nia­nia Jen­kins zosta­wiła w szu­fla­dach to i owo: napo­częty słoik grusz­ko­wych drop­sów, dwie czy trzy przy­ku­rzone chu­s­teczki i pusty zeszyt. Sie­dzia­łam w pokoju albo wędro­wa­łam uli­cami, na któ­rych drzewa powoli przy­bie­rały żółte, złote i czer­wo­nawe barwy. W tym cza­sie wysłano moje refe­ren­cje, zamó­wiono bilety na pociąg, wyprano i wypra­so­wano ubra­nia. Lekarz przy­ło­żył mi do ple­ców ste­to­skop i ostrzegł o wil­got­nym kli­ma­cie na pół­nocy i dymach z fabrycz­nych komi­nów.

Rano w dniu wyjazdu umy­łam się, ubra­łam, zja­dłam śnia­da­nie i po raz ostatni poście­li­łam łóżko, choć wie­dzia­łam, że poko­jówka ścią­gnie pościel, zanim osią­dzie na niej pierw­sza dro­binka kurzu. Dorożka cze­kała przy wej­ściu, a kiedy zeszłam na dół, zasta­łam przy drzwiach, ze zdu­mie­niem i pew­nym skrę­po­wa­niem, skromne grono żegna­ją­cych, zło­żone z Sim, dwóch słu­cha­czek i samej pani Ward, która uści­snęła mi dłoń i życzyła powo­dze­nia. Poczu­łam się znacz­nie pew­niej, po raz pierw­szy będąc ośrod­kiem zain­te­re­so­wa­nia, zauwa­ży­łam pełne podziwu spoj­rze­nia dwóch dziew­cząt, które już myślały o tym, by zawią­zać pod brodą pele­ryny i też wyru­szyć w świat. Doroż­karz zatrza­snął za mną drzwiczki, poma­cha­łam jesz­cze grupce przy wej­ściu i skry­łam się w wozie, spra­gniona i już spo­cona.

Jecha­łam na wschód przez Bay­swa­ter Row, ale nie mogłam oprzeć się wra­że­niu, że odby­wam podróż w nie­wła­ści­wym kie­runku, jak zegar idący do tyłu. Koniec z wyj­ściami do teatru w towa­rzy­stwie innych niań, koniec z bułecz­kami Ellen. Uświa­do­mi­łam sobie, że zosta­wi­łam na fotelu prze­czy­tany do połowy numer „Woman’s Signal”. Patrzy­łam przez okno na lśniące czarne powozy peł­znące jak żuki, na jaskrawe reklamy kakao, mydła, musz­tardy, na prze­różne sklepy, na ulicz­nych sprze­daw­ców kwia­tów, zamia­ta­czy ulic, pucy­bu­tów… Kie­dyś szo­ko­wał mnie widok tylu dzie­cia­ków pra­cu­ją­cych na ulicy, ale z cza­sem wto­piły się w tło i zda­wały się odręb­nym gatun­kiem, innym niż pulchni, wykar­mieni pod­opieczni moi i całego tłumu niań, choć oczy­wi­ście nie była to prawda.

Korki na uli­cach spo­wol­niały jazdę przez mia­sto, ludzie byli roz­draż­nieni i poiry­to­wani; kiedy dorożka dotarła do King’s Cross, mia­łam tylko dwa­dzie­ścia minut do odjazdu. Zapła­ci­łam, doda­jąc napi­wek, jak zawsze zdu­miona, że to ja wła­śnie coś takiego robię. Dach ogrom­nego dworca nik­nął gdzieś wysoko, hala jak szklany balon wypeł­niona była dymem z loko­mo­tyw. Spy­ta­łam o mój peron, potem prze­py­cha­łam się przez tłum i z ulgą, gdy już omal się nie roz­to­pi­łam, zna­la­złam pusty prze­dział dru­giej klasy. Zamie­rza­łam otwo­rzyć okno, kiedy tylko wyje­dziemy z zady­mio­nych tuneli. Zdję­łam nawet ręka­wiczki i wachlo­wa­łam się, nasłu­chu­jąc; po minu­cie czy dwóch roz­legł się prze­ni­kliwy gwizd, trza­snęły drzwi wagonu, po czym z peronu dobiegł drugi gwizd i pociąg, napa­siony węglem, ruszył, nabie­ra­jąc szyb­ko­ści – na pół­noc.

Rozdział 3

Obudził mnie nagle odle­gły świst. Gdy doje­cha­łam do York­shire, zapa­dła już noc, w rzu­ca­ją­cej nikłe świa­tło lampce pod sufi­tem mia­rowo koły­sał się olej. W Lon­dy­nie był upalny letni dzień, ale tu przez nie­szczelne okno wiało chło­dem, a na szy­bie ukła­dały się wzory z kro­pli desz­czu. Szu­ka­łam wzro­kiem Elsie z cukier­kiem w ustach i ojca wyglą­da­ją­cego przez okno, po czym przy­po­mnia­łam sobie, gdzie jestem i zorien­to­wa­łam się, że pociąg stoi. Spraw­dziw­szy, czy mam w kie­szeni port­mo­netkę, zerwa­łam się z miej­sca na poszu­ki­wa­nie kon­duk­tora. Kiedy prze­sia­da­łam się w Leeds, pociąg był pełny, zna­la­złam miej­sce w prze­dziale z rodziną z troj­giem dzieci, ale teraz wagon opu­sto­szał, wpa­dłam więc w panikę, że prze­je­cha­łam swoją sta­cję. Oka­zało się jed­nak, że mam wysiąść na następ­nej. Ogar­nęły mnie naraz strach i uczu­cie ulgi, napię­cie i eks­cy­ta­cja. Pod­nio­słam książkę, która spa­dła mi na pod­łogę i dopro­wa­dzi­łam się do ładu, prze­glą­da­jąc w ciem­nym oknie, by pod­piąć kosmyki wło­sów i zawią­zać pele­rynę.

Pięć minut póź­niej pociąg zatrzy­mał się w kom­plet­nej ciem­no­ści, mia­łam wra­że­nie, że jeste­śmy w tunelu. Poza mną nie wysia­dał nikt, szłam do wyj­ścia obok zupeł­nie pustych prze­dzia­łów. Dwie lękliwe latar­nie na koń­cach peronu rzu­cały mdłe świa­tło, jakby wie­działy, że mają nie­wiel­kie szanse, by prze­drzeć się przez mrok. Deszcz ustał, ale powie­trze było cięż­kie i wil­gotne jak w pralni zimą. Dyżurny zagwiz­dał, pociąg sap­nął i ciężko ruszył naprzód.

Rozej­rza­łam się po pero­nie. Nikogo. Po dru­giej stro­nie toru zoba­czy­łam wej­ście na sta­cję, świa­tła i budkę baga­żo­wego. Musia­łam tam dotrzeć, chwy­ci­łam walizkę i w tym momen­cie usły­sza­łam pospieszne kroki; pod torami było przej­ście, któ­rym ktoś wła­śnie biegł w górę. Męż­czy­zna. Naj­pierw wyło­nił się kape­lusz, po nim pełna życia twarz z ciem­nymi wąsami, wresz­cie ele­gancki czarny płaszcz z zie­loną kami­zelką i wytwor­nym, cien­kim łań­cusz­kiem. Duża dłoń uno­siła wysoko latar­nię, a całość nieco przy­po­mi­nała weso­łego obe­rży­stę. Był wysoki, świet­nie zbu­do­wany, a na mój widok sze­roko się uśmiech­nął.

– Nia­nia May – mówił zde­cy­do­wa­nie, z odcie­niem zaży­ło­ści, jak­by­śmy się już znali. Pode­szłam i posta­wi­łam na ziemi bagaż, żeby podać mu rękę. Uścisk dłoni miał cie­pły i mocny, oczy czarne, lśniące jak dia­menty.

– Tak – powie­dzia­łam. – Bar­dzo mi miło.

– Strasz­nie prze­pra­szam za spóź­nie­nie, koń potrze­bo­wał nowej pod­kowy, a Bro­adley… mniej­sza z tym, już jestem i zaraz panią zabiorę. Pozwoli pani, że pomogę, pro­szę dać mi swoje rze­czy, o tak. Mam nadzieję, że podróż była wygodna? – wszystko to mówił, potrzą­sa­jąc moją ręką, jakby pom­po­wał wodę. Uwol­ni­łam ją w końcu i zeszli­śmy do przej­ścia, gdzie kolejne posępne latar­nie wal­czyły z ciem­no­ścią, a w świe­tle lampy mojego prze­wod­nika bły­skały reklamy.

– Bar­dzo wygodna, dzię­kuję – odpo­wie­dzia­łam. – Czy jest pan stan­gre­tem?

– Ha! – tubalny głos dotarł do wszyst­kich zaka­mar­ków i wró­cił echem. – Wiel­kie nieba, nie. Zapo­mnia­łem się przed­sta­wić. Jestem Char­les England.

Omal nie zemdla­łam ze wstydu.

– Naj­moc­niej prze­pra­szam, panie England. Nie zorien­to­wa­łam się.

– Nic się nie stało, nia­niu May. – Wyda­wał się szcze­rze roz­ba­wiony moją pomyłką. Prze­szłam za nim obok zamknię­tej kasy bile­to­wej na dzie­dzi­niec, gdzie cze­kał powóz zaprzę­żony w sro­ka­tego konia. – To jest Sro­kacz, pro­szę pochwa­lić jego nowe buty, bo ina­czej bar­dzo się obrazi. – Pokle­pał ogiera po boku, otwo­rzył małe drzwiczki i wci­snął moją walizkę, jakby nic nie ważyła. Podzię­ko­wa­łam i wsia­dłam do środka; powóz zako­ły­sał się, gdy pan England wsko­czył na kozioł i ujął lejce. Sie­dzia­łam spa­ra­li­żo­wana i zawsty­dzona. Stan­gret! Co on sobie o mnie pomy­śli? Że przy­je­chała idiotka, jakiej świat nie widział, i co gor­sza, będzie zaj­mo­wać się jego dziećmi.

Usia­dłam wygod­niej, odchy­li­łam zasłonkę, żeby popa­trzyć przez okno, ale nie zoba­czy­łam nic – jakby ktoś opu­ścił czarną roletę. Powóz był duży, kosz­towny, z sie­dze­niami ze skóry, zasta­na­wia­łam się więc, dla­czego Englan­do­wie naj­wy­raź­niej nie mają stan­greta i dla­czego to pan domu oso­bi­ście ode­brał mnie ze sta­cji. Prze­cież musi tam być służba? Mia­łam szczerą nadzieję, że nie ocze­kują po mnie wyko­ny­wa­nia dodat­ko­wych prac domo­wych. Wystar­czy opieka nad czwórką dzieci i utrzy­ma­nie porządku w pokoju dzie­cin­nym, zwłasz­cza że nie mogę liczyć na żadną pomoc. Nie szko­dzi, ustalę wszystko na miej­scu z panią.

Teren zaczął się wzno­sić, jecha­li­śmy w górę, lekko skrę­ca­jąc od czasu do czasu, wyda­wało mi się, że poko­nu­jemy dłu­gie, kręte i strome wąwozy. Zamknę­łam oczy, pró­bo­wa­łam odpę­dzić te obrazy spod powiek, sta­ra­łam się wyobra­zić sobie miej­sce, które miało być moim domem przez co naj­mniej kilka następ­nych lat. Cie­kawa byłam, czy dzieci śpią, czy będą na mnie cze­kały w swoim pokoju. Czwórka; nagle wydało mi się, że to bar­dzo dużo, choć powta­rza­łam sobie, że to pra­wie tak samo, jak być naj­star­szą z piątki rodzeń­stwa. Przez całe lata, kiedy rodzice zajęci byli skle­pem, zastę­po­wa­łam mamę młod­szym bra­ciom i sio­strze. To do mnie przy­cho­dzili z obdar­tymi kola­nami albo z pustym brzu­chem, to ja ich opie­ra­łam i ubie­ra­łam, to ja opie­ko­wa­łam się nimi i to mnie mama pytała, gdzie jest Ted albo czy widzia­łam czapkę Archiego. Uspo­ka­ja­łam się myślą, że wszystko to już znam i że raz nabyte umie­jęt­no­ści nie giną.

Po pię­ciu czy dzie­się­ciu minu­tach powóz zaczął zjeż­dżać w dół, zwol­nił, wresz­cie sta­nął. Spo­dzie­wa­łam się głę­bo­kiej ciszy, ale usły­sza­łam gło­śny szum, jakby pociągu albo wiel­kiego zaworu wypusz­cza­ją­cego parę. Pan England zesko­czył ciężko, otwo­rzył drzwiczki i zako­ły­sał w środku latar­nią. Owio­nął mnie znów nie­spo­ty­kany o tej porze roku chłód.

– W porządku! Nie pogru­cho­ta­łem pani na kawałki – powie­dział. – Musimy, nie­stety, iść dalej pie­chotą, bo ścieżka do domu jest wąska i nie mógł­bym obie­cać, że nie zle­cimy na zła­ma­nie karku na dno wąwozu. Jeśli zaczeka pani chwilę, odpro­wa­dzę konia i położę powóz do łóżeczka.

Zosta­wił mnie na bru­ko­wa­nej dro­dze i poszedł z latar­nią w ręku w stronę ciem­nego masywu zabu­do­wań. Dziwny syczący dźwięk nie usta­wał; kiedy wzrok przy­zwy­czaił mi się do ciem­no­ści, dostrze­głam gra­na­towe niebo i zakryty chmu­rami księ­życ. Po pra­wej stro­nie było coś wyso­kiego i zwar­tego – ogromny budy­nek, a może las, bo w wil­got­nym powie­trzu dał się wyczuć szcze­gólny zapach, zapach zie­leni, który miesz­czu­chy takie jak ja wyła­pują natych­miast. Chło­nę­łam go, bo był zimny, świeży jak woda ze źró­dła, zupeł­nie inny niż gęsty dym i kurz, do któ­rego nawy­kłam. Latar­nia pana Englanda wró­ciła chwilę póź­niej. Jej wła­ści­ciel wziął moją walizkę i poszedł naprzód pew­nym kro­kiem, jakby ciem­ność była jego natu­ral­nym śro­do­wi­skiem.

– Nic nie widać w tej chwili, ale to jest dzie­dzi­niec fabryki – oznaj­mił. – Dom stoi po dru­giej stro­nie rzeki, na wzgó­rzu.

A więc hałas docho­dził od rzeki, nara­stał teraz, jak­by­śmy jej prze­szko­dzili. Sta­łam jak spa­ra­li­żo­wana w nikłym świe­tle latarni. Pod­niósł ją, przy­glą­da­jąc mi się uważ­nie.

– Dobrze się pani czuje, nia­niu May? Droga jest, oba­wiam się, dość nie­wy­godna.

– Jak przej­dziemy przez rzekę?

– W gumow­cach. Mam tu dwie pary na brzegu – odparł poważ­nym tonem. Na chwilę zapa­dła nie­przy­jemna cisza, ale natych­miast twarz pana Englanda roz­ja­śnił sze­roki uśmiech. – Żar­tuję. Nie jeste­śmy tu w York­shire aż tak pry­mi­tywni. Ruszajmy.

Wszystko, co ist­niało poza krę­giem świa­tła jego lampy, było ciem­no­ścią i hała­sem. Kro­czył szybko; natych­miast zosta­wi­li­śmy za sobą dzie­dzi­niec i zna­leź­li­śmy się na kamien­nym moście, na któ­rym powóz zmie­ściłby się, ale po obu stro­nach miałby nie wię­cej niż cal albo dwa wol­nego miej­sca. Most wzno­sił się nie­wiel­kim łukiem, jakieś pięt­na­ście stóp nad groźną, szu­miącą w dole wodą. Wbi­łam wzrok w prze­strzeń przed sobą, kiedy przez moment pod nogami mia­łam prze­paść, ale chwilę póź­niej byli­śmy już po dru­giej stro­nie. Pan England pro­wa­dził teraz na lewo, wybo­istą drogą pnącą się pod górę, dalej od rzeki. Czarne, wil­gotne pnie drzew po obu stro­nach lśniły w bla­sku latarni, jak­by­śmy wcho­dzili do tajem­ni­czej groty.

– Dom leży na ubo­czu. Zbu­do­wał go czter­dzie­ści lat temu dzia­dek mojej żony, żeby mieć oko na zakład w dole. Wie pani coś o włó­kien­nic­twie, nia­niu May?

– Oba­wiam się, że bar­dzo nie­wiele – dysza­łam, sta­ra­jąc się dotrzy­mać mu kroku.

– Pew­nie pani zauwa­żyła, że panuje tu wil­goć. Ide­alne warunki, by uchro­nić bawełnę przed prze­su­sze­niem. Choć po tej stro­nie gra­nicy kró­luje raczej wełna. Im dalej na wschód od Liver­po­olu, tym mniej przę­dzalni bawełny. Kam­garn, bar­chan, mole­skin, oto, co robimy w tym zapa­dłym kącie. A zakład, który minę­li­śmy na dole – na pewno go pani nie widziała, ale zoba­czy go pani w dzień – jest mój. Ale ja pro­du­kuję bawełnę – nie prze­rzu­ci­łem się na wełnę. Rodzina mojej żony to branża weł­niana, a jej dzia­dek to weł­niany magnat. Przy nim wszy­scy jeste­śmy karzeł­kami. W Gre­atrex Mill ma tysiąc dwie­ście kro­sien, trzy­dzie­ści tysięcy jar­dów mate­riału każ­dego dnia. Wie pani, ile to mil?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki