Pani Einstein - Marie Benedict - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Pani Einstein ebook i audiobook

Marie Benedict

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Jesień 1896 roku. Mileva ma dwadzieścia jeden lat i jako jedna z pierwszych kobiet rozpoczyna studia fizyczne na uniwersytecie w Zurychu. Przekonana, że niepełnosprawność odbiera jej szansę na miłość, postanawia całkowicie poświęcić się nauce. Jest niezwykle inteligentna, ambitna i zdeterminowana, by osiągnąć więcej, niż ówczesny świat pozwala kobietom.

Studiujący razem z nią Albert zakochuje się w jej niezwykłym umyśle i niedoskonałym ciele. Łączy ich nie tylko miłość, lecz także wspólna pasja do fizyki i pragnienie odkrywania praw rządzących światem.

Kilkanaście lat później nazwisko Einsteina zna już cały świat. Jego przełomowe odkrycia zmieniają oblicze nauki. Mało kto jednak pyta, jak do nich doszedł. I niemal nikt nie pamięta o Milevie.

Wciągająca i poruszająca historia Milevy Marić – utalentowanej fizyczki, żony Alberta Einsteina i kobiety, której ambicje oraz naukowe marzenia zniknęły w cieniu sławnego męża. Kim naprawdę była? Jaką rolę odegrała w jego pracy? I dlaczego historia niemal o niej zapomniała?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 327

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 21 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Anna Maria Buczek

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ko­bieta w nie­bie­skiej sukni z skraw­kiem pa­pieru z wy­li­cze­niami za­miast twa­rzy.
Ma­rie Be­ne­dict; Pani Ein­stein; Prze­kład: Na­ta­lia Mę­drak-Rudy; Gyl­den­dal Astra; 2026

Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: The Other Ein­stein

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Na­ta­lia Mę­trak-Ruda

Co­py­ri­ght © Ma­rie Be­ne­dict, 2016

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Re­dak­cja: Anna Ko­peć-Śle­dzi­kow­ska

Ko­rekta: Ma­ria Ar­mata, Jo­anna Hoł­dys

ISBN 978-91-8098-758-5

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Motto z Cy­ce­rona zo­stało przy­to­czone z pu­bli­ka­cji O po­win­no­ściach do Marka Syna Xiąg troje, w prze­kła­dzie Era­zma Ry­ka­czew­skiego.

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Pro­log

4 sierp­nia 1948

62 Hut­ten­strasse

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Nad­cho­dzi ko­niec. Czuję, jak zbliża się ni­czym ciemny, ku­si­ciel­ski cień, który zgasi po­zo­stałe we mnie świa­tło. W tych ostat­nich chwi­lach pa­trzę w prze­szłość. Kiedy zgu­bi­łam drogę? Dla­czego stra­ci­łam Lie­serl? Ciem­ność przy­spie­sza. W tych kilku mo­men­tach, które mi po­zo­stały, grze­bię w prze­szło­ści ni­czym uważny ar­che­olog w po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi. Mam na­dzieję, że do­wiem się, czy czas na­prawdę jest względny, jak su­ge­ro­wa­łam już wiele lat temu.

Mi­leva „Mitza” Ma­rić Ein­stein

CZĘŚĆ I

Każde ciało trwa w swym sta­nie spo­czynku lub po­ru­sza się ru­chem pro­sto­li­nio­wym jed­no­staj­nym, je­żeli przy­ło­żone siły nie zmu­szą ciała do zmiany tego stanu.

Sir Izaak New­ton

Roz­dział 1

Ra­nek

20 paź­dzier­nika 1896

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Wy­gła­dzi­łam zmarszczki na mo­jej świeżo wy­pra­so­wa­nej bia­łej bluzce, po­pra­wi­łam ko­kardę wo­kół szyi i wci­snę­łam nie­sforny ko­smyk w cia­sno upięty kok. Wil­goć mgli­stych ulic Zu­ry­chu pro­wa­dzą­cych na kam­pus Szwaj­car­skiej Po­li­tech­niki Fe­de­ral­nej nie sprzy­jała mo­jej ele­gan­cji. Fru­stro­wał mnie upór mo­ich cięż­kich, ciem­nych wło­sów, które za nic nie chciały się utrzy­mać w jed­nym miej­scu. Pra­gnę­łam, by wszystko tego dnia było ide­alne.

Pro­stu­jąc ra­miona, by wy­glą­dać na choć odro­binę wyż­szą, po­ło­ży­łam dłoń na cięż­kiej, mo­sięż­nej gałce drzwi sali lek­cyj­nej. Zdo­biona me­an­drem wy­tar­tym od do­tknięć po­ko­leń stu­den­tów, spra­wiała, że moja drobna, nie­mal dzie­cięca dłoń wy­da­wała się jesz­cze mniej­sza. Znie­ru­cho­mia­łam. „Ob­róć ją i otwórz drzwi – po­wie­dzia­łam do sie­bie. – Uda ci się. Nie pierw­szy raz mi­jasz ten próg. Prze­kra­cza­łaś tę po­zor­nie nie­prze­kra­czalną gra­nicę mię­dzy męż­czy­znami a ko­bie­tami w wielu sa­lach. Za­wsze da­wa­łaś so­bie radę”.

Mimo to wa­ha­łam się. Do­brze wie­dzia­łam, że choć pierw­szy krok jest naj­trud­niej­szy, drugi wcale nie jest znacz­nie ła­twiej­szy. W tam­tej chwili, krót­kiej jak od­dech, nie­mal sły­sza­łam w my­ślach głos ojca. „Bądź dzielna – wy­szep­tałby Papa w na­szym tak rzadko uży­wa­nym serb­skim ję­zyku. – Je­steś mu­dra glava. Mą­drą ko­bietą. W na­szych ży­łach pły­nie krew ban­dy­tów, na­szych sło­wiań­skich, zbój­nic­kich przod­ków, któ­rzy uży­wali wszel­kich środ­ków, by brać, co do nich na­le­żało. Idź po to, co na­leży do cie­bie, Mitzo. Idź”.

Nie mo­głam go roz­cza­ro­wać.

Ob­ró­ci­łam gałkę i otwo­rzy­łam sze­roko drzwi. Sześć par oczu unio­sło się ku mnie: pię­ciu stu­den­tów w ciem­nych gar­ni­tu­rach i pro­fe­sora w czar­nej to­dze.

Na ich bla­dych twa­rzach ma­lo­wał się szok i jakby cień po­gardy. Nic – na­wet plotki – nie przy­go­to­wało ich na wi­dok ko­biety. Wy­glą­dali głu­pio, wy­trzesz­cza­jąc oczy i otwie­ra­jąc usta, ale wie­dzia­łam, że nie po­win­nam się śmiać. Chcia­łam nie zwra­cać uwagi na ich miny, zi­gno­ro­wać te na­lane twa­rze mo­ich ko­le­gów, któ­rzy za­pusz­czali ob­fi­cie na­wo­sko­wane wąsy, zde­ter­mi­no­wani, by wy­glą­dać na star­szych niż ich osiem­na­ście lat.

Na po­li­tech­nikę za­pro­wa­dziła mnie de­ter­mi­na­cja, by na­uczyć się fi­zyki i ma­te­ma­tyki, a nie po­trzeba przy­jaźni czy za­spo­ka­ja­nia czy­ichś ocze­ki­wań. Przy­po­mnia­łam so­bie o tym, zmu­sza­jąc się do spoj­rze­nia w twarz mo­jego na­uczy­ciela. Pro­fe­sor He­in­rich Mar­tin We­ber i ja po­pa­trzy­li­śmy so­bie pro­sto w oczy.

Wy­gląd sza­cow­nego pro­fe­sora – długi nos, gę­ste brwi, wy­pie­lę­gno­wana broda – pa­so­wał do jego re­pu­ta­cji. Cze­ka­łam, aż się ode­zwie. Ja­kie­kol­wiek inne moje za­cho­wa­nie zo­sta­łoby uznane za im­per­ty­nen­cję. Nie mo­głam so­bie na coś ta­kiego po­zwo­lić, skoro już sama moja obec­ność była źle po­strze­gana. Kro­czy­łam po cien­kiej li­nii po­mię­dzy wła­snym upo­rem i kon­for­mi­zmem, któ­rego wciąż ode mnie wy­ma­gano.

– Na­zywa się pani? – spy­tał, jakby się mnie nie spo­dzie­wał, jakby ni­gdy o mnie nie sły­szał.

– Mi­leva Ma­rić, pa­nie pro­fe­so­rze. – Mo­dli­łam się, żeby nie drżał mi głos.

We­ber bar­dzo po­woli spoj­rzał na li­stę stu­den­tów. Oczy­wi­ście do­brze wie­dział, kim je­stem. Jako że kie­ro­wał wy­dzia­łem fi­zyki i ma­te­ma­tyki, a przede mną stu­dio­wały tu tylko cztery ko­biety, mu­sia­łam zwró­cić się do niego z prośbą o przy­ję­cie. Wresz­cie przy­jęto mnie na pierw­szy rok czte­ro­let­niego pro­gramu zwa­nego sek­cją szó­stą. Oso­bi­ście zgo­dził się na moją obec­ność! Spraw­dza­nie li­sty stu­den­tów było po­su­nię­ciem do­bit­nym i wy­kal­ku­lo­wa­nym, bo w ten spo­sób prze­ka­zy­wał gru­pie swoją opi­nię o mnie. Te­raz mo­gli po­dą­żyć za jego przy­kła­dem.

– Panna Ma­rić z Ser­bii czy któ­re­goś z tych au­stro-wę­gier­skich kra­jów? – spy­tał, nie uno­sząc głowy, jakby mo­gła stać przed nim inna panna Ma­rić, po­cho­dząca z god­niej­szego miej­sca.

Za­da­jąc to py­ta­nie, We­ber ja­sno wy­ra­ził swoje zda­nie o lu­dziach ze sło­wiań­skich kra­jów Eu­ropy Wschod­niej: oto my, ciemni ob­co­kra­jowcy, li­czymy się mniej niż lud ger­mań­ski z nie­ustę­pli­wie neu­tral­nej Szwaj­ca­rii. Było to ko­lejne uprze­dze­nie, które mu­sia­łam ode­przeć, by od­nieść suk­ces. Jakby by­cie je­dyną ko­bietą w sek­cji szó­stej – i piątą spo­śród tych, które kie­dy­kol­wiek zo­stały przy­jęte na wy­dział fi­zyki i ma­te­ma­tyki – nie wy­star­czało.

– Tak, pa­nie pro­fe­so­rze.

– Pro­szę usiąść – po­wie­dział wresz­cie, wska­zu­jąc wolne krze­sło. Na szczę­ście znaj­do­wało się ono naj­da­lej od niego. – Już za­czę­li­śmy.

Ale jak to? Za­ję­cia miały się roz­po­cząć do­piero za pięt­na­ście mi­nut. Czyżby moi ko­le­dzy wie­dzieli coś, czego ja nie wie­dzia­łam? Chcia­łam za­py­tać, ale nie zro­bi­łam tego, dys­ku­sja tylko by mi za­szko­dziła. To zresztą nie miało zna­cze­nia, po­my­śla­łam, że ju­tro przyjdę po pro­stu pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej. I jesz­cze wcze­śniej i wcze­śniej każ­dego ranka, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba. Nie za­mie­rza­łam uro­nić ani słowa z wy­kła­dów We­bera. My­lił się, je­śli są­dził, że wcze­śniej­sza pora mnie od­stra­szy. By­łam córką swo­jego ojca.

Ski­nę­łam głową, spoj­rza­łam na długą drogę pro­wa­dzącą od drzwi do mo­jego krze­sła i z przy­zwy­cza­je­nia okre­śli­łam liczbę kro­ków przez salę. Jak naj­ła­twiej po­ko­nać ten dy­stans? Przy pierw­szym kroku pró­bo­wa­łam iść moż­li­wie pro­sto i ukry­wać, że ku­leję, ale i tak gło­śno po­cią­gnę­łam chorą stopą po ziemi. Po­sta­no­wi­łam więc nie ukry­wać ka­lec­twa, tylko po­ka­zać wszyst­kim ko­le­gom de­for­ma­cję, która to­wa­rzy­szyła mi od uro­dze­nia.

Stuk i szur. Stuk i szur. Osiem­na­ście razy, nim do­tar­łam do swo­jego krze­sła. „Oto i je­stem, pa­no­wie – mia­łam ochotę po­wie­dzieć, szu­ra­jąc stopą po ziemi. – Po­pa­trz­cie so­bie raz i daj­cie mi spo­kój”.

Dy­sząc z wy­siłku, zda­łam so­bie sprawę, że w sali za­pa­dła ab­so­lutna ci­sza. Cze­kali, aż usiądę, i za­kło­po­tani moim ka­lec­twem, moją płcią, albo jed­nym i dru­gim, od­wra­cali wzrok.

Wszy­scy prócz jed­nego.

Sie­dzący po mo­jej pra­wej stro­nie młody męż­czy­zna o wiel­kiej brą­zo­wej czu­pry­nie wpa­try­wał się we mnie. Nie było to w moim stylu, ale od­wza­jem­ni­łam jego spoj­rze­nie. Na­wet gdy pa­trzy­łam mu pro­sto w oczy, cze­ka­jąc, aż ze mnie za­drwi, nie ustą­pił. Prze­ciw­nie: jego oczy zmarsz­czyły się w ką­ci­kach, gdy roz­cią­gnął w uśmie­chu ukryte w cie­niu wą­sów wargi. Było w tym uśmie­chu za­kło­po­ta­nie, na­wet po­dziw.

Za kogo on się miał? Co ozna­czało to spoj­rze­nie? Sia­da­jąc, nie mia­łam czasu się nad tym za­sta­na­wiać.

Się­gnę­łam do torby i wy­ję­łam z niej pa­pier, atra­ment oraz pióro, przy­go­to­wu­jąc się do wy­kładu We­bera. Nie za­mie­rza­łam po­zwo­lić, by śmiałe, nie­fra­so­bliwe spoj­rze­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nego ko­legi mnie zi­ry­to­wało. Po­pa­trzy­łam pro­sto przed sie­bie na wy­kła­dowcę, wciąż czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie chło­paka, ale uda­wa­łam obo­jęt­ność.

We­ber nie był rów­nie zde­ter­mi­no­wany.

Ani tak skory do wy­ba­cze­nia. Wpa­tru­jąc się w mło­dego czło­wieka, pro­fe­sor od­kaszl­nął, a kiedy chło­pak wciąż nie zwró­cił wzroku ku niemu, po­wie­dział:

– Żą­dam uwagi wszyst­kich ze­bra­nych. To pana pierw­sze i ostat­nie ostrze­że­nie, pa­nie Ein­stein.

Roz­dział 2

Po­po­łu­dnie

20 paź­dzier­nika 1896

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Ci­cho za­mknę­łam za sobą drzwi pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, po­da­łam mo­kry pa­ra­sol po­ko­jówce i we­szłam do przed­sionka. Z sa­lonu na ty­łach do­bie­gał śmiech. Wie­dzia­łam, że dziew­częta cze­kają tam na mnie, ale nie by­łam jesz­cze go­towa na ich prze­słu­cha­nie, jak­kol­wiek były pełne do­brych in­ten­cji. Po­trze­bo­wa­łam chwili sa­mot­no­ści, choćby paru mi­nut, żeby prze­my­śleć, co wy­da­rzyło się tego dnia. Uwa­ża­jąc, by iść jak naj­ci­szej, we­szłam na schodki pro­wa­dzące do mo­jego po­koju.

Trzask. Niech dia­bli we­zmą ten zła­many scho­dek.

He­lene w gra­fi­to­wej spód­nicy, która cią­gnęła się za nią po pod­ło­dze, wy­ło­niła się z sa­lo­niku z fi­li­żanką pa­ru­ją­cej her­baty w dło­niach.

– Mi­levo, cze­kamy na cie­bie! Za­po­mnia­łaś?

Wolną dło­nią He­lene wzięła mnie za rękę i po­cią­gnęła do sa­lonu, który mię­dzy sobą na­zy­wa­ły­śmy ba­wial­nią. Uzna­ły­śmy, że mamy do tego prawo, bo i tak nikt inny z niego nie ko­rzy­stał.

Ro­ze­śmia­łam się. Jak znio­sła­bym ostat­nie mie­siące w Zu­ry­chu, gdyby nie one? Mi­lana, Ru­žica i przede wszyst­kim He­lene, moja brat­nia du­sza, bły­sko­tli­wie dow­cipna, cie­pła i, co cie­kawe, ku­lawa tak samo jak ja. Czemu cze­ka­łam choćby chwilę, nim wpu­ści­łam je do swo­jego ży­cia?

Kilka mie­sięcy temu, kiedy przy­je­cha­li­śmy z papą do Zu­ry­chu, ta­kie przy­jaź­nie były poza za­się­giem mo­jej wy­obraźni. Wy­da­wało mi się wtedy, że mło­dość na­zna­czona nie­ustan­nym kon­flik­tem z ko­le­gami – w naj­lep­szym wy­padku od­da­le­niem, a po­gardą w naj­gor­szym – ozna­cza dla mnie ży­cie w sa­mot­no­ści w imię na­uki.

Kiedy wy­sie­dli­śmy z papą z po­ciągu z Za­grze­bia po dwóch dniach po­dróży w tłoku, chwia­li­śmy się na no­gach. Dym z lo­ko­mo­tywy uno­sił się nad Haupt­bahn­ho­fem, mu­sia­łam zmru­żyć oczy, by zejść na pe­ron. Nio­słam dwie torby, w tym jedną wy­peł­nioną ulu­bio­nymi książ­kami, i pró­bo­wa­łam prze­bić się przez tłum na pe­ro­nie. Za mną szli oj­ciec i tra­garz nio­sący naj­cięż­sze ba­gaże. Papa pod­szedł do mnie, chcąc za­brać jedną z to­reb.

– Dam so­bie radę! – na­le­ga­łam, pró­bu­jąc wy­rwać mu swoją dłoń. – Masz wła­sne ba­gaże i tylko dwie ręce.

– Mitzo, po­zwól so­bie po­móc. Mnie ła­twiej bę­dzie nieść jesz­cze jedną. – Za­chi­cho­tał. – Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że twoja matka wście­kłaby się, gdyby wi­działa, jak zmu­szam cię do prze­bi­ja­nia się przez tłum na dworcu w Zu­ry­chu.

Odło­ży­łam torbę na zie­mię, wciąż sta­ra­jąc się wy­rwać.

– Papo, mu­szę umieć so­bie ra­dzić bez two­jej po­mocy. Prze­cież za­miesz­kam tu­taj sama.

Pa­trzył na mnie przez dłuż­szą chwilę, jakby do­piero te­raz zro­zu­miał, że będę w Zu­ry­chu bez niego, tak jak­by­śmy nie dą­żyli do tego celu, od­kąd by­łam małą dziew­czynką. Nie­chęt­nie pu­ścił moją dłoń, pro­stu­jąc pa­lec po palcu. Ro­zu­mia­łam, że to dla niego trudne. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że na pewno cie­szył się z mo­jego dą­że­nia do edu­ka­cji, gdyż moje am­bi­cje przy­po­mi­nały mu jego wła­sną drogę od pro­stego chłopa do od­no­szą­cego suk­cesy urzęd­nika i wła­ści­ciela ziem­skiego, to jed­nak za­sta­na­wia­łam się cza­sami, czy nie czuł się winny, za­chę­ca­jąc mnie do tej nie­bez­piecz­nej po­dróży. Tak długo kon­cen­tro­wał się na na­gro­dzie, jaką miało być moje uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie, że chyba za­po­mniał, iż bę­dzie mu­siał się ze mną po­że­gnać i zo­sta­wić samą w ob­cym mie­ście.

Wy­szli­śmy z dworca na za­tło­czone wie­czorne ulice Zu­ry­chu. Za­pa­dała noc, ale w mie­ście nie było ciemno. Zer­k­nę­łam na ojca i uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie za­dzi­wieni: do tej pory wi­dzie­li­śmy mia­sta tylko w świe­tle męt­nych ole­jo­wych la­tarni. Ulice Zu­ry­chu roz­ja­śniały za­ska­ku­jąco ja­sne elek­tryczne lampy. Bez trudu mo­głam do­strzec de­tale sukni mi­ja­ją­cych nas dam: ich tur­niury były bar­dziej wy­szu­kane niż te w skrom­nych fa­so­nach, które wi­dy­wa­łam w Za­grze­biu.

Ko­nie cią­gnące do­rożki ude­rzały ko­py­tami o bruk Bahn­ho­fstrasse. Papa wy­na­jął je­den z po­wo­zów. Kiedy woź­nica wy­sia­dał, żeby za­pa­ko­wać na tył na­sze ba­gaże, owi­nę­łam się sza­lem, chcąc się ochro­nić przed chło­dem wie­czor­nego po­wie­trza. Ostat­niego wie­czoru przed wy­jaz­dem mama po­da­ro­wała mi szal ha­fto­wany w róże. Miała łzy w oczach, ale się nie roz­pła­kała. Do­piero póź­niej zro­zu­mia­łam, że ten szal był dla niej jak po­że­gnalny uścisk, jak coś, co mo­głam za­brać ze sobą, skoro ona mu­siała zo­stać w Za­grze­biu z moją młod­szą sio­strą Zorką i bra­cisz­kiem Mi­lo­šem.

Głos woź­nicy wy­rwał mnie z za­my­śle­nia:

– Przy­je­chali pań­stwo zwie­dzać mia­sto?

– Nie – od­parł papa z lek­kim tylko ak­cen­tem. Za­wsze chlu­bił się, że mówi per­fek­cyj­nie po nie­miecku, w ję­zyku lu­dzi wła­da­ją­cych Au­stro­Wę­grami.

Był to pierw­szy sto­pień, od któ­rego roz­po­czął swoją wspi­naczkę, mó­wił, za­chę­ca­jąc nas do na­uki. Na­dy­ma­jąc się lekko, do­dał:

– Przy­je­cha­li­śmy za­pi­sać moją córkę na uni­wer­sy­tet.

Za­sko­czony woź­nica lekko uniósł brwi, ale po­wstrzy­mał się od re­ak­cji.

– Na uni­wer­sy­tet? Do­my­ślam się za­tem, że chcą pań­stwo je­chać do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów albo ja­kie­goś in­nego ho­telu na Plat­ten­strasse – po­wie­dział, otwie­ra­jąc drzwi po­wozu.

Papa od­cze­kał chwilę, bym we­szła do środka, po czym za­py­tał:

– Skąd pan wie, do­kąd je­dziemy?

– Tam za­trzy­muje się więk­szość stu­den­tów ze wschod­niej Eu­ropy.

Sły­sząc sap­nię­cie sia­da­ją­cego obok mnie ojca, zro­zu­mia­łam, że nie jest pe­wien, jak przy­jąć uwagę woź­nicy. Czy była to ob­raza dla na­szego po­cho­dze­nia? Mó­wiono nam, że cho­ciaż Szwaj­ca­rzy nie­wzru­sze­nie utrzy­my­wali swoją neu­tral­ność i nie­za­leż­ność wo­bec ota­cza­ją­cego ich eu­ro­pej­skiego im­pe­rium, spo­glą­dali z góry na przy­by­szy ze wschod­nich ru­bieży ce­sar­stwa au­stro­wę­gier­skiego. A jed­no­cze­śnie to wła­śnie oni byli naj­bar­dziej to­le­ran­cyjni w in­nych spra­wach: mieli na przy­kład naj­bar­dziej po­błaż­liwy sto­su­nek do ko­biet na wyż­szych uczel­niach. Ta sprzecz­ność bu­dziła moje zdzi­wie­nie.

Woź­nica strze­lił z bata w po­wie­trzu, da­jąc sy­gnał ko­niom, i ru­szył przed sie­bie ulicą. Mru­żąc oczy, by doj­rzeć coś przez za­bło­cone okno, zo­ba­czy­łam mi­ja­jący nas elek­tryczny tram­waj.

– Wi­dzia­łeś to, papo? – spy­ta­łam. Czy­ta­łam o tram­wa­jach, ale ni­gdy nie wi­dzia­łam żad­nego na wła­sne oczy. Ten wi­dok mnie za­chwy­cił: do­wo­dził, że mia­sto na­prawdę jest no­wo­cze­sne, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o trans­port.

Mo­głam tylko mieć na­dzieję, że po­dej­ście miesz­kań­ców do stu­den­tek jest rów­nie otwarte, jak gło­siły za­sły­szane przez nas plotki.

– Nie wi­dzia­łem, ale sły­sza­łem. I po­czu­łem – po­wie­dział spo­koj­nie papa, ści­ska­jąc moją dłoń. Wie­dzia­łam, że też jest pod­nie­cony, ale chce ucho­dzić za oby­tego w świe­cie, zwłasz­cza po ko­men­ta­rzu woź­nicy.

Od­wró­ci­łam się w stronę otwar­tego okna. Mia­sto ota­czały strome zie­lone góry. Przy­się­gam, że po­czu­łam w noz­drzach za­pach wiecz­nie zie­lo­nych drzew, choć prze­cież wzgó­rza były za da­leko, by ta woń mo­gła do mnie do­trzeć. Tak czy ina­czej, po­wie­trze w Zu­ry­chu było znacz­nie śwież­sze od tego w Za­grze­biu, gdzie wiecz­nie cuch­nęło koń­skim łaj­nem i pa­lo­nym zbo­żem. Być może za­pach do­bie­gał znad Je­ziora Zu­ry­skiego, które gra­ni­czyło z po­łu­dniową czę­ścią mia­sta.

W od­dali, u stóp gór, do­strze­ga­łam bla­do­żółte bu­dynki za­pro­jek­to­wane w stylu neo­kla­sycz­nym, od­ci­na­jące się od ko­ściel­nych iglic w tle. Bu­dynki przy­po­mi­nały wi­doki po­li­tech­niki, które oglą­da­łam w do­ku­men­tach apli­ka­cyj­nych, ale wy­dały mi się te­raz znacz­nie więk­sze i bar­dziej im­po­nu­jące. Po­li­tech­nika była szkołą kształ­cącą na­uczy­cieli i wy­kła­dow­ców ma­te­ma­tyki oraz in­nych dys­cy­plin ści­słych. Na­le­żała do kilku eu­ro­pej­skich uczelni, które wy­da­wały dy­plomy ko­bie­tom. Cho­ciaż przez lata ma­rzy­łam tylko o niej, wciąż trudno mi było uwie­rzyć, że za kilka mie­sięcy na­prawdę za­cznę tam stu­dio­wać.

Po­wóz za­trzy­mał się. Drzwiczki od­dzie­la­jące nas od woź­nicy uchy­liły się, a męż­czy­zna ogło­sił, że do­tar­li­śmy pod wła­ściwy ad­res.

– Plat­ten­strasse 50 – po­wie­dział.

Papa po­dał mu mo­nety, po czym otwo­rzył drzwi po­wozu. Gdy woź­nica wy­cią­gał nasz ba­gaż, po schod­kach zbiegł słu­żący z pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, żeby po­móc nam wnieść mniej­sze torby. Po­mię­dzy wy­so­kimi ko­lum­nami przy fron­to­wych drzwiach czte­ro­pię­tro­wego ce­gla­nego bu­dynku po­ja­wiła się do­stojna, ele­gancko ubrana para.

– Pan Ma­rić? – za­wo­łał do­brze zbu­do­wany star­szy dżen­tel­men.

– Tak. Za­pewne pan En­gel­brecht – od­parł oj­ciec, po­chy­la­jąc lekko głowę i wy­cią­ga­jąc do niego dłoń.

Gdy męż­czyźni wy­mie­niali ukłony, ener­giczna pani En­gel­brecht zbie­gła po schod­kach, by wpro­wa­dzić mnie do bu­dynku.

Do­peł­niw­szy for­mal­no­ści, En­gel­brech­to­wie za­pro­sili nas na her­batę i ciastka, które przy­go­to­wali na nasz przy­jazd. Kiedy szli­śmy za nimi do sa­lonu, wi­dzia­łam, jak papa zerka z uzna­niem na krysz­ta­łowy ży­ran­dol i kin­kiety na ścia­nach. Nie­mal sły­sza­łam jego my­śli: „To miej­sce godne mo­jej Mitzy”.

Mnie pen­sjo­nat wy­dał się ja­łowy i wy­mu­skany w po­rów­na­niu z do­mem. Odarty z za­pa­chu drewna, ku­rzu i przy­praw. Cho­ciaż my, Ser­bo­wie, aspi­ro­wa­li­śmy do ger­mań­skiego po­rządku, który przy­jęli Szwaj­ca­rzy, to wtedy do­strze­głam, że na­sze próby ni­jak nie do­ra­stały do tu­tej­szej per­fek­cyj­nej czy­sto­ści.

Przy her­ba­cie i ciast­kach, po­śród uprzej­mo­ści i na­tar­czy­wych py­tań ojca En­gel­brech­to­wie wy­ja­śnili, jak działa ich stan­cja: go­dziny po­sił­ków, wi­zyt, pra­nia i sprzą­ta­nia były ści­śle usta­lone. Papa, były żoł­nierz, wy­py­ty­wał o bez­pie­czeń­stwo lo­ka­to­rów, a jego ra­miona roz­luź­niały się przy każ­dej uspo­ka­ja­ją­cej od­po­wie­dzi i każ­dym zer­k­nię­ciu na błę­kitną, pi­ko­waną ta­petę i bo­gato zdo­bione krze­sła wo­kół sze­ro­kiego mar­mu­ro­wego ko­minka. Ni­gdy jed­nak nie uspo­koił się do końca; papa pra­gnął dla mnie uni­wer­sy­tec­kiego wy­kształ­ce­nia nie­mal rów­nie mocno, jak pra­gnę­łam go ja, ale po­że­gna­nie oka­zało się dla niego trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­łam.

Po­pi­ja­jąc her­batę, usły­sza­łam śmiech. Dziew­częcy śmiech.

Pani En­gel­brecht do­strze­gła moje za­in­te­re­so­wa­nie.

– Ach, to na­sze młode damy grają w wi­sta. Może cię przed­sta­wię po­zo­sta­łym miesz­kan­kom?

Po­zo­stałe miesz­kanki? Po­ki­wa­łam głową, choć bar­dzo chcia­łam od­mó­wić. Moje do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nia z mło­dymi da­mami nie koń­czyły się do­brze. W naj­lep­szym wy­padku nie mia­ły­śmy ze sobą wiele wspól­nego. W naj­gor­szym – by­łam po­ni­żana przez ko­le­gów i ko­le­żanki, zwłasz­cza gdy do­wia­dy­wali się o mo­ich am­bi­cjach.

Grzecz­ność wy­ma­gała jed­nak, by­śmy wstali. Pani En­gel­brecht po­pro­wa­dziła nas do mniej­szego po­koju, urzą­dzo­nego ina­czej niż sa­lon. Ży­ran­dole i kin­kiety nie były krysz­ta­łowe, lecz mo­siężne, dę­bo­wych ścian nie po­kry­wała błę­kitna ta­peta, a po­środku stał stół do gier. Gdy wcho­dzi­li­śmy, wy­dało mi się, że sły­szę słowo krpiti. Zer­k­nę­łam na tatę, który wy­glą­dał na rów­nie za­sko­czo­nego. Było to serb­skie okre­śle­nie, któ­rego używa się w chwili roz­cza­ro­wu­ją­cej po­rażki. Za­sta­na­wia­łam się, kto w tym miej­scu mógłby go użyć. Uzna­łam, że mu­sie­li­śmy się prze­sły­szeć.

Przy stole sie­działy trzy dziew­czyny w moim wieku, o ciem­nych wło­sach i gę­stych brwiach, po­dob­nych do mo­ich. Wszyst­kie były też nie­mal tak samo ubrane: w sztywne białe bluzki z wy­so­kimi ko­ron­ko­wymi koł­nie­rzy­kami i pro­ste ciemne spód­nice. Był to po­ważny strój, zu­peł­nie inny od fal­ba­nia­stych, ozdob­nych sukni w ko­lo­rze cy­try­no­wej żółci lub pian­ko­wego różu, no­szo­nych przez modne młode dziew­częta, które wi­dzia­łam w oko­li­cach dworca.

Dziew­częta unio­sły wzrok znad kart, odło­żyły je szybko i wstały.

– Pa­nienki Ru­žica Dra­žić, Mi­lana Bota i He­lene Kau­fler. Chcia­ła­bym wam przed­sta­wić na­szą nową lo­ka­torkę. Oto Mi­leva Ma­rić.

Gdy wy­mie­nia­ły­śmy ge­sty po­wi­ta­nia, mó­wiła da­lej:

– Panna Ma­rić przy­je­chała stu­dio­wać ma­te­ma­tykę i fi­zykę na Po­li­tech­nice Fe­de­ral­nej w Zu­ry­chu. Bę­dzie tu pani miała do­sko­nałe to­wa­rzy­stwo, panno Ma­rić.

Pani En­gel­brecht naj­pierw wska­zała na dziew­czynę o wy­dat­nych ko­ściach po­licz­ko­wych, bez­po­śred­nim uśmie­chu i brą­zo­wych oczach.

– Panna Dra­žic przy­je­chała z Ša­baca, by stu­dio­wać na­uki po­li­tyczne na uni­wer­sy­te­cie w Zu­ry­chu – po­wie­działa. Na­stęp­nie zwró­ciła się do pa­nienki o naj­ciem­niej­szych wło­sach i naj­gęst­szych brwiach. – To panna Bota. Przy­je­chała z Kru­še­vaca i stu­diuje psy­cho­lo­gię. Na po­li­tech­nice, tak jak pani.

Po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu ostat­niej dziew­czyny o przy­ja­znych sza­ro­nie­bie­skich oczach i opa­da­ją­cych brwiach, z bu­rzą mięk­kich brą­zo­wych wło­sów.

– A to panna Kau­fler – przed­sta­wiła ją – która przy­je­chała aż z Wied­nia, by zro­bić dy­plom z hi­sto­rii, rów­nież na po­li­tech­nice.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Stu­dentki ze wschod­nich pro­win­cji Au­stro­Wę­gier? Ta­kie jak ja? Za­wsze my­śla­łam, że będę wy­jąt­kowa. W Za­grze­biu co druga dziew­czyna zbli­ża­jąca się do dwu­dziestki była już mę­żatką lub przy­go­to­wy­wała się do mał­żeń­stwa, po­zna­jąc od­po­wied­niego kan­dy­data i ćwi­cząc pro­wa­dze­nie domu u swo­ich ro­dzi­ców. Ich edu­ka­cja koń­czyła się wiele lat wcze­śniej, je­śli w ogóle cho­dziły kie­dyś do szkoły. My­śla­łam, że za­wsze będę je­dyną stu­dentką ze wschod­niej Eu­ropy w świe­cie peł­nym męż­czyzn z Za­chodu. Być może w ogóle je­dyną ko­bietą.

Pani En­gel­brecht po­pa­trzyła na każdą z dziew­czyn z osobna i po­wie­działa:

– Te­raz was zo­sta­wimy z wa­szym wi­stem i pój­dziemy za­koń­czyć roz­mowę. Mam na­dzieję, że ju­tro opro­wa­dzi­cie pannę Ma­rić po Zu­ry­chu?

– Oczy­wi­ście, pani En­gel­brecht – od­po­wie­działa panna Kau­fler z cie­płym uśmie­chem. – Może na­wet panna Ma­rić do­łą­czy ju­tro wie­czo­rem do wi­sta? Przy­da­łaby nam się czwarta osoba.

Uprzej­mość panny Kau­fler wy­da­wała się szczera, a to­wa­rzy­stwo dziew­cząt mnie przy­cią­gało. In­stynk­tow­nie od­wza­jem­ni­łam uśmiech, ale za­raz się opa­no­wa­łam. „Uwa­żaj – ostrze­głam się w my­ślach. – Pa­mię­taj o okru­cień­stwie in­nych mło­dych dam, o ich drwi­nach, prze­zy­wa­niu, kop­nia­kach na placu za­baw. Przy­je­cha­łaś tu, żeby stu­dio­wać ma­te­ma­tykę i fi­zykę na po­li­tech­nice i speł­nić swoje ma­rze­nie o sta­niu się jedną z nie­wielu ko­biet pro­fe­so­rów fi­zyki w Eu­ro­pie. Nie po­ko­na­łaś tylu ki­lo­me­trów tylko po to, żeby po­znać kilka ko­le­ża­nek, na­wet je­śli te dziew­częta na­prawdę są ta­kie, ja­kie się wy­dają”.

Gdy wra­ca­li­śmy do sa­lonu, papa wziął mnie pod ra­mię i wy­szep­tał:

– Mitzo, te dziew­częta wy­dają się bar­dzo miłe. Praw­do­po­dob­nie są też mą­dre, skoro przy­je­chały tu na stu­dia. Może na­de­szła już pora, byś się z kimś za­przy­jaź­niła, skoro po­zna­łaś wresz­cie kilka pa­nie­nek, które do­rów­nują ci in­te­lek­tu­al­nie. Ja­kaś szczę­śliwa pa­nienka po­winna mieć szansę po­znać twoje bły­sko­tliwe żarty, które za­zwy­czaj za­cho­wu­jesz dla mnie.

Jego głos był pe­łen na­dziei, jakby bar­dzo chciał, że­bym za­przy­jaź­niła się z dziew­czę­tami, które wła­śnie po­zna­li­śmy. Co chciał przez to po­wie­dzieć? Mia­łam mę­tlik w gło­wie. Czy po wielu la­tach prze­ko­ny­wa­nia mnie, że przy­ja­ciele nie mają zna­cze­nia, mąż się nie li­czy, a je­dy­nymi waż­nymi rze­czami są na­uka i na­sza ro­dzina, po­sta­no­wił wy­sta­wić mnie te­raz na próbę? Chcia­łam po­ka­zać mu, że wciąż obce mi są ty­powe pra­gnie­nia mło­dej ko­biety – przy­ja­ciółki, mąż, dzieci. Chcia­łam zdać ten dziwny eg­za­min z wy­róż­nie­niem, tak jak zda­wa­łam wszyst­kie po­zo­stałe.

– Papo, przy­się­gam, że przy­je­cha­łam tu się uczyć, a nie za­przy­jaź­niać – po­wie­dzia­łam, ki­wa­jąc z po­wagą głową. Mia­łam na­dzieję, że to go prze­kona, że los, który mi prze­po­wie­dział, a któ­rego dla mnie pra­gnął, stał się moim wła­snym, wy­ma­rzo­nym prze­zna­cze­niem.

Oj­ciec nie ucie­szył się jed­nak z tej od­po­wie­dzi. Jego twarz spo­chmur­niała, nie wie­dzia­łam z po­czątku, czy to ze zło­ści, czy z żalu. Czyż­bym go nie zro­zu­miała? Czy jego po­dej­ście na­prawdę się zmie­niło, kiedy zo­ba­czył dziew­częta tak od­mienne od wszyst­kich, które zna­łam do tej pory?

Przez chwilę był dziw­nie mil­czący. Wresz­cie z przy­gnę­bie­niem w gło­sie po­wie­dział:

– Mia­łem na­dzieję, że bę­dziesz mo­gła ro­bić jedno i dru­gie.

Przez kilka ty­go­dni po wy­jeź­dzie papy uni­ka­łam dziew­czyn, za­my­ka­łam się w po­koju i czy­ta­łam książki. Plan dnia En­gel­brech­tów zmu­szał mnie jed­nak do co­dzien­nych wspól­nych po­sił­ków, a uprzej­mość wy­ma­gała kon­wer­sa­cji pod­czas śnia­dań i ko­la­cji. Dziew­częta nie­ustan­nie za­chę­cały mnie, bym do­łą­czyła do nich pod­czas spa­ce­rów, wy­kła­dów, wi­zyt w ka­wiar­niach, wy­praw do te­atrów i na kon­certy. Do­bro­dusz­nie żar­to­wały so­bie, że je­stem za po­ważna, za ci­cha i zbyt sku­piona na na­uce, i nie prze­sta­wały mnie za­pra­szać, choć cią­gle od­ma­wia­łam. Miały w so­bie upór, o jaki do tej pory po­dej­rze­wa­łam tylko sie­bie.

Pew­nego let­niego wie­czoru zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem uczy­łam się w po­koju, przy­go­to­wu­jąc się do kur­sów roz­po­czy­na­ją­cych się w paź­dzier­niku. Ra­miona owi­nę­łam swoim ulu­bio­nym sza­lem, by uchro­nić się przed zim­nem, które pa­no­wało w sy­pial­niach pen­sjo­natu nie­za­leż­nie od po­gody. Ro­bi­łam wła­śnie ana­lizę skła­dniową tek­stu, kiedy usły­sza­łam, że dziew­czyny na dole grają su­itę Are­zjanka Bi­zeta – dość słabo, ale z uczu­ciem. Do­brze zna­łam ten utwór, gra­łam go ra­zem z ro­dziną. Ta zna­joma mu­zyka spra­wiła, że po­czu­łam się me­lan­cho­lij­nie: nie tylko sama, ale i sa­motna. Zer­k­nę­łam na sto­jącą w ką­cie za­ku­rzoną tam­bu­ricę, chwy­ci­łam ją i ze­szłam na dół. Sto­jąc w wej­ściu do sa­lonu, pa­trzy­łam, jak dziew­częta wal­czą z utwo­rem. Opar­łam się o ścianę z tam­bu­ricą w dłoni i na­gle zro­biło mi się głu­pio. Czemu mia­łyby za­ak­cep­to­wać moje to­wa­rzy­stwo, skoro tyle razy od­rzu­ca­łam ich za­pro­sze­nia? Chcia­łam uciec z po­wro­tem na górę, ale He­lene za­uwa­żyła mnie i prze­stała grać.

Peł­nym cie­pła gło­sem za­py­tała:

– Do­łą­czysz do nas, panno Ma­rić? – Zer­k­nęła na Ru­žicę i Mi­lanę, do­da­jąc z żar­to­bliwą roz­pa­czą: – Sły­chać chyba, że przy­da­łaby nam się po­moc.

Zgo­dzi­łam się. W ciągu kilku ko­lej­nych dni dziew­częta ka­ta­pul­to­wały mnie do świata, ja­kiego ni­gdy do­tąd nie do­świad­czy­łam. Świata, w któ­rym mia­łam po­dobne do sie­bie przy­ja­ciółki. Papa się my­lił. Ja też. Przy­ja­ciółki są ważne. W każ­dym ra­zie ta­kie przy­ja­ciółki: bły­sko­tli­wie in­te­li­gentne, am­bitne i ma­jące po­dobne do mo­ich do­świad­cze­nia po­gardy i kry­tyki, które prze­trwały z uśmie­chem na ustach.

Wbrew moim oba­wom przy­ja­ciółki nie osła­biły mo­jego za­pału do pracy. Prze­ciw­nie: uczy­niły mnie sil­niej­szą.

Te­raz, wiele mie­sięcy póź­niej, opa­dłam na pu­ste krze­sło, a Ru­žica na­lała mi her­baty. Po­czu­łam cy­try­nowy za­pach: Mi­lana z uśmie­chem pod­su­nęła mi ta­le­rzyk z moim ulu­bio­nym cia­stem z me­lisą. Przy­ja­ciółki mu­siały spe­cjal­nie za­mó­wić je dla mnie u pani En­gel­brecht. Wy­jąt­kowy gest w wy­jąt­ko­wym dniu.

– Dzię­kuję.

Pi­ły­śmy her­batę i sku­ba­ły­śmy cia­sto. Dziew­czyny były wy­jąt­kowo mil­czące, cho­ciaż po ich mi­nach i ukrad­ko­wych zer­k­nię­ciach po­zna­łam, że le­dwo się po­wstrzy­mują. Cze­kały, aż ode­zwę się pierw­sza, aż za­ofe­ruję im coś wię­cej niż tylko po­dzię­ko­wa­nia za przy­smaki. Wresz­cie jed­nak Ru­žica, naj­bar­dziej en­tu­zja­styczna z nich wszyst­kich, nie wy­trzy­mała. Była naj­bar­dziej uparta i naj­mniej cier­pliwa, więc po pro­stu wy­bu­chła.

– I jaki jest ten słynny pro­fe­sor We­ber? – spy­tała, uno­sząc brwi w żar­to­bli­wym ak­tor­skim na­śla­do­wa­niu na­uczy­ciela, zna­nego z onie­śmie­la­ją­cego stylu by­cia i rów­nie onie­śmie­la­ją­cej in­te­li­gen­cji.

– Taki, jak go przed­sta­wiają – wes­tchnę­łam, bio­rąc do ust ko­lejny kęs cia­sta, które miało cu­downy, jed­no­cze­śnie słodki i wy­trawny smak. Wy­tar­łam okru­szek z ką­cika ust i wy­ja­śni­łam:

– Spraw­dził li­stę, za­nim po­zwo­lił mi usiąść. Jakby nie wie­dział, że za­pi­sa­łam się na jego za­ję­cia. Sam mnie na nie przy­jął!

Dziew­czyny za­chi­cho­tały.

– Po­tem zro­bił zło­śliwą uwagę na te­mat mo­jego serb­skiego po­cho­dze­nia.

Śmiech ustał. Ru­žica i Mi­lana, które rów­nież przy­je­chały z od­le­głych ru­bieży Au­stro­Wę­gier, do­świad­czyły po­dob­nych upo­ko­rzeń. Na­wet He­lene, która przy­była z naj­bar­dziej po­wa­ża­nego re­gionu Au­strii, także do­stą­piła przy­kro­ści ze strony pro­fe­so­rów po­li­tech­niki ze względu na swoje ży­dow­skie po­cho­dze­nie.

– Tak samo wy­glą­dał mój pierw­szy dzień na kur­sie pro­fe­sora He­rzoga – po­wie­działa He­lene.

Po­ki­wa­ły­śmy gło­wami. Gdy pro­fe­sor He­rzog za­uwa­żył, że jej na­zwi­sko ma ży­dow­skie brzmie­nie, po­łowę swo­jego pierw­szego wy­kładu o hi­sto­rii Włoch po­świę­cił we­nec­kim get­tom, w któ­rych Ży­dzi żyli za­mknięci od szes­na­stego do osiem­na­stego wieku. Nie są­dzi­ły­śmy, by pod­ję­cie tego te­matu było czy­stym zbie­giem oko­licz­no­ści.

– Jakby nie wy­star­czało, że je­ste­śmy le­d­wie kil­koma ko­bie­tami w oce­anie męż­czyzn, wy­kła­dowcy mu­szą zna­leźć jesz­cze inne po­wody, by pod­kre­ślić na­szą od­mien­ność – za­uwa­żyła Ru­žica.

– A co po­wiesz o ko­le­gach z grupy? – Mi­lana wy­raź­nie chciała zmie­nić te­mat.

– Są tacy jak zwy­kle – od­par­łam.

Dziew­częta jęk­nęły, pełne zro­zu­mie­nia.

– Za­ro­zu­miali? – spy­tała Mi­lana.

– Tak – od­par­łam.

– Wą­saci? – za­su­ge­ro­wała z uśmie­chem Ru­žica.

– Tak.

– Prze­sad­nie pewni sie­bie?

– Tak, tak.

– Czy ktoś był otwar­cie nie­przy­jemny? – Głos He­lene był te­raz po­waż­niej­szy.

Była bar­dzo opie­kuń­cza, jakby chciała mat­ko­wać gru­pie. A zwłasz­cza mnie. Od­kąd po­wie­dzia­łam im, co przy­da­rzyło mi się pierw­szego dnia w szkole w Obe­rgym­na­sium w Za­grze­biu – a była to hi­sto­ria, którą do­tąd trzy­ma­łam tylko dla sie­bie – He­lene za­cho­wy­wała się wo­bec mnie szcze­gól­nie ostroż­nie. Cho­ciaż żadna z dziew­cząt nie spo­tkała się z rów­nie otwartą prze­mocą, wszyst­kie wy­czu­wały cza­jące się za­gro­że­nie.

– Nie. Przy­naj­mniej na ra­zie.

– To do­brze. – Ru­žica jak zwy­kle pa­trzyła na świat z opty­mi­zmem.

Oskar­ża­ły­śmy ją o no­sze­nie ró­żo­wych oku­la­rów na­wet pod­czas naj­ciem­niej­szych burz. Upie­rała się, że to je­dyne roz­wią­za­nie, i za­chę­cała, by­śmy pod­cho­dziły do ży­cia po­dob­nie.

– A za­uwa­ży­łaś ja­kichś po­ten­cjal­nych so­jusz­ni­ków? – Mi­lana wkro­czyła na bar­dziej stra­te­giczne te­ry­to­rium.

Pro­gram za­jęć z fi­zyki za­kła­dał współ­pracę mię­dzy stu­den­tami nad czę­ścią pro­jek­tów, więc za­sta­na­wia­ły­śmy się nad stra­te­gią dzia­ła­nia. Co mia­ła­bym zro­bić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w gru­pie?

– Nie – od­par­łam in­stynk­tow­nie, prze­rwa­łam jed­nak, chcąc po­dą­żyć za radą Ru­žicy i spoj­rzeć na sprawę bar­dziej opty­mi­stycz­nie. – Być może. Je­den ze stu­den­tów uśmie­chał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szcze­rze. Bez drwiny. Chyba na­zywa się Ein­stein.

He­lene z nie­po­ko­jem unio­sła swoje gę­ste brwi. Była wy­jąt­kowo wy­czu­lona na nie­po­żą­dane mi­ło­sne ge­sty. Uwa­żała, że są rów­nie nie­bez­pieczne jak prze­moc. Się­gnęła po moją dłoń i ostrze­gła:

– Uwa­żaj.

Od­wza­jem­ni­łam uścisk.

– Nie martw się, He­lene. Je­stem bar­dzo ostrożna.

Kiedy jej twarz się nie roz­po­go­dziła, do­da­łam:

– No pro­szę. Wciąż oskar­ża­cie mnie, że je­stem za ostrożna. Zbyt nie­śmiała. O to, że swoje praw­dziwe ja po­ka­zuję tylko wam. Czy na­prawdę uwa­żasz, że nie za­cho­wam ostroż­no­ści, ob­cu­jąc z pa­nem Ein­ste­inem?

Uśmiech za­stą­pił za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie He­lene.

Moje to­wa­rzyszki wciąż mnie za­ska­ki­wały. Za­ska­ki­wało mnie to, że po­tra­fię opo­wie­dzieć im dawno za­po­mniane hi­sto­rie. Że umiem im po­ka­zać, kim je­stem na­prawdę. I że ak­cep­tują mnie mimo wszystko.

Roz­dział 3

22 kwiet­nia 1897

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Usia­dłam na swoim miej­scu w czy­telni. Prze­stronna bi­blio­teka po­li­tech­niki, o ścia­nach wy­ło­żo­nych drew­nem, była nie­mal cał­ko­wi­cie za­peł­niona, ale jed­no­cze­śnie było tu bar­dzo ci­cho. Stu­denci w mil­cze­niu mo­dlili się przy oł­ta­rzu to jed­nej, to dru­giej dys­cy­pliny, ucząc się bio­lo­gii, che­mii, ma­te­ma­tyki czy – jak ja – fi­zyki. Od­dzie­lona od świata, za­ba­ry­ka­do­wana za książ­kami, umoc­niona wła­snymi roz­wa­ża­niami i teo­riami, mo­głam uda­wać, że je­stem taka sama jak wszy­scy po­zo­stali stu­denci w bi­blio­tece.

Przede mną le­żały roz­ło­żone no­tatki, kilka za­da­nych tek­stów i ar­ty­kuł z mo­jej wła­snej ko­lek­cji. Wszyst­kie wal­czyły o moją uwagę jak do­mowe zwie­rzątka, a ja nie mo­głam się zde­cy­do­wać, czemu po­świę­cić czas. New­to­nowi czy Kar­te­zju­szowi? A może któ­re­muś z now­szych teo­re­ty­ków? Po­wie­trze na po­li­tech­nice, a na­wet w ca­łym Zu­ry­chu, zda­wało się na­ła­do­wane roz­mo­wami o naj­now­szych osią­gnię­ciach w fi­zyce. Mia­łam wra­że­nie, że są one skie­ro­wane bez­po­śred­nio do mnie. Moje miej­sce było w świe­cie fi­zyki. Ukryte w niej ta­jemne za­sady rzą­dzące świa­tem – se­kretne siły i nie­wi­dzialne związki tak skom­pli­ko­wane, że tylko Bóg mógł je stwo­rzyć – sta­no­wiły od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze py­ta­nia do­ty­czące na­szej eg­zy­sten­cji. Gdy­bym tylko umiała je od­na­leźć...

Cza­sami, kiedy pod­czas lek­tury i ob­li­czeń uda­wało mi się od­prę­żyć, do­strze­ga­łam bo­skie wzory, któ­rych tak de­spe­racko pra­gnę­łam. Wi­dzia­łam je jed­nak tylko ką­tem oka. Le­d­wie zwra­ca­łam wzrok pro­sto na nie, roz­pły­wały się w ni­cość. Może nie by­łam jesz­cze go­towa, by bo­skie dzieło uka­zało mi się w pełni.

Być może za ja­kiś czas mi się to uda.

To ta­cie za­wdzię­cza­łam, że przy­pro­wa­dził mnie do mi­go­tli­wego przed­sionka cie­ka­wo­ści i na­uki. Ża­ło­wa­łam tylko, że wciąż się mar­twi: za­równo o moją przy­szłość, jak i o obecne bez­pie­czeń­stwo. Cho­ciaż w li­stach bar­dzo sta­ra­łam się go prze­ko­nać, że je­śli moim prze­zna­cze­niem nie okaże się na­uka, po stu­diach cze­kać na mnie bę­dzie mnó­stwo na­uczy­ciel­skich sta­no­wisk, i za­pew­nia­łam go o nie­na­ru­szal­no­ści mo­jego co­dzien­nego planu dnia, to jed­nak w jego ko­lej­nych py­ta­niach wy­czu­wa­łam nie­po­kój. Co cie­kawe, te­raz mama wy­da­wała się bar­dziej prze­ko­nana do mo­jej drogi. Po tylu la­tach walki z moim pra­gnie­niem na­uki na­gle po­go­dziła się z nim, kiedy osia­dłam w Zu­ry­chu. Ucie­szyła się, gdy za­czę­łam w li­stach opo­wia­dać jej o Ru­žicy, Mi­la­nie i He­lene. W jej od­po­wie­dziach wi­dzia­łam ra­dość z tych no­wych przy­jaźni. Z mo­ich pierw­szych przy­jaźni.

Apro­bata mamy nie była czymś oczy­wi­stym. Do nie­dawna na na­szej re­la­cji cie­niem kła­dła się jej tro­ska o mnie, o to dziwne, sa­motne, nie­przy­sto­so­wane dziecko. I wpływ mo­jego pra­gnie­nia edu­ka­cji na jej wła­sne ży­cie.

Ja­kieś dzie­sięć lat temu pew­nego chłod­nego wrze­śnio­wego po­po­łu­dnia w od­le­głej Ru­mie, gdzie się uro­dzi­łam, po­sta­no­wiła nie kryć dłu­żej nie­chęci do wy­bra­nej przeze mnie nie­ko­bie­cej drogi. I to mimo że za­chę­cał mnie do niej papa, któ­remu za­zwy­czaj ustę­po­wała. Jak co dzień szli­śmy na cmen­tarz, na któ­rym po­cho­wani byli mój star­szy brat i sio­stra, zmarli w dzie­ciń­stwie, wiele lat przed mo­imi na­ro­dzi­nami.

Wiatr dął, trze­po­cząc chu­s­teczką na mo­jej gło­wie. Chwy­ci­łam czarny ma­te­riał i przy­trzy­ma­łam go, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak bar­dzo mama by się zde­ner­wo­wała, gdy­bym choć przez chwilę miała gołą głowę na świę­tej ziemi. Tka­nina za­kry­wała moje uszy, tłu­miąc ża­łobne jęki wia­tru. By­łam wdzięczna za tę ci­szę, choć wie­dzia­łam, że la­ment pa­suje do oko­licz­no­ści.

Po­czu­łam do­bie­ga­jący z na­szego ko­ścioła za­pach słod­kiego, gry­zą­cego ka­dzi­dła tam­jan. Sta­ra­łam się do­trzy­mać ma­mie kroku, a je­sienne li­ście sze­le­ściły pod na­szymi no­gami. Wzgó­rze było ska­li­ste, mama wie­działa, że trudno mi na nie wejść, lecz nie zwal­niała. Tak jakby trud drogi na cmen­tarz był czę­ścią mo­jej kary. Za to, że prze­ży­łam, pod­czas gdy mo­jemu ro­dzeń­stwu się to nie udało. Za to, że nie da­łam się po­ko­nać cho­ro­bom. I za to, że za­chę­ci­łam papę do przy­ję­cia urzęd­ni­czego sta­no­wi­ska w No­wym Sa­dzie – du­żym mie­ście, w któ­rym znaj­do­wała się pre­sti­żowa szkoła dla dziew­cząt. Bo prze­pro­wadzka ozna­czała, że mama bę­dzie mu­siała zo­sta­wić za sobą groby swo­ich pier­wo­rod­nych dzieci.

– Idziesz, Mitzo? – za­wo­łała, nie od­wra­ca­jąc się.

Pa­mię­ta­łam, że jej chłód nie wy­nika wy­łącz­nie z nie­chęci do prze­pro­wadzki. Su­rowa dys­cy­plina i wy­so­kie ocze­ki­wa­nia były jej re­ceptą na do­brze wy­cho­wane dziecko. Czę­sto po­wta­rzała:

– Księga Przy­słów mówi, że „ró­zga i kar­ce­nie udziela mą­dro­ści; chło­piec po­zo­sta­wiony so­bie jest wsty­dem dla matki”*.

– Tak, mamo – od­po­wia­da­łam.

Ubrana jak zwy­kle w ża­łobną czerń, w ciem­nej chu­s­teczce na gło­wie na cześć mo­jego zmar­łego ro­dzeń­stwa, mama szła przo­dem ni­czym wy­raźny cień na tle sza­rego je­sien­nego nieba. Kiedy do­tar­ły­śmy na szczyt, bra­ko­wało mi tchu, ale sta­ra­łam się ukryć zmę­cze­nie. Taki był mój obo­wią­zek.

Po­wstrzy­mu­jąc się od krzyku, od­wró­ci­łam się: uwiel­bia­łam wi­dok z tego miej­sca. Ruma roz­po­ście­rała się pod nami, nad nami uno­siła się ko­ścielna iglica, miej­ski pej­zaż wtu­lał się w brzegi Du­naju. Za­ku­rzone mia­sto było nie­duże, z jed­nym tylko pla­cem, tar­go­wi­skiem i kil­koma ofi­cjal­nymi bu­dyn­kami w cen­trum, ale i tak uwa­ża­łam je za piękne.

Wtedy jed­nak do­strze­głam po­chy­la­jącą się mamę i po­czu­łam się winna. To nie był spa­cer dla przy­jem­no­ści, nie po­win­nam się do­brze ba­wić. To miała być jedna z na­szych ostat­nich wi­zyt na cmen­ta­rzu na długi czas. Dzi­siaj na­wet tata nie po­tra­fił po­pra­wić mi hu­moru. Uklę­kłam obok mamy na­prze­ciw gro­bów. Ka­myki wbi­jały mi się w ko­lana, ale tego dnia chcia­łam czuć ból. Może dzięki niemu mo­głam od­po­ku­to­wać za ten, który za­da­łam ma­mie, ini­cju­jąc prze­pro­wadzkę do No­wego Sadu. Jako że w lo­kal­nej pod­sta­wówce w Ru­mie do­szłam już do końca edu­ka­cji, papa chciał, że­bym uczyła się da­lej w wyż­szej szkole dla dziew­cząt w No­wym Sa­dzie. W pro­stej li­nii Rumę dzie­liło od tego mia­sta le­d­wie dwa­dzie­ścia mil, ale po­dróż krę­tymi dro­gami mo­gła za­jąć na­wet kilka go­dzin. Wie­dzia­łam, że nie bę­dziemy wra­cać do domu re­gu­lar­nie.

Spoj­rza­łam na mamę. Jej brą­zowe oczy były za­mknięte, a bez ich nie­ustę­pli­wego bły­sku wy­glą­dała na star­szą niż jej trzy­dzie­ści kilka lat. Cię­żar straty i co­dzienny znój mocno ją po­sta­rzały. Prze­że­gna­łam się, za­mknę­łam oczy i po­mo­dli­łam się w du­chu za moje dawno utra­cone ro­dzeń­stwo. Brat i sio­stra byli mi za­wsze nie­wi­dzial­nymi to­wa­rzy­szami, za­stę­po­wali przy­ja­ciół, któ­rych ni­gdy nie mia­łam. Jakże ina­czej mo­głoby wy­glą­dać moje ży­cie, gdyby nie umarli. Być może, ma­jąc ich u boku, nie by­ła­bym tak sa­motna i nie pra­gnę­ła­bym w głębi du­szy ba­wić się na­wet z naj­okrut­niej­szymi dziew­czyn­kami na szkol­nym po­dwó­rzu.

Po­czu­łam na twa­rzy pro­mie­nie słońca. Otwo­rzy­łam oczy. Zwień­czone łu­kami mar­mu­rowe groby mo­jego star­szego ro­dzeń­stwa pa­trzyły na mnie. Ich na­zwi­ska – Mi­lica Ma­rić i Vu­ka­šin Ma­rić – mi­go­tały w słońcu, jakby le­d­wie zo­stały wy­rzeź­bione, a ja jak zwy­kle po­wstrzy­my­wa­łam chęć do­tknię­cia każ­dej li­tery po ko­lei.

Mama za­zwy­czaj była pod­czas tych wi­zyt mil­cząca i za­my­ślona. Nie tym ra­zem jed­nak, te­raz wy­cią­gnęła do mnie dłoń i za­wo­łała do Matki Bo­skiej w na­szym oj­czy­stym serb­skim ję­zyku:

Bo­go­ro­dice Djevo, ra­duj­sja

Bla­go­dat­naja Ma­rije...

Mama śpie­wała z taką mocą, że za­głu­szyła wiatr i sze­lest li­ści. Ko­ły­sała się. Moc jej głosu i dra­ma­tyczne ru­chy za­wsty­dzały mnie, zwłasz­cza gdy do­strze­głam zer­ka­ją­cych na nas z od­dali ża­łob­ni­ków.

Mimo to do­łą­czy­łam do niej. Słowa „Zdro­waś, Ma­rio” za­zwy­czaj mnie uspo­ka­jały, dziś jed­nak wy­dały mi się dziw­nie obce. Ję­zyk mi sztyw­niał, jak­bym wy­po­wia­dała kłam­stwa. Słowa mamy też brzmiały dziś ina­czej, nie jak na­bożna mo­dli­twa, ale jak oskar­że­nie. Nie oskar­żała oczy­wi­ście Świę­tej Pa­nienki, tylko mnie.

Pró­bo­wa­łam skon­cen­tro­wać się na wie­trze, na szu­mie ga­łęzi i li­ści, na ga­lo­pie mi­ja­ją­cych nas koni, na wszyst­kim, byle nie na sło­wach wy­do­by­wa­ją­cych się z ust mamy. Nie po­trze­bo­wa­łam, by kto­kol­wiek mi przy­po­mi­nał, jak wiele za­leży od mo­jego po­wo­dze­nia w szkole w No­wym Sa­dzie. Mu­sia­łam od­nieść suk­ces. Nie tylko dla sie­bie, dla mamy i papy, ale też dla mo­jego zmar­łego ro­dzeń­stwa. Dla ich po­rzu­co­nych dusz.

Sły­sza­łam skro­ba­nie wiecz­nych piór w ze­szy­tach stu­den­tów pra­cu­ją­cych nie­opo­dal, ale tylko je­den czło­wiek sku­piał na so­bie moją uwagę. Phi­lipp Le­nard. Się­gnę­łam po ar­ty­kuł tego zna­nego nie­miec­kiego fi­zyka. Po­win­nam była czy­tać za­dane przez pro­fe­sora tek­sty Her­manna von Helm­holtza i Lu­dwiga Bolt­zmanna, jed­nak cią­gnęło mnie do ostat­nich ba­dań Le­narda na te­mat wła­ści­wo­ści pro­mieni ka­to­do­wych. Bom­bar­do­wał me­ta­liczne elek­trody opróż­nio­nych szkla­nych tu­bek prą­dem elek­trycz­nym o wy­so­kim na­pię­ciu i ba­dał pro­mie­nie. Le­nard za­ob­ser­wo­wał, że je­śli koń­cówka tubki prze­ciwna do ła­dunku ujem­nego była po­ma­lo­wana na flu­ore­scen­cyjny ko­lor, we­wnątrz tubki po­ja­wiał się ma­leńki świe­cący obiekt. To do­pro­wa­dziło go do prze­ko­na­nia, że pro­mie­nie ka­to­dowe są stru­mie­niami ne­ga­tyw­nie na­ła­do­wa­nych czą­ste­czek. Na­zwał je kwan­tami elek­trycz­no­ści. Od­kła­da­jąc ar­ty­kuł, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, jak od­kry­cia Le­narda mo­gły wpły­nąć na dys­ku­sję o na­tu­rze i ist­nie­niu ato­mów. Z ja­kiej sub­stan­cji Bóg zro­bił świat? Czy od­po­wiedź na to py­ta­nie mo­gła przy­bli­żyć nas do zro­zu­mie­nia celu na­szego ży­cia na tym bo­żym świe­cie? Cza­sami na kar­tach czy­ta­nych te­stów i w chwi­lach za­dumy wy­czu­wa­łam bo­skie wzory obecne w pra­wach fi­zyki, które po­zna­wa­łam. To w nich wła­śnie czu­łam Boga sil­niej niż w ko­ściel­nych ła­wach i na cmen­ta­rzach, do­kąd pro­wa­dzała mnie mama.

Ze­gar na uni­wer­sy­tec­kiej wieży wy­bił piątą. Czyżby na­prawdę było tak późno? Na­wet nie tknę­łam jesz­cze za­da­nych tek­stów. Wy­cią­gnę­łam szyję, by wyj­rzeć przez okno. W Zu­ry­chu nie bra­ko­wało wy­so­kich wież ze­ga­ro­wych: wszyst­kie wska­zówki po­twier­dzały, że na­de­szła piąta. Pani En­gel­brecht była nie­prze­jed­nana w kwe­stii czasu po­sił­ków, nie mo­głam się więc ocią­gać. Zwłasz­cza że wie­dzia­łam, iż dziew­częta będą cze­kać z in­stru­men­tami w dło­niach na chwilę mu­zy­ko­wa­nia przed obia­dem, był to je­den z na­szych ry­tu­ałów, który zresztą lu­bi­łam naj­bar­dziej ze wszyst­kich.

Ze­bra­łam swoje kartki i za­czę­łam cho­wać je do torby. Na wierz­chu sterty pa­pie­rów le­żał ar­ty­kuł Le­narda, a moją uwagę przy­kuło jedno zda­nie. Wró­ci­łam do lek­tury i tak się w niej za­to­pi­łam, że aż pod­sko­czy­łam, sły­sząc swoje na­zwi­sko.

– Panno Ma­rić, czy mógł­bym pani prze­rwać?

Był to pan Ein­stein. Jego czu­pryna wy­glą­dała na jesz­cze bar­dziej nie­sforną niż za­zwy­czaj, jakby prze­cze­sy­wał pal­cami ciemne loki, sta­ra­jąc się usta­wić je do pionu. Jego ko­szula i kurtka też nie wy­glą­dały naj­le­piej: były okrop­nie po­gnie­cione. Jego za­nie­dbany wy­gląd nie pa­so­wał do przy­kład­nego stylu po­zo­sta­łych stu­den­tów w bi­blio­tece. Jed­nak on w od­róż­nie­niu od nich się uśmie­chał.

– Tak, pa­nie Ein­stein?

– Mia­łem na­dzieję, że po­może mi pani z jed­nym pro­ble­mem – po­wie­dział, po­da­jąc mi stertę pa­pie­rów.

– Ja? – spy­ta­łam in­stynk­tow­nie i od razu po­ża­ło­wa­łam, że oka­za­łam za­sko­cze­nie.

„Bądź pewna sie­bie – po­my­śla­łam. – Je­steś rów­nie mą­dra jak po­zo­stali stu­denci z sek­cji. Czemu ko­lega nie miałby po­pro­sić cię o po­moc?”

Tylko było już za późno. Oka­za­łam sła­bość.

– Tak, panno Ma­rić. My­ślę, że jest pani naj­mą­drzej­sza w na­szej gru­pie. Z pew­no­ścią lep­sza z ma­te­ma­tyki od tych Dum­m­kopfs – wska­zał pal­cem dwóch na­szych ko­le­gów, pana Eh­rata i pana Kol­l­rosa, któ­rzy stali po­mię­dzy dwoma rzę­dami pó­łek, żywo ge­sty­ku­lu­jąc. – Oni pró­bo­wali mi po­móc i po­nie­śli sro­motną klę­skę.

– Oczy­wi­ście – od­par­łam.

Jego za­pew­nie­nia wpraw­dzie mi schle­biały, lecz nie opusz­czała mnie po­dejrz­li­wość. Gdyby była tu He­lene, za­le­ci­łaby ostroż­ność, ale też za­chę­ca­łaby do za­war­cia so­ju­szu. W przy­szłym se­me­strze będę po­trze­bo­wała part­nera do ba­dań, a on może się oka­zać je­dyną moż­li­wo­ścią. Od­kąd sześć mie­sięcy wcze­śniej przy­stą­pi­łam do pro­gramu, co­dzien­nie sie­dzia­łam w sali z tymi sa­mymi pię­cioma męż­czy­znami. Wszy­scy po­zo­stali za­cho­wy­wali się wo­bec mnie obo­jęt­nie, wy­mie­nia­li­śmy tylko pod­sta­wowe uprzej­mo­ści. Co­dzienne ser­deczne po­zdro­wie­nia i rzu­cane raz na ja­kiś czas py­ta­nia o moje prze­my­śle­nia na te­mat wy­kła­dów pro­fe­sora We­bera czy­niły z pana Ein­ste­ina moją je­dyną na­dzieję.

– Pro­szę po­zwo­lić mi spoj­rzeć. – Opu­ści­łam wzrok na jego kartki.

Zo­ba­czy­łam nie­mal nie­moż­liwy do po­ję­cia ba­ła­gan. Czy w po­dob­nie nie­zor­ga­ni­zo­wany spo­sób pra­co­wali wszy­scy moi ko­le­dzy? Je­śli tak, nie po­win­nam się mar­twić o ja­kość swo­ich wy­sił­ków. Zer­k­nę­łam na nie­upo­rząd­ko­wane no­tatki i od razu za­uwa­ży­łam błąd. Wy­ni­kał z jego le­ni­stwa.

– Tu­taj. My­ślę, że je­śli zmieni pan ko­lej­ność tych dwóch liczb, do­trze pan do wła­ści­wego roz­wią­za­nia.

– Ach, już ro­zu­miem. Dzię­kuję za po­moc, panno Ma­rić.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. – Po­ki­wa­łam głową i od­wró­ci­łam się, by ze­brać swoje rze­czy.

Czu­łam, że zerka mi przez ra­mię.

– Czyta pani Le­narda? – spy­tał, wy­raź­nie za­sko­czony.

– Tak – od­par­łam, nie prze­sta­jąc się pa­ko­wać.

– Nie ma go w pro­gra­mie.

– Wiem.

– Za­ska­kuje mnie pani, panno Ma­rić.

– Dla­czego, pa­nie Ein­stein?

Spoj­rza­łam mu wy­zy­wa­jąco pro­sto w oczy. Czy są­dził, że nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć Le­narda, tek­stu znacz­nie trud­niej­szego od tych z na­szego pod­sta­wo­wego pro­gramu? Był ode mnie sporo wyż­szy, więc mu­sia­łam za­drzeć wy­soko głowę. Mój ni­ski wzrost był sła­bo­ścią, któ­rej nie­na­wi­dzi­łam rów­nie mocno jak ka­lec­twa.

– Wy­daje się pani bar­dzo pilną stu­dentką. Za­wsze obecna, prze­strze­ga­jąca wszyst­kich za­sad, skru­pu­latna. Spę­dza pani go­dziny w bi­blio­tece, za­miast mar­no­wać je w ka­wiar­niach. A jed­nak na­leży pani do bo­hemy, tak jak ja. Nie spo­dzie­wa­łem się.

– Do bo­hemy? Nie ro­zu­miem.

Mój ton był ostry. Słowo „bo­hema” ko­ja­rzyło mi się z au­stro­wę­gier­skim re­gio­nem Bo­he­mii, czy w ten spo­sób chciał za­żar­to­wać z mo­jego po­cho­dze­nia? Pan Ein­stein wie­dział, że je­stem Serbką, a uprze­dze­nia lu­dzi z kra­jów za­chod­nich wo­bec ob­co­kra­jow­ców były do­brze znane. Za­sta­na­wia­łam się nad po­cho­dze­niem sa­mego Ein­ste­ina, cho­ciaż wie­dzia­łam, że przy­je­chał z Ber­lina. Jed­nak jego ciemne włosy i oczy, a także cha­rak­te­ry­styczne na­zwi­sko spra­wiały, że nie miał wiele wspól­nego z ty­po­wym ger­mań­skim blon­dy­nem. Może jego ro­dzina skądś przy­je­chała do Ber­lina?

Mu­siał wy­czuć mój uta­jony gniew, bo za­raz za­czął wy­ja­śniać swoje słowa.

– Uży­łem słowa „bo­hema” we fran­cu­skim zna­cze­niu: la bo­héme. Przy­na­leż­ność do niej ozna­cza nie­za­leż­ność w my­śle­niu. No­wo­cze­sność. To, że nie jest pani bo­ur­ge­ois, jak nie­któ­rzy z na­szych ko­le­gów.

Nie wie­dzia­łam, jak od­czy­tać tę wy­po­wiedź. Nie wy­da­wało mi się, by so­bie ze mnie żar­to­wał, prze­ciw­nie, wy­glą­dało to na dziwny kom­ple­ment. Czu­łam się co­raz nie­zręcz­niej. Zbie­ra­jąc z biurka ostat­nie pa­piery, po­wie­dzia­łam:

– Mu­szę już iść, pa­nie Ein­stein. Pani En­gel­brecht ści­śle prze­strzega har­mo­no­gramu po­sił­ków, więc nie mogę się spóź­nić na ko­la­cję. Do wi­dze­nia.

Za­pię­łam torbę i dy­gnę­łam na po­że­gna­nie.

– Do wi­dze­nia, panno Ma­rić – od­parł z ukło­nem. – Bar­dzo dzię­kuję za po­moc.

Wy­szłam przez zwień­czone łu­kiem dę­bowe drzwi bi­blio­teki, mi­nę­łam mały ka­mienny dzie­dzi­niec i zna­la­złam się na ru­chli­wej Rämi­strasse. Bul­war pe­łen był pen­sjo­na­tów, w któ­rych miesz­kali naj­bo­gatsi stu­denci w Zu­ry­chu, i ka­wiarni, w któ­rych ci sami stu­denci dys­ku­to­wali za dnia, je­śli tylko nie byli na wy­kła­dach. Zer­ka­jąc na nich ukrad­kiem, wi­dzia­łam, że głów­nym pa­li­wem tych dys­ku­sji były kawa i fajka. Mo­głam jed­nak tylko zga­dy­wać, nie mia­łam od­wagi, by usiąść przy któ­rymś z tych sto­łów, choć kie­dyś do­strze­głam pana Ein­ste­ina z ko­le­gami w Cafe Me­tro­pole, a on ge­stem za­pro­sił mnie do środka. Uda­wa­łam, że go nie wi­dzę; ko­biety rzadko do­łą­czały do męż­czyzn pod­czas tych swo­bod­nych dys­ku­sji i była to gra­nica, któ­rej nie po­tra­fi­łam prze­kro­czyć.

Nad Rämi­strasse za­pa­dała noc, wciąż spo­wi­jało ją jed­nak świa­tło elek­trycz­nych lamp. W po­wie­trzu uno­siła się lekka mgiełka, wło­ży­łam za­tem na głowę kap­tur, by ochro­nić włosy i ubra­nia przed wil­go­cią. Nie­spo­dzie­wa­nie – po­ra­nek był po­godny i ja­sny – za­czął pa­dać deszcz, a mnie co­raz trud­niej było prze­bi­jać się przez tłum. By­łam tu zde­cy­do­wa­nie naj­niż­szą osobą. Prze­mo­kłam, a bruk sta­wał się co­raz bar­dziej śli­ski. Czy po­win­nam zła­mać swoją za­sadę i schro­nić się w ka­wiarni, póki po­goda się nie po­prawi?

Nie­po­strze­że­nie deszcz prze­stał na mnie pa­dać. Unio­słam wzrok, spo­dzie­wa­jąc się błę­kitu nieba, ale zo­ba­czy­łam tylko czerń i stru­mie­nie wody spły­wa­jące wo­kół mnie.

Pan Ein­stein trzy­mał pa­ra­sol nad moją głową.

– Jest pani cała mo­kra, panno Ma­rić – po­wie­dział, pa­trząc na mnie we­soło.

Co on tu ro­bił? Jesz­cze chwilę temu na­wet nie zbie­rał się z bi­blio­teki. Czyżby po­szedł za mną?

– Ulewa mnie za­sko­czyła. Bar­dzo dzię­kuję za pa­ra­sol, ale po­ra­dzę so­bie.

Za­le­żało mi na tym, by oka­zać sa­mo­dziel­ność. Nie chcia­łam, by któ­ry­kol­wiek z mo­ich ko­le­gów wi­dział we mnie bez­radną ko­bietkę. A zwłasz­cza pan Ein­stein. Gdyby do­strzegł moją sła­bość, nie wi­działby we mnie part­nerki do ba­dań, prawda?

– Po tym, jak po­prawką mo­ich ob­li­czeń ura­to­wała mnie pani przed nie­chyb­nym gnie­wem pro­fe­sora We­bera, mi­ni­mum, co mogę zro­bić, to od­pro­wa­dzić pa­nią do domu w tym desz­czu. – Uśmiech­nął się. – Skoro wy­gląda na to, że za­po­mniała pani pa­ra­sola.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, ale na­prawdę po­trze­bo­wa­łam jego po­mocy. Cho­dze­nie po śli­skim ka­mie­niu mo­gło się oka­zać nie­bez­pieczne. Pan Ein­stein po­ło­żył dłoń na moim ra­mie­niu i uniósł pa­ra­sol wy­soko nad moją głową. Jego gest był bar­dzo uprzejmy, choć dość śmiały. Czu­jąc jego do­tyk na ra­mie­niu, zda­łam so­bie sprawę, że je­śli nie li­czyć ojca i kilku wuj­ków, ża­den do­ro­sły męż­czy­zna nie był tak bli­sko mnie. Cho­ciaż po bul­wa­rze cho­dziły tłumy, a wszy­scy byli ubrani w cięż­kie war­stwy szali i płasz­czy, po­czu­łam się dziw­nie ob­na­żona.

Po dro­dze pan Ein­stein wy­gło­sił żar­liwy mo­no­log o teo­rii fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych Ma­xwella, wy­su­wa­jąc kilka dość cie­ka­wych my­śli na te­mat związku świa­tła i pro­mie­nio­wa­nia z ma­te­rią. Wtrą­ci­łam parę ko­men­ta­rzy, na które pan Ein­stein za­re­ago­wał z za­in­te­re­so­wa­niem, ale głów­nie mil­cza­łam, wsłu­chu­jąc się w jego nie­po­wstrzy­maną ga­da­ninę i pró­bu­jąc oce­nić jego in­te­lekt oraz oso­bo­wość.

Do­tar­li­śmy do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, a on od­pro­wa­dził mnie po scho­dach pod same drzwi. Po­czu­łam ulgę.

– Raz jesz­cze bar­dzo panu dzię­kuję. Pana uprzej­mość nie była ko­nieczna, tym bar­dziej ją do­ce­niam.

– Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, panno Ma­rić. Zo­ba­czymy się ju­tro na za­ję­ciach – od­parł na od­chod­nym.

Z uchy­lo­nego okna sa­lonu do­biegł nas fał­szy­wie grany utwór Vi­val­diego. Pan Ein­stein od­wró­cił się i zaj­rzał przez okno do sali, w któ­rej dziew­częta ze­brały się na spon­ta­niczny kon­cert.

– Na Boga, cóż za we­soła gro­madka! – za­wo­łał. – Ża­łuję, że nie za­bra­łem skrzy­piec, Vi­valdi za­wsze le­piej brzmi przy akom­pa­nia­men­cie smycz­ków. Czy pani gra, panno Ma­rić?

Jego skrzypce? Cóż za za­ro­zu­mia­łość. To były moje przy­ja­ciółki i moja świą­ty­nia, do któ­rej by­naj­mniej go nie za­pra­sza­łam.

– Tak. Gram na tam­bu­ricy i na for­te­pia­nie. I śpie­wam. Ale to bez zna­cze­nia, bo pań­stwo En­gel­brech­to­wie są bar­dzo su­rowi, je­śli cho­dzi o wi­zyty męż­czyzn.

– Mógł­bym przyjść nie jako ad­o­ra­tor, lecz jako ko­lega z uczelni i mu­zyk – za­pro­po­no­wał. – Czy to by ich prze­ko­nało?

Za­ru­mie­ni­łam się. Jak mo­głam za­su­ge­ro­wać, że miałby być moim ad­o­ra­to­rem?

– Być może, pa­nie Ein­stein. Mu­sia­ła­bym za­py­tać. – Mia­łam na­dzieję, że uzna moje wa­ha­nie za uprzejmą od­mowę.

Po­krę­cił głową z po­dzi­wem.

– Za­sko­czyła mnie pani dzi­siaj, panno Ma­rić. Jest pani nie tylko zna­ko­mitą ma­te­ma­tyczką i fi­zyczką. Wy­gląda na to, że jest pani też na­le­żącą do bo­hemy ar­tystką.

Jego uśmiech był za­raź­liwy. Mu­sia­łam go od­wza­jem­nić. Wy­dał się za­sko­czony.

– Wy­daje mi się, że po raz pierw­szy wi­dzę na pani twa­rzy uśmiech. Jest uj­mu­jący. Chciał­bym skraść wię­cej ta­kich uśmie­chów z pani po­waż­nej twa­rzy.

Za­wsty­dzona tym ko­men­ta­rzem i nie­pewna, co od­po­wie­dzieć, od­wró­ci­łam się i we­szłam do pen­sjo­natu.

* Bi­blia Ty­siąc­le­cia, Prz 29, 15.

Roz­dział 4

24 kwiet­nia 1897

Do­lina rzeki Sihl, Szwaj­ca­ria

Po raz pierw­szy, od­kąd wy­sia­dły­śmy z po­ciągu z Zu­ry­chu i ru­szy­ły­śmy ku do­li­nie rzeki Sihl, na­sza grupa umil­kła. Wo­kół za­pa­dła ci­sza, jak­by­śmy wcho­dziły do ka­te­dry. W pew­nym sen­sie pra­dawne pusz­cze, ta­kie jak Sihl­wald, tym wła­śnie były. Ota­czały nas stare, wy­so­kie drzewa, a kro­czy­ły­śmy po cia­łach ich mar­twych to­wa­rzy­szy. Dy­wan z mchu tłu­mił dźwięk na­szych kro­ków, przez co kum­ka­nie żab, stu­ka­nie dzię­cio­łów i pta­sie trele wy­da­wały się jesz­cze gło­śniej­sze. Czu­łam się tak, jak­bym wkro­czyła w pre­hi­sto­ryczną dzicz z jed­nej z uko­cha­nych ba­jek z dzie­ciń­stwa. Mil­cze­nie Mi­lany, Ru­žicy i He­lene do­wo­dziło, że i one czują ten sam po­dziw.

– Fa­gus sy­lva­tica – wy­szep­tała He­lene, wy­trą­ca­jąc mnie z za­my­śle­nia. Nie ro­zu­mia­łam zna­cze­nia tej ła­ciń­sko brzmią­cej frazy, co było o tyle dziwne, że mó­wi­łam, lub cho­ciaż czy­ta­łam, po nie­miecku, fran­cu­sku, serb­sku i ła­ci­nie, zna­łam więc o dwa ję­zyki wię­cej od niej. Za­sta­na­wia­łam się, czy mówi do mnie, czy tylko do sie­bie.

– Słu­cham?

– To ga­tu­nek i rząd tego kon­kret­nego drzewa bu­ko­wego. Cho­dzi­li­śmy z oj­cem na dłu­gie spa­cery do lasu nie­opo­dal na­szego domu w Wied­niu. Bar­dzo ko­chał ła­ciń­skie na­zwy drzew. – Ob­ró­ciła w pal­cach liść buku.

– Na­zwa jest rów­nie piękna co samo drzewo.

– Tak. Za­wsze bar­dzo mi się po­do­bało. Jest nie­malże po­etyc­kie. Fa­gus sy­lva­tica może prze­żyć nie­mal trzy­sta lat, a je­śli ma wy­star­cza­jąco dużo miej­sca, jest w sta­nie osią­gnąć trzy­dzie­ści me­trów wzro­stu. Gdy jed­nak drzewa są zbyt bli­sko sie­bie, ich wzrost zo­staje wstrzy­many – po­wie­działa z ta­jem­ni­czym uśmie­chem.

Zro­zu­mia­łam, co kryło się w jej sło­wach – w pew­nym sen­sie i my by­ły­śmy jak Fa­gus sy­lva­tica. Od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

Zer­k­nę­łam na drogę przed nami. Oba­wia­łam się o swoją rów­no­wagę, choć jak do­tąd udało mi się nie po­tknąć ani razu. Tak mocno sku­pi­łam się na po­wierzchni, po któ­rej stą­pa­łam, że wpa­dłam na Mi­lanę, która za­trzy­mała się na­gle. Kiedy zer­k­nę­łam jej przez ra­mię, zro­zu­mia­łam dla­czego.

Osią­gnę­ły­śmy Al­bi­shorn, szczyt za­le­sio­nego wzgó­rza, skąd roz­cią­gał się le­gen­darny wi­dok. Na­szym oczom uka­zał się żywy błę­kit Je­ziora Zu­ry­skiego, rzeka Sihl na tle gór o bia­łych wierz­choł­kach i na­kra­piane dom­kami zie­lone wzgó­rza. Ko­lor szwaj­car­skich wód był nie­skoń­cze­nie żyw­szy od tego, jaki przy­bie­rał błot­ni­sty Du­naj mo­jej mło­do­ści. Za­chwyty nad Al­bi­shor­nem były za­słu­żone, zwłasz­cza kiedy po­wie­trze wy­peł­niał cu­downy za­pach wiecz­nie zie­lo­nych gór­skich drzew.

Czu­łam się tak, jak­bym na­ro­dziła się na nowo.

Ode­tchnę­łam głę­boko świe­żym po­wie­trzem. Udało mi się. Nie by­łam pewna, czy zdo­łam się tu­taj wspiąć. Ni­gdy wcze­śniej ni­czego po­dob­nego nie zro­bi­łam. Do­piero kiedy dziew­częta za­częły bła­gać, bym do nich do­łą­czyła – a He­lene opo­wie­działa, że udało jej się po­ko­nać trasę przez Sihl­wald mimo ka­lec­twa – zgo­dzi­łam się na tę wy­cieczkę. He­lene nie po­zwo­liła mi na żadne wy­mówki. Cho­ciaż ku­lała, od­kąd w dzie­ciń­stwie za­cho­ro­wała na gruź­licę, a nie z po­wodu wro­dzo­nej wady bio­dra, jej chód był po­dobny do mo­jego. Jak mo­głam twier­dzić, że moje ka­lec­two nie po­zwala mi spró­bo­wać?

Na­uczy­łam się o so­bie cze­goś no­wego. Pro­blem z mo­imi no­gami nie rzu­cał się tak bar­dzo w oczy na nie­rów­nym te­re­nie. Moje ka­lec­two było wy­raź­niej­sze na pro­stej dro­dze. Umia­łam wspi­nać się rów­nie do­brze jak po­zo­stałe dziew­częta. Po­czu­łam się wolna.

Zer­k­nę­łam na He­lene, a ona uśmiech­nęła się do mnie. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­dobne wąt­pli­wo­ści i po­dobne od­kry­cia to­wa­rzy­szyły jej na tym sa­mym szlaku, choć wie­dzia­łam, że już w mło­do­ści wspi­nała się z oj­cem. Kiedy od­wza­jem­ni­łam jej uśmiech, chwy­ciła moją dłoń i ści­snęła ją lekko. Pu­ściła ją do­piero wtedy, kiedy we­szła na szczyt wzgó­rza Al­bi­shorn i jej oczom uka­zał się naj­lep­szy z moż­li­wych wi­do­ków.

Kiedy wró­ci­ły­śmy do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, słońce już za­cho­dziło. Przed­po­kój zda­wał się za­gra­cony i po­nury w po­rów­na­niu z pro­stym, ja­snym pięk­nem dzi­czy. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że pach­niał mdłą ple­śnią, nie­za­leż­nie od tego, jak do­kład­nie czy­ściła go pani En­gel­brecht. Po­ko­jówka po­mo­gła nam po­zbyć się ba­gaży i zdjąć po­gnie­cione płasz­cze, a my chi­cho­ta­ły­śmy z wy­siłku.

– Cie­ka­wie wy­glą­da­cie, dziew­częta! – za­wo­łała pani En­gel­brecht, wcho­dząc do przed­po­koju. Za­mie­sza­nie przy­cią­gnęło jej uwagę i cho­ciaż za­zwy­czaj lu­biła po­rzą­dek i spo­kój, tym ra­zem nie mo­gła po­wstrzy­mać śmie­chu.

– Cóż to był za dzień, pani En­gel­brecht! – za­wo­łała me­lo­dyj­nie Ru­žica.

– Czy piękno Sihl­waldu wciąż za­piera dech w pier­siach?

– O tak! – Mi­lana od­po­wie­działa w imie­niu nas wszyst­kich.

Pani En­gel­brecht spoj­rzała na mnie.

– A czy pani, panno Ma­rić, spodo­bał się nasz klej­not?

Jesz­cze przed na­szą wy­cieczką za­chwy­cała się Sihl­wal­dem, wspo­mi­na­jąc spa­cery, na ja­kie cho­dzili tam z pa­nem En­gel­brech­tem na po­czątku ich mał­żeń­stwa.

Mnie opis tego prze­ży­cia nie przy­cho­dził z ła­two­ścią, to było coś wię­cej niż zwy­kła wy­cieczka.

– Było tak bar­dzo... – wy­du­ka­łam.

– Tak bar­dzo...? – spy­tała wy­cze­ku­jąco pani En­gel­brecht.

– Panna Ma­rić była za­chwy­cona. – He­lene przy­szła mi na ra­tu­nek. – Sihl­wald wprost ode­brał jej mowę!

Mi­lana i Ru­žica ro­ze­śmiały się, a pani En­gel­brecht ob­da­rzyła nas ko­lej­nym uśmie­chem.

– Miło mi to sły­szeć – po­wie­działa, po czym wska­zała na ścienny ze­gar, lu­stru­jąc nas od stóp do głów. – Może chcia­ły­by­ście od­świe­żyć się przed ko­la­cją? Po­da­jemy za kwa­drans, a po­dróż przez Je­zioro Zu­ry­skie przy wietrz­nej po­go­dzie wzbu­rzyła wa­sze fry­zury. Unor­den­tli­ches Haar – pod­kre­śliła nie­sto­sow­ność na­szego wy­glądu.

Cho­ciaż poza mu­rami pen­sjo­natu En­gel­brecht by­ły­śmy zna­ko­mi­tymi stu­dent­kami, we­wnątrz sta­wa­ły­śmy się da­mami, od któ­rych ocze­ki­wano ele­gan­cji o każ­dej po­rze. Do­tknę­łam swo­ich wło­sów. Rano sta­ran­nie za­plo­tłam je w war­ko­cze, po­tem spię­łam w kok, li­cząc, że prze­trwają wy­cieczkę i po­wrotną po­dróż przez je­zioro, ale te­raz czu­łam pod pal­cami nie­sforne ko­smyki, które wy­my­kały się z war­ko­czy i plą­tały w su­pły.

– Tak, pani En­gel­brecht – Ru­žica od­po­wie­działa za nas wszyst­kie.

Kiedy szły­śmy na górę do na­szych po­koi, na próżno sta­ra­łam się roz­su­płać szcze­gól­nie uparty koł­tun. Gdy Mi­lana i Ru­žica we­szły do sie­bie, He­lene się­gnęła ku mnie, żeby mi po­móc. Za­trzy­ma­łam się, by mo­gła wy­cią­gnąć ko­smyki z koka.

– Może pójdę z tobą do po­koju i spró­bu­jemy roz­plą­tać so­bie włosy na­wza­jem? Ina­czej chyba nie uda nam się do­trzeć na ko­la­cję za pięt­na­ście mi­nut.

– Oczy­wi­ście.

Otwo­rzy­łam drzwi i pod­nio­słam ze sto­lika dwa grze­bie­nie i kilka spi­nek. Usia­dły­śmy na moim skrzy­pią­cym łóżku, a He­lene za­częła bo­le­sny pro­ces roz­plą­ty­wa­nia wło­sów. Czę­sto od­wie­dza­ły­śmy się w po­ko­jach, ale po raz pierw­szy ukła­da­ły­śmy so­bie na­wza­jem włosy – w od­róż­nie­niu od Ru­žicy i Mi­lany, któ­rym zda­rzało się to czę­sto.

– Ała! – jęk­nę­łam.

– Prze­pra­szam. Z tym pta­sim gniaz­dem może po­ra­dzić so­bie tylko po­rządny grze­bień. Za kilka mi­nut bę­dziesz się mo­gła ze­mścić.

Ro­ze­śmia­łam się.

– Dzię­kuję, że prze­ko­na­łaś mnie do wy­cieczki, He­lene.

– Cie­szę się, że po­je­cha­łaś. Czyż nie było wspa­niale?

– Było. Las i wi­doki oka­zały się na­prawdę prze­piękne. Nie są­dzi­łam, że zdo­łam wspiąć się tak wy­soko.

– Mi­levo, prze­cież zdo­ła­ła­byś dojść o wiele da­lej.

– Wiesz, mar­twi­łam się, że będę spo­wal­niać grupę. Przez moją nogę.

– Jak na nie­zwy­kle zdolną dziew­czynę, która od­nosi wiele suk­ce­sów w na­uce, masz bar­dzo ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Dzi­siaj do­sko­nale so­bie po­ra­dzi­łaś, nie masz już więc żad­nej wy­mówki, by nie uczest­ni­czyć w na­szych wy­ciecz­kach – po­wie­działa He­lene.

Od­kąd się po­zna­ły­śmy, nur­to­wało mnie to py­ta­nie:

– Zda­jesz się w ogóle nie przej­mo­wać swo­imi no­gami. Czy ni­gdy nie mar­twisz się, jak wi­dzą cię inni?

He­lene zmarsz­czyła ciemne brwi.

– Dla­czego mia­ła­bym się tym mar­twić? To oczy­wi­ście mę­czące, cza­sami tracę rów­no­wagę i nie je­stem naj­szyb­sza, ale czemu mia­łoby mieć wpływ na to, jak po­strze­gają mnie inni?

– Cóż... W Ser­bii ku­lawa ko­bieta jest uzna­wana za nie­zdatną do mał­żeń­stwa.

He­lene za­marła.

– Żar­tu­jesz.

– Nie.

Odło­żyła grze­bień na łóżko, spoj­rzała mi pro­sto w oczy i się­gnęła po moją dłoń.

– Nie je­steś już w Ser­bii, Mi­levo. Je­steś w Szwaj­ca­rii, naj­no­wo­cze­śniej­szym kraju w Eu­ro­pie. W miej­scu, które ni­gdy nie pod­da­łoby się tak śmiesz­nym, prze­sta­rza­łym zwy­cza­jom. Na­wet w mo­jej oj­czyź­nie, która w po­rów­na­niu z Zu­ry­chem wy­daje się za­ścian­kiem, po­dobne po­my­sły ni­gdy nie by­łyby za­ak­cep­to­wane.

Po­woli po­ki­wa­łam głową. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję. A jed­nak po­czu­cie, że nie je­stem godna mał­żeń­stwa, tkwiło w mo­jej gło­wie od tak dawna, że stało się już nie­mal czę­ścią mnie.

Wszystko za­częło się od pod­słu­cha­nia pew­nej roz­mowy. Mia­łam sie­dem lat i w chłodny li­sto­pa­dowy wie­czór nie­cier­pli­wie cze­ka­łam na po­wrót taty do domu. Mia­łam dla niego nie­spo­dziankę. Chcia­łam spra­wić mu przy­jem­ność.

Znu­dzona cho­dze­niem w kółko po sa­lo­nie chwy­ci­łam książkę z półki i roz­sia­dłam się w fo­telu papy. Pod­cią­gnę­łam nogi i zwi­nę­łam się wo­kół opra­wio­nego w skórę, oku­tego zło­tem to­misz­cza, któ­rego okładka kryła ośle uszy znisz­czo­nych kar­tek. Cho­ciaż w na­szej do­mo­wej bi­blio­tece znaj­do­wało się mnó­stwo ksią­żek – papa uwa­żał, że każdy ma obo­wią­zek się uczyć, na­wet je­śli, tak jak on, nie miał szansy na for­malną edu­ka­cję – wciąż wra­ca­łam do ba­śni i le­gend. Hi­sto­rie te były dla mnie już nieco zbyt pro­ste, ale ta książka za­wie­rała moją ulu­bioną bajkę Mała śpie­wa­jącażabka.

By­łam w po­ło­wie hi­sto­rii o pa­rze, która mo­dliła się o dziecko, lecz za­miast dziew­czynki do­stała có­reczkę żabę. Ro­dzice tak bar­dzo wsty­dzili się jej od­mien­no­ści, że po­sta­no­wili ją ukryć. Le­d­wie do­tar­łam do swo­jej ulu­bio­nej sceny, w któ­rej książę sły­szy śpiew żabki i za­ko­chuje się w niej mimo jej wy­glądu, wy­buch­nę­łam grom­kim śmie­chem. Papa za­czaił się, wszedł do po­koju i za­czął mnie ła­sko­tać. Przy­tu­li­łam go mocno, po czym chwy­ci­łam za ręce i pod­eks­cy­to­wana po­cią­gnę­łam przez po­kój. Chcia­łam po­ka­zać mu po­chyl­nie, które zbu­do­wa­łam, opie­ra­jąc się na szki­cach stwo­rzo­nych dzi­siaj w szkole. „Papo, papo, chodź zo­ba­czyć!”, wo­ła­łam. Po­bie­głam sla­lo­mem po­mię­dzy de­ko­ra­cyj­nymi me­blami z zie­lo­nego ak­sa­mitu i orze­cho­wego drewna do je­dy­nego pu­stego kąta sa­lonu. Po­sta­no­wi­łam za­de­mon­stro­wać eks­pe­ry­ment, który prze­pro­wa­dzi­łam na pod­sta­wie na­szej wcze­śniej­szej roz­mowy o sir Iza­aku New­to­nie. Czę­sto zresztą mó­wi­li­śmy o nim przy ko­la­cji i po­do­bało mi się jego prze­ko­na­nie, że wszystko na świe­cie, od ja­błek aż po pla­nety, pod­lega tym sa­mym nie­zmien­nym pra­wom. Pra­wom nie spi­sa­nym przez lu­dzi, ale za­wie­ra­ją­cym się w sa­mej na­tu­rze. Wie­rzy­łam, że w pra­wach tych od­najdę Boga.

Roz­ma­wia­li­śmy z tatą o pi­smach New­tona mó­wią­cych o sile po­ru­sza­ją­cych się obiek­tów i o zmien­nych, które na nie wpły­wały – mó­wiąc pro­ściej: o tym, czemu przed­mioty po­ru­szają się w taki, a nie inny spo­sób. New­ton in­try­go­wał mnie, po­nie­waż li­czy­łam, że po­może mi zro­zu­mieć, czemu moja noga szura po ziemi, pod­czas gdy stopy in­nych dzieci bez trudu od­ry­wają się od pod­łoża.

Na po­mysł wpa­dłam pod­czas jed­nej z ta­kich roz­mów. Po­sta­no­wi­łam prze­pro­wa­dzić do­świad­cze­nie, by zba­dać, w jaki spo­sób wzrost masy wpływa na siłę po­ru­sza­ją­cych się przed­mio­tów. Uży­wa­jąc opie­ra­ją­cych się o półki de­sek, mo­głam stwo­rzyć rów­nie o róż­nym na­chy­le­niu, a na­stęp­nie spu­ścić po nich ka­mie­nie róż­nej wiel­ko­ści. To da­łoby mi wy­star­cza­jącą ilość da­nych, by prze­dys­ku­to­wać sprawę z tatą. Po szkole wy­bła­ga­łam od na­szego go­spo­da­rza Jur­gena cztery de­ski, a na­stęp­nie ostroż­nie opar­łam każdą z nich o stertę zło­żoną z pię­ciu ksią­żek. Po tym, jak przez go­dzinę usta­wia­łam je tak, by mieć ab­so­lutną pew­ność, że ich na­chy­le­nie jest iden­tyczne, uzna­łam, że mo­żemy prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment.

– Chodź, papo – po­pro­si­łam, po­da­jąc mu ka­mień nieco więk­szy od tego, który sama trzy­ma­łam w dłoni. – Spraw­dzimy, jak wiel­kość ka­mieni wpływa na ich ruch i pręd­kość!

Uśmie­cha­jąc się, tata roz­czo­chrał mi włosy.

– Do­brze, mój mały ło­bu­zie. Prze­pro­wa­dzimy eks­pe­ry­ment Iza­aka New­tona. Czy masz przy­go­to­waną kartkę?

– Tak – od­par­łam i uklęk­nę­li­śmy na pod­ło­dze.

Papa uło­żył swój ka­myk na równi. Upew­niw­szy się, że zro­bi­łam to samo, za­wo­łał:

– Już!

Przez ko­lejny kwa­drans tur­la­li­śmy ka­mie­nie po de­skach i zbie­ra­li­śmy dane. Mi­nuty mi­jały jak we mgle. W tym mo­men­cie czu­łam się naj­szczę­śliw­sza na świe­cie. Papa na­prawdę do­brze mnie ro­zu­miał. On je­dyny.

Prze­rwała nam na­sza go­spo­dyni Da­ni­jela:

– Pa­nie Ma­rić, pa­nienko Mi­levo, po­dano ko­la­cję.

Pie­przny, mię­sny za­pach mo­jej ulu­bio­nej plje­ska­vicy uno­sił się w po­wie­trzu, ale i tak czu­łam się roz­cza­ro­wana. Pod­czas ko­la­cji mu­sia­łam się tatą dzie­lić. Ow­szem, to my do­mi­no­wa­li­śmy w roz­mo­wie – mama od­zy­wała się rzadko, ale jej obec­ność ha­mo­wała mój en­tu­zjazm i jego otwar­tość. Mama miała wo­bec mnie całe mnó­stwo ocze­ki­wań, lecz żadne z nich nie miało nic wspól­nego z na­uką. „Czemu nie je­steś taka jak inne dziew­czynki?”, py­tała mnie czę­sto. Cza­sem wy­mie­niała imię kon­kret­nego dziecka z Rumy, w mia­steczku było wiele zwy­kłych dziew­czy­nek, do wy­boru. Ni­gdy nie wy­po­wia­dała imie­nia mo­jej zmar­łej sio­stry, ale wie­dzia­łam, że ono wciąż jest w jej my­ślach. Czemu nie je­stem taka, jaka mo­głaby stać się kie­dyś Mi­lica?

W ciem­no­ści mo­jej sy­pialni, w ci­szy, która za­pa­dała, gdy wszy­scy już spali, czę­sto się za­sta­na­wia­łam, czy po­dej­muję wła­ściwą de­cy­zję, sta­ra­jąc się ro­bić przy­jem­ność ta­cie, a nie ma­mie. Nie umia­łam za­do­wo­lić obojga. Choć ich wi­zje mo­jej przy­szło­ści nie mo­głyby się bar­dziej róż­nić, tata nie to­le­ro­wał żad­nej kry­tyki wo­bec mamy, nie­ważne jak za­wo­alo­wa­nej. Bro­nił jej ocze­ki­wań jako wła­ści­wych matce chcą­cej chro­nić swoją córkę. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję. Mama ko­chała mnie i chciała dla mnie jak naj­le­piej, cho­ciaż jej wi­zja tego, co naj­lep­sze, ni­jak nie zga­dzała się z moją.

Ko­la­cja skoń­czyła się po krót­kiej roz­mo­wie o New­to­nie. Zo­sta­łam ode­słana sama do sa­lonu. Mię­dzy mamą a tatą coś było nie tak: coś nie­wy­po­wie­dzia­nego, lecz wy­raź­nie wy­czu­wal­nego. Mama ni­gdy otwar­cie nie kłó­ciła się z oj­cem, zwłasz­cza w mo­jej obec­no­ści, jed­nak jej za­cho­wa­nie – wy­jąt­kowo la­pi­darna mo­dli­twa, bez­ce­re­mo­nialne sta­wia­nie ta­le­rzy, nie­za­da­wa­nie py­tań o wra­że­nia z po­siłku – wska­zy­wało, że jest roz­gnie­wana. Żeby za­jąć so­bie czas przed po­wro­tem taty, przej­rza­łam dane, które ze­bra­li­śmy, i przy­go­to­wa­łam się do dru­giego eks­pe­ry­mentu ma­ją­cego spraw­dzić inne prawo New­tona. Chcąc zmie­rzyć wpływ tar­cia na ruch iden­tycz­nych ka­mieni, po­pro­si­łam Jur­gena o przy­go­to­wa­nie trzech drew­nia­nych de­sek o róż­nych stop­niach chro­po­wa­to­ści.

Przy­po­mnia­łam so­bie, co po­wie­dział papa, kiedy za­pro­po­no­wa­łam ten eks­pe­ry­ment:

– Mitzo, je­steś jak obiekty w jed­nym z ba­dań New­tona. Nie­stru­dze­nie za­cho­wu­jesz tę samą pręd­kość na dro­dze przez ży­cie, póki nie za­działa na cie­bie ze­wnętrzna siła. Mam na­dzieję, że ni­gdy żadna cię nie spo­wolni.

Tata był za­bawny.

Gdy bu­do­wa­łam po­chyl­nie z de­sek, gdzieś na skraju mo­jej świa­do­mo­ści roz­brzmie­wały głosy. Po­my­śla­łam, że to pew­nie po­ko­jówki znów na­rze­kają i kłócą się, jak co noc po ko­la­cji, kiedy miały przed sobą naj­wię­cej sprzą­ta­nia. Głosy sta­wały się co­raz wy­raź­niej­sze. Co się stało? Da­ni­jela i An­dri­jana ni­gdy wcze­śniej nie za­cho­wy­wały się tak gło­śno ani tak nie­grzecz­nie. A ma­mie w kuchni ni­gdy nie pusz­czały nerwy. Mó­wiła nie­dużo, lecz zde­cy­do­wa­nie. Za­cie­ka­wiona, wy­tę­ży­łam słuch, ale nie ro­zu­mia­łam, o czym mowa.

Chcia­łam wie­dzieć, co się dzieje. Za­miast jed­nak po­dejść do kuchni z sa­lonu, za­kra­dłam się ko­ry­ta­rzem dla służby. Tu pod­łoga była z gor­szego drewna, a na ścia­nach nie wi­siały ob­razki. W tej czę­ści domu, którą my za­miesz­ki­wa­li­śmy, pod­łogi były wy­po­le­ro­wane na błysk i przy­kryte tu­rec­kimi dy­wa­nami, wszę­dzie wo­kół wi­siały mar­twe na­tury z owo­cami i por­trety nie­zna­nych nam lu­dzi. Papa za­wsze po­wta­rzał, że chciał, by nasz dom do­rów­ny­wał do­mom w słyn­nym mie­ście Ber­li­nie.

Nikt się mnie tu nie spo­dzie­wał. Pró­bu­jąc skra­dać się ci­cho – co nie było ła­twe w mo­ich cięż­kich bu­cio­rach – zro­zu­mia­łam, że to nie są głosy Da­ni­jeli i Ad­ri­jany. To były głosy mamy i taty.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, jak się kłócą. Mama była ła­godna i po­słuszna wszę­dzie poza kuch­nią – a na­wet tam po­zo­sta­wała spo­kojna i nie­wzru­szona – i w obec­no­ści papy pra­wie nic nie mó­wiła. Skoro pod­nio­sła głos, mu­siało stać się coś strasz­nego.

Kiedy po­de­szłam do drzwi, usły­sza­łam swoje imię.

– Mi­lošu, nie karm dziecka fał­szywą na­dzieją. Ma do­piero sie­dem lat. Spę­dzasz z nią za dużo czasu, nie­po­trzeb­nie za­chę­casz do lek­tury – mó­wiła mama. – To de­li­katna dziew­czynka, która po­trze­buje na­szej opieki. Mu­simy przy­go­to­wać ją na jej praw­dziwą przy­szłość. Tu­taj, w domu.

– Moja wiara w Mitzę nie jest bez­pod­stawna. I nie uwa­żam, że spę­dzam z nią za dużo czasu, je­śli już, to spę­dzam go za mało. Czy mam ci po­wtó­rzyć, co po­wie­działa dziś pani Sta­no­je­vić o in­te­li­gen­cji Mitzy? O tym, jak do­sko­nale ra­dzi so­bie z ma­te­ma­tyką? Jak chwyta w lot obce ję­zyki? Czy mam po­wtó­rzyć, co po­dej­rze­wa­łem od dawna? – Głos ojca był sta­now­czy.

O dziwo jed­nak mama nie ustą­piła.

– Mi­lošu, to dziew­czynka. Co do­brego przyj­dzie z tego, że na­uczy się nie­miec­kiego i ma­te­ma­tyki? Co jej da­dzą eks­pe­ry­menty na­ukowe? Jej miej­sce jest w domu. A do­mem Mitzy bę­dzie ten dom, z jej nogą mał­żeń­stwo i dzieci są dla niej nie­osią­galne. Poza tym ta­kie jest prawo, dziew­czyn­kom nie wolno na­wet cho­dzić do li­ceum.

– Może to prawda, gdy mowa o zwy­kłych dziew­czyn­kach. Ale Mitza jest inna.

– Co to zna­czy „inna”?

– Wiesz, o co mi cho­dzi.

Mama mil­czała. Przez chwilę my­śla­łam, że się pod­dała, ale po chwili ode­zwała się znowu.

– Cho­dzi ci o to, że jest zde­for­mo­wana? – Mama nie­mal wy­pluła ostat­nie słowo.

Wzdry­gnę­łam się. Czy mama wła­śnie na­zwała moją nogę „de­for­ma­cją”? Za­wsze po­wta­rzała mi, że je­stem piękna, że moje ka­lec­two jest le­d­wie wi­doczne. Że nikt nie zwraca uwagi na moje nie­równe nogi i bio­dra. Za­wsze wie­dzia­łam, że to nie do końca prawda – nie mo­głam nie za­uwa­żyć cią­głych za­cie­ka­wio­nych spoj­rzeń i żar­tów ko­le­gów z klasy – ale... „de­for­ma­cja”?

W gło­sie ojca roz­brzmie­wała wście­kłość.

– Jak mo­żesz tak o niej mó­wić! Je­śli już, to jej ka­lec­two jest da­rem. Skoro nikt nie ze­chce wziąć ją za żonę, bę­dzie mo­gła po­dą­żać drogą, jaką wy­zna­czył jej Bóg, ob­da­rza­jąc ją ta­kim in­te­lek­tem. Jej ka­lec­two to znak, że jej prze­zna­cze­niem jest coś znacz­nie więk­szego, lep­szego niż zwy­kłe mał­żeń­stwo.

– Znak? Dar od Boga? Mi­lošu, Bóg chciałby, że­by­śmy oto­czyli ją opieką w tym domu. Jej ocze­ki­wa­nia po­winny być re­ali­styczne, ina­czej na­ra­zimy ją na roz­cza­ro­wa­nia. – Mama prze­rwała, a tata ode­zwał się do­piero po chwili mil­cze­nia.

– Chcę, żeby Mitza była silna. Chcę, żeby po­tra­fiła sta­nąć przed kli­pani*, któ­rzy wy­śmie­wają się z jej nogi, z prze­ko­na­niem, że Bóg dał jej coś wy­jąt­ko­wego: in­te­li­gen­cję.

Wy­dało mi się, że po raz pierw­szy wi­dzę sie­bie oczami swo­ich ro­dzi­ców. Mama i tata po­strze­gali mnie tak samo jak ro­dzice dziew­czynki w bajce Mała, śpie­wa­jąca żabka. Po­wta­rzali, że je­stem mą­dra, ale wy­czu­wa­łam głów­nie ich wstyd. Chcieli ukryć mnie przed świa­tem: w szkole albo w domu. Byli ab­so­lut­nie prze­ko­nani, że nie mogę li­czyć na mał­żeń­stwo, coś, do czego aspi­ro­wać mo­gły na­wet naj­zwy­czaj­niej­sze wiej­skie dziew­częta.

Mama nie od­po­wie­działa. Jej mil­cze­nie ozna­czało, że wró­ciła do ule­gło­ści. Papa tym ra­zem mó­wił spo­koj­niej.

– Za­pew­nimy jej edu­ka­cję, na jaką za­słu­żył jej wy­jąt­kowy umysł. Na­uczę ją że­la­znej siły woli i dys­cy­pliny umy­słu. To bę­dzie jej zbroja.

Że­la­zna siła woli? Dys­cy­plina umy­słu? Zbroja? Tak miała wy­glą­dać moja przy­szłość?

Bez męża. Bez wła­snego domu. Bez dzieci. Gdzie się po­działo szczę­śliwe za­koń­cze­nie bajki, w któ­rym książę wi­dzi piękno pod po­wierzch­nią i czyni z żaby księż­niczkę, stro­jąc ją w złote suk­nie błysz­czące jak słońce? Czy nie było moim prze­zna­cze­niem? Czy nie za­słu­gi­wa­łam na wła­snego księ­cia mimo swo­jej brzy­doty?

Wy­bie­głam z domu, nie pró­bu­jąc ukry­wać, jak nie­zgrab­nie ku­leję. Na co by się to zdało? Mama i tata przed­sta­wili sprawę ja­sno: to moje ka­lec­two de­cy­do­wało, kim je­stem.

Umil­kłam, wspo­mi­na­jąc prze­szłość. He­lene pu­ściła moją dłoń i chwy­ciła mnie za ra­miona.

– Wi­dzisz to dziś, Mi­levo? Ro­zu­miesz już, że twoje ka­lec­two nie czyni cię nie­zdatną do mał­żeń­stwa? Że w ża­den spo­sób cię nie ogra­ni­cza? Że nie po­win­naś się przej­mo­wać prze­sta­rza­łymi uprze­dze­niami?

Kiedy pa­trzy­łam w ja­sne, sza­ro­nie­bie­skie oczy He­lene i sły­sza­łam prze­ko­na­nie w jej gło­sie, nie mo­głam się z nią nie zgo­dzić. Po raz pierw­szy w ży­ciu uwie­rzy­łam, że może moje ka­lec­two na­prawdę nie ma zna­cze­nia. Dla mnie, dla tego, kim mo­głam się stać.