Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Jesień 1896 roku. Mileva ma dwadzieścia jeden lat i jako jedna z pierwszych kobiet rozpoczyna studia fizyczne na uniwersytecie w Zurychu. Przekonana, że niepełnosprawność odbiera jej szansę na miłość, postanawia całkowicie poświęcić się nauce. Jest niezwykle inteligentna, ambitna i zdeterminowana, by osiągnąć więcej, niż ówczesny świat pozwala kobietom.
Studiujący razem z nią Albert zakochuje się w jej niezwykłym umyśle i niedoskonałym ciele. Łączy ich nie tylko miłość, lecz także wspólna pasja do fizyki i pragnienie odkrywania praw rządzących światem.
Kilkanaście lat później nazwisko Einsteina zna już cały świat. Jego przełomowe odkrycia zmieniają oblicze nauki. Mało kto jednak pyta, jak do nich doszedł. I niemal nikt nie pamięta o Milevie.
Wciągająca i poruszająca historia Milevy Marić – utalentowanej fizyczki, żony Alberta Einsteina i kobiety, której ambicje oraz naukowe marzenia zniknęły w cieniu sławnego męża. Kim naprawdę była? Jaką rolę odegrała w jego pracy? I dlaczego historia niemal o niej zapomniała?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 327
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: The Other Einstein
Przekład z języka angielskiego: Natalia Mętrak-Ruda
Copyright © Marie Benedict, 2016
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Anna Kopeć-Śledzikowska
Korekta: Maria Armata, Joanna Hołdys
ISBN 978-91-8098-758-5
Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Motto z Cycerona zostało przytoczone z publikacji O powinnościach do Marka Syna Xiąg troje, w przekładzie Erazma Rykaczewskiego.
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
Prolog
4 sierpnia 1948
62 Huttenstrasse
Zurych, Szwajcaria
Nadchodzi koniec. Czuję, jak zbliża się niczym ciemny, kusicielski cień, który zgasi pozostałe we mnie światło. W tych ostatnich chwilach patrzę w przeszłość. Kiedy zgubiłam drogę? Dlaczego straciłam Lieserl? Ciemność przyspiesza. W tych kilku momentach, które mi pozostały, grzebię w przeszłości niczym uważny archeolog w poszukiwaniu odpowiedzi. Mam nadzieję, że dowiem się, czy czas naprawdę jest względny, jak sugerowałam już wiele lat temu.
Mileva „Mitza” Marić Einstein
CZĘŚĆ I
Każde ciało trwa w swym stanie spoczynku lub porusza się ruchem prostoliniowym jednostajnym, jeżeli przyłożone siły nie zmuszą ciała do zmiany tego stanu.
Sir Izaak Newton
Rozdział 1
Ranek
20 października 1896
Zurych, Szwajcaria
Wygładziłam zmarszczki na mojej świeżo wyprasowanej białej bluzce, poprawiłam kokardę wokół szyi i wcisnęłam niesforny kosmyk w ciasno upięty kok. Wilgoć mglistych ulic Zurychu prowadzących na kampus Szwajcarskiej Politechniki Federalnej nie sprzyjała mojej elegancji. Frustrował mnie upór moich ciężkich, ciemnych włosów, które za nic nie chciały się utrzymać w jednym miejscu. Pragnęłam, by wszystko tego dnia było idealne.
Prostując ramiona, by wyglądać na choć odrobinę wyższą, położyłam dłoń na ciężkiej, mosiężnej gałce drzwi sali lekcyjnej. Zdobiona meandrem wytartym od dotknięć pokoleń studentów, sprawiała, że moja drobna, niemal dziecięca dłoń wydawała się jeszcze mniejsza. Znieruchomiałam. „Obróć ją i otwórz drzwi – powiedziałam do siebie. – Uda ci się. Nie pierwszy raz mijasz ten próg. Przekraczałaś tę pozornie nieprzekraczalną granicę między mężczyznami a kobietami w wielu salach. Zawsze dawałaś sobie radę”.
Mimo to wahałam się. Dobrze wiedziałam, że choć pierwszy krok jest najtrudniejszy, drugi wcale nie jest znacznie łatwiejszy. W tamtej chwili, krótkiej jak oddech, niemal słyszałam w myślach głos ojca. „Bądź dzielna – wyszeptałby Papa w naszym tak rzadko używanym serbskim języku. – Jesteś mudra glava. Mądrą kobietą. W naszych żyłach płynie krew bandytów, naszych słowiańskich, zbójnickich przodków, którzy używali wszelkich środków, by brać, co do nich należało. Idź po to, co należy do ciebie, Mitzo. Idź”.
Nie mogłam go rozczarować.
Obróciłam gałkę i otworzyłam szeroko drzwi. Sześć par oczu uniosło się ku mnie: pięciu studentów w ciemnych garniturach i profesora w czarnej todze.
Na ich bladych twarzach malował się szok i jakby cień pogardy. Nic – nawet plotki – nie przygotowało ich na widok kobiety. Wyglądali głupio, wytrzeszczając oczy i otwierając usta, ale wiedziałam, że nie powinnam się śmiać. Chciałam nie zwracać uwagi na ich miny, zignorować te nalane twarze moich kolegów, którzy zapuszczali obficie nawoskowane wąsy, zdeterminowani, by wyglądać na starszych niż ich osiemnaście lat.
Na politechnikę zaprowadziła mnie determinacja, by nauczyć się fizyki i matematyki, a nie potrzeba przyjaźni czy zaspokajania czyichś oczekiwań. Przypomniałam sobie o tym, zmuszając się do spojrzenia w twarz mojego nauczyciela. Profesor Heinrich Martin Weber i ja popatrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Wygląd szacownego profesora – długi nos, gęste brwi, wypielęgnowana broda – pasował do jego reputacji. Czekałam, aż się odezwie. Jakiekolwiek inne moje zachowanie zostałoby uznane za impertynencję. Nie mogłam sobie na coś takiego pozwolić, skoro już sama moja obecność była źle postrzegana. Kroczyłam po cienkiej linii pomiędzy własnym uporem i konformizmem, którego wciąż ode mnie wymagano.
– Nazywa się pani? – spytał, jakby się mnie nie spodziewał, jakby nigdy o mnie nie słyszał.
– Mileva Marić, panie profesorze. – Modliłam się, żeby nie drżał mi głos.
Weber bardzo powoli spojrzał na listę studentów. Oczywiście dobrze wiedział, kim jestem. Jako że kierował wydziałem fizyki i matematyki, a przede mną studiowały tu tylko cztery kobiety, musiałam zwrócić się do niego z prośbą o przyjęcie. Wreszcie przyjęto mnie na pierwszy rok czteroletniego programu zwanego sekcją szóstą. Osobiście zgodził się na moją obecność! Sprawdzanie listy studentów było posunięciem dobitnym i wykalkulowanym, bo w ten sposób przekazywał grupie swoją opinię o mnie. Teraz mogli podążyć za jego przykładem.
– Panna Marić z Serbii czy któregoś z tych austro-węgierskich krajów? – spytał, nie unosząc głowy, jakby mogła stać przed nim inna panna Marić, pochodząca z godniejszego miejsca.
Zadając to pytanie, Weber jasno wyraził swoje zdanie o ludziach ze słowiańskich krajów Europy Wschodniej: oto my, ciemni obcokrajowcy, liczymy się mniej niż lud germański z nieustępliwie neutralnej Szwajcarii. Było to kolejne uprzedzenie, które musiałam odeprzeć, by odnieść sukces. Jakby bycie jedyną kobietą w sekcji szóstej – i piątą spośród tych, które kiedykolwiek zostały przyjęte na wydział fizyki i matematyki – nie wystarczało.
– Tak, panie profesorze.
– Proszę usiąść – powiedział wreszcie, wskazując wolne krzesło. Na szczęście znajdowało się ono najdalej od niego. – Już zaczęliśmy.
Ale jak to? Zajęcia miały się rozpocząć dopiero za piętnaście minut. Czyżby moi koledzy wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałam? Chciałam zapytać, ale nie zrobiłam tego, dyskusja tylko by mi zaszkodziła. To zresztą nie miało znaczenia, pomyślałam, że jutro przyjdę po prostu piętnaście minut wcześniej. I jeszcze wcześniej i wcześniej każdego ranka, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie zamierzałam uronić ani słowa z wykładów Webera. Mylił się, jeśli sądził, że wcześniejsza pora mnie odstraszy. Byłam córką swojego ojca.
Skinęłam głową, spojrzałam na długą drogę prowadzącą od drzwi do mojego krzesła i z przyzwyczajenia określiłam liczbę kroków przez salę. Jak najłatwiej pokonać ten dystans? Przy pierwszym kroku próbowałam iść możliwie prosto i ukrywać, że kuleję, ale i tak głośno pociągnęłam chorą stopą po ziemi. Postanowiłam więc nie ukrywać kalectwa, tylko pokazać wszystkim kolegom deformację, która towarzyszyła mi od urodzenia.
Stuk i szur. Stuk i szur. Osiemnaście razy, nim dotarłam do swojego krzesła. „Oto i jestem, panowie – miałam ochotę powiedzieć, szurając stopą po ziemi. – Popatrzcie sobie raz i dajcie mi spokój”.
Dysząc z wysiłku, zdałam sobie sprawę, że w sali zapadła absolutna cisza. Czekali, aż usiądę, i zakłopotani moim kalectwem, moją płcią, albo jednym i drugim, odwracali wzrok.
Wszyscy prócz jednego.
Siedzący po mojej prawej stronie młody mężczyzna o wielkiej brązowej czuprynie wpatrywał się we mnie. Nie było to w moim stylu, ale odwzajemniłam jego spojrzenie. Nawet gdy patrzyłam mu prosto w oczy, czekając, aż ze mnie zadrwi, nie ustąpił. Przeciwnie: jego oczy zmarszczyły się w kącikach, gdy rozciągnął w uśmiechu ukryte w cieniu wąsów wargi. Było w tym uśmiechu zakłopotanie, nawet podziw.
Za kogo on się miał? Co oznaczało to spojrzenie? Siadając, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
Sięgnęłam do torby i wyjęłam z niej papier, atrament oraz pióro, przygotowując się do wykładu Webera. Nie zamierzałam pozwolić, by śmiałe, niefrasobliwe spojrzenie uprzywilejowanego kolegi mnie zirytowało. Popatrzyłam prosto przed siebie na wykładowcę, wciąż czując na sobie spojrzenie chłopaka, ale udawałam obojętność.
Weber nie był równie zdeterminowany.
Ani tak skory do wybaczenia. Wpatrując się w młodego człowieka, profesor odkaszlnął, a kiedy chłopak wciąż nie zwrócił wzroku ku niemu, powiedział:
– Żądam uwagi wszystkich zebranych. To pana pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, panie Einstein.
Rozdział 2
Popołudnie
20 października 1896
Zurych, Szwajcaria
Cicho zamknęłam za sobą drzwi pensjonatu Engelbrechtów, podałam mokry parasol pokojówce i weszłam do przedsionka. Z salonu na tyłach dobiegał śmiech. Wiedziałam, że dziewczęta czekają tam na mnie, ale nie byłam jeszcze gotowa na ich przesłuchanie, jakkolwiek były pełne dobrych intencji. Potrzebowałam chwili samotności, choćby paru minut, żeby przemyśleć, co wydarzyło się tego dnia. Uważając, by iść jak najciszej, weszłam na schodki prowadzące do mojego pokoju.
Trzask. Niech diabli wezmą ten złamany schodek.
Helene w grafitowej spódnicy, która ciągnęła się za nią po podłodze, wyłoniła się z saloniku z filiżanką parującej herbaty w dłoniach.
– Milevo, czekamy na ciebie! Zapomniałaś?
Wolną dłonią Helene wzięła mnie za rękę i pociągnęła do salonu, który między sobą nazywałyśmy bawialnią. Uznałyśmy, że mamy do tego prawo, bo i tak nikt inny z niego nie korzystał.
Roześmiałam się. Jak zniosłabym ostatnie miesiące w Zurychu, gdyby nie one? Milana, Ružica i przede wszystkim Helene, moja bratnia dusza, błyskotliwie dowcipna, ciepła i, co ciekawe, kulawa tak samo jak ja. Czemu czekałam choćby chwilę, nim wpuściłam je do swojego życia?
Kilka miesięcy temu, kiedy przyjechaliśmy z papą do Zurychu, takie przyjaźnie były poza zasięgiem mojej wyobraźni. Wydawało mi się wtedy, że młodość naznaczona nieustannym konfliktem z kolegami – w najlepszym wypadku oddaleniem, a pogardą w najgorszym – oznacza dla mnie życie w samotności w imię nauki.
Kiedy wysiedliśmy z papą z pociągu z Zagrzebia po dwóch dniach podróży w tłoku, chwialiśmy się na nogach. Dym z lokomotywy unosił się nad Hauptbahnhofem, musiałam zmrużyć oczy, by zejść na peron. Niosłam dwie torby, w tym jedną wypełnioną ulubionymi książkami, i próbowałam przebić się przez tłum na peronie. Za mną szli ojciec i tragarz niosący najcięższe bagaże. Papa podszedł do mnie, chcąc zabrać jedną z toreb.
– Dam sobie radę! – nalegałam, próbując wyrwać mu swoją dłoń. – Masz własne bagaże i tylko dwie ręce.
– Mitzo, pozwól sobie pomóc. Mnie łatwiej będzie nieść jeszcze jedną. – Zachichotał. – Nie wspominając o tym, że twoja matka wściekłaby się, gdyby widziała, jak zmuszam cię do przebijania się przez tłum na dworcu w Zurychu.
Odłożyłam torbę na ziemię, wciąż starając się wyrwać.
– Papo, muszę umieć sobie radzić bez twojej pomocy. Przecież zamieszkam tutaj sama.
Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, jakby dopiero teraz zrozumiał, że będę w Zurychu bez niego, tak jakbyśmy nie dążyli do tego celu, odkąd byłam małą dziewczynką. Niechętnie puścił moją dłoń, prostując palec po palcu. Rozumiałam, że to dla niego trudne. Chociaż wiedziałam, że na pewno cieszył się z mojego dążenia do edukacji, gdyż moje ambicje przypominały mu jego własną drogę od prostego chłopa do odnoszącego sukcesy urzędnika i właściciela ziemskiego, to jednak zastanawiałam się czasami, czy nie czuł się winny, zachęcając mnie do tej niebezpiecznej podróży. Tak długo koncentrował się na nagrodzie, jaką miało być moje uniwersyteckie wykształcenie, że chyba zapomniał, iż będzie musiał się ze mną pożegnać i zostawić samą w obcym mieście.
Wyszliśmy z dworca na zatłoczone wieczorne ulice Zurychu. Zapadała noc, ale w mieście nie było ciemno. Zerknęłam na ojca i uśmiechnęliśmy się do siebie zadziwieni: do tej pory widzieliśmy miasta tylko w świetle mętnych olejowych latarni. Ulice Zurychu rozjaśniały zaskakująco jasne elektryczne lampy. Bez trudu mogłam dostrzec detale sukni mijających nas dam: ich turniury były bardziej wyszukane niż te w skromnych fasonach, które widywałam w Zagrzebiu.
Konie ciągnące dorożki uderzały kopytami o bruk Bahnhofstrasse. Papa wynajął jeden z powozów. Kiedy woźnica wysiadał, żeby zapakować na tył nasze bagaże, owinęłam się szalem, chcąc się ochronić przed chłodem wieczornego powietrza. Ostatniego wieczoru przed wyjazdem mama podarowała mi szal haftowany w róże. Miała łzy w oczach, ale się nie rozpłakała. Dopiero później zrozumiałam, że ten szal był dla niej jak pożegnalny uścisk, jak coś, co mogłam zabrać ze sobą, skoro ona musiała zostać w Zagrzebiu z moją młodszą siostrą Zorką i braciszkiem Milošem.
Głos woźnicy wyrwał mnie z zamyślenia:
– Przyjechali państwo zwiedzać miasto?
– Nie – odparł papa z lekkim tylko akcentem. Zawsze chlubił się, że mówi perfekcyjnie po niemiecku, w języku ludzi władających AustroWęgrami.
Był to pierwszy stopień, od którego rozpoczął swoją wspinaczkę, mówił, zachęcając nas do nauki. Nadymając się lekko, dodał:
– Przyjechaliśmy zapisać moją córkę na uniwersytet.
Zaskoczony woźnica lekko uniósł brwi, ale powstrzymał się od reakcji.
– Na uniwersytet? Domyślam się zatem, że chcą państwo jechać do pensjonatu Engelbrechtów albo jakiegoś innego hotelu na Plattenstrasse – powiedział, otwierając drzwi powozu.
Papa odczekał chwilę, bym weszła do środka, po czym zapytał:
– Skąd pan wie, dokąd jedziemy?
– Tam zatrzymuje się większość studentów ze wschodniej Europy.
Słysząc sapnięcie siadającego obok mnie ojca, zrozumiałam, że nie jest pewien, jak przyjąć uwagę woźnicy. Czy była to obraza dla naszego pochodzenia? Mówiono nam, że chociaż Szwajcarzy niewzruszenie utrzymywali swoją neutralność i niezależność wobec otaczającego ich europejskiego imperium, spoglądali z góry na przybyszy ze wschodnich rubieży cesarstwa austrowęgierskiego. A jednocześnie to właśnie oni byli najbardziej tolerancyjni w innych sprawach: mieli na przykład najbardziej pobłażliwy stosunek do kobiet na wyższych uczelniach. Ta sprzeczność budziła moje zdziwienie.
Woźnica strzelił z bata w powietrzu, dając sygnał koniom, i ruszył przed siebie ulicą. Mrużąc oczy, by dojrzeć coś przez zabłocone okno, zobaczyłam mijający nas elektryczny tramwaj.
– Widziałeś to, papo? – spytałam. Czytałam o tramwajach, ale nigdy nie widziałam żadnego na własne oczy. Ten widok mnie zachwycił: dowodził, że miasto naprawdę jest nowoczesne, przynajmniej jeśli chodzi o transport.
Mogłam tylko mieć nadzieję, że podejście mieszkańców do studentek jest równie otwarte, jak głosiły zasłyszane przez nas plotki.
– Nie widziałem, ale słyszałem. I poczułem – powiedział spokojnie papa, ściskając moją dłoń. Wiedziałam, że też jest podniecony, ale chce uchodzić za obytego w świecie, zwłaszcza po komentarzu woźnicy.
Odwróciłam się w stronę otwartego okna. Miasto otaczały strome zielone góry. Przysięgam, że poczułam w nozdrzach zapach wiecznie zielonych drzew, choć przecież wzgórza były za daleko, by ta woń mogła do mnie dotrzeć. Tak czy inaczej, powietrze w Zurychu było znacznie świeższe od tego w Zagrzebiu, gdzie wiecznie cuchnęło końskim łajnem i palonym zbożem. Być może zapach dobiegał znad Jeziora Zuryskiego, które graniczyło z południową częścią miasta.
W oddali, u stóp gór, dostrzegałam bladożółte budynki zaprojektowane w stylu neoklasycznym, odcinające się od kościelnych iglic w tle. Budynki przypominały widoki politechniki, które oglądałam w dokumentach aplikacyjnych, ale wydały mi się teraz znacznie większe i bardziej imponujące. Politechnika była szkołą kształcącą nauczycieli i wykładowców matematyki oraz innych dyscyplin ścisłych. Należała do kilku europejskich uczelni, które wydawały dyplomy kobietom. Chociaż przez lata marzyłam tylko o niej, wciąż trudno mi było uwierzyć, że za kilka miesięcy naprawdę zacznę tam studiować.
Powóz zatrzymał się. Drzwiczki oddzielające nas od woźnicy uchyliły się, a mężczyzna ogłosił, że dotarliśmy pod właściwy adres.
– Plattenstrasse 50 – powiedział.
Papa podał mu monety, po czym otworzył drzwi powozu. Gdy woźnica wyciągał nasz bagaż, po schodkach zbiegł służący z pensjonatu Engelbrechtów, żeby pomóc nam wnieść mniejsze torby. Pomiędzy wysokimi kolumnami przy frontowych drzwiach czteropiętrowego ceglanego budynku pojawiła się dostojna, elegancko ubrana para.
– Pan Marić? – zawołał dobrze zbudowany starszy dżentelmen.
– Tak. Zapewne pan Engelbrecht – odparł ojciec, pochylając lekko głowę i wyciągając do niego dłoń.
Gdy mężczyźni wymieniali ukłony, energiczna pani Engelbrecht zbiegła po schodkach, by wprowadzić mnie do budynku.
Dopełniwszy formalności, Engelbrechtowie zaprosili nas na herbatę i ciastka, które przygotowali na nasz przyjazd. Kiedy szliśmy za nimi do salonu, widziałam, jak papa zerka z uznaniem na kryształowy żyrandol i kinkiety na ścianach. Niemal słyszałam jego myśli: „To miejsce godne mojej Mitzy”.
Mnie pensjonat wydał się jałowy i wymuskany w porównaniu z domem. Odarty z zapachu drewna, kurzu i przypraw. Chociaż my, Serbowie, aspirowaliśmy do germańskiego porządku, który przyjęli Szwajcarzy, to wtedy dostrzegłam, że nasze próby nijak nie dorastały do tutejszej perfekcyjnej czystości.
Przy herbacie i ciastkach, pośród uprzejmości i natarczywych pytań ojca Engelbrechtowie wyjaśnili, jak działa ich stancja: godziny posiłków, wizyt, prania i sprzątania były ściśle ustalone. Papa, były żołnierz, wypytywał o bezpieczeństwo lokatorów, a jego ramiona rozluźniały się przy każdej uspokajającej odpowiedzi i każdym zerknięciu na błękitną, pikowaną tapetę i bogato zdobione krzesła wokół szerokiego marmurowego kominka. Nigdy jednak nie uspokoił się do końca; papa pragnął dla mnie uniwersyteckiego wykształcenia niemal równie mocno, jak pragnęłam go ja, ale pożegnanie okazało się dla niego trudniejsze, niż się spodziewałam.
Popijając herbatę, usłyszałam śmiech. Dziewczęcy śmiech.
Pani Engelbrecht dostrzegła moje zainteresowanie.
– Ach, to nasze młode damy grają w wista. Może cię przedstawię pozostałym mieszkankom?
Pozostałe mieszkanki? Pokiwałam głową, choć bardzo chciałam odmówić. Moje dotychczasowe doświadczenia z młodymi damami nie kończyły się dobrze. W najlepszym wypadku nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego. W najgorszym – byłam poniżana przez kolegów i koleżanki, zwłaszcza gdy dowiadywali się o moich ambicjach.
Grzeczność wymagała jednak, byśmy wstali. Pani Engelbrecht poprowadziła nas do mniejszego pokoju, urządzonego inaczej niż salon. Żyrandole i kinkiety nie były kryształowe, lecz mosiężne, dębowych ścian nie pokrywała błękitna tapeta, a pośrodku stał stół do gier. Gdy wchodziliśmy, wydało mi się, że słyszę słowo krpiti. Zerknęłam na tatę, który wyglądał na równie zaskoczonego. Było to serbskie określenie, którego używa się w chwili rozczarowującej porażki. Zastanawiałam się, kto w tym miejscu mógłby go użyć. Uznałam, że musieliśmy się przesłyszeć.
Przy stole siedziały trzy dziewczyny w moim wieku, o ciemnych włosach i gęstych brwiach, podobnych do moich. Wszystkie były też niemal tak samo ubrane: w sztywne białe bluzki z wysokimi koronkowymi kołnierzykami i proste ciemne spódnice. Był to poważny strój, zupełnie inny od falbaniastych, ozdobnych sukni w kolorze cytrynowej żółci lub piankowego różu, noszonych przez modne młode dziewczęta, które widziałam w okolicach dworca.
Dziewczęta uniosły wzrok znad kart, odłożyły je szybko i wstały.
– Panienki Ružica Dražić, Milana Bota i Helene Kaufler. Chciałabym wam przedstawić naszą nową lokatorkę. Oto Mileva Marić.
Gdy wymieniałyśmy gesty powitania, mówiła dalej:
– Panna Marić przyjechała studiować matematykę i fizykę na Politechnice Federalnej w Zurychu. Będzie tu pani miała doskonałe towarzystwo, panno Marić.
Pani Engelbrecht najpierw wskazała na dziewczynę o wydatnych kościach policzkowych, bezpośrednim uśmiechu i brązowych oczach.
– Panna Dražic przyjechała z Šabaca, by studiować nauki polityczne na uniwersytecie w Zurychu – powiedziała. Następnie zwróciła się do panienki o najciemniejszych włosach i najgęstszych brwiach. – To panna Bota. Przyjechała z Kruševaca i studiuje psychologię. Na politechnice, tak jak pani.
Położyła dłoń na ramieniu ostatniej dziewczyny o przyjaznych szaroniebieskich oczach i opadających brwiach, z burzą miękkich brązowych włosów.
– A to panna Kaufler – przedstawiła ją – która przyjechała aż z Wiednia, by zrobić dyplom z historii, również na politechnice.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Studentki ze wschodnich prowincji AustroWęgier? Takie jak ja? Zawsze myślałam, że będę wyjątkowa. W Zagrzebiu co druga dziewczyna zbliżająca się do dwudziestki była już mężatką lub przygotowywała się do małżeństwa, poznając odpowiedniego kandydata i ćwicząc prowadzenie domu u swoich rodziców. Ich edukacja kończyła się wiele lat wcześniej, jeśli w ogóle chodziły kiedyś do szkoły. Myślałam, że zawsze będę jedyną studentką ze wschodniej Europy w świecie pełnym mężczyzn z Zachodu. Być może w ogóle jedyną kobietą.
Pani Engelbrecht popatrzyła na każdą z dziewczyn z osobna i powiedziała:
– Teraz was zostawimy z waszym wistem i pójdziemy zakończyć rozmowę. Mam nadzieję, że jutro oprowadzicie pannę Marić po Zurychu?
– Oczywiście, pani Engelbrecht – odpowiedziała panna Kaufler z ciepłym uśmiechem. – Może nawet panna Marić dołączy jutro wieczorem do wista? Przydałaby nam się czwarta osoba.
Uprzejmość panny Kaufler wydawała się szczera, a towarzystwo dziewcząt mnie przyciągało. Instynktownie odwzajemniłam uśmiech, ale zaraz się opanowałam. „Uważaj – ostrzegłam się w myślach. – Pamiętaj o okrucieństwie innych młodych dam, o ich drwinach, przezywaniu, kopniakach na placu zabaw. Przyjechałaś tu, żeby studiować matematykę i fizykę na politechnice i spełnić swoje marzenie o staniu się jedną z niewielu kobiet profesorów fizyki w Europie. Nie pokonałaś tylu kilometrów tylko po to, żeby poznać kilka koleżanek, nawet jeśli te dziewczęta naprawdę są takie, jakie się wydają”.
Gdy wracaliśmy do salonu, papa wziął mnie pod ramię i wyszeptał:
– Mitzo, te dziewczęta wydają się bardzo miłe. Prawdopodobnie są też mądre, skoro przyjechały tu na studia. Może nadeszła już pora, byś się z kimś zaprzyjaźniła, skoro poznałaś wreszcie kilka panienek, które dorównują ci intelektualnie. Jakaś szczęśliwa panienka powinna mieć szansę poznać twoje błyskotliwe żarty, które zazwyczaj zachowujesz dla mnie.
Jego głos był pełen nadziei, jakby bardzo chciał, żebym zaprzyjaźniła się z dziewczętami, które właśnie poznaliśmy. Co chciał przez to powiedzieć? Miałam mętlik w głowie. Czy po wielu latach przekonywania mnie, że przyjaciele nie mają znaczenia, mąż się nie liczy, a jedynymi ważnymi rzeczami są nauka i nasza rodzina, postanowił wystawić mnie teraz na próbę? Chciałam pokazać mu, że wciąż obce mi są typowe pragnienia młodej kobiety – przyjaciółki, mąż, dzieci. Chciałam zdać ten dziwny egzamin z wyróżnieniem, tak jak zdawałam wszystkie pozostałe.
– Papo, przysięgam, że przyjechałam tu się uczyć, a nie zaprzyjaźniać – powiedziałam, kiwając z powagą głową. Miałam nadzieję, że to go przekona, że los, który mi przepowiedział, a którego dla mnie pragnął, stał się moim własnym, wymarzonym przeznaczeniem.
Ojciec nie ucieszył się jednak z tej odpowiedzi. Jego twarz spochmurniała, nie wiedziałam z początku, czy to ze złości, czy z żalu. Czyżbym go nie zrozumiała? Czy jego podejście naprawdę się zmieniło, kiedy zobaczył dziewczęta tak odmienne od wszystkich, które znałam do tej pory?
Przez chwilę był dziwnie milczący. Wreszcie z przygnębieniem w głosie powiedział:
– Miałem nadzieję, że będziesz mogła robić jedno i drugie.
Przez kilka tygodni po wyjeździe papy unikałam dziewczyn, zamykałam się w pokoju i czytałam książki. Plan dnia Engelbrechtów zmuszał mnie jednak do codziennych wspólnych posiłków, a uprzejmość wymagała konwersacji podczas śniadań i kolacji. Dziewczęta nieustannie zachęcały mnie, bym dołączyła do nich podczas spacerów, wykładów, wizyt w kawiarniach, wypraw do teatrów i na koncerty. Dobrodusznie żartowały sobie, że jestem za poważna, za cicha i zbyt skupiona na nauce, i nie przestawały mnie zapraszać, choć ciągle odmawiałam. Miały w sobie upór, o jaki do tej pory podejrzewałam tylko siebie.
Pewnego letniego wieczoru zgodnie ze swoim zwyczajem uczyłam się w pokoju, przygotowując się do kursów rozpoczynających się w październiku. Ramiona owinęłam swoim ulubionym szalem, by uchronić się przed zimnem, które panowało w sypialniach pensjonatu niezależnie od pogody. Robiłam właśnie analizę składniową tekstu, kiedy usłyszałam, że dziewczyny na dole grają suitę Arezjanka Bizeta – dość słabo, ale z uczuciem. Dobrze znałam ten utwór, grałam go razem z rodziną. Ta znajoma muzyka sprawiła, że poczułam się melancholijnie: nie tylko sama, ale i samotna. Zerknęłam na stojącą w kącie zakurzoną tamburicę, chwyciłam ją i zeszłam na dół. Stojąc w wejściu do salonu, patrzyłam, jak dziewczęta walczą z utworem. Oparłam się o ścianę z tamburicą w dłoni i nagle zrobiło mi się głupio. Czemu miałyby zaakceptować moje towarzystwo, skoro tyle razy odrzucałam ich zaproszenia? Chciałam uciec z powrotem na górę, ale Helene zauważyła mnie i przestała grać.
Pełnym ciepła głosem zapytała:
– Dołączysz do nas, panno Marić? – Zerknęła na Ružicę i Milanę, dodając z żartobliwą rozpaczą: – Słychać chyba, że przydałaby nam się pomoc.
Zgodziłam się. W ciągu kilku kolejnych dni dziewczęta katapultowały mnie do świata, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłam. Świata, w którym miałam podobne do siebie przyjaciółki. Papa się mylił. Ja też. Przyjaciółki są ważne. W każdym razie takie przyjaciółki: błyskotliwie inteligentne, ambitne i mające podobne do moich doświadczenia pogardy i krytyki, które przetrwały z uśmiechem na ustach.
Wbrew moim obawom przyjaciółki nie osłabiły mojego zapału do pracy. Przeciwnie: uczyniły mnie silniejszą.
Teraz, wiele miesięcy później, opadłam na puste krzesło, a Ružica nalała mi herbaty. Poczułam cytrynowy zapach: Milana z uśmiechem podsunęła mi talerzyk z moim ulubionym ciastem z melisą. Przyjaciółki musiały specjalnie zamówić je dla mnie u pani Engelbrecht. Wyjątkowy gest w wyjątkowym dniu.
– Dziękuję.
Piłyśmy herbatę i skubałyśmy ciasto. Dziewczyny były wyjątkowo milczące, chociaż po ich minach i ukradkowych zerknięciach poznałam, że ledwo się powstrzymują. Czekały, aż odezwę się pierwsza, aż zaoferuję im coś więcej niż tylko podziękowania za przysmaki. Wreszcie jednak Ružica, najbardziej entuzjastyczna z nich wszystkich, nie wytrzymała. Była najbardziej uparta i najmniej cierpliwa, więc po prostu wybuchła.
– I jaki jest ten słynny profesor Weber? – spytała, unosząc brwi w żartobliwym aktorskim naśladowaniu nauczyciela, znanego z onieśmielającego stylu bycia i równie onieśmielającej inteligencji.
– Taki, jak go przedstawiają – westchnęłam, biorąc do ust kolejny kęs ciasta, które miało cudowny, jednocześnie słodki i wytrawny smak. Wytarłam okruszek z kącika ust i wyjaśniłam:
– Sprawdził listę, zanim pozwolił mi usiąść. Jakby nie wiedział, że zapisałam się na jego zajęcia. Sam mnie na nie przyjął!
Dziewczyny zachichotały.
– Potem zrobił złośliwą uwagę na temat mojego serbskiego pochodzenia.
Śmiech ustał. Ružica i Milana, które również przyjechały z odległych rubieży AustroWęgier, doświadczyły podobnych upokorzeń. Nawet Helene, która przybyła z najbardziej poważanego regionu Austrii, także dostąpiła przykrości ze strony profesorów politechniki ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.
– Tak samo wyglądał mój pierwszy dzień na kursie profesora Herzoga – powiedziała Helene.
Pokiwałyśmy głowami. Gdy profesor Herzog zauważył, że jej nazwisko ma żydowskie brzmienie, połowę swojego pierwszego wykładu o historii Włoch poświęcił weneckim gettom, w których Żydzi żyli zamknięci od szesnastego do osiemnastego wieku. Nie sądziłyśmy, by podjęcie tego tematu było czystym zbiegiem okoliczności.
– Jakby nie wystarczało, że jesteśmy ledwie kilkoma kobietami w oceanie mężczyzn, wykładowcy muszą znaleźć jeszcze inne powody, by podkreślić naszą odmienność – zauważyła Ružica.
– A co powiesz o kolegach z grupy? – Milana wyraźnie chciała zmienić temat.
– Są tacy jak zwykle – odparłam.
Dziewczęta jęknęły, pełne zrozumienia.
– Zarozumiali? – spytała Milana.
– Tak – odparłam.
– Wąsaci? – zasugerowała z uśmiechem Ružica.
– Tak.
– Przesadnie pewni siebie?
– Tak, tak.
– Czy ktoś był otwarcie nieprzyjemny? – Głos Helene był teraz poważniejszy.
Była bardzo opiekuńcza, jakby chciała matkować grupie. A zwłaszcza mnie. Odkąd powiedziałam im, co przydarzyło mi się pierwszego dnia w szkole w Obergymnasium w Zagrzebiu – a była to historia, którą dotąd trzymałam tylko dla siebie – Helene zachowywała się wobec mnie szczególnie ostrożnie. Chociaż żadna z dziewcząt nie spotkała się z równie otwartą przemocą, wszystkie wyczuwały czające się zagrożenie.
– Nie. Przynajmniej na razie.
– To dobrze. – Ružica jak zwykle patrzyła na świat z optymizmem.
Oskarżałyśmy ją o noszenie różowych okularów nawet podczas najciemniejszych burz. Upierała się, że to jedyne rozwiązanie, i zachęcała, byśmy podchodziły do życia podobnie.
– A zauważyłaś jakichś potencjalnych sojuszników? – Milana wkroczyła na bardziej strategiczne terytorium.
Program zajęć z fizyki zakładał współpracę między studentami nad częścią projektów, więc zastanawiałyśmy się nad strategią działania. Co miałabym zrobić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w grupie?
– Nie – odparłam instynktownie, przerwałam jednak, chcąc podążyć za radą Ružicy i spojrzeć na sprawę bardziej optymistycznie. – Być może. Jeden ze studentów uśmiechał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szczerze. Bez drwiny. Chyba nazywa się Einstein.
Helene z niepokojem uniosła swoje gęste brwi. Była wyjątkowo wyczulona na niepożądane miłosne gesty. Uważała, że są równie niebezpieczne jak przemoc. Sięgnęła po moją dłoń i ostrzegła:
– Uważaj.
Odwzajemniłam uścisk.
– Nie martw się, Helene. Jestem bardzo ostrożna.
Kiedy jej twarz się nie rozpogodziła, dodałam:
– No proszę. Wciąż oskarżacie mnie, że jestem za ostrożna. Zbyt nieśmiała. O to, że swoje prawdziwe ja pokazuję tylko wam. Czy naprawdę uważasz, że nie zachowam ostrożności, obcując z panem Einsteinem?
Uśmiech zastąpił zaniepokojone spojrzenie Helene.
Moje towarzyszki wciąż mnie zaskakiwały. Zaskakiwało mnie to, że potrafię opowiedzieć im dawno zapomniane historie. Że umiem im pokazać, kim jestem naprawdę. I że akceptują mnie mimo wszystko.
Rozdział 3
22 kwietnia 1897
Zurych, Szwajcaria
Usiadłam na swoim miejscu w czytelni. Przestronna biblioteka politechniki, o ścianach wyłożonych drewnem, była niemal całkowicie zapełniona, ale jednocześnie było tu bardzo cicho. Studenci w milczeniu modlili się przy ołtarzu to jednej, to drugiej dyscypliny, ucząc się biologii, chemii, matematyki czy – jak ja – fizyki. Oddzielona od świata, zabarykadowana za książkami, umocniona własnymi rozważaniami i teoriami, mogłam udawać, że jestem taka sama jak wszyscy pozostali studenci w bibliotece.
Przede mną leżały rozłożone notatki, kilka zadanych tekstów i artykuł z mojej własnej kolekcji. Wszystkie walczyły o moją uwagę jak domowe zwierzątka, a ja nie mogłam się zdecydować, czemu poświęcić czas. Newtonowi czy Kartezjuszowi? A może któremuś z nowszych teoretyków? Powietrze na politechnice, a nawet w całym Zurychu, zdawało się naładowane rozmowami o najnowszych osiągnięciach w fizyce. Miałam wrażenie, że są one skierowane bezpośrednio do mnie. Moje miejsce było w świecie fizyki. Ukryte w niej tajemne zasady rządzące światem – sekretne siły i niewidzialne związki tak skomplikowane, że tylko Bóg mógł je stworzyć – stanowiły odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące naszej egzystencji. Gdybym tylko umiała je odnaleźć...
Czasami, kiedy podczas lektury i obliczeń udawało mi się odprężyć, dostrzegałam boskie wzory, których tak desperacko pragnęłam. Widziałam je jednak tylko kątem oka. Ledwie zwracałam wzrok prosto na nie, rozpływały się w nicość. Może nie byłam jeszcze gotowa, by boskie dzieło ukazało mi się w pełni.
Być może za jakiś czas mi się to uda.
To tacie zawdzięczałam, że przyprowadził mnie do migotliwego przedsionka ciekawości i nauki. Żałowałam tylko, że wciąż się martwi: zarówno o moją przyszłość, jak i o obecne bezpieczeństwo. Chociaż w listach bardzo starałam się go przekonać, że jeśli moim przeznaczeniem nie okaże się nauka, po studiach czekać na mnie będzie mnóstwo nauczycielskich stanowisk, i zapewniałam go o nienaruszalności mojego codziennego planu dnia, to jednak w jego kolejnych pytaniach wyczuwałam niepokój. Co ciekawe, teraz mama wydawała się bardziej przekonana do mojej drogi. Po tylu latach walki z moim pragnieniem nauki nagle pogodziła się z nim, kiedy osiadłam w Zurychu. Ucieszyła się, gdy zaczęłam w listach opowiadać jej o Ružicy, Milanie i Helene. W jej odpowiedziach widziałam radość z tych nowych przyjaźni. Z moich pierwszych przyjaźni.
Aprobata mamy nie była czymś oczywistym. Do niedawna na naszej relacji cieniem kładła się jej troska o mnie, o to dziwne, samotne, nieprzystosowane dziecko. I wpływ mojego pragnienia edukacji na jej własne życie.
Jakieś dziesięć lat temu pewnego chłodnego wrześniowego popołudnia w odległej Rumie, gdzie się urodziłam, postanowiła nie kryć dłużej niechęci do wybranej przeze mnie niekobiecej drogi. I to mimo że zachęcał mnie do niej papa, któremu zazwyczaj ustępowała. Jak co dzień szliśmy na cmentarz, na którym pochowani byli mój starszy brat i siostra, zmarli w dzieciństwie, wiele lat przed moimi narodzinami.
Wiatr dął, trzepocząc chusteczką na mojej głowie. Chwyciłam czarny materiał i przytrzymałam go, wyobrażając sobie, jak bardzo mama by się zdenerwowała, gdybym choć przez chwilę miała gołą głowę na świętej ziemi. Tkanina zakrywała moje uszy, tłumiąc żałobne jęki wiatru. Byłam wdzięczna za tę ciszę, choć wiedziałam, że lament pasuje do okoliczności.
Poczułam dobiegający z naszego kościoła zapach słodkiego, gryzącego kadzidła tamjan. Starałam się dotrzymać mamie kroku, a jesienne liście szeleściły pod naszymi nogami. Wzgórze było skaliste, mama wiedziała, że trudno mi na nie wejść, lecz nie zwalniała. Tak jakby trud drogi na cmentarz był częścią mojej kary. Za to, że przeżyłam, podczas gdy mojemu rodzeństwu się to nie udało. Za to, że nie dałam się pokonać chorobom. I za to, że zachęciłam papę do przyjęcia urzędniczego stanowiska w Nowym Sadzie – dużym mieście, w którym znajdowała się prestiżowa szkoła dla dziewcząt. Bo przeprowadzka oznaczała, że mama będzie musiała zostawić za sobą groby swoich pierworodnych dzieci.
– Idziesz, Mitzo? – zawołała, nie odwracając się.
Pamiętałam, że jej chłód nie wynika wyłącznie z niechęci do przeprowadzki. Surowa dyscyplina i wysokie oczekiwania były jej receptą na dobrze wychowane dziecko. Często powtarzała:
– Księga Przysłów mówi, że „rózga i karcenie udziela mądrości; chłopiec pozostawiony sobie jest wstydem dla matki”*.
– Tak, mamo – odpowiadałam.
Ubrana jak zwykle w żałobną czerń, w ciemnej chusteczce na głowie na cześć mojego zmarłego rodzeństwa, mama szła przodem niczym wyraźny cień na tle szarego jesiennego nieba. Kiedy dotarłyśmy na szczyt, brakowało mi tchu, ale starałam się ukryć zmęczenie. Taki był mój obowiązek.
Powstrzymując się od krzyku, odwróciłam się: uwielbiałam widok z tego miejsca. Ruma rozpościerała się pod nami, nad nami unosiła się kościelna iglica, miejski pejzaż wtulał się w brzegi Dunaju. Zakurzone miasto było nieduże, z jednym tylko placem, targowiskiem i kilkoma oficjalnymi budynkami w centrum, ale i tak uważałam je za piękne.
Wtedy jednak dostrzegłam pochylającą się mamę i poczułam się winna. To nie był spacer dla przyjemności, nie powinnam się dobrze bawić. To miała być jedna z naszych ostatnich wizyt na cmentarzu na długi czas. Dzisiaj nawet tata nie potrafił poprawić mi humoru. Uklękłam obok mamy naprzeciw grobów. Kamyki wbijały mi się w kolana, ale tego dnia chciałam czuć ból. Może dzięki niemu mogłam odpokutować za ten, który zadałam mamie, inicjując przeprowadzkę do Nowego Sadu. Jako że w lokalnej podstawówce w Rumie doszłam już do końca edukacji, papa chciał, żebym uczyła się dalej w wyższej szkole dla dziewcząt w Nowym Sadzie. W prostej linii Rumę dzieliło od tego miasta ledwie dwadzieścia mil, ale podróż krętymi drogami mogła zająć nawet kilka godzin. Wiedziałam, że nie będziemy wracać do domu regularnie.
Spojrzałam na mamę. Jej brązowe oczy były zamknięte, a bez ich nieustępliwego błysku wyglądała na starszą niż jej trzydzieści kilka lat. Ciężar straty i codzienny znój mocno ją postarzały. Przeżegnałam się, zamknęłam oczy i pomodliłam się w duchu za moje dawno utracone rodzeństwo. Brat i siostra byli mi zawsze niewidzialnymi towarzyszami, zastępowali przyjaciół, których nigdy nie miałam. Jakże inaczej mogłoby wyglądać moje życie, gdyby nie umarli. Być może, mając ich u boku, nie byłabym tak samotna i nie pragnęłabym w głębi duszy bawić się nawet z najokrutniejszymi dziewczynkami na szkolnym podwórzu.
Poczułam na twarzy promienie słońca. Otworzyłam oczy. Zwieńczone łukami marmurowe groby mojego starszego rodzeństwa patrzyły na mnie. Ich nazwiska – Milica Marić i Vukašin Marić – migotały w słońcu, jakby ledwie zostały wyrzeźbione, a ja jak zwykle powstrzymywałam chęć dotknięcia każdej litery po kolei.
Mama zazwyczaj była podczas tych wizyt milcząca i zamyślona. Nie tym razem jednak, teraz wyciągnęła do mnie dłoń i zawołała do Matki Boskiej w naszym ojczystym serbskim języku:
Bogorodice Djevo, radujsja
Blagodatnaja Marije...
Mama śpiewała z taką mocą, że zagłuszyła wiatr i szelest liści. Kołysała się. Moc jej głosu i dramatyczne ruchy zawstydzały mnie, zwłaszcza gdy dostrzegłam zerkających na nas z oddali żałobników.
Mimo to dołączyłam do niej. Słowa „Zdrowaś, Mario” zazwyczaj mnie uspokajały, dziś jednak wydały mi się dziwnie obce. Język mi sztywniał, jakbym wypowiadała kłamstwa. Słowa mamy też brzmiały dziś inaczej, nie jak nabożna modlitwa, ale jak oskarżenie. Nie oskarżała oczywiście Świętej Panienki, tylko mnie.
Próbowałam skoncentrować się na wietrze, na szumie gałęzi i liści, na galopie mijających nas koni, na wszystkim, byle nie na słowach wydobywających się z ust mamy. Nie potrzebowałam, by ktokolwiek mi przypominał, jak wiele zależy od mojego powodzenia w szkole w Nowym Sadzie. Musiałam odnieść sukces. Nie tylko dla siebie, dla mamy i papy, ale też dla mojego zmarłego rodzeństwa. Dla ich porzuconych dusz.
Słyszałam skrobanie wiecznych piór w zeszytach studentów pracujących nieopodal, ale tylko jeden człowiek skupiał na sobie moją uwagę. Philipp Lenard. Sięgnęłam po artykuł tego znanego niemieckiego fizyka. Powinnam była czytać zadane przez profesora teksty Hermanna von Helmholtza i Ludwiga Boltzmanna, jednak ciągnęło mnie do ostatnich badań Lenarda na temat właściwości promieni katodowych. Bombardował metaliczne elektrody opróżnionych szklanych tubek prądem elektrycznym o wysokim napięciu i badał promienie. Lenard zaobserwował, że jeśli końcówka tubki przeciwna do ładunku ujemnego była pomalowana na fluorescencyjny kolor, wewnątrz tubki pojawiał się maleńki świecący obiekt. To doprowadziło go do przekonania, że promienie katodowe są strumieniami negatywnie naładowanych cząsteczek. Nazwał je kwantami elektryczności. Odkładając artykuł, zaczęłam się zastanawiać, jak odkrycia Lenarda mogły wpłynąć na dyskusję o naturze i istnieniu atomów. Z jakiej substancji Bóg zrobił świat? Czy odpowiedź na to pytanie mogła przybliżyć nas do zrozumienia celu naszego życia na tym bożym świecie? Czasami na kartach czytanych testów i w chwilach zadumy wyczuwałam boskie wzory obecne w prawach fizyki, które poznawałam. To w nich właśnie czułam Boga silniej niż w kościelnych ławach i na cmentarzach, dokąd prowadzała mnie mama.
Zegar na uniwersyteckiej wieży wybił piątą. Czyżby naprawdę było tak późno? Nawet nie tknęłam jeszcze zadanych tekstów. Wyciągnęłam szyję, by wyjrzeć przez okno. W Zurychu nie brakowało wysokich wież zegarowych: wszystkie wskazówki potwierdzały, że nadeszła piąta. Pani Engelbrecht była nieprzejednana w kwestii czasu posiłków, nie mogłam się więc ociągać. Zwłaszcza że wiedziałam, iż dziewczęta będą czekać z instrumentami w dłoniach na chwilę muzykowania przed obiadem, był to jeden z naszych rytuałów, który zresztą lubiłam najbardziej ze wszystkich.
Zebrałam swoje kartki i zaczęłam chować je do torby. Na wierzchu sterty papierów leżał artykuł Lenarda, a moją uwagę przykuło jedno zdanie. Wróciłam do lektury i tak się w niej zatopiłam, że aż podskoczyłam, słysząc swoje nazwisko.
– Panno Marić, czy mógłbym pani przerwać?
Był to pan Einstein. Jego czupryna wyglądała na jeszcze bardziej niesforną niż zazwyczaj, jakby przeczesywał palcami ciemne loki, starając się ustawić je do pionu. Jego koszula i kurtka też nie wyglądały najlepiej: były okropnie pogniecione. Jego zaniedbany wygląd nie pasował do przykładnego stylu pozostałych studentów w bibliotece. Jednak on w odróżnieniu od nich się uśmiechał.
– Tak, panie Einstein?
– Miałem nadzieję, że pomoże mi pani z jednym problemem – powiedział, podając mi stertę papierów.
– Ja? – spytałam instynktownie i od razu pożałowałam, że okazałam zaskoczenie.
„Bądź pewna siebie – pomyślałam. – Jesteś równie mądra jak pozostali studenci z sekcji. Czemu kolega nie miałby poprosić cię o pomoc?”
Tylko było już za późno. Okazałam słabość.
– Tak, panno Marić. Myślę, że jest pani najmądrzejsza w naszej grupie. Z pewnością lepsza z matematyki od tych Dummkopfs – wskazał palcem dwóch naszych kolegów, pana Ehrata i pana Kollrosa, którzy stali pomiędzy dwoma rzędami półek, żywo gestykulując. – Oni próbowali mi pomóc i ponieśli sromotną klęskę.
– Oczywiście – odparłam.
Jego zapewnienia wprawdzie mi schlebiały, lecz nie opuszczała mnie podejrzliwość. Gdyby była tu Helene, zaleciłaby ostrożność, ale też zachęcałaby do zawarcia sojuszu. W przyszłym semestrze będę potrzebowała partnera do badań, a on może się okazać jedyną możliwością. Odkąd sześć miesięcy wcześniej przystąpiłam do programu, codziennie siedziałam w sali z tymi samymi pięcioma mężczyznami. Wszyscy pozostali zachowywali się wobec mnie obojętnie, wymienialiśmy tylko podstawowe uprzejmości. Codzienne serdeczne pozdrowienia i rzucane raz na jakiś czas pytania o moje przemyślenia na temat wykładów profesora Webera czyniły z pana Einsteina moją jedyną nadzieję.
– Proszę pozwolić mi spojrzeć. – Opuściłam wzrok na jego kartki.
Zobaczyłam niemal niemożliwy do pojęcia bałagan. Czy w podobnie niezorganizowany sposób pracowali wszyscy moi koledzy? Jeśli tak, nie powinnam się martwić o jakość swoich wysiłków. Zerknęłam na nieuporządkowane notatki i od razu zauważyłam błąd. Wynikał z jego lenistwa.
– Tutaj. Myślę, że jeśli zmieni pan kolejność tych dwóch liczb, dotrze pan do właściwego rozwiązania.
– Ach, już rozumiem. Dziękuję za pomoc, panno Marić.
– Cała przyjemność po mojej stronie. – Pokiwałam głową i odwróciłam się, by zebrać swoje rzeczy.
Czułam, że zerka mi przez ramię.
– Czyta pani Lenarda? – spytał, wyraźnie zaskoczony.
– Tak – odparłam, nie przestając się pakować.
– Nie ma go w programie.
– Wiem.
– Zaskakuje mnie pani, panno Marić.
– Dlaczego, panie Einstein?
Spojrzałam mu wyzywająco prosto w oczy. Czy sądził, że nie jestem w stanie zrozumieć Lenarda, tekstu znacznie trudniejszego od tych z naszego podstawowego programu? Był ode mnie sporo wyższy, więc musiałam zadrzeć wysoko głowę. Mój niski wzrost był słabością, której nienawidziłam równie mocno jak kalectwa.
– Wydaje się pani bardzo pilną studentką. Zawsze obecna, przestrzegająca wszystkich zasad, skrupulatna. Spędza pani godziny w bibliotece, zamiast marnować je w kawiarniach. A jednak należy pani do bohemy, tak jak ja. Nie spodziewałem się.
– Do bohemy? Nie rozumiem.
Mój ton był ostry. Słowo „bohema” kojarzyło mi się z austrowęgierskim regionem Bohemii, czy w ten sposób chciał zażartować z mojego pochodzenia? Pan Einstein wiedział, że jestem Serbką, a uprzedzenia ludzi z krajów zachodnich wobec obcokrajowców były dobrze znane. Zastanawiałam się nad pochodzeniem samego Einsteina, chociaż wiedziałam, że przyjechał z Berlina. Jednak jego ciemne włosy i oczy, a także charakterystyczne nazwisko sprawiały, że nie miał wiele wspólnego z typowym germańskim blondynem. Może jego rodzina skądś przyjechała do Berlina?
Musiał wyczuć mój utajony gniew, bo zaraz zaczął wyjaśniać swoje słowa.
– Użyłem słowa „bohema” we francuskim znaczeniu: la bohéme. Przynależność do niej oznacza niezależność w myśleniu. Nowoczesność. To, że nie jest pani bourgeois, jak niektórzy z naszych kolegów.
Nie wiedziałam, jak odczytać tę wypowiedź. Nie wydawało mi się, by sobie ze mnie żartował, przeciwnie, wyglądało to na dziwny komplement. Czułam się coraz niezręczniej. Zbierając z biurka ostatnie papiery, powiedziałam:
– Muszę już iść, panie Einstein. Pani Engelbrecht ściśle przestrzega harmonogramu posiłków, więc nie mogę się spóźnić na kolację. Do widzenia.
Zapięłam torbę i dygnęłam na pożegnanie.
– Do widzenia, panno Marić – odparł z ukłonem. – Bardzo dziękuję za pomoc.
Wyszłam przez zwieńczone łukiem dębowe drzwi biblioteki, minęłam mały kamienny dziedziniec i znalazłam się na ruchliwej Rämistrasse. Bulwar pełen był pensjonatów, w których mieszkali najbogatsi studenci w Zurychu, i kawiarni, w których ci sami studenci dyskutowali za dnia, jeśli tylko nie byli na wykładach. Zerkając na nich ukradkiem, widziałam, że głównym paliwem tych dyskusji były kawa i fajka. Mogłam jednak tylko zgadywać, nie miałam odwagi, by usiąść przy którymś z tych stołów, choć kiedyś dostrzegłam pana Einsteina z kolegami w Cafe Metropole, a on gestem zaprosił mnie do środka. Udawałam, że go nie widzę; kobiety rzadko dołączały do mężczyzn podczas tych swobodnych dyskusji i była to granica, której nie potrafiłam przekroczyć.
Nad Rämistrasse zapadała noc, wciąż spowijało ją jednak światło elektrycznych lamp. W powietrzu unosiła się lekka mgiełka, włożyłam zatem na głowę kaptur, by ochronić włosy i ubrania przed wilgocią. Niespodziewanie – poranek był pogodny i jasny – zaczął padać deszcz, a mnie coraz trudniej było przebijać się przez tłum. Byłam tu zdecydowanie najniższą osobą. Przemokłam, a bruk stawał się coraz bardziej śliski. Czy powinnam złamać swoją zasadę i schronić się w kawiarni, póki pogoda się nie poprawi?
Niepostrzeżenie deszcz przestał na mnie padać. Uniosłam wzrok, spodziewając się błękitu nieba, ale zobaczyłam tylko czerń i strumienie wody spływające wokół mnie.
Pan Einstein trzymał parasol nad moją głową.
– Jest pani cała mokra, panno Marić – powiedział, patrząc na mnie wesoło.
Co on tu robił? Jeszcze chwilę temu nawet nie zbierał się z biblioteki. Czyżby poszedł za mną?
– Ulewa mnie zaskoczyła. Bardzo dziękuję za parasol, ale poradzę sobie.
Zależało mi na tym, by okazać samodzielność. Nie chciałam, by którykolwiek z moich kolegów widział we mnie bezradną kobietkę. A zwłaszcza pan Einstein. Gdyby dostrzegł moją słabość, nie widziałby we mnie partnerki do badań, prawda?
– Po tym, jak poprawką moich obliczeń uratowała mnie pani przed niechybnym gniewem profesora Webera, minimum, co mogę zrobić, to odprowadzić panią do domu w tym deszczu. – Uśmiechnął się. – Skoro wygląda na to, że zapomniała pani parasola.
Chciałam zaprotestować, ale naprawdę potrzebowałam jego pomocy. Chodzenie po śliskim kamieniu mogło się okazać niebezpieczne. Pan Einstein położył dłoń na moim ramieniu i uniósł parasol wysoko nad moją głową. Jego gest był bardzo uprzejmy, choć dość śmiały. Czując jego dotyk na ramieniu, zdałam sobie sprawę, że jeśli nie liczyć ojca i kilku wujków, żaden dorosły mężczyzna nie był tak blisko mnie. Chociaż po bulwarze chodziły tłumy, a wszyscy byli ubrani w ciężkie warstwy szali i płaszczy, poczułam się dziwnie obnażona.
Po drodze pan Einstein wygłosił żarliwy monolog o teorii fal elektromagnetycznych Maxwella, wysuwając kilka dość ciekawych myśli na temat związku światła i promieniowania z materią. Wtrąciłam parę komentarzy, na które pan Einstein zareagował z zainteresowaniem, ale głównie milczałam, wsłuchując się w jego niepowstrzymaną gadaninę i próbując ocenić jego intelekt oraz osobowość.
Dotarliśmy do pensjonatu Engelbrechtów, a on odprowadził mnie po schodach pod same drzwi. Poczułam ulgę.
– Raz jeszcze bardzo panu dziękuję. Pana uprzejmość nie była konieczna, tym bardziej ją doceniam.
– Cała przyjemność po mojej stronie, panno Marić. Zobaczymy się jutro na zajęciach – odparł na odchodnym.
Z uchylonego okna salonu dobiegł nas fałszywie grany utwór Vivaldiego. Pan Einstein odwrócił się i zajrzał przez okno do sali, w której dziewczęta zebrały się na spontaniczny koncert.
– Na Boga, cóż za wesoła gromadka! – zawołał. – Żałuję, że nie zabrałem skrzypiec, Vivaldi zawsze lepiej brzmi przy akompaniamencie smyczków. Czy pani gra, panno Marić?
Jego skrzypce? Cóż za zarozumiałość. To były moje przyjaciółki i moja świątynia, do której bynajmniej go nie zapraszałam.
– Tak. Gram na tamburicy i na fortepianie. I śpiewam. Ale to bez znaczenia, bo państwo Engelbrechtowie są bardzo surowi, jeśli chodzi o wizyty mężczyzn.
– Mógłbym przyjść nie jako adorator, lecz jako kolega z uczelni i muzyk – zaproponował. – Czy to by ich przekonało?
Zarumieniłam się. Jak mogłam zasugerować, że miałby być moim adoratorem?
– Być może, panie Einstein. Musiałabym zapytać. – Miałam nadzieję, że uzna moje wahanie za uprzejmą odmowę.
Pokręcił głową z podziwem.
– Zaskoczyła mnie pani dzisiaj, panno Marić. Jest pani nie tylko znakomitą matematyczką i fizyczką. Wygląda na to, że jest pani też należącą do bohemy artystką.
Jego uśmiech był zaraźliwy. Musiałam go odwzajemnić. Wydał się zaskoczony.
– Wydaje mi się, że po raz pierwszy widzę na pani twarzy uśmiech. Jest ujmujący. Chciałbym skraść więcej takich uśmiechów z pani poważnej twarzy.
Zawstydzona tym komentarzem i niepewna, co odpowiedzieć, odwróciłam się i weszłam do pensjonatu.
* Biblia Tysiąclecia, Prz 29, 15.Rozdział 4
24 kwietnia 1897
Dolina rzeki Sihl, Szwajcaria
Po raz pierwszy, odkąd wysiadłyśmy z pociągu z Zurychu i ruszyłyśmy ku dolinie rzeki Sihl, nasza grupa umilkła. Wokół zapadła cisza, jakbyśmy wchodziły do katedry. W pewnym sensie pradawne puszcze, takie jak Sihlwald, tym właśnie były. Otaczały nas stare, wysokie drzewa, a kroczyłyśmy po ciałach ich martwych towarzyszy. Dywan z mchu tłumił dźwięk naszych kroków, przez co kumkanie żab, stukanie dzięciołów i ptasie trele wydawały się jeszcze głośniejsze. Czułam się tak, jakbym wkroczyła w prehistoryczną dzicz z jednej z ukochanych bajek z dzieciństwa. Milczenie Milany, Ružicy i Helene dowodziło, że i one czują ten sam podziw.
– Fagus sylvatica – wyszeptała Helene, wytrącając mnie z zamyślenia. Nie rozumiałam znaczenia tej łacińsko brzmiącej frazy, co było o tyle dziwne, że mówiłam, lub chociaż czytałam, po niemiecku, francusku, serbsku i łacinie, znałam więc o dwa języki więcej od niej. Zastanawiałam się, czy mówi do mnie, czy tylko do siebie.
– Słucham?
– To gatunek i rząd tego konkretnego drzewa bukowego. Chodziliśmy z ojcem na długie spacery do lasu nieopodal naszego domu w Wiedniu. Bardzo kochał łacińskie nazwy drzew. – Obróciła w palcach liść buku.
– Nazwa jest równie piękna co samo drzewo.
– Tak. Zawsze bardzo mi się podobało. Jest niemalże poetyckie. Fagus sylvatica może przeżyć niemal trzysta lat, a jeśli ma wystarczająco dużo miejsca, jest w stanie osiągnąć trzydzieści metrów wzrostu. Gdy jednak drzewa są zbyt blisko siebie, ich wzrost zostaje wstrzymany – powiedziała z tajemniczym uśmiechem.
Zrozumiałam, co kryło się w jej słowach – w pewnym sensie i my byłyśmy jak Fagus sylvatica. Odwzajemniłam uśmiech.
Zerknęłam na drogę przed nami. Obawiałam się o swoją równowagę, choć jak dotąd udało mi się nie potknąć ani razu. Tak mocno skupiłam się na powierzchni, po której stąpałam, że wpadłam na Milanę, która zatrzymała się nagle. Kiedy zerknęłam jej przez ramię, zrozumiałam dlaczego.
Osiągnęłyśmy Albishorn, szczyt zalesionego wzgórza, skąd rozciągał się legendarny widok. Naszym oczom ukazał się żywy błękit Jeziora Zuryskiego, rzeka Sihl na tle gór o białych wierzchołkach i nakrapiane domkami zielone wzgórza. Kolor szwajcarskich wód był nieskończenie żywszy od tego, jaki przybierał błotnisty Dunaj mojej młodości. Zachwyty nad Albishornem były zasłużone, zwłaszcza kiedy powietrze wypełniał cudowny zapach wiecznie zielonych górskich drzew.
Czułam się tak, jakbym narodziła się na nowo.
Odetchnęłam głęboko świeżym powietrzem. Udało mi się. Nie byłam pewna, czy zdołam się tutaj wspiąć. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie zrobiłam. Dopiero kiedy dziewczęta zaczęły błagać, bym do nich dołączyła – a Helene opowiedziała, że udało jej się pokonać trasę przez Sihlwald mimo kalectwa – zgodziłam się na tę wycieczkę. Helene nie pozwoliła mi na żadne wymówki. Chociaż kulała, odkąd w dzieciństwie zachorowała na gruźlicę, a nie z powodu wrodzonej wady biodra, jej chód był podobny do mojego. Jak mogłam twierdzić, że moje kalectwo nie pozwala mi spróbować?
Nauczyłam się o sobie czegoś nowego. Problem z moimi nogami nie rzucał się tak bardzo w oczy na nierównym terenie. Moje kalectwo było wyraźniejsze na prostej drodze. Umiałam wspinać się równie dobrze jak pozostałe dziewczęta. Poczułam się wolna.
Zerknęłam na Helene, a ona uśmiechnęła się do mnie. Zastanawiałam się, czy podobne wątpliwości i podobne odkrycia towarzyszyły jej na tym samym szlaku, choć wiedziałam, że już w młodości wspinała się z ojcem. Kiedy odwzajemniłam jej uśmiech, chwyciła moją dłoń i ścisnęła ją lekko. Puściła ją dopiero wtedy, kiedy weszła na szczyt wzgórza Albishorn i jej oczom ukazał się najlepszy z możliwych widoków.
Kiedy wróciłyśmy do pensjonatu Engelbrechtów, słońce już zachodziło. Przedpokój zdawał się zagracony i ponury w porównaniu z prostym, jasnym pięknem dziczy. Nie wspominając już o tym, że pachniał mdłą pleśnią, niezależnie od tego, jak dokładnie czyściła go pani Engelbrecht. Pokojówka pomogła nam pozbyć się bagaży i zdjąć pogniecione płaszcze, a my chichotałyśmy z wysiłku.
– Ciekawie wyglądacie, dziewczęta! – zawołała pani Engelbrecht, wchodząc do przedpokoju. Zamieszanie przyciągnęło jej uwagę i chociaż zazwyczaj lubiła porządek i spokój, tym razem nie mogła powstrzymać śmiechu.
– Cóż to był za dzień, pani Engelbrecht! – zawołała melodyjnie Ružica.
– Czy piękno Sihlwaldu wciąż zapiera dech w piersiach?
– O tak! – Milana odpowiedziała w imieniu nas wszystkich.
Pani Engelbrecht spojrzała na mnie.
– A czy pani, panno Marić, spodobał się nasz klejnot?
Jeszcze przed naszą wycieczką zachwycała się Sihlwaldem, wspominając spacery, na jakie chodzili tam z panem Engelbrechtem na początku ich małżeństwa.
Mnie opis tego przeżycia nie przychodził z łatwością, to było coś więcej niż zwykła wycieczka.
– Było tak bardzo... – wydukałam.
– Tak bardzo...? – spytała wyczekująco pani Engelbrecht.
– Panna Marić była zachwycona. – Helene przyszła mi na ratunek. – Sihlwald wprost odebrał jej mowę!
Milana i Ružica roześmiały się, a pani Engelbrecht obdarzyła nas kolejnym uśmiechem.
– Miło mi to słyszeć – powiedziała, po czym wskazała na ścienny zegar, lustrując nas od stóp do głów. – Może chciałybyście odświeżyć się przed kolacją? Podajemy za kwadrans, a podróż przez Jezioro Zuryskie przy wietrznej pogodzie wzburzyła wasze fryzury. Unordentliches Haar – podkreśliła niestosowność naszego wyglądu.
Chociaż poza murami pensjonatu Engelbrecht byłyśmy znakomitymi studentkami, wewnątrz stawałyśmy się damami, od których oczekiwano elegancji o każdej porze. Dotknęłam swoich włosów. Rano starannie zaplotłam je w warkocze, potem spięłam w kok, licząc, że przetrwają wycieczkę i powrotną podróż przez jezioro, ale teraz czułam pod palcami niesforne kosmyki, które wymykały się z warkoczy i plątały w supły.
– Tak, pani Engelbrecht – Ružica odpowiedziała za nas wszystkie.
Kiedy szłyśmy na górę do naszych pokoi, na próżno starałam się rozsupłać szczególnie uparty kołtun. Gdy Milana i Ružica weszły do siebie, Helene sięgnęła ku mnie, żeby mi pomóc. Zatrzymałam się, by mogła wyciągnąć kosmyki z koka.
– Może pójdę z tobą do pokoju i spróbujemy rozplątać sobie włosy nawzajem? Inaczej chyba nie uda nam się dotrzeć na kolację za piętnaście minut.
– Oczywiście.
Otworzyłam drzwi i podniosłam ze stolika dwa grzebienie i kilka spinek. Usiadłyśmy na moim skrzypiącym łóżku, a Helene zaczęła bolesny proces rozplątywania włosów. Często odwiedzałyśmy się w pokojach, ale po raz pierwszy układałyśmy sobie nawzajem włosy – w odróżnieniu od Ružicy i Milany, którym zdarzało się to często.
– Ała! – jęknęłam.
– Przepraszam. Z tym ptasim gniazdem może poradzić sobie tylko porządny grzebień. Za kilka minut będziesz się mogła zemścić.
Roześmiałam się.
– Dziękuję, że przekonałaś mnie do wycieczki, Helene.
– Cieszę się, że pojechałaś. Czyż nie było wspaniale?
– Było. Las i widoki okazały się naprawdę przepiękne. Nie sądziłam, że zdołam wspiąć się tak wysoko.
– Milevo, przecież zdołałabyś dojść o wiele dalej.
– Wiesz, martwiłam się, że będę spowalniać grupę. Przez moją nogę.
– Jak na niezwykle zdolną dziewczynę, która odnosi wiele sukcesów w nauce, masz bardzo niskie poczucie własnej wartości. Dzisiaj doskonale sobie poradziłaś, nie masz już więc żadnej wymówki, by nie uczestniczyć w naszych wycieczkach – powiedziała Helene.
Odkąd się poznałyśmy, nurtowało mnie to pytanie:
– Zdajesz się w ogóle nie przejmować swoimi nogami. Czy nigdy nie martwisz się, jak widzą cię inni?
Helene zmarszczyła ciemne brwi.
– Dlaczego miałabym się tym martwić? To oczywiście męczące, czasami tracę równowagę i nie jestem najszybsza, ale czemu miałoby mieć wpływ na to, jak postrzegają mnie inni?
– Cóż... W Serbii kulawa kobieta jest uznawana za niezdatną do małżeństwa.
Helene zamarła.
– Żartujesz.
– Nie.
Odłożyła grzebień na łóżko, spojrzała mi prosto w oczy i sięgnęła po moją dłoń.
– Nie jesteś już w Serbii, Milevo. Jesteś w Szwajcarii, najnowocześniejszym kraju w Europie. W miejscu, które nigdy nie poddałoby się tak śmiesznym, przestarzałym zwyczajom. Nawet w mojej ojczyźnie, która w porównaniu z Zurychem wydaje się zaściankiem, podobne pomysły nigdy nie byłyby zaakceptowane.
Powoli pokiwałam głową. Wiedziałam, że ma rację. A jednak poczucie, że nie jestem godna małżeństwa, tkwiło w mojej głowie od tak dawna, że stało się już niemal częścią mnie.
Wszystko zaczęło się od podsłuchania pewnej rozmowy. Miałam siedem lat i w chłodny listopadowy wieczór niecierpliwie czekałam na powrót taty do domu. Miałam dla niego niespodziankę. Chciałam sprawić mu przyjemność.
Znudzona chodzeniem w kółko po salonie chwyciłam książkę z półki i rozsiadłam się w fotelu papy. Podciągnęłam nogi i zwinęłam się wokół oprawionego w skórę, okutego złotem tomiszcza, którego okładka kryła ośle uszy zniszczonych kartek. Chociaż w naszej domowej bibliotece znajdowało się mnóstwo książek – papa uważał, że każdy ma obowiązek się uczyć, nawet jeśli, tak jak on, nie miał szansy na formalną edukację – wciąż wracałam do baśni i legend. Historie te były dla mnie już nieco zbyt proste, ale ta książka zawierała moją ulubioną bajkę Mała śpiewającażabka.
Byłam w połowie historii o parze, która modliła się o dziecko, lecz zamiast dziewczynki dostała córeczkę żabę. Rodzice tak bardzo wstydzili się jej odmienności, że postanowili ją ukryć. Ledwie dotarłam do swojej ulubionej sceny, w której książę słyszy śpiew żabki i zakochuje się w niej mimo jej wyglądu, wybuchnęłam gromkim śmiechem. Papa zaczaił się, wszedł do pokoju i zaczął mnie łaskotać. Przytuliłam go mocno, po czym chwyciłam za ręce i podekscytowana pociągnęłam przez pokój. Chciałam pokazać mu pochylnie, które zbudowałam, opierając się na szkicach stworzonych dzisiaj w szkole. „Papo, papo, chodź zobaczyć!”, wołałam. Pobiegłam slalomem pomiędzy dekoracyjnymi meblami z zielonego aksamitu i orzechowego drewna do jedynego pustego kąta salonu. Postanowiłam zademonstrować eksperyment, który przeprowadziłam na podstawie naszej wcześniejszej rozmowy o sir Izaaku Newtonie. Często zresztą mówiliśmy o nim przy kolacji i podobało mi się jego przekonanie, że wszystko na świecie, od jabłek aż po planety, podlega tym samym niezmiennym prawom. Prawom nie spisanym przez ludzi, ale zawierającym się w samej naturze. Wierzyłam, że w prawach tych odnajdę Boga.
Rozmawialiśmy z tatą o pismach Newtona mówiących o sile poruszających się obiektów i o zmiennych, które na nie wpływały – mówiąc prościej: o tym, czemu przedmioty poruszają się w taki, a nie inny sposób. Newton intrygował mnie, ponieważ liczyłam, że pomoże mi zrozumieć, czemu moja noga szura po ziemi, podczas gdy stopy innych dzieci bez trudu odrywają się od podłoża.
Na pomysł wpadłam podczas jednej z takich rozmów. Postanowiłam przeprowadzić doświadczenie, by zbadać, w jaki sposób wzrost masy wpływa na siłę poruszających się przedmiotów. Używając opierających się o półki desek, mogłam stworzyć równie o różnym nachyleniu, a następnie spuścić po nich kamienie różnej wielkości. To dałoby mi wystarczającą ilość danych, by przedyskutować sprawę z tatą. Po szkole wybłagałam od naszego gospodarza Jurgena cztery deski, a następnie ostrożnie oparłam każdą z nich o stertę złożoną z pięciu książek. Po tym, jak przez godzinę ustawiałam je tak, by mieć absolutną pewność, że ich nachylenie jest identyczne, uznałam, że możemy przeprowadzić eksperyment.
– Chodź, papo – poprosiłam, podając mu kamień nieco większy od tego, który sama trzymałam w dłoni. – Sprawdzimy, jak wielkość kamieni wpływa na ich ruch i prędkość!
Uśmiechając się, tata rozczochrał mi włosy.
– Dobrze, mój mały łobuzie. Przeprowadzimy eksperyment Izaaka Newtona. Czy masz przygotowaną kartkę?
– Tak – odparłam i uklęknęliśmy na podłodze.
Papa ułożył swój kamyk na równi. Upewniwszy się, że zrobiłam to samo, zawołał:
– Już!
Przez kolejny kwadrans turlaliśmy kamienie po deskach i zbieraliśmy dane. Minuty mijały jak we mgle. W tym momencie czułam się najszczęśliwsza na świecie. Papa naprawdę dobrze mnie rozumiał. On jedyny.
Przerwała nam nasza gospodyni Danijela:
– Panie Marić, panienko Milevo, podano kolację.
Pieprzny, mięsny zapach mojej ulubionej pljeskavicy unosił się w powietrzu, ale i tak czułam się rozczarowana. Podczas kolacji musiałam się tatą dzielić. Owszem, to my dominowaliśmy w rozmowie – mama odzywała się rzadko, ale jej obecność hamowała mój entuzjazm i jego otwartość. Mama miała wobec mnie całe mnóstwo oczekiwań, lecz żadne z nich nie miało nic wspólnego z nauką. „Czemu nie jesteś taka jak inne dziewczynki?”, pytała mnie często. Czasem wymieniała imię konkretnego dziecka z Rumy, w miasteczku było wiele zwykłych dziewczynek, do wyboru. Nigdy nie wypowiadała imienia mojej zmarłej siostry, ale wiedziałam, że ono wciąż jest w jej myślach. Czemu nie jestem taka, jaka mogłaby stać się kiedyś Milica?
W ciemności mojej sypialni, w ciszy, która zapadała, gdy wszyscy już spali, często się zastanawiałam, czy podejmuję właściwą decyzję, starając się robić przyjemność tacie, a nie mamie. Nie umiałam zadowolić obojga. Choć ich wizje mojej przyszłości nie mogłyby się bardziej różnić, tata nie tolerował żadnej krytyki wobec mamy, nieważne jak zawoalowanej. Bronił jej oczekiwań jako właściwych matce chcącej chronić swoją córkę. Wiedziałam, że ma rację. Mama kochała mnie i chciała dla mnie jak najlepiej, chociaż jej wizja tego, co najlepsze, nijak nie zgadzała się z moją.
Kolacja skończyła się po krótkiej rozmowie o Newtonie. Zostałam odesłana sama do salonu. Między mamą a tatą coś było nie tak: coś niewypowiedzianego, lecz wyraźnie wyczuwalnego. Mama nigdy otwarcie nie kłóciła się z ojcem, zwłaszcza w mojej obecności, jednak jej zachowanie – wyjątkowo lapidarna modlitwa, bezceremonialne stawianie talerzy, niezadawanie pytań o wrażenia z posiłku – wskazywało, że jest rozgniewana. Żeby zająć sobie czas przed powrotem taty, przejrzałam dane, które zebraliśmy, i przygotowałam się do drugiego eksperymentu mającego sprawdzić inne prawo Newtona. Chcąc zmierzyć wpływ tarcia na ruch identycznych kamieni, poprosiłam Jurgena o przygotowanie trzech drewnianych desek o różnych stopniach chropowatości.
Przypomniałam sobie, co powiedział papa, kiedy zaproponowałam ten eksperyment:
– Mitzo, jesteś jak obiekty w jednym z badań Newtona. Niestrudzenie zachowujesz tę samą prędkość na drodze przez życie, póki nie zadziała na ciebie zewnętrzna siła. Mam nadzieję, że nigdy żadna cię nie spowolni.
Tata był zabawny.
Gdy budowałam pochylnie z desek, gdzieś na skraju mojej świadomości rozbrzmiewały głosy. Pomyślałam, że to pewnie pokojówki znów narzekają i kłócą się, jak co noc po kolacji, kiedy miały przed sobą najwięcej sprzątania. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze. Co się stało? Danijela i Andrijana nigdy wcześniej nie zachowywały się tak głośno ani tak niegrzecznie. A mamie w kuchni nigdy nie puszczały nerwy. Mówiła niedużo, lecz zdecydowanie. Zaciekawiona, wytężyłam słuch, ale nie rozumiałam, o czym mowa.
Chciałam wiedzieć, co się dzieje. Zamiast jednak podejść do kuchni z salonu, zakradłam się korytarzem dla służby. Tu podłoga była z gorszego drewna, a na ścianach nie wisiały obrazki. W tej części domu, którą my zamieszkiwaliśmy, podłogi były wypolerowane na błysk i przykryte tureckimi dywanami, wszędzie wokół wisiały martwe natury z owocami i portrety nieznanych nam ludzi. Papa zawsze powtarzał, że chciał, by nasz dom dorównywał domom w słynnym mieście Berlinie.
Nikt się mnie tu nie spodziewał. Próbując skradać się cicho – co nie było łatwe w moich ciężkich buciorach – zrozumiałam, że to nie są głosy Danijeli i Adrijany. To były głosy mamy i taty.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, jak się kłócą. Mama była łagodna i posłuszna wszędzie poza kuchnią – a nawet tam pozostawała spokojna i niewzruszona – i w obecności papy prawie nic nie mówiła. Skoro podniosła głos, musiało stać się coś strasznego.
Kiedy podeszłam do drzwi, usłyszałam swoje imię.
– Milošu, nie karm dziecka fałszywą nadzieją. Ma dopiero siedem lat. Spędzasz z nią za dużo czasu, niepotrzebnie zachęcasz do lektury – mówiła mama. – To delikatna dziewczynka, która potrzebuje naszej opieki. Musimy przygotować ją na jej prawdziwą przyszłość. Tutaj, w domu.
– Moja wiara w Mitzę nie jest bezpodstawna. I nie uważam, że spędzam z nią za dużo czasu, jeśli już, to spędzam go za mało. Czy mam ci powtórzyć, co powiedziała dziś pani Stanojević o inteligencji Mitzy? O tym, jak doskonale radzi sobie z matematyką? Jak chwyta w lot obce języki? Czy mam powtórzyć, co podejrzewałem od dawna? – Głos ojca był stanowczy.
O dziwo jednak mama nie ustąpiła.
– Milošu, to dziewczynka. Co dobrego przyjdzie z tego, że nauczy się niemieckiego i matematyki? Co jej dadzą eksperymenty naukowe? Jej miejsce jest w domu. A domem Mitzy będzie ten dom, z jej nogą małżeństwo i dzieci są dla niej nieosiągalne. Poza tym takie jest prawo, dziewczynkom nie wolno nawet chodzić do liceum.
– Może to prawda, gdy mowa o zwykłych dziewczynkach. Ale Mitza jest inna.
– Co to znaczy „inna”?
– Wiesz, o co mi chodzi.
Mama milczała. Przez chwilę myślałam, że się poddała, ale po chwili odezwała się znowu.
– Chodzi ci o to, że jest zdeformowana? – Mama niemal wypluła ostatnie słowo.
Wzdrygnęłam się. Czy mama właśnie nazwała moją nogę „deformacją”? Zawsze powtarzała mi, że jestem piękna, że moje kalectwo jest ledwie widoczne. Że nikt nie zwraca uwagi na moje nierówne nogi i biodra. Zawsze wiedziałam, że to nie do końca prawda – nie mogłam nie zauważyć ciągłych zaciekawionych spojrzeń i żartów kolegów z klasy – ale... „deformacja”?
W głosie ojca rozbrzmiewała wściekłość.
– Jak możesz tak o niej mówić! Jeśli już, to jej kalectwo jest darem. Skoro nikt nie zechce wziąć ją za żonę, będzie mogła podążać drogą, jaką wyznaczył jej Bóg, obdarzając ją takim intelektem. Jej kalectwo to znak, że jej przeznaczeniem jest coś znacznie większego, lepszego niż zwykłe małżeństwo.
– Znak? Dar od Boga? Milošu, Bóg chciałby, żebyśmy otoczyli ją opieką w tym domu. Jej oczekiwania powinny być realistyczne, inaczej narazimy ją na rozczarowania. – Mama przerwała, a tata odezwał się dopiero po chwili milczenia.
– Chcę, żeby Mitza była silna. Chcę, żeby potrafiła stanąć przed klipani*, którzy wyśmiewają się z jej nogi, z przekonaniem, że Bóg dał jej coś wyjątkowego: inteligencję.
Wydało mi się, że po raz pierwszy widzę siebie oczami swoich rodziców. Mama i tata postrzegali mnie tak samo jak rodzice dziewczynki w bajce Mała, śpiewająca żabka. Powtarzali, że jestem mądra, ale wyczuwałam głównie ich wstyd. Chcieli ukryć mnie przed światem: w szkole albo w domu. Byli absolutnie przekonani, że nie mogę liczyć na małżeństwo, coś, do czego aspirować mogły nawet najzwyczajniejsze wiejskie dziewczęta.
Mama nie odpowiedziała. Jej milczenie oznaczało, że wróciła do uległości. Papa tym razem mówił spokojniej.
– Zapewnimy jej edukację, na jaką zasłużył jej wyjątkowy umysł. Nauczę ją żelaznej siły woli i dyscypliny umysłu. To będzie jej zbroja.
Żelazna siła woli? Dyscyplina umysłu? Zbroja? Tak miała wyglądać moja przyszłość?
Bez męża. Bez własnego domu. Bez dzieci. Gdzie się podziało szczęśliwe zakończenie bajki, w którym książę widzi piękno pod powierzchnią i czyni z żaby księżniczkę, strojąc ją w złote suknie błyszczące jak słońce? Czy nie było moim przeznaczeniem? Czy nie zasługiwałam na własnego księcia mimo swojej brzydoty?
Wybiegłam z domu, nie próbując ukrywać, jak niezgrabnie kuleję. Na co by się to zdało? Mama i tata przedstawili sprawę jasno: to moje kalectwo decydowało, kim jestem.
Umilkłam, wspominając przeszłość. Helene puściła moją dłoń i chwyciła mnie za ramiona.
– Widzisz to dziś, Milevo? Rozumiesz już, że twoje kalectwo nie czyni cię niezdatną do małżeństwa? Że w żaden sposób cię nie ogranicza? Że nie powinnaś się przejmować przestarzałymi uprzedzeniami?
Kiedy patrzyłam w jasne, szaroniebieskie oczy Helene i słyszałam przekonanie w jej głosie, nie mogłam się z nią nie zgodzić. Po raz pierwszy w życiu uwierzyłam, że może moje kalectwo naprawdę nie ma znaczenia. Dla mnie, dla tego, kim mogłam się stać.
