Pani Dulska przed sądem - Gabriela Zapolska - ebook

Pani Dulska przed sądem ebook

Gabriela Zapolska

0,0
3,49 zł

lub
Opis

Pani Dulska przed sądem” to nowela autorstwa Gabrieli Zapolskiej, jednej z najwybitniejszych przedstawicielek polskiego naturalizmu.

Ta nowela jest kontynuacja sławnej „Moralności Pani Dulskiej”. Poznajemy bliżej Matyldę Sztrumpf, kokotę, której pani Dulska wynajmuje mieszkanie na pierwszym piętrze. Dzięki przebiegłości gospodyni lokatorka opłaca stróża dla całej kamienicy i w odróżnieniu od innych płaci czynsz z góry za cały kwartał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 33




Gabriela Zapolska

Wydawnictwo Avia Artis

2020

ISBN: 978-83-8226-002-1
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

I

Pani Dulska dla całego domu „narządziła“ świeżą bieliznę.

 I to we wtorek, wbrew zwyczajowi. W domu Dulskich bowiem zmieniano bieliznę w niedziele i czwartki, poszewki i prześcieradła — co dni piętnaście.

 O tem mówiła Pani Dulska z pychą źle ukrytą:  — Są takie panie, które co miesiąc nawłóczą pościel i potem zdaje się im, że u nich porządnie... Ja wolę oszczędzić na jedzeniu, a mydła nie żałować. Już taka moja natura! Insza nie będę!  Toczyła dokoła wzrokiem groźnym, mówiąc te słowa. Barchanowy granatowy szlafrok w duże szare talary opadał w szerokich fałdach, wznosząc się wszakże na biodrach. Charakterystyczny węzełek włosów sterczał na czubku głowy. Cała postać zionęła dobrem odżywianiem się i gniewem. Ręce były stale zabrudzone na końcach palców. Pani Dulska nie miała czasu nigdy wyszorować ich do czysta. Przytem grzebała ciągle w piecach, w cukrze, czyściła grzebienie, krajała mięso, uczyła kucharkę, jak się paproszy zające, oddzielała białka, przygotowywała dla Meli proszki i pomadę do włosów, ugładzała sól w solniczkach, próbowała śmietanę, liczyła brudy, — słowem, palce jej ciągle przylepiały się do czegoś, zabierały coś na siebie, jak te pracowite pszczółki, fruwające wśród kwiatów.  — Insza nie będę! — powtórzyła pani Dulska, czekając na opozycyę. Lecz tej nie było. Zbyszko ulotnił się. Mela i Hesia siedziały w swoim pokoju, Felicyan palił cygaro w przedpokoju, bo mu tam było najwygodniej.  Pani Dulska zatem mówiła w próżnię.  Otworzyła szafę i „ładowała“ dalej bieliznę dla całego domu, Zwłaszcza starannie wybierała bieliznę Felicyana i swoję.  — To my staniemy jutro przed sądem!... trzeba, ażeby wszystko było, jak należy!  Na to wspomnienie panią Dulską oblały ponsy. Pokiwała głową.  — Przed sądem!... Do tego doszło!  A wszystkiemu winien — kto? naturalnie Zbyszko.  Żeby nie on, kokocica z pierwszego piętra nigdy nie byłaby się rozzuchwaliła. Sprowadzając się, miała najwyraźniej zapowiedziane, że wynajmuje się jej mieszkanie, ale pod warunkiem, że będzie sza! ani mru, mru, łagodnie, cicho, jak Pan Bóg przykazał. Przystała na wszystkie warunki, dostała klucz, zgodziła się płacić stróżowi cztery guldeny na ręce pani Dulskiej i wprowadzać swoich gości kuchennemi schodami i na palcach. Zwłaszcza co do stróża pani Dulska była bardzo rada, bo to uwalniało panią Dulską od płacenia mu pensyi, jako stróżowi kamienicy. I wszystko było w porządku. Kokocica spała cały dzień, nie miała sługi, plotek nie było. Posługiwał tylko jakiś stary żyd, który przemykał się, jak cień, po ganku, nosząc rano czekoladę w podwójnych porcyach z poblizkiej cukierni. Zresztą — okna, wychodzące na ulicę i na ganek, szczelnie pozasłaniane storami koronkowemi, pozaciągane różowym i żółtym jedwabiem. Czasem tylko na balustradzie ganku od dziedzińca żyd w szarej kurtce, nucąc coś cichutko, rozwieszał śliczne szlafroki, jak z puchu, z rękawami długiemi, wiewającemi, jak chorągwie błękitne, oszyte koronką. Czasem zabłysła złota atłasowa kołdra, opięta wspaniałem, walansienkami strojnem prześcieradłem, zawieruszył się jasiek, jak cacko, ubrany w kokardki, na których plątały się długie, rudawe włosy kokotki. Z kuchni Dulskiej wypadała wtedy Hesia i, szeroko otworzywszy oczy, chłonęła w siebie widok tych cudów, ona, która znała tylko dessouskobiece z uczciwego płótna i oszyte dzierganemi ząbkami lub „tiulikiem“ haczkowanym z krętej bawełny. Na twarz dziewczyny wybiegały wypieki. Wpatrzona w balustradę ganku, zdawała się wciągać w ruchome nozdrza woń perfum zmieszanych, któremi kokotka cała była przesycona i przesycała wszystko, co dotykało jej ciała.

 Milczące, ciekawe, przejęte tym widokiem dziecko Dulskiej tonęło myślą, żądzą, pragnieniem — w tanim przepychu warsztatu rozpusty.  Żyd delikatnie, z jakiemś nabożeństwem obchodził się z temi wykwintami, dmuchał na nie, roztrzepywał, przypatrywał się z lubością i zachwytem. Lecz gdy spotkał się ze wzrokiem Hesi, przybierał obojętną minę, i rybie jego oczy powlekało jakby bielmo głupoty. Zbierał szlafroki i pościel i znikał w głębi domu.  Raz jeden Hesia dostrzegła tylko, jak przez otwarte drzwi kuchni wypadła kokocica w przepysznej, blado-zielonej halce, naszytej od bioder koronkami, we włóczkowej chustce na ramionach i z rozrzuconą masą włosów. Mignęły plecy rozpustne i twarz „grającego anioła“ z bazyliki Piotrowej. Porwała szlafrok i znikła.  Tej nocy Hesia długo nie spała.  Lecz o tem nie wiedziała pani Dulska.  I nie przeczuwała.

----------

 Pani Dulska była spokojna i kontenta, że tak dobrze ma wynajęte pierwsze piętro.  Młode małżeństwo, więc o bożym świecie nie wie, a potem jest znowu dobrze i pobłażliwie usposobione, — i panna Matylda Sztrumpf — prywatyzująca.  Co komu do tego?  Prywatyzująca.  I tyle!