Pan Tadeusz - Adam Mickiewicz - ebook + audiobook

14 osób właśnie czyta

Opis

"Pan Tadeusz, czyli Ostatni zajazd na Litwie" to poemat epicki Adama Mickiewicza. Jest to epopeja narodowa z elementami gawędy szlacheckiej, która powstała w latach 1832–1834 w Paryżu. Składa się z dwunastu ksiąg pisanych wierszem, trzynastozgłoskowym aleksandrynem polskim. Czas akcji: pięć dni z roku 1811 i dwa dni z roku 1812. Epopeja jest stałą pozycją na polskiej liście lektur szkolnych. W 2012 była publicznie odczytywana w akcji społecznej propagującej znajomość literatury polskiej, Narodowe Czytanie "Pana Tadeusza".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 24 min

Lektor: Grzegorz Młudzik

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis

2018

PAN TADEUSZ

czyli

OSTATNI ZAJAZD NA LITWIE.

Historja szlachecka z r. 1811 i 1812,

WE DWUNASTU KSIĘGACH, WIERSZEM.

ISBN: 978-83-65922-26-7
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

KSIĘGA PIERWSZA - GOSPODARSTWO

TREŚĆ.

Powrot panicza — Spotkanie się piérwsze w pokoiku, drugie u stołu — Ważna Sędziego nauka o grzeczności — Podkomorzego uwagi polityczne nad modami — Początek sporu o Kusego i So- koła — Żale Wojskiego — Ostatni Woźny Trybunału — Rzut oka na ówczesny stan polityczny Litwy i Europy.

 Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całéj ozdobie Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie. Panno święta, co jasnéj bronisz Częstochowy I w Ostréj świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy

Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem! Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, (Gdy od płaczącéj matki, pod Twoję opiekę Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę; I zaraz mogłem pieszo, do Twych świątyń progu Iść za wrócone życie podziękować Bogu;) Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono. Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, Szeroko nad błękitnym Niemnem rosciągnionych; Do tych pól malowanych zbożem rozmaitém, Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem; Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, A wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą Zieloną, na niéj zrzadka ciche grusze siedzą. Sród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju, Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju, Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany; Świéciły się zdaleka pobielane ściany, Tém bielsze że odbite od ciemnéj zieleni

Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni. Dóm mieszkalny niewielki lecz zewsząd chędogi, I stodołę miał wielką i przy niéj trzy stogi Użątku, co pod strzechą zmieścić się niemoże; Widać że okolica obfita we zboże, I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów Świecą gęsto jak gwiazdy; widać z liczby pługów Orzących wcześnie łany ogromne ugoru Czarnoziemne, zapewne należne do dworu, Uprawne dobrze nakształt ogrodowych grządek: Że w tym domu dostatek mieszka i porządek. Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza, Że gościnna, i wszystkich w gościnę zaprasza. Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panekI obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek, Wysiadł s powozu; konie porzucone same, Szczypać trawę ciągnęły powoli pod bramę. We dworze pusto : bo drzwi od ganku zamknięto Zaszczepkami, i kołkiem zaszczepki przetknięto. Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać, Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać,

Dawno domu niewidział; bo w dalekiém mieście Kończył nauki, końca doczekał nareszcie. Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne Ogląda czule, jako swe znajome dawne. Też same widzi sprzęty, też same obicia, S któremi się zabawiać lubił od powicia; Lecz mniéj wielkie, mniéj piękne niż się dawniéj zdały. I też same portrety na ścianach wisiały. Tu Kościuszko w czamarce krakowskiéj, z oczyma Podniesionemi w niebo, miecz oburącz trzyma; Takim był gdy przysięgał na stopniach ołtarzów, Że tym mieczem wypędzi s Polski trzech mocarzów, Albo sam na nim padnie. Daléj w polskiéj szacie Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie, W ręku trzyma nóż ostrzem zwrócony do łona, A przed nim leży Fedon i żywot Katona. Daléj Jasiński młodzian piękny i posępny; Obok Korsak towarzysz jego nieodstępny Stoją na szańcach Pragi, na stosach moskali Siekąc wrogów a Praga już się w koło pali.  Nawet stary stojący zegar kurantowy W drewnianéj szafie poznał, u wniścia alkowy;

I z dziecinną radością pociągnął za sznurek, By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek. Biegał po całym domu i szukał komnaty Gdzie mieszkał dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty. Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice Po ścianach; w téj komnacie mieszkanie kobiéce? Któżby tu mieszkał? stary stryj niebył żonaty; A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty. To niebył ochmistrzyni pokój? Fortepiano? Na niém noty, i książki; wszystko porzucano Niedbale i bezładnie; nieporządek miły! Niestare były rączki co je tak rzuciły. Tuż i sukienka biała, świeżo s kołka zdjęta Do ubrania, na krzesła poręczu rospięta. A na oknach donice s pachnącemi ziołki, Gieranium, lewkonia, astry i fijołki. Podróżny stanął w jedném z okien — nowe dziwo: W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą Był maleńki ogródek ścieszkami porznięty, Pełen bukietów trawy angielskiéj i mięty. Drewniany drobny w cyfrę powiązany płotek

Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek. Grządki widać że były świeżo polewane;Tuż stało wody pełne naczynie blaszane, Ale nigdzie niewidać było ogrodniczki; Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki Świeżo trącone, blisko drzwi ślad widać nóżki Na piasku, bez trzewika była i pończoszki, Na piasku drobnym, suchym, białym nakształt śniegu; Ślad wyraźny lecz lekki, odgadniesz że w biegu Chybkim był zostawiony nóżkami drobnemi Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi. Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając, Wonnemi powiewami kwiatów oddychając, Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił, Oczyma ciekawemi po drożynach gonił, I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał, Myślał o nich i czyje były odgadywał. Przypadkiem oczy podniosł, i tuż na parkanie Stała młoda dziewczyna — białe jéj ubranie Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje, Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.

W takiém Litwinka tylko chodzić zwykła z rana, W takiém nigdy niebywa od męsczyzn widziana; Więc choć świadka niemiała, założyła ręce Na piersiach, przydawając zasłony sukience. Włos w pukle nierozwity, lecz w węzełki małe Pokręcony, schowany w drobne strączki białe, Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku Świecił się, jak korona na świętych obrasku. Twarzy niebyło widać, zwrócona na pole Szukała kogoś okiem, daleko, na dole; Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie, Jak biały ptak zleciała s parkanu na błonie, I wionęła ogrodem, przez płotki, przez kwiaty, I po desce opartéj o ścianę komnaty, Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca, Nagła, cicha i lekka, jak światłość miesiąca. Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła; W tém ujrzała młodzieńca i z rąk jéj wypadła Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła. Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą, Jak obłok gdy z jutrzenką napotka się ranną; Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,

Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie, Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie; Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jéj niebyło, Wyszedł zmieszany i czuł że serce mu biło Głośno, i sam niewiedział czy go miało śmieszyć To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć. Tymczasem na folwarku nieuszło baczności, Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości. Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano Jako w porządnym domu i obrok i siano: Bo Sędzia nigdy niechciał, według nowéj mody, Odsyłać konie gości żydom do gospody. Słudzy niewyszli witać, ale niemyśl wcale Aby w domu Sędziego służono niedbale; Słudzy czekają nim się Pan Wojski ubierze, Który teraz za domem urządzał wieczerzę. On Pana zastępuje i on w niebytności Pana, zwykł sam przyjmować i zabawiać gości; (Daleki krewny pański i przyjaciel domu). Widząc gościa na folwark dążył pokryjomu;

(Bo niemógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie,) Wdział więc jak mógł najprędzéj niedzielne ubranie Nagotowane z rana, bo od rana wiedział, Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział. Pan Wojski poznał zdala, ręce roskrzyżował I s krzykiem podróżnego sciskał i całował; Zaczęła się ta prętka, zmieszana rozmowa, W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań, Wykrzykników i westchnień i nowych powitań. Gdy się Pan Wojski dosyć napytał, nabadał, Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał. « Dobrze mój Tadeuszu, » (bo tak nazywano Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie mianoNa pamiątkę, że w czasie wojny się urodził,) « Dobrze mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele. Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele; Jest s czego wybrać; u nas towarzystwo liczne Od dni kilku zbiera się na sądy graniczne,

Dla skończenia dawnego s Panem Hrabią sporu, I Pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu ; Podkomorzy już zjechał z żoną i s córkami. Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami, A starzy i kobiety żniwo oglądają Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają. Pójdziemy jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy.» Pan Wojski s Tadeuszem idą pod las drogą I jeszcze się dowoli nagadać niemogą. Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło, Mniéj silnie ale szerzéj niż we dnie świeciło, Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze Na spoczynek powraca : już krąg promienisty Spuszcza się na wierzch boru, i już pomrok mglisty Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa, Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa ; I bór czernił się nakształt ogromnego gmachu, Słońce nad niém czerwone jak pożar na dachu; Wtém zapadło do głębi; jeszcze przez konary

Błysnęło, jako świeca przez okienic szpary, I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące We zbożach, i grabliska suwane po łące, Ucichły i stanęły: tak Pan Sędzia każe, U niego ze dniem kończą pracę gospodarze. « Pan świata wié jak długo pracować potrzeba; « Słońce Jego robotnik kiedy znidzie z nieba, « Czas i ziemianinowi ustępować s pola. » Tak zwykł mawiać Pan Sędzia; a Sędziego wola Była Ekonomowi poczciwemu świętą, Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły; Cieszą się z niezwyczajnéj ich lekkości woły. Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe, Wesoło lecz w porządku; naprzód dzieci małe Z dozorcą, potem Sędzia szedł s Podkomorzyną, Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną ; Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku; Panny szły przed młodzieżą o jakie pół króku, (Tak każe przyzwoitość) nikt tam nie rosprawiał O porządku, nikt męsczyzn i dam nie ustawiał,

A każdy mimowolnie porządku pilnował. Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował, I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu ; Tym ładem, mawiał, domy i narody słyną, Z jego upadkiem domy i narody giną. Więc do porządku wykli domowi i słudzy ; I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało, Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało. Krótkie były Sędziego s synowcem witania, Dał mu poważnie rękę do pocałowania I w skroń ucałowawszy uprzejmie pozdrowił; A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił, Widać było z łez, które wylotem kontusza Otarł prędko, jak kochał Pana Tadeusza. W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru I z łąk i s pastwisk razem wracało do dworu. Tu owiec trzoda becząc w ulice się tłoczy I wznosi chmurę pyłu ; daléj zwolna kroczy

Stado cielic tyrolskich z mosiężnemi dzwonki. Tam konie rżące lecą ze skoszonéj łąki; Wszystko bieży ku studni, któréj ramie z drzewa Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa. Sędzia choć utrudzony, chociaż w gronie gości, Nie chybił gospodarskiéj, ważnéj powinności, Udał się sam ku studni; najlepiéj z wieczora Gospodarz widzi w jakim stanie jest obora, Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy, Bo Sędzia wié że oko pańskie konia tuczy. Wojski z Woźnym Protazym ze świecami w sieni Stali i rozprawiali nieco poróżnieni, Bo w niebytność Wojskiego Woźny pokryjomu Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu, I ustawić co prędzéj w pośrodku zamczyska, Którego widne były pod lasem zwaliska. Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił, Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić, Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.

Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył, Dla czego urządzenie pańskie przeinaczył; We dworze żadna izba nie ma obszerności Dostatecznéj dla tylu, tak szanownych gości, W zamku sień wielka jeszcze dobrze zachowana, Sklepienie całe — wprawdzie pękła jedna ściana, Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi; Bliskość piwnic wygodna służącéj czeladzi. Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny, Że miał i taił inne ważniejsze przyczyny. O dwa tysiące kroków zamek stał za domem, Okazały budową, poważny ogromem, Dziedzictwo starożytnéj rodziny Horeszków; Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków. Dobra całe zniszczone sekwestrami rządu, Bezładnością opieki, wyrokami sądu, W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli, A resztę rozdzielono między wierzycieli. Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie; Lecz Hrabia sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,

Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki, Przyjechawszy z wojażu upodobał mury Tłumacząc, że gotyckiéj są architektury;Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tém, Że Architekt był majstrem z Wilna nie zaś Gotem. Dość że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu. Zaczęli proces w ziemstwie, potém w głównym sądzie, W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie; Wreszcie po wielu kosztach, i ukazach licznych, Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych. Słusznie Woźny powiadał że w zamkowéj sieni Zmieści się i palestra i goście proszeni. Sień wielka jak refektarz, z wypukłém sklepieniem Na filarach, podłoga wysłana kamieniem, Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi; Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte; Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte, I stoi wypisany każdy po imieniu; Herb Horeszków Półkozic jaśniał na sklepieniu.

 Goście weszli w porządku i stanęli kołem; Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem; Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży. Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie. Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie, Męsczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli, I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli. Pan Tadeusz choć młodzik, ale prawem gościa, Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa; Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało. Stryj nie raz na to miejsce i na drzwi poglądał, Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał. I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał, I z nim na miejscu pustém oczy swe osadzał. Dziwna rzecz! miejsca w koło są siedzeniem dziewic, Na które mógłby spojrzéć bez wstydu królewic, Wszystkie zacne zrodzone, każda młoda, ładna; Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna. To miejsce jest zagadką, młodź lubi zagadki;

Rostargniony, do swojéj nadobnéj sąsiadki Ledwo słów kilka wyrzekł do Podkomorzanki, Nie zmienia jéj talerzów, nie nalewa szklanki, I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne, S którychby wychowanie poznano stołeczne; To jedno puste miejsce nęci go i mami, Już niepuste, bo on je napełnił myślami. Po tém miejscu biegało domysłów tysiące, Jako po deszczu żabki po samotnéj łące; Śród nich jedna królóje postać, jak w pogodę Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę. Dano trzecią potrawę. W tém pan Podkomorzy, Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży, A młodszéj przysunąwszy s talerzem ogórki, Rzekł : « Muszę ja wam służyć, moje panny córki, Choć stary i niezgrabny. » Zatem się rzuciło Kilku młodych od stołu i pannom służyło. Sędzia z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza I poprawiwszy nieco wylotów kontusza, Nalał węgrzyna i rzekł: « Dziś nowym zwyczajem, My na naukę młodzież do stolicy dajem,

I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki Mają od starych więcéj książkowéj nauki, Ale co dzień postrzegam jak młodź cierpi na tém, Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem; Dawniéj na dwory pańskie jachał szlachcic młody, Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana, (Mówiąc Podkomorzemu ścisnął za kolana); On mnie radą do usług publicznych sposobił, Z opieki nie wypuścił aż człowiekiem zrobił. W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga, Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga. Jeżlim tyle na jego nie korzystał dworze Jak drudzy, i wróciwszy w domu ziemię orzę, Gdy inni więcéj godni Wojewody względów Doszli potém najwyższych krajowych urzędów, Przynajmniéj tom skorzystał, że mi w moim domu Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu, W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało, Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą. Niełatwą, bo nie na tém kończy się, jak nogą Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;

Bo taka grzeczność modna, zda mi się kupiecka Ale nie staropolska, ani też szlachecka. Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna; Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna, I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i Pana Dla sług swoich, a w każdéj jest pewna odmiana. Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić I każdemu powinną uczciwość wyrządzić. I starzy się uczyli; u Panów rozmowa, Była to historja żyjąca krajowa, A między szlachtą dzieje domowe powiatu: Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu, Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą; Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą. Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi? S kim on żył, co porabiał? każdy gdzie chce wchodzi, Byle nie szpieg rządowy, i byle nie w nędzy. Jak ów Wespazjanus nie wąchał pieniędzy, I nie chciał wiedziéć skąd są, z jakich rąk i krajów; Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów! Dość że ważny i że się stępel na nim widzi, Więc szanują przyjaciół jak pieniądze żydzi. »

 To mówiąc, Sędzia gości obejrzał porządkiem; Bo choć zawsze i płynnie mówił i z rozsądkiem, Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza, Że ją nudzi rzecz długa choć najwymowniejsza. Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiém; Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem, Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał, Ale częstém skinieniem głowy potakiwał. Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał; Więc Sędzia jego puhar i swój kielich nalał, I daléj mówił : « Grzeczność nie jest rzeczą małą: Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało, Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje, Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje : Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali, Musim kogoś posadzić na przeciwnéj szali. Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnéj Grzeczność, ktorą powinna młodź dla płci nadobnéj; Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty, Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty. Stąd droga do affektów i stąd się kojarzy Wspaniały domów sojusz — tak myślili starzy.

A zatém » — Tu Pan Sędzia nagłym zwrotem głowy Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy, Znać było że przychodził już do wniosków mowy.  W tém brząknął w tabakierę złotą Podkomorzy, I rzekł: « Mój Sędzio, dawniéj było jeszcze gorzéj! Teraz niewiém czy moda i nas starych zmienia, Czy młodzież lepsza, ale widzę mniéj zgorszenia. Ach ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! Gry raptem paniczyki młode s cudzych krajów Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów, Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę, Prawa i obyczaje, nawet suknie stare. Żałośnie było widziéć wyżółkłych młokosów, Gadających przez nosy, a często bez nosów, Opatrzonych w broszurki i w różne gazety, Głoszących nowe wiary, prawa, toalety. Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza; Bo Pan Bóg kiedy karę na naród przepuszcza, Odbiéra naprzód rozum od Obywateli. I tak, mędrsi fircykom oprzéć się nie śmieli,

I zląkł ich się jak dżumy jakiéj cały naród, Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród; Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory; Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory. Była to maszkarada, zapustna swawola, Po któréj miał przyjść wkrótce wielki post—niewola!  « Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziécie, Kiedy do ojca mego w Oszmiańskim powiecie, Przyjechał Pan Podczaszyc na francuskim wózku, Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku. Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem, Zazdroszczono domowi, przed którego progiem Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka, Która się po francusku zwała karjulka. Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski, A na kozłach niemczysko chude nakształt deski; Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki, W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki, Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu. Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu, A chłopi żegnali się, mówiąc : że po świecie

Jeździ wenecki djabeł w niemieckiéj karecie Sam Podczaszyc jaki był opisywać długo, Dosyć że się nam zdawał małpą lub papugą W wielkiéj peruce, którą do złotego runa On lubił porównywać, a my do kołtuna. Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie Piękniejsze jest niż obcéj mody małpowanie, Milczał; bo by krzyczała młodzież, że przeszkadza Kulturze, że tamuje progressy, że zdradza! Taka była przesądów owoczesnych władza!  « Podczaszyc zapowiedział że nas reformować, Cywilizować będzie i konstytuować; Ogłosił nam, że jacyś francuzi wymowni Zrobili wynalazek: iż ludzie są rowni. Choć o tém dawno w Pańskim pisano zakonie, I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie. Nauka dawną byłą, szło o jéj pełnienie! Lecz wtenczas panowało takie oślepienie, Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie, Jeśli ich nie czytano w francuskiéj gazecie. Podczaszyc mimo równość wziął tytuł Markiża;

Wiadomo że tytuły przychodzą s Paryża, A natenczas tam w modzie był tytuł Markiża. Jakoż kiedy się moda odmieniła z laty, Tenże sam Markiż przybrał tytuł Demokraty; Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem, Demokrata przyjechał s Paryża Baronem; Gdyby żył dłużéj, może nową alternatą, Z Barona przechrzciłby się kiedyś Demokratą. Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi, A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.  « Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież, Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach, Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach. Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki, Nie daje czasu szukać mody i gawędki. Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną, Że znowu o Polakach tak na świecie głośno; Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita! Zawzdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita. Tylko smutno, że nam ach! tak się lata wleką

W nieczynności! a oni tak zawsze daleko! Tak długo czekać! nawet tak rzadka nowina — Ojcze Robaku (ciszéj rzekł do Bernardyna) Słyszałem, żeś z za Niemna odebrał wiadomość; Może téż co o naszém wojsku wié Jegomość? » — « Nic a nic » odpowiedział Robak obojętnie, (Widać było że słuchał rozmowy niechętnie) Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy Bernardyńskie, cóż o tém gadać u wieczerzy; Są tu świeccy do których nic to nie należy. »  Tak mowiąc, spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków, Stary żołnierz, stał w bliskiéj wiosce na kwaterze, Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę. Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę, Lecz na wzmiankę Warszawy, rzekł podniosłszy głowę: « Pan Podkomorzy! Oj Wy! Pan zawsze ciekawy O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy! He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a popolsku umiem,— Ojczyzna! ja to czuję wszystko, ja rozumiem!

Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem, Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem, Często na awanpostach nasz s francuzem gada, Pije wódkę; jak krzykną ura! — kanonada. Ruskie przysłowie : s kim się biję, tego lubię; Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie, Ja mówię, będzie wojna u nas. Do Majora Płuta Adjutant Sztabu przyjechał zawczora: Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka, Czy na Francuza; oj ten Bonapart figurka! Bez Suwarowa to on może nas wytuza. U nas w pułku gadano, jak szli na francuza, Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów Czarował; tak i były czary przeciw czarów. Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta,— A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta, Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca, Daléj drzeć pazurami, a Suwarów w kuca. Obaczcież co się stało w końcu z Bonapartą » — Tu Ryków przerwał i jadł; wtém s potrawą czwartą Wszedł służący, i raptem boczne drzwi otwarto.

 Weszła nowa osoba przystojna i młoda; Jéj zjawienie się nagłe, jéj wzrost i uroda, Jéj ubior, zwrócił oczy, wszyscy ją witali, Prócz Tadeusza widać że ją wszyscy znali. Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną, Suknię materjalną różową jedwabną, Gors wycięty, kołnierzyk s korónek; rękawki Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki (Bo nie było gorąca), wachlarz pozłocisty Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty. Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi, W pukle, i przeplatane różowemi wstęgi, Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu, Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu, Słowem ubior galowy; szeptali nie jedni, Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni. Nożek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy, Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéy Jako osobki, które na trzykrólskie święta Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta. Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem, Chciała usieść na miejscu sobie zostawioném.

Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało, Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało, Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć; Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć, A potém między rzędem siedzących i stołem, Jak bilardowa kula toczyła się kołem, W biegu dotknęła blisko naszego młodziana; Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana Pośliznęła się nieco, i w tém roztargnieniu Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu. Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swém siadła Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła; Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek Poprawiła, to lekkiém dotknieniem się ręki Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki. Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery. Tymczasem, w końcu stoła naprzód ciche szmery, A potém się zaczęły wpółgłośne rozmowy; Męszczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy. Assesora z Rejentem wzmogła się uparta,

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta, Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił I utrzymywał, że on zająca pochwycił; Assesor zaś dowodził na złość Rejentowi, Że ta chwała należy chartu Sokołowi. Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła Brali stronę Kusego albo też Sokoła, Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki. Sędzia na drugim końcu do nowéj sąsiadki Rzekł półgłosem: przepraszam, musieliśmy siadać, Niepodobna wieczerzy na późniéj odkładać, Goście głodni, chodzili daleko na pole, Myśliłem że dziś z nami nie będziesz przy stole. To rzekłszy, s Podkomorzym przy pełnym kielichu O politycznych sprawach mawiał po cichu. Gdy tak były zajęte stołu strony obie, Tadeusz przyglądał się nieznanéj osobie; Przypomniał że za pierwszem na miejsce wejrzeniem Odgadnął zaraz, czyjém miało być siedzeniem. Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie; Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!

Więc było przeznaczono, by przy jego boku Usiadła owa piękność widziana w pomroku; Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza, Bo ubrana, a ubior powiększa i zmniejsza. I włos tamtéj widział krótki, jasnozłoty, A u téj krucze długie zwijały się sploty? Kolor musiał pochodzić od słońca promieni Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni. Twarzy w ów czas niedostrzegł, nazbyt rychło znikła, Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła; Myślił że pewnie miała czarniutkie oczęta, Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta; U téj znalazł podobne oczy, usta, lica; W wieku możeby była największa różnica: Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą, A Pani ta niewiastą już w lat dojrzałą; Lecz młodzież o piękności metrykę niepyta, Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta, Chłopcowi każda piękność zda się rowiennicą, A niewinnemu każda kochanka dziewicą. Tadeusz chociaż liczył lat blisko dwadzieście,

I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkiém mieście; Miał za dozorcę księdza który go pilnował I w dawnéj surowości prawidłach wychował. Tadeusz zatém przywiozł w strony swe rodzinne Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne; Ale razem nie małą chętkę do swywoli. Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli Używać na wsi, długo wzbronionéj swobody; Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody; A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie. Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie Są jak wiadomo krzepcy, otyli i silni, Do żołnierki jedyni, w naukach mniéj pilni. Tadeusz się od przodków swoich nieodrodził, Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził, Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił, Choć stryj na wychowanie niczego nieskąpił. On wolał z flinty strzelać, albo szablą robić; Wiedział że go myślano do wojska sposobić, Że Ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę; Ustawicznie do bębna tęsknił siedząc w szkole.

Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił, Kazał aby przyjechał i aby się żenił, I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek Dać małą wieś, a potém, cały swój majątek. Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety Sciągnęły wzrok sąsiadki, uważnéj kobiety. Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką, Jego ramiona silne, jego pierś szeroką, I w twarz spójrzała, s której wytryskał rumieniec, Ilekroć z jéj oczyma spotkał się młodzieniec : Bo s pierwszéj lękliwości całkiem już ochłonął, I patrzył wzrokiem śmiałym w którym ogień płonął, Również patrzyła ona, i cztery źrenice Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce. Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę; Wracał z miasta, ze szkoły; więc o książki nowe, O autorów pytała Tadeusza zdania, I ze zdań wyciągała na nowo pytania; Cóż gdy potém zaczęła mówić o malarstwie, O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!

Dowiodła że zna równie pędzel, noty, druki; Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki, Lękał się, by niezostał pośmiewiska celem, I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem. Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi : Odgadnęła sąsiadka powod jego trwogi, Wszczęła rzecz o mniéj trudnych i mądrych przedmiotach, O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach, I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić, By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić. Tadeusz odpowiadał śmieléj, szła rzecz daléj, W pół godziny iuż byli s sobą poufali; Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki. W końcu, stawiła przed nim trzy s chleba gałeczki, Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie; Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie, Sąsiadka zaśmiała się, lecz niepowiedziała Kogo owa szczęśliwsza gałka oznaczała. Inaczéj bawiono się w drugim końcu stoła, Bo tam wzmogłszy się nagle stronnicy Sokoła, Na partyę Kusego bez litości wsiedli :

Spór był wielki, już potraw ostatnich niejedli. Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony, A nastraszniéj Pan Rejent był zacietrzewiony, Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoję tokował I gestami ją bardzo dobitnie malował. (Był dawniéj adwokatem Pan Rejent Bolesta, Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta.) Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie, S pod ramion wytknął palce i długie paznokcie, Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem, Właśnie rzecz kończył. « Wyczha, puściliśmy razem Ja i Assessor, razem, jakoby dwa kórki Jednym palcem spuszczone u jednéj dwórórki; Wyczha, poszli, a zając jak stróna, smyk w pole, Psy tuż, (to mówiąc ręce ciągnął wzdłuż po stole I palcami ruch chartów przedziwnie udawał) Psy tuż, i hec od lasu odsadzili kawał; Sokoł smyk naprzód, rączy pies, lecz zagorzalec, Wysadził się przed Kusym, o tyle, o palec, Wiedziałem że spudłuje; szarak gracz nielada, Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada; Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,

Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie, A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy, Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy Cap!!» Tak krzycząc Pan Rejent na stół pochylony, S palcami swemi zabiegł aż do drugiéj strony, I « Cap! » Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem; Tadeusz i sąsiadka tym głosu wybuchem Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy, Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy: Jako wierzchołki drzewa powiązane społem Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły, I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły. Tadeusz by niezdradzić swego rostargnienia, Prawda rzekł mój Rejencie, prawda, bez wątpienia Kusy piękny chart s kształtu, jeśli równie chwytny... Chwytny? krzyknął Pan Rejent, mój pies faworytny Żeby niemiał być chwytny? Więc Tadeusz znowu Cieszył się, że tak piękny pies niéma narowu, Żałował że go tylko widział idąc z lasu, I że przymiotów jego poznać niémiał czasu.

 Na to zadrżał Assessor, puścił z rąk kieliszek, Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek. Assessor mniéj krzykliwy i mniéj był ruchawy Od Rejenta, szczuplejszy i mały s postawy, Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku, Bo powiadano o nim, ma żądło w języku. Tak dowcipne żarciki umiał komponować, Iżby je w kalendarzu można wydrukować: Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniéj człek dostatni, Schedę ojca swojego i majątek bratni, Wszystko strwonił na wielkim figurując świecie; Teraz wszedł w służbę rządu by znaczyć w powiecie. Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy, Już to że odgłos trąbki i widok obławy, Przypominał mu jego lata młodociane, Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane; Teraz mu s całéj psiarni dwa charty zostały, I jeszcze s tych jednemu chciano przeczyć chwały. Więc zbliżył się i zwolna gładząc faworyty, Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity: « Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu, Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,

A Pan kusość uważasz za dowód dobroci? Z resztą zdać się możemy na sąd Pańskiéj cioci. Choć Pani Telimena mieszkała w stolicy I bawi się niedawno w naszéj okolicy, Lepiéj zna się na łowach niż myśliwi młodzi: Tak to nauka sama z latami przychodzi. » Tadeusz na którego niespodzianie spadał Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic niegadał, Lecz patrzył na rywala coraz straszniéj, srożéj... W tém wielkiém szczęściem dwakroć kichnął Podkomorzy, « Wiwat » krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił, I zwolna w tabakierę palcami zadzwonił: Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa, A wśrodku jéj był portret króla Stanisława. Ojcu Podkomorzego sam król ją darował, Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował, Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać; Umilkli wszyscy i ust nieśmieli otwierać. On rzekł: » Wielmożni Szlachta Bracia Dobrodzieje, Forum myśliwskiém tylko są łąki i knieje, Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję,

I posiedzenie nasze na jutro solwuję. I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę; Woźny! odwołaj sprawę, na jutro na pole, Jutro i Hrabia s całém myśliwstwem tu zjedzie, I Waszeć z nami ruszysz Sędzio mój sąsiedzie, I Pani Telimena i Panny i Panie, Słowem zrobim na urząd wielkie polowanie; I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi. » To mówiąc tabakierę podawał starcowi. Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział, Słuchał zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział, Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania, Bo nikt lepiéj nad niego nie znał polowania. On milczał, szczyptę wziętą s tabakiery ważył W palcach, i długo dumał nim ją w końcu zażył, Kichnął aż cała izba rozległa się echem, I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem: « O jak mnie to starego i smuci i dziwi! Cóżbyto o tém starzy mówili myśliwi? Widząc że w tylu szlachty, w tylu panów gronie, Mają sądzić się spory o charcim ogonie;

Cóżby rzekł na to stary Rejtan gdyby ożył? Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył! Coby rzekł wojewoda Niesiołowski stary, Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary, I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim, I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim, A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze, Nikt go na polowanie uprosić nie może, Białopiotrowiczowi samemu odmówił! Bo cóżby on na waszych polowaniach łowił? Piękna byłaby sława! ażeby pan taki Wedle dzisiejszéj mody jeździł na szaraki. Za moich panie czasów, w języku strzeleckim, Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk, zwany był zwierzem szlacheckim, A zwierze niemające kłów, rogów, pazurów, Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów; Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki Strzelby, którą zhańbiono sypiąc w nią śrót cienki! Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając, Trafia się że s pod konia mknie się biedak zając, Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze, I na konikach małe goniły panicze

Przed oczyma rodziców, którzy te pogonie Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie! Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy Odwołać swe roskazy, i niech mi wybaczy Że nie mogę na takie jechać polowanie, I nigdy na niém noga moja nie postanie! Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha, Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha. » Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył, Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył, Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży; Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie, Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie, Tadeusz Telimenie, Assessor Krajczance, A pan Rejent na końcu Wojskiéj Hreczeszance. Tadeusz s kilku gośćmi poszedł do stodoły, A czuł się pomięszany, zły i niewesoły, Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki, Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,

A szczególniéj mu słowo « Ciocia », koło ucha Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha, Pragnąłby u Woźnego lepiéj się wypytać O Pani Telimenie, lecz go niemógł schwytać; Wojskiego też niewidział, bo zaraz z wieczerzy Wszyscy poszli za gośćmi jak sługom należy, Urządzając we dworze izby do spoczynku. Starsi i damy spały we dworskim budynku, Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano. W półgodziny tak było głucho w całym dworze Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze; Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża. Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu niezrmuża, Jako wódz gospodarstwa, obmyśla wyprawę W pole, i w domu przyszłą urządza zabawę. Dał roskaz ekonomom, wójtom i gumiennym, Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym, I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać, Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać. Woźny pas mu odwiązał, pas Słucki, pas lity,

Przy którym świecą gęste kutasy jak kity, Z jednéj strony złotogłów w purpurowe kwiaty, Na wywrót jedwab czarny posrebrzany w kraty; Pas taki można równie kłaść na strony obie, Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie. Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać; Właśnie tém się zatrudniał i kończył tak gadać: « Cóż złego że przeniosłem stoły do zamczyska, Nikt na tém nic niestracił, a Pan może zyska, Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa. My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa, I mimo całą strony przeciwnéj zajadłość, Dowiodę że zamczysko wzięliśmy w posiadłość. Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę, Dowodzi że posiadłość tam ma albo bierze, Nawet strony przeciwne weźmiemy na świadki: Pamiętam za mych czasów podobne wypadki. » Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni, Siadł przy świecy i dobył książeczkę s kieszeni, Która mu jak Ołtarzyk Złoty zawsze służy,

Któréj nigdy nie rzuca w domu i w podróży. Była to trybunalska wokanda: tam rzędem Stały spisane sprawy, które przed urzędem Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał, Albo o których poźniéj dowiedzieć się zdołał. Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem, Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem. Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem, Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem, Radziwił z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim, Obuchowicz s kahałem, Juraha s Piotrowskim, Maleski z Mickiewiczem, a nakoniec Hrabia S Soplicą: i czytając, s tych imion wywabia Pamięć spraw wielkich, wszystkie processu wypadki, I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki; I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym W granatowym kuntuszu stał przed trybunałem, Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła Przywoławszy dwie strony, « Uciszcie się! » woła. Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.

 Takie były zabawy, spory w one lata Śród cichéj wsi litewskiéj; kiedy reszta świata We łzach krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny, Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych, Od puszcz Libijskich latał do Alpów podniebnych, Ciskając grom po gromie, w Piramidy, w Tabor, W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu, Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów, Które broniły Litwę murami żelaza Przed wieścią dla Rossyj straszną jak zaraza. Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba, Bez ręki lub nogi, przyjąwszy jałmużnę, Stanął i oczy w koło obracał ostróżne. Gdy niewidział we dworze rossyjskich żołnierzy, Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy, Wtenczas kim był, wyznawał; był legionistą,

Przynosił kości stare na ziemię ojczystą, Któréj już bronić niemógł — jak go wtenczas cała Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała Zanosząc się od płaczu! on za stołem siadał, I dziwniejsze od baśni historye gadał. On opowiadał jako Jenerał Dąbrowski Z ziemi Włoskiéj stara się przyciągnąć do Polski, Jak on rodaków zbiera na Lombardskiém polu; Jak Kniaziewicz roskazy daje s Kapitolu, I zwycięsca, wydartych potomkom Cezarów Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów; Jak Jabłonowski zabiegł aż kędy pieprz rośnie, Gdzie się cukier wytapia, i gdzie w wiecznéj wiośnie Pachnące kwitną lasy; z legią Dunaju Tam wódz murzyny gromi, a wzdycha do kraju. Mowy starca krążyły we wsi pokryjomu; Chłopiec co je posłyszał, znikał nagle z domu, Lasami i bagnami skradał się tajemnie, Scigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie I nurkiem płynął na brzeg księstwa Warszawskiego, Gdzie usłyszał głos miły « Witaj nam kollego! »

Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek s kamienia I Moskalom przez Niemen rzekł: « do zobaczenia ». Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz, Piotrowki, Obolewki, Rożycki, Janowicz, Mirzejewscy, Brochocki i Biernatowicze, Kupść, Gedymin i inni których nie policzę; Opuszczali rodziców i ziemię kochaną, I dobra, które na skarb Carski zabierano. Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru Przyszedł, i kiedy bliżéj poznał Panów dworu, Gazetę im pokazał wyprutą s szkaplerza; Tam stała wypisana i liczba żołnierza, I nazwisko każdego wodza legionu, I każdego z nich opis zwycięstwa, lub zgonu. Po wielu latach, pierwszy raz miała rodzina Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna; Brał dom żałobę, ale powiedziéć nie śmiano Po kim była żałoba, tylko zgadywano W okolicy; i tylko cichy smutek Panów, Lub cicha radość, była gazetą ziemianów.

 Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno: Często on s Panem Sędzią rozmawiał osobno, Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać bernardyna Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze Chodził, i nie w klasztornym zestarzał się murze. Miał on nad prawém uchem, nieco wyżéj skroni, Bliznę, wyciętéj skóry na szerokość dłoni, I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału; Ran tych niedostał pewnie przy czytaniu mszału. Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny, Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołniersczyzny. Przy mszy, gdy z wzniesionemi zwracał się rękami Od ołtarza do ludu, by mówić: « Pan z wami », To nie raz tak się zręcznie skręcił jednym razem, Jakby prawo w tył robił za wodza roskazem, I słowa liturgji takim wyrzekł tonem Do ludu, jak officer stojąc przed szwadronem: Postrzegli to chłopcy służący mu do mszy. Spraw także politycznych był Robak świadomszy, Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,

Często zastanawiał się w powiatowém mieście; Miał pełno interessów: to listy odbierał Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał, To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą Do dworów Pańskich, s szlachtą ustawicznie szeptał, I okoliczne wioski do koła wydeptał, I w karczmach z wieśniakami rosprawiał nie mało, A zawsze o tém, co się w cudzych krajach działo. Teraz Sędziego który już spał od godziny Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.