Dziady - Adam Mickiewicz - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

"Dziady" to cykl dramatów romantycznych Adama Mickiewicza publikowany w latach 1823-1860. Składają się na niego cztery luźno powiązane części.

Dziady część II – dramat z 1823 roku

Dziady część IV – dramat z 1823 roku

Dziady część III – dramat z 1832 roku

Dziady część I – dramat ogłoszony pośmiertnie w 1860 roku (nieukończony)

Oprócz dramatów, w skład II części wchodzi wiersz "Upiór" publikowany początkowo jako osobny utwór, natomiast w skład III części, rozległy "Ustęp" – epicki komentarz ukazujący obraz carskiej Rosji, zakończony słynnym wierszem "Do przyjaciół Moskali".

Elementem spajającym te części jest obrzęd dziadów – dokładnie przedstawiony w części II, wspominany przez Gustawa w cz. IV i odbywający się w scenie IX cz. III. W utworze znajdują się liczne wątki autobiograficzne, zawarte są w nim idee romantyzmu, także polskiego, związanego z walką narodowowyzwoleńczą z rosyjskim zaborcą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Avia Artis
2018
ISBN: 978-83-65922-20-5
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Spis teści

Dziady część I

Widowisko

Młodzieniec zaklęty

Pieśń strzelca

Dziady część II

Wstęp

Upior

Poema

Dziady część III

Prolog

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena V

Scena VI

Scena VII

Scena VIII

Scena IX

Dziady III / Ustęp

Droga do Rosji

Przedmieścia stolicy

Petersburg

Pomnik Piotra Wielkiego

Przegląd wojska

Oleszkiewicz

Do przyjaciół Moskali

Dziady część IV

Widowisko

Podziękowania

Dziady część I

Widowisko

Prawa strona teatru. DZIEWICA w samotnym pokoju. Na boku ksiąg mnóstwo, fortepiano; okno z lewej strony w pole, na prawej wielkie zwierciadło; świeca gasnąca na stole i księga rozłożona (romans Valérie).

DZIEWICA wstaje od stołu.

Świeco niedobra! właśnie pora była zgasnąć! I nie mogłam doczytać... czyż podobna zasnąć? Waleryo! Gustawie! anielski Gustawie! Ach, tak mi często o was śniło się na jawie, A przez sen — będę z wami, Pan Bóg wie, dopóki! Smutne dzieje, jak smutnej są źródłem nauki!

(po pauzie, z niesmakiem)

Po co czytam? Już koniec przezieram z daleka! Takich kochanków! tutaj (wskazuje ziemię) cóż innego czeka? Waleryo! ty przecież z pomiędzy ziemianek Zazdrości godna! Ciebie ubóstwiał kochanek, O którym inna próżno całe życie marzy. Którego rysów szuka w każdej nowej twarzy I w każdym nowym głosie nadaremnie bada Tonu, który jej duszy brzmieniem odpowiada. Bo ich twarze tchną głazem jak Meduzy głowa, Nad słotny deszcz jesienny zimniejsze ich słowa!

Codzień z pamiątką nudnych postaci i zdarzeń Wracam do samotności, do książek — marzeń:

Jak podróżny, śród dzikiej wyspy zarzucony, Co rana wzrok i stopę niesie w różne strony, Ażali gdzie istoty bliźniej nie obaczy, I co noc w swą jaskinię powraca w rozpaczy. Szalony! niech ukocha swe samotne ściany I nie targa łańcucha, by nie drażnić rany!

Witajże ma jaskinio! — na wieki zamknięci, Nauczmy się więźniami stać się z własnej chęci — Czyż nie znajdziem zatrudnień? Mędrce dawnych wieków Zamykali się szukać skarbów albo leków I trucizn: my, niewinni młodzi czarodzieje Szukajmy ich, by otruć własne swe nadzieje; A jeżeli do grobu wstęp...... zawarty, Pochowajmy swą duszę za życia w te karty! Można pięknie zmartwychwstać i po takim zgonie; I przez ten grób jest droga na Elizu błonie. Zamieszkałym śród cieniów zmyślonego świata Nudnej rzeczywistości nagrodzi się strata. Cieniów? Nigdyż nie było między ziemską bracią Takich cieniów, śmiertelną więzionych postacią? Dusze ich wzięłyż bytność z poetów wyroku, Kształty odlaneż tylko z pięknych słów obłoku? Nie mogę przyrodzenia tą myślą obrażać, Nie mogę bluźnić Twórcy — i siebie znieważać.

W przyrodzenia powszechnej ciał i dusz ojczyźnie Wszystkie stworzenia mają swe istoty bliźnie: Każdy promień, głos każdy, z podobnym spojony, Harmonią ogłasza przez farby i tony; Pyłek, błądzący śród istot ogromu, Padnie w końcu na serce bliźniego atomu: A tylko serce czułe, z dozgonną tęsknotą W rodzinie tworów jedną ma zostać sierotą? Twórca mi dał to serce; choć w codziennym tłumie Nikt poznać go nie może, bo nikt nie rozumie

Jest i musi być kędyć, choć na krańcach świata, Ktoś, co do mnie myślami wzajemnemi lata. O, gdybyśmy dzielące rozerwawszy chmury, Choć przed zgonem tęsknemi spotkali się pióry, Lub słowem tylko, wzrokiem, dosyć jednej chwili, Dosyć, by się dowiedzieć tylko, żeśmy żyli! Wtenczas dusza, co ledwie czucia swe ogarnia, W której rozkosze truje samotna męczarnia, Z ciemnej, głuchej jaskini stałaby się rajem! Jakby miło poznawać, zwiedzać ją nawzajem; I, cokolwiek pięknego w myślach zajaśnieje, Co szlachetnego mają tajne serca dzieje, Rozświecić przed oczyma kochanej istoty, Jak wyłamane z piersi kryształów klejnoty! Wtenczas przeszłość do życia moglibyśmy wcielić Spomnieniem; możnaby się z przyszłości weselić W przeczuciu, a obecnem chwil lubych użyciem Łącząc wszystko, żyć całem i zupełnem życiem; Bylibyśmy jak lotne tchnienia, co je rosa Wiosennym zionie rankiem, dążące w niebiosa, Lekkie i niewidome, — lecz kiedy się zlecą: Spłoną i nową iskrę pośród gwiazd rozświecą.

Na lewą stronę teatru wchodzi chór wieśniaków, niosących jedzenia i napoje; STARZEC pierwszy z chóru na czele.

GUŚLARZ.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Z czujnym słuchem, z bacznem okiem Spieszmy się w tajnym obrzędzie, Z cichem pieniem, wolnym krokiem; Wszak nie nucim po kolędzie, Nucimy piosnkę żałoby,

Nie do dworu z Nowym rokiem, Ze łzami idziem na groby.

CHÓR.

Póki ciemno, głucho wszędzie, Spieszmy się w tajnym obrzędzie.

GUŚLARZ.

Spieszmy cicho i powoli, Poza cerkwią, poza dworem: Bo ksiądz gusłów nie dozwoli. Pan się zbudzi nocnym chorem. Zmarli tylko wedle woli Spieszą, gdzie ich guślarz woła: Żywi są na pańskiej roli, Cmentarz pod władzą kościoła.

CHÓR.

Póki ciemno, głucho wszędzie, Spieszmy się w tajnym obrzędzie.

CHÓR MŁODZIEŃCÓW.

Do dziewczyny

Nie łam twych rączek, niewiasto młoda, Nie płacz: i oczek i dłoni szkoda. Te oczy innym źrenicom błysną, Te rączki inną prawicę ścisną. Od lasu para gołąbków leci, Para gołąbków, a orlik trzeci: Uszłaś gołąbko, spojrzy do góry, Czy jest za tobą mąż srebrno-pióry? Nie płacz, nie wzdychaj w próżnej żałobie: Nowy małżonek grucha ku tobie,

Nóżki z ostrogą, szyję mu wieńczy Wstążka błękitna w kolorze tęczy. Róża z fiołkiem, na letniej łące, Podają sobie dłonie pachnące: Pieszy robotnik kosi dąbrowę, Zranił małżonka, zostawił wdowę. Płaczesz i wzdychasz w próżnej żałobie. Wysmukły narcyz kłania się tobie; Jasną źrenicą, śród polnych dzieci, Jak księżyc między gwiazdami świeci. Nie łam twych rączek, niewiasto młoda, Nie płacz: i rączek i oczu szkoda. Ten, po kim płaczesz, wzajem nie błyśnie Okiem ku tobie, ręki nie ściśnie. On ciemny krzyżyk w prawicy trzyma, A miejsca w niebie szuka oczyma. Dla niego na mszę daj, młoda wdowo, A dla nas żywych piękne daj słowo.

Do Starca.

Nie tęsknij, starcze, prosimy młodzi: Tęsknota sercu i myślom szkodzi; W tem sercu dla nas żyją przykłady, W tych myślach dla nas jest skarbiec rady. Stary dąb zruca powiewne szaty, O cień go proszą trawy i kwiaty: Nie znam was, dzieci nowego rodu, Czyliście warte cienia i chłodu? Nie takie rosły, dawnemi laty, Pod mą zasłoną trawy i kwiaty. Przestań narzekać, niesłuszny w gniewie! Jak było dawniej, nikt o tem nie wie. Uwiędną jedni, powschodzą inni;Chociaż mniej piękni, cóż temu winni? Strzeż naszej barwy, ciesz się z okrasy, A z nas dawniejsze wspominaj czasy!

Nie wzdychaj, starcze, w próżnej tęsknocie! Wielu straciłeś, zostały krocie. Nie całe twoje szczęście jest w grobie, Nie tam są wszyscy znajomi tobie: Weź trochę szczęścia od nas szczęśliwych, Szukaj umarłych pośród nas żywych.

GUŚLARZ.

Kto, błądząc po życia kraju, Chciał pilnować prostej drogi, Choć mu los, wedle zwyczaju, Wszędzie siał ciernie i głogi; Nareszcie, po latach wielu, W licznych troskach, w ciężkich nudach, Zapomniał o drogi celu, Aby znaleść wczas po trudach; Kto z ziemi patrzył ku słońcu, Myślą z orły szedł w przeloty I nie znał ziemi, aż w końcu, Kiedy wpadł w otchłań ciemnoty; Kto żalem pragnął wydźwignąć, Co znikło w przeszłości łonie; Kto poznał swój błąd niewcześnie, O gorszej myśli poprawie, Mruży oczy, by żyć we śnie Z tem, czego szukał na jawie; Kto, marzeń tknięty chorobą, Sam własnej sprawca katuszy, Darmo chciał znaleść przed sobą, Co miał tylko w swojej duszy; Kto wspominasz dawne chwile, Komu się o przyszłych marzy: Idź ze świata ku mogile, Idź od mędrców do guślarzy! Mrok tajemnic nas otacza, Pieśń i wiara przewodniczy!

Dalej z nami, kto rozpacza, Kto wspomina i kto życzy!

CHÓR MŁODZIEŻY.

Tu guślarz kazał młodzieży Stanąć na drogi połowie: Tam na wzgórku wioska leży, A tam mogilnik w dąbrowie.

MŁODZIEŻ.

Między kolebką i groby Młody nasz wiek w środku stoi: Śród wesela i żałoby Stójmyż w środku, bracia moi!

Nie godzi się do wsi wracać, Nie godzi się biedz w ich ślady: Tu będziemy święcić Dziady I piosnkami noc ukracać.

Będziemy idących witać I powracających pytać, Lękliwym rozpędzać trwogę, Błędnym pokazywać drogę.

Zaszło słońce, biegą dzieci, Idą starce, płaczą, nucą; Lecz znowu słońce zaświeci, Wrócą dzieci, starce wrócą.

Nim dojdzie siwizny dziecię, Nim starego dzwon powoła, Jeszcze ich spotka na świecie Niejedna chwilka wesoła.

Ale kto z nas w młode lata Nie działa rzeźwem ramieniem, Ale sercem i myśleniem: Taki zgubiony dla świata.

Kto jak zwierz pustyni szuka, Jak puhacz po nocy lata, Jak upiór do trumny puka: Taki zgubiony dla świata.

Kto w młodości pieśń żałoby Raz zanucił, wiecznie nuci; Kto raz zabłądził na groby, Już z nich na świat nie powróci.

Niech więc dzieci i ojcowie Idą w kościół z prośbą, z chlebem: Młodzi na drogi połowie Zostaniem pod czystem niebem.

DZIECIĘ.

Wróćmy lepiej do chaty. Coś tam od kościoła Błysnęło: ja się boję; coś po lesie woła. Jutro pójdziem na cmentarz: ty swoim zwyczajem Dumać, ja zdobić krzyże kwiatami i majem. Mówią, że dzisiaj w nocy umarłych spotkamy: Ja ich nie znam, ja własnej nie pamiętam mamy. Ty oczy w dzień masz słabe, pragnąłbyś daremnie Dawno widzianych ludzi rozeznać po ciemnie; I słuch masz słaby. Pomnisz? — dwie temu niedziele, Zebrało się i krewnych i sąsiadów wiele Urodziny twe święcić; tyś w milczeniu siedział, Nic nie słyszał, nikomu nic nie odpowiedział. Zapytałeś nakoniec: po co ta gromada Zeszła się w dzień powszedni i czy mrok już pada? A my przyszli winszować, i od kilku godzin Słońce zaszło, i był to dzień twoich urodzin.

STARZEC.

Od tego dnia, ach! jakżem daleko odpłynął, Wszystkiem znajome lądy i wyspy ominął, Wszystkie dziedziczne skarby znikły w czasu toniach: Cóż mnie po waszych twarzach i głosach i dłoniach? Twarze, którem z dzieciństwa ukochać przywykał, Dłonie, co mię pieściły, — głos, co mię przenikał:

Gdzież są? — Zgasły, przebrzmiały, zmieniły się, starły! Nie wiem, czym pośród trupów, czylim sam umarły; Ale inny świat rzucam, aniżelim zastał; Nieszczęsny, kto częściami do mogiły wrastał!

Twój jeszcze głos, mój wnuku, ostatnia pociecho, Jak po umarłej pieśni niemowlęce echo, Tuła się i głos matki powtarzając kwili. Lecz i ty mię porzucasz, jak inni rzucili.

Pójdę sam; kto w dzień błądzi i żywych nie słyszy Widzi w nocy, zna język grobowej zaciszy. Nie zabłądzę: wszak co rok chodziłem tą drogą, Zrazu, jak ty, mój synu, z niemowlęcą trwogą; Potem, jak chłopiec, pełen ciekawej ochoty; Potem z tęsknotą; teraz nawet bez tęsknoty, Bez żalu. Cóż mię wiedzie? — Jakiś zapęd nowy, Ciemne przeczucie, może to instynkt grobowy. Znajdę cmentarz, i coś mi w głębi serca wróży, Że nazad już nie będę potrzebował Stróży. Ale, nim się rozłączym, twe służby dziecięce Nagrodzę. Pójdź, mój synu, uklęknij, złóż ręce:

Boże! coś mi rozkazał spełnić kielich życia, I zbyt wielki, zbyt gorzki dałeś mi do picia, Jeśli względów Twojego miłosierdzia godna Cierpliwość, z którą gorycz wychyliłem do dna, Jedynej, lecz największej śmiem żądać nagrody: Pobłogosław wnukowi, niechaj umrze młody!

Bądź zdrów, stój, i raz jeszcze ściśni dziada rękę! Daj mi twój głos usłyszeć — zaśpiewaj piosenkę Ulubioną i tyle powtarzaną razy O zaklętym młodzieńcu, przemienionym w głazy.

 MŁODZIENIEC ZAKLĘTY.

Wyłamawszy zamku bramy, Twardowski błądził śród gmachów, Biegł na wieże, schodził w jamy: Co tam czarów! co tam strachów!

W jednem sklepisku zapadłem Jak dziwny rodzaj pokuty: Na łańcuchu, przed zwierciadłem Stoi młodzieniec okuty.

Stoi, a z ludzkiej postaci, Mocą czarownych omamień, Coraz jakąś cząstkę traci I powoli wrasta w kamień.

Aż do piersi już był głazem, A jeszcze mu błyszczą lica Męztwa i siły wyrazem, Czułością świeci źrenica.

„Kto jesteś? — zaklęty rzecze — Coś te gmachy zdobył śmiało, Gdzie tak mnogie pękły miecze, Tylu wolność postradało?“

„Kto jestem? — o, drży świat cały Przed mą szablą, na me słowa Wielkiej mocy, większej chwały: Jestem rycerzem z Twardowa.“

„Z Twardowa?... Za moich czasów Nie słyszałem o nazwisku, Ni śród wojennych zapasów, Ni na rycerskiem igrzysku.

„Nie zgadnę, jak długie lata Mogłem w więzieniu przesiedzieć; Ty świeżo wracasz ze świata: Musisz mi o nim powiedzieć.

„Czy dotąd Olgierda ramię, Naszą Litwę wiodąc w pole, Po dawnemu Niemcy łamie, Tratuje stepy mogole?“

Olgierd? — ach, już przeminęło Dwieście lat po stracie męża; Lecz z jego wnuków Jagiełło Teraz walczy i zwycięża.“

„Co słyszę?... Jeszcze dwa słowa: Może w twych błędnych obiegach Byłeś, rycerzu z Twardowa, Na Świtezi naszej brzegach?

„Czy tam ludzie nie mówili O Poraju silnej ręki I o nadobnej Maryli, Której on ubóstwiał wdzięki?“

„Młodzieńcze, nigdzie w tym kraju, Od Niemna po Dniepru krańce, Nie słyszałem o Poraju Ani o jego kochance.

„Po co pytać? Czasu strata! Gdy cię wyrwę z tej opoki, Wszystkie ciekawości świata Własnemi odwidzisz kroki.

„Znam czarodziejską naukę, Wiem dzielność tego zwierciadła: Wraz go na drobiazgi stłukę, By z ciebie ta larwa spadła.“

To mówiąc, nagłym zamachem Dobył miecza i przymierza; Ale młodzieniec z przestrachem: „Stój!“ — zawołał na rycerza —

„Weźmi zwierciadło ze ściany I podaj go w moje ręce; Niech sam skruszę me kajdany I uczynię koniec męce.“

Wziął i westchnął; twarz mu zbladła I zalał się łez strumieniem I pocałował zwierciadło — I cały stał się kamieniem.

PIEŚŃ STRZELCA.

Śród wzgórzów i jarów I dolin i lasów, Śród pienia ogarów I trąby hałasów:

Na koniu, co lotem Sokoły zadumi, I z bronią, co grzmotem Pioruny zatłumi;

Wesoły jak dziecko, Jak rycerz krwi chciwy, Odważnie, zdradziecko, Bój zaczął myśliwy.

Witajcież rycerza, Pagórki i niwy! Król lasów, pan zwierza, Niech żyje myśliwy!

Czy w niebo grot zmierza, Czy w knieje i smugi: Stąd leci grad pierza, Stąd płyną krwi strugi.

Kto w puszczy dojedzie Odyńca bez trwogi? Kto kudły niedźwiedzie Podesłał pod nogi?

Czyj dowcip gnał rojem Lataczów do sideł? Kto wstępnym wziął bojem Sztandary ich skrzydeł?

Witajcież rycerza, Pagórki i niwy! Król lasów, pan zwierza, Niech żyje myśliwy!

Dalejże, dalejże, z tropu w trop, Z tropu w trop, dalejże, dalejże! Dalejże, dalejże, z tropu w trop, Z tropu w trop, hop! hop!

GUSTAW.

„Dalejże, dalejże etc. etc.“

Spolowałem piosenkę! Nie będą się gniewać Myśliwi, że do domu wracam bez zwierzyny: Jak tylko wrócę, zaraz muszę im zaśpiewać.

Lecz gdzież zaszedłem? Nigdzie śladu, ni drożyny Hola! Jak w kniei głucho — ni trąby, ni strzału. Zbłądziłem — otóż skutek wieszczego zapału! Goniąc muzę, wyszedłem z obławy. Mróz ciśnie, Trzeba ogień nałożyć; gdy światło zabłyśnie, Nuż jaki spółtowarzysz z myśliwej czeladzi Błądzi, jak ja: ten ogień razem nas sprowadzi, Łacniej drogę znajdziemy. O, mój przyjacielu! Takich, jak ty, myśliwych nie znalazłbyś wielu;

Oni z lasu nie zwykli spoglądać w obłoki, Ogarami na piękne polować widoki; Z jednym zawsze zamiarem i z jedyną żądzą Na ziemi tropią zdobycz: tem lepiej — nie błądzą. Pewnie już z rzeźwem sercem i spoconem czołem Dzienną zabawę kończą za biesiadnym stołem. Każdy chlubi się z przeszłych lub przyszłych zdobyczy, Każdy swe trafne strzały, cudze pudła liczy; Żartują z siebie głośno, lub szepcą do ucha; Wszyscy mówią, a jeden stary ojciec słucha; A jeśli się nakoniec uprzykrzyły łowy, Natenczas do sąsiadek — uśmiechy, rozmowy; Czasem strzelecka miłość, wędrowna ptaszyna, Serce przelotem zwiedzi. — Tak mija godzina I tydzień i rok przeszły, — tak bywało wczora, Tak jest dzisiaj i będzie każdego wieczora. Szczęśliwi! — a ja czemu nie jestem jak oni?! Wyjechaliśmy razem, cóż mię w pole goni? Ach! nie zabawy ścigam: uciekam od nudy; Nie rozkosze myśliwskie lubię, ale trudy; Że się myśl, a przynamniej, że się miejsca zmienia I że tu nikt mojego nie śledzi marzenia, Łez pustych, które, nie wiem, skąd w oczach zaświecą, Westchnień bez celu, które, nie wiem, kędy lecą — Nie do sąsiadek pewnie — na wiatry, na gaje, Ku marzeniom!... Myśl dziwna! Zawsze mi się zdaje, Że ktoś łzy moje widzi i słyszy westchnienia, I wiecznie około mnie krąży nakształt cienia...

Ileż razy, w dzień cichy szeleszczą na łące Jakoby nimfy jakiejś stopki latające; Spojrzę, chwieją się kwiaty i podnoszą głowy, Jakby z lekka trącone. Nieraz śród alkowy Samotny, książkę czytam; książka z rąk wypadła, Spojrzałem, i mignęła naprzeciw zwierciadła

Lekka postać, szepnęła jej powietrzna szata. Nieraz dumałem w nocy; gdy się myśl rozlata, Wzdycham, i coś westchnieniem dawało znak życia, Serce biło i czułem drugie serca bicia, Słowo nawet częstokroć, niewyraźnie, głucho, Jak przelot nocnej muszki, pogłaska mi ucho. Zasnąłem we mgle jasnej... Z góry i z daleka Coś błyszczy, choć widocznych kształtów nie obleka; I czuję promień oczu i uśmiech oblicza! Gdzież jesteś, samotności córo tajemnicza?

Niechaj się twój duch uwieńczy Choćby marnem, nikłem ciałem... Okryj się choć rąbkiem tęczy, Lub jasnym źródła kryształem!

Niechaj twojej blask obsłony Długo, długo w oczach stoi! Niech twych ust rajskiemi tony Długo, długo słuch się poi! —

Świeć mi! słońca niech źrenica Olśnić, marnych twoje lica... Piej syreno! w lubych glosach Usnę, marząc o niebiosach!

Ach, gdzie cię szukać?... Od ludzi ucieknę, Ach, bądź ty ze mną, świata się wyrzeknę!

MYŚLIWY CZARNY.

Latasz, mój ptaszku, za wysoko latasz! A czy znasz dzielność swoich skrzydełek? Spojrzyj na ziemię, którą tak pomiatasz: Co tam wabików, co tam sidełek!

GUSTAW.

Hola! słychać śpiewania... Hej! wszelki duch żywy! Ozwij się, bracie, kto jesteś?

STRZELEC.

 Myśliwy, Równej jak ty ochoty, większej trochę mocy. Obadwa polujemy: chociaż ty w poranki Jedziesz na świat, ja łowy rozpoczynam w nocy; Ty czyhasz na zwierzęta, a ja na kochanki.

GUSTAW.

Nie wiem, czy dobre miejsce wybrałeś na łowy; Ale nie chcę przeszkadzać: więc szczęśliwej drogi.

STRZELEC.

Hola, kolego! nie bądź taki raptusowy. Jestże to grubiaństwo, albo skutek trwogi? Pierwej mię sam zawołał, a teraz ucieka.

GUSTAW.

Ja miałbym cię wołać?

STRZELEC.

 Słyszałem z daleka, Żeś wolał; kogo, na co? nie wiem doskonale: Dosyć, że posłyszałem westchnienia i żale. Jestem jak ty myśliwcem, byłem kiedyś młody: Znam więc twego rzemiosła i wieku przygody. Musisz coś mieć na sercu, rozmówmy się szczerze! Pewnie cię zabłąkało w kniei jakie zwierze? Bracie, ja sam błądziłem: znam zwierzęta różne, Skrzydlate i piechotne, czworo- i dwunożne.

A jeśli nic nie gonisz, pewnie radbyś gonił? Ej! czy cię widok pustej torby nie zapłonił? Wstyd młodemu niczego dotąd nie ustrzelić? Przyznaj się, — ja ci mogę w potrzebie udzielić.

GUSTAW.

Dzięki, od nieznajomych nie żądam pomocy, Nie zabieram przyjaźni tak rychło i w nocy I nie rozumiem, co twe słowa mają znaczyć?

STRZELEC.

Jeżeliś niepojętny, będę się tłumaczyć; Jeżeli mi nie ufasz, będę szczerszy z tobą. Wiedz naprzód: iż, gdzie stąpisz, jest wszędzie nad tobą Pewna istota, która z oczu cię nie traci, I że chce ciebie w ludzkiej nawiedzić postaci, Jeżeli to, coś przyrzekł, zachowasz niezłomnie.

GUSTAW.

Przebóg! co to ma znaczyć? nie zbliżaj się do mnie!

Nie do sąsiadek pewnie — ich twarze, rozmowy Prędzej i gorzej nudzą, aniżeli łowy. Okrzyczano mię wszędzie, żem dziwak nieczuły, I któż, jeśli nie one z czucia mię wyzuły? Pomnę, gdy każda piękność młodzieńczemu oku, Jak duch senny, jaśniała w marzenia obłoku; Gdym pod zewnętrznym blaskiem zgadywać był gotów Miliony tajemnych wdzięków i przymiotów. Z trwogą do cudownego spieszyłem obrazu: Przyszedłem, przemówiłem: dość było wyrazu,

Ażeby postać, godna równać się z niebiany, Zamieniała się w posąg z lodu uciosany! Ileż razy, gdy dusza ku ustom wylata, Chce odkryć tajnie mego wewnętrznego świata, Kiedy źrenica w oczach dno myślenia śledzi, Mowa serca serdecznej czeka odpowiedzi: Natenczas nieme bóstwo oczu mych się boi, Słów mych nie słyszy, bo jej słyszeć nie przystoi, Lub ich końce powtarza tylko nakształt echa, I albo się rumieni albo się uśmiecha; I chce mię znowu ściągnąć w rozmowy potoczne, Wczorajsze, zawczorajsze i zaprzeszło-roczne! A, niechajże ją krewni poradą i władzą Zalotnemu kupcowi ślubem zaprzedadzą! Niewinna, nieznająca, niewidząca, głucha, Jaką będzie? Wstyd mówić, choć mię nikt nie słucha!

O, dusze miałkie, raczej bezduszne szkielety! Czerpające moralność całą z etykiety; Których żale, radości, zapały i chłody Stosują się do nowych kalendarzów mody; Grzeczności i rozmowy najlepszego tonu,

Jak cukierki przybrane z podłogi, z salonu.

Młodzieniec zaklęty

Wyłamawszy zamku bramy,

Twardowski błądził śród gmachów, Biegł na wieże, schodził w jamy: Co tam czarów! co tam strachów!

W jednem sklepisku zapadłem Jak dziwny rodzaj pokuty: Na łańcuchu, przed zwierciadłem Stoi młodzieniec okuty.

Stoi, a z ludzkiej postaci, Mocą czarownych omamień, Coraz jakąś cząstkę traci I powoli wrasta w kamień.

Aż do piersi już był głazem, A jeszcze mu błyszczą lica Męztwa i siły wyrazem, Czułością świeci źrenica.

„Kto jesteś? — zaklęty rzecze — Coś te gmachy zdobył śmiało, Gdzie tak mnogie pękły miecze, Tylu wolność postradało?“

„Kto jestem? — o, drży świat cały Przed mą szablą, na me słowa Wielkiej mocy, większej chwały: Jestem rycerzem z Twardowa.“

„Z Twardowa?... Za moich czasów Nie słyszałem o nazwisku, Ni śród wojennych zapasów, Ni na rycerskiem igrzysku.

„Nie zgadnę, jak długie lata Mogłem w więzieniu przesiedzieć; Ty świeżo wracasz ze świata: Musisz mi o nim powiedzieć.

„Czy dotąd Olgierda ramię, Naszą Litwę wiodąc w pole, Po dawnemu Niemcy łamie, Tratuje stepy mogole?“

Olgierd? — ach, już przeminęło Dwieście lat po stracie męża; Lecz z jego wnuków Jagiełło Teraz walczy i zwycięża.“

„Co słyszę?... Jeszcze dwa słowa: Może w twych błędnych obiegach Byłeś, rycerzu z Twardowa, Na Świtezi naszej brzegach?

„Czy tam ludzie nie mówili O Poraju silnej ręki I o nadobnej Maryli, Której on ubóstwiał wdzięki?“

„Młodzieńcze, nigdzie w tym kraju, Od Niemna po Dniepru krańce, Nie słyszałem o Poraju Ani o jego kochance.

„Po co pytać? Czasu strata! Gdy cię wyrwę z tej opoki, Wszystkie ciekawości świata Własnemi odwidzisz kroki.

„Znam czarodziejską naukę, Wiem dzielność tego zwierciadła: Wraz go na drobiazgi stłukę, By z ciebie ta larwa spadła.“

To mówiąc, nagłym zamachem Dobył miecza i przymierza; Ale młodzieniec z przestrachem: „Stój!“ — zawołał na rycerza —

„Weźmi zwierciadło ze ściany I podaj go w moje ręce; Niech sam skruszę me kajdany I uczynię koniec męce.“

Wziął i westchnął; twarz mu zbladła I zalał się łez strumieniem I pocałował zwierciadło — I cały stał się kamieniem.

Pieśń strzelca

Śród wzgórzów i jarów

I dolin i lasów, Śród pienia ogarów I trąby hałasów:

Na koniu, co lotem Sokoły zadumi, I z bronią, co grzmotem Pioruny zatłumi;

Wesoły jak dziecko, Jak rycerz krwi chciwy, Odważnie, zdradziecko, Bój zaczął myśliwy.

Witajcież rycerza, Pagórki i niwy! Król lasów, pan zwierza, Niech żyje myśliwy!

Czy w niebo grot zmierza, Czy w knieje i smugi: Stąd leci grad pierza, Stąd płyną krwi strugi.

Kto w puszczy dojedzie Odyńca bez trwogi? Kto kudły niedźwiedzie Podesłał pod nogi?

Czyj dowcip gnał rojem Lataczów do sideł? Kto wstępnym wziął bojem Sztandary ich skrzydeł?

Witajcież rycerza, Pagórki i niwy! Król lasów, pan zwierza, Niech żyje myśliwy!

Dalejże, dalejże, z tropu w trop, Z tropu w trop, dalejże, dalejże! Dalejże, dalejże, z tropu w trop, Z tropu w trop, hop! hop!

Dziady część II

Wstęp

DZIADY.

Jest to nazwisko uroczystości, obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandyi, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huślar, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz). W teraźniejszych czasach pospólstwo święci Dziady tajemnie, w kaplicach lub pustych domach, niedaleko cmentarza. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców, i wywołują się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania umarłych zdaje się być wspólny wszystkim ludom pogańskim; w dawnej Grecyi, za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie i dotąd po wyspach nowego świata. Dziady nasze mają to szczególnie, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześciańskiej; zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym. Cel tak poważny święta, miejsca samotne, czas nocny, obrzędy fantastyczne, przemawiały niegdyś silnie do mojej imaginacyi; słuchałem bajek, powieści i pieśni o nieboszczykach, powracających z prośbami lub przestrogami; a we wszystkich zmyśleniach poczwarnych można było dostrzedz pewne dążenie moralne i pewne nauki, gminnym sposobem zmysłowie przedstawiane. Poema niniejsze przedstawi obrazy w podobnym duchu; śpiewy zaś obrzędowe, gusła i inkantacye, są po większej części wiernie, a niekiedy dosłownie z gminnej poezyi wzięte.

Upior

Serce ustało, pierś już lodowata,

Ścięły się usta i oczy zawarły; Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata! Cóż to za człowiek? — Umarły!

Patrz, duch nadziei życie mu nadaje, Gwiazda pamięci promyków użycza; Umarły wraca na młodości kraje Szukać lubego oblicza.

Pierś znowu tchnęła, lecz pierś lodowata, Usta i oczy stanęły otworem; Na świecie znowu, ale nie dla świata! Czemże ten człowiek? — Upiorem!

Ci, którzy bliżej cmentarza mieszkali, Wiedzą, że upiór ten co rok się budzi; Na dzień zaduszny mogiłę odwali I dąży pomiędzy ludzi.

Aż gdy zadzwonią na niedzielę czwartą, Wraca się nocą, opadły na sile: Z piersią skrwawioną, jakby dziś rozdartą, Usypia znowu w mogile.

Pełno jest wieści o nocnym człowieku, Żyją, co byli na jego pogrzebie; Słychać, iż zginął w młodocianym wieku: Podobno zabił sam siebie.

Teraz zapewne wieczne cierpi kary, Bo smutnie jęczał i płomieniem buchał; Niedawno jeden zakrystyan stary Obaczył go i podsłuchał.

Mówi, iż upior, skoro wyszedł z ziemi, Oczy na gwiazdę poranną wywrócił, Załamał ręce i usty chłodnemi Takową skargę wyrzucił:

„Duchu przeklęty! po co śród parowu Nieczułej ziemi ogień życia wzniecasz? Blasku przeklęty! zagasłeś i znowu, Po co mi znowu przyświecasz?

„O sprawiedliwy, lecz straszny wyroku! Ujrzeć ją znowu, poznać się, rozłączyć;