Pamiętnik wariata i inne opowiadania - Mikołaj Gogol - ebook

Pamiętnik wariata i inne opowiadania ebook

Mikołaj Gogol

0,0

Opis

Co robić, gdy zgubi się nos? Gdzie go szukać?

 

Czy można straszyć za płaszcz?

 

Czy umiera się ze strachu?

 

Czy wiecie, jak łatwo jest zwariować?

 

 

 

Niezwykłe poczucie humoru, wibrująca wyobraźnia, magnetyczna, groteskowa i wciągająca fabuła, literacki kunszt – wszystkie te cechy pisarza sprawiły, że jego dzieła szybko zaliczono do kanonu literatury światowej.

 

Opowiadania petersburskie to efekt spotkania Gogola z bezduszną petersburską administracją. Opis bezsensownej biurokracji, nepotyzmu i kumoterstwa.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 187

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału Zapiski sumasszedszego, Nos, Szyniel, Wij

Przekład Nos - Julian Tuwim

Przekład Pamiętnik Wariata, Płaszcz, Wij – Jerzy Wyszomirski

Copyright © 2026, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-355-7

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Na okładce wykorzystano zasoby adobe stock (©fran_kie, ©Ethan) oraz zasoby znajdujące się w domenie publicznej via polona.pl

Redakcja: MR

Korekta: Michał Gniazdowski

Skład: Jacek Antoniuk

[email protected]@gmail.com

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Pamiętnik wariata

3 października

Dzisiaj zdarzyła mi się nadzwyczajna przygoda. Obudziłem się z rana dość późno. Kiedy mi Marta przyniosła wyczyszczone buty, zapytałem, która godzina. Jak usłyszałem, że już dawno wybiła dziesiąta, ubrałem się na gwałt. Wyznaję, że nie poszedłbym w ogóle do departamentu, wiedziałem bowiem z góry, jaką kwaśną minę zrobi nasz naczelnik wydziału. Od dawna mi powtarza:

– Cóż to za bigos wiecznie masz w głowie, przyjacielu? Latasz jak kot z pęcherzem, w aktach narobisz czasem takiego grochu z kapustą, że sam Belzebub w tym się nie rozezna, nagłówki piszesz małymi literami, nie kładziesz daty ani liczby dziennika...

Obrzydliwa czapla! Pewnie mi zazdrości, że siedzę w gabinecie dyrektora i temperuję pióra dla jego ekscelencji. Słowem, nie poszedłbym do departamentu, gdyby nie nadzieja zobaczenia skarbnika i wybłagania jakimś cudem od tego Żyda choćby niewielkiej zaliczki. I to ma być stworzenie boskie? Boże ty mój kochany – prędzej się można spodziewać końca świata niż wypłacenia przez niego pensji z góry. Możesz się, człowieku, zabłagać, możesz z głodu zdychać – a ten nic: jak głaz. A u niego w domu jego własna kucharka wali go po pysku: cały świat o tym wie.

Służba w departamencie, moim zdaniem, wcale nie jest korzystna: nie przynosi żadnych dochodów. Zarząd gubernialny, izba skarbowa i cywilna – to zupełnie co innego: jakiś tam nędzny pisarczyk siedzi w kąciku, fraczynę ma na sobie kiepściutką, gęba taka, że splunąć nie warto – a proszę spojrzeć, jakie to sobie letnisko wynajmuje! Z porcelanową pozłacaną filiżanką ani przystąpić do niego! „To – powiada – prezent dobry dla doktora”. Takiemu trzeba dać parę rysaków, powozik albo bobra za trzysta rubli. Na oko taki pokorniutki, taki delikatniutki: „Pan będzie łaskaw – prosi – pożyczyć scyzoryka, żebym mógł zatemperować pióro”. A tylko patrzeć, jak interesanta obłuska tak, że jedną koszulę na nim zostawi. Co prawda, u nas za to, w departamencie, praca jest wytworna, czystość wszędzie taka, jakiej zarząd gubernialny jak świat światem nie widział, biurka mahoniowe, wszyscy naczelnicy mówią na pan... Wyznam szczerze, że gdyby nie ta wytworność, dawno bym porzucił służbę w departamencie.

Włożyłem stary szynel, wziąłem parasol, bo była ulewa. Na ulicach – pustki: spotykałem jedynie baby, osłaniające głowy połami swego odzienia, kupców pod parasolami, no i woźnych. Z lepszej publiczności natknąłem się tylko na kamrata – urzędnika. Jak go zobaczyłem, pomyślałem sobie: „Ho, ho, kochaneczku! Nie idziesz ty do departamentu, tylko pędzisz za tą, co biegnie przed tobą, i przyglądasz się jej nóżkom”.

Cóż to za bestie ci nasi urzędnicy! Dalibóg, nie ustąpi taki żadnemu oficerowi: niech tylko zobaczy jaką spódniczkę – zaraz musi zaczepić!

Kiedy tak rozmyślałem, przed sklep, obok którego przechodziłem, zajechała kareta. Poznałem ją natychmiast: była to kareta naszego dyrektora.

„Cóż on miałby tu do roboty? – pomyślałem. – Z pewnością to jego córka”.

Przycisnąłem się do muru. Lokaj otworzył drzwiczki: wyfrunęła z karety jak ptaszek. Ach, jakim wzrokiem rzuciła na lewo i na prawo, jak mignęła okiem i brwiami... Chryste Panie, zginąłem, zginąłem z kretesem! I po cóż miałaby wyjeżdżać w taką dżdżystą porę? I niech mi teraz kto powie, że kobiety nie przepadają za gałgankami! Nie poznała mnie – zresztą starałem się otulić jak najszczelniej, bo szynel miałem bardzo zniszczony, a przy tym niemodny. Teraz nosi się płaszcze z dłuższymi pelerynkami, moje zaś były krótkie – jedna na drugiej; ponadto sukno niestępowane.

Jej suczka nie zdążyła wbiec do sklepu i została za drzwiami na ulicy. Znam ją: wabi się Medżi. Stałem tak chwilkę, aż tu słyszę cieniutki głosik:

– Jak się masz, Medżi!

Ładny gips! Kto to może wołać? Obejrzałem się i zobaczyłem dwie panie pod parasolką: jedna staruszka, druga młodziutka. Ale już mnie minęły; a w pobliżu znów się rozległo:

– Nieładnie tak, Medżi!

Co u diabła? Zobaczyłem, jak Medżi obwąchuje się z psiną, która biegła za tymi paniami.

„Do kroćset! – powiedziałem do siebie. – Czyżbym był pijany? To przecież bardzo rzadko mi się zdarza”.

– Źle o mnie sądzisz, Fidele – powiedziała Medżi, słyszałem to na własne uszy – byłam, hau-hau, byłam, hau-hau, bardzo chora.

A, niechże cię, ty psiaku! Wyznaję, że byłem niezmiernie zdumiony, słysząc, jak przemawia ludzkim głosem; wnet jednak, zdawszy sobie z tego wszystkiego sprawę, przestałem się dziwić. Istotnie, dużo mamy na świecie podobnych przykładów. Powiadano, że w Anglii wypłynęła ryba, która wyrzekła dwa słowa w tak dziwnym języku, że uczeni od trzech lat badają go i dotychczas nie potrafią określić. Czytałem również w gazetach o dwóch krowach, które przyszły do sklepu i zażądały funta herbaty. Ale muszę wyznać, że moje zdziwienie wzrosło jeszcze, kiedy usłyszałem, jak Medżi mówi:

 – Pisałam do ciebie, Fidele. Zapewne Bryś nie odniósł ci mego listu.

Do licha! Jak żyję, nie słyszałem, żeby pies mógł pisać. Poprawnie pisać umie tylko szlachcic. Wprawdzie niektórzy kupcy, subiekci, niekiedy nawet chłop pańszczyźniany potrafi coś nagryzmolić; ale pisanie to jest przeważnie mechaniczne: ani w tym stylu żadnego, ani kropek czy przecinków. Zdziwiło mnie to. Wyznaję, że od niedawna zaczynam czasami słyszeć i widzieć takie rzeczy, o jakich się nikomu nigdy nie śniło.

„Pójdę ja za tym psiakiem – powiedziałem do siebie – dowiem się, co on za jeden i co sobie myśli”.

Otworzyłem parasol i udałem się za tymi paniami. Weszły w Grochową, skręciły na Mieszczańską, stamtąd na Stolarną, w końcu w stronę Mostu Kokuszkina i zatrzymały się przed wielką kamienicą.

„Tę kamienicę znam – rzekłem do siebie – to dom Zwierkowa”.

Gmaszysko olbrzymie! Któż tu tylko nie mieszka! Ileż kucharek, ilu przyjezdnych! A braci urzędniczej – jak psów: jeden na drugim siedzi, a trzecim pogania. Mam tam kolegę, który dobrze gra na trąbie. Moje panie weszły na czwarte piętro.

„Dobra jest – pomyślałem. – Teraz nie wejdę, ale zapamiętam miejsce i przy pierwszej sposobności nie omieszkam skorzystać”.

4 października

Dzisiaj mamy środę, z tego więc względu byłem w gabinecie u naszego dyrektora. Przyszedłem umyślnie wcześniej, rozsiadłem się i zatemperowałem wszystkie pióra.

Nasz dyrektor to musi być bardzo mądry człowiek. Cały gabinet zastawiony szafami z książkami. Odczytałem tytuły niektórych: straszna naukowość – taka naukowość, że zwykły urzędnik nawet przystępu do niej nie ma: wszystko po francusku albo po niemiecku. Zresztą dosyć spojrzeć na niego: phi-phi, jakie dostojeństwo błyszczy mu w oczach! Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby powiedział zbyteczne słówko. Chyba tylko wyjątkowo – kiedy mu podać papiery – zapyta:

– Jak tam dzisiaj na dworze?

– Wilgotno, ekscelencjo.

Tak, tak... To mąż stanu. Zwykły urzędnik nie może z nim iść w paragon.

Mimo to spostrzegłem, że lubi mnie szczególnie. Gdybyż tak i córka... Ech, psiakrew! Nie szkodzi, nie szkodzi – milcz, serce!

Czytałem „Pszczółkę”. Co za głupi naród ci Francuzi. Czego to chce? Tak bym wziął i dalibóg – wszystkim po kolei dał baty. Przeczytałem tam również bardzo przyjemny opis balu pióra jakiegoś obywatela ziemskiego z guberni kurskiej. Ci ziemianie kurscy dobrze piszą. Po czym zauważyłem, że wybiło wpół do pierwszej, a nasz stary nie wyszedł jeszcze ze swej sypialni1. Ale około wpół do drugiej zaszło wydarzenie, którego żadne pióro nie opisze. Otworzyły się drzwi – myślałem, że to dyrektor: zerwałem się z krzesła, chwytając papiery. Ale to była ona – we własnej osobie! Święci pańscy, jakże była ubrana! Suknia biała jak łabędź – fiu-fiu, jaka przepyszna! A jak spojrzała! Słońce, jak pragnę Boga, słońce! Skinęła głową i zapytała:

– Czy tu nie było papa?

Ojejej, co za głosik! Kanarek, jedno słowo – kanarek!

Chciałem jej powiedzieć: „Niech się jaśnie dyrektorówna zmiłuje i nie ścina mi głowy, ale skoro już mam być ścięty, to własną rączką jaśnie dyrektorówny”. Ale język jakoś mi stanął kołkiem i powiedziałem tylko:

– Nie było, proszę pani.

Spojrzała na mnie, na księgi i upuściła chustkę. Poskoczyłem na jednej nodze, pośliznąłem się na przeklętej posadzce i o mały włos nie rozbiłem sobie nosa. Ale się utrzymałem i podniosłem chustkę. O nieba, co za chustka! Z najcieńszego batystu – ambra, najszczersza ambra! Aż tchnie cała dyrektorstwem! Podziękowała mi i z lekka się uśmiechnęła – ale tak leciutko, że jej cukrowe usteczka prawie nie drgnęły; po czym wyszła. Siedziałem tam jeszcze godzinę. Raptem wszedł lokaj i powiedział:

– Niech pan idzie do domu, bo jaśnie pan już dawno wyjechał na miasto.

Nie znoszę tego lokajstwa: rozwali się to zawsze w przedpokoju i żeby choć który kiwnął głową człowiekowi! Ale nie dość na tym: pewnego razu jeden z tych bydlaków, nie podnosząc się z krzesła, raczył mnie poczęstować tabaką. A czy ty wiesz, głupi chamie, że jestem urzędnikiem i szlachcicem z pochodzenia?

Wziąłem czapkę, sam włożyłem szynel – bo ci panowie nigdy nie podadzą – i wyszedłem. W domu leżałem przeważnie na łóżku. Potem przepisałem śliczny wierszyk, zapewne Puszkina:

Nie widząc swej lubki godzinkę,

„To chyba rok minął” – myślałem.

I świat mi, i życie obrzydło.

– Czyż mogę tak żyć? – powiedziałem.

Wieczorem, wtulony w płaszcz, poszedłem pod dom jego ekscelencji; czekałem długo, czy nie wyjdzie panna dyrektorówna, nie wsiądzie do karety. Chciałem jeszcze raz na nią spojrzeć. Ale nie wyszła.

6 listopada

Rozwścieczył mnie dzisiaj naczelnik wydziału. Przyszedłem do departamentu, a ten wzywa mnie do siebie i mówi tak:

– Powiedz mi, proszę cię, co ty właściwie robisz?

– Jak to co? – odparłem. – Nic nie robię.

– Zastanów się dobrze. Masz już przeszło czterdziestkę: czas nabrać rozumu. Co ty sobie wyobrażasz? Czy myślisz, że nie wiem o wszystkich twoich sprawkach? Łazisz za córką dyrektora! Spójrz tylko na siebie, pomyśl, kim jesteś! Zero, kompletne zero. Goły jak święty turecki. Popatrz na tę swoją twarz w lustrze: gdzie ci o tym myśleć!

Do diaska! Że ma twarz jak aptekarska bania, a na głowie kępkę włosów nastroszoną w czub, że zadziera tę głowę do góry i smaruje ją jakąś pomadą – to już myśli, że wszystko mu wolno. Rozumiem, rozumiem, dlaczego taki zły na mnie. Zazdrości mi: pewnie zauważył oznaki życzliwości, jaką mi okazują, pomijając jego osobę. Gwiżdżę na niego! Wielka mi rzecz: radca nadworny! Przywiesił złoty łańcuszek do zegarka, kupuje buty za trzydzieści rubli – a niech go wszyscy diabli! Ja też sroce spod ogona nie wypadłem. Szlachcic jestem. I mogę się dosłużyć stanowiska. Mam zaledwie czterdzieści dwa lata: taki wiek, kiedy w istocie dopiero się służbę zaczyna. Zaczekaj, bratku! I ja będę radcą stanu, a może, da Bóg, jeszcze czymś więcej. I ja urządzę sobie mieszkanie, może jeszcze lepsze od twojego. Ubrdałeś sobie, że oprócz ciebie nie ma już porządnych ludzi? Daj no mi frak angielski ostatniej mody, a niech sobie jeszcze zawiążę krawat taki, jak ty nosisz – ani się będziesz do mnie umywał. Brak mi środków – w tym sęk.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Naczelnicy urzędów miewali wówczas mieszkania „skarbowe” przy swoich urzędach. ↩