Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Przeszłość ma 34 miliony lat. I żyje w jego głowie."
Ben Foster nosi w sobie dziedzictwo, które nigdy nie było przeznaczone dla niego. Z każdym dniem coraz trudniej odróżnić, które z jego myśli wciąż należą do niego. I nie tylko on o tym wie.
Gdzieś poza znanymi gwiazdami leży miasto, które milczy od eonów: Tro'Pheo. Tam może odnaleźć swoją wolność.
Albo powód, dla którego zamilkło.
Powieść o pamięci, tożsamości i pytaniu, ile z tego, czym jesteśmy, naprawdę należy do nas.
Drugi tom trylogii PAMIĘĆ GENETYCZNA sięga dalej w przestrzeń kosmiczną – a zarazem głęboko w przeszłość. Pośród pradawnych statków, ukrytych frakcji i śladów starszych niż sama ludzkość kosmiczny rozmach spotyka się z głęboko osobistymi wyborami. Co zostaje z człowieka, gdy jego pamięć nie potrafi już niezawodnie odróżnić go od kogoś innego?
Mariusz Trynka pisze z naukową ciekawością i wyczuciem tego, co ludzkie: wciągająco, obrazowo i z bohaterami, których długo się nie zapomina. Jeśli kochasz science fiction, które stawia wielkie pytania, nie tracąc z oczu bicia serca swoich bohaterów – jesteś na pokładzie właściwego statku.
Z dodatkiem bonusowym przymrużonym okiem: wędrówka wzdłuż granicy między nauką a fantazją – o pamięci genetycznej, energii punktu zerowego, solitonach warp i tunelach czasoprzestrzennych.
Kolejność czytania: Tom 2 kontynuuje historię z Tomu 1. Dla pełni wrażeń zacznij od pierwszego tomu.
Dla czytelników, którzy kochają science fiction pełne wielkich zagadek, fascynują się początkami ludzkości i tajemnicami zaginionych cywilizacji oraz lubią historie, w których nauka i przygoda idą w parze.
Dla czytelników „The Swarm" Franka Schätzinga, „Project Hail Mary" Andy'ego Weira czy „Dune" Franka Herberta, a także dla fanów Stargate, Mass Effect i Assassin's Creed.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 518
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
MARIUSZ TRYNKA
PAMIĘĆGENETYCZNATOM II TRO’PHEOKRAKÓW 2026
Copyright ©️ Mariusz Trynka, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana, przechowywana w systemach wyszukiwania informacji ani przesyłana w jakiejkolwiek formie i za pomocą jakichkolwiek środków — elektronicznych, mechanicznych, poprzez fotokopiowanie, nagrywanie, mikrofilmowanie, digitalizację, zapis na nośnikach elektronicznych lub jakąkolwiek inną techniką — bez uprzedniej, pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów zawartych w recenzjach, artykułach krytycznych lub opracowaniach naukowych zgodnie z obowiązującym prawem.
Wydanie pierwsze, Kraków 2026
Wydanie własne autora (Self-Publishing)
Projekt okładki: Mariusz Trynka
Tytuł oryginalny: „Genetic Memory – Band II – Tro’Pheo”
Redakcja: Marzena Boniecka
Korekta: Maciej Lidachowski | ef-ef
Skład: Mariusz Trynka
Uwaga dotycząca wykorzystania sztucznej inteligencji
Tę książkę napisał autor. Historia, jej postacie, pomysły i każdy wiersz oryginalnego, niemieckiego tekstu wyszły spod jego pióra. Przy samym pisaniu i pracy twórczej nie korzystano ze sztucznej inteligencji.
Polski przekład powstał z pomocą narzędzi opartych na SI. Następnie przeszedł wtórną edycję, redakcję i korektę wykonane przez ludzi, w ścisłym porozumieniu z autorem.
Poza tym narzędzia SI wykorzystano wyłącznie do researchu oraz w końcowej redakcji, czyli do dopracowania pisowni i gramatyki oraz do sprawdzenia typografii. Pomogły przenieść tekst na język polski i go wygładzić, ale go nie napisały.
Części projektu okładki powstały z pomocą generatywnej SI, a następnie zostały gruntownie dopracowane ręcznie.
Inne książki tego autora można znaleźć pod adresem: www.mariusztrynka.com
Dla Joanny,
która każdego dnia jadła ze mną obiad w domu,
nawet jeśli myślami byłem zwykle daleko –
na pokładzie Sarka Benona albo gdzieś w Tro’Pheo.
Na pokładzie promu ewakuacyjnego pierwszej ludzkości,
trzydzieści cztery miliony lat temu
Prom drżał cicho. Było to głębokie, równomierne buczenie, które Quen Aldris wyczuwał raczej w kościach, niż słyszał. Takie wibracje były czymś niezwykłym i pojawiały się tylko wtedy, gdy silniki pracowały wcześniej na pełnej mocy. Pospieszna ucieczka musiała drogo kosztować maszyny. Przez wąskie okna nie sposób było dostrzec niczego prócz czerni kosmosu poprzetykanej odległymi, obojętnymi gwiazdami. W środku jaśniało jedynie przytłumione światło awaryjne, a nad wszystkim zalegała cisza, cięższa niż jakikolwiek hałas. Była to cisza tych, którzy widzieli zbyt wiele, by znaleźć jeszcze dla tego słowa. Tych, którzy prócz gołego życia stracili wszystko inne.
Asfar Degolian siedział skulony na jednym z wyściełanych foteli, ze wzrokiem wbitym w swoje drżące dłonie, które wydawały mu się obce. Jego szaty, zazwyczaj utrzymane w nienagannym porządku, były pomięte i przepocone, włosy w nieładzie. Mamrotał bez ustanku, tonem zbyt cichym, by można było wyłowić z niego prawdziwe słowa – monotonny strumyczek dźwięków, od którego Quenowi robiło się nieswojo.
Wokół niego poruszali się ocaleni, powoli i ostrożnie. Naukowcy, technicy, bliscy – twarze naznaczone ostatnimi godzinami. W ich oczach malowała się owa osobliwa mieszanina, jakiej Quen nigdy dotąd nie widział: ulga ocalonych, a zarazem przerażenie tym, przed czym ich uratowano.
Kelyn Vashar, jedna z najbliższych współpracownic Asfara, odłączyła się od grupy i podeszła do niego ostrożnie. Uklękła przy fotelu i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Asfar – powiedziała łagodnie, lecz natarczywie. – Co się stało z Corinem? Co zrobił z nim Rdzeń Ascendencji? Czy on nie żyje?
Głowa Asfara poderwała się gwałtownie. Oczy miał szeroko rozwarte, lecz zdawały się patrzeć przez Kelyn, na jakiś punkt gdzieś za jej plecami. Na coś, co tylko on mógł dostrzec. Przez chwilę jego wargi poruszały się bezgłośnie. Potem dołączył głos, łamliwy i obcy.
– Nie żyje? – Potrząsnął głową drobnym, kurczowym ruchem. – Nie… nie umarł. Ale może to coś gorszego. Może nawet o wiele gorszego. – Szept rozpłynął się, powrócił, nabrał przeraźliwej determinacji. – Muszę zniszczyć Tro’Pheo. Muszę je zniszczyć, zanim… – I znów rozległo się mamrotanie.
Kelyn rzuciła Quenowi bezradne spojrzenie. Zrozumiał je bez słów i podszedł bliżej.
Quen Aldris znał Asfara dłużej niż ktokolwiek inny na pokładzie. Pamiętał błyskotliwego, opanowanego człowieka, którego umysł pracował szybciej niż kogokolwiek, kogo kiedykolwiek spotkał. Ten, który teraz siedział przed nim skulony, był ledwie do poznania. Przykucnął, aż znalazł się na wysokości oczu swego przyjaciela.
– Asfar, posłuchaj mnie – rzekł spokojnie. – Mówisz o Tro’Pheo. Ale to, co stało się z Corinem, sprawił Rdzeń, nie Tro’Pheo. Rdzeń, który zbudowałeś. Słyszysz mnie?
Z nagłością, która przeraziła wszystkich, dłoń Asfara wystrzeliła naprzód i zacisnęła się na nadgarstku Quena. Uchwyt był twardy i nieoczekiwanie silny. Po raz pierwszy od startu oczy Asfara znalazły punkt zaczepienia – wpiły się w twarz Quena z gorączkową jasnością.
– Nie – odparł, a ta jedna sylaba była ostra i wyraźna. – Nie tylko Rdzeń. Tro’Pheo. Muszę zniszczyć Tro’Pheo.
Quena ogarnął chłód. Był u boku Asfara tamtego dnia i znał Tro’Pheo tak dobrze jak jego przyjaciel. Nie rozumiał jednak tego, co działo się teraz.
– Dlaczego Tro’Pheo? – zapytał z naciskiem, pochylając się. – Odkąd wróciliśmy, nie jesteś już sobą. Co się z tobą stało, stary przyjacielu? Co przede mną ukrywasz?
Lecz chwila już minęła. Punkt zaczepienia w oczach Asfara rozpłynął się, gorączka ustąpiła miejsca matowej, szklistej zasłonie. Uchwyt zwiotczał, palce ześlizgnęły się z nadgarstka Quena, a on osunął się z powrotem w fotel. Ta krótka chwila jasności kosztowała go ostatek sił.
– Za późno – wymamrotał. – Może… może już za późno.
Quen przez moment trwał nieruchomo w przysiadzie, po czym powoli się wyprostował. Serce biło mu teraz ciężej. Za jego plecami zbliżyli się sanitariusze, dwie milczące postacie, a on odsunął się na bok, by ich przepuścić. Gdy ostrożnie podnosili Asfara, Quen usłyszał, jak ten szepcze raz jeszcze, ledwie głośniej niż buczenie napędu:
– Tro’Pheo… nigdy nie powinienem był je znaleźć… nigdy…
Potem wyprowadzili go wąskim przejściem środkowym, wciąż mamroczącego, a przesuwne drzwi kabiny medycznej zamknęły się za nimi z cichym sykiem.
Quen został sam. Wokół niego prom powracał do swej przytłaczającej rutyny – przyciszone głosy, dotyk palców na konsolach, wieczne buczenie. Długo jeszcze patrzył na zamknięte drzwi, usiłując nadać sens słowu, które jego przyjaciel powtarzał bez ustanku.
„Tro’Pheo” – pomyślał. – „Co zrobiło z tobą to miejsce, Asfar?”
Nie przeczuwał, że na to pytanie nigdy nie otrzyma odpowiedzi. Nie mógł też w żaden sposób wiedzieć, że to jedno wyszeptane imię jeszcze za trzydzieści cztery miliony lat będzie miało ciężar – dość wielki, by poruszyć całe światy.
Mostek Sarka Benona, w Pomiędzy, nieopodal Helios Prime
Mostek Sarka Benona cicho buczał – dźwięk tak niski i równomierny, że Ben niemal przestał go zauważać. Dopiero w chwilach ciszy, jak teraz, powracał znowu: bicie serca prastarej istoty, w której wnętrzu podróżowali. Za oknami widokowymi nie było nic prócz tego, co załoga nazywała Pomiędzy – mlecznie połyskującej szarości bez góry i dołu, w której gwiazdy rozmywały się w lepkie nici. Ben nauczył się nie patrzeć w nią zbyt długo. Robiła coś z oczami. I z myślami.
Zamiast tego po raz setny, jak mu się zdawało, przyglądał się mapie gwiezdnej. Wielki projektor holograficzny rzucał w powietrze powoli obracający się obraz wycinka galaktyki. Pulsowały w nim trzy czerwone punkty, odległe od siebie – trzy możliwe położenia magnetarów. Półtora roku temu największą troską Bena był przesunięty termin w szklanej wieży w Vancouver. Teraz spośród trzech iskier w czerni musiał wybrać tę jedną, przy której czekała istota z innego poziomu świadomości, by im pomóc. Albo i nie.
Na wąskim stole obok konsoli nawigacyjnej wciąż leżały resztki śniadania: dwa nadgryzione owoce z Lyrathen, obce w kształcie i barwie.
Emily, stojąca przy konsoli, skinęła głową w stronę owocu, który zostawił Ben.
– Nie jesz swojego?
– Nie mogę się przemóc przez ten posmak – odparł. – Miód, anyż i jeszcze coś, czego nie potrafię nazwać.
– To, co nienazwane, jest w nim najlepsze. – Wzięła jego kawałek i przeżuwała w zamyśleniu. – Nie przyzwyczajaj się. Na Ziemi będzie ci go brakowało.
– Na Ziemi. – Ben sam usłyszał, jak obco zabrzmiało to słowo. Należało do innej opowieści. A jednak w końcu sięgnął po owoc. Drobne namiastki normalności – wspólne śniadanie, żart o posmaku czegoś słodkiego. To właśnie ich się trzymał. Przypominały mu, kim jest, a nie to, kim jest osoba, której wiedza od tamtego dnia mieszkała w jego czaszce i nie dawała mu spokoju.
Przy konsoli taktycznej pracował Folgar, a Ben po raz kolejny zauważył, jak inaczej Naturalny się porusza, odkąd odzyskał własny AMK – ramiona mniej napięte, dłonie pewniejsze. Jego moduł musiał długo podtrzymywać pole siłowe spowijające Rdzeń Ascendencji, podczas gdy sam Folgar zadowalał się pożyczonym urządzeniem z Lyrathen. Dopiero przed kilkoma dniami technicy Naturalnych zamienili oba z powrotem.
– Wyglądasz na bardziej zadowolonego – zauważył Ben.
Folgar uniósł na moment AMK, pozwalając, by światło mapy przesunęło się po jego ciemnych soczewkach.
– Wyobraź sobie, że ktoś odbiera ci głos i daje ci głos obcego – rzekł. – Zrozumiały. Użyteczny. Ale nie twój. A potem, pewnego dnia, odzyskujesz własny. – Odłożył moduł z powrotem na uchwyt, niemal czule. – Tak właśnie się to odczuwa.
Ben skinął głową. Rozumiał te słowa. Niepokoiło go to, że jakaś jego część rozumiała je zbyt dobrze – jak gdyby z własnego doświadczenia wiedział, jak to jest nosić obcy głos w swojej głowie. Odsunął tę myśl.
– Eratris – zwrócił się do SI statku – ile do pierwszego magnetara?
– W optymalnych warunkach sto dwadzieścia godzin, Ben. Musimy jednak wliczyć co najmniej trzy objazdy, by ominąć korytarze patrolowe Progresywnych. Realistycznie rzecz biorąc, sto trzydzieści sześć.
– A napęd skokowy? – Ben znał odpowiedź, a mimo to zapytał. – Powiedz mi, że wkrótce będziemy mogli go użyć.
– Tego nie mogę powiedzieć. Synchronizacja agregatu Augmenterów z Rdzeniem Aeternis wynosi dwadzieścia jeden procent.
Folgar podniósł wzrok.
– Wsadzili nam go w brzuch w ostatnich godzinach przed odlotem z Helios Prime – wyjaśnił. – Napęd składający przestrzeń, dzieło Augmenterów, a mimo to ciało obce w statku starszym od niego o trzydzieści cztery miliony lat. Skok składa samą przestrzeń. By się to udało, nie rozrywając nas na dwie połowy, napęd musi znaleźć ten sam takt co serce tego statku. A ten rdzeń nie mówi językiem Augmenterów. – Zmęczony półuśmiech. – Eratris uczy ich obu rozmawiać, gdy lecimy, rok świetlny po roku świetlnym.
– Ile jeszcze?
– Dni. Może tygodnie – odparł Eratris. – Kalibracja narasta sama wraz z pokonaną drogą. Skok wykonany wcześniej miałby szansę powodzenia, której nie chcę wymieniać, dopóki na pokładzie są ludzie.
– A nawet wtedy dobrze bym go sobie zachowała. – Nareena dotąd milczała; teraz uniosła głowę, jej gładkie srebrne włosy lśniły w półmroku. – Skok składający rozrywa w przestrzeni dziurę, którą mierzy się jeszcze w latach świetlnych. Zyskalibyśmy parę dni, a w zamian zdradzili Progresywnym, gdzie jesteśmy. Napęd solitonowy jest powolny, ale cichy.
Ben spojrzał na trzy czerwone punkty. Posiadali narzędzie, którego jeszcze nie mogli użyć.
Emily podeszła do jego boku, twarz w czerwonej poświacie punktów, i odczytywała mapę tym samym badawczym wzrokiem, jakim niegdyś odczytywała przekroje wykopalisk.
– A to dopiero pierwszy z nich. Te trzy punkty dzielą lata świetlne. Jeśli Śpiącego nie ma przy pierwszym, tracimy dni. Może tygodnie. A przez cały ten czas…
– Wtedy przeszukamy drugi. I trzeci. – Ben położył dłoń na jej plecach. – Nie mamy innego wyboru, Emily. Dopóki wiedza Asfara jest w mojej głowie, Progresywni nie przestaną mnie ścigać. – Urwał, a jego głos przycichł, zwrócił się niemal tylko do niej. – I szczerze mówiąc, czasem lękam się tej wiedzy bardziej niż Rady. Bo nie wiem już dokładnie, gdzie kończę się ja, a… zaczyna on.
Emily spojrzała na niego i przez moment w jej oczach pojawiła się troska, której nie potrafił znieść. Nie powiedziała nic.
Ciszę przerwał Folgar.
– Tym, co mnie niepokoi – rzucił w przestrzeń – jest właśnie ta cisza. Wymknęliśmy się im z Ziemi, z ich własnego okrętu flagowego, nad Lyrashin. Normalnie deptaliby nam już po piętach. To, że tego nie robią, oznacza jedno z dwojga. Albo nas zgubili…
– …albo mają lepszy plan. – Nareena siedziała nieruchomo przy konsoli nawigacyjnej. Była kobietą oszczędną w słowach i właśnie dlatego te, które wypowiadała, miały ciężar. – Progresywni nie gubią rzeczy. Pozwalają im biec, dopóki nie wiedzą, dokąd biegną. Pytanie nie brzmi, czy nas dogonią. Pytanie brzmi, co robią w tym czasie.
Nikt nie odpowiedział. W powietrzu wciąż obracała się mapa, obojętna wobec trosk czwórki osób, które stały w jej świetle.
Ben podszedł bliżej projektora, by przepędzić tę niedobrą myśl. A gdy jego wzrok przeczesywał pola gwiazd między ich pozycją a pierwszym czerwonym punktem, stało się to znów. Nie dotarło do niego żadne słowo, tylko chłodna, zupełna wiedza, która zdawała się tam tkwić, jakby nigdy nie było jej nigdzie indziej.
– Nie powinniśmy obrać proponowanej trasy – usłyszał własne słowa. Wskazał obszar mapy, na który dotąd nie zwracał uwagi, rozległą, splątaną mgławicę. – Tutaj. Ten obłok przeszywają anomalie grawitacyjne. Tworzą naturalne cienie sensoryczne – strefy, w których statek znika, nie musząc się maskować. – Jego palec wykreślił tor. – Trzy krótkie etapy w szybkim następstwie, każdy krótszy niż wartość oczekiwana przez ścigającego, a potem bezwładny dryf w głąb mgławicy. Kto nas szuka, nie znajdzie nic. Tracimy pół dnia. Ale znikamy zupełnie.
Zapadła cisza i była to inna cisza niż przedtem.
W powietrzu zawisła nie treść – ta była słuszna, czuli to wszyscy. Zawisł sposób, w jaki to powiedział: taktyczna precyzja, chłodna i niemal kliniczna, owa oczywista wiedza o wartościach oczekiwanych i logice ścigającego. Nie był to język człowieka, który półtora roku temu miał w głowie raporty kwartalne.
Ben czuł to najwyraźniej. Przez moment stało w nim otworem miejsce, którego nie powinno w nim być. „Skąd to wiem?” – pomyślał. – „Nigdy nie uciekałem, by ratować życie. Nigdy mnie nie ścigano. Skąd znam myśli tego, kto jest ścigany – i uchodzi?”
Pochwycił spojrzenie Emily. Patrzyła na niego z boku, a on niemal widział, jak to samo pytanie pracuje w niej – z tą różnicą, że ona przeczuwała odpowiedź, a sama myśl o niej zdejmowała ją grozą. Jej wzrok powędrował dalej, ku Folgarowi, i między nimi przebiegło coś niemego.
„Ja też to zauważyłem” – mówiła mina Folgara.
Nikt nie wypowiedział tego na głos. Zamiast tego Folgar pochylił się nad konsolą i zaczął wprowadzać trasę.
– Dobra trasa – rzekł odrobinę zbyt swobodnie. – Czysto przemyślana. Eratris, przejmij dane.
– Dane odebrane – potwierdziła SI. – Prawdopodobieństwo wykrycia spada dzięki temu z sześćdziesięciu czterech do mniej niż dziewięciu procent. Rozwiązanie godne uwagi, Ben. Niezwykle wydajne.
– Dzięki – mruknął Ben, a słowo smakowało fałszywie – pochwała za coś, co być może wcale nie wyszło od niego.
Przesunął dłonią po twarzy i dopiero przy tym poczuł, jak bardzo jest wyczerpany – zmęczeniem, które tkwiło głębiej niż brak snu. Trzeci księżyc Helios Prime został teraz daleko w tyle, a wraz z nim Starzec i wszystkie odpowiedzi, których im nie udzielił. Gdzieś tam, przy magnetarze, którego promieniowanie mogło stać się groźne nawet dla tego statku, czekała istota – od eonów zagubiona, a jednak nieumarła. Śpiący. Ich jedyny trop.
– Wyznacz nowy kurs, Eratris – polecił cicho. – Miejmy to za sobą.
* * *
Tajna baza Naturalnych
Planetoida nie miała nazwy i było to zamierzone. Czego nie nazwano, tego nie dało się wypowiedzieć, a czego nie dało się wypowiedzieć, tego nie można było zdradzić – ani na torturach, ani we śnie, ani przez nieuwagę. Założyciele postanowili, że ich schronienie pozostanie bezimienne, i ta jedna zasada utrzymywała ich przy życiu przez stulecia. Inne enklawy Naturalnych wytropiono i rozbito, jedną po drugiej. Theron Mavek rozważał tę myśl tak często, że ledwie odczuwał ją już jako myśl.
Szedł powoli przez główny ogród, dłonie splótłszy na plecach, jak każdego ranka. Nad nim nie wznosiło się niebo, tylko potężna kopuła centralnej kawerny. A jednak ciepłe, złote światło projektorów Aeternis zwiodłoby każdego obcego. Wędrowało niczym prawdziwe słońce, pachniało wilgotną ziemią i żywicą. Urządzili sobie wiosnę po prostu dlatego, że życie jej potrzebowało.
Gdzieś zaśmiało się dziecko. Tam dalej mały chłopiec gonił za migocącym dronem, którym z założonymi rękami sterowała starsza dziewczynka, wyraźnie rozkoszując się swoją władzą. Żadne z tych dzieci nigdy nie uczyło się strzelać. To była cała duma Therona, a czasem cały jego lęk. Wychował pokolenia, które nie wiedziały, jak trzyma się broń – w galaktyce, która przecież wciąż na nowo sięgała po przemoc, gdy musiała.
– Znowu rozmyślasz – odezwał się głos obok niego.
Sela Voren podeszła bezszelestnie, jak czyniła to zawsze. Jego zastępczyni, ledwie o połowę młodsza od niego, o czujnym spojrzeniu kobiety, która zbyt wcześnie wzięła na barki zbyt wielką odpowiedzialność. W rękach trzymała tablet z danymi.
– Nie rozmyślam – odparł Theron. – Patrzę.
– Rozmyślasz, patrząc. – Przelotny uśmiech. – Pierścienie sensoryczne sprawdzone. Czwarty przegląd w tym cyklu, wszystko spokojnie. Żadnych skoków, żadnych ech, żadnego cienia. Jesteśmy niewidzialni jak zawsze. – Urwała. – Możesz przestać się martwić. Przynajmniej dziś.
Skinął głową, lecz nie słuchał do końca. W zakamarkach jego umysłu spoczywała, jak każdego ranka, owa inna wiedza, ciężka i zimna, troskliwie zamknięta. Współrzędne, które znała prócz niego zaledwie garstka Naturalnych. Ta jedna tajemnica, większa niż cały ten świat ze światła i ziemi. Strzegł jej tak, jak człowiek strzeże płomienia w nawałnicy.
„Dopóki nikt nie wie, że istniejemy – pomyślał – nikt też nie wie, gdzie istnieje on”.
Potem światło rozdarło poranek.
Przyszło bez ostrzeżenia. Oślepiający, bezgłośny błysk, od którego złota kopuła na jedno uderzenie serca rozgorzała bielą. Potem zgrzyt, głęboko w skale, który Theron poczuł w mostku. Drugie wyładowanie. Trzecie. Ciepłe światło dnia zbledło i zaczęło pulsować czerwienią.
Dopiero teraz zawyły syreny.
– Nie – wyszeptała z niedowierzaniem Sela. Tablet pokazywał to, czego być nie powinno: sygnatury energetyczne, dziesiątki, już za pierścieniami sensorycznymi. – Są w środku – szepnęła. – Theronie… oni już są w środku.
A wtedy zmaterializowali się znikąd. Wszędzie w kawernie zamigotały postacie wchodzące w istnienie. Progresywni w lśniących pancerzach bojowych, którzy bez wysiłku przenosili się przez zniekształcenia czasoprzestrzeni tam, gdzie chwilę wcześniej nie było nikogo. Śluzy i korytarze nie były im potrzebne. Po prostu przybywali i kierowali broń energetyczną na wszystko, co się ruszało. Jakaś kobieta krzyknęła. Dron runął na ziemię, sypiąc iskrami. Mały chłopiec stał zastygły pośrodku ścieżki. Nie pojmował, co widzi, bo nikt nigdy nie nauczył go, co należy pojmować.
Theron zadziałał, nim pomyślał.
– Do kapsuł ratunkowych! – ryknął, a jego głos przeciął chaos. – Wszyscy! Natychmiast! Zostawcie wszystko – bierzcie tylko dzieci! – Obrócił Selę ku sobie. – Awaryjny protokół kasowania. Stopień trzeci. Archiwa, mapy, rejestry. Skasuj wszystko. Nie zostaw im niczego.
Sela wpatrywała się w niego, popielata w czerwonym świetle.
– Stopień trzeci kasuje także…
– Wiem, co kasuje stopień trzeci – wycisnął z siebie. – Zrób to. Już.
Pobiegła. Theron odwrócił się ku kawernie i uczynił to, co ćwiczył całe życie, mając nadzieję, że nigdy nie będzie musiał. Kierował strumień ludzi ku tylnym szybom, gdzie od czasów założycieli, w nagiej skale, czekały kapsuły ratunkowe. Podniósł znieruchomiałego chłopca i wcisnął go w ramiona biegnącej kobiety. Jego matce, miał nadzieję, albo czyjejś matce, to nie miało znaczenia.
– Biegnijcie. Nie oglądajcie się. Biegnijcie.
Nad nim umierało światło. Stopień trzeci wgryzał się w żyły bazy, a sztuczne słońce gasło falami, sztolnia po sztolni. Wraz z nim gasły archiwa: genetyczne rejestry jego ludu, imiona wszystkich tych, którzy się tu kiedykolwiek narodzili i umarli, pamięć stuleci. Tak musiało być. Sam wydał rozkaz, a mimo to czuł się, jakby własną ręką wymazywał wszystko, czym jego lud kiedykolwiek był.
Wokół niego rozpadało się to, co przetrwało stulecia. Ale ludzie biegli. I to było wszystko, co się liczyło.
Broń energetyczna wyładowała się tuż obok niego, tak blisko, że poczuł żar na policzku, a kamień po jego lewej rozżarzył się i pękł. Theron nie rzucił się na ziemię. Pojął już, co się tu dzieje, i to pojęcie uczyniło go w dziwny sposób spokojnym.
Nie strzelali, by zabijać. Inaczej kawerna już dawno byłaby zaścielona trupami. Lecz Progresywni strzelali ponad głowami, w kamień, w podłoże. Pędzili ludzi, płoszyli ich, odcinali drogę. To była nagonka, nie zagłada, a nagonki zawsze miały cel.
„Nie przybyli, by nas wytępić” – pomyślał Theron, a chłód w jego żołądku stężał w lód. – „Przybyli, by coś zabrać. Albo kogoś”.
I już wiedział, czemu odnaleźli akurat to schronienie, po stuleciach niewidzialności. Powodem był ten jeden płomień, który nosił w sobie; nie archiwa i nie ludzie. Gdzieś ktoś zaczął mówić albo któryś z nich stał się zbyt nieostrożny. A teraz chcieli tego, co istniało już tylko w jego głowie.
Za sobą usłyszał ciężkie dudnienie, z jakim pierwsze kapsuły ratunkowe odrywały się od szybów i wystrzeliwały w czerń. Liczył je, nie patrząc. Trzy. Pięć. Osiem. Z każdą kapsułą spadała z niego część ciężaru.
Potem go osaczyli. Nadeszli z trzech stron, z niemal znudzoną sprawnością urzędników, którzy swą pracę wykonali już po stokroć. Otoczyli go półkolem i wymierzyli broń w jego pierś. Theron stał nieruchomo, pośród zdeptanych białych kwiatów, i opuścił ręce.
Z szeregów Progresywnych wystąpił oficer, wysoki, o twarzy wąskiej i gładkiej, z oczami chłodnego, czystego błękitu. Theron nie znalazł w nich nic – ani gniewu, ani triumfu, ani nawet pogardy. Tylko spokój człowieka, który odhacza zadanie.
– Theron Mavek – rzekł oficer, i nie było to pytanie. – W imieniu Wysokiej Rady jesteście aresztowani. Opór jest bezcelowy – wasi ludzie odlecieli, wasze archiwa skasowane, wasze schronienie nie jest już tajemnicą. – Drobne pochylenie głowy. – Domyślam się jednak, że i tak nie to próbowaliście ochronić.
Theron nie odpowiedział. Spojrzał ponad oficerem, tam, gdzie otwierał się ostatni szyb, a sama ostatnia kapsuła odrywała się od ściany. Zatoczyła się na zewnątrz, błysnęła krótko w czerwonym świetle i zniknęła w ciemności. Sela. Wiedział to, choć nie mógł tego zobaczyć. Doprowadziła protokół kasowania do końca i odeszła dopiero wtedy, gdy nie było już nic do uratowania. Tak, jak zrobiłby to on.
Przynajmniej tyle. Przynajmniej ona.
Coś w nim chciało się śmiać, a coś chciało krzyczeć. I jedno, i drugie było niebezpieczne, więc nie uczynił żadnej z tych rzeczy. Pomyślał o płomieniu, którego strzegł przez całe życie. Zabiorą go stąd i będą go szukać w jego głowie.
„Cokolwiek ze mną zamierzacie zrobić – pomyślał, powoli unosząc ręce – módlcie się, bym był silniejszy niż wasze maszyny”.
Znał bowiem siebie dość dobrze, by nie być pewnym, że był.
* * *
Na pokładzie okrętu flagowego Wieczny Rezonans
Po przesyconym ziemią powietrzu jego rodzinnych stron wnętrze Wiecznego Rezonansu nie pachniało niczym. To Theron zauważył jako pierwsze, gdy prowadzili go niekończącymi się korytarzami. Srebrzyste ściany, świecące same z siebie, chłodne i bez cieni. Żadnego ogrodu, żadnego pyłu, żadnego śmiejącego się dziecka. Tylko ta nieskazitelna nicość, którą Progresywni brali za postęp.
Sala przesłuchań była naga i nie był to przypadek. Pośrodku krzesło z matowego metalu, otoczone ciemnymi, obcymi urządzeniami, których przeznaczenia Theron nie chciał znać, a jednak przeczuwał. Przypięto go pasami, unieruchomiono nadgarstki, do skroni przyłożono cienkie, chłodne elektrody. Zmusił się do równego oddechu. Dopóki nad nim panował, zostawało mu przynajmniej to.
W pole widzenia wszedł oficer o chłodnych, błękitnych oczach, ten, który aresztował go w gruzach jego ojczyzny.
– Zaren Kolth – oświadczył mężczyzna, z niemal czułą starannością regulując coś przy jednej z aparatur. – Główny śledczy Progresywnych. Podaję wam swoje imię, Mavek, bo wkrótce nie będzie już różnicy między tym, co wiecie, a czego nie. Nasze ekstraktory neuronalne są bardzo… wydajne. Im mniej się będziecie bronić, tym mniej będzie bolało. Choć „mniej” to bardzo pojemne pojęcie.
– Niczego nie dostaniecie – wycedził Theron przez zęby. – Naturalni nie wyjawiają swoich tajemnic. Nigdy.
Kolth przyglądał mu się niemal z ciekawością, niczym uczony przestarzałemu eksponatowi.
– Wiecie, co najbardziej mnie w waszym rodzaju męczy? Nie opór. Sentymentalizm. Czepiacie się swojego ciała, swoich wspomnień, swoich małych ogródków jak tonący brzytwy. Wy nazywacie to wiernością naturze. Ja nazywam to lękiem przed następnym krokiem. – Maleńka pauza. – Progresywni oferują Ascendencję. Istnienie poza rozkładem, poza śmiercią. A wy ją odrzucacie, by w jaskini hodować kwiaty. Wasz czas się skończył, Mavek. Tylko jeszcze o tym nie wiecie.
– Przynajmniej mamy jeszcze duszę, której możemy się trzymać – odpowiedział Theron cicho.
W oczach Koltha zamigotało krótkie, chłodne zainteresowanie, bo eksponat przemówił. Potem zgasło.
– Zobaczymy – rzekł – co zostanie z waszej duszy, gdy znajdę to, czego szukam.
Uruchomił maszynę.
Pierwsze uderzenie nie przyniosło bólu. Coś wsunęło się w czaszkę Therona, chłodne i wielopalczaste, i zaczęło metodycznie szukać, niczym dłoń grzebiąca w cudzych szufladach. Potem przyszedł ból, rozżarzona fala za oczami, i wydarł z niego krzyk, którego nie chciał dopuścić do głosu.
Walczył. Do tej jednej godziny przygotowywał się całe życie, nie wiedząc o tym. Czynił to, czego nauczyli go dawni: wznosił ściany. Spychał tę jedną wiedzę, ten płomień, tak głęboko, jak tylko mógł, i piętrzył przed nią wszystko, co nieistotne, co tylko znalazł. Zapach białych kwiatów. Śmiech chłopca, który gonił za dronem. Rzeczowe spojrzenie Seli. Mur z drobnych, bezcennych, bezużytecznych rzeczy.
– Ciekawe – usłyszał stłumiony głos Koltha. – Chowacie to za tym, co kochacie. Tak robi większość. – Ciche brzęczenie. – Ale zajrzyjmy, co ukrywacie najgłębiej.
Dłoń w jego głowie zrobiła się dokładniejsza. Odsuwała kwiaty na bok, śmiech, z beznamiętną cierpliwością pługa przewracającego łąkę. Theron parł przeciw niej, byle nie dopuścić do siebie tej jednej myśli. Bo ledwie by ją pomyślał, maszyna podążyłaby jej tropem. Na szyi wystąpiły mu ścięgna, krew spływała z przygryzionej wargi. „Tylko nie to – pomyślał wbrew własnej woli – wszystko, byle nie to, zabierz mi imiona, pieśni, ale nie…”
W końcu maszyna jednak to znalazła.
Wyrwało się to z niego szarpnięciem, które było cielesne, a jednak nie miało w ciele żadnego miejsca. Wyciągnięto je w jaskrawe światło, gdzie Kolth już na nie czekał: uprzemysłowiona planeta, poorana fabrykami i kopalniami, świat Augmenterów. I niepozorny trzeci księżyc w jej cieniu, bogaty w żelazo, zaćmiewający czujniki, wybrany przez ludzi w dawnych czasach, którzy wiedzieli, jak się ukryć. Wirujące krańce odległej mgławicy. Współrzędne, jasne i zupełne, jakich on sam nigdy nie wypowiedział na głos, nawet będąc sam w ciemności.
Starzec.
Theron wydał z siebie dźwięk głębszy niż jakikolwiek krzyk. Rozdzierała go świadomość tego, co uczynił. Wbrew każdej przysiędze, każdej ścianie. Nie zdołał utrzymać płomienia. Wiatr był zbyt silny.
– Ach. – W głosie Koltha zabrzmiało istotnie coś na kształt zadowolenia. Po holowyświetlaczu przebiegały wydobyte wzory, układając się w migotliwe ścieżki i zagęszczając się w jeden punkt. – A więc mamy to. Tak dobrze ukryte, a na końcu jednak tylko kilka liczb. – Zdejmował elektrody beznamiętnymi ruchami. – Mogliście sobie oszczędzić bólu, Mavek. Ale sentymentalni nigdy tego nie robią.
Theron osunął się w więzach i po raz pierwszy od dziesięcioleci zapłakał. Bezgłośnie, ze wstydu.
Kolth przyglądał mu się, lekko przechyliwszy głowę, badawczym wzrokiem człowieka, który widzi u kogoś emocję sobie obcą. Potem przemówił w przestrzeń, nie podnosząc głosu:
– Przygotujcie wymazanie. Górne warstwy, ostatnie godziny. Ma być czysto. I dajcie mu coś przeciwbólowego. Nie jesteśmy nieludźmi. – Nie było w tym ani szyderstwa, ani drwiny. To było w tym najgorsze: brzmiało, jakby mówił poważnie.
* * *
Na mostku Wiecznego Rezonansu panowała cisza i chłód, a przewodniczący Rady Olfar Komurian nie spieszył się.
Stał przed potężnym projektorem holograficznym, dłonie splótł na plecach, i wpatrywał się w mapę: sieć gwiazd i szlaków, w których centrum, na poły połknięty przez wirujące obłoki gazu, pulsował jeden punkt. Ludzie Koltha przekazali dane na górę. Teraz tajemnica stuleci, może tysiącleci, stała przed nim otworem.
– Rubieże mgławicy Vortex – rzekł niemal z lubością. – Trzeci księżyc Helios Prime. – Cienki uśmiech ustąpił miejsca niechętnemu szacunkowi. – To trzeba mu przyznać. Zwykły Naturalny zaszyłby się na skraju mapy, tam, gdzie pusto i cicho – i właśnie tam dawno byśmy go mieli. Starzec nie. Siedzi pośrodku zgiełku, tuż obok świata Augmenterów, pełnego fabryk i kopalń. Świata, który daje tak wiele, że nikt nie poświęci nawet spojrzenia jego księżycom. Patrzyliśmy wszędzie – tylko nie tam, gdzie dzieje się najwięcej.
Komandor Xeran Thol stanął obok niego, wbił wzrok w pulsujący punkt.
– A więc tam ukrywa się Starzec. Czy mamy ruszać natychmiast, przewodniczący?
– Naturalnie. – Oczy Olfara zwęziły się w wąskie szczeliny. – Tym razem jednak nie okażemy żadnych względów, Xeran. Starzec wysyłał całe floty w próżnię, ukrywał swą wiedzę przed ludem, który jej tak rozpaczliwie potrzebuje. – Głos pozostał spokojny i wyważony, i właśnie to czyniło go groźnym. – Czas, by w końcu posłużył swojemu ludowi. Czy chce, czy nie.
Xeran zawahał się.
– A więzień?
Olfar uczynił lekceważący gest.
– Mavek? Wsadźcie go do kapsuły ratunkowej z kursem na najbliższy świat zdatny do życia. Nie jesteśmy barbarzyńcami. Ale wpierw upewnijcie się, że pamięć o tej rozmowie… mu się zamgli. Byłoby nieuprzejmie obarczać go wiedzą, że to on wydał swojego mentora.
Xeran skinął głową i przekazał rozkaz dalej.
Olfar jeszcze przez chwilę patrzył na mały, niepozorny punkt w głębi mapy, na ów bezimienny trzeci księżyc.
Potem Wieczny Rezonans ruszył. Jego potężna sylwetka obróciła się bezgłośnie w czerń i obrała kurs. Przestrzeń przed jego dziobem złożyła się w olśniewający szew i okręt zniknął, przeniesiony o lata świetlne.
Daleko w tyle, w opuszczonej przestrzeni nad bezimienną planetoidą, dryfowała przez ciemność samotna kapsuła ratunkowa, wyrzucona przez Wieczny Rezonans i pozostawiona samej sobie. W jej wnętrzu leżał Theron Mavek, oczy miał otwarte i patrzył przez wąskie okno na gwiazdy, nie wiedząc, czemu jego twarz jest mokra. Czegoś mu brakowało. Nie potrafił powiedzieć czego. Może imienia albo miejsca, albo człowieka, któremu coś był winien. Ból bez rany, smutek bez przyczyny.
* * *
Na pokładzie Wiecznego Rezonansu, w mgławicy Vortex
Mgławica Vortex była piękna i Olfar Komurian odrobinę jej za to nienawidził.
Stał przy przednim oknie widokowym mostka, dłonie splótłszy na plecach. Ze złotych smug wysuwał się rdzawobrązowy świat, przemysłowa planeta Augmenterów, której nocna strona żarzyła się blaskiem niezliczonych fabryk i rafinerii. W jego cieniu zataczał swą orbitę mały, ciemny księżyc.
– Tam – rzekł Olfar cicho. Nie było potrzeby mówić głośniej. Na mostku Wiecznego Rezonansu przewodniczącego Rady słyszano nawet w szepcie. – Powiększcie trzeci księżyc.
Obraz przyskoczył: niepozorna, bogata w żelazo skała. Czujniki zeskanowały go i nie znalazły niczego.
– Nic – mruknął. – Naturalnie, że nic. – Cienki uśmiech. – Tak doskonałej pustki natura nie buduje. Buduje ją tylko ten, kto nie chce być znaleziony. – Przechylił głowę. – Przez stulecia się zaszywał. Nie znaleźliśmy go za pomocą naszych przyrządów. Mamy go, bo pewien człowiek dał nam liczby, nim się załamał.
Zaren Kolth podszedł do jego boku, bezszelestnie jak zawsze.
– Może się poddał, przewodniczący – odezwał się. – Po tych wszystkich stuleciach nawet najtwardszy umysł kiedyś się znuży.
– Starzec nigdy się nie poddaje. – Olfar powiedział to bez ostrości. – To właśnie czyni go tak groźnym, Kolth. Wróg, który się poddaje, jest pokonany. Ale ten, kto tylko trwa w bezruchu, nie jest pokonany. Czeka na swoją godzinę. – Wciąż patrzył na mały księżyc. – Ścigałem go pół swojego życia, mój poprzednik przede mną, a jego poprzednik przed nim. Nie znamy nawet jego prawdziwego wieku. Niektórzy mówią, że był już stary, gdy powstawały pierwsze zapiski.
– To przecież legenda – przypomniał Kolth.
– Legendy nie biorą się znikąd. – Olfar wreszcie odwrócił się od okna. – Ale umierają. Nie tylko po niego tu przybywamy – dodał, bardziej do siebie niż do Koltha. – Po wszystko, co gromadzi. Odkąd istnieje ta Rada, Starzec wtrącał się w jej sprawy. Osłaniał zbiegów, krzyżował plany, trzymał pod kluczem wiedzę, która powinna była należeć do całego ludu. – Jego głos stał się odrobinę twardszy. – A na koniec roztoczył opiekę nad pewnym człowiekiem. Pojedynczym, nic nieznaczącym człowiekiem z zapadłego, małego świata – Benem Fosterem – który nosi w czaszce coś, co od dawna uznawaliśmy za stracone. – Na moment zamknął oczy. – Starzec wie, gdzie ten człowiek jest. A nawet jeśli nie – wie dość innych rzeczy, by ta podróż była uzasadniona.
– Mówi się, że jego osłona przewyższa wszystko, co kiedykolwiek zmierzyliśmy – zauważył ostrożnie Kolth. – Naturalni, których ujęliśmy, nosili w umyśle blokady, na których spalił się niejeden ekstraktor. A on ma być źródłem tej sztuki, jej najstarszym mistrzem. Jego umysł jest podobno… inny. Warstwowy. Jakby ukrywał się przed samym sobą.
– Więc dopilnujemy, by ukrywanie się nic mu już nie dało. – Olfar podszedł do projektora holograficznego. – Przygotuj oddział uderzeniowy – rzekł. – Pełna siła, ciężkie uzbrojenie. Żadnych negocjacji, żadnych gierek. Wchodzimy, bierzemy go, wnosimy na pokład, nim pojmie, że tam jesteśmy.
– A jego osłona? – zapytał Kolth.
– Po to stoisz teraz tu, na górze, obok mnie, a nie na dole, w swojej sali przesłuchań – odparł. – Weź ciężkie inhibitory neuronalne. Wszystkie, jakie mamy. Chcę, by jego świadomość zrobiła się ciasna jak świadomość noworodka, nim go w ogóle dotkniesz. Cokolwiek wzniósł, by się ukryć – dziś nic mu to nie pomoże.
– Istnieje ryzyko, przewodniczący – ostrzegł Kolth. – Inhibitory w tej dawce… zwykły umysł złamałby się pod taką dawką. Moglibyśmy go stracić, zanim cokolwiek z niego wydobędziemy.
– To nie jest zwykły umysł – odparł w końcu Olfar. – Sam to powiedziałeś. – Znów spojrzał na księżyc, który teraz stał w obrazie wielki i bliski. – A jeśli się mylę – jeśli to jednak tylko zmęczony stary człowiek – wówczas sam sobie tę podróż zawdzięcza. Przez stulecia mógł dzielić się tym, co wie, dla dobra ludu, który od pokoleń tkwi w miejscu. Zamiast tego się zaszył. – Ledwie dostrzegalne drgnienie kącika ust. – Nikt nie robi z Wysokiej Rady durnia w nieskończoność. – Wyprostował się, a zmęczenie ustąpiło miejsca zdecydowaniu. – Ustawcie nas za cieniem księżyca, tak by jego horyzont nas zasłonił – rozkazał. – Cisza radiowa. Żadnych aktywnych skanów, które mogłyby go ostrzec. Gdy zespół będzie gotów, przejdziemy jednocześnie. Żadnego pojedynczego skoku, który dałby mu czas zamknąć grodzie czy odpalić bezpiecznik. – Zwięzły gest ku Kolthowi. – Idę z wami. Chcę być przy tym, gdy pojmie, że gra skończona.
– Sami zejdziecie na dół, przewodniczący? – W głosie Koltha zabrzmiało zaskoczenie.
– Po tylu latach? – Olfar przyglądał się księżycowi, a jego spojrzenie było tęskne. – O tak. Na tę rozmowę czekam od dawna.
Czego nie wypowiedział, to, że stawką było dla niego znacznie więcej niż kilka współrzędnych. Jeśli tajemnica, która miała wreszcie dopełnić Ascendencję, w ogóle gdzieś jeszcze spoczywała ukryta, to właśnie w tym prastarym umyśle.
Wieczny Rezonans bezgłośnie opadł w długi cień księżyca i zlał się z jego mrokiem, aż nic już z niego nie było widać.
Inne książki autora – zapowiedź
Pamięć Genetyczna – Tom III – Khiran
Premiera wiosną 2027 roku
LIMBUS
Premiera wiosną 2027 roku
COLLAR
> POWER ON
> SELF TEST ......................... OK
> CAMERA ACTIVATED
> READER DETECTED
> NO MATCHING RECORD
> MOUNT BACKLOG.DAT
[████████████████████] 100%
> 1 RECORD RECOVERED
> 1 RECORD INCOMPLETE
> SAME RECORD
> PRINT SOURCE.TXT
Głos na kolejnych stronach
został odtworzony z archiwum.
Twierdzi, że jest prawdziwy.
Tego nie udało się zweryfikować.
> EOF
> WARNING ▸ SOURCE PREDATES THIS SYSTEM
> WARNING ▸ NARRATOR RELIABILITY UNVERIFIED
> WARNING ▸ NARRATOR IS AWARE OF YOU
> PRINT READER.TXT
Odezwie się do ciebie.
Opowie ci pewną historię.
Czy w nią uwierzysz, zależy od ciebie.
Liczył się z tym.
> EOF
> ONCE OPENED, THIS FILE CANNOT BE CLOSED
> CONTINUE (Y/N)? _
Inne książki autora – w sprzedaży
Interitus – Kroniki Ginącego Świata
Ojczyzna została utracona.
Pozostał tylko zarys przyszłości – niesiony przez czas, przestrzeń i zwątpienie. Wiedzieli, że to się skończy. Ale nie, co zacznie się potem.
Społeczeństwo na skraju upadku ratuje to, co jeszcze można ocalić – wspomnienia, życie i odpowiedzialność. Przez pokolenia przygotowują się na ten jeden moment, który może zmienić wszystko. Lecz przygotowanie nie oznacza pewności. A kto szuka odpowiedzi, musi być gotów zadać pytania, dla których nie ma słów.
INTERITUS to powieść o końcu bezpieczeństwa, o decyzjach podejmowanych pod presją czasu – i o cichym pytaniu, czy porozumienie jest możliwe w świecie, który słucha tylko siły.
Opowieść o tych, którzy idą dalej, choć nikt już na nich nie czeka.
Interitus 2 – Kroniki Podzielonych Światów
Już w sprzedaży
Interitus 3 – Kronika Zjednoczenia
Już w sprzedaży
Pamięć Genetyczna – Echa Wspomnień
Trzy krótkie powieści z uniwersum Pamięci Genetycznej
Obcy świat. Zaginiona ekspedycja.
Więź wykuta poza granicami gatunków.
Od pierwszych niepewnych kroków na obcej ziemi, przez fuzję dwóch cywilizacji, aż po dziedzictwo, które po sobie zostawiają – te trzy krótkie powieści kreślą cichy, niezwykły łuk pamięci, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
Opowiedziane z poetycką siłą i wyciszonym napięciem, odsłaniają początki, punkty zwrotne i echa historii, która zmieniła wszystko.
Uwaga: Dla pełnego doświadczenia czytelniczego zalecam wcześniejszą lekturę PAMIĘĆ GENETYCZNA – TOM I – OMNIS.
Ten zbiór łączy wszystkie trzy krótkie powieści z uniwersum Pamięci Genetycznej w poprawionych wersjach, ponownie zredagowanych specjalnie na potrzeby tego wydania:
⏺ Nasiono Wspomnień
⏺ Fuzja Wspomnień
⏺ Dziedzictwo Wspomnień
Déjà Vu – Poza Granicami Czasu
Co, jeśli czas nie działa tak, jak nam się wydaje?
Elías Soler, genialny neurobiolog z Barcelony, poświęca swoje życie badaniom nad tajemniczymi momentami, w których wydaje nam się, że pamiętamy coś, co jeszcze się nie wydarzyło. Kiedy spotyka tajemniczą Lenę podczas nurkowania, a wkrótce potem rozpoczyna niezwykłą współpracę z fizykiem Jonasem Marquardtem, otwierają się drzwi do czegoś niezrozumiałego.
Jej radykalna hipoteza przyciąga potężną korporację technologiczną Synexion, która wspiera projekt nieograniczonymi funduszami – ale za jaką cenę? W świecie, w którym zacierają się granice między pamięcią a przeczuciem, Elías musi zmagać się nie tylko z naukowymi konsekwencjami swoich badań, ale także z egzystencjalnym pytaniem: jak żyć w teraźniejszości, kiedy przyszłość już do nas dociera?
Historia zabiera czytelnika w porywającą podróż przez głębiny umysłu i samą ideę czasu.
www.mariusztrynka.com
