41 osób interesuje się tą książką

Opis

Były mąż kontra prawdziwa miłość. Kto będzie zwycięzcą? Czy Magda i Alek odnajdą się mimo przeciwności?

Po bolesnej rozmowie z Magdą Alek nie wyobraża sobie dalszego życia w Toruniu. Decyduje się poszukać na nowo swojego miejsca, nie oglądając się za siebie. Magda szybko żałuje swojej decyzji i postanawia wszystko naprawić. Gdy okazuje się, że Alek wyjechał, załamuje się, lecz wie, że musi być silna dla Poli. W końcu już niedługo ma odbyć się rozprawa, na której Magda ma w planie zobaczyć byłego męża po raz ostatni...

Jak ułożą się losy Magdy, Poli i Alka, znanych Czytelniczkom z dwóch poprzednich, pełnych emocji powieści Małgorzaty Falkowskiej? Czy miłość naprawdę zawsze zwycięża?

Małgorzata Falkowska – autorka popularnych powieści obyczajowych. Włocławianka mieszkająca na stałe w Toruniu, który pokochała całym sercem dzięki swojemu mężowi, Wojtkowi. Absolwentka pedagogiki specjalnej, z pasją wykonująca swoją pracę. Nakładem Liry ukazały się dotychczas: „To nie jest twoje dziecko”, „Wyspa singli”, „Paleta marzeń” i „Paleta marzeń. Zgubione szczęście”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Małgorzata Falkowska, 2020

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Magdalena Balcerzak

Skład: Igor Nowaczyk

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © Halfpoint/AdobeStock

Zdjęcie Małgorzaty Falkowskiej:

© Maciej Zienkiewicz Photography

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-52-6 (EPUB); 978-83-66503-53-3 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Mojemu najwspanialszemu mężowi Wojtkowi.

To

MAGDA

Biegłam! Tak długo, aż poczułam zmęczenie. Daleko czy blisko? To zdawało się nieistotne, kiedy zrozumiałam, co zrobiłam. Uciekłam! Poddałam się. Wybrałam drogę, którą mi wskazano. Po raz kolejny. Po raz kolejny, ale nie mogłam wybrać inaczej.

Mimo tego, że serce krwawiło. Nie rozsypało się, lecz krwawiło. Cierpienie w tym momencie ogarniało moje myśli, jednak wizja bezpiecznej przyszłości zdawała się koić rany. Bezpiecznej, choć bez niego. Bez niego, ale z Polą. Z moją córką, która od zawsze była dla mnie wszystkim. Od zawsze i na zawsze...

List Marcina ciążył w mojej kieszeni. Ścisnęłam go mocno, jakbym w ten sposób chciała wylać swoją złość na byłego męża za postawienie mnie przed najtrudniejszym w życiu wyborem i zmuszenie mnie do rezygnacji ze szczęścia u boku człowieka, który szczerze mnie pokochał. Przyjął do swojego życia, pozwalając wprowadzić bezpieczny dla mnie porządek. Zmieniłam jego świat, tak samo jak on zmienił mój. Dodał do niego koloru. Pokazał, że trzeba walczyć o marzenia.

Walczyć. To dokładne przeciwieństwo tego, co właśnie zrobiłam. Ja przecież świadomie zrezygnowałam z idealnej wizji przyszłości, jaką dawało mi życie z Alkiem.

Zgięłam się wpół, łapiąc się za kolana. Dopiero teraz zmęczenie wygrywało z wewnętrznym bólem. Musiałam odpocząć. Zmierzyć się z problemem, który był niczym w porównaniu do tego, co przyniosą konsekwencje mojej decyzji.

„Mojej” – powtórzyłam kpiąco w myślach, wiedząc, że gdyby nie list Marcina, właśnie teraz czułabym się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Pozwoliłabym całować się na środku fontanny, nie bacząc na otaczających nas ludzi i wodę wypływającą z dysz wprost na nasze ciała. Wtedy nie miałoby to znaczenia. Liczylibyśmy się tylko my dwoje. Ja i Alek. Dwie idealnie dobrane, choć wybrakowane połówki, które łączy miłość.

A teraz? Teraz nie było już nas. Zniszczyłam najpiękniejszą budowlę życia, na którą miałam wpływ. Budując... budując i rozpieprzając to w drobny mak. Bez szans na odrestaurowanie. Bez szans na szczęście, bo byłam pewna, że tylko przy moim ukochanym mogłam czuć to, co dodawało mi skrzydeł. Pozwalało żyć na pełnych obrotach i sprzeciwiać się innym. Aż do teraz. Teraz musiałam tak postąpić. Wybrać łatwiejszą z dróg. Łatwiejszą i jedyną słuszną, bo znałam Marcina. On nie żartował. Pozwolił mi odejść, ale bardziej dręczyło go moje szczęście, które od prawie roku wypisane miałam na twarzy.

Gorzkie łzy spływały po moich policzkach. Odwróciłam się odruchowo, choć wiedziałam, że nie ujrzę tam jego. Zraniłam go. Zraniłam tak samo jak siebie. Ale siebie mogłam nienawidzić. Każdego dnia patrzeć w lustro i mówić te słowa bez opamiętania. Tak długo aż ból stanie się mniejszy. Mniejszy, bo on pewnie nigdy nie zniknie. Miłości nie da się tak po prostu wyrzucić z głowy i z serca. W złożonym procesie jej narodzin zbyt wiele wzięto pod uwagę, by teraz jednym „NIE” to wszystko zniszczyć. Były przecież wspomnienia. Najpiękniejsze, a zarazem jedyne, co mi po nim zostało.

ALEK

Jak długo tam stałem? Jak wiele bluźnierstw wyrzuciłem z siebie, nim zdołałem zrozumieć, że ona już nie wróci?

Zostawiła mnie. W chwili, kiedy byłem jej najbardziej pewny. Kiedy wszystko szło tak, jak miało iść. Pola była z nami, Marcin zgodził się zrzec praw do niej, a matkę Magdy zamknięto w psychiatryku. Nikt nam już nie zagrażał. Od dziś miał zacząć się najpiękniejszy etap naszego życia. Miałem zaproponować powrót do Torunia na stałe, bo nic nam nie groziło. Nic ani nikt.

– Przepraszam, dobrze się pan czuje? – Do moich uszu dotarł czyjś głos, który przywrócił mnie do rzeczywistości.

Dopiero teraz się zorientowałem, że siedziałem na mokrym betonie, zakrywając kilka dysz fontanny. Nie czułem nic. Woda uderzająca w moje pośladki i ta spływająca po ciele była niczym w porównaniu do tego, co mnie przed chwilą spotkało.

– Mogę zadzwonić po pogotowie, jeśli panu słabo – odezwał się ponowie głos.

Spojrzałem na twarz starszego mężczyzny.

Wzrokiem starałem się ogarnąć zgromadzony dookoła mnie tłum. Niektórzy śmiali się, pewnie uznając mnie za pijaka lub chorego psychicznie, inni nagrywali telefonami, a tylko on podszedł. Chciał pomóc, nie być obojętny jaki inni.

– Nie, nie – dukałem – wszystko dobrze. Znaczy ze mną, bo życie jest popieprzone.

– Przykro mi – wyznał, pewnie widząc scenę oświadczyn zakończoną fiaskiem. – Nieważne, jak wiele razy upadniemy w życiu. Ważne, jak wiele razy uda nam się podnieść, a pan jest silny.

W jego oczach dostrzegłem zrozumienie. Nie wiedział, jak się czuję, lecz starał się mnie nie oceniać. Podał zmarszczoną dłoń, mocno mnie chwytając, by pomóc mi wstać z ziemi.

– A was informuję, że jeśli chociaż jeden film trafi do sieci, to pozwę was o naruszenie wizerunku i dóbr osobistych osób pokrzywdzonych – wykrzyczał staruszek, kiedy już stałem obok niego.

Byłem przemoczony i pełen sprzecznych emocji. Czułem wdzięczność dla niego, złość na Magdę i nienawiść do otoczenia, które wolało mnie wyśmiać niż zrozumieć. Odważył się tylko jeden. Ten starszy pan daleki od wizerunku siłacza. Swoim czynem udowodnił, że godziny spędzone na siłowni nijak się mają do tego, o co znacznie trudniej przychodzi nam walczyć: do ludzkiej empatii i odwagi wyłamania się z grupy.

Na groźbę staruszka ludzie schowali telefony i rozeszli się.

– Dziękuję – powiedziałem, kiedy trochę oprzytomniałem.

– Każdy z nas ma lepsze i gorsze momenty w życiu.

– Naprawdę pozwałby ich pan za... – Zapomniałem już, jak dokładnie brzmiała groźba.

Mężczyzna zbliżył się do mnie, rozglądając na boki, aby upewnić się, że nikt nas nie podsłuchuje.

– Moja wnuczka jest policjantką i mówi, że jeśli nie znam paragrafów, to zawsze mogę rzucić coś, co po prostu mądrze brzmi, bo jaka jest szansa, że mówię do prawnika czy innego wyuczonego – wyznał szeptem. – Tylko jest jedna zasada. Musisz być wiarygodny, więc nie ma czasu na zastanowienie.

Poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu, odchodząc w kierunku budynku sądu.

Ponownie zostałem sam. A może nie sam? Z milionami pytań, które błądziły w mojej głowie. Pytań, na które nie przyjdzie mi poznać odpowiedzi, bo ona odeszła...

Świat zdawał się walić, nie pytając mnie o zgodę. Mój świat, ten który zbudowałem z nią. Jedyną osobą, jaka była w stanie do mnie dotrzeć. Zobaczyła we mnie więcej, niż ja sam byłem w stanie ujrzeć. A teraz odeszła...

MAGDA

Obawiałam się powrotu do domu. Pytań Poli o Alka, bo przecież strasznie za nim tęskniła. Zżyła się z nim, otwierając przed nim na oścież drzwi do swojego dziecięcego serduszka. I ja teraz miałam je zamknąć. Przyznać się, że zniszczyłam zbudowaną między nimi więź. Takiej nigdy nie było między Polą a Marcinem, jej biologicznym ojcem, choć ja przez lata o to zabiegałam, urozmaicając nam na siłę życie rodzinne. Alek stworzył to bez wykorzystywania pieniędzy. Wygrał wszystko, będąc po prostu sobą. Kupił tym mnie i serce mojej córeczki, która także miała odczuć moją decyzję. Marcin jednym listem zranił nie tylko mnie, lecz także i ją. I choć wiedziałam, że dzieci szybko przyzwyczajają się do nowej sytuacji, to czułam się winna temu wszystkiemu. W końcu to ja poddałam się, pozwalając byłemu mężowi kierować moim życiem. Robić to samo, od czego rok temu odważyłam się uciec, stawiając na siebie i swoje marzenia.

Na Wrzosach zwolniłam kroku. Odwlekałam moment spotkania z córką i przyjaciółmi. I choć jednocześnie miałam ochotę ich wszystkich wyściskać, ukoić ból, to wciąż strach był silniejszy. Czego się bałam? Właściwie nie miałam pojęcia, ale strach zdołał zagłuszyć wyrzuty sumienia. Tylko je, bo złamanego serca nie zdołało zagłuszyć nic. Nic, mimo iż to była jedynie moja wina. Tylko moja.

Niepewnym krokiem weszłam do domu. Pola musiała usłyszeć mnie od razu, bo ledwie przekroczyłam próg, rzuciła się mi na szyję, radośnie coś wykrzykując. Starałam się ogarnąć towarzyszące mi emocje, lecz nie byłam w stanie. Zagłuszały wszystko i jedyne, co mogło sobie z nimi teraz poradzić, to głośny wybuch płaczu, zbierający się we mnie od momentu przeczytania listu od Marcina.

– O kurwa, Magda! – Gdzieś, jakby za mgłą, usłyszałam głos Aśki. – Maks, spakuj Polkę. Co powiesz, mała, na nocne oglądanie bajek z wujkiem? – zwróciła się do dziecka.

– A będziemy też malować? – zapytała moja córka, a ja poczułam, że nie dam rady dłużej hamować potoku łez, który zaraz wybuchnie.

Przypomniałam sobie weekendy w Łodzi, kiedy Alek wspólnie z Polką siadali do malowania. Tworzyli ilustracje książeczek, które ja miałam uzupełnić słowami, malowali bluzki, twarze, balony i chyba wszystko, co tylko się dało.

Widziałam, jak Pola ciągnie Maksa na górę, przebierając radośnie nogami.

– Jeszcze chwila, kochana, jeszcze chwila. – Aśka przytuliła mnie, szepcząc do ucha.

Miała rację. Przy Poli musiałam być twarda. Grać rolę, jakiej nauczyłam się przez lata, będąc maltretowaną przez męża. Dla córki zawsze byłam radosną, pełną energii mamą. Taką siebie wolałam jej dać, by jak najpóźniej poznała świat, który daleki był od ideału. W jej dziecięcej głowie wszystko miało być bezproblemowe – taką wersję przyjęłam lata temu i nawet teraz planowałam się jej trzymać. Nawet teraz, kiedy serce krwawiło bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

– Zaparzę herbaty. Chodź do kuchni, a Maks ogarnie młodą. Przyda mu się noc z dzieckiem, skoro tak hardo mówi, że chce mieć czwórkę.

Nie byłam w stanie się roześmiać, choć pewnie normalnie tak bym zareagowała. Teraz jednak słowa przyjaciółki o planowaniu rodziny były dla mnie odległe, bo ja czułam, jak wali się coś, co budowałam z wielkim zaangażowaniem. Waliła się moja idealna wizja rodziny i najgorsze w tym było to, że to ja sama do tego doprowadziłam. Tylko ja, nikt inny, bo Marcina nie mogłam obwiniać. Dał mi wybór, w którym nie było miejsca dla Alka.

ALEK

Jak automat pakowałem do plecaka rzeczy, które według mnie były niezbędne do życia. Rzeczy... Bo osoby, bez których nie wyobrażałem sobie kolejnego dnia, właśnie się oddalały z nieznanych mi przyczyn.

Chwilę analizowałem ten dzień, zastanawiając się, czy Magda dała mi jakiś powód, bym myślał, że mnie odrzuci. Mnie, moją miłości i idealną wizję naszej przyszłości, jaka układała się w mojej głowie. A może to ja zrobiłem coś nie tak? Zraniłem ją, zawiodłem? Chciałbym móc wymazać ten dzień i cały miniony rok, który jeszcze wczoraj nazwałbym najpiękniejszym.

Kolejne niezbędniki lądowały w plecaku, a ja pospiesznie szukałem w głowie myśli, co dalej. Gdzie teraz? Toruń był spalony, Łódź też nie wchodziła w grę. Nie mogłem mieć pewności, gdzie zechce żyć Magda, na którą nie miałem ochoty patrzeć. Kochałem ją, jednocześnie nienawidząc. Za jej jedno krótkie „nie”, które spieprzyło mi życie.

Zerknąłem jeszcze do łazienki, upewniając się, że są tam rzeczy, które łatwo zastąpić, chwyciłem ukochaną sztalugę i opuściłem mieszkanie na Krasińskiego. Zostawiłem je im, choć nie musiałem tego robić. Nie musiałem wpuszczać Magdy po ubrania oraz zabawki Poli. Mogłem zachować się jak ona, choć nawet wymiana zamków nie byłaby tak bolesna jak jej cholerne „nie”, burzące wszystko, co udało nam się wspólnie zbudować.

Wyszedłem z klatki, odwracając się jeszcze na chwilę, by spojrzeć w kuchenne okna zasłonięte firaną. Opuszczałem mój dom, nie wiedząc, co dalej, jak, gdzie ani na jak długo. Wiedziałem tylko, że nie mogłem pozostać tutaj. Tutaj, gdzie ból osiągał najwyższy poziom, a przypadkowe spotkanie z Magdą mogłoby skończyć się katastrofą.

Nogi same prowadziły mnie w kierunku dworca autobusowego, z którego miałem w planie ruszyć w drogę. „Tylko, gdzie tym razem?” – pytałem siebie w myślach, pokonując kolejne metry. „Morze, góry czy Mazury?” – zastanawiałem się, postanawiając zdać się na los. To on miał wybrać mi cel podróży, co wielu nazwałoby spontanicznością, lecz ja wiedziałem, że to tylko wygoda. Strach przed niewłaściwą decyzją, którą teraz będę mógł zrzucać na feralny los. Teraz i przez następne lata bez Magdy i Poli. Kobiet, które zajmowały w moim sercu tak samo dużo miejsca jak wspomnienia babci. „Babcia” – pomyślałem smutno, żałując, że nie zdążę pojechać do niej na cmentarz, aby wyjaśnić jej moje postępowanie. Mogłem jedynie liczyć, że patrzy na mnie stamtąd, gdziekolwiek jest, i rozumie, że nie mogę zostać tutaj, gdy wiem, że Magda mnie nie chce.

MAGDA

Maks naprawdę szybko uporał się z Polą. Nie wnikałam, co jeszcze jej obiecał, aby tak sprawnie zabrała swoje rzeczy, bo w tym momencie byłam mu za to wdzięczna. Zresztą nie tylko za to. Był przecież przyjacielem Alka i mógł zostawić mnie, Aśkę i Polę, by lecieć do niego i dowiedzieć się, co się stało. On jednak został, a nawet odważył się spędzić czas z Polą, bym mogła na spokojnie wypłakać się jego przyszłej żonie.

– Dzięki – powiedziałam ledwie słyszalnie, kiedy stał z Polą przy drzwiach, gotowy do wyjścia.

W odpowiedzi uśmiechnął się przyjacielsko, cmokając Aśkę w policzek. Mała rączka mojej córeczki spoczywała w jego silnej dłoni, co wywołało u mnie kolejny napad łez, które jeszcze musiałam tłumić w sobie.

– Już, spokojnie. – Gdy tylko drzwi za nimi się zamknęły, Aśka wzięła mnie w ramiona, tuląc do siebie mocno. – Teraz płacz, a później pogadamy.

Łzy spływały jedna za drugą, a ja nie mogłam i nie chciałam ich już powstrzymywać. Czułam, że wraz z nimi moje ciało opuszczają ból i dręczące mnie wyrzuty sumienia. Że gdy się skończą, będzie jak dawniej. Jak wczoraj, a nawet dziś przed przeczytaniem listu od Marcina. Listu, który zmienił wszystko w moim życiu, wywracając je do góry nogami, wręcz demolując.

Skulona na podłodze płakałam, bujając się w przód i w tył. Nie zwracałam uwagi na pałętającą się po domu Aśkę, zamknęłam się w swoim świecie, rozerwanym na strzępki. Nie chciałam żyć bez Alka. Nie chciałam, lecz musiałam się tego nauczyć.

Wyjęłam z kieszeni zmięty list, podając go przyjaciółce. Aśka usiadła obok mnie, oddając się lekturze. Objęła mnie ramieniem, z każdym przeczytanym zdaniem przyciskając do siebie coraz mocniej.

– To skurwiel! Nigdy go nie lubiłam, ale teraz przegiął.

– Alek... Alek... – nie byłam w stanie dokończyć zdania.

– Co to ma wspólnego z Alkiem prócz tego, że twój eksmąż jest pojebem, jakich mało? Pies ogrodnika pieprzony!

Aśka skłonna była wyrzucić z siebie całą litanię podobnych obelg tyczących się Marcina, lecz to nie miało sensu. Nie teraz, kiedy cierpiałam po jednej z największych w życiu strat. Stracie prawdziwej miłości. Stracie Alka.

– Ja go straciłam. Aśka, on mnie nienawidzi! – Po raz kolejny zaczęłam szlochać.

Przyjaciółka przytuliła mnie do siebie, dając mi czas na uspokojenie. Mówiła coś, lecz ja nie słuchałam. Targały mną wyrzuty sumienia, że zraniłam kogoś, kogo naprawdę kochałam, że zniszczyłam coś, na czym mi zależało.

– Wszystko da się wyjaśnić! Alek zrozumie i ci pomoże. Nie możecie kłócić się przez tego popierdoleńca. On nie jest tego wart, zresztą nie tylko tego. Złamanego grosza bym za niego nie dała. Frajer.

– Tylko że ja... ja mu nie powiedziałam. Znaczy nie o tym, bo...

Aśka zdawała się nie do końca rozumieć, co do niej mówię. Według jej logiki pewnie pokłóciłam się z Alkiem po tym, jak on przeczytał list od Marcina. Pewnie tak by było, ale ja przecież nie pokazałam mu listu. Najnormalniej w świecie stchórzyłam, wybierając drogę, jaką wskazał mi były mąż.

– Magda, błagam cię, po kolei. Co mu powiedziałaś i gdzie on, do cholery, jest? Bo chyba nie powiesz mi, że poleciał do Dubaju wpieprzyć temu draniowi?

Skuliłam się ponownie, jakbym chciała ukryć się przed całym światem, a zwłaszcza Aśką, która oczekiwała na odpowiedź.

– On był taki szczęśliwy, taki radosny, że ja...

– Nie mów mi tylko, że nie pokazałaś mu tego pieprzonego listu. Magda, powiedz, że się mylę, bo chyba zwariuję, jeśli przez tego gnoja zniszczysz coś, co jest dla ciebie najważniejsze.

– Aśka, musiałam tak zrobić. Pola jest da mnie najważniejsza i muszę ją chronić.

– Nawet kosztem swojego szczęścia? – zapytała smutno.

– Zwłaszcza.

Poczułam ciepłą dłoń przyjaciółki na swoim ramieniu. Nie trzeba było nam teraz słów, bo obydwie wiedziałyśmy, że nic one nie zmienią. Marcin dopiął swego.

ALEK

Wpatrywałem się w rozkład jazdy, nie mogąc się w nim rozczytać. Wypisane na nim połączenia niewiele mi mówiły, a legenda tego nie upraszczała.

Podszedłem do jedynej czynnej kasy, gdzie niezadowolona kasjerka rozmawiała z kimś przez telefon. Odczekałem, aż skończy, po czym przybrałem z trudem przyjazny uśmiech, licząc, że tym sposobem spojrzy na mnie łagodniej.

– Dzień dobry miłej pani. – Wiedziałem, że nawet mały komplement jest w stanie zdziałać cuda. – Wiem, że to nietypowe, ale chciałbym kupić bilet na najbliższy kurs.

– Najbliższy jest do Włocławka przez Lipno – poinformowała mnie. – Autobus odjedzie z peronu siódmego za... – spojrzała na zegarek – dwie minuty.

Czas faktycznie znakomity, ale odległość między miastami mnie nie zadowalała. Chciałem wyjechać dalej, jakbym miał udać się w nieznane. Włocławek do mojej wizji nie pasował. Odległość niewielka, bo trudno nazwać dużą te pięćdziesiąt kilometrów z hakiem, a do tego próżno szukać w nim było miejsca, gdzie mógłbym zarabiać.

– A coś dalej? – zapytałem.

– Za pół godziny FlixBus będzie jechał na południe Polski. Nie pamiętam dokładnie gdzie, ale na pewno w dół. Kasa znajduje się od strony peronów.

Uśmiechnąłem się serdecznie, ciesząc się, że nie będę musiał spędzić na dworcu kilku najbliższych godzin. Chciałem czym prędzej opuścić Toruń, w którym byłem pewien, że nie czeka mnie nic dobrego. Skoro nie miałem już Magdy i Poli, moje życie tutaj nie miało sensu. Ani tutaj, ani nigdzie indziej, lecz musiałem chociaż spróbować.

– Dziękuję, nawet pani nie wie, jakie to dla mnie ważne.

Udałem się na zewnątrz, gdzie przy oznaczonej zielonym napisem kasie stała kolejka. Zająłem swoje miejsce, by cierpliwie czekać na kupno biletu. Myśl o podróży na południe dawała mi wiele możliwości. Mogłem wykupić bilet do końca trasy, a w przypływie odnalezienia pomysłu na siebie wysiąść na wcześniejszej stacji. Wysiąść, by zacząć wszystko od nowa. Ponownie!

MAGDA

Płakałam, nie czując, że łzy się kiedykolwiek skończą. Zdawały się z każdym kolejnym potokiem rodzić na nowo i jeszcze intensywniej płynęły po moich policzkach.

Przyjaciółka tuliła mnie mocno, starając się mnie uspokoić. Ukoić dotykiem ból, jaki sama sobie sprawiłam. Bo tylko ja byłam odpowiedzialna za tę decyzję. Za kolejne poddanie się woli Marcina, który zgodnie ze słowami Aśki tylko pieprzył mi życie. Od zawsze i widać – na zawsze. Nie mógł znieść widoku mnie z Alkiem. A może raczej mnie szczęśliwej, bo przy ukochanym naprawdę kwitłam. Unosiłam się nad ziemią, niesiona przez miłość. Zupełnie inaczej niż w małżeństwie, po którym jedynym dobrem była Pola. Mój największy skarb, dla którego odważyłam się powiedzieć raz „dość”. Nie tak jak teraz, kiedy się poddałam. Wykonałam dokładnie to, co mi kazał były mąż, mimo iż obiecywałam sobie, że już nigdy jego słowa nie będą miały wpływu na moje decyzje.

A jednak przegrałam. Nie tylko z nim, ale przede wszystkim ze swoimi słabościami. Okazałam się zbyt miękka na to, by po raz kolejny pokazać byłemu mężowi, że się go nie boję. Bo tym razem się go bałam. Potwornie. Nie mogłam znieść myśli, że mógłby odebrać mi Polę, a najgorsze w tym wszystkim było to, że gdyby tylko się postarał, to nie miałabym z nim szans. Jego rodzina była wpływowa, znana w Toruniu od lat. Ja też nie pochodziłam z biednej rodziny, ale to było niczym w porównaniu do przedstawiania się nazwiskiem Lubraniecki.

– Wszystko się wyjaśni. – Przyjaciółka wciąż tuliła mnie mocno, gładząc dłonią moje włosy. – Alek na pewno zrozumie. Wybaczy ci, tylko musisz pokazać mu ten list. Jestem pewna, że jak go przeczyta, to rzuci lepszą wiązankę pod adresem gnojka niż ja, chociaż jego kultura słowa jest na wyższym poziomie niż moja.

Nie mogłam się nie roześmiać, gdy to powiedziała. Doceniałam, że wykorzystała swoją wstydliwą wadę do tego, by choć na chwilę poprawić mi humor. Tym drobnym gestem pokazała mi kolejny raz, że jestem dla niej priorytetem bez względu na okoliczności.

Skoro skłonna była przyznać się do swojego, delikatnie mówiąc, wulgarnego języka, to musiało jej na mnie zależeć. Zawsze gdy ktoś zwracał jej uwagę na niewyparzony język lub dobór słów, Aśka zaprzeczała albo odwracała kota ogonem. I choć wiedziała, że ma z tym problem, to uparcie walczyła, aby inni mieli na ten temat inne zdanie.

– Chcę, żebyś się nie myliła – wyznałam, próbując hamować łzy.

Przyjaciółka palcem wytarła kolejną spływającą po mojej twarzy kroplę, nieśmiało się do mnie uśmiechając. W tym drobnym geście było tak wiele czułości i zrozumienia, że nie mogłam pozostać obojętna.

Tym razem to ja ścisnęłam ją mocno, może nawet zbyt mocno. W ten sposób pragnęłam podziękować za każde słowo, gest, a także czas, jaki mi poświęcała.

– Ty i Alek musicie być razem. Nawet jeśli świat będzie się walił, to wy zdołacie sobie z tym poradzić. Najważniejsze, byście robili to wspólnie. Razem, a nie oddzielnie, miotając się jak dwa zagubione elektrony.

– Elektrony? – powtórzyłam słowo, które nie pasowało do słownictwa Aśki.

Spojrzała na mnie, wzruszając lekko ramionami.

– No co, musiałam to gdzieś przeczytać, a teraz wydawało się odpowiednie. Brzmiałam inteligentnie i przekonująco? – W jej głosie dała się słyszeć nutka zaciekawienia, ale także dumy z siebie.

– Nawet bardzo. Tak jakoś jak nie ty!

– Będę przecież mężatką, czas wydorośleć – powiedziała automatycznie, dopiero po chwili zaciskając usta.

W tej chwili zrozumiałam, że Alek powiedział im o swoim planie. Wiedziała o planowanych zaręczynach i może sama pomagała chłopakowi wybrać pierścionek. Najpiękniejszy pierścionek, mający przypieczętować naszą miłość.

– Przepraszam, znów palnęłam coś bezmyślnie.

– Spokojnie – odetchnęłam głośno – przecież mówisz, że wszystko da się naprawić.

– Da, ale najpierw upijemy się do nieprzytomności koniakami twojego ojca. – Wstała po butelkę z brunatnym trunkiem. – A jutro zaczniemy plan odbudowy MAPolu.

– MAPol? – zapytałam, sięgając po kubek z herbatą, która dla mnie była wystarczająca na dzisiejszą noc.

Aśka postawiła przede mną dwie szklanki, lecz jedną odstawiłam na bok. Mimo buzujących we mnie emocji naprawdę nie miałam ochoty na picie.

– Magda, Alek i Pola – wyjaśniła, jednocześnie zapełniając jedną szklankę koniakiem. – Fajnie to wymyśliłam, co? I to na poczekaniu. No może nie na takim zupełnym spontanie, bo wcześniej tak was nazywałam w rozmowach z Maksem, ale przy tobie było to takie innowacyjne.

Jej lakoniczne wyjaśnienia sprawiały, że nic nie rozumiałam. Spontaniczne, na poczekaniu, ale jednak znane już wcześniej? To z sobą kompletnie nie grało, lecz nie miałam jej tego za złe. Teraz liczyło się, że jest ze mną w chwili, w której najbardziej jej potrzebuję.

– Głupol z ciebie, wiesz?

Przysunęła się do mnie i jak mały szczeniak zaczęła pocierać policzkiem o moją twarz.

– Ale przyznaj, że kochany?!

W odpowiedzi pogładziłam jej włosy. Nic więcej nie było mi już trzeba, bo dzięki niej uwierzyłam, że jutro, gdy wstanie nowy dzień, moje życie znów wróci na tory, którymi pragnęłam, aby biegło. Tory, po których pociąg MAPol, jak nazwała nas Aśka, miał zmierzać ku rewelacyjnej przyszłości.

ALEK

Zakupiłem bilet do Zakopanego, gdzie kończyła się trasa autokaru. Do bagażnika wrzuciłem moje klamoty, które zdawały się niczym w porównaniu do walizek innych podróżujących, ale mnie to wystarczało. Miałem z sobą niezbędne do przetrwania przedmioty. Właśnie przedmioty, bo o najważniejszych dla mnie osobach musiałem zapomnieć.

Musiałem wyrzucić je z myśli, a najlepiej też serca, co zdawało się nierealne. Bo jak usunąć najwspanialsze wspomnienia? Pozbyć się ich, gdy samemu było się wykluczonym z tworzenia miłosnej bajki z happy endem.

Autokar ruszył, a ja po raz ostatni obserwowałem ulice ukochanego Torunia. Miejsca, w których dorastałem, ulice, którymi przemierzyłem setki kilometrów w poszukiwaniu inspiracji. Zamknąłem oczy i oparłem głowę o szybę. Chciałem pozwolić myślom biec w tylko sobie znanym kierunku. Po raz ostatni powrócić do wspomnień twarzy Magdy, która nawet teraz wydawała się najpiękniejsza.

Z kieszeni wyjąłem telefon, który boleśnie oznajmiał, że nikt nie próbował się ze mną skontaktować. Wyciągnąłem z aparatu kartę SIM. Obiecałem sobie, że jak tylko wysiądę, cisnę nią o ziemię, wyładowując nagromadzone emocje.

Patrzyłem jeszcze na tapetę, na której widniała radosna twarz Magdy i wtulonej w nią Poli. Wyszukałem w ustawieniach opcję przywracania systemu i bez zastanowienia kliknąłem „Rozpocznij”. Stwierdziłem, że on, tak jak ja, też musi zacząć wszystko od nowa. Choć to nie wydawało się proste, było konieczne.

MAGDA

Aśka spała rozwalona na mnie, lecz nie czułam jej ciężaru. Musiałam spać jak zabita, skoro te niemal sześćdziesiąt kilogramów w nocy było dla mnie lekkim piórkiem.

Obróciłam się i spróbowałam wyjść z łóżka, by nie zbudzić przyjaciółki, która ewidentnie wczoraj poszalała za nas dwie. Opróżniła niemal cały koniak taty, po którym pozostała jedynie pusta butelka obok kanapy.

Nie pamiętałam, o której ani w jaki sposób dotarłyśmy do sofy stojącej w salonie. Moje wspomnienia sięgały jedynie czasu, który spędziłyśmy w kuchni tuż po tym, jak Pola i Maks wyszli z domu. W jaki więc sposób dotarłyśmy do salonu i która z nas pościeliła sofę, było w tej chwili nierozwiązaną tajemnicą,

Po omacku próbowałam odnaleźć telefon, aby sprawdzić godzinę. A może był to jedynie pretekst, bo żyłam nadzieją, że zobaczę na wyświetlaczu wiadomości lub nieodebrane połączenia od Alka? On przecież nigdy nie odpuszczał. Nie był taki jak ja. Walczył do samego końca, co pokazał, gdy spotkaliśmy się w sądzie. Udowadniał mi na każdym kroku, że trzeba walczyć o marzenia, bo sam nie bał się mierzyć wysoko.

Usta wygięły mi się w podkowę, gdy na wyświetlaczu ujrzałam ustawioną jeszcze w Łodzi tapetę. Pola i Alek właśnie skończyli malowanie i obydwoje umorusani byli kolorowymi farbami. Uwielbiałam to zdjęcie i dlatego ustawiłam je jako to najważniejsze i pierwsze do zobaczenia, gdy wcisnę guzik telefonu.

Jedna z wielu fotografii pokazujących prawdziwe życie tym razem mnie nie rozbawiła. Przypomniała boleśnie o wczorajszym dniu, po którym według słów Aśki dziś miało wyjść słońce. Byłam winna ukochanemu wyjaśnienia.

By czym prędzej załatwić sprawę, wybrałam numer Maksa, aby upewnić się, że może jeszcze pobyć jakiś czas z Polą.

– Hej, Maks, żyjesz? – powitałam go zaraz po tym, jak wydusił z siebie niemrawe „halo”.

– Ledwo, ale żyję. Twoja córka połknęła chyba jakieś tabletki z dodatkową energią i kazała mi oglądać Krainę lodu, a jak wiesz, nie jestem dobry w te dziecięce klocki i wciąż myliłem te dwie.

– Elzę i Anię? – zapytałam zaskoczona, jak można je z sobą pomylić.

I nie chodziło tu o to, że znałam bajkę, lecz o to, że były zupełnie różne: jedna blondwłosa, ubraną w niebieską suknię, a druga ruda, o szalonym spojrzeniu, jak mawiał Alek, oglądając po raz enty film animowany z Polką.

– To nie dla mnie. Ja prosty chłop z Torunia i wiem, że Miley Cyrus grała Hannah Montanę, bo to chyba czasy naszego dzieciństwa, co nie?

– Powiedzmy – stwierdziłam, jakoś nie kojarząc, bym szalała na punkcie serialu, o którym mówił.

Spojrzałam jeszcze raz na śpiącą błogo Aśkę, która przekręcała się spokojnie na drugi bok.

– Możesz jeszcze zostać z Polą? Obiecuję, że się odwdzięczę!

– Pewnie – powiedział spokojnie. – Jak wstanie, do wody doleję jej hydroksyzynę, bo po sennej regeneracji wyjdzie z niej już nie wulkan energii, a całe stado potwornych wulkanów – zaśmiał się.

Nie martwiąc się, że mógłby wprowadzić słowa w czyny, rozłączyłam się.

Jak mawiał Alek, Maks był złotym chłopakiem. I mimo że czasem marudził, to tak naprawdę nie skrzywdziłby nawet muchy, a tym bardziej ludzi, na których mu zależało. Ufałam mu. Zresztą jemu nie dało się nie ufać. Miał w sobie coś, co sprawiało, że w jednej chwili można było opowiedzieć mu historię swojego życia, nie zdając sobie sprawy z tego, że powiedziało się zbyt wiele.

ALEK

Jak obiecałem, na pierwszym postoju cisnąłem kartą SIM o ziemię, depcząc ją, by mieć pewność, że nikomu ona już nie posłuży. W ten sposób zamknąłem niewygodny rozdział. Nie tyle niewygodny, co bardzo bolesny. Nie było w nim miejsca na szczęśliwe zakończenie, o jakim marzyłem jeszcze wczoraj.

Kupiłem sobie hot doga i wróciłem z nim na swoje miejsce. Praktycznie od wczorajszego południa nie miałem nic w ustach. Liczyłem na to, że wspólnie z Magdą zjemy kolację w jednej z lubianych przez nas restauracji na toruńskiej starówce. Jednej z tych, które kiedyś wybieraliśmy przypadkowo na obiad, by potem zagościły w naszym życiu na dłużej.

Nadgryzłem wystającą z bułki parówkę, rozglądając się po śpiących pasażerach. Był środek nocy i tylko palacze zmobilizowani przez nałóg zdołali wysiąść na stacji, by zaciągnąć się dymkiem. Chyba jako jedyny udałem się po coś do jedzenia, gdy kierowca stał w kolejce do WC.

– A pan nie pali? Mamy jeszcze chwilę, nim cała ta grupa stojąca za potrzebą przed panem Mirkiem opuści toalety.

Z początku nie sądziłem, że słowa mężczyzny skierowane są do mnie. Wpatrzony w szybę nawet nie czułem na sobie jego spojrzenia, póki nie odwróciłem się w jego kierunku.

– Dziękuję, nie palę – wyznałem – jakoś nigdy mnie do tego nie ciągnęło.

– Szanuję to. To cholerstwo – uniósł paczkę papierosów do góry – jest drogie. Moja żona zawsze narzeka, że tyle pieniędzy puszczam z dymem, ale ja zawsze jej tłumaczę, że chyba to lepsze, niż gdybym pił nałogowo.

– W sumie racja – zgodziłem się z nim.

Mężczyzna najwyraźniej pomyślał, że znalazł kompana do rozmowy, bo bez pytania zajął miejsce obok.