Będę twoim wiatrem - Falkowska  Małgorzata - ebook
NOWOŚĆ

Będę twoim wiatrem ebook

Falkowska Małgorzata

0,0

Opis

Niektóre spotkania zostają z nami na zawsze. Nawet wtedy, gdy nie możemy ich już niestety powtórzyć.

Laura wie, dokąd zmierza. Ambitna, zafascynowana światem, uczy się, by kiedyś wyruszyć w drogę ku swoim największym celom. Jedna decyzja stawia ją w zupełnie nowym miejscu – wśród ludzi, którzy są równie zdolni… i zdaje się, że równie zagubieni jak ona. W tym świecie ambitnych planów, cichych lęków i ścigania ideałów zjawia się on – Igi. Chłopak, który od początku nie wpisuje się w jej schemat. Zbyt swobodny. Zbyt spontaniczny. Zbyt inny. A jednak coś w nim przyciąga jak magnes i dziwnym trafem pomaga spełniać marzenia z listy, którą dziewczyna skrupulatnie tworzy od lat.

Jak szybko potrafi narodzić się przyjaźń i czy w ogóle jest na to ściśle określony termin?

Poruszająca opowieść o dojrzewaniu, relacjach, marzeniach, stracie i emocjach, które łamią zasady, ale potrafią też uratować – jeśli tylko na to pozwolisz.
„To ty jesteś moim wiatrem. Czuję każdy twój podmuch i nie boję się rozłożyć ramion, z których stworzyłeś dla mnie skrzydła”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bez Ciebie nie byłoby tej książki…

nie tylko tytułu, ale również takiego przebiegu.

Mam nadzieję, że to nie ostatni raz,

kiedy nieświadomie stałeś się moją INSPIRACJĄ.

Choć mówię to często, to teraz będziesz miał to na piśmie,

ale bardzo się cieszę, że JESTEŚ, Szymański!

Prolog

Wszystko w naszym życiu dzieje się po coś. Tak samo jak każdego dnia wstaje słońce, tak samo życie daje nam dziesiątki, jeśli nie tysiące czystych kart, byśmy wedle siebie zapisali nowe rozdziały.

Ludzie rodzą się i umierają. Pojawiają się w życiu drugiej osoby i w pewnym momencie, gdy kontakty się rozluźniają, znikają, robiąc miejsce kolejnym. Jeszcze inni zostawiają po sobie trwały ślad, coś w stylu blizny. Z początku myślisz, że powstała ona tylko po to, by szpecić twoje ciało, ale potem rozumiesz, że jest częścią ciebie. Twoim znakiem rozpoznawczym, który gładzisz delikatnie palcami, gdy tylko masz okazję.

Gdy dociera do ciebie, że nic nie dzieje się bez przyczyny, bomba w końcu wybucha, wyrządzając taki bałagan, że nie wiesz, czy sobie z nim poradzisz. Bałagan, po którym pozostanie tylko ta blizna – i to po kimś naprawdę ważnym.

I nawet kiedy wiem już, jak wszystko się skończy, to bez wahania zgodziłabym się przeżyć to drugi raz. Dokładnie w ten sam sposób. Krok po kroku, dzień po dniu. Jeszcze raz doświadczyłabym najpiękniejszych chwil w życiu, zdając sobie sprawę, że po nich nadejdą te bez wątpienia najgorsze i niebywale bolesne. Mając świadomość, że po wyjątkowych i niezapomnianych momentach przyjdzie czas, by zmierzyć się z cierpieniem i czymś, czego nie da się cofnąć. Bo to się wydarzyło… Nieodwracalnie.

Koniec marca 2022 roku

Siedziałam w swoim pokoju i oglądałam film podróżniczy jednego z subskrybowanych youtuberów. Zazdrościłam mu życia, zresztą nie tylko jemu, bo moja lista subskrypcji pełna była podobnych kanałów. Twórcy jeździli po świecie i zwiedzali miejsca, o których często nie miałam pojęcia. Jedni robili kontent mniej wymagający, pokazując głównie typowe atrakcje, ale ja najbardziej lubiłam tych, którzy z wyraźną pasją poddawali się ekstremalnym wyzwaniom typu zwiedzanie jaskiń, wulkanów czy zapomnianych wraków pod wodą.

– Laureńko, kolacja! – zawołała głośno mama, a ja aż się wzdrygnęłam na pieszczotliwą wersję mojego imienia stosowaną nagminnie przez nią.

Zastopowałam oglądany film i położyłam telefon na łóżku, aby móc dokończyć po jedzeniu. Poszłam do dużego pokoju, gdzie przy dużym stole zawsze jadaliśmy posiłki – w miarę możliwości w pełnym składzie. Zdziwiło mnie „niedzielne” nakrycie z serwetkami i obrusem, bo w tygodniu najważniejsze było, aby mieć czas na wspólne jedzenie. To właśnie do obiadu serwowanego w ostatni dzień tygodnia mama przykładała się najbardziej.

– A co tak pachnie? – Dopiero teraz poczułam w nozdrzach przyjemny zapach. – I co to za okazja? – Wskazałam na stół.

– Siadaj, siadaj, bo tata zaraz będzie – ponaglała mnie mama.

Zrobiłam to, o co prosiła, lecz w głowie zaczęłam snuć teorię, czemu w piątkowy wieczór w naszym domu jest tak uroczyście. Urodziny, imieniny i wszelakie rocznice odrzuciłam na starcie, bo doskonale znałam daty. Nie wiedząc czemu, kochałam liczby i bez problemu zapamiętywałam to, co z nimi powiązane. Jedynym, co przychodziło mi do głowy, był awans taty w pracy, ale wydawało się to bardziej niż dziwne. W końcu od niemal dwudziestu lat pracował w tym samym zakładzie produkcyjnym i na tym samym stanowisku. Moje spekulacje wydawały się mało realne, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Mama jeszcze chwilę krzątała się po kuchni, a dźwięk nieznanej mi melodii świadczył o tym, że miała wyśmienity humor. Właśnie tak się zachowywała, kiedy coś szło po jej myśli. Nuciła pod nosem tylko sobie znane kawałki oraz gotowała.

– Wróciłem – zakomunikował wesoło tata, ledwie przekraczając próg niewielkiego mieszkania.

Jego nastrój pasował mi do odświętnie zastawionego – jak na piątek – stołu i moich przypuszczeń. W końcu co innego mogło wywołać taką euforię u rodziców, jeśli nie myśl, że jednego z nich doceniono. Od małego walczyli o to, bym zdobywała wiedzę, i dbali o moją naukę. Sprawdzali lekcje, pomagali, ile mogli, tłumacząc to, czego nie rozumiałam, bo – jak sami przyznawali – chcieli dla mnie lepiej, niż mieli oni sami. Obydwoje pracowali fizycznie za niezbyt wielkie pieniądze. Gdyby nie trzydziestoośmiometrowe mieszkanie, które otrzymali w spadku po rodzicach taty, pewnie nigdy nie zarobiliby na własne. Lubili swoje prace, ale z pensji ekspedientki w osiedlowym sklepie i wynagrodzenia elektryka na produkcji nie mogli odłożyć kokosów, tym bardziej mając na utrzymaniu jeszcze mnie. Spora część wydatków to były moje dodatkowe lekcje angielskiego i francuskiego, na których zależało rodzicom. Chcieli dla mnie jak najlepiej – doceniałam to i w chwilach zwątpienia powtarzałam sobie, że nie mogę ich zawieść. Poświęcili dla mnie tak dużo, abym mogła mieć wszystko, czego oni sami nie posmakowali, choćby coroczne wyjazdy na kolonie za granicą. Dzięki nim zrozumiałam, co chcę robić w życiu. A chciałam poznawać świat, a do tego zarażać innych swoją pasją oraz wiedzą na temat cudownych miejsc.

– Już wyjmuję polędwiczki z piekarnika, a ty, Jędrek, myj ręce i do stołu – zarządziła mama.

– Mówiłaś jej już? – zapytał tata na tyle głośno, że słyszałam.

– No gdzie, czekałam na ciebie – odpowiedziała.

Najpierw wspomnienie przez mamę o jej specjale, czyli zapiekanych polędwiczkach z warzywami, potem ta rozmowa – byłam pewna, że są powody do świętowania.

Po chwili rodzice weszli do dużego pokoju. Mama trzymała w dłoniach naczynie żaroodporne, tata zaś ściskał w ręku jakiś papier. Pomyślałam, że wizja jego awansu jednak się potwierdziła i właśnie to jest tego dowodem. Wstałam od stołu, by go mocno wyściskać – w duchu ogromnie cieszyłam się z tego sukcesu.

– Gratuluję, tatku, zdecydowanie na to zasłużyłeś – pochwaliłam go z dumą. Tak wiele razy to on mówił mi podobne słowa, aż w końcu i jego trud, oddanie i starania doceniono.

Rodzice spojrzeli po sobie, co wyglądało, jakby rozmawiali bez słów. Zazdrościłam im często takiej umiejętności, ale po dwudziestu trzech latach związku wydawało się to wręcz logiczne, choć wiedziałam, że nie każde małżeństwo tego doświadcza. Ja jednak miałam dobry przykład w domu i w ten właśnie sposób pojmowałam miłość. Wzajemne rozumienie się bez niepotrzebnych wyjaśnień i patrzenie w jednym kierunku. To chciałam znaleźć w przyszłości w swoim partnerze, budując z nim relację opartą na zaufaniu, lojalności i przyjaźni.

– Nie wiem, czego mi gratulujesz, córuś, bo to tobie należą się pochwały – oznajmił radośnie, wprowadzając mnie tym w stan kompletnej dezorientacji.

– Jak to mi? – Wiedziałam, że dziś nie zdarzyło się nic, co tłumaczyłoby zrobienie z tego rodzinnego święta.

– No powiedz jej w końcu, Jędrek, a nie tak trzymasz w niepewności – ponagliła go mama, na co przytaknęłam od razu.

Oczywistym było, że chciałam poznać powód, który według rodziców zasługiwał na taką fetę.

– Za tydzień zaczynasz naukę w Liceum Uniwersyteckim.

Informacja przekazana mi przez tatę sprawiła, że poczułam, jakbym miała zemdleć. Do osławionego i zdobywającego szczyty wszelkich rankingów toruńskiego liceum dostałam się na początku roku szkolnego. Pomógł mi w tym niewątpliwie tytuł laureata Olimpiady Turystycznej organizowanej przez Uniwersytet Łódzki. Dzięki temu z automatu zdobyłam indeks na dowolny kierunek, a byłam dopiero w pierwszej klasie. Na olimpiadzie zauważyli mnie ludzie z toruńskiego liceum, którzy „wyłapywali” takie osoby jak ja i zapraszali do siebie, proponując „złoty bilet” do swojej szkoły. Niestety nie mogłam zacząć tam nauki, bo stypendia za wybitne osiągnięcia naukowe od burmistrza Mławy i Ministra Edukacji Narodowej nie były w stanie pokryć jej wysokich kosztów. Nawet pewność otrzymania stypendium socjalnego w liceum nie wystarczyłaby na opłaty za internat czy za samo utrzymanie.

– Tato, przecież już o tym rozmawialiśmy – przypomniałam mu.

– Rozmawialiśmy, ale znaleźliśmy sponsora… Może źle to nazwałem, bo często sponsor się nie kojarzy zbyt dobrze, ale jest ktoś, kto nam pomoże. Jeśli uda ci się utrzymać średnią, to nie musimy się martwić, co będzie dalej.

Euforia w głosie taty i błysk w oczach mamy upewniły mnie, że nie żartują. I choć w głowie kłębiło się tak wiele pytań, to nie zadałam żadnego. Rzuciłam się rodzicom w ramiona i pozwoliłam łzom szczęścia spływać po policzkach, bo przecież spełniało się moje marzenie. Marzenie mające przybliżyć mnie do realizacji tego największego. Do uzyskania dyplomu na jednej z renomowanych zagranicznych uczelni znajdującej się w top dziesięć na świecie.

– Ale jak to, kto to? I czy zdajecie sobie sprawę, że trwa już druga klasa, a nawet drugie półrocze jest w połowie?

Mama spojrzała wymownie na tatę, wskazując na przygotowany posiłek. Starannie podeszła do tematu i nie chciała, aby jedzenie się zmarnowało. Tego też uczyli mnie przez lata, tłumacząc, że właśnie w ten sposób buduje się szacunek do pieniądza.

– Zajmijmy miejsca, jedzmy, a w międzyczasie ci o wszystkim opowiemy, córuś.

Na każdym z trzech talerzy wylądowała solidna porcja dania, za którym wprost przepadałam. Mogłabym szczerze jeść je co najmniej raz w tygodniu, mama jednak zostawiała ten specjał na większe okazje. W tygodniu serwowała zazwyczaj zupy gotowane często na kilka dni, aby oszczędzić nie tylko pieniądze, ale również czas.

– Mój kierownik, Krystian podsłuchał kiedyś przypadkiem, jak rozmawiałem z Pawłem o tym, że nawet to, że jesteś zdolna, nie wystarcza, abyś mogła się dalej rozwijać. Mówiłem, jak to u nas w Mławie perspektywy marne, a to liceum, co się dostałaś, to daleko i koszty by nas zjadły – opowiadał tata, co jakiś czas wkładając sobie porcję kolacji do ust. – Potem wezwał mnie do siebie, by dowiedzieć się czegoś więcej. Od słowa do słowa wspomniałem o wygranej olimpiadzie, indeksie na studia, twoich stypendiach za wybitne osiągnięcia, o najwyższej średniej i o dostaniu się do prestiżowego liceum, na które mnie i mamy niestety nie stać.

Odniosłam wrażenie, że nieco posmutniał na wspomnienie o ostatniej rzeczy, ale przecież ja wszystko rozumiałam. Bo choć rodzice mówili: „ty się tylko ucz, a my o wszystko zadbamy”, to nie mogli przenieść gór. Po otrzymaniu informacji, że zdałam egzaminy w toruńskim liceum, wspólnie podliczyliśmy wszelkie koszty i doszliśmy do wniosku, że domowy budżet wszystkiego nie pokryje.

– No dobrze, i co on powiedział? Że da ci podwyżkę czy co? – dopytywałam z ciekawością. – Choć nie, mówiłeś coś o sponsorze…

Tata uśmiechnął się szeroko, spoglądając przy tym na dumną mamę. Dumną z niego, że mimo przeciwności udało mu się doprowadzić do spełnienia moich marzeń. Do spełnienia jednego z moich marzeń.

– No tak, bo to Krystian wpadł na pomysł, aby napisać do „góry” – wyjaśnił, ale nie musiał tłumaczyć więcej. Obydwie z mamą wiedziałyśmy, że firma taty została wykupiona nieco ponad rok wcześniej przez jedną z norweskich spółek. – Wspólnymi siłami opisaliśmy, co trzeba, dołączyłem ksero z twoimi papierami, bo Krystian stwierdził, że tak będzie wiarygodniej, i dzisiaj dostaliśmy pozytywną odpowiedź. Co miesiąc na twoje konto będzie wysyłane cztery i pół tysiąca koron norweskich w ramach stypendium, które opłaci fundacja prezesa.

Szukałam w głowie przelicznika korony norweskiej na złotówki, ale choć dość dobrze znałam takie rzeczy, to w tym momencie nie byłam w stanie tego określić. Wiedziałam jednak, że to dużo. Wręcz dużo za dużo w porównaniu do tego, ile wymagał wyjazd do Torunia.

– Prawie dwa tysiące złotych, Laureńko.

Mama pomogła mi z wyliczeniami, a podana przez nią mamę kwota sprawiła, że znów poczułam się słabo. Dwa tysiące złotych to niewiele mniej niż zarabiała mama za miesiąc ciężkiej pracy w sklepie, a ja miałam dostać to tak za darmo.

– Tato, ale to bardzo dużo pieniędzy – zwróciłam mu uwagę, choć sam doskonale o tym wiedział. – Ja nie mogę tego tak po prostu przyjąć, tak za nic w zamian.

– Ale kto powiedział, że za nic, kochanie?

To pytanie uświadomiło mi, że we wszystkim musi być jakiś haczyk i również tym razem tak było. Musiałam tylko poczekać, aby go poznać.

– Tak, jak mówiłem, masz się dalej dobrze uczyć i nie przynieść wstydu, a wtedy i w kolejnych latach możemy liczyć na wsparcie. Również w lipcu i sierpniu, bo stypendium jest całoroczne. Kolejny raz wyjedziesz na wakacje w nowe miejsce, żebyś mogła pozwiedzać i nam potem opowiedzieć, co widziałaś.

W moich oczach po raz kolejny tego wieczora pojawiły się łzy, lecz tym razem dotyczyły słów taty. Obydwoje z mamą cały czas myśleli tylko o mnie, rezygnując z siebie. Dlatego też obiecałam sobie, że jak tylko dam radę, to odłożę coś do tego, co już miałam na koncie, i wspólnie pojedziemy w nieznane. Nie chciałam im tego mówić, żeby nie mieli czasu, aby odwieść mnie od tego pomysłu. Należało się im to bardziej niż komukolwiek. Tak często rezygnowali z siebie i powtarzali, że nie każdy rodzic ma takie szczęście i cieszy się wybitnie zdolnym dzieckiem. Tak o mnie mówili nauczyciele, choć nie podobało mi się to. Fakt, lubiłam się uczyć, szybko i łatwo przyswajałam wiedzę i próbowałam nowych rzeczy, aby się w nich sprawdzić. Moje dodatkowe lekcje angielskiego i francuskiego były już na wyższym poziomie niż szkolny. Do tego brałam udział w licznych olimpiadach, stale się rozwijając. Niestety, przez moje zamiłowanie do nauki, podróży, czytania i rysowania cierpiały inne aspekty życia, takie jak… kontakty interpersonalne.

I to nie tak, że nie miałam znajomych, ale było mi ciężko. Wciąż nosiłam łatkę kujona, co przecież w wieku nastoletnim nie należy do komplementu. Rówieśnicy zadawali się ze mną bardziej po to, by odpisać ode mnie prace domowe, czy abym poszła nakłonić nauczycieli do zmiany terminu sprawdzianu, bo przecież ci mnie lubili.

Jedynie Blanka traktowała mnie inaczej, ale ona rozumiała, co znaczy życie pod górkę – w porównaniu do mnie miała jeszcze gorzej. Kiedy za mną ciągnął się sznur wyzwisk od kujonów, walczyła z litościwymi spojrzeniami nauczycieli – nazywana Kopciuszkiem nie ze względu na posiadanie macochy i okropnych sióstr, jak było w bajce. Jej nieodłącznym atrybutem był bowiem wózek inwalidzki – trafiła na niego po wypadku, w którym zginęła jej mama. Rówieśnicy doszukali się podobieństwa w historiach, a z racji „karety”, jak nazywali jej wózek, dostała właśnie miano Kopciuszka.

– Tatku, ale jest środek semestru. To nie jest tak, że pojadę, powiem „hej, jestem” i oni przygarną mnie pod swoje skrzydła. Tylko dlatego, że nagle dam radę skorzystać z ich oferty – wyjaśniłam spokojnie, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że takie rzeczy trwają.

Wtedy spojrzał na mamę, która szeroko się uśmiechnęła, a to sprawiło, że i moja twarz się rozpromieniła. Wiedziałam, a raczej czułam podświadomie, że i w tej kwestii rodzice mieli plan. Musiałam tylko dotrwać do momentu, aż się nim ze mną podzielą.

Cierpliwie czekałam, aż mama dokończy jedzony właśnie kawałek mięsa. Ona, w przeciwieństwie do mnie i taty, trzymała się zasady niemówienia z pełnymi ustami, za co często nas ganiła.

– Ty się, Laureńko, o nic nie martw. Jak tylko tata zadzwonił z informacją, skontaktowałam się z dyrektorem Liceum Uniwersyteckiego. Spojrzał przychylnie na twoją sprawę i od kwietnia możesz dołączyć! Potrzebują jedynie trochę czasu, żeby ogarnąć miejsce w internacie – mówiła z radością, a ja czułam ogromną dumę, że tak szybko i w dodatku bez mojej wiedzy udało im się zrobić tak wiele. – Co prawda, nie masz szans na pokój do własnej dyspozycji, ale przyda ci się towarzystwo inne niż to książkowe. I będziesz musiała nadrobić różnice programowe, ale wiemy z tatą, że dasz radę.

„Nadrabianie różnic programowych” to właśnie był ów haczyk, którego szukałam od początku. Środek semestru zwiastował przerobienie połowy materiału, która na pewno znacząco różniła się od tej, jaką miałam w swojej aktualnej szkole.

– Z całym szacunkiem do mojego liceum, ale nawet najlepsza szkoła w Mławie nie da mi tego, czego uczą tam – podzieliłam się swoimi obawami z rodzicami. – Nie wiem, czy sobie poradzę – dodałam całkiem szczerze.

– Ej, co to ma być? – Tata złapał moją dłoń i mocno ją ścisnął. – Nie pozwolimy ci w siebie zwątpić, pamiętaj o tym.

Po raz kolejny w swoim życiu zrozumiałam, jak wielkie szczęście miałam, trafiając na takich rodziców. Wspierających, motywujących, i co najważniejsze – przyjacielskich. Gdyby nie ich wiara we mnie, pewnie nigdy nie wzięłabym udziału w żadnym konkursie, a co dopiero olimpiadzie, i nie złożyła wniosku o stypendia, bo uznawałabym, że są przecież lepsi. Rodzice na każdym kroku motywowali mnie do działania i wierzyli, że wszystko się uda, a świat stoi przede mną otworem. Sama z czasem zaczęłam w to wierzyć.

– Laureńko, marzenia nie spełniają się same, musimy im w tym pomóc i właśnie ty dzięki tej szkole będziesz miała swoje jeszcze bliżej. – Mama często powtarzała frazę o tym, że spełnianie marzeń to osiemdziesiąt procent ciężkiej pracy, a góra dwadzieścia szczęścia. Zgadzałam się z jej teorią, bo wiedziałam, jak wiele pracy włożyłam na każdym etapie swojego rozwoju. Dużo mi dała dobra pamięć i kilka innych rzeczy, ale je zaliczałam do tej jednej piątej szczęścia.

Widok radosnych twarzy moich rodziców sprawiał, że zaczynałam wierzyć, że dam sobie radę. Ciężką pracą nadrobię braki, ale potem będzie już łatwiej, bo będę szła według bieżącego programu. Dotąd największym problemem były finanse, ale skoro się znalazły, nie mogłam nie spróbować. Los podawał mi rękę, więc musiałam chwycić ją jak najmocniej i nie puszczać, póki nie sięgnę szczytu. Szczytu, jakim były studia na jednej z renomowanych uczelni z topki najlepszych na świecie.

– Harvard, Oksford i wszystkie inne z tymi trudnymi nazwami po ukończeniu tego liceum będą na wyciągnięcie twojej ręki, córuś – przypomniał mi tata, bo to dlatego chciałam stąd wyjechać do liceum w innym mieście.

– Macie rację! – wstałam od stołu, aby ich wyściskać – To moja szansa! A teraz wybaczcie, ale muszę zadzwonić do Blanki i opowiedzieć jej o wszystkim.

Na odchodne cmoknęłam w policzek każdego z nich i ruszyłam do pokoju, by podzielić się radosną nowiną z jedyną osobą, która w trudnym nastoletnim świecie była mi bliska.

Kompletnie zapomniałam, że miałam dokończyć oglądanie zastopowanego filmu, bo w mojej głowie była tylko jedna myśl. Spełniało się moje marzenie. Jedno z długiej listy marzeń Laury Kaczmarczyk, zapisanej w specjalnym pluszowym zeszycie.

Rozdział 1

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy podczas pakowania naszły mnie wątpliwości, a raz nawet doszło do tego, że mama uważała, że chwycił mnie nerwoból. Brakowało mi powietrza, klatka ledwie się unosiła, a serce waliło jak szalone, i to do tego stopnia, że mama wezwała pogotowie. Ratownik zrobił mi zastrzyk, który na szczęście szybko zaczął działać.

To chyba po tej sytuacji rodzice zaczęli się bać, co będzie, gdy zabraknie ich blisko mnie. Gdy zostawią samą w obcym mieście, ponad sto kilometrów od domu, z niezbyt dobrym połączeniem komunikacyjnym… Szybko to jednak przegadaliśmy i ustaliliśmy, że ciągle będę miała włączony telefon, a w razie jakichkolwiek problemów od razu do nich zadzwonię. Obojętnie czy będzie chodziło o naukę, zdrowie, czy zwykłe wygadanie się. Do tego ostatniego na szczęście miałam Blankę, która kibicowała mi w spełnianiu marzeń. Poza tym obiecała kiedyś odwiedzić mnie w Toruniu.

W noc przed wyjazdem nie zasnęłam nawet na sekundę. Ekscytacja i jednoczesny strach sprawiały, że powieki ani na chwilę nie zamknęły się na tak długo, by można było mówić o śnie. O czymś, co według Junga1 odsłania przyczynę ludzkiej dysharmonii i emocjonalnego niepokoju, ujawnia ukryty potencjał i na dodatek zawiera twórcze rozwiązanie problemów, z czym szczerze się zgadzałam. Wielokrotnie w snach przychodziły odpowiedzi na zadawane przeze mnie w głowie pytania lub też pomysły – dzięki nim znalazłam się w tym miejscu, w którym byłam. Tej nocy sen jednak nie przyszedł. Pozostawił mnie samą sobie, a tak bardzo liczyłam, że da mi ponownie jakieś wskazówki.

O poranku mama nakryła mnie na tym, że oglądam w sieci okolicę, w której miałam zamieszkać, a kilka godzin później już jechaliśmy z niemal całym moim dobytkiem do Torunia. Dwie wielkie walizy z ubraniami, karton książek, drugi z farbami, pędzlami i ulubionymi pastelami oraz zeszyt z zapisaną listą marzeń, z którym się nie rozstawałam. Te i kilka innych użytecznych rzeczy na szczęście bez problemu zmieściło się w niewielkiej niebieskiej corsie, którą mieliśmy od kilku lat.

– Tylko pamiętaj, żeby się nie stresować za bardzo – przypomniał z troską tata, kiedy minęliśmy zieloną tablicę z napisem „Toruń”.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – pomyślałam, lecz aby nie denerwować rodziców, zachowałam to dla siebie. Wiedziałam, że tak samo jak ja przeżywali ten dzień. W końcu ich jedyne dziecko miało zacząć poniekąd dość wczesne samodzielne życie i to z dala od rodzinnego miasta. W miejscu, gdzie nikogo nie znało, ale chyba nie to przerażało mnie najbardziej. Największe obawy wywoływała we mnie myśl, że po raz pierwszy będę znajdowała się wśród ludzi podobnych do mnie, co niby powinno mnie cieszyć, a wcale tak nie było. Przyzwyczaiłam się do wyzwisk od kujonów, tymczasem w Liceum Uniwersyteckim dla moich rówieśników z Mławy wszyscy nimi byli. Oni, tak samo jak ja, kochali naukę i zapewne większość miała dużo lepsze i bardziej znaczące osiągnięcia niż ja.

– Będzie dobrze! Powtarzaj to sobie tak często, jak tylko będziesz tego potrzebowała – dawała mi kolejne rady mama, a ja tylko odpowiadałam na nie uśmiechem, choć wewnątrz cała dygotałam ze strachu przed nieznanym.

Kampus, bo chyba tak można było nazwać miejsce, w które trafiłam, nie był ulokowany w ścisłym centrum miasta. Internat znajdował się co najwyżej sto metrów od szkoły – to trochę podłamało mnie psychicznie, bo uważałam, że najlepiej rozdzielać szkołę od domu, a w takich warunkach mogło być to ciężkie. Może chociaż okna będę wychodziły w przeciwnym kierunku – starałam się sama pocieszyć, nim weszliśmy do budynku. Tam już czekała na nas jakaś kobieta.

– Ty pewnie jesteś Laura – powitała mnie. – Patrycja Tulim-Węgorz, wychowawca w internacie – przedstawiła się i podała dłoń każdemu z naszej trójki.

– Jędrzej Kaczmarczyk, a to moja żona Martyna – dokonał prezentacji tata.

Blondynka, która nas powitała, wyglądała na całkiem sympatyczną, co trochę mnie uspokoiło. Jej wygląd sugerował, że mogła mieć z dziesięć, maksymalnie dwanaście lat więcej niż ja. Z jednej strony wydawało się to wielką przepaścią, z drugiej zaś świadczyło o tym, że bliżej jej do przyjaciółki niż rodzica.

– Chodź, pokażę ci twój pokój. – Spojrzała na mnie, po czym ruszyła długim, niezbyt szerokim korytarzem. – Klaudia, twoja nowa współlokatorka, ma obecnie próbę chóru, ale powinna wrócić za jakąś godzinę, to się poznacie. Jest starsza o rok, więc w razie potrzeby będziesz mogła ją podpytać o rady.

To, co mówiła, brzmiało nie tylko sensownie, ale też sympatycznie, a to nie pasowało mi do wizji, jakie miałam w głowie na temat tego miejsca. I to nie czysto stereotypowych wyobrażeń, ale tych, które znalazłam na forach dotyczących tego liceum oraz innych podobnych placówek z wysokim poziomem nauczania. Opisywano je jako gonitwę szczurów i plejadę atencjuszy, co szczerze mnie przerażało, bo nie lubiłam być przesadnie w centrum. Owszem chętnie zabierałam głos, dzieliłam się swoją wiedzą i poglądami, ale wpierw stałam na uboczu i obserwowałam rozwój wydarzeń. Tłumaczyłam to sobie pochodzeniem z małej miejscowości, choć przecież niejednokrotnie w Mławie miałam do czynienia z narcyzami i egocentrykami, chcącymi skupić na sobie całą uwagę.

– Nasi uczniowie chętnie udzielają się w różnorodnych zajęciach dodatkowych, szlifując swoje talenty lub szukając dla siebie czegoś nowego – zwróciła się teraz do rodziców. – Mamy mnóstwo kół zainteresowań i liczę, że Laura również znajdzie coś dla siebie.

– Nasza córka uwielbia turystykę i podróże, a dodatkowo pięknie rysuje – podzielił się informacją o mnie dumny tata, co spodobało się Patrycji.

– To dobrze się składa, bo współpracujemy z Wydziałem Sztuk Pięknych na Uniwersytecie, a także nasz profesor z Wydziału Turystyki prowadzi swoje koło zainteresowań. Z tego, co pamiętam, odbywa się ono w środowe popołudnia – wystrzeliła z informacjami jak z procy, jakby była chodzącym informatorem.

Podobało mi się to, co mówiła – naprawdę zachęcało do tego, by wyciszyć stres i skupić się na pozytywach tego miejsca, których było jeszcze więcej niż wcześniej myślałam. W Mławie traktowałam dostanie się do tego liceum jako przepustkę do lepiej zdanej matury, a co za tym idzie – także możliwości studiowania poza krajem. Tymczasem teraz do plusów miejsca dorzucić mogłam także szansę na rozwój osobisty, czego pewnie nie doświadczyłabym w rodzinnym mieście, bo były tam mniejsze możliwości. Przynajmniej dla takich uczniów jak ja, którzy chcieli chłonąć wiedzę garściami.

– Proszę, idź przodem. – Patrycja nagle się zatrzymała i wpuściła mnie pierwszą do pokoju, który miałam zajmować z niejaką Klaudią. – Po lewej twoje łóżko i twoja przestrzeń – dodała z uśmiechem.

Od razu zwróciłam uwagę na widok za oknem i ucieszyłam się, że wbrew przypuszczeniom nie ma tam szkoły. Zamiast budynku widoczne były drzewa, które co prawda zabierały światło dzienne, ale jednocześnie dawały prywatność. W takich warunkach nauka na pewno nie będzie męczarnią, bo świeże, leśne powietrze działało zbawiennie na mój mózg, a to, co widziałam za oknem, poniekąd można było nazwać lasem z kilkoma miejscami większych prześwitów.

– Wygląda całkiem przyjaźnie – skomentowała mama, a ja dopiero teraz zwróciłam uwagę na coś więcej niż to, co za oknem.

Pomalowane na brzoskwiniowy kolor ściany faktycznie wprowadzały przyjemną atmosferę w połączeniu z drewnianymi dodatkami. Nawet tapicerowanie tapczanów dopasowano do wnętrza tak, aby wszystko w nim grało, a firanki i długa welurowa zasłona oddawały klimat domu.

– Może to nie hotel pięciogwiazdkowy, ale staramy się, aby nasi uczniowie mieli jak najlepsze warunki do nauki, bo po to tutaj są. Ich sukcesy są również naszymi sukcesami, dlatego zapamiętaj, że w naszej szkole panuje zasada „jesteśmy w tym razem”. – Patrycja po raz kolejny zabrzmiała niczym uczelniany informator, który posługuje się wyuczonymi frazami.

Zasada, a wręcz dla mnie motto, jakim chciałam się kierować podczas edukacji w Toruniu, przypadło mi do gustu. Przypominało mi coś w stylu podejścia win-win, bo zarówno szkole, jak i uczniom chodziło o to samo. Każdy liczył na wyniki, jakich inni by nie dali… szkole uczniowie, a uczniom szkoły.

– Jutro z samego rana dyrektor zaprasza cię na spotkanie, aby omówić najważniejsze rzeczy, a ty do tej pory zastanów się nad wyborem profilu klasy. Broszury znajdziesz w szufladzie stolika nocnego – wskazała na mebel – lub jak wolisz, możesz poczytać o tym na stronie. Wi-Fi dostępne jest zarówno na terenie internetu, jak i szkoły, a hasło do niego znajdziesz również w szufladzie wśród papierów, które przygotowałam dla ciebie. Niekoniecznie dziś, bo pewnie jesteś zmęczona po podróży, ale w najbliższych dniach.

Patrycja zostawiła nas w końcu samych, bym mogła się zadomowić w nowym miejscu.

– Pójdę po walizki, a potem przyniosę kartony – zakomunikował tata, wychodząc z mojego nowego pokoju.

– I jak ci się podoba? – zapytała mama, gdy już zostałyśmy we dwie.

Choć o obydwojgu rodziców mogłam śmiało powiedzieć, że byli moimi przyjaciółmi, to jednak z mamą łączyła mnie większa więź. To do niej pierwszej biegłam z problemem, licząc, że wspólnie znajdziemy rozwiązanie, a kiedy nie wychodziło, byłam pewna, że tata sobie z tym poradzi. To jednak ona była pierwsza. Znała mnie i wręcz czytała z mojego spojrzenia czy gestów, więc na pewno zauważyła, że się boję. Jak nigdy wcześniej, bo po raz pierwszy miałam zostać gdzieś całkiem sama na tak długi czas. To nie były tygodniowe czy nawet dziesięciodniowe kolonie, ale spory fragment mojego życia.

– Wydaje się OK – wyznałam bez entuzjazmu, co mama na pewno dostrzegła. – Pewnie wszystko wyjdzie w praniu, ale nie jest źle. Mogłam mieć widok na szkołę – starałam się zażartować.

Mama znała moje podejście, bo to jej praca mnie do niego skłoniła. Z okien naszego mieszkania widać było sklepik, w którym pracowała, a to kojarzyło mi się z tym, że ciągle była w pracy. Jak automat sprawdzała w oknie, czy na pewno zgaszono światło lub czy nikt się nie kręci obok budynku, a kiedy wychodziła z domu nawet prywatnie, ludzie widzieli w niej panią Martynę ze sklepu i często nawet zagadywali o jakiś artykuł.

– Uwielbiam w tobie to, że zawsze znajdujesz pozytywy – pochwaliła mnie mama i przytuliła tak mocno, że nie zauważyłam przyjścia taty z walizami.

– No tak, jak zawsze ja ciężko pracuję, przez co omija mnie najlepsze – rzucił i w tym samym momencie dołączył do rodzinnego uścisku. – Gdy tak szedłem, to wpadłem na genialny pomysł. Wypakujemy, co trzeba, a potem skoczymy na starówkę zjeść obiad.

Propozycja taty wydawała się kusząca nie tylko dla mnie, ale chyba także dla mamy, bo to ona pierwsza ruszyła do samochodu po resztę przywiezionych bagaży, które miały wprowadzić w to miejsce namiastkę domu. Uporaliśmy się z kartonami i nawet jeden z nich udało się opróżnić, bo ułożenie książek na półkach nie należało do czasochłonnych wyzwań.

– Lauruś, nie to, żebym coś narzucał, ale jak chcesz zaczekać na koleżankę i ci tylko przeszkadzamy, to powiedz. – Tata chyba przypomniał sobie o nieobecnej wciąż współlokatorce.

Poczułam przyjemne ciepło na sercu, bo po raz kolejny dali mi odczuć, jak bardzo zależy im na moim szczęściu. Naprawdę chcieli, bym miała tu nowych znajomych, bo o przyjaciołach nawet nie śniłam. Wystarczała mi Blanka, z którą obiecywałam sobie gadać na komunikatorze tak często, jak tylko będzie to możliwe. Obydwie siebie potrzebowałyśmy. Ona została w starym świecie, ale sama, a ja wkroczyłam samotnie do czegoś nowego. Rozdzielone na własne życzenie, ale spełnianie marzeń było przecież ważne.

– No coś ty, zdążymy się jeszcze poznać, skoro mamy razem mieszkać, a ja mam ochotę na jakiś makaron lub pizzę.

– Proponuję makaron. Wydaje mi się, że pizzy się jeszcze najesz w najbliższym czasie. – Mama przewracała oczami, bo nie lubiła, kiedy żywiłam się fast foodami.

Często nawet śmiała się, że niby jestem taka mądra, a w kwestiach żywienia o tym zapominam, ale przecież byłam młoda. Raz na jakiś czas miałam ochotę na coś niezdrowego, a to, że miałam sporą wiedzę i dobre wyniki w nauce, nie oznaczało, że mam być zaraz wegetarianką czy weganką. To na pewno byłoby zdrowsze, jednak mama mogłaby tego nie przeboleć. A poza tym lubiłam mięso, choć wiedziałam, z czym się to wiąże, bo i na ten temat oglądałam seriale dokumentalne. Nawet kilka razy Blanka rzuciła tezę, że pewnie gdybym miała do czynienia na żywo z zabitymi zwierzętami, na przykład w masarniach, to podeszłabym do tego inaczej, ale tak na ekranie wyglądało to mniej drastycznie – i pewnie miała z tym rację.

– Możemy się zbierać? – zapytał tata, gdy już schowałam walizy do szafy, postanawiając wypakować je wieczorem.

Skoro nie wiedziałam jeszcze, jakie różnice w programach mam nadrabiać, musiałam znaleźć sobie zajęcie, by się nie nudzić, a układanie ubrań wydawało się całkiem spoko.

– Poszukać czegoś z dobrą opinią czy idziemy na żywioł? – zagadnęłam.

Szliśmy całą trójką do samochodu powolnym tempem. Każde z nas podświadomie rozglądało się po okolicy. Rodzice w obawie przed tym, co może mnie tu czekać, ja z zaciekawieniem, ale też strachem, bo od zawsze miałam dystans do czegoś, co było dla mnie nowe. Właśnie przez to tak często sama z siebie douczałam się i doszukiwałam informacji, aby szybciej coś wiedzieć. By nieznane nie było tak przerażające…

Pojechaliśmy do centrum, a ja w międzyczasie sprawdzałam opinie na popularnej aplikacji dotyczące restauracji na toruńskiej starówce. Choć miałam ochotę na makaron, to w moich propozycjach znalazło się coś innego, a opinie klientów zrobiły swoje.

– Mamy do wyboru „Metropolis” na Łaziennej albo „Manekina” na Wysokiej lub na Rynku Staromiejskim – przedstawiłam rodzicom, gdy tato już znalazł miejsce i wykupił parking. – Pierwsza to typowy miszmasz, czyli makarony, pizza i pewnie tysiące innych dań, a druga to popularna naleśnikarnia, do której w Warszawie stoi się godzinami.

Nazwa lokalu dopiero po chwili skojarzyła mi się z książką jednego z blogerów2, który opisywał, jak to nie rozumie, dlaczego ludzie stoją tyle czasu w kolejce do restauracji, skoro obok są inne.

Rodzice wymienili się spojrzeniami, a ja wiedziałam, że to ich kolejna rozmowa bez słów. Czekałam więc na ich decyzję, by kliknąć odpowiednią lokalizację w nawigacji. Kto by pomyślał, że kiedyś potrzebowano map czy pytano się przechodniów o drogę, gdy moje pokolenie nie widziało innej możliwości niż telefon.

– Mogą być naleśniki, jeśli nie są na słodko. – Mama przekazała w ten sposób decyzję podjętą podczas niemej rozmowy z tatą.

Kliknęłam najbliższe miejsce i okazało się, że do przejścia mamy niespełna dwieście metrów. Doprowadziłam rodziców do celu i ku mej radości nie trzeba było czekać w kolejce do wejścia.

Po zjedzeniu naprawdę wyśmienitych dań zrobionych z naleśników przyszła pora na powrót do mojego nowego domu. Tym bardziej, że powoli robiło się ciemno, a rodzice musieli wrócić do Mławy. Odwieźli mnie pod internat i dwa razy pytali, czy mają ze mną wejść. Odmówiłam – skoro miałam mieszkać sama i sama decydować o sobie, musiałam przestać się bać każdego kolejnego kroku.

– Przecież Klaudia mnie nie zje – zażartowałam, bo wiedziałam, że rodzicom chodzi właśnie o poznanie mojej współlokatorki.

Moje problemy interpersonalne nie były im obce, bo wiele razy starali się „wypchnąć” mnie do ludzi, ale ja wolałam książki, naukę, no i miałam Blankę. Co prawda rzadko widywałam się z nią po szkole, ale za to często pisałam czy gadałam.

– Sprawdź jeszcze, czy na pewno masz kartę – poprosiła mama, wręczając przy tym gotówkę. – To tak na wszelki wypadek, jakby nie można było płacić gdzieś kartą, Laureńko.

Wzruszył mnie ten gest, bo po raz kolejny w niedługim czasie rodzice pokazali, jak bardzo się o mnie martwią i troszczą. Miałam wrażenie, że nie potrafię się odwdzięczyć w godny sposób. Czym było podziękowanie, przytulenie czy cmoknięcie w porównaniu do tego, co oni robili? Myśleli o mnie na dwa kroki naprzód, a teraz sama musiałam się tego nauczyć.

Zasad życia nie mogłam wykuć jak większości rzeczy, w których byłam dobra. Codzienność trzeba było przeżywać, samemu doświadczać i uczyć się na własnych błędach. A w samodzielnym funkcjonowaniu byłam laikiem… nowicjuszem, którego nagle rzucono na głęboką wodę. W zasadzie sama w nią skoczyłam. Chciałam spełniać marzenia, piąć się wyżej, więc taka była droga na szczyt. Na mój własny szczyt.

– I pamiętaj, że możesz dzwonić do nas o każdej porze dnia i nocy – przypomniał tata, cmokając mnie czule w czoło, opiekuńczy jak zawsze.

– Dam sobie radę. Poza tym, macie swoje życie, i pracę oczywiście. – Wtuliłam się w nich ostatni raz tego dnia i z tyłu głowy zastanawiałam się, kiedy zrobię to po raz kolejny.

Wizja nadrabiania różnic programowych nie przerażała mnie jeszcze, ale myśl o porannym spotkaniu z dyrektorem napawała mnie dziwnymi emocjami. Nie znałam go, a on nie znał mnie. Nastawiałam się na to, że byłam dla niego jedną z wielu anonimowych uczennic, a to stanowiło dla mnie nowość. W Mławie zawsze znajdowałam się na czele ulubieńców dyrekcji, bo ci – w przeciwieństwie do rówieśników – lubili kujonów. Wyróżniałam się osiągnięciami w nauce, w nowym liceum nie liczyłam jednak na bycie najlepszą, bo takich jak ja było tu wiele… A na podstawie wyników egzaminu wstępnego mogłam obstawiać, że w zasadzie wszyscy.

Patrzyłam z ciężarem w sercu, jak niebieska corsa się oddala. No i stało się, pomyślałam. W tym momencie wszystko, o czym kiedyś tylko marzyłam, stało się rzeczywistością. Zostałam sama pierwszy raz od ponad siedemnastu lat i nadszedł czas na naukę prawdziwego życia.

Nabrałam jeszcze raz niepewnie powietrza, nim weszłam do budynku internatu. Czekało mnie spotkanie z współlokatorką, która bądź co bądź miała stać się częścią mojej nowej codzienności. W końcu to z nią miałam dzielić większość czasu, bo nawet ucząc się w pokoju, a przebywanie w tym samym pokoju to nawet oddychanie tym samym powietrzem – to na pewno mogło nas zbliżyć.

– O hej, ty pewnie jesteś Laura? Patrycja mówiła mi o tobie od wczoraj – powitała mnie na dzień dobry nieznajoma i jak założyłam, to ona była moją współlokatorką.

Ułamek sekundy mierzyłyśmy się wzrokiem. Dziewczyna była podobnego wzrostu jak ja, ale wydawała się wyższa przez burzę kręconych rudych włosów.

– Były czerwone, ale kolor się sprał. – Oblałam się rumieńcem, gdy zauważyła, że zwróciłam na jej włosy aż taką uwagę. Nie zareagowała jednak mocniej na to, tylko kontynuowała: – Wychodzę z założenia, że oryginalność się zapamiętuje, dlatego stawiam na odważne kolory. Zresztą lubię być widoczna – dodała z uśmiechem.

Rzuciło mi się także w oczy jej dość kolorowe i charakterystyczne ubranie. To zupełnie inaczej niż ja, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego głośno, żeby nie wyjść na dziwaczkę. Dotąd zauważano mnie dzięki ocenom i innym naukowym osiągnięciom, ale nie z powodu wyglądu. Ten raczej stawiał mnie w świetle nijakości, z czym mnie osobiście było akurat dobrze.

– Tak w ogóle Klaudia, ale mów mi Lui, okej?

Skinęłam grzecznie głową, zastanawiając się, skąd ten skrót czy też ksywka, i czy ja także powinnam takowe posiadać. Tylko jak skrócić Laurę, bo zdrobnienie używane przez mamę nie wchodziło w grę. A poza tym lubiłam swoje imię. Takie właśnie pełne. Laura – ani za długie, ani za krótkie, zawsze wydawało mi się takie w sam raz.

– Laura, ale to już wiesz – odpowiedziałam, wyciągając dłoń do dziewczyny. – Czemu tak właściwie Lui? – Moja ciekawość przegrała, ale i tak cieszyłam się, że nie dodałam mojej pierwszej myśli. Ten skrót bardziej pasował mi do imienia Luiza, ale nie skomentowałam tego. Mogłoby to pokazać mojej współlokatorce, że nie traktuję jej za oryginalną, a taka przecież chciała być.

Dziewczyna zaśmiała się, odrzucając kosmyk włosów opadający na oczy.

– W dalekiej przyszłości chcę się zająć muzyką, a kto zapamięta Klaudię? Liczy się krótka i chwytliwa nazwa, a Lui to skrót mojego imienia.

Na niewidzialnej tablicy przed oczyma starałam się napisać imię nowej znajomej i doszukać się analizy tego, co powiedziała, co nie trwało na szczęście długo.

– Co druga litera, zaczynając od drugiej? – zagadnęłam, na co usłyszałam krótkie brawa.

– Kada brzmiało bardziej jak imię dla psa – wyjaśniła, wzruszając przy tym ramionami.

Zaśmiałam się, bo podobało mi się jej myślenie. Bez zadawania pytania wiedziała, co mi chodzi po głowie, chociaż to mogłabym uznać dwojako. Po pierwsze, za minus mojej przewidywalności, czego pewnie nie pochwalało się w tym miejscu. Po drugie, za plus znalezienia wspólnego flow, co dawało nadzieję na dobre relacje. I właśnie tej drugiej możliwości postanowiłam się chwycić, obiecując sobie, że nie będę się źle nastawiać, jeśli nie zajdzie taka konieczność.

– Pomogę ci się rozpakować, a potem pokażę co, jak i gdzie – zakomunikowała wesoło.

– Będziesz moim przewodnikiem – zażartowałam, na co zmierzyła mnie bacznie, a po chwili się roześmiała.

– Raczej ochronną klatką, która się przyda podczas przejścia przez terytorium dzikich zwierząt.

Mój wzrok zdradzał na pewno więcej niż powinien, co zauważyła.

– Byłaś kiedyś na safari? – zapytała poważnie, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy.

Owszem czytałam o tym, oglądałam filmy, a nawet zapisałam pobyt na takim wydarzeniu w zeszycie z marzeniami, dotąd jednak nie udało mi się zrealizować tego punktu z listy – należał do tych kosztownych.

– Zatem witaj w największej dziczy, jaką znam, Lauro. – Rozłożyła ręce w geście przywitania, a ja nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy niestety płakać.

11 Carl Gustav Jung – szwajcarski psychiatra, psycholog, naukowiec, artysta malarz. Był jednym z twórców psychologii głębi, na bazie której stworzył własne koncepcje ujęte jako psychologia analityczna.

2 Mowa o książce PigOuta „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera”.

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Redakcja: Barbara WronaKorekta: Barbara WronaProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat

Copyright by Małgorzata Falkowska 2025Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2025

Druk i oprawa:OSDW Azymut Sp. z o.o.Łódź, ul. Senatorska 31

ISBN: 978-83-68037-97-5

WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]