Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zmierzch bogów to wciągająca opowieść o wstrząsającym ostatnim roku II wojny światowej na Pacyfiku, kiedy to Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych wygrała największą bitwę morską w historii; Douglas MacArthur spełnił obietnicę powrotu na Filipiny; fale kamikaze atakowały floty aliantów; Japończycy walczyli wyspa po wyspie do ostatniego człowieka, bombowce B-29 paliły japońskie miasta; a Hiroszima i Nagasaki zostały zniszczone przez wybuchy atomowe.
Zmierzch bogów, rzetelna i zarazem fascynująca relacja z końcowej fazy tej wojny, doprowadza mistrzowską trylogię Tolla do porywającego finału. Ta wielokrotnie nagradzana i bestsellerowa trylogia jest pierwszą kompletną historią wojny na Pacyfiku od ponad dwudziestu pięciu lat oraz pierwszą wielotomową historią wojny morskiej na nim od czasu opublikowania serii Samuela Eliota Morisona w latach 50. XX wieku.
Czytelnicy, którzy czekali na zakończenie arcydzieła Iana W. Tolla, będą zachwyceni tym ostatnim tomem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1600
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału
Twilight of the Gods. War in the Western Pacific, 1944-1945
© Copyright 2016 Ian W. Toll
© All Rights Reserved
© Copyright for Polish Edition
Wydawnictwo Napoleon V
Oświęcim 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Tłumaczenie:
Jakub M. Rawinis
Redakcja:
Rafał Mazur
Redakcja techniczna:
Mateusz Bartel
Projekt okładki:
Witold Klapper
Strona internetowa wydawnictwa:
www.napoleonv.pl
Kontakt: [email protected]
Numer ISBN: 978-83-8418-743-2
W roku 2007 – krzywię się na samo wspomnienie – przystąpiłem do pisania jednotomowego opracowania historii wojny na Pacyfiku. Wydawca mojej pierwszej książki Six Frigates zaproponował mi umowę i zapłacił zaliczkę. Dwa i pół roku później, gdy do ostatecznego terminu pozostało jeszcze pół roku, zadzwoniłem do redaktora, Starlinga Lawrence’a, by przekazać mu dobrą nowinę, że napisałem już prawie 800 stron. Zła nowina, którą również mu przekazałem – zapewne trzymając telefon daleko od ucha – brzmiała, że narracja doszła dopiero do końca bitwy pod Midway. Opisałem zaledwie sześć z 44 miesięcy wojny, a już przekroczyłem wyznaczoną długość manuskryptu o 300 stron.
W trakcie tej samej rozmowy, bez żadnej przerwy na przemyślenie sprawyczy choćby na zażądanie 800 stron, Star zaproponował rozwiązanie. A gdyby tak przekształcić ten projekt w trylogię? Umowa została zmieniona, terminy się wydłużyły, a zaliczka wzrosła (chociaż, niestety, nie trzykrotnie). Tom I, Pacyfik: Próba ognia, ukazał się w 2011 r.; tom II, Zwycięska fala, w 2015 r. Pierwszy omawiał początkowe pół roku wojny, od niespodziewanego japońskiego ataku na Pearl Harbor do druzgocącego przeciwuderzenia Amerykanów pod Midway. Drugi opowiadał historię dwóch środkowych lat konfliktu, od połowy 1942 do połowy 1944 r., oraz alianckich kontrofensyw na południowym i środkowym Pacyfiku. Niniejszy tom, trzeci i ostatni, podejmuje opowieść po kampanii na Marianach i omawia ostatni rok wojny, do kapitulacji Japonii w sierpniu 1945 r. włącznie.
Czytelnik być może już zauważył, że książka ta jest dłuższa niż jej poprzedniczki. Nie było to ani spodziewane, ani zamierzone. Sądziłem, że trzeci tom będzie najłatwiejszy do napisania, a może nawet najkrótszy. Duża część przygotowań była już gotowa, a okres do omówienia obejmował zaledwie rok, podczas gdy Zwycięska fala dotyczyła dwóch. Z zuchwałą pewnością siebie przewidywałem, że ostatni tom ukaże się w roku 2018. Kiedy okazało się to niemożliwe, przyrzekłem na Twitterze, że ujrzy on światło dzienne w 2019 r., „chyba że wcześniej mnie wykończy”. Potem nastał rok 2020, kiedy to książka została ukończona, ale jeszcze nie znalazła się w druku. Na szczęście wpisy z Twittera można kasować, a do chwili pisania niniejszych słów jeszcze nie umarłem, ale Zmierzch bogów okazał się najtrudniejszym do ukończenia tomem trylogii. Przyczyn jest wiele. Pod koniec 1944 i w 1945 r. wojna osiągnęła ogromną skalę, w każdym wymiarze, więc doszedłem do wniosku, że nie oddam sprawiedliwości tej historii, jeśli nie poświęcę jej więcej czasu i miejsca, których najwyraźniej potrzebowała. Na przestrzeni lat zgromadziłem wiele informacji w dziedzinach leżących na obrzeżu głównej narracji – takich jak stosunki pomiędzy wojskiem a prasą, szkolenie pilotów morskich, aliancka propaganda radiowa i ulotkowa czy też losy ewakuowanych japońskich uczniów – i byłem zdecydowany umieścić wszystko to w książce (w pierwszych dwóch, w odróżnieniu od trzeciej, mogłem napisać: „Zajmę się tym w kolejnym tomie”). W rezultacie napisanie tego trzytomowego opracowania wojny na Oceanie Spokojnym zajęło mi ponad trzykrotnie dłużej, niż uczestniczące państwa ją toczyły.
W przedmowie do Zwycięskiej fali opowiedziałem się za narracją epizodyczną i dyskursywną, wykraczającą poza granicekonwencjonalnej, specjalistycznej historii wojskowości. Nie będę tu powtarzał owego manifestu. Dość powiedzieć, że to, co wówczas trafne, dziś jest jeszcze trafniejsze. W ostatnim roku II wojny światowej, w jeszcze większym stopniu niż w innych latach i na innych wojnach, decyzje strategiczne najwyższego szczebla stanowiły splot kalkulacji czysto militarnych z polityką i sztuką dyplomacji. I w Europie, i w Azji rozumiano, że koordynacja czasowa, skala i zakres wielkich operacji będą mieć dalekosiężny wpływ na powojenny porządek międzynarodowy. W Stanach Zjednoczonych ponadto epokowedecyzje roku 1944 podejmowano w cieniu kampanii prezydenckiej. Carl von Clausewitz napisał, że: „Wojna to kontynuacja polityki za pomocą innych środków”, ale w demokracji konstytucyjnej ze stałym kalendarzem wyborczym powiedzenie to można równie dobrze odwrócić: „Polityka to kontynuacja wojny za pomocą innych środków”. W tym duchu postanowiłem zacząć książkę od długiego pierwszego rozdziału na temat konferencji strategicznej w Honolulu z lipca 1944 r., kiedy to prezydent Franklin Delano Roosevelt spotkał się z podległymi dowódcami pacyficznych teatrów działań, aby zaplanować ostatni etap kampanii przeciwko Japonii. Zdarzenieto miało ogromną wagę, zarówno dla wojny na Pacyfiku, jak i dla przyszłości Azji, ale opracowania historyczne i biografie często je lekceważą. Uznałem,że zasługuje ono na dłuższe i bardziej wielostronne omówienie, tym bardziej, że niedawno wyszło na światło dzienne nowe, ważne źródło – a mianowiciepamiętnik Roberta C. Richardsona juniora, głównodowodzącego sił US Army na Hawajach, który w trakcie konferencji gościł gen. Douglasa MacArthura i spisał jego ówczesne relacje z pierwszej ręki o dyskusjach z FDR.
Dziękuję wszystkim, którzy na różny sposób wspomagali mnie w badaniach: świętej pamięci Adolphusowi Andrewsowi juniorowi za podzielenie się wspomnieniami z Iwo Jimy i powojennej Japonii; Billowi Bellowi za nadesłanie dziennika jego ojca, Williama Bella, na temat działań lotniczych 38. Sił Zadaniowych; Frankowi Dunlevy’emu za historię mówioną jego teścia na temat służby na niszczycielu Johnston; Ronaldowi Nunezowi, który przekazał mi dziennik adm. Johna Henry’ego Towersa; Chetowi Layowi i kmdr. w st. spocz. Michaelowi A. Lilly (US Navy), który przekazał ciekawe informacje na temat przyjaźni Chestera Nimitza z rodziną Walkerów z Oahu (opublikowane tymczasem przez Lilly’ego w Nimitz at Ease). Płk w st. spocz. Robert C. Richardson IV (USAF) przekazał mi wspomniany już pamiętnik swojego dziadka, który gen. Richardson nakazał w testamencie swoim spadkobiercom zachować w tajemnicy aż do roku 2015. Ronald Russell, były redaktor i webmaster strony Battle of Midway RoundTable, zrecenzował manuskrypt i przedstawił cenne uwagi, podobnie jak w przypadku tomów I-II. Wśród Japończyków, którzy pomogli mi na różne sposoby, znaleźli się: Susumu Shimoyama, Kazuhisa Murakami, Yukoh Watanabe, Kiyohiko Arafune oraz Yukio Satoh. Eric Simonoff, mój agent od 18 lat, nie tracił wiary w obliczu długich opóźnień i przekroczonychterminów. Wdzięczny jestem całemu zespołowi wydawnictwaW. W. Norton, szczególnie takim osobom jak Nneoma Amadi-Obi, Rebecca Homiski, Bill Rusin, a przede wszystkim Star Lawrence, który od zawsze wspierał moją instynktowną skłonność do schodzenia z wytyczonych ścieżek, a równocześnie dawał mi znać, kiedy oddalałem się od nich za bardzo.
„Nie kłóć się z ludźmi, którzy kupują atrament na beczki”
Amerykański aforyzm nieznanego autorstwa
Dobre stosunki pomiędzy Franklinem Delano Rooseveltem a prasą uległy zdecydowanemu pogorszeniu od czasów jego pierwszej kadencji. W trakcie owego „miodowego miesiąca” roku 1933 nowo zaprzysiężony prezydent rozbrajał reporterów serdeczną i poufałą manierą – mówił do nich po imieniu, gawędził o błahostkach, wypisywał życzeniaurodzinowe i zapraszał ich z całymi rodzinami na przyjęcia w Białym Domu. Organizowane dwukrotnie w tygodniu konferencje prasowe były beztroskie i swobodne. Wkraczającychgęsiego do Gabinetu Owalnego dziennikarzy pozdrawiał wesoły mężczyzna o dużej głowie, odziany w znoszony, nieco zmiętygarnitur. Siedział na wózku inwalidzkim za wielkim mahoniowym biurkiem, zwykle ściskał w dłoni papierosa, a drobiny popiołu osiadały na materiale rękawów. Na wszystkie pytania odpowiadał na bieżąco, elokwentnie i bez namysłu. Podtrzymywał lekką i wesołą atmosferę. Niekiedy prezydent zauważał, że któryś reporter jest chyba na kacu, i pytał obecnych o zdanie; mógł też upewnić się u ochrony,że dany korespondent został przeszukany. Udawał nauczyciela prowadzącego „klasę” i przemawiał do dziennikarzy jak do nieszczególnie bystrych uczniów szkoły podstawowej: „Nie, dziecko drogie, wszystko ci się pomieszało”1. Słuchając pytania, otwierał usta w parodii głębokiego skupienia. Jego wodewilowoprzerysowane miny wyrażały zdumienie, zmieszanie lub niepokój. Zastanawiając się nad odpowiedzią, spoglądał w górę – na stiukową Wielką Pieczęć Prezydencką na suficie – brał głęboki oddech, wydymał policzki i długim podmuchem wypuszczał powietrze. Ta błazenada budziła radosny śmiech reporterów.
Nie zawsze prezydent odpowiadał wprost – ani zgodnie z prawdą, a bywało, że w ogóle nie odpowiadał – ale tolerował pytania uzupełniające i angażował się w nieoficjalne wymiany zdań. Stenotypiści z Białego Domu zarejestrowali każde słowo z jego 998 konferencji prasowych, łącznie ze swobodnymi pogawędkami i żartami otwierającymi każde posiedzenie. Transkrypcje te liczą tysiące stron i w Bibliotece FDR, z siedzibą w mieście Hyde Park w stanie Nowy Jork, zajmują ponad cztery stopy sześcienne [ponad 0,112 m3].
W 1941 r., pierwszym roku jego trzeciej kadencji, wciąż utrzymywały się jeszcze przebłyski dawnego ciepła i dowcipu – teraz jednak, bardziej niż w dawnych latach, reporterzy w Białym Domu uważali Roosevelta za postać chimeryczną, wybuchową, a nawet nieprzeniknioną, człowieka o niezmierzonej głębi. W jednej chwili rozświetlał salę swoim słynnym uśmiechem o wysokiej mocy, w następnej stawał się skwaszony i zgryźliwy. Krzyk ani nawet podnoszenie głosu nie leżały w naturze Roosevelta, lecz w jego żartach często kryła się zgryźliwa nuta, a jeśli pytanie mu się nie spodobało, to potrafił nieprzyjemnie potraktować reportera. Jak stwierdził Merriman Smith, korespondent agencji United Press, prezydent „mógł być szorstki jak opryszek z Trzeciej Alei albo bez reszty czarujący, rozbrajający i ogromnie sympatyczny. Wszystko zależało od pytania, od tego, kto je zadawał i jak czuł się pan Roosevelt, gdy wstał tego ranka”2.
Wywołując poszczególnych dziennikarzy, by sprostować napisane przez nich materiały, z zapałem sądowego adwokata zasypywał ich krzyżowym ogniem pytań. Nie znosił takich eufemizmów jak „błąd” czy „nieścisłość”, oskarżał więc konkretnych reporterów, że drukują „kłamstwa” lub, jeśli nie brzmiało to wystarczająco dobitnie, „pospolite kłamstwa” albo „umyślne kłamstwa”3. Pojęcie „kłamstwo” charakteryzowało motywy sprawcy, nie pozostawiając miejsca na ewentualność nieumyślnej pomyłki, ale o to właśnie chodziło prezydentowi. Potępiając tendencję do „dziennikarstwa objaśniającego”, nalegał dogmatycznie, aby gazety nie odgrywały żadnej roli w analizie czy komentowaniu informacji, nawet w artykułach wstępnych. Prasowych felietonistów uważał Roosevelt za „zbędną narośl na ciele naszej cywilizacji”. Zastawiali oni sieci na plotki – „byle brzęczenie” – jak to nazywał, i przedstawiali te okruchy jako informacje. Drew Pearsona, najbardziej poczytnego felietonistę epoki, określił mianem „chronicznego łgarza”4.
Na konferencji prasowej w lutym 1939 r. pytania sugerujące, że FDR usiłuje ominąć uchwalone przez Kongres ograniczenia dostaw uzbrojenia do Europy, sprowokowały go do tyrady. „Naród amerykański zaczyna zdawać sobie sprawę, że rzeczy, o których dotąd czytał i słyszał, (…) to czysta bujda – b-u-j-d-a, bujda; że tacy ludzie odwołują się do ignorancji, uprzedzeń i obaw Amerykanów, a postępują nie po amerykańsku”.
Zapytany, czy jego zdaniem winne tego procederu gazety celowo wprowadzają czytelników w błąd, FDR odpowiedział własnym pytaniem:
– Co mam powiedzieć? Mam być uprzejmy czy nazywać rzeczy po imieniu?
– Proszę po imieniu – odparł jeden z dziennikarzy.
– To są umyślne kłamstwa5.
Co rano czytał 4-5 gazet, zwykle przed wstaniem z łóżka. Roosevelt był człowiekiem pobożnym i rzadko przeklinał, ale poranne wydania często doprowadzały go do kipiącej złości, która przejawiała się słowem „cholera”, a w poważniejszych przypadkach – „jasna cholera”. Gdy czytał, twarz mu ciemniała, podbródek tężał, a oczy lśniły gniewnie. Czasem wydzierał z gazety kontrowersyjny materiał i zabierał do Gabinetu Owalnego, gdzie wciskał go w ręce swojemu sekretarzowi prasowemu, Stephenowi T. Early’emu, utyskując: „Cholerne kłamstwo od A do Z”6. Doszedł do przekonania, że większość prasy amerykańskiej – często podawał tu odsetek 85% – funkcjonowała jako tuba zagrożonej oligarchii. „Prasa torysów”, jak mawiał Roosevelt, była podstępna,wrogo nastawiona i pozbawiona skrupułów. Znajdowała się w ręku i pod kontrolą kliki bogatych konserwatystów, którzy osobiście nienawidzili prezydenta i co dzień serwowali porcję jadu wymierzonego w niego samego, jego sojuszników politycznych, administrację, a nawet rodzinę.
W panteonie arcywrogów FDR wysokie miejsca zajmowała czwórka magnatów prasowych. Ogólnokrajowy koncern Williama Randolpha Hearsta często publikował identyczne artykuły redakcyjne, potępiające Roosevelta i jego politykę. Analitycy mediów trafnie przypuszczali, że kampanią obelg kierował sam „szef”, przekazując podległym redakcjom instrukcje telegraficznie ze swojego kiczowatego zamczyska w San Simeon na wybrzeżu Kalifornii. Robert R. „Bertie” McCormick, wydawca „Chicago Tribune”, otwarcie gardziłRooseveltem i wszystkim, co reprezentował, a jego gazeta – drugi co do znaczenia dziennik w mieście i jedna z najpopularniejszych w kraju – dyskredytowała administrację prezydenta bez choćby pozorów obiektywizmu. Kuzyn McCormicka, Joseph M. Patterson, był założycielem i właścicielem „New York Daily News”, pierwszego tabloidu w kraju. Przy swoim formacie, stawiającym na duże fotografie, oraz sensacyjnym sposobie relacjonowania przestępczości, sportu i skandali erotycznych, „Daily News” prosperował przez cały okres Wielkiego Kryzysu, a nakładem przewyższył w końcu „New York Timesa”. Swego czasu Patterson określał się jako socjalista i początkowo sympatyzował z New Deal, ale w roku 1940 związał się z ruchem izolacjonistycznym, a jego gazeta zwróciła się ostro przeciw FDR. Eleanor „Cissy” Patterson, młodsza siostra Josepha i kuzynka Bertiego McCormicka, była ekscentryczną i ordynarnąmizantropką, która wykupiła od Hearsta dwie waszyngtońskie gazety i połączyła w jedną: „Washington Times-Herald”. Pod koniec lat trzydziestych „Times-Herald” wygrał stołeczną bitwę nakładów i stał się jednym z najbardziej dochodowych tytułów prasowych w kraju. Była to otwarcie tendencyjna gazeta dużego formatu, atakująca administrację prezydenta prawie codziennie, a czasami kilka razy dziennie, w aż czterech wydaniach dziennych. Na pierwszej stronie pojawiały sięobelżywe anty-Rooseveltowskie artykuły wstępne, podpisane „Cissy Patterson”. Gazeciarze sprzedawali „Times-Herald” na każdym rogu śródmieścia, a jeden czy dwaj wykrzykiwali zwykle najnowsze nagłówki na chodniku tuż u bram Białego Domu.
Żaden z czworga magnatów nie był obcy FDR. McCormick i Joseph Patterson chodzili z nim do szkoły w Groton, zaś on sam i Eleanor przyjaźnili się z Cissy Patterson, gdy była młodą debiutantką w balowych kręgach towarzyskich. We wcześniejszym okresie kariery Roosevelt zaliczał Hearsta do sojuszników, a nawet nazywał „przyjacielem”. Jego antypatia wobec potentatów medialnych, oraz ich antypatia wobec niego, była serdeczna i głęboko osobista. Ponieważ troje z tej czwórki łączyły więzy krwi, a czwartego (Hearsta) wiązały z pozostałymi wieloletnie przyjaźnie i interesy, FDR zwykł uważać gazety Hearsta, McCormicka i Pattersonów za zjednoczony front. Jednakże w roku 1940, gdy ubiegał się o bezprecedensową trzecią kadencję prezydencką, około trzech czwartych ogółu amerykańskich gazet sprzeciwiało się jego staraniom o reelekcję, a stosunki FDR z prasą osiągnęły nadir. Na szlaku kampanii wyborczej Roosevelt często oskarżał gazety, gdy tylko mógł, zarzucając, że niedostatecznie wypełniają swoją kluczową rolę w amerykańskiej demokracji. Prasa, jak twierdził, stanowiła przedsięwzięcienastawione na zysk, w którym pogoń za sensacją i plotki uchodziły za bardziej dochodowe od trzeźwego, rzetelnego reporterstwa – w rezultacie zatruwała w kraju debatę obywatelską. Tej jesieni na łamach „New York Timesa” Arthur Krock wspominał o determinacji prezydenta, „by głosić wojnę klasową przeciwko prasie” oraz jego „mocnym przekonaniu, że prasa jest niewiarygodna i często przekupna”7.
Gdy prezydent zwyciężył kandydata republikanów, Wendella Willkiego, przytłaczającą większością w głosowaniu zarówno powszechnym, jak i elektoralnym, wielu dziennikarzy, redaktorów, prezenterów radiowych i felietonistów usztywniło kurs wobec niego. FDR przełamał 150-letni precedens, kandydując (i zwyciężając) na trzecią kadencję. Bardziej niż kiedykolwiek dziennikarze uświadomili sobie konstytucyjny obowiązek, by rzucać wyzwanie potężnemu prezydentowi i kontrolować jego władzę.
Spoglądając z perspektywy dzisiejszych czasów, kiedy dziedzictwo Roosevelta jest wyryte w marmurze, trudno pojąć, jak polaryzującąi kontrowersyjną postacią był on w swoich czasach. W kręgach medialnych, nawet wśród dziennikarzy, którzy osobiście go lubili i popierali jego politykę, przyjmowano za pewnik, że FDR to niepoprawny przechera. Często pokazywał, że umie manipulować prasą albo ją omijać. Przemawiał do narodu amerykańskiego bezpośrednio przez radio, i to z dużym powodzeniem – radio wciąż jednak było dość nowym medium i wielu żywiło obawy, że stanie się ono środkiem przekształcenia w oręż demagogii politycznej. Kilkakrotnie, podczas debat pomiędzy izolacjonistami a interwencjonistami na temat zaangażowania Stanów Zjednoczonych w wojnę europejską, prezydent sugerował, że jego krytycy dopuszczają się zdrady. Krytyków z kolei martwiło nieuchronne poszerzenieuprawnień prezydenckich w przypadku, gdyby Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny przeciw Hitlerowi. Każdy człowiek w wieku średnim lub starszy pamiętał system cenzury represyjnej, wprowadzony podczas I wojny światowej. „Godność” Woodrowa Wilsona była wówczas uważana za nietykalną, a jakakolwiek krytyka prezydenta lub jego polityki, nawet łagodna i w dobrych intencjach, stanowiła podstawy do postępowania sądowego lub zamknięcia winnej gazety. Roosevelt pracował w administracji Wilsona jako zastępcasekretarza marynarki, więc spoczywała na nim część odpowiedzialności za owe dawne nadużycia. H. L. Mencken, wspominając ekscesy lat 1917-1918, ostrzegał kolegów, że mają obowiązek, w czasie wojny jeszcze bardziej niż podczas pokoju, „nie spuszczać czujnego oka z tych panów, którzy kierują naszym wielkim narodem i aż nazbyt często popadająw przeświadczenie, że jest on ich własnością”. Gdyby gazety nie stawiały zdeterminowanego oporu, uległyby wówczas „naciskom, jakim poddają je politycy od samego zarania Republiki”8. Tak miały się sprawy 7 grudnia 1941 r., kiedy największy temat dla XX-wiecznej prasy rozegrał się na niebie nad Pearl Harbor.
Dwa dni po ataku FDR zorganizował swoją zwykłą wtorkową konferencję prasową, pierwszą w czasie wojny. Uprzedzono reporterów, aby stawili się w Białym Domu wcześniej, ponieważ nowe, wojenne środki bezpieczeństwa spowodują długie opóźnienia. Na całym terenie wzniesiono nowe wartownie i budki strażnicze. Przy każdym wejściu stanęły stalowe barykady i trzymetrowe wały z worków z piaskiem. Na dachu ustawiono karabiny maszynowe. Żołnierze w stalowych hełmach nosili karabiny z bagnetami, a ubrani po cywilnemu agenci Secret Service uzbrojeni byli w pistolety maszynowe Thompson.
Miała to być największa jak dotąd konferencja prasowa za prezydentury FDR. Aby pomieścić ogromny tłum, przeniesiono ją z Gabinetu Owalnego do SaliWschodniej. Mike Reilly, szef osobistej ochrony prezydenta z Secret Service, naliczył ponad sześciuset dziennikarzy zgromadzonych w przedsionku za sznurami odgradzającymi, „tłoczących się i przepychającychjak tabun dzikich koni w zagrodzie. Pozwalaliśmy im przechodzić przez barierę pojedynczo, legitymując i prosząc o wyrzucenie zapalonych papierosów, zanim wejdą do gabinetu prezydenta”9.
W ciągu poprzednich 48 godzin prasa na wyścigi relacjonowała wydarzenia z Hawajów. Oprócz wąskiego grona specjalistów od armii i marynarki, większość reporterów nie miała większego pojęcia o sprawach wojskowych i nie potrafiła nawet wymienić nazwisk najwyższych stopniem generałów i admirałów w kraju. Sekretarzprasowy Steve Early od niedzieli urządzał regularne spotkania z dziennikarzami, o wielu jednak rzeczach nie mógł im powiedzieć. Okruchy prawdy przesączały się z Pearl Harbor w morzu plotek: napomknienia o zatopionych pancernikach, samolotach zniszczonych na ziemi, tysiącach zabitych i rannych żołnierzy. W powietrzu wisiały histeria i strach. Klub Prasowy na 14. Ulicy wrzał od pogłosek. Dyrektor FBI, J. Edgar Hoover, dokonał koordynacji pierwszych, wstępnychkroków na rzecz cenzury prasy. Armia ostrzegła gazety, że nie należy drukować żadnych informacji o ruchach wojsk, a marynarka przejęła kontrolę nad międzynarodowymi centralami telefonicznymi i telegraficznymi. Jednak w tych pierwszych, gorączkowych dniach wojny władza nie ujawniła jeszcze, kiedy i w jaki sposób naród amerykański będzie otrzymywał wieści z zamorskich teatrów działań wojennych.
Konferencja prasowa opóźniła się jakiś czas, gdyż ochrona dwukrotnie sprawdzała akredytacje. Roosevelt siedział przy biurku w przedniej części gabinetu, a Early krążył w pobliżu, gdy do środka spływaliostatni dziennikarze i fotoreporterzy. Oficjalny stenotypista zanotował ich spontaniczną wymianę zdań.
– Strasznie dużo ludzi – stwierdził Early.
– A dostaną cholernie mało – odparł prezydent10.
FDR zaczął konferencję od odczytania szeregu oświadczeń o mobilizacji wojennej oraz poinformował o różnych agencjach zaangażowanych w reglamentację towarów i przestawienie przemysłu cywilnego na produkcję uzbrojenia. Kwestie dziennikarstwa i cenzury wojennej poruszono dopiero w drugiej połowie godziny, a wówczas stało się oczywiste, że FDR i jego doradcy ledwo zaczęli się zastanawiać nad tymi problemami.
– Wszystkie informacje, przed publikacją, winny spełniać dwa oczywiste warunki – powiedział prezydent. – Po pierwsze, powinny być rzetelne. Cóż, wydaje mi się, że to dość jasne. Po drugie, ujawnianie takich informacji nie powinno służyć nieprzyjacielowi pomocą ani wsparciem.
Reporterzy byli ewidentnie nad wyraz chętni stosować się do systemu cenzury – katastrofa w Pearl Harbor w dramatyczny sposób unaoczniła konieczność ochrony tajemnic wojennych – ale chętni byli też oddzielać fakty od plotek. W razie otrzymania informacji z nieoficjalnego źródła – zapytał jeden z dziennikarzy – co z nimi zrobić? FDR stwierdził, że należy wstrzymać się z publikacją, dopóki nie zostaną ocenione przez cenzorów wojskowych. „Gazety nie prowadzą wojny. Armia i marynarka powinny jasno to powiedzieć”.
Prezydenta zasypano gradem pytań o Pearl Harbor, na które odpowiadał z jak najmniejszą ilością szczegółów. Poproszony o potwierdzenie, że tysiące marynarzy otrzymało urlopy i rankiem, gdy nastąpił atak, przebywało w Honolulu, FDR wypalił: „Skąd mam wiedzieć? Skąd pan to wie? Skąd to wie ten, kto o tym donosi?”11. Plotki już w czasie pokoju były wystarczająco kłopotliwe; podczas konfliktu mogły się okazać zgubne dla wysiłku wojennego.
Tej nocy FDR zwrócił się do narodu przez radio w pierwszej wojennej „Pogawędce przy kominku”, osiągając rekordową publiczność 60 mln słuchaczy. W przemowie tej powtarzał i wzmacniał argumenty ze swojego wykładu dla korespondentów w Białym Domu sprzed kilku godzin. Plotkarstwo,jak stwierdził, było impulsem zrozumiałym, ale potencjalnie szkodliwym dla morale narodu amerykańskiego. „Z największą powagą nawołuję rodaków do odrzucania wszelkich plotek. W czasie wojny te paskudne wzmianki o całkowitej katastrofie latają gęsto i szybko. Wymagają zbadania i oceny”. Nieprzyjaciel miał szerzyć kłamstwa i dezinformację, aby zamącić Amerykanom w głowie i przerazić ich, więc zbiorowym obowiązkiem narodu był sprzeciw wobec takiej taktyki propagandowej. Nie należało wierzyć żadnej informacji podanej przez anonimowe źródło. Prezydent dodał bezpośredni apel do mediów:
Oto, co mam do powiedzenia wszystkim gazetom i stacjom radiowym – wszystkim, które docierają do oczu i uszu narodu amerykańskiego: spoczywa na was jak najpoważniejsza odpowiedzialność wobec narodu, teraz i aż do końca wojny.
Jeżeli uważacie, że władza ujawnia nie dość wiele prawdy, macie wszelkie prawo to powiedzieć. Jednak, w razie braku jakichkolwiek faktów w źródłach oficjalnych, etyka patriotyzmu nie daje wam prawa prezentować niepotwierdzonych doniesień w taki sposób, by naród uważał je za prawdę objawioną12.
Na tak wczesnym etapie wojny, kiedy wciąż utrzymywał się szok po Pearl Harbor, kierownictwo mediów przyjęło konstruktywny stosunek do cenzury. Żaden redaktor, reporter ani prezenter radiowy nie chciał być oskarżany o działanie na szkodę sprawy alianckiej, umyślne czy niezamierzone. Wszyscy zgadzali się, przynajmniej co do zasady, że kluczowetajemnice wojskowe nie powinny wpadać w ręce nieprzyjaciela za pośrednictwem wolnej prasy. Popularne czasopismo branżoweoznajmiło czytelnikom: „Stojąc pomiędzy etycznym wymogiem zawodowym, aby dziennikarz nie ukrywał niczego, a patriotycznym obowiązkiem, by nie strzelać własnym żołnierzom w plecy, bez najmniejszego trudu dokonaliśmy wyboru. Wolność prasy nie pociąga za sobą ogólnej zgody na ujawnianie nieprzyjacielowi naszych tajemnych mocnych stron i słabości”13.
Pomny,że w czasie I wojny światowej władza posunęła się za daleko, FDR postępował ostrożnie. Wyrażał osobistą niechęć wobec cenzury. „Wszyscy Amerykanie czują wstręt do cenzury w równym stopniu jak do wojny” – stwierdził w oświadczeniu wkrótce po ataku na Pearl Harbor. – „Jednakże doświadczenie naszego i wszystkich innych narodów wykazało, że w czasie wojny cenzura jest do pewnego stopnia niezbędna, a dziś jesteśmy na wojnie”14.
Do stycznia 1942 r. władze federalne ustanowiły swoją zasadniczą politykę. Relacjonowaniem zdarzeńz zagranicy mieli się zajmować „korespondenci wojenni” akredytowani przy armii lub marynarce, a ich materiały przed publikacją powinny były trafiać do wojskowych cenzorów. Natomiast krajowe gazety, czasopisma i nadawcyradiowi mieli podlegać systemowi ściśle dobrowolnemu, bez przepisów wprowadzających państwową cenzurę prewencyjną i bez nowych mechanizmów przymusu. Apelowano do mediów, aby przestrzegały Kodeksu praktyk czasu wojny dla prasy amerykańskiej, określającego kategorie danych, jakich nie należało przekazywać do publikacji w czasie trwania wojny: ruchy wojsk, wypłynięcia statków i okrętów, statystyki produkcji wojennej, pogoda, położenie wrażliwych obiektów wojskowych lub fabryk zbrojeniowych. Nie należało w żaden sposób nawiązywać do informacji ze źródeł wywiadowczych, skuteczności nieprzyjacielskich środków obronnych ani prac nad nowym uzbrojeniem i technologiami. W obawie, że szpiedzy lub sabotażyści mogą używać amerykańskich mediów do komunikacji, poproszono gazety, aby zaprzestały publikacji ogłoszeń drobnych. Z tej samej przyczyny komercyjne stacje radiowe miały zrezygnować z programów z udziałem słuchaczy, audycji z telefonami do studia czy sond ulicznych. Nie powinny były już przyjmować zamówień muzycznych ani nadawać ogłoszeń lokalnych o zaginionych zwierzętach, sprawach klubowych czy spotkaniach.
Zadanie realizacji tych środków otrzymała nowa agencja federalna: Urząd Cenzury (Office of Censorship). Dyrektorem mianowany został Byron Price, weteran dziennikarstwa, ostatnio redaktor naczelny Associated Press. Po objęciu nowego stanowiska poprzysiągł, że prędzej ustąpi niż pozwoli na ograniczenie wolności prasy, jak w czasie I wojny światowej, na tak mglistych czy niestałych podstawach jak „interes publiczny lub morale narodu”. Prokurator generalny zachował pewne uprawnienia wykonawcze na mocy Ustawy o szpiegostwie z 1917 r. – które pozostały wówczas w mocy, a zresztą pozostają i dziś – ale urząd Price’a nie miał nic wspólnego z karaniem czy ściganiem gazet. Agencja wynajmowała za to zawodowych dziennikarzy, aby działali jako „misjonarze” – tak ich nazywał Price – czyli podróżowali po kraju, przekonując redaktorów i nadawców do przestrzegania zasad. System dobrowolnej autocenzury, jak stwierdził Price, „dał gazetom i innym publikacjom kredyt zaufania. Zaciągnął on każdego autora i redaktora do armii republiki”15.
Opinia publiczna nie znała jeszcze pełnej skali katastrofy w Pearl Harbor, jednak doniesienia i plotki nie pozostawiały wątpliwości, że Japończycy zadali pacyficznej twierdzy druzgocący cios. Rozmawiając z prasą w tydzień po ataku, sekretarz marynarki Frank Knox przyznał, że kilka pancerników zostało zniszczonych, a inne poważnie uszkodzone; wyjawił też, że zginęło prawie 3000 marynarzy i innych członków sił zbrojnych. Trwały dochodzenia, zarówno w Kongresie, jak i w wojsku. Knox stwierdził, że „siły lądowe i morskie nie znajdowały się w pogotowiu”, sugerując, że miejscowi dowódcy byli winni zaniedbania obowiązków16. Adm. Husband E. Kimmel i gen. Walter C. Short, głównodowodzący na Hawajach, zostali zdymisjonowani w trybie doraźnym. Czekała ich degradacja, przymusowe przejście w stan spoczynku i „ścieżka zdrowia” w postaci dziewięciu zasadniczo zbędnychdochodzeń, które miały odciągnąć winę od Waszyngtonu.
Z innych części Oceanu Spokojnego nadchodziły tymczasem wieści konsternujące i złowieszcze. W ciągu kilku godzin od ataku na Pearl Harbor Japończycy rozpoczęli lotniczy blitzkrieg na froncie o długości prawie 5 tys. km, uderzając na cele amerykańskie i brytyjskie w Mikronezji, na Filipinach, Malajach, w Birmie i Hongkongu. Trzeciego dnia wojny od torped lotniczych zatonęły u wybrzeży Malajów brytyjskie pancerniki Prince of Wales i Repulse. Japońskie siły inwazyjne dokonały desantów na wielu plażach Luzonu i innych wysp Archipelagu Filipińskiego. Dowódca amerykański na Filipinach, gen. Douglas MacArthur, na czele swoich wojsk toczył desperacką, choć mężną walkę z przeważającymi siłami nieprzyjaciela – a w każdym razie takie wrażenie odnosiło się na podstawie pobieżnych i nieco dezorientujących wczesnych doniesień z drugiej strony globu.
Chociaż prawda miała wyjść na światło dzienne dopiero po latach, postępowanie MacArthura w pierwszym dniu wojny było co najmniej równie karygodne jak zachowanie Kimmela czy Shorta. Otrzymawszy z dziewięciogodzinnym wyprzedzeniem ostrzeżenie o ataku na Pearl Harbor, generał zaszył się w swojej kwaterze głównej i unikał łączności z podległymi dowódcami lotnictwa, choć wielokrotnie usiłowali do niego dotrzeć. W rezultacie jego główne siły bombowców B-17 i myśliwców P-40 sparaliżował brak rozkazów, a pierwszy japoński nalot na terytorium Filipin zniszczył ponad połowę maszyn na ziemi. To „drugie Pearl Harbor” w kilka godzin po pierwszym wstrząsnęło przywódcami w Waszyngtonie, ale nikt spoza uprzywilejowanego kręgu nawet nie wiedział, że do niego doszło. Doniesienia prasowe z 7 grudnia stwierdzały co najwyżej, że japońskie samoloty dostrzeżono w filipińskiej przestrzeni powietrznej. Trzy dni później Biały Dom ogłosił, że Japończycy zaatakowali Clark Field, bazę lotniczą na północ od Manili, ale nie podał szczegółów: „Gen. Douglas MacArthur, jak dotąd, nie był w stanie zameldować o szczegółach tego starcia”17.
Odmienne standardy odpowiedzialnościna Hawajach i na Filipinach od zawsze trapiły historyków. Wypadków na tym drugim archipelagu nigdy nie poddano formalnemu śledztwu, a MacArthur nigdy nie odpowiedział za błędy i zaniedbania, które wydawały się co najmniej równie karygodne, a z pewnością łatwiejsze do uniknięcia niż te na Hawajach. Rozbieżność tę można wytłumaczyć wyłącznie szczególnym efektem sposobu, w jaki pierwsze etapy wojny na Pacyfiku zostały przedstawione przez media w Stanach Zjednoczonych. W przypadku odwołania MacArthura działanie należałoby podjąć natychmiast albo wcale – a natychmiast go nie podjęto. W drugim tygodniu wojny nastrój narodu amerykańskiego uległ zmianie. Teraz opinia publiczna wydawała się pragnąć narracji o odkupieniu, która zmyłaby traumę i hańbę Pearl Harbor. Osaczona armia MacArthura po drugiej stronie świata, z niewielkimi nadziejami na wsparcie czy uzupełnienia, toczyła poruszającą walkę bez większych szans na sukces. Człowiek, który stał na jej czele, jawił się postacią dzielną i szlachetną, istnym amerykańskim paladynem. Jego codzienne komunikaty, redagowane w stylu wahającym się od sensacyjnegodo pyszałkowatego, zniewalały społeczeństwo amerykańskie. „Ubrany był szykownie, fizycznie był przystojny, jako mówca – efektowny” – napisał później o MacArthurze komentator prasowy. – „W wieku sześćdziesięciu dwóch lat był prosty, jakby kij połknął, o bystrym spojrzeniu, rumianych policzkach i tylko niewielkiej łysinie. Rysy twarzy miał regularne, minę władczą, a przekrzywiona haftowana czapka wzbogacała jego eleganckąpowierzchowność o romantyczną nutę”18.
W tych pierwszych dniach wojny Douglas MacArthur wzbił się w amerykańskich mediach nader gwałtownie do statusu supergwiazdy, osiągając sławę, rozgłos i popularność na skalę, z jaką nie mógł się równać żaden inny dowódca. Jego rakieta miała szybować nad Pacyfikiem majestatyczną trajektorią na wysokim pułapie, dopóki po dziesięciu latach nie zestrzelił jej Harry Truman.
Filipiny od początku były skazane na zgubę i zapewne byłoby tak nawet gdyby Japończycy nie uderzyli na Pearl Harbor. Pierwsze japońskie ataki na te wyspy, oraz wiele innych terytoriów alianckich na zachodnim Pacyfiku, zostały przeprowadzone z wielką wprawą i przytłaczającym panowaniem w powietrzu. MacArthur miał jednak wolę walki, a także uczynienia z niej porządnego widowiska, zaś Amerykanie uwielbiali go za to. Od 8 grudnia 1941 r. do 11 marca 1942 r. jego kwatera główna wydała 142 komunikaty dla prasy. W 109 z nich tylko jeden człowiek był wymieniony z nazwiska: sam MacArthur. Rzadko kiedy wyróżniano pochwałą lub uznaniem poszczególne jednostki; komunikaty mówiły zwykle po prostu o „armii MacArthura” czy „żołnierzach MacArthura”19. Często sugerowano, że osobiście dowodził wojskami w polu, gdy naprawdę przebywał w swojej kwaterze w Manili.
Obyty z prasą generał znał wartość zwięzłego zdania, nadającego się w sam raz na nagłówek. „Zrobimy, co w naszej mocy” – oznajmił dziennikarzom piątego dnia wojny20. Kiedy ktoś zaproponował, by zdjąć amerykańską flagę z dachu kwatery w Manili, by nie przyciągała uwagi japońskich bombowców, MacArthur odparł: „Niech flaga powiewa”21. Tego rodzaju slogany, przytaczane w jego komunikatach, nazajutrz pojawiały się w nagłówkach na całym obszarze Stanów Zjednoczonych. Doskonale umiał pozować do zdjęć, w wyprostowanej pozie i z pewnym ustawieniemgłowy, jak posąg z białego marmuru na cokole. Na okładce czasopisma „Time” z 29 grudnia 1941 generał stoi dumny i śmiały, wpatrując się w dal. Producenci kronik filmowych eksponowali stare nagrania MacArthura dokonującego przeglądu wojsk, przemawiającego do kadetów w West Point czy całowanego w oba policzki przez francuskiego generała. Kongres głosował za przemianowaniem Conduit Road, drogi w Dystrykcie Kolumbii na zachód od Georgetown, na „MacArthur Boulevard”. Czerwony Krzyż rozpoczął ogólnokrajową akcję zbierania datków w „Tygodniu MacArthura”. Uniwersytety nadawały mu zaocznie tytuły honoris causa. Konwencja taneczna w Nowym Jorku przedstawiła nowy taniec, zwany MacArthur Glide22. Indianie Czarne Stopy przyjęli MacArthura do swojego plemienia, nadając mu imię Mo-Kahki-Peta, „Wódz Mądry Orzeł”. Nowojorskie wydawnictwa na wyścigi publikowały „błyskawiczne” biografie generała – a właściwie hagiografie – i choć były one pisane z niewielkim przygotowaniem i w pośpiechu, to sprzedawały się na pniu: MacArthur Wspaniały; Generał Douglas MacArthur:Ekscytująca historia życia czy Generał Douglas MacArthur: Bojownik o wolność.
W dniu sześćdziesiątych drugich urodzin generała, 26 stycznia 1942 r., kongresmeni i senatorzy na Kapitolu wygłaszali pełnym głosem urodzinowe panegiryki, a każdy mówca sprawiał wrażenie, jakby próbował przebić ekscytację poprzedniego23. Nazajutrz „Philadelphia Record” oznajmiła czytelnikom: „Jest on jednym z największych generałów walczących w tej czy jakiejkolwiek innej wojnie. Oto historia, o której Państwa dzieci będą opowiadać wnukom”24. 12 lutego 1942 r., w bostońskim przemówieniu z okazji rocznicy urodzin Lincolna, Wendell Willkie, pokonany republikański kandydat na prezydenta z 1940 r., domagał się odwołania MacArthura do Waszyngtonu i powierzenia mu odpowiedzialności za prowadzenie wojny na szczeblu globalnym. „Sprowadźcie generała MacArthura” – grzmiał Willkie. – „Postawcie go na samym szczycie. Zabierzcie od niego ręce biurokratów i polityków. (…) Uczyńcie go najwyższym dowódcą naszych sił zbrojnych, podporządkowanym prezydentowi. Wówczas naród Stanów Zjednoczonych będzie mieć powody do nadziei, że to umiejętności, a nie fuszerka i nieład, kierują jego wysiłkami”25.
Wchłanianieprzez naród z zapartym tchem historii rozgrywającej się na Filipinach nasuwało prezydentowi i jego kierownictwu wojskowemu złowieszcze pytanie: jak to się skończy? Czy MacArthura można wspomóc posiłkami albo nawet zaopatrzeniem? Gen. George C. Marshall polecił swojemu nowemu zastępcy, niedawno awansowanemu gen. bryg.Dwightowi D. Eisenhowerowi, zbadać problem z każdej strony i przedstawić rozwiązanie. Eisenhower służył na Filipinach pod rozkazami MacArthura w latach 1935-1939, więc znał tamtejsze warunki najlepiej ze wszystkich oficerów w Waszyngtonie. Zwrócił uwagę, że Marshall nic nie wspomniał o wpływie na naród amerykański, ale uznał, że konsekwencje są nie do przeoczenia: „Najwyraźniej uważał, że jeśli ktoś jest na tyle głupi, by nie dostrzec tej kwestii, nie powinien nosić gwiazdki generała brygady”26.
Krótko mówiąc, dylemat polegał na tym, że Filipin nie dało się uratować, ale nie można było ich po prostu porzucić. Były nie do uratowania, ponieważ alianci nie mogli jeszcze wystawić nawet ułamka jednostek pływających, sił morskich i powietrznych niezbędnych do walki po drugiej stronie Pacyfiku. Misja ratunkowa spotęgowałaby tylko skalę klęski; jakikolwiek okręt usiłujący przełamać japońską blokadę i dostać się na półwysep Bataan, gdzie tkwiła w oblężeniu armia MacArthura, zostałby zatopiony lub zdobyty. A jak by nie liczyć, prowiant, amunicja i inne niezbędne zaopatrzenie na Bataanie skończyłyby się na długo, zanim alianci zdołaliby zmobilizować siły na skalę potrzebną, by wrócić na Filipiny. Z drugiej strony Eisenhower oznajmił Marshallowi, że osaczonej armii nie można „z zimną krwią” porzucić na pastwę nieprzyjaciela. Choć twardawojskowa logika nakazywała ograniczanie strat, Stany Zjednoczone były wielkim krajem o reputacji, którą musiały utrzymać. Powinny więc spróbować przerzucić na Bataan co najmniej trochę zaopatrzenia okrętami podwodnymi, łamaczami blokady i samolotami. Choćby miało to oznaczać niewiele więcej niż „pomoc po kropelce” i choćby oddaliło nieuniknioną kapitulację tylko o kilka tygodni, „musimy zrobić dla nich wszystko, co w ludzkiej mocy”27. Marshall zgodził się i pozwolił Eisenhowerowi wydać praktycznie dowolną kwotę na organizację symbolicznych transportów.
MacArthur w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że chce porzucić swoją armię. Nosił przy sobie nabitego derringera i przysięgał, że nie da się wziąć żywcem. Jednak w tunelu Malinta na wyspie Corregidor u wybrzeży Bataanu była z nim także młoda żona i czteroletni syn. Pozostawienie generała i jego rodziny na pastwę losu wzbudziłoby publiczne oburzenie na administrację Roosevelta. Gen. „Pa” Watson, wpływowy asystent FDR, nalegał, by prezydent rozkazał MacArthurowi opuścić Filipiny, twierdząc, że jest on wart „pięciu korpusów”. Proponował przemycić generała do Australii i postawić na czele przyszłej kontrofensywy.
Rozważając to w dzienniku z 23 lutego, Eisenhower zapisał prorocze słowa o MacArthurze: „Wykonuje on dobrą robotę tam, gdzie jest, ale powątpiewam, czy poradziłby sobie równie dobrze w bardziej złożonych sytuacjach. Bataan jest dla niego jak uszyty na miarę: stoi w centrumuwagi społeczeństwa; uczynił go publicznym bohaterem; posiada wszystkie główne składowe dramatu; jest on tam niekwestionowanym królem. W przypadku wydostania generała, opinia publiczna wepchniego na pozycję, w której zamiłowanie do świateł sceny może go zgubić”28. Kiedy FDR ostatecznie postanowił odwołać MacArthura z Filipin i mianować głównodowodzącym sił alianckich na Południowo-Zachodnim Pacyfiku, Eisenhower ubolewał: „Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że artykuły redakcyjne wchodzą nam w szkodę i reagujemy na nastroje »opinii publicznej«, zamiast kierować się logiką militarną”. Eisenhowerowi nie było dane odegrać żadnej roli w wojnie na Pacyfiku – miał być zajęty gdzie indziej – ale już na początku 1942 r. przewidział wszelkie bolączki, jakie MacArthur miał sprawiać przywódcom w Waszyngtonie. MacArthur wykorzystywał później swoje wpływy polityczne i niezrównany dostęp do amerykańskich mediów, aby domagać się wysyłania pod swoje dowództwo coraz większej ilości wojsk, okrętów i samolotów. Odrzucał zasadę „najpierw Europa” jako podstawę globalnej strategii. Wtrącał się do polityki australijskiej. Upierał się przy kierowaniu wojną morską na Oceanie Spokojnym. Rościł sobie prawo do wyzwolenia całych Filipin przed podjęciem jakiejkolwiek ostatecznej ofensywy przeciw Japonii. Eisenhower przewidywał, że przywódcy w Waszyngtonie muszą się liczyć z nadzwyczajnym wpływem MacArthura na każdym etapie nadchodzącej wojny, gdyż „opinia publiczna zbudowała sobie bohatera z własnej wyobraźni”29.
Ernest J. King, stojący na czele US Navy marynarz o ostrych rysach, był zdecydowany nie mieć nic do czynienia z prasą. Kiedy prezydent Roosevelt zaproponował mianowanie go głównodowodzącym floty amerykańskiej („COMINCH”) na tydzień po ataku na Pearl Harbor, King przyjął to stanowisko pod warunkiem, że nie będzie musiał chodzić na konferencje prasowe. Stwierdził, że jego troską jest ochrona tajemnic wojennych, a jego sztab oganiał się od próśb o wywiady, tłumacząc, że King nie chce udzielać „nieprzyjacielowi pomocy i wsparcia”30. Jednak waszyngtońscy dziennikarze trafnie podejrzewali, że wrogość admirała miała głębsze podstawy – uważał ich za nieproszonych gości z godnego pogardy cywilnego półświatka pismakówi plotkarzy. Według jednego z nich King wydawał się lokować ich „nieco powyżej dżumy w kategorii rzeczy, których należy unikać za wszelką cenę”31.
Odczucia te powszechnie podzielało kierownictwomarynarki wojennej. Oficerowie uważali zwykle reporterów za szkodniki – i to niebezpieczne, zdolne do ujawniania tajemnic marynarki. Byli też świadomi skłonności gazet do tworzenia historii w oparciu o osoby, szczególnie takie o barwnej lub energicznej osobowości. Tego rodzaju osobisty rozgłos, jakiego nie szczędzonoDouglasowi MacArthurowi, ich zdaniem nie licował z etosem panującym w marynarce wojennej, stawiającym drużynę wyżej od zawodnika.
King i jego rówieśnicy rozpoczęli służbę w marynarce na początku XX wieku, w okresie po wojnie hiszpańsko-amerykańskiej. W tych latach wybuchł zacięty publiczny spór pomiędzy Williamem T. Sampsonem a Winfieldem Scottem Schleyem, dwoma wyższymi oficerami, którzy 3 lipca 1898 r. dowodzili eskadrami morskimi w bitwie pod Santiago de Cuba. Każdy z nich przypisywał sobie zasługę za zwycięstwo, a deprecjonował rolę drugiego. Obaj dowódcy i ich stronnicy rywalizowali o uznanie opinii publicznej i przerzucali się w druku oskarżeniami i obelgami. Wszczętemu we wrześniu 1901 r. dochodzeniu prasa – szczególnie gazety Williama Randolpha Hearsta – poświęciła wiele nagłówków; sąd wydał jednak niejednoznaczny wyrok, który tylko dolał oliwy do ognia. Prezydent Theodore Roosevelt usiłował stłumić wszelkie publiczne dyskusje na temat tego sporu, lękając się, że zbrukał on zwycięstwo marynarki nad Hiszpanią, ale scysja jeszcze przez wiele lat odbijała się echem w gazetach, a nawet stała się tematem jednego z pierwszych amerykańskich filmów niemych: The Sampson-Schley Controversy (1901).
Na midszypmenach, którzy w tych latach przechodzili przez Akademię Marynarki Wojennej, ten niestosowny publiczny spektakl wywarł trwałe wrażenie. Triumfy marynarki pod koniec wojny wyniosły Stany Zjednoczone do rangi światowego mocarstwa militarnego. Flota powinna była pławić się w uznaniu, czynić plany na przyszłość i umacniać swoją pozycję w Waszyngtonie – jednak Sampson i Schley oraz ich zwolennicy, którzy zdawali się dbać tylko i wyłącznie o swoje egoistyczne interesy, prali publicznie brudy marynarki. Młodzi oficerowie z tej generacji, tacy jak King (rocznik 1901), William Leahy (1897), William Halsey (1904), Chester Nimitz (1905) czy Raymond Spruance (1906), poprzysięgli sobie nawzajem i z osobna, że nigdy nie dopuszczą, by coś takiego się powtórzyło. Do lat czterdziestych większość Amerykanów zapomniała o aferze Sampsona i Schleya, o ile w ogóle o niej słyszała. Jednakże admirałowie II wojny światowej dobrze ją pamiętali. Szczycili się kulturą pracy zespołowej, chłodnego profesjonalizmu i osobistej skromności, z reguły całkowiciewięc unikalidziennikarzy, gdy tylko nie wiązały się z tym żadne konsekwencje.
Wojenna próba ognia miała jednak wkrótce ukazać ryzyko i ograniczenia wynikające z awersji marynarki do rozgłosu. Nieprzedstawianie przez nią zadowalających i aktualnychinformacji o wojnie morskiej pozostawiało próżnię w pojmowaniu tego tematu przez opinię publiczną – tak więc nieuchronnie, jakby na mocy prawa fizyki, w próżnię tę wlały się szaloneplotki i spekulacje. Nikt nie kwestionował potrzeby ochrony tajemnic wojskowych, ale na wczesnych etapach wojny, kiedy wojska japońskie szalały po całej Azji Południowo-Wschodniej i Pacyfiku, wpływowe głosy w Waszyngtonie zarzucały marynarce, że nadużywa kontroli nad dziennikarstwemwojennym, aby maskować niepowodzenia. Co gorsza, przywódcy republikanów oskarżali ją o usługiwanie FDR i demokratom przez kształtowanie przepływu wiadomości na rzecz śródkadencyjnych wyborów do Kongresu w 1942 r. Zarzut ten był fałszywy, ale mógł mieć katastrofalne skutki, adm. King zrozumiał więc w końcu, że będzie musiał albo go odeprzeć, albo narazić się na zarzuty o wtargnięcie do strefy zdemilitaryzowanej pomiędzy prowadzeniem wojny a polityką.
Równie paląca była kwestia miejsca marynarki w powojennym systemie obrony. Po ataku na Pearl Harbor przywódcy obu partii w Kongresie zobowiązali się uprościćschemat organizacyjny sił zbrojnych. Departamenty Wojny i Marynarki, samodzielne i równoważne od czasów administracji Johna Adamsa, miano połączyć w jednolity departament obrony pod kierownictwem jednego, cywilnego funkcjonariusza rządowego. Choć szczegółowe postanowienia pozostawały jeszcze do negocjacji, to wojska lądowe, marynarka wojenna, piechota morska oraz siły powietrzne miały zostać połączone w ramach zintegrowanej struktury dowodzenia. FDR przekonał Kongres, aby odroczył te reformy do czasu zwycięstwa w wojnie – nikomu nie było jednak trudno przewidzieć, że połączenie rodzajów sił zbrojnych musi przerodzić się w polityczną awanturę na monumentalnąskalę, w której marynarka ma wiele do stracenia w kwestii autonomii dowodzenia i wpływów. Sekretarz Knox i jego podsekretarz James Forrestal – obaj z doświadczeniem dziennikarskim – ostrzegli Kinga i admirałów, że walka ta w pewnym sensie już się zaczęła i lepiej, żeby marynarka „opowiedziała swoją historię” narodowi amerykańskiemu. Forrestal zauważył, że armia już nieoficjalnymi kanałamiprezentuje swoje argumenty przywódcom Kongresu, a zatem „w mojej ocenie, na dzień dzisiejszy, Marynarka Wojenna przegrała sprawę,a górę weźmie punkt widzenia Armii, czy to w Kongresie, czy w sondażach opinii publicznej”32. W sierpniu 1944 r. Forrestal oznajmił Kingowi: „Wizerunek publiczny jest dziś taką samą częścią wojny jak logistyka czy szkolenie, i musimy go za takową uznawać”33.
W najbliższych tygodniach po Pearl Harbor setki zatrudnionych dziennikarzy zgłaszało się do Departamentu Wojny i Marynarki, aby uzyskać akredytację korespondentów wojennych, prekursorów dzisiejszego „dziennikarstwa osadzonego”34. Według Basic Field Manual for Correspondents („Podstawowego podręcznika polowego dla korespondentów”) wojsk lądowych, frontowi reporterzy mieli podlegać władzy wojskowej i musieli „przedstawiać do cenzury wszelkie wypowiedzi, materiały pisemne i fotografie przeznaczone do publikacji lub przekazania”35. Chociaż mieli pozostać cywilami, nakazano im nosić zwykłe mundury khaki z mosiężnymi oznakami na naramiennikach, pozwalającymi rozpoznać ich jako „Korespondentów”, „Fotografów” lub „Komentatorów Radiowych”. Ogólnie, aż do końca wojny, siły zbrojne wydały około 1600 akredytacji dla takich osób.
Dziennikarzom zaciągającym się jako korespondenci nakazywano spakować bagaże i być gotowymi do opuszczenia kraju w ciągu dziesięciu godzin. Podobnie jak żołnierze i marynarze, mieli oni zakaz ujawniania dat wyjazdu i celu podróży, nawet własnym redaktorom czy bliskim. Mieli podróżować razem z żołnierzami – drogą powietrzną lub morską. Choć nie nosili stopni wojskowych, to dysponowali przywilejami oficerskimi, a więc jedli posiłki z oficerami i korzystali z tych samych co oni warunków życia i zakwaterowania. Jako cywile, nie powinni byli salutować ani odbierać salutów – ale ponieważ nosili mundury, oficerowie i żołnierze często oddawali im honory. Ściśle mówiąc, gdyby mieli postępować zgodnie z protokołem, to powinni powstrzymywać się od odwzajemniania salutu. Z drugiej strony, nikt nie chciał nikogo urazić. Nigdy nie zarządzono jakiegokolwiek oficjalnego rozwiązania tego dylematu. Jak twierdził William J. Dunn, korespondent radia CBS przydzielony do australijskiej kwatery głównej Douglasa MacArthura, większość jego kolegów przyjęła taki zwyczaj, że nie salutowali jako pierwsi, ale odwzajemniali saluty „z czystej uprzejmości”. Stając twarzą w twarz z dowódcami wysokiej rangi, zdobnymi w „plejadę gwiazdek”, unosili jednak dłonie do czoła szybko i instynktownie, pal sześć protokół36.
Korespondenci wojenni i oficerowie do spraw kontaktów z prasą byli naturalnymi przeciwnikami. W większości zagranicznych sztabów wojskowych ich stosunki zawodowe nieuchronnie obfitowały w nieporozumienia i urazy. U źródeł problemu leżała rozbieżność pomiędzy ich kulturami zawodowymi i postawami. Wojskowi wszystkich stopni byli przyzwyczajeni do funkcjonowania w ramach hierarchii dowodzenia. Jeśli rozkaz wydawał się dziwny lub nielogiczny, to nie było pierwszym odruchem żołnierza domagać się wyjaśnienia czy uzasadnienia. Slangowy akronim SNAFU (Situation normal, all fouled up, czyli „sytuacja normalna – kompletny bajzel”), który wszedł do szerokiego obiegu w czasie II wojny światowej, wyrażał zrezygnowaną akceptację przez żołnierza regulaminów i procedur, które zdawały się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Taka stoicka postawa nie przychodziła łatwo cywilnym dziennikarzom, którzy nigdy nie mieli oporówkłócić się z redaktorem, jeśli sądzili, że mają rację.
W niektórych sztabach za granicą, szczególnie w pierwszym roku wojny, sekcje prasowe stosowały system „ślepej cenzury”. Cenzorzy przeglądali każdy materiał z czerwonym ołówkiem w ręku, wykreślając wszelkie zdania czy akapity, jakie uznali za nieodpowiednie, po czym wysyłali wersję ocenzurowaną telegraficznie wprost do Stanów Zjednoczonych. Autora nie powiadamiano o przeróbkach i skreśleniach ani nie podawano żadnego wyjaśnienia, nie pozwalano mu też napisać i złożyć artykułu na nowo. W niektórych przypadkach tekst znikał w cenzorskiej „czarnej dziurze”, a jego autora ani słowem nie powiadamiano o decyzji. Dopiero później dowiadywał się, czy jego tekst „przeszedł” i jak duża jego część uniknęła czerwonego ołówka. Denerwujące było patrzenie, jak ciężka praca znika w takiej próżni. Nieuchronnie wywiązywały się zażarte kłótnie. Oficer prasowy, świadom swoich uprawnień i odpowiedzialności za ochronę tajemnic, nie był skłonny do ustępstw. Kiedy pięciu korespondentów wojennych w sztabie w Nowej Zelandii zwróciło się do cenzora prasowego z całą listą skarg, powiedział: „Nie boję się was bardziej niż pięciu Japońców”37. Inne biuro prasowe w odpowiedzi na protesty rozpowszechniało odbite na powielaczuszablonowe pisma:
PRZYJACIELU,
Ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem słucham Twoich gorzkich żalów. Pozwolę sobie przekazać najgłębsze i najszczersze kondolencje. Nie pełnię jednak obowiązków kapelana i nie mam zbyt wielu ręczników. Proszę, skontaktuj się z Dyżurnym Toalety w sprawie materiału do osuszenia oczu.
POKÓJ Z TOBĄ, PRZYJACIELU,
Naczelny Cenzor38
Oficer prasowy miał jednak pecha, jeśli stanął w obliczu przeciwników, których władza nie onieśmielała i wśród których znaleźli się jedni z najgroźniejszych na świecie polemistów i miotaczy obelg. Korespondent „New Yorkera”, A. J. Liebling, scharakteryzował oficerów prasowych napotkanych w sztabie gen. Eisenhowera w Londynie. W cywilu byli rzecznikami prasowymi korporacji lub „chicagowskimi przepisywaczami”, jak zauważył Liebling – ale wojna zmieniła ich w majorów i pułkowników, którzy nigdy nie postawili stopy w obozie szkoleniowym ani nie widzieli pola bitwy. Byli to niezdarni „statyści kostiumowi”, nieskazitelnie odziani w nienaganne, uszyte na miarę, wykrochmalone mundury, którzy o armii wypowiadali się z wyćwiczoną „obłudą”. Przed wojną nie cieszyli się szacunkiem jako dziennikarze; teraz nie szanowano ich jako oficerów. Dysponując pewną żyłką do szachrajstwa i manipulacji, „dostosowali się do tego plugawego środowiska i rozkwitali w nim”. W maju 1945 r., tuż po dniu zwycięstwa w Europie, kiedy utrata akredytacji prasowej nie pociągała już za sobą zawodowych konsekwencji, Liebling otworzył ogień na łamach swojego czasopisma. Potępił stosowanie cenzury „z powodów politycznych, osobistych lub zwykłego widzimisię” i ogłosił, że nadeszła pora obnażyć „olbrzymią ilość czystego kitu,który wciskano pod szyldem Służby Prasowej Armii”39.
Na Hawajach, gdzie adm. Chester Nimitz był głównodowodzącym Floty Pacyfiku (Commander-in-Chief of the Pacific Fleet – CINCPAC), korespondenci szybko zorientowali się, ku swej rozpaczy, że ten stateczny siwowłosy Teksańczyk jest zdecydowany nie dać im niczego interesującego ani nadającego się do cytowania. Dziennikarze wydawali się sądzić, że człowiek wysłany, by pomścić atak na Pearl Harbor, powinien wyglądać jak awanturnik z twarzą zżartą przez sól z powieści przygodowej dla chłopców. Nimitz jednak, jak zauważył jeden z nich, przypominał „emerytowanego bankowca”40. Według korespondenta „Time”, Boba Sherroda, CINCPAC był „utrapieniem swoich specjalistów od stosunków z opinią publiczną; po prostu nie było w jego naturze wygłaszać imponujące oświadczenia czy udzielać barwnych wywiadów”41.
Pierwsza formalna konferencja prasowa Nimitza, której udzielił dopiero pod naciskiem sekretarza marynarki, Franka Knoxa, odbyła się 29 stycznia 1942 r., miesiąc po objęciu przez niego dowodzenia w Pearl Harbor. Korespondentów wojennych wprowadzono do jego gabinetu w kwaterze głównej, która mieściła się chwilowo w bazie okrętów podwodnych w Navy Yard. Zastali Nimitza przy standardowego typu drewnianym biurku, ubranego w zwykły mundur khaki bez krawata. Nie wstał na powitanie. Ściany były nagie, nie licząc zegara, kalendarza i mapy Pacyfiku. Dziennikarze siedzieli na składanych krzesłach, ustawionych specjalnie na tę okoliczność. Nimitz odczytał przygotowane zawczasu oświadczenie, w którym wymieniał poczynione pomiędzy armią a marynarką ustalenia dotyczące dowództwa. Wszystkie te informacje ujawniono już w Waszyngtonie, nie były więc nowe. Potem odpowiadał na pytania. Tak, zamierza utrzymać i obronić Hawaje. Nie, nie rozwinie tematu. Korespondent „New York Timesa”, Foster Hailey, poprosił o „parę uspokajających słów dla ludzi w kraju na temat działań marynarki po 7 grudnia”. Można sobie wyobrazić zbiorowe poczucie zawodu, gdy padła odpowiedź: „Admirał Nimitz stwierdził, że każde oświadczenie na temat działań jednostek floty winno pochodzić z Waszyngtonu w ramach globalnej strategii wojennej”42.
W tym samym miesiącu, również pod presją ze strony Knoxa, Nimitz mianował pełnoetatowego oficera do spraw kontaktów z prasą. Był nim Waldo Drake, komandor podporucznik rezerwy marynarki, a dawniej korespondent „Los Angeles Times” do spraw morskich. Praktyka nadawania cywilnym reporterom stanowisk oficerów prasowych opierała się na założeniu (jak to ujął pewien oficer marynarki), że „hipopotam dogada się z drugim hipopotamem”43. Drake zrobił dobre pierwsze wrażenie na korespondentach wojennych, obiecując, że drzwi jego gabinetu w sztabie Floty Pacyfiku będą dla nich zawsze otwarte. Pracę miał jednak w dużej mierze niewdzięczną, ponieważ jego przełożony nadal uważał współpracę z prasą raczej za problem, z którym trzeba sobie poradzić, niż za okazję do komunikacji z opinią publiczną. Uprawnienia Drake’a nie sięgały poza kwaterę główną Floty Pacyfiku, ale na Oahu było wiele innych dowództw – na przykład armii lądowej, Sił Powietrznych Armii (USAAF) oraz 14. Okręgu Marynarki Wojennej – a poszczególne sztaby miały własne praktyki cenzury i strategie kontaktów z mediami44.
Dzień po dniu korespondenci pukali do drzwi Drake’a, by dać upust skargom. Jak twierdzili, wiadomości podawane przez sztab Floty Pacyfiku były już wcześniej powszechnie znane. Żółwie tempo procedur cenzorskich Drake’a sprawiało, że ich teksty w chwili dotarcia na kontynent były już przebrzmiałe. Zbyt niewielu pozwolono wyruszyć w morze razem z flotą. Kiedy Japończycy zdobyli wyspę Wake, cenzorzy wykreślili nazwę „Wake” i określili ją po prostu jako „wyspę”. Jeden z korespondentów zapytał: „Czy komukolwiek w marynarce wydaje się, że Japończycy myślą, że zajęli jakąś inną wyspę?”45. Na skutek snafu panującegow administracji, korespondentów zaproszono na spotkanie prasowe z adm. Robertem Englishem, dowódcą Pacyficznych Sił Podwodnych. Nimitz jednak zarządził całkowitą blokadę informacyjną w przedmiocie okrętów podwodnych, więc Drake musiał wpaść do pomieszczenia i położyć kres konferencji. Zanim wypuścił reporterów, odebrał im wszystkie notatniki46. Doszło też do incydentu zwiastującego satyryczną powieść Josepha Hellera Paragraf 22: materiał prasowy przeszedł przez cenzurę armii i marynarki, ale cenzor z tej drugiej zmienił jeden z akapitów. Wtedy armia doszła do wniosku, że wersja marynarki się jej nie podoba, i zawiesiła akredytację korespondenta, który napisał artykuł, choć w ogóle nie widział on wersji zmienionej, dopóki nie pojawiła się w druku.
Gdy liczba korespondentów w Pearl Harbor wzrosła do ponad setki, a chór krytyki stawał się coraz głośniejszy i coraz bardziej natarczywy, wprowadzona przez Drake’a polityka „otwartych drzwi” zaczęła ulegać stopniowym ograniczeniom, przekształcając się w politykę „drzwi czasem otwartych”, a potem „drzwi przeważnie zamkniętych”. Do najbardziej bezlitosnych krytyków Drake’a należał Bob Casey z „Chicago Daily News”, który stwierdził: „Tutejszym biurem rzecznika prasowego powinien kierować ktoś przyzwoitej rangi oraz o znacznym takcie i doświadczeniu, ale przede wszystkim ktoś, kto potrafi spojrzeć na zegarek i powiedzieć, która godzina”47.
Szczególnie w pierwszych miesiącach wojny Nimitz mógł znaleźć niewiele czasu na rozmyślania o public relations. Miał na głowie znacznie ważniejsze problemy. Jako głównodowodzący Obszarów Oceanu Spokojnego (CINCPOA), sprawował zwierzchnictwo nad wszystkimi rodzajami sił zbrojnych na ogromnym teatrze działań. Rywalizacja pomiędzy armią, marynarką a piechotą morską była stałą przyczyną irytacji, a łagodzenie tych chronicznych tarć wymagało pełni wielkiego dyplomatycznego taktu Nimitza i jego umiejętności przywódczych. Pod tym względem korespondenci wojenni mu się nie przysługiwali, ponieważ w ich naturze było badać kontrowersje. Fruwali i trzepotaliwokół nich jak ćmy wokół lampy na ganku. Zafascynowani różnymi zaciętymi rywalizacjami na Oahu, sporządzili ogromną ilość doniesień z pierwszej ręki. Prowokowali marines, by skarżyli się na marynarkę, żołnierzy wojsk lądowych, aby deprecjonowali piechotę morską, a lotników marynarki – by dzielili się odczuciami wobec oficerów z okrętów nawodnych. Czyhali w kasynach oficerskich, gdzie alkohol rozwiązywał ludziom języki, i zadawali pytania przebiegle obliczone na sprowokowanie szczerychodpowiedzi. Cenzorzy nie pozwalali im publikować ani słowa na ten temat, ale ich przemyślenia już wkrótce trafiały pocztą pantoflową na kontynent, gdzie krążyły swobodnie w redakcjachi korytarzach władzy Waszyngtonu. Artykuły prasowe powstające w Stanach Zjednoczonych nie podlegały cenzurze prewencyjnej. Chociaż gazety związane były dobrowolnym kodeksem powstrzymywania się przed publikacją pewnych konkretnych faktów, to wolno im było swobodnie publikować opinie, a duża część doniesień prasowych i komentarzy redakcyjnych na temat wojny czerpała z tajnego rurociągu informacji spływających ze stref wojny za pośrednictwem korespondentów i ich niepoprawnej paplaniny.
Do wiosny 1942 r., w Waszyngtonie i nie tylko, zrodzona w następstwie Pearl Harbor życzliwość pomiędzy prasą a wojskiem uległa oziębieniu. Artykuły redakcyjne zarzucały armii i marynarce, że za bardzo błądzą w dziedzinie wstrzymywania informacji. Wielu oficerów podejmujących na co dzień decyzje cenzorskie było stosunkowo młodych – wiekiem i stopniem – więc usilnie próbowali nie ściągać sobie na głowy gniewu przełożonych. Dwudziestopięcioletni porucznik nie ponosił żadnych konsekwencji za utrącenie materiału prasowego pod wątpliwym pretekstem – ale nie daj Boże, aby przepuścił artykuł, który następnie przeczytał pułkownik czy generał i uznał za szkodliwy dla sprawy. „Armia i marynarka sądziły, że mediasą ich własnością, i od początku do końca wojny zachowywały się jak ich właściciele” – stwierdził David Brinkley, wówczas początkujący reporter gazety z Karoliny Południowej. „Wykorzystywały je umiejętnie, podobnie jak na przestrzeni wieków zawsze czyniły cywilne agencje rządowe – usiłując ukryć własne niepowodzenia i błędy, a z nadmierną szczegółowością przedstawić sukcesy”48.
W odpowiedzi na ten coraz głośniejszy chór krytyki FDR stworzył nową agencję, która miała koordynować ujawnianie informacji wojennych w ramach całego systemu władz federalnych. Dekretemz 13 czerwca 1942 r. powołane zostało Biuro Informacji Wojennej (Office of War Information – OWI), „w uznaniu prawa narodu amerykańskiego i wszystkich innych narodów sprzeciwiających się agresorom spod znaku Osi do rzetelnej informacji”49. Jako dyrektora prezydent zaangażował doświadczonego dziennikarza prasowego i prezentera radiowego, Elmera Davisa. OWI powstało z połączenia czterech dotychczasowych agencji federalnych, a Davis twierdził, że czuje się jak „mężczyzna, który poślubił czterokrotną wdowę i próbuje wychowywać dzieci, które miała z wszystkimi poprzednimi mężami”50. Świadom, że napotka opór ze strony Departamentu Armii i Marynarki, Davis poprosił, aby statutOWI zawierał prawo do wglądu we wszystkie wojskowe raporty operacyjne z teatrów działań wojennych i do podejmowania niezależnych decyzji, jakie wiadomości można ujawnić. „Problem jednak polegał na tym” – napisał Brinkley – „że inne agencje, szczególnie armia i marynarka, nie przeczytały obwieszczenia Roosevelta albo po przeczytaniu postanowiły je zlekceważyć, co uczyniły”51.
Ani armii, ani marynarce niespecjalnie spodobał się pomysł, że mają odpowiadać przed nową, cywilną agencją propagandową. Na pytanie, czy OWI będzie kierować funkcjami prasowymi Departamentu Wojny, sekretarz Henry Stimson odpowiedział pytaniem: „Czy pan Davis jest wykształconym oficerem wojskowym?”52. Sekretarz marynarki Frank Knox sam był człowiekiem mediów – jako dawny udziałowiec i właściciel „Chicago Daily News” – ale Davis stwierdził później, że choć Knox był zawsze uprzejmy, „to i tak, koniec końców, byłem uprzejmie odprawiany z kwitkiem”53. Na codziennej porannej konferencji w biurach OWI oficerowie armii i marynarki streszczali meldunki, które nadeszły z różnych teatrów działań w ciągu ostatnich 24 godzin. Davis i jego współpracownicy porównywali następnie te meldunki z oficjalnymi komunikatami. Jeśli uznali, że jakieś informacje zostały niesłusznie wstrzymane, naciskali na departamenty wojskowe o ich udostępnienie. W skrajnych przypadkach, jak to ujął jeden z podwładnych Davisa, OWI rościło sobie prawo, by „nakazywać zamieszczenie w komunikacie danej informacji, chyba że wojsko zdołało nas przekonać, iż została ona pominięta z uzasadnionych przyczyn bezpieczeństwa”54.
Niewielkie postępy Davis zdziałał z adm. Kingiem. Wkrótce doszedł do wniosku, że w dziedzinie public relations marynarka była „krnąbrnym dzieckiem” wśród rodzajów sił zbrojnych. Po Waszyngtonie szeroko krążyło spostrzeżenie Davisa, że polityka prasowa według Kinga polega na tym, żeby aż do końca wojny nic nie mówić opinii publicznej, a potem wydać komunikat zawierający jedno słowo: „Wygraliśmy”. Admirał traktował Davisa serdecznie, zapewne dlatego, że polecił mu to prezydent, ale w ciągu lata 1942 r. pozostawał tylko minimalnie skłonny do współpracy. W okresie tym King uważał sprawy wizerunku i prasy za, w najlepszym razie, drugo- czy trzeciorzędne problemy, które można zlecić komuś stojącemu niżej w hierarchii, a potem zapomnieć o nich.
Jego postawę potwierdził i zaostrzyłpotencjalnie druzgocący przeciek, który pojawił się w druku w tym samym tygodniu, gdy powstało OWI. 7 czerwca, nazajutrz po bitwie pod Midway, „Chicago Tribune” opublikowała na pierwszej stronie materiał pod nagłówkiem: „Marynarka wiedziała o japońskim planie uderzenia na morzu”. „Tribune” podawała, że flota poznała newralgiczne szczegóły operacji pod Midway „na kilka dni przed rozpoczęciem bitwy”55. Artykuł milczał co do źródeł, ale wnikliwy czytelnik mógł wywnioskować, że Amerykanie złamali japońskie szyfry radiowe. Tak rzeczywiście było, ale fakt ten należał do najpilniej strzeżonych tajemnic wojny i ujawnienie go w ważnej amerykańskiej gazecie groziło ostrzeżeniem nieprzyjaciela. King wpadł we wściekłość i zarządził śledztwo, które wkrótce ustaliło, że winien był Stanley Johnston, korespondent wojenny „Tribune”, który przebywał na pokładzie lotniskowca Lexington, gdy ten 8 maja poszedł na dno w bitwie na Morzu Koralowym. Uratowany przez niszczyciel eskorty, Johnston dzielił kajutęz grupą oficerów z Lexingtona, gdy razem wracali na kontynent amerykański na pokładzie transportowca Barnett. W czasie podróży tą jednostką Johnston widział ściśle tajną depeszę adm. Nimitza z datą 31 maja 1942 r. na temat szczegółów trwającej operacji pod Midway. Winą za przeciek obciążony został kmdr por. Morton Seligman, zastępca dowódcy Lexingtona56.
Kwestia, czy postawić „Chicago Tribune” zarzuty zdrady i szpiegostwa, wlokła się nierozstrzygnięta aż do sierpnia, kiedy to pojawiła się obawa, że wciąż trwające wokół niej zamieszanie zwiększy tylko ryzyko, iż Japończycy się zorientują. Rząd zwołał w Chicago federalną wielką ławę przysięgłych, ale marynarka nie chciała przedstawić jednoznacznych zeznań na temat swoich ściśle tajnych programów kryptograficznych, a przysięgli odmówili postawienia „Tribune” w stan oskarżenia. Ostatecznie marynarka doszła do wniosku, że Japończycy nie zauważyli tego materiału lub nie docenili jego znaczenia – a z powojennych przesłuchań nie wyniknęły żadne dowody, które by temu wrażeniu przeczyły57.
Narastała presja na adm. Kinga i marynarkę, aby wykazywali więcej chęci do przekazywania złych wiadomości. Na Kapitolu, jak twierdził pewien waszyngtoński reporter, brano za pewnik, że „marynarka rzuca w swoich komunikatach sporo podkręconych piłek. (…) Innymi słowy, że ukrywa wiele poważnych strat. Stoi za tym najwyraźniej przekonanie adm. Kinga, że naród mógłby nie znieść takich wiadomości”58. Kilkakrotnie w ciągu roku 1942 amerykańskie okręty tonęły w boju, a opinia publiczna dowiadywała się o tym dopiero wiele tygodni, a nawet miesięcy później. W każdym przypadku istniały rozsądne powody wstrzymywania wiadomości – albo Japończycy nie wiedzieli, że dane okręty zostały zatopione, albo trzeba było czasu na powiadomienie rodzin poległych – ale krytycy podejrzewali, że przepływem wiadomości manipulowano,by oszczędzić wstydu i ochronić Kinga.
Po bitwie na Morzu Koralowym w maju 1942 r. pierwsze amerykańskie materiały prasowe opisywały miażdżące zwycięstwo. Doniesienia wyolbrzymiały straty Japończyków – którzy, w gruncie rzeczy, utracili tylko jeden mały „lotniskowiec-pisklę”, Ryūjō – za to nic nie mówiły o zatopieniu Lexingtona, jednego z zaledwie czterech amerykańskich lotniskowców znajdujących się wówczas na Pacyfiku. King osobiście nakazał zatajenie jego utraty przed opinią publiczną, z tej przyczyny, że w chwili zatonięcia okrętu nie było w pobliżu żadnych samolotów japońskich, zatem nieprzyjaciel mógł jeszcze o tym nie wiedzieć. Wieści o zatopieniu Lexingtona wstrzymywano przez ponad miesiąc, aż wreszcie ujawniono 12 czerwca, kiedy to Amerykanie świętowali zwycięstwo w bitwie pod Midway. „Nieupowszechnienie tej informacji dało naszej Marynarce bezpieczeństwo” – stwierdzał nieco asekuracyjnie komunikat – „które stało się kamieniem węgielnym dla zwycięstwa pod Midway”59.
Dwa miesiące później, nocą 8 sierpnia – nazajutrz po desancie 1. Dywizji Piechoty Morskiej na Guadalcanalu – cztery alianckie krążowniki poszły na dno w bitwie koło wyspy Savo. King nakazał surowo zataić wiadomości o tej potwornej klęsce. Jego rozumowanie było rozsądne: do walki doszło w nocy, a flota japońska natychmiast wycofała się do bazy w Rabaul, więc można było zakładać, że nieprzyjaciel nie wiedział, jak wielkie straty zadał. Wydany po tygodniu komunikat marynarki podkreślał zwycięstwa amerykańskie w walkach na lądzie i w powietrzu. Nie zawierał jednak żadnych dalszych szczegółów na temat strat alianckiej marynarki „ze względu na oczywistą wartość takich informacji dla nieprzyjaciela”60.
Nie dało się jednak sprawić, aby informacje o pełnej skali katastrofy pod Savo nie przeciekałyna kontynent za pośrednictwem plotek, a na początku października – dwa miesiące po fakcie – w całej urzędowej części Waszyngtonu była to już tajemnica poliszynela. Cynicy uważali Kinga za zainteresowanego głównie ochroną samego siebie. Operacja na Guadalcanalu była jego pomysłem i rozpoczął ją pomimo obiekcji dowódców wyznaczonych do jej realizacji. Według Hansona Baldwina, korespondenta „New York Timesa”, admirał znajdował się „na widelcu, ponieważ to on cały czas naciskał w sprawie Guadalcanalu. To on kazał ruszać, nawet z byle jakimi siłami, a te reperkusje, te straty, ta nieudolność marynarki, nie zostałyby dobrze odebrane przez naród amerykański ani nie powiększyłyby jego sławy i szczęścia”61.
Elmer Davis nalegał, by King powiedział opinii publicznej o stratach przy wyspie Savo, a także o wrześniowym zatopieniu lotniskowca Wasp przez okręt podwodny. Po rozmowie w cztery oczy w gabinecie Kinga na początku października, Davis oznajmił żonie, że spotkanie było „ostre, a jednak w jakiś sposób nadal przyjazne”62. Admirał wydawał się świadom, że znalazł się w delikatnym położeniu. Blokadę medialną bezpośrednio po zatopieniach dało się obronić, ale nie było szczególnych powodów, by wieści o stratach chronić przed prasą przez całe dwa miesiące, zwłaszcza że setki ocalałych już powróciły do Stanów. Wobec braku wiarygodnych doniesień szerzyły się mroczne plotki. Niektórzy szeptali, że na Wyspach Salomona unicestwiona została duża część Floty Pacyfiku, a Japończycy stoją u progu opanowania całego Guadalcanalu. Był to sezon polityczny – 3 listopada miały się odbyć śródkadencyjne wybory do Kongresu za rok 1942 – i niektórzy podejrzewali, że adm. King i marynarka tuszują straty, aby chronić sojuszników FDR w Kongresie. Wśród rosnącej presji King doszedł do wniosku, że nadszedł czas ujawnić katastrofę koło wyspy Savo, a 12 października marynarka wydała komunikat: „Można już podać do wiadomości pewne początkowe etapy kampanii na Wyspach Salomona, dotychczas nieogłaszaneze względów militarnych”63. Smutną historię czterech zatopionych krążowników przedstawiono z bezlitosną szczegółowością.
Już nazajutrz nadeszła miła niespodzianka. Na tych samych wodach co wcześniejsze starcie doszło do kolejnej nocnej bitwy – koło przylądka Esperance – która tym razem zakończyła się miażdżącym zwycięstwem Amerykanów. Marynarka wydała kolejny komunikat z pełnym wyszczególnieniem efektów64. Taka synchronizacja była autentycznym zbiegiem okoliczności, ale dziennikarze i republikańscy kongresmeni z gniewem zarzucali marynarce, że podobnie jak w przypadku oświadczenia o Lexingtonie po Midway, wstrzymywała złe wieści (Savo), dopóki nie dało się ich połączyć z dobrymi (przylądek Esperance). Zdarzenie to zbiegło się z najbardziej desperackim etapem kampanii na Guadalcanalu, kiedy wielu wątpiło w zdolność marynarki i marines do utrzymania wyspy, a nieudolne postępowanie z wiadomościami z frontu tylko pogorszyło napięcia w Waszyngtonie. Kongresmen Melvin Maas, który niedawno odwiedził Południowy Pacyfik, zabrał głosw Izbie Reprezentantów, stwierdził, że Japończycy wygrywają wojnę na Wyspach Salomona, i oskarżył rząd o próby tuszowania tego faktu. Prasa traktowała teraz komunikaty marynarki ze sceptycyzmem i drwiną, snując domysły na temat skali jeszcze nieujawnionych strat.
King może i był uparty jak osioł, ale dość obyty w waszyngtońskich zwyczajach, by wiedzieć, że percepcja i rzeczywistość często stawały się tożsame. Miał wielu wrogów, którzy najchętniej by się go pozbyli – w armii i marynarce, w prasie oraz w Kongresie – oni zaś najwyraźniej rozpętali przeciw niemu szeptaną kampanię. Narodowa jedność wokół wysiłku wojennego była sprawą życia i śmierci. Admirał nie mógł sobie pozwolić na ściąganie, niczym piorunochron, politycznie nacechowanej krytyki; gdyby do tego doszło, musiałby odejść. Nadszedł czas na odwrót taktyczny. King wykorzystał radę Davisa, aby pozbyć się nagromadzonych zaległości w dziedzinie nieogłoszonych zatonięć.
26 października marynarka podała, że Waspa utracono ponad pięć tygodni wcześniej wskutek ataku okrętu podwodnego na wschód od Guadalcanalu65. Jeszcze tego samego dnia doniosła o pierwszych wynikach starcia lotniskowców, znanego jako bitwa koło wysp Santa Cruz, przyznając, że zatopiony został amerykański niszczyciel, a „jeden z naszych lotniskowców odniósł poważne uszkodzenia”66. Była to prawda: niewymienionym z nazwy okrętem był Hornet. Nazajutrz jednak, kiedy kolejny telegram doniósł, że pożar Horneta wymknął się spod kontroli i trzeba było go zatopić, King zawahał się z publikacją wiadomości. Japończycy być może jeszcze nie wiedzieli o utracie okrętu, więc taka informacja mogła się im przydać. Elmer Davis ostrzegał jednak, że gdyby wstrzymać ją aż do dnia wyborów, to republikanie podniosą krzyk. Nalegał, aby opublikować ją natychmiast, i poczuł się dość pewny, by przedstawić swoje argumenty wprost sekretarzowi Knoxowi, a nawet prezydentowi. Z drugiej strony adm. Nimitz był równie nieprzejednany w przekonaniu, że wiadomości należy strzec przed Japończykami, a swoją argumentację przedstawił w stanowczo sformułowanym telegramie z Hawajów.
Zapędzony tak w kozi róg, gdy dyrektor OWI groził, że z powodu tej sprawy poda się do dymisji, King stwierdził, że nie ma wyjścia. 31 października, trzy dni przed wyborami śródkadencyjnymi, komunikat marynarki przyznał, że Hornet „następnie zatonął”67. Nazajutrz Nimitz poskarżył się Kingowi, że publikacja ta jest „dla nas szkodliwa w niezwykle krytycznej sytuacji”68.
Do najbardziej zaufanych powierników Kinga należał jego osobisty adwokat i przyjaciel, Cornelius („Nelie”) Bull, stale tytułujący admirała „Szyprem”. Na wcześniejszym etapie kariery był on prasowym reporterem i wciąż miał wielu znajomych w waszyngtońskim korpusie prasowym. Obserwując narastające kontrowersje, Bull zaczął się martwić, że nad głową Kinga wisi już topór, więc postanowił coś na to poradzić. Pewnego piątkowego wieczora w październiku, w zatłoczonym barze Klubu Prasowego przy 14. Ulicy, natknął się na Glena Perry’ego, pomocnika szefa redakcji„New York Sun”. Z brzuchami przypartymi do kontuaru sączyli we dwóch koktajl Tom Collins i obmyślali intrygę. Mieli zamiar starannie dobrać tuzin doświadczonych dziennikarzy, zatrudnionych w najważniejszych gazetach i towarzystwach telegraficznych oraz cieszących się opinią „absolutnej uczciwości i wiarygodności”69. Zamierzali zaprosić ich na spotkanie z Kingiem w prywatnych, nieoficjalnych warunkach, najlepiej w weekend. Dziennikarze mieli z góry zaakceptować surowe podstawowe warunki, równoważne z późniejszą praktyką „głębokiego źródła” – nie drukować żadnych informacji podanych przez Kinga, a jedynie wykorzystać je dla poprawy własnego zrozumienia publicznych komunikatów marynarki. Nie powinni byli cytować admirała – ani po nazwisku, ani jako anonimowe źródło; nikt też spoza ich własnych redakcji nie mógł wiedzieć, że z nim rozmawiali. Bull miał być gospodarzem spotkania we własnym domu, gdzie King czuł się komfortowo i swobodnie. Jako poczęstunek przewidziano piwo i koreczki. Reporterzy mieli nie robić notatek w obecności admirała. Bull z żoną postarali się zapewnić zrelaksowane i poufałe warunki towarzyskie, otoczenie, które nikomu (a zwłaszcza Kingowi) nie przypominałoby oficjalnej konferencji prasowej.
Kiedy Bull przedstawił Kingowi ten pomysł, admirał zaskoczył prawnika natychmiastową zgodą. Był świadom, że jego odpowiednik w armii, gen. Marshall, przeprowadzał nieoficjalne spotkania z prasą w swoim gabinecie w Departamencie Wojny, a jednak w ich wyniku nie dochodziło do żadnych przecieków. Najwyraźniej było prawdą (jak zapewniali go Bull, Knox, Davis i inni), że można było liczyć, iż szanowani dziennikarze będą przestrzegać podstawowych zasad. Spotykając się z nimi w domu Bulla, King mógł udawać, że to spotkanie towarzyskie; ta wygodna fikcjapozwalała mu obejść Biuro Spraw Publicznych marynarki wojennej, podlegające nadzorowi sekretarza Knoxa.
W sobotę l listopada, o 20:00, czarna limuzyna Kinga stanęła przed domem Neliego Bulla przy Princess Street w Alexandrii w stanie Wirginia. Był to mały domek z czasów wojny o niepodległość, położony tuż naprzeciwko starego, pobielanegowięzienia z XIX wieku, gdzie mieścił się ongiś osławiony obóz dla konfederackich jeńców wojennych. Pozostawiając za sobą kierowcę i ochroniarza z piechoty morskiej, King zadzwonił do drzwi. Reporterzy już przybyli i rozsiedli się w salonie. „Wysoka, szczupła postać w regulaminowym granatowym mundurze marynarki” weszła do pomieszczenia, wręczając Bullowi płaszcz i czapkę. Glen Perry opisał tę scenę w notatce dla redaktora:
Wszedł po cichu do salonu, a mnie od razu uderzyło, że był sam! Żadnego marudnego adiutanta czy narzucającego się jegomościa od kontaktów z prasą, który prowadziłby go przez wszystkie ewentualne rafy. Tylko sam Ernest J. King, admirał USNavy, zapewne nieco spięty, jak ktoś, kto powierzył swój los w niepewne ręce. Mimo wszystko był całkowicie pewny siebie, emanował atmosferą autorytetu, opanowania, bez najmniejszego wysiłku. Wielcy ludzie mogą lubić ornamenty i ozdobniki, ale nie potrzebują ich, by zdobywać natychmiastowy szacunek.
