Pacyfik. Próba ognia. Tom 1. Wojna na Oceanie Spokojnym, 1941-1942 - Ian W. Toll - ebook
NOWOŚĆ

Pacyfik. Próba ognia. Tom 1. Wojna na Oceanie Spokojnym, 1941-1942 ebook

Ian W. Toll

5,0

16 osób interesuje się tą książką

Opis

W pierwszą niedzielę grudnia 1941 roku flotylla japońskich samolotów pojawiła się niespodziewanie nad Pearl Harbor i zadała miażdżący cios amerykańskiej Flocie Pacyfiku. Sześć miesięcy później, w bitwie morskiej stoczonej na północ od maleńkiego atolu Midway, w otchłań oceanu posłane zostały cztery cesarskie lotniskowce. Był to cios, który położył kres ofensywnym zdolnościom japońskich sił morskich. „Pacyfik. Próba ognia” to pełna dramatyzmu opowieść oparta w przeważającym stopniu na źródłach, w tym na relacjach uczestników wydarzeń, którzy na własne oczy widzieli bohaterstwo i poświęcenie po obu stronach pola walki. Książka z rozmachem przedstawia ciężkie pierwsze miesiące wojny na Pacyfiku, w trakcie których US Navy otrząsnęła się z największej klęski w historii Stanów Zjednoczonych i przejęła strategiczną inicjatywę.

 

„Nikt nie opowiedział całej historii II wojny światowej na Pacyfiku, od jej początku do gorzkiego końca, lepiej od Iana W. Tolla”.

 

Alex Kershaw, autor bestsellerów The First Wave i Avenue of Spies

 

„Obrazowa, poruszająca i niezwykle przystępna lektura”.

 

Wall Street Journal

 

„To jednocześnie poważna praca historyczna (…) i niezwykle wciągająca, dramatyczna opowieść”.

 

San Francisco Chronicle

 

„Stworzona z pieczołowitością historia pierwszych siedmiu miesięcy wojny na Pacyfiku (…). Toll posiada zmysł do szczegółowego opisywania konfliktów zbrojnych”.

 

Michael Beschloss, New York Times Book Review

 

„Zajmująca, oparta na imponujących badaniach kronika pełnego niepewności okresu między atakiem na Pearl Harbor i amerykańskim zwycięstwem w bitwie o Midway”.

 

Kirkus

 

„Odkrywcza i przejmująca książka. Toll w swej najnowszej pracy przemierza niespokojne wody ogarniętego wojną Pacyfiku, sprawiając się rewelacyjnie”.

 

Publishers Weekly

 

„Doskonała książka. Oparta na dogłębnych badaniach, przystępna w odbiorze i wzorcowa pod względem narracji (…). Trudno znaleźć nową, poświęconą temu tematowi pozycję, która byłaby równie wartościowa od pierwszej do ostatniej strony”.

 

Roland Green, Booklist

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 1057

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Belsiunia67

Nie oderwiesz się od lektury

Sprawnie napisana, przedstawiająca perspektywę zarówno amerykańską, jak i japońską.
00



Tytuł oryginału

Pacific Crucible: War at Sea in the Pacific, 1941-1942

© Copyright 2011 Ian W. Toll

© All Rights Reserved

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo Napoleon V

Oświęcim 2023

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Maciej Balicki

Redakcja:

Michał Swędrowski

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt: [email protected]

Numer ISBN: 978-83-8320-798-8

PROLOG

Wschód to jest Wschód, a Zachód – Zachód i nigdy nie zejdą się razem,

Dopóki Ziemi i Nieba na sąd Bóg swoim nie wezwie rozkazem.

Lecz furda Zachód albo Wschód, kraj, rasa, urodzenie,

Gdy zejdzie się siłaczy dwóch, choćby i z krańców Ziemi.

Rudyard Kipling (tłum. A. Bańkowska)

Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby w 1850 roku marynarz mógł wejść do wehikułu czasu i przenieść się do dowolnej epoki w historii, to łatwiej odnalazłby się na fokmaszcie okrętu Wielkiej Armady płynącej ku Anglii w 1588 roku niż na ogromnym stalowym pancerniku z 1900 roku. W ciągu 50 lat drugiej połowy XIX wieku, okresie krótszym niż kariera niejednego człowieka, na skutek rewolucji przemysłowej środki i technika wojny morskiej uległy całkowitemu przeobrażeniu. Mimo to nie nastąpiła żadna przerwa, chwila oddechu pośród następujących gwałtownie zmian. Na początku XX stulecia marynarki wojenne na całym świecie stały w obliczu równoczesnych rewolucji w zakresie budowy okrętów, napędu, systemów uzbrojenia, łączności i doktryny. Silniki tłokowe zostały zastąpione turbinami, a węgiel ropą. Dzięki systemom kierowania ogniem jedna osoba mogła naprowadzić wszystkie działa na cel i wprowadzić korekty uwzględniające kołysanie okrętu. Dysponujące własnym napędem torpedy, mające ugodzić wrogą jednostkę przy linii wody, cechowały się coraz większym zasięgiem i niezawodnością. Radio pozwalało flotom na komunikację z dowództwem na lądzie. Kilka krajów prowadziło udane eksperymenty z okrętami podwodnymi. W 1903 roku bracia Wright wykonali w Kitty Hawk swój pierwszy historyczny lot; dalekowzroczni oficerowie już wtedy byli w stanie wyobrazić sobie przyszłe możliwości „latających maszyn”. W 1906 roku Wielka Brytania zwodowała nowy pancernik, HMS Dreadnought. Jednostka posiadała działa kal. 305 mm i mogła poruszać się ze stałą prędkością 21 węzłów. W dniu, w którym ześlizgnęła się po pochylni, wszystkie inne pancerniki na świecie stały się przestarzałe.

Wszyscy najważniejsi amerykańscy admirałowie II wojny światowej rozpoczynali marynarską służbę w tym okresie niesamowitych przemian technicznych. Między rokiem 1900 i 1910 każdy z nich, będąc wciąż gładkolicym nastolatkiem, opuścił po raz pierwszy dom rodzinny, aby udać się do Akademii Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w Annapolis w stanie Maryland. Zanim zostali przyjęci, musieli zdać trudne egzaminy wstępne i przejść przez bezwzględny proces selekcji. Niemal wszyscy wywodzili się z protestanckiej klasy średniej. Znajdowało się wśród nich bardzo niewielu katolików, a żydów i czarnoskórych nie było wcale. Część z nich należała do grupy „marynarskich juniorów”, idących w ślady ojców lub dziadków. Przybywali z każdego zakątka Stanów Zjednoczonych, lecz wystarczał rok czy dwa, by wykorzeniono z nich lokalne akcenty i dialekty. W domu krewni i przyjaciele kręcili głowami z niedowierzaniem, widząc, jak zmieniła ich marynarka. „Teraz należy do kraju”, mówiono rodzicom kadetów, przekazując im w ten sposób jednoznacznie, że czasy, gdy mieli wpływ na syna, przeszły do historii. Młodzi ludzie przekraczali próg nowego życia, z którego nie było już powrotu, nie licząc haniebnego wydalenia z uczelni na skutek oblania egzaminów.

W Annapolis dołączali do ascetycznej, wyizolowanej i niezwykle zdyscyplinowanej społeczności, szczelnie oddzielonej od hałaśliwego cywilnego życia, w którym zostali wychowani. Każdy dzień, od pobudki o godzinie 6.30 do gaszenia świateł o 21.30, przebiegał wedle ściśle wyznaczonego harmonogramu. Bez względu na pogodę kadeci całymi godzinami maszerowali i ćwiczyli musztrę na terenach wokół akademii, a także brali udział w wyczerpujących szkoleniach desantowych z użyciem otwartych łodzi na zatoce Chesapeake. Uczono ich, żeby „poruszali się korytarzami szybkim marszem, zmieniali kierunek, obracając się pod kątem prostym, i siedzieli nieruchomo na przednich 5 centymetrach krzesła”1. Z krnąbrnym zachowaniem radzono sobie mieszanką surowej dyscypliny i presji społecznej. Długa lista wykroczeń obejmowała między innymi opieszałość, rozmawianie w szeregu, palenie, nieuporządkowanie pokoju czy wykradnięcie się do miasta na piwo. Kadeci poznawali też podstawy praktyki morskiej, najpierw ćwicząc na masztach i olinowaniu w sali szkoleń, a potem żeglując starymi szkunerami i kutrami po rzece Severn.

Podczas zajęć w akademii kładziono nacisk na umiejętności żeglarskie, nawigację, użycie artylerii, taktykę i zagadnienia inżynieryjne. Kluczem do osiągnięcia wysokiej pozycji na roku było wyuczenie się na pamięć informacji podawanych na wykładach i zawartych w podręcznikach, by następnie wyrecytować je na komendę. Istniało niewiele okazji do analizy czy samodzielnego myślenia. Midszypmenom zalecano, aby nie zajmowali się zbyt dogłębnie aktualnymi wówczas wielkimi kwestiami wojskowo-techniczno-doktrynalnymi. Ogromną wagę przywiązywano do charakteru. Odnosząc się do West Point i Annapolis, prezydent Theodore Roosevelt powiedział Kongresowi: „Nie ma potrzeby, aby szkoły te były bardziej akademickie. Wręcz przeciwnie, nie możemy zapominać, że celem każdej z nich jest wykształcenie ludzi mających przede wszystkim walczyć (…). Najważniejszy w tej edukacji jest wysokiej klasy charakter i uzyskiwane dzięki niemu doskonałe zawodowe morale”2. Kluczowe było, żeby w pierwszych latach marynarskiej kariery kultywować należytą postawę, odpowiednio się zachowywać oraz dobrze wyglądać w nieskazitelnym, błękitnym lub białym mundurze galowym, bikornie i białych rękawiczkach, z ceremonialną szablą u boku. Krótko mówiąc, należało być lubianym i dobrze pasować do reszty.

Kadetom nieustannie towarzyszyła przeszłość. Nie pozwalano im zapomnieć, że są spadkobiercami dumnej wojowniczej tradycji. Wszystkich razem i każdego z osobna zobowiązywano, aby stali na straży honoru flagi. W Annapolis sale były przystrojone poszarpanymi banderami i starymi, wyblakłymi obrazami olejnymi, przedstawiającymi sceny bitew morskich z czasów rewolucji amerykańskiej i wojny 1812 roku, epoki „drewnianych okrętów i żelaznych ludzi”, kiedy to niepodległości kraju bronili dawni bohaterowie – Jones, Perry, Decatur, Preble czy Stewart. Wielki nacisk kładziono na umiejętności towarzyskie. Młodych mężczyzn uczono dobrych manier: jak trzymać filiżankę z herbatą podczas rozmowy w salonie, jak napisać odręcznie list, który nie zawstydziłby nadawcy ani adresata, czy też jak zatańczyć walca na przyzwoitym poziomie, nie następując partnerce na palce. Chciano również, żeby poznali choćby podstawy języka francuskiego i zaznajomili się co najmniej powierzchownie z klasycznymi dziełami. Będąc oficerami marynarki, mieli pełnić quasi-dyplomatyczne funkcje w portach całego świata. Ważne było, aby w towarzystwie zawsze zachowywali się z gracją i pewnością siebie. Nie chciano dopuścić do sytuacji, w której mógłby spojrzeć na nich z wyższością jakikolwiek mężczyzna czy jego żona, cywil czy wojskowy, obcokrajowiec czy Amerykanin.

Nade wszystko zaś Annapolis stanowiło narzędzie asymilacji. Ci, którzy nie mogli bądź nie chcieli się dopasować, byli usuwani. Ci, którzy pozostali na uczelni i zdołali ją ukończyć, wytworzyli esprit de corps i silne więzy łączące ich na resztę życia ze sobą nawzajem oraz z marynarką wojenną.

Jeśli chodzi o wielkie kwestie doktrynalne strategii morskiej, był to okres świetności Alfreda Thayera Mahana, oficera US Navy, który został historykiem i strategicznym guru. Wszystkie ważniejsze marynarki wojenne świata przyjmowały i wdrażały jego doktryny. Mahan zyskał międzynarodową sławę w 1890 roku, gdy opublikował swą pierwszą dużą pracę, Wpływ potęgi morskiej na historię. W tej i kolejnych książkach przedstawił trzy „dogmaty Mahana”, które dyktowały sposób myślenia strategów morskich aż do początku II wojny światowej. Obejmowały one kult potężnie uzbrojonych pancerników, żelaznej zasady koncentracji i zniszczenia nieprzyjacielskiej floty w pojedynczej, decydującej bitwie.

Mahan wyglądał niczym karykatura typowego mola książkowego. Był wysoki, szczupły i charakteryzował się wyprostowaną postawą. Miał bladą i smutną twarz, jasnoniebieskie oczy, drobny podbródek ukryty pod siwiejącą brodą i wielkie czoło, zlewające się z łysym czubkiem majestatycznej głowy. Cechował się wstrzemięźliwością, samodyscypliną i skrytością wobec obcych, która niemal graniczyła z nieśmiałością. Mahan ukończył Annapolis w 1859 roku (gdy uczelnia miała zaledwie 14 lat) i rozpoczął służbę w dysponującej drewnianymi okrętami marynarce niedługo przed wyborem Lincolna na prezydenta oraz secesją południowych stanów. Cztery lata wojny domowej spędził, blokując porty na rebelianckim wybrzeżu i nie biorąc udziału w żadnych istotniejszych zdarzeniach. Po zakończeniu konfliktu bywał w wielu zakątkach świata. Żeglując na różnych okrętach, zwiedził Europę, Bliski Wschód, Amerykę Łacińską i Azję. W 1884 roku miał za sobą 25 lat honorowej, ale raczej niewyróżniającej się marynarskiej służby. Był 45-letnim kapitanem bez większych szans na osiągnięcie stopnia admirała. Mógł bez przeszkód spędzić w dotychczasowy sposób kolejne 20 lat, po czym przejść w stan spoczynku z przyzwoitą emeryturą. Morze, na którym minęła mu ponad połowa kariery, bardzo go już jednak męczyło i chciał spróbować czegoś nowego. Gdy zaproponowano mu posadę wykładowcy w US Naval War College w Newport (Rhode Island), bez wahania ją przyjął.

Mahan uważał się za kompletnie nieprzygotowanego do nowej pracy; sam nazwał się „dogłębnym ignorantem”. Miał jednak wielki apetyt na wiedzę i usposobienie mnicha, sprzyjające długim godzinom nauki w odosobnieniu. Ogałacał księgarnie, został stałym bywalcem bibliotek i zaczął przekopywać się przez setki lat historii: starożytnych Greków i Rzymian, kolonialnej rywalizacji Wielkiej Brytanii, Niderlandów, Francji i Hiszpanii, wzrostu potęgi i upadku Napoleona. „Podjąłem się tego zadania, jak sądzę, niczym imigrant przybywający do dziczy i nie zastanawiający się zbytnio, które drzewo ściąć jako pierwsze – napisał później. – Brałem wszystko, co wpadło mi w ręce, i czytałem z baczną uwagą człowieka, który czegoś poszukuje”3. Jesienią 1885 roku, spędzając popołudnie w bibliotece Klubu Angielskiego w Limie w Peru, gdzie zacumował jego okręt, Mahan zaintrygował się historią wojen punickich między Rzymem i Kartaginą w III i II wieku przed Chr. W jego umyśle pojawiło się wówczas pytanie będące niemalże objawieniem. Co gdyby Hannibal dokonał inwazji na Italię z morza, nie decydując się na wybór długiej trasy lądowej przez Iberię i Alpy? Czy Rzym upadłby, a bieg zachodniej historii zostałby odwrócony? „Po raz pierwszy oświeciło mnie – napisał – że kontrola nad morzami stanowi czynnik, który nigdy nie był systematycznie doceniany i objaśniany”4. Idea ta zakorzeniła się w jego umyśle na dobre; wkrótce potem zaczął pisać. Znajdował się pod presją czasu, ponieważ do jesieni 1886 roku musiał przygotować wykłady do Naval War College. Trudność z przelaniem myśli na papier zmusiła go do precyzyjnego przedstawienia kluczowych tez. W miarę jak liczba stron rosła, „każda cząsteczka mnie skakała z radości”, wspominał5. Do września 1886 roku zdołał przelać swe przemyślenia na papier. Później zostały wydane przez Little Brown pod sławnym (i wymuszonym) tytułem Wpływ potęgi morskiej na historię.

Nastąpiło to w wyjątkowo sprzyjającym momencie. Industrializacja i rozwój techniczny skłoniły wiele krajów do całkowitego przeobrażenia swych flot. Istniało niebezpieczeństwo, że międzypaństwowe spory i imperialne ambicje, zwłaszcza w najpotężniejszych państwach Europy, przerodzą się w największy morski wyścig zbrojeń w historii. Świat pragnął lepszego zrozumienia potęgi morskiej. Czym ona jest? Jaką ma wartość? Jak ją osiągnąć? Jak należy ją wykorzystać? Mahan nie zadał tych pytań jako pierwszy, lecz ujął je przekonująco i zgrabnie, po czym zabrał się za metodyczne formułowanie odpowiedzi, podając przykłady z różnych wojen morskich w dziejach.

Przede wszystkim Mahan podkreślał znaczenie „okrętów głównych” (capital ships), czyli potężnie uzbrojonych pancerników największej klasy. Fregaty, krążowniki i niszczyciele pełniły przydatne funkcje pomocnicze, na przykład prowadząc rozpoznanie czy osłaniając konwoje, jednak kraj pozbawiony wielkich okrętów z wielkimi działami mógł być najwyżej drugorzędnym mocarstwem morskim. Mahan niewzruszenie stał na stanowisku, że flota pancerników musi działać cały czas jako pojedyncza, skoncentrowana siła. Podzielenie lub rozproszenie floty stanowiło częsty błąd w morskiej strategii. W historii świata wielokrotnie powtarzała się sytuacja, w której skoncentrowana flota dopadała i niszczyła rozrzucone elementy floty podzielonej. Do tego Mahan dokładał trzecie prawidło: nacisk na działania zaczepne. Floty nie należało używać jak czegoś w rodzaju straży wybrzeża, w pobliżu własnych portów. Uważał, że jej głównym zadaniem musi być przemierzanie oceanów w celu znalezienia i rozbicia floty przeciwnika; w tym czasie w razie konieczności powinno się korzystać z zamorskich baz. „Wojna, jeśli już zostanie wypowiedziana, musi być toczona ofensywnie, agresywnie. Nieprzyjaciela trzeba roztrzaskać, a nie tylko odeprzeć”6. Według Mahana należało zetrzeć się z przeciwnikiem i zniszczyć go w „decydującej bitwie”, takiej jak Salamina, Akcjum, Lepanto, Abukir czy Trafalgar. W takim starciu zwycięzca zatapiał lub zdobywał wszystkie (lub prawie wszystkie) okręty wroga, kładąc kres jego zdolności do kontynuowania działań wojennych na morzu. Wielkie okręty z wielkimi działami, zebrane w jedną, niepodzieloną flotę, kierujące się nadrzędnym celem w postaci starcia nieprzyjaciela z powierzchni wody – tak wyglądała formuła, według której zdaniem Mahana powinna postępować potęga morska.

Bardzo szybko nadeszła sława o globalnym zasięgu. Recenzje były pochlebne, a Mahan zaczął otrzymywać listy od wielbicieli z całego świata. Wpływ potęgi morskiej i kolejne prace doczekały się rychłych tłumaczeń na francuski, niemiecki, japoński, rosyjski i hiszpański. Zaledwie dwa lata po opublikowaniu pierwszej książki Mahan był uznawany za najbardziej wpływowego badacza zajmującego się tematem potęgi morskiej, jaki kiedykolwiek chwycił za pióro, a także za mędrca polityki zagranicznej, którego twierdzenia analizowano i rozważano tak, jak gdyby otrzymano je z Olimpu. „Od 1892 roku wszyscy go cytowali, a debatujący starali się wykazać, że ich poglądy są spójne z jego”, pisał pewien podziwiający Mahana Francuz7. Ponoć w Wielkiej Brytanii każdy oficer Royal Navy przeczytał książkę Amerykanina lub udawał, że to zrobił. Premier William Gladstone określił Wpływ potęgi morskiej mianem „książki epoki”8. W obu izbach parlamentu rzucano nazwiskiem Mahana, aby uciąć wszelkie dyskusje. W 1894 roku przyznano mu honorowe stopnie naukowe uniwersytetów w Oksfordzie i Cambridge. W klubie Royal Navy wzniesiono toast: „Zawdzięczamy [kapitanowi Mahanowi] 3 miliony funtów, o które postanowiono zwiększyć budżet marynarki”9. W Niemczech cesarz Wilhelm wyznał przyjacielowi: „Nie tyle czytam, co pochłaniam książkę kapitana Mahana. Staram się jej wyuczyć na pamięć. To pierwszorzędna praca, klasyczna pod wszelkimi względami”10. Elokwentny Wilhelm nakazał swemu ministrowi marynarki Alfredowi von Tirpitzowi, żeby umieścił przetłumaczone egzemplarze dzieła Mahanana pokładzie każdego okrętu Kaiserliche Marine i dał do zrozumienia, że od wszystkich oficerów oczekuje się przeczytania tej pozycji. Brytyjsko-niemiecki wyścig zbrojeń na morzu, który poprzedzał (a pod pewnymi względami stanowił przyczynę) I wojny światowej, rozwinął się pod silnym wpływem Mahana.

Nigdzie jednak wpływ prac Mahana nie był tak głęboki i długotrwały jak w Japonii. Dostrzegał to sam autor. „Wydaje mi się, że na japoński przełożono więcej moich prac niż na jakikolwiek inny język”, zauważył. Stwierdził także, że żaden inny kraj nie wykazał się „większym i bliższym zainteresowaniem tą tematyką”11. W 1894 roku Wpływ potęgi morskiej przetłumaczono i rozpowszechniono za pośrednictwem stowarzyszenia oficerów Nippon Kaigun (Cesarskiej Marynarki Wojennej). Egzemplarze podarowano cesarzowi Meiji i następcy tronu księciu Yoshihito. Japońska Wyższa Szkoła Marynarki Wojennej próbowała (bez rezultatu) skłonić Mahana, aby dołączył do grona jej wykładowców. Doktryna „decydującej bitwy” Amerykanina stanowiła odzwierciedlenie poglądów Mushashiego Miyamoto, żyjącego w XVI wieku wielkiego samurajskiego filozofa i szermierza, który wychwalał potęgę „całkowitego zaangażowania w pojedynczy, rozstrzygający cios”12. Admirał Heihachirō Tōgō wspaniale wykaligrafował pędzelkiem własne słowa uznania: „Stratedzy marynarki z wszystkich krajów są zgodni, że prace Mahana będą już zawsze zajmować najwyższą pozycję i cieszyć się ogólnoświatowym szacunkiem w badaniach nad wojskowością. Pragnę wyrazić głęboki i serdeczny podziw wobec jego rozległej wiedzy i wyostrzonego osądu”13. Kiedy idee Mahana oczarowały japońskie elity polityczne, niekończące się starania marynarki wojennej o uzyskanie coraz większych funduszy z budżetu państwa nabrały tempa i zyskały zwolenników. Admirałowie posługiwali się argumentem, że Japonia, tak jak Wielka Brytania, jest państwem wyspiarskim i tak jak ona może zostać zaatakowana jedynie przez wroga, który nadciągnie drogą morską. Imperialne ambicje wojsk lądowych spełzłyby na niczym, gdyby flota nie była w stanie bezpiecznie przerzucić żołnierzy do kontynentalnej Azji. Uważali, że Nippon Kaigun powinna mieć taki sam status co Royal Navy, czyli najważniejszego rodzaju sił zbrojnych, posiadającego największy budżet i najsilniejszy wpływ na politykę państwa.

W ojczyźnie Mahana jego najzagorzalszym zwolennikiem był Teddy Roosevelt. W maju 1890 roku, zakończywszy lekturę Wpływu, napisał do kapitana z gratulacjami: „Choć jestem bardzo zajęty, spędziłem połowę dwóch ostatnich dni, czytając pańską książkę. Niech o tym, jak mnie zainteresowała, poświadczy fakt, że odłożyłem ją dopiero wtedy, gdy doszedłem do samego końca”14. Roosevelt opublikował pochlebną recenzję na łamachAtlantic Monthly. Pochwalił zwłaszcza konkluzję Mahana, iż Stany Zjednoczone powinny zbudować nową flotę pancerników15. Dwaj mężczyźni zaczęli bliżej współpracować w latach 1897-1898, kiedy to Roosevelt pełnił funkcję zastępcy sekretarza marynarki wojennej. Wspólnie planowali wówczas rozmieszczenie sił US Navy, przyczyniając się do szybkiego zwycięstwa Stanów Zjednoczonych w wojnie z Hiszpanią. W okresie prezydentury Roosevelta (1901-1909) Mahan należał do wąskiego grona jego doradców, sojuszników i zwolenników imperializmu. W grupie tej znajdowali się między innymi John Hay, Elihu Root i senator z Massachusetts Henry Cabot Lodge. Roosevelt niekiedy korzystał z fragmentów publikacji Mahana, wplatając je niemal bez żadnych zmian w swe przemówienia. Kapitan był „bardzo zadowolony” z takiego wykorzystania jego prac. „W tym wypadku kwestia tego, komu zostanie przypisana zasługa, nie ma dla mnie większego znaczenia”, powiedział prezydentowi16.

Roosevelt był błyskotliwym, hałaśliwym i wybuchowym człowiekiem; ludzie o takim usposobieniu rzadko sięgają po prezydenturę. W ciągu niecałych 20 lat między ukończeniem college’u i przenosinami do Białego Domu prowadził bardzo burzliwe życie. Był historykiem, prawnikiem, ornitologiem, liderem mniejszości w zgromadzeniu stanowym Nowego Jorku, bokserem, ranczerem, komisarzem nowojorskiej policji, naturalistą, myśliwym, reformatorem administracji publicznej, płodnym pisarzem, oddanym mężem i ojcem, zapalonym czytelnikiem, zastępcą sekretarza marynarki wojennej, bohaterem wojennym, twórcą biznesowego imperium, orędownikiem ćwiczeń fizycznych, gubernatorem Nowego Jorku i wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych. Był wielkim mężczyzną o szerokich ramionach, potężnej klatce piersiowej i szorstkiej, opalonej skórze. Miał krótko przycięte, rudobrązowe włosy, które wokół skroni zaczynały siwieć. Jego wręcz nienaturalnie umięśniona szyja wyglądała, jak gdyby miała rozerwać usztywniony kołnierz koszuli. Nosił binokle ze wstążką, która zwisała mu po lewej stronie twarzy. Kiedy się uśmiechał lub mówił, pokazywał dwa rzędy bardzo prostych zębów, doskonale widocznych od jednego siekacza do drugiego. Ich lśniąca biel wyraźnie kontrastowała z rumianą cerą.

Od czasu Johna Adamsa żaden prezydent nie walczył tak energicznie o wzmocnienie amerykańskich sił zbrojnych. W 1903 roku Roosevelt krzyknął do 5000 słuchających go mieszkańców Chicago: „Jest takie stare, proste porzekadło: »Mów łagodnie, ale noś przy sobie wielki kij«; wtedy zajdziesz daleko. Jeśli naród amerykański będzie mówił łagodnie, lecz jednocześnie rozbudowywał flotę i utrzymywał w niej wysoki stopień wyszkolenia, doktryna Monroe zajdzie daleko”17. Doktryna ta, mająca zapobiec ingerencji mocarstw europejskich na półkuli zachodniej, była „tak silna, jak US Navy, i nigdy silniejsza”18. Dawniej Stany Zjednoczone miały dostęp do jednego wielkiego oceanu, teraz natomiast graniczyły z dwoma. Długie, słabo zaludnione wybrzeże Pacyfiku dawało nowe możliwości, ale też stanowiło powód do niepokoju. „W rozpoczynającym się właśnie stuleciu – oznajmił prezydent w tym samym roku słuchaczom w San Francisco – handel i panowanie na Pacyfiku będą miały nieoceniony wpływ na historię świata”19. Roosevelt był zdeterminowany, aby zbudować kanał przez przewężenie Ameryki Środkowej. W tym celu nie zawahał się przed podżeganiem do rewolucji, w wyniku której Panama odłączyła się od Kolumbii. W opinii prezydenta Kanał Panamski stanowił przede wszystkim konieczność z wojskowego punktu widzenia, umożliwiał bowiem szybkie przenoszenie sił marynarki wojennej między Atlantykiem i Pacyfikiem. W 1906 roku trwały już prowadzone na ogromną skalę prace.

Na skutek wojny z Hiszpanią w rękach Stanów Zjednoczonych znalazły się terytoria zamorskie rozrzucone po całym świecie. Nie wszyscy Amerykanie, przesiąknięci od 1776 roku antyimperialistycznym i rewolucyjnym duchem, cieszyli się takim obrotem spraw. Pilnego problemu, jaki się pojawił, nie dało się jednak zignorować: Kuby, Filipin, Hawajów oraz innych wysp Karaibów i Oceanu Spokojnego, jakie przypadły Stanom Zjednoczonym, nie można było bronić inaczej niż z użyciem marynarki wojennej. „Nieprzyjaciele, którym będziemy musieli stawić czoła, nadciągną morzem – powiedział Roosevelt oficerom US Navy – być może z Europy, a być może z Azji”20. Niemców, mających ambicje terytorialne w Ameryce Południowej, prezydent uważał za groźnych rywali na Atlantyku i Karaibach. Zagrożenie ze strony Berlina było jednak powstrzymywane przez Royal Navy, najpotężniejszą flotę na świecie. W dającej się przewidzieć przyszłości brytyjsko-niemiecka konfrontacja miała pozwolić na zachowanie korzystnej równowagi sił na Atlantyku. Natomiast Japonia, która niedługo wcześniej wyszła zwycięsko z wojny z Rosją, była potężnym mocarstwem morskim, dysponującym ogromnymi zaletami geopolitycznymi w zachodniej części Oceanu Spokojnego. „Za kilkanaście lat – przewidywał Roosevelt w 1905 roku – Anglicy, Amerykanie i Niemcy, którzy obawiają się siebie nawzajem jako konkurenci w handlu na Pacyfiku, będą bać się Japonii bardziej niż jakiegokolwiek innego kraju”21.

Podczas pierwszej kadencji, mogąc przemawiać z „wielkiej kazalnicy”, jaką zapewniała mu prezydentura (sam ukuł ten termin), Roosevelt przekonał Kongres do zbudowania dziesięciu pancerników, czterech krążowników pancernych i siedemnastu mniejszych jednostek. Wydatki na marynarkę wojenną wzrosły o prawie 40%, przekraczając kwotę 100 milionów dolarów. Była to największa w okresie pokoju rozbudowa tego rodzaju sił zbrojnych w amerykańskiej historii. W 1906 roku Stany Zjednoczone posiadały na morzach więcej pancerników niż jakiekolwiek inne mocarstwo z wyjątkiem Wielkiej Brytanii.

Rosnąca flota potrzebowała ludzi, w tym tysięcy nowych oficerów. Kluczowe znaczenie dla jej przyszłości miała Akademia Marynarki Wojennej w Annapolis. Roosevelt za swojej prezydentury otaczał uczelnię wielkim zainteresowaniem. Pod jego naciskiem przechodziła spektakularne zmiany, a kampus zmienił się w rozległy plac budowy. Odgłos młotków i pił oraz krzyki robotników zakłócały spokój przez sześć dni w tygodniu. Stare, walące się budynki z drewna i czerwonej cegły zburzono, a na ich miejscu postawiono piękne gmachy z granitu, marmuru i szarej cegły. Nowa kaplica, z okazałą terakotową kopułą i masywnymi drzwiami z brązu, została ukończona w 1908 roku. Prezydent Roosevelt często przyjeżdżał do akademii porannym pociągiem z Waszyngtonu, aby przemawiać, przecinać wstęgi czy dopingować drużynę futbolową. Brał też udział w ceremoniach ukończenia studiów. Patrzył wówczas każdemu absolwentowi w oczy, gratulował potężnym uściskiem dłoni i wręczał dyplomy.

Dla kierownictwa szkoły bliskie zainteresowanie Roosevelta miało nie tylko plusy, ale też minusy. Prezydent lubił się wtrącać. Kiedy rozwiązano uczelnianą drużynę futbolową, ponieważ gracze zaniedbywali naukę, zainterweniował w celu przywrócenia jej działalności. Nalegał także, aby rozegrano coroczny mecz Army - Navy. „Jestem wielkim miłośnikiem futbolu. Wierzę w twarde, męskie sporty”, wyjaśniał22. W lutym 1906 roku Roosevelt ułaskawił midszypmena, który znęcał się nad nowym studentem; praktykę tę uznał za „wyraz entuzjazmu i naturalnego wigoru”23. Poza tym za jego sprawą w akademii wprowadzono naukę judo. Uważał, że „jest to nie tyle ćwiczenie fizyczne, co niezwykle skuteczny sposób samoobrony oraz trening zręczności i zdecydowania”. Kiedy lekcje anulowano, Roosevelt uznał, że winni są ojcowie uczelni, „starsi mężczyźni o szablonowej mentalności”24.

Admirałowie i kapitanowie, którzy w tym czasie znajdowali się na szczycie marynarskiej hierarchii, zaczynali służbę jeszcze przed wojną secesyjną. Powoli pięli się w górę, otrzymując awanse w ustalonych odgórnie odstępach czasu. Nie chcieli, żeby przez kilka ostatnich, błogich lat przed emeryturą niepokoiły ich zmiany proponowane przez młodszych i bardziej energicznych ludzi na niższych szczeblach. Biura marynarki wojennej w Waszyngtonie były bastionami konserwatyzmu, pełnymi oportunistycznych oficerów. Postępy w technice napotykały długotrwały opór z ich strony, ponieważ były nowe i nieznane. Innowatorów, reformatorów i obrazoburców kierowano na dalekie placówki, gdzie napełniali się frustracją i ostatecznie odchodzili ze służby. Propozycje przymusowego przechodzenia starszych oficerów w stan spoczynku, krytykowane jako „skubanie”, spotkały się z ostrym sprzeciwem. W 1906 roku, gdy rozbudowa floty trwała już od dłuższego czasu, na czele US Navy wciąż stali ludzie w starszym wieku. Najmłodszy kapitan w służbie był 20 lat starszy od swego brytyjskiego odpowiednika25. W Royal Navy dało się znaleźć kilku oficerów awansowanych spośród zwykłych marynarzy, natomiast w teoretycznie bardziej egalitarnej flocie amerykańskiej nie było ani jednego takiego oficera26.

Roosevelt gardził „staromodnymi oficerami marynarki, dryfującymi na stanowiska w Waszyngtonie”27. W związku z tym ogłosił zamiar „zachęcania najlepszych poprzez ostrą dyskryminację najgorszych”28. US Navy od czasu swego powołania była dowodzona z zachowaniem reguły starszeństwa; oficerowie każdego stopnia zażarcie protestowali przeciwko pomijaniu ich i awansowaniu młodszych. We flocie Roosevelta ludzie mieli być promowani z uwagi na zasługi, dzięki czemu wyróżniający się młodsi oficerowie mogliby być szybko awansowani. Nie zamierzano dłużej pozwalać, aby leniwi, przepełnieni samozadowoleniem lub niekompetentni ludzie tkwili całymi dekadami na środkowych szczeblach hierarchii. Zasada „w górę albo precz” oznaczała, że musieli zapracować na awans lub udać się na przymusową emeryturę. Oficerowie liniowi zawsze spoglądali z wyższością na inżynierów, uznając ich za członków podrzędnej kasty. Teraz wszyscy należeli do jednego, zintegrowanego korpusu, z takimi samymi stopniami, mundurami, uprawnieniami w mesie oficerskiej i udogodnieniami w miejscu zaokrętowania29.

Ku rozgoryczeniu marynarskiej wierchuszki, a może także samego sekretarza marynarki wojennej, prezydent korespondował bezpośrednio z „młodoturkami”, oficerami średniego szczebla, którzy nawoływali do reform od wewnątrz. Kiedy Roosevelt doszedł do władzy, oficerowie w typie, jaki nie miał szans na osiągnięcie sukcesu od czasu wojny 1812 roku, mogli zacząć marzyć, że ich idee zostaną wdrożone, a talent nagrodzony szybkim awansem. Prezydent z zadowoleniem uprościł strukturę dowodzenia i interweniował w codziennych sprawach marynarki. Promował innowacje i wprowadzanie nowych technik; nakazał na przykład, aby ludzie biorący udział w testach okrętów podwodnych otrzymywali dodatek do żołdu, mający zrekompensować im podejmowane ryzyko. Na pokładach pancerników ograniczono nacisk na „polerowanie na błysk”, czyli przywiązywanie wagi do pompy, widowiskowości i wyglądu zewnętrznego okrętu. Zaoszczędzony czas przeznaczano na szkolenie artyleryjskie. Obsługi dział ćwiczyły strzelanie do celu, a rezultaty skrupulatnie notowano. Okręty rywalizowały ze sobą w zawodach w prowadzeniu ognia, a oficerowie z jednostek, które nie stanęły na wysokości zadania, musieli odpowiadać za wykazane braki. Roosevelt bez ogródek wypowiadał się na temat kompetencji wymaganych od oficerów US Navy: „Muszą posiadać umiejętności w zakresie dowodzenia okrętem, taktyki i strategii (…), zdolność do zawziętego znoszenia kary oraz siłę i chęć do jej wymierzania, a także odwagę, zdecydowanie i gotowość do podejmowania ryzyka. Muszą brać na siebie odpowiedzialność, jak wielcy kapitanowie wszystkich epok; bez tego żaden człowiek nie może nawet marzyć o poprowadzeniu ludzi do boju”30.

* * *

27 maja 1905 roku po południu na szarych, ponurych wodach Cieśniny Cuszimskiej główne siły bojowe Nippon Kaigun starły się z rosyjską flotą dowodzoną przez admirała Zinowija Rożestwienskiego i całkowicie ją zniszczyły. Bitwa pod Cuszimą, jak nazwano ją na Zachodzie, była jednym z najbardziej druzgocących zwycięstw w historii wojen morskich. Zaczęto ją porównywać do Trafalgaru, wielkiego brytyjskiego triumfu nad flotą Napoleona, do którego doszło prawie dokładnie 100 lat wcześniej. Z dwunastu pancerników posłanych do walki przez Rosjan ani jeden nie wyszedł z niej cało; cztery zostały zdobyte przez wroga, a osiem spoczęło na dnie. Ponad 4000 rosyjskich oficerów i marynarzy straciło życie, a niemal 6000 trafiło do niewoli. Japońska flota, na czele której stał wielki admirał Heihachirō Tōgō (w zachodniej prasie nazwany „japońskim Nelsonem”), utraciła jedynie trzy niewielkie kutry torpedowe oraz zaledwie 117 zabitych i 583 rannych.

Pogrom pod Cuszimą stanowił końcowy akt wojny rosyjsko-japońskiej, wielkiego i krwawego konfliktu, toczonego przez dwa lata w Korei, Mandżurii i na sąsiadujących z nimi morzach. W tym czasie należał on do największych i najbardziej niszczycielskich w historii; w jego trakcie ścierały się armie liczące setki tysięcy żołnierzy. Była to też pierwsza ważniejsza wojna XX wieku. Walczyły w niej wojska wyposażone w nowoczesne karabiny maszynowe i artylerię, obsadzające długie linie okopów i zaopatrywane na ogromną skalę z użyciem kolei. Pod wieloma względami stanowiła ona zapowiedź I wojny światowej.

Nikt się nie spodziewał, że Japonia odniesie zwycięstwo. Rządzona przez cara Mikołaja Rosja należała do grona wielkich mocarstw, posiadała trzy razy więcej ludności od wroga oraz 50-krotnie rozleglejsze terytorium. Japonia była nieznanym wyspiarskim krajem we wschodniej Azji, odizolowanym od reszty świata aż do lat 50. XIX wieku. Przeciętny japoński piechur, choć mniejszy i gorzej wyposażony od swego rosyjskiego odpowiednika, walczył umiejętnie i zażarcie, wykazywał się większą samowystarczalnością i inicjatywą, maszerował szybciej, cechował się wyższą odpornością na ciężkie warunki i zdawał się dysponować wręcz nienaturalnym brakiem strachu. W trakcie wielkiej bitwy pod Mukdenem w lutym i marcu 1905 roku kolejne fale japońskich oddziałów niezmordowanie szturmowały rosyjskie okopy. Obrońcy patrzyli osłupiali, jak nieprzyjacielscy żołnierze nacierają przez pole z bagnetami na karabinach i błogimi uśmiechami na twarzach, jak gdyby uszczęśliwiała ich możliwość poniesienia szlachetnej śmierci. Po raz pierwszy we współczesnej historii wschodnia potęga zatriumfowała nad zachodnią.

W przeciągu dwóch pokoleń Japonia przekształciła się z feudalnego, przedindustrialnego państwa w gospodarczą i wojskową potęgę. Przemiana ta była nie tyle niezwykła, co wręcz bezprecedensowa w całej historii rodzaju ludzkiego (taką też pozostaje do dzisiaj). Restauracja Meiji nie do końca jest terminem oddającym realia, ponieważ zanim do niej doszło, cesarze nieprzerwanie zasiadali na tronie, a w jej wyniku nie zyskali całkowitej władzy. Było jednak coś pociągającego w fakcie, że Japończycy sięgnęli w kwestiach zasadniczych do własnych źródeł zamiast dostosować się do zachodniego sposobu postępowania. W rzeczywistości na zmianach skorzystała miejska klasa kupiecka oraz kilka potężnych samurajskich klanów z prowincji Satsuma i Chōshū w południowo-zachodniej części kraju. Złożone z ich przedstawicieli elity władzy doszły do wniosku (wykazując się imponującą zdolnością przewidywania), że kraj straci niepodległość, jeśli nie utworzy instytucji państwowych i przemysłu pozwalającego na przeciwstawienie się zakusom mocarstw zachodnich. Samurajscy przywódcy epoki Meiji odwiesili swe miecze i z łatwością weszli w role administratorów, urzędników, prominentnych polityków i wizjonerów. Wprowadzali reformy na wszystkich szczeblach, realizując swój program w oparciu o instrukcje od scentralizowanego rządu. Przekupywali wielkich panów feudalnych sowitymi rentami i w przeważającej mierze nie ingerowali w tradycyjne hierarchie. Partie polityczne wprawdzie zaczęły się pojawiać, ale nierzadko musiały się zmagać z działaniami mającymi na celu ograniczenie ich siły i wpływów. Japończycy wybierali przedstawicieli do Diety, czyli parlamentu, lecz władza ustawodawcza nie urosła w siłę na tyle, by móc podjąć rywalizację z wszechpotężną biurokracją. Nigdy, w jakimkolwiek znaczeniu, nie wprowadzono cywilnej kontroli nad siłami zbrojnymi. Cały ten czas pozostawały niezależne, zarówno teoretycznie, jak i z uwagi na posiadanie bezpośrednich związków z tronem poprzez doradców specjalnych.

Zachodnich obserwatorów wojny rosyjsko-japońskiej w największym stopniu uderzył fakt, iż zarówno na lądzie, jak i na morzu Japończycy wykazywali się wielką łaskawością i humanitaryzmem, zawstydzając pod tym względem Rosjan. „Cesarskie instrukcje dla żołnierzy i marynarzy”, wydane przez cesarza Meiji w 1882 roku, stanowczo zabraniały okrucieństwa wobec cywilów i jeńców. „Jeśli udając męstwo, posuniecie się do przemocy, ostatecznie świat zacznie wami gardzić i uzna was za dzikie bestie. Musicie tego uniknąć”, ostrzegał monarcha31. Dwadzieścia lat później japońscy żołnierze i marynarze wciąż stosowali się do tych zaleceń. Zachodni korespondenci wojenni ujrzeli wiele przykładów życzliwości Japończyków wobec jeńców wojennych. Zapewniano im żywność w dużych ilościach, opiekę medyczną, czystą odzież, papierosy, rosyjskie książki i gazety, a nawet wino. Na morzu japońskie okręty opuściły bandery do połowy masztu, żeby uhonorować poległego nieprzyjacielskiego admirała32. Admirał Tōgō odwiedzał rannych rosyjskich jeńców, a generał Maresuke Nogi osobiście oddał hołd pod pomnikiem ku czci zabitych żołnierzy przeciwnika w Port Arthur. Zaledwie około 1% pojmanych Rosjan zmarło w japońskiej niewoli; wszystkich pochowano, skrupulatnie przywiązując wagę do wszelkich wojskowych honorów. Japoński Czerwony Krzyż podjął wysiłki w celu wyżywienia i zapewnienia opieki dziesiątkom tysięcy cywilnych koreańskich i chińskich uchodźców, przebywających w strefie walk. Wielu z nich uciekło z terenów zajętych przez wojska rosyjskie, na których sprawcy grabieży, gwałtów, morderstw i okaleczeń pozostawali w dużej mierze bezkarni. W oddziałach japońskich nie tolerowano takich występków, a żołnierzy, którzy się ich dopuścili, karano bardzo surowo.

Zwycięstwo Japończyków nad europejskimi wojskami w polu było zaskakujące, jednak prawdziwe zdumienie wywołała klęska zadana przez nich europejskiej flocie na morzu. Fakt, iż zachowywali się bardziej honorowo od Rosjan, wprawiał w osłupienie, przecząc zachodniemu założeniu, że Wschód jest rejonem świata zamieszkałym przez barbarzyńców. 14 stycznia 1905 roku redaktorzy Illustrated London News napisali: „Europa nie otrząsnęła się jeszcze z szoku po odkryciu, że Japończycy to wspaniali ludzie”33.

Roosevelta ucieszyło japońskie zwycięstwo. Od lat fascynował się tym krajem i wszystkimi związanymi z nim rzeczami. „Japońce mnie interesują, lubię ich”, oznajmił Cecilowi Spring-Rice’owi34. W autobiografii zaś napisał: „Wierzę w nich. Szanuję ich wspaniałe przymioty; chciałbym, żeby Amerykanie posiadali wiele z nich”35. W okresie prezydentury Roosevelt dużo czytał o japońskiej historii, literaturze i filozofii. Podziwiał zwłaszcza książkę Bushido. Dusza Japonii autorstwa Inazō Nitobe, japońskiego dydaktyka i dyplomaty; zakupił 60 egzemplarzy, po czym rozdał je przyjaciołom i znajomym. Odezwa admirała Tōgō do japońskiej floty po zwycięstwie pod Cuszimą doprowadziła poruszonego prezydenta do łez; nakazał, aby trafiła na każdy okręt i placówkę US Navy. Roosevelt utrzymywał bliską przyjaźń i wymieniał korespondencję z dawnym kolegą z Harvardu, Kentarō Kaneko, który płynnie posługiwał się angielskim, a za swój życiowy cel wziął promowanie japońskiej kultury w Ameryce i amerykańskiej w Japonii. W 1904 roku prezydent zaczął ćwiczyć judo pod okiem mistrza Yoshiakiego Yamashity; resztę grupy uczniów utworzyło dwunastu ludzi z jego świty. W trakcie odbywających się dwa razy w tygodniu sesji treningowych w korytarzach Białego Domu rozlegały się pojękiwania mężczyzn rzucających się nawzajem na podłogę. „Prawą kostkę, lewy nadgarstek, kciuk i oba duże palce u stóp mam tak opuchnięte, że są w mniejszym lub większym stopniu bezużyteczne. Poza tym jestem posiniaczony na całym ciele – pisał Roosevelt do syna w marcu 1905 roku. – Mimo to poczyniłem duże postępy. Od chwili twojego wyjazdu [Yamashita] nauczył mnie trzech nowych rzutów, są świetne”36.

Jako historyk Roosevelt widział w Japonii dowód na słuszność jednej ze swych ulubionych teorii, mianowicie że niektóre „rasy” są obdarzone od innych lepszymi „zasobami wojowników”. Sądził, że ich przeznaczeniem jest zdominowanie sąsiadów, pokonanie wrogów, rozpowszechnienie swego języka, religii i kultury poza granice własnego kraju oraz dokonanie postępów cywilizacyjnych poprzez osiągnięcia w zakresie handlu, nauki i sztuki. Tak było ze starożytnymi Grekami i Rzymianami, a później Gotami. W kolejnych stuleciach ich śladami poszli Hiszpanie, Francuzi, Holendrzy i Brytyjczycy. Teraz przyszedł czas na Niemców, Amerykanów i Japończyków. Roosevelt uważał jednak, że nigdzie indziej wzrost potęgi nie nastąpił tak szybko i gwałtownie jak w Japonii. Stwierdził, że od czasu, gdy pół wieku wcześniej czarne okręty komandora Perry’ego wpłynęły do Zatoki Tokijskiej, „rozwój Japonii był wprost oszałamiający. W całej historii cywilizacji ludzkiej nie nastąpiło nic mogącego się z nim równać, a nawet się do niego zbliżyć”37.

Mahan również był niezwykle zaskoczony zwycięstwem Tōgō. Napisał, że wydarzenie to „wyraźnie wstrząsnęło światem”38. Kapitan jako jeden z bardzo nielicznych ludzi Zachodu na własne oczy widział chaos towarzyszący restauracji Meiji. Po raz pierwszy odwiedził Japonię w 1867 roku jako 28-letni komandor porucznik służący na USS Iroquis. Do zakotwiczonego nieopodal Kobe okrętu dotarło dwóch samurajów uciekających przed nieprzyjaciółmi z brzegu. Na Mahanie wrażenie zrobiła ich poważna, wojskowa postawa i widoczna siła fizyczna; zauważył, że byli „pękaci niczym jeżyny”39. Równocześnie należeli jednak do stworzeń lądowych, nie radzili sobie z łódką, która zabrała ich na kotwicowisko. Trzydzieści osiem lat później, na wieść o Cuszimie, Mahan przypomniał sobie tamtych wyrugowanych samurajów, stojących na pokładzie Iroquoisa, „zziębniętych, mokrych i dygocących”40. Wzrost potęgi Japonii napełnił go zdumieniem. „Czy nasi poranni goście nie byli ludźmi tej samej krwi i tradycji, zaledwie jedno pokolenie starszymi od żołnierzy i marynarzy ostatniej wojny?”41.

Po bitwie pod Cuszimą obie strony konfliktu miały dobre powody, aby dążyć do zakończenia walk. Rosja znajdowała się na krawędzi rewolucji, car Mikołaj musiał trzymać najlepsze oddziały w rejonie Petersburga, aby nie dopuścić do powszechnej rewolty. Japonia sfinansowała działania wojenne dzięki zagranicznym pożyczkom, nieustannie borykała się jednak z ogromnym deficytem budżetowym, a bankierzy z Londynu i Nowego Jorku zaczęli przykręcać kran z pieniędzmi42. Kiedy Roosevelt oświadczył, że może odegrać rolę mediatora w rozmowach pokojowych w Portsmouth w stanie New Hampshire, oba walczące kraje niezwłocznie przystały na jego propozycję. Po długich, przepełnionych niepokojem negocjacjach Rosjanie zgodzili się oddać prawo dzierżawy Port Arthur i południową część Sachalinu, wycofać swe wojska z Mandżurii i uznać japońską dominację w Korei. Zdecydowanie jednak odmówili zapłacenia odszkodowania, czego Tokio żądało wcześniej jako sine qua non. W końcu japońscy negocjatorzy, poruszeni osobistym apelem Roosevelta i chcący uniknąć załamania się rozmów, zrezygnowali z domagania się rekompensaty. 5 września 1905 roku podpisano traktat pokojowy w Portsmouth.

Ugoda stanowiła triumf amerykańskiej dyplomacji. Za swój udział w doprowadzeniu do końca wojny Roosevelt otrzymał w 1906 roku Pokojową Nagrodę Nobla. Gdy jednak kilka godzin po podpisaniu traktatu wieści o nim dotarły transpacyficznym kablem telegraficznym do Tokio, naród japoński wybuchnął wściekłością wymieszaną z niedowierzaniem. Rozradowana wielkimi zwycięstwami wojsk lądowych i floty opinia publiczna, będąca pod wpływem wojowniczo nastawionej prasy, spodziewała się sutego zadośćuczynienia oraz opanowania całego Sachalinu. Kiedy okazało się, że nie będzie żadnej rekompensaty, a Rosja odda jedynie połowę wyspy, wielu Japończyków zaczęło podejrzewać, że mocarstwa zachodnie zjednoczyły się, żeby pozbawić ich zdobytych z trudem łupów. Amerykańska ambasada w Tokio została zaatakowana i podpalona przez awanturników niosących japońskie flagi przepasane czarnymi wstęgami43. Trzynaście chrześcijańskich świątyń zdemolowano, splądrowano lub doszczętnie spalono. Publicznie wzywano do zamordowania posłów, którzy podpisali pokój. Tłumy prowadzone przez orkiestry dęte maszerowały przez park Hibiya, wznosząc okrzyki: „Wojna musi trwać dalej!”44. Uzbrojony motłoch atakował i przewracał policyjne bariery, szturmowano i zajmowano komisariaty. Setki osób zostało aresztowanych45. Dwa dni później rozruchy dobiegły końca, ale w ich trakcie zginęło lub odniosło rany 1000 ludzi46.

Gwałtowna reakcja opinii publicznej pasowała do schematu, który nie zmienił się do 1941 roku. Podejrzewano, że zachodnia dyplomacja jest uwikłana w misterny spisek, mający na celu osaczenie, poskromienie i prześladowanie Japonii. Traktaty międzynarodowe były skrupulatnie analizowane, nie tylko przez elity władzy, ale też prasę i ogół społeczeństwa. Japończycy nie otrzymywali zbyt wielu prawdziwych i użytecznych informacji na temat świata rozciągającego się poza brzegami ich rodzimych wysp. Panowała tendencja do surowego krytykowania dyplomatów, ludzi dużo podróżujących, uczących się języków obcych oraz przyjmujących zachodni ubiór i zwyczaje. Nie ufano im i uważano ich za piątą kolumnę. Twierdzono, że znaleźli się pod wpływem zagranicy i nie są już prawdziwymi Japończykami. Żadna z tokijskich gazet nie informowała, że Rosja przerzuca posiłki do Mandżurii i wyraźnie woli kontynuować walkę niż przystać na całość żądań. Nie wspominano również, że Japonia znajduje się na krawędzi bankructwa. Szczerą ocenę japońskich ograniczeń rzadko przekazywano do publicznej wiadomości. Fakt ten stanowił element tragicznego schematu, który doprowadził do II wojny światowej.

Traktat z Portsmouth był wyjątkowo niepopularny, ale został ratyfikowany w Tokio. Być może niepokoje szybko by ucichły, gdyby nie kolejna prowokacja, która trafiła na nagłówki gazet rok później. Doszło do niej w San Francisco w Kalifornii w następstwie niszczycielskiego trzęsienia ziemi i pożaru w kwietniu 1906 roku. Zginęło wówczas około 3000 ludzi, a miasto przemieniło się w spopielone i zagruzowane pustkowie. Dwa tygodnie po kataklizmie lokalne kuratorium oświaty zarządziło, że dzieci pochodzenia japońskiego będą uczęszczały do odrębnej szkoły. Celem było sprawienie, by biali uczniowie „nie znaleźli się w sytuacji, w której wpływ na ich młodzieńcze myśli mogło mieć obcowanie z uczniami rasy mongoloidalnej”47. W rezultacie japońskie dzieci mieszkające w różnych częściach zrujnowanego miasta musiały wędrować ulicami pełnymi dymiących zgliszczy i chuliganów, zmierzając do „szkoły tylko dla Azjatów” w chińskiej dzielnicy.

Był to najnowszy afront w długiej kampanii wymierzonej przeciwko japońskim imigrantom w Kalifornii. Za rozwojem tego ruchu stali lokalni i stanowi politycy, szefowie związków zawodowych oraz zaciekle natywistyczna prasa. Niesławą okryła się zwłaszcza San Francisco Chronicle, która podjęła temat, aby osiągnąć przewagę nad głównym rywalem na rynku, Examinerem. W artykułach Chronicle wracano do problemu niemal codziennie, deklarując (między innymi), że „zagrożenie dla amerykańskich instytucji ze strony fali Japońców jest bez wątpienia widoczne dla każdego myślącego człowieka”. „Brązowi – ostrzegano – są złem w szkołach publicznych” i stanowią „zagrożenie dla amerykańskich kobiet”. Nagłówek z 1 marca 1905 roku brzmiał: „Nieczyste praktyki wschodu prowadzą do upodlenia i upokorzenia w następstwie niczym nieograniczonej imigracji”. Cztery dni później w artykule wstępnym napisano: „Japonia nie wysłała nam swych najlepszych ludzi, lecz najgorszych; śmiecie zebrane z powierzchni wrzącej wody jej nowego, narodowego życia. To ludzki materiał odpadowy, z którego sama nie ma pożytku”48.

Po trzęsieniu ziemi San Francisco stało się miejscem pogrążonym w beznadziei i bezprawiu. Lokalne władze nie miały zbyt wielu możliwości, aby powstrzymać epidemię grabieży, rabunków, bandytyzmu i rozruchów. Japońska dzielnica (Nihonjinmachi) została zniszczona w czasie klęski żywiołowej. Tysiące pobawionych dachu nad głową uchodźców musiały przenieść się do innych części miasta, napotykając tam wrogo nastawionych białych, którzy również utracili domy. Podejrzewano, że władze miejskie i policja po cichu przyzwalają na antyjapoński pogrom. Japończyków ścigano i bito na ulicach, a w okna ich mieszkań rzucano kamieniami. Należące do nich przedsiębiorstwa oklejano afiszami z przestrogą: „Biali mężczyźni i kobiety, kupujcie u własnej rasy”49.

Japonia przekazała na pomoc dla potrzebującego miasta 246 000 dolarów, więcej niż pozostałe kraje na świecie razem wzięte50. Wybitny japoński sejsmolog, który przybył z Tokio w celu podzielenia się wiedzą potrzebną przy odbudowie, został napadnięty na ulicy i pobity przez tłum.

Opisy wydarzeń w San Francisco znalazły się na pierwszych stronach tokijskiej prasy. Niektóre gazety posuwały się tak daleko, że sugerowały wysłanie zwycięskiej Nippon Kaigun z misją ratunkową. „Stany Zjednoczone szybko wybudzą się z marzeń o oporze, jeśli jeden z naszych wielkich admirałów pojawi się nagle po drugiej stronie Pacyfiku – oświadczono 22 października 1906 roku na łamach Hochi Shinbun. – Powinniśmy być gotowi, aby przez wzgląd na światową cywilizację ugodzić szatana w głowę żelaznym młotem”51. Tokijski rząd zwrócił się do administracji Roosevelta z gniewnym protestem, twierdząc, że działania podjęte w Kalifornii stanowią złamanie japońsko-amerykańskiego traktatu z 1894 roku. Sekretarz stanu Elihu Root podejrzewał, że Japończycy prowadzą tajne rozmowy z rządem Kolumbii, chcąc utworzyć bazę na kontynencie południowoamerykańskim52. Korespondent New York Sun w Tokio przekazał redakcji, że japońską opinię publiczną nieczęsto pobudzają wydarzenia mające miejsce daleko od ojczyzny, „jednak wykluczenie japońskich dzieci z publicznych szkół w Kalifornii boleśnie dotknęło ten kochający dzieci naród”53.

Prezydent Roosevelt był zdegustowany nie tylko zawstydzającym kraj troglodyckim zachowaniem Kalifornijczyków, ale też z powodu sprzeciwienia się jego planom rozbudowy floty przez większość reprezentantów tego stanu w Kongresie. Uważał, że czołowi politycy kalifornijscy w nierozsądny sposób prowokują Japonię, „a jednocześnie nie zamierzają podjąć kroków mających na celu zabezpieczenie się przed potężnym wrogiem, którego z beztroską bezczelnością antagonizują”54. Roosevelt wysłał jednego z członków rządu do San Francisco, żeby przekonał kuratorium oświaty do zmiany decyzji. Propozycja została jednak odrzucona. Na okładce Harper’s Weekly zamieszczono rysunek satyryczny przedstawiający San Francisco jako łobuza z procą w ręku; zasugerowano też, by Japonia otworzyła szkołę manier dla białych Kalifornijczyków55. „Poglądy panujące na wybrzeżu Pacyfiku – napisał prezydent do Lodge’a – są tak głupie, jak gdyby stanowiły wytwór umysłu Hotentota”56.

W ostrej, liczącej ponad 1200 słów corocznej odezwie do Kongresu Roosevelt skrytykował decyzję o segregacji, nazywając ją „nikczemnym absurdem”, wprowadzonym przez „niewielką grupę szkodników”. Japończycy, oświadczył, „w jedno pokolenie zdobyli przywilej stania w jednym szeregu z przodującymi i najbardziej oświeconymi narodami Europy i Ameryki. Dzięki swym zaletom i wysiłkom zyskali prawo, żeby traktować ich na zasadach pełnej i szczerej równości”. Dodał też: „Możemy nauczyć się od Japonii równie wielu rzeczy, co Japonia od nas; żaden naród nie jest gotowy, aby nauczać inne, jeśli sam nie ma zamiaru się uczyć”57.

Uparte starania dyplomatyczne prezydenta doprowadziły do podpisania w 1907 roku „Dżentelmeńskiej Ugody”: władze San Francisco zgodziły się znieść segregację w szkołach w zamian za japońską obietnicę ograniczenia emigracji do Stanów Zjednoczonych58. W czasie negocjacji kilkakrotnie jednak następował wybuch paniki, pojawiały się bowiem przypuszczenia, że wojna jest bliska. W Panamie kontynuowano prace w szaleńczym tempie, lecz kanał miał zostać ukończony dopiero w 1914 roku. Główne siły US Navy, chcąc dotrzeć do San Francisco, musiały pokonać 20 000 kilometrów, odbywając wyczerpujący rejs wokół przylądka Horn; bazująca w Jokohamie japońska flota znajdowała się dwa razy bliżej59. Czy zamierzała uderzyć teraz, gdy kanał nie jest jeszcze gotowy, a Amerykanie są bezsilni? Krążyły plotki, zwłaszcza w gazetach należących do Williama Randolpha Hearsta, że: japońską flotę dostrzeżono u wybrzeży; japońska tajna baza budowana jest na Aleutach; japońskie poselstwo próbuje zawiązać wymierzony w Stany Zjednoczone sojusz z Meksykiem; miejscowe kobiety japońskiego pochodzenia odgrywają rolę „maszyn do rodzenia” w powolnym, lecz pewnym planie podboju demograficznego, zapewniając potomstwu możliwość zdominowania regionu. W tanich powieściach pojawił się motyw „żółtego niebezpieczeństwa”, szokującego scenariusza, w którym hordy Azjatów najeżdżają zachodnie wybrzeże kraju i spychają białych na wschód od Gór Skalistych60.

Roosevelt ze wszystkich sił próbował zażegnać kryzys i w swych staraniach nie był całkiem nieskuteczny. Nie ma jednak wątpliwości, że w jego opinii Japonia stanowiła zagrożenie. „Robiłem, co mogłem, by uprzejmie postępować z Japończykami – napisał później – i w końcu zdałem sobie sprawę z niewygodnej prawdy o bardzo trudno dostrzegalnym, pełnym zawoalowanej agresji podtekście w ich wiadomościach dotyczących wydarzeń z wybrzeża Pacyfiku. Ostatecznie zrozumiałem też, że myślą, iż się ich boję”61. Stawką było coś więcej niż bezpieczeństwo Kalifornii. Hawaje, oddalone od Japonii niewiele bardziej niż od Ameryki Północnej, stanowiły dom dla dużej i wciąż rosnącej społeczności japońskich imigrantów. Guam, nieufortyfikowany i bezbronny, leży 9300 kilometrów od San Francisco i zaledwie ćwierć tego dystansu od Japonii. Filipiny, archipelag około 7000 wysp o łącznej długości wybrzeża porównywalnej ze Stanami Zjednoczonymi, znajdują się na południe od Japonii. Nippon Kaigun mogła z łatwością zablokować Manilę, rozgromić stacjonującą tam słabą amerykańską Flotę Azjatycką, a następnie wysadzić siły inwazyjne na jednej z tysiąca plaż najważniejszej wyspy Luzon. „Filipiny są naszą piętą achillesową”, powiedział Roosevelt w sierpniu 1907 roku do sekretarza wojny Tafta62. Była to trafiona analogia – w każdym szczerym opracowaniu z zakresu wojskowości i strategii stwierdzono, że wyspy szybko padną w obliczu zdeterminowanego japońskiego desantu.

Zmagający się z różnymi komplikacjami i przeciwnościami Roosevelt chciał utrzymywać kryzys w stosunkach z Japonią pod kontrolą przynajmniej do zakończenia prac w Panamie. Obmyślił więc plan wysłania głównych sił US Navy w rejs dobrej woli dookoła świata. Lodge’owi wyznał, że jeśli wybuchnie wojna z Tokio, marynarka „będzie musiała nauczyć się wielu rzeczy o wysyłaniu floty na Pacyfik”. Ćwiczebna wyprawa dałaby jej szansę na wykrycie „wszelkich pomyłek, błędów i niedociągnięć w okresie pokoju, a nie wojny”63. Wielka Biała Flota (nazwana tak, ponieważ jej okręty pomalowano na biało) miała składać się z 16 pancerników i sporej liczby jednostek pomocniczych, obsadzonych łącznie przez około 18 000 ludzi. Pod względem technicznym i logistycznym było to wymagające i bezprecedensowe przedsięwzięcie; żaden kraj nigdy nie wysłał całej swej marynarki na wyprawę dookoła świata.

16 grudnia 1907 roku flota wypłynęła z Hampton Roads. Załogi zebrały się przy relingach, zagrały orkiestry. Oddano też salwę z 21 dział na cześć Roosevelta, obserwującego to wydarzenie z prezydenckiego jachtu Mayflower. „Widzieliście kiedyś taką flotę? – spytał Roosevelt. – Czyż nie jest wspaniała? Czyż nie powinna rozpierać nas duma?”64. Długa linia okrętów rozciągnęła się na morzu na ponad 10 kilometrów. Flota opłynęła przylądek Horn i zawinęła do kilku portów na wybrzeżu Pacyfiku, w tym do Jokohamy. W Tokio amerykańscy oficerowie zostali przyjęci przez cesarza w jego pałacu. W czasie trwającego czternaście miesięcy rejsu okręty dotarły do sześciu kontynentów, wracając do kraju przez Kanał Sueski i Morze Śródziemne. W pewnej amerykańskiej gazecie pojawiła się karykatura ukazująca jeden z pancerników jako samego Roosevelta – twarz prezydenta tworzyła dziób, rondo jego kapelusza było pokładem dziobowym, a otwarte usta pochłaniały morze. Flota przemierzyła ponad 70 000 kilometrów i zakończyła wyprawę na kilka dni przed opuszczeniem przez Roosevelta Białego Domu. Raz jeszcze prezydent obejrzał ją z pokładu Mayflower; ponownie każda z jednostek oddała na jego cześć salwę z 21 dział. W przemowie wygłoszonej później na pokładzie okrętu flagowego Roosevelt pogratulował oficerom i marynarzom: „To pierwsza flota wojenna, która odbyła rejs dookoła świata. Ci, którzy dokonają tego wyczynu w przyszłości, jedynie pójdą w wasze ślady”65. Wyprawa pokazała, że „Pacyfik stanowi dla nas wody terytorialne w równie wielkim stopniu co Atlantyk”, dodał66.

* * *

W styczniu 1914 roku przez Kanał Panamski przepłynął pierwszy okręt. W lipcu Europa pogrążyła się w Wielkiej Wojnie. W grudniu Alfred Thayer Mahan zmarł w swym łóżku w wieku 74 lat.

W tym czasie przyszli admirałowie wojny na Pacyfiku kończyli trzecią dekadę życia lub zaczynali czwartą. Dosłużyli się już stopnia porucznika lub komandora porucznika. Ponieważ uznano, że są przeznaczeni do pełnienia najwyższych stanowisk, zostali wysłani do Naval War College w Newport. Tam mieli studiować, debatować i sporządzać plany przyszłych wojen na morzu. Scenariusze rozgrywano na planszach rozkładanych na stołach: modele okrętów reprezentowały walczące floty, a rzuty kostką decydowały o wynikach bitew. Mówiono, że duch Mahana nawiedza uczelnię. Podczas gier zakładano, że punktem zwrotnym zbliżającego się konfliktu będzie starcie pancerników na zachodnim Pacyfiku – archetypowa „decydująca bitwa” Mahana.

„Plan Wojenny Orange”, sporządzony przez Amerykanów na wypadek wojny na Pacyfiku, zakładał, że „Orange” (taki kryptonim przyznano Japonii) zaatakuje znienacka i odniesie ogromne sukcesy, zajmując Filipiny, Guam i być może Hawaje. Ustalono, że mała amerykańska Flota Azjatycka, stacjonująca w zatoce Subic na Filipinach, zniszczy infrastrukturę nabrzeżną i wszelkie zapasy, których nie będzie mogła wziąć ze sobą, po czym wycofa się na bezpieczniejsze wody67. W przeciągu tygodnia od wybuchu wojny główne siły US Navy, znajdujące się najprawdopodobniej u wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych, miały wypłynąć w morze, rozpoczynając wielką, zwycięską i wyzwoleńczą wyprawę. Po przekroczeniu Kanału Panamskiego przemierzyłyby niekończące się pustkowia środkowego Pacyfiku, raz na jakiś czas zatrzymując się w lagunach odludnych atoli, żeby uzupełnić paliwo i zapasy. Dotarłszy kilka miesięcy później na zachodni Pacyfik, flota wytropiłaby i zniszczyła główne siły Nippon Kaigun. Następnie zwycięscy Amerykanie dokonaliby blokady Wysp Japońskich, dławiąc handel wroga i zmuszając go do kapitulacji.

Braki tego planu były doskonale widoczne. Biała Flota Roosevelta pokazała jedynie, że pancerniki są w stanie opłynąć świat w pokojowym rejsie dobrej woli. Uczynienie tego samego w czasie wojny, z nadzieją na pokonanie potężnych japońskich sił na ich rodzimych wodach, stanowiło zupełnie odmienne zadanie. Ówczesny pancernik w optymalnych warunkach mógł utrzymać stałą prędkość na poziomie 10-12 węzłów. Wzdłuż trasy przemierzanej przez flotę musiano posiadać sieć dobrze zaopatrzonych i odpowiednio bronionych stacji bunkrowych. W miarę spędzania kolejnych tygodni na morzu rosłoby zmęczenie ludzi i materiałów. Zapewne doszłoby do pogorszenia się sprawności i morale załóg. Zbliżając się do strefy działań wojennych, flota musiałaby nieustannie zachowywać ogromną czujność, aby nie paść ofiarą ataku z zaskoczenia. W każdej chwili oficerowie i marynarze, z niewielkim lub żadnym wyprzedzeniem, mogli zostać wezwani do walki w rozstrzygającej bitwie, do stoczenia której przebyli niezwykle długą drogę. Starliby się z nieprzyjacielską flotą, która czekałaby na właściwy moment do uderzenia, pozostając niedaleko swych głównych baz z wypoczętymi załogami i okrętami w dobrym stanie technicznym. „Plan Wojenny Orange” zdawał się powtarzać fatalny w skutkach rejs rosyjskiej floty admirała Rożestwienskiego w 1905 roku. Kto mógł z pełnym przekonaniem powiedzieć, że wprowadzenie go w życie zakończy się odmiennym rezultatem?

Jedynie mała grupa obrazoburców domyślała się, że samoloty i okręty podwodne zmienią wszystkie reguły wojny morskiej, pod koniec lat 30. pancerniki będą mniej niż bezużyteczne (z uwagi na pochłaniane przez nie zasoby pieniężne i ludzkie), a trzy dogmaty Mahana prędko się zestarzeją. Wielka Wojna pozwoliła przelotnie dostrzec przyszłość. Niemieckie U-Booty pokazały, że okręty podwodne są w stanie zagrozić morskim liniom zaopatrzeniowym. Działania w Europie dały pewien wgląd w przyszłe możliwości lotnictwa. Zanim wojna dobiegła końca, Brytyjczycy dowiedli, że samoloty mogą startować z okrętów i na nich lądować. Bitwa jutlandzka, największe starcie morskie konfliktu, nie potwierdziła teorii Mahana, choć nie zaprzeczyła im też całkowicie. Żadna z lekcji wyniesionych z I wojny światowej nie była w stanie położyć kresu kultowi pancerników. Jego wyznawcy przeważali na najwyższych szczeblach hierarchii we wszystkich najważniejszych marynarkach wojennych świata aż do pierwszych salw następnego konfliktu.

* * *

W 1912 roku Teddy Roosevelt próbował odzyskać prezydenturę, startując w wyborach z ramienia Partii Postępowej, lecz nie osiągnął sukcesu. Przeszedł na polityczną emeryturę, aby zająć się pisaniem, wygłaszaniem przemów i walką o swe ulubione sprawy. Jak wcześniej, twierdził, że przyjazne i pokojowe relacje z Japonią powinny być dla Stanów Zjednoczonych „jedną z kluczowych reguł polityki zagranicznej”68. Wrócił do promowania tych samych lekarstw, które przepisywał podczas kalifornijskiego kryzysu szkolnego w 1906 roku: łagodnego i pochlebczego traktowania Japończyków w nadziei na ukojenie ich delikatnego honoru narodowego; unikania niepotrzebnych prowokacji, zarówno w Kalifornii, jak i w Azji, a także ciągłego zachowywania gotowości, żeby w razie potrzeby szybko przerzucić główne siły US Navy na zachodni Pacyfik. Roosevelt wciąż podejrzewał, że Japończycy są „zdeterminowani, by uzyskać status czołowej potęgi na Pacyfiku”69. Twierdził, że choć wojna jest może nieunikniona, amerykańska polityka zagraniczna powinna mieć na celu jak najdłuższe odraczanie dnia jej wybuchu. Filipiny były w dużej mierze bezbronne i sytuacja ta nie mogła się zmienić, nawet gdyby w jakiś sposób udało się skłonić Kongres do wydania na ich zabezpieczenie dziesiątków milionów dolarów. Jedyną nadzieję na zapobiegnięcie japońskiej agresji stanowił środek odstraszający w postaci silnej floty. Roosevelt raz po raz wracał, niemal wpadając we wściekłość, do tematu „gotowości morskiej”. „Gotowość” była jednym z jego ulubionych haseł przewodnich. Sam ukuł ten termin i używał go bez przerwy w przemowach, listach i artykułach. Marynarka wojenna to prawa ręka kraju, pisał na łamach New York Times, „i biada nam, jeśli pozwolimy, aby zaczęła drżeć czy wręcz stała się zwiotczała i niesprawna”70. Podkreślał, że jeśli Amerykanie nie przygotują się do wojny, będzie ich czekało „gorzkie przebudzenie”, i dodawał: „Ufam jednak, że gdy ono nadejdzie, naród będzie pamiętał, jakich nierozumnych filantropów, tchórzliwych kongresmenów i innych urzędników państwowych jest to wina”71.

W 1913 roku Woodrow Wilson, objąwszy urząd prezydenta, mianował na stanowisko zastępcy sekretarza marynarki wojennej 31-letniego byłego senatora z Nowego Jorku Franklina Delano Roosevelta. Franklin był kuzynem piątego stopnia Theodore’a i poślubił jego bratanicę Eleanor (w 1905 roku Teddy Roosevelt poprowadził pannę młodą do ołtarza). Franklin wprawdzie należał do Partii Demokratycznej i współpracował z prezydentem, który właśnie pokonał Theodore’a w ogólnokrajowych wyborach, ale był także zatwardziałym marynistą i uczniem Mahana. Co ciekawe, na piętnaste urodziny otrzymał od Teddy’ego egzemplarz Wpływu potęgi morskiej na historię. Według jego matki chłopiec „praktycznie nauczył się książki na pamięć”72. Pełniąc urząd zastępcy sekretarza, FDR zajmował się codziennymi sprawami marynarki, tak jak TR na tym samym stanowisku w administracji McKinleya.

W maju 1913 roku Theodore napisał do młodego krewnego, gratulując mu nowej posady i przekazując nieproszone porady. Nigdy nie pozwól na podzielenie floty między Pacyfik i Atlantyk, ostrzegał, zaznaczając: „Nie przewiduję problemów z Japonią, ale jeśli już do nich dojdzie, stanie się to niespodziewanie”73.

Były to prorocze słowa, choć wypowiedziane z 28-letnim wyprzedzeniem. Kiedy w pogodny hawajski poranek w 1941 roku nadeszło „gorzkie przebudzenie”, było ono tak gwałtowne, jak mogli sobie wyobrazić wyłącznie najwięksi pesymiści. Franklin, który poszedł w ślady Theodore’a, piastując stanowiska zastępcy sekretarza marynarki wojennej i gubernatora Nowego Jorku, pełnił wtedy od dziewięciu lat urząd prezydenta. Pancerniki Floty Pacyfiku, jak gdyby ironicznie wypełniając regułę koncentracji Mahana, stały zacumowane w dwóch rzędach w East Loch w Pearl Harbor, dziób przy rufie i burta przy burcie, niczym konie zaprzęgnięte do dyliżansu. Nie były jednak przygotowane.

Wojna to tao podstępu.

Dlatego też, planując atak, udawaj bezczynność.

Kiedy jesteś blisko, staraj się sprawiać wrażenie, że jesteś daleko.

Gdy jesteś daleko, stwórz iluzję bycia blisko.

Jeśli wróg jest skuteczny, przygotuj się.

Jeśli jest silny, unikaj go.

Jeśli jest rozzłoszczony, podburzaj go.

Jeśli jest arogancki, zachowuj się lękliwie, by zachęcić go do jeszcze większej arogancji.

Jeśli jest wypoczęty, zmuś go do wysiłku.

Nacieraj, kiedy się tego nie spodziewa.

Atakuj go, gdy jest nieprzygotowany.

Sun-Zi, Sztuka wojny

Chiny, IV wiek przed Chr.

ROZDZIAŁ I

Mieszkańców Oahu nierzadko budził huk dział, bomb i nisko przelatujących samolotów. Wyspa była wypełniona bazami wojskowymi, a ćwiczenia z ostrą amunicją stanowiły codzienność. Na początku 1941 roku, gdy niebezpieczeństwo wybuchu wojny zdawało się rosnąć, siły zbrojne zaczęły przeprowadzać „symulowane ćwiczenia bojowe”: pozorowane bitwy, w których US Army mierzyła się z US Navy, Navy z Marines, a Marines z Army. Zużywano wówczas ogromne ilości amunicji, a lekkie domy o drewnianym szkielecie dygotały jak podczas trzęsienia ziemi. Kiedy więc na krótko przed godziną 8 rano w pierwszą niedzielę grudnia 1941 roku rozległ się dobrze znany hałas, większość mieszkańców zakryła sobie uszy poduszkami lub zabrała się za parzenie kawy, czytanie komiksów i słuchanie radia, próbując ignorować odległy łomot spadających bomb, głębokie dudnienie baterii przeciwlotniczych i ledwo słyszalny terkot karabinów maszynowych.

Wkrótce jednak stało się jasne, że nie są to zwykłe ćwiczenia. Podłogi się trzęsły, okna grzechotały w futrynach, samoloty przelatywały nisko, a łuski po pociskach wystrzelonych z kaemów spadały na dachy niczym grad. W Honolulu cywile wyszli z domów, wielu wciąż miało na sobie piżamy i koszule nocne. W mieście dało się słyszeć wybuchy, a nad King Street w dzielnicy McCully uniosły się kłęby dymu. Zawyły syreny, a na zachodzie, nad Pearl Harbor i Hickam Field, pojawiła się gigantyczna, sięgająca na wysokość kilkuset metrów czarna i oleista chmura. Spojrzawszy w górę, obserwatorzy zobaczyli niewielką flotyllę bombowców nurkujących, zataczających na wysokim pułapie niedbałe ósemki. Co jakiś czas grupa maszyn zwierała szyki, tworząc uporządkowaną, gotową do ataku formację. Potem samoloty jeden po drugim zaczynały oddzielać się od reszty i podchodzić do bombardowania z lotu nurkowego.

Widownia była pod wrażeniem: lotnicy urządzili wspaniałe przedstawienie. Dwunastoletni Dan Kong, wciąż w piżamie, powiedział do brata: „Wow, spektakularne manewry”. Chłopcy wspięli się na awokado rosnące na podwórzu ich domu, żeby móc lepiej wszystko dostrzec74. „Musiałem przyznać, że wyglądało to bardzo realistycznie”, wspominał inny cywil75. Marynarz znajdujący się w Pearl Harbor uznał, że są to „najlepsze cholerne ćwiczenia wykonane kiedykolwiek przez Army Air Forces”76. Sądzono, że gęsty dym unoszący się nad Pearl Harbor pochodzi z „bomb dymnych”77. Burmistrz Honolulu Lester Petrie założył, że jest to „ćwiczebna zasłona dymna”. Dodał też: „Stwierdziłem, że do doskonała demonstracja”78.

Cztery minuty po godzinie 8 radio KGMB przerwało tradycyjną w niedzielny poranek audycję, w czasie której nadawano na żywo muzykę organową z kościoła baptystów w Waikiki. Prezenter Webley Edwards odczytał krótkie oświadczenie nakazujące wszystkim członkom personelu wojskowego powrót do baz i na stanowiska. Potem wznowiono normalny program, lecz przerywano go co kilka minut. W kolejnych komunikatach wezwano do pracy strażaków, lekarzy i ratowników. O 8.40 Edwards ponownie zwrócił się do słuchaczy: „Przerywamy audycję, aby przekazać państwu ważną wiadomość. Prosimy o uwagę. Wyspa została zaatakowana. Powtarzam, wyspa została zaatakowana przez siły wroga”79. Sceptyczni słuchacze nie chcieli uwierzyć, że to prawdziwa informacja; uznali ją za kolejny element niezwykle sugestywnego alarmu ćwiczebnego. Niektórzy pamiętali panikę, która wybuchła trzy lata wcześniej w następstwie audycji Wojna światów Orsona Wellesa. Krótko przed godziną 9 Edwards wrócił na antenę. Drżącym głosem poprosił, aby mu uwierzono: „To nie manewry. Siły japońskie atakują wyspę. To się dzieje naprawdę!”80.

Nawet doświadczeni wojskowi mieli problemy z uwierzeniem w to, co widzieli. Później przyznawali, że gdy trwało uderzenie, czuli się oszołomieni i zdezorientowani. Myśl, że trwa prawdziwy nalot, dochodziła do nich powoli. W relacjach naocznych świadków raz po raz powtarza się motyw opóźnionego zrozumienia sytuacji. Samolot się zbliża („Dlaczego lecą tak nisko?”81). Rozmieszczone na lądzie amerykańskie działa przeciwlotnicze otwierają ogień w stronę intruza („Dlaczego chłopcy strzelają do tego samolotu?”). Spada bomba („Co za głupi, niedbały pilot nie zabezpieczył urządzeń zwalniających”82). Następuje wybuch („Tym razem ktoś naprawdę zawalił. Przez przypadek załadowali prawdziwe bomby”83). Samolot wznosi się w górę i widoczne stają się japońskie insygnia wschodzącego słońca pod skrzydłami („Mój Boże! Naprawdę poszli na całość! Namalowali nawet wschodzące słońce!”84). Jeden z amerykańskich okrętów eksploduje („Co to za ćwiczenia?”85). Nawet wtedy nie wszyscy chcieli uwierzyć, że zaczęła się wojna. Dowodzący krążownikiem lekkim komandor A.L. Seton zgadywał początkowo: „To zapewne pojedynczy, oszalały japoński pilot, który w jakiś sposób dotarł do Pearl i teraz będzie miał kłopoty zarówno ze swoją marynarką, jak i z naszą”86.

Na ulicy przy budynku YMCA w centrum Honolulu marynarze wciskali się do autobusów, małych busów, taksówek i prywatnych samochodów. Wojskowe ciężarówki przejeżdżały z rykiem głównymi szosami, na ich pakach tłoczyli się „uzbrojeni, spoglądający w niebo żołnierze w hełmach”87. W stronę pożarów, jakie wybuchły w różnych częściach miasta, pędziły wozy strażackie, jednostki ratunkowe i policjanci na motocyklach. Wyły syreny i rozlegał się pisk opon na bruku. Nikt nie zwracał uwagi na ograniczenie prędkości. Na dwupasmowej asfaltowej drodze wiodącej do Pearl Harbor, wspominał komandor porucznik Lawson Ramage, „każdy pojazd, jaki tylko można sobie wyobrazić, był wyładowany marynarzami. Wszystkie: autobusy, taksówki i inne, próbowały jak najszybciej tam dotrzeć”88. Dla wielu świadków pierwsze potwierdzenie faktu, że naprawdę trwa atak, nadeszło, gdy wiozące ich samochody zostały ostrzelane przez lecące nisko samoloty wroga. „Usłyszeliśmy coś, co brzmiało jak stukot klawiszy maszyny do pisania – relacjonował Larry Katz, jadący w taksówce z kilkoma innymi marynarzami. – Popatrzyłem przez tylną szybę (…) i zobaczyłem samolot lecący nad szosą, strzelający spod skrzydeł albo z silnika. Pociski smugowe leciały w stronę samochodów, w tym naszego”89. Cywilny elektryk Jack Lower znajdował się wraz z paroma mężczyznami na otwartej pace ciężarówki. Za każdym razem, gdy nieprzyjacielski samolot zbliżał się z zamiarem ostrzelania pojazdu, pasażerowie uderzali pięściami w dach kabiny; wówczas kierowca hamował gwałtownie i wszyscy wyskakiwali, kryjąc się wśród rosnących przy drodze zarośli. Gdy wroga maszyna odlatywała, wracali do ciężarówki i ruszali dalej90. Porucznik marynarkiClarence Dickinson zobaczył iskry odpryskujące od bruku tuż przed samochodem, którym podróżował jako pasażer. Kilka chwil później pojazd znajdujący się z przodu został trafiony serią z działka kal. 20 mm. „Sedan zatrząsł się od uderzeń pocisków, po czym okryła go chmura żółtego pyłu – napisał później Dickinson. – Patrzyliśmy, jak samochód pędzi szaleńczo, podskakując, na przebitych oponach (…). Zdążyłem zauważyć, że wzdłuż karoserii widnieją małe dziury, wielkości kropli deszczu, przypominające szwy”91.

O godzinie 8.10, zaledwie 15 minut po tym, jak pierwsze bomby i torpedy trafiły w cumujące w Pearl Harbor jednostki, główne siły Floty Pacyfiku były zneutralizowane. Wzdłuż wschodniego krańca wyspy Ford, w tak zwanej Alei Pancerników (Battleship Row), stały zdruzgotane, płonące i osmolone okręty. Ich maszty i nadbudówki nachylały się nad wodami portu pod kątem 45 stopni. Nad ugodzonymi jednostkami unosiły się tak wielkie kłęby czarnego dymu, że obserwatorzy nie byli w stanie stwierdzić, która została trafiona. California w połowie zatonęła, jej stępka spoczywała na dnie, a w kadłubie widniała dziura od wybuchów japońskich torped. Zdewastowana West Virginia płonęła, na pokrywającej ją zwęglonej farbie pojawiały się pęcherze, a z trafionej lewej burty wydobywały się ogromne kłęby dymu. Maryland i Tennessee znajdowały się w lepszym stanie, obydwa były jednak unieruchomione przy dalbach i niezdolne do działania. Ugodzona kilkoma torpedami Oklahoma obróciła się praktycznie do góry dnem, bo aż o 150 stopni; jej długa stępka skierowała się ku niebu.

Magazyn dziobowy pancernika Arizona