Pacyfik. Zwycięska fala. Walki na wyspach Oceanu Spokojnego 1942-1944 - Ian W. Toll - ebook
NOWOŚĆ

Pacyfik. Zwycięska fala. Walki na wyspach Oceanu Spokojnego 1942-1944 ebook

Ian W. Toll

0,0

Opis

Niniejsza książka w pierwszorzędny sposób przedstawia środkowy etap wojny na Pacyfiku – okres między połową 1942 a połową 1944 roku. Wtedy to równoległe alianckie ofensywy na północ i południe od równika na kształt „zwycięskiej fali” zalały rozległe wyspiarskie imperium Japonii, doprowadzając do nieodwracalnej strategicznej klęski Tokio na Marianach. Były to największe, najkrwawsze, najkosztowniejsze i najbardziej skomplikowane pod względem logistycznym kampanie morsko-lądowe w historii. W ich trakcie doszło do gorzkich sporów między rodzajami amerykańskich sił zbrojnych. Zostawiły one rany, jakich nie zdołało zagoić nawet zwycięstwo.

 

 

 

Te lata i kampanie, choć często przeoczane, zadecydowały o rezultacie wojny na Pacyfiku. Sceny walk w powietrzu, na morzu i w dżungli, kreślone przez Iana W. Tolla, są wprost porywające. Autor zabiera czytelnika na rady wojenne w Waszyngtonie i Tokio, gdzie zderzały się ze sobą kwestie polityki i strategii. Przedstawia też wysiłki w celu zmobilizowania przemysłu wojennego, co stanowiło sekret alianckiego sukcesu. Opartą na dogłębnych badaniach opowieść ożywiają i ubarwiają relacje z pierwszej ręki – listy, dzienniki, raporty czy wspomnienia. To one stanowią źródło istotnych detali, trafnych ocen i przenikliwych spostrzeżeń, jakie można znaleźć na kartach tej monumentalnej historii.

 

 

 

Niniejszy tom, stanowiący kontynuację Pacyfiku. Próby ognia, „niezwykle wciągającej, dramatycznej opowieści” (San Francisco Chronicle), jest drugą częścią trylogii będącej pierwszą od ćwierćwiecza historią całej wojny na Pacyfiku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 1126

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

The Conquering Tide: War in the Pacific Islands, 1942-1944

© Copyright 2016 Ian W. Toll

© All Rights Reserved

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo Napoleon V

Oświęcim 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

Tłumaczenie:

Maciej Balicki

Redakcja:

Michał Swędrowski

Korekta:

Rafał Mazur

Redakcja techniczna:

Michał Swędrowski

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt: [email protected]

Numer ISBN: 978-83-8418-742-5

UWAGI I PODZIĘKOWANIA

Dekadę temu, gdy rozpoczynałem długą pracę obejmującą zbieranie materiałów na potrzeby wielotomowej historii wojny na Pacyfiku, musiałem przezwyciężyć dręczące mnie wątpliwości. Wystarczy spędzić kilka minut w każdej większej księgarni czy bibliotece, by przypomnieć sobie, jak ogromna jest literatura historyczna dotycząca II wojny światowej. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie najnowszy cykl wydawniczy, powiedzmy tytuły opublikowane po 1990 roku, to na półkach i tak jest wystarczająco dużo książek, aby zająć najbardziej zapalonego miłośnika historii na całe życie. Czy możliwe jest, zadawałem sobie pytanie, dodać jeszcze coś użytecznego do morza atramentu poświęconego II wojnie światowej?

Gdy zacząłem brodzić po szyję w tym metaforycznym morzu, moje obawy szybko zniknęły. Zastąpiło je rosnące przeświadczenie, że moja sprawa jest sprawiedliwa. Literatura dotycząca II wojny światowej, choć bez wątpienia olbrzymia, cechuje się uderzającymi dysproporcjami. Niektóre aspekty wielkiego konfliktu opisano niemal wyczerpująco, inne z kolei są zaskakująco zaniedbane. Badania nad alianckim naczelnym dowództwem tak naprawdę nigdy nie doprowadziły do powstania przekonującej, kompleksowej relacji z jego rozważań i decyzji wpływających na teatr działań wojennych na Pacyfiku. Sprzymierzeni uczynili regułę „najpierw Europa” podstawą swej globalnej strategii – zgodzili się uznać nazistowskie Niemcy za głównego wroga, którego należało pokonać w pierwszej kolejności. Amerykanie nigdy nie mogli sobie jednak pozwolić na drugorzędne traktowanie Pacyfiku. Kluczowa rola odegrana przez admirała Ernesta J. Kinga, stosunkowo słabo znanego człowieka, który w czasie wojny stał na czele US Navy i doprowadził do przeprowadzenia wczesnej ofensywy na Oceanie Spokojnym wbrew obiekcjom praktycznie wszystkich liczących się osób, jest z różnych powodów niedostrzegana lub niedowartościowywana. Panuje tendencja (ktoś mógłby stwierdzić, że charakterystyczna dla całej historii wojskowości) do traktowania kampanii lądowych jako „głównego wątku”, przy jednoczesnym degradowaniu operacji morskich do statusu podgatunku, którym powinni zajmować się specjaliści. W przypadku wojny na Pacyfiku skłonność ta dokonała poważnych szkód. Aby to zrozumieć, wystarczy spojrzeć na mapę Oceanu Spokojnego: wojna przeciwko Japonii była prowadzona w przeważającym stopniu na morzu i w powietrzu, a kwestia zniszczenia nieprzyjacielskiej floty stanowiła podstawowy problem strategiczny. Podbijanie wysp nigdy nie było celem samym w sobie. W sytuacji gdy wyspa zajęta przez przeciwnika nie posiadała żadnej wartości, po prosto ją omijano, a jej obrońców zostawiano w spokoju, żeby „stopniowo wymarli”. Wyspecjalizowane siły inwazyjne schodziły na brzeg tylko wtedy, gdy potrzebowano nowej bazy morskiej lub lotniczej. Pasy startowe budowano, wycinając dżunglę, a porty tworzono, wysadzając skały koralowe. Dzięki temu flota i lotnictwo posuwały się na zachód, zyskując możliwość zgromadzenia sił przed kolejnym uderzeniem. Kampanii morskiej należy się centralne miejsce w każdej historii wojny na Pacyfiku, o czym nie zapominałem w swojej pracy.

Zwycięska fala to drugi z planowanych trzech tomów historii wojny na Pacyfiku. Kontynuuje on opowieść z Próby ognia, przedstawiającej pierwsze sześć miesięcy konfliktu, od zaskakującego uderzenia Japończyków na Pearl Harbor do niszczycielskiego ciosu zadanego przez Amerykanów w bitwie o Midway. Tematem niniejszego tomu jest środkowa część wojny, czyli okres od połowy 1942 do połowy 1944 roku. To wówczas dwie równoległe ofensywy Aliantów na północ i południe od równika zalały rozległe wyspiarskie imperium Tokio niczym „zwycięska fala”. Ich zwieńczenie stanowiła nieodwracalna strategiczna klęska Japonii na Marianach. Tak jak w poprzedniej książce, moim celem było włączenie w jedną opowieść wielu różnych i ostro kontrastujących ze sobą punktów widzenia: z alianckiej i japońskiej strony konfliktu, z dalekich tyłów i z frontu, z najwyższych szczebli przywództwa politycznego i wojskowego oraz z pokładów, okopów i kokpitów. Postawiłem sobie za cel przedstawienie całej historii wojny na Pacyfiku. Jest to niewątpliwie onieśmielające zadanie, nawet w trzech tomach liczących łącznie ponad 1500 stron. Jestem w stanie stwierdzić, że trylogia ta będzie pierwszą historią całego konfliktu na Oceanie Spokojnym od przynajmniej 25 lat, a także pierwszą wielotomową kroniką działań na morzu od czasu 15-tomowego dzieła Samuela Eliota Morisona z końca lat 40. i z lat 50. Od tamtej pory interesujący nas obszar badań uległ znacznemu wzbogaceniu. Otworzono nowe archiwa, nagrano lub opublikowano nowe wspomnienia, przetłumaczono nowe i stare japońskie źródła. Utalentowani pisarze i badacze po obu stronach Pacyfiku naświetlili różne aspekty wojny. Pośród kierowców na tej autostradzie przeważa jednak mentalność „trzymania się swojego pasa”. Coraz bogatsza i zróżnicowana literatura zaczęła stawać się niespójna i wyrywkowa. Wyraźny jest brak odpowiednio scalonych opowieści o całej wojnie na Pacyfiku.

W przypadku każdej wielkiej historycznej relacji oczywistym wyzwaniem jest oddanie sprawiedliwości szerokości, głębokości i złożoności tematu. Podejściem najrozsądniejszym (tak aby powstała książka najprostsza do zgłębiania i najłatwiejsza w pisaniu) jest przyjęcie odgórnej, podręcznikowej perspektywy i przedstawianie wszystkich ważnych wydarzeń w kolejności chronologicznej. Praca taka nie dodałaby jednak zbyt wiele do tego, co już posiadamy. Byłaby też pozbawiona kluczowego dla historii poczucia bezpośredniości, bliskości i napięcia. Alternatywą jest podejście epizodyczne: następujące po sobie „głębokie zanurzenia” w poszczególne wydarzenia lub motywy, wybrane w celu ukazania konkretnych aspektów szerszego tematu. Metoda taka w ogromnym stopniu opiera się na osobistych wspomnieniach, relacjach naocznych świadków, wymownych szczegółach oraz wnikliwych spostrzeżeniach obserwatorów i uczestników. Wykorzystuje techniki opowiadania historii znane z powieści, a nawet (czy mogę to powiedzieć?) filmów. Wymaga podjęcia skalkulowanej decyzji, aby zwracać dużą uwagę na jedne kwestie, a innymi zająć się pobieżnie lub całkowicie je pominąć. W związku z tym może stać się celem oskarżeń o przeoczenia bądź zaniedbania. Podejście epizodyczne, o czym mogą poświadczyć czytelnicy moich poprzednich książek, cechuje się także niepoprawną tendencją do wyjeżdżania poza tradycyjne pasy historii wojskowości, a nawet do kluczenia po całej szerokości szosy. Przyznaję się do winy. Spodziewam się też, że jutro znajdę się z powrotem w sądzie, żeby odpowiadać na znane mi już zarzuty identycznym co poprzednio tłumaczeniem.

Relacje z pierwszej ręki, jakie znalazły się w tej opowieści, pochodzą w mniej więcej równych częściach ze źródeł archiwalnych i opublikowanych. Opierałem się w dużym stopniu na przekazach ustnych, nagranych i zapisanych w ostatnich dekadach przez US Naval Institute oraz Uniwersytet Columbia. Analizując decyzje strategiczne i taktyczne, sięgałem po bezpośrednie świadectwa dowódców w raportach z działań, listach, dziennikach i sprawozdaniach. Szczegółowe załączniki na końcu większych raportów zapewniają niekiedy znacznie bardziej wnikliwą analizę (sposobu i przyczyn wygrania lub przegrania bitwy) od tej, jaką można znaleźć w literaturze historycznej. Tak jak w Próbie ognia, często korzystałem z opublikowanych zbiorów relacji ustnych, dzienników i listów. Szczególny nacisk położyłem na nieznane i trudniej dostępne relacje. Wiele z nich wydano w latach 40. lub 50., gdy ich autorzy byli w sile wieku, a ich wspomnienia wciąż były świeże. Pamiętnikarze stanowią grupę, do której przynależą z własnej woli. Zazwyczaj charakteryzują się wrodzonym talentem pisarskim, bystrymi opiniami, nieustraszoną szczerością i kpiącym poczuciem humoru. Mówią nam nie tylko o tym, jak toczono wojnę, ale też jak ją przeżywano. Ich autobiograficznym opowieściom należy się specjalne miejsce pośród świadectw historii, wiele zostało jednak zapomnianych lub nie cieszy się poważaniem.

Każda praca historyczna o tak olbrzymim zakresie musi stanowić, przynajmniej w pewnym sensie, syntezę najlepszych i najnowszych rezultatów badań naukowych w swej dziedzinie. W przypisach i bibliografii przedstawiłem najistotniejsze w mojej opinii publikacje. W miejscach, w których występują kontrowersje, starałem się jak najsprawiedliwiej zaprezentować sprzeczne punkty widzenia przed dodaniem własnych konkluzji.

***

PRAGNĘ PODZIĘKOWAĆ PERSONELOWI BibliotekiPrezydenckiej FDR, National Archives, Naval History and Heritage Command oraz Naval War College. Ronald Russell, były redaktor i webmaster Battle of Midway Roundtable (online na stronie www.midway42.org), ogromnie mi się przysłużył, przeglądając rękopis oraz szczegółowo komentując zarówno kwestie historyczne, jak i językowe. Z tego samego powodu pragnę gorąco podziękować mojemu przyjacielowi Floydowi Beaverowi, świetnemu redaktorowi i pisarzowi oraz naocznemu świadkowi kilku wydarzeń opisanych w niniejszej książce. Jim Hornfischer przeczytał maszynopis i przekazał mi cenne opinie. Jego następna praca, traktująca o Marianach, będzie lekturą obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych wojną na Pacyfiku. Moi przyjaciele Damian Smith, Lucy Walker, Andrew Maloney, Feyi Akindoyeni i Kate Deverall gościli mnie, gdy prowadziłem badania w Australii. Robyn Middleton wspaniałomyślnie odnajdywała dla mnie źródła w Australian War Memorial. Smith i Maloney zrobili więcej, niż od nich oczekiwałem, towarzysząc mi w wyprawie na Guadalcanal i Tulagi. W Japonii wsparcie i pomoc zapewniły mi następujące osoby, za co jestem im niezmiernie wdzięczny: Kiyohiko Arafune, Yukio Satoh, Susumu Shimoyama, Yukoh Watanabe, Naoyuki Agawa i wiceadmirał Yoji Koda (Japońskie Morskie Siły Samoobrony, w stanie spoczynku). Za pomoc z fotografiami i przy bibliografii dziękuję Christopherowi Keilmanowi. Raz jeszcze chcę też wyrazić wdzięczność wobec utalentowanej i oddanej Loren Doppenberg, która zajmowała się tworzeniem map.

Mogę z dumą oświadczyć, że Eric Simonoff, najpracowitszy człowiek w branży wydawniczej, jest wciąż moim agentem.

Mam dług wdzięczności wobec całego zespołu w W.W. Norton. Ryan Harrington i Mary Babcock odegrali kluczowe role w powstawaniu tej książki. Mój redaktor, Starling Lawrence, życzliwie pogodził się z moim haniebnym rekordem niedotrzymanych terminów. Jest dla mnie nieustannie cennym rzecznikiem, doradcą i przyjacielem.

PROLOG

Szukając niepewnie lądu pośród niezmierzonego błękitu południowego Pacyfiku, nawigatorzy wypatrywali unoszących się na wodzie liści lub orzechów kokosowych. Kierowali się w ślad za krążącymi im nad głowami ptakami. Zwracali uwagę na odległe chmury burzowe, które mogły unosić się nad wyspami schowanymi za horyzontem. Starali się nawet wywąchać coś z wiatru, ponieważ bardzo często, zwłaszcza w nocy lub we mgle, ziemię dało się wcześniej poczuć niż zobaczyć. Żadnego obszaru nie dotyczyło to w większym stopniu niż Wysp Salomona, cuchnącego, porośniętego dżunglą archipelagu, rozciągającego się ukośnie wzdłuż 800-kilometrowej osi kilka stopni na południe od równika, od Morza Koralowego do Wyspy Bougainville’a. Większe z jego wysp wydzielały zapach wilgotnej ziemi i gnijącej roślinności, docierający na odległość 15-30 kilometrów od brzegu.

Marynarze na statku zbliżającym się do źródeł tej osobliwej woni widzieli wyłaniające się stopniowo z mgły zbocza gór, nawet jeśli szczyty pozostawały ukryte pośród nieprzeniknionej warstwy chmur. Równiny i doliny, tworzące szachownicę o ciemniejszych i jaśniejszych odcieniach zieleni, rozpościerały się poniżej wzniesień. Wzdłuż brzegu dały się zauważyć zagajniki palmowe i namorzynowe bagna. W końcu oczom ludzi ukazywała się plaża, biała pozioma granica między bujną roślinnością wyspy i ciepłym, modrym morzem.

Archipelag zdominowany jest przez tuzin dużych wysp, tworzących podwójny łańcuch. Pomiędzy tymi górskimi masami lądowymi rozsiane są setki niewielkich i w większości niezamieszkałych wysepek oraz atoli. Niektóre z nich wyrastają zaledwie 3 metry powyżej poziomu morza. Historia naturalna regionu, rozciągającego się w poprzek południowego łuku Pacyficznego Pierścienia Ognia, jest niezwykle burzliwa. Strefy subdukcji, w których jedna płyta tektoniczna wpycha się pod drugą, a morze ma głębokość 6 kilometrów lub większą, biegną równolegle wzdłuż północnych i południowych obrzeży archipelagu. Same wyspy, wypchnięte z dna oceanu przez te same siły tektoniczne i wulkaniczne, sięgają na wysokość 1500-2000 metrów. Góra Popomanaseu na Guadalcanal wznosi się na 2335 metrów nad poziom morza w odległości zaledwie 11 kilometrów w linii prostej od południowego brzegu wyspy. Kolejne 15 kilometrów dalej znajduje się krawędź Południowego Rowu Salomona, mającego głębokość 5300 metrów. Tylko na obszarze Pierścienia Ognia tak duże różnice w głębokości oceanu i wysokości szczytów występują na tak niewielkim dystansie.

W przededniu II wojny światowej Wyspy Salomona stanowiły dom dla około 100 000 ciemnoskórych Melanezyjczyków, potomków starożytnych nomadów, którzy przybyli z Azji przez plejstoceńskie pomosty lądowe lub pokonali morze w ręcznie wydrążonych z drewna canoe. Żyli w bardzo podobny sposób jak przez poprzednie stulecia i tysiąclecia, w małych wioskach i odizolowanych grupach plemiennych bądź rodzinnych. Ubrań nosili niewiele lub wcale. Swą neolityczną egzystencję wiedli, polując, łowiąc ryby, trudniąc się zbieractwem, hodując świnie oraz uprawiając nieduże poletka kolokazji i batatów. Mówili mniej więcej setką różnych języków i dialektów. W wielu przypadkach tak bardzo różniły się one od siebie, że uniemożliwiały porozumienie się sąsiadującym ze sobą plemionom. Lingua franca stanowiła prowizoryczna pochodna angielskiego znana jako „pidżyn”, licząca około 600 słów. Miejscowa ludność nie współdzieliła żadnego poczucia narodowości. Cześć oddawano jedynie plemiennym krewnym, przodkom i miejscom świętym.

W przekazach ustnych zachowały się opowieści o brutalnych wojnach. W przeciągu kilku pokoleń historia stawała się legendą, a po kilku następnych mitem. Młodzi mężczyźni po osiągnięciu konkretnego wieku chwytali za broń, aby rozstrzygnąć legendarne i mityczne porachunki rodowe. Atakowali z zaskoczenia wrogie plemiona i ich osady, zabijając, ścinając i zjadając nieprzyjaciół. W XIX wieku, kiedy zaczęło dochodzić do pierwszych regularnych kontaktów rdzennej ludności z europejskimi żeglarzami, polowania na ludzi i kanibalizm stanowiły powszechne zjawisko. Niemający skrupułów biali trudnili się nielegalnym handlem niewolnikami, znanym jako blackbirding. Okolicznych mieszkańców skłaniano podstępem lub zmuszano do wejścia na statki, po czym zabierano ich do Australii i kierowano do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. Współplemieńcy ofiar nierzadko mścili się na każdym, kto wyglądał podobnie do winowajców. W związku z tym biały człowiek, schodząc na brzeg, ryzykował, że zostanie ścięty, upieczony i zjedzony. Potem jego pokiereszowana głowa mogła zostać zmniejszona i zachowana przez zabójcę jako pamiątka. Zanim w 1893 roku Brytyjczycy przejęli kontrolę nad Wyspami Salomona (zobowiązując się położyć kres łapaniu niewolników, polowaniom na ludzi i kanibalizmowi), archipelag zyskał reputację jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc na ziemi.

Jeśli odłożymy na chwilę kwestie samostanowienia, wyzysku ekonomicznego i politycznej legitymizacji, historia pokazuje, że pół wieku kolonialnej władzy poskutkowało zaprowadzeniem Pax Britannica na Wyspach Salomona. Londyn zarządzał archipelagiem jak „protektoratem”, a nie kolonią, sprawując relatywnie wąską kontrolę nad sprawami rdzennych mieszkańców. Wyspiarze żyli w dużej mierze tak jak wcześniej, pod przewodnictwem stojących na czele wiosek wodzów plemiennych („naczelnych” lub „wielkich ludzi”), postępując zgodnie z odziedziczonymi zwyczajami i prawami. Zamiast jednak sięgać po broń, wodzowie odwoływali się do kolonialnych urzędników. Ci odgrywali rolę mediatorów w sporach, a ich decyzje były zazwyczaj respektowane. Plemię, któremu kończyła się żywność, mogło wnieść petycję o pomoc: wówczas karmiono je lub przesiedlano w miejsce, gdzie była nadająca się do uprawy ziemia lub łowiska. Niemożliwe jest ustalenie, jaka część rdzennych mieszkańców szczerze popierała brytyjską władzę, ale w latach 30. XX wieku bardzo niewielu nienawidziło jej do tego stopnia, żeby otwarcie się jej przeciwstawić. Nawet w pierwszych latach istnienia protektoratu zorganizowane bunty miały charakter lokalny i szybko dobiegały końca. W 1941 roku nie trwała żadna rewolta, a na większości wysp nie potrzebowano stałych sił do utrzymywania porządku. Mieszkańcy archipelagu czuli się po prostu onieśmieleni przez białych, ich broń, okręty, technologię, a chyba przede wszystkim samoloty. Tak nieodgadniona potęga stanowiła dla nich rzecz niemożliwą do pojęcia. Myśl o oporze ocierała się o absurd, lepiej było zaprzyjaźnić się i jak najlepiej to wykorzystywać. Wielu wyspiarzy wykazywało się gorliwą lojalnością wobec Brytyjczyków i w zbliżającej się wojnie na Pacyfiku zdarzało im się dać temu dowody.

Siedziba władz kolonialnych mieściła się na sennej wysepce Tulagi w grupie wysp Nggela (lub Florida), położonej 30 kilometrów na północ od znacznie większej Guadalcanal. Na rozciągającej się na 5 kilometrów, mającej kształt klepsydry Tulagi Brytyjczycy zgromadzili wszystkie potrzebne symbole kolonializmu: klub oficerski, koszary, hotel, okazałą oficjalną rezydencję, niewielkie pole golfowe, boisko do krykieta, radiostację oraz nabrzeże z podstawowym wyposażeniem portowym. Większe wyspy położone w okolicy podzielono na okręgi, z których każdy administrowany był przez pojedynczego urzędnika (district officer). Służbę tę pełnili zazwyczaj młodzi, nieżonaci mężczyźni, rozpoczynający karierę w Brytyjskiej Służbie Kolonialnej. Musieli oni znosić prymitywne warunki bytowe, duszący upał i nawroty malarii. Mieszkali samotnie w skromnych domach na wybrzeżu, blisko najlepszego dostępnego naturalnego portu. Ich kwatery zwykle pełniły także funkcję siedziby miejscowych władz. Zakres obowiązków był bardzo szeroki, urzędnik okręgowy nie posiadał jednak żadnego personelu, nie licząc tubylców, których musiał samodzielnie zwerbować, wyszkolić i zatrudnić. Odgrywał rolę gubernatora, sędziego, szefa policji, koronera, poborcy podatkowego, inżyniera, kancelisty, kapitana portu, płatnika i naczelnika poczty. Wszystkie fundusze publiczne przechodziły przez jego ręce. Oczekiwano, że w swych oficjalnych księgach rozliczy się z każdego pensa. Wędrował od wioski do wioski błotnistymi, wiodącymi przez dżunglę ścieżkami lub żeglował małym drewnianym szkunerem wzdłuż wybrzeża, gdzie występowały największe skupiska ludności.

Urzędnik okręgowy, jak każdy typowy biały wyspiarz, był całkowicie przeświadczony o swej wrodzonej władzy nad tubylcami, którzy przecież „dopiero co zeszli z drzew” (to odrażające powiedzenie, często słyszane w odległych placówkach Imperium Brytyjskiego, przedstawia w pigułce kolonialny sposób myślenia). Brytyjczycy jednak mieli już za sobą niemałą praktykę w sztuce kolonialnego ucisku i cechowali się na tyle dużą przebiegłością, aby rządzić poprzez istniejącą już strukturę społeczną. Doświadczony urzędnik okręgowy robił przedstawienie, z szacunkiem konsultując się z wioskowymi wodzami, a także zawsze ustępował wobec lokalnych praw i zwyczajów, o ile nie kolidowały z brytyjskim zwierzchnictwem.

Była to minimalistyczna, lecz w pełni wystarczająca administracja. Wyspy Salomona nigdy nie miały większego znaczenia w grze imperiów, będąc miejscem odległym i trudno dostępnym nawet jak na standardy Pacyfiku. Oferowały niedużo w zakresie handlu czy bogactw naturalnych. Odwiedzało je niewielu Europejczyków, a jeszcze mniej decydowało się tam zamieszkać. W 1941 roku na całym archipelagu żyło około 500-600 białych, pracujących jako zarządcy plantacji, spedytorzy, kupcy, poszukiwacze minerałów, sklepikarze, lekarze, kolonialni urzędnicy i misjonarze. Większość wyczekiwała dnia, w którym awans zawodowy lub powodzenie finansowe pozwoli im na wyjazd. Wyspy Salomona stanowiły placówkę pełną niewygód. Klimat jest duszny i monsunowy. Oblewane deszczem dżungle i bagna namorzynowe są siedliskiem egzotycznych chorób gorączkowych i skórnych: malarii, dengi, trzeciaczki, dyzenterii, filariozy, trądu, słoniowacizny, potówki czy stopy okopowej. W rzekach i mokradłach czają się krokodyle i pijawki, przy okalających wyspy rafach krążą agresywne rekiny. Skorpiony, pająki, stonogi i węże kąsają i kłują. Ostra jak nóż trawa kunai przecina skórę każdego, kto odważy się przez nią przejść. Przez podszycie dżungli przemykają szczury wielkości kotów. Najlepszy widok na wyspy, twierdzili marynarze, rozciąga się z rufy odpływającego statku.

Tak wyglądały Wyspy Salomona w 1941 roku. Były nieznaczącą placówką na obrzeżach Imperium Brytyjskiego, gospodarczym i politycznym zaściankiem, strategicznym niebytem, rzeczą drugiej kategorii. Wszystko to miało się zmienić, nagle i gwałtownie, w roku 1942.

WOJNA NADESZŁA SZEŚĆ TYGODNI po ataku na Pearl Harbor. 22 stycznia 1942 roku o poranku japońskie bomby po raz pierwszy spadły na Tulagi. Nalot był niczym grom z jasnego nieba. Brytyjczycy nie spodziewali się, że nieprzyjaciel uderzy tak daleko na południowym wschodzie, w samym sercu południowej części Wysp Salomona, zwłaszcza w czasie, gdy alianckie floty i armie wciąż walczyły tysiące kilometrów bliżej Japonii, na Filipinach, Malajach i w Holenderskich Indiach Wschodnich. Następnego dnia cesarskie siły desantowe wylądowały w Rabaulu, znajdującym się w australijskich rękach porcie morskim i wysuniętej bazie lotniczej na Nowej Brytanii, 1000 kilometrów na północny zachód od Tulagi. Szybko rozprawiły się ze stacjonującym tam 1500-osobowym garnizonem. Brytyjska obecność wojskowa na Wyspach Salomona była nieznaczna, dlatego też od razu stało się jasne, że Japończycy mogą opanować cały archipelag, kiedy tylko zechcą.

Sytuacja rozwijała się w podobny sposób na całym obszarze Pacyfiku. 7 grudnia 1941 roku Japończycy rozpoczęli morsko-powietrzno-lądowy Blitzkrieg na szerokim froncie. Wszędzie odnieśli sukcesy, przełamując słaby i zdezorganizowany opór Sprzymierzonych. W każdym przypadku: na Hawajach, Filipinach, wyspach Wake i Guam, Malajach, w Holenderskich Indiach Wschodnich, Hongkongu, Birmie i na Nowej Brytanii, pierwsze ciosy wyprowadzili z powietrza. Japońskie bombowce pokładowe i bazowe uderzały z zaskoczenia i na niespodziewanie dużych dystansach, dewastując alianckie lotniska i bazy morskie oraz oczyszczając niebo nad plażami. Następnie do celu zbliżały się siły inwazyjne w kolumnach statków transportowych. Oddziały japońskiej piechoty schodziły na brzeg i posuwały się szybko w kierunku słabo bronionych lotnisk. Często zdobywały je w stanie nietkniętym i bez oddania choćby jednego strzału. Wówczas japońskie grupy powietrzne przenosiły się do zdobytych baz i rozpoczynały przygotowania do kolejnej rundy ataków na cele położone dalej na południu lub wschodzie. Kiedy wojska alianckie stawiały opór na umocnionych pozycjach, tak jak w przypadku amerykańsko-filipińskich sił na półwyspie Bataan i wyspie Corregidor, odcinano je i omijano. W ten sposób, wykonując szybkie i drobiazgowo skoordynowane skoki, Japończycy zdobyli olbrzymie imperium na Pacyfiku w ciągu nieco ponad czterech miesięcy, ponosząc przy tym niewielkie straty.

Przed grudniem 1941 roku amerykańscy i brytyjscy eksperci lotniczy arogancko twierdzili, że japońskie samoloty są kiepsko skonstruowanymi podróbkami zachodniej techniki, a tamtejsi piloci to zabawne, nieudolne manekiny do testów zderzeniowych. Pierwsze tygodnie wojny całkowicie rozwiały tę iluzję. Na całym teatrze działań wojennych alianckie lotnictwo zostało praktycznie rozbite. Sprzymierzeni zaczęli rozumieć, że ich oszukano, dopiero gdy zalała ich fala nieprzyjacielskich podbojów. Sprytnie korzystając z pychy i rasowego szowinizmu zachodnich rywali, Japończycy ukryli potęgę swych powietrznych flot i lotników.

Cesarska Marynarka Wojenna Japonii (Nippon Kaigun) miała na wyposażeniu dwa doskonałe dwusilnikowe średnie bombowce: G3M (aliancki kryptonim „Nell”) oraz G4M („Betty”). Oba mogły zostać skonfigurowane do przenoszenia torped lub bomb o wadze przekraczającej 700 kilogramów. Dysponowały też zasięgiem ponad 4000 kilometrów. Często eskortowały je Mitsubishi A6M Zero, znakomite jednomiejscowe myśliwce o prędkości wznoszenia i manewrowości lepszej niż u jakiejkolwiek innej ówczesnej maszyny. Alianccy piloci, którym udało się przeżyć początkowe próby podjęcia walki kołowej z Zero, byli wstrząśnięci zdolnością samolotu do wykonywania gwałtownych zwrotów i wznoszenia się z dużą prędkością. Choć myśliwce trafiły do służby ponad rok przed atakiem na Pearl Harbor i zdołały odnieść dużą liczbę łatwych zwycięstw nad lotnictwem Czang Kaj-szeka w Chinach, pozostawały praktycznie nieznane na Zachodzie. Alianccy lotnicy nie otrzymali żadnego ostrzeżenia o osiągach Zero, nie dostali też taktycznych porad, jak im zaradzić. W rezultacie musieli poznawać ten niezwykły, akrobatyczny samolot w niewybaczającej błędów szkole walki powietrznej.

Brytyjczycy oparli swe imperium w rejonie Azji i Pacyfiku na wielkiej bazie morskiej i powietrznej w Singapurze, „Gibraltarze Wschodu”. Jednak już od pierwszego dnia wojny, gdy japońskie siły inwazyjne wylądowały na północno-wschodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego, a cesarskie bombowce zaczęły druzgotać lotniska Królewskich Sił Powietrznych (RAF) w regionie, kampania stanowiła nieprzerwaną serię zwycięstw najeźdźców w powietrzu, na lądzie i morzu. Trzy dni po ataku na Pearl Harbor japońskie samoloty zatopiły u wybrzeży Malajów pancernik Prince of Wales oraz krążownik liniowy Repulse. Był to pierwszy przypadek w historii wojen morskich, w którym znajdujące się na morzu okręty liniowe zostały zniszczone uderzeniem lotnictwa. Brytyjscy dowódcy wycofali swe ocalałe samoloty do Singapuru, zostawiając przeciwnikowi niebo nad północnymi Malajami. Japońskie wojska lądowe nacierały na południe z zaskakującą szybkością, wypierając oddziały Wspólnoty Brytyjskiej z zajmowanych przez nie stanowisk i zmuszając je do chaotycznego odwrotu. Agresorzy łączyli wściekłe frontalne ataki z manewrami oskrzydlającymi i przenikaniem przez pozycje obrońców. Niewielkie grupy lekko uzbrojonych japońskich żołnierzy przemierzały dżungle i bagna namorzynowe, by następnie uderzyć na Brytyjczyków od tyłu. Cesarskie oddziały posuwały się też szybko wzdłuż wybrzeża, korzystając z niewielkich jednostek pływających. W obliczu tak przebiegłego i zręcznego wroga oraz bezkarnych ataków japońskiego lotnictwa Brytyjczycy szybko opuszczali pozycje i wycofywali się.

Łącząc się z innymi oddziałami dalej na południu lub docierając do położonego na wyspie Singapuru, uciekinierzy szerzyli nowy, przerażający obraz nieprzyjaciela. Japończycy byli superwojownikami, posiadającymi nadnaturalne umiejętności w walce oraz zdolność do przetrwania w dziczy. Nie dało się ich pokonać ani w dżungli, ani – jak się zdawało – w powietrzu i na morzu. Pośród żołnierzy z Wielkiej Brytanii i państw Wspólnoty Brytyjskiej zapanowało przygnębienie i zrezygnowanie. Ludzie byli posępni i pogardliwi wobec oficerów, którzy ponieśli całkowitą klęskę, nie przygotowując się należycie do starcia z lekceważonym jeszcze niedawno wrogiem. Morale zupełnie się załamało. Cywile rozpoczęli paniczny exodus z singapurskich nabrzeży, usiłując za wszelką cenę dostać się na któryś z wypływających statków. Oficerowie próbowali zdobyć przeniesienie na Jawę lub w jakieś inne miejsce. Tydzień po tym, jak wojska japońskie przekroczyły cieśninę Johor i weszły do Singapuru, generał Arthur Percival poddał miasto wraz z 80 000 żołnierzy. Siły, przed którymi skapitulował, były o ponad połowę mniejsze. Wraz z upadkiem Singapuru przypieczętował się los Holenderskich Indii Wschodnich. Pod koniec lutego znacznie słabsza od przeciwnika wielonarodowa aliancka flota została bezproblemowo pokonana w serii starć morskich. Ocalałe siły powietrzne i lądowe z Jawy ewakuowano do Australii.

Na Wyspach Salomona zaczęła się wówczas paniczna ucieczka. Biali uchodźcy zmierzali na południe i wschód, licząc, że uda im się znaleźć statek płynący do Australii. Kolonialni urzędnicy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. W przeciwieństwie do Malajów na Wyspach Salomona znajdowała się jedynie garstka brytyjskich żołnierzy mogących stawić jakikolwiek opór. Oficjele z protektoratu nawet nie udawali, że istnieje realna szansa na zatrzymanie japońskiego natarcia. Było pewne, że wróg zajmie archipelag i wypędzi Brytyjczyków, a zanim Sprzymierzeni powrócą dużymi siłami, miną miesiące, a może lata. Cywile z Tulagi i okolicznych wysp pakowali dobytek i uciekali. Brytyjski komisarz, najwyższy rangą urzędnik na Wyspach Salomona, przeniósł się na Malaitę, większą wyspę położoną dalej na wschodzie. Niewielkie szkunery i kutry, głównie żaglowe, przewoziły uciekinierów z północnego zachodu, korzystając z wiejących powszechnie z tamtego kierunku wiatrów. W styczniu rozklekotany parowiec Morinda wyruszył w ostatni rejs z Wysp Salomona. W dokach na Gavutu, wyspie położonej niedaleko Tulagi, tłum cywilów zażądał możliwości wejścia na pokład. Omal nie doszło do zamieszek, a pewien lekarz został ranny. Ostatecznie kapitan zabrał przerażonych uchodźców na statek i ewakuował ich do Australii1.

Do marca 1942 roku większość białych zdołała opuścić Wyspy Salomona. Ład społeczny na archipelagu zaczął się załamywać. Mimo to młodym urzędnikom okręgowym ze Służby Kolonialnej przekazano, żeby zostali na miejscu i dalej wykonywali powierzone im obowiązki. Władze brytyjskie nawet się upewniły, że jeśli będą próbowali zaciągnąć się do wojska, ich zgłoszenia zostaną odrzucone.

Jednym z takich ludzi był Martin Clemens. Ten 26-letni Szkot, syn dyrygenta z Aberdeen, zdobył stypendia do prestiżowych szkół i ukończył Christ’s College w Cambridge. W 1937 roku wstąpił do Służby Kolonialnej, a rok później trafił na placówkę na Wyspach Salomona. Urzędował na dwóch dużych, porośniętych dżunglą wyspach: San Cristobal i Malaita. Był szorstkim, wąsatym mężczyzną o kwadratowej szczęce oraz produktem swej epoki, otrzymanego wykształcenia i społeczeństwa klasowego, w którym został wychowany. Miał wiernego towarzysza, małego czarnego psa nieznanej rasy noszącego imię Suinao. Clemens skrupulatnie dbał o ubiór i wygląd, cechował się dyscypliną w przyzwyczajeniach i stoicyzmem w obliczu niebezpieczeństwa. Prowadził szczegółowy i wnikliwy pamiętnik, w którym cytował Shakespeare’a, a swe obserwacje przerywał modnymi okrzykami, jak „Magia!” czy „Calloo, Callay!”. W trudnych miesiącach japońskiej okupacji wykazał się zaradnością, odwagą i wytrzymałością.

Gdy kolonialna administracja opuszczała Tulagi, Clemens otrzymał rozkaz objęcia stanowiska urzędnika okręgowego na Guadalcanal. Siedziba władz wyspy znajdowała się w Aola na północnym wybrzeżu, około 30 kilometrów na południowy wschód od Tulagi, za akwenem, który w przyszłości miał stać się znany jako Cieśnina Żelaznego Dna. Clemens zamieszkał tam w skromnym białym domu na drewnianych palach, pokrytym liśćmi palmowymi. Na zewnątrz, na wielkim figowcu pośród plumerii i hibiskusów, obok niewielkiego ogródka, w którym rosła kolokazja i bataty, zbudował stanowisko obserwacyjne. Od świtu do zmierzchu rdzenny zwiadowca wypatrywał z niego nieprzyjacielskich samolotów.

Tulagi oraz obiekty RAF na pobliskich Gavutu i Tanambogo bombardowano każdego ranka. Naloty odbywały się z taką regularnością i przewidywalnością jak ruch pociągów na tokijskim dworcu. Wielkie czterosilnikowe łodzie latające Kawanishipojawiały się na dużej wysokości niemal codziennie. Często zawracały i przelatywały na wysokości wierzchołków drzew, aby załoga mogła z bliska przyjrzeć się domowi Clemensa.

Do obowiązków młodego urzędnika należało między innymi meldowanie o tych przelotach przez sieć radiową znaną jako „służba obserwacji wybrzeża”, należącą do Royal Australian Navy (RAN). Pierwotnie miała to być nieformalna, złożona w całości z ochotników organizacja, zapewniająca wczesne ostrzeganie o ruchach nieprzyjacielskiej marynarki i lotnictwa. Ustalono, że obserwatorzy będą przesyłać meldunki o dostrzeżeniu wroga do stacji w Townsville na północnym wybrzeżu Australii. Każdy został wyposażony w „teleradio” typu 3B, zdolne do przekazywania transmisji głosowych na odległość około 650 kilometrów lub wiadomości zapisywanych alfabetem Morse’a na ponad 900 kilometrów. Specjalnie skrojony kryształ pozwalał urządzeniom na nadawanie w rzadko stosowanej częstotliwości 6 MHz; wybrano ją w złudnej nadziei, że japońskie służby nasłuchowe nie przechwycą wiadomości. Największą wadę radia stanowiły jego rozmiary. Składało się z ponad tuzina elementów, w tym odbiornika, nadajnika, głośnika, zestawu anten i dużego zapasu części zamiennych. Zasilały je dwa ciężkie 6-woltowe akumulatory samochodowe, które należało często ładować, co wymagało benzynowego generatora prądu i zapasu paliwa.

Clemens przesyłał meldunki każdego dnia. Słuchał też transmisji innych obserwatorów z archipelagu, informujących o nieustannych postępach zbliżających się z północnego zachodu Japończyków. Padały kolejne pozycje, garnizony były zmuszane do odwrotu, a obserwatorzy ukrywali się w dżunglach w głębi lądu. Nieprzyjaciel dotarł do cieśniny Buka na północ od Wyspy Bougainville’a, a niewielki stacjonujący tam oddział RAF rozproszył się w buszu. 5 kwietnia wojska cesarskie dokonały zaskakującego lądowania na plaży Kangu w południowej części Wyspy Bougainville’a, zmuszając stację obserwacji wybrzeża DMK w Buin do zaprzestania nadawania2. W następnym tygodniu Japończycy poszerzyli swe panowanie na obszarach wokół Buin i zajęli pobliską wyspę Shortland.

Clemens próbował utrzymać porządek na Guadalcanal, ale nie był w stanie się rozdwoić. Opustoszałe plantacje były plądrowane przez tubylców i białych uchodźców. Młody urzędnik aresztował winnych grabieży, zbierał relacje świadków i przenosił porzucone zapasy do bezpiecznych rządowych magazynów. Dużo czasu zajmowało mu szukanie żywności, zakwaterowania i miejsc na statkach dla grup uciekinierów, a także przesiedlanie z innych wysp pracowników rdzennego pochodzenia, bezczynnych z powodu porzucenia plantacji.

Faktu panicznej ucieczki białych mieszkańców nie dało się ukryć przed miejscowymi, którzy powtarzali między sobą: „A więc przyjdzie Japonia”3. Plemienni wodzowie przybyli z wiosek całej wyspy do Aola, żeby zadać Clemensowi nurtujące ich pytania. Dlaczego większość białych próbuje za wszelką cenę wydostać się z wyspy? Co stanie się z ich osadami pod japońską okupacją? W swych wspomnieniach Clemens zamieścił przemowę (w pidżyn), jaką wygłosił przed delegacją wodzów w marcu 1942 roku: „Nawet jeśli Japończycy przyjdą tu dużymi siłami, zostanę z wami. Trzymajcie się mnie, a Sprzymierzeni w końcu wrócą i ocalą nas przed wrogiem. Nie wiem, kto przybędzie ani kiedy, ale ostatecznie wszystko będzie dobrze”4. Clemens twierdził, że złożył tę obietnicę z „upadającym animuszem”, lecz wodzowie zdawali się ją zaakceptować.

Na początku kwietnia Clemens pożeglował swym szkunerem na północno-zachodni kraniec Guadalcanal, żeby złożyć wizytę pewnemu zarządcy plantacji, F. Ashtonowi „Snowy’emu” Rhoadesowi. Ten śmiały, uparcie niezależny Australijczyk obserwował ucieczkę większości białych mieszkańców wyspy z pełnym wyższości obrzydzeniem i odmówił przyłączenia się do niej. Brytyjskie władze kolonialne, które (jak zapisał w dzienniku) po prostu „załamały się”, traktował wyłącznie z pogardą5. Ze swego domu wznoszącego się na wysokim klifie w Lavoro miał szeroki widok na morze i niebo na zachodzie – jeśli japońskie okręty i samoloty miały przybyć, to właśnie z tamtego kierunku. Clemens przekonał Rhoadesa, aby przyłączył się do sieci obserwatorów, i zaopatrzył go w radio.

29 kwietnia aliancki samolot patrolowy dostrzegł japońską flotę płynącą z północnej części Wysp Salomona na południe. Dwa dni później Clemens ujrzał najcięższy z dotychczasowych nalotów bombowych na Tulagi. 2 maja obserwatorzy wybrzeża z Santa Isabel zameldowali, że w zatoce na północno-zachodnim krańcu wyspy, niecałe 250 kilometrów od Tulagi, pojawił się japoński tender wodnosamolotów. Ponieważ wszystkie znaki wskazywały, że inwazja jest nieuchronna, jednostka Royal Australian Air Force (RAAF) z Tanambogo, składająca się z zaledwie czterech wodnosamolotów i niewielkiego garnizonu, ogłosiła wycofanie się, przewidując lądowanie nieprzyjacielskich wojsk. Na pokładzie starego parowca Australijczycy przepłynęli cieśninę, docierając do Aola. Uszkodzony wodnosamolot Catalina, holowany za statkiem, powierzyli tam Clemensowi. Ten zwerbował kilkuset tubylców, którzy wyciągnęli maszynę na plażę i ukryli ją pod liśćmi palmowymi.

3 maja o świcie niewielka japońska flota wpłynęła do portu Tulagi. Żołnierze zeszli na brzeg, gdzie odkryli, że brytyjskie władze zniknęły, a wyspa jest w dużej mierze opuszczona. Clemens niezwłocznie polecił, aby uszkodzoną Catalinę wciągnięto z powrotem na wody cieśniny i zatopiono.

4 maja rano doszło do zdumiewającego zwrotu akcji. O godzinie 8 na niebie pojawiła się duża formacja nieznanych samolotów. Nadleciały nie z północnego zachodu, od strony nieprzyjacielskich baz w Rabaulu i na wyspie Buka, lecz z południa. Były to bombowce i myśliwce z amerykańskiego lotniskowca Yorktown. Ich zaskakujące uderzenie na japońskie okręty zakotwiczone u brzegów Tulagi stanowiło pierwszy cios wyprowadzony w czterodniowej bitwie na Morzu Koralowym (4-8 maja 1942 roku). „Snowy” Rhoades pisał, że ku swemu zdumieniu usłyszał „w górze wielki warkot silników”. Dodawał: „Osłupiałem na widok 20 albo 30 jednosilnikowych samolotów lecących prosto na Tulagi. Znajdowały się na wysokości nie więcej niż 200 metrów. Dobrze widziałem gwiazdy na ich skrzydłach”6. Clemens z podekscytowaniem oglądał „wspaniały spektakl w wykonaniu 12 bombowców nurkujących, wypadających z chmur nad Tulagi (…). Cóż za widok dla zmęczonych oczu”7. Zużywszy bomby i torpedy, intruzi zniknęli na południu, za górzystym kręgosłupem Guadalcanal.

Clemens był w trudnym położeniu. Amerykańskie samoloty przyleciały i odleciały. Nie udało im się wyprzeć japońskich sił z Tulagi. Dom urzędnika znajdował się o rzut kamieniem od brzegu, na którym w każdej chwili mógł wylądować nieprzyjaciel. 5 maja Clemens przebywał na plaży w Aola, kiedy nagle trzy Kawanishi przeleciały z rykiem silników tuż nad jego głową. Kilka dni później pewien australijski obserwator z Wyspy Bougainville’a zameldował, że duża japońska flota zbiera się w Queen Carola Harbour u wybrzeży wyspy Buka. „Dla mnie sprawa stała się jasna – zauważył Clemens. – My byliśmy w Aola, a Japońcy na Tulagi, w odległości niespełna 30 kilometrów”8. Istniało duże prawdopodobieństwo, że nieprzyjaciel wyląduje właśnie w Aola, a nie w innym punkcie wybrzeża. Japończycy musieli wiedzieć (od przesłuchiwanych tubylców), że to tam znajduje się siedziba brytyjskich władz na Guadalcanal. Clemens mógł się spodziewać, że jeśli trafi do niewoli, będzie zmuszany torturami do wyjawienia wszystkich posiadanych informacji.

W Lavoro na północno-zachodnim krańcu wyspy „Snowy” Rhoades stał w obliczu podobnego problemu. Japońskie samoloty patrolowe niemal codziennie przelatywały nisko nad jego domem. Australijczyk miał wrażenie, że „rzuca się w oczy jak złota rybka”, dlatego też krył się w dziurze pokrytej liśćmi palmy za każdym razem, kiedy do jego uszu dobiegał coraz głośniejszy odgłos silników. W dzienniku zapisał: „Zrozumiałem, że wojna wreszcie do nas dotarła, a ja jestem cywilnym szpiegiem i jeśli znajdę się w niewoli, zostanę odpowiednio potraktowany”9.

Jak wszystkie kontynentalne wyspy archipelagu, Guadalcanal była duża i niemal niezagospodarowana. Drogi występowały jedynie na plantacjach. W głębi lądu podróżowano pieszo, błotnistymi ścieżkami przez dżunglę lub korytami strumieni. Za przybrzeżną równiną rozpościerał się rozległy, niezbadany, porośnięty dżunglą pagórkowaty obszar. Najlepsze ze ścieżek prowadziły do stromych grzbietów górskich, rozdzielanych przez głębokie jary. W gęstej dżungli człowiek mógł ukryć się niemal wszędzie, a przechodząca obok kolumna żołnierzy nie miałaby szansy na odkrycie jego obecności.

Było mnóstwo spraw do załatwienia, lecz niewiele czasu. Zaopatrzenie, żywność, broń, amunicję i kanistry z paliwem należało spakować i przetransportować do tajnych skrytek w dżungli, aby nic cennego nie wpadło w ręce wroga. Wszystko musiano zabrać lub zniszczyć. „Mieliśmy masę rzeczy do zrobienia i mało czasu do namysłu – stwierdził Clemens. – Wydarzenia toczyły się bardzo szybko, a sytuacja była ciężka. Musiałem tkwić na plaży przy radiu, a jednocześnie pospiesznie schować wszystko w buszu, ponieważ szybka łódź motorowa mogła przypłynąć z Tulagi w zaledwie dwie godziny”10.

Clemens stał na czele miejscowej policji, w której służyli zaufani ludzie. Poza tym zatrudniał też jednak setki rdzennych robotników i tragarzy. Na każdego z nich przypadało zapewne dziesięciu kolejnych, którzy wiedzieli, gdzie się wybiera i co robi. Czy mógł im ufać? Nawet jeśli nie zostałby wydany Japończykom, to czy miał pewność, że lokalni tragarze nie splądrują tajnych skrytek z zaopatrzeniem? Pod koniec maja Clemens i Rhoades dowiedzieli się, że niejaki George Bogese, rdzenny mieszkaniec archipelagu pracujący jako lekarz na wyspie Savo, współpracuje z Japończykami. Wieść ta nimi wstrząsnęła, gdyż Bogese znał ich osobiście i mógł przekazać nieprzyjacielowi ważne informacje.

19 maja Clemens, doszedłszy do wniosku, że i tak ociągał się zbyt długo, opuścił Aola, prowadząc długi korowód ciężko objuczonych tragarzy. Szesnastu ludzi potrzebowano do przeniesienia radia i jego różnych elementów ważących łącznie prawie 140 kilogramów. Inni dźwigali ważne akta administracyjne, broń, żywność, paliwo, a nawet urzędowy sejf Clemensa, zawierający 800 funtów w srebrnych monetach. Droga wiodła przez trawiaste równiny do regionu wznoszących się gwałtownie wzgórz z czerwonej gliny.

O zmroku wycieńczona grupa zatrzymała się w niewielkiej wiosce Palapao. Clemens zajął małą chatkę z liści mającą pełnić funkcję jego biura i kwatery, po czym zaczął montować radio. Rozmieścił antenę między dwoma drzewami, a następnie przykrył ją winoroślą, żeby nie dało się jej zauważyć z powietrza. Robotnicy zabrali się za budowę platformy obserwacyjnej na jednym z najwyższych drzew w wiosce. Wartownik miał stać na niej od świtu do zmierzchu. Otrzymał rozkaz, aby w razie wylądowania Japończyków na odległej o kilka kilometrów plaży, dmuchnąć w muszlę ślimaka, co stanowiło ustalony sygnał.

Clemens wycofał się w porę. Pierwsze, niewielkie grupy nieprzyjacielskich zwiadowców dotarły na Guadalcanal tydzień później. Przepytywani okoliczni mieszkańcy twierdzili, że nic nie wiedzą o miejscu pobytu białych ludzi. Odpowiadali: „Ja nie obeznany” albo „Poszli stąd całkiem”11. 8 czerwca większe siły japońskie zeszły na brzeg i rozbiły obóz namiotowy na równinie nieopodal rzeki Lunga. Dziesięć dni później cesarski niszczyciel zakotwiczył kilkaset metrów od jej ujścia i zaczął wyładowywać zaopatrzenie na plażę. 20 czerwca Clemens zanotował w dzienniku: „Wygląda na to, że Japońcy chcą zostać tu na dłużej”. Szkot nakazał swym zaufanym policjantom, by zeszli do rzeki i zebrali informacje. Odnieśli oni wrażenie, że Japończycy budują przystań, z pewnością palili też pola na plantacji Lunga12. To sugerowało, że mogą szykować podłoże pod przyszły pas startowy. Clemens natychmiast przekazał otrzymane informacje do Townsville. Stamtąd jego meldunek trafił do biura marynarki w Melbourne, a następnie do alianckiego naczelnego dowództwa w Waszyngtonie i Londynie.

W pierwszym tygodniu lipca złożony z 12 statków konwój wpłynął do cieśniny Savo i zakotwiczył niedaleko nowej przystani. Na brzeg wyładowano ciężki sprzęt budowlany i ciężarówki, a także kilkuset kolejnych żołnierzy i robotników. To rozwiało wszelkie wątpliwości: Japończycy budowali na Guadalcanal pas startowy. Gdyby udało im się go ukończyć, poszerzyliby zasięg swego rozpoznania lotniczego na znaczne połacie Morza Koralowego. Clemens od swych zwiadowców dowiedział się również, że jest poszukiwany przez Japończyków, którzy znają jego nazwisko. Najwyraźniej przechwycili niektóre z jego transmisji. Czy mogli ustalić jego położenie za pomocą przyrządów do namierzania radiostacji? Tubylcy donosili też, że Japończycy chcą wyśledzić go z użyciem psów myśliwskich. „Cóż za wesołe wieści”, zanotował gorzko Clemens.

Palapao, choć położone na odludziu, przestało być bezpieczne. 4 lipca Clemens ruszył dalej w głąb górzystego obszaru, do maleńkiej i biednej osady Vungana. Szlak prowadził błotnistym grzbietem, gdzie teren opadał stromo po obu stronach. Clemens przebył najbardziej zdradliwe fragmenty trasy, niosąc pod pachą swego małego psa Suinao. Z niepokojem obserwował, jak bosi tragarze zmagają się z ciężarem wyposażenia. „Umarłem po tysiąckroć, patrząc, jak ludzie muszą puszczać liny, żeby jedną ręką podtrzymywać ciężki akumulator na ramieniu, a drugą ratować się przed upadkiem”.

Vungana składała się z jedynie pół tuzina pokrytych strzechą chatek na wąskiej odnodze grzbietu, leżała jednak tak wysoko, że Japończycy najprawdopodobniej jej nie zagrażali, przynajmniej chwilowo. Z wysokości 450 metrów nad poziomem morza Clemens miał wspaniały widok na lotnisko Lunga i całą cieśninę: mógł bacznie obserwować ruch statków między Tulagi i Guadalcanal. Ponownie rozłożył radio, rozciągając antenę między dwoma dużymi drzewami bambusowymi. Urządzenie niestety sprawiało coraz więcej problemów. Nie opracowano go z myślą o przenoszeniu, a wilgoć zdawała się nadżerać wewnętrzne obwody. Clemens stwierdził, że konieczne jest otworzenie obudowy i czekanie całe popołudnie, aż mechanizm wyschnie na słońcu. Dopiero wczesnym wieczorem podjął próbę dalszego transmitowania.

Lipiec stanowił dla Szkota najczarniejszy okres wojny. Na tej wysokości noce były zimne, w związku z czym niewiele spał. Wyczerpywały się zapasy żywności, pieniędzy, paliwa i części zamiennych. Nawet wodę pitną musiano przynosić do wioski z płynącego kilkaset metrów niżej strumienia. Miejscowi zwiadowcy donosili, że Japończycy rozpraszają siły, prowadząc poszukiwania wzdłuż wybrzeża i rzek, oraz skrupulatnie przesłuchują misjonarzy, którzy zostali na zajętych przez nich terenach. 8 lipca Clemens powiadomił Townsville, że 700 nieprzyjacielskich żołnierzy biwakuje w namiotach na rozciągającej się poniżej jego pozycji równinie. Dodał, że nie jest pewny, jak długo uda mu się jeszcze utrzymać. Włączanie radia stawało się coraz trudniejsze. Wydawało się tylko kwestią czasu, kiedy przestanie działać. Robotnicy byli głodni. Urzędnik wiedział, że jeśli ich nie nakarmi, nie może się spodziewać, że z nim zostaną.

26 lipca rano Clemensa zaskoczyło nagłe pojawienie się nad osadą jednego Kawanishi. Maszyna przeleciała nie więcej niż 200 metrów nad jego głową. Rzucił się do kryjówki w chwili, gdy ostro zawróciła, żeby przyjrzeć mu się raz jeszcze. Musiał uznać, że został dostrzeżony. Zaczął poważnie rozważać wyczerpującą i niebezpieczną wędrówkę na południowe wybrzeże Guadalcanal w nadziei, że znajdzie tam ukrytą łódź, którą uda mu się dotrzeć do Australii.

W zagadkowych wiadomościach otrzymywanych z Townsville padały szczegółowe pytania. Gdzie dokładnie znajduje się japońska stacja radiowa? Jakiego typu i jak liczne są oddziały? Jakie jest rozmieszczenie i kaliber dział? Czy na wyspie są jakieś samoloty? Pytania te podsyciły nadzieje Clemensa, zdawały się bowiem zwiastować jakąś operację, zapewne uderzenie z powietrza. Oczywiście ludzie po drugiej stronie nie musieli mu nic mówić, sugerowali jednak, że ocalenie jest bliskie: „To już nie potrwa długo”. Clemens czekał, zamęczał się i tracił na wadze. „Im bardziej rozmyślałem nad moją sytuacją, tym bardziej wydawała się beznadziejna. Radio działało sporadycznie i trudności nastręczało samo nadanie wiadomości, nie mówiąc już o skonsultowaniu się z innymi, co należy zrobić”.

6 sierpnia jeden ze zwiadowców wrócił z wybrzeża z informacją, że lotnisko Lunga zostało pokryte żwirem oraz ziemią i sprawia wrażenie gotowego na przyjęcie samolotów. W pobliżu pasa startowego budowano hangar. Na wyspie było teraz około 4000 japońskich żołnierzy. Clemens przekazał nowe wieści przez radio wraz z pytaniem, czy Alianci podejmą się próby zniszczenia lotniska. Nie nadeszła żadna odpowiedź. „Zakosztowałem jedynie goryczy porażki”, napisał Szkot13. Udał się do łóżka wcześnie, z pustym brzuchem, i zapadł w głęboki sen.

Ze spoczynku wyrwały go wstrząsy i dudnienie artylerii. Clemens spojrzał na zegarek. Wskazywał 6.13. Wciąż było ciemno. W cieśninie Savo ogień prowadziły ciężkie działa okrętowe. Co to za okręty? Czyje? Podekscytowany zwiadowca zameldował, że cała japońska flota kotwiczy przy przylądku Lunga. Na chwilę, wspominał Clemens, „moje serce się zatrzymało”. Kilka minut później do jego uszu dobiegł warkot silników samolotowych. Włączył radio i zaczął zmieniać częstotliwość, aż w końcu usłyszał głosy opisujące z amerykańskim akcentem dzieło zniszczenia wzdłuż wybrzeża. Wychwycił odniesienia do „Bazy Pomarańczowej”, „Bazy Czarnej” i „Bazy Czerwonej”. Trzy lotniskowce! „Magia!!! – zapisał w dzienniku. – Calloo, Callay, co za dzień!!!”14.

O świcie Clemens przyjrzał się cieśninie przez lornetkę. Doliczył się ponad 50 okrętów, w tym kilku ciężkich krążowników, zasypujących pociskami kal. 203 mm japońskie obiekty wokół przylądka Lunga. Budynki i składy paliwowe wściekle się paliły, wydzielając ogromne kolumny oleistego czarnego dymu. Żołnierze w zielonych mundurach schodzili ze statków transportowych na barki, które następnie kierowały się w stronę plaż na zachód od Lunga. Tak wielkiej operacji desantowej nie widział do tej pory ani Clemens, ani żaden inny człowiek. Radio psuło się coraz bardziej, co stanowiło nieuchronny rezultat używania go w prymitywnych warunkach i przy dużej wilgotności. Martin Clemens jednak nie potrzebował go, aby stwierdzić, że Jankesi zamierzają zostać tu na dłużej.

Za morzem przemoczone ciała;

za górami pokryte trawą ciała.

Umrzemy u boku naszego Cesarza,

nigdy nie spojrzymy wstecz.

Umi Yukaba („Za morzem”)

Hymn Cesarskiej Marynarki Wojennej Japonii

Chociażbym chodził ciemną doliną,

zła się nie ulęknę.

Psalm 23

ROZDZIAŁ I

Henry L. Stimson, doświadczony republikański polityk, który w gabinecie Franklina Delano Roosevelta pełnił funkcję sekretarza wojny, pozostawił w swych wspomnieniach niezwykle celny przytyk. Odnosząc się do zaciekłej rywalizacji między wojskami lądowymi i marynarką wojenną o wpływy i zasoby, która odcisnęła piętno na każdym etapie kampanii na Pacyfiku, Stimson stwierdził, że problemy „wynikały głównie z osobliwej mentalności Departamentu Marynarki Wojennej. Często zdawał się on opuszczać świat logiki i wkraczał do mętnej religijnej krainy, w której Neptun był Bogiem, Mahan jego prorokiem, a US Navy jedynym prawdziwym Kościołem”15.

Zwolennikowi marynarki nie zabrakłoby ripost: na myśl szybko przychodzą chociażby mesjanistyczne fantazje generała Douglasa MacArthura. Opinii Stimsona nie należy jednak beztrosko zbywać. W okresie pokoju US Navy stała się organizacją zamkniętą, zapatrzoną w siebie i zaściankową. Dla każdego oficera flagowego (admirała) ścieżka kariery wyglądała tak samo: Annapolis, Naval War College, a potem seria stanowisk dowódczych na lądzie i na morzu. Podczas gdy szef sztabu US Army w czasie II wojny światowej generał George C. Marshall uczęszczał do Virginia Military Institute (VMI), a nie West Point, w US Navy nie służył choćby jeden admirał, który nie ukończył Akademii Marynarki Wojennej. Każdy starszy oficer marynarki spędzał w niej całe dorosłe życie, począwszy od 17 lub 18 roku życia. Był przesycony doktrynami o potędze morskiej Alfreda Thayera Mahana, wybitnego historyka wojen morskich i teoretyka strategii. Uczono go, żeby czcił dziedzictwo i tradycje instytucji oraz dochowywał im gorliwej i dozgonnej wierności: „Marynarka: pierwsza, ostatnia i wieczna”16.

Wrogość między rodzajami sił zbrojnych nie stanowiła wyłącznie amerykańskiego problemu. Jeszcze bardziej zawzięty charakter miała w Japonii, gdzie generałowie i admirałowie uważali się za faktycznych wrogów. Impas w ich relacjach był kluczową przyczyną lekkomyślnego rzucenia się kraju w wir katastrofalnego w skutkach konfliktu. Jednakże amerykańscy dowódcy wojskowi, którzy w 1941 roku niespodziewanie znaleźli się na wojnie, byli w dużej mierze nieprzygotowani do funkcjonowania w ramach zintegrowanego naczelnego dowództwa. W czasie pokoju US Army i US Navy nieczęsto wchodziły ze sobą w interakcję, zaniedbując kwestie planowania i wykonywania połączonych operacji. Aż do 1947 roku nie istniało nic na kształt Departamentu Obrony czy stanowiska sekretarza obrony. Departamenty Marynarki Wojennej i Wojny były niezależne i równe sobie. Na ich czele stali cywilni członkowie rządu, odpowiedzialni bezpośrednio przed prezydentem. Do grudnia 1941 roku nie istniało też Kolegium Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff – JCS), które utworzono ad hoc przed pierwszym w czasie wojny szczytem z Brytyjczykami. Ponieważ nie posiadano żadnego innego mechanizmu współdziałania różnych rodzajów sił zbrojnych, do spotkań JCS dochodziło regularnie przez resztę konfliktu. Kolegium nie miało jednak formalnie ustalonego zakresu władzy ani oficjalnego przewodniczącego. Admirał Ernest J. King, najstarszy stopniem oficer US Navy, nie podlegał Marshallowi i vice versa. Dowódcy starali się więc osiągnąć konsensus. W przeciwnym razie musieli zwrócić się z prośbą o rozwiązanie sporu do prezydenta17.

Niechęć przejawiała się na każdym szczeblu. Na ulicach San Francisco i Honolulu co wieczór dochodziło do wściekłych burd między marynarzami, żołnierzami piechoty morskiej i ludźmi z wojsk lądowych. Marynarze i żołnierze drwili z siebie nawzajem, nazywając „szmatami do pokładu” i „psimi pyskami”. Spór rozwiązywano pięściami. Piechurzy zazdrościli marynarzom gorących posiłków i czystych łóżek, udogodnień, które jawiły się jako nadmiernie wystawne w porównaniu do brudu i nędzy wojny na lądzie. Niesnaski między marynarzami i żołnierzami piechoty morskiej były dobrze znane już od czasu utworzenia obu rodzajów sił zbrojnych w trakcie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Obelgi wkradały się do „pustosłowia” zamieszczanego na początku i końcu zaszyfrowanych wiadomości radiowych, na przykład: „Korpus Piechoty Morskiej, dalekomorscy boye hotelowi, ha, ha, ha”18. W bazach US Navy na całym świecie posterunki strażnicze i bramy obsadzali nadąsani żołnierze piechoty morskiej. Ich zwyczajowe słowa rzucane na powitanie wszystkim marynarzom brzmiały: „Myślisz, że gdzie do cholery się wybierasz?”.

Starsi oficerowie US Army uznawali cały Korpus Piechoty Morskiej za uknuty przez US Navy spisek, pozbawiający ich należnej im funkcji. Robili więc co w ich mocy, aby zdusić ten rodzaj sił zbrojnych albo przynajmniej ograniczyć jego użycie do jednostek nie większych od pułku. Lotnicy marynarki wojennej narzekali, że Army Air Forces (USAAF) rozdają medale niczym miętówki po obiedzie. Piloci różnych służb czerpali satysfakcję z „brzęczenia” nad lotniskami lub maszynami konkurencji oraz (na ziemi) z przytrzymywania hamulców i jednoczesnego dodawania gazu, żeby przysypać rywali chmurą ziemi i kurzu.

Każdemu większemu starciu w początkowym okresie wojny na Pacyfiku towarzyszył czynnik animozji między rodzajami sił zbrojnych. Po ataku na Pearl Harbor sekretarz Marynarki Wojennej Frank Knox często podkreślał, że to US Army w głównej mierze odpowiadała za obronę powietrzną Oahu. W następstwie zaciętego (i ostatecznie daremnego) oporu na wyspie Wake służby informacyjne marynarki i piechoty morskiej zaczęły rywalizować o uznanie opinii publicznej. MacArthur z kolei stwierdził, że utrata Filipin była „spowodowana zasadniczo niedoborem sił morskich na Pacyfiku”19. Przeprowadzony w kwietniu 1942 roku rajd Doolittle’a, w trakcie którego w Tokio uderzyły startujące z lotniskowców, lecz należące do wojsk lądowych bombowce B-25, stanowił rzadki przypadek owocnej współpracy między jednostkami US Army i US Navy. Później jednak lotnicy pułkownika Jamesa H. Doolittle’a oskarżali admirała Williama F. Halseya Jr., że nakazał im wzbić się w powietrze zbyt wcześnie, gdy siły zadaniowe wciąż znajdowały się ponad 1000 kilometrów od Japonii. W czasie bitwy na Morzu Koralowym (4-8 maja 1942 roku) załogi bazujących w Australii maszyn USAAF MacArthura krytykowano za niedokładne raporty o kontaktach wzrokowych z przeciwnikiem oraz o zrzucenie bomb na własne okręty, które wzięto za japońskie (wszystkie ładunki spadły do morza, nie czyniąc żadnych szkód).

W bitwie o Midway (4-6 czerwca 1942 roku) bombowce nurkujące US Navy z Enterprise’a i Yorktowna zaatakowały i posłały na dno cztery największe i najwspanialsze lotniskowce japońskie. W pierwszych relacjach prasowych zasługę tę błędnie przypisano armijnym B-17, bazującym na Midway. „WIELKIE BOMBOWCE WYGRAŁY”, brzmiał nagłówek na pierwszej stronie New York Timesa z 12 czerwca 1942 roku. Generał brygady Willis H. Hale oświadczył, że „w bitwie o Midway zwyciężono głównie dzięki uderzeniu Latających Fortec na japońskie siły zadaniowe u wybrzeży wyspy, przeprowadzonemu 4 czerwca o poranku”20. Ostatecznie ustalono, że ani jedna bomba zrzucona przez samoloty amerykańskich wojsk lądowych nie trafiła w nieprzyjacielskie okręty. Po bitwie jednak załogi B-17 jako pierwsze wróciły do Honolulu, gdzie zaczęły raczyć korespondentów opowieściami o swych spektakularnych uderzeniach na japońską flotę i licznych uzyskanych trafieniach. Doprowadziło to do wściekłości znających prawdę pilotów US Navy. Kiedy tydzień po starciu lotnicy obu rodzajów sił zbrojnych spotkali się twarzą w twarz w hotelu Moana w Honolulu, doszło do sprzeczek, które przerodziły się w rękoczyny. Chorąży Fred Mears, pilot samolotu torpedowego z Horneta, zauważył, że lotnicy morscy „widzieli, jak ich przyjaciele ryzykują, a czasami tracą życie, schodząc poniżej 300 metrów, atakując z lotu nurkowego, spuszczając torpedy i zatapiając okręty Japońców, podczas gdy Armia trzymała się bezpiecznie na wysokości 6 kilometrów i nie tylko chybiała, ale i niekiedy trafiała nasze własne jednostki. To dlatego wściekli się na nią”21.

W powojennych wspomnieniach generał piechoty morskiej Holland M. „Howlin’ Mad” Smith wyrównał rachunki za poniesione krzywdy, oskarżając marynarkę o „umysłową miażdżycę”22. Wymienił cały szereg występków, jakich się dopuściła. Stwierdził, że podczas operacji desantowych US Navy nie zapewniała należytego wsparcia ogniowego i powietrznego. Zmuszała żołnierzy piechoty morskiej, aby radzili sobie z gorszym jakościowo, zbędnym i przestarzałym wyposażeniem oraz uzbrojeniem. Admirałowie ze znajdujących się u brzegów sił zadaniowych wtrącali się w zakres zwierzchnictwa dowódców piechoty morskiej na przyczółkach. Opinię Smitha podzielali ludzie u dołów wojskowej hierarchii. Żołnierze piechoty morskiej, transportowani przez marynarkę na nieprzyjacielskie plaże, żywili wobec niej większe i mniejsze urazy. Ich pisemne i ustne wspomnienia pełne są żalu. Opowiadają o nierównych przywilejach w mesie, niesprawiedliwym rozmieszczeniu koi czy zakazie kupowania słodyczy i papierosów w okrętowym sklepie. Zdarzało się, że zostawiali swoje rzeczy osobiste pod pieczą marynarki i nigdy więcej ich nie widzieli. Zamykano ich na dolnych pokładach, odcinając od świeżego powietrza i światła słonecznego. Byli zmuszani do przestrzegania absurdalnych zasad „dla bezpieczeństwa okrętu”. Marines zostawili ironiczną wiadomość dla załogi transportowca, którym dotarli do Peleliu, miejsca jednej z najbardziej krwawych operacji desantowych wojny:

Z wielką przyjemnością składamy szczere podziękowania wszystkim członkom załogi za życzliwe i uprzejme traktowanie żołnierzy piechoty morskiej w trakcie rejsu. My, niefrontowcy, zdajemy sobie sprawę, że to wasza odważna i twarda załoga wygrywa wojnę na Pacyfiku. Wy, marynarze, potraficie zbliżyć się do japońskiej wyspy na mniej niż 15 kilometrów, tym samym ryzykując swym cennym życiem. Ależ jesteście mężni!23

Desanty, wymagające dostarczenia przez marynarkę wojsk mających zaatakować wroga na lądzie, jak żadne inne operacje wojskowe ukazywały i pogłębiały tarcia między rodzajami sił zbrojnych. Wojna na Pacyfiku była natomiast największym, najkrwawszym oraz najbardziej kosztownym, innowacyjnym technicznie i skomplikowanym pod względem logistycznym konfliktem w historii, obfitującym w tego rodzaju przedsięwzięcia. Aby odbić obszary zajęte przez Japończyków, Sprzymierzeni musieli zajmować kolejne wyspy, przemierzając tysiące kilometrów oceanu w dwóch wielkich równoległych ofensywach po obu stronach równika. Armia, marynarka i piechota morska musiały utrzymywać stałą i złożoną współpracę. Popełniono liczne błędy i starano się wyciągnąć z nich jak najwięcej wniosków. Jednak nawet wtedy, gdy operacje kończyły się sukcesem, spory pozostawiały po sobie rany, których nie zabliźniło nawet zwycięstwo.

13 CZERWCA, DOWIEDZIAWSZY SIĘ o zwycięstwie w bitwie o Midway, brytyjski premier Winston Churchill napisał do Roosevelta: „To odpowiedni moment, bym najserdeczniej pogratulował panu wspaniałych amerykańskich triumfów na Pacyfiku, które zdecydowanie zmieniły układ sił w wojnie morskiej. Wszystkiego dobrego dla pana i przyjaciół”24.

Nawet w sztampowym telegramie z gratulacjami Churchill ostrożnie dobierał słowa. Bitwa „zmieniła układ sił” w wojnie na Pacyfiku, lecz nie stanowiła przełomu. Nippon Kaigun utraciła lotniskowce Hiryū, Sōryū, Kaga i Akagi wraz z wszystkimi ich samolotami, a ponad 3000 doświadczonych oficerów, marynarzy i lotników zginęło w walce. Mimo to Japonia zachowała przewagę liczebną w większości klas okrętów i samolotów. Połączona Flota wciąż posiadała pięć lotniskowców wobec czterech amerykańskich, a kilka kolejnych było w budowie. Nie licząc krążownika Mikuma, zniszczonego podczas działań oczyszczających dwa dni po zatopieniu lotniskowców, japońskie siły nawodne wyszły z walk bez szwanku. Pod Midway siły cesarskie nie utraciły żadnego ze swych potężnych pancerników, okrętów podwodnych, niszczycieli, łodzi latających czy niezwykle skutecznych, bazujących na lądzie średnich bombowców. Jedynie około 110 zaprawionych w boju lotników morskich nie przeżyło bitwy. Inni utracili swe samoloty, ale znaczna liczba nowych maszyn wciąż zjeżdżała z linii montażowych w Nagoi, Yokosuce, Musashino i Kure. Midway nie osłabiło agresji i energii, z jaką Japończycy prowadzili ofensywę na południowym Pacyfiku. Ich siły morskie, lądowe i powietrzne bazujące w Rabaulu na Nowej Brytanii posuwały się na południe i wschód. Siły alianckie w okolicy nieustannie pozostawały w defensywie.

Dwa tygodnie po bitwie o Midway admirał King wybrał się z Waszyngtonu do Annapolis, aby przemówić do 611 midszypmenów kończących w 1942 roku studia w Akademii Marynarki Wojennej. Ich rocznik był największym w 97-letniej historii uczelni. Naukę skrócono im o rok, z czterech do trzech lat, z powodu rosnącego zapotrzebowania marynarki na nowych oficerów. Z mównicy w Sali Dahlgrena admirał ostrzegł młodych mężczyzn, że zostaną rzuceni w wir „największej wojny w historii”, wymagającej „nieustannych trudów, wielkiego cierpienia i poświęceń, jakich ten kraj jeszcze nie zaznał”25.

King, najpotężniejszy admirał w amerykańskiej historii, jako pierwszy piastował jednocześnie dwa najważniejsze stanowiska w marynarce: naczelnego dowódcy Floty Stanów Zjednoczonych (COMINCH) oraz szefa operacji morskich (CNO). Był wysokim, ciemnowłosym mężczyzną o wąskiej twarzy i wyraźnym podwójnym podbródku. Wywodził się z klasy robotniczej, czym wyróżniał się pośród kolegów. Urodził się i wychował w Lorain w stanie Ohio, gdzie jego ojciec pracował jako brygadzista w warsztacie kolejowym.

King był bardziej szanowany niż lubiany. Gardził tradycyjnym poczuciem przynależności do elitarnego kręgu, łączącym absolwentów Annapolis. Za osobisty cel postawił sobie oczyszczenie służby z ludzi, których uznał za opieszałych lub nieudolnych. Według jego adiutanta admirał potrafił zaakceptować w oficerze „prawie wszystko poza niekompetencją, lenistwem i gadatliwością”26. King był tak bezpośredni, że aż nieprzyjemny. Nie próbował nawet kryć wstrętu wobec tych, którzy mu się przeciwstawiali. Po wojnie generał Marshall stwierdził: „Miałem problem z Kingiem, ponieważ zawsze się na wszystkich boczył. Był nieustannie wredny”27. W prywatnym dzienniku z czasów wojny generał Dwight D. Eisenhower wyraził się podobnie, lecz nie tak delikatnie: „Jedną rzeczą, która może nam pomóc w odniesieniu zwycięstwa, jest zastrzelenie Kinga. Ten człowiek to antyteza współpracy. Jest umyślnie nieuprzejmy, co oznacza, że lubi znęcać się psychicznie”28.

Brytyjscy szefowie sztabów często podejrzewali Kinga o spiskowanie w celu przekierowywania sił z Europy na Pacyfik. Generał sir Alan Brooke, szef brytyjskiego Imperialnego Sztabu Generalnego, zanotował w dzienniku podczas konferencji w Casablance na początku 1943 roku:

King (…) to przebiegły i nieco zarozumiały typ. Jego wizja ogranicza się głównie do Pacyfiku. Jakakolwiek operacja zakładająca skierowanie w inne miejsce sił dostępnych na Pacyfiku nie spotka się z jego wsparciem czy aprobatą. Nie podchodzi do problemu z ogólnoświatowego punktu widzenia. Zamiast tego interesuje się wyłącznie Pacyfikiem. Choć twierdzi, że popiera fundamentalną strategię pokonania w pierwszej kolejności Niemiec, by następnie zwrócić się przeciwko Japonii, nie stosuje się do niej w przypadku wszelkich związanych z wojną problemów29.

Prawda była bardziej zniuansowana. King nigdy nie kwestionował sensu przyjętej przez Aliantów strategii „najpierw Europa” (ustalonej na początku 1941 roku i potwierdzonej po ataku na Pearl Harbor), wedle której główne wysiłki należało skierować przeciwko Niemcom. Na froncie wschodnim Wehrmacht prowadził najbardziej niszczycielską kampanię lądową w historii. Gdyby zwyciężył, doprowadzając Rosję do upadku lub zmuszając ją do kapitulacji, Hitler mógłby przenieść do Europy Zachodniej sto lub więcej dywizji. Z kolei pokonanie Niemiec musiało doprowadzić do nieuchronnej klęski Japonii i Włoch.

Strategia „najpierw Europa” (lub „najpierw Niemcy”), stanowiąca jedynie abstrakcyjną deklarację, pozostawiała bez odpowiedzi ogrom drugorzędnych pytań. Na Pacyfik miała trafić mniejsza część alianckich sił, ale jaki dokładnie ich procent? 10? Czy może około 30? Co oznaczało „obronę” przed wrogiem mogącym zaatakować w każdym punkcie rozległego oceanicznego frontu? Na morzu nie było stanowisk strzeleckich, okopów i fortyfikacji. Mimo porażki w bitwie o Midway Japonia wciąż zagrażała alianckim terytoriom na południowym Pacyfiku. Przed ustabilizowaniem sytuacji na teatrze działań wojennych nie istniała szansa na hipotetyczne powstrzymywanie przeciwnika, o jakim napisano w dokumentach planistycznych Sprzymierzonych. Niebezpieczeństwo było bliskie, a potrzeba przeciwstawienia się mu konieczna.

Wiosną 1942 roku King zaczął naciskać kolegów, żeby wzmocnili trasę morską łączącą Amerykę Północną z Australią. Zdawał sobie sprawę z niedoboru żołnierzy, statków transportowych i wszelkiego rodzaju sprzętu wojskowego. Wiedział też, że jego plany mogą utrudnić kampanię przeciwko Niemcom. Pozostałym szefom sztabów powiedział, że kryzys na południowym Pacyfiku „wymaga z pewnością najpilniejszych działań i trzeba mu się przeciwstawić niezwłocznie. Pomijając ideę wszelkich przyszłych ofensyw na tym teatrze, musimy się upewnić, że zdołamy utrzymać nasze obecne pozycje”30. Raz po raz nakierowywał dyskusję na potrzebę posiadania „silnych punktów”, zwłaszcza na Samoa, Fidżi, Nowej Kaledonii, Nowych Hebrydach i Tonga31. Wyspy te można było utrzymać tylko poprzez wzmocnienie ich dużymi garnizonami, samolotami oraz robotnikami i wyposażeniem do budowy lotnisk. 12 maja King poprosił Marshalla o przeniesienie trzech grup bombowych US Army, razem z obsługą naziemną, częściami zamiennymi, paliwem i amunicją, z Australii i Hawajów na Nową Kaledonię, Efate i Fidżi32.

Jak zwykle Kinga nie satysfakcjonowała wyłącznie statyczna obrona. Po skoncentrowaniu odpowiednich sił w sieci umocnionych punktów na południowym Pacyfiku Sprzymierzeni powinni przejść do bardziej ambitnego programu kontrofensywy na północny zachód z baz na Nowych Hebrydach przez Wyspy Salomona do Archipelagu Bismarcka. Miała ona zostać przeprowadzona „krok po kroku, w taki sam sposób, w jaki Japończycy posuwali się na Morzu Południowochińskim”33. 24 czerwca King z wyprzedzeniem poinformował o rozważanej ofensywie admirała Chestera W. Nimitza, naczelnego dowódcę Floty Pacyfiku (CINCPAC). Nimitz miał zgromadzić siły morskie i powietrzne na potrzeby „opanowania i początkowej okupacji Tulagi oraz okolicznych wysp”34. Następnego dnia King dodał, że ofensywa powinna rozpocząć się „około 1 sierpnia”35.

Pięć tygodni do największego desantu morskiego od czasu Gallipoli? Na jednym z najsłabiej rozwiniętych i najmniej dostępnych teatrów działań wojennych? Przez kilka ostatnich miesięcy King nakłaniał szefów sztabów i Biały Dom do ofensywy na Wyspach Salomona, ale ani razu nie dał do zrozumienia, że miałaby ona rozpocząć się już w sierpniu. Data ta sprawiała wrażenie nierealistycznie wczesnej.

Odpowiedzialność za pokierowanie przedsięwzięciem miała spaść na admirała Roberta L. Ghormleya, który niedługo wcześniej otrzymał posadę dowódcy Sił Południowego Pacyfiku (COMSOPAC). Dotarł on jednak na teatr działań wojennych zaledwie przed pięcioma tygodniami, stając na czele zupełnie nowego związku. W tym czasie przebywał w nowozelandzkim Auckland; nie zdołał jeszcze zebrać sztabu ani utworzyć stałej kwatery głównej. Absorbowały go skomplikowane kwestie logistyczne i nawet nie otrzymywał wiadomości na czas, a to z powodu „niedoświadczenia radiowców i szyfrantów”36.

Uwagę Ghormleya w głównej mierze zaprzątał problem paliwa. Z Ameryki Północnej wysłane zostały wyczarterowane tankowce, przewożące pół miliona baryłek z ropą. Admirał miał też otrzymać trzy tankowce marynarki w ramach bieżących uzupełnień. Dysponował niedużymi suchymi dokami w Auckland i Wellington na nowozelandzkiej Wyspie Północnej, lecz wszelkie poważniejsze uszkodzenia większych jednostek wymagały napraw w Pearl Harbor lub Ameryce Północnej. Na północ od Nowej Zelandii nie posiadano natomiast żadnej infrastruktury do przechowywania większej ilości paliwa. Zapas amunicji każdego kalibru był niebezpiecznie skromny. Dowódca lotnictwa południowego Pacyfiku (COMAIRSOPAC) kontradmirał John S. „Slew” McCain zajmował się syzyfową pracą budowania pasów startowych na odciętych od świata tropikalnych wyspach, na których jedynym ewentualnym surowcem było drewno i orzechy kokosowe. Jednostka, która miała wylądować na Wyspach Salomona, 1. Dywizja Piechoty Morskiej generała majora Alexandra Archera Vandegrifta, przed niespełna miesiącem opuściła obóz szkoleniowy w New River w Karolinie Północnej. Dwie trzecie jej żołnierzy wciąż znajdowało się na morzu w drodze do Nowej Zelandii. Obiecano im dodatkowe sześć miesięcy ćwiczeń, zanim wezmą aktywny udział w działaniach wojennych. Dywizja wciąż nie rozpoczęła też gigantycznych przygotowań logistycznych, jakich wymagał desant morski37.

Operacja Pestilence, bowiem taki kryptonim przypisano pierwszej próbie wyrwania terytorium z rąk Japończyków, szybko zakończyłaby się fiaskiem bez wsparcia z baz morskich i lotniczych rozmieszczonych na wschód od Wysp Salomona. Kingowi zostało pięć tygodni do dnia rozpoczęcia działań, a wspomniane bazy wciąż nie istniały. Numea, stolica znajdującej się pod kontrolą Wolnych Francuzów Nowej Kaledonii, posiadała zdatne do użytku lotnisko oraz sporych rozmiarów port z podstawową infrastrukturą. Leży jednak aż 1600 kilometrów na południowy wschód od Guadalcanal, zbyt daleko, aby zapewniać stamtąd bezpośrednie wsparcie powietrzne. Dalej na północ, w południowej części Nowych Hebrydów, batalion piechoty morskiej stacjonował na wyspie Efate; trwała tam budowa pasa startowego dla myśliwców. Efate położone jest 1300 kilometrów na południowy wschód od Guadalcanal, również zbyt daleko, aby spełnić wymieniony wyżej cel. Potrzebowano bazy morskiej i lotniska na odległych północnych krańcach Nowych Hebrydów, w promieniu 1000 kilometrów od Guadalcanal. Rozpoznając okolicę z powietrza, admirał McCain przyjrzał się wyspie Espiritu Santo, największej w swej grupie. Dostrzegł gęsto zalesioną równinę wtuloną pomiędzy porośnięte dżunglą wzgórza. Znajdowała się niedaleko w głębi lądu, blisko kanału Segond i dobrego naturalnego portu. Musiała wystarczyć.

Kapitan M.B. Gardner, szef sztabu McCaina, powiedział później na spotkaniu oficerów w Waszyngtonie: „Od każdego, kto ma ustanowić wysuniętą bazę na wyspach południowego Pacyfiku, powinno wymagać się przeczytania Robinsona Crusoe. Nie ma tam od czego zacząć, jest tylko dżungla”38. Gorączkowy, trwający miesiąc wyścig z czasem o wyrąbanie 1800-metrowego pasa startowego dla bombowców na Button (kryptonim Espiritu Santo) ukazał skalę wyzwań czekających na południowym Pacyfiku na bataliony budowlane (seabees). Cały potrzebny sprzęt i zapasy sprowadzono statkami do kanału Segond, ale tamtejszy port nie posiadał nabrzeży, magazynów i żurawi. Ciężkie wyposażenie musiano dostarczać na plaże barkami. Beczki z paliwem były spuszczane z pokładów i „płynęły” do plaż, gdzie dźwigano je ręcznie na ciężarówki i wieziono do jednego z ponad dwóch tuzinów ukrytych składów. Maty Marstona, blachy z perforowanej stali, które kładziono na pasach startowych, przywożono w ogromnych 2,5-tonowych zwojach; do dostarczania ich na plaże musiano używać barek do transportu czołgów. Kiedy 28 lipca do Santo dotarł niszczyciel USS Dale, jego załoga spodziewała się zastać tam bazę morską z prawdziwego zdarzenia, lecz przez kilka godzin nie mogła nawet znaleźć kotwicowiska. „Nie mogliśmy się połapać, gdzie powinniśmy płynąć, więc krążyliśmy powoli wokół wyspy. W końcu obserwator dostrzegł kilka masztów wystających ponad czubkami palm. Opłynęliśmy cypel, znajdując wejście do niewielkiej zatoki”39.

Prymitywne warunki wymagały użycia dużej liczby ludzi, która sama z siebie tworzyła kolejne problemy logistyczne. Całą żywność, odzież i zapasy medyczne musiano sprowadzać bezpośrednio ze Stanów Zjednoczonych. Powszechnie występująca malaria sprawiała, że potrzebowano baraków z blachy falistej albo przynajmniej domków namiotowych z siatkowymi zasłonami.

Przez miesiąc 35 operatorów sprzętu z jednostki seabees i żołnierze z afroamerykańskiej kompanii budowlanej toczyli walkę z dżunglą. Praca trwała całą dobę, w nocy w świetle reflektorów. Seabees