42 osoby interesują się tą książką

Opis

Katorżniczy trening i zdobycie sportowych szczytów. Łzy radości na igrzyskach w Atenach i tragiczna śmierć brata. Życie Otylii Jędrzejczak to prawdziwy rollercoaster i gotowy scenariusz na film. Najlepsza zawodniczka w dziejach polskiego pływania po kilka latach od zakończenia kariery zawodowej postanowiła podzielić się swoją historią w szczerej autobiografii.

Otylia. Moja historia to intymna i przejmująca opowieść o życiu wielkiej sportsmenki, którą los wyniósł na piedestał, by strącić w przepaść. Słynna pływaczka otwiera się przed czytelnikami, by na własnym przykładzie pokazać, jak ulotne potrafią być chwile szczęścia. W kobiecie, która wydaje się twarda jak stal, widzimy osobę wrażliwą i dojrzałą, która zdołała się podnieść po najtragiczniejszym z ciosów. „Chcę, by czytając tę książkę, ludzie odnaleźli w niej cząstkę siebie. I zrozumieli, że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście”, mówi mistrzyni.

Swoją historię Otylia Jędrzejczak wzbogaca fragmentami skrupulatnie prowadzonych pamiętników, listami do brata oraz własnymi próbkami poetyckimi. Czytelnicy dowiedzą się, jak wielka potrafi być cena sportowych sukcesów, a także jak poradzić sobie z internetowym hejtem, który jest obecny w życiu Otylii od wielu lat. Prowadzona w pierwszej osobie, niezwykle szczera opowieść o życiu najbardziej utytułowanej – obok Ireny Szewińskiej, Justyny Kowalczyk i Anity Włodarczyk – kobiety w historii polskiego sportu dowodzi, że pływając od ściany do ściany i wylewając hektolitry łez, można marzyć. A właściwie nie „można”, ale „trzeba”. Żeby wytrzymać nadludzki wysiłek. Nie tylko fizyczny.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 245

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dedykacja

Długo się zastanawiałam, jak można w trzystu stronach zamknąć trzydzieści pięć lat życia. Chcę, żeby moja historia była inspiracją do działania, motywacją do pokonywania przeszkód i przykładem ciężkiej pracy. Ta książka pokazuje także mój charakter – niełatwy, ale dlatego zwycięski.

Uczyłam się na błędach i przezwyciężałam porażki, by ostatecznie wygrać nie tylko w sporcie. Straciłam poczucie szczęścia, by na nowo je odnaleźć. Nikt mi nigdy nie powiedział, że będzie łatwo. I nie było.

Swoją historią zamykam pewien rozdział życia, by otworzyć kolejne.

Ponieważ już dawno postanowiłam, że napiszę książkę, gdy będę w ciąży, dedykuję ją mojemu Pawłowi i moim dzieciom, Marcelince i Grzesiowi. Chciałabym też zadedykować ją Szymkowi, mojemu braciszkowi, który zawsze był moją największą miłością, oraz moim wspaniałym i kochanym Rodzicom.

Zapraszam do mojego „basenu”.

Dzwoni budzik, piąta czterdzieści. Machinalnie naciskam wyłącznik, wstaję, ubieram się. Wszystko przygotowałam wieczorem, inaczej nie miałabym szans, by błyskawicznie znaleźć ubranie. Czasu mam niewiele, za dziesięć minut wychodzę. Na szczęście nie muszę zakładać kurtki, bo do przejścia mam jedynie kilka pięter, a później kilkadziesiąt metrów łącznikiem. Zapach chloru czuć już na schodach. W korytarzu, którego ściany proszą o odświeżenie, panuje półmrok. W głowie, jeszcze nierozbudzonej, kłębią się myśli. Wtorek, środa, czwartek – jaki dziś dzień? Ciekawe, czy śnieg jeszcze leży. Sprawdzę później, bo na dworze nie byłam od tygodnia. Nie było takiej potrzeby. Ba, w sumie przez najbliższe tygodnie nie będzie, bo plan dnia jest zawsze taki sam: sen, trening, śniadanie, lekcje, sen, obiad, trening, lekcje, kolacja, sen. Do szkoły nie chodzę, to szkoła przychodzi do mnie, bo mam indywidualny tryb nauczania. Przyjmuję nauczycieli w swoim niewielkim pokoju. Przez 45 minut mam ich tylko dla siebie. Ściągać? Gadać na lekcji? Pisać liściki? Niemożliwe, jesteśmy sami.

Na mistrzostwach Europy w Stambule wywalczyłam swój pierwszy medal w seniorskiej dużej imprezie międzynarodowej

Jeżeli nie zaznaczono inaczej, fotografie pochodzą z prywatnego archiwum autorki

Każdy dzień spędzam między ścianami – na przemian basenu i pokoju. Uczę się, że codzienne życie zawodowego sportowca to nie uśmiechy na podium, medale, wielkie pieniądze z kontraktów reklamowych, tylko pasmo udręk i niedogodności przetykane chwilami euforii. Treningi ponad siły, ciągłe zmęczenie, częste wyjazdy, bardzo ograniczony kontakt z bliskimi, trudności w nawiązaniu prywatnych relacji – oto prawdziwy obraz zawodowca. Tak, ci najlepsi najczęściej zarabiają duże pieniądze… których często nie mają kiedy ani przede wszystkim z kim wydawać. Ponadto nagła kontuzja może pozbawić ich możliwości uprawiania czynnego sportu praktycznie w każdej chwili.

Zawodowy sportowiec zmaga się też z nadmierną popularnością, a co za tym idzie – ponadprzeciętnym zainteresowaniem ze strony mediów. Gdy popełni błąd – musi sobie radzić z hejtem. Gdy spotka go nieszczęście – musi wiedzieć, że sporą grupę ludzi ono zwyczajnie cieszy. Anonimowa zgraja potrafi wręcz zaszczuć kogoś o słabszej psychice. Widziałam fotoreporterów spuszczających się na sznurach z dachu szpitala, by zrobić mi zdjęcie w najtrudniejszej chwili mojego życia. Widziałam innych, którzy stali kilka dni przed innym szpitalem, próbując popsuć mi z kolei chwilę najpiękniejszą – narodziny córki. Nie wiem, ile było warte moje zdjęcie: sto, dwieście czy może pięćset złotych. Zdjęcie pokiereszowanej i rozbitej psychicznie pływaczki albo zdjęcie byłej pływaczki, która trzyma na rękach swoją córeczkę.

Zdecydowałam się napisać tę książkę, by szczerze opowiedzieć o swoim życiu, tym sportowym i tym prywatnym. Dzielę się w niej niektórymi spośród moich wierszy, listów i fragmentów dziennika, których pisanie dawało mi kiedyś ulgę w cierpieniu. Chcę, by Czytelnik poczuł to co ja w chwili największego triumfu w Atenach i w chwili największej tragedii pod Płońskiem. Podzielę się prawie wszystkimi smutkami i radościami, pokażę drogę, którą przeszłam, by wedrzeć się na sportowy szczyt. Drogę, z której nigdy nie zboczyłam, choć zdarzało się, że miałam ochotę.

Na popołudniowym treningu rozmyślałam, co znaczą dla mnie niektóre słowa, z czym mi się kojarzą. Na przykład:

Sukces – jest prawie jak potrawa, smakuje wyśmienicie, lecz nie ma na niego stałego przepisu. Nie możemy dodać pieprzu albo soli, by poprawić smak. Jedyny przepis, jaki istnieje, to solidna i systematyczna praca.

Miłość – czekolada, potrafi być słodziutka, z pysznym nadzieniem, ale może być i gorzka i nie mieć w sobie żadnej słodyczy, lecz w dalszym ciągu sprawiać przyjemność.

Sport – zamknięte drzwi, za którymi nie wiadomo, co się kryje. Jest jak ja, ponieważ jest we mnie, dziś jest taki, a jutro inny, choć w głębi pozostaje sobą, zmienia tylko powłokę. Wyzwala ambicje, uczy życia – jest najlepszym nauczycielem charakteru, poza rodzicami. Co najważniejsze, sportowcem jest się zawsze, w złych i dobrych momentach.

Życie – to nie czerwony dywan, po którym możemy swobodnie piąć się do góry, lecz droga pełna zakrętów, również bardzo ostrych. Każdy zakręt to nowe doświadczenie, pozwalające przetrwać kolejne.

Chwila – ulotna, choć czasem potrafi zagnieździć się w sercu na zawsze. Jest też wspomnieniem.

Rodzina – cząstka mnie, najważniejsze osoby w moim życiu. Duże oparcie, zawsze ze mną, bez względu na wszystko.

Wychowałam się na Śląsku, w Kochłowicach, obecnie jednej z dzielnic Rudy Śląskiej. Nasze osiedle przy ulicy Łowieckiej nie przypominało tych znanych z filmów o górnikach. Jego projektant miał trochę wyobraźni i bloki stykały się narożnikami, a między nimi były podwórka, na których mieszkańcy mogli spędzać czas, a dzieci oddawać się dzikim zabawom. Poza tym – rzecz wówczas raczej niespotykana – na najniższej kondygnacji znajdowały się garaże.

Zajmowaliśmy narożne mieszkanie na pierwszym piętrze, skąd był doskonały widok na całą okolicę. To przydało się któregoś ranka, gdy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, że nasze miejsce parkingowe jest puste. Było to tym dziwniejsze, że oboje rodzice byli w domu. Pobiegłam do nich, by im o tym powiedzieć.

– Otylko, ale wczoraj zmieniliśmy auto, już nie mamy białego, tylko czerwone – przypomniał mi tata. Ale i tak wyjrzał przez okno i… gwałtownie zbladł.

Samochodu rzeczywiście nie było, spędził w naszej rodzinie mniej niż dwadzieścia cztery godziny. Później tata znalazł w lesie jakieś resztki, które z niego zostały.

Na tym samym piętrze mieszkała Basia, moja rówieśnica, można powiedzieć, że moja pierwsza poważniejsza koleżanka. Świetnie się rozumiałyśmy, nikt nie był nam potrzebny do szczęścia. Nieraz w piaskownicy pobiłam kolegę, który przeszkadzał nam w zabawie. Pewnego dnia nawet jedna z sąsiadek przyszła do rodziców i poskarżyła się, że „Otylia pobiła jej synka”. Pewnego razu wpadłam na świetny pomysł, żeby pójść do Baśki przez… balkon. Minę i złość moich rodziców zapamiętałam na długo… Dziś, gdybym zobaczyła moją Marcelinę stojącą na barierce balkonu, oszalałabym ze strachu.

Tata, były pięściarz, zaszczepił we mnie miłość do sportu

To jedno z moich „najmłodszych” zachowanych zdjęć.

Miałam dwa latka i jeszcze wtedy nie umiałam pływać

Biła chłopców, łaziła po balkonach… Nie, to sporadyczne przypadki. Generalnie byłam grzecznym i dobrze ułożonym dzieckiem.

Rodzice zapisali mnie do szkoły podstawowej numer 19, która dziś, co niedawno odkryłam ze smutkiem, już nie istnieje. Nawet budynek wyburzono. Wprawdzie Baśka chodziła do innej szkoły, a ja skończyłam tam tylko początkowe klasy, ale sentyment pozostał. Do dziś pamiętam, że moimi najbliższymi szkolnymi koleżankami były Julka, z którą siedziałam w ławce, i Ewelina.

Większość mężczyzn z naszego osiedla pracowała w Kopalni Węgla Kamiennego Śląsk, położonej dosłownie kilometr od naszego bloku. Wszystkie dzieciaki się znały, bo rodzice się znali, więc nawet gdy już jeździłam do szkoły do Katowic, nie straciłam kontaktu z kochłowickimi rówieśnikami. Spotykaliśmy się na dworze, gdy tylko była chwila, choć jak wiadomo, u mnie z tą chwilą nie było najłatwiej. Szkoła, coraz więcej treningów w Katowicach, dojazdy już autobusem, a nie samochodem z mamą… Jeśli ktoś chce zostać pływakiem, a mieszka daleko od basenu, nie ma czasu na nic.

Gdy byłam dzieckiem, nie znałam żadnej Otylii. Dziś, podczas projektów mojej fundacji, które są związane z pływaniem, dość często spotykam Otylie. Jestem z tego bardzo dumna, bo ich rodzice często podkreślają, że oglądali moje starty i chcieliby, żeby córka była pływaczką, więc postanowili nazwać ją właśnie tak. To imię przyniosłam sobie zresztą sama. Jestem wcześniakiem, urodziłam się 13 grudnia, o miesiąc za wcześnie. Rodzice kompletnie nie byli przygotowani na wybór imienia, więc spojrzeli do kalendarza, a tam – imieniny Otylii i Łucji. Na Śląsku panował zwyczaj, że dziecko samo „wybiera” sobie imię. Wybór między Otylią i Łucją też nie był oczywisty, bo tata upierał się przy Łucji, ale ostatecznie to mama postawiła na swoim. Gdy nauczyłam się czytać, sprawdziłam, w czym może pomóc modlitwa do świętej Otylii. Otóż, moi drodzy, do świętej Otylii należy się modlić, gdy… boli ucho.

Wigilia w rodzinnym domu w Rudzie Śląskiej zawsze miała przemiłą atmosferę. Bardzo lubiłam się przebierać za świętego mikołaja, który przynosił prezenty

W trakcie kariery – teraz zresztą również – prawie wszyscy mówili do mnie Oti. Zaczęła moja trenerka Maria Jakóbik i jakoś tak się przyjęło. W domu Szymek, gdy był mały, nie umiał wypowiedzieć imienia Otylia, więc mówił Ika. Z kolei na podwórku i w mojej grupie treningowej w Pałacu Młodzieży byłam Motylem. W sumie zdrobnienie raczej dla chłopca, ale może dlatego, że zawsze miałam krótkie włosy. Pamiętam, że pani w sklepie często myliła mnie z chłopakiem i strasznie mnie to irytowało. Później miałam też jeszcze jeden ciekawy pseudonim – Mutombo. To oczywiście od Dikembe Mutombo, słynnego koszykarza z amerykańskiej ligi NBA, co wzięło się od mojego ponadprzeciętnego wzrostu. Najbliższą mi formą mojego imienia jest Oti.

Choć dorastałam na Śląsku, nie wszystkie cechy od Ślązaków przejęłam. Na przykład jestem bardzo ufna, a u Ślązaków na zaufanie trzeba sobie zapracować i trochę to trwa. Jestem lojalna wobec Śląska, podkreślam swoje pochodzenie przy każdej okazji i wiem, że zawsze będę tam przyjmowana jak w domu – jak również, że zawsze będę się tam czuła jak w domu. Pokochałam śląską pracowitość, śląską odwagę, a także śląską kuchnię, którą moja mama przejęła, choć przecież przyjechała do Rudy Śląskiej już jako dorosła kobieta. Rolada, kluski śląskie, modra kapusta, makówki – do dziś w domu moich rodziców jada się śląskie specjały.

Za czasów mojego dzieciństwa ludność na Śląsku była różnorodna, bo autochtoni mocno mieszali się z napływowymi, którzy przyjechali za pracą. W domu nie rozmawialiśmy po śląsku, ale już na podwórku owszem. Pamiętam mój dramat, gdy kiedyś paru chłopaków powiedziało, że nie jestem Ślązaczką, a ja kłóciłam się z nimi, że jestem. Zrobili mi test. „Jesteś Ślązaczką? To powiedz, jak po śląsku nazywa się bułka”. Nie wiedziałam i wróciłam do domu cała we łzach. Do końca życia zapamiętam, że bułka to żymła… Początki ze śląskim były więc trudne, ale już w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Krakowie chłopaki śmiały się ze mnie, że mówię ze śląskim akcentem, chociaż rodzice zawsze pilnowali, żebyśmy mówili językiem bez jakichkolwiek naleciałości. Moi kuzyni, którzy też wychowali się na Śląsku, bo tata ściągnął po jakimś czasie swojego brata i pomógł mu z pracą, mówią po śląsku na co dzień. Pamiętam szok, który spowodowałam, gdy kiedyś na zgrupowaniu Michał Sapoń – Ślązak – grał na zgrupowaniu w piłkę nożną na konsoli albo komputerze i nagle zawołał:

– Kaj ta bal?

Nikt nie był w stanie odpowiedzieć, bo nikt nie zrozumiał pytania – nikt oprócz mnie. A Michał zapytał po prostu, gdzie jest piłka.

Krystyna i Piotr Jędrzejczakowie, rodzice Otylii

Mama: Otylka urodziła się miesiąc przed czasem. Nie mieliśmy wybranego imienia, zresztą wtedy były inne czasy i inaczej podchodziło się do porodów. Do szpitala pojechaliśmy autobusem.

Tata: Wiedziałem, że nie będzie obojętna na sport, ale wtedy nikt nie myślał, co dziecko będzie robiło za kilka lat. Gdy się urodziła, byłem jeszcze czynnym bokserem. Na świat przyszła 13 grudnia, a po świętach my, sportowcy, zostaliśmy oddelegowani na stanowiska, na jakich formalnie byliśmy zatrudnieni. Zjechałem na dół i już nie wróciłem. Bardzo mi się tam spodobało, no i zarobki były nieporównywalnie wyższe. Praca górnika nie jest łatwa, choć mam wrażenie, że w sport musiałem wkładać znacznie więcej wysiłku.

Wszyscy, którzy choć pobieżnie znają moich rodziców, powiedzą: rządzi tata. Były bokser, górnik, człowiek z niezłomnym charakterem, który do wszystkiego w życiu doszedł ciężką pracą. Przeprowadził się do Kołchowic w 1980 roku, by boksować w klubie przy Kopalni Węgla Kamiennego Śląsk. Wcześniej trenował w Starcie Włocławek. Mama w Rudzie Śląskiej zamieszkała rok po nim, ja przyszłam na świat po kolejnych dwóch latach.

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa: wychodzę rano do szkoły i przed blokiem mijam się z tatą wracającym z nocnej szychty. Rodziny górnicze są specyficzne, codziennie towarzyszy im strach o ojców i mężów. Pamiętam, jak mama z ulgą przyjmowała każdy powrót taty z pracy. Zatrudnił się na kopalni, bo to pozwoliło mu uprawiać ukochany sport, w taki sposób w PRL-u finansowano zawodników. Gdy jednak Solidarność zaczęła walkę o zarobki pracowników, atmosfera wokół sportowców zaczęła gęstnieć. Tata i jego koledzy z sekcji zostali wysłani pod ziemię. Zaczęli lepiej zarabiać i większość z nich nie wróciła już do uprawianej dyscypliny. Tata też został na dole, tym bardziej że jego zarobki skoczyły aż dwukrotnie, a na świat przyszło dziecko – ja. Tata rozstał się z ukochanym boksem bez wahania. Rodzina była dla niego najważniejsza. I choć pochodził z drugiego końca Polski, bliski był mu model powszechny na Śląsku: dzieci mają się uczyć i rozwijać, żona ma prowadzić ciepły dom, a ojciec ma zarobić na nich wszystkich.

Tato był cholernie wymagający. Musiałam być najlepsza w szkole, najlepsza na basenie. Miał swoje zasady, których uparcie się trzymał, zawsze było dla niego ważne, by inni widzieli mój trud i potrafili go docenić. Nie było łatwo zasłużyć na jego pochwałę, do tego czasem miałam wrażenie, że tylko w stosunku do mnie ma takie duże wymagania. Chciał, żebym była najlepsza w każdej dziedzinie. Pamiętam, gdy obroniłam pracę magisterską, z dumą pobiegłam do taty, a w ręku ściskałam misia ubranego w koszulkę z napisem „jestem magistrem”. Tata szczerze się cieszył, ale zadał znamienne pytanie:

– To kiedy doktorat?

Pomyślałam wtedy: czy ja go kiedyś zadowolę?

Pamiętam też na przykład mistrzostwa Polski w Radlinie w 1994 roku. Wygrałam z rywalkami o dwie czy trzy setne sekundy, w każdym razie minimalnie. Byłam przeszczęśliwa, bo to był mój pierwszy tytuł mistrzyni Polski, a wtedy nie mogłam przecież wiedzieć, że będzie ich tak wiele. Wracaliśmy do Kochłowic, w samochodzie grało radio i nagle w wiadomościach sportowych pojawiła się informacja na temat naszych mistrzostw. Dziennikarz ogłosił, że mistrzynią Polski została Otylia Jędrzejczak, zaraz jednak dodał, że było to zwycięstwo wręcz o włos. Tata odwrócił się wtedy do mnie i powiedział:

– Ostatni raz wygrałaś fartem.

Był zły, że dziennikarz nie docenił mojego sukcesu. Chciał, żeby nigdy więcej nikt nie powiedział, że wygrałam coś przez łut szczęścia.

Z perspektywy lat doceniam jego metody wychowawcze. Moje zacięcie do sportu – a nie mam wątpliwości i jestem pewna, że nikt, kto mnie zna, też ich nie ma – nie wzięło się znikąd. Tata, skądinąd słusznie, uważał, że regularna aktywność fizyczna uczy charakteru. W moim przypadku ten charakter został wykuty. Nigdy nie odpuszczałam, wstawałam z kolan po największych porażkach i parłam do przodu. Sama nie wiem, jak przeszłabym przez tę sporą część życia, która już za mną, gdyby nie te cechy, które wpojono mi w dzieciństwie.

Chęć zaimponowania tacie – ale i mamie – łączyła się z presją. Do dziś pamiętam, że nie lubiłam, gdy przyjeżdżali na zawody, w których startowałam – z różnych powodów, nie tylko dlatego, że za wszelką cenę chciałam się do nich uśmiechnąć z najwyższego stopnia podium. Czasem, zamiast skoncentrować się na starcie, zastanawiałam się, czy mają dobre miejsca na trybunach, czy jest im wygodnie, czy zaparkowali blisko samochód, czy Szymek nie jest głodny… Z perspektywy czasu jestem im bardzo wdzięczna za wiele rzeczy, także za to, że zrozumieli, że ich obecność na zawodach jest dla mnie obciążeniem. Ostatni raz towarzyszyli mi na basenie w 2001 roku, gdy robiłam kwalifikację na mistrzostwa świata w Fukuoce. Nie udało mi się jej wywalczyć na sto i dwieście metrów motylkiem – co oznaczało, że załapałam się jedynie do udziału w uniwersjadzie – czekał mnie jednak jeszcze start na sto metrów kraulem. Powiedziałam, że na uniwersjadę się nie wybieram, bo nadal zamierzam zrobić kwalifikację. Nikt w to nie wierzył, wszyscy powtarzali, że nie mam szans. A ja się zawzięłam i zrobiłam. Pamiętam, jakie emocje targały tatą. Dopłynęłam do ściany, spojrzałam na tablicę wyników, a potem na tatę. A on wstał i wykonał gest Kozakiewicza.

Brakowało mi czasami, żeby tata powiedział, że jest dumny. Łączy nas skomplikowana relacja, ale wiem, że nigdy nie chciał źle. Nie powiem o nim złego słowa, choć dziś patrzę na jego metody z innej perspektywy. Nie wiem, czy swoje dzieci będę motywować do pracy w ten sam sposób, to znaczy powtarzać im, że muszą zrobić daną rzecz lepiej, pracować więcej i ciężej. Z drugiej strony to tata nauczył mnie dyscypliny i samozaparcia, a Paweł Słomiński, mój wieloletni trener, poszedł jego tropem. Przyznał mi się kiedyś, że wzorował się na tym, co widział u mnie w domu.

Jednego jestem pewna ponad wszelką wątpliwość: że tata mnie kocha i chciał mnie wychować na jak najlepszego człowieka. Lubię myśleć, że odnosząc sukces w pływaniu, w jakiejś mierze spełniłam jego młodzieńcze marzenie o wspięciu się na sportowy szczyt. Marzenie, z którego zrezygnował po części ze względu na mnie.

Nie mogę powiedzieć, że moja mama jest przeciwieństwem taty, ale na pewno mocno się od niego różni. Jest spokojniejsza, najczęściej działa na chłodno, zawsze była mózgiem w naszej rodzinie. I choć pierwsze wrażenie jest takie, że to do taty należał zawsze decydujący głos, to ja – a znam ich przecież lepiej niż ktokolwiek – wcale nie jestem tego pewna. Mam wrażenie, że przez te wszystkie lata mama nauczyła się świetnie kierować naszą rodziną „z tylnego fotela”.

Dała mi wiele miłości, spędzała ze mną i Szymkiem bardzo dużo czasu. Wszystkiego nas uczyła: rysowania, malowania, wycinania, ale i gotowania. To, że dziś lubię gotować, zawdzięczam właśnie mamie. Ale przede wszystkim nauczyła mnie miłości, przytulania. Tego nigdy nam nie brakowało. Zawsze lubiłam ją obserwować w trakcie gotowania, bo jest w tym prawdziwą mistrzynią. Gotuje najlepiej na świecie i chyba nie do końca wierzy w to, że ja też potrafię. Chyba nawet nigdy nie miała okazji spróbować moich dań.

Nigdy nie miałam problemów z nauką. W szkole podstawowej uczyłam się przy biurku, które zrobił mój tata

Moja Pierwsza Komunia Święta. Mama sama uszyła mi sukienkę, a później sprawiła mi prawdziwy prezent, obcinając włosy

Gdy szłam do pierwszej komunii, mama sama zaprojektowała mi sukienkę, a następnie ją uszyła. Każdy najmniejszy koralik przyszywała we wcześniej wybranym miejscu. A tuż po komunii… obcięła mi włosy. Zawsze chciałam mieć krótkie i jeszcze w niedzielę miałam długie, a już dzień później wdzięczną krótką fryzurkę. Mama jest wszechstronnie uzdolniona, właściwie potrafi wszystko, między innymi cudownie rysuje. Wtedy okazało się, że jest też znakomitą fryzjerką.

Dużo poświęciła, żebym mogła trenować. Kilka razy w tygodniu, na zmianę z innymi mamami, woziła nas z Rudy do Katowic, po czym cierpliwie czekała, aż skończymy zajęcia, i zabierała mnie i inne dzieci do domu. Później, gdy byłam już starsza, jeździłam autobusem, a treningi zaczął też Szymek.

Rodzice dbali nie tylko o nasz rozwój fizyczny – mieliśmy lekcje angielskiego, a do domu przychodził pan, który uczył nas grać na keyboardzie i gitarze. Zdecydowanie lepiej czułam się w wodzie niż z gitarą w ręku, mimo to uczyłam się wytrwale i gdy instruktor zadał naukę jakiejś wprawki, to ćwiczyłam do upadłego, dopóki jej nie opanowałam. Szymek z kolei lawirował, nie uczył się, ale gdy przychodziło do sprawdzenia, to okazało się, że umie lepiej. Próbowałam, uczyłam się dużo, tu też kształtował się mój charakter. Jednak talent miałam do czegoś innego niż do muzyki.

Często wracam myślami do dzieciństwa, do tego czasu na Śląsku, jeszcze beztroskiego, choć wtedy wcale się taki nie wydawał. Oprócz tych wspólnych lekcji z Szymonem z rozrzewnieniem wspominam różne szczeniackie zabawy; na przykład wyglądałam przez okno i krzyczałam coś do jakiejś koleżanki, której nie lubiłam, a następnie się chowałam. Często wychodziłam pobawić się przed blok, graliśmy w gumę, skakaliśmy na skakance. Tylko w Lany Poniedziałek strach było opuścić mieszkanie. Choć w domu oblewał mnie tata – zawsze wrzucał do wanny z zimną wodą, a z czasem dołączył do niego Szymek. Wkurzałam się, ale bardziej na pokaz, żeby widzieli, że jestem zła. Dziś dałabym bardzo wiele za to, by wrzucili mnie razem do wanny…

Z uśmiechem wracam do czasów spędzonych w mieszkaniu w Rudzie Śląskiej

W domu nie mieliśmy problemów, by powiedzieć: „Kocham cię”. Mówiliśmy to bardzo często, w różnych sytuacjach. „Dzień dobry, kocham cię”. „Dobranoc, kocham cię”. „Córeczko, śniadanie, kocham cię”. „Kocham cię, siadaj do lekcji”. Jesteśmy rodziną, której członkowie skoczyliby za sobą w ogień. I choć czasami – może nawet częściej niż czasami – denerwuje mnie fakt, że rodzice chcieliby o wszystkim decydować, to bezgranicznie doceniam to, co dla mnie zrobili. A zrobili bardzo wiele – w dobrych chwilach mojego życia, ale i w tych najbardziej dramatycznych. Po wypadku, w którym zginął Szymek, dali mi ogromne wsparcie, chociaż przeżywali tę tragedię wcale nie słabiej niż ja. Nasz świat wtedy runął i jego odbudowa wydawała się niemożliwa. Ich miłość, ich wsparcie, ich pomoc, ich opieka, a przede wszystkim ich wybaczenie, które na pewno przyszło z czasem, pozwoliło nam go odbudować.

Zawsze byliśmy uśmiechniętą i kochającą się rodziną. Mama, ja, tata i Szymek

Rzeczywiście, podobieństwo między moją mamą i mną jest uderzające.

Tu przed naszym mieszkaniem w Kochłowicach

Pamiętam, jak byliśmy malutcy, jak mama kazała nam iść się uczyć, a my się położyliśmy razem. Ty na moich kolankach, a ja na Twoich pleckach. Mamy nawet takie zdjęcie. Pamiętam, jak chorowałeś i udawałeś króla. Jak pomalowaliśmy się na klaunów, a mnie spływały łzy po policzkach. Jak co święta sprzeczaliśmy się, kto ma w tym roku być świętym mikołajem. Ty zawsze pamiętałeś kolejność. Boże, zostają mi już tylko wspomnienia. Już nigdy nie kupię Ci prezentu ani nie otrzymam od Ciebie choćby słodkiego buziaka. Bo to był zawsze największy prezent. Był bezcenny.

„Kocham cię, siostra” – tak kończyła się większość z naszych rozmów telefonicznych. Kocham cię, kocham cię… Szymon, mój braciszek, moje szczęście.

Był pierwszy października 2005 roku, ponad rok po igrzyskach w Atenach, chwilę po złotej uniwersjadzie w Izmirze, trzy lata przed igrzyskami w Pekinie, na których miałam błyszczeć. Zapowiadał się cudowny, rodzinny dzień. Cieszyliśmy się na krótką wizytę u rodziców. Szymek dzień później miał obchodzić dziewiętnaste urodziny. Miał… Jego życie się skończyło. Moje i rodziców legło w gruzach. Jednego dnia z uśmiechniętej dziewczyny, która ciężko pracuje na swoje medale, ale jednocześnie spełnia największe marzenia, stałam się wrakiem człowieka. Straciłam brata, ale tak naprawdę straciłam również kawał siebie. Sprawa sądowa, wyrok – nic nie robiło na mnie wrażenia. Nic gorszego niż na tamtej drodze spotkać mnie już nie mogło.

W nocy wróciłam samochodem ze zgrupowania w Wałczu. Trener Paweł Słomiński miał taki zwyczaj, że zgrupowanie kończył jeszcze popołudniowym treningiem i dopiero po nim mogłyśmy wyruszyć do Warszawy. Jechałyśmy razem z kilkoma dziewczynami, musiałam pojechać przez Płock, żeby podrzucić do domu Kaśkę Kowalczyk. Droga nam się strasznie dłużyła, zapadały ciemności, w pewnym momencie drogowskazy pokazywały inną drogę niż nawigacja. Sytuacja była jak z horroru – wjechałyśmy na jakąś polną dróżkę, wokół były tylko drzewa i pola, do tego gęstniała mgła. Nie chcę się zastanawiać, czy to był znak, bo generalnie nie wierzę w takie rzeczy, ale to, co wydarzyło się w ciągu kilkunastu następnych godzin, każe mi sądzić, że to musiało się stać. Potwornie czułyśmy się w tym polu, do tego ubzdurałyśmy sobie, że ktoś nas śledzi. Na miejsce dotarłyśmy w końcu koło północy, ale byłyśmy umordowane. Paulina Barzycka rzuciła, że może byśmy napisały SMS-a do Słomy, że rano na treningu nas nie będzie. Odpowiedź przyszła błyskawicznie: „Nie wiem, jak jechałyście, ale ja już jestem dawno w Warszawie. Przypominam, że do igrzysk w Pekinie pozostało niewiele czasu. Zapraszam na szóstą na basen”. Słomiński nie tolerował nieobecności na treningach, czasem bałyśmy się poprosić o wolne nawet w uzasadnionych przypadkach.

Rodzice kazali nam iść się uczyć do pokoju.

Gdy przyszli, zastali nas śpiących i wtulonych w siebie

Podczas wigilii z Szymonem w 1994 roku

Gdy przyjechałyśmy pod akademik na Bielanach, Szymek akurat wychodził na imprezę. To była jedna z naszych ostatnich wspólnych chwil. Rzuciłam do niego, żeby wrócił szybko, bo rano trening, później jeszcze jedna sprawa do załatwienia i jedziemy.

– Spokojnie, siostra – odpowiedział z uśmiechem.

Młody, szczęśliwy facet, który szedł się pobawić.

Wcześniej planowałam, że ruszymy rano, zaraz po treningu, ale Barzyka poprosiła mnie o pomoc w kupnie pralki. Pojechałam więc z nią jeszcze do Arkadii, żeby wybrać odpowiedni model; w tym czasie kilkakrotnie odebrałam telefon od taty. Dopytywał, dlaczego się pałętam po mieście, zamiast jechać do nich. Szymek też się za bardzo nie spieszył, ale tata miał spore ciśnienie. W końcu wsiedliśmy do auta. Ruszyliśmy w naszą ostatnią wspólną trasę.

Beata Mieńkowska, psycholog sportowy

Współpracując z Otylią, poznałam jej rodziców i brata. Pamiętam rozmowę z jej tatą o tym, że Otylia jest taka delikatna i krucha, dopytywał, czy na pewno trener Słomiński się z nią łagodnie obchodzi. Kiedyś w Warszawie zaprosiłam Otylię razem z Szymonem i Beatą Kamińską, którą wszyscy nazywaliśmy „Buli”. To było już po sezonie, więc zapytałam, czy mogę zaproponować po piwie. Szymon natychmiast się poderwał, zapytał, gdzie są te piwa, i poprosił, żebym się nie fatygowała, bo on poda. Był nastolatkiem, a taki mi się wtedy wydał dojrzały. Pomyślałam: jakie to jest fajne rodzeństwo. Otylia bardzo o niego dbała, troszczyła się o jego emocje, jak matka martwiła się czasem, czy na pewno jego partnerka okaże się go godna.

Paulina Barzycka, pływaczka

Z Szymonem bardzo się lubiliśmy, do tego byliśmy z tego samego rocznika. Kiedyś jechaliśmy do Pragi na zawody, ale zapomniałam paszportu i musiałam z Katowic pojechać do Oświęcimia i tam zrobić trening. Szymek był wtedy w szkole, odebrał mnie, pomógł, ale tego dnia nie poszedł na zajęcia. I błagał mnie: „Tylko jej nic nie mów”. Otylia była bardzo opiekuńcza, bardzo dominowała w relacji brat – siostra. Nawet jak wychodził na miasto, to mówiła mu, żeby poprawił koszulkę, ogarnął się. Była bardzo dobrą siostrą, bardzo. Szymon był dla niej najważniejszą osobą na świecie.

Szymon lubił odwiedzać mnie w krakowskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego, gdzie przeniosłam się po ukończeniu podstawówki

Choć od tamtego dnia minęło już tak wiele lat, to zawsze gdy o nim myślę – a myślę bardzo często – czuję gulę w gardle. Na usta cisną się pytania: dlaczego do tego doszło? Co można było zrobić inaczej? Mój przypadek jest jeszcze trudniejszy, bo to ja prowadziłam ten cholerny samochód. Ja siedziałam za kierownicą, ja naciskałam na pedały, ja byłam odpowiedzialna za siebie i za mojego kochanego Szymka…

Mieliśmy niepisany układ, że w drodze do domu w Golach – to wioska w gminie Lubień Kujawski, dokąd przenieśli się rodzice – zawsze zmieniamy się za kierownicą w Płocku. Ja prowadziłam od Warszawy, a ponieważ dzień wcześniej wróciłam bardzo późno, to nie zdążyłam zatankować. Gdy paliwo się kończyło, wjechałam na stację benzynową, wlaliśmy paliwo i Szymek zaproponował:

– To może ja już poprowadzę?

Odparłam, że nie, że do Płocka jeszcze kawałek i zamienimy się tam, jak zawsze.

Szymek przysypiał na siedzeniu pasażera, opowiadał mi z zamkniętymi oczami o swojej dziewczynie. Dosłownie chwilę przed wypadkiem uniósł powieki, spojrzał na mnie i powiedział:

– Pamiętaj, siostra, że bez względu na wszystko zawsze będę cię kochał.

To było ostatnie zdanie, jakie wypowiedział do mnie, i ostatnie, jakie wypowiedział w swoim życiu. Chwilę później zabrałam się do wyprzedzania ciężarówki, która strasznie się wlokła. Sprawdziłam, czy droga jest czysta, włączyłam kierunkowskaz, zjechałam na lewą stronę i nagle zobaczyłam jadące z naprzeciwka auto. Nie wiem, jak to się stało, kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie zauważyłam go wcześniej. Okazało się, że ciężarówki są dwie, nie było gdzie uciec, więc odbiłam w lewo. Samochód wybił się do góry i zatrzymał na jedynym – naprawdę jedynym w tej okolicy – drzewie. Gdyby nie ono, nic by się pewnie nie stało, a przynajmniej skutki wypadku nie byłyby aż tak koszmarne.

Dziś tak to opisuję, ale sama nie wiem, czy to jest moja pamięć czy może wpływ sprawy sądowej i artykułów, które przeczytałam, czy może jedno i drugie…

Ocknęłam się zapewne po kilku minutach. Wołałam:

– Szymon! Szymon, wszystko w porządku?!

Odpowiadała mi cisza. Nie zdawałam sobie sprawy, co się dzieje ani jak to się stało, że zjechaliśmy z drogi. Miałam kompletną pustkę w głowie. Myślałam tylko o Szymku, ale on się nie odzywał. Jakiś mężczyzna wyciągnął mnie z samochodu, później zajmowała się mną chyba jego żona, a on dzwonił na policję i po pogotowie. Leżałam na ziemi i pytałam wszystkich o Szymka, krzyczałam, że tam jest mój brat, a pani próbowała mnie uspokoić, głaskała mnie po ręce, mówiła, że mam ranę głowy i nie mogę się ruszać. Trzymała telefon komórkowy, chciała mi go podać, ale miałam uszkodzony wzrok i nie widziałam. Znałam numery na pamięć i podawałam jej, a ona wstukiwała cyfry, żebym mogła powiadomić bliskich o wypadku. Rodzice nie odbierali, zadzwoniłam do mojego narzeczonego, w końcu oddzwonili mama z tatą. Później pamiętam już tylko karetkę, coraz więcej ludzi i mój strach. Dziś nie jestem w stanie powiedzieć, kto poinformował mnie o śmierci Szymka. Czy to była ta pani na polu czy później rodzice, czy może lekarze w karetce.

Nie piszę tego dla Ciebie, lecz dla siebie. Ty znasz każdą moją myśl i wiesz, jak się obwiniam. Zastanawiam się, czy mogłam już wtedy, na stacji, dać Ci prowadzić. Byłam zmęczona, ale to ja zawsze prowadziłam do Płocka, tam się zmienialiśmy. Mogłam nie myśleć o innych, tylko o nas i iść na czołówkę. Ale naprawdę najodpowiedniejsze w tym momencie wydało mi się pole. Nie jestem rewelacyjnym kierowcą, jednak nikt się ze mną nie obawiał jeździć, również Ty. Wiem, że często zwracałam Ci uwagę, ale to dlatego, że jestem starsza, że się o Ciebie bałam. Bałam się, że kiedyś Cię zabraknie. Dziś jestem tutaj i próbuję się trzymać, ale nie wiem, co będzie dalej. Mam wrażenie, że mama mnie się boi, że mnie trochę odtrąca.

Byliśmy podobni, teraz to wyraźnie dostrzegam. Zawsze gdy ktoś zwracał nam na to uwagę, to mówiliśmy: „Nie, e tam”. Ale jesteśmy. Jesteśmy jak jedna całość i tą całością już pozostaniemy. Brakuje mi Ciebie.

Jak mam sobie wybaczyć? Nie ma takiej możliwości. Wiem jedno: że gdyby nie rodzice, zginęłabym. Postaram się, postaram – powtarzam to cały czas. Co dalej będzie, nie wiem. Czy będę pływać? Mama z tatą kładą nacisk na naukę. To, co cały czas powtarzałam Tobie, teraz sama słyszę non stop. Nie zaprzepaszczę studiów, nie muszą się obawiać. Ale ja też potrzebuję czasu, nie ucieknę teraz w książki, choć chyba właśnie tego by ode mnie oczekiwali. Wiesz, że zależało i zależy mi na nauce. Straciłam rok, raczej nie z lenistwa, zwyczajnie nie miałam innej możliwości. Wiem, że zawsze można walczyć, ale jak postudiuję rok dłużej, to nic się nie stanie. Ciebie cisnęłam, byś się przykładał i zaliczał w terminie. By było Ci łatwiej ode mnie.

Tamtego dnia skończyło się moje życie. Teraz muszę się nauczyć żyć od nowa. Zastanawiam się czasem, czy chciałbyś, bym dalej pływała, bo czy sama bym chciała – nie wiem. Czasem jestem pewna, że tak, czasem jednak się zastanawiam. To cały mój świat. Całe dotychczasowe życie spędziłam w basenie, zresztą tak samo jak Ty. Chciałabym udowodnić sobie i wszystkim, że potrafię zrobić to też jakby dla Ciebie. Tak jak mi się wydaje, zawsze byłeś ze mnie dumny. Taką mam nadzieję, tak czułam. Cieszyłeś się, jak wygrywałam, i podnosiłeś mnie na duchu, jak było mi ciężko. Byłeś przy mnie i mam nadzieję, że w jakimś sensie będziesz nadal. Wiem, że będziesz nad nami czuwał. Tak to sobie tłumaczę.

Wychowaliśmy się w Kochłowicach i oboje z Szymkiem lubiliśmy tam wracać

Pierwszej nocy w szpitalu właściwie nie pamiętam. Wiem, że byli rodzice, trener, dziekan uczelni, trener Słomiński, moja kochana psycholog Beata Mieńkowska, kilkoro pływaków. Wiem, że nie wszystkich, którzy przyjechali mnie wesprzeć, wpuszczono do sali. Leżałam, miałam zaklejone oczy i osoby wchodzące do pomieszczenia rozpoznawałam po głosie. Próbowałam sobie przypomnieć szczegóły wypadku, dziś sądzę też, że wypierałam myśl o śmierci Szymka. Jak to nie żyje? Szymek, mój kochany brat? To niemożliwe.