Opis

Fascynująca interpretacja tradycyjnych opowieści japońskich osadzona przez autora w realiach II Wojny Światowej. Uniwersalne historie o uczuciach i zmaganiach z losem opowiedziane są w ciekawy, intrygujący sposób, a stare opowieści nabierają nowego sensu w obliczu wojennej tragedii. „Otogizōshi. Księga japońskich opowieści” to świetny przykład na książkę, która pozostając na wskroś „japońska” przemawia również do zachodniego czytelnika.

Osamu Dazai (właśc. Shūji Tsushima; 1909-1948) to jedna z najważniejszych postaci w literaturze japońskiej. W czasie swojego burzliwego – bo naznaczonego uzależnieniami i licznymi próbami samobójczymi – życia zasłynął jako mistrz nowego stylu, świetnie władający językiem, potrafiący głośno wyrazić stany uczuciowe kolejnych pokoleń młodych Japończyków.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 141

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp: Otogizōshi Osamu Dazaia

Otogizōshi – inspirowany tradycyjnymi opowieściami zbiór czterech opowiadań autorstwa Osamu Dazaia (właśc. Tsushima Shūji, 1909–1948). Powstawał w ostatnim roku wojny, w czasie wzmożonych nalotów na Tokio i inne japońskie miasta. Rękopis ocalał, mimo że zarówno dom Dazaia w Mitace, jak i dom rodzinny jego żony w Kōfu, w którym pisarz z rodziną znaleźli tymczasowe schronienie, uległy zniszczeniu. Jest to zbiór pod wieloma względami niezwykły. Jego ton ­odbiega od ponurej, autoironicznej wymowy wielu znanych utworów Dazaia, w których tragiczne wydarzenia z życia autora – nieudane związki, próby samobójcze i uzależnienia od alkoholu oraz leków – stają się podstawą wnikliwych, często prześmiewczych opisów ludzkich słabości.

W przedmowie do zbioru zaskakuje czułość wzorowanego na Dazaiu ojca. Adresatką jego opowieści jest mała córeczka, która z trudem znosi konieczność chowania się w schronie w czasie nalotów. Zbiór swoją tematyką i sposobem, w jaki snute są opowieści, wyróżnia się także na tle innych utworów powstających w Japonii w czasie wojny. Pośród huku i zniszczeń wojennych Dazai znajduje dla siebie i swoich czytelników schronienie (także przed cenzurą) w tradycyjnych opowieściach, w których próbuje odkryć prawdę o naturze człowieka. Nie jest to pierwszy raz, kiedy powstałe wcześniej narracje stały się pożywką dla jego wyobraźni. W styczniu 1945 roku – niedługo przez wydaniem Otogizōshi – Dazai opublikował Shinshaku shokoku banashi (Nowe opowieści z różnych prowincji) – zbiór dwunastu historii wzorowanych na utworach Ihary Saikaku (1642–1693).

Użyty w tytule zbioru termin otogizōshi oznacza tradycyjne opowiastki powstające – najczęściej anonimowo – w Japonii w okresie od XIV do XVII wieku. Przeznaczone były one dla szerokiego grona odbiorców i cechowały się wartką fabułą oraz występowaniem barwnych, choć nierzadko jednowymiarowych postaci. Otogizōshi – często istniejące w wielu wersjach i wariantach w zależności od regionu – czerpały z tradycji przekazów ludowychsetsuwa i dworskich opowieści monogatari. Ze względu na ich różnorodność tematyczną i typy występujących w nich postaci zwykło się wyróżniać opowieści: dworskie, buddyjskie (lub ogólniej – religijne), o wojownikach, o ludziach z niższych warstw, o podróżach do dalekich krajów, głównie Chin i Indii, wreszcie o upersonifikowanych roślinach i zwierzętach (tzw. irui mono – „rzeczy o istotach nie-ludzkich”)1. Do tej ostatniej kategorii należą trzy z czterech wykorzystanych przez Dazaia tekstów – Kachikachi yama (Trzaskająca góra), Urashima Tarō, Shitakiri suzume (Wróbel z wyrwanym językiem).

Otogizōshi, które odegrały ważną rolę w rozwoju czytelnictwa i stały się „pomostem ku prozie popularnej epoki następnej, tj. okresu prymatu kultury mieszczańskiej”2, krążyły początkowo w przekazach ustnych. W latach 1716–1736 księgarnia Shibukawy Seiemona wydała dwudziestotrzytomowy zbiór krótkich opowiastek średniowiecznych, którego tytuł – Otogi bunko (Przewodnik po literaturze) – dał początek nazwieotogizōshi. W XX wieku ludowe opowieści stały się przedmiotem zainteresowania badaczy folkloru i po raz pierwszy otogizōshi doczekały się w końcu systematycznego zapisu. W tym zakresie nieocenione są osiągnięcia Yanagity Kunio (1875–1962), który skrupulatnie zanotował opowieści obecne w prefekturze Iwate (Tōno monogatari, 1910)oraz stworzył zbiór japońskich baśni i legend z informacjami na temat ich różnych wersji i wariantów. W okresie Meiji owe tradycyjne opowieści redagowane były tak, by mogły spełniać funkcję baśni i bajek dla dzieci. Do takich zabiegów redakcyjnych odwołuje się Dazai w Trzaskającej górze.

Dazai prezentuje Czytelnikom swoje wersje czterech dawnych opowieści: Skradzionego guza (Kobutori)i wspomnianych już: Trzaskającej góry, Urashimy Tarō orazWróbla z wyrwanym językiem. Stworzony przez niego narrator – ojciec, porte-parolesamego pisarza – wykorzystuje znane elementy fabuły i postaci, by – jak to ujmuje we wstępie – stworzyć „jedyne w swoim rodzaju opowieści”.

Wbrew początkowym zapowiedziom nie decyduje się jednak przedstawić własnej wersji Momotarō, co tłumaczy w sposób autoironiczny:

Ingerowanie w wielkoduszność i prostotę tego poematu w tym momencie przyniosłoby Japonii tylko szkodę. Bądź co bądź Momotarō niesie sztandar „Nippon ichi” – Najlepszy w Japonii. Nie do pomyślenia jest, by autor, który nie tylko nie doświadczył najlepszego, ale nawet nie wie, co oznacza drugie czy trzecie miejsce w tym rankingu – mógł opisać tego najważniejszego z bohaterów.

Dazai wyjaśnia sposób, w jaki wykorzystuje istniejące dawne opowieści, we wstępie do wspomnianych już Nowych opowieści z różnych prowincji:

 

Nadałem temu zbiorowi tytuł „Nowe opowieści z różnych prowincji”, ale chciałbym im nadać podtytuł „Mój Saikaku”. W każdym razie nie jest to tłumaczenie na współczesny japoński. Tłumaczenie klasyki na język współczesny uważam bowiem za działanie pozbawione sensu, które nie przystoi pisarzowi. Trzy lata temu napisałem „Opowieść o zaszczytnym ubóstwie”, wzorowaną na jednej z opowieści niesamowitych zebranych w „Liaozhai zhiyi”, którą opublikowano w „Shinchō” („Nowe Prądy Literackie”). W znacznej mierze upiększyłem ją jednak własnymi swobodnymi rozważaniami. W tym zbiorze chciałbym zaproponować czytelnikowi smakowanie podobnego stylu3.

W Otogizōshi Dazai stosuje podobną technikę. Wplata w swoje opowieści liczne komentarze, często ironiczne, tworzy postaci złożone pod względem psychologicznym, analizuje pęknięcia i słabości natury ludzkiej, zwłaszcza skłonność do karmienia się złudzeniami i trudność widzenia czegokolwiek poza własnym interesem. A czyni to wszystko z humorem i delikatnością. Nic dziwnego, że stworzone przez niego wersje są znacznie dłuższe od tekstów, którymi się inspirował, a w których postaci są zaledwie zarysowane, a fabuły często tworzone schematycznie. Wyobcowany staruszek, który ucieka ku kieliszkowi i towarzystwie demonów; zdolny do ciętej jak brzytwa riposty żółw, który potrafi precyzyjnie rozpoznać chwile napuszenia młodego panicza; jenot, który pozuje na romantyka, choć w istocie rządzą nim najniższe instynkty; zajączek, który jest niezdolny do empatii, choć występuje w imieniu poszkodowanego staruszka, małoduszna kobiecina, która pozbawia wróbla języka – to tylko wybrani bohaterowie Otogizōshi Dazaia. Są oni pełni sprzeczności, a równocześnie wiarygodni i budzący zrozumienie Czytelnika. Tym samym Otogizōshi stają się zaproszeniem do pełnej przygód podróży nie tylko w przeszłość i niezwykłe, baśniowe światy, ale także w głąb natury ludzkiej.

1Mikołaj Melanowicz, „Otogizōshi”, w: Grzegorz Gazda (red.), Słownik rodzajów i gatunków literackich, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s. 672.

2Ibidem, s. 673.

3Osamu Dazai, Shinshaku shokoku banashi, Seikatsusha, Tōkyō 1954, s. 1.

Baśnie japońskie Otogizōshi

– O, uderzyły.

Ojciec odłożył pióro i wstał. Na sam dźwięk syreny alarmowej nie ruszyłby się z miejsca, ale słysząc uderzenia dział przeciwlotniczych, przerwał pracę, założył pięcioletniej córeczce pikowany kaptur ochronny i zaniósł ją do schronu wykopanego w ogrodzie. Zastał tam już matkę, która z dwuletnim synkiem na plecach przycupnęła w głębi.

– Zdaje się, że są blisko…

– Tak. Okropnie tu ciasno.

– Tak myślisz? – w głosie ojca słychać było niezadowolenie. – Jest w sam raz. Gdyby był głębszy, moglibyśmy zostać pogrzebani żywcem.

– Ale mógłby być trochę obszerniejszy.

– Hmm, pewnie tak. Tylko że teraz ziemia jest ­zamarznięta i trudno kopać. Zajmę się tym później. – Ojciec uspokoił matkę mglistą obietnicą i zaczął nasłuchiwać płynących z radia informacji o nalocie.

Jednak gdy tylko narzekania matki ucichły, pięcioletnia córeczka natychmiast zaczęła głośno domagać się opuszczenia schronu. W takiej sytuacji uspokoić mogła ją jedynie ilustrowana książeczka z baśniami. Momotarō, Trzaskająca góra, Wróbel z wyrwanym językiem, Skradziony guz, Urashima Tarō… Ojciec czytał te baśnie dzieciom. Strój miał wprawdzie nędzny, a wyglądem przypominał błazna, ale był niezwykłym człowiekiem, który posiadał niespotykaną zdolność snucia opowieści.

 

Działo się to dawno, dawno temu…

 

Głos ojca brzmiał osobliwie, niemal niedorzecznie, ale w jego sercu wzbierała jedyna w swoim rodzaju opowieść.

Skradziony guz

Dawno, dawno temu

żył sobie staruszek, który na prawym policzku

miał uciążliwego guza…

 

Staruszek ten mieszkał u stóp góry Tsurugi w Awa na wyspie Sikoku. (Tak mi się w każdym razie zdaje, choć nie mam dostępu do źródeł na ten temat. Opowieść ta została najpewniej zaczerpnięta z Uji shūi monogatari, ale w schronie nie sposób tego sprawdzić. Dotyczy to nie tylko opowieści o skradzionym guzie, ale także prezentowanej później baśni o Urashimie Tarō. Jego historia pojawia się już w Nihon shoki i jest opiewana w jednej z pieśni Man’yōshū. Ponadto podobna opowieść występuje i w Tango fudoki i Honchō shinsenden. Jest też niedawna sztuka Ōgaia, a także – jak sądzę – widowisko taneczne, bodaj autorstwa Shōyō. W każdym razie Urashima Tarō pojawia się w licznych utworach – także sztukach teatrów nō i kabuki, a nawet w tanecznych układach gejsz).

– Ze względu na osobliwy zwyczaj oddawania lub sprzedawania przeczytanych już książek nigdy nie miałem własnej biblioteczki. Musiałbym więc teraz, kierując się mglistymi wspomnieniami, wyprawić się na poszukiwanie przeczytanych niegdyś książek, a to w tej sytuacji nie jest łatwe. Siedzę przecież skulony w ogrodowym schronie. Na kolanach mam jedynie ilustrowaną książeczkę. Pozostaje mi więc zrezygnować ze szczegółowych badań i snuć opowieść wyobraźni. Kto wie, może tak powstałe historie będą nawet barwniejsze i bardziej zajmujące. – W takich rozważaniach ojciec – człowiek osobliwy – próbował szukać pocieszenia.

– Dawno, dawno temu… – ciągnął w kącie schronu znad rozłożonej książki, malując w wyobraźni zupełnie nową opowieść.

Staruszek bardzo lubił sake. A ci, którzy nadmiernie lubują się w trunkach, często są w swych rodzinach samotni. Próżno rozstrzygać, czy piją dlatego, że są samotni, czy może są samotni, bo ich rodziny nie mogą znieść tego, że piją. To tak, jak gdyby ktoś klasnął w dłonie i próbował ustalić, która z nich wydała dźwięk. W każdym razie w domu staruszek zazwyczaj wyglądał na przygnębionego. Nie chodzi o to, że w jego rodzinie działo się jakoś wyjątkowo źle. Jego żona mimo podeszłego wieku była w pełni sił. Dobiegała siedemdziesiątki, ale plecy miała niezgarbione i spojrzenie bystre. W młodości musiała być nie lada pięknością. Od najmłodszych lat była powściągliwa w słowach – z całą powagą kręciła się przy domu.

Nawet kiedy staruszek zagajał wesoło:

– Przyszła wiosna, zobacz… Kwitnie sakura.

Staruszka odpowiadała obojętnie:

– Ach tak? Przesuń się trochę. Chcę tu uprzątnąć.

Staruszek wówczas pochmurniał.

Staruszek miał też syna, który – a był bliski czterdziestki – postępował w sposób tak nieskazitelny, że ze świecą by szukać drugiego takiego. Nie pił, nie palił – ba, nie śmiał się, nie złościł, nie cieszył życiem. W milczeniu pracował tylko w polu, budząc nieuchronnie szacunek sąsiadów. Zyskał sobie nawet sławę jako „Świątobliwy z Awy”. Nie ożenił się nigdy ani nie zgolił zarostu. Ktoś mógłby pomyśleć, że był z drewna lub kamienia. Cóż, trzeba stwierdzić, że rodzina staruszka była jedną z tych, które się poważa.

A jednak staruszek z jakiegoś powodu był ponury. I – choć krępował się swojej rodziny – miał poczucie, że musi pić. Picie w domu jednak potęgowało tylko jego przygnębienie. Ani staruszka, ani syn – „Świątobliwy z Awy” – nie ganili go za to. W milczeniu spożywali kolację, a staruszek sam sączył przy nich swoją sake. W stanie upojenia wypowiadał czasem jakieś oczywistości w poszukiwaniu rozmówcy:

– A tak przy okazji… Już niedługo wiosna. Pojawiły się jaskółki.

Zbędne komentarze. Staruszka i syn nie odzywali się ani słowem.

– Taki wiosenny wieczór wart jest krocie, co? – staruszek znowu wymruczał coś zgoła niepotrzebnie.

– Dziękuję! – Świątobliwy z Awy skończył posiłek, skłonił się z szacunkiem i wstał.

– Może ja też bym coś w końcu zjadł… – uznał staruszek, smętnie opróżniając czarkę z sake.

Zazwyczaj jego picie w domu wyglądało w ten właśnie sposób.

Pewnego ranka, a zapowiadała się tego dnia piękna pogoda, staruszek wybrał się w góry, by zbierać drewno na opał. Czerpał radość z tego, kiedy w pogodne dni mógł z tykwą wypełnioną sake u boku wspinać się na górę Tsurugi. Kiedy znużyło go zbieranie drewna, siadał swobodnie na głazie i z zadowoloną miną przepłukiwał gardło.

– Piękny widok! – mówił, sącząc sake z przytroczonej do boku tykwy. Wyglądał przy tym na za­dowolonego. Zupełnie nie ten człowiek, co w domu. Niezmienny pozostawał jedynie wielki guz na jego prawym policzku. Guz wyrósł mu jakieś dwadzieścia lat wcześniej, jesienią, kiedy przekroczył pięćdziesiąty rok życia. Poczuł wtedy na prawym policzku dziwne ciepło i swędzenie. Policzek stopniowo nabrzmiewał, a kiedy staruszek go masował i pocierał, guz stawał się coraz większy. Staruszek uśmiechnął się smutno i skwitował:

– Doczekałem się udanego wnuka.

Na te słowa Świątobliwy z Awy odpowiedział z powagą, która tłumiła wszelką wesołość:

– Dzieci nie rodzą się z policzka.

Staruszka z kolei stwierdziła bez cienia uśmiechu:

– Chyba nie zagraża to twojemu zdrowiu.

Później nie wykazała już najmniejszego zainteresowania guzem. Już sąsiedzi okazywali mu większe współczucie.

– Skąd mógł się wziąć ten guz? Czy boli? Musi pewnie bardzo przeszkadzać? – pytali z troską.

Staruszek jednak śmiał się na to i potrząsał głową. Czuł, że guz nie tylko mu nie przeszkadza, ale jest mu w istocie bliski jak wnuk, że tylko on pociesza go w samotności. Kiedy rano mył twarz, szczególnie troskliwie obmywał go czystą wodą. A w chwilach takich jak tego dnia, kiedy sam w górach popijał sake i był w doskonałym humorze, guz był mu niezastąpionym kompanem.

Staruszek siedział po turecku na skale i głaszcząc prawy policzek, mówił:

– No, już… Nie ma się czego bać. Nie ma się co krygować. Człowiek musi się napić. Powaga ma swoje granice. „Świątobliwy z Awy”, za przeproszeniem. Zobaczcie tylko, co mówię. Jaki jestem mądry! – staruszek szeptem żalił się guzowi, po czym odchrząkiwał na cały głos.

 

Nagle niebo pociemniało

Zerwał się wicher

Deszcz zaczął lać się strumieniami

 

Takie gwałtowne ulewy wiosną to rzadkość. Pozostaje jednak uznać, że w górach tak wysokich jak Tsurugi, zdarzają się nieraz nagłe zmiany pogody. Deszcz sprawił, że mleczna mgła osnuła szczyt, a bażanty – zarówno zwyczajne, jak i złote – zaczęły z łopotem przelatywać niczym strzały w głąb lasu, chcąc uniknąć deszczu.

Staruszek uśmiechał się ze spokojem.

– To nawet dobrze, że guz schłodzi się w deszczu – uznał i, wciąż siedząc po turecku na skale, przyglądał się ulewie. Deszcz zacinał jednak coraz mocniej i nie zapowiadało się, by miał wkrótce ustać.

– Hmmm, guz już chyba zmarzł. Dosyć tego ­chłodzenia.

Po tych słowach wstał, głośno kichnął i z chrustem na ramionach udał się cichutko w stronę lasu, gdzie aż roiło się od dzikich ptaków i zwierzyny szukającej schronienia przed deszczem.

– Przepraszam. Proszę mnie przepuścić.

Staruszek w doskonałym humorze witał się z małpami, zającami i złotymi bażantami, kierując się w głąb lasu. Przycupnął w końcu w zagłębieniu u stóp potężnego drzewa dzikiej sakury.

– To wspaniały salon. Wy także... – zawołał do zajęcy i innych zebranych. – … przychodźcie wszyscy śmiało. Nie ma tu żadnej mędrkującej staruszki ani Świątobliwego z Awy. Chodźcie śmiało!

Nawoływał wesoło, ale już po chwili dało się słyszeć jego miarowe chrapanie. Zasnął. Pijacy w stanie upojenia prawią czasem niedorzeczności. Zazwyczaj jednak są niegroźni – jak ten oto staruszek.

 

W oczekiwaniu na to, aż deszcz ustanie,

staruszek zapadł w głęboki sen.

Musiał być zmęczony.

Tymczasem rozpogodziło się i chmury się gdzieś rozpierzchły.

Noc jaśniała światłem księżyca

 

Był to wiosenny sierp księżyca. Unosił się na niebie jak gdyby na wodzie, bladozielony, a jego światło ścieliło się na leśnym runie niczym sosnowe igły. Staruszek nadal mocno spał. Zbudził się dopiero, kiedy z zagłębienia drzewa wyleciały z łopotem nietoperze. Zdumiał się, że nastała już noc.

– Niedobrze… – powiedział. Oczami wyobraźni zobaczył twarze poważnej staruszki i srogiego świątobliwego. „Ach, co za nieszczęście! Żadne z nich nie skarciło mnie do tej pory ani razu, ale z powodu tego późnego powrotu będę się pewnie miał z pyszna. Cóż to? Czyżby sake też się skończyła?”. Staruszek potrząsnął tykwą. Na dnie zachlupotało cicho.

– A, mam cię! – staruszek w jednej chwili wypił zawartość tykwy do ostatniej kropli, a wraz z upojeniem naszła go melancholia.

– O, księżyc! Noc wiosenna, jedna chwila – mamrocząc pod nosem banały, wyszedł z zagłębienia.

A wtedy…

 

Cóż to za hałasy?

Patrzył i oczom nie wierzył.

Musiał śnić.

 

Na polanie w głębi lasu jego oczom ukazał się widok niezwykły, nie z tego świata. Spójrzcie tylko! Nie wiem, jak właściwie wyglądają demony, bo nigdy żadnego nie widziałem. Od dziecka napatrzyłem się aż do znudzenia na obrazki demonów, ale nie dany mi został jeszcze przywilej zobaczenia ich twarzą w twarz. Podobno jest wiele rodzajów demonów. Używamy też tego słowa na określenie ludzi, którzy budzą naszą odrazę. Moglibyśmy więc założyć, że tak nazywane istnienia mają ohydny charakter. A tymczasem zdarza się w gazecie natrafić na wyrażenie: „arcydzieło autorstwa mistrza takiego i takiego – demona literatury”. I człowiek traci wszelkie rozeznanie. Czy to możliwe, że ktoś użył w swoim artykule osobliwego, budzącego grozę określenia „demon”, by obnażyć demoniczność talentu mistrza takiego i takiego, a tym samym ostrzec przed nim czytelników? Gorzej nawet, nazwał go przecież „demonem literatury”. Można by przypuszczać, że mistrz taki i taki powinien zareagować wściekłością na tego rodzaju paskudną obelgę rzuconą mu prosto w twarz. Tymczasem nic z tych rzeczy! Ów pisarz zdaje się nie być w najmniejszym stopniu niezadowolony z tak uwłaczającego przezwiska, a wieść gminna niesie, że potajemnie wspiera nawet jego użycie, co musi wprawiać w tym większe zakłopotanie przynajmniej kogoś tak nierozgarniętego jak ja. Po prostu nie jestem w stanie myśleć o demonach z tygrysią skórą wokół bioder, czerwonymi pyskami i czymś, co przypomina toporne pałki z żelaza, jako o bogach sztuki.

Przez pewien czas uważałem nawet w swojej głupocie, że lepiej byłoby unikać stosowania tak niejednoznacznych określeń jak „demoniczny talent” czy „demon literatury”. Jednak wynikało to pewnie z mojej ograniczonej wiedzy na temat demonów. Być może rzeczywiście istnieje wiele ich rodzajów. Gdyby tylko bodaj Encyclopaedia nipponica była pod ręką, mógłbym zerknąć do niej, w jednej chwili przeobrazić się w naukowca otaczanego czcią przez kobiety w każdym wieku (erudyci tak już mają!) i z poważną miną szczegółowo rozpisać się na ten temat. Niestety, siedzę teraz skulony w schronie i mam do dyspozycji jedynie rozłożoną na kolanach książkę z obrazkami. Mogę opierać swój wywód jedynie na tych ilustracjach.

Spójrzcie tylko! W głębi lasu na wcale rozległej, porośniętej trawą polanie kilkanaście zniekształconych postaci, czy raczej stworów – w każdym razie kilkanaście owych gigantycznych istot z czerwonymi pyskami, przewiązanych w biodrach skórą tygrysią, siedzi w kręgu i ucztuje przy blasku księżyca. Staruszek w pierwszej chwili zamarł przerażony. Jednak pijacy – choć na trzeźwo nie mają za grosz odwagi i są do niczego – pod wpływem alkoholu wykazują niespotykaną dziarskość. Staruszek był podchmielony. Zdobył się już na odwagę, by pomstować na swoją poważną żonę i świątobliwego syna o nienagannych manierach. Teraz też na widok niezwykłej sceny ani myślał tracić zimnej krwi. Wyszedł na czworakach z zagłębienia i w tej pozie przypatrywał się uważnie w osobliwemu towarzystwu popijającemu sake.

– Ależ im musi smakować… – wymamrotał i w tej samej chwili poczuł, jak wzbiera w nim dziwna radość. Pijacy podobno odczuwają pewną uciechę na widok innych, którzy się upijają. Oznacza to, przyznacie, że nie są egoistami. Cechuje ich hojność, jaka towarzyszy wznoszeniu toastów za pomyślność sąsiadów. Chcą się upić, to prawda, ale jeśli sąsiedzi upiją się z nimi, ich radość jeszcze wzrasta. Staruszek wie, na co patrzy. Jest świadomy, że gigantyczne stwory z czerwonymi pyskami – ni to ludzie, ni to bestie – które ma przed sobą, to demony. Przepaski z tygrysiej skóry wokół ich bioder nie pozostawiają cienia wątpliwości. Jednak te demony są teraz w doskonałych humorach pod wpływem sake. Staruszek jest także upojony i zaczyna odczuwać względem nich pewną bliskość.

Nadal na czworakach, wpatruje się w przedziwną scenę raczenia się alkoholem przy księżycu. W przeciwieństwie do znanych mu złośliwych demonów, te, które widzi, uznaje za gatunek niegroźny. Czerwone pyski wyglądają przerażająco, to prawda, ale te oto demony są z gatunku pogodnych i nieszkodliwych. Jego osąd okazał się zasadniczo trafny. Były to w istocie demony niezmiernie łagodne, które zasługiwałyby nawet na miano pustelników z góry Tsurugi, i były zupełnie niepodobne do demonów piekielnych. Przede wszystkim nie miały przy sobie żelaznych pałek ani innych niebezpiecznych narzędzi, i to już można uznać za dowód tego, że nie nosiły się z żadnymi złymi zamiarami.

Jednak w odróżnieniu od posiadających rozległą i głęboką wiedzę siedmiu chińskich mędrców, którzy zaszyli się w bambusowym lesie, te demony – pustelnicy z góry Tsurugi – były głupiutkie. Po chińsku mędrzec zapisywany jest znakiem, który łączy w sobie znaki oznaczające człowieka i górę. W oparciu o ten zapis słyszałem kiedyś proste wyjaśnienie, że mędrcy to ludzie, którzy mieszkają w górach. A jeśli tak, to i te demony – choćby w gruncie rzeczy były wielce głupiutkie – można nazwać mędrcami. W każdym razie na opisanie tych czerwonych, gigantycznych istot świętujących przy księżycu słowo „mędrzec” wydaje się właściwsze niż „demon”.

Wspomniałem wcześniej o głupocie tych stworów – obrazował ją dobitnie sposób, w jaki świętowały. Musiał to być rodzaj tańca, który pozbawiony był zasadniczo jakichkolwiek walorów artystycznych. Demony wydawały z siebie niezrozumiałe kwiki, uderzały dłońmi w kolana, wybuchając przy tym śmiechem, zrywały się i skakały nieskładnie, zwijały swoje potężne ciała i turlały się w koło. Wszystko to dowodziło, że określenia typu „demoniczny talent” czy „demon literatury” nie mają w istocie sensu. Nie do pomyślenia jest po prostu, by takie nierozgarnięte miernoty miały być bogami różnorakich sztuk. Staruszek także osłupiał na widok tak niewprawnego tańca. Zaśmiał się do siebie.

– Coś podobnego! Co za niezgraby! Pokażę im, jak się tańczy! – wymamrotał.

 

Staruszek bardzo lubił tańczyć.

W jednej chwili wyskoczył i zaczął podskakiwać.

Jego guz falował przy tym: góra, dół, góra, dół.

Dziwny i zabawny był to widok!

 

Staruszek miał w sobie odwagę pijanego. Co więcej, demony budziły jego przyjazne uczucia, więc nie bał się ani trochę. Wskoczył w sam środek kręgu i z dumą zaprezentował tradycyjny taniec awaodori, śpiewając przy tym pewnym głosem:

 

Młode panny w pięknych kokach, staruszki w perukach,

Widok czerwonych tasiemek musi mieszać zmysły,

I wy żonki pójdźcie do nas w swoich kapeluszach.

 

Widząc to, demony najwyraźniej oszalały z radości. Zaczęły wznosić osobliwe okrzyki – kya kya, keta, keta – i zataczać się ze śmiechu, ociekając przy tym śliną i łzami. Zachęcony ich reakcją staruszek zaintonował:

 

Za wielką doliną – tylko kamienie,

Za górą Sasa – trawy bambusa.

 

Zaśpiewał na całe gardło i z radosną lekkością zakończył swój taniec.

 

Demony nie posiadały się z radości:

W następną księżycową noc

chcemy, byś dla nas znowu zatańczył.

Obiecaj, a na dowód

zostaw nam coś drogocennego.

 

To powiedziawszy, zaczęły się po cichu naradzać między sobą. Guz na policzku staruszka lśnił w słońcu – wyglądał jak jakiś niespotykany skarb. „Jeśli go zabierzemy, bez wątpienia wróci tu do nas” – demony w swoim osądzie wykazały się niespotykaną głupotą. Natychmiast też oderwały guza. Wprawdzie nie miały w sobie mądrości, ale mieszkały długo w lasach i mogły posiąść pewne zdolności górskich mędrców. Bez najmniejszego trudu usunęły guza tak, że nie pozostał po nim żaden ślad.

 

Staruszek krzyknął w oszołomieniu:

– Tak nie można! Toż to mój wnuczek!

Odpowiedziały mu tylko wiwaty zadowolonych z siebie demonów.

 

Nastał ranek. Rosa połyskiwała na drodze.

Pozbawiony guza staruszek

wracał z gór do domu,

smutno głaszcząc się po policzku.

 

Staruszek, dla którego guz był jedynym powiernikiem, poczuł się nieco osamotniony. Jednak odczuwał również pewną przyjemność z tego, że jego policzek muskała teraz poranna bryza. „Cóż, ostatecznie nic takiego się nie stało! Coś straciłem, by coś zyskać. Przynajmniej wytańczyłem się i wyśpiewałem za wszystkie czasy” – staruszek snuł swoje niefrasobliwe rozważania, kiedy w drodze powrotnej natknął się nagle na syna, który szedł właśnie do pracy w polu.

– Dzień dobry! – Świątobliwy z Awy powitał ojca z całą powagą, jak gdyby niczego nie zauważył.

– Cóż… – staruszek nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Po chwili każdy poszedł w swoją stronę.

Świątobliwy oczywiście w głębi serca zdziwił się trochę, że guz zniknął z twarzy ojca w zaledwie jedną noc. Pomyślał jednak, że wszelkie uwagi krytyczne na temat wyglądu rodzica byłyby sprzeczne z jego świątobliwą etyką. Dlatego udał, że nic się nie stało, i w milczeniu poszedł dalej.

Gdy staruszek wrócił do domu, staruszka powitała go ze spokojem:

– O, wróciłeś! – powiedziała tylko i nie zapytała ani słowem o to, co działo się minionej nocy.

– Zupa miso wystygła – zamruczała cicho i zajęła się przygotowywaniem śniadania.

– To nic – powiedział staruszek. – Może być zimna. Nie trzeba podgrzewać.

Skulony usiadł do posiłku. Czuł przy tym wielki wstyd. Kiedy jadł to, co staruszka mu nałożyła, chciał jej opowiedzieć o niezwykłych wydarzeniach ubiegłej nocy. Jej wyniosła powaga sprawiła jednak, że słowa utknęły mu w gardle. Jadł więc żałośnie, ze spuszczoną głową.

– Twój guz się wysuszył – wymruczała staruszka.

– Uhmm – staruszek nie miał już ochoty niczego tłumaczyć.

– Pewnie pękł i wypłynęła z niego woda – staruszka podsumowała z nieobecnym wyrazem twarzy.

– Uhmm.

– Kiedy woda się zbierze, guz znowu urośnie.

– Pewnie tak.

Ostatecznie nikt w domu nie przejął się guzem staruszka.

Tymczasem w sąsiedztwie mieszkał jeszcze jeden starzec, który miał uciążliwego guza na lewym policzku. Dla niego guz był prawdziwym utrapieniem – nienawidził go z głębi serca. „To na pewno przez ten guz nie mogę do niczego w życiu dojść… Ileż kpin i pogardy musiałem znosić z jego powodu!” – starzec każdego dnia raz po raz spoglądał w lustro i ciężko wzdychał. Postanowił nawet zapuścić brodę, żeby w jej gęstwinie ukryć guza, ale ku jego rozpaczy wierzchołek guza czerwienił się pośrodku siwych bokobrodów jak słońce, które wschodzi wśród wzburzonych morskich fal. To dopiero był dziwaczny widok!

Trzeba podkreślić, że nie było w tym starcu zgoła nic odpychającego. Był słusznej postury, miał wydatny nos i bystre spojrzenie. Mówił i zachowywał się dostojnie, a do tego wykazywał się roztropnością. Nosił się elegancko i ponoć był wykształcony. Posiadał też tyle, że ów staruszek-pijaczyna nie mógłby nawet o tym marzyć. Dlatego też wszyscy w okolicy traktowali go z szacunkiem, zwracając się do niego „Szanowny panie” lub „Profesorze”. Jednym słowem – miał wszystko, czego dusza zapragnie. A jednak guz na lewym policzku pozbawiał go wszelkiej radości życia, dniem i nocą wpędzając w przygnębienie.

Żona starca była bardzo młoda – miała zaledwie trzydzieści sześć lat. Nie odznaczała się może szczególną urodą, ale była pulchna i miała jasną karnację. Często śmiała się radośnie, choć przy tym nieco bezwstydnie. Starzec miał też dwunasto-, może trzynastoletnią córkę, niezwykle urodziwą, choć odrobinę zuchwałą. Córka świetnie rozumiała się z matką i chichot kobiet wypełniał dom, dzięki czemu atmosfera wydawała się w nim pogodna pomimo zgorzkniałej miny pana domu.

 

– Mamo, dlaczego guz taty jest taki czerwony? Przypomina głowę ośmiornicy – zuchwała córka nieskrępowanie wypowiadała na głos to, co myślała. Matka nie ganiła jej za to. Śmiała się tylko głośno i dopowiadała:

– Racja! Albo zanurzony w policzku świątynny bębenek w kształcie ryby.

– Cicho tam! – pan domu wpadał w złość. Rzucał żonie gniewne spojrzenie, podnosił się z miejsca i wycofywał do ciemnego pokoju w głębi domu. Tam spoglądał z rezygnacją w lustro i mruczał:

– Przeklęty guz…

Kiedy myślał już, że odetnie sobie guz nożem – nawet jeśli miałby to przypłacić życiem – doszła jego uszu wieść o tym, że pijaczyna z sąsiedztwa pozbył się niedawno swojego guza. Nocą potajemnie wybrał się więc do nędznej chaty pijaczyny i usłyszał od niego przedziwną opowieść o uczcie przy księżycu.

 

Opowieść sąsiada wielce go ucieszyła.

„Dobrze! Niech wezmą i mój guz” –

powiedział.

 

Starzec poczuł, jak wzbiera w nim odwaga. Szczęśliwym trafem ta noc też była księżycowa. Niczym ­wojownik wyruszający do walki – z błyskiem w oku i zaciśniętymi ustami wygiętymi w podkowę – zaczął swoją wędrówkę w głąb lasu porastającego górę Tsurugi. „Choćby nie wiem co, tej nocy zatańczę wspaniale i wzbudzę zachwyt demonów. Gdyby z jakichś względów nie chciały się zachwycić, powalę je wszystkie tym oto wachlarzem z metalowymi okuciami. Przecież to tylko durne, zapite demony. Cóż mi zrobią? Nie wiadomo było, czy starzec idzie zaprezentować demonom swój taniec, czy też wytępić je co do jednego. Z niezwykłą zaciętością kroczył z wypiętą piersią, dzierżąc w prawej ręce wachlarz z żelaza. Jednak dzieło tych, którzy silą się, by stworzyć coś wspaniałego, zazwyczaj wychodzi marnie.