Otchłań Ganimedesa 3: Uciekinier - Tomasz Biedrzycki - ebook + audiobook
lub
Opis

Trzecia część serii o Martinie van Hansenie, który emigrował z Ziemi, by znaleźć się na powierzchni Ganimedesa – największego księżyca Jowisza. Wraz z poznanym w gnieździe przemytników Barrym Lavejoyem oraz odbitą z rąk korporacji Nami, Martin trafia do stacji Gecko, prosto w ręce przedstawiciela głęboko zakonspirowanego ruchu oporu. Szczęśliwie udaje im się wymknąć, lecz to nie koniec ucieczki, bo ich tropem wciąż podąża korporacyjny, bezwzględny łowca głów. Szukając schronienia trafiają do miejsca, o którego istnieniu wiedzą nieliczni – ukrytej kolonii stworzonej przez pierwotnych mieszkańców Ganimedesa i współpracujących z nimi ludzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 105


Tomasz Biedrzycki

Otchłań Ganimedesa 3: Uciekinier

Saga

Otchłań Ganimedesa 3: UciekinierCopyright © 2015, 2019 Tomasz Biedrzycki i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726195699

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

2 września 2082 r.

Ruiny stacji obserwacyjnej A-8C korporacji Vortex, poza sektorami IPO

Za oknem osłony kokpitu widniały zarysy wygiętych kratownic, tworzących niegdyś osłonę posterunku nasłuchowego korporacyjnej służby bezpieczeństwa. Moduły ciśnieniowe, zgniecione serią potężnych wybuchów, ledwie dawały się rozpoznać. Mimo zniszczeń, Barry siedzący na fotelu pilota, z uśmiechem wpatrywał się w ruiny.

Jego zadowolenie dziwnie kontrastowało z feerią świateł awaryjnych rozświetlających pulpit sterowniczy. „Coryphaena” dotarła tu na resztkach energii. Długi rejs bez zapasów tlenu wyczerpał do cna zasoby energetyczne pojazdu. W niewielkiej przestrzeni kokpitu panował zaduch.

- To ma być nasz ratunek? - Wychrypiał Hansen, wychylając się zza oparcia fotela. Poruszał się powoli, by nie poruszyć śpiącej dziewczyny. Nami obudziła się tylko kilka razy podczas trzytygodniowej podróży. Nie znali składu chemikaliów wtłoczonych do organizmu kobiety. Każdy dzień dawał więcej nadziei. Oddychała równomiernie, w czasie krótkich chwili, gdy zachowywała przytomność zaczynała jeść. Największym zmartwieniem były pakiety nawadniające. Pozostała końcówka, co mogło przedłużyć życie dziewczyny najwyżej o dwanaście dni.

- Bez wątpienia będzie – mruknął Lavejoy, podnosząc dziób łodzi. Silniki manewrowe przesunęły „Coryphaenę” pod zniszczoną instalację. Wprost ku stalowej kuli, ledwie widocznej pośród lasu porozrywanych kabli i lin.

- Zaraz cumujemy – mruknął przez ramię Barry, nie odrywając wzroku od przyrządów. Delikatnymi ruchami zbliżył się do włazu znajdującego się u podstawy kuli. Zetknęli się z nim przy ledwie dostrzegalnym wstrząsie. Hansen westchnął z nieukrywaną zazdrością. Wydawało mu się, że jest dobrym pilotem, do czasu, gdy nie spotkał Lavejoy'a. Wydawało się, że każdy manewr przychodził Barremu bez wysiłku, jedynie przy odrobinie koncentracji. Wskaźniki ciśnienia przy włazie zabłysły w uspokajającym, zielonym kolorze.

- Jak zwykle, perfekcyjnie – rzucił z przekąsem van Hansen, zaczepnie spoglądając w oczy towarzyszowi podróży. Ruchem głowy wskazał na porowatą powierzchnię niewielkiego ciśnieniowego pomieszczenia ponad nimi.

- A jeśli tam jest tylko trochę pustki? Zgoda, ciśnieniomierz wskazuje powietrze za włazem, ale co jeśli jest tam kilka ciał? Pamiętasz podróż z korporacyjną szują...? - Na samo wspomnienie zgnilizny wypełniające nie tak dawno temu wnętrze pojazdu, skrzywił się z obrzydzeniem.

- O tak... - Barry wydawał się czymś niezmiernie zaaferowany. Nie zauważał docinków Martina, ani jego pesymizmu. Kilkoma szybkimi ruchami odbezpieczył właz i otworzył go. Niewielkie nadciśnienie panujące w kuli natychmiast wypchnęło stęchliznę z kokpitu. Zimne, pachnące metalem powietrze wypełniło wnętrze „Coryphaeny”. Lavejoy mrugnął okiem do kolegi z lubością wciągającego do płuc nadmiar tlenu i wsunął się do ciemnego otworu.

- Myślę, że to może ci się spodobać – rozbrzmiał przytłumiony głos Barry'ego. Niewiele myśląc, van Hansen ruszył w jego ślady. Ku swojemu zdziwieniu dostrzegł słabe, błękitne światło awaryjne. Lavejoy tkwił na wąskiej drabince biegnącej aż po górną krzywiznę kuli. Wnętrze niewielkiego pomieszczenia wypełniały zbiorniki ciśnieniowe i dziesiątki urządzeń. Nie rozpoznawał żadnego z nich.

- Kramik nieźle zaopatrzony – pobieżne spojrzenie na najbliższe manometry upewniło van Hansena, że butle były pełne. Holender wzruszył ramionami.

- Jak je zmieścimy w kokpicie? Już teraz ledwie wystarcza nam miejsca... - Martin przerwał narzekania, widząc jak kamrat kręci przecząco głową. W oczach mężczyzny czaiły się ledwie ukrywane ogniki radości. Barry w żaden sposób nie przypominał zimnego gnojka, jakim był jeszcze godzinę temu. Teraz przypominał radosnego bon-vivanta w najlepszym możliwym wydaniu.

- Kilka w tą czy w tamtą stronę... - zaczął prześmiewczo Lavejoy, ale widząc protest w oczach kolegi dodał uspokajająco.

- Ot żarcik na rozluźnienie atmosfery – wskazał dłonią do góry – mamy tam przejście do przedziału warsztatowego. Skoro kula nie jest zalana, to i tam jest sucho... - mówiąc to, ruszył do góry. Tłumacząc, piął się po wąskich szczebelkach.

- Skafandry i narzędzia. Wszystko co nam potrzeba. Tankujemy i ruszamy dalej... - głos Barrego zaczął cichnąć, jak gdyby mężczyzna wszedł do wąskiej rury.

- Co będzie jak Nami się obudzi? - Van Hansen zatrzymał się w połowie drabinki, pytając bardziej sam siebie, niż kolegi. Spojrzał w górę i rzucił znacznie głośniej.

- Barry, co będzie jak dziewczyna się obudzi i nie zobaczy nikogo w kokpicie? Może się to głupio skończyć.... - przerwał widząc twarz Lavejoya. Wychylił się ponad agregatem o nieznanym przeznaczeniu i mruknął.

- To może być pewien problem – zmarszczył brwi. Istotnie, nieprzemyślane działania wystraszonej pasażerki mogły zakończyć się katastrofą. Było tylko jedno wyjście.

- Siedź przy niej. Ja sobie poradzę sam – widząc nieśmiały protest w oczach Martina dodał poważnym głosem.

- Czasu mamy pod dostatkiem, a nie stać nas na jej atak paniki. Środka na sen nie podasz, bo nie wiadomo jak zareaguje. Alternatywa, to skrępowanie śpiącej królewny. Czy jesteś gotowy na takie rozwiązanie? - wraz z tymi pytaniami powrócił dawny, wredny Lavejoy. Jego rozmówca nie zamierzał dyskutować z takimi argumentami i skapitulował, schodząc w dół.

- W razie czego, krzycz... - sapnął van Hansen, poddając się. Obserwował przez chwilę kopułę w miejscu, gdzie zniknęła głowa Barrego, po czym powoli zszedł do kokpitu łodzi myśliwskiej. Wygodnie rozsiadł się w fotelu, jednym uchem łowiąc cichy oddech śpiącej dziewczyny. Z góry dobiegły go metaliczne hałasy. Przymknął wzrok, nie chcąc patrzyć na znienawidzone wnętrze łodzi... .

Lavejoy z westchnieniem ulgi wysunął się z wąskiego kanału wentylacyjnego, wprost w ciemne wnętrze warsztatu. Syknął zaskoczony, lądując po kolana w lodowatej wodzie. Nie zwlekając ruszył naprzód. Zmarszczył brwi sięgając pamięcią wstecz, do czasu, gdy był tu ostatni raz. Czując lodowate szpony mrozu sięgające kości, parł naprzód, wprost ku szafie nurków. Dostrzegłszy trzy ciężkie skafandry inżynierskie uśmiechnął się krzywo. Wprawnie rozpiął osłony i skontrolował stan zbiorników z mieszanką oddechową. Tylko jeden był sprawny. Nie czekając dłużej, wsunął się do środka, z głośnym westchnieniem ulgi. Chwilę poruszał stopami, przywracając w nich krążenie krwi. Uruchomił zasilanie skafandra i kilkoma szybkimi ruchami zsunął powłoki. Wskaźniki na grubym rękawie prawej dłoni zabłysły słabym fosforyzującym światłem. Widząc, że system podtrzymywania życia zaczął działać, nie czekał dłużej. Pomieszczenie rozjaśnił silny snop światła z reflektora umieszczonego na ramieniu. Ruszył naprzód, kierując się wprost ku ciśnieniowym drzwiom, znajdującym się w szczycie pomieszczenia. Potężna, okrągła osłona nie była domknięta. Tuż obok Barry natknął się na ciało jednego z inżynierów. Zabiło go nagłe otwarcie śluzy. Widocznie w panice pociągnął nie za tą dźwignię co potrzeba... . Nie zastanawiając się dłużej, przestąpił przez ciało i skrył się w śluzie. Awaryjny mechanizm wciąż działał. Lavejoy w milczeniu obserwował, jak poziom wody powoli podnosi się do góry. Zmarszczył brwi, wyobrażając sobie, jak van Hansen odpływa, pozostawiając go tu na śmierć z głodu, albo z szaleństwa. Potrząsnął głową. Nie, ich życie zależało od współpracy... . Widząc zielony wskaźnik ciśnieniomierza wyrównawczego, ręcznie otworzył zewnętrzny właz i postąpił krok wprost w ciemną otchłań. Zerowa pływalność skafandra pozwalała praktycznie bez wysiłku przesuwać się wzdłuż zniszczonej konstrukcji stacji. Bezbłędnie odszukał mufy ciśnieniowe i podłączył je do kadłuba Coryphaeny. Zgasił reflektor, nie chcąc budzić zainteresowania ewentualnych obserwatorów. Patrząc na drżenie rur, uśmiechnął się pod nosem. Martin z pewnością będzie miał wiele pytań. Przynajmniej na część z nich należała mu się odpowiedź.

Resztki energii akumulatorów stacji pozwoliły wykorzystać sporą część zapasów. Coryphaena, niczym nasycony obfitym łupem drapieżnik zakołysała się delikatnie. Lavejoy pokiwał potakująco głową, wprawnie odczepiając przewody. Pozostawił je, swobodnie unoszące się w wodzie. Hełm skafandra wypełniła słaba, żółta poświata. Ostrzeżenie systemu – połowa powietrza w zbiorniku właśnie została zużyta. Na całe szczęście był już przy gościnnie otwartej śluzie. Bez namysłu wsunął się do środka. Jednym szarpnięciem zamknął ciężkie drzwi. Niemal w tej samej chwili metal zajęczał cicho, uderzony z zewnątrz. Lavejoy obrócił się na tyle szybko, na ile pozwalał mu ciężki skafander, zaskoczony usiłując coś dojrzeć przez niewielki, gruby iluminator zewnętrznej pokrywy. Machając dłonią na oślep, odkręcił zawory sprężonego powietrza. Uderzenie zabrzmiało ponownie. Barry nie czekając na całkowite osuszenie śluzy, otworzył wewnętrzne drzwi, zalewając wnętrze następną porcją wody. Krok za krokiem, brnął naprzód. Otworzył zatrzaski i zatrzymał się tuż przy ścianie. Głuche stuknięcie, jakby słabsze, rozbrzmiało raz jeszcze. Podciągnął się do otworu wentylacyjnego. Napędzał go podświadomy niepokój. Było coś upiornego w tym pukaniu do drzwi śluzy, w całkowicie wymarłej okolicy. Schodził po dwa, trzy szczeble, oby szybciej. Z trudem opanował ruch w dół, omal nie wpadając na śpiącego van Hansena.

- Za fotel, szybko! - krzyknął Martinowi prosto w ucho. Holender zerwał się, półprzytomnie spojrzał na złą twarz Lavejoya. Odruchowo prześlizgnął się za oparcie fotela. Barry nie czekał, zsunął się na dół, jednym ruchem zamykając właz ciśnieniowy. Van Hansen wysunął głowę ponad oparcie, w milczeniu obserwując pośpieszne ruchy pilota. Dopiero po dłuższej chwili, z niepokojem w głosie, zapytał.

- Coś nam grozi? - Barry skupiwszy się na przyrządach, nie zareagował na pytanie. Dopiero gdy Coryphaena, uwolniona od zaczepów stacji, zakołysała się łagodnie, rzucił przez ramię.

- Ktoś dobijał się od zewnątrz – przesunął powoli dźwignię mocy do przodu. Pędnik pracował bezgłośnie, pozwalając po cichu oddalić się w bezpieczniejsze rejony. W kokpicie zapanowała całkowita cisza. Czerwień świateł ostrzegawczych na pulpicie, zajmująca dotąd całą uwagę obu mężczyzn znikła, zastąpiona uspokajającym błękitem. Ekrany obrazujące otoczenie nie wskazywały żadnych ech. Pilot zamyślił się. Widocznie w ruinach stacji krążył przedstawiciel miejscowej fauny. O mały włos, a spróbowałby ludzkiego mięsa... . Wzdrygnął się. Śmierć w paszczy nieznanej bestii z głębin. Poczuł krople potu na skroniach. Niewiele brakowało... .

- Znałeś to miejsce wcześniej... - to nie było pytanie Martina. Stwierdzał to jako coś oczywistego. Pilot pokiwał głową potakująco. Nie odwracając się do swego rozmówcy, potwierdził.

- Swego czasu spędziłem tu kilka tygodni – zamilkł, jak gdyby to krótkie zdanie wyczerpywało temat. Znaczące milczenie van Hansena zmusiło go do ponownego otwarcia ust.

- Zatrudnili mnie jako wolnego strzelca. Głównie patrolowanie i tworzenie map okolicy. Oczywiście, warunki mieszkaniowe na stacji były znacznie lepsze, niż teraz... - zachichotał, jak z dobrego żartu. Holender nie zawtórował mu. Gdy Barry obrócił głowę, dostrzegł w półmroku spowijającym kokpit jego zaniepokojoną twarz. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

- Już chyba czas, byś powiedział coś więcej o sobie... - zaczął Martin – doceniam, że pomogłeś mi uwolnić Nami, ale postaw się na moim miejscu. Nie pasujesz do obrazu, jaki chcesz mi przedstawić. W „Gnieździe” wyglądałeś jak żebrak, ale bez problemu rozłożyłeś lokalnego watażkę. Potem okazało się, że znasz największego sukinsyna na nieznanych wodach – Lavejoy chciał coś powiedzieć, ale jego rozmówca nie pozwolił się uciszyć.

- ...prowadzisz łódź, jakbyś się w niej urodził. Znasz lokalizacje korporacyjnych stacji rozpoznawczych. Jak dla mnie, trochę za dużo na zwykłego pirata... - van Hansen zamilkł, znacząco wpatrując się w kolegę.

- Istotnie, należy ci się kilka słów prawdy – z ociąganiem rzucił Lavejoy. Wyciągnął głowę, zerkając na dziewczynę zwiniętą w kłębek. Wciąż spała.

- Nic co do tej pory powiedziałem ci o sobie, nie było kłamstwem – zastrzegł, nie odwracając wzroku – budowa kolonii, służba w korporacji jako pilot łodzi myśliwskiej, wszystko to prawda – zamilkł, mierząc Martina, jak gdyby oceniał, czy będzie w stanie udźwignąć prawdę. Przedłużająca się cisza zirytowała Holendra.

- Co? Sądzisz, że nie utrzymam tajemnicy? - rzucił zaczepnie i wskazał dłonią na śpiącą kobietę – nawet gdybym chciał, to mógłbym zdradzić tylko jej, a ona śpi... .

- Nie, nie o to mi chodzi – zaprzeczył nadspodziewanie miękko Lavejoy. Zerknął przez ramię na przyrządy. Łódź szła zadanym kursem, jak po sznurku. Gdy odwrócił się, Martin cofnął się do tyłu na widok wyrazu jego twarzy. Zatrzymała go dopiero obudowa osłony kokpitu.

- Zastanawiam się, czy chcesz dźwigać takie brzemię – podniósł dłoń do góry, powstrzymując ewentualny protest i ciągnął dalej – chociaż, biorąc pod uwagę nasze ostatnie dokonania, obaj nie mamy wątpliwości co do naszego losu, gdybyśmy zostali schwytani... .

- W rzeczy samej – burknął pod nosem van Hansen, odzyskując nieco odwagi – nie sądzę, aby ktokolwiek chciał z nami rozmawiać... . Wcisnął się głębiej do wnęki, jak gdyby chciał się cofnąć. W oczach widać było determinację.

- Śmiało... - poczuł rękę dziewczyny na plecach. Obrócił głowę. Nadal spała, jej dłoń bezwładnie osunęła się na plastikową podłogę.

- To nie jest zwykły przekręt Bio Terry – zaczął przewrotnie Lavejoy, rozsiadając się wygodnie. Jego rozmówca wygiął się w łuk, wychylając głowę zza oparcia.

- W sumie, nie można mieć o to do nich żalu – ciągnął z pewną zadumą w głosie – nie są ani lepsi, ani gorsi od innych korporacyjnych szczurów. Po prostu wykorzystali nadarzającą się okazję... - Barry przerwał i zajrzał swemu interlokutorowi prosto w oczy. Van Hansen nie wytrzymał tego chłodnego, bezwzględnego spojrzenia. Odwrócił wzrok.

- Nie jesteśmy tu sami, Martin – mruknął złowieszczo – oni o tym doskonale wiedzą. Od dawna...

- Kto jeszcze? - Holender starał się panować nad głosem, ale wyszło mu nieszczególnie. Te kilka słów wypowiedzianych przez pilota wstrząsnęły nim. Do tej pory mógł sądzić, że wydarzenia w podwodnej kolonii były dziełem piratów, przedziwnie skonstruowanych skafandrów – ot po to by wzbudzić więcej paniki. Świat van Hansena stanął na głowie... .

Barry widział, co się dzieje w głowie przyjaciela. Doskonale uwidaczniała to dzika gra mięśni na twarzy mężczyzny. Odczekał chwilę i odpowiedział.

- Cały zarząd. Wiceprezes Bio Terry był w trzecim zespole, budującym „Odnowę”. Brał udział w kontakcie z obcymi. Strzegą tej wiedzy jak oka w głowie. I są gotowi za to zabić...

- Skąd o tym wiesz? - Głos van Hansena zaskrzypiał, niczym źle naoliwione zawiasy. Pobladł, oddychał otwartymi ustami, jak gdyby brakowało mu powietrza.

- Byłem tam razem z nim... - przyznał powoli Lavejoy, wpatrując się w swego rozmówcę – byłem podczas kontaktu – powtórzył i zamilkł na dłuższą chwilę. Położył dłonie na pulpicie sterowniczym, zaciskając lewą dłoń na dźwigni sterowania mocą silników. Jak gdyby chciał się na niej oprzeć.

- Są bardzo inteligentni – wpatrywał się w osłonę kokpitu, za którą widniała czerń bezdennej otchłani – osiągnęliśmy pierwsze porozumienie i wtedy dowiedzieliśmy się, co tak naprawdę potrafią. – wzruszył ramionami nie odwracając głowy. Martin milczał, słuchając. Wyglądało na to, że pilot zbyt długo trzymał tę tajemnicę w sobie. Gdy otworzył wrota swej duszy, nie zamierzał przestać, dopóki nie upora się z ciężarem przeszłości.

- To geniusze genetyki. Potrafią manipulować genotypem, jak dzieci klockami. Byłem jednym z ochotników. W geście dobrej woli oczywiście... . - zamilkł, obserwując potniejącą szybę na krawędzi załamania ciśnieniowej osłony.

- Centrala dostała świra. Wbrew moim protestom, uwięzili ich. Lekkie, zwiewne stworzenia, nie doświadczające dotąd agresji, potraktowano jak zwierzęta... - głos Lavejoya był pełen wyrzutu. Skierowanego w swoją stronę. Obwiniał się o tamte zdarzenie i nie potrafił sobie poradzić z tym uczuciem.

- Nie, nie zabili ich – Barry pokręcił przecząco głową – cenni byli żywi. Tak cenni, że te bydlaki poświęciły życie załogi stacji badawczej. Skończył im się tlen, bo łódź transportowa wiozła jeńców na powierzchnię lodu. Sześciu obcych odleciało na Ziemię. Żywa dotarła jedynie dwójka. Mój zaufany człowiek próbował zainteresować sprawą prasę, obudzić ludzkie sumienia i zginął w siedzibie największej agencji informacyjnej – Lavejoy obrócił gwałtownie głowę w stronę van Hansena. Ten zdziwiony wpatrywał się w oblicze pilota wykrzywione gniewem.

- Zaszlachtowali go jak zwierzę, nie miał żadnych szans obrony. Tak jak tubylcy. Ja zostałem ostrzeżony i tylko dlatego zdołałem uciec. Obcy nie mieli takiej szansy – umilkł. Nagły wyrzut emocji, jedyny, jakiego świadkiem był van Hansen zakończył się. Pilot odetchnął głęboko i dodał dużo spokojniej.

- Od tamtego czasu trwa cicha eksterminacja tego gatunku. Wycofali się w najgłębsze obszary wszechoceanu. Renegaci współpracują z korporacją. Na to też mam już dowody.

- Ale czego oni chcą... - van Hansen rzucił pytanie przez ściśnięte gardło – przecież tu jest jedynie przestrzeń, trochę bogactw mineralnych i woda.

- Mam sześćdziesiąt osiem lat - cichy głos Lavejoya zabrzmiał niczym grom w zamkniętej przestrzeni kokpitu...

W ciemności rozbrzmiał przenikliwy dzwonek. Powtórne uderzenie dźwięku zainicjowało jakiś ruch. Pojawiła się słaba, niebieskawa poświata, nabierająca mocy z każdą chwilą. Oświetlała gustowny apartament, olśniewający przepychem. Właściciel tych osiemdziesięciu kilku metrów kwadratowych musiał mieć pojemne konto finansowe.

- Do diabła – rozległ się nieprzyjemny, męski głos. Chwilę później pojawił się jego właściciel. Wysoki, muskularny mężczyzna przewiązał szlafrok, zasłaniając starannie opaloną skórę. Na szyi można było dostrzec ledwie widoczny, złoty tatuaż - logo Bio-Terry. Zmarszczył brwi, słysząc trzecie uderzenie przenikliwego dźwięku.

- Ześlę cię na największe zadupie Ganimedesa – obiecał przybyszowi, zakłócającemu spokój. Stanął przy ekranie holograficznym i położył dłoń na głowicy sterującej. Szarość bezbarwnego hologramu zastąpiła przestraszona twarz ochroniarza, pilnującego wejścia.

- Szefie, naprawdę nie chciałem, ale jest tu gość do pana...

- Myślałem, że wyrażam się jasno – mężczyzna nie zwracał uwagi na tłumaczenia strażnika – osiem godzin odpoczynku, znaczy czterysta osiemdziesiąt minut spokoju. Twój poprzednik poleciał za mniejsze przewinienie – oznaki paniki na twarzy ochroniarza nakręcały go dodatkowo – skończysz swoją przygodę na największej głębinie, jaką zdołam tu znaleźć... - ku jego satysfakcji, wirtualna głowa ochroniarza cofnęła się, rozmazując na ekranie, ale na dalszą część nie był w ogóle przygotowany.

- Zamknij się! - Ostry, nieznajomy głos zatrzymał potok wypowiedzi mściwego właściciela apartamentu. Na ekranie pojawiła się surowa, szczupła twarz. Rozpoznał ją. Kiedyś widział tego człowieka w otoczeniu prezesa Wintage. Wtedy uznał, że musi być jednym z ochroniarzy budowniczego potęgi Bio – Terry. Mimo bezceremonialnych słów, nie stracił rezonu.

- Chamstwo wyroiło się z głównego budynku firmy? - Właściciel apartamentu wykrzywił usta w pogardzie.

- Nie martw się chłoptasiu, pogonię cię śladem ochrony, nawet się nie zorientujesz... - przerwał, zdumiony cichym szczęknięciem wejściowej grodzi ciśnieniowej. Kody do niej posiadał jedynie on i zarząd korporacji, podobnie jak w przypadku pozostałych ośmiu dyrektorów operacyjnych. Stanął w rozkroku, naprzeciwko wejścia, niczym zapaśnik przed rozpoczęciem walki. Dostrzegłszy za odsuwającą się pokrywą szczupłą sylwetkę przybysza, burknął.

- Istotnie, coś znaczysz. Zabierze mi to po prostu trochę więcej czasu... - nieznajomy podniósł w górę otwartą dłoń i powoli ją zamknął.

- Gardiuns, jadaczka na kłódkę, nie mam czasu na twoje megalomańskie oracje – w oczach rozmówcy gospodarza apartamentu czaiła się groźba.

- Potrzebuję eskadry pościgowej, dwóch łodzi desantowych i przynajmniej czterech szperaczy – mówiąc to, nieznajomy usiadł na fotelu. Jednym z dwóch, wykonanych całkowicie z naturalnych materiałów, sprowadzony z Ziemi.

- To wszystko? - Zapytał cynicznie Gardiuns, siadając naprzeciwko – Uważaj buraku, to wszystko naturalne... - głos uwiązł mu w gardle, gdy przybysz rzucił mu wprost w dłonie prostokątny kawałek zadrukowanego plastiku. Staromodna karta kodowa, z zamaskowanym chipem identyfikacyjnym. Trójwymiarowe logo Bio_Terry umieszczone po obu stronach mieniło się w świetle wszystkimi kolorami tęczy.

- Mówiłem – warknął chudzielec – że nie mam czasu na twoje gierki – jego twarz przypominała nieruchomą maskę, gdy dyrektor drżącą dłonią wsunął kartę do czytnika sprytnie zamaskowanego pod ekranem holograficznym.

- Prze...przepraszam panie Harvey – właściciel apartamentu zaczął się jąkać. Zawartość karty wyświetliła się na ekranie. Wizerunek przybysza, nazwisko Harvey i stanowisko. „Asystent prezesa zarządu”. Jakkolwiek niegroźnie to brzmiało, to dopisek pod spodem, sygnowany podpisem Wintage – głoszący „uprawnienia, bez ograniczeń”, świadczyły o czymś wręcz przeciwnym. Dopiero teraz dyrektor Gardiuns zrozumiał swój błąd. Nie mógł zrobić drugi raz pierwszego dobrego wrażenia, teraz brnął dalej, chcąc za wszelką cenę zrehabilitować się w zimnokrwistemu przybyszowi.

- Oczywiście panie Harvey - powtórzył, starając się zapanować nad jąkaniem – łodzie będą gotowe w ciągu godziny. Potrzebuje pan raportów zwiadu, dodatkowych zasobów...? - w nagłej nadgorliwości nie zauważył subtelnej zmiany na twarzy przybysza. Ten powolnym ruchem poprawił wąski krawat i burknął oschle.

- Nie pogrążaj się. To co powiedziałem. Eskadra, dwie łodzie transportowe, cztery pojazdy rozpoznania. Zaufane załogi. Podlizując się, tracisz czas...

Dyrektor, po raz pierwszy od wielu lat, energicznie pokiwał głową, jak stażysta w pierwszej pracy.

Harvey z pogardą w oczach wskazał mu komunikator. Zmierzył karierowicza uważnym spojrzeniem i mruknął.

- Są dwie opcje zakończenia tego tygodnia. Albo dostaniesz się do zarządu, albo umrzesz...

Ciemny kształt łodzi myśliwskiej unosił się pośrodku morskiej otchłani. Wygasiła światła pozycyjne. Żaden dźwięk nie dobiegał z jej wnętrza. Sunęła naprzód, wykorzystując wyciszony napęd. Wnętrza nie rozświetlała tablica rozdzielcza. Łagodnie jaśniała kontrolka automatycznego pilota, ledwie dostrzegalna na bocznym panelu sterującym.

Panowały tu idealne warunki do odpoczynku, a jednak van Hansen nie potrafił zasnąć. Wpatrywał się w ciemność przed sobą, tam, skąd dobiegał spokojny oddech śpiącej dziewczyny. Mimo tego, że minęło już kilka dni, nie wróciła do siebie. Farmakologiczna śpiączka nie mijała.