Ostatni rozdział - Kalista Katarzyna - ebook + książka

Ostatni rozdział ebook

Kalista Katarzyna

4,0

Opis

Fascynujący debiut. Grająca schematami i konwencjami, wciągająca powieść szkatułkowa, w której przyszłość i teraźniejszość przenikają się płynnie, a napięcie miesza się z humorem. Zraniona przed laty, porzucona przez partnera bez słowa wyjaśnienia Olga nie potrafi zbudować trwałego, szczęśliwego związku. Uczęszcza na terapię, której owocem jest książka przeplatana prawdziwymi retrospekcjami.

Ola prowadzi księgarnio-kawiarnię, tłumaczy literaturę niemiecką i żyje w nieformalnym związku z Pawłem, z którym ma córeczkę, czteroletnią Hanię. Kiedy decyduje się na ślub, jej spokój burzy telefon od niewidzianego od lat byłego partnera. Carl pragnie wyjaśnić, dlaczego niegdyś ją zostawił. Choć Ola nie chce z nim rozmawiać, perspektywa poznania prawdy i osiągnięcia spokoju jest kusząca.

Historia Oli staje się dla Olgi katalizatorem zmian. Przeszłość powraca, ale jakie będzie miała znaczenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (199 ocen)
78
66
34
16
5

Popularność




Redakcja: Marta Banaszek, Beata Wójcik

Korekta: Katarzyna Rojek, Paulina Płatkowska/Słowne Babki

Projekt okładki: KAV Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcie na okładce: © elements.envato.com

Zdjęcie autorki: Izabella Garbarz

Copyright © by Katarzyna Kalista, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-381-5

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Drzwi uderzyły w staroświecki dzwonek i rozległ się przenikliwy dźwięk. Olga weszła energicznie do środka. Obróciła kilka razy parasol w dłoni i strzepnęła krople deszczu z płaszcza. Poprawiła zmoczone loki, żeby przywrócić im poranny kształt. Rzuciła okiem w głąb pomieszczenia. Sztuczne choinki migocące pstrokatymi lampkami i girlandy z zielonego plastiku szpeciły wystarczająco brzydkie wnętrze poczty. Zrobiła niepewnie kilka kroków, szukając jakichś oznak życia w pocztowych okienkach, wśród kalendarzy, poradników i kartek świątecznych, których nikt już nie kupi.

– Dzień dobry! – rzuciła głośno, bacznie nasłuchując odpowiedzi.

– Dzień dobry – usłyszała po chwili znudzony głos. Poszła w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. W okienku siedziała kobieta w bliżej nieokreślonym wieku. – Słucham – powiedziała i przesunęła w górę palcem okulary o grubych szkłach, ciężko opadające na nos.

Olga sięgnęła do torby na ramieniu i ostrożnie wyjęła grubą, białą kopertę bąbelkową.

– Chciałam to nadać. – Wsunęła ją w szczelinę między szybą a blatem.

Urzędniczka chwyciła list, przeczytała adres i wrzuciła na wagę.

– Zwykły czy priorytetowy? – Czekała z otwartymi ustami na odpowiedź. Zza szerokich, mięsistych warg wyzierały żółte zęby.

– Nie wiem – zawahała się Olga. – Może być priorytetowy. – Przestąpiła z nogi na nogę. – Nie, niech będzie zwykły. Zwykły.

Kobieta milczała chwilę, jakby czekała na uprawomocnienie decyzji.

– Jedenaście złotych – wycedziła w końcu i nie zamykając ust, popatrzyła wyczekująco. Olga pochyliła głowę, żeby wyciągnąć z torby portfel. Włosy spłynęły jej na twarz. Zebrała je ręką i zgarnęła na lewe ramię. Wyjęła kilka monet i położyła na blacie.

Urzędniczka zamknęła usta i wsadziła pieniądze do kasy. Koperta poszybowała na stertę paczek.

– Dojdzie? – Olga popatrzyła z niepokojem na niedbale rzucony list.

– Dojedzie. – Kobieta nawet nie oderwała wzroku od monitora starego komputera.

– To do widzenia – pożegnała się Olga i skierowała do drzwi. Obejrzała się jeszcze raz, żeby zerknąć na przesyłkę.

– Do widzenia – odpowiedziała urzędniczka ciągle tym samym tonem i odprowadziła ją wzrokiem do wyjścia. – Boże, jak to sobie w życiu radzi, jak nie umie się zdecydować, czy zwykły, czy priorytet – mruknęła do siebie, kiedy drzwi znów uderzyły w dzwonek.

W przedsionku poczty Olga rozłożyła parasol i poprawiła szalik. Elegancki starszy mężczyzna w kaszkiecie właśnie wchodził i wyciągnął rękę, by nacisnąć klamkę. Uśmiechnęła się i odruchowo odsunęła. Mężczyzna skinął głową i nieznacznie uniósł daszek czapki.

– Dobrego roku, miła pani!

– Nawzajem – odparła i uśmiechnęła się jeszcze raz.

W jednym słowie zawarła prawdziwą życzliwość i wszelkie życzenia, których spełnienie dałoby starszemu człowiekowi szczęście.

Kraków spowijała szarość. Kamienice przy ulicy Starowiślnej wyglądały ponuro, jak na czarno-białych fotografiach z czasów okupacji. Olga spojrzała na przystanek po drugiej stronie ulicy, potem przesunęła wzrokiem wzdłuż torów. Nie nadjeżdżał akurat żaden tramwaj. We mgle z trudem dostrzegła fragment korony jednej z wież kościoła Mariackiego. Była ledwie widoczną, ciemną plamą o ostrym kształcie, wynoszącą się ponad inne odcienie szarości.

Na przystanku czekało niewiele osób. Jeszcze świat się nie rozpędził, nie nabrał tempa, chociaż od sylwestrowej nocy minęło już kilka dni.

Dopiero przed paroma laty Olga uzmysłowiła sobie, że tak naprawdę nie lubi tych imprez. Drażniła ją wszechobecna ekscytacja i szał noworocznych telefonów, wiadomości i e-maili z życzeniami, natłok przekopiowanych postów. O ile szczersze były słowa staruszka!

Zazwyczaj lądowała przy stole z ludźmi, z którymi normalnie nie spotkałaby się nawet na kawę. Próbowała na siłę okazywać radość, choć tak naprawdę ogarniała ją nostalgia. Odkryła w sobie ten fałsz niedawno i coraz częściej zastanawiała się, czy inni też tak mają. Może ta sylwestrowa maskarada ma ukryć lęk przed nowym i nieznanym? Przecież zazwyczaj nikt nie miał szczególnych powodów do radości. Pierwszego stycznia wprowadzano podwyżki i prawa, które tak naprawdę były kolejnymi ograniczeniami. Poza tym, z każdym kolejnym rokiem Olga stawała się coraz starsza. Czuła, że kurczy się czas, by mogła stać się w końcu sobą. Dlatego bardzo się cieszyła, że tego sylwestra spędziła z osobą najbliższą, którą w końcu zaczynała rozumieć. Z sobą samą. W końcu zadbała o siebie. Zaprosiła się do restauracji i do teatru, a wieczorem skręciła inbusami prosty regał. O północy lampką czerwonego wina godnie pożegnała stary rok i wszystkie stare sprawy.

Z zamyślenia wyrwały ją wibracje, otworzyła torebkę i zaczęła szperać w poszukiwaniu komórki. Wyciągnęła ze środka małą zaklejoną kopertę, klucze i książkę, zanim na dnie znalazła telefon. Wyjęła go i przeczytała wiadomość: „Możemy się spotkać wyjątkowo w Literackiej?”.

Ściągnęła zębami rękawiczkę i odpisała krótko. Koperta wyślizgnęła się jej i spadła na mokry chodnik. Szczęśliwie wylądowała kilka centymetrów od głębokiej kałuży. Olga podniosła list i otrzepała rękawiczką, jakby go chciała wysmagać. Czerwona pieczątka Sądu Okręgowego w Krakowie się rozmyła. Olga złożyła kopertę wpół i pospiesznie schowała do torby.

Popatrzyła na tablicę informacyjną. Do przyjazdu dziewiętnastki zostało jeszcze dziesięć minut, chociaż była pewna, że kiedy stanęła na przystanku, tramwaj miał zaraz nadjechać. Spojrzała w dal ulicy, na puste torowisko, i ruszyła piechotą.

Dotarła do domu mokra i zziębnięta do szpiku kości.

W progu mieszkania powitał ją Leon. Kot otarł się najpierw jednym, potem drugim bokiem o jej łydki. Ogon jak szal boa owinął wokół nóg Olgi. Kobieta zdjęła płaszcz i wzięła zwierzaka na ręce.

– Witaj, koteczku! – Pogłaskała rude futerko. – Tęskniłeś?

Postawiła go delikatnie na podłodze i weszła do kuchni. W ekspresie umieściła kapsułkę. Zanurzyła rękę w worku z karmą i sypnęła garść do miski. Leon natychmiast rzucił się na jedzenie.

Strumień kawy sączył się do kubka i wypełniał aromatem maleńkie mieszkanie. Miało służyć za sypialnię dla niskobudżetowych turystów, a stało się jej domem. Spojrzała na choinkę na tarasie, rozłożystą jodłę kaukaską. Nie zmieściła się w środku. Jak tylko zrobi się ciepło, będą mieć z Leonem na tarasie dodatkowe dwadzieścia metrów przestrzeni życiowej, z leżakiem, stolikiem i kuwetą.

Na podłodze pod biurkiem zauważyła kilka żółtych karteczek i rozsypane pinezki.

– Leon, ty durniu! – Chwyciła w palce jedną i popatrzyła z wyrzutem na kota. – W końcu wbijesz je sobie w tyłek!

Pozbierała karteczki oraz resztę pinezek i zaczęła wciskać je w ramę tablicy korkowej wiszącej tuż nad biurkiem. Środek zajmowały sklejone taśmą kartki, przez które przechodziła gruba, prosta linia zakończona strzałką. Czarne i czerwone punkty opatrzone podpisami dzieliły oś na odcinki. Przy największej kropce widniał podpis: moment kulminacyjny. Poniżej sterczały zdjęcia mężczyzny o oliwkowej skórze z kilkudniowym zarostem, blondynki przypominającej Kate Winslet i małej dziewczynki z watą cukrową w ręku. Olga zatrzymała wzrok na twarzy szpakowatego mężczyzny rozpartego w fotelu, który patrzył przymrużonymi oczami prosto w obiektyw. Odczepiła fotografię wydrukowaną na zwykłym papierze. Zdawało się jej przez moment, że mężczyzna zerka na nią nieco drwiąco. Po twarzy Olgi przebiegł grymas, jakby fala drobnych skurczów. Zdecydowanym ruchem przyszpiliła zdjęcie z powrotem do tablicy, jednak nie na dawne miejsce, tylko w róg, z dala od innych wydruków.

Usiadła przy biurku i sprawdziła pocztę. Przewinęła bez otwierania kilkanaście e-maili z pytaniami o stawkę za godzinę nauki niemieckiego. Zatrzymała wzrok na nagłówku wiadomości z kancelarii prawnej. Uprawomocnienie rozwodu. Przeszedł ją dreszcz. Wyprostowała się i szybko odpisała: „Dziękuję, Pani Mecenas, już dostałam”.

Na głośnym wydechu energicznie zamknęła laptop i przeniosła się na sofę w rogu pokoju. Podwinęła nogi i dotknęła stóp. Były lodowate. Jeszcze raz spojrzała na tablicę, na zdjęcie lekko siwego mężczyzny w rogu. Upiła łyk kawy, chwilę go obserwując, po czym okryła się szczelnie kocem i wzięła do ręki pilot. Z głośnika popłynęły swingujące dźwięki. Kot radośnie podbiegł i wskoczył Oldze na kolana, nieomal rozlewając kawę.

– Nażarłeś się, grubasku? – Przejechała dłonią po futrze. Zamknęła oczy i z kotem na brzuchu osunęła się na plecy. – Dobrego roku…

Zapadł się w wyrobioną w siedzisku dziurę. Po kilkudziesięciu latach idealnie dopasowała się do jego potrzeb i rozmiarów. Cenił to bardziej niż jakiekolwiek względy estetyczne.

Czerwień okładki wydawała się jeszcze bardziej szkarłatna na tle zielonego, zamszowego obicia fotela. Wziął książkę do ręki, odnalazł ostatnią przeczytaną stronę i zanurzył się w lekturze. Zmrużył oczy, prawą ręką podparł głowę. Co kilka chwil przygryzał mały palec i przesuwał nim po zębach.

Przymykał powieki nie z powodu słabego wzroku, miał doskonale dobrane okulary, ale żeby wyostrzyć obraz, który wyłaniał się z przeczytanego tekstu. Chciał dostrzec każdy najmniejszy szczegół.

O tej porze nikt nie zachodził do księgarni. Pierwsi klienci pojawiali się koło wpół do jedenastej. Był sam wśród setek historii zamkniętych w książkach. Wiele pozycji sprzedawał nieprzerwanie od trzydziestu lat, tylko ich okładki zmieniały się na nowsze, modniejsze. Na przykład śliczną Annę Kareninę, ubraną za każdym razem w inną sukienkę, przehandlował już setce osób.

Poślinił palec i przewrócił stronę. Dziwka właśnie opadła na łóżko z zadartą do góry sukienką.

Mały palec prawej ręki wsunął w kącik ust. Poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić, a krew odpływa między nogi. Pręgi na ciele Sugar, wywołane chorobą skóry, w które autor uparł się ubrać swoją bohaterkę, wydały mu się nagle bardzo podniecające. Do kościstej figury nie mógł się jednak przekonać i w wyobraźni do jej obrazu dodał kilka kilogramów, które ładnie zaokrągliły dziewczynie pupę.

Mężczyzna podszedł do dziwki od tyłu i…

Do księgarni wpadł kłąb lodowatego powietrza, a za nim winowajca, w jakże niewłaściwym momencie. Ralf zatrzasnął książkę, jakby faktycznie upstrzona była pornograficznymi obrazami wyświetlonymi w jego głowie, a nie czarnym, równym drukiem. Będzie musiał odnaleźć ten fragment później, cofnąć się o kilka akapitów, żeby odbudować napięcie, znów poczuć przyjemne mrowienie w podbrzuszu.

Zdjął okulary, odłożył je na stół i odwrócił głowę w stronę drzwi. Rozpoznał nowego listonosza. Odłożył książkę tytułem do blatu, jakby się bał, że młodemu chłopakowi spodoba się jego dziwka. Szkarłatny płatek i biały spoczął na stole niczym cegła.

– Dzień dobry! – Mężczyzna skierował kroki ku ciężkiej drewnianej ladzie ustawionej przed witryną okna, zaraz obok zielonego fotela.

– Dzień dobry – odpowiedział, z niechęcią zerkając na stertę listów przyniesionych przez intruza. Listonosz rzucił je na blat. Kilka kopert wylądowało na podłodze. Ralf obserwował niezgrabne ruchy mężczyzny, który schylając się po listy, omal nie strącił pozostałych, cudem utrzymujących się na stoliku.

„To chyba największy niedorajda w całym Hamburgu” – pomyślał. Westchnął głośno.

– Niech pan je po prostu położy na ladzie i idzie. – Nie miał ochoty wdawać się w jałową dyskusję i tłumaczyć, że koperty mogą zawierać delikatne książki. Chciał jak najszybciej wrócić do lektury.

– Dzisiaj potrzebuję pana podpisu. – Listonosz zdawał się nie wyczuwać wrogiego tonu lub nie robił on na nim żadnego wrażenia.

Ralf podniósł się z fotela, nie kryjąc niezadowolenia. Podszedł do lady, podpisał się szybko i listonosz znikł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Ralf wrócił do swojego wymoszczonego gniazda. Delikatnie chwycił książkę i ułożył sobie na kolanach. Sięgnął po okulary, otworzył tom i zaczął szukać miejsca, w którym zostawił dziwkę. Nerwowo wertował strony. W końcu odnalazł ją w tej samej pozycji. Przewrócił dwie kartki wstecz i zaczął czytać całą scenę jeszcze raz, ze wszystkimi szczegółami, kawałek po kawałku. Pożyczył sobie ręce brodatego bohatera, żeby dotykać jej małych, niemal dziewczęcych piersi.

W końcu do księgarni wszedł pierwszy klient i Ralf szybko odłożył książkę na dolną półkę lady. Zawsze czytał do pojawienia się pierwszego kupującego, a potem aż do zamknięcia był tylko księgarzem. Obsługiwał klientów, doradzał, śledził nowości wydawnicze i składał zamówienia. W pracy największą przyjemność sprawiały mu rozmowy o książkach, ale rzadko pojawiał się klient, który umiałby prowadzić krytyczny dyskurs o literaturze. Kiedyś poruszał tematy związane z literaturą z Geraldem, ale stary znajomy umarł kilka lat temu. Po dziewięćdziesięciu dwóch latach jego serce zeszło z dyżuru. Czasem zdawało mu się, że Gerald przeczytał wszystkie książki świata, co Ralfa niezmiennie zawstydzało. Staruszek miał co prawda czterdzieści lat przewagi, ale nawet gdyby Ralf dostał od losu jeszcze cztery dekady życia, nie byłby w stanie mu dorównać. Musiał dzielić czas na czytanie, księgarnię i Cornelię, a ona była o dziesięć lat młodsza i bardzo wymagająca. Stary Gerald zaś był kawalerem i większość życia spędził, pracując jako taksówkarz.

Pierwszego klienta zakwalifikował do kategorii „chroniący się przed pogodą”.

– Czy mogę panu jakoś pomóc? – zapytał mimo wszystko, zły, że porzucił dziwkę dla kogoś, kto i tak niczego nie kupi, a co gorsza, nie ma pojęcia o książkach.

– Chciałbym się rozejrzeć.

– Proszę – zabrzmiało jak „odwal się”. Podszedł do lady i zaczął przeglądać pocztę. Odkładał na bok wszystkie koperty, w których spodziewał się faktur. Już po chwili uzbierał się mały stosik. Mężczyzna przechadzał się między regałami, ale ani razu nie sięgnął po żadną książkę. Jego obecność z każdą chwilą coraz bardziej irytowała Ralfa, który energicznie przerzucał kolejne listy.

– Dzień dobry, Schatz1! – słodki damski głos dobiegł od drzwi. Ralf westchnął i podniósł na sekundę wzrok. Cornelia tupnęła kilka razy w przedsionku, żeby pozbyć się z czarnych kozaków pierwszego w tym roku śniegu, i energicznie weszła do środka.

– Mausi2 – powiedział bardzo cicho. – Prosiłem cię tyle razy…

Kobieta zsunęła z głowy czarny toczek wykończony kokardą i cmoknęła Ralfa w policzek. Niedoszły klient już zmierzał do wyjścia.

– Przesadzasz jak zwykle. – Ściągnęła rękawiczki i zmierzwiła sobie dłonią włosy u nasady. Sięgały niemal paska płaszcza. – Nie ma nic złego w miłym powitaniu. Poza tym, kim ty się przejmujesz, nawet do widzenia nie umie powiedzieć. – Cornelia sięgnęła po stertę faktur. – Sporo tego – rzuciła i poszła w stronę zaplecza, rozkołysując biodrami długi, brązowy płaszcz.

Wśród listów Ralf znalazł tylko dwie interesujące koperty. Pierwsza zawierała magazyn o książkach, który był dla niego źródłem wiedzy o nowościach wydawniczych i namiastką rozmów o literaturze. W drugiej znalazł breloczek z dźwiękowym lokalizatorem. Cornelia zamówiła go przez Internet, kiedy po raz trzeci zgubił kluczyki do samochodu. Przymocował go do nich i gwizdnął. Lokalizator odpowiedział przeciągłym, nieprzyjemnym dźwiękiem. Ralf uśmiechnął się i dla pewności gwizdnął jeszcze raz. Znów rozległo się to samo brzęczenie. Obszedł dookoła biurko i wsadził klucze do najniższej szuflady. Kiedy się schylił, zauważył na podłodze coś białego. Podniósł grubą kopertę bąbelkową. Nie miała pieczątki ani danych nadawcy, zaadresowana była odręcznie na jego nazwisko. Otworzył ją ostrożnie i wyjął książkę. Na okładce widniało zdjęcie księgarni o dużych, białych oknach poprzecinanych szprosami, nad drzwiami wisiała tablica z napisem „Germanicus”. Ralf zmrużył oczy. Próbował sobie przypomnieć, czy w ogóle zamawiał pozycję o takim tytule. Nie pamiętał. Spojrzał na autora, Olga Sarnecka. Choć nazwisko nic mu nie mówiło, w ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że imię coś znaczy, że kryje się pod nim upojne wspomnienie.

– Olga… – wyszeptał. Z zakamarków pamięci wydobył postać młodej dziewczyny z długimi kręconymi włosami. Pospiesznie obrócił książkę. Ze zdjęcia na tylnej okładce spoglądała piękna kobieta. Ciemne loki okalały jej twarz, wielkie zielone oczy patrzyły surowo, a jednocześnie wyzywająco.

– Mein Gott, Olga, du bist es!3

Osunął się na oparcie fotela. Wzrok utkwił tępo powyżej linii regałów, ręce opadły mu bezwładnie i gdyby nie to, że w dłoni ciągle trzymał książkę, wydawać by się mogło, że nie ma w nich życia.

Z trudem policzył, ile lat minęło od ich ostatniego spotkania, i zdziwił się, że prawie wymazał ją z pamięci. Tak wyrazistych, pięknych kobiet nie miał w zwyczaju zapominać. Z niektórymi czasem się spotykał, bardziej żeby poczuć dreszcz, niż z nimi sypiać. Doskonale wiedział, że po latach potrafią nieprzyjemnie zaskoczyć mężczyznę, przedstawiając mu niespodziewanie syna lub córkę, o których istnieniu nie miał pojęcia.

Olga przysłała książkę.

Ocknął się, obejrzał ją z wszystkich stron, jakby chciał sprawdzić, czy nic jej się nie stało, gdy na moment stracił kontakt z rzeczywistością. Otworzył na pierwszej stronie i zmarszczył czoło. Nie mógł zacząć czytać, litery nie składały się w słowa.

W Kawiarni Literackiej pojawiła się za kwadrans szósta. Gdy weszła do środka, powitało ją przyjemne ciepło i gwar. Niedaleko baru, przy złączonych stolikach, siedziała grupka osób w średnim wieku, gorąco dyskutując. Kelner od razu rozpoznał Olgę i uśmiechnął się szeroko.

– Na pisanie?

Odwzajemniła uśmiech i podeszła do baru.

– Nie, już nie. Umówiłam się z… – zawahała się przez moment – z kolegą – dodała. Zerknęła w menu. – Wezmę dzbanek zielonej herbaty.

– Zimno na polu, co?

– Gorzej, taka przeszywająca wilgoć.

– No tak. – Chwycił imbryk i wsypał do środka dwie łyżki herbacianego suszu. – Siada pani tam gdzie zwykle?

Odwróciła się. Okrągły stolik przy wielkim oknie wychodzącym na ulicę był wolny.

– Tak, chętnie.

Przeszła wzdłuż stalowych regałów szczelnie wypełnionych książkami. Przesunęła wzrokiem po znanych i nieznanych tytułach. Starała się wyłowić coś interesującego. W końcu dojrzała żółtawą okładkę Wyspiański. Dopóki starczy życia. Wyłuskała książkę z półki i podeszła do stolika. Płaszcz przewiesiła przez oparcie krzesła, a sama usiadła na wysokim podeście przy oknie i zaczęła kartkować kolejne strony.

– Olga, spóźniłem się? – Jej uszu dobiegł znajomy miękki głos.

Mężczyzna w ciemnozielonej parce zsunął z głowy czapkę. Blond włosy opadły mu na twarz. Odgarnął ją ręką.

– Cześć, Janek! – Podniosła się. – Nie, po prostu przyszłam wcześniej. Miałam się spotkać jeszcze z przyjaciółką, ale odwołała. Przeszłam się po sklepach, ale ziąb taki…

Wzdrygnęła się na wspomnienie zimna. Uścisnął ją, a potem musnął ustami jej policzek. Poczuła zapach perfum, wyraźną nutę drzewa sandałowego i piżma.

– Dobrze wyglądasz. – Prześlizgnął się spojrzeniem po jej sylwetce.

– Dziękuję, ty też – odpowiedziała uprzejmie.

– Wróciłem do biegania. Postanowienia noworoczne. – Ściągnął kurtkę, rzucił na oparcie krzesła i spojrzał na stolik. – Co pijemy?

– Herbatę?

– Dobrze, niech będzie herbata.

Wykonał znaczące gesty w kierunku przechodzącego kelnera, który skinął głową, potwierdzając przyjęcie zamówienia. Janek uważnie przebiegł wzrokiem po jej twarzy. Zauważył malinową szminkę na ustach i kolczyki z czerwonym kamieniem, których wcześniej nie widział. Kurtuazyjnie zapytał o sylwestra, uprzejmie skłamała, że bawiła się doskonale.

– Dzięki, że zgodziłaś się ze mną spotkać poza redakcją.

– Nie ma sprawy.

– Odebrałaś swoje egzemplarze autorskie?

– Tak.

– Słuchaj… – Ton jego głosu się zmienił, nie było w nim nawet cienia wcześniejszej wesołości. – Przepraszam, że zostawiłem ci te książki w sekretariacie. Miałem ci je dostarczyć…

– Przecież to nie ma znaczenia – zaprotestowała.

– Ma. Obiecałem, że wręczę ci je osobiście. Chciałem to zrobić, bo… – zawiesił głos na chwilę – bo naprawdę dobrze mi się z tobą współpracowało. Niełatwo, wiesz… Jesteś dość uparta.

– Chyba każdy autor broni swojej książki – wtrąciła.

– To prawda, ale najgorsze było to, że często miałaś rację. – Uśmiechnął się i przez kilka sekund intensywnie patrzył w jej zielone oczy. – Ale potem sprawy się… Potem musiałem wziąć urlop, musiałem wyjechać… – Nabrał powietrza i wypuścił je głośno razem z resztą niewypowiedzianych słów. – Co tu dużo gadać, pod koniec zachowywałem się jak palant.

Barman postawił na stoliku drugi czajnik zielonej herbaty i filiżankę. Janek wsypał do niej łyżeczkę cukru i zalał nienaciągniętym jeszcze naparem. Olga spojrzała na niego z niepokojem.

Faktycznie, źle wspominała ostatni etap współpracy. Chociaż na początku pracowało się jej z Jankiem świetnie, pod koniec miała nieustanne wrażenie, że redaktor prowadzący się dąsa i strzela fochy. Nie wiedziała, skąd ta zmiana. Przypuszczała, że ma związek z życiem prywatnym.

– Wszystko rozumiem. – Uśmiechnęła się, jakby chciała dać do zrozumienia, że nic się nie stało.

Podniósł na nią wzrok i przez chwilę patrzył na jej twarz z nadzieją.

– Nie, nie rozumiesz… – Pokręcił głową. – Ale słuchaj, to bardzo ważne. – Zamieszał herbatę łyżeczką i odłożył ją na spodek. – Mamy już zaklepane w lutym trzy wieczory autorskie: w Krakowie, Warszawie i jeszcze jeden we Wrocławiu.

Jego głos zabrzmiał smutno.

– To chyba dobrze, prawda? – Pociągnęła łyk herbaty. – Mówiłeś, że taka promocja świetnie zrobi książce. Oczywiście boję się, jestem nawet przerażona, ale przygotujemy skrypt, tak jak planowałeś, i jakoś to pójdzie.

Janek również sięgnął po herbatę, zanurzył w niej usta i się skrzywił.

– Słuchaj… Janek, może ja przejmę twoją zieloną herbatę, a ty zamówisz sobie inną?

– Zieloną? – zdziwił się. – No, to wszystko tłumaczy. Nie, niech już będzie. Wypiję. – Pociągnął spory łyk. – No właśnie… Z tymi wieczorami… Nie będę mógł ich prowadzić, ale…

Olga zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, do czego zmierza.

– Załatwiłem genialną redaktorkę, która poprowadzi wszystkie wieczory. Ma na imię Bogna…

– Nie rozumiem. – Przechyliła się nad stolikiem w jego stronę. – Janek, dlaczego nie ty?

– Nie mogę.

– Masz zaplanowane inne wieczory autorskie w tym czasie? Może da się przesunąć jakoś te spotkania?

– Nie, Olga, nie da się nic przesunąć.

– Coś się stało, jesteś chory? – W jej głosie dało się słyszeć niepokój.

– Nie jestem chory.

– To co się dzieje? – Olga była zdezorientowana.

– Widzę, że ty naprawdę nic nie rozumiesz… – Popatrzył na nią tak tkliwie, że aż zapiekło ją w sercu. W jednej sekundzie zaczęło do niej docierać, skąd się wzięły jego fochy, dlaczego nagle wziął urlop i czemu nie chce prowadzić jej spotkań autorskich. Popatrzyła na niego z nadzieją, że to tylko wytwór jej wyobraźni, że sobie wszystko ubzdurała. Ale wyraz twarzy Janka potwierdzał jej przypuszczenia. Wpatrywał się w nią z uwielbieniem.

Pokręciła lekko głową, pragnąc odegnać myśli i bezgłośnie zaprotestować. Nie chciała, żeby tak na nią patrzył. Chciała, żeby patrzył trzeźwo i krytycznie, ufała mu. Był redaktorem jej pierwszej książki, świetnym redaktorem, a ona debiutantką. Potrzebuje jego wsparcia na spotkaniach z czytelnikami. Przecież dobrze im się pracowało. Dlaczego nie może tak zostać? Czy zrobiła coś, żeby go sprowokować, czy mogła go nieświadomie kokietować?

– Przepraszam, ja naprawdę nic… – wyszeptała Olga. – Nie zorientowałam się. Przepraszam.

– Nie przepraszaj, nie masz za co. – Głos mu drżał. – Taka żałosna sprawa…

– Ja się dopiero rozwiodłam, ja nie…

– Proszę cię, już nic nie mów. Powiedziałem ci to tylko po to, żebyś wiedziała, że nie jestem zwyczajnym dupkiem, tylko co najwyżej kretynem.

Olga spojrzała na swoje dłonie, jakby szukała wskazówki, jak się zachować. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie przychodziła jej na myśl żadna odpowiedź, więc milczała. Schowała ręce pod stół, odnalazła rąbek swetra i zaczęła palcami przesuwać po ściągaczu.

Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że jego zaangażowanie w pracę nad książką wykraczało poza zakres obowiązków zawodowych. Nie musiał się z nią spotykać, żeby omówić zmiany wprowadzane do Germanicusa. Mógł po prostu wysłać jej swoje sugestie e-mailem. Ale gdy kiedyś zapytała, czy mogliby proponowane modyfikacje omówić twarzą w twarz, zgodził się bez wahania. Chciała mieć pewność, że dobrze rozumie jego intencje. Potem już zawsze pierwszy proponował kolejne spotkania, a Olga chętnie się zgadzała. Lubiła z nim rozmawiać. Była ciekawa jego opinii i zawsze się z nimi liczyła, chociaż nie zawsze zgadzała. Ceniła nawet sprzeczki. Po nich niemal zawsze wpadała na pomysł, jak poprawić wątek lub dopełnić fabułę.

Czyli to jednak jej wina. Poczuła nagły ucisk w żołądku. Gdyby cała wymiana myśli następowała przez e-maile, Janek nie siedziałby tu teraz, wpatrując się w nią jak w obraz.

Dlaczego nie rozległy się w jej głowie dzwonki alarmowe? Dlaczego się nie dziwiła, że Janek proponuje jej zawsze spotkanie po piątej, kiedy już pozałatwia wszystkie służbowe sprawy w redakcji? Teraz wydawało jej się to takie oczywiste. To nie był jego obowiązek. To było coś ekstra, co dawał od siebie. Mógłby spotkać się z nią w kawiarni, ale chciał, żeby czuła się komfortowo. Chciał, żeby ich spotkania sprawiały wrażenie ściśle związanych z pracą.

Olga jeszcze raz pokręciła głową, zawstydzona własną ślepotą i naiwnością.

Z zamyślenia wyrwało ją dopiero szurnięcie odsuwanego krzesła. Janek wstał, chwycił kurtkę i włożył ją pospiesznie.

– Będę leciał – oznajmił, patrząc na nią.

Podniosła się powoli, unikając jego wzroku. Janek zapiął kurtkę. Ręce opuścił niezdarnie wzdłuż ciała. Sprawiał wrażenie, jakby celowo ociągał się z wyjściem, jakby chciał coś jeszcze zrobić. W końcu wsadził dłonie do kieszeni.

– Zastanów się dobrze, co powiesz na wieczorze autorskim. Ludzie będą pytać o różne rzeczy, nie daj się zapędzić w kozi róg – mówił szybko. – Najlepiej wypisz sobie na kartce pytania, które sama byś zadała na takim spotkaniu, i odpowiedz na nie w spokoju. Zastanów się, co chcesz i co możesz powiedzieć czytelnikom, zapisz. Przeczytaj kilka razy, pozmieniaj, zapamiętaj. Po prostu wykreuj sobie tę sytuację. A jeśli naprawdę zaskoczą cię jakimiś pytaniami, zawsze możesz powiedzieć, że nie wiesz, że nigdy się nad tym nie zastanawiałaś.

Zauważył, że Olga uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Oczywiście, że masz prawo tak powiedzieć. Tyko zrób to z przekonaniem, z całą pewnością siebie. Tak mówi Myśliwski. To brzmi dobrze i autentycznie.

– Nie jestem Myśliwskim – odpowiedziała cicho.

– Nie jesteś. – Chwycił ją za ramię i spojrzał jej w oczy. – Ty jesteś sobą.

Chciał chyba musnąć ustami jej policzek na pożegnanie. Zbliżył głowę do twarzy Olgi, ale nagle zastygł w połowie ruchu, jakby po tym, co zostało powiedziane, nie miał już do tego prawa. Cofnął się i posłał jej krótki uśmiech, kryjąc zażenowanie.

– Trzymaj się! – Odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.

Olga rozejrzała się po ludziach siedzących w kawiarni, jakby w nadziei, że ktoś jej podpowie, co zrobić. Nikt nie zauważył niemego apelu, wszyscy byli pogrążeni w rozmowach. Tylko kelner pochwycił jej spojrzenie, a potem powiódł wzrokiem za wychodzącym Jankiem. Zrobiła kilka kroków za nim, stanęła na schodach, wahając się. Nie wiedziała, jak powinna postąpić.

Przez chwilę chciała zawołać go po imieniu, zatrzymać i prosić, żeby jednak towarzyszył jej na wieczorach autorskich. Zaraz jednak pomyślała, że to byłby z jej strony egoizm. Najlepsze, co mogła dla niego zrobić, to pozwolić mu odejść.

Janek zniknął za drzwiami kawiarni.

Sięgał po nią w każdej wolnej chwili. Zamykał się w kantorku, otwierał książkę na przypadkowej stronie i wpatrywał się w niezrozumiałe słowa. Po chwili zamykał ją, żeby po raz kolejny przyjrzeć się fotografii na okładce. Olga bardzo się zmieniła, wypiękniała. Z ładnej dziewczyny o jędrnym ciele i słodkim uśmiechu przeobraziła się w iście rasową kobietę. Jej twarz nabrała szlachetnego, może nieco ostrego wyrazu, a zielone oczy spoglądały przenikliwie.

Chłód jej spojrzenia pociągał go, rozgrzewał zmysły i rozdrażniał. Za wszelką cenę musiał się dowiedzieć, o czym jest ta książka.

– Wydaje mi się, że to po polsku – powiedział cicho Ralf do słuchawki, przewracając kolejne kartki, po czym spojrzał kontrolnie w stronę drzwi.

– Jak to się panu wydaje? – Rozmówca po drugiej stronie słuchawki był zdezorientowany.

– No, nie znam polskiego. To jednak dość niepopularny język – rzucił Ralf arogancko.

– To skąd przypuszczenie, że potrzebuje pan tłumacza z polskiego? – usłyszał w odpowiedzi równie bezceremonialne pytanie.

Ralf rzucił słuchawką.

– Kretyn! – krzyknął do siebie, pokręcił głową i westchnął. Przeniósł wzrok na ekran. Wyświetlił listę z numerami telefonów tłumaczy. Na szczęście miał jeszcze kilkanaście innych.

– Kochanie, z kim ty rozmawiasz? – Cornelia wychyliła niespodziewanie głowę zza framugi. Ralf popatrzył na nią jak na ducha wypływającego spod podłogi. Nie słyszał jej kroków ani zgrzytu otwieranych drzwi.

– Cornelio, proszę cię, muszę coś załatwić… – Żadne dobre kłamstwo nie przyszło mu do głowy, więc postanowił ją zbyć, udając zniecierpliwienie. – Potem porozmawiamy.

Poskutkowało. Kobieta ściągnęła usta z niezadowoleniem, ale zniknęła za drzwiami. Odczekał chwilę i wybrał następny numer. Spojrzał na wielki karton stojący tuż obok biurka. Wstał z telefonem w ręku i próbował go przepchnąć nogą w stronę drzwi. Pudło drgnęło zaledwie o kilka milimetrów. Ralf mruknął zirytowany i odłożył komórkę na biurko, po czym przesunął karton, żeby zablokować drzwi. Otrzepał dłonie jak po ciężkiej pracy.

– Halo? Halo? – usłyszał głos płynący ze słuchawki.

Doskoczył z powrotem do biurka i chwycił telefon.

– Dzień dobry… – szepnął. – Chciałbym zlecić tłumaczenie książki z polskiego na niemiecki.

– Dzień dobry, chodzi o przekład literatury? – dopytywał męski głos. – Ledwo pana słyszę.

– Tak, książki – potwierdził nieco głośniej.

– Ja nie tłumaczę powieści… – Mężczyzna zawahał się. – Raczej panu nie pomogę.

– Ale zna pan polski?

– Oczywiście, że znam. Jestem tłumaczem.

– No to chyba może pan przetłumaczyć jedną książkę, niezbyt grubą?

– Tłumaczenie literatury to jest, proszę pana, sztuka… – Mężczyzna zrobił teatralną pauzę, jak ktoś, kto umie ją docenić. – Trzeba mieć w sobie coś z pisarza, żeby brać się za taki przekład, inaczej powstanie gniot.

Ralf był gotowy zapłacić nawet za chłam, pod warunkiem że dostanie go szybko.

Spędził sporo czasu na przeglądaniu Internetu w poszukiwaniu informacji o książce Olgi. Nic nie znalazł. Wyglądało na to, że Germanicus nie pojawił się jeszcze w księgarniach. Nie znalazł też żadnych innych wzmianek o twórczości kobiety, co sugerowało, że ma do czynienia z jej debiutem.

Olga nie miała konta na Facebooku ani na Instagramie, jakby w ogóle nie istniała. Udało mu się jedynie dowiedzieć, że zajmuje się przekładami z języka niemieckiego i specjalizuje się w tłumaczeniach ustnych. Od ponad dwóch lat pracowała jako akredytowany tłumacz przy Unii Europejskiej. Rozpoznał ją na zdjęciu wśród grupy polityków pozujących na tle muzeum miasta Brukseli. Pamiętał ten budynek z podróży po Belgii, pojechali tam z Cornelią z okazji rocznicy ślubu.

– Mnie interesuje treść – odparł Ralf.

– Tak jak mówiłem, nie mogę panu pomóc. Przykro mi.

Mężczyzna się rozłączył. Kolejne telefony przyniosły następne rozczarowania. Nikt nie chciał się podjąć przekładu książki, a jedyny tłumacz literatury, na którego trafił, nie zgodził się przetłumaczyć „na szybko”.

– Potrzebowałbym przynajmniej czterech miesięcy, jeśli to faktycznie około dwustu stron.

– Nie mogę tyle czekać!

Ralf sięgnął po książkę i znów zerknął na tylną okładkę. Olga patrzyła wyzywająco. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to spojrzenie jest przeznaczone specjalnie dla niego, że kiedy stała przed migawką aparatu, myślała o nim i szeptała w myślach: „I co? I co z tym teraz zrobisz, Ralf?”.

– Olga, coś ty tu nawypisywała? – wycedził twardo przez zęby i pokręcił głową. Zaraz jednak rozluźnił szczęki i przejechał palcem po zdjęciu.

Przypomniał sobie jej młode ciało, piersi jak jabłka, pośladki, które mieściły się w otwartych dłoniach. On miał ją pierwszy. Przyjemne uczucie triumfu rozlało się po jego ciele i poczuł mrowienie w kroczu. Była słodka, słodziutka jak malina i bardzo ufna. Pojawiła się, kiedy przestało mu się układać z Marią, pierwszą żoną. Zaniedbała się, zaczęła tyć. Seks ją nudził, interesował ją tylko ich syn Tobias. Olga była doskonała, niczym Ewa z raju. I taka młodziutka. Ile mogła mieć wtedy lat? Przed oczami stanęła mu twarz wśród burzy włosów i zielone oczy zerkające spod grzywki. Jego spojrzenie stało się miękkie, lekko się uśmiechnął.

Popatrzył na drzwi, westchnął i otworzył najniższą szufladę biurka. Podniósł stos kartek leżących na dnie i delikatnie umieścił książkę pod nimi.

Olga ostatni raz siedziała w tej poczekalni dwa i pół roku temu. A jednak miała wrażenie, jakby minął najwyżej miesiąc. Z głośników płynęła spokojna muzyka, na tyle cicha, żeby nie przeszkadzać, ale wystarczająco głośna, żeby zagłuszać rozmowy za drzwiami. Nic się tu nie zmieniło. Wszystkie dyplomy i certyfikaty ukończenia kursów i szkoleń z zakresu psychologii, które pamiętała, wisiały w tej samej kolejności. Nawet storczyk na parapecie wyglądał tak samo. Tylko świeże daty czasopism na stoliku były dowodem, że czas jednak minął.

Torba na jej kolanach lekko zawibrowała. Olga rozpięła zamek, poszperała ręką w odmętach rzeczy potrzebnych oraz zbędnych i wyciągnęła telefon. Ekran zapowiedział wiadomość od ICE Oskar Sarnecki. Popatrzyła w okno i z westchnieniem znów spojrzała na ekran. Przyglądała się chwilę literom imienia i nazwiska, zanim zdecydowała się odczytać wiadomość: „Szczęśliwego nowego życia. Zadowolona?”.

Jakaś złość ukryta w zakamarkach jej ciała wylała się nagle. Poczuła, że chce natychmiast odpowiedzieć, dać upust swojemu wzburzeniu. Zaczęła wystukiwać: B, a, r, d, ale zatrzymała się i jednak wymazała litery. Znów popatrzyła w okno. Spojrzała na kwiaty storczyka. Płatki były idealnie białe, czyste. Głęboko zaczerpnęła powietrza, przytrzymała je przez moment w płucach. Potem wolno wypuściła, starając się z wydechem odzyskać spokój, z którym tu przyszła. Po trzech kolejnych oddechach jej ciało znów się rozluźniło i zdenerwowanie zaczęło mijać. Bez emocji wymazała z kontaktu dopisek ICE.

– Do zobaczenia za tydzień! – pożegnanie zabrzmiało jak nakaz.

– Do widzenia – odpowiedział smutny głos.

Osoba nieokreślonej płci wyszła z gabinetu i nie oglądając się, poszła prosto do wyjścia. Głowa z każdym krokiem opadała jej coraz niżej.

Olga odprowadziła ją wzrokiem do samych drzwi, próbując odgadnąć, czy to kobieta, czy mężczyzna.

– Dzień dobry, pani Ireno! – Podniosła się z krzesła, gdy drzwi uchyliły się zapraszająco.

– Dobrze panią widzieć, pani Olgo. – Kobieta uśmiechnęła się i gestem zaprosiła ją do gabinetu. – Wróciła pani z Brukseli?

– Tak.

– Proszę, niech pani siada. – Lekarka wskazała wygodny fotel, w którym Olga spędziła kilkadziesiąt godzin na terapii.

– Wolałabym usiąść gdzie indziej. Nie przychodzę jako pacjentka. Zajmę pani tylko chwilę.

– Proszę, może pani usiąść tam, gdzie pani chce.

Olga rozejrzała się po pokoju. Sięgnęła po drewniane krzesło stojące przy ścianie i postawiła obok biurka terapeutki.

– To kiedy pani wróciła?

– Kilka miesięcy temu.

– Z mężem?

– Nie, sama. Rozwiodłam się.

– Jednak? – Głos terapeutki zabrzmiał poważnie i smutno.

– Przed świętami była ostatnia rozprawa. Kilka dni temu dostałam potwierdzenie prawomocności rozwodu.

– Przykro mi. – Kobieta pochyliła się nad biurkiem.

– Czuję się dobrze, chociaż rozwód to jednak zawsze jakaś porażka. Zwłaszcza drugi.

– To nie ma znaczenia. – Terapeutka złożyła ręce i wzruszyła lekko ramionami. – Ważne, czego się pani dowiedziała o sobie i czy wie pani, czego szukać w związku.

– Myślałam o tym. Nawet dużo. – Olga chwyciła końcówkę szalika i pociągnęła za frędzle. – Powiedziała mi pani, żebym w miarę możliwości kontynuowała terapię na miejscu albo…

– Udało się?

– Nie, nie znalazłam odpowiedniego specjalisty. W Belgii terapeuci są bardzo drodzy. Poza tym oferują sesje tylko po francusku.

Irena delikatnie się uśmiechnęła, wychwytując dwuznaczność wypowiedzi, i oparła plecy o fotel.

– W najgorszym razie, nie wiem, czy pani pamięta… – Olga podjęła wątek i spojrzała kobiecie prosto w oczy. – Poradziła mi pani przyglądać się sobie i pisać do siebie, wyrzucać to wszystko, co normalnie powiedziałabym na sesji.

– Tak… I…? – Terapeutka przeciągnęła intonację pytająco w górę.

– No i tak zrobiłam.

– Ale nie pomogło?

– Nie rozumiem.

– W sensie małżeństwu – doprecyzowała. – Nie pomogło.

– Ale mi pomogło.

Olga przestała się bawić szalikiem i sięgnęła do leżącej na podłodze bordowej torby. Położyła ją na kolanach. Wyjęła książkę w białej oprawie, otworzyła ją i popatrzyła na pierwszą stronę zapisaną odręcznym pismem.

– Chciałam dać to pani w prezencie.

– Napisała pani książkę? – W głosie Ireny mieszały się zdziwienie, obawa i podziw.

Olga pokiwała głową.

– Wpisałam dedykację, ale i tak chciałam jeszcze raz pani podziękować. Mam wrażenie, że dotarłam do źródeł wszystkich moich problemów.

Podała jej książkę na wyciągniętych rękach, jakby składała ofiarę. Terapeutka wzięła ją i niepewnie spojrzała Oldze w oczy.

– Opisała pani swoje małżeństwo?

– Nie, o Oskarze nawet nie wspominam ani o pierwszym mężu. Napisałam o sobie, dużo jest tam o… Zresztą nie chcę opowiadać. Myślę, że wszystko pani zrozumie po przeczytaniu. Jeśli pani oczywiście to zrobi… – zreflektowała się.

– Z pewnością, jestem bardzo ciekawa. – Lekarka otworzyła książkę i zerknęła na dedykację. – Przeczytam z przyjemnością, zacznę dziś wieczorem. Pani Olgo, to wspaniałe. – Wstała i podeszła w jej kierunku. – Serdecznie gratuluję. Czy mogę panią uściskać?

Olga wstała i pozwoliła się objąć. Poczuła mrowienie na czubku nosa, jak zawsze, kiedy była wzruszona. Wzięła głębszy oddech.

– To był dobry pomysł z tym pisaniem. – Zdołała się opanować.

– Ale jak z tego powstała książka?

– Samo wyszło… Spisywałam wspomnienia, często bolesne. Rozmawiałam z sobą na piśmie. Nagle zaczęły się wynurzać zarysy postaci. Na początku niewyraźne, ale z czasem zaczęły nabierać kształtów, odrębnych cech, upodobań. Zaczęło mnie to wciągać. Zresztą co tam miałam robić? Nie mogłam już wytrzymać z Oskarem, o Jezu! Prawie każda rozmowa kończyła się kłótnią, więc po prostu zamykałam się w pokoju i pisałam. Tak odpoczywałam po całych dniach tłumaczeń. Wie pani, jak trudno jest wyłuskać sens z retoryki polityków i urzędników, jakoś spójnie przełożyć ich wypowiedzi? Bardzo mnie to męczyło i stresowało, a Oskar uwielbiał się koło nich kręcić i budować kontakty. Ja miałam dosyć, chciałam spokoju, chciałam się przenieść w inny świat.

– Niesamowite. Jak się pani udało znaleźć wydawcę?

– Wysłałam książkę.

– Tak po prostu?

– Tak po prostu.

– Gratuluję. I co dalej?

– Wydawnictwo chce zorganizować kilka spotkań, więc muszę kupić jakąś ładną sukienkę. Przyjaciółka obiecała, że pomoże mi wybrać coś odpowiedniego.

– Nie musi pani tego robić, chyba że pani chce.

– Nie rozumiem.

– Po prostu nie musi pani robić rzeczy, których oczekują od pani inni, ani wciskać się na siłę w formy, które pani nie odpowiadają. Może iść pani na wieczór autorski nawet w eleganckim sweterku. – Psycholożka uśmiechnęła się zagadkowo i podniosła z fotela, dając znać, że muszą kończyć.

Olga miała wrażenie, że kobieta chciała ją otworzyć na coś, czego jeszcze nie dostrzegała.

Irena położyła dłoń na klamce i jeszcze raz ciepło spojrzała na Olgę.

– Odnalazła się już pani w Krakowie?

– Czy się odnalazłam?

– Towarzysko. Ludziom po rozwodzie często dokucza samotność.

Olga uśmiechnęła się pod nosem.

– Przygarnęłam kota, rocznego persa. Komuś znudziło się ciągłe czesanie, a ja… A ja mam dużo czasu. Czasem idę do matki albo jadę do siostry, niedawno urodziła trzecie dziecko. Po godzinie takiej wizyty mam dość ludzi na tydzień. – Olga spuściła głowę i przygryzła wargę, po czym podniosła wzrok na terapeutkę i kiwając głową, przyznała: – Często jestem sama, ale na razie jest mi tak dobrze. Zawsze tak się bałam samotności, że pakowałam się na siłę w kolejne związki.

– A przyjaciele?

Olga znów wbiła wzrok w podłogę. Milczała, długo ważąc słowa. Pomyślała o Iwonie z Darkiem, o Anecie i innych koleżankach z byłej pracy.

– Myślałam, że rozwodzę się tylko z mężem, ale okazało się, że to nieprawda. Wielu wspólnych znajomych rozwiodło się ze mną. Stanęli po jego stronie. Mój mąż, były mąż – poprawiła się – jest, jak by to powiedzieć, chodzącym ideałem. Przystojny, zadbany, ambitny… Ze wszystkich koleżanek została mi w zasadzie tylko Dominika, dawna przyjaciółka z czasów pracy w szkole. Ta, z którą mam iść po sukienkę.

– Dawna? – wychwyciła zaciekawiona Irena.

– Sama nie wiem, czemu tak powiedziałam, ciągle się przyjaźnimy… – urwała nagle, jakby próbując szybko przeanalizować ich obecną relację. – Tylko coraz trudniej nam się spotkać i porozmawiać – dodała szybko.

– Rozumiem. – Irena się uśmiechnęła. – Wszystkiego dobrego, niech pani daje czasem o sobie znać.

Kobiety pożegnały się serdecznie. Kolejny pacjent czekał w poczekalni na naprawienie życia.

Olga otuliła się szczelnie szalem i wyszła z kamienicy. Zalało ją wilgotne powietrze, które przenikało do szpiku kości nawet przez ciepłe ubranie. Do nosa i gardła wcisnął się żrący smog. Od kilku dni stężenie pyłów przekraczało dopuszczalną normę siedmiokrotnie. Zapomniała już, jak trudno wytrzymać w takie dni w Krakowie. Przez kilka lat spędzonych w Brukseli problem zanieczyszczenia powietrza był odległy jak sam Kraków. Minęła ceglasty mur okalający kościół Bożego Ciała. Szybkim krokiem przemierzyła plac Wolnica, pochrząkując i starając się uwolnić gardło od męczącego drapania. Marzyła, żeby jak najszybciej znaleźć się w ciepłym, ciasnym mieszkaniu i odetchnąć z ulgą.

Słowa terapeutki natrętnie do niej wracały. Olga wiedziała, że Irenie nie chodziło o sukienkę, w każdym razie nie tylko o to. Chciała ją zachęcić do dalszego przyglądania się sobie, żeby umiała odróżnić to, czego ona chce, od tego, czego chcą od niej inni.

Nadjechał tramwaj wypełniony ludźmi o szarych, smutnych twarzach. Wiele z nich kryło się za maskami antysmogowymi.

„Krakowski karnawał” – pomyślała z przygnębieniem Olga i z trudem wcisnęła się do środka. Chwyciła się poręczy i oparła twarz o dłoń. Przymknęła oczy. – „Ciekawe, czy dostał już list”.

Dwa miliony Polaków mieszkają w Niemczech, a ja nie mogę znaleźć jednej osoby, która przetłumaczyłaby mi książkę – psioczył pod nosem Ralf, upychając kolejne tomy na półkach regału. U jego stóp leżał wielki karton, ten sam, którym barykadował wejście do kantorka, a który Cornelia kazała mu teraz rozpakować. Był tak wściekły, że z łatwością przeciągnął pudło jedną ręką na środek księgarni.

Znalazł w końcu w sieci krótką informację o książce Olgi na jakimś blogu literackim. Tekst był oczywiście po polsku. Na szczęście internetowy tłumacz dostarczył, nieudolny wprawdzie, ale zrozumiały przekład. Germanicus miał opowiadać historię kobiety, w której poukładanym życiu pojawia się nagle były kochanek. Próbował wpisywać w wyszukiwarkę polskie słowa, które przetłumaczył w translatorze, żeby znaleźć coś więcej. Nie zdążył. Przerwała mu Cornelia.

– Jak tak dalej pójdzie, sam wszystko przepiszę i przetłumaczę online – mruczał do siebie.

Ralf sięgnął po następną książkę i zamarł. Na okładce para splątana wspólnym szalikiem całowała się czule na tle ośnieżonych gór. Wykrzywił usta i spojrzał na nazwisko autora.

– Kto zamówił ten chłam? – Odwrócił się w stronę żony, która zmieniała dekorację na wystawie.

– Jaki chłam? – zapytała Cornelia bez większego zainteresowania, przestawiając kolejne tomy.

Spojrzała przelotnie w stronę męża.

– A… to ja. Brakowało stu euro do rabatu i darmowej dostawy, więc domówiłam kilka romansów. Sprzedadzą się na walentynki. Właściwie to masz rację, dajmy to na wystawę już teraz.

Podeszła do męża i wyjęła książkę z ręki osłupiałego Ralfa. Otworzył usta, ale nie mógł wykrztusić słowa. W głowie mu się to nie mieściło. Obserwował żonę przez chwilę, jak kładzie to czytadło w witrynie jego księgarni, po czym uklęknął przy kartonie i zaczął przekopywać zawartość. Był wściekły. Wyciągał kolejne książki, sprawdzając pospiesznie okładki. Zatrzymał wzrok na grubym tomisku przepasanym czerwoną kokardą.

– A to co? – Obrócił powieść w rękach i zerknął z powrotem do pudła. Leżało w nim jeszcze kilka egzemplarzy ozdobionych jak drogie bombonierki. – Cornelio, czy my jesteśmy jakąś cholerną czekolaterią, czy porządną księgarnią? – Podniósł się z kolan i rzucił książkę na drewnianą podłogę. Kopnął karton, podszedł do niej i wrzasnął: – Zabraniam ci dopisywać cokolwiek do zamówienia. Słyszysz?

Stanął pół metra od niej i patrzył na nią z góry, zaciskając szczęki.

– Ale dostaliśmy rabat, więc te książki są prawie za darmo!

– Nie będziemy ich tu sprzedawać, rozumiesz?

– Ale Schatz! – zaprotestowała.

– Po moim trupie. Takiego chłamu nawet ty byś nie przeczytała.

Cornelia zatrzepotała rzęsami i ścisnęła usta w dziubek. W jej oczach pojawiły się łzy. Podniosła dumnie głowę i trącając lekko Ralfa, poszła w kierunku kantorka.

„Głupia gęś” – pomyślał tylko, odwracając się za nią. Nie odważył się wypowiedzieć kolejnej obelgi na głos.

Trzasnęła drzwiami. Ralf westchnął i pomyślał o przesyłce od Olgi ukrytej w dolnej szufladzie. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie iść za żoną i nie zabrać książki schowanej pod plikiem papierzysk, ale ostatecznie uznał, że w tym stanie Cornelia będzie długo płakała i przeżywała swoje upokorzenie.

– Niech beczy – powiedział głośno, zabrał z witryny kompromitujące romansidło i wrzucił z powrotem do pudła. Wylądowało na stercie tomów przepasanych wstążkami.

Ralf położył dłonie na biodrach, serce cały czas biło mu w przyspieszonym tempie. Na myśl, że jakiś znajomy mógłby zobaczyć w witrynie czytadło najniższych lotów, poczuł narastające zdenerwowanie. Spojrzał w okno. Przed księgarnią przeszła kelnerka z pizzerii mieszczącej się dwie ulice dalej, Włoszka, która chodziła w spódnicach tak krótkich, że trzeba było się dobrze przyjrzeć, żeby je zobaczyć. Pomachała do niego figlarnie. Kiwnął tylko głową, chociaż ją lubił. Cornelia uważała, że daje jej napiwki odwrotnie proporcjonalne do długości spódnicy. Z powodu jej mini i jego hojności przestali tam chodzić pół roku temu. W tym momencie miał serdecznie dość wszystkich bab i wszystkich problemów, które ściągają na człowieka.

A teraz jeszcze jakaś mara z przeszłości. Co to ma być? Zemsta? Szantaż?

A co, jeśli książka Olgi jest naprawdę o nim? Jeśli on jest tym kochankiem z przeszłości, na co może wskazywać tytuł, to nie puści jej tego płazem. Zacisnął szczęki i głośno wypuścił powietrze.

Postanowił jeszcze raz przeszukać Facebooka, znaleźć jej konto i napisać kilka ostrych słów. Tym razem sprawdzi jej panieńskie nazwisko. Musi sobie tylko przypomnieć, jak brzmiało. Zmarszczył brwi i szperał w zakamarkach pamięci. Tyle razy je słyszał i sam wypowiadał.

– To było takie typowe polskie nazwisko – powiedział na głos, jednak zaraz się zreflektował i ucichł. Spojrzał na drzwi kantorka w głębi księgarni. Były zamknięte.

Znów popatrzył przez wielkie okno. Dopiero teraz zauważył, że na zewnątrz pada śnieg, kołysany lekko przez wiatr. Tylko co ma jej napisać? Przecież nawet nie wie, co jest w tej cholernej książce. Może wcale go nie obsmarowała. Przecież był dla niej dobry. To on wprowadził ją w dorosłość, nie zrobił dziecka jak jakiś młokos. Kupował sukienki, jakich w Polsce by nie dostała, zapraszał do siebie, jeździł do niej do Krakowa prawie dziewięćset kilometrów w jedną stronę, i to po polskich drogach. Pokręcił głową z niedowierzaniem, że mu się tak chciało. Raz wykosztował się na weekend na samym Sylcie, a ta wyspa od zawsze była horrendalnie droga. Uzmysłowił sobie, że nigdy tam nie pojechał ani z Marią, ani z Cornelią.

„A może… – pomyślał i od razu spodobał mu się ten tok rozumowania – Germanicus to hołd dla mnie?” Zaczął wyławiać z pamięci obrazy na potwierdzenie tej tezy. Roześmiana twarz Olgi, kiedy biegła do niego po peronie. Różowe, gorące policzki po tym jak się z nią kochał. Robili to tu, w księgarni na podłodze, wśród książek i świec. Na twarz Ralfa wypełznął delikatny uśmiech. Obrazy pojawiały mu się przed oczami na krótko, tyle co podróż płatka śniegu, nim spadł na chodnik.

Po serii wspomnień stanęła mu przed oczami dzisiejsza Olga, taka, jaką ujrzał na fotografii w książce, tyle że kompletna, z całym zgrabnym ciałem, jakie musiała mieć, i z tym wyzywającym spojrzeniem.

Poczuł ciarki.

Małe mieszkanie wypełnił dźwięk dzwonka, tak przeraźliwy, jakby wzywał lokatorów do ewakuacji. Hałas zajął trzydzieści metrów kwadratowych mieszkania. Nie było w nim ani zasłon, ani dywanów, które mogłyby stłumić odgłos. Olga z niepokojem spojrzała na drzwi. Ktokolwiek za nimi stał, przychodzi bez zapowiedzi.

Popatrzyła na kota, poprawiła poły szlafroka i ruszyła w stronę wejścia. Lista potencjalnych gości była krótka: Dominika, jej matka, ewentualnie administrator budynku. Wolałaby przyjaciółkę. To zresztą w jej stylu, nie przychodzić, kiedy się umawia, a pojawiać się wtedy, gdy nikt się jej nie spodziewa.

Spojrzała dyskretnie przez oko wizjera. Fala gorąca uderzyła jej do głowy i rozgrzała policzki. Drugi rozdzierający dźwięk wdarł się do mieszkania. Tuż przy drzwiach był wprost nie do zniesienia. Olga odryglowała zamek i otworzyła je na oścież, zanim palec gościa po raz trzeci sięgnął dzwonka.

– Dzień dobry. O tej porze w szlafroku? – Lekko szpakowaty, wysoki mężczyzna zlustrował Olgę wzrokiem, od nieuczesanych włosów po bose stopy. Wytarł dokładnie buty i przekroczył próg.

– Co ty tu robisz? – zapytała Olga, próbując zasłonić sobą wejście.

– Przyszedłem porozmawiać. – Mężczyzna delikatnie przesunął ją na bok.

Olga owinęła się szczelnie jedwabnym szlafrokiem i mocniej zacisnęła pasek. Zamknęła drzwi, uważnie obserwując jego ruchy. Oparł parasol o ścianę. Ściągnął granatowy płaszcz, strzepnął starannie i zawiesił go na wieszaku.

Ruszył bez pośpiechu w głąb mieszkania, rozglądając się dookoła. Skanował uważnie wzrokiem każdy skrawek przestrzeni, zerknął na łóżko z rozrzuconą w nieładzie pościelą, popatrzył na kuchenny blat, na którym stało kilka kubków ozdobionych malinową szminką i leżały rozsypane okruchy owsianki. Nieznacznie kiwał przy tym głową, jakby prowadził ze sobą cichy dialog.

– Coś się samo nie chce sprzątać. – Uśmiechnął się ironicznie.

– To moje mieszkanie. – Olga starała się, żeby jej głos zabrzmiał pewnie i obojętnie, chociaż swoją uwagą trafił w czuły punkt.

Usiadła przy stole, założyła nogę na nogę i wzięła Leona na ręce. Ukryła twarz w rudym futrze i zaczęła przesuwać po nim dłonią. Mężczyzna nagle się odwrócił. Zerknął na kota i fuknął z pogardą. Potem jego spojrzenie spłynęło wzdłuż poły szlafroka na wystający fragment kolana, łydkę i nagą stopę. Zmieszana Olga opuściła nogę i schowała obie stopy pod krzesło. Zaraz jednak zmierzyła go lodowatym spojrzeniem i tylko mocniej przytuliła kocurka.

– Nie przychodzę w sprawie mieszkania. – Oderwał od niej wzrok i przeszedł kilka kroków dalej. Zatrzymał się przy korkowej tablicy. Prześledził napisy przy osi czasu i zaczął przyglądać się zdjęciom.

– Zatem po co przyszedłeś?

– Podobno wydałaś książkę.

– Podobno… – potwierdziła enigmatycznie, czekając, aż zacznie mówić dalej. Dziwiło ją, że już wie. Nie ukrywała specjalnie, że napisała powieść, ale też się z tym nie obnosiła. Tak naprawdę o jej debiucie wiedziała garstka osób. Jak dotąd nie pochwaliła się nikomu ze znajomych, których zostawiła w Brukseli, ani nikomu z ich dawnych, wspólnych przyjaciół z Krakowa. Zresztą ci ostatni już raczej nie będą utrzymywać z nią kontaktów. Wiedziała tylko Dominika, a ona na pewno go nie poinformowała. Skąd więc wie?

– Matka mi powiedziała.

Olga prychnęła. Mężczyzna spiorunował ją wzrokiem i chrząknął ostrzegawczo. Szybko przyłożyła rękę do ust, jakby chciała się zdyscyplinować. Teściowa była ostatnią osobą, którą posądziłaby o śledzenie swoich poczynań.

– Przepraszam cię, Oskar. Trochę mnie to zaskoczyło.

– Twoja matka jej powiedziała.

– Moja?

– Po mszy w kościele.

– Ach tak… – Olga pokiwała głową.

– O czym jest ta twoja książka?

– Ciekawi cię to? – Pierwszy raz od niepamiętnych czasów zaskoczył ją.

– Chcę wiedzieć, co tam napisałaś.

– Możesz sobie poczytać.

– Poczytam, masz dla mnie egzemplarz?

Olga dyskretnie zerknęła na stolik kawowy. Na dolnej półce leżało kilka sztuk Germanicusa, które dostała od wydawnictwa. Przełknęła ślinę i pogłaskała kota.

– Nie mam, skończyły mi się. Możesz sobie kupić w księgarni.

– Nie ma, pytałem.

– O…! Jestem mile zaskoczona twoim zainteresowaniem moją osobą. Naprawdę, nie spodziewałam się.

– Przestań sobie pochlebiać. – Usiadł na krześle obok niej. – Nie obchodzi mnie, co robisz, chcę tylko wiedzieć, co tam napisałaś, czy mnie obsmarowałaś, bo jeśli tak, to ci nie daruję! – Podniósł palec i dodał: – Pamiętaj!

Leon się przestraszył i zaczął się wyrywać Oldze. Zwolniła więc uścisk i śmiejąc się pod nosem, pozwoliła kotu czmychnąć do łazienki.

– Czyli ty się boisz, że książka jest o tobie! Nie, mój drogi. – Olga zacisnęła usta, żeby zapanować nad uparcie powracającym na twarz uśmiechem. – Nie ma tam nic o tobie. Absolutnie nic.

Napięcie zniknęło z twarzy Oskara. Rozluźnił się i oparł łokciem o blat. Milczał. Rozejrzał się jeszcze raz po mieszkaniu. Jego spojrzenie złagodniało, zrobiło się odrobinę melancholijne. Otworzył usta i nabrał powietrza. Olga przestraszyła się, że chce powiedzieć coś miłego, że zaraz zacznie wspominać dobre chwile z ich małżeństwa.

– Pojutrze jest premiera – rzuciła szybko, zanim zaczął mówić. – Wtedy możesz kupić książkę i przeczytać. Zapytaj w księgarni o Germanicusa.

– Co to jest Germanicus?

– Taki jest tytuł. Chętnie ci wpiszę stosowną dedykację. – W jej głosie zabrzmiała lekka ironia.

– Obejdzie się.

Zerwał się szybko, jakby dotknięty do żywego. Zabrał parasol, przewiesił przez ramię płaszcz i trzasnął za sobą drzwiami.

Leżał na dnie najniższej szuflady, w kartonowym pudełku, pod stertą starych czasopism. Plik pożółkłych kopert spięty gumką. Zaskoczyło go, że ciągle tu są. Jedyne listy miłosne, jakie w życiu dostał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

(niem.) Kochanie! [wróć]

(niem.) Myszko. [wróć]

(niem.) Mój Boże, Olga, to ty! [wróć]