Ostatni bieg. Wspomnienia rekordzistki świata w biegu 48-godzinnym - Patrycja Bereznowska - ebook

Ostatni bieg. Wspomnienia rekordzistki świata w biegu 48-godzinnym ebook

Patrycja Bereznowska

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Patrycja Bereznowska od lat bije rekordy i przełamuje stereotypy, udowadniając, że przy niezachwianej wierze nic nie jest niemożliwe.

Dean Karnazes, wybitny ultramaratończyk i autor bestsellerów z listy „New York Timesa”

Gdy słyszysz diagnozę: nowotwór, wszystko nagle zmienia znaczenie. Patrycja Bereznowska – rekordzistka świata w biegu 48-godzinnym – robi jednak coś, czego nikt się nie spodziewa. Zamiast się zatrzymać, postanawia stanąć na starcie jeszcze raz. Być może po raz ostatni.

Ostatni bieg to poruszająca, prawdziwa historia o sile i kruchości człowieka. Odsłania kulisy ekstremalnych zawodów, pokazując nie tylko wzniosłość sportu, lecz także jego fizyczne okrucieństwo i związaną z nim dotkliwą samotność. To również głęboko osobista opowieść o dzieciństwie, relacjach, lękach i odwadze, która rodzi się w chwili kryzysu.

Książka ta poruszy nie tylko fanów sportu, ale każdego, kto choć raz musiał zawalczyć o siebie. Bo czasem najważniejszy rekord to nie ten zapisany w tabelach – lecz ten, który pozwala wstać i biec dalej.

W biegu ultra i w walce o życie liczy się to samo: umiejętność zrobienia jeszcze jednego kroku, gdy wszystko wokół krzyczy „dość”. Patrycja Bereznowska pokazała mi, że rekordy świata mierzy się nie tylko kilometrami, ale przede wszystkim odwagą spojrzenia w oczy najgorszemu. Ona nie biegnie po medale. Biegnie po życie. Ta książka jest dowodem, że najtrudniejsze ultramaratony rozgrywają się nie na asfalcie, tylko wewnątrz nas. Jest niczym kompas, który pokazuje drogę, gdy tracisz orientację. Obowiązkowa lektura dla każdego, kto kiedykolwiek chciał się poddać.

Marek Kamiński, zdobywca bieguna północnego

W świecie biegów ultra jej nazwisko brzmi jak sygnał startowy dla tych, którzy wiedzą, że niemożliwe to często tylko źle ustawiona poprzeczka. Rekordzistka świata w biegu 48-godzinnym, mistrzyni globu na dystansie 24 godzin, zwyciężczyni legendarnych tras – od Spartathlonu po rozpalony jak piec hutniczy Badwater w Dolinie Śmierci. Czytając książkę o Patrycji, miałem jedną myśl: ona nie biegnie – ona przesuwa horyzont, a zamiast mapy ma w kieszeni kompas uporu. Ale Ostatni bieg nie jest jedynie historią o przebytych kilometrach. To opowieść o życiu przypominającym długi marsz przez zmienne krajobrazy, w którym rekordy przeplatają się z trudnymi momentami i walką z chorobą. Tę książkę czyta się, jak dobrą powieść sensacyjną, a Magda nie pełni tu wyłącznie roli stenografki sukcesów Patrycji. Potrafi słuchać i zadawać właściwe pytania, dzięki czemu powstała opowieść, która nie jest laurką ani katalogiem rekordów, lecz pełnokrwistym portretem sportsmenki – z jej kruchością, determinacją i ceną, jaką płaci za każdy kilometr.

Łukasz Grass, dziennikarz, autor książek

Dwa wieczory – tyle czasu potrzebowałem, by połknąć tę książkę. Jest szczera, momentami do bólu. Napisana tak obrazowo, że raz czujesz bezinteresowną miłość płynącą od zwierząt, jakimi otacza się Patrycja, innym razem ze ściśniętym gardłem przechodzisz z nią przez życiowe traumy: rozwód rodziców, tragiczną śmierć matki, życie przez lata z cichym tyranem u boku czy wreszcie walkę z nowotworem. Gdy Pati biegnie po rekord świata, potykasz się razem z nią. Gdy staje na podium, ty też na nim jesteś. Znając już tę historię, zastanawiasz się: czy gdyby nie wcześniejsze życiowe doświadczenia, potrafiłaby tyle w sporcie dokonać? A może to, czego nauczyła się, biegając na dystansach ultra, okazało się kluczowe w walce z chorobą? Naprawdę warto!

Jędrzej Maćkowski, redaktor naczelny „Magazynu Ultra”

Historia Patrycji Bereznowskiej pokazuje, że rekord świata nie zapewnia tarczy ochronnej przed zwątpieniem, bólem ani ciężką chorobą. To szczera opowieść o perfekcjonizmie, ciężkiej pracy i analizowaniu każdego detalu, ale też o ranach z przeszłości, które potrafią odezwać się po latach. Biegi ultra stają się tu tylko tłem dla znacznie ważniejszej walki – o zdrowie, wiarę w siebie, o odpuszczenie tego, co bolało, i o odwagę, by zacząć na nowo. Każdy czytelnik znajdzie w tej historii coś dla siebie: lekcję wytrwałości, przyjmowania pomocy i dystansu do własnych wyników. To poruszająca i prawdziwa opowieść o życiu i o relacjach, a dzięki Patrycji nauczyłem się, że czasem trzeba być słabym, bo to czyni nas ludźmi.

Adam Kszczot, lekkoatleta, olimpijczyk, wielokrotny medalista mistrzostw świata i Europy, biegacz amator, mąż, ojciec i syn

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 347

Data ważności licencji: 11/30/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © 2026 by Patry­cja Bere­znow­ska, Mag­da­lena Ostrow­ska-Dołę­gow­ska Copy­ri­ght for the Polish edi­tion © 2026 by Galak­tyka sp. z o.o.

All rights rese­rved. Wszel­kie prawa zastrze­żone.

90-644 Łódź, ul. Żeli­gow­skiego 35/37 tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17 e-mail: info@galak­tyka.com.pl; sekre­ta­riat@galak­tyka.com.plwww.galak­tyka.com.pl ISBN: 978-83-8436-015-6

Redak­cja: Beata Otocka Korekta: Monika Ula­tow­ska Redak­cja tech­niczna: Renata Kozłow­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Marek Janiak

Foto­gra­fia na fron­cie okładki: Aneta Mikul­ska Foto­gra­fia na tyle okładki: Roman Pro­miń­ski Pro­jekt okładki: Master

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Pełna infor­ma­cja o ofer­cie i pla­nach wydaw­ni­czych:www.galak­tyka.com.plinfo@galak­tyka.com.pl; sekre­ta­riat@galak­tyka.com.pl Zapra­szamy!

Niniej­sza książka zawiera opi­nie auto­rek wyni­ka­jące z ich indy­wi­du­al­nych doświad­czeń. Infor­ma­cje zawarte w książce nie powinny być trak­to­wane jako porady tre­nin­gowe ani medyczne. Jeżeli wiesz albo podej­rze­wasz, że cier­pisz z powodu jakie­goś pro­blemu zdro­wot­nego, wska­zane jest, abyś przed przy­stą­pie­niem do ćwi­czeń fizycz­nych, a w szcze­gól­no­ści do upra­wia­nia spor­tów wytrzy­ma­ło­ścio­wych, zasię­gnął porady leka­rza. Każdy start na dystan­sie ultra skon­sul­tuj wcze­śniej z leka­rzem.

Choć autorki i wydawca doło­żyli wszel­kich sta­rań, aby zawarte w tej książce infor­ma­cje były rze­telne i kom­pletne, nie pono­szą oni żad­nej odpo­wie­dzial­no­ści za mogące poja­wić się błędy, nie­ści­sło­ści, prze­ocze­nia lub nie­zgod­no­ści, jak rów­nież za próby wyko­rzy­sta­nia przez czy­tel­nika autor­skich metod tre­nin­go­wych opi­sa­nych w niniej­szej książce.

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Bez pisem­nej zgody wydawcy książka ta nie może być powie­lana ani w czę­ściach, ani w cało­ści. Nie może też być repro­du­ko­wana, prze­cho­wy­wana i prze­twa­rzana z zasto­so­wa­niem jakich­kol­wiek środ­ków elek­tro­nicz­nych, mecha­nicz­nych, foto­ko­piar­skich, nagry­wa­ją­cych i innych.

Dla wszyst­kich, któ­rzy w biegu życia szu­kają odwagi i nadziei

Rozdział 1. Biegnąc we mgle

Roz­dział 1

BIE­GNĄC WE MGLE

Jeśli prze­cho­dzisz przez pie­kło — nie zatrzy­muj się.

— WIN­STON CHUR­CHILL

– Tutaj! – sły­szę zna­jomy głos, więc skrę­cam, bie­gnąc na oślep.

Zakręty w stre­fie ser­wi­so­wej są aż cztery. Znam je na pamięć, tak jak każdy mili­metr przy­po­mi­na­ją­cej nerkę trasy. Cztery zakręty i łagodny łuk pośród drzew, które dają tro­chę cie­nia w upalne dni i osła­niają od wia­tru. Tysiąc sie­dem­set dwa­dzie­ścia pięć i pół metra w pabia­nic­kim Parku Wol­no­ści. Wiem, że tuż obok są meta­lowe barierki i biało-czer­wona taśma. Wiem, że są namioty ser­wi­sowe i ludzie.

Wiem.

Ale już ich nie widzę.

Kilka godzin wcze­śniej zaczęły zni­kać we mgle. Nie takiej, która się poja­wia, gdy cie­płe powie­trze spo­tyka wychło­dzony grunt. To moja oso­bi­sta mgła. Tylko dla moich oczu.

Oka­zuje się, że przy dużym wysiłku, gdy ciało jest już wypeł­nione po brzegi pro­duk­tami prze­miany mate­rii, kwa­sem mle­ko­wym i wszyst­kim, co się da, to cała ta che­mia ląduje też w two­ich oczach. Zdrowe oko sobie z tym radzi, ale jeśli masz minus sześć, zaczątki zaćmy i musisz nosić szkła, żeby trzy­mać rów­no­wagę, to docho­dzi do nie­do­tle­nie­nia rogówki i jej obrzęku. Lekarz powie ci: ścią­gnij szkła, połóż się z zamknię­tymi oczami, odpocz­nij. Ale wła­śnie na to nie możesz sobie pozwo­lić, gdy wal­czysz o rekord świata w biegu 24-godzin­nym, zwłasz­cza gdy myślisz, że to może być ostatni wyczyn w twoim życiu.

Bo dwa mie­siące wcze­śniej, pod prysz­ni­cem, moja dłoń zna­la­zła pierw­szy guz.

Był począ­tek marca, dopiero wró­ci­łam z Taj­wanu, gdzie aż o 24 kilo­me­try pobi­łam swój rekord w biegu 48-godzin­nym. Cał­ko­wi­cie mnie to zasko­czyło, bo byłam dopiero na eta­pie budo­wa­nia formy. Taj­wan był obiet­nicą wiel­kich spor­to­wych osią­gnięć w tym roku, a gdy coś takiego się dzieje, jak zbli­żasz się do pięć­dzie­siątki, czu­jesz szcze­gólną eks­cy­ta­cję.

Nie ist­nieje dobry moment na odkry­cie, że w twoim ciele poja­wił się ktoś obcy. To tak jak z wypad­kami, które zda­rzają się innym. Widzisz je, spie­sząc się do pracy. Nie mogą przy­da­rzyć się tobie, bo prze­cież nie masz na to czasu. Jest tyle spraw. Sie­dze­nie godzi­nami na szpi­tal­nych kory­ta­rzach, przyj­mo­wa­nie tok­sycz­nych sub­stan­cji, od któ­rych wypadną ci włosy i zaczną scho­dzić paznok­cie, są ostat­nimi rze­czami, jakimi chcesz się zaj­mo­wać. Ale cho­roba nic sobie z tego nie robi. Sta­wia cię przed fak­tem i zawie­sza na wło­sku wszyst­kie twoje plany i marze­nia.

Naj­gor­sze jest to, że nie wiesz.

Nie wiesz nic.

A lekarka pierw­szego kon­taktu, która musi ci dać skie­ro­wa­nie do chi­rurga onko­lo­gicz­nego, odpra­wia cię z kwit­kiem, mówiąc, że pani­ku­jesz.

Nie mam poję­cia, czy to przy­pa­dek, czy zrzą­dze­nie losu, że kilka lat wcze­śniej zamiesz­ka­łam w Wie­li­sze­wie, gdzie jest bar­dzo dobry szpi­tal onko­lo­giczny, i że zaprzy­jaź­ni­łam się aku­rat z Moniką, pra­cu­jącą w nim pie­lę­gniarką. Zadzwo­ni­łam do niej od razu po tym, gdy zna­la­złam w swoim ciele nowego loka­tora, a ona kazała mi natych­miast zdo­być skie­ro­wa­nie i już wyko­nała pierw­sze ruchy, żebym tra­fiła do dobrego spe­cja­li­sty.

Po wizy­cie u tam­tej nie­szczę­snej lekarki popła­ka­łam się z bez­sil­nej zło­ści. Niby wiesz, że to może być łagodna zmiana, że to nic takiego, ale prze­cież led­wie chwilę wcze­śniej guza jesz­cze nie było. A to rzadko ozna­cza dobre rze­czy.

W moim przy­padku ozna­czało te naj­gor­sze.

Guz oka­zał się naj­bar­dziej zło­śliwy – potrój­nie ujemny. O ist­nie­niu dru­giego nie wie­dzia­łam jesz­cze przez wiele tygo­dni, choć dzie­liło je zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów. Ten drugi, hor­mo­no­za­leżny, ma inną naturę – nie roz­wija się tak szybko jak tam­ten i rza­dziej daje prze­rzuty. Nie jestem typem pani­kary i w bie­ga­niu ni­gdy nie ist­niała dla mnie opcja, żeby się pod­dać, ale wtedy się pod­ła­ma­łam. Przy­szedł mi na myśl Julian, mój kot – że prze­cież jestem jego jedyną opie­kunką i że bie­dak zosta­nie sam. Że zosta­wię sio­strę i ojczyma, wielu przy­ja­ciół, któ­rzy nie raz mi poka­zali, iż są gotowi pójść za mną w ogień. Te myśli były jakby za szybą, jakby myślał je ktoś inny. Trudno mi było dopu­ścić emo­cje. Przez całe lata uczy­łam się nie czuć.

Cze­kało mnie lecze­nie i ope­ra­cja, ale na tam­tym eta­pie wie­dzia­łam bar­dzo nie­wiele. Che­mia koja­rzyła mi się z eks­tre­mal­nym wycień­cze­niem orga­ni­zmu, nie­koń­czą­cymi się wymio­tami i wychu­dze­niem. Z tym, że sta­jesz się cie­niem samego sie­bie, bo prze­cież żeby zabić raka, sam musisz sta­nąć na skraju.

To wszystko było tym więk­szą abs­trak­cją, że prze­cież czu­łam się świet­nie. Na początku maja pla­no­wa­łam start w biegu 24-godzin­nym w Pabia­ni­cach i wie­dzia­łam, że rekord Europy znaj­duje się w moim zasięgu. Ter­min lecze­nia wyzna­czono mi dopiero na 1 czerwca. To miał być począ­tek cze­goś nowego i nie­zna­nego. Posta­no­wi­łam więc, że aż do tego dnia, gdy stanę na progu zmian, sku­pię się na tym, co zawsze było moim bez­piecz­nym azy­lem.

Na bie­ga­niu.

Codzienne tre­ningi, pla­no­wa­nie i ana­lizy miały być ostat­nim bastio­nem mojego nor­mal­nego życia. Nie czu­łam się na siłach, żeby zawal­czyć o rekord świata, ale gdy nosisz w sobie tyka­jącą bombę, nie masz do stra­ce­nia abso­lut­nie nic. Ryzy­ku­jesz.

Zmie­ni­łam tempa tre­nin­gowe, żeby każda komórka mojego ciała miała szansę się ich nauczyć. Zwy­kle usta­lam takie rze­czy na wiele mie­sięcy przed zawo­dami i bie­gam w tych tem­pach przez nie­koń­czące się godziny. Cho­dzi o to, żeby ten rytm był dla ciała tak natu­ralny jak oddy­cha­nie. Tym razem nie był, ale w gło­wie koła­tała myśl, że to może być ostat­nia szansa. Nie wie­dzia­łam, czy po lecze­niu będę w sta­nie wró­cić na szczyt. Nie wie­dzia­łam nawet, czy będzie jesz­cze jakieś „po lecze­niu”.

Rozu­miesz więc, dla­czego te Pabia­nice były tak ważne. Gdy sta­jąc na star­cie, czu­jesz, że to może być ostatni raz, nie ma żad­nych wymó­wek. Jest teraz albo ni­gdy.

Nie pamię­tam, jakie drzewa rosną wzdłuż trasy biegu. Ni­gdy się na nich nie sku­pia­łam. Dużo waż­niej­sze są dwa poprzeczne spę­ka­nia asfaltu i poje­dyn­cze, zanu­rzone w nim kamie­nie, bo przez więk­szość czasu patrzy się pod nogi. Są też dwa miej­sca z matami do pomiaru czasu. Zwy­czajny punkt orien­ta­cyjny pod­czas tych dzie­wię­ciu i pół minuty, gdy poko­nu­jesz pętlę. Ale te same maty i te same spę­ka­nia nabie­rają zupeł­nie innego zna­cze­nia, gdy widzisz już tylko mleczną szybę. Po iluś razach już wiesz, że to ten moment, gdy trzeba biec jak cza­pla, zadzie­ra­jąc wysoko nogi, żeby nie pole­cieć na twarz i się nie potłuc, bo to ryzyko i cenny czas.

Począ­tek biegu utwier­dzał mnie w prze­świad­cze­niu, że naprawdę mam szansę na rekord. Musia­łam się hamo­wać, co jest bar­dzo dobrym obja­wem. Świetna pogoda, jak zawsze zna­ko­mity ser­wis i moje ciało, które choć nio­sło tę prze­klętą bombę, spra­wo­wało się zna­ko­mi­cie. Żołą­dek, nogi, głowa. Czu­łam ogromną wdzięcz­ność.

A potem zaczęły mi się roz­jeż­dżać świa­tła latarni.

Nor­mal­nie, patrząc na nie nocą, widzisz świetlną kulę o mięk­kich gra­ni­cach. Gdy oczy zaczy­nają szwan­ko­wać, jest tak, jak­byś patrzył na to świa­tło przez pory­so­waną szybę i kule zmie­niają się w roz­gwiazdy. I wtedy już wiesz, że to tylko kwe­stia czasu. To pro­ces, któ­rego nie da się zatrzy­mać. Jeśli nie zamkniesz oczu i nie dasz im odpo­cząć, w końcu świat znik­nie we mgle. Zaczy­nał się więc kolejny wyścig z cza­sem. Jakby nie wystar­czyły dwa poprzed­nie.

Pierw­szy raz doświad­czy­łam tego „blac­ko­utu” w Irlan­dii pod­czas wyścigu na 100 mil w górach. Bar­dzo mi na tym biegu zale­żało, bo to były zawody kwa­li­fi­ku­jące do jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych imprez dłu­go­dy­stan­so­wych na świe­cie – Badwa­ter 135 Ultra­ma­ra­thon w Doli­nie Śmierci. Do dziś pamię­tam dźwięk dzwon­ków na dobiegu do mety. Ostat­nie sześć godzin poko­na­łam we mgle, a na koń­cówce nie widzia­łam już nic. Mia­łam szczę­ście tra­fić na leka­rza, który natych­miast mnie zdia­gno­zo­wał i uspo­koił, że nie stracę wzroku na zawsze.

Z zewnątrz to wygląda naprawdę kosz­mar­nie. Białka są zaczer­wie­nione, a tęczówki mętne do tego stop­nia, że nie da się roz­po­znać koloru. Sta­jesz się posta­cią z hor­roru. Masz wra­że­nie, jak­byś pró­bo­wał pro­wa­dzić samo­chód pod­czas obe­rwa­nia chmury albo w gęstej mgle, w któ­rej nie jesteś w sta­nie dostrzec nawet końca maski. I podob­nie jak w samo­cho­dzie, cze­piasz się wątłego świa­tełka auta przed tobą, bo tylko ono ci mówi, że wciąż jesteś na dro­dze. Ja trzy­ma­łam się jedy­nych ele­men­tów, które wciąż wybi­jały się z tej męt­nej nico­ści – nume­rów star­to­wych na ple­cach mija­nych bie­ga­czy, ledwo widocz­nej linii wyzna­cza­ją­cej koniec asfaltu i biało-czer­wo­nych taśm, które mogłam jesz­cze dostrzec kątem oka. Wszystko inne było już tylko nie­koń­czącą się bielą.

Z każdą godziną mgła gęst­nieje coraz bar­dziej, a świa­tło budzą­cego się dnia przy­ćmiewa resztki punk­tów orien­ta­cyj­nych. Nie ma już świa­teł latarni, nie ma odbla­sków. Tylko biel.

Biel.

Biel.

Biel.

Za każ­dym razem poty­kam się na tych dwóch spę­ka­niach asfaltu. Bie­gnę jak cza­pla przy matach pomia­ro­wych i co chwilę krzy­czę: „Lewa wolna! Lewa wolna! Nic nie widzę!”. Ludzie sły­szą, ale dla zmę­czo­nych bie­giem umy­słów to wyż­szy level abs­trak­cji. Nie rozu­mieją, co się dzieje, wiem, że ich też to wku­rza, bo każdy wal­czy ze swo­imi sła­bo­ściami. Wiem, że nie rozu­mie też mój ser­wi­sowy team. Orien­tują się dopiero, gdy prze­staję tra­fiać ręką we fla­ski, w któ­rych podają mi picie.

Sup­port nie może biec z tobą, więc podob­nie jak na punk­tach odżyw­czych w mara­to­nach stają po pro­stu przy tra­sie i chwy­tasz jedze­nie i picie z ich rąk. Ale dla mnie już nie ma żad­nych rąk.

– Patry­cja, tu! – krzy­czy zna­jomy głos.

Dla mnie nie ma już też żad­nego „tu”.

Wku­rzam się w bez­sil­nej fru­stra­cji.

– Gdzie?! – rzu­cam, pró­bu­jąc nawi­go­wać na słuch.

– Boże, ty naprawdę nic nie widzisz!

Ktoś łapie moją dłoń i wci­ska w nią fla­ska. Uff. Naresz­cie. Bie­gnę dalej i chce mi się pła­kać. Tro­chę z tej bez­sil­no­ści, tro­chę z wdzięcz­no­ści, że gra toczy się dalej.

Mimo wszystko.

Na tra­sie jest jesz­cze jedna linia, którą wyczu­wam, choć nie dla­tego, że jest prze­szkodą, na którą muszę się przy­go­to­wy­wać. To moja oso­bi­sta linia mety sprzed dwóch lat, z biegu 48-godzin­nego. To tu zatrzy­ma­łam się po ponad 403 kilo­me­trach, usta­na­wia­jąc nowy rekord świata i gdy teraz na pierw­szej pętli mija­łam wyma­lo­wane na asfal­cie litery WR, jak World Record, poczu­łam ścisk w piersi i zaszkliły mi się oczy. Litery zdą­żyły się już tro­chę zatrzeć, więc ktoś pocią­gnął je spre­jem, wie­dząc, że przy­jadę. Po ponad 20 godzi­nach biegu już ich nie widzę, ale wyczu­wam tę magiczną linię coraz sil­niej, bo tamto też nie miało prawa się udać.

Bie­gnę pogrą­żona w abso­lut­nej bieli i wspo­mi­nam tamte chwile. Nie widzę już nic. Ktoś krzy­czy, że teraz, a ja mam już na pamięć wyryte, że muszę skrę­cić gwał­tow­nie w prawo. Jak usły­szę drugi głos, będzie w lewo. Potem poczuję czy­jąś dłoń, która wsa­dzi mi w rękę fla­ska, i pobie­gnę dalej. Kolejne teraz i kolejny skręt. I jesz­cze jeden. A potem łagodny łuk. Chwila wytchnie­nia. Pocie­szam się, że raz już doko­na­łam tu nie­moż­li­wego. A prze­cież teraz to waż­niej­sze, więc o żad­nym pod­da­wa­niu się nie ma mowy.

Trzeba docią­gnąć do końca, jesz­cze ten jeden raz.

W ostat­nich godzi­nach, gdy ślepnę cał­ko­wi­cie, poja­wia się wię­cej gło­sów. Krzy­czą już nie tylko moi przy­ja­ciele, któ­rzy przy­je­chali, wie­dząc, z czym naprawdę się mie­rzę, ale do pomocy włą­czają się inni zawod­nicy.

– Ej! Bar­dziej w lewo! – instru­uje ktoś, kogo wyprze­dzi­łam przed chwilą. – Zaraz wypad­niesz na pobo­cze!

Kory­guję kurs i uno­szę dłoń w geście podzię­ko­wa­nia.

Wiem, że nie trzy­mam już tempa. Wiem, że rekord świata jest poza zasię­giem, choć na­dal mam szansę na rekord Europy, więc modlę się, żeby tylko się nie wywa­lić.

Moja ekipa prze­li­cza wszystko i wstrzy­muje oddech. Potem usły­szę, w jak wiel­kim napię­ciu byli przez te ostat­nie godziny, czu­jąc, jak nie­wiele mogą zro­bić. Bo mimo że wokół jest tylu ludzi, w moim bia­łym świe­cie jestem sama.

I wła­śnie wtedy, gdy napię­cie sięga zenitu, ktoś dotyka mojego ramie­nia.

– Hej! Nie wiem, jak długo wytrzy­mam, bo to tempo jest z kosmosu, ale się posta­ram!

– Dzięki – mówię zdez­o­rien­to­wana.

Bie­gniemy więc ramię w ramię i chło­pak mówi mi, że to jego pierw­szy raz w biegu na 24 godziny. Przed­sta­wia się jako Prze­mek Warze­cha. Nie zna­li­śmy się, ale tydzień wcze­śniej napi­sał do mnie z prośbą o udo­stęp­nie­nie linku do zbiórki na akcję pro­mu­jącą bie­ga­nie z cukrzycą.

– Widzisz? Pomo­głaś mi, a teraz ja mogę pomóc tobie.

Lecimy tak obok sie­bie przez trzy ostat­nie okrą­że­nia, stu­ka­jąc się łok­ciami, a Prze­mek krzy­czy do zawod­ni­ków, żeby zro­bili nam miej­sce. Czuję ogromne wzru­sze­nie i myślę, jak bar­dzo ważni są w tym inni ludzie.

Nie wiem, co mam w sobie takiego, że ktoś decy­duje się wykroić ze swo­jego życia wiele cen­nych godzin, mar­no­wać urlopy, nie spać, mar­z­nąć albo sie­dzieć w skwa­rze, aby mi towa­rzy­szyć. Dla­czego ktoś jedzie przez pół nocy tylko po to, żeby przy­wieźć mi zupę i uści­skać, a potem się zbiera, żeby zdą­żyć na rano do swo­ich spraw.

Prze­mek Warze­cha jest u mojego boku do ostat­niej chwili. A gdy pada strzał, ści­ska mnie jako pierw­szy. Dopa­dają mnie przy­ja­ciele, moja nie­za­wodna ekipa ser­wi­sowa, i pła­czemy jak bobry. W tym chó­ral­nym wyciu jest eufo­ria, bo o ponad kilo­metr popra­wi­łam rekord Europy, jest też żal, bo ci naj­bliżsi wie­dzą, co mnie czeka, i że przy­szłość to wielka nie­wia­doma. Jest i wzru­sze­nie, że to wszystko mogło się wyda­rzyć. I gdy tak pła­czemy z tego szczę­ścia, żalu i wzru­sze­nia, to w mojej gło­wie poja­wia się jedna myśl, która sta­nie się świa­tłem w tunelu.

Nie pobi­łam rekordu świata.

A to ozna­cza, że wciąż mam coś do zro­bie­nia.

Rozdział 2. Dr Jekyll i Mrs Hyde

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 3. Właśnie się uczysz. Szczenięce lata

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 4. Konie. Pierwsza miłość

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 5. Rajdy konne

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 6. Koniec beztroski

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 7. Miesiące ciszy

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 8. Początki

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 9. Pierwsze kroki w ultra

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 10. Mazurek Dąbrowskiego

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 11. Otwarte drzwi

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 12. Nie będziesz tego żałować… Belfast 2017

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 13. Trzydzieści osiem metrów

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 14. Spartathlon 2017. Nigdy więcej

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 15. O honor i pół pizzy. Pieniądze w ultra

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 16. Pierożek i herbatka — tym wygrywa się zawody

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 17. Badwater. Ciasto, którego nie dostałam

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 18. Portugal Trail 281. Z pyłem we włosach

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 19. Przeklęte lemury i inne porażki

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 20. W kamaszach ze żwirkiem dla kotów

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 21. Dzień jak co dzień. Praca, trening, życie

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 22. Tajwan. Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 23. Nie znasz dnia ani godziny

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 24. Nie tylko straty

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 25. Ostrożnie, ostrożniutko

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 26. Snowdonia. Powrót do życia

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 27. Pabianice 2025. Ultra biega się do końca

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Rozdział 28. Wciąż mam coś do zrobienia

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Podziękowania

Dodatki

Z pamiętnika

Przygotowanie do startu

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.

Zdjęcia

Badwa­ter 2019. Widok nie­koń­czą­cej się drogi wciąż mnie hip­no­ty­zuje. Biec poza hory­zont, odkry­wać to, czego nie widać (fot. Aneta Mikul­ska)
Na tra­sie Badwa­ter 135 nie ma żad­nych punk­tów odżyw­czych. Każdy zawod­nik jest w 100 pro­cen­tach zależny od swo­jego sup­portu. Tu z Pio­trem Pod­biel­skim, moim Anio­łem Stró­żem, który wraz z rodziną ugo­ścił mnie w ramach akli­ma­ty­za­cji i pomógł mi w całej skom­pli­ko­wa­nej logi­styce (fot. Aneta Mikul­ska)