Ośmioro kuzynów - Louisa May Alcott - ebook

Ośmioro kuzynów ebook

Louisa May Alcott

4,2

Opis

 

Trzynastoletnia Rose po śmierci ojca trafia do domu sędziwych ciotek. Dziewczynka sprawia wrażenie chorowitej i przygnębionej. Wszystko zmienia się, gdy z zamorskich podróży wraca jej wuj i opiekun prawny. Doktor Alec z miejsca zaczyna wprowadzać prostą, ale skuteczną terapię: dużo ruchu na świeżym powietrzu, zdrowe posiłki, pożyteczne zajęcia i towarzystwo rówieśników. W ciągu roku Rose ulega cudownej przemianie, w której ma również swój udział jej siedmiu wesołych i rozbrykanych kuzynów. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że mimo upływu niemal półtora wieku propozycje doktora Aleca byłyby znakomitym lekiem na wiele bolączek współczesnej młodzieży.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 319

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (17 ocen)
9
5
2
0
1
Sortuj według:
Natalia_Calgary

Nie polecam

Durneńkie to i prostackie
11
Juliies20

Dobrze spędzony czas

Przyjemna lektura, chociaż nie była specjalnie wciągająca. Taka do poczytania z doskoku
00
Kasiek2020

Dobrze spędzony czas

Czytałam to pod innym tytułem "Rosalynn" i wydłużoną o kilka rozdziałów. Tamta wersja bardziej mi przypadła do gustu. :-)
00

Popularność




Karta tytułowa

PRZEDMOWA

Autorka świadoma jest mankamentów niniejszej historii. Jednak jako że eksperyment wuja Aleca miał za zadanie raczej zabawić młodzież, niż służyć jako instruktaż wychowawczy dla starszych, Autorka ufa, iż przyjaciele Ośmiorga kuzynów przymkną oko na owe niedostatki, a ona zadośćuczyni za nie w drugim tomie, który spróbuje ukazać Różę w rozkwicie.

L.M.A.

ROZDZIAŁ I – DWIE DZIEWCZYNKI

Rose siedziała samotnie w największym salonie z chusteczką rozłożoną na kolanach, rozmyślając o swoich zmartwieniach i oczekując potoku własnych łez. Pokój ten świetnie nadawał się na roztrząsanie smutków, był bowiem ciemny i cichy, pełen zabytkowych mebli, mrocznych zasłon, a wszystkie ściany obwieszono portretami poważnych starszych dżentelmenów w perukach, dam o surowych rysach w przyciężkich czepkach oraz spoglądających z ram dzieci w krótkich płaszczykach albo ściągniętych w pasie sukienkach. Było to znakomite miejsce na przeżywanie niedoli, a przelotny wiosenny deszcz bębniący w szybę zdawał się łkać: „Płacz razem ze mną”.

Rose faktycznie miała powód do smutku, straciła bowiem matkę, a niedawno również ojca, skutkiem czego pozostała bez dachu nad głową, a jedynym jej domem był ten należący do jej ciotecznych babek. Mieszkała u nich zaledwie od tygodnia i choć drogie starsze damy robiły co w ich mocy, aby dziewczynkę uszczęśliwić, skutek osiągały mizerny. Rose była inna od wszystkich dzieci, z jakimi kiedykolwiek miały do czynienia, i czuły się zupełnie tak, jak gdyby otrzymały pod opiekę przygnębionego motyla.

Pozostawiły jej swobodę w poruszaniu się po domu i przez dzień czy dwa dziewczynka umilała sobie czas wałęsaniem się po wspaniałym starym dworze pełnym wszelkiego rodzaju dziwnych zakamarków, uroczych pokojów i tajemniczych przejść. Okna pojawiały się w nieoczekiwanych miejscach, nad ogrodem zwieszały się romantycznie małe balkoniki, a długi korytarz na piętrze pełen był osobliwości z całego świata, jako że Campbellowie od pokoleń byli żeglarzami.

Ciotka Plenty1 pozwoliła nawet Rose urządzić sobie w jej wielkim kredensie z porcelaną kryjówkę obfitującą we wszystkie smakołyki uwielbiane przez dzieci, jednak dziewczynka zdawała się nie dbać zbytnio o te apetyczne pokusy i zrozpaczona ciotka dała za wygraną.

Łagodna ciotka Peace2 imała się wszelkiego rodzajów ślicznych robótek, planując stworzyć lalczyną garderobę zdolną podbić serce nawet starszego dziecka. Ale Rose nie wykazywała zbytniego zainteresowania kapeluszami z różowego atłasu i miniaturowymi pończochami, choć szyła posłusznie, dopóki ciotka nie przyłapała jej na ocieraniu łez trenem sukni ślubnej, co położyło kres tego typu zajęciom.

Następnie obie starsze damy połączyły siły i wybrały z sąsiedztwa wzorową dziewczynkę, aby przychodziła bawić się z ich bratanicą. Jednak Ariadne Blish okazała się największą porażką ze wszystkich. Rose nie mogła na nią patrzeć i powiedziała, że tak przypomina jej woskową lalkę, iż miałaby ochotę ją uszczypnąć i sprawdzić, czy zapiszczy. Tak więc mała wymuskana Ariadne została odesłana do domu, a wyczerpane ciotki zostawiły na jakiś czas Rose samą sobie.

Brzydka pogoda i zimno zatrzymały dziewczynę w domu i większość czasu spędzała w bibliotece, gdzie złożono książki jej ojca. Tutaj dużo czytała, trochę płakała i oddawała się niewinnym pogodnym marzeniom, z których dzieci obdarzone bujną wyobraźnią czerpią pociechę i radość. To odpowiadało jej bardziej niż inne zajęcia, ale nie wpływało na nią dobrze. Dziewczynka stawała się blada, ospała i apatyczna, choć ciotka Plenty podawała jej tyle żelaza, że można by z niego zrobić kuchenkę, a ciotka Peace pieściła ją niczym pudla.

Widząc to, biedne ciotki zaczęły łamać sobie głowy nad nową rozrywką i postanowiły zaryzykować śmiały ruch, choć nie miały wielkich nadziei, czy się powiedzie. Nie powiedziały nic Rose o swoim planie na najbliższe sobotnie popołudnie, ale zostawiły ją samą do czasu wielkiej niespodzianki, nie domyślając się, że dziwne dziecko znajdzie dla siebie uciechę w najmniej spodziewanym miejscu.

Zanim Rose zdążyła wydusić choć jedną łzę, ciszę przerwał jakiś dźwięk, który sprawił, że nadstawiła uszu. Było to tylko ciche szczebiotanie ptaka, ale ptak ów zdawał się szczególnie utalentowany, bo w miarę słuchania szczebiot przeszedł w ożywiony gwizd, następnie w trel, gruchanie, świergotanie, a zakończył się melodyjnym połączeniem wszystkich dźwięków, tak jakby ptak wybuchnął śmiechem. Rose również się roześmiała i zapominając o smutkach, podskoczyła, mówiąc z ożywieniem:

– To przedrzeźniacz. Gdzie on jest?

Pędząc długim korytarzem, uchyliła obydwoje drzwi, ale nie dostrzegła nic pierzastego poza brudnym kurczakiem pod liściem łopianu. Ponownie nadstawiła uszu i stwierdziła, że dźwięk zdaje się dochodzić z domu. Szła dalej, wielce podniecona pogonią za zmienną piosenką, która doprowadziła ją do drzwi kredensu.

– To tam? Jak zabawnie! – rzekła.

Jednak gdy weszła do środka, jej oczom nie ukazał się żaden ptak oprócz wiecznie całujących się jaskółek na kantońskiej porcelanie stojącej na półkach. Nagle twarz Rose rozpromieniła się, dziewczyna delikatnie otworzyła przesuwane okienko i zajrzała do kuchni. Ale muzyka umilkła i Rose zobaczyła jedynie dziewczynę w niebieskim fartuchu szorującą palenisko. Rose rozglądała się przez jakąś minutę, a potem raptownie zapytała:

– Słyszałaś tego przedrzeźniacza?

– Nazwałabym go raczej dzierlatką – odparła dziewczynka z błyskiem w czarnych oczach.

– Dokąd poleciał?

– Nadal tu jest.

– Gdzie?

– W moim gardle. Chcesz posłuchać?

– O tak! Tylko wejdę do środka.

Rose, zbyt rozgorączkowana i zaintrygowana, aby iść naokoło, wczołgała się przez okienko na szeroką półkę po drugiej stronie.

Dziewczyna z kuchni wytarła ręce, skrzyżowała stopy na małej wysepce dywaniku otoczonej morzem mydlin, po czym, jak się można było spodziewać, z jej smukłej szyi wydobyło się szczebiotanie jaskółki, gwizd rudzika, wołanie sójki, pieśń drozda, gruchanie gołębia i wiele innych znajomych melodii, które tak jak poprzednio zakończyła muzyczna ekstaza ryżojada śpiewającego i kołyszącego się pośród traw w pogodny czerwcowy dzień.

Rose była tak zaskoczona, że omal nie spadła ze swojej grzędy, a kiedy krótki koncert dobiegł końca, z zachwytem biła brawo.

– Ach, to było śliczne! Kto cię nauczył?

– Ptaki – odparła z uśmiechem dziewczyna, wracając do pracy.

– To było wspaniałe! Potrafię śpiewać, ale ani w połowie tak pięknie jak ty. Jak masz na imię?

– Phebe… Phebe Moore.

– Słyszałam o ptakach, które noszą to samo imię co ty, ale nie wierzę, żeby potrafiły tak śpiewać – zaśmiała się Rose i, z zainteresowaniem przyglądając się mydlanym plamom na posadzce, dodała: – Mogę zostać i popatrzeć, jak pracujesz? W salonie jest bardzo samotnie.

– Oczywiście, jeśli tylko panienka chce – odrzekła Phebe, wykręcając płótno z wprawą, która wywarła na Rose duże wrażenie.

– Fajnie musi być rozchlapywać wodę i pienić mydło. Bardzo chciałabym to zrobić, ale pewnie nie spodobałoby się to cioci – rzekła Rose, przyglądając się z zainteresowaniem nowemu dla niej zajęciu.

– Szybko by się panienka zmęczyła, lepiej więc się nie brudzić i tylko przyglądać.

– Pewnie dużo pomagasz matce?

– Nie mam rodziny.

– Jak to, w takim razie gdzie mieszkasz?

– Mam nadzieję, że będę mogła mieszkać tutaj. Debby potrzebuje kogoś do pomocy i przyszłam na tydzień na próbę.

– Mam nadzieję, że zostaniesz, bo strasznie tu nudno – powiedziała Rose, nabrawszy nagłej sympatii do dziewczyny, która śpiewała jak ptak, a pracowała jak dorosła kobieta.

– Mam nadzieję, że tak, bo mam już piętnaście lat i jestem na tyle duża, żeby na siebie zarabiać. Przyjechała panienka na dłużej, prawda? – zapytała Phebe, spoglądając na gościa i zastanawiając się, jak życie może być nudne, gdy nosi się jedwabną sukienkę, kunsztownie ozdobiony falbankami fartuszek, ładny medalion, a włosy związuje aksamitną wstążką.

– Tak, zostanę, dopóki nie przyjedzie mój wujek. Jest moim opiekunem prawnym, ale nie wiem, jakie ma co do mnie plany. A ty masz opiekuna?

– O rety, nie! Porzucono mnie na schodach przytułku, gdy byłam maleńka, ale panna Rogers polubiła mnie, więc zostałam. Jednak teraz ona już nie żyje, więc ja sama się o siebie troszczę.

– Jakie to ciekawe! Zupełnie jak Arabella Montgomery w Cygańskim dziecku. Znasz tę uroczą historię? – zapytała Rose, która uwielbiała opowieści o podrzutkach i przeczytała ich wiele.

– Nie posiadam żadnych książek, a cały wolny czas, jaki mam, spędzam, biegając do lasu. Tak wypoczywam lepiej, niż czytając historie – odparła Phebe, kończąc jedną pracę i zabierając się zaraz do następnej.

Rose patrzyła, jak dziewczyna wyciąga wielki garnek fasoli do przebrania i zastanawiała się, jak by to było mieć życie cały czas wypełnione pracą i ani chwili zabawy. Phebe chyba pomyślała, że teraz to jej kolej i zapytała tęsknie:

– Pewnie dużo się panienka uczyła?

– Ojej, tak! Prawie rok spędziłam w szkole z internatem i o mało nie umarłam z przeuczenia. Im więcej się uczyłam, tym więcej panna Power3 mi zadawała i byłam taka nieszczęśliwa, że prawie wypłakałam sobie oczy. Papa nigdy nie zadawał mi trudnych rzeczy i zawsze wykładał lekcje tak przyjemnie, że uwielbiałam się uczyć. Ach, byliśmy tacy szczęśliwi i tak się kochaliśmy! Ale teraz go nie ma, a ja zostałam całkiem sama.

Łza, a raczej łzy, których Rose nie mogła uronić, gdy czekała na nie w salonie, popłynęły teraz same z siebie i potoczyły się po policzkach, opowiadając historię miłości i żalu lepiej niż jakiekolwiek słowa.

Przez minutę w kuchni nie rozlegał się żaden dźwięk oprócz łkania małej dziewczynki i współczującego bębnienia deszczu. Phebe przestała grzechotać ziarnami fasoli przerzucanymi z jednego garnka do drugiego, a jej spojrzenie było pełne litości, gdy spoczęło na zwieszonej na kolanach głowie Rose otoczonej lokami, dostrzegła bowiem, że serce bijące pod ładnym medalionem boleje z powodu straty, a elegancki fartuszek służy do obcierania łez bardziej gorzkich niż te, które kiedykolwiek wylała ona sama.

Jakoś lepiej poczuła się w swojej brązowej perkalowej sukience i fartuchu w niebieską kratę. Zazdrość zmieniła się we współczucie i gdyby miała śmiałość, podeszłaby i uścisnęła swojego strapionego gościa.

Bojąc się jednak, że może to być uznane za niestosowne, powiedziała wesołym głosem:

– Jestem pewna, że nie jest panienka samotna, mając tylu krewnych, a wszystkich bogatych i mądrych. Debby mówi, że zostaniesz zagłaskana na śmierć, bo jesteś jedyną dziewczynką w rodzinie.

Ostatnie słowa Phebe sprawiły, że Rose uśmiechnęła się przez łzy, wychyliła zza fartuszka mieniącą się od uczuć twarz i odezwała się tonem zabawnej rozpaczy:

– To jeden z moich problemów! Mam sześć ciotek, wszystkie mnie chcą, a ja żadnej nie znam zbyt dobrze. Papa nazwał to miejsce Ciocinym Wzgórzem i teraz rozumiem dlaczego.

Phebe zawtórowała śmiechem i rzekła pokrzepiająco:

– Każdy je tak nazywa i to bardzo dobra nazwa, bo wszyscy Campbellowie mieszkają w pobliżu i stale przychodzą w odwiedziny do starszych dam.

– Mogłabym znieść ciotki, ale są też tuziny kuzynów, wszystko okropne chłopaki, a ja nie znoszę chłopaków! Odwiedzili nas w ostatnią środę, ale akurat się położyłam, a kiedy ciocia przyszła mnie zawołać, zakryłam się kołdrą i udawałam, że śpię. Kiedyś wreszcie będę musiała się z nimi spotkać, ale tak się boję.

Rose wzdrygnęła się, mieszkając bowiem przez lata sama z chorym ojcem, nie miała pojęcia o chłopcach i uważała ich za gatunek dzikiego zwierzęcia.

– Ach! Jestem pewna, że ich panienka polubi. Widywałam, jak pędzą, wracając z cypla, czasami w łódkach, czasami na koniach. Jeśli panienka lubi łódki i konie, będzie się świetnie bawić.

– Wcale nie lubię! Boję się koni, w łódkach jest mi niedobrze i nienawidzę chłopców!

Biedna Rose aż załamała ręce na tę potworną perspektywę. Jedno z tych okropieństw mogłaby jeszcze znieść, ale wszystkie razem to było dla niej za wiele i zaczęła myśleć o szybkim powrocie do znienawidzonej szkoły.

Phebe śmiała się z jej żałości, aż fasola tańczyła w garnku, ale spróbowała ją pocieszyć.

– Może wujek zabierze panienkę gdzieś, gdzie nie ma żadnych chłopców. Debby mówi, że to naprawdę uprzejmy człowiek i zawsze, kiedy się zjawia, przywozi masę ślicznych rzeczy.

– Tak, ale widzisz, to kolejny problem, bo ja w ogóle nie znam wujka Aleca. Prawie nigdy nas nie odwiedzał, choć często przysyłał mi ładne upominki. Teraz zależę od niego i będę musiała być mu posłuszna, dopóki nie skończę osiemnastu lat. Może wcale go nie polubię, cały czas się o to martwię.

– Cóż, nie martwiłabym się na zapas, tylko używała życia. Z pewnością uważałabym, że pływam jak pączek w maśle, gdybym miała rodzinę i pieniądze i nic do roboty poza bawieniem się – zaczęła Phebe, ale nie skończyła, bo nagły rumor na zewnątrz sprawił, że obie dziewczynki aż podskoczyły.

– To grzmot – powiedziała Phebe.

– To cyrk! – zawołała Rose, która ze swojej półki dostrzegła przebłyski jakiegoś kolorowego wozu i kilka kucyków z rozwianymi grzywami i ogonami.

Hałas umilkł i dziewczęta miały właśnie kontynuować zwierzenia, gdy wtem zjawiła się stara Debby, która wyglądała na nieco zaspaną i nie w sosie po przerwanej drzemce.

– Jesteś proszona do salonu, panno Rose.

– Czy ktoś przyjechał?

– Małe dziewczynki nie powinny zadawać pytań, ale robić, co się im każe – brzmiała cała odpowiedź Debby.

– Mam wielką nadzieję, że to nie ciotka Myra. Zawsze napędza mi stracha, wypytując o mój kaszel i zawodząc nade mną, jakbym miała zaraz umrzeć – powiedziała Rose, szykując się do wyjścia tą samą drogą, którą weszła, ponieważ okienko wycięte dla przyjmowania pokaźnych świątecznych indyków i puddingów było całkiem duże jak na szczupłą dziewczynę.

– Chyba pożałujesz, że to nie ciotka Myra, kiedy zobaczysz, kto przyszedł. Nie pozwól, żebym przyłapała cię jeszcze raz, jak wchodzisz tędy do mojej kuchni, bo zamknę cię w wielkim bojlerze – zagrzmiała Debby, która uważała za swój obowiązek przy każdej okazji besztać dzieci.

1 Plenty – obfitość [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

2 Peace – spokój

3 Power – władza, potęga

ROZDZIAŁ II –

Rose dotarła do pokoju kredensowego tak szybko, jak to było możliwe, ale tam dała upust swoim uczuciom, strojąc miny do Debby, wygładzając sukienkę i zbierając się na odwagę. Potem przeszła na palcach korytarzem i zajrzała do salonu. Nikt się nie pokazał i wszędzie panowała taka cisza, że przekonana, iż towarzystwo jest na górze, śmiało wskoczyła do środka przez na wpół otwarte przesuwne drzwi i w tym momencie po drugiej stronie ujrzała widok, który niemal zaparł jej dech w piersi.

Siedmiu chłopców w różnym wieku, różnego wzrostu, a wszyscy jasnowłosi i niebieskoocy, każdy w kompletnym stroju szkockim uśmiechnęło się do niej, ukłoniło i powiedziało równocześnie:

– Jak się masz, kuzynko?

Rose wciągnęła powietrze i rozejrzała się wokół, jak gdyby przygotowywała się do ucieczki, ponieważ strach zwielokrotnił siódemkę i pokój wydawał się jej pełen chłopców. Zanim jednak zdążyła dać nura, najstarszy z nich wystąpił z szeregu i odezwał się przyjaźnie:

– Nie bój się. Klan przyszedł cię powitać, a ja jestem Archie, jego wódz, do usług.

Mówiąc to, wyciągnął rękę, a Rose nieśmiało włożyła dłoń w brązową łapę, która zamknęła się wokół białej drobiny i trzymała ją, podczas gdy wódz kontynuował przedstawianie.

– Przybywamy w pełnym rynsztunku, bo zawsze dbamy o prezencję przy wielkich okazjach. Mam nadzieję, że ci się podoba. Teraz powiem ci, kim są chłopaki i będziemy mieli z głowy prezentację. Ten duży to Książę Charlie, syn cioci Clary. Ciocia ma tylko jego jednego, więc jest wyjątkowo udany. Ten gość to Mac, mól książkowy, w skrócie zwany Molem. Ta słodka istota to Dandys Steve. Spójrz tylko, proszę, na jego rękawiczki i kucyk. Ci dwaj chłopcy to synkowie cioci Jane i uwierz, że to ukochana para. A to są brzdące, moi bracia, Geordie, Will i maleńki Jamie. A teraz, panowie, wystąpcie i pokażcie, że jesteście dobrze wychowani.

Na ten rozkaz ku wielkiej konsternacji Rose wyciągnęło się w jej kierunku jeszcze sześć rąk i było jasne, że oczekuje się od niej, iż uściska wszystkie. Była to chwila wielkiej próby dla nieśmiałego dziecka i dziewczyna bardzo się starała, aby serdecznie odwzajemnić każdy uścisk.

Po zakończeniu tego imponującego ceremoniału Klan rozproszył się i w jednej chwili oba pokoje zaroiły się od chłopców. Rose pośpiesznie schroniła się w wielkim fotelu i stamtąd obserwowała najeźdźców, zastanawiając się, kiedy zjawi się ciotka i ją uratuje.

Każdy z chłopców czuł się chyba zobligowany wypełnić mężnie swój obowiązek i choć jednocześnie był nim przytłoczony, zatrzymywał się w swoich wędrówkach koło jej fotela, wygłaszał krótką uwagę, otrzymywał jeszcze krótszą odpowiedź, po czym odmaszerowywał z wyrazem ulgi na twarzy.

Jako pierwszy podszedł Archie i nachyliwszy się nad oparciem, zauważył ojcowskim tonem:

– Cieszę się, że przyjechałaś, kuzynko, i mam nadzieję, że stwierdzisz, iż Ciocine Wzgórze jest całkiem przyjemne.

– Chyba tak.

Mac odrzucił włosy z oczu, potknął się o stołek i zapytał bezceremonialnie:

– Przywiozłaś jakieś książki?

– Cztery pudła. Są w bibliotece.

Mac wyszedł z pokoju, a Steve, przybrawszy pozę, która efektownie eksponowała jego strój, powiedział, uśmiechając się przyjaźnie:

– Przykro nam było, że nie spotkaliśmy się w ostatnią środę. Mam nadzieję, że przeziębienie już ci przeszło.

– Tak, dziękuję.

Wokół ust Rose zaczął się błąkać uśmieszek na wspomnienie kryjówki pod kołdrą.

Czując, że został przyjęty z oznakami wyjątkowej atencji, Steve odszedł, potrząsając kucykiem bardziej niż kiedykolwiek, wtedy zaś Książę Charlie przeparadował przez pokój, mówiąc swobodnym i spokojnym tonem:

– Mama przesyła pozdrowienia i ma nadzieję, że wydobrzejesz na tyle, aby odwiedzić nas w przyszłym tygodniu. Musi tu być potwornie nudno takiemu maleństwu jak ty.

– Mam trzynaście i pół roku, choć faktycznie wydaję się mała! – wykrzyknęła Rose, która oburzona zniewagą wobec jej świeżo nabytej nastoletniości zapomniała o nieśmiałości.

– Przepraszam, proszę pani, nigdy bym się tego nie domyślił.

I Charlie odszedł ze śmiechem, ciesząc się, że wykrzesał trochę życia ze swojej potulnej kuzynki.

Geordie i Will, dwa krzepkie podrostki w wieku jedenastu i dwunastu lat, podeszli razem i utkwiwszy w Rose okrągłe niebieskie oczy, wystrzelili jednym tchem pytanie, tak jakby brali udział w zawodach strzeleckich, a ona była tarczą.

– Przywiozłaś małpę?

– Nie, bo umarła.

– Będziesz miała łódkę?

– Mam nadzieję, że nie.

W tym miejscu chłopcy zrobili w prawo zwrot i raptownie odmaszerowali, zaś mały Jamie zapytał z dziecinną szczerością:

– Przywiozłaś mi coś miłego?

– Tak, mnóstwo cukierków – odparła Rose, na co Jamie wdrapał się jej na kolana, głośno cmoknął w policzek i oznajmił, że bardzo ją lubi.

Zachowanie to nieco spłoszyło Rose, bo pozostali chłopcy patrzyli i śmiali się, zatem dziewczyna w zmieszaniu powiedziała pośpiesznie do małego uzurpatora:

– Widziałeś, jak przejeżdżał cyrk?

– Kiedy? Gdzie? – zawołali chórem wielce podnieceni chłopcy.

– Tuż przed waszym przybyciem. Przynajmniej ja pomyślałam, że to cyrk, bo widziałam czerwono-czarną bryczkę i mnóstwo małych kucyków i...

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo przerwał jej ogólny okrzyk, a Archie wyjaśnił sytuację, mówiąc ze śmiechem:

– To nasza nowa bryczka i kuce szetlandzkie. Będziemy ci ten cyrk wypominać do końca życia, kuzynko.

– Ale było ich tak dużo i były takie szybkie, a bryczka była taka czerwona – zaczęła Rose, próbując wytłumaczyć swój błąd.

– Chodź, to zobaczysz wszystkie! – zawołał Książę.

I zanim Rose zorientowała się, co się dzieje, została zaciągnięta do stajni i hałaśliwie przedstawiona trzem kudłatym kucykom i nowej kolorowej bryczce.

Nigdy wcześniej nie odwiedzała tych części gospodarstwa i miała wątpliwości co do stosowności przebywania w nich teraz, ale na jej sugestię, że „cioci może się to nie podobać”, odezwał się chóralny okrzyk:

– Powiedziała nam, żebyśmy cię rozerwali, a możemy to zrobić dużo lepiej na zewnątrz, niż myszkując po domu.

– Boję się, że zmarznę – zaczęła Rose, która chciała zostać, ale czuła się trochę nieswojo.

– Nie, nie zmarzniesz! Zadbamy o to – zawołali chłopcy.

Jeden włożył jej na głowę swoją czapkę, drugi zawiązał wokół szyi rękawy zgrzebnej kurtki, trzeci starannie zawinął ją w koc wyjęty z bryczki, czwarty zaś otworzył drzwi stojącego tam starego powozu i rzekł z teatralnym gestem:

– Proszę wsiąść i rozsiąść się wygodnie, a my pokażemy pani coś wesołego.

Tak więc Rose siedziała, bawiąc się doskonale, chłopcy bowiem odtańczyli Highland Fling4 z taką werwą i zręcznością, że dziewczyna po raz pierwszy od wielu tygodni klaskała w dłonie i zaśmiewała się.

– Jak ci się podobało, dzieweczko? – zapytał zarumieniony i zdyszany Książę, gdy pląsy ustały.

– To było wspaniałe! Tylko raz w życiu byłam w teatrze, ale taniec ani w połowie nie wydawał mi się tak ładny jak wasz. Jacy muszą być z was zdolni chłopcy! – rzekła Rose, uśmiechając się do krewniaków niczym mała królowa do swoich poddanych.

– Ach, znakomite z nas towarzystwo, a to dopiero drobny przykład naszych harców. Nie mamy ze sobą dud, bo byśmy ci zagrali i zaśpiewali wesołą melodię – odparł Charlie, który wyglądał na wielce uradowanego pochwałą.

– Nie wiedziałam, że jesteśmy Szkotami. Papa nigdy o tym nie wspominał ani nie okazywał, że obchodzi go Szkocja poza tym, że kazał mi śpiewać stare ballady – powiedziała Rose, zaczynając czuć się tak, jakby zostawiła Amerykę gdzieś daleko za sobą.

– My do niedawna też nie. Czytaliśmy szkockie powieści i nagle przypomniało nam się, że nasz dziadek był Szkotem. Więc odgrzebaliśmy dawne historie, kupiliśmy dudy, ubraliśmy się w szkocką kratę i całym sercem i duszą oddaliśmy się chwale Klanu. Zajmujemy się tym już jakiś czas i to świetna zabawa. Naszym bliskim się podoba i myślę, że stanowimy całkiem sympatyczny zespół.

Archie wypowiedział te słowa ze stopnia innego powozu, na którym się usadowił, podczas gdy pozostali chłopcy wspinali się z obu stron, aby odpocząć i dołączyć do rozmowy.

– Ja jestem Fitzjames, a to jest Rodrick Dhu5 i pewnego dnia pokażemy ci walkę na pałasze. Uwierz mi, to coś wspaniałego – dodał Książę.

– Tak, i musisz posłuchać, jak Steve gra na dudach. Piszczą aż miło – zawołał z kozła Will zdecydowany zaprezentować zdolności swojego plemienia.

– Mac jest od tego, żeby wynajdywać stare historie, mówi nam, jak się właściwie ubierać i wybiera ekscytujące kawałki do recytacji i śpiewania – Geordie wtrącił słówko za nieobecnym Molem.

– A co robicie ty i Will? – zapytała Rose Jamiego, który siedział przy kuzynce jak gdyby zdecydowany nie spuszczać jej z oka, dopóki nie dostanie obiecanego prezentu.

– Ach, ja jestem małym giermkiem i biegam na posyłki, a Will i Geordie są żołnierzami, gdy maszerujemy, jeleniami, gdy polujemy, i zdrajcami, gdy mamy ochotę ściąć jakieś głowy.

– Z pewnością są bardzo przydatni – rzekła Rose, na co odtwórcy wielu drobnych ról rozpromienili się skromną dumą i postanowili jak najszybciej odegrać Wallace’a i zamek Montrose6 na specjalny użytek kuzynki.

– Pobawmy się w berka! – zawołał Książę, przerzucając się na dyszel, a po drodze głośno klepiąc w ramię Steve’a.

Dandys, nie zważając na rękawiczki, rzucił się za nim, a reszta rozbiegła się w różnych kierunkach, jak gdyby koniecznie chciała jak najszybciej połamać karki i zwichnąć stawy.

Dla Rose, która dopiero co wyszła ze sztywnej szkoły z internatem, było to nowe i zdumiewające widowisko. Obserwowała ruchliwych chłopców z zapartym tchem, uważając ich figle za dużo lepsze niż te, które wykonywał Mops, ukochana zmarła małpka.

Will właśnie okrył się chwałą, zeskakując na główkę z sąsieka i podnosząc się bez szwanku, gdy weszła Phebe, przynosząc pelerynę, kaptur i kalosze oraz wiadomość od ciotki Plenty, że „panna Rose ma natychmiast wrócić”.

– W porządku, przyniosę ją! – odparł Archie.

Wydał jakiś tajemniczy rozkaz, którego tak szybko usłuchano, że nim Rose zdołała wyjść z powozu, chłopcy złapali za dyszel i wyprowadzali turkoczący pojazd ze stodoły, minęli owalnie sklepione drzwi i zawieźli przed frontowe z tak radosnym okrzykiem, że dwie czapki poszybowały aż pod okna na piętrze, a Debby zawołała z ganku na tyłach domu:

– Te szalone chłopaki niechybnie sprowadzą śmierć na to delikatnie stworzenie!

Ale „delikatnemu stworzeniu” wycieczka zdawała się wyjść na dobre. Rose wbiegła po schodach zarumieniona, wesoła i rozczochrana, aby spotkać się z pełnym rozpaczy przyjęciem ciotki Plenty, która błagała ją, aby natychmiast położyła się do łóżka.

– Och, nie, prosimy! Przyjechaliśmy zjeść kolację z naszą kuzynką i będziemy grzeczni jak baranki, jeśli pozwolisz nam zostać, ciociu – podnieśli krzyk chłopcy, którzy nie tylko zaaprobowali „swoją kuzynkę”, ale nie mieli zamiaru rezygnować z kolacji, jako że imię ciotki Plenty oddawało w pełni jej szczodrą naturę.

– Cóż, kochani, możecie zostać, tylko bądźcie spokojni i pozwólcie Rose przyjąć żelazo i doprowadzić się do porządku, a potem zobaczymy, co uda nam się znaleźć w spiżarni – rzekła na odchodnym starsza dama odprowadzana salwą wskazówek co do zbliżającej się uczty.

– Dla mnie marmolada, ciociu.

– Poproszę wielki kawał placka ze śliwkami.

– Proszę powiedzieć Debby, żeby wyciągnęła pieczone gruszki.

– Ja mam ochotę na ciasto cytrynowe.

– Niech podadzą racuchy. Na pewno będą smakować Rose.

– Zobaczycie, że będzie wolała tarty.

Gdy Rose kwadrans później schodziła na dół z wymuskanymi włosami i w swoim najstrojniejszym fartuszku, zastała chłopców wałęsających się po długim korytarzu, przystanęła na podeście, aby poobserwować, bo jak dotąd nie przyjrzała się dokładnie swoim nowo poznanym kuzynom.

Istniało między nim silne rodzinne podobieństwo, choć niektóre z jasnych głów były ciemniejsze niż inne, niektóre policzki śniade, a nie różowe, a rozpiętość wieku pomiędzy szesnastoletnim Archiem a najmłodszym Jamiem wynosiła dziesięć lat. Żaden z kuzynów nie był specjalnie urodziwy z wyjątkiem Księcia, ale wszyscy byli krzepcy i weseli i Rose uznała, że chłopcy nie są jednak tak okropni, jak się obawiała.

Wszyscy byli w tym momencie zajęci w tak typowy dla siebie sposób, że dziewczyna nie mogła powstrzymać uśmiechu. Archie i Charlie, najwidoczniej dobrzy kumple, przechadzali się tam i z powrotem, pogwizdując melodię Bonnie Dundee, Mac zaszył się w kącie z książką blisko krótkowzrocznych oczu, Dandys poprawiał włosy przed owalnym lustrem przy wieszaku, Geordie i Will badali wnętrze zegara przypominającego tarczę księżyca, a Jamie leżał, wymachując piętami na chodniczku u stóp schodów, zdecydowany domagać się słodyczy, gdy tylko Rose się pokaże.

Ta odgadła jego zamiar i uprzedziła żądanie, rzucając w dół garść cukierków.

Na jego pełen zachwytu okrzyk inni chłopcy podnieśli głowy i mimowolnie się uśmiechnęli, bo stojąca powyżej mała krewniaczka o nieśmiałych, łagodnych oczach, jasnych włosach i uśmiechniętej twarzy stanowiła ujmujący widok. Czarna sukienka przypomniała im o jej stracie i napełniła chłopięce serca serdecznym pragnieniem bycia dobrymi dla „naszej kuzynki”, która nie miała już żadnego domu prócz tego.

– A oto i ona, piękna jak obrazek! – zawołał Steve, posyłając jej całusa.

– Chodź, panienko, kolacja na stole – dodał zachęcająco Książę.

– Zaprowadzę ją. – Archie podał ramię z wielką godnością, który to zaszczyt sprawił, że Rose spąsowiała jak wiśnia i miała ochotę popędzić z powrotem na górę.

To była wesoła kolacja, a dwóch starszych chłopców bardzo przyczyniło się do radosnej atmosfery, dręcząc resztę mrocznymi aluzjami do jakiegoś interesującego wydarzenia, które miało wkrótce nastąpić. Czegoś niezwykle wspaniałego, jak twierdzili, ale na razie owianego najgłębszą tajemnicą.

– Czy to kiedyś widziałem? – zapytał Jamie.

– Tak, ale nie pamiętasz, ale Mac i Steve widzieli i bardzo im się podobało – odparł Archie, tym samym sprawiając, że ci ostatni przez kilka minut ignorowali wyśmienite racuchy Debby, a łamali sobie głowy.

– Kto dostanie to pierwszy? – zapytał Will z buzią pełną marmolady.

– Pewnie ciocia Plenty.

– Kiedy to dostanie? – chciał wiedzieć Geordie, podskakując na krześle z niecierpliwości.

– Jakoś w poniedziałek.

– Wielkie nieba! O czym ten chłopak mówi? – zawołała starsza dama zza wysokiego czajnika, zza którego widać było tylko kokardę na czubku czepka.

– To ciocia nie wie? – zapytał chór głosów.

– Nie i to jest najlepsze, bo strasznie to lubi.

– Jaki to ma kolor? – zapytała Rose, włączając się do zabawy.

– Niebieski i brązowy.

– Czy to się nadaje do jedzenia? – zagadnął Jamie.

– Niektórzy mogą w ten sposób myśleć, ale ja bym nie próbował – odparł Charlie, śmiejąc się tak, że aż rozlał herbatę.

– Do kogo to należy? – wtrącił Steve.

– Do dziadka Campbella.

To była trudna zagadka i dali za wygraną, choć Jamie zwierzył się Rose, że chyba nie da rady doczekać poniedziałku, nie dowiedziawszy się co to za nadzwyczajna rzecz.

Wkrótce po kolacji Klan wyjechał, śpiewając na całe gardło znaną szkocką balladę Wszystkie niebieskie berety są za granicą.

– No i cóż, kochanie, jak ci się podobają twoi kuzyni? – zapytała ciocia Plenty, gdy ostatni z kucyków zniknął za zakrętem, a hałas umilkł.

– Wcale wcale, ale wolę Phebe.

Odpowiedź ta sprawiła, że ciocia Plenty uniosła ręce w geście rozpaczy i pobiegła powiedzieć siostrze Peace, że nigdy nie zrozumie tego dziecka i że to łaska boska, iż wkrótce przyjedzie Alec, aby zdjąć z ich barków odpowiedzialność.

Rose, zmęczona niezwykłymi trudami popołudnia, zwinęła się na kanapie w rogu pokoju, aby odpocząć i podumać o wielkiej zagadce, nie domyślając się, że pozna ją jako pierwsza.

Podczas rozmyślań zapadła w sen i śniło jej się, że znów jest w domu w swoim łóżeczku. Zdawało jej się, że się budzi i widzi, jak pochyla się nad nią ojciec, mówi do niej „moja mała Rose”, ona odpowiada „tak, papo”, a potem czuje, jak ten bierze ją w ramiona i czule całuje. Sen był tak miły, tak rzeczywisty, że dziewczyna poderwała się z okrzykiem radości, aby stwierdzić, że znajduje się w objęciach ogorzałego, brodatego mężczyzny, który mocno ją przytula i szepcze głosem tak podobnym do głosu ojca, że mimowolnie do niego przylgnęła:

– Oto moja mała dziewczynka, a ja jestem wuj Alec.

4 Highland Fling – tradycyjny taniec szkocki

5 Fitzjames, Rodrick Dhu – postacie z poematu Pani jeziora Waltera Scotta

6 Wallace, Montrose – William Wallace, narodowy bohater Szkocji, zniszczył zamek Montrose w 1297 roku.

ROZDZIAŁ III –

Gdy Rose obudziła się następnego dnia, nie była pewna, czy to, co wydarzyło się w nocy, było snem czy jawą. Wyskoczyła więc z łóżka i ubrała się, choć do jej zwykłej pory wstawania brakowało jeszcze godziny. Nie mogła dłużej spać, ogarnięta silnym pragnieniem wymknięcia się na dół i sprawdzenia, czy wielki kufer i walizki naprawdę stoją w korytarzu. Zdawało jej się, że potknęła się o nie w drodze do łóżka, ponieważ ciotki, chcąc mieć ulubionego bratanka na wyłączność, wysłały ją spać bardzo punktualnie.

Świeciło słońce, a Rose otwarła okno, aby wpuścić do pokoju powiew łagodnego majowego powietrza prosto znad morza. Gdy tak wychylała się przez balkon, obserwując, jak ranny ptaszek łapie robaka, i zastanawiając się, czy spodoba jej się wujek Alec, zobaczyła, jak jakiś mężczyzna przeskakuje przez mur otaczający ogród i gwiżdżąc, idzie ścieżką w kierunku domu. Z początku pomyślała, że to jakiś intruz, ale drugi rzut oka upewnił ją, że to jej wuj wracający z porannej kąpieli w morzu. Poprzedniego wieczoru niemal nie miała śmiałości na niego spojrzeć, bo ile razy próbowała to zrobić, napotykała badawcze spojrzenie niebieskich oczu. Teraz mogła dobrze mu się przyjrzeć, jak idzie nieśpiesznie, rozglądając się wokół, jak gdyby rad był znów widzieć to miejsce.

Był to ogorzały, energiczny mężczyzna w niebieskiej kurtce, bez kapelusza na kędzierzawej głowie, którą od czasu do czasu potrząsał niczym pies wodny. Był szeroki w barach, żwawy w ruchach, a z całej jego postaci biły siła i stateczność, co spodobało się Rose, choć nie potrafiła wyjaśnić uczucia otuchy, jakiej jej to dawało. Właśnie powiedziała do siebie z ulgą: „chyba go polubię, chociaż wygląda na kogoś, kto ma posłuch wśród ludzi”, gdy mężczyzna podniósł wzrok, aby obejrzeć puszczający pąki kasztanowiec, i dostrzegł wpatrzoną w siebie zaciekawioną twarz. Zamachał ręką, skinął głową i zawołał bezpośrednim, radosnym głosem:

– Wcześnie jesteś na pokładzie, brataniczko.

– Wstałam, żeby sprawdzić, czy naprawdę przyjechałeś, wujku.

– Tak? No cóż, w takim razie zejdź i się przekonaj.

– Nie wolno mi wychodzić z domu przed śniadaniem.

– Ach, doprawdy! – powiedział wujek, wzruszając ramionami. – W takim razie to ja wejdę na pokład i zasalutuję.

I ku wielkiemu zdumieniu Rose wuj Alec wdrapał się po jednym z filarów werandy, przeszedł po daszku, przeskoczył na jej balkon i wylądowawszy na szerokiej balustradzie, powiedział:

– Ma pani teraz co do mnie jakieś wątpliwości?

Rose była tak zaskoczona, że mogła tylko odpowiedzieć uśmiechem.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

ROZDZIAŁ IV – CIOTKI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ V – PASEK I SKRZYNIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ VI – POKÓJ WUJA ALECA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ VII – WYPRAWA DO CHIN

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ VIII – I CO Z NIEJ WYNIKŁO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ IX – SEKRET PHEBE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ X – POŚWIĘCENIE ROSE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XI – BIEDNY MAC

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XII – „RESZTA CHŁOPAKÓW”

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XIII – COSEY CORNER

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XIV – BARDZO SZCZĘŚLIWE URODZINY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XV – KOLCZYKI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XVI – CHLEB I DZIURKI NA GUZIKI

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XVII – KORZYSTNE UMOWY

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XVIII – MODA I FIZJOLOGIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XIX – KOSTEK

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XX – POD JEMIOŁĄ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXI – STRACH

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXII – COŚ DO ZROBIENIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXIII – ZGODA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ XXIV – KTO?

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Tytuł oryginału: Eight Cousins Or, The Aunt-Hill

Copyright © 2021, Wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-725-9

Projekt okładki, wybór ilustracji oraz skład książki:

Zuzanna Malinowska Studio

Autorzy ilustracji: Harriet Roosevelt Richards; J. P. Davis.

Opracowanie: MG, Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Duchnik