Chłopcy Jo - Louisa May Alcott - ebook

Chłopcy Jo ebook

Louisa May Alcott

4,7

Opis

 

Światowy bestseller Małe kobietki doczekał się kolejnych tomów, w których autorka, Louisa May Alcott kontynuowała – na wyraźne żądanie swoich Czytelników – opowieść o losach swoich bohaterów. Po dziesięciu latach czytelnik powraca zatem do Plumfield, aby poznać dalsze losy sióstr March, ich dzieci i wychowanków. Życie małej wspólnoty toczy się wokół college'u ufundowanego przez pana Lauriego, jednej z pierwszych koedukacyjnych uczelni w Ameryce. Tymczasem Chłopcy Jo – Rob, Ted, Tom, Nat, Emil, Demi i Dan – stają na progu dorosłości. Każdy z nich wybiera drogę życia zgodną ze swoim charakterem i powołaniem. I choć niektórym z nich przyjdzie okupić te wybory wielkim wysiłkiem, żaden z chłopców nie przegra swojego życia.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 451

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Rozdział I – Dziesięć lat później

– Gdyby dziesięć lat temu ktoś powiedział mi, jak wspaniałe zmiany zajdą tu za dekadę, nie uwierzyłabym – rzekła pani Jo do pani Meg pewnego letniego dnia, gdy siedziały na werandzie w Plumfield, rozglądając się wokół z wyrazem dumy i radości wypisanym na twarzach.

– Oto, jakie cuda mogą zdziałać pieniądze i dobre serce. Pan Laurence z pewnością nie mógłby mieć wspanialszego pomnika niż college, który tak wspaniałomyślnie ufundował, a dom taki jak ten sprawi, że pamięć o ciotce March będzie wiecznie żywa – odparła pani Meg, zawsze skora pochwalić nieobecnych.

– Pamiętasz, jak wierzyłyśmy w dobre wróżki i planowałyśmy, o co poprosiłybyśmy, mając trzy życzenia? Czy nie wygląda na to, że moje nareszcie się spełniły? Pieniądze, sława i pod dostatkiem pracy, którą kocham – rzekła pani Jo i nieostrożnie zmierzwiła sobie włosy, splatając palce na głowie tak samo, jak robiła to, będąc dziewczynką.

– Moje też, a i Amy cieszy się swoimi, ile dusza zapragnie. Gdyby droga mamisia, John i Beth byli tutaj, byłoby wprost idealnie – dodała Meg z czułym drżeniem w głosie, bo miejsce mamisi było teraz puste.

Jo położyła dłoń na dłoni siostry i obie przez chwilę siedziały w milczeniu, przyglądając się przyjemnemu widokowi z mieszaniną smutku i radości.

Faktycznie zdawało się, że zadziałały jakieś czary, bo spokojne Plumfield zmieniło się w ruchliwy światek. Dom – odmalowany, rozbudowany, ze starannie utrzymanym trawnikiem i ogrodem, spowity aurą zamożności, której próżno było szukać, gdy wszędzie roili się rozbrykani chłopcy i Bhaerom trudno było związać koniec z końcem – wyglądał teraz bardziej gościnnie niż kiedykolwiek. Na wzgórku, tam gdzie dawniej puszczano latawce, stał piękny college wzniesiony dzięki szczodremu zapisowi pana Laurence’a. Po ścieżkach, gdzie niegdyś stąpały dziecięce stopy, przechadzali się teraz tam i z powrotem pracowici studenci i wielu młodych mężczyzn oraz kobiet korzystało z dobrodziejstw majątku, mądrości i hojności.

Tuż za bramą do Plumfield, wśród drzew, rozsiadł się ładny brązowy domek bardzo podobny do Gołębiego gniazdka, a nieco na zachód, na zielonym zboczu lśniła w słońcu białymi filarami rezydencja Lauriego. Po tym jak w wyniku gwałtownego rozwoju miasto wchłonęło stary dom, zniszczyło gniazdo rodzinne Meg i miało czelność postawić oburzonemu panu Laurence’owi pod nosem fabrykę mydła, nasi przyjaciele przenieśli się do Plumfield i zaczęły się wielkie zmiany.

Te były miłe, zaś utratę drogich staruszków osłodziły dobrodziejstwa, które po sobie zostawili. Tak więc w małej wspólnocie wszystko szło teraz dobrze i będący rektorem pan Bhaer oraz kapelanem pan March doczekali chwili, gdy ich odwieczne marzenie szczęśliwie się spełniło. Siostry podzieliły się pieczą nad młodzieżą, przy czym każda z nich wybrała rolę, która najbardziej jej odpowiadała. Meg była matczyną przyjaciółką młodych kobiet, Jo powiernicą i obrończynią wszystkich młodzieńców, a Amy panią Obfitością, która dyskretnie wspierała potrzebujących studentów i zabawiała wszystkich tak serdecznie, że nie na darmo nazwali Parnasem jej śliczny dom wypełniony muzyką, pięknem i kulturą, za którą tęsknią głodne młode serca i wyobraźnie.

Pierwszych dwunastu chłopców oczywiście zdążyło się przez te lata rozpierzchnąć po całym globie, ale wszyscy, którzy żyli, pamiętali stare Plumfield i wracali z czterech stron świata, aby opowiedzieć o swoich różnorakich doświadczeniach, pośmiać się z minionych miłych zdarzeń i ze świeżą odwagą stawić czoło obecnym obowiązkom. Takie bowiem powroty sprawiają, że serca pozostają wrażliwe, a ręce skore do pomocy dzięki wspomnieniom młodych szczęśliwych dni. W kilku słowach opowiemy historię każdego z nich, a potem będziemy mogli przejść do nowego rozdziału w ich życiu.

Franz, obecnie mężczyzna dwudziestosześcioletni, mieszkał ze swoim krewnym, kupcem, w Hamburgu i miał się dobrze. Emil był najweselszym majtkiem, jaki kiedykolwiek „żeglował po błękitnym oceanie”. Jego wuj wysłał go w długi rejs, aby zniechęcić chłopaka do awanturniczego życia, ale ten wrócił tak zachwycony, że jasnym było, iż znalazł swoje powołanie, a niemiecki krewniak dał mu pracę na swoich statkach, więc chłopak był szczęśliwy. Dan nadal był obieżyświatem. Po badaniach geologicznych w Ameryce Południowej próbował swych sił jako hodowca owiec w Australii, obecnie zaś przebywał w Kalifornii, oglądając kopalnie. Nat zajmował się muzyką w konserwatorium i przygotowywał się do wyjazdu do Niemiec na ostatni rok lub dwa lata studiów. Tom próbował przekonać się do medycyny. Jack, zdecydowany zbić majątek, robił interesy razem ze swoim ojcem. Dolly, Nadziany i Ned studiowali prawo. Biedny Dick nie żył, podobnie jak Billy, nikt jednak nie mógł ich opłakiwać, jako że będąc chorymi na ciele i umyśle, chłopcy i tak nie mieliby szczęśliwego życia.

Roba i Teddy’ego nazywano „lwem i barankiem”, jako że drugi z nich był nieokiełznany niczym król zwierząt, a pierwszy łagodny jak owieczka. Pani Jo nazywała go „swoją córką”, uważając chłopca za najposłuszniejszego z dzieci, choć pod spokojnym sposobem bycia i wrażliwą naturą kryła się spora dawka męskości. Natomiast w Tedzie matka zdawała się dostrzegać w nowej formie wszystkie wady, kaprysy, ambicje i wesołość własnej młodości. Ted, ze swoją burzą wiecznie rozczochranych płowych loków, długimi kończynami, donośnym głosem i niestrudzoną ruchliwością był w Plumfield osobą rzucającą się w oczy. Miewał napady przygnębienia i mniej więcej raz na tydzień wpadał do swojego Bagna Rozterki, skąd wyciągał go cierpliwy Rob lub matka, która wiedziała, kiedy zostawić go samego, a kiedy nim potrząsnąć. Syn stanowił dla niej zarówno źródło dumy i radości, jak i udręki, jako że był nad wiek bystry i posiadał zadatki tak rozlicznych talentów, że matczyny umysł nieźle się wytężał, zastanawiając się, jaki to niezwykły chłopak z niego wyrośnie.

Demi ukończył college z wyróżnieniem i pani Meg bardzo zależało na tym, aby został duchownym. Oczami czułej wyobraźni już widziała, jak staje do swego pierwszego kazania, które miał wygłosić dostojny młody pastor, jak również długie, użyteczne i zacne życie, jakie będzie wiódł. Jednak John, jak go teraz nazywała, stanowczo odmawiał pójścia do seminarium, mówiąc, że ma już dość książek i chce lepiej poznać ludzi oraz świat. Sprawił też drogiej kobiecie duży zawód, decydując się spróbować swych sił jako dziennikarz. To był cios, jednak matka wiedziała, że w przypadku młodych umysłów na nic zda się przymus, a najlepszym nauczycielem jest doświadczenie, pozwoliła więc synowi podążać za własnymi skłonnościami, wciąż mając nadzieję, że ujrzy go na ambonie. Ciotka Jo wściekła się, kiedy usłyszała, że w rodzinie będzie reporter i z miejsca przezwała go „pismakiem”. Podobały jej się skłonności literackie młodzieńca, ale, jak się później okaże, miała powód, aby nienawidzić oficjalnych Paulów Pry1. Demi jednak wiedział, czego chce i spokojnie realizował swoje plany, niewzruszony gderaniem zatroskanych mamuś ani żartami kolegów. Wspierał go wuj Teddy, roztaczając przez chłopakiem perspektywy wspaniałej kariery, jako przykład przytaczając Dickensa oraz inne znakomitości, które zaczynały od bycia reporterami, a skończyły jako słynni pisarze lub publicyści.

Wszystkie dziewczęta rozkwitły. Daisy, jak zwykle słodka i przywiązana do domu, była podporą i towarzyszką matki. Josie w wieku lat czternastu stała się niezwykle oryginalną młodą osobą, skorą do psot i dziwactw, z których najnowsze było zamiłowanie do teatru, co dla matki i siostry było źródłem tyleż troski, co uciechy. Bess wyrosła na wysoką, piękną dziewczynę, która wyglądała na kilka lat starszą, niż była w rzeczywistości. Posiadała te same pełne wdzięku maniery i wykwintny gust co Mała Księżniczka oraz była szczodrze obdarzona zaletami zarówno ojca, jak i matki wspieranymi przez miłość i pieniądze tak dalece, jak to tylko było możliwe. Jednak dumą wszystkich była niesforna Nan. Podobnie jak wiele innych ruchliwych, przekornych dzieci, wyrastała na energiczną, obiecującą kobietę, która nagle rozkwita, gdy ambitna poszukiwaczka znajdzie pracę, do której się nadaje. Nan zaczęła studiować medycynę, mając lat szesnaście, a w wieku lat dwudziestu radziła sobie dzielnie, jako że teraz dzięki innym mądrym kobietom college i szpitale stały przed nią otworem. Od czasów dzieciństwa, gdy na starej wierzbie zaszokowała Daisy stwierdzeniem: „Nie chcę zawracać sobie głowy rodziną. Zamierzam mieć gabinet pełen butelek i moździerzy, będę jeździć po okolicy i leczyć ludzi”, Nan ani razu nie zboczyła z obranej drogi. To, co przewidziała dziewczynka, młoda kobieta szybko urzeczywistniała, znajdując w tym tyle szczęścia, że nic nie mogło odciągnąć jej od ukochanej pracy. Kilku zacnych młodych dżentelmenów próbowało skłonić ją do zmiany zdania i wybrania, podobnie jak Daisy, „miłego domku i rodziny, o które mogłaby się troszczyć”. Ale Nan tylko się śmiała i rozpędzała adoratorów, proponując obejrzenie języka, który mówił o uwielbieniu, albo fachowo badając puls w męskiej dłoni oferowanej jej do przyjęcia. Tak więc odstąpili od niej wszyscy prócz jednego upartego młodzieńca – tak oddanego Traddlesa2, że nie sposób było go zrazić.

Tom, równie wierny dziecięcej miłości jak Nan swoim „moździerzom”, dał dowód wierności, który bardzo wzruszył dziewczynę. Poszedł na medycynę wyłącznie ze względu na nią, nie mając zamiłowania do kierunku, a zdecydowane upodobanie do kupieckiego życia. Ale Nan była nieugięta, a Tom dzielnie nie odpuszczał, mając szczerą nadzieję, że nie zabije żadnego ze swoich bliźnich, kiedy zacznie uprawiać zawód. Oboje byli jednak znakomitymi przyjaciółmi, a perypetie ich zabawnych podchodów miłosnych przysparzały towarzyszom niemałej uciechy.

Oboje zbliżali się do Plumfield tego samego popołudnia, gdy pani Meg i pani Jo rozmawiały na werandzie. Nie razem jednak – Jo maszerowała żwawo drogą, rozmyślając nad interesującym ją pacjentem, a Tom wyciągał nogi z tyłu, chcąc ją, niby przypadkiem, dogonić, kiedy skończą się przedmieścia.

Nan była ładną dziewczyną o żywym kolorze cery, jasnych oczach, spontanicznym uśmiechu i pewnym siebie spojrzeniu właściwym dla dziewcząt zdeterminowanych w dążeniu do celu. Była ubrana prosto i praktycznie, szła lekko, a szerokie wyprostowane plecy, swobodnie kołyszące się ramiona oraz właściwa młodości i zdrowiu elastyczność widoczna w każdym ruchu sprawiały wrażenie wigoru. Nieliczni przechodnie, których mijała, oglądali się za nią, tak jakby hoża, radosna dziewczyna idąca w stronę wsi w tak ładny dzień stanowiła miły dla oka widok, a pędzący za nią czerwonolicy młodzieniec z kapeluszem w ręku i trzęsącymi się z niecierpliwości kędziorami najwyraźniej był tego samego zdania.

Teraz lekki wietrzyk poniósł dźwięk łagodnego „cześć”, a Nan, która przystanęła, bezskutecznie próbując zrobić zdziwioną minę, powiedziała przyjaźnie:

– Och, to ty, Tom?

– Na to wygląda. Pomyślałem, że może wyjdziesz dziś na spacer.

Jowialna twarz Toma rozpromieniła się ze szczęścia.

– Wiedziałeś, że wyjdę. Jak tam gardło? – zapytała Nan, przybierając zawodowy ton, który zawsze gasił zbytnie zachwyty.

– Gardło? A, tak! Pamiętam. Ma się dobrze. Recepta podziałała cudownie. Już nigdy nie nazwę homeopatii szarlatanerią.

– Tym razem to ty byłeś szarlatanem, podobnie jak pozbawione wartości leczniczych pigułki, które ci dałam. Jeśli cukier lub mleko mogą wyleczyć błonicę w ten niezwykły sposób, zanotuję to sobie. Och, Tom, Tom, czy ty nigdy nie przestaniesz płatać figli?

– Och, Nan, Nan, czy ty nigdy nie przestaniesz brać nade mną góry?

I wesoła para zaśmiała się z siebie nawzajem tak jak za dawnych czasów, które zawsze powracały na nowo, kiedy szli do Plumfield.

– Cóż, wiedziałem, że nie zobaczę cię przez cały tydzień, jeśli nie wymyślę jakiegoś pretekstu, żeby zjawić się w gabinecie. Cały czas jesteś tak potwornie zajęta, że ciężko jest zamienić słówko – wyjaśnił Tom.

– Ty też powinieneś być zajęty i wznosić się ponad takie bzdury. Naprawdę, Tom, jeśli nie skupisz się na nauce, nigdy nie zrobisz postępów – zauważyła trzeźwo Nan.

– Już i tak mam jej dość – odparł chłopak tonem pełnym obrzydzenia. – Człowiek musi się trochę rozerwać po całym dniu krojenia zwłok. Nie mogę wytrzymać zbyt dużej liczby sekcji naraz, chociaż są tacy, którzy zdają się czerpać z nich wielką przyjemność.

– W takim razie dlaczego nie zostawisz medycyny i nie zabierzesz się do czegoś, co bardziej ci odpowiada? Wiesz, zawsze uważałam to za głupotę – powiedziała Nan z wyrazem niepokoju w bacznym spojrzeniu, które szukało objawów choroby w twarzy rumianej jak jabłko Baldwina.

– Wiesz, dlaczego ją wybrałem i zostanę przy niej, nawet gdyby miałoby mnie to zabić. Mam głęboko zakorzenioną dolegliwość sercową i wcześniej czy później mnie ona uśmierci, bo na świecie jest tylko jeden lekarz, który może ją wyleczyć, a nie chce.

Tom miał minę pełną melancholijnej rezygnacji, która była tyleż komiczna, co żałosna, jako że chłopak nie żartował i ciągle robił podobne aluzje bez najmniejszej zachęty ze strony dziewczyny.

Nan zmarszczyła brwi, ale nawykła do tego i wiedziała, jak potraktować towarzysza.

– Lekarz leczy chorobę w najlepszy i jedyny sposób, ale nie było jeszcze bardziej opornego pacjenta. Poszedłeś na bal, jak zaleciłam?

– Poszedłem.

Clara Miller Burd

– I zająłeś się śliczną panną West?

– Tańczyłem z nią cały wieczór.

– Nie podziałało to na ten twój wrażliwy organ?

– Ani trochę. Raz ziewnąłem pannie w twarz, zapomniałem ją nakarmić i odetchnąłem z ulgą, oddając ją mamie.

– Przyjmuj dawkę tak często jak to możliwe i obserwuj objawy. Przewiduję, że z czasem zaczniesz domagać się lekarstwa.

– Nigdy! Jestem pewien, że nie odpowiada mojemu organizmowi.

– To się okaże. Stosuj się do zaleceń! – nakazał stanowczy głos.

– Tak, pani doktor – brzmiała potulna odpowiedź.

Przez chwilę panowało milczenie, a potem, tak jakby kość niezgody przysłoniły miłe wspomnienia wywołane znajomymi obiektami, Nan powiedziała nagle:

– Ależ mieliśmy w tym lesie uciechę! Pamiętasz, jak spadłeś z wielkiego orzecha i o mało nie złamałeś sobie obojczyków?

– A jakżeby nie! A jak ty zanurzyłaś mnie w piołunie, aż nabrałem pięknej mahoniowej barwy, a ciotka Jo lamentowała nad moją zniszczoną kurtką? – zaśmiał się Tom, który w jednej minucie znów stał się małym chłopcem.

– I jak podpaliłeś dom?

– A ty pobiegłaś po swoje pudełko na drobiazgi?

– Czy zdarza ci się jeszcze mówić „do pioruna”?

– A czy ciebie ludzie nazywają jeszcze Iskrą?

– Daisy to się zdarza. Kochana, nie widziałam jej od tygodnia.

– Spotkałem dziś rano Demiego i powiedział, że Daisy prowadzi dom dla matki Bhaer.

– Zawsze to robi, gdy ciotka Jo wpada w literacki wir. Daisy jest wzorową gospodynią i nie mógłbyś zrobić nic lepszego, jak złożyć jej uszanowanie, jeśli nie możesz pójść do pracy i zaczekać z amorami, aż dorośniesz.

– Nat złamałby mi na głowie skrzypce, gdybym coś takiego zasugerował. Nie, dziękuję. Na moim sercu inne imię jest wypisane w sposób równie niezatarty jak niebieska kotwica na ramieniu. Moim mottem jest „nadzieja”, a twoim „nie poddam się”. Zobaczymy, kto dłużej wytrzyma.

– Wy głupi chłopcy uważacie, że musimy kojarzyć się w pary tak samo jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi, ale my nic takiego nie zrobimy. Jak pięknie wygląda stąd Parnas! – rzekła Nan, znów niespodziewanie zmieniając temat.

– To wspaniały dom, ale ja najbardziej kocham stare Plum. Czyż ciotka March nie zrobiłaby wielkich oczu, gdyby mogła zobaczyć, jakie zmiany tu zaszły? – odparł Tom, gdy oboje zatrzymali się w wielkiej bramie, aby popatrzeć na miły dla oka pejzaż.

Zadrżeli na dźwięk nagłego okrzyku. Tyczkowaty chłopak o rozwichrzonej żółtej czuprynie przeskoczył przez żywopłot niczym kangur, a za nim pojawiła się szczupła dziewczyna, która utknęła w krzewie głogu i siedziała tam, śmiejąc się jak wiedźma. Była z niej mała ślicznotka o ciemnych kręconych włosach, jasnych oczach i bardzo ekspresyjnej twarzy. Kapelusz miała zsunięty na plecy, a jej spódnica znacznie ucierpiała na skutek przekroczonych strumieni, drzew, na które się wdrapała, oraz ostatniego skoku, od którego przybyło kilka drobnych rozdarć.

– Nan, zdejmij mnie, proszę. Tom, trzymaj Teda. Zabrał mi książkę, a ja muszę ją mieć! – zawołała Josie ze swojej grzędy, ani trochę niezrażona pojawieniem się przyjaciół.

Tom niezwłocznie złapał złodzieja za kołnierz, podczas gdy Nan wyjęła Josie spomiędzy kolców i postawiła na ziemi bez słowa wyrzutu, bowiem sama będąc w dzieciństwie psotnicą, miała pobłażanie dla podobnych skłonności u innych.

– Co się stało, kochanie? – zapytała, upinając najdłuższe rozdarcie, podczas gdy Josie oglądała zadrapania na rękach.

– Uczyłam się roli na wierzbie, gdy Ted zakradł się i kijem wytrącił mi książkę z ręki. Wpadła do strumienia, a zanim zeszłam na dół, on zniknął. Ty łajdaku, oddawaj ją w tej chwili, albo wytargam ci uszy – zawołała Josie, jednym tchem śmiejąc się i karcąc.

Wyrwawszy się Tomowi, Ted uderzył w sentymentalny ton i czule zerkając na mokrą, obdartą młodą osobę, wygłosił słynną mowę Claude’a Melnotte’a3 w niefrasobliwy sposób, co było nieodparcie zabawne. Zakończył zaś słowami: „Podobaż ci się ten obrazek, miła?”, po czym zrobił z siebie pośmiewisko, zaplatając swoje długie nogi i ohydnie wykrzywiając twarz.

Odgłos braw z werandy położył kres tym błazeństwom i młodzież ruszyła razem aleją podobnie jak za dawnych lat, gdy Tom powoził czwórką, a Nan była najlepszym koniem w zaprzęgu. Zaróżowieni, zdyszani i radośni, młodzi ludzie pozdrowili damy i usiedli na schodach, aby odpocząć. Ciotka Meg zabrała się do zszywania łachmanów córki, a pani Jo wygładziła lwią grzywę syna i ocaliła książkę. Zaraz też przyszła Daisy przywitać się z przyjaciółką i wszyscy zaczęli rozmawiać.

– Babeczki na podwieczorek. Lepiej zostać i zjeść, Daisy robi je bezbłędnie – powiedział zapraszająco Ted.

– On jest ekspertem, ostatnio zjadł aż dziewięć. Dlatego jest taki gruby – dodała Josie, posyłając miażdżące spojrzenie kuzynowi, który był chudy jak szczapa.

– Muszę pójść i obejrzeć Lucy Dove. Ma zanokcicę i czas ją nakłuć. Zjem podwieczorek w college’u – odpowiedziała Nan, wkładając rękę do kieszeni, aby się upewnić, że nie zapomniała futerału z narzędziami.

– Dzięki, ja też tam idę. Tom Merryweather ma jaglicę i obiecałem opatrzyć mu powieki. On zaoszczędzi na lekarzu, a dla mnie będzie to dobre ćwiczenie. Mam niezręczne kciuki – powiedział Tom, zobowiązany być blisko swojej idolki, gdy tylko mógł.

– Ciii! Daisy nie lubi, jak rozmawiacie o pracy, łapiduchy. Wolimy babeczki.

I Ted wyszczerzył zęby w słodkim uśmiechu, mając na uwadze przyszłe korzyści w dziedzinie jedzenia.

– Są jakieś wieści o Komandorze? – zapytał Tom.

– Jest w drodze do domu, a Dan ma nadzieję wrócić wkrótce. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę moich chłopców razem i błagałam obieżyświatów, aby wrócili na Święto Dziękczynienia, o ile nie wcześniej – odparła pani Jo, ciesząc się na tę myśl.

– Przyjadą wszyscy, jeśli tylko dadzą radę. Nawet Jack zaryzykuje utratę dolara dla jednego z naszych dawnych wesołych obiadów – zaśmiał się Tom.

– Indyk już się tuczy. Przestałem za nim ganiać, za to dobrze karmię i pęcznieje w oczach, niech będą błogosławione jego udka – powiedział Ted, wskazując na skazanego na zagładę ptaka dumnie paradującego po pobliskim polu.

– Jeśli Nat wyjedzie pod koniec miesiąca, urządzimy dla niego pożegnalne harce. Przypuszczam, że drogi stary Świergotek wróci do domu jako drugi Ole Bull4 – rzekła Nan do przyjaciółki.

Ellen Wetherald Ahrens

Policzki Daisy nabrały żywego koloru, a fałdy muślinu na jej piersi zaczęły falować pod wpływem przyśpieszonego oddechu, ale odparła spokojnie:

– Wujek Laurie mówi, że on ma prawdziwy talent, a po kształceniu, jakie odbierze za granicą, da mu się tutaj całkiem dobrze żyć, choć może nigdy nie doczeka sławy.

– Młodzi ludzie rzadko wyrastają zgodnie z przewidywaniami, więc nie ma sensu niczego oczekiwać – powiedziała z westchnieniem pani Meg. – Jeśli nasze dzieci wyrosną na dobrych i pożytecznych mężczyzn i kobiety, będziemy zadowolone, choć to zupełnie naturalne życzyć im wybitnych zdolności i sukcesów.

– Są jak moje kury: bardzo wątpliwe. Na przykład ten piękny kogut jest najgłupszy z całego stada, a brzydki, długonogi samiec to król podwórka, spryciarz jakich mało. Pieje tak głośno, że zdołałby obudzić Siedmiu Śpiących z Efezu, zaś ten piękny chrypi i straszny z niego tchórz. Teraz się mnie lekceważy, ale zaczekajcie, aż dorosnę, a zobaczycie. – I Ted przybrał wygląd tak podobny do swojego długonogiego pupila, że wszyscy roześmiali się z jego skromnej przepowiedni.

– Chciałabym, żeby Dan się ustatkował. Kto nigdzie nie zapuszcza korzeni, niczego się nie dorobi, jak powiadają, a on w wieku dwudziestu pięciu lat wciąż tuła się po świecie, nie mając żadnych więzów oprócz tego jednego. – Tu pani Meg skinęła głową w stronę siostry.

– Dan w końcu znajdzie swoje miejsce, a doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. Wciąż jest nieokrzesany, ale za każdym razem, gdy wraca do domu, dostrzegam zmianę na lepsze i nie tracę wiary w niego. Może nigdy nie dokona niczego wybitnego ani nie zbije majątku, ale jeśli nieokiełznany chłopak wyrośnie na uczciwego człowieka, będę zadowolona – rzekła pani Jo, która zawsze broniła czarnej owcy ze swego stada.

– Słusznie, matko, wstawiaj się za Danem! Jest wart tuzin Jacków i Nedów przechwalających się pieniędzmi i pozujących na wielkich panów. Zobaczysz, czy jeszcze nie zrobi czegoś, z czego będzie mógł być dumny i nie sprawi, że innym zrzędną miny – dodał Ted, którego miłość do jego „Danny’ego” spotęgował teraz chłopięcy podziw dla śmiałego, żądnego przygód mężczyzny.

– Mam nadzieję, że tak będzie. To jest właśnie gość zdolny robić nieprzemyślane rzeczy i dojść do sławy – zdobywając Matterhorn, skacząc na główkę do Niagary albo znajdując dużą bryłkę złota. To jego sposób na burzliwą młodość i może jest on lepszy od naszego – powiedział w zamyśleniu Tom, który od czasu zostania studentem medycyny zdobył duże doświadczenie w tego rodzaju „meteorologii”.

– Dużo lepszy! – powiedziała z emfazą pani Jo. – Wolę wysyłać moich chłopców, żeby w ten sposób zobaczyli świat, niż wzorem wielu zostawiać ich samych w mieście pełnym pokus, gdzie nie ma nic do roboty oprócz tracenia czasu, pieniędzy i zdrowia. Dan musi działać po swojemu i to go uczy odwagi, cierpliwości i samodzielności. Nie martwię się o niego tyle, co o studentów George’a i Dolly’ego, którzy nie są w stanie zatroszczyć się o siebie bardziej niż dwójka niemowląt.

– A co z Johnem? Krąży po mieście jako dziennikarz i donosi o różnych rzeczach, od kazań po walki bokserskie – zapytał Tom, który uważał, że tego rodzaju życie odpowiadałoby mu dużo bardziej niż wykłady z medycyny i szpitalne oddziały.

– Demi ma trzy zabezpieczenia: dobre zasady, wyrafinowany gust i mądrą matkę. Nic złego mu się nie stanie, a doświadczenie, jakie zdobędzie, przyda mu się, kiedy zacznie pisać, co z pewnością kiedyś nastąpi – zaczęła profetycznym tonem pani Jo, zależało jej bowiem na tym, aby z niektórych z jej kaczątek wyrosły łabędzie.

– Wspomnij o pismaku, a usłyszysz szelest jego gazety – zawołał Tom, gdy aleją zbliżył się młodzieniec o świeżej cerze i brązowych oczach, powiewając nad głową dziennikiem.

– Oto twój „Evening Tattler”5! Najnowszy numer! Straszne morderstwo! Kasjer bankowy zbiegł! Wybuch w fabryce prochu i wielki strajk uczniów gimnazjum klasycznego! – ryczał Ted, wychodząc na spotkanie kuzynowi pełnym gracji krokiem młodej żyrafy.

– Komandor przybił do brzegu, odetnie linę i popędzi z wiatrem, gdy tylko zdoła się wywinąć – zawołał Demi, który, grzęznąc w chaosie terminów żeglarskich, z uśmiechem przynosił dobrą nowinę.

Wszyscy rozmawiali ze sobą przez chwilę, a gazeta krążyła z rąk do rąk tak, aby wzrok każdego mógł na chwilę spocząć na miłym fakcie, że przybyła z Hamburga „Brenda” bezpiecznie dopłynęła do portu.

– Do jutra przyjdzie tu chwiejnym krokiem ze swoją nieodłączną kolekcją potworów morskich i wesołych opowiastek. Widziałem go: jest radosny, usmolony i opalony jak owoc kawowca. Miał dobry rejs i ma nadzieję zostać drugim oficerem pokładowym, jako że ten gość został unieruchomiony z powodu złamanej nogi – dodał Demi.

– Szkoda, że nie mogłam jej nastawić – powiedziała do siebie Nan, wykonując fachowy skręt ręką.

– Jak tam Franz? – zapytała pani Jo.

– Będzie się żenił! Oto wieści dla ciebie. Pierwszy ze stadka, ciociu, więc żegnaj się z nim. Wybranka nazywa się Ludmilla Heldegard Blumenthal: z dobrego domu, zamożna, ładna i kobieta-anioł, rzecz jasna. Drogi chłopak chce mieć zgodę wuja, a potem ustatkuje się i zostanie zadowolonym i uczciwym mieszczaninem. Niech żyje długo i szczęśliwie!

– Miło mi to słyszeć. Tak bardzo lubię, kiedy moi chłopcy osiądą w miłym domku z dobrą żoną u boku. A więc jeśli wszystko jest w porządku, będę się czuła tak, jakbym miała Franza z głowy – rzekła pani Jo, z zadowoleniem składając dłonie, często bowiem czuła się jak strapiona kura mająca na barkach dużą gromadę różnego rodzaju kurcząt i kaczek.

– Ja też – westchnął Tom, rzucając Nan filuterne spojrzenie. – Właśnie tego potrzeba mężczyźnie, aby pozostał stały, a obowiązkiem miłych dziewcząt jest wychodzić za mąż tak wcześnie, jak się da, prawda, Demi?

– Jeśli tylko istnieje wystarczająco dużo miłych chłopców, za których można wyjść. Wiesz, że liczba kobiet przewyższa liczbę mężczyzn, zwłaszcza w Nowej Anglii, co może tłumaczyć wysoko rozwiniętą kulturę, w której żyjemy – odpowiedział John, który opierał się krzesło matki, szeptem opowiadając jej wypadki dnia.

– To zbawienne zabezpieczenie, moi drodzy, ponieważ trzeba trzech lub czterech kobiet, aby jednego mężczyznę wydać na ten świat, przeprowadzić przez niego i pomóc mu z niego zejść. Kosztowne z was stworzenia, chłopcy, i dobrze, że matki, siostry, żony i córki kochają swój obowiązek i tak dobrze go spełniają, inaczej zniknęlibyście z tego świata – powiedziała z powagą pani Jo, podnosząc koszyk z podniszczonymi wyrobami pończoszniczymi, ponieważ zacny profesor nadal obchodził się surowo ze swoimi skarpetami, a jego synowie wdali się w niego pod tym względem.

– W takim razie „nadliczbowe kobiety” mają ręce pełne roboty, jeśli chodzi o zajmowanie się tymi bezradnymi mężczyznami i ich rodzinami. Z każdym dniem widzę to coraz wyraźniej, więc cieszę się i jestem wdzięczna, że mój zawód uczyni ze mnie użyteczną, szczęśliwą i niezależną starą pannę.

Nacisk, z jakim Nan wypowiedziała dwa ostatnie słowa, wywołał jęk Toma i śmiech całej reszty.

– Jesteś dla mnie źródłem wielkiej dumy i ciągłej satysfakcji, Nan, i mam nadzieję, że odniesiesz wielki sukces, bo takich właśnie przydatnych kobiet potrzeba nam na świecie. Czasami mam poczucie, że minęłam się z powołaniem i sama powinnam była pozostać panną, ale mój obowiązek zdawał się wskazywać mi ten kierunek i nie żałuję wyboru – powiedziała pani Jo, przyciskając do piersi dużą i mocno przetartą niebieską skarpetę.

– Ani ja. Co ja bym zrobił bez mojej najdroższej mamy? – dodał Ted z synowskim uściskiem, który sprawił, że oboje zniknęli za gazetą, którą łaskawie zajmował się przez ostatnie minuty.

– Ukochany chłopcze, gdybyś przynajmniej na wpół sporadyczne mył ręce, twoje czułości byłyby mniej katastrofalne w skutkach dla mojego kołnierzyka. Mniejsza z tym, mój drogi rozczochrańcze, lepsze plamy z trawy i błoto niż brak przytulania.

Pani Jo wyłoniła się z krótkiego zaćmienia, robiąc wrażenie bardzo pokrzepionej, chociaż jej włosy wplątały się w guziki Teda, a kołnierzyk zawędrował aż pod ucho.

W tym miejscu Josie, która uczyła się roli na drugim końcu werandy, nagle wystrzeliła ze stłumionym piskiem i wygłosiła przemowę Julii w grobowcu tak przekonywająco, że chłopcy zaczęli bić brawo, Daisy zadrżała, a Nan wymamrotała:

– Za dużo podniecenia umysłowego jak na osobę w jej wieku.

– Obawiam się, że będziesz się musiała z tym pogodzić, Meg. To dziecko jest urodzoną aktorką. My nigdy nie zrobiłyśmy nic równie dobrze, nawet Klątwy wiedźmy – powiedziała pani Jo, rzucając bukiet różnokolorowych skarpet pod stopy rozpalonej i zdyszanej siostrzenicy, gdy ta wdzięcznie opadła na wycieraczkę.

– To kara dla mnie za moje dziecięce zamiłowanie do teatru. Teraz wiem, jak czuła się droga mamisia, kiedy prosiłam ją, żeby zostać aktorką. Nigdy nie będę potrafiła się zgodzić, a jednak może znów będę zmuszona porzucić moje życzenia, nadzieje i plany.

W głosie matki brzmiała nutka wyrzutu, która kazała Demiemu unieść siostrę z lekkim potrząśnięciem i stanowczym nakazem „porzucenia tych wygłupów na oczach wszystkich”.

– Zostaw mnie, Minion, albo uraczę cię Szaloną panną młodą6 z moim najlepszym ha-ha! – zawołała Josie, patrząc na niego wzrokiem obrażonego kociaka.

Postawiona na ziemi, złożyła wspaniały ukłon i dramatycznie obwieszczając, że „powóz pani Woffington7 czeka”, spłynęła po schodach i zniknęła za rogiem, majestatycznie wlokąc za sobą szkarłatny szal Daisy.

– Czyż ona nie jest zabawna? Nie mógłbym mieszkać w tym nudnym miejscu, gdyby nie ożywiało go dla mnie to dziecko. Jeśli kiedykolwiek stanie się zbyt sztywna, wyjeżdżam, więc uważaj, jak będziesz ją dławić w zarodku – powiedział Teddy, patrząc z ukosa na Demiego, który siedząc na schodach, zajął się teraz pisaniem stenograficznych notatek.

– Wy dwoje należycie do jednego zaprzęgu i potrzeba silnej ręki, aby wami powozić, ale mnie się to nawet podoba. Josie powinna być moim dzieckiem, a Rob twoim, Meg. Wtedy twój dom byłby oazą spokoju, a mój jednym wielkim domem wariatów. A teraz muszę iść przekazać Lauriemu nowiny. Chodź ze mną, Meg, mały spacer dobrze nam zrobi.

Po tych słowach pani Jo włożyła sobie na głowę słomiany kapelusz Teda i odeszła wraz z siostrą, zostawiając Daisy, aby doglądała babeczek, Teda, aby udobruchał Josie, a Toma i Nan, aby zgotowali swoim pacjentom koszmarny kwadrans.

Rozdział II –

Nazwa była właściwa i wyglądało na to, że muzy tego dnia przebywają w domu, ponieważ wchodzące na wzgórze nowo przybyłe powitały stosowne widoki i dźwięki. Przechodząc obok otwartego okna, zajrzały one biblioteki, którą kierowały Klio, Kaliope i Urania. Melpomena z Talią zabawiały się w holu, gdzie kilkoro młodych ludzi tańczyło i przeprowadzało próby do spektaklu. Erato spacerowała z ukochanym po ogrodzie, a w sali muzycznej sam Febus ćwiczył melodyjny chór.

Dojrzałym Apollem był nasz stary znajomy Laurie, pozostał jednak tak samo urodziwy i sympatyczny jak dawniej, ponieważ czas sprawił, że kapryśny chłopak wyrósł na szlachetnego mężczyznę. Zarówno cierpienie oraz troska, jak i spokój oraz szczęście dobrze mu się przysłużyły, a obowiązek spełnienia życzeń dziadka został jak najsumienniej wykonany. Niektórym ludziom odpowiada powodzenie i najlepiej kwitną w blasku słońca. Inni z kolei potrzebują cienia, a dotyk mrozu tylko dodaje im słodyczy. Laurie należał do tej pierwszej kategorii, a Amy do drugiej, od chwili ślubu życie było więc dla nich poezją – nie tylko harmonijne i szczęśliwe, ale poważne, użyteczne i obfitujące w piękną uczynność, która może zdziałać tak wiele, gdy mądrość i majątek idą ramię w ramię z miłością bliźniego. Ich dom pełen był dyskretnego piękna i komfortu i to tutaj miłujący sztukę gospodarze podejmowali różnego rodzaju gości. Laurie miał teraz pod dostatkiem muzyki i był wspaniałomyślnym opiekunem klasy, której najbardziej lubił pomagać. Amy miała swoich protegowanych wśród ambitnych młodych malarzy i rzeźbiarzy, a własna twórczość stała się jej podwójnie droga, odkąd jej córka podrosła na tyle, aby dzielić z matką trudy i rozkosze tworzenia. Amy była bowiem jedną z tych, które udowadniają, że kobiety mogą być wiernymi żonami i matkami, nie poświęcając owego wyjątkowego daru, jaki został im udzielony dla własnego rozwoju i dobra innych ludzi.

Siostry wiedziały, w jakim miejscu jej szukać i Jo od razu poszła do atelier, gdzie pracowały matka z córką. Bess zajęta była popiersiem małego dziecka, podczas gdy matka wykańczała piękną rzeźbę głowy swojego męża. Czas zdawał się stanąć dla Amy w miejscu, ponieważ szczęście pozwoliło jej zachować młodość, a powodzenie dało jej obycie, którego potrzebowała. Była dostojną kobietą pokazującą, jak wytworna może być prostota dzięki gustowi, z którym wybierała strój, i gracji, z którą go nosiła. Jak ktoś zauważył: „Nigdy nie wiem, co ma na sobie pani Laurence, ale zawsze mam wrażenie, że jest najlepiej ubraną damą w pokoju”.

Było jasne, że uwielbia córkę i nic dziwnego, ponieważ piękno, za którym tęskniła, zdawało się wcielić, przynajmniej w jej kochających oczach, w jej młodszą ja. Bess odziedziczyła po matce figurę Diany, niebieskie oczy, jasną skórę i złote loki upięte w ten sam klasyczny węzeł. A także (ach! Niewyczerpane źródło radości dla Amy) miała ładny nos i usta ojca odlane z kobiecej matrycy. Zgrzebność długiego lnianego fartucha pasowała do dziewczyny, która pracowała z całym zaabsorbowaniem prawdziwej artystki nieświadoma spoczywającego na niej kochającego spojrzenia, dopóki ciotka Jo nie wykrzyknęła z zapałem:

– Drogie dziewczęta, zostawcie te swoje paszteciki z gliny i wysłuchajcie nowin!

Obie artystki odłożyły narzędzia i serdecznie przywitały się z niepohamowaną kobietą, chociaż żar natchnienia płonął jasnym płomieniem i jej nadejście zepsuło cenny czas. Pogaduszki trwały w najlepsze, gdy przyszedł wezwany przez Meg Laurie i usiadłszy pomiędzy siostrami bez żadnej barykady, z ciekawością słuchał nowin na temat Franza i Emila.

– Wybuchła epidemia, która teraz dotknie i spustoszy twoje stadko. Przygotuj się na wszelkie przejawy romantyczności i nierozwagi przez najbliższe dziesięć lat, Jo. Twoi chłopcy dorastają i będą się rzucać na oślep w morze gorszych tarapatów niż te, w jakich kiedykolwiek byłaś – powiedział Laurie, któremu podobał się wyraz twarzy przyjaciółki wyrażający mieszaninę zachwytu i rozpaczy.

– Wiem i mam nadzieję, że pomogę im przez to bezpiecznie przejść, ale to straszna odpowiedzialność. Będą do mnie przychodzić i domagać się, abym sprawiła, żeby ich przygody miłosne toczyły się gładko. A jednak podoba mi się to, a Meg tak uwielbia sentymentalne bzdury, że jest wręcz zachwycona perspektywą – odparła Jo, całkiem spokojna o własnych synów, którzy na razie byli bezpieczni z powodu młodego wieku.

– Obawiam się, że nie będzie zachwycona, kiedy nasz Nat zacznie się kręcić zbyt blisko jej Daisy. Wiesz, rzecz jasna, co to wszystko oznacza? Jako kierownik muzyczny jestem również jego powiernikiem i chciałbym wiedzieć, co mu doradzić – powiedział trzeźwo Laurie.

– Ciii! Zapominasz o dziecku – zaczęła Jo, wskazując ruchem głowy na Bess, która wróciła do pracy.

– Niech cię Bóg błogosławi! Ona jest teraz w Atenach i nie słyszy ani słowa. Powinna jednak przerwać i wyjść na zewnątrz. Kochanie, połóż dziecko spać i idź się przebiec. Ciocia Meg jest w salonie. Zajmij ją pokazywaniem nowych obrazów, dopóki nie przyjdziemy – dodał Laurie, patrząc na swoją wysoką córkę, tak jak Pigmalion mógł patrzeć na Galateę, uważał ją bowiem za najpiękniejszą statuę, jaka była w domu.

– Dobrze, papo, ale powiedz mi, proszę, czy to jest dobre. – Bess posłusznie odłożyła narzędzia, posyłając popiersiu przeciągłe spojrzenie.

– Umiłowana córko, prawda każe mi wyznać, że jeden policzek jest pulchniejszy niż drugi, a loki nad dziecięcym czołem nieco zanadto przypominają rogi. Poza tym przedstawienie może konkurować ze śpiewającymi cherubinami Rafaela i jestem z niego dumny.

Laurie śmiał się, mówiąc, bowiem te pierwsze próby tak bardzo przypominały wczesne prace Amy, że niemożliwym było patrzeć na nie równie poważnie jak entuzjastyczna mama.

– Nie potrafisz dostrzec piękna w niczym prócz muzyki – odparła Bess, potrząsając złotą głową, która stanowiła jedyny jasny punkt w chłodnym północnym świetle wielkiej pracowni.

– Cóż, dostrzegam piękno w tobie, kochanie. A jeśli ty nie jesteś sztuką, to co nią jest? Chciałbym tchnąć w ciebie nieco więcej natury, odciągnąć cię od tej zimnej gliny i marmuru na słońce, gdzie mogłabyś tańczyć i śmiać się jak inni. Chcę dziewczyny z krwi i kości, nie słodkiego posągu w szarym fartuchu, który zapomina o wszystkim oprócz swojej pracy.

Kiedy mówił, dwie zakurzone ręce otoczyły mu szyję i Bess powiedziała żarliwie, oddzielając słowa znakami przestankowymi w postaci delikatnych pocałunków:

– Nigdy o tobie nie zapominam, papo, ale tak bardzo chciałabym robić coś pięknego, abyś z czasem mógł być ze mnie dumny. Mama często mówi mi, żebym przestała, ale kiedy tu wchodzimy, zapominamy o całym świecie, tak bardzo jesteśmy zajęte i szczęśliwe. Teraz pójdę biegać i śpiewać, aby sprawić ci przyjemność.

Mówiąc to, Bess zrzuciła fartuch i zniknęła z pokoju, zdając się zabrać ze sobą całe światło.

– Cieszę się, że to powiedziałeś. Drogie dziecko jest zbyt pochłonięte swoimi artystycznymi marzeniami jak na tak młodą osobę. To moja wina, ale tak głęboko się z tym wszystkim solidaryzuję, że zapominam o rozsądku – westchnęła Amy, starannie okrywając popiersie mokrym ręcznikiem.

– Myślę, że możność życia w naszych dzieciach jest jedną z najrozkoszniejszych rzeczy na świecie, ale staram się nie zapominać o tym, co powiedziała kiedyś Meg mamisia: ojcowie powinni mieć swój udział w wychowaniu zarówno dziewcząt, jak i chłopców. Gdy tylko mogę, pozostawiam więc Teda jego ojcu, a Fritz użycza mi Roba, którego spokojny sposób bycia jest dla mnie tak kojący i korzystny jak burze Teda dla jego ojca. Radzę ci, Amy, abyś pozwoliła Bess zostawić na jakiś czas paszteciki z gliny i zająć się muzyką wraz z Lauriem. Wtedy ona nie będzie jednostronna, a on zazdrosny.

– Racja! Daniel – istny Daniel!8 – wykrzyknął uradowany Laurie. – Pomyślałem, że pomożesz mi, Jo, i szepniesz za mną słówko. Jestem trochę zazdrosny o Amy i chcę mieć większy wpływ na moją córkę. Moja damo, pozwól mi ją mieć tego lata, a w przyszłym roku, gdy pojedziemy do Rzymu, oddam ją tobie i sztuce wysokiej. Czy to nie sprawiedliwy układ?

– Zgoda, ale kiedy będziesz próbował ją zarazić swoją pasją, jaką jest natura, dorzucając do tego muzykę, nie zapominaj, że Bess, choć zaledwie piętnastoletnia, jest dojrzalsza niż większość dziewcząt w jej wieku i nie można jej traktować jak dziecko. Jest dla mnie tak drogocenna, że czuję, iż chciałabym zachować ją na zawsze czystą i piękną jak marmur, który tak bardzo kocha.

Amy mówiła, z żalem rozglądając się po ślicznym pokoju, w którym spędziła tyle szczęśliwych godzin ze swoim drogim dzieckiem.

– „Zabawa na zmianę to gra fair”, jak mawialiśmy, kiedy wszyscy chcieliśmy jeździć na naszej Ellen albo nosić rudobrunatne buty – rzekła dziarsko Jo – więc musicie podzielić się córką i przekonacie się, kto na nią lepiej wpłynie.

– Tak zrobimy – odparli kochający rodzice, śmiejąc się do wspomnień, które przywołało powiedzonko Jo.

– Jakżeż ja uwielbiałam bujać się na gałęziach tej starej jabłoni! Żaden prawdziwy koń nie dał mi nigdy nawet w połowie tak wiele przyjemności ani gimnastyki – rzekła Amy, wyglądając przez wysokie okno, jakby znów widziała drogi stary sad i bawiące się w nim małe dziewczynki.

– A ile ja miałam uciechy z tych błogosławionych butów! – zaśmiała się Jo. – Zachowałam ich szczątki. Chłopcy zdarli je na strzępy, ale wciąż je uwielbiam i chętnie przeszłabym się w nich jak po scenie, gdyby to było możliwe.

– Moje najmilsze wspomnienia łączą się ze szkandelą i kiełbasą. Ale mieliśmy ubaw! I jak dawno się to zdaje! – powiedział Laurie, wpatrując się w obie kobiety, jakby trudno mu było uwierzyć, że ma przed sobą dawne małą Amy i buntowniczą Jo.

– Nie sugeruj, że się starzejemy, mój panie. My tylko rozkwitłyśmy i wraz z naszymi pączkami tworzymy bardzo ładny bukiet – odparła pani Amy, wygładzając fałdy różowego muślinu z wyrazem pełnej gracji satysfakcji, jaką będąc dziewczynką, okazywała z powodu nowej sukienki.

– Żeby nie wspomnieć o naszych cierniach i zwiędłych liściach – dodała z westchnieniem Jo, bowiem życie nigdy nie było dla niej zbyt łatwe i nawet teraz miała swoje zmartwienia zarówno w domu, jak i poza nim.

– Chodź i zjedz podwieczorek, kochana staruszko. Przy okazji zobaczymy, co robią młodzi. Jesteś zmęczona i potrzebujesz „posilić się plackami z rodzynek i wzmocnić jabłkami”9 – rzekł Laurie, podając ramię każdej z sióstr i prowadząc je na popołudniową herbatkę, która na Parnasie lała się tak obficie jak przed wiekami nektar.

Zastali Meg w salonie letnim, przestronnym i zachwycającym pokoju, który wypełniało teraz popołudniowe słońce i szelest drzew, jako że trzy wysokie okna wychodziły na ogród. Po jednej jego stronie znajdowała się wielka sala muzyczna, po drugiej zaś, w głębokiej wnęce oddzielonej fioletowymi zasłonami, urządzono małe domowe sanktuarium. Wisiały tam trzy portrety, w kątach stały dwa marmurowe popiersia, a kanapa i owalny stół z wazonem kwiatów stanowiły jedyne meble. Popiersia, będące dziełem Amy, przedstawiały Johna Brooke’a i Beth. Oba były uderzająco podobne do pierwowzorów i emanowały spokojnym pięknem, które zawsze przywodzi na myśl powiedzenie, że „glina symbolizuje życie, gips śmierć, a marmur nieśmiertelność”. Po prawej, jak przystało na fundatora domu, wisiał portret pana Laurence’a wyrażający dumę i dobrotliwość, równie świeży i atrakcyjny jak wtedy, gdy model przyłapał Jo na podziwianiu go. Naprzeciwko wisiała ciotka March (spadek dla Amy) w okazałym turbanie, sukni z potężnymi rękawami i długich mitenkach z godnością skrzyżowanych na satynowej sukni w kolorze śliwkowym. Czas złagodził surowość jej oblicza, a głęboko zakorzeniony szacunek dla przystojnego starszego dżentelmena naprzeciwko zdawał się odpowiadać za uprzejmy sztuczny uśmiech na wargach, z których od lat nie padło żadne ostre słowo.

Na honorowym miejscu, oświetlona ciepłym światłem słonecznym i zawsze otoczona zieloną girlandą znajdowała się ukochana twarz mamisi namalowana z wdzięczną wprawą przez wielką artystkę, z którą modelka zaprzyjaźniła się, gdy ta była biedna i nieznana. Podobizna była tak cudownie realistyczna, że zdawała się uśmiechać do córek, mówiąc radośnie: „Bądźcie szczęśliwe. Wciąż jestem z wami”.

Trzy siostry stały przez chwilę, patrząc na ukochany obraz wzrokiem pełnym czułej czci i tęsknoty, która nigdy ich nie opuściła, ponieważ ta szlachetna matka znaczyła dla nich tak wiele, że nikt nie mógł jej zastąpić. Zaledwie dwa lata wcześniej odeszła, aby żyć i kochać na nowo, pozostawiając po sobie błogie wspomnienie będące zarówno inspiracją, jak i pociechą dla całej rodziny. Wszyscy poczuli to, gdy przysunęli się do siebie bliżej, a Laurie ubrał uczucie w słowa, mówiąc żarliwie:

– Nie mogę prosić dla mojego dziecka o nic lepszego, niż aby wyrosła na taką kobietę jak nasza matka. Daj Boże, żeby tak było, jeśli zdołam, bo tej drogiej świętej zawdzięczam najlepsze, co mam.

Właśnie wtedy w sali muzycznej jakiś czysty głos zaczął śpiewać Ave Maria i Bess nieświadomie powtórzyła modlitwę ojca za siebie, posłusznie spełniając jego życzenia. Łagodne brzmienie melodii, którą zwykła była śpiewać mamisia, sprowadziło słuchaczy z powrotem na ziemię z chwilowej wyprawy do świata kochanych i utraconych. Siostry usiadły razem w pobliżu okien, rozkoszując się muzyką, zaś Laurie przyniósł im herbatę, umilając drobną przysługę czułą troską, jaką w nią włożył.

Weszli Nat z Demim, a zaraz za nimi Ted i Josie, profesor i wierny Rob, wszyscy spragnieni dowiedzieć się więcej o „chłopcach”. Pobrzękiwanie filiżanek i trajkotanie przybrało na sile, a zachodzące słońce ujrzało wesołe towarzystwo odpoczywające w jasnym pokoju po różnorakich trudach dnia.

Profesor Bhaer był już siwy, ale jak zawsze krzepki i wesoły, miał bowiem pracę, którą kochał i wykonywał z takim zapałem, że cały college odczuwał jego wspaniały wpływ. Rob był do niego tak podobny, jak tylko syn być może. Uwielbiał naukę i we wszystkim naśladował zasłużonego ojca, skutkiem czego już teraz nazywano go „młodym profesorem”.

– Cóż, najmilsza, znów będziemy mieć naszych chłopców – obydwóch – i możemy się weselić – powiedział pan Bhaer, siadając obok Jo z rozpromienioną twarzą i winszując jej uściskiem ręki.

– Och, Fritz, tak się cieszę z powodu Emila, a także z powodu Franza, jeśli aprobujesz jego decyzję. Poznałeś Ludmillę? Czy to mądry wybór? – zapytała Jo, podając mężowi swoją filiżankę i przysuwając się bliżej, tak jakby witała swoje schronienie w chwilach zarówno radości, jak i smutku.

– Wszystko układa się dobrze. Widziałem Mädchen, kiedy odwoziłem Franza. Była wtedy jeszcze dzieckiem, ale niezwykle rozkosznym i uroczym. Blumenthal jest zadowolony, jak sądzę, a chłopak będzie szczęśliwy. Jest zbyt bardzo Niemcem, aby być szczęśliwym z dala od Vaterland, więc będzie dla nas łącznikiem między nowym a starym, co bardzo mnie cieszy.

– A Emil podczas następnego rejsu ma być drugim oficerem pokładowym. Czyż to nie wspaniałe? Jestem taka szczęśliwa, że obu twoim chłopcom dobrze się wiedzie. Tak dużo poświęciłeś dla nich i ich matki. Traktujesz to jak błahostkę, kochanie, ale ja nigdy o tym nie zapominam – rzekła Jo, trzymając dłoń w dłoni męża z takim uczuciem, jakby znów była młodą dziewczyną, a jej Fritz przyszedł w zaloty.

Mężczyzna roześmiał się swoim serdecznym śmiechem i wyszeptał zza wachlarza żony:

– Gdybym nie przyjechał do Ameryki dla tych biedaków, nigdy nie znalazłbym swojej Jo. Trudne czasy są teraz słodkie i błogosławię Gott za wszystko, co zdałem się stracić, bo dzięki temu zyskałem szczęście mojego życia.

– Umizgi! Umizgi! Oto po kryjomu odbywa się okropny flirt – zawołał Teddy, właśnie w tym interesującym momencie zerkając za wachlarz ku zmieszaniu matki i rozbawieniu ojca, profesor bowiem nigdy nie wstydził się tego, że wciąż uważa swoją żonę za najdroższą kobietę na świecie.

Rob szybko przepędził brata spod jednego okna, a ten przeskoczył pod następne, zaś pani Jo zamknęła wachlarz i trzymała go w pogotowiu, aby przyłożyć nieposłusznemu synowi po kłykciach, jeśli jeszcze raz się do niej zbliży.

Nat podszedł na skinienie łyżeczki pana Bhaera i stanął przed nimi z twarzą wyrażającą pełne szacunku przywiązanie do wspaniałego człowieka, któremu tyle zawdzięczał.

– Mam dla ciebie listy, synu. W Lipsku mieszkają moi dwaj starzy przyjaciele, którzy pomogą ci w twoim nowym życiu. Dobrze mieć ich blisko, bo na początku będzie doskwierał ci Heimweh i będziesz potrzebował pocieszenia, Nat – rzekł profesor, podając mu kilka listów.

– Dziękuję, sir. Tak, spodziewam się, że początkowo będę się czuł dość samotny, ale potem muzyka i nadzieja na zrobienie postępów rozweselą mnie – odparł Nat, który zarówno pragnął, jak i bał się zostawić za sobą wszystkich przyjaciół i poznać nowych.

Był już mężczyzną, ale jego niebieskie oczy pozostały szczere jak zawsze, usta nadal nieco mało stanowcze pomimo starannie pielęgnowanych wąsów, zaś szerokie czoło wyraźniej niż kiedykolwiek zdradzało naturę melomana. Pani Jo uważała skromnego, uczuciowego i posłusznego Nata za sukces, choć może nie wybitny. Kochała go i ufała mu, była pewna, że da z siebie wszystko, ale nie spodziewała się, że osiągnie wielkość w jakiejkolwiek dziedzinie, chyba że bodziec w postaci kształcenia za granicą i samodzielności zrobi z niego lepszego artystę i silniejszego człowieka niż ten, na jakiego się zapowiadał.

– Podpisałam wszystkie twoje rzeczy, a raczej zrobiła to Daisy, i gdy tylko zgromadzimy książki, możemy się brać do pakowania – powiedziała pani Jo, tak nawykła do wyprawiania chłopców we wszystkie strony świata, że niestraszna byłaby jej wyprawa na biegun północny.

Nat spłonił się na dźwięk tego imienia (a może był to tylko ostatni odblask słońca na bladym policzku?) i jego serce zabiło radośnie na myśl o drogiej dziewczynie wyszywającej litery N i B na jego skromnych skarpetach i chusteczkach. Nat uwielbiał Daisy i marzeniem jego życia było znaleźć posadę muzyka oraz pojąć za żonę tego anioła. Nadzieja ta wpływała na niego lepiej niż rady profesora, troska pani Jo czy hojna pomoc pana Lauriego. Dla niej pracował, czekał i tęsknił, czerpiąc odwagę i cierpliwość z marzenia o owej szczęśliwej przyszłości, gdy Daisy stworzy dla niego dom, a on ugra majątek, który rzuci jej na kolana. Pani Jo wiedziała o tym i choć młodzieniec nie do końca był takim mężczyzną, jakiego wybrałaby dla swojej siostrzenicy, czuła, że Nat zawsze będzie potrzebował właśnie takiej mądrej i pełnej miłości troski, jaką mogłaby go otoczyć Daisy i że bez niej istnieje ryzyko, iż stanie się jednym z tych sympatycznych i bezcelowych ludzi, którzy przegrywają z braku odpowiedniego pilota zdolnego bezpiecznie przeprowadzić ich przez meandry życia. Pani Meg krzywo patrzyła na miłość biednego chłopca i nie chciała słyszeć o oddaniu ukochanej córki komukolwiek innemu jak tylko najlepszemu mężczyźnie, jakiego można znaleźć na świecie. Była bardzo uprzejma, ale nieugięta tak, jak tylko łagodne osoby potrafią, Nat szukał więc pocieszenia u pani Jo, która zawsze z zapałem popierała interesy swoich chłopców. Teraz, gdy owi chłopcy dorastali, zaczynała się nowa seria zmartwień i opiekunka przewidywała, że przygody miłosne kiełkujące wśród jej stadka będą dla niej źródłem niekończących się utrapień, jak również radości. Pani Meg była zwykle jej najlepszym sprzymierzeńcem i doradcą, wciąż kochała bowiem romanse równie mocno jak wtedy, gdy sama była dziewczęciem. Ale w tym wypadku zatwardziła serce i nie chciała słyszeć słowa prośby. „Nat nie jest dość mężczyzną i nigdy nie będzie, nikt nie zna jego rodziny, a życie muzyka jest ciężkie. Daisy jest za młoda, może za pięć czy sześć lat, gdy oboje przejdą próbę czasu. Zobaczmy, jak podziała na niego rozłąka”. I to był koniec, bo gdy macierzyński Pelikan się zapalał, potrafił być bardzo stanowczy, choć dla ukochanych dzieci wyrwałby sobie ostatnie pióro i oddał ostatnią kroplę krwi.

Pani Jo myślała o tym, patrząc na Nata, gdy ten rozmawiał z jej mężem o Lipsku, i postanowiła jasno się z nim rozmówić przed wyjazdem. Nawykła bowiem do zwierzeń i ze swoimi chłopcami rozmawiała swobodnie o ciężkich próbach i pokusach, które czyhają na każdego na progu życia, a które tak często je rujnują, jeśli we właściwej chwili zabraknie właściwego słowa.

To pierwszy obowiązek rodziców i żadna fałszywa delikatność nie powinna powstrzymać ich przed czujną troską, łagodną przestrogą, które sprawiają, że znajomość samego siebie i samokontrola stają się kompasem i pilotem młodych opuszczających bezpieczną przystań domu.

– Nadchodzi Platon z uczniami – obwieścił zuchwały Teddy, gdy do pokoju wszedł pan March w towarzystwie kilku młodych mężczyzn i kobiet.

Mądry staruszek był powszechnie uwielbiany i tak wspaniale zajmował się swoją trzódką, że wielu z jego podopiecznych przez całe życie dziękowało mu za pomoc, jakiej udzielił zarówno ich sercom, jak i duszom.

Bess z miejsca do niego podeszła, odkąd bowiem umarła mamisia, zaczęła otaczać dziadka specjalną troską. Jakże słodki był widok złotej głowy pochylonej nad srebrną, gdy wnuczka wytoczyła głęboki fotel i czekała na dziadka z czułą gotowością!

– Estetyczna herbata jest tu zawsze dostępna, sir. Życzy pan sobie puchar czy odrobinę ambrozji? – zapytał Laurie przechadzający się z cukiernicą w jednej dłoni i talerzem ciasta w drugiej, jako że słodzenie napojów i karmienie głodnych było czymś, co kochał.

– Dziękuję, nie chcę nic. To dziecko się mną zajęło. – I pan March obrócił się w stronę Bess, która siedziała na poręczy jego fotela, trzymając szklankę świeżego mleka.

– Oby żyła i mogła to robić jak najdłużej, sir, a mnie niech dane będzie widzieć to piękne zaprzeczenie piosenki, która głosi, że „młodość i wiek żyć razem nie mogą”! – odrzekł Laurie, uśmiechając się do obojga.

– Zrzędliwy wiek, papo, a to robi wielką różnicę – rzuciła szybko Bess, która kochała poezję i czytała najlepszą.

Czy widział kto, by świeże róże rozkwitały

Tam gdzie grządkę zaścieła śniegu całun biały?

– zacytował pan March, gdy na drugiej poręczy przysiadła Josie o wyglądzie bardzo kolczastej różyczki, ponieważ właśnie odniosła porażkę w burzliwej dyskusji z Tedem.

– Dziadku, czy kobiety zawsze muszą słuchać mężczyzn i mówić, że są mądrzejsi tylko dlatego, że są silniejsi? – zawołała, patrząc wściekłym wzrokiem na kuzyna skradającego się z prowokacyjnym uśmiechem na chłopięcej twarzy, która zawsze robiła bardzo komicznie wrażenie, będąc zwieńczeniem tyczkowatej sylwetki.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział III –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V – Wakacje

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII – Lew i baranek

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII –

Dostępne w wersji pełnej

1 Paul Pry – bohater farsy (1825) Johna Poole’a o tym samym tytule. Synonim wścibskiej osoby [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].
2 Traddles – Tommy Traddles, przyjaciel tytułowego bohatera powieści David Copperfield (1849-50) Charlesa Dickensa. Żeni się z „najdroższą dziewczyną w świecie”.
3 Claude Melnotte – bohater melodramatu The Lady Of Lyons (1838) Edwarda Bulver-Lyttona.
4 Ole Bull – norweski skrzypek i kompozytor epoki romantyzmu.
5 Tattler – słowo to oznacza również plotkarza.
6Szalona panna młoda (The Maniac Bride) (1885) – tytuł książki Margaret Blount
7 Margaret Woffington – osiemnastowieczna aktorka brytyjska
8 Daniel – istny Daniel! – aluzja do Kupca weneckiego Williama Szekspira.
9 parafraza cytatu z Pieśni nad Pieśniami za Biblią Tysiąclecia

Rozdział IX –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X – Demi się statkuje

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XII –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIV – Występy w Plumfield

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XV –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVI –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVII –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVIII –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIX –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XX –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXI –

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXII –

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Jo’s Boys, and how they turned out

Copyright © 2020, wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw

ISBN: 978-83-7779-646-7

Projekt okładki, wybór ilustracji oraz skład książki: Zuzanna Malinowska Studio

Opracowanie: MG, Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk