Małe kobietki - Louisa May Alcott - ebook

Małe kobietki ebook

Louisa May Alcott

4,3

Opis

Ekskluzywna edycja oprawiona w delikatną gładką tkaninę o właściwościach jedwabiu.

Siostry March, bohaterki najpopularniejszej powieści Louisy May Alcott rozkochały w sobie już wiele pokoleń czytelników. W „Małych kobietkach” czytelnik znajdzie ciepłe, lecz niepozbawione refleksji portrety czterech sióstr: utalentowanej chłopczycy i przyszłej pisarki Jo, wątłej i nieśmiałej Beth o złotym sercu, pięknej i ambitnej Meg oraz romantycznej, ale rozpieszczonej Amy. O jedność i byt rodziny dzielnie walczy ich matka Marmee, podczas gdy ojciec bierze udział w wojnie secesyjnej.

Nie jest tajemnicą, że Alcott napisała powieść, czerpiąc z własnych doświadczeń. Kiedy jej ojciec, wolnomyślicielski reformator i abolicjonista Bronson Alcott, prowadził dysputy z takimi znakomitościami jak Emerson, Thoreau i Hawthorne, Louisa utrzymywała siebie i siostry z drobnych prac, takich jak szycie, robienie prania czy praca w charakterze pomocy domowej.

Wkrótce jednak odkryła, że może więcej zarobić na pisaniu. „Małe kobietki” przyniosły jej nie tylko majątek, ale i sławę, choć daleko im do „książki dla dziewczynek”, o co prosił ją pierwszy wydawca. Powieść porusza tak ponadczasowe tematy, jak miłość i śmierć, wojna i pokój, konflikty między osobistymi ambicjami, a obowiązkami rodzinnymi czy zderzenie kultur dwóch kontynentów „starej” Europy i „nowej” Ameryki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (4 oceny)
2
1
1
0
0

Popularność




Roz­dział 1

Cztery sio­stry

– Gwiazdka bez pre­zen­tów to żadna Gwiazdka! – narze­kała Jo, leżąc na dywa­nie.

– Strasz­nie jest być bied­nym! – wes­tchnęła Meg, spo­glą­da­jąc na swoją starą sukienkę.

– Nie­które dziew­częta będą miały mnó­stwo pięk­nych rze­czy, inne nie będą miały nic… To nie­spra­wie­dliwe! – dodała Amy obra­żo­nym gło­sem.

– Ale mamy tatę, mamę i sie­bie nawza­jem – ode­zwała się łagod­nie Beth.

Na te słowa twa­rze mło­dych dziew­cząt się roz­ja­śniły.

– Nie­stety, nie ma z nami taty – powie­działa ze smut­kiem Jo. – Kto wie, kiedy go ponow­nie zoba­czymy…

Być może ni­gdy – nie ośmie­liła się dodać.

I ich twa­rze ponow­nie spo­sęp­niały, ponie­waż każda z nie­po­ko­jem myślała o panu March, który wyru­szył na front jako lekarz, setki kilo­me­trów od domu1. Po kilku minu­tach Meg prze­rwała ciszę, mówiąc zmie­nio­nym gło­sem:

– Mama nie chce, aby­śmy wyda­wały pie­nią­dze na przy­jem­no­ści, pod­czas gdy nasi żoł­nie­rze codzien­nie cier­pią na fron­cie. Zima będzie ciężka dla wszyst­kich i powin­ny­śmy zdo­być się na te wyrze­cze­nia z dobrego serca.

– Rozu­miem, że nie dosta­niemy nic od mamy, ale nie pra­gnie prze­cież, żeby­śmy wyrze­kały się wszyst­kiego! – zawo­łała Jo. – Niech każda z nas kupi sobie pre­zent! Naprawdę na to zasłu­ży­ły­śmy.

– Ja na pewno tak. Spę­dzam całe dnie na naucza­niu tych nie­zno­śnych dzie­cia­ków – zaczęła znowu uty­ski­wać Meg.

– Wola­ła­byś pozo­sta­wać w zamknię­ciu przez dłu­gie godziny z despo­tyczną starą matroną, która ni­gdy nie jest zado­wo­lona i spra­wia, że masz ochotę wysko­czyć przez okno? – ode­zwała się Jo.

– To nie­ład­nie się skar­żyć, ale naprawdę uwa­żam, że nie ma nic gor­szego niż sprzą­ta­nie i zmy­wa­nie naczyń – rze­kła Beth.

– Przy­naj­mniej nie musi­cie cho­dzić do szkoły z tymi wstręt­nymi dziew­czy­nami, które drę­czą cię, kiedy cze­goś nie umiesz i sza­lują cię, ponie­waż twój ojciec jest biedny! – wykrzyk­nęła Amy.

– Chcia­łaś chyba powie­dzieć szka­lują cię, prawda? – popra­wiła sio­strę Jo ze śmie­chem.

– Nie musisz od razu się wymą­drzać. Dokład­nie wiem, co mówię! Trzeba uży­wać inte­re­su­ją­cych słów, aby wzbo­ga­cać swoje sław­nic­two – odparła z god­no­ścią Amy.

– Prze­stań­cie już, dzieci! Jo, nie żału­jesz, że tata stra­cił wszyst­kie pie­nią­dze? – zapy­tała Meg, która pamię­tała stare dobre czasy. – Gdyby nie to, nie mia­ły­by­śmy dzi­siaj żad­nych zmar­twień…

– Ale mówi­łaś kie­dyś, że jeste­śmy szczę­śliw­sze niż kró­lowe.

– Masz rację. Pomimo trud­no­ści two­rzymy cał­kiem zgraną paczkę, jak powie­dzia­łaby Jo.

– Rze­czy­wi­ście, Jo używa takich pospo­li­tych słów! – stwier­dziła Amy, spo­glą­da­jąc z dez­apro­batą na leżącą na dywa­nie sio­strę.

Jo natych­miast usia­dła, wło­żyła ręce do kie­szeni i zaczęła gwiz­dać.

– Prze­stań, Jo! Zacho­wu­jesz się jak chło­pak!

– Wła­śnie dla­tego to robię.

– Nie­na­wi­dzę dziew­cząt, które nie potra­fią się popraw­nie zacho­wy­wać.

– A ja nie zno­szę pre­ten­sjo­nal­nych, zaro­zu­mia­łych pod­lot­ków!

– Spójrz­cie na zgodne pta­szęta w górze, tam – zanu­ciła Beth, robiąc to w tak zabawny spo­sób, że sio­stry nie mogły powstrzy­mać się od śmie­chu.

Kon­flikt został zaże­gnany.

– Obie jeste­ście winne – zaczęła wywód w stylu naj­star­szej sio­stry Meg. – Jose­phine, te maniery chłop­czycy w twoim wieku – to już nie przy­stoi. Teraz, kiedy doro­słaś i upi­nasz włosy jak młoda dama, powin­naś się rów­nież w taki spo­sób zacho­wy­wać.

– Ni­gdy! Jeśli tak to ma wyglą­dać, to będę nosiła dwa war­ko­cze aż do dwu­dziestki – zawo­łała Jo, zry­wa­jąc z wło­sów siatkę i roz­pusz­cza­jąc kasz­ta­nową grzywę. – Nie mam naj­mniej­szej ochoty doro­snąć, nosić dłu­gich sukni ani zostać „panną March”. Samo bycie dziew­czyną jest już wystar­cza­jąco trudne, gdy ktoś tak jak ja woli chło­pięce zwy­czaje i zabawy.

– Biedna Jo! – rze­kła Beth. – Będzie ci musiało wystar­czyć bycie bra­tem dla nas i skra­ca­nie imie­nia, tak aby przy­po­mi­nało chło­pięce.

– Co do cie­bie, Amy – kon­ty­nu­owała Meg – to jesteś zde­cy­do­wa­nie zbyt sztywna. Teraz twoje egzal­to­wane miny są zabawne, ale jeśli nie będziesz uwa­żać, sta­niesz się pre­ten­sjo­nalną gąską. Doce­niam twoje nie­na­ganne maniery i wyra­fi­no­wany język. Ale zbyt wyszu­kane słow­nic­two jest rów­nie śmieszne co żar­gon Jo.

– Jeśli Jo jest chłop­czycą, a Amy gąską, to kim ja jestem? – zapy­tała Beth, gotowa wysłu­chać serii wyrzu­tów na swój temat.

– Ty jesteś anio­łem. Po pro­stu – odpo­wie­działa z czu­ło­ścią Meg.

I nikt nie zaprze­czył.

Pokój, w któ­rym sio­stry robiły na dru­tach, był wygodny pomimo wybla­kłego dywanu i sta­rych mebli. Na ścia­nach wisiały ładne obrazy, w każ­dym kącie pię­trzyły się książki, a w oknach kwi­tły róże. Pano­wała spo­kojna, domowa atmos­fera.

Mar­ga­ret, naj­star­sza z sióstr, miała szes­na­ście lat. Była śliczną dziew­czyną o jasnej cerze. Miała duże oczy, jedwa­bi­ste brą­zowe włosy, ład­nie zary­so­wane usta i piękne białe dło­nie, które sta­no­wiły jej wielką dumę.

O rok od niej młod­sza Jo była bar­dzo wysoka, sma­gła i bar­dzo chuda. Miała zabawny nos, zde­cy­do­wany wyraz twa­rzy i prze­ni­kliwe szare oczy, które były raz wynio­słe, raz roz­ba­wione, to znów zamy­ślone. Istotę jej urody sta­no­wiły gęste kasz­ta­nowe włosy, które jed­nak czę­sto upy­chała w siatkę, aby czuć się swo­bod­niej i nie przy­wią­zy­wać uwagi do swo­jego wyglądu. Duże dło­nie i duże stopy nada­wały jej wygląd nieco nie­zgrab­nego dziecka, które z dużą nie­chę­cią sta­wało się młodą kobietą.

Eli­sa­beth – lub Beth, jak ją wszy­scy nazy­wali – była nie­śmiałą trzy­na­sto­let­nią dziew­czynką. Miała jasne oczy, zaró­żo­wione policzki i tak spo­kojne uspo­so­bie­nie, że nic lub pra­wie nic nie mogło wypro­wa­dzić jej z rów­no­wagi.

Amy miała dwa­na­ście lat i była naj­waż­niej­szą osobą na świe­cie. Przy­naj­mniej we wła­snym mnie­ma­niu! Ze swo­imi błę­kit­nymi oczami, opa­da­ją­cymi na ramiona blond lokami i por­ce­la­nową cerą wyglą­dała jak laleczka. Zacho­wy­wała się wytwor­nie, jak przy­kła­da­jąca dużą wagę do dobrych manier młoda dama.

Zegar wybił szó­stą. Beth zmio­tła popiół i usta­wiła przed komin­kiem parę kapci. Na ich widok dziew­częta roz­po­go­dziły się – ich matka wkrótce miała być w domu. Meg zapa­liła lampę, Amy ener­gicz­nie pod­nio­sła się z fotela, a Jo zapo­mniała o zmę­cze­niu i pod­su­nęła pan­to­fle bli­żej ognia.

– Mama potrze­buje nowych kapci. Te są już cał­kiem zno­szone!

– Wła­śnie myśla­łam, żeby kupić je dla niej za moje kie­szon­kowe – powie­działa Beth.

– Nie, ja kupię! – wykrzyk­nęła Amy.

– Ja jestem naj­star­sza… – zaczęła Meg.

Prze­rwała jej jed­nak Jo, która oświad­czyła sta­now­czym tonem:

– Pod nie­obec­ność taty ja jestem w tym domu męż­czy­zną i ja się tym zajmę!

– Mam pomysł! – wykrzyk­nęła Beth. – Niech każda z nas kupi jej pre­zent na Gwiazdkę, zamiast kupo­wać coś sobie.

– Masz takie dobre serce, moja droga Beth – powie­działa Jo. – Tylko nie mów­cie nic mamie; pozwólmy jej myśleć, że kupu­jemy coś dla sie­bie, i zróbmy jej nie­spo­dziankę!

Pomysł ten zyskał jed­no­gło­śną apro­batę wyra­żoną rado­snymi okrzy­kami.

– Jak cudow­nie widzieć was takimi weso­łymi, moje dzieci! – roz­brzmiał pogodny głos w pokoju.

Cztery sio­stry odwró­ciły się, aby powi­tać matkę – krzepką, cie­płą i nie­zwy­kle życz­liwą kobietę. Jej twarz była nazna­czona prze­ży­tymi latami i pracą, ale córki uwa­żały ją za naj­pięk­niej­szą kobietę na świe­cie.

– Co dzi­siaj robi­ły­ście? Było tyle paczek do przy­go­to­wa­nia, że nie mogłam wró­cić na obiad. Czy były jakieś wizyty, Beth? Jesteś już mniej zaka­ta­rzona, Meg? Jo, wyglą­dasz na taką zmę­czoną. Chodź, uca­łuj mnie, moja mała Amy.

Zada­jąc te wyni­ka­jące z tro­ski pyta­nia, zdjęła płaszcz, wło­żyła cie­płe kap­cie i, sado­wiąc się w fotelu z Amy na kola­nach, była gotowa na roz­ko­szo­wa­nie się naj­lep­szą chwilą swo­jego dłu­giego dnia. Meg nakryła do stołu, aby podać her­batę, Jo poszła po drewno, ude­rza­jąc we wszystko po dro­dze, a Beth kur­so­wała spo­koj­nie pomię­dzy kuch­nią i salo­nem. W tym cza­sie Amy z zało­żo­nymi rękami udzie­lała wszyst­kim rad.

Kiedy usia­dły do stołu, pani March oznaj­miła rado­snym gło­sem:

– Po kola­cji mam dla was nie­spo­dziankę.

Na wszyst­kich twa­rzach poja­wił się uśmiech. Jo rzu­ciła swoją ser­wetkę do góry i wykrzyk­nęła:

– List od taty! Hip, hip, hurra!

– Tak, długi i piękny list. Wasz ojciec czuje się dobrze i prze­syła nam naj­lep­sze życze­nia bożo­na­ro­dze­niowe. Jest rów­nież wia­do­mość spe­cjal­nie dla was – rze­kła pani March, doty­ka­jąc dło­nią kie­szeni, jakby skry­wała tam skarb.

– Szybko, szybko! – wykrzyk­nęła Jo. – Amy, prze­stań robić pre­ten­sjo­nalne miny nad swoim tale­rzem.

Jo spie­szyła się tak bar­dzo, że aż zakrztu­siła się her­batą i upu­ściła na zie­mię kanapkę.

– Uwa­żam za godne podziwu, że tata wyru­szył na wojnę, cho­ciaż jest już w zbyt pode­szłym wieku, aby wal­czyć – oznaj­miła Meg.

– Żałuję, że ja rów­nież nie mogę w niej wziąć udziału! – wykrzyk­nęła Jo. – Mogła­bym być tam­bur­ma­jo­rem lub pie­lę­gniarką, aby mu pomóc.

– Spa­nie pod namio­tem musi być strasz­nie nie­wy­godne – wtrą­ciła Amy.

– Kiedy on wróci, mamu­siu? – zapy­tała Beth łamią­cym się gło­sem.

– Nie wcze­śniej niż za kilka mie­sięcy, kocha­nie. Będzie wier­nie wypeł­niał swój obo­wią­zek tak długo, jak pozwoli mu na to zdro­wie. Chodź­cie, prze­czy­tam wam list od niego.

Usia­dły razem obok kominka. Pani March usa­do­wiła się w fotelu, Beth u jej stóp, a Meg i Amy na pod­ło­kiet­ni­kach. Jo sta­nęła za opar­ciem fotela, tak aby nikt nie widział jej emo­cji. W tych trud­nych cza­sach bowiem listy czę­sto były bar­dzo poru­sza­jące. Ten jed­nak był rado­sny i pełen nadziei – pan March w żywy spo­sób opi­sy­wał życie w obo­zo­wi­skach oraz ruchy armii. Jedy­nie ostat­nie linijki zdra­dzały uczu­cia, jakie skry­wał w sercu.

Powiedz moim uko­cha­nym dziew­czę­tom, że myślę o nich każ­dego dnia. Wiem, że przez cały czas będą kochać mamę, z odda­niem wypeł­niać swoje obo­wiązki i odważ­nie prze­zwy­cię­żać wewnętrzne ogra­ni­cze­nia. Kiedy wrócę, będę dumny jak ni­gdy z moich czte­rech małych kobie­tek.

Pod koniec listu każda z dziew­cząt w ciszy prze­ły­kała łzy. Amy wtu­liła się w matkę, nie zwa­ża­jąc na to, że znisz­czy sobie fry­zurę.

– Jestem małą ego­istką – zaszlo­chała. – Spró­buję się popra­wić, by nie zawieść tatu­sia. Obie­cuję.

– Wszyst­kie spró­bu­jemy! – zawo­łała Meg. – Będę mniej próżna i nie będę się już skar­żyła na pracę.

– Spró­buję być mniej gwał­towna i bar­dziej wywa­żona. Zado­wolę się byciem uży­teczną tutaj, zamiast marzyć o byciu gdzie indziej – oświad­czyła Jo, myśląc, że jej poryw­czy tem­pe­ra­ment może być trud­niej­szy do okieł­zna­nia niż żoł­nie­rze wroga.

Beth otarła łzy w mil­cze­niu. Wró­ciła do prze­rwa­nej pracy i dzier­gała ze wszyst­kich sił, aby jak naj­szyb­ciej wyko­nać swoje zada­nie.

– Nie zawsze jest łatwo być dobrą – powie­działa z czu­ło­ścią pani March. – Jutro rano zaj­rzyj­cie pod poduszki, a znaj­dzie­cie wasze prze­wod­niki.

Wierna Han­nah sprząt­nęła ze stołu, a dziew­częta ponow­nie usia­dły obok swo­ich koszy­ków wypeł­nio­nych przy­bo­rami do szy­cia. Szyły prze­ście­ra­dła dla ciotki March, co nie było zbyt inte­re­su­jące, ale tego wie­czoru żadna się nie skar­żyła.

O dzie­wią­tej prze­rwały pracę i zaczęły śpie­wać, jak zwy­kły to czy­nić przed snem. Jedy­nie Beth mogła wydo­być ze sta­rego pia­nina rów­nie melo­dyjne dźwięki. Meg miała kry­sta­liczny głos, więc wraz z matką pro­wa­dziła chó­rek. Amy skrzy­piała jak świerszcz, a Jo swo­bod­nie błą­dziła po dźwię­kach, obda­ro­wu­jąc cza­sami fał­szy­wymi nutami naj­pięk­niej­sze melo­die.

Wspólne śpie­wa­nie towa­rzy­szyło im zawsze, od dzie­ciń­stwa. Sta­no­wiło tra­dy­cję rodzinną, ponie­waż pani March była uro­dzoną śpie­waczką. Jej piękny głos roz­brzmie­wał w domu od wschodu do zachodu słońca, a jej cztery córki uwiel­biały go słu­chać.

Roz­dział 2

Rado­sne święta Bożego Naro­dze­nia

W bożo­na­ro­dze­niowy pora­nek jako pierw­sza obu­dziła się Jo. Brak gwiazd­ko­wych skar­pet powie­szo­nych na kominku wywo­łał w jej sercu uczu­cie chwi­lo­wego smutku. Pomna jed­nak słów matki, wsu­nęła rękę pod poduszkę i wycią­gnęła śliczną małą czer­woną książkę. Była to Wędrówka Piel­grzyma2. Dobrze znała tę opo­wieść, histo­rię naj­lep­szego czło­wieka, jaki kie­dy­kol­wiek żył na świe­cie. Był to dosko­nały prze­wod­nik nauki, pełen mądro­ści. Obu­dziła Meg i zachę­ciła ją, aby zaj­rzała pod swoją poduszkę. Tym razem poja­wiła się zie­lona książka zawie­ra­jąca te same rysunki, co ta otrzy­mana przez Jo. Była też krótka notatka od mamy, która czy­niła poda­ru­nek jesz­cze cen­niej­szym.

Następ­nie obu­dziły się Beth i Amy i każda z nich zna­la­zła swój egzem­plarz – pierw­szy – w per­ło­wo­sza­rym, a drugi – w nie­bie­skim kolo­rze.

W pokoju wkrótce zapa­no­wała cisza, którą zakłó­cał jedy­nie sze­lest prze­wra­ca­nych stron.

Pół godziny póź­niej Meg i Jo zeszły na dół, aby podzię­ko­wać mamie.

– Gdzie ona jest? – zapy­tała Meg.

– Bóg jeden wie! – odpo­wie­działa Han­nah. – Biedny dzie­ciak sąsia­dów przy­biegł dziś rano i wasza matka poszła zoba­czyć, czego im bra­kuje. Ta kobieta jest pierw­sza, jeśli idzie o dawa­nie odzie­nia i jedze­nia nie­szczę­śni­kom.

Han­nah miesz­kała z rodziną March od naro­dzin Meg. Była jed­nak kimś wię­cej niż zwy­kłą gospo­sią, była przy­ja­ciółką całej rodziny.

– Powinna już tu być. Przy­go­tuj, pro­szę, wszystko, co trzeba – rze­kła Meg, rzu­ca­jąc okiem na ukryte pod kanapą pre­zenty. – Ale gdzie się podział fla­ko­nik wody koloń­skiej Amy?

– Przed chwilą go zabrała. Nie­wąt­pli­wie, aby ozdo­bić go wstążką – odpo­wie­działa Jo, która tań­czyła w salo­nie w nowych pan­to­fel­kach, aby je roz­cho­dzić.

– Spójrz­cie na moje śliczne chu­s­teczki! Han­nah je wypra­so­wała, a ja samo­dziel­nie je wyha­fto­wa­łam – powie­działa Beth, pre­zen­tu­jąc z dumą małe, nieco nie­równe litery, które wyma­gały od niej tak wiele pracy.

– Jakie to zabawne! Wyha­fto­wała „Mama” zamiast „M. March”! – wykrzyk­nęła Jo ze śmie­chem.

– Meg ma takie same ini­cjały jak mama i nie chcia­łam, żeby się myliły. Źle zro­bi­łam?

Beth była wyraź­nie zmar­twiona. Meg spio­ru­no­wała Jo wzro­kiem.

– Wręcz prze­ciw­nie, moja droga, to bar­dzo inte­li­gentne roz­wią­za­nie – odrze­kła Meg. – Mama będzie zachwy­cona.

Nagle trza­snęły drzwi i w przed­sionku roz­le­gły się kroki.

– To ona! Szybko, ukryj­cie podarki! – zawo­łała Jo.

Ale to była tylko Amy, która wpa­dła do pokoju ubrana w płaszcz z kap­tu­rem na gło­wie.

– Gdzie się podzie­wa­łaś? I co cho­wasz za ple­cami? – zapy­tała Meg, zdzi­wiona, że Amy, która lubiła pole­niu­cho­wać, wyszła z domu tak rano.

– Nie chcia­łam wam wcze­śniej mówić… – pró­bo­wała zła­pać oddech Amy. – Wymie­ni­łam tylko mały fla­ko­nik na więk­szy. Wyda­łam wszyst­kie swoje pie­nią­dze, nie chcę już być ego­istką!

Poka­zała im swój pre­zent z tak skru­szoną miną, że Meg natych­miast wzięła ją w ramiona. Jo nazwała ją „złotą dziew­czyną”, a Beth pospie­szyła obciąć jedną ze swo­ich naj­pięk­niej­szych róż, aby ozdo­bić fla­kon.

Drzwi trza­snęły ponow­nie. Pre­zenty szybko wró­ciły pod kanapę, a dziew­częta zebrały się przy stole. Tym razem to rze­czy­wi­ście była ich matka!

– Weso­łych świąt! – zawo­łały chó­rem. – Dzię­ku­jemy za książki! Ran­kiem prze­czy­ta­ły­śmy po frag­men­cie i będziemy to robić codzien­nie.

– Weso­łych świąt, moje naj­droż­sze! Cie­szę się, że zaczę­ły­ście lek­turę. Zanim zasią­dziemy do stołu, chcia­ła­bym coś wam powie­dzieć. W bar­dzo bli­skim sąsiedz­twie mieszka uboga kobieta, która wła­śnie powiła nie­mowlę. Jej sze­ścioro pozo­sta­łych dzieci ciśnie się w jed­nym łóżku, aby się roz­grzać. Ich naj­star­szy brat przy­szedł dzi­siaj i wyznał, że cier­pią z powodu zimna i głodu. Czy w ramach pre­zentu świą­tecz­nego zechcia­ły­by­ście poda­ro­wać im swoje śnia­da­nie?

Po godzi­nie ocze­ki­wa­nia sio­stry były bar­dzo głodne. Przez chwilę pano­wała cisza, ale Jo bar­dzo szybko zawo­łała:

– Co za szczę­ście, że przy­szłaś, zanim zaczę­ły­śmy!

– Będę mogła wam pomóc? – zapy­tała natych­miast Beth.

– Przy­niosę babeczki i krem – wes­tchnęła Amy, hero­icz­nie rezy­gnu­jąc ze swo­ich ulu­bio­nych przy­sma­ków.

W tym cza­sie Meg już przy­kry­wała nale­śniki i ukła­dała bułeczki na dużym tale­rzu.

– Byłam pewna, że się zgo­dzi­cie – powie­działa pani March zado­wo­lona.

Oso­bliwy orszak wyru­szył w drogę, prze­mie­rza­jąc opu­sto­szałe wciąż ulice mia­sta, aby nie­ba­wem zatrzy­mać się przed nędzną, w poło­wie pustą izbą. Szyby w oknach były powy­bi­jane, a w kominku nie palił się ogień. Matka wyglą­dała na chorą, a nowo­ro­dek pła­kał. Blade dzieci usi­ło­wały ogrzać się pod starą narzutą.

– Bogu niech będą dzięki! – wykrzyk­nęła bie­daczka na widok rodziny March. – Przy­szły do nas anioły!

– Anioły w kap­tu­rach i w ręka­wicz­kach. Takich to chyba jesz­cze nikt nie widział! – zażar­to­wała Jo.

W ciągu kilku minut jed­nak izba oży­wiła się, jakby rze­czy­wi­ście zabrały się w niej do pracy praw­dziwe aniołki. Han­nah roz­pa­liła ogień i poza­ty­kała okna sta­rymi kape­lu­szami i swoim wła­snym płasz­czem. Pani March zapro­po­no­wała pani Hum­mel bulion, jed­no­cze­śnie ją pocie­sza­jąc. W tym cza­sie dziew­częta posa­dziły dzieci bli­sko ognia i kar­miły je niczym pisklęta.

– To naprawdę są anioły! – mówiły malu­chy.

To był pierw­szy raz, kiedy nazy­wano je anio­łami i to się im spodo­bało! Zwłasz­cza Jo, którą od dzie­ciń­stwa trak­to­wano jak „małego dia­bła”.

Śnia­da­nie było bar­dzo rado­sne, cho­ciaż nie zja­dły ani okruszka. W dro­dze powrot­nej nie było w mie­ście szczę­śliw­szej duszyczki niż te tych czte­rech wygłod­nia­łych dziew­cząt, które poda­ro­wały bliź­nim swój pyszny świą­teczny posi­łek.

Pod­czas gdy pani March na pię­trze przy­go­to­wy­wała ubra­nia dla Hum­me­lów, sio­stry poło­żyły pre­zenty na stole w salo­nie. Na jego środku kró­lo­wał duży wazon wypeł­niony czer­wo­nymi różami i chry­zan­te­mami, nada­jąc cało­ści dość ele­gancki wygląd.

– Nad­cho­dzi! Beth, do for­te­pianu! Amy, otwórz drzwi! Hip, hip, hurra dla mamy! – wykrzyk­nęła Jo, pod­ska­ku­jąc.

Meg wzięła matkę za rękę, pod­czas gdy Beth zagrała naj­bar­dziej pory­wa­jącą melo­dię. Pani March ze łzami w oczach otwo­rzyła swoje pre­zenty i prze­czy­tała dołą­czone do nich liściki. Natych­miast zało­żyła kap­cie, skro­piła jedną z chu­s­te­czek wodą koloń­ską, ozdo­biła różą gor­set i oświad­czyła, że ręka­wiczki ofia­ro­wane przez Meg ide­al­nie na nią pasują. Potem były śmiech, wyja­śnie­nia i poca­łunki, które czy­nią tego typu uro­czy­sto­ści rodzinne tak przy­jem­nymi w danej chwili i tak uro­czymi w póź­niej­szych wspo­mnie­niach.

Po wej­ściu do jadalni dziew­częta zoba­czyły wystawny stół, jakiego nie widziały ani razu od początku wojny. Stały na nim dwie misy wypeł­nione lodami, cia­stami, owo­cami, cukier­kami, a na środku cztery wspa­niałe bukiety kwia­tów.

Ten widok zapie­rał dech w pier­siach. Pani March z olbrzy­mią rado­ścią patrzyła, jak delek­tują się tą chwilą.

– Czyżby to było dzieło wró­żek? – zapy­tała Amy.

– Raczej Świę­tego Miko­łaja – stwier­dziła Beth.

– To szczo­dry gest ciotki March! – zawo­łała Jo.

– Nie, naszej mamusi – oświad­czyła Meg, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

– Żadna z was nie zga­dła – ode­zwała się pani March. – To pre­zent od naszego sąsiada, pana Lau­rence’a.

– Dziadka mło­dego Lau­rence’a! – wykrzyk­nęła Meg. – Cie­kawe, skąd wpadł na taki pomysł, ni­gdy z nim nie roz­ma­wiamy.

– Znał mojego ojca – wyja­śniła pani March. – Wczo­raj po połu­dniu prze­słał mi bar­dzo miłą wia­do­mość, pro­sząc, abym zechciała przy­jąć dowód jego przy­jaźni wobec moich córek.

– Założę się, że to był pomysł jego wnuka! Pew­nego dnia przy­niósł naszego kota – ucie­ki­niera i roz­ma­wia­li­śmy ponad żywo­pło­tem. Jest sym­pa­tycz­nym, choć nieco nie­śmia­łym chłop­cem; uciekł, gdy zoba­czył, że nad­cho­dzi Meg! Chcia­ła­bym go lepiej poznać. Potrze­buje roz­rywki, jestem o tym prze­ko­nana! – powie­działa Jo zde­cy­do­wa­nym tonem.

– Uwiel­biam jego dobre maniery i wygląd dżen­tel­mena; nie mam nic prze­ciwko temu, aby­ście zostali przy­ja­ciółmi, gdy nada­rzy się oka­zja – powie­działa pani March.

– Ni­gdy nie widzia­łam rów­nie pięk­nych kwia­tów! – zachwy­ciła się Meg.

– Są wspa­niałe. Ale wolę kwiaty Beth – odpo­wie­działa matka, wącha­jąc różyczkę, która wciąż zdo­biła górę jej sukienki.

Roz­dział 3

Młody Lau­rence

– Jo! Jo! Gdzie jesteś? – zawo­łała Meg.

– Tutaj – odpo­wie­dział docho­dzący z pod­da­sza głos.

Meg szybko wspięła się po scho­dach i zna­la­zła sio­strę wygod­nie sie­dzącą na sta­rej kana­pie, jedzącą jabłka i pła­czącą nad swoją książką. To było ulu­bione miej­sce Jo. Uwiel­biała zaszy­wać się tam, aby czy­tać, doce­nia­jąc ciche towa­rzy­stwo szczu­rów i pają­ków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Histo­ria toczy się pod­czas wojny sece­syj­nej – wojny domo­wej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pomię­dzy pół­noc­nymi i połu­dnio­wymi sta­nami. [wróć]

Ale­go­ryczna powieść Johna Buny­ana opu­bli­ko­wana w 1678 roku. [wróć]