Małe kobietki - Louisa May Alcott - ebook

Małe kobietki ebook

Louisa May Alcott

3,5

Opis

Ekskluzywna edycja oprawiona w delikatną gładką tkaninę o właściwościach jedwabiu.

Siostry March, bohaterki najpopularniejszej powieści Louisy May Alcott rozkochały w sobie już wiele pokoleń czytelników. W „Małych kobietkach” czytelnik znajdzie ciepłe, lecz niepozbawione refleksji portrety czterech sióstr: utalentowanej chłopczycy i przyszłej pisarki Jo, wątłej i nieśmiałej Beth o złotym sercu, pięknej i ambitnej Meg oraz romantycznej, ale rozpieszczonej Amy. O jedność i byt rodziny dzielnie walczy ich matka Marmee, podczas gdy ojciec bierze udział w wojnie secesyjnej.

Nie jest tajemnicą, że Alcott napisała powieść, czerpiąc z własnych doświadczeń. Kiedy jej ojciec, wolnomyślicielski reformator i abolicjonista Bronson Alcott, prowadził dysputy z takimi znakomitościami jak Emerson, Thoreau i Hawthorne, Louisa utrzymywała siebie i siostry z drobnych prac, takich jak szycie, robienie prania czy praca w charakterze pomocy domowej.

Wkrótce jednak odkryła, że może więcej zarobić na pisaniu. „Małe kobietki” przyniosły jej nie tylko majątek, ale i sławę, choć daleko im do „książki dla dziewczynek”, o co prosił ją pierwszy wydawca. Powieść porusza tak ponadczasowe tematy, jak miłość i śmierć, wojna i pokój, konflikty między osobistymi ambicjami, a obowiązkami rodzinnymi czy zderzenie kultur dwóch kontynentów „starej” Europy i „nowej” Ameryki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 145

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (12 ocen)
4
3
2
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lezak_2006

Nie polecam

Podejrzewam, że gdybym miała 10 lat to historia pewnie by mi się podobała. Na chwilę obecną bohaterki wydały mi się bardzo naiwne, niedojrzałe. Poza tym jak sprawdziłam, jest to mocno okrojona wersja powieści.
10
alicja_ab

Nie polecam

Nigdzie nie ma informacji, że to wersja skrócona
00
PatMaxym

Z braku laku…

Książka mnie nie zachwyciła, podejrzewam że to dlatego, że jest to SKRÓCONA wersja powieści. O czym wydawca nie poinformował ani na okładce, ani w opisie. Dopiero po skończeniu w rękę wpadło mi wydanie z innego wydawnictwa, które przejrzałąm bo miało ilustracje, i ku mojemu zdziwieniu prawie połowę więcej rozdziałów! W związku z tym nie polecam tego wydania, może i jest piękne ale nie po to się kupuje i czyta książki, żeby poznać tylko połowę historii.
00
ewaa66

Dobrze spędzony czas

Nie wiedziałam co czytać, więc poprosiłam mamę, żeby wybrała mi coś na Legimi z mojej półki i trafiło na Małe kobietki. Szczerze mówiąc, bardzo dobrze mi się to czytało. Książka jest lekka, prosta, ale przy tym urocza. Jest momentami taka moralizatorska, ale jednak jest to wkomponowane w taki sposób, że nie razi. Najbardziej polubiłam Jo i mam nadzieję, że w przyszłości połączy ją miłość z Laurie'em. Bardzo lubię ich razem. Jest to szybka i przyjemna lektura i myślę, że w przyszłości sięgnę po kolejne tomy. Też muszę zobaczyć film, bo nigdy żadnej wersji nie widziałam.
00

Popularność




Roz­dział 1

Cztery sio­stry

– Gwiazdka bez pre­zen­tów to żadna Gwiazdka! – narze­kała Jo, leżąc na dywa­nie.

– Strasz­nie jest być bied­nym! – wes­tchnęła Meg, spo­glą­da­jąc na swoją starą sukienkę.

– Nie­które dziew­częta będą miały mnó­stwo pięk­nych rze­czy, inne nie będą miały nic… To nie­spra­wie­dliwe! – dodała Amy obra­żo­nym gło­sem.

– Ale mamy tatę, mamę i sie­bie nawza­jem – ode­zwała się łagod­nie Beth.

Na te słowa twa­rze mło­dych dziew­cząt się roz­ja­śniły.

– Nie­stety, nie ma z nami taty – powie­działa ze smut­kiem Jo. – Kto wie, kiedy go ponow­nie zoba­czymy…

Być może ni­gdy – nie ośmie­liła się dodać.

I ich twa­rze ponow­nie spo­sęp­niały, ponie­waż każda z nie­po­ko­jem myślała o panu March, który wyru­szył na front jako lekarz, setki kilo­me­trów od domu1. Po kilku minu­tach Meg prze­rwała ciszę, mówiąc zmie­nio­nym gło­sem:

– Mama nie chce, aby­śmy wyda­wały pie­nią­dze na przy­jem­no­ści, pod­czas gdy nasi żoł­nie­rze codzien­nie cier­pią na fron­cie. Zima będzie ciężka dla wszyst­kich i powin­ny­śmy zdo­być się na te wyrze­cze­nia z dobrego serca.

– Rozu­miem, że nie dosta­niemy nic od mamy, ale nie pra­gnie prze­cież, żeby­śmy wyrze­kały się wszyst­kiego! – zawo­łała Jo. – Niech każda z nas kupi sobie pre­zent! Naprawdę na to zasłu­ży­ły­śmy.

– Ja na pewno tak. Spę­dzam całe dnie na naucza­niu tych nie­zno­śnych dzie­cia­ków – zaczęła znowu uty­ski­wać Meg.

– Wola­ła­byś pozo­sta­wać w zamknię­ciu przez dłu­gie godziny z despo­tyczną starą matroną, która ni­gdy nie jest zado­wo­lona i spra­wia, że masz ochotę wysko­czyć przez okno? – ode­zwała się Jo.

– To nie­ład­nie się skar­żyć, ale naprawdę uwa­żam, że nie ma nic gor­szego niż sprzą­ta­nie i zmy­wa­nie naczyń – rze­kła Beth.

– Przy­naj­mniej nie musi­cie cho­dzić do szkoły z tymi wstręt­nymi dziew­czy­nami, które drę­czą cię, kiedy cze­goś nie umiesz i sza­lują cię, ponie­waż twój ojciec jest biedny! – wykrzyk­nęła Amy.

– Chcia­łaś chyba powie­dzieć szka­lują cię, prawda? – popra­wiła sio­strę Jo ze śmie­chem.

– Nie musisz od razu się wymą­drzać. Dokład­nie wiem, co mówię! Trzeba uży­wać inte­re­su­ją­cych słów, aby wzbo­ga­cać swoje sław­nic­two – odparła z god­no­ścią Amy.

– Prze­stań­cie już, dzieci! Jo, nie żału­jesz, że tata stra­cił wszyst­kie pie­nią­dze? – zapy­tała Meg, która pamię­tała stare dobre czasy. – Gdyby nie to, nie mia­ły­by­śmy dzi­siaj żad­nych zmar­twień…

– Ale mówi­łaś kie­dyś, że jeste­śmy szczę­śliw­sze niż kró­lowe.

– Masz rację. Pomimo trud­no­ści two­rzymy cał­kiem zgraną paczkę, jak powie­dzia­łaby Jo.

– Rze­czy­wi­ście, Jo używa takich pospo­li­tych słów! – stwier­dziła Amy, spo­glą­da­jąc z dez­apro­batą na leżącą na dywa­nie sio­strę.

Jo natych­miast usia­dła, wło­żyła ręce do kie­szeni i zaczęła gwiz­dać.

– Prze­stań, Jo! Zacho­wu­jesz się jak chło­pak!

– Wła­śnie dla­tego to robię.

– Nie­na­wi­dzę dziew­cząt, które nie potra­fią się popraw­nie zacho­wy­wać.

– A ja nie zno­szę pre­ten­sjo­nal­nych, zaro­zu­mia­łych pod­lot­ków!

– Spójrz­cie na zgodne pta­szęta w górze, tam – zanu­ciła Beth, robiąc to w tak zabawny spo­sób, że sio­stry nie mogły powstrzy­mać się od śmie­chu.

Kon­flikt został zaże­gnany.

– Obie jeste­ście winne – zaczęła wywód w stylu naj­star­szej sio­stry Meg. – Jose­phine, te maniery chłop­czycy w twoim wieku – to już nie przy­stoi. Teraz, kiedy doro­słaś i upi­nasz włosy jak młoda dama, powin­naś się rów­nież w taki spo­sób zacho­wy­wać.

– Ni­gdy! Jeśli tak to ma wyglą­dać, to będę nosiła dwa war­ko­cze aż do dwu­dziestki – zawo­łała Jo, zry­wa­jąc z wło­sów siatkę i roz­pusz­cza­jąc kasz­ta­nową grzywę. – Nie mam naj­mniej­szej ochoty doro­snąć, nosić dłu­gich sukni ani zostać „panną March”. Samo bycie dziew­czyną jest już wystar­cza­jąco trudne, gdy ktoś tak jak ja woli chło­pięce zwy­czaje i zabawy.

– Biedna Jo! – rze­kła Beth. – Będzie ci musiało wystar­czyć bycie bra­tem dla nas i skra­ca­nie imie­nia, tak aby przy­po­mi­nało chło­pięce.

– Co do cie­bie, Amy – kon­ty­nu­owała Meg – to jesteś zde­cy­do­wa­nie zbyt sztywna. Teraz twoje egzal­to­wane miny są zabawne, ale jeśli nie będziesz uwa­żać, sta­niesz się pre­ten­sjo­nalną gąską. Doce­niam twoje nie­na­ganne maniery i wyra­fi­no­wany język. Ale zbyt wyszu­kane słow­nic­two jest rów­nie śmieszne co żar­gon Jo.

– Jeśli Jo jest chłop­czycą, a Amy gąską, to kim ja jestem? – zapy­tała Beth, gotowa wysłu­chać serii wyrzu­tów na swój temat.

– Ty jesteś anio­łem. Po pro­stu – odpo­wie­działa z czu­ło­ścią Meg.

I nikt nie zaprze­czył.

Pokój, w któ­rym sio­stry robiły na dru­tach, był wygodny pomimo wybla­kłego dywanu i sta­rych mebli. Na ścia­nach wisiały ładne obrazy, w każ­dym kącie pię­trzyły się książki, a w oknach kwi­tły róże. Pano­wała spo­kojna, domowa atmos­fera.

Mar­ga­ret, naj­star­sza z sióstr, miała szes­na­ście lat. Była śliczną dziew­czyną o jasnej cerze. Miała duże oczy, jedwa­bi­ste brą­zowe włosy, ład­nie zary­so­wane usta i piękne białe dło­nie, które sta­no­wiły jej wielką dumę.

O rok od niej młod­sza Jo była bar­dzo wysoka, sma­gła i bar­dzo chuda. Miała zabawny nos, zde­cy­do­wany wyraz twa­rzy i prze­ni­kliwe szare oczy, które były raz wynio­słe, raz roz­ba­wione, to znów zamy­ślone. Istotę jej urody sta­no­wiły gęste kasz­ta­nowe włosy, które jed­nak czę­sto upy­chała w siatkę, aby czuć się swo­bod­niej i nie przy­wią­zy­wać uwagi do swo­jego wyglądu. Duże dło­nie i duże stopy nada­wały jej wygląd nieco nie­zgrab­nego dziecka, które z dużą nie­chę­cią sta­wało się młodą kobietą.

Eli­sa­beth – lub Beth, jak ją wszy­scy nazy­wali – była nie­śmiałą trzy­na­sto­let­nią dziew­czynką. Miała jasne oczy, zaró­żo­wione policzki i tak spo­kojne uspo­so­bie­nie, że nic lub pra­wie nic nie mogło wypro­wa­dzić jej z rów­no­wagi.

Amy miała dwa­na­ście lat i była naj­waż­niej­szą osobą na świe­cie. Przy­naj­mniej we wła­snym mnie­ma­niu! Ze swo­imi błę­kit­nymi oczami, opa­da­ją­cymi na ramiona blond lokami i por­ce­la­nową cerą wyglą­dała jak laleczka. Zacho­wy­wała się wytwor­nie, jak przy­kła­da­jąca dużą wagę do dobrych manier młoda dama.

Zegar wybił szó­stą. Beth zmio­tła popiół i usta­wiła przed komin­kiem parę kapci. Na ich widok dziew­częta roz­po­go­dziły się – ich matka wkrótce miała być w domu. Meg zapa­liła lampę, Amy ener­gicz­nie pod­nio­sła się z fotela, a Jo zapo­mniała o zmę­cze­niu i pod­su­nęła pan­to­fle bli­żej ognia.

– Mama potrze­buje nowych kapci. Te są już cał­kiem zno­szone!

– Wła­śnie myśla­łam, żeby kupić je dla niej za moje kie­szon­kowe – powie­działa Beth.

– Nie, ja kupię! – wykrzyk­nęła Amy.

– Ja jestem naj­star­sza… – zaczęła Meg.

Prze­rwała jej jed­nak Jo, która oświad­czyła sta­now­czym tonem:

– Pod nie­obec­ność taty ja jestem w tym domu męż­czy­zną i ja się tym zajmę!

– Mam pomysł! – wykrzyk­nęła Beth. – Niech każda z nas kupi jej pre­zent na Gwiazdkę, zamiast kupo­wać coś sobie.

– Masz takie dobre serce, moja droga Beth – powie­działa Jo. – Tylko nie mów­cie nic mamie; pozwólmy jej myśleć, że kupu­jemy coś dla sie­bie, i zróbmy jej nie­spo­dziankę!

Pomysł ten zyskał jed­no­gło­śną apro­batę wyra­żoną rado­snymi okrzy­kami.

– Jak cudow­nie widzieć was takimi weso­łymi, moje dzieci! – roz­brzmiał pogodny głos w pokoju.

Cztery sio­stry odwró­ciły się, aby powi­tać matkę – krzepką, cie­płą i nie­zwy­kle życz­liwą kobietę. Jej twarz była nazna­czona prze­ży­tymi latami i pracą, ale córki uwa­żały ją za naj­pięk­niej­szą kobietę na świe­cie.

– Co dzi­siaj robi­ły­ście? Było tyle paczek do przy­go­to­wa­nia, że nie mogłam wró­cić na obiad. Czy były jakieś wizyty, Beth? Jesteś już mniej zaka­ta­rzona, Meg? Jo, wyglą­dasz na taką zmę­czoną. Chodź, uca­łuj mnie, moja mała Amy.

Zada­jąc te wyni­ka­jące z tro­ski pyta­nia, zdjęła płaszcz, wło­żyła cie­płe kap­cie i, sado­wiąc się w fotelu z Amy na kola­nach, była gotowa na roz­ko­szo­wa­nie się naj­lep­szą chwilą swo­jego dłu­giego dnia. Meg nakryła do stołu, aby podać her­batę, Jo poszła po drewno, ude­rza­jąc we wszystko po dro­dze, a Beth kur­so­wała spo­koj­nie pomię­dzy kuch­nią i salo­nem. W tym cza­sie Amy z zało­żo­nymi rękami udzie­lała wszyst­kim rad.

Kiedy usia­dły do stołu, pani March oznaj­miła rado­snym gło­sem:

– Po kola­cji mam dla was nie­spo­dziankę.

Na wszyst­kich twa­rzach poja­wił się uśmiech. Jo rzu­ciła swoją ser­wetkę do góry i wykrzyk­nęła:

– List od taty! Hip, hip, hurra!

– Tak, długi i piękny list. Wasz ojciec czuje się dobrze i prze­syła nam naj­lep­sze życze­nia bożo­na­ro­dze­niowe. Jest rów­nież wia­do­mość spe­cjal­nie dla was – rze­kła pani March, doty­ka­jąc dło­nią kie­szeni, jakby skry­wała tam skarb.

– Szybko, szybko! – wykrzyk­nęła Jo. – Amy, prze­stań robić pre­ten­sjo­nalne miny nad swoim tale­rzem.

Jo spie­szyła się tak bar­dzo, że aż zakrztu­siła się her­batą i upu­ściła na zie­mię kanapkę.

– Uwa­żam za godne podziwu, że tata wyru­szył na wojnę, cho­ciaż jest już w zbyt pode­szłym wieku, aby wal­czyć – oznaj­miła Meg.

– Żałuję, że ja rów­nież nie mogę w niej wziąć udziału! – wykrzyk­nęła Jo. – Mogła­bym być tam­bur­ma­jo­rem lub pie­lę­gniarką, aby mu pomóc.

– Spa­nie pod namio­tem musi być strasz­nie nie­wy­godne – wtrą­ciła Amy.

– Kiedy on wróci, mamu­siu? – zapy­tała Beth łamią­cym się gło­sem.

– Nie wcze­śniej niż za kilka mie­sięcy, kocha­nie. Będzie wier­nie wypeł­niał swój obo­wią­zek tak długo, jak pozwoli mu na to zdro­wie. Chodź­cie, prze­czy­tam wam list od niego.

Usia­dły razem obok kominka. Pani March usa­do­wiła się w fotelu, Beth u jej stóp, a Meg i Amy na pod­ło­kiet­ni­kach. Jo sta­nęła za opar­ciem fotela, tak aby nikt nie widział jej emo­cji. W tych trud­nych cza­sach bowiem listy czę­sto były bar­dzo poru­sza­jące. Ten jed­nak był rado­sny i pełen nadziei – pan March w żywy spo­sób opi­sy­wał życie w obo­zo­wi­skach oraz ruchy armii. Jedy­nie ostat­nie linijki zdra­dzały uczu­cia, jakie skry­wał w sercu.

Powiedz moim uko­cha­nym dziew­czę­tom, że myślę o nich każ­dego dnia. Wiem, że przez cały czas będą kochać mamę, z odda­niem wypeł­niać swoje obo­wiązki i odważ­nie prze­zwy­cię­żać wewnętrzne ogra­ni­cze­nia. Kiedy wrócę, będę dumny jak ni­gdy z moich czte­rech małych kobie­tek.

Pod koniec listu każda z dziew­cząt w ciszy prze­ły­kała łzy. Amy wtu­liła się w matkę, nie zwa­ża­jąc na to, że znisz­czy sobie fry­zurę.

– Jestem małą ego­istką – zaszlo­chała. – Spró­buję się popra­wić, by nie zawieść tatu­sia. Obie­cuję.

– Wszyst­kie spró­bu­jemy! – zawo­łała Meg. – Będę mniej próżna i nie będę się już skar­żyła na pracę.

– Spró­buję być mniej gwał­towna i bar­dziej wywa­żona. Zado­wolę się byciem uży­teczną tutaj, zamiast marzyć o byciu gdzie indziej – oświad­czyła Jo, myśląc, że jej poryw­czy tem­pe­ra­ment może być trud­niej­szy do okieł­zna­nia niż żoł­nie­rze wroga.

Beth otarła łzy w mil­cze­niu. Wró­ciła do prze­rwa­nej pracy i dzier­gała ze wszyst­kich sił, aby jak naj­szyb­ciej wyko­nać swoje zada­nie.

– Nie zawsze jest łatwo być dobrą – powie­działa z czu­ło­ścią pani March. – Jutro rano zaj­rzyj­cie pod poduszki, a znaj­dzie­cie wasze prze­wod­niki.

Wierna Han­nah sprząt­nęła ze stołu, a dziew­częta ponow­nie usia­dły obok swo­ich koszy­ków wypeł­nio­nych przy­bo­rami do szy­cia. Szyły prze­ście­ra­dła dla ciotki March, co nie było zbyt inte­re­su­jące, ale tego wie­czoru żadna się nie skar­żyła.

O dzie­wią­tej prze­rwały pracę i zaczęły śpie­wać, jak zwy­kły to czy­nić przed snem. Jedy­nie Beth mogła wydo­być ze sta­rego pia­nina rów­nie melo­dyjne dźwięki. Meg miała kry­sta­liczny głos, więc wraz z matką pro­wa­dziła chó­rek. Amy skrzy­piała jak świerszcz, a Jo swo­bod­nie błą­dziła po dźwię­kach, obda­ro­wu­jąc cza­sami fał­szy­wymi nutami naj­pięk­niej­sze melo­die.

Wspólne śpie­wa­nie towa­rzy­szyło im zawsze, od dzie­ciń­stwa. Sta­no­wiło tra­dy­cję rodzinną, ponie­waż pani March była uro­dzoną śpie­waczką. Jej piękny głos roz­brzmie­wał w domu od wschodu do zachodu słońca, a jej cztery córki uwiel­biały go słu­chać.

Roz­dział 2

Rado­sne święta Bożego Naro­dze­nia

W bożo­na­ro­dze­niowy pora­nek jako pierw­sza obu­dziła się Jo. Brak gwiazd­ko­wych skar­pet powie­szo­nych na kominku wywo­łał w jej sercu uczu­cie chwi­lo­wego smutku. Pomna jed­nak słów matki, wsu­nęła rękę pod poduszkę i wycią­gnęła śliczną małą czer­woną książkę. Była to Wędrówka Piel­grzyma2. Dobrze znała tę opo­wieść, histo­rię naj­lep­szego czło­wieka, jaki kie­dy­kol­wiek żył na świe­cie. Był to dosko­nały prze­wod­nik nauki, pełen mądro­ści. Obu­dziła Meg i zachę­ciła ją, aby zaj­rzała pod swoją poduszkę. Tym razem poja­wiła się zie­lona książka zawie­ra­jąca te same rysunki, co ta otrzy­mana przez Jo. Była też krótka notatka od mamy, która czy­niła poda­ru­nek jesz­cze cen­niej­szym.

Następ­nie obu­dziły się Beth i Amy i każda z nich zna­la­zła swój egzem­plarz – pierw­szy – w per­ło­wo­sza­rym, a drugi – w nie­bie­skim kolo­rze.

W pokoju wkrótce zapa­no­wała cisza, którą zakłó­cał jedy­nie sze­lest prze­wra­ca­nych stron.

Pół godziny póź­niej Meg i Jo zeszły na dół, aby podzię­ko­wać mamie.

– Gdzie ona jest? – zapy­tała Meg.

– Bóg jeden wie! – odpo­wie­działa Han­nah. – Biedny dzie­ciak sąsia­dów przy­biegł dziś rano i wasza matka poszła zoba­czyć, czego im bra­kuje. Ta kobieta jest pierw­sza, jeśli idzie o dawa­nie odzie­nia i jedze­nia nie­szczę­śni­kom.

Han­nah miesz­kała z rodziną March od naro­dzin Meg. Była jed­nak kimś wię­cej niż zwy­kłą gospo­sią, była przy­ja­ciółką całej rodziny.

– Powinna już tu być. Przy­go­tuj, pro­szę, wszystko, co trzeba – rze­kła Meg, rzu­ca­jąc okiem na ukryte pod kanapą pre­zenty. – Ale gdzie się podział fla­ko­nik wody koloń­skiej Amy?

– Przed chwilą go zabrała. Nie­wąt­pli­wie, aby ozdo­bić go wstążką – odpo­wie­działa Jo, która tań­czyła w salo­nie w nowych pan­to­fel­kach, aby je roz­cho­dzić.

– Spójrz­cie na moje śliczne chu­s­teczki! Han­nah je wypra­so­wała, a ja samo­dziel­nie je wyha­fto­wa­łam – powie­działa Beth, pre­zen­tu­jąc z dumą małe, nieco nie­równe litery, które wyma­gały od niej tak wiele pracy.

– Jakie to zabawne! Wyha­fto­wała „Mama” zamiast „M. March”! – wykrzyk­nęła Jo ze śmie­chem.

– Meg ma takie same ini­cjały jak mama i nie chcia­łam, żeby się myliły. Źle zro­bi­łam?

Beth była wyraź­nie zmar­twiona. Meg spio­ru­no­wała Jo wzro­kiem.

– Wręcz prze­ciw­nie, moja droga, to bar­dzo inte­li­gentne roz­wią­za­nie – odrze­kła Meg. – Mama będzie zachwy­cona.

Nagle trza­snęły drzwi i w przed­sionku roz­le­gły się kroki.

– To ona! Szybko, ukryj­cie podarki! – zawo­łała Jo.

Ale to była tylko Amy, która wpa­dła do pokoju ubrana w płaszcz z kap­tu­rem na gło­wie.

– Gdzie się podzie­wa­łaś? I co cho­wasz za ple­cami? – zapy­tała Meg, zdzi­wiona, że Amy, która lubiła pole­niu­cho­wać, wyszła z domu tak rano.

– Nie chcia­łam wam wcze­śniej mówić… – pró­bo­wała zła­pać oddech Amy. – Wymie­ni­łam tylko mały fla­ko­nik na więk­szy. Wyda­łam wszyst­kie swoje pie­nią­dze, nie chcę już być ego­istką!

Poka­zała im swój pre­zent z tak skru­szoną miną, że Meg natych­miast wzięła ją w ramiona. Jo nazwała ją „złotą dziew­czyną”, a Beth pospie­szyła obciąć jedną ze swo­ich naj­pięk­niej­szych róż, aby ozdo­bić fla­kon.

Drzwi trza­snęły ponow­nie. Pre­zenty szybko wró­ciły pod kanapę, a dziew­częta zebrały się przy stole. Tym razem to rze­czy­wi­ście była ich matka!

– Weso­łych świąt! – zawo­łały chó­rem. – Dzię­ku­jemy za książki! Ran­kiem prze­czy­ta­ły­śmy po frag­men­cie i będziemy to robić codzien­nie.

– Weso­łych świąt, moje naj­droż­sze! Cie­szę się, że zaczę­ły­ście lek­turę. Zanim zasią­dziemy do stołu, chcia­ła­bym coś wam powie­dzieć. W bar­dzo bli­skim sąsiedz­twie mieszka uboga kobieta, która wła­śnie powiła nie­mowlę. Jej sze­ścioro pozo­sta­łych dzieci ciśnie się w jed­nym łóżku, aby się roz­grzać. Ich naj­star­szy brat przy­szedł dzi­siaj i wyznał, że cier­pią z powodu zimna i głodu. Czy w ramach pre­zentu świą­tecz­nego zechcia­ły­by­ście poda­ro­wać im swoje śnia­da­nie?

Po godzi­nie ocze­ki­wa­nia sio­stry były bar­dzo głodne. Przez chwilę pano­wała cisza, ale Jo bar­dzo szybko zawo­łała:

– Co za szczę­ście, że przy­szłaś, zanim zaczę­ły­śmy!

– Będę mogła wam pomóc? – zapy­tała natych­miast Beth.

– Przy­niosę babeczki i krem – wes­tchnęła Amy, hero­icz­nie rezy­gnu­jąc ze swo­ich ulu­bio­nych przy­sma­ków.

W tym cza­sie Meg już przy­kry­wała nale­śniki i ukła­dała bułeczki na dużym tale­rzu.

– Byłam pewna, że się zgo­dzi­cie – powie­działa pani March zado­wo­lona.

Oso­bliwy orszak wyru­szył w drogę, prze­mie­rza­jąc opu­sto­szałe wciąż ulice mia­sta, aby nie­ba­wem zatrzy­mać się przed nędzną, w poło­wie pustą izbą. Szyby w oknach były powy­bi­jane, a w kominku nie palił się ogień. Matka wyglą­dała na chorą, a nowo­ro­dek pła­kał. Blade dzieci usi­ło­wały ogrzać się pod starą narzutą.

– Bogu niech będą dzięki! – wykrzyk­nęła bie­daczka na widok rodziny March. – Przy­szły do nas anioły!

– Anioły w kap­tu­rach i w ręka­wicz­kach. Takich to chyba jesz­cze nikt nie widział! – zażar­to­wała Jo.

W ciągu kilku minut jed­nak izba oży­wiła się, jakby rze­czy­wi­ście zabrały się w niej do pracy praw­dziwe aniołki. Han­nah roz­pa­liła ogień i poza­ty­kała okna sta­rymi kape­lu­szami i swoim wła­snym płasz­czem. Pani March zapro­po­no­wała pani Hum­mel bulion, jed­no­cze­śnie ją pocie­sza­jąc. W tym cza­sie dziew­częta posa­dziły dzieci bli­sko ognia i kar­miły je niczym pisklęta.

– To naprawdę są anioły! – mówiły malu­chy.

To był pierw­szy raz, kiedy nazy­wano je anio­łami i to się im spodo­bało! Zwłasz­cza Jo, którą od dzie­ciń­stwa trak­to­wano jak „małego dia­bła”.

Śnia­da­nie było bar­dzo rado­sne, cho­ciaż nie zja­dły ani okruszka. W dro­dze powrot­nej nie było w mie­ście szczę­śliw­szej duszyczki niż te tych czte­rech wygłod­nia­łych dziew­cząt, które poda­ro­wały bliź­nim swój pyszny świą­teczny posi­łek.

Pod­czas gdy pani March na pię­trze przy­go­to­wy­wała ubra­nia dla Hum­me­lów, sio­stry poło­żyły pre­zenty na stole w salo­nie. Na jego środku kró­lo­wał duży wazon wypeł­niony czer­wo­nymi różami i chry­zan­te­mami, nada­jąc cało­ści dość ele­gancki wygląd.

– Nad­cho­dzi! Beth, do for­te­pianu! Amy, otwórz drzwi! Hip, hip, hurra dla mamy! – wykrzyk­nęła Jo, pod­ska­ku­jąc.

Meg wzięła matkę za rękę, pod­czas gdy Beth zagrała naj­bar­dziej pory­wa­jącą melo­dię. Pani March ze łzami w oczach otwo­rzyła swoje pre­zenty i prze­czy­tała dołą­czone do nich liściki. Natych­miast zało­żyła kap­cie, skro­piła jedną z chu­s­te­czek wodą koloń­ską, ozdo­biła różą gor­set i oświad­czyła, że ręka­wiczki ofia­ro­wane przez Meg ide­al­nie na nią pasują. Potem były śmiech, wyja­śnie­nia i poca­łunki, które czy­nią tego typu uro­czy­sto­ści rodzinne tak przy­jem­nymi w danej chwili i tak uro­czymi w póź­niej­szych wspo­mnie­niach.

Po wej­ściu do jadalni dziew­częta zoba­czyły wystawny stół, jakiego nie widziały ani razu od początku wojny. Stały na nim dwie misy wypeł­nione lodami, cia­stami, owo­cami, cukier­kami, a na środku cztery wspa­niałe bukiety kwia­tów.

Ten widok zapie­rał dech w pier­siach. Pani March z olbrzy­mią rado­ścią patrzyła, jak delek­tują się tą chwilą.

– Czyżby to było dzieło wró­żek? – zapy­tała Amy.

– Raczej Świę­tego Miko­łaja – stwier­dziła Beth.

– To szczo­dry gest ciotki March! – zawo­łała Jo.

– Nie, naszej mamusi – oświad­czyła Meg, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

– Żadna z was nie zga­dła – ode­zwała się pani March. – To pre­zent od naszego sąsiada, pana Lau­rence’a.

– Dziadka mło­dego Lau­rence’a! – wykrzyk­nęła Meg. – Cie­kawe, skąd wpadł na taki pomysł, ni­gdy z nim nie roz­ma­wiamy.

– Znał mojego ojca – wyja­śniła pani March. – Wczo­raj po połu­dniu prze­słał mi bar­dzo miłą wia­do­mość, pro­sząc, abym zechciała przy­jąć dowód jego przy­jaźni wobec moich córek.

– Założę się, że to był pomysł jego wnuka! Pew­nego dnia przy­niósł naszego kota – ucie­ki­niera i roz­ma­wia­li­śmy ponad żywo­pło­tem. Jest sym­pa­tycz­nym, choć nieco nie­śmia­łym chłop­cem; uciekł, gdy zoba­czył, że nad­cho­dzi Meg! Chcia­ła­bym go lepiej poznać. Potrze­buje roz­rywki, jestem o tym prze­ko­nana! – powie­działa Jo zde­cy­do­wa­nym tonem.

– Uwiel­biam jego dobre maniery i wygląd dżen­tel­mena; nie mam nic prze­ciwko temu, aby­ście zostali przy­ja­ciółmi, gdy nada­rzy się oka­zja – powie­działa pani March.

– Ni­gdy nie widzia­łam rów­nie pięk­nych kwia­tów! – zachwy­ciła się Meg.

– Są wspa­niałe. Ale wolę kwiaty Beth – odpo­wie­działa matka, wącha­jąc różyczkę, która wciąż zdo­biła górę jej sukienki.

Roz­dział 3

Młody Lau­rence

– Jo! Jo! Gdzie jesteś? – zawo­łała Meg.

– Tutaj – odpo­wie­dział docho­dzący z pod­da­sza głos.

Meg szybko wspięła się po scho­dach i zna­la­zła sio­strę wygod­nie sie­dzącą na sta­rej kana­pie, jedzącą jabłka i pła­czącą nad swoją książką. To było ulu­bione miej­sce Jo. Uwiel­biała zaszy­wać się tam, aby czy­tać, doce­nia­jąc ciche towa­rzy­stwo szczu­rów i pają­ków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Histo­ria toczy się pod­czas wojny sece­syj­nej – wojny domo­wej w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pomię­dzy pół­noc­nymi i połu­dnio­wymi sta­nami. [wróć]

Ale­go­ryczna powieść Johna Buny­ana opu­bli­ko­wana w 1678 roku. [wróć]